Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 26-09-2014, 11:32   #1
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 22829 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
[Autorskie] - Łowcy IV: ZAPOMNIANI

PROLOG

Ulice Londynu zazieleniły się w końcu po długiej zimie. Rabatki z kwiatami syciły stęsknione barw oczy feerią kolorów. Kojąca zieleń drzew i traw powodowała, że ludzie chociaż przez chwilę zapominali o mrocznym świecie, jakim przyszło im żyć. Zapominali o trudach długiej zimy: mrozie, niedostatku energii i żywności. Zapominali o chorobach, biedzie i nędzy, jaka dotykała coraz większą liczbę londyńczyków. Duże miasta, takie jak stolica Wielkiej Brytanii, w chwilach kryzysu uzależnione były od prowincji. Samowystarczalność skończyła się, kiedy po Fenomenie Noworocznym legł w gruzach przemysł na masową skalę.

Na pchlim targu, jak zawsze o tej porze, panował zgiełk i ścisk. Ludzie handlowali wszystkim, co tylko miało jakąkolwiek wartość. Przetworami, częściami maszyn, odzieżą, przedmiotami codziennego użytku, lekarstwami robionymi przez domorosłych zielarzy i uzdrowicieli. Ponad gwarem głosów dało się naraz słyszeć przenikliwy dźwięk gwizdków. Ludzie – niechętnie – schodzili z ulicy, pośpiechu pakując swój skromny towar.
Nadchodzili ulicą w dużej grupie. Ubrani w tradycyjne stroje wyznawców islamu. Uzbrojeni w okute żelazem i srebrem kije, noże, broń ostrą, a nawet kilka sztuk broni palnej.

- Chcemy prawa szarijatu dla tej części Londynu i proklamowania Islamskiej Dzielnicy Duchowej! – krzyczał przez megafon brodaty przywódca uzbrojonej bandy mężczyzn.

- Niewierni nie mogą dalej tolerować martwych pośród żywych! – agitował duchowy przywódca islamistów. – Trzeba raz na zawsze pozbyć się ich tak samo, jak niewiernych. Tylko wiara w Jedynego da nam potrzebną siłę, by przegnać hordy Szejtana z powrotem do piekła! Ludzie zachodu są słabi!

Cywilizacja zachodu jest słaba i musi umrzeć! Kto nie pójdzie z nami, zginie!
Co bardziej porywczy muzułmanie rozwalali porzucone stragany wdeptując w ziemię zapomniany w pośpiechu towar.

- Iman Alcazar ibn Azuff! – tłum skandował imię swojego przywódcy. – Śmierć martwym demonom i niewiernym!

Nagle z tyłu zaczęło się jakieś zamieszanie. Kilku rozentuzjazmowanych islamistów ciągnęło jakiegoś opierającego się mężczyznę.

- Mamy jednego! Mamy jednego! – wrzeszczeli dziko.

Złapany był zombie – nikt nie mógł mieć co do tego wątpliwości. Twarz Martwego już zaczynała gnić ale oczy patrzyły na oprawców z wyraźnym strachem. Islamiści rzucili zombie przed swoim przywódcą, który spojrzał na zombie z nieskrywaną pogardą.

- To właśnie jest słabość cywilizacji zachodu! – zagrzmiał iman. – Zamiast zgładzić to coś londyńczycy pozwalają łazić temu po ulicach swoich miast! Pokażemy wam, jak powinno traktować się potwory z piekieł!

Nie wiadomo kto podał szeroką szablę Alcazarowi a ten wzniósł ją w górę, by jego zwolennicy mogli przyjrzeć się krzywiźnie ostrza.

- Najpierw martwi, potem niewierni! – krzyknął Arab i szybkim, pewnym ciosem odrąbał głowę zombie od ciała.

Nie było zbyt wiele krwi. Najwyraźniej degeneracja tkanek w tym zombie była dość zaawansowana.

Któryś z islamistów chwycił głowę w ręce i uniósł ją w górę.

- Najpierw martwi, potem odmieńcy i łowcy, a na końcu wszyscy niewierni! – krzyczał tłum dziko, szaleńczo.


* * *


Stojący w umeblowanym w stylu wiktoriańskim mężczyzna potarł w zamyśleniu brodę. Mężczyzna miał nienaganną fryzurę, aczkolwiek włosy przyprószała mu już siwizna. Mógł mieć czterdzieści pięć, może trochę więcej lat, i postawę zawodowego żołnierza – sztywną i dystyngowaną. Chociaż szyty na miarę garnitur leżał na nim wręcz perfekcyjnie.

Mężczyzna podszedł do okna i wyjrzał na pełne zielonych drzew podwórze. Czekał tam już na niego samochód i przydzielona mu ochrona. Mężczyzna miał ważne spotkanie w Radzie Bezpieczeństwa Londynu. Broń, nad którą pracowała jego kompania, zakończyła fazę testów z doskonałym rezultatem.

Teraz pozostało tylko przedstawić Radzie warunki brzegowe i ustalić szczegóły produkcji. W końcu żywi mogli poczuć się pewniej.

- Sir – do pokoju wszedł osobisty asystent mężczyzny. – Samochód oczekuje.
Mężczyzna nie odpowiedział. Ruszył w stronę wyjścia i po dwóch minutach siedział już opancerzonej limuzynie dodatkowo chronionej mistycznymi znakami.

O godzinie 13:47 czasu londyńskiego samochód opuścił główną siedzibę Kompanii Remingtona – największej firmie produkującej broń dla służb militarnych Wielkiej Brytanii, Szkocji i Irlandii, a także jednego z większych eksporterów broni do Francji, Hiszpanii i Królestwa Watykańskiego. O godzinie 14:11 samochód powinien dotrzeć na miejsce spotkania: do budynków rządowych. O 14:25 wiadomym było już, że coś się stało. Kilka minut później rozpoczęto poszukiwania zaginionego szefa Kampanii Remingtona – sir Elijaha Remingtona IX.


* * *


Stonehege otaczał kordon policyjnych samochodów błyskając światłami widocznymi już z daleka. Ochrona wzmocniona została pięcioma ciężkimi transporterami wojskowymi oraz dwoma czołgami ustawionymi na kluczowych pozycjach obronnych.

Pomiędzy tymi pojazdami stał jeden pojazd nie pasujący do reszty – zwykłe, białe auto pasażerskie.

Siedziało w nim trójka ludzi przyglądając się niecodziennemu zjawisku w starożytnym kręgu głazów. Jeden z pasażerów palił papierosa wydmuchując dym przez uchylone do połowy okno.

- Co o tym sądzicie? – zapytał pomiędzy jednym, a drugim wydmuchnięciem dymu.

- Portal. Na pewno. Otwiera się bardzo powoli. Postęp liniowy, tak sądzę. Kilka dni temu było tylko kilkucentymetrowe rozdarcie. Teraz ma już kilkadziesiąt centymetrów.

- Szum przy rozdarciu wykracza poza skalę. Rozdarcie ma charakter zarówno temporalny, jak i przestrzenno – wymiarowy. Co oznacza, że cokolwiek chce się tędy przedostać podróżuje nie tylko z innego czasu, ale też innego wymiaru i planu egzystencji.

- Mało dostaliśmy po dupie – mruknął trzeci pasażer, do tej pory milczący.

- Nie rozpoznaję sygnatury zjawiska. Nie potrafię określić, skąd otwiera się przejście, ale wszystkie media, które wtajemniczyliśmy w sprawę uważają, że …

- Wiem, co uważają wróżbici – palacz przerwał ostro poprzednikowi. – Dlatego tutaj jesteśmy. Dobra. Zrobimy tak. Jenkins, ty zatrzymasz się tutaj. Będziesz obserwował. Windsor, ty zawieziesz mnie do Londynu, a potem wrócisz tutaj i przypilnujesz, by lokalne władze nie informowały nikogo, spoza przekazanej im listy. Gdyby były z tym problemy łąp mnie przez telefon do kancelarii. Widzę, że muszę tutaj sięgnąć po ludzi, których wiedza w zakresie transferencji nie ma sobie równych. Po rozwiązaniu Ministerstwa Regulacji znajdziemy chyba bez trudu zaufanych ludzi, by zajęli się tym cholerstwem.

- Nie wiem czy to rozsądny pomysł – Jenkins wyraził swoje powątpiewanie. - Mamy wystarczająco silne własne struktury , aby …

- Jenkins, bracie – palący mężczyzna spojrzał na autora sugestii twardym, nie znoszącym sprzeciwu, wzrokiem. – Gówno mnie obchodzą twoje przemyślenia na ten temat. Rozumiemy się. Jak na razie to ja, a nie ty piastuję funkcję komandora naszego zakonu. Więc to ja podejmuję decyzję. Więc wysiadaj z samochodu, weź swoje rzeczy z bagażnika i zasuwaj do pułkownika Cormwella. Niech ci znajdzie jakieś dyskretne, wygodne lokum. Zrozumiałeś?

- Zrozumiałem – głos Jenkinsa spokorniał.

Mężczyzna otworzył drzwi samochodu.

- Krew Odkupiciela – pożegnał mężczyzn Jenkins wychodząc na zewnątrz.

- Krew Pomazańca – odpowiedzieli pozostali dwaj.

- Do Londynu – powiedział palacz wyrzucając niedopałek za okno.

Po chwili biały samochód opuścił kordon ochronny wokół jednego ze słynniejszych zabytków Wielkiej Brytanii i skierował się na wschód.


EMMA HARCOURT

Emma zmrużyła oczy.

Jaskrawe promienie słoneczne wpadające przez wymytą do czysta szybę padały prosto na jej twarz. Zielone oczy fantomki zalśniły niemalże jak oczy kotołaka. Spojrzała na zegarek dopiero teraz uświadamiając sobie, jak bardzo jest zmęczona. Przeklęty grimuar poświęcony piktyjskim obrządkom pogrzebowym i zapomnianej, rytualnej magii towarzyszącej przy tym zapomnianej nacji wciągnął ją bardziej, niż myślała. Siadła przy nim o dziewiątej rano, a teraz dochodziła osiemnasta, jeśli mogła wierzyć ozdobnemu, kopertowemu zegarowi wybijającemu pełną godzinę.

Nie była w bibliotece sama. Dwa stoliki dalej siedziała Kopaczka, ledwie widoczna za sterty oprawionych w płócienne okładki roczników londyńskich gazet. Dawna koordynatorka Emmy co jakiś czas przerywała czytanie notując szybko jakąś informację w podręcznym notesie.

I był jeszcze on – Finch O’Hara. Najgorszy, najbardziej arogancki, a przy tym najpotężniejszy z łowców, jakiego Emma poznała i najprawdopodobniej pozna. Buc, pozer, błazen i jednocześnie cholerny geniusz. Finch, podobnie jak Emma i Kopaczka, obstawił swój stół opasłymi księgami, albumami, przedrukami ze starożytnych rękopisów oraz książkami o tematyce religijnej.

- I jak dziewczyny, macie coś?

Kopaczka podniosła głowę i spojrzała na Fincha z morderczym wyrazem twarzy, jakby był winny jej niepowodzeniu.

- Nic – warknęła. – A ty, Emma?
- Też nic. Może to fałszywy trop?
- Musi coś tutaj być. Topper jest pewien, że to wiąże się z Piktami – Kopaczka spojrzała z gniewem na księgi.
- Topper mógł się pomylić – zasugerował O’Hara czym zaliczył dwa kolejne nieprzychylne spojrzenia.
- Zróbmy sobie przerwę na kawę. Percival nie będzie miał nic przeciwko temu.

Jakby za sprawą magicznego zaklęcia przywódca Towarzystwa pojawił się w wejściu do biblioteki.

- Byłem pewien, że was tutaj zastanę. Znaleźliście coś?
- Jeszcze nie.
- To ogarnijcie się trochę. Mamy sytuację nadzwyczajną.
„Sytuacja nadzwyczajna” nigdy nie oznaczała czegoś dobrego.
- Wiecie, że BORBL-e szukają zaginionych akt części regulatorów, którzy nie podpisali Edyktu. Węszą także przy kilku ostatnich sprawach. Topper potrzebuje w tej sprawie wsparcia. Jest w Archibishop’s Park. Emma i Kopaczka, pojedziecie do niego. Finch, ty będziesz mi potrzebny tutaj. Dziewczyny. Weźcie tylko broń podręczną. Tak na wszelki wypadek.

Edykt był zmorą regulatorów. Wszyscy, którzy zostali w MR przed jego rozwiązaniem, podpisali dokument, który zakazywał im korzystanie z mocy. Każdy ex- łowca otrzymał magiczny tatuaż, oraz wypalono mu znamię określające jego moc na zewnętrznej części lewej dłoni. Chyba, że zdecydował się na współpracę z Biurem Ochrony Rady Bezpieczeństwa Londynu. Użycie mocy przez osobę, która podpisała Edykt, nawet w obronie własnej, było pogwałceniem artykułu o nieużywaniu mocy magicznych na śmiertelnikach i karane śmiercią. Nawet jeżeli moc nie działała na ludzi, tylko na Martwych.

Na szczęście część regulatorów o sprawdzonej efektywności i lojalności wykonała tak zwaną ostatnią sprawę. Ustawione śledztwo kończyło się spektakularnym zgonem. Towarzystwo pomagało zachować ten status, wyrabiało fałszywe papiery i tożsamość i włączyło regulatorów do swoich działań. W ten sposób dokonywano regulacji na najgroźniejszych bestiach – jak dawniej, lecz po cichu. BORBL stał się polityczną siłą nacisku i terroru. Straszakiem, za którym stał bez wątpienia Adrealfus - jeden z potężniejszych demonów. I to on był celem sir Percivala Greya i Towarzystwa. Emma – początkowo pełniła funkcję koordynatora w MR, ale po kilku tygodniach od sprawy z Uzurpacją, kiedy plany BORBL-u stały się niemal oczywiste, wykonała „ostatnią sprawę” i znikła z „celownika” sług Andrealfusa i skorumpowanych polityków rządzących Londynem. Nie miała wyjścia i dobrze o tym wiedziała. Dla niej podpisanie Edyktu i praca dla BORBL była prostą drogą w szpony polującego na nią demona. Towarzystwo było jedynym wyborem i Emma zdawała sobie z tego sprawę. Jedynym wyborem i jedyną nadzieją, na ocalenie tyłka.

- Co robi Topper na terenie Pooka? – zapytała Kopaczka.
- Spotkał się z Wiewiórczym Księciem.

Sprawa była poważna. Wiewiórczy Książe był silnym Odmieńcem, wokół którego gromadziła się grupa pacyfistycznie nastawionych Przybyszy. Towarzystwo uwzględniało tą kongregację w swoich planach dokopania BORBL i Aderalfusa. Planach, które zawierały tyle niewiadomych, że strach było o nich myśleć.

- Dobra, Emma – Kopaczka wstała nakładając ciemne okulary, które ukrywały odmienione oczy dawnej koordynatorki. – Ja chętnie odetchnę świeżym powietrzem, a jak ty?


NATHAN SCOTT

Po Uzurpacji życie Nathana zmieniło się w pasmo porażek i nieszczęść. Ministerstwo Regulacji wypięło się na niego, kiedy okazało się, że zmiany jego wyglądzie nie mają pochodzenia klątwy i jednocześnie nie cofają się z czasem.

Atak w galerii na jej właściciela – Marlona Vespę – odbił się szerokim echem w Londynie.
Z gazet, które w pierwszych dniach oczekiwania na nieuniknione, przynoszono mu do Komory dowiedział się, że jego precedens, nazwany morderczą abominacją został wykorzystany do pokazania, że Ministerstwo Regulacji nie ma kontroli nad swoimi pracownikami.

Potem był proces. Pokazowy proces podczas którego wyrok wydano już na samym początku, a jego przebieg był czystą farsą. Komedią nastawioną na „dokopanie” nieudolności regulatorów i niebezpieczeństwa, jakie niosą moce łowców. Ukrytego niebezpieczeństwa.

Potem gazety przestały przychodzić do celi, proces został „zniesiony z publicznej wokandy”, utajniony. Za to pojawili się ludzie z Rady Bezpieczeństwa Londynu i ból, jaki z sobą przynieśli. Dla nich nie był już człowiekiem, lecz wynaturzeniem, które musieli poznać, zbadać, sklasyfikować. Abominacją, którą kroili, nawiercali, przysmażali, przypalali kwasem, srebrem, substancjami chemicznymi lub podłączali do prądu skrupulatnie sporządzając notatki z jego wrzasków, z reakcji jego ciała.

Tak wyglądało piekło, w którym Nathan stracił rachubę czasu. Nie miał pojęcia, czy od przyjścia oprawców z Biura Ochrony Rady Bezpieczeństwa Londynu minęły ledwie dnie, czy też długie miesiące. Zapomniany, przez wszystkich, poza oprawcami w mundurach, Nathan Scott coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że tam, pośród głazów i kosmicznej pustki, podjął złą decyzję, którą przypieczętował atak na opętanego starucha.

Teraz, kiedy jego egzystencja została zredukowana do tortur i przerw pomiędzy nimi, życie za murami Komory zdawało się być tylko utraconym snem. Teraz, kiedy ogień i kwas trawiły jego ciało, przekonał się, co tak naprawdę spotyka potwory. Co spotykało tych, których sam sprowadzał do Komory. Te myśli mogły zniszczyć każdego. Czy faktycznie było tak, że od początku stał po niewłaściwej stronie, czy też coś zmieniło się podczas meczu? Zmieniły się reguły gry? Bał się odpowiedzi.

Którejś nocy obudził go głosy. A może był to dzień. Nie wiedział już nawet tego.

- Przewozimy go do Elizjum. Na utylizację.

Obudziły go obce głosy. Był pewien, ze rozmawiają o nim.

- Dokumenty… proszę podpisać tuta i tutaj… Utylizacja odbędzie się w piecu … Tak… palimy je żywcem, ta jest zabawniej.

Nie miał sił walczyć. Nie miał ochoty walczyć. Może tak będzie lepiej?

Pamiętał światła na korytarzu Komory. Pamiętał pełne bólu i strachu wycia innych Martwych, których badano podobnie jak wcześniej jego. Pamiętał, że nafaszerowano go taką ilością ogłupiaczy, które zapewne zabiłyby stad słoni. Ale jego utrzymywały tylko w stanie półsnu. Pamiętał samochód. Pasy i łańcuchy, którymi go przytwierdzono do jakiejś dziwnej konstrukcji wewnątrz więźniarki przystosowanej do przewozu Martwych i Odmieńców.

Pamiętał strzały, wypadek, ludzi w kominiarkach, którzy przenieśli go do innego samochodu. A potem nie pamiętał już nic.

* * *

Obudził się w czystej pościeli, bez łańcuchów i pasów. Rany na jego ciele opatrzono dokładnie. Czuł zapach ziołowych maści. Otworzył oko i ujrzał nad sobą delikatną twarz młodej kobiety, okoloną jasnymi jak łabędzi puch włosami.

- Dzień dobry panu, jestem Bane – przedstawiła się dziewczyna miło brzmiącym dla ucha głosem.

- Proszę leżeć spokojnie. Tutaj jest pan bezpieczny. Nikt pana nie skrzywdzi. Zaraz zawołam pana kolegę. To on pana tutaj przywiózł. Miał pan wypadek samochodowy.

VINCENT FOX

Vincent spojrzał przez zamgloną szybę na plac po drugiej stronie okna. Coś tam się działo. Jakieś zgromadzenie czy inne zbiorowisko.

To było niecodzienne zjawisko w Tempest, w Domenie Welonów, gdzie życie biegło zazwyczaj utartym, nudnym schematem. Do uszu zdziwionego Foxa doleciały dźwięki muzyki.

Przez myśl przemknęło mu, że zaczynało się jakieś święto czy też celebracja. W wejściu do jego pokoju stanęła Lorka – jego opiekunka od dwóch tygodni, od kiedy pojawił się w Domenie Welonów i bezskutecznie próbował znaleźć drogę do Londynu.

Motywacje, które kierowały pomagającej mu brzyduli, były nadal dla Foxa niejasne, ale Lorka była jego jedynym sojusznikiem w tym pokręconym, niezrozumiałym dla niego świecie.

Przebywał w Tempest tyle czasu, a nadal nie potrafił zrozumieć zależności pomiędzy poszczególnymi rasami Odmieńców, zasad kierujących tą pokręconą społecznością faerie. Rozumiał tylko tyle, że domeną rządzi potężna Pani Welonów, zamieszkująca Cytadelę w sercu Tempest. I że bez jej zgody wszystkie drogi do ludzkiego świata, a także innych domen były zamknięte. Lorka była pół krwi goblinem, a ta rasa nie miała zbyt wiele do powiedzenia w Domenie Welonów. Mieszana krew Lorki stawiała ją jeszcze niżej w złożonej piramidzie układów i powiązań. Prawie na samym dnie. Jego opiekunka była pariasem i utrzymywała się z żebractwa i drobnych czarów wiążących, jak tłumaczyła. W Domenie Welonów każdy potrafił czynić magię – to już wiedział.
Fox spojrzał na Lorkę pytająco.

- Bardowie przybyli – zaskrzeczała, jakby jej informacja miała powiedzieć Foxowi coś więcej.

Żagiew sięgnął do myśli Lorki – po Uzurpacji odkrył w sobie zdolność oddziaływania również na Ukryty Lud i zrozumiał, co miała na myśli. Bardowie mieli Przywilej. Podróżowali pomiędzy Domenami. Jeśli przekonałby ich, by pomogli mu opuścić zamkniętą Domenę Welonów, rosła jego szansa dotarcia do Londynu.

- Lorka tylko ci zaszkodzi, Lisie. Lorka nie pokaże się w twoim towarzystwie, bo bardowie mogą nie chcieć rozmawiać z tobą, Lisie. Lorka ma coś dla ciebie, Lisie.

Goblinka podeszła do Foxa i podała mu mały amulet wykonany ze srebra zawieszony na rzemyku. Amulet przedstawiał kruczy dziób czy coś podobnego.

- Co to takiego, Lorka? – zapytał Fox.
- Szpon kruka, Lisie – wyjaśniła mu, jak to miała w zwyczaju.

Takie wyjaśnianie sprawiało jej przyjemność. Czuła się dzięki temu kimś ważnym, lepszym, potrzebnym. Vincent nie odbierał paskudzie tej namiastki poczucia wartości.

- Daj go bardom, a może pozwolą ci iść ze sobą.

Spojrzała w dół i Vincent ujrzał łzy spływające po jej brudnej, ziemistej twarzy. Sięgnął do niej mocą, delikatnie, lekko. Zrozumiał. Chciała iść z nim. Darzyła go uczuciem szczerym i prymitywnym, jak jej oblicze. Tutaj Lorka była nikim, dla niego była kimś potrzebnym i ważnym i to nowe uczucie stało się dla niej jak narkotyk. On jednak wiedział, że Bardowie raczej nie będą chcieli zadawać się z kimś takim, jak Lorka, a Strażnicy Domeny – minotaury służące Pani Welonów – nie przepuszczą Lorki przez bramy.

- Idź do nich, Lisie. Wracaj do swojego Lądu-dynu. Wracaj do swoje ukochanej Emily.
Bądź wolny poza Domeną Welonów. Idź, Lisie. Póki bardowie grają.

Spojrzał na nią, być może po raz ostatni. Na jej pooraną zmarszczkami twarz podobną do żabiego pyska, na jej wybałuszone oczy w których malowało się pełne oddanie i wyszedł z domu, kierując się po schodach w dół, na dziedziniec Tempest, na którym grali bardowie.


DUNCAN SINCLAIR


Mglista Polana budziła się o świcie. Wieczna mgła otulająca prastare pnie okalającej Mglistą Polanę puszczy poruszyła się wzburzona jakąś siłą. Na otwartą przestrzeń przed miastem wyszła – niczym duchy – grupa zamaskowanych postaci.

Okalały ich szare, stapiające się z mgłą płaszcze, postawione na sztorc kaptury. Twarze wychodzących z mgły wędrowców przesłaniały sztywne zasłony. Tylko oczy błyszczały czujnie przez wąską szczelinę pomiędzy naciągniętym kapturem i zasłoną na twarzy.
Podchodząc pod wysokie mury Mglistej Twierdzy.

Idący jako pierwszy wędrowiec zdjął kaptur i zasłonę ukazując szczupłą twarz elfa. Strażnicy bramy rozpoznali twarz swojego władcy - Aglahada, piątego wnuka króla Oberona, księcia Mglistej Twierdzy i Strażnika Włóczni Shinree. Potężne, magiczne wrota twierdzy zaczęły się otwierać poruszając wstęgi mgieł.

Za przykładem władcy pozostali zwiadowcy odsłonili swoje twarze. Siódemka była elfami, tylko jedna osoba miała zdecydowanie potężniejszą sylwetkę i dziką, ptasią twarz o nieludzkich rysach. Włosy okalające drapieżne oblicze sięgały mężczyźnie do pasa i były przewiązane licznymi wstążkami.

- Dobre polowanie, Duncanie – powiedziała jedyna kobieta pośród myśliwych.
- Doskonale się spisałaś, Lunnaviel. Pomiot cieni był zaskoczony, kiedy na nich spadliśmy.
Elfka uśmiechnęła się w odpowiedzi.

Cała grupa weszła do Twierdzy Mgieł. Wrota zamknęły się za nimi bezgłośnie.


* * *


Duncan Sinclair uwielbiał powroty do twierdzy. Ożywcza kąpiel w gorących źródłach i masaż zręcznych, elfickich kobiet, zawsze poprawiał mu samopoczucie. Podobnie jak wino, którego nikt nie żałował myśliwym strzegącym pogranicza Domeny Mgieł przed nachodzącymi je Cieniami. Paskudnymi istotami o nieznanym Duncanowi pochodzeniu, które przypominały wijące się, wężowate cienie. Cienie, które raniła tylko księżycowa, elfia broń. Księżycowa broń oraz jego pazury.

Przebrany w ciepłą, czystą tunikę Szkot oczekiwał spotkania z Aglahedem. Władca Domeny obiecał mu powrót na Mur, do świata ludzi, ale jak na razie z tej obietnicy jeszcze się nie wywiązał.

Książe elfów przyszedł punktualnie. Jak zawsze.

Duncan mimo spędzonych w Mglistej Twierdzy dziewięciu miesięcy nadal nie potrafił odgadnąć o czym myśli władca. Twarz Aglaheda zawsze była nieruchoma, spokojna i jakaś taka … bezduszna. Tylko wyniosła mądrość w oczach władcy nigdy się nie zmieniała.
- Dobre łowy, Duncanie.
- Nie najgorsze – zgodził się Strażnik Muru popijając wina ze srebrnego kielicha.
- Będziesz musiał odejść, damae.

To stwierdzenie nie było tym, czego spodziewał się Duncan. Nie do końca.

- Do mojego świata? – upewnił się.
- Nie. Odejść. Opuścić Mglistą Polanę.
- Nie tak się umawialiśmy – zdenerwował się Szkot. – Sądziłem, że można ufać twoim słowo, książe.
- Można. Ale sytuacja uległa nieoczekiwanej zmianie.
- Wyjaśnisz mi!? Co takiego się zmieniło, że Aglahad, piąty wnuk króla Oberona, książę Mglistej Twierdzy i Strażnik Włóczni Shinree nie chce dotrzymać słowa.
- Lunnaviel jest brzemienna. Nosi w sobie twoje dziecko. Musisz zabrać ją z Mglistej Polany, nim prawda się wyda. Związki mieszanej krwi są karane śmiercią. Będę musiał was ściąć. Osobiście. A nie chcę tego robić. Nie możemy czekać tyle czasu, aż odpowiedni układ mgieł pozwoli nam otworzyć bramę do twojego świata. Pójdziecie jutro. Przez Ścieżkę Cieni do Domeny Szeptów. Lunnaviel cię poprowadzi.

Duncan długo patrzył w oczy władcy.

- Dziękuję – powiedział po prostu wyciągając pazurzastą dłoń w stronę elfiego władcy.
Ten uścisnął ją w ludzkim geście przytrzymując dłoń człowieka w swojej dłoni.
- Będziesz musiał zgładzić dziecko – powiedział nagle patrząc w oczy Duncana bez strachu, lecz z żalem. Inaczej i ty i Lunnaviel zginiecie. A wraz z wami tysiące niewinnych osób. Musisz mi to obiecać, że kiedy nadejdzie właściwa pora, nie zawahasz się.

Elf puścił dłoń Strażnika i spojrzał na niego wyczekująco.

VANNESSA BILINGSLEY

Vannessa wciągnęła zapach świeżych ziół głębokim oddechem. Przez chwilę powstrzymała powietrze w płucach rozkoszując się tą chwilą. O tej porze roku zioła były towarem deficytowym, a tutaj, w szklarni Ernesta Poope’a, grządki pełne były tych potrzebnych w druidycznych praktykach roślin.

Ernest Poope tak naprawdę nazywał się Hohorkor i był Odmieńcem. Za ludzką twarzą starszego mężczyzny kryła się zupełnie obca istota o spokojnej, pacyfistycznej naturze i gołębim sercu. Gdyby przestały działać zaklęcia uroku, które nakładał na siebie Hohorkor, zamiast staruszka w zbyt grubych okularach, Vannessa ujrzałaby kilkumetrowego drzewca – dziwaczną hybrydę rośliny i człowieka.

Pierwszy raz spotkała Ernesta Poope’a kilka tygodni temu, tuż przed rozwiązaniem MR-u. Prowadziła wtedy śledztwo rytualnego morderstwa, w którym kluczowym śladem była rzadka roślina. Czarnorynkowy kontakt – szczwane faerie, które moc druidki zmusiła do mówienia – wskazała Vannessie podlondyńską wieś, gdzie na starej farmie mieszkał Hohorkor. Ślad okazał się być kluczowy i dzięki poczuciu sprawiedliwości drzewiec wskazał nabywcę rośliny. Potem było tylko rutynowe przeszukanie, znalezienie dowodów i najmniej przyjemna część zadania – regulacja. Innym słowem – usankcjonowane prawem zabójstwo. Czy też, jak powiedziałoby wielu ludzi, należna pomsta za zbrodnie.

- Pięknie zakwitły, prawda Vanesza – drzewiec zabawnie przeinaczał jej imię. – Bierz tyle, ile ci potrzeba.

Podziękowała i uzupełniła swoje nadwątlone zapasy.

- Napijesz się herbaty? Moja mieszanka.

- Jak zawsze z przyjemnością.

Vannessa lubiła te spotkania przy herbatce. Odmieniec był naprawdę miłym towarzystwem. Dobrym słuchaczem i jeszcze lepszym zielarzem. Mogła od niego naprawdę wiele się nauczyć.

Usiedli na zewnątrz, na werandzie z której rozciągał się przyjemny widok na podwórzec oraz najbliższą okolicę. Drzewiec podejmował gości na świeżym powietrzu, kiedy temperatura była nieco wyższa niż kilka stopni. Napar, który podawał, zawsze wydawał się być ciepły i rozgrzewał od środka tak, że człowiek nie czuł zimna.

- Jak sprawy w Londynie? – zapytał Hohorkor, kiedy już siedzieli z naparem w filiżankach.
- Niezbyt dobrze. Waham się, co robić. Podpisać Edykt i narazić się na prowokacje Biura, czy też podpisać lojalkę i zacząć robić rzeczy, których robić nie chcę.
- Na przykład polować na swoich niedawnych przyjaciół.
- Na przykład.
- Więc chyba wybór jest oczywisty. Zawsze możesz zamieszkać tutaj, na wsi. Niedaleko stąd jest wolny dom. Ty i twój zmiennokształtny partner bylibyście tutaj bezpieczni. To spokojna okolica. Każdy się zna. Szanuje i pomaga.
- Nie wątpię, Hohorkorze – uśmiechnęła się smutno Vannessa. – Ale to nie będzie takie proste. Nie pozwolą mi odejść. Wiem, że kilku próbowało. Wszyscy nie żyją. Wypadki.
- Tutaj cię nie znajdą. Ochronimy cię.
Naiwność odmieńca była wzruszająca, ale Vannessa była pewna, jak to się skończy. Znajdą ją martwą, z kulą w sercu lub głowie. Albo nie znajdą wcale, jak wielu dobrych łowców. Chociażby Emmę.
- Dziękuję Hohorkorze za troskę, ale sama muszę uporać się z moim problemem.
- A może pomożesz nam uporać się z naszym? – zapytał niespodziewanie.
- Co masz na myśli?
- Jest pewna sprawa. Niemiła sprawa. Ktoś zabił … - wzmianka o śmierci przeszła przez jego usta z trudem i wyraźnie poruszyła spokojną naturę. - … zabił małą Rosie Vancan, małą, wesołą pooka mieszkającą na dworze krokusów.
- To smutne. Przykro mi.
- Rodzina Vancan jest dobra, ale mało znacząca. Nie stać jej na pomoc protektorów. Ludzka policja nie kiwnie palcem w sprawie, jak to mówią, zabicia „nie człowieka”. A oni chcieliby wiedzieć, dlaczego mała Rosie nie żyje. Komu zależało na jej śmierci. Ty Vanesza, masz doświadczenie. Masz dobre serce. Może pomożesz rodzinie Vanacan.
Spojrzał na nią przez swoje grube szkła wielkimi, orzechowymi, łagodnymi oczami.
- Pomożesz nam?

Drogą jechał samochód.

- Twój partner wrócił. Nie musisz odpowiadać teraz. Zastanów się. Przemyśl to. Będę ci wdzięczny.

Kris zatrzymał się przed domem, wysiadł z samochodu i zwinnym susem przeskoczył przez płot. Po chwili był już przy nich. Przywitał się uprzejmie z Hohorkorem, uściskał Vannessę.

- Gotowa na powrót do wielkiego miasta? – zapytał.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 01-10-2014 o 21:16. Powód: uruchamianie sesji :) powolne i żmudne w wolnej chwili :)
Armiel jest offline  
Stary 13-10-2014, 22:23   #2
 
Sam_u_raju's Avatar
 
Reputacja: 2437 Sam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputację
https://www.youtube.com/watch?v=NGw7KtRxfgU

Nadchodzi taki dzień, że masz dosyć. Dzień, w którym masz wrażenie, że cały świat przysiągł się przeciwko tobie. Dzień w którym wydaje Ci się, że niebo zwaliło ci się na głowę.
To co zwaliło się na głowę Nathana Scotta ciężko było nazwać niebem. To raczej było piekło w swojej czystej postaci.
Ból, cierpienie, strach… i powolna egzystencja.
Po części chłop sam sobie to zgotował. Jedno słowo “tak” nie zmieniło go co prawda psychicznie ale fizycznie i owszem. Wtajemniczeni w sprawę Łowców czy Supernaturali mogli by nazwać jego zmianę “genetycznym skokiem na wyższy level” ale ci zwykli ludzie, szare myszki nazwali go po prostu “zagrożeniem”.
Kiedy leżał w swoim więzieniu wylizując się ze starych ran i czekając na nowe zaczynał wpadać w obojętność, zaczynał się poddawać. Robota w MRze nadawała mu cel kiedy jego życie rodzinne się rozpadło. Skupił się na tym co ważne, na pomocy tym którzy okazali się za słabi na to co nadeszło po Fenomenie. Dla nich dokonał wyboru. Jednak teraz jego wola walki gasła z każdą nową raną.

Nie wypaliła się jednak w pełni.

Scott choć otumaniony czy to bólem czy chemikaliami rejestrował to co się wokół niego dzieje. Szykował się do ostatecznego ataku kiedy zabierali go do furgonetki w celu utylizacji. Chciał walczyć, choćby ten atak miał się odegrać jedynie w jego głowie…
Był żołnierzem, był Regulatorem, fighterem. Dopóki stoi na nogach, dopóki jego oczy nie zamkną się na wieki, dopóki nie wyda ostatniego tchnienia…

Choć nadal otumaniony, pamiętał, że samochód wypadł z drogi, nie pamiętał jednak czy koziołkował czy jedynie wbił się w jakiś słup. Nie reagował kiedy go wynosili. Nie chciał, nie mógł.
Kiedy ponownie otworzył oczy pochylała się nad nim dziewczyna o włosach białych jak śnieg. Starał się wytężyć pamięć by odszukać informacji czy ją zna, czy ja kiedykolwiek widział. Nie pamiętał. Nie wszedł jeszcze na pełne obroty. Czuł się jakby budził się z głębokiego snu. Z koszmaru. Jakby przebijał się przez gęsta mgłę.
Dziewczyna kazała się nie ruszać. Mówiła, coś o koledze Scotta.
Wyszła.
Nathan nic nie obiecywał. Poruszył się, rozejrzał, usiadł na łóżku.
Nie zemdlał.

Można by nawet rzec, że usiadł bez trudu. Mięśnie pracowały bez zarzutu. Po chwili do pokoju wszedł mężczyzna, którego pusta twarz wydała się Scottowi znajoma.



Owszem. Pamiętał go. To był człowiek, z którym trochę się przekomarzał u Emmy w mieszkaniu. Mężczyzna ogolony na łyso z twarzą, która zdawała się nigdy nie uśmiechać. Budzący w Nathanie mistyczny alarm. Instynkt, który mówił - to zawodowiec i silny przeciwnik.
- Jak tam? - zapytał ponurak bez śladu uśmiechu w oczach i na ustach.

W sumie Nathan nie wiedział co odpowiedzieć na to tak banalne i zwykłe pytanie. Wpatrywał się w gościa chcąc jak najlepiej przypomnieć sobie jego osobę.

- Bywało lepiej - odparł w końcu dość cicho - Nie żebym się skarżył - dodał po chwili spuszczając nogi z łóżka i przymierzając się do wstania - ale czemu zawdzięczam ratunek? I gdzie dokładnie jestem?

- W bezpiecznym miejscu i jak na razie tyle powinno ci wystarczyć - wyjaśnił mężczyzna. – I żywy. BORBL chciał cię przerobić na kaszankę i musieliśmy zadziałać bardziej bezpośrednio, niż planowaliśmy.
Mężczyzna spojrzał w okno, zaciągnięte grubą roletą na której wyraźnie wymalowano srebrną farbą ochronne znaki.

- Jestem Harry. Ale wszyscy mówią na mnie Horror. Pracowałem kiedyś, jak i ty w MRze. Ale, nie wiem czy wiesz, MRu już nie ma. Rozwiązano go. Między innymi przez ciebie. Ale nie obwiniaj się. Po prostu szukali pretekstu.

- Zutylizować. Chcieli mnie zutylizować - Nathan powtórzył widząc niezrozumienie w oczach mężczyzny co do jego słów - Co do Ministerstwa to wiem - były egzekutor przymknął oczy poruszał głową, rozmasowując w ten sposób mięśnie szyi.
- Jestem wdzięczny to zrozumiałe. Co mam zrobić w zamian bo na tym świecie nie ma nic za darmo. No i w sumie nadal nie wiem dla kogo…

- To nie moja decyzja, brachu - powiedział Harry. - Ja miałem tylko odbić cię i przywieźć w bezpieczne miejsce. Wiesz. Z twoim obecnym wyglądem spacerki po Londynie raczej nie są wskazane. Zapewne szuka cię każdy szpicel BORBL w całej zrypanej UK.

Scott ponownie wzruszył ramionami. W sumie to było mu obojętnie kto go uwolnił, na razie nie wyglądali na takich co będą kontynuować to co zaczęli ci w komorze - BORBL.

- No masz rację - powiedział na głos - muszę zmienić stylistykę

No bo co do jasnej cholery miał powiedzieć? To były jego geny, i nie miał na to wpływu że pomieszano je z demonimi. Zgodził się na większą moc i nie myślał że w pakiecie dostanie jeszcze coś tylko z Bestii bez mieszkania genów Pięknej

Pierdolony Hellboy

Zrobił kilka kroków po pomieszczeniu by znowu przesiąść na łóżku. Popatrzył pytająco na tego co kazał się nazywać Horror. Jego ksywka nie pochodziła chyba z wyglądu gościa bo przy Nathanielu było raczej jasne w tej kwestii kto tutaj jest "horror".

- W szafie masz ubrania. Powinny pasować. Po domu możesz poruszać się swobodnie, chyba że trafisz na zamknięte na klucz drzwi. Wtedy uszanuj prywatność naszych gospodarzy. W kuchni czeka na ciebie kolacja. Myślę, że po takim czasie w Komorze możesz tęsknić za dobrym jedzeniem. Jakbyś miał pytania, wal śmiało. Będę kręcił się w pobliżu salonu.

- Na razie to mi musi wystarczyć… Dzięki - dodał na końcu a jego brzuch odezwał się zwyczajnym ludzkim pomrukiem zwiastując co w najbliższej przyszłości będzie czynił były pracownik MRu
Kiedy facet o pseudonimie Horror opuścił pomieszczenie Nathan przez krótką chwilę się rozciągał by sprawdzić jak się miewa jego ciało. Potem ubrał się w lekko przyciasne ubranie i ruszył na poszukiwanie kuchni gdzie miał czekać na niego posiłek. Potem zamierzał zwiedzić dom. Tam gdzie mógł

Dom był spory i z tego co szybko zorientował się Nathan położony gdzieś na uboczu. Nie był zelektryfikowany. Światło dawały stylowe lampy naftowe. Na ścianach wisiały obrazy- głównie pejzaże i portrety zwierząt.
Dom ładnie pachniał. Woskiem do podłogi i pieczonym ciastem, który to zapach zwabił Nathana do kuchni.
Krzątała się w niej dziewczyna, która odwróciła się na jego widok.



- Cześć - rzuciła.- Jestem Arwella. Ty musisz być Nathan. Co chcesz zjeść?

- Wszystko co jest ciepłe i nie jest w postaci papki - uśmiechnął się blado nie wiedząc w sumie jak wygląda jego uśmiech w tej postaci. Czy nadal można nazwać to uśmiechem - Tak jestem Nathan - dodał siadając na krześle i obserwując poczynania dziewczyny – i chyba jestem łatwy do zapamiętania - pokazałem ręką w kierunku swojej twarzy. Powiesz mi kto tutaj rządzi?

- Nikt nie rządzi. To wolny dom. Wolne fearie z Jasnego Dworu.
Arwella uwijała się zwinnie nakładając solidną porcję czegoś, co wyglądało jak zupa fasolowa. Gęsta i wyśmienicie pachnąca.
- Dom należy do Archibalda. To miły fae. Gościnny no i potężny.
Postawiła talerz przed Nathanem na stole.
- Smacznego.

- Dziękuje - powiedział i dość szybko można by rzec “rzucił” się na jedzenie. Zupa w jego stęsknionych dobrego jedzenia ustach smakowała niczym boska ambrozja. Smakował ją ale zarazem jadł dość łapczywie.
- Przepraszam - odstawił prawie wylizany talerz - musiałem się zachowywać jak prosię. Na swoją obronę powiem, że dawno nie jadłem nic tak dobrego…
- Co do fearie to nadal w tym zbytnio się nie wyznaje, choć słowo Jasny Dwór do mnie przemawia… chyba pozytywnie - znowu uśmiechnął się lekko.

- Nie przejmuj się manierami - uśmiechnęła się lekko. - Gościliśmy tu minotaury, gnolle i krasnoludy. Przy nich jesteś elfickim księciuniem. Chcesz dokładkę? To zupa z nasion orrvaak. Doskonale regenerują utracone siły, zarówno duchowe jak i fizyczne.

W odpowiedzi Nathan podał dziewczynie talerz
- Z wielką chęcią - kiedy nalewała dokładkę zapytał - Czym dokładnie się tutaj zajmujesz oprócz raczeniem gości takimi specjałami?

- Jestem odpowiedzialna za ochronę i pełnię funkcję protektorki. Powiedz. Jak stałeś się taki, jaki teraz jesteś?

- Nazywają to uzurpacją ale ja wolę pojęcie… - już miał powiedzieć “dymanie obietnicami” ale powiedział tylko - ładowanie farmazonami w butelkę. Niby masz szansę stać się silniejszy. Wchłonąć siłę tych których pokonasz ale dostajesz tylko nowe szaty i okulary. Jedyny plus jaki zyskałem na tym całym galaktycznym szajsie to to, że odzyskałem oko… Choć nie do końca w takim kolorze jak chciałem - ponownie odstawił szybko opróżniony talerz. Powiedział kilka zdań ale często przerywał ładując łyżkę ze strawa do buzi
- Jeszcze raz bardzo dziękuję. Musze przestać bo nikt inny się nie załapie na tą zupę. Jestem eks Egzekutorem a pewnie słyszałaś ile tacy mogą zjeść?

- Jedz na zdrowie- uśmiechnęła się. - Będziesz potrzebował sił. Długo nie odżywiałeś się jak należy. Nie przejmuj się innymi.

- Skoro tak mówisz - Nathan podsunął ponownie talerz i po chwili ponownie “wachlował” łyżką dopełniajac żołądek ciepłą strawą.
- Czy istnieje szansa na to byś mnie oprowadziła po przybytku Pana Archibalda?

- Chodzi ci o dom? - zaśmiała się dźwięcznie. - Nie jesteś faerie, a gadasz jak jeden z nas. Kto teraz mówi przybytek? No chyba, że na burdel czy coś takiego.
Jej roziskrzone, rozbawione oczy zatrzymały się na Nathanie.
- Jasne, że mogę. Ale to nieduży dom. Kilka pokoi na parterze, kilka na piętrze, piwnica i strych. Zwykły dom na wsi. Interesuje cię coś konkretnie? W salonie jest mała biblioteczka, głównie klasyka. W piwniczce kilka stojaków z winem, ale Archi nie lubi, jak się je rusza bez jego zgody. Poza tym dwie spore łazienki, na piętrze i na dole. Reszta pokoi to w zasadzie sypialnie dla domowników i gości. No i jest jeszcze gabinet Archiego, ale on w nim teraz pracuje. Jak widzisz, nie mamy tutaj zbyt wielu atrakcji dla zbiegłych więźniów z Komory. Można powiedzieć, że jesteś naszym pierwszym gościem z tej kategorii. Więc co chcesz zobaczyć najpierw?

- Chyba po prostu chce się przejść, ale może najpierw skorzystam z łazienki. Wezmę prysznic. Przyda mi się. Pewnie oprócz manier to i śmierdzę jak Minotaur. A co do wymowy – dodał po chwili - to kwestia solidnego konserwatywnego wychowania przez ojca. Chyba staruszka rajcował taki język.

- Każdy ma jakiegoś bzika - uśmiech nie schodził z twarzy dziewczyny. - Sam trafisz do łazienki, co?

Scott uśmiechnął się. Ton głosu dziewczyny wypowiadającej ostatnie zdanie, zabrzmiał w jego głowie nadwyraz filuternie.
- Mam taką nadzieję… Dobre wychowanie, niestety zakazuje mi również prosić o pomoc tak ładnej dziewczyny w umyciu pleców - nie przestawał się uśmiechać. Dzięki niej choć na chwilę zapomniał o wydarzeniach minionego czasu. Wziął pusty talerz i ruszył w kierunku zlewozmywaka by posprzątać po sobie

Cieszyła go taka prosta czynność.
 
Sam_u_raju jest offline  
Stary 14-10-2014, 22:45   #3
 
Ravanesh's Avatar
 
Reputacja: 2319 Ravanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputację
Litery zaczęły mi się zlewać w jeden długi, rozmazany ciąg bezsensownych znaczków. Podniosłam zmęczony wzrok i słońce ugodziło mnie w oczy niczym cholerny rozbłysk supernowej.

- Kurde – zaklęłam pod nosem odruchowo mrużąc oczy.

Nie dość, że imć pan O’Hara musiał się, co chwilę mądrzyć żeby udowadniać swoją wyższość nad nami maluczkimi to jeszcze słońce postanowiło poprawić sobie swoje samopoczucie rażąc moje oczy.

- Nie musisz niczego udowadniać – mruknęłam pod nosem – jesteś cholernym słońcem, palisz wampiry, strzygi, nekrofagi. Uwielbiam cię i wariuję na twoim punkcie, ale moje oczy nie, więc naprawdę sobie daruj.

To była najprawdziwsza prawda. Słońce zawsze było jednym z moich lepszych sprzymierzeńców w walce z Umarlakami, ale moje oczy, szczególnie ostatnio, stały się dużo bardziej wrażliwe na jakiekolwiek światło. Oczywiście to była wina tej popapranej Necrophagis Regina, bo przecież nie moja.

Zerknęłam na zegarek. Dziewięć godzin dłubania w opasłych tomiszczach i nic. Poczułam frustrację i gniew. Zwykle lubiłam zaczytywać się taką literaturą, ale teraz liczyły się szybkie efekty i czas był tutaj dość istotny. A ja właśnie zmarnotrawiłam go moim odczuciu naprawdę sporo.

Zresztą nie siedziałam nad tym sama a po minach moich towarzyszy widziałam, że nie tylko mi udzielały się podobne odczucia. Nawet Finch wyglądał na wyjątkowo podkurzonego.

Wszyscy z ulgą powitaliśmy pojawienie się Percy’ego. Reszta mogła na chwilę odłożyć wykonywaną robotę a ja po prostu lubiłam się pławić w towarzystwie Percivala.

- Byłem pewien, że was tutaj zastanę. Znaleźliście coś? – Zapytał nasz cudny Demonolog.

- Jeszcze nie. – Wpadła mu prawie w słowo Kopaczka a ja posłałam jej groźne spojrzenie w stylu „nie przerywaj i daj mu mówić”.

- To ogarnijcie się trochę. Mamy sytuację nadzwyczajną. – Kontynuował Percy.

- Wiecie, że BORBL-e szukają zaginionych akt części regulatorów, którzy nie podpisali Edyktu. Węszą także przy kilku ostatnich sprawach. Topper potrzebuje w tej sprawie wsparcia. Jest w Archibishop’s Park.

Kurcze, jak on pięknie to powiedział: Archibishop’s Park. Prześlicznie. Muszę kiedyś nagrać go sobie.

- Emma i Kopaczka – mówił dalej Percival a ja od razu poświęciłam mu sto procent swojej percepcji - pojedziecie do niego. Finch, ty będziesz mi potrzebny tutaj. Dziewczyny. Weźcie tylko broń podręczną. Tak na wszelki wypadek.

- Co robi Topper na terenie Pooka? – Dopytywała się Kopaczka.

- Spotkał się z Wiewiórczym Księciem.

Wiewiórczy Książę. Nawet tak absurdalne nazwy w ustach Percivala brzmiały niezwykle godnie tak, że byłam w stanie się powstrzymać od parsknięcia śmiechem.

- Dobra, Emma – Kopaczka podniosła tyłek z krzesła i mimo iż spodziewałam się dźwięku odklejanych od blatu siedzenia jej czterech liter nic takiego nie usłyszałam. Jak ona dawała radę poruszać się tak cicho w skórzanych ciuchach? – Ja chętnie odetchnę świeżym powietrzem, a jak ty?

- Świeże powietrze? Brrr - wzdrygnęłam się z udawanej odrazy - Wystarczy mi godzina raz na tydzień i zużyłam już całą z tego tygodnia, ale jak przemknę szybko do samochodu to mogę pojechać spotkać się z Maxem.

Percival wyszedł, więc nie miałam już powodu żeby dłużej tutaj siedzieć. Zamknęłam przeglądaną wcześniej księgę i ułożyłam ją równo na stole.

- Teraz rozumiem, co miał na myśli ten, który ukuł termin “ciężar wiedzy”.

Poszłam w ślady Kopaczki i także ruszyłam zadek. Też cicho, ale w moim przypadku to żaden wyczyn. Zero skóry. No poza moją własną. Przeciągnęłam się prostując ramiona.

- Ścigamy się do toalety? - Rzuciłam do Kopaczki.

- Jasne. Dawaj. Kto przegra stawia kawę.

Próbowaliście się kiedyś ścigać z Egzekutorem?

No właśnie.

Kiedy weszłam do łazienki Kopaczka zdążyła już skorzystać z toalety i myła ręce w umywalce. Spojrzałam na nią:

- Zawsze mam nadzieję, że kiedyś dasz mi wygrać – stwierdziłam, po czym zniknęłam za drzwiami kabiny.

Kiedy wyszłam Alicia stała obok lustra opierając się o ścianę. Spojrzałam na nią i uśmiechnęłam się. W stylu kota z Cheshire.

- Tak naprawdę to chciałam po prostu jak najszybciej opuścić przemiłe towarzystwo Fincha, ale dotrzymam słowa i płacę za kawę.

- Ciekawe. Myślałam, że wasz romans rozwija się właściwym tempem - zaśmiała się Kopaczka. - On przynajmniej tak twierdzi. Ten nasz nieudolny Finch. Może i jest pieprzonym geniuszem, lecz niewątpliwie jest pieprzonym dupkiem.

Przytrzymałam dłużej wzrok na Kopaczce. Już się nie uśmiechałam.

- Aha - stwierdziłam ponurym tonem.

- Coś się tak nagle zasmuciłaś? Hę?

- Nie, no tylko potwierdzam wszystko, co powiedziałaś. Finch ma rację: nasz romans rozwija się właściwym tempem, czyli zerowym, dokładnie tak jak powinno być. I ty masz rację, chociaż ujęłabym to w innych słowach.

Zakręciłam wodę i wytarłam ręce w ręcznik.

- To co zabieramy ze sobą? Ty bierzesz podręczny miecz dwuręczny a ja półtoraka? - Zapytałam wychodząc z toalety.

- Wolę topór. Finezją przypomina mi O’Harę. Nawet tak go nazywam. Finch. A tak serio, weźmy tylko coś lekkiego, sztylety, ja pistolet z amunicją runiczną. To teren sojuszników. Nie ryzykujmy incydentu.

- Oczywiście. Czasem nawet lepiej mieć mniej niż więcej, według mnie. Mnie brak arsenału mobilizuje do myślenia, a jak się uzbroję jak na wojnę to wtedy łatwiej przychodzą mi lekkomyślne, nierozsądne zagrania.

Oczywiście wcale tak nie myślałam.

- To nie w twoim stylu. Ty jesteś siłą spokoju. Oazą koncentracji. Taka już jesteś.

Kopaczka odpowiedziami tak jak chciałam żeby mi odpowiedziała. Cóż zaspokoiłam własną próżność, ale każdy czasem tego potrzebował.

Wzięłyśmy graty ze zbrojowni. No może nie do końca należałoby to pomieszczenie tak nazywać, ale przyzwyczaiłam się do nomenklatury MRu.

W Towarzystwie było inaczej niż w MRze. Cały czas ciężko było mi się przyzwyczaić. Oczywiście forma organizacji pracy bardziej mi odpowiadała niż ta w Ministerstwie. Mniej papierkowej roboty, mniej formalności, mniej tajemnic, lecz stare przyzwyczajenia nie umierają tak łatwo. Towarzystwo to było rzeczywiście towarzystwo w pełnym tego słowa znaczeniu. Jak już zasłużyłeś sobie na ich zaufanie i zaproszono cię do tego kółka wzajemnej adoracji nikt nie bawił się żadne poziomy dostępności do informacji czy ksiąg. Mogłam wleźć wszędzie i zobaczyć wszystko. Przeczytać wszystko i usłyszeć wszystko i, do jasnej cholery, w pełni z tego korzystałam.

Załadowałyśmy się do samochodu odpowiednio wyposażone i obie w okularach przeciwsłonecznych. Alicia tak samo jak chował swoje oczy przed ciekawskimi spojrzeniami i nadmierną ekspozycją na światło. Do tego obie byłyśmy oficjalnie martwe.

To była kolejna poważna zmiana w moim życiu. Kolejna ciężka kwestia, z którą musiałam się uporać.

Nie przeszkadzało mi, że musiałam zmienić miejsce zamieszkania. To było dla mnie już normą. Ostatnio naprawdę często się przeprowadzałam.

Nie przeszkadzało mi, że posługiwałam się nowymi dokumentami ze zmyślonym imieniem i nazwiskiem.

Trochę przeszkadzało mi, że musiałam unikać swoich ulubionych miejsc w mieście - sklepów, knajp czy restauracji.

Największą przeszkodą była dla mnie świadomość faktu, iż celowo, z pełną premedytacją wmówiłam całej mojej rodzinie, wszystkim moim przyjaciołom, kolegom i znajomym, że zginęłam. Nie dość, że ciążyło mi to okropnie na sumieniu niczym nieświeża ryba na żołądku to jeszcze miałam przepotworne poczucie straty. Stare porzekadło się sprawdziło. Nie wiedziałam, co miałam i jak bardzo to było cenne dopóki tego nie straciłam. Odczuwałam nieznośny wręcz fizyczny ból nie mogąc zadzwonić do osób, które były mi drogie a teraz już zrozumiałam jak bardzo były dla mnie drogie.

Jedynymi osobami, które wiedziały, kim naprawdę byłam i z którymi mogłam się spotykać i rozmawiać byli członkowie Towarzystwa a to mi nie wystarczało.

Nie miałam jednak innego wyjścia. To sobie powtarzałam podczas bezsennych godzin nocnych, podczas samotnych spacerów po nowych ścieżkach, podczas zakupów w nowych sklepach i podczas panicznych ucieczek, kiedy spostrzegłam na ulicy kogoś znajomego. To sobie powtarzałam przejeżdżając koło domów moich rodziców, kuzynów i przyjaciół.

Nie miałam wyjścia. Naprawdę nie miałam.

Nie mogłam pójść do BORBL i naprawdę nie miała tu nic do rzeczy moja awersja do Biura i jego pracowników. Mogłabym się przełamać, ale gdybym tam poszła długo bym nie popracowała.

Nie mogłam podpisać też pieprzonego Edyktu, bo byłam do licha Fantomem! Nie mogłam nie używać mojej mocy, bo część jej działała automatycznie. W ogóle jak można było w zakaż używania mocy wpisać Fantomów skoro nasze moce nie działały na ludzi. Ktoś nieźle się natrudził żeby z życia byłych Regulatorów zrobić obrzydliwe bagno. W moim przypadku wystarczyłaby zwykła prowokacja. Jakiś zatrudniony w BORBL wampir, a wiedziałam, że było ich tam trochę w majestacie prawa użyłby na mnie swojej mocy a ja bym się jej oparła odruchowo bez udziału mojej własnej świadomości i już oglądałbym sobie kratki w pierdlu Biura.

Tylko udawana śmierć i zniknięcie z ich radarów było dla mnie opcją, w której Borblaki i ich szefostwo zostawiało w spokoju mnie i moją rodzinę.



***



Dojechałyśmy do kwitnącego parku, takiego, w którym mógłby sobie radośnie pomykać Wiewiórczy Książę ze stadem wiewiórczych Księżniczek. Czy Disney nie zrobił kiedyś o tym bajki?

Wiosnę wyraźnie czuło się powietrzu. Zrobiło się naprawdę ciepło, mimo że słoneczko już zachodziło. W parku było sporo ludzi, niektórzy siedzieli sobie na ławeczkach łapiąc ostatnie promienie słońca, inni biegali bądź jeździli na różnych pojazdach napędzanych siłą mięśni.

Dyskretnie zaczęłam rozglądać się za Topperem i w cieniu jednego z drzew zobaczyłam najbrzydszego dzieciaka, jakiego kiedykolwiek oglądałam. Taa. To był Max przebrany za dziecko i usiłujący wtapiać się w tłum. Wzrost pasował. Trzy stopy i cztery cale pasowały do dzieciaka. Figura? No cóż zdarzały się otyłe dzieci. Tylko ta twarz, z tym nosem nie pasowała.

Podeszłam do Toppera i oparłam się o drzewo w jego pobliżu. Spojrzałam na niego z wyrzutem.

- Tutaj jesteś Timmy a ja cię wszędzie szukam! Ładnie to tak uciekać cioci.

Na koniec pogroziłam mu palcem.

Uśmiechnął się i pięknym barytonem powiedział.

- Ciocia. Zabrała ciocia lizaki, jak prosiłem?

- Jasne, że zabrałam pączusiu, ale możesz dostać tylko dwa dziennie. Zalecenia mamusi.

- Pączusiu - mruknął pod nosem. - Chodźmy do oranżerii. Czekają tam na nas.

- Tak, chodźmy skoro tam na nas czekają.

Razem z Alą ruszyłyśmy za Topperem.

Chciałam poklepać Maxa po ramieniu, ale ostatecznie się powstrzymałam uznając, że ciągnięcie tej gierki przestało się mu podobać. Niektórzy byli dość przewrażliwieni na punkcie swojego wyglądu, mimo że byli krasnoludami i wyglądali jak rasowe krasnoludy. Topper chyba jednak nadal wzdychał do czasów, kiedy jeszcze był człowiekiem. Zanim Mythos zabrał mu jego ciało i podrzucił w zamian krasnoluda. Cholerny Mythos, oby gnił i śmierdział gdziekolwiek się znajdował.
 

Ostatnio edytowane przez Ravanesh : 14-10-2014 o 22:49.
Ravanesh jest offline  
Stary 14-10-2014, 23:47   #4
 
Efcia's Avatar
 
Reputacja: 16160 Efcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputację
https://www.youtube.com/watch?v=P1QUZzeZoPQ

- Gotowa na powrót do wielkiego miasta? – zapytał Kris.
- Tak samo jak wielkie miasto jest gotowe na mój powrót. - Odparła Vannessa. Uderzyła wierzchem w dłoni w tors mężczyzny, uśmiechając się jednocześnie szeroko do niego.
- Musiałbym poznać więcej szczegółów. - Druidka zwróciła się do odmieńca. - Nie wypada robić nadziei rodzinie. Możesz umówić spotkanie. Do zobaczenia. - Pożegnała się uprzejmie.
Kiwnęła następnie głową na Krisa by ruszyli w stronę samochodu.
Wilkołak jak zwykle szarmancki otworzył bramkę, a następnie drzwiczki samochodu ruchem reki zapraszając do środka. Gdy wsiadła zatrzasną drzwiczki i usiadł na miejscu kierowcy.
Odpalił silnik i już po chwili jechali starą, zniszczoną drogą .
W obecnych czasach reperowanie nawierzchni nie było priorytetem władz. Nie chodziło nawet o brak pieniędzy, chociaż pewnie i to było jednym z powodów. Zwyczajnie nie opłacało się naprawiać czegoś, z czego i tak niewielu korzystałoby.
Pomimo dziur jazda nawet była przyjemna. Szosa wiła się leniwie wśród pól i łąk, które powoli zazieleniały się. Drzwa i krzewy po jej bokach pokryły się już listowiem, jednak nie na tyle bójnym by zasłonić słońce. Jego promienie przebijały się więc przez konary otaczając złocistą poświatą niektóre fragmenty ziemi. Tworzyło to naprawdę przyjemny dla oka widok.
- Co tam w pracy??. - Spytała Vannessa wciągając do płuc świeże powietrze, które dostawało się do środka przez uchylone okno. Razem z przyjemnymi zapachami docierał do nich śpiew ptaków ukrytych wśród konarów.
- Wiosna. - Odparł Kris. Przez jego oblicze przemknął się tajemniczy uśmiech. - Stężenie feromonów w powietrzu rośnie.
- Nie wiedziałam, że masz aż tak wrażliwy zmysł powonienia.
- No co ty. - Mężczyzna roześmiał się. - Nawet chory na anosmię mógłby to stwierdzić. Wiesz jak bardzo w ty okresie zwiększa się ilość bezpańskiej damskiej bielizny??
- Tak, tak. - Przytaknęła mu Wiedźma. - Doskonały pomysł na własny biznes. Handel używaną bielizną.
- Wiesz, nie ty pierwsza na to wpadłaś. - Powiedział zupełnie poważnie
- Na co??
- No na ten handel. To co znajdujemy znika szybko.
- A może macie tam amatora damskich ciuszków. Kupić się wstydzi. - Vannessa starała się być poważna ale szybko zaczęła się śmiać z tego co powiedziała. Kirs rzucił jeszcze kilkoma zabawnymi opowieściami z dnia codziennego w knajpie. Wśród śmiechów i żartów dojechali do Londynu. Miasto nie było nawet takie przytłaczające.

***

Kris wrócił nad ranem, jak codziennie, z pracy. Rzucił swoją skórzaną kurtkę na wieszak. Zdjął buty by cichutko wślizgnąć się do łóżka. Ale łóżko było puste.

Vannessa siedziała w kuchni przy stole, nad rozpoczętą butelką whiskey. Przed nią stało kilka pełnych kieliszków. Nad dwoma tańczył niebieski płomień , niczym błędny ognik wiodący podróżnika na zgubę.
Nie odwróciła się gdy stanął w drzwiach. Bawiła się tylko pełnym kieliszkiem obracając go w dłoniach i przyglądając się klarowności płynu w nim.
- Wiesz ilu dobrych Łowców zginęło ostatnio?? - Postawiła to pytanie upijając odrobinę alkoholu z trzymanego kieliszka.
Kris stał w milczeniu z rękoma splecionymi na piersi. Nie odpowiedział, bo i ona odpowiedzi nie oczekiwała.
- Dużo. - Ciągnęła dalej odstawiając pełne jeszcze naczynie. Sięgnęła po leżące nieopodal zapałki. Wyciągnęła jedną i jednym szybkim ruchem odpaliła. Z namaszczeniem przyglądała się płomieniowi.
- Za dużo. - Umieściła płomień nad alkoholem i poczekała aż się zajmie. - Dużo za dużo. - Przez chwilę trzymała jeszcze kieliszek wpatrując się w tańczące płomienie zupełnie jakby one mogły dać jej odpowiedź na te wszystkie trudne pytania, które kłębiły się w jej głowie.
- Abi. - Wskazała na pierwszy kieliszek.
- Wesołek. - Przesunęła palcem na drugi.
- Emma. - Trzeci.
- Na dwóch kolejnych postawili krzyżyki. - Druidka wybrała kolejne kieliszki i upiła po łyku z nich a następnie podpaliły. - Bo Nathan i Vincent stali się jak przed czym mieliśmy bronić ludzi. - Sięgnęła po kolejny. Ale ten wychyliła do dna. - Wielu dobrych Łowców zginęło ostatnio.
- I co zamierzasz?? - Łak w końcu się odezwał.
- Nic. - Odparła odstawiając pusty kieliszek obok tych jeszcze płonących. - Żyć. Pożegnałam dobrych...
- Podpiszesz lojalkę?? - Nie dał je dokończyć.
- Tak, podpiszę. - Odparła z niechęcią w głosie.
- Aha.
- Co, aha?? Oni nie żyją, a ja żyję. - W jej głosie dał się słyszeć wyrzut.
- Nic. - Kris wzruszył ramionami.
- No właśnie. - Przyglądała się jak dogasają powoli kieliszki. Mężczyzna też na nie patrzył.
- Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem. - Powiedział powoli gdy tylko pierwszy z płomieni zgasł. - Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą. - Drugi z płomieni zgasł. - Kiedy przyszli po mnie…
- Tak, będę oportunistą. - Vannessa nie dała mu dokończyć. - To najlepsze co mogę teraz zrobić. - Płomyki w kolejnych kieliszkach dokonywały swoich żywotów
-... nikt nie protestował. Nikogo już nie było. - Kris dokończył gdy zgasł ostatni.
 
__________________
- I jak tam sprawy w Chaosie? - zapytała.
- W tej chwili dość chaotycznie - odpowiedział Mandor.

"Rycerz cieni" Roger Zelazny
Efcia jest offline  
Stary 16-10-2014, 11:12   #5
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 22829 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
NATHAN SCOTT

Ciepła woda spłukała z jego ciała smród Komory, chociaż z duszą nie było to już takie łatwe. Dopiero teraz, stojąc przed lustrem, mógł ujrzeć, co Uzurpacja poczyniła z jego ciałem.

Nabrał masy mięśniowej, urósł i odzyskał oko. Miał teraz ponad dwa metry i trzydzieści centymetrów wzrostu i ważył przynajmniej trzysta pięćdziesiąt funtów. To były jedyne plusy w tej transformacji. Reszta wzbudzała przerażenie. Jego skra nabrała koloru krwi, paznokcie wydłużyły się i zakrzywiły zamieniając w groźne, czarne szpony. Twarz stała się szeroka, brutalna, prawie zwierzęca. Usta wypełnił rząd ostrych kłów, a z głowy wyrosły potężne, krótkie rogi przypominające kozie tryki. Ramiona i barki pokryła mu twarda, łuskowata skóra, przywodząca na myśl krokodyli pancerz.

Na widok tej przemiany Scott poczuł ogarniającą go wściekłość. Dziką, nieokiełznaną furię. Ujrzał, jak jego oczy dosłownie wypełnia ogień, jak płomienie ogarniają zakrzywione szpony i rogi. Czuł gorąco w ustach wiedząc, że jeszcze chwila i … zionie ogniem.

Nie był już człowiekiem. Co więcej, nie przypominał go już ani odrobinę. Był … odmieńcem, demonem, kimś, kogo kiedyś pewnie odstrzeliłby bez wahania.
Przesiedział w łazience długi czas, nim ochłonął na tyle, by wyjść do ludzi.
O tym, że ktoś na niego czeka, dowiedział się kilka minut później.

* * *

Gościem okazał się szczupły mężczyzna o podłużnej twarzy, ciemnych i bystrych oczach oraz jasnej skórze.
- Jeremi Work – przedstawił się chudzielec przyglądając z ciekawością Nathanowi. – To ja zorganizowałem pańskie uwolnienie. Oczywiście, jak zdaje sobie pan sprawę, nic nie dzieje się bez powodów. Nie znamy się, ale jest pan potrzebny naszemu wspólnemu pracodawcy. Bo i owszem, panie Scott, proponuję panu pracę.
- Jaką pracę? Kim jest pana szef? – Scott postanowił dowiedzieć się czegoś więcej.
- Ustalmy, panie Scott – mężczyzna uniósł dłoń w geście uciszenia. Nosił na niej ciemne, damskie rękawiczki. – To ja będę zadawał pytania, dobrze. Pewne rzeczy powinny pozostać przed panem ukryte, dla pana i naszego dobra. Proponuję, napijemy się herbaty, bo pora ku temu wydaje się być odpowiednia, a potem porozmawiamy o pana dalszej przyszłości i naszej propozycji. Z pańskim wyglądem raczej trudno będzie mówić o swobodnym działaniu, nieprawdaż? Pana sytuacja jest rozpaczliwa i jeśli chce pan przetrwać, potrzebuje pan sojuszników. My możemy nimi być. Znamy pana jeszcze z pracy w MR. Doceniamy pana skuteczność i moralność.
Scott usiadł.
- Doskonale. Zacznę więc od krótkiego nakreślenia sytuacji w Londynie. Ministerstwo, w którym pan pracował, zostało rozwiązane. Doszło do prowokacji, których inicjatorami było Biuro Ochrony Rady Bezpieczeństwa Londynu. Podczas tych prowokacji zginęło sporo dobrych, wartościowych, uczciwych regulatorów. Także pana przyjaciół i sojuszników. Ja reprezentuję grupę ludzi, którym nie na rękę jest nowy porządek rzeczy. Którzy nie chcą, by zbrodnie jakich dopuścił się BORBL przeszły bez kary. Chcemy obnażyć hipokryzję Biura i jednocześnie pokazać, jakie siły stoją za Radą Bezpieczeństwa.
- A jakie stoją? – nie mógł się powstrzymać Nathan.
Jedyną odpowiedzią było krzywe spojrzenie Worka.
- Wszystko w swoim czasie. Pierwszym krokiem, przeciwko BORBL byłoby małe działanie militarne. Wiemy o planowanej akcji w tak zwanej operacji Regulacja. Jej celem będzie kolejny łowca. Chcemy, by pokrzyżował pan szyki BORBL. Załatwił ich grupę uderzeniową. Pana widok wprowadzi trochę zamieszania w ich plany. Co pan na to?

EMMA HARCOURT

Szli we trójkę przez opromieniony blaskiem słońca park coraz bardziej zwracając uwagę na fakt, że nie są jedynymi „dziwakami” w jego obrębie. To był rewir Odmieńców. Miejsce ich zgromadzeń i spotkań. Ich dominium. Dwór Księcia Wiewiórek.

Serce siedliska fae znajdowało się w małym, zabytkowym domu ogrodnika obecnie służącym jako bufet dla odpoczywających w parku. Utrzymany w ciepłym, domowym stylu, stanowił przyjemne miejsce do relaksu. Można było w nim zjeść coś na szybko, napić się gorącej herbaty lub zimnej wody sodowej. Menu nie było zbyt wyszukane, ale przecież nie przyszli tutaj jeść.

- Tędy – niewysoki, rudy chłopak o wyglądzie gryzonia, wskazał im drogę na zaplecze.

Ignorując gości – głównie matki z dziećmi wrzaskiem domagającymi się słodyczy – przeszli przez wąskie drzwi i znaleźli się w małym korytarzu.

- Coś jest nie tak – powiedział Topper. – Nigdy się tak nie zachowywali.
Nie musiał mówić nic więcej. Emma też wyczuwała dziwny niepokój w powietrzu.
Przeszli przez kolejne drzwi i znaleźli się w małym, ciasnym biurze – norce księcia wiewiórek.

Calm, jak kazał nazywać się przywódca tej małej koterii faerie, stał przy oknie. Był drobnym, szczupłym młodzieńcem o wesołej twarzy, zielonych oczach i rudej czuprynie. Typ wiecznego dziecka.

- Potrzebuję waszej pomocy – Calm od razu odwrócił się, gdy tylko usłyszał wchodzących ludzi.
- Przyszliśmy tutaj po coś innego. Przecież wiesz, Calm – ostudził jego emocje Topper. – Potrzebujemy klucza.
- A my potrzebujemy pomocy – w głosie księcia wiewiórek pojawiła się panika.
- Zwróć się do waszych protektorów.
- Odmówili – książę wiewiórek sięgnął ręką do misy z łuskanymi orzechami stojącej na biurku i pochłonął kilka na raz. – Orzeszka?
- Nie, dzięki – Topper był wyraźnie rozdrażniony postawą Calma. – Mam przez to rozumieć, że nie oddasz nam tego, co miałeś przechować.
- Jeśli nam pomożecie, to oddam.
- Nie tak się umawialiśmy.
- Reguły się zmieniają. Borble węszą i kręcą się wokół Ludu. Zdaniem naszych protektorów szykują coś na nas. Wiemy, że ich szef dogadywał się z Cierniami i Pokutnikami.

Emma doskonale wiedziała, o czym mówi rudzielec. Lud – to byli fae. Cienie i Pokutnicy – to były dwa najliczniejsze ugrupowania, które w swych szeregach miały bardziej wyuzdanych i złośliwych przedstawicieli Ludu: trolle, gobliny, koboldy, banshee i tym podobne istoty ze „złych bajek”.

- Coś się szykuje. – Kontynuował Calm. - Coś dużego. I dlatego potrzebujemy waszej pomocy.
Topper westchnął ciężko.
- Towarzystwu się to nie spodoba. Myśleliśmy, że można bardziej na was polegać.
- Takie jest życie – kilka kolejnych orzeszków zniknęło w ustach pooka. – Przysługa za przysługę.
- Co mielibyśmy zrobić?
Calm uśmiechnął się promiennie.
- Trzeba odnaleźć dwie bliźniacze siostry z rodu pooka i przekonać je, by wróciły do domu. Robota w sam raz dla kogoś takiego, jak wy.
-Więc gdzie tkwi haczyk? Czemu protektorzy nie wzięli tej sprawy?
- Rewir. Nie możemy działać na terenach wampirów. Poza tym Kleo i Meo złamały kilka zasad. To buntowniczki.
- Ciotka? Zajmiesz się tą sprawą? – Topper spojrzał na Emmę.
Nim fantomka zdążyła odpowiedzieć, Topper przeniósł wzrok na Calma.
- Ale nie będziesz czekał na efekt pracy Emmy. Jeśli zaczniemy śledztwo, oddasz nam to, co daliśmy ci na przechowanie. Zgoda?
Calm spojrzał na Toppera i chyba ujrzał w jego oczach coś, co mu się nie spodobało.
- Zgoda – potwierdził. – Klnę się na Lśnienie.
- Ciotka? Bierzesz to?


VANESSA BILINGSLEY

Chyba Krisowi nie spodobała się jej decyzja, ale trudno mu było się dziwić. BORBL działał dużo ostrzej, niż dawny MR. Dużo bardziej bezwzględnie. Mieli jednak noc przed sobą i żądne z nich nie psuło nastroju niepotrzebnymi kłótniami. Kris miał rację. Feromony wyczuwało się w powietrzu, a noc była zbyt krótka dla ich pieszczot.

Następnego dnia o dziewiątej stawiła się w Biurze, w starym Ministerstwie Regulacji.

Byłą tam pierwszy raz od momentu, kiedy Rada podjęła decyzję o likwidacji MR-u. Miała to szczęście w nieszczęściu, że spędziła ostatnie trzy tygodnie w szpitalu, poważnie ranna. Dzisiaj jednak kończył się jej urlop zdrowotny i musiała zameldować się w pracy. Oficjalnie każdy regulator podlegał teraz nowemu Wydziałowi Regulacji w Biurze Ochrony Rady Bezpieczeństwa Londynu, póki nie wybrał swojej drogi – odejście z pracy i podpisanie Dekretu lub też przyjęcie posady w Wydziale Regulacji i podpisanie stosownych dokumentów. Pierwszy wybór – o czym Vannessa doskonale wiedziała – był prostą drogą do „przypadkowej” śmierci. Drugi – dawał szansę przetrwania w tym przewartościowanym społeczeństwie.

Sprawy jej powrotu do czynnej służby załatwiła szefowa Działu Kadr – Tasha Barowsky – kobieta o wyglądzie zmęczonego życiem psa rasy bokser. Podpuchnięte oczy i obwisłe policzki sugerowały spore problemy z alkoholem i tożsamością. Tasha nie pachniała najlepiej, a kiedy odczytywała prawa i obowiązki Vannessy, z jej ust wydobywał się nieprzyjemny odorek przetrawionej whiskey i zepsutego zęba doprawiony czosnkiem.

Druidka dokładnie przeczytała kontrakt, nim złożyła na nim podpisy. W zasadzie nie różnił się niczym od tego, który podpisała pracując w MR. Te same zapisy, podobne klauzule, i tylko jeden zasadniczy wyróżnik – pracowała teraz bezpośrednio dla Rady Bezpieczeństwa Londynu – czyli rządu Wielkiej Brytanii i podlegała paragrafowi osiemnastemu Klauzuli Bezpieczeństwa. Znała ten paragraf bardzo dobrze. Mówił on, że jeśli zdradzi powierzone jej tajemnice lub nie wykona powierzonych zadań narażając tym samym bezpieczeństwo kraju, może zostać postawiona przed sądem jako terrorystka.
Nowe prawo Wielkiej Brytanii za przestępstwa przeciwko paragrafowi osiemnastemu orzekało kary więzienia, ciężkich prac lub – najczęściej – karę śmierci. Cóż. Po Fenomenie Noworocznym i upadku znanego porządku świata, Unii Europejskiej, Organizacji Narodów Zjednoczonych i innych większych organizacji politycznych, ekonomicznych i militarnych, demokracja stała się zapomnianym systemem sprawowania władzy. Powróciły do łask mniej lub bardziej zakamuflowane systemy represyjne, policyjne i totalitarne.
Vannessa podpisała. Tasha wykonała telefon.

- Przed drzwiami czekać będzie na ciebie funkcjonariusz. Zaprowadzi cię do twojego bezpośredniego przełożonego.

Funkcjonariusz miał ostre rysy twarzy i czarny uniform ochrony, jaki nosili wszyscy w odmienionym MR. Zaprowadził ją do drzwi na pierwszym piętrze – gabinetu jednego z dawnych koordynatorów. Teraz ujrzała na nich tabliczkę z nazwiskiem Tremac.

Po chwili stanęła oko w oko ze swoim znajomym BORBL-em z dworca.
Tremac nie uśmiechał się, jak zawsze.

- Świetnie że jesteś – powitał ją oschłym głosem. – Cieszę się, że podjęłaś odpowiednią decyzję. Twoja pierwsza regulacja. Dostosowana do twoich mocy. Dostaniesz wsparcie w postaci jednego z naszych funkcjonariuszy, ale to ty musisz wykonać wyrok. To sprawdzian twojej lojalności. Rozumiesz?
Pokiwała głową, chociaż nie podobał się jej wyraz twarzy Tremaca.

Otworzyła akta sprawy i zobaczyła zdjęcie jej dobrej znajomej z MR-u – regulatorki Abigail Nash. Wesołej, jowialnej, wygadanej i serdecznej murzynki, która pomagała jej pół roku temu przy sprawie z uzurpacją, kiedy Vannessa sprawdzała wrzos zza Muru.

- Co zrobiła?
- Złamała Edykt. Nieusankcjonowane użycie mocy. Jak pani wie, pani Bilingsley, używanie mocy po podpisaniu Edyktu uważane jest za pogwałcenie bezpieczeństwa krajowego. Wyrok zaocznego sądu Rady Bezpieczeństwa podpisany dzisiaj rano przez trzech jej członków, zgodnie z obowiązującym prawem. Pobierz broń ze zbrojowni i spotkaj się w garażu z funkcjonariuszem Egonem Zyrco. Pojedziecie do kwiaciarni Abigail, którą założyła po odejściu z MR-u, odczytasz jej wyrok i zastrzelisz. Wszystko jasne?

Spojrzała na niego. Nie żartował. Szybko przebiegła wzrokiem po tekście.
Zarzutem było … wyleczenie chorego dziecka z użyciem mocy mistycznych, zakazanych Edyktem. Ktoś z członków rodziny dziecka zadenuncjował Abigail dla nagrody. Zdobył zeznania świadków i w ten sposób wydał wyrok na Nash. Wszystkie papiery wyglądały na w porządku.

- Tutaj ma pani swoją nową legitymację – Tremac rzucił jej książeczkę w twardej oprawie. – Witamy w Wydziale Regulacji Biura Ochrony Rady Bezpieczeństwa Londynu. Mam nadzieję, że będzie pani dobrze wykonywała swoje obowiązki. Nie muszę przypominać, co oznacza niesubordynacja. To już nie jest zabawa w Ministerstwo Regulacji, lecz poważna praca której zdaniem jest dbanie o bezpieczeństwo całej Wielkiej Brytanii. A pani, jako osoba obdarzona mocami łowcy, nie jest już w świetle prawa traktowana do końca jak zwykły człowiek. A kiedy w Radzie przejdzie Dyrektywa o Istotach Nadnaturalnych, tylko praca w strukturach Rady pozwoli istotom takim jak ja, czy pani, na używania swoich zdolności. Inni zostaną zrównani z potworami i martwymi. Proszę o tym pamiętać i wykonywać rozkazy. Wtedy wszyscy będą zadowoleni.


MORRIS LEAF


Piwo pieniło się tak, jak należy. Nie za dużo, nie za gęsto. To było porządne piwo. Morris wypił je szybko, łapczywie, kilkoma potężnymi łykami, nie odrywając brodatej twarzy od brzegu naczynia. Zaprzyjaźniony barman wiedział, co ma robić i przed Morrisem pojawiło się kolejne piwo.
Pub „Castle” Morris odwiedzał od kilku miesięcy i obsługa dobrze poznała jego zwyczaje i upodobania.

Leaf kiwnął głową w podzięce barmanowi i przeszedł do swojego ulubionego stolika – czy też raczej beczki po piwie ustawionej w rogu, pod ozdobami szkockich zespołów folkowych.

Gdzieś niedaleko siedział jakiś Martwy, bo Leaf wyczuł wyraźnie otaczającą umarłego aurę śmierci. Ten zimny, niewyczuwalny dla większości ludzi powiew. Morris uśmiechnął się pod nosem i zajął się piwem jednocześnie próbując namierzyć martwego.

To był wampir nowej krwi. Młody chłopak ubrany w niewyróżniający się w tłumie strój i z przeciętną twarzą. Udawał, że pije piwo, jak inni. Ale polował. A nie powinien.

Morris wstał, wziął piwo szepcząc nad nim kilka słów.
Usiadł przed zdziwionym wampirem i spojrzał mu prosto w oczy. Normalnie ludzie unikali spojrzeń wampirów, bo nawet niektóre młodej krwi potrafiły zauroczyć nieświadomego śmiertelnika, ale Leaf już dawno temu zostawił strach za sobą.

- Spierdalaj stąd! – powiedział Morris patrząc na krwiopijcę.

Wampir zmrużył oczy, nadal nie wyczuwając zagrożenia. Wziął Leafa za barowego awanturnika. To tylko podkreślało, jak niewielką mocą dysponuje. Pewnie stał w hierarchii na tyle nisko, że nie podczepił się pod świtę któregoś z baronów i zmuszony był żerować samodzielnie. Żałosny złamas.
- Co? – zdziwił się wampir.
- Spierdalaj. Nie słyszałeś.
W oczach wampira pojawiły się iskierki gniewu. Młody. Z trudem panował nad głodem.
- Poświęciłem to piwo i chociaż będzie mi szkoda, chlusnę ci nim w twarz. Wiesz co się wtedy stanie?
Wampir nie dowierzał.
- Zdechniesz, jak należy, w konwulsjach.
- Kim jesteś?
- Kimś, kto skopie ci dupę, jeśli nie wyjdziesz. Jasne.

Wampir zrezygnował. Strach przegrał w nim walkę z głodem. Typowy odpad z linii krwi. Opuścił „Castle” a Morris wrócił do swojej beczki.

Poświęcone piwo smakowało równie dobrze, jak wcześniej.

Godzinę później dosiadła się do niego Sirene. Jak zawsze ubrana w białą skórę – zgrabna i piękna – przyciągała spojrzenia podchmielonych bywalców pubu. Tylko ci, którzy znali Sirene nie patrzyli w jej stronę. Nie chcieli kłopotów.
- Trzymaj, świętoszku – Sirene położyła przed nim kopertę. – Jak zawsze dwieście funtów. Cel znajdziesz w kopercie.
- A nasza sprawa?
- Jesteśmy coraz bliżej informacji, na której ci zależy.
- Powtarzasz to za każdym razem, Sirene. Zaczynam wątpić, czy ten układ mi się opłaca.

Aura Śmierci, która ją otaczała pogłębiła się. Sirene była silniejszą Nową Krwią. Dziką i nienasyconą, ale doskonale panującą nad swoją nową naturą.

- Może chcesz spotkać się z nim bezpośrednio? – zaproponowała niespodziewanie Sirene.
- Ufam ci. Ale to ostatni raz – położył dłoń na kopercie. – Koniec ze zleceniami, póki nie wskażecie mi Triwago. Jasne.
Siren spojrzała na niego swoimi złocistymi oczami drapieżnika.
- Jasne, świętoszku. Rano załatw dla nas temat, a my się odwdzięczymy. Baron docenia to, co dla nas robisz.
- W dupie mam twojego barona.
Zaśmiała się głośno i melodyjnie przyciągając kilka podekscytowanych spojrzeń.
- Oby nie, świętoszku. Nie kuś go. Kantyk lubi nieco gładszych i bardziej zdeprawowanych. No i dużo młodszych.

Nadal śmiejąc się opuściła pub.
Morris dopił piwo, zabrał kopertę i wyszedł za nią. Musiał się przespać przed czekającą go jutro robotą.


HARRIET HENSIGTON


- Powiedz mi, ojcze, czym jest zemsta?
Harriet klęczała przy konfesjonale spowiadając się cicho.
- Niczym dobrym – odpowiedział spowiednik, który miał tego pecha, że siedział po drugiej stronie, kiedy siostra Hensigton poczuła potrzebę wyznania swoich win.
- Czyżby, ojcze? A Sodoma i Gomora, a Moab? Rzezie, których dokonał Bóg? Oko za oko.
Spowiednik milczał.
- Zabili mi brata – wyszeptała siostra Harriet. – Wie ojciec? A ja jestem coraz bliżej prawdy. CO mam zrobić jak ją poznam?
- Zawierzyć Stwórcy.
- Tak właśnie mam zamiar zrobić – odpowiedziała kobieta. – Bóg zapłać, ojcze. Dziękuję za tą spowiedź. Bardzo mi ojciec pomógł.
- Nie ja. Bóg.
Ale Harriet Hensington już nie słuchała.
Opuściła kościół zapalając przy wyjściu papierosa. Jej ostra twarz wydawała się być skupiona na czymś.

* * *

- Popatrz, pingwin! – zarechotał jakiś podpity młodzieniec patrząc na idącą ulicą zakonnicę.
- Daj spokój, Smooky – drugi kolega odciągnął go na bok.

Harriet nie zwracała na nich uwagi. Poczekała, aż minie ją ryksza i przeszła na drugą stronę ulicy. Po chwili wchodziła już do małego antykwariatu.

- Szczęść boże, Donovan.
- To ty – nazwany Donovanem mężczyzna spojrzał na gościa bez cienia zadowolenia.

Donovan był sześćdziesięcioletnim, szczupłym i wysokim facetem. Posiadał niewielki talent magiczny, o którym wiedzieli tylko nieliczni – w tym Harriet.
Potrafił poznać historię jakiegoś przedmiotu trzymając go w dłoniach i koncentrując na nim swoją uwagę.

- Co tym razem?
Zakonnica wyjęła małą torebkę strunową. W środku znajdował się niewielki, metalowy przedmiot.
- Odczytaj to dla mnie.
- Harriet – Donovan pokręcił głową. – Daj sobie już spokój. To nic nie da.
- Odczytaj – powiedziała dużo ostrzejszym tonem.
- To nic nie da – powtórzył antykwariusz ale podszedł do drzwi, przekręcił klucz i zawieszkę na „ZARAZ WRACAM”.
Potem ostrożnie wyjął przedmiot z woreczka.
- To moneta?
- Odczytaj ją.
- Odczytanie monety to prawie niewykonalne. Nie dla kogoś z moi talentem. Jestem za słaby. Potrzebujesz specjalisty.
- Znasz takiego? Daj mi namiar.
Donovan spojrzał jej w oczy. Ustąpił.
- Zapiszę ci nazwisko i adres. Facet nazywa się Mesmero, prawdziwe imię Piotr Niezawodny. Emigrant z Polski, przed Fenomenem. Pracuje jako ryksiarz w Yellow Bike – podał nazwę największej i najpopularniejszej sieci ryksz w Londynie. – W centrali na pewno ci go pokażą. Niewielu wie o jego darze, więc, proszę, nie spal chłopaka. Boi się czystek, jakie urządzają Borble. Wszyscy o tym teraz mówią.
Harriet zabrała monetę i woreczek.
- Twój brat miał szczęście, że nie dożył tego dnia.
Spoliczkowała go. Mocno, boleśnie.
Donovan złapał się za twarz, ale nic nie powiedział.
- Nie waż się więcej wspominać o moim bracie, Donovan. Nigdy.
- Przepraszam.
Zakonnica nic nie odpowiedziała. Podeszła do drzwi, przekręciła klucz i wyszła na ulicę.

AMY S. LITTLE

Amy była zmęczona. Potrzebowała kawy. Bardzo jej potrzebowała.
Przez okno dolatywał do niej świergot ptaków. Wiosna. Słońce świeciło przez cały dzień przyjemnie ocieplając atmosferę. Robiło się ładnie. Aż trudno było się jej skupić na pracy.

Przed Amy leżały wycinki z gazet i ręcznie zrobione notatki. Straszliwy bałagan, jeżeli ktoś spojrzał z boku, lecz dla Amy było to naturalne środowisko pracy. Poszukiwała powiązań i w końcu je znalazła.

- Rashid Makkaz – wskazała palcem jedną z fotografii.

Jej partner przyglądał się jej z powątpiewaniem. Nazywał się Artur Parrot i był dobrym policjantem.

- To nasz słaby punkt łączący – upierała się Amy.

Z Arturem łączyła ją prawdziwa przyjaźń. Razem byli na szkoleniu. Razem trafili do Scotland Yardu. Razem przeszli przez ulicę, kiedy Fenomen Noworoczny zmienił wszystko spychając policjantów na drugi tor i dając prym działania Ministerstwu Regulacji. Razem uniknęli sieci MR-u zarzuconej na co zdolniejszych śledczych. Amy miała talent, ale ukrywała go przed całym światem. Tylko Artur o nim wiedział. Reszta traktowała ją jak zwykłą policjantkę.

Jak się okazało wyszła na tym całkiem nieźle w świetle ostatnich czystek na górze – pomiędzy MR i BORBL. Kolejny raz przeczucie jej nie zawiodło.
- Jesteś pewna? – zapytał Artur.
- Nie. Ale mam przeczucie.

Pracowali teraz nad sprawą porwań dzieci z dzielnic nędzy. Jak się zastanowić nad tym głębiej, to teraz prawie cały Londyn przypominał taką dzielnicę nędzy. Dzieci znikały z ulic, podwórek, w drodze do szkoły. Policja rozgryzła, że służą jako żywy towar sprzedawany przez pośredników dalej. Sieć porywaczy miała powiązania religijne i dobrze złożoną strukturę. To byli specjaliści.

Ale teraz Amy znalazła, jak jej się wydawało, ich słabe ogniwo.
Rashid Makkaz.

Elektryk pracujący na własną rękę. Przybył do UK z Syrii jeszcze przed Fenomenem. Teraz obywatel Wielkiej Brytanii. Płacący podatki, nawet walczący na wojnie z Martwymi. Dość często odwiedzał, z racji wykonywanej pracy, miejsca w których znikały dzieciaki. Amy była pewna, że facet macza w tym palce.

- Jedziemy go przycisnąć?
- Spróbujmy. Weź nakaz.
 
Armiel jest offline  
Stary 17-10-2014, 18:15   #6
 
Autumm's Avatar
 
Reputacja: 7319 Autumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputację
~*~

- ...ale najpierw kawa! - Amy przeczesała dłońmi swoje gęste, kasztanowe włosy, które jak zwykle nie chciały się trzymać ustalonego rano planu i samowolnie uciekały spod tyranii lakieru i grzebienia.
- Kolejna nieprzespana noc? Ile nad tym wczoraj siedziałaś...? - Artur spojrzał na partnerkę z lekkim uśmiechem. Znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że do każdej sprawy podchodziła z olbrzymim zaangażowaniem, co skutkowało tym, że poświęcała również swój prywatny czas na główkowanie nad szczegółami śledztwa. Zgarnął ostrożnie trochę piętrzących się wokół papierów, starannie ułożył i wsadził do kartonowego pudełka z numerem sprawy.
- Nie, po prostu skończyła mi się ta w domu... - policjantka roześmiała się, wyciągając z porządkowanego przez mężczyznę stosu zdjęcie Rashida. Podeszła do korkowej tablicy z rozrysowanym schematem śledztwa i przygryzła wargę, szukając odpowiedniego miejsca. - Tak samo jak mleko i żwirek dla kota... i kilka innych rzeczy. Nie chciało mi się ostatnio wychodzić... - wyjaśniła z lekkim zażenowaniem. Artur nie pytał dalej; czasem po prostu tak było że optymistyczna i pełna energii Amy łapała gorszy nastrój, a wtedy mało co było w stanie ruszyć ją spod ciepłego koca w mieszkaniu. - O, widzisz! Pasuje idealnie! - Amy odeszła kilka kroków od tablicy. Większość przyczepionych tu karteczek miała znaki zapytania - profile zaginionych mieszały się ze zdjęciami miejsc, gdzie ich ostatnio widziano, mapami pomazanymi markerem, zeznaniami świadków, strzałkami biegnącymi w najdziwniejszych kierunkach... czysty chaos, jeśli ktoś patrzył na to z boku. Ale dla policjantki ta "myślowa mapa" była czysta, jasna i wyraźna, jakby patrzyła na przejrzyście wyrysowany schemat.

A Rashid Makkaz znajdował się dokładnie w miejscu, w którym powinien być. Zresztą ten płaski schemat był tylko ubogim wyobraż[eniem tego, co *tak naprawdę* widziała Amy. A może lepszym określeniem byłoby "czuła". Świat był gigantyczną, żyjącą siecią wzajemnych powiązań, zależności i koneksji, płynnie przechodzących jedna w drugą; nie było istoty, zjawiska, zdarzenia czy rzeczy, która byłaby osobna czy z niczym nie związana. A gdzieś w głowie Amy siedziała wrażliwa membrana, która odbierała drgania tej wielkiej sieci. Czasem było to aż przytłaczające - dotknięcie klamki w pomieszczeniu używanym przez grupę ludzi czy kubka w barze zalewało świadomość miliardem powiązanych z tym miejscem przebłysków osób, emocji czy wspomnień - ale do pewnego stopnia Amy potrafiła nad tym panować. Ślizgała się po węzłach tej sieci z wyuczoną ostrożnością, nie pozwalając sobie na zagłębianie się w jej nieskończone głębie - choć czasem trzeba było to zrobić. Kiedy jednak mogła, wolała *nie wiedzieć* zbyt wiele - rozszerzona intuicja była cenną pomocą w składaniu do kupy pozornie niezwiązanych ze sobą elementów śledztwa, ale potrafiła być koszmarem, kiedy przychodziło do codziennego życia, a szczególnie kontaktów z innymi ludźmi. Bo kiedy dotknięcie ręki potrafi zdradzić wszystkie sekrety, a wyjście do pubu to męczący kalejdoskop przypadkowych przebłysków innych żyć, po pewnym czasie ma się tylko ochotę zamknąć się w oswojonych czterech ścianach i nie wychodzić na ten wielki świat, pod którego spokojną powierzchnią tonie się w odmętach zależności.

Pozostawały więc tylko leki - antydepresanty miały cudowną (choć uboczną) właściwość tłumienia przynajmniej części tej nadzmysłowej wrażliwości, więc Amy potajemnie łykała kolorowe pastylki, kiedy "talent" zbyt jej doskwierał... choć czasem nawet to nie pomagało. Ostatnio właśnie tak było; na szczęście nadwrażliwość minęła, a teraz nawet czuła miłą satysfakcję, kiedy syryjski elektryk "wskoczył" na swoje miejsce niemal ze słyszalnym "kliknięciem". To był dobry trop.

- Okej, zatrzymamy się gdzieś po drodze. Ale idziemy do ogródka, jak cywilizowani ludzie. - Artur skończył segregować akta i zamknął pudełko - Takiej pogody nie wolno marnować na siedzenie pod dachem - dodał, wyglądając przez okno na zalane słońcem ulice - Idę przerobić papierologię, spotkamy się w garażu. - rzucił, zostawiając pudełko - Odnieś to na miejsce, żeby się inspektor nie czepiał.
- Ale ty stawiasz! - krzyknęła jeszcze za nim Amy, zgarniając resztę materiałów. Odpowiedział jej tylko śmiech z korytarza i stłumione "Okej, okej!".

Ułożyła chwiejną piramidkę z kilku kartonów, segregatorów i teczek z aktami, a potem ruszyła niepewnym krokiem do archiwum i swojego biurka.

~*~

Gumowe rękawiczki, latarka, pinceta, szkło powiększające, zestaw do zdejmowania odcisków palców... Wszystkie niezbędne przedmioty leżały na metalowym stole koło prostokątnej, solidnej torby. Amy brała każdy w ręce, dokładnie sprawdzała i pakowała na wyznaczone miejsce. Jeśli chodziło o takie sprawy, była raczej pedantką - nie mogłaby sobie darować przeoczenia jakiegoś śladu tylko dlatego, że zabrakłoby jej odpowiednich narzędzi. Artur zawsze ironicznie komentował, że "taszczy ze sobą wyposażenie pułku wojska", ale było to w jej mniemaniu lepsze, niż plucie sobie potem w brodę... Na samą górę torby trafił notatnik z zestawem kolorowych długopisów i Amy z zadowoleniem pociągnęła zamek. A potem ciężko spojrzała na ostatnią kupkę leżących na blacie przedmiotów. Tej części nie lubiła najbardziej, i mimo przechodzenia tej procedury setki razy, wciąż nie mogła się do niej ani przyzwyczaić, ani polubić. Ale taka niestety była obecna rzeczywistość Londynu.

Z ciężkim westchnieniem założyła na siebie lekką kamizelkę ochronną i dociągnęła paski. Nigdy nie udawało jej się założyć tego cholerstwa tak, żeby nie pognieść sobie koszuli... Jeszcze radio, kajdanki, pałka i gaz pieprzowy. I najgorsze: pistolet z dwoma rodzajami amunicji - tą na żywych i tą na żywych inaczej... Amy przypięła broń z boku i postarała się bardzo o niej nie myśleć. Za każdym razem wydawało jej się, że mimo starannego sprawdzenia gnat wystrzeli sam z siebie, zabijając jakąś przypadkową osobę... Przez tyle lat służby nie miała okazji używać broni gdzie indziej, niż na strzelnicy i modliła się, żeby żadna kolejna interwencja nie zmieniła tego stanu rzeczy.

A przecież kiedyś było inaczej. Policja nie nosiła broni, bo nie musiała obawiać się, że spotka się z agresją czy bezpośrednim atakiem. Była po to, żeby pomagać ludziom - a nie ich terroryzować. Nawet po Fenomenie Noworocznym, kiedy to właśnie na policję i wojsko spadł pierwszy ciężar radzenia sobie z nową, groźną sytuacją, wciąż żywa była idea, że sytuacja nie będzie wymagała *zbyt* drastycznych środków. Powstanie MR'u było jednak wyraźnym sygnałem, w którym kierunku będzie zdążać polityka wewnętrzna kraju - i od tego czasu Scotland Yard regularnie "rozbierano", wydzielając z niego koleje "specjalne agencje" i "biura", które rekrutowały najlepszych śledczych. Po to, by panować nad całym tym nadnaturalnym bałaganem nagą siłą, a nie szukać innych sposobów na rozładowanie napiętej sytuacji.

Byli jednak ludzie tacy jak Amy czy Artur, którzy nie ulegli kuszącym ofertom ze strony MR czy podobnych mu "resortów siłowych". Trzymali niski profil, starając się przetrwać w tej zawierusze, dostosować do nowych warunków i robić dalej swoją robotę - czyli tak czy inaczej pomagać... obywatelom, bez rozróżniana czy są to ludzie, czy nie. Prawo powinno być jednakowe dla wszystkich - uważała Amy - a MR definitywnie stał ponad nim, uzurpując sobie rolę sędziego i kata w jednym. BORBL, który go zastąpił, różnił się od swojego poprzednika tylko tym, że oficjalnie przyjął już rolę Boga, decydującego arbitralnie o życiu i śmierci, nie zawracając sobie głowy nawet udawaniem pozorów legalnego działania, którymi jeszcze zasłaniał się MR.

Skoro jednak przykład szedł z góry - swoimi działaniami władza legitymizowała wszak zasadę "prawa silniejszego" - nic dziwnego, że czasy robiły się coraz bardziej paskudne. Z roku na rok lawinowo rosła ilość zbrodni najgorszego kalibru - porwań, morderstw, aktów terroru - jakby ludzie zupełnie tracili zmysły, pogrążając się coraz bardziej w otchłani brutalności, beznadziei i szaleństwa. I dlatego na standardową wizytę i przeszukanie u podejrzanego trzeba było zbroić się jak na wojnę. A odpływ ludzi z policji do agencji powodował tylko to, że i tak ledwo zipiący Met miał dodatkowe kłopoty, by ogarnąć wszystkie zwalane na niego sprawy, których nie chciało się brać MR'owi czy BORBL'owi, bo wymagały odrobiny myślenia, a nie po prostu odstrzelenia... to znaczy "regulacji" kilku osób.

Pogrążona w tych niewesołych myślach Amy skończyła się ubierać, wypisała odpowiednie protokoły i zjechała do garażu, gdzie czekał już na nią Artur, stojąc przy wysłużonym wozie. Pozwoliła sobie jednak na odrobinę buntu: czarna policyjna kurtka powędrowała na tylne siedzenie, a zamiast tego policjantka ubrała swoje lekkie palto. Nie musiała przecież od razu straszyć sąsiadów i Rashida odblaskowym napisem "Policja"...
- No to jedziemy na zakupy! - zawołała, zapinając pasy. Artur docisnął gaz do dechy i z piskiem opon auto wytoczyło się z podziemnego parkingu na jak zwykle zatłoczone uliczki wielkiego miasta.

~*~

Drobne zakupy, a potem kawa i późne śniadanie w towarzystwie Artura były tak przyjemne, że Amy z trwogą zauważyła, że w jej myśli wkrada się słodkie lenistwo. Miło było siedzieć przy stoliku, powoli żując tosta i prychając tłumionym śmiechem, kiedy Parrot "poważnym głosem" odczytywał jakieś wyrwane z kontekstu wypowiedzi rzecznika BORBL'u w gazecie dotyczące ostatnich wydarzeń. Udawanie nadętego dupka szło mu tak dobrze, że Amy zasugerowała nawet, że powinien poważnie rozważyć karierę aktorską... Słońce grzało, Londyn był pełen zapachów, dźwięków i znaków wiosennego ożywienia, że aż gdzieś umykała świadomość ciężkiej sytuacji, jaka była codziennością zwykłych mieszkańców miasta. Niemniej jednak przestępcy raczej nie robili sobie wolnego, by funkcjonariusze mogli w spokoju kontemplować piękno budzącej się do życia przyrody; trzeba było ruszyć do pracy. Amy wzięła jeszcze jedną dużą kawę na wynos - i ciasteczko, uznając, że za wytypowanie podejrzanego słusznie należy się jej jakaś nagroda.

W porównaniu z centrum, które niosło ze sobą klimat normalności i pewnego ładu, dzielnica, w której rezydował Rashid, raziła swą biedną i zaniedbaniem. Zresztą wystarczyło wychylić się spoza opłotków City, by wszędzie oglądać takie widoki. Fenomen przeorał nie tylko sposób myślenia wielu ludzi, ale też strącił całe rodziny w otchłań nędzy i rozpaczy. Nic dziwnego, że napięcie i frustracja na ulicy rosły, dając wspaniałą pożywkę różnego rodzaju skrajnym czy przestępczym organizacjom, o szemranych kultach religijnych nie wspominając.

- No to ruszamy - Artur trzasnął drzwiami, poganiając Amy, która niemrawo protestowała, usiłując przełknąć całe ciastko na jeden gryz. W końcu jej się udało, choć przepłaciła to atakiem całej sfory okruszków na dekolt i siedzenie pasażera. Złapała na szybko jeden łyk kawy i dołączyła do partnera, który zdążył już nacisnąć dzwonek do drzwi z adresem z nakazu.

~ Spokojnie, dziewczyno. Będzie ok, jak zawsze. ~ uspokoiła samą siebie, doprowadzając się do porządku. Otworzyła usta, i wypowiedziała magiczna formułkę, która zawsze nadawała jej właściwy kierunek i jak mantra pozwalała skupić się na zadaniu:

- Policja Londyńska, wydział śledczy. Proszę otworzyć drzwi.
 
__________________
"Polecam inteligentną i terminową graczkę. I tylko graczkę. Jak z każdą kobietą - dyskusja jest bezcelowa - wie lepiej i ma rację nawet jak się myli." ~ by Aschaar [banned] 02.06.2014
Nieobecna 28.04 - 01.05!

Ostatnio edytowane przez Autumm : 14-12-2014 o 13:51.
Autumm jest offline  
Stary 19-10-2014, 00:43   #7
 
killinger's Avatar
 
Reputacja: 1957 killinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputację
Cenił sobie Castle, nie tylko z racji wystroju, uczciwej obsługi i zacnego, nierozwadnianego ale, lecz głównie dla bliskości od domu.

Och, nazywanie tej nory domem było nad wyraz wielkim dowodem niematerialistycznego spojrzenia na świat. Dla wychowanka paskudnego domu dziecka i poprawczaka, było to jednak wspaniałe lokum. Całą wspaniałość wypełniało zasadniczo poczucie własności, nie wystrój, nie prestiżowe położenie, nie wartość... Ojczulek Leif miał w zadku pieniądze, pod warunkiem, że starczało mu banknotów na piwo, obiad i czasem na czekoladki dla Matuszki Wielisławy.

Miał słabość do swej sąsiadki. Starsza pani była dla niego czymś pośrednim pomiędzy matką, której nie znał, a przyjacielem, którego nigdy nie miał. Pomyśleć, że kiedy kilka miesięcy temu wynajmował mieszkanie w Ilford, w gminie Redbridge, myślał że zamorduje starszą panią. Wielisława, leciwa i przygłucha pasjami wysłuchiwała Czajkowskiego, Szostakowicza czy Musorgskiego. Wtedy oczywiście nie znał jeszcze tych nazwisk, ale przeklinał te paskudne chwile, gdy Matuszka nakręcała swój mechaniczny patefon i katowała okolicę brzmieniami od których jeżyły się włosy. Z czasem nauczył się dostrzegać harmoniczne piękno opery, delektować się brzmieniami arii, a stąd był już tylko krok do bliższego poznania się z miłą emigrantką. Z dobrego serca popracował któregoś dnia solidnie nad zabezpieczeniami jej mieszkania. Spędził przy tym kilka dobrych godzin, inaczej niż zwykle, starannie kreśląc runy czerwonym atramentem. Nie spieszył się, dał się ponieść tajemniczemu rytmowi, który kierował jego dłonią. Kiedy skończył, sam był zaskoczony, jak malarskie, jak celowe w swej niejasnej zawiłości pojawiły się kształty. Moc bijąca od znaków dawała się niemal kroić nożem, oczywiście srebrnym. Centralna część, jak zawsze w jego wypadku, z wyrysowanym Mjöllnirem, młotem Thora, zdawała się nabierać trójwymiarowości, pulsować na przemian światłem i ciemnością, wabić i straszyć zarazem. Matuszka skrzywiła się tylko, mówiąc że niepotrzebnie pobazgrał framugi i ściany, ale chyba i ona była pod wrażeniem estetyki i siły przekazu blokad.

Przypadkiem dzięki swej pracy, znalazł trop i niepewne, ale w miarę stałe źródło zarobkowania. Wnuczek Wielisławy, Ivan Szuiski, natknąwszy się na blokadę, wyleciał przez okno na klatce, jakby uderzyła go ciężarówka. Morris nie wiedział, że Matuszka miała w rodzinie pijawkę. Gdyby wampir był całkiem słaby, pewnie znaki nie zrobiłyby tak dużych spustoszeń, lecz na dość silnym wysysaczu juchy, podziałały niemal jak granat wrzucony do transzei. Ivan wylizał się z ran, wzór usunięto, skargi nie wniesiono. Udało się jakoś sprawę wyciszyć. Krwiopijca nie był wredny, Leaf nie wykazał uprzedzeń, co zaowocowało czymś na kształt szorstkiej przyjaźni, bazującej na szacunku i strachu. Spotykali się czasem w salonie pani Wielisławy, grając w szachy, czytając gospodyni Czechowa, czy Tołstoja. Nieodmiennie pełni rezerwy, lecz zachowujący się na pozór przyjaźnie, dla niej, bo zależało im obu na tej starszej osobie, na przekór rozsądkowi Morrisa i naturze Ivana.
Ivan świadomie wybrał swój los. Zarejestrował się, uzyskał wszelkie zgody, zmienił się w martwiaka na własne życzenie. Robił teraz karierę, pracując dla silnej rodziny skupionej wokól barona Kantyka. Co prawda był na razie jedynie przydupasem asystenta któregoś z oficerów barona, ale to starczyło, by zainteresować się samotnym ojczulkiem.

Współpraca układała się korzystnie. Leaf nie musiał robić w zasadzie niczego nielegalnego, niczego specjalnie trudnego. Zlecenia były idealnie wyważone, dostosowane do jego możliwości. Czasem czuł się tym wręcz skrępowany, odbierał to jak próbę usidlenia, przywiązania, a kto wie czego w zasadzie będą domagały się w przyszłości pijawki w ramach długu wdzięczności?

Koperty z banknotami były mu jednak potrzebne, oszczędności z niezłej pensji regulatora dawno się skończyły. Sporą część zasobów stracił podczas pospiesznego opuszczania Szkocji. Pozostałe fundusze pochłaniały niezliczone kufelki w Castle.

Pod samym niemal domem zatrzymał się. Czeka go jutro praca, wypadałoby się należycie przygotować się do tego ostatniego, jak zapowiedział, zadania. Stał niezdecydowany. Z podcieni restauracyjki Rashida dochodził wspaniały aromat pilawu, na sklepiku z koszernymi produktami Icchaka Browna nęciła oko wywieszka o prawdziwej jagnięcinie, oczywiście idealnej na paschę dla bogobojnego Żyda, ale i to odrzucił z niechęcią. Lichy kram na rogu miał to czego potrzebował bardziej.

Trzy minuty i jeden cios noża później, jasnoczerwona posoka wytryskująca z kikuta szyi kurczaka, fantazyjnymi zawijasami spływała po rozłożonej na ziemi ceracie pogrążonego w półmroku mieszkania. Morris nie lubił nieporządku, zawsze dbał by ofiara składana Bogom nie nabałaganiła za mocno.

- Thorze, opiekunie ludzkości, dawco odwagi, prowadź mnie jutro. Frejrze o wielkim kusiu, daj mi witalność bym podołał wszelkim zadaniom. Norny, wy puste suki, nie ważcie się mi przeszkadzać. Amen.

Chwilę później zastukał do drzwi mieszkania obok.
- Zjemy rosołek Mateczko? - zagadnął pogodnie, całując w policzek starowinkę.
- A pojemy, pojemy nieboraczku. Chudyś jak czerniec za Iwana Wielikiego... O, wykrwawiony? To synoczku znów jutro do roboty idiosz? - jej troska sprawiła Morrisowi autentyczną radość. Pomógł wypatroszyć kuraka, a potem z czystą przyjemnością obserwował, jak jej trzęsące się dłonie zamieniają kawałki mięsa i warzyw w aromatyczną i pożywną potrawę.

Wieczorem, po powrocie do swego pustawego i ponurego mieszkania, po szybkim prysznicu położył się szybko do łóżka. Wypite u sąsiadki piwa, dobry posiłek, a przede wszystkim pulsujący ciepłem, zawieszony na rzemyku Mjolnir, zapewniły mu spokojny i dobry sen.
 
__________________
To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy...
killinger jest offline  
Stary 28-10-2014, 21:12   #8
 
Gryf's Avatar
 
Reputacja: 6605 Gryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputację
Przeżyła. Powitała go u stóp Mglistej Wieży. Gdy spotkali się pierwszy raz, była od niego o głowę wyższa, jak większość elfów. Teraz by spojrzeć w jego nową, odmienioną twarz musiała zadrzeć głowę. Ostrzyżona krótko, po męsku, w jeździeckim stroju i wymyślnym, kompozytowym łukiem na ramieniu, wyglądała pięknie. "Jak zimny, wiosenny poranek" - sformułowanie, które gdzieś kiedyś słyszał lub przeczytał zdawało się idealnie oddawać jej urodę.

- Przybyłem tu ponieważ...

- Wiemy dlaczego przybyłeś. - odparła pogodnie, ale miał wrażenie, że jej ustami przemawia ktoś inny. Może Aglahad, a może mózg zbiorowy całej elfiej kolonii... Duncan poznał wiele fearie i wcale by go to nie zdziwiło. - Jak widzisz, jestem cała i zdrowa. Wielu naszych poległo, jednak wielu żyje tylko dzięki temu, że się do nas przyłączyłeś. Wygraliśmy uzurpację. Nie masz żadnych długów. To słowa samego Aglahada.


Momenty niezręcznej ciszy zdarzają się nawet w odległych czarodziejskich krainach. Czuł się troszkę jak bajkowy rycerz, który po dotarciu do Wieży zobaczył księżniczkę, która przed chwilą sama ukatrupiła smoka i właśnie przymierza się do wyprawienia jego skóry na pantofelki i torebkę.
Jednak coś w spojrzeniu księżniczki sprawiło, że odzyskał mowę.

- Z całym szacunkiem dla Aglahada, nie on pomógł mi w twierdzy Fomoraig i nie dla niego tu wróciłem. Czy chcesz, bym odszedł, nie dając mi szansy by okazać wdzięczność?

*

W ciągu tych miesięcy wdzięczność okazał Lunnaviel na wiele różnych sposobów i - wbrew temu co mogliby tu dodać złośliwi - tylko parę z nich mogło doprowadzić do obecnej sytuacji.


Ok. Wpadli. Po tej informacji Duncan w zasadzie przestał słuchać, bo scenariusz był oczywisty: musiał odejść, nie da się utrzymać status quo, Aglahad stawał na rzęsach żeby wyjść z sytuacji z twarzą. Prawo elfów było dla Sinclaira pokręcone i mało zrozumiałe, jak większość praw fearie nie było nigdzie spisane, powtarzano je czasem w głupawych wierszykach, przypowieściach, baśniach... kto by się w tym połapał.

Kwestia była złożona. Żelazne tabu co do stosunków międzyrasowych w sumie nie dziwiło Duncana u ludu, który miał za sąsiadów agresywne, obrzydliwe czarne lądowe kałamarnice. Jego przypadek był inny, ale mógłby stworzyć niesmaczny precedens. Z drugiej strony Duncan miał zasługi dla Wieży, był cennym sojusznikiem i dochodziły cholernie zawiłe prawa gościnności. Aglahad znalazł salomonowe rozwiązanie i nie sposób było mieć do niego pretensji.

Jednak finał rozmowy szczerze Szkota zszokował. Ponownie usiadł na wprost króla.

- Chcesz żebym zabił swojego syna? Tak po prostu?

- Musisz wiedzieć, że przeznaczenie...

- Stop. Pozwól że opowiem ci pewną historię o przeznaczeniu. Pamiętasz ziarno, które znaleźliśmy w odzyskanej warowni.

Aglahad westchnął i w jakimś przedziwnie ludzkim geście skinął zrezygnowany głową.

- Pół roku temu. Cienie zajmując twierdzę uszkodziły spichlerz, ziarno zawilgotniało i zaczęło kiełkować. Było do wyrzucenia, co zresztą kazałem zrobić, wtedy sprzeciwiłeś mi się po raz pierwszy... Wiesz Duncanie, ta historia nie polepsza twojej sytuacji.

- Poprosiłem byś mi zaufał, bo mam dla tego ziarna zastosowanie. Zgodziłeś się. - powiedział spokojnie Duncan, monarcha niechętnie skinął głową ponownie, wciąż niezbyt rozumiejąc do czego obcy zmierza i jaki to ma związek z głównym tematem rozmowy.- Otóż przez tydzień zbierałem torf, następnie zdobyłem od twojego podczaszego sporą ilość beczek po winie, po osuszeniu...

- Na wszystkich bogów. Do rzeczy.

Duncan posłusznie skinął głową i przywołał służącego, przez chwilę coś tłumacząc mu na ucho. Po bardzo długiej chwili niezręcznej ciszy ponownie usłyszeli pospieszny tupot. Służący postawił coś na stole i pospiesznie się oddalił. Król zmarszczył brwi i przekrzywił głowę w konsternacji.

- To butelka... z brudną wodą?

- Zaraz wszystko się wyjaśni. - podjął Sinclair odkorkowując. Odszukał wzrokiem dwa czyste kielichy i nalał do nich niewielką ilość płynu. - Spełnisz ze mną toast za udaną podróż?

- Ech.. oczywiście Orli Rycerzu. Niech twoje ścieżki i tak dalej, wybacz, czas naprawdę już nagli.

Wypili jednocześnie. Aglahad, Wnuk Oberona wiele wysiłku włożył w to, by nie wypluć palącego w gardło blado-brunatnego płynu. Z godnością przełknął, dopełniając dziwacznego rytuału którego nie rozumiał, a który najwyraźniej był istotny dla jego gościa. Niemniej jego cierpliwość była już na wyczerpaniu.

- Dobrze, Duncanie, zrobiłeś z zepsutego jęczmienia najmocniejsze i zarazem najohydniejsze wino świata. Czego chciałeś dowieść?

- Nazywa się Whisky. Teraz to w zasadzie zwykły bimber, za dwa lata, jeśli wasz podczaszy będzie się stosował do moich wytycznych, leżakując w beczkach zmieni się w aromatyczny, bursztynowy nektar bogów. - Przerwał opowieść i bardzo poważnie spojrzał na władcę. - Ziarno, które spisałeś na straty, przyniesie dobre owoce. Odejdę, to mądre rozwiązanie, ale wybacz: nie zabiję mojego potomka w oparciu o twoje przeczucie. Biorę za niego odpowiedzialność, jak wziąłem odpowiedzialność za tamten śmierdzący zgnilizną spichlerz.
 
__________________
Show must go on!

Ostatnio edytowane przez Gryf : 16-11-2014 o 23:43.
Gryf jest offline  
Stary 29-10-2014, 09:40   #9
 
Ravanesh's Avatar
 
Reputacja: 2319 Ravanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputację
Czekają tam na nas. To było zbyt mocno powiedziane. Oni się po prostu kręcili w okolicy, bo to był ich rewir. Rewir fae, a konkretniej pooka, czyli zmiennokształtnych faerie, które najczęściej objawiały się pod postaciami różnych zwierzątek.

Kiedy ja i Max weszliśmy do budynku usytuowanego mniej więcej w centrum parku okazało się, że jednak ktoś na nas oczekiwał. Kopaczka został na zewnątrz obstawiając wejście jakby się obawiała, iż wiewiórki zaatakują nas znienacka.

Idąc za naszym przewodnikiem, który nawet w ludzkiej postaci wyglądał jak wyrośnięty gryzoń zastanawiałam się, dlaczego mogąc przybrać różne formy ten konkretny pooka wybrał akurat taką. Czy to był wymóg wśród świty Księcia Wiewiórek? Wyglądaj jak najbardziej wiewiórkowato jak się da, nawet kryjąc się wśród ludzi. Czy on po prostu lubił tak wyglądać?

Tak czy owak coś w zachowaniu fae i naszego przewodnika nie spodobało się Topperowi. Ja nie miałam okazji się tutaj wcześniej kręcić, więc trudno mi było zgadywać, co konkretnie zaniepokoiło Maxa, ale najwyraźniej zwykle wiewiórki przyjmowały go inaczej.

Na niepokój Maxa zareagowała moja własna intuicja podpowiadając, że takie ukradkowe przemykanie się do pokoju szefa byłoby na miejscu wśród innych Nadnaturali, ale nie tutaj. Zaczęłam się martwić.

Spojrzałam na przywódcę tej gromadki, wielkiego Księcia Wiewiórek. Widziałam go wcześniej tylko raz i nie potrafiłam ocenić czy był jakoś bardziej przygnębiony albo zachowywał się nietypowo jak na niego.

- Potrzebuję waszej pomocy – rzucił od razu Calm.

Aha, czyli jednak coś było na rzeczy.

- Przyszliśmy tutaj po coś innego. Przecież wiesz, Calm – stwierdził rzeczowo Topper. – Potrzebujemy klucza.

Nie miałam najmniejszego pojęcia, o jakim kluczu mówił, ale zrobiłam minę jakbym wiedziała. A przynajmniej miałam nadzieję, że zrobiłam taką minę a tak naprawdę byłam zła ze mnie nie wtajemniczono w tę całą sprawę. Nie lubiłam rozmawiać o czymś, o czym nie miałam pojęcia.

- A my potrzebujemy pomocy – Książę zaczął panikować.

- Zwróć się do waszych protektorów. – Odpowiedział max nawet nie pytając, o jaką pomoc chodziło. Ja bym spytała.

- Odmówili – Powiedział książę i wpakował sobie całą garść orzeszków do ust.– Orzeszka?

To było niespotykane. Protektorzy zwykle zajmowali się wewnętrznymi sprawami faerie tak żeby problemy fae nie wydostawały się na zewnątrz ich środowiska. Nic dziwnego, że Calm się tak denerwował. Ale może jego nerwowa reakcja była spowodowana czymś innym.

- Nie, dzięki – Topper zaczynał się wkurzać, co wyglądało szczególnie zabawnie przy jego malutkiej postaci. – Mam przez to rozumieć, że nie oddasz nam tego, co miałeś przechować.

- Jeśli nam pomożecie, to oddam.

Uuuu księciunio zaczynał stawiać warunki.

- Nie tak się umawialiśmy. – ton głosu Maxa stał się jeszcze bardziej lodowaty.

- Reguły się zmieniają. Borble węszą i kręcą się wokół Ludu. Zdaniem naszych protektorów szykują coś na nas. Wiemy, że ich szef dogadywał się z Cierniami i Pokutnikami.

Szef Borbl dogadywał się z Cierniami i Pokutnikami? Jeśli to była prawda to oznaczało, że Borblaki jechały dalej po bandzie. Ja, gdybym była na ich miejscu i miałabym zamiar zabrać się za faerie, to zaczęłabym właśnie od tych ugrupowań a nie się z nimi dogadywała. Z drugiej jednak strony może i były one porypane na maksa, ale przynajmniej wiadomo było, co dokładnie te akurat fae nakręcało a w przypadku innych faerie te kwestie nie były tak jasne.

Ciernie lubowały się w seksie, perwersji i sadyzmie najczęściej łącząc wszystko w jedność. Pokutnicy za to preferowali masochizm, włączając w to samookaleczenia, tortury, przyprawiając to wszystko narkotykami. W ich działaniach przejawiała się chęć dewastacji i wyjałowienia. Obie grupy z oczywistych powodów trzymały się dość blisko razem. Nie ma to jak związek sadysty z masochistą.

- Coś się szykuje. – Przestrzegał Calm. - Coś dużego. I dlatego potrzebujemy waszej pomocy.

Może to by zabrzmiało groźniej poważnej gdyby mówiący nie wyglądał jak trochę przerośnięty uwielbiający płatać figle dzieciak.

Topper westchnął.
- Towarzystwu się to nie spodoba. Myśleliśmy, że można bardziej na was polegać.

Tak, na pewno tak myśleli.

- Takie jest życie – Ciężko było zrozumieć Calma, bo cały czas mielił zębami orzeszki – Przysługa za przysługę.

- Co mielibyśmy zrobić? – Spasował Topper.

Calm przełknął orzeszki i uśmiechnął się pogodnie.
- Trzeba odnaleźć dwie bliźniacze siostry z rodu pooka i przekonać je, by wróciły do domu. Robota w sam raz dla kogoś takiego, jak wy.

Oczywiście dla nas, jakby się sami nie mogli tym zająć
.
-Więc gdzie tkwi haczyk? Czemu protektorzy nie wzięli tej sprawy?

No właśnie, czemu?

- Rewir. Nie możemy działać na terenach wampirów. Poza tym Kleo i Meo złamały kilka zasad. To buntowniczki.

- Ciotka? Zajmiesz się tą sprawą? – Topper spojrzał na mnie.

Nim zdążyłam choćby otworzyć usta Topper zwrócił się do Calma.

- Ale nie będziesz czekał na efekt pracy Em. Jeśli zaczniemy śledztwo, oddasz nam to, co daliśmy ci na przechowanie. Zgoda?

Calm chyba chciał zaprotestować, ale zerknął na Maxa i powiedział tylko

- Zgoda. Klnę się na Lśnienie.

- Ciotka? Bierzesz to?

Normalnie sprawa cudo. Miałam znaleźć jakieś nieznane mi pooka nie wiadomo, jakiego podgatunku w zamian za nie wiadomo, jaki klucz potrzebny Towarzystwu do nie wiadomo, jakiej sprawy.

- No cóż - odpowiedziałam - czyli teraz zamiast maluchów z apetytem na słodycze - spojrzałam na Maxa z wyrzutem - mam się zająć zbuntowanymi nastolatkami - przeniosłam wzrok na Calma - które uciekły z domu?

- Nastolatki? Razem mają pewnie więcej niż sto lat - zaprotestował Calm.

- Nie, no jak liczysz je razem to wychodzi po, mniej więcej, pięćdziesiąt na głowę, a dla Faerie to nie jest dużo, prawda? A tak przy okazji jestem Em. Miło mi cię poznać.

- Mi też - Calm znów pochłonął kilka orzeszków. - Dziewczyny mogą mieć problemy. Na pewno mają problemy. Każdy fae powinien trzymać się jak najdalej od wampirów.

- Ok. To teraz konkretne pytanie z mojej strony. Czy wystarczy, że je znajdę i tutaj przywiozę żebyście sobie sami przedyskutowali niebezpieczeństwa wiążące się z opuszczeniem rodzinnego gniazda i przebywaniem blisko Martwych czy też oczekujecie, że sama przeprowadzę z nimi tę pouczającą pogadankę?

- Jak wolisz. – Odparł Wiewiór nie łapiąc moje delikatnej ironii - Dla nas najważniejsze jest ich bezpieczeństwo.

- To dobrze.

A jednak naprawdę byłam gotowa przemówić pooka do rozsądku, chociaż to byłaby pewnie stracona sprawa. Pooka i rozsądek.

Spojrzałam na Toppera.

- Czyli mamy już wszystko ustalone, tak? Idziemy? – Miałam dość tej pogawędki i chrupanie Calma zaczynało działać mi na nerwy.

- Tak. Załatw sprawę dla Calma, Emm. Spotkamy się w bibliotece po wszystkim.

- Cudownie - ucieszył się książę wiewiórek. - Powiem mojej prawej ręce, Virgillo, że bierzesz sprawę siostrzyczek, a on da ci niezbędne informacje.

- Dobrze. To gdzie znajdę Virgillo?

- W parku, przy klonie.

Rzuciłam Maxowi spojrzenie w stylu: ”idziesz czy zostajesz”, skinęłam Calmowi głową na pożegnanie i wyszłam poszukać najpierw Kopaczki a później tego Virgillo. Topper mi nie towarzyszył, został żeby kontynuować rozmowę z księciem. Nie spodobało mi się to, czułam się jakbym została w coś wrobiona.



***



Kopaczka stała na zewnątrz, w cieniu, wyraźnie czymś wkurzona.

- Hej. Jestem. Działo się coś? – Zapytałam.

- Wiewiórki coś kręcą - mruknęła Voorda spoglądając przez okulary na park, a ja nie mogłam się z nią nie zgodzić - Coś wisi w powietrzu. Mówię ci. A co tam na spotkaniu?

- Nasz słodki dzieciaczek w coś mnie i chyba ciebie też wkręcił a ja nawet nie wiem, o co dokładnie chodzi. – Poskarżyłam się.

Nałożyłam okulary przeciwsłoneczne.

- Ale mimo, że nie wiem o co chodzi to też uważam, że wiewiórki coś kręcą. – Kontynuowałam - Calm tak nerwowo chrupał orzeszki, że kilka pożarł ze skorupkami.

- Potrzebne są nam te pooka. Każdy sojusznik jest dla nas w tej sytuacji na wagę srebra.

- Wiesz, co oni przechowywali i dlaczego Maksiu tak się wściekł, że nie chcieli tego oddać tak od razu tylko zaczęli stawiać jakieś warunki?- Zapytałam mimochodem.

- Chodzi o jakiś klucz, który otwiera bramy do ich królestwa. Percy potrzebuje tego do rytuału, który obnaży prawdziwą naturę Andrefajfusa. Pooka pożyczyły klucz w zamian za jakieś wsparcie, o którym nie mam pojęcia a teraz najwyraźniej nie chcą go oddać.

- Zdecydowanie grają na zwłokę.- Zgodziłam się - Albo go nie mają albo dostali się pod czyjeś wpływy i ulegają tamtym naciskom.

- Może skubańce zgubiły. Ten rodzaj jest pocieszny, ale niezbyt bystry.

- W zamian za oddanie klucza mamy zgarnąć dwie zbłąkane istotki, które się zbuntowały i postanowiły trzymać nie ze swoimi, a z Pijawkami.

- Słyszałam, że w lokalu “Raj utracony” mają kilka nowych dziewczyn Fae. – Pokiwałam głową na jej słowa, bo też o tym słyszałam - Może tam zaczniemy. To strefa wpływów Kantyka a to może nieco skomplikować sprawę. Zna ciebie i mnie a ściema, że jesteśmy zombie bądź inne Martwe raczej nie podziała na kogoś takiego jak baron. Potrzebujemy ostrego maskowania albo mocnego glamour.

- Na razie mamy się spotkać z niejakim Virgillo, który udzieli nam dokładniejszych informacji, co do tych dwóch. Baronem będziemy się martwić później. Zresztą po fae możemy pojechać w biały dzień i zgarnąć je zanim baron przeciągnie się w swojej trumnie.

- Lokal będzie zamknięty. To typowy wampirzy lokal ze stripteasem. Mają tam atrakcyjne tancerki i niezłych kelnerów.

Spojrzałam zdziwiona na Alę. Kelnerów?

- Nie bądź taką fatalistką. Po pierwsze to nie wiemy, dokąd one nawiały a po drugie to one chyba tam nie przebywają, kiedy lokal jest zamknięty.

- Wolę dmuchać na zimne. Lepiej mieć miłą niespodziankę niż nadziać się na coś nieprzewidzianego.

- Wtedy wiesz zawsze możemy to przekazać komuś innemu, prawda? - Uśmiechnęłam się niewinnie. - Przecież nie możemy ryzykować naszego kamuflażu.

Już miałam ewentualnego kandydata. Czas żeby Finch ruszył tyłek zamiast tylko siedzieć na nimi się wymądrzać.

- Pomyślimy po drodze. Chcesz loda? - Zmieniła temat. - Widziałam budkę z łakociami przed wejściem.

- Eee nie, dzięki, ale ty się nie krępuj. Tylko może najpierw zahaczymy o ten klon w parku gdzie ma być Virgillo.

- Jasne. Ja podskoczę po lody. Ostatnio mam spore zapotrzebowanie na cukier. Coś nie tak dzieje się z moim organizmem i nie, nie jestem w ciąży.

Akurat o tym nie pomyślałam. Bardziej pasowało mi coś innego.

- Jak Egzekutorzy. - Stwierdziłam - Ale to nie oznacza, że przy okazji poważnie obniży się twoja zdolność rozsądnego myślenia?

- Miałam kiedyś taką zdolność? Dobrze wiedzieć.

- Nie powiedziałam, że była ona jakaś tam zdumiewająco duża, ale jak ci się teraz włączy egzekutorskie myślenie to może być ciężko. – Żarty z Egzekutorów zawsze były na czasie.

Voorda parsknęła w odpowiedzi i poszła po lody pokazując mi dwa palce, w charakterystycznym geście, który jednak łagodził przyjazny uśmiech.

Wzruszyłam ramionami i poszłam poszukać kolesia przy klonie.




***



Virgillo okazał się być niewysokim, korpulentnym człowieczkiem w przydużych okularach. Ubrany w zielony płaszcz, zielony szal, zielony kapelusz przypominał roztytego skrzata. Karmił słonecznikiem gołębie, które skakały wokół ławki, na której siedział.

- Czółko. – Przywitałam się - Szukam Virgillo. Czy to ty?

Przez okulary spojrzały na mnie wielkie, zielone oczy.

- Tak to ja. Ty jesteś od Świeczki?

- Tak, to ja. – Potwierdziłam- Masz mi przekazać informacje odnośnie waszych zbiegłych sióstr.

- Wiem. Mam tutaj całą dokumentację. Zdjęcia. Fragmenty ich poezji. Kawałki ubrań nie większe od konfetti. Konfetti jest ładne, wiesz. Lubię konfetti. Jest takie drobniuśkie, kolorowe no i śliczniutkie. Jak się je sypie to wygląda jak kolorowy śnieg. Nie lubię śniegu. Jest zimny, mokry, biały. Nie jak konfetti. Bo konfetti jest piękne, kolorowe i po prostu śliczne.

Potok słów z jego ust płynął niepowstrzymanie.

- A ty? Lubisz konfetti? - Zakończył ten słowotok pytaniem.

- Oczywiście. Uwielbiam konfetti. A dlaczego przerobiliście ich ubrania na konfetti? – Lekko się zaniepokoiłam.

- Bo lubię konfetti. Ich zdjęcia też przerobiłem na konfetti. Ale myślę, że dasz sobie radę z ich poskładaniem, co?

- Czy wszystkie dokumenty, jakie dla mnie miałeś przerobiłeś na konfetti? – Moje zaniepokojenie nasiliło się.

- Są dzięki temu takie śliczne - powiedział Virgillo z rozmarzeniem w głosie. - Jak śnieg, tylko przyjemniejsze i ładniejsze. No i nie są zimne.

- Zatem skoro je tak lubisz to może je poskładasz dla mnie? – Zaproponowałam- Ja je przeczytam i wtedy będziesz mógł ponownie przerobić je na konfetti.

- Jasne - ucieszył się wyraźnie. - Mam dokumenty u siebie w mieszkaniu. To po drugiej stronie ulicy. Pójdziemy teraz?

Najwyraźniej podekscytował się tą myślą.

- Poczekamy tylko na moją koleżankę, dobrze?

Mogłam się naśmiewać z Egzekutorów, ale dobrze było mieć jednego z nich pod ręką, kiedy zapraszał cię do swojego domu facet, który przyznał się wcześniej, iż uwielbiał przerabiać wszystko na konfetti.
 
Ravanesh jest offline  
Stary 29-10-2014, 11:27   #10
 
Szarlej's Avatar
 
Reputacja: 2995 Szarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputację
Znacie te uczucie w którym się zachowujecie jak ostatni, niewdzięczny skurwiel i to sobie tłumaczycie? Nie? A ja jestem abstynentem! Nie to, żeby był jakoś szczególnie moralny jako były oszust (chociaż pewne nawyki nie umierają nigdy) ale nawet moją duszę młodego cynika ruszyła ta chwila. Lorka dała mi wszystko co mogła a ja teraz ją opuszczałem. Oczywiście nie mogłem zmienić porządku rzeczy świata Faerie (ciężko zmienić coś czego się nie rozumie, wyjątkiem jest zamiana z niezrozumiałych powodów wypchanego portfela frajera na pusty). Wydostanie mnie samego będzie trudne a co dopiero półgoblinki. Zrobię jednak wszystko co będę mógł by i ją wydostać. Ta decyzja jednak nie poprawiła mojego samopoczucia. Byłem mistrzem w samookłamywaniu się a nie wiele rzeczy stawiałem nad własną dupą (głównie głowę ale tu przyczyna leży w ludzkiej biologii).
Wbiłem ręce w kieszenie mojej nowej, skórzanej kurtki. Nie pytajcie skąd ją mam. Kantowanie w nieznanym sobie świecie jest cholernie ciężkie ale nie niemożliwe. To jak z oddychaniem w górach. Ciężko, boli ale robisz to dalej. Palce mojej prawej ręki natrafiły na pomiętą paczkę papierosów. Został mi jeden i obiecywałem sobie, że spalę go gdy ucieknę z tego zapiździewia. Wokół palców lewej dłoni owinąłem amulet od Lorki. Oprócz tych dwóch rzeczy i ciuchów na sobie miałem tylko prostą zapalniczkę gazową. Byłem bogaty jak jasna cholera ale żywy. To znacznie lepsze niż bycie martwym i bogatym. Hm… Pardon, po 2012 lepsze jednak jest bycie martwym i bogatym.

Tak czy siak dotarłem na placyk, w zwykłe dni odbywał się tu targ. Bajeczny targ na którym faerie sprzedawały swe wyroby. Często nie rozumiałem ich symboliki, magicznego zastosowania jednak swoim kunsztem i pięknem zachwycały. Sprzedawcy należeli do najróżniejszych, skrzeczące gobliny, rozszczebiotane rusałki i mniej lub bardziej nieludzkie stworzenia. Nigdy nie lubiłem faerie, uważałem ich za najeźdźców, istoty obce w naszym świecie. Ale tutaj była ich ziemia a ja zacząłem dostrzegać jej piękno. Zabójcze piękno dla kogoś nie znającego tak jak ja zasad rządzących tą społecznością.

Teraz jednak całość uwagi poświęcono bardom. Wokół nich zebrał się spory tłumek składający się z całej mistycznej konfraterii, której ponad połowy do tej pory nie potrafiłem nazwać. Bardów było trzech i mimo całej mojej elokwencji nie potrafię go opisać słowami. W ich wypadku porównania w rodzaju “słońce odbijające się w perłowych włosach” wydaje się na miejscu, chociaż wciąż było niewystarczające. Byli wysocy, dobrze zbudowani na atletyczną modłę. Długie, perłowe włosy okalały ich twarz niczym aureola i kontrastowały z ciemnobrązową skórą. Szpiczaste, lekko zwierzęce oblicza nie tylko budziły podziw ale i sugerowały niebywałą siłę. To z pewnością nie byli tylko śpiewacy a i wojownicy, szczególnie, że przy pasach nosili broń. Śpiewali mocnymi, potężnymi ale czystymi głosami.


Przystanąłem w tłumie ale po chwili. zacząłem powoli lawirować na przód z wprawą klubowicza, który wie kiedy kogoś szturchnąć a kiedy przecisnąć się bokiem. Grunt to nie szturchać tych większych od siebie. Chciałem załapać kontakt wzrokowy z którymś z śpiewaków i gdy skończą koncert zagadać. Jednocześnie wsłuchiwałem się w pieśń próbując odkryć jej treść. To były wojenne pieśni. Mocne hymny o tryumfie, walce, poświęceniu na polu bitwy. Głosy i postura bardów idealnie komponowała się z muzyką. Była w nich prymitywna siła i dzikość,ale była też moc, która przelewała się falami po głównym placu miasteczka. Placu, na którym gromadziło się coraz więcej fae. Dostrzegł też samą władczynię - wysoka, chuda postać okryta czymś, co przypominało wdowi tren lub czarny strój pszczelarza - stała na uboczu ochraniana przez dwóch ponad dwu i półmetrowych, czterorękich, rogatych stworzeń. Wzdrygnąłem się, pamiętałem aż za dobrze spotkanie z innym rogatym faerie. Zdziwiłem się też, to było nietypowe zachowanie. Władczyni domeny prawie nigdy nie opuszczała swojej wieży. Musiało oznaczać to tyle, że bardowie byli kimś naprawdę ważnym w społeczności Odmieńców. A mnie to nurtowało. Co prawda plan był prosty i nie powinno móc się nic spieprzyć: Pójdź, zagadaj z bardami i spadaj z nimi do domu. Jednak ja nie potrafię siedzieć bezczynnie. Po prostu nie potrafię.. Zacząłem się kierować w kierunku władczyni, zatrzymałem się jednak w rozsądnej odległości i skłoniłem z szacunkiem ale bez służalczości.
- Pani…

Zalała mnie fala mocy, olbrzymia. Nie był to jednak atak, o nie. Po nim zwyczajnie bym się nie pozbierał. Raczej zdecydowana sonda. Władczyni Tempest nie wdzierała się też w mój umysł. Raczej zanurzała w czymś, co można było nazwać, z braku lepszego określenia, duszą. Przez chwilę czułem się tak, jak czuć się musieli ludzie, którym zaglądałem “do głów”. Nagi, bezbronny i zdany na czyjś kaprys. Pani Welonów wyraźnie nie spodobało się to, co wyczytała. Jeden z czterorękich minitaurów stanął pomiędzy nią amną.
- Nie powinno cię tu być - odezwała się jakaś kobieta stojąca za moimi plecami.
Zobaczyłem, że jej blada twarz jet pusta, pozbawiona emocji, a wielkie, czarne oczy szkliste. Urok. Władczyni Welonów przemawiała ustami swojej podwładnej.
- Odejdź.
Z wprawą zawodowogego kanciarza zapanowałem nad twarzą. Postanowiłem wybrnąć z tej opresji jak najszybciej, póki miałem wszystkie kończyny. Dałem krok w bok by widzieć i marionetkę i czterorękiego.
- Proszę o wybaczenie. Chciałem złożyć wyrazy szacunku. Natychmiast odchodzę.
- Jesteś obcy, z innej domeny, dlatego ci wybaczam. Zapamiętaj jednak, że każdy,kto odezwie się do mnie bez mojego pozwolenia, traci tutaj język. A teraz odejdź. Przeszkadzasz mi słuchać bardów. A oni niezbyt często trafiają do Domeny Welonów.
Czteroręki ochroniarz postąpił jeszcze krok do przodu zmuszając mnie do cofnięcia się i powiększenia dystansu pomiędzy mną, a władczynią. Przez chwilę wydawało mi się, że przez gęstą sieć welonów dostrzega lśnienie dziesiątek oczu, jak u pająka. Skłoniłem się ponownie, tym razem w milczeniu i oddaliłem się szybkim krokiem, nadając mu jednak pewny rytm. Nie chciałem prowokować Władczyni Tempest, była ode mnie silniejsza i na swoim terenie. Stanąłem w oddaleniu i czekałem aż bardowie przestaną grać.

Koncert trwał długo, ale muzyka łatwo wpadała w ucho i czas przy niej schodził naprawdę szybko. Kiedy bardowie zakończyli występ na placu był już prawdziwy tłum fae. Powietrze aż wibrowało od magicznej energii.
Po wszystkim trzej artyści udali się do najbliższej gospody, otoczeni przez gromadkę wielbicielek i wielbicieli, chociaż większość Odmieńców rozeszła się do swoich zajęć. Wykorzystałem to i poszedłem za nimi, analizowałem ich mowę ciała, częstotliwość rozmów z innymi popierdoleńcami.

Bardowie usiedli na najważniejszym miejscu w sali, przy suto zastawionym stole pełnym mięsa, trunków, chleba, owoców i warzyw. Trójka artystów pożerała wszystko łapczywie, z dzikością porównywalną do tej, z jaką tworzyli swoją muzykę. Odczekałem długą chwilę, aż tłum wielbicieli cisnących się do stołu zmienił się w pojedyńcze osoby, najczęściej wyjatkowo atrakcyjne przedstawicielki płci pięknej. Ignorując ich protesty podszedłem do tego barda, który wydawał się najbardziej kontaktowy. Krótko skinąłem głową.

- Chciałbym porozmawiać na osobności.

Bard miał dziwne oczy. Żółtopomarańczowe, jak oczy wilka. Miał też mocno zarysowaną szczękę, ostre rysy twarzy. Pod ciemnobrązową skórą przywodzącą na myśl czekoladę, grały potężne, węźlaste mięśnie. Cała trójka wyglądala bardziej na uzdolnionych, barbarzyńskich wojowników, niż pieśniarzy. Przypominali mi skaldów skandynawskich, nie artystów grających dla przyjemności ludu a powierników historii i pamięci.
- A o czym? - zadudnił potężny głos. - Bo jak widzisz, jestem trochę zajęty.
Bard mocniej przycisnął do półnagiego torsu piersiastą elfkę o białej jak mleko skórze i fiołkowych oczach znudzonej życiem lalki.
- Nie zabiorę dużo czasu. Chodzi o przejście między domenami.
Z kieszeni wyciągnąłem lewą dłoń z owiniętym na palcach amuletem, uważnie wypatrywałem reakcji barda.
- Władczyni Welonów zamknęła swoją domenę. Namawiasz mnie na coś, co złamie jej zasady? To niegodziwe.
Jego oczy rozświetlił jakiś dziwny płomień. Jakby sama myśl o dokonaniu takiej niegodziwości wzbudzała jego skrajne emocje. Trudno jednak było ocenić, czy pozytywne czy wręcz przeciwnie. Obstawiałem na to pierwsze. Bard kontynuował:
- Rozumiesz. Renegaci wrócili. Tak mówią.

- Niegodziwe? Ja bym to nazwał intrygującym. A co do renegatów… - machnąłem dłonią jakby bagatelizując. - Stanąłem podczas Uzurpacji na przeciwko władcy Formorgian. Powiedz mi, czy Renegaci są od niego straszniejsi?
- No proszę - elfka poleciała na ziemię, kiedy bard zrzucił ją z kolan. Rozbawiła mnie ta bezpardonowość jednak zdusiłem uśmiech.
- Panowie.- zwrócił się do dwóch kolegów. - Mamy tutaj kogoś, z ciekawą, bohaterską historią.
- Albo kłamcę. - Wtrącił drugi z bardów równie potężny, co reszta.
- Albo kłamcę. Niech jednak opowie. Nowa historia, to nowa pieśń. Nowa pieśń, to nowa ścieżka przez krainy snów. Opowiedz nam ją.

Dosiadłem się do nich.
- Kłamałem nie raz - spojrzałem na elfkę. - a raczej koloryzowałem by zyskać względy niewiast. Ta jednak historia jest tak samo prawdziwa jak ja. Opowiem Wam jej część, tę podczas której stanąłem do walki z straszliwymi Formorgianami. Jednak jej całość będzie kosztowała. Przejście dla dwóch istot do domeny w której żyją ludzie, do miejsca zwanego Londynem. Posłuchajcie jednak jej części. Działo się to czternaście dni temu, dni mierzonych na ludzką modłę...

- Czekaj - wszedł mi w słowo jeden z Bardów. - Nim zaczniesz opowieść musisz wiedzieć, że nie chodzimy do Zaświata. Do ludzkich krain. Nigdy. Możemy przeprowadzić cię pomiędzy domenami w prawdziwych światach nie w Koszmarze. I żadna opowieść nie będzie warta drogi do Koszmaru. Ani drogi dla dwóch osób pomiędzy domenami. Zasada prosta - jedna opowieść, jedna osoba. Jasne?
Wątpiłem, żeby udało mi się namówić ich do podrzucenia mnie do Londynu. Powinienem teraz zgodzić się, zostawić Lorkę i cieszyć się, że osiągnąłem swoje tak małym kosztem. Pokazałem im amulet i zapytałem:
- A jeżeli dorzucę to?
Bardowie przyglądali się błyskotce przez chwilę. Potem ich płomiennopomarańczowe oczy zatrzymały się na mnie.
- W porządku. Opowieść i amulet za przeprowadzenie dwóch osób do kolejnej domeny lub do kolejnej, na naszym szlaku. Możecie nam towarzyszyć w drodze tak długo, jak zechcecie, ale wyżywienie i schronienie to wasza sprawa. Chyba, że będziecie pomagać w wędrówce. Ty jesteś gryfem, harpem lub rarogiem. Kim jednak jest ten drugi kompanion?

Zanotowałem w pamięci nazwy, które wymienił. Będę musiał spytać o nie Lorke lub jak wrócę do Londynu poszperać na własną rękę. Im wolałem nie zwierzać się z własnej ignorancji co do moich korzeni.
- Półgoblinka, poddana Pani Welonów. A co do mojego pochodzenia to osobna historia, którą również mogę się podzielić. Znam wiele historii z Koszmaru. Tych prawdziwych i tych uznanych przez mój lud za zmyślone.
- Możesz ubarwić naszą podróż, chociaż nigdy nie są nudne. Wyruszamy jutro w południe. Widzimy się przy Bramie Welonów. A teraz pozostaw nas i nasze zabawy. Po tym jak już oczywiście opowiesz nam historię o Fomoragach. Chcesz wina? Miodu? Ale? Okowity?
- Ale dobrze zwilży gardło podczas snucia opowieści.
Nalał mi piwa z jednego z dzbanów. Drugi z bardów zaczął coś nucić, trzeci chwycił za swój dziwaczny instrument. Po chwili przy stole dało się słyszeć nostalgiczną pieśń śpiewaną w języku przypominającym któryś z ludzkich, skandynawskich.

Zagłębiłem się w opowieści a wspomnienia odżyły mi przed oczami.

- Jak wspominałem wydarzenia te miały miejsce czternaście dni temu. Dni liczonych na ludzką modłę. Abyście w pełni zrozumieli i docenili tę historię muszę cofnąć się trochę w czasie. Wraz z moimi towarzyszami tropiliśmy wysłanników Formorgian w miejscu zwanym Londynem. Jednak na skutek zdrady i niecnych intryg znalazłem się w znacznych tarapatach. Oddzielony od mych kompanów wylądowałem w cuchnącej norze gremlinów. Oswobodziłem się z więzów i mimo braku broni stawiłem im czoła. Zabiłem wielu, jednak na miejsce każdego zabitego pojawiało się dwóch następnych. W końcu musiałem ustąpić przed hordą. I wtedy zostałem przeniesiony na miejsce Uzurpacji. Ranny najpewniej bym szczezł jednak razem ze mną zostały przeniesione dwie moje towarzyszki. Emma Harcourt i Vannesa Billingsley. Pomogły mi dojść do siebie, okazało się, że jesteśmy na bagnach, zasnutych mgłą. Muszę tutaj wtrącić, że świat w którym żyjemy jest ubogi jeśli chodzi o wiedzę starszych. Ku mojemu ubolewaniu wiele opowieści jest uznanych za bajdy a jeszcze więcej zostało zapomnianych.
Upiłem łyk ale robiąc pauze i patrząc po twarzach bardów.
- Oprócz nas przeniesiono wielu cywilów, osób nie potrafiących się obronić. Osób, które my przyrzekliśmy bronić. Emma udała się na zwiad, zebraliśmy ocalałych, oprócz nas zebraliśmy tylko trzy osoby potrafiące się bronić. Laure, Nathana Scotta i Duncana Sinclair’a. W tym miejscu chciałbym poświęcić trochę czasu dla opisu mego towarzysza. Jest on chłopem na schwał, wyższym ode mnie i szerokim w barach. Mięśnie wyrobił podczas niezliczonych godzin ćwiczeń i w starciach. Oprócz kunsztu i siły należy wspomnieć o szybkości, dorównywał w niej elfim wojownikom. - nie wiedziałem czy trochę nie koloryzuje ale opowieści mają swoje prawa. W tym prawo do koloryzowania. - Stracił również jedno oko w obronie naszego ludu czym zawdzięcza swój przydomek, Cyklop. Duncan z dalekiej szkocji nie ustępował swojemu bratu broni w umiejętnościach. Nie tak potężny jak Duncan potrafił jednak podczas walki o swe ideały wpaść w bitewny szał. Zdawał się wtedy niewrażliwy na rany a jego zaciekłość z jaką władał swym wielkim mieczem nie miała sobie równych.
Teraz to koloryzowałem i to nieźle. Egzekutorzy poruszali się za szybko abym mógł porównać ich techniki walki. Do tego sam byłem nieprzytomny i ten fragment znałem z krótkich opowieści.
- Laura, uzdrowicielka zajęła się moimi ranami. Gdy Emma wrociła z zwiadu spróbowaliśmy wydostać się z tamtego miejsca nie mając pojęcia, że staliśmy się członkami Uzurpacji. I wydostanie z niej naszych podopiecznych nie będzie takie proste. - upiłem kolejny łyk piwa. - Kręciliśmy się w kółko, nie mogąc wytypować właściwego kierunku w nieprzyjaznej mgle. Wtedy naszych uszu dobiegł dźwięk bębnów. Nie wiedząc czy to przyjaciel czy wróg Emma wraz z Duncanem udali się na zwiad. Do naszej grupki dotarła uzbrojona procesja. Przewodziła kobieta z potężnym porożem na głowie. Uklękła przed Vannesą i poinformowała nas o Uzurpacji - tak naprawdę dopiero wtedy się ocknąłem ale Laura i Nathan później streścili mi wydarzenia, które miały miejsce więc pozwoliłem sobie na lekkie uproszczenie opowieści. - Po krótkiej rozmowie zaoferowała nam schronienie. Zmęczeni i ranni przystaliśmy na tę propozycje. Nathan został na miejscu wraz z dwoma stworami aby poinformować o wszystkim Emmę i Duncana. Przekazał mi broń, nie jestem tak wpranym wojownikiem jak moi towarzysze, dysponuję innymi talentami jednak to na mnie spadł obowiązek ochrony cywili. Ruszyliśmy w drogę. Po pewnej chwili okazało się, że wiodą nas prosto w pułapkę. Vannesa pod silnym ciosem w głowę opadła na ziemię. Dwoma celnymi strzałami zgładziłem dwóch przeciwników jednak po raz kolejny było ich zbyt wielu. Trzeci ogłuszył mnie.
Zrobiłem przerwę na zwilżenie gardła.
- Obudziłem się w jaskini o wysokim sklepieniu. Leżałem rozkrzyżowany na ołtarzu mając unieruchomione ręce i nogi. Oprócz mnie w podobnej sytuacji znalazła się Vannesa i Laura oraz nasi podopieczni. Do sali wkroczył stwór mierzący ponad dwa metry wzrostu. Szeroki w barach ponad ludzką miarę, i nic dziwnego bo stwór posiadał głowę byka z potężnymi rogami i racice. W jednej ręce trzymał pokaźnych rozmiarów topór a w drugiej człowieka. Rzucił go jak szmacianą lalkę na wolny ołtarz a dwa dużo mniejsze stworzenia go do niego przykuły. Gdy wyszły stwór pozostał na straży. Nie mogąc się uwolnić czekałem na ratunek, ten jednak nie nadszedł i wraz z moimi towarzyszkami musieliśmy sobie radzić sami. Raptem do sali weszło parę stworzeń w tym jeleniogłowa, która nas niecnie zwiodła. Oprócz niej do komnaty wkroczył ich władca. Wysoki i groteskowo chudy, od stóp do głów okryty ciemnymi szatami. Jego twarz zasłaniała maska z kamienia, sprawiał jednak wrażenie starej istoty. Jego dłonie były długie i szponiaste, palce przywodziły na myśl ochydne robale i posiadały znacznie większą ilość stawów niż ludzkie. W jednej dłoni trzymała ludzkie oko a w drugiej kielich, po wrzuceniu do niego oka z kielicha wydobyły się płomienie i dym. Na rozkaz swojego władcy byczogłowy odrąbał jednemu z jeńców rękę. Władca odprawił rytuał, do moich nozdrzy dobiegł okropny fetor. Następnie porzucił rękę a ta zaczęła puchnąć i pęcznieć. Po chwili ręka zmieniła się w kolejnego stwora, który natychmiast zaczął się łasić do swojego władcy. Nie wiem ile trwał ten koszmar ale władca Formorgian w końcu wyszedl pozostawiając swojego strażnika na straży. Wtedy swój plan w życie wcieliła Vannesa, dzięki swoim zdolnościom opanowała prymitywny umysl stwora i nas uwolniła. Ruszyliśmy poszukując wyjścia, nasi ludzie bali się jednak udało mi się zapanować nad ich lękiem. Już blisko powierzchni natrafiliśmy na Duncana w towarzystwie elfki, którzy przybyli z odsieczą. Niestety natknęliśmy się również na Władcę Formorgian w asyście stworow zwanych Osami. Gdy Duncan z elfką osłaniali nasz odwrót nam udało się dotrzeć do bramy i zarąbać jej strażników. Gdy dotarliśmy na zewnątrz Uzurpacja skończyła się a przynajmniej jej główna część.
Upiłem kolejny łyk piwa, w gardle mi pożądnie zaschło.
- Wraz z Vannesą, Duncanem, Emmą i Nathanem zostaliśmy przeniesieni do miejsca wypełnionego menhirami. Pan tego miejsca nakazał nam wybrać po jednym, który odbijał naszą duszę w razie niepowodzenia, pomyłki… Nie znaliśmy szczegółów ale wiedzieliśmy, że się to dobrze nie skończy. I tutaj przydałem się znacznie bardziej niż podczas walki. Zawsze moją mocną stroną były negocjacje a w nich istotne jest poznanie przeciwnika. Dzięki temu odwiodłem jednego z mych sojuszników od błędu i jego konsekwencji. Menhiry przeniosły nas w kolejne miejsce, miejsce, którym zarządzała istota starsza niż wszystko co mi znane. Wszyscy byliśmy zmienieni. Ja wtedy zyskałem ten kolor skóry i pazury, zmiany innych były bardziej drastyczne. Oczywiście i nasze zdolności się zwiększyły. Mogliśmy to zachować, albo odrzucić. Decyzja była o tyle ciężka, że w naszym świecie tępi się wszelką inność a nagły przypływ mocy był niebezpieczny. Zgodziłem się mając nadzieje, że te zdolności pozwolą mi chronić ludzi. A co zrobili moi towarzysze? Jak się oni zmienili? Mam nadzieję, że zrozumiecie ale ta część historii nie należy do mnie.
Zamilkłem. Po krótkiej chwili jeden z bardów zadał mi parę szczegółowych pytań o historię a potem poprosili abym pozwolił im kontynuować przyjęcie wystawione na ich cześć.


***

Energicznym krokiem, podbudowany rozmową z bardami i mocnym ale udałem się do domu Lorki. Zastukałem parę razy w drzwi i wszedłem do środka.
- Lorka, mam dobrą wiadomość!
- Lorka słucha - goblinka siedziała wrogu pokoju zszywając jakieś kawałki materiału w coś, co wygadało jak paskudna, patchworkowa tunika. Kościana igła śmigała zwinnie w brudnych paluchach o połamanych paznokciach.
- Niech się Lorka uśmiechnie. Bardowie zgodzili się przeprowadzić nas do dowolnej domeny na ich trasie. Będziemy musieli sami się wyżywić i znaleźć schronienie ale z tym nie będzie problemu. Możesz opuścić tę domenę. Znaleźć lepsze miejsce i zacząć w nim lepsze życie.
- Tam w domenie Lon-dymie wszyscy jesteśta tacy durnowaci? - zapytała ponurym głosem.- Lorka nie uśmiecha się, bo widać krzywe zęby. Zębuszki tylko czekają na takie piękne zęby, jak ma Lorka. Lorka widziała jedną zębuszkę, jak wyszarpała zęba kuzynowi Lorki, Morlonowi... Morlanowi... Morowi, jakoś tak mu było. Za szeroko się uśmiechał i ta mała paskuda, chyc mu w gębę, chwyciła zęba i tyle. Po zębie.
Igła śmigała nad tkaniną doszywając kolejną łatkę do całości.
- Gdzie zresztą Lorce będzie lepiej, niż tutaj. Tutaj Lorka wie, gdzie znaleźć jedzenie, od którego fae trzymać się z daleka, któremu fae ufać. Gdzie indziej Lorka nie wie nic. A ty, szponopalcy, wiesz, gdzie chcesz iść. Do jakiej domeny? Czy tak po porstu, durnowato, idziesz przed siebie. Poproś ich o Rozstaj. Niech cię doprowadzą na Rozstaj. Albo do Domeny Liścia. W ostateczności do Domeny Szelestów. Tam znajdziesz kogoś, kto znajdzie ci drogę do Lon-dymu. Przejście. Wzięli amulet? - zainteresowała się nagle.

Na historie o zębuszkach uśmiechnąłem się. Nie to, że w nią nie wierzyłem ale i tak mnie bawiła. Przysunąłem sobie krzesło i usiadłem na nim okrakiem, przodem do oparcia.
- Lorka, Lorka. Amulet dam im jutro, na razie wzięli moją opowieść. Chcesz tu żyć? Przecież Tobą gardzą. A gdzie indziej będziesz towarzyszką Bardów. Będziesz mogła mieć nowe życie, nie będziesz musiała po raz dziesiąty zszywać sobie tej samej tuniki a kupisz suknię. Jesteś bystra i szybko nauczysz się zasad w nowym mieście. Zresztą… - machnąłem ręką. - Jesteś zbyt skromna, dużo wiesz o innych domenach. Nie bój się nieznanego. Nieznane to nowa szansa, nie tylko zagrożenie.

- Kiedyś Lorka potrafiła chodzić pomiędzy domenami - pół-goblinka przerwała pracę. - Jeszcze przed Renegatami. Jeszcze przed tym, kiedy Koszmar wdarł się w Domeny. Jeszcze przed ... - zamilkła nagle, zezując na mnie, jakby miała powiedzieć o jedno słowo za dużo.
- Teraz tylko silni chodzą.Tacy jak Bardowie. Lub szmuglerzy. Ale tych nie ma w Domenie Welonów, poza samą Lorką, ale Lorka już nie chodzi. A co do bardów, niemądry ty ptasi łebie, to bardowie nigdy, przenigdy, nie będą szanowali ani Lorki, ani nikogo. Chyba, że ktoś zasłuży na ich pieśń. Ale wtedy stanie się nieśmiertelny, wiesz, ptasi łebie. Będzie żył w pieśni, póki pieśń nie zostanie zapomniana. Tak właśnie będzie. A - wycelowała brudny pazur w moją stronę. - Jeszcze jedno. Co złego jest w koszuli Lorki. Koszula Lorki ma mocne zaklęcia ochronne. wszywane igłą babci Lorki, zrobioną z kawałka jej kości. Zszywana nicią zrobioną z jej włosów. To potężna magia. Potężniejsza, niż ta suknia, o której tyle mówi. Kupiona! Tfu - Splunęła na podłogę. - Żaden goblin nie kupuje niczego. Tylko kradnie lub robi. Inaczej to nie ma wartości. Może i jesteś szponioastopalcy, Vincencie z domeny Lon-dymu, ale wiele musisz się jeszcze naumieć. Wiele!

Czułem jej oburzenie. Wręcz namacalne i fizyczne. Wiedziałem jednak jak je rozładować, uniosłem ręce w obronnym geście.
- Nie wiedziałem o tej magii i zwyczajach Twojego ludu. Przepraszam, nie chciałem ciebie urazić. Potrafiłaś chodzić między domenami przed Renegatami i przed Koszmarem. Oraz przed tym jak mnie tu ściągnęłaś, to chciałaś powiedzieć, prawda? Koszmar to mój świat a Renegaci to… Istoty z niego? Takie jak ja?
- Durny, ptasi łeb. - Zaskrzeczała zupełnie już udobruchana i w jakiś taki... sympatyczny, wręcz ciepły sposób. - Koszmar to twój świat. Owszem. Pełen tych, którzy uciekli. Ale Renegaci to nie synowie i córy Adama. Nie. Nie wy, damae, jak zwą was wyniośli. Nie! Renegaci to ...
Westchnęła ciężko.
- Nieważne kim są. Po prostu lepiej ich nie spotkać. Wierz mi. Lepiej ich nie spotkać.
Spojrzała w stronę zasłoniętego okiennicą okna. Wstała i podeszła do niego wyglądając przez szczelinę na Tempest.
- Pojadę z tobą, Vincencie,ptasi móżdżku. Pomogę ci dotrzeć do tej twojej upragnionej domeny. Do tego brudnego, śmierdzącego Lon-dymu. Beze mnie zginiesz po drodze. Za mało wiesz. Za mało myślisz. Za dużo pytasz, za dużo gadasz, za dużo jesz. Tak właśnie zrobię. Ocalę to całe twoje za dużo i całe twoje za mało.
- Dziękuję. Z Twoją wiedzą i rozsądkiem oraz z moją sklonnością do działania damy sobie radę. Zobaczysz. Lorka… Co to jest harp, gryf i roróg?
- Czarptaki. No może nie harp. Harp to brzydka harpia. Samiec. Co prawda harpie wolą gwałcić inne gatunki, ale mają też samców. Chociaż wyjątkowo odrażających, śmierdzących i paskudnych. Nawet najbrzydszy szlam lub goblin jest ładniejszy do harpa.
Ta… Lorka miała zakrzywione poczucie estetyki więc niezbyt przyjąłem się tą uwagą.
- Bardowie uznali, że jestem jednym z nich. Czy te czarptaki mogą przyjmować humanoidalną postać?
- A czy świnie potrafią latać i czy ryba ma wodoodporną dupę? - spojrzała na mnie krzywo. - Jasne, że tak. Mogą być tymi humano cośtam ja nie oceniam. Każdy jak lubi.
Zaśmiałem się, nie bojąc się jakoś zębuszek.
- Dobrze Lorka, jutro w południe ruszamy. Spakuj się. Masz może jakąś broń? Wolałbym mieć czym się bronić jakbyśmy spotkali Renegatów. A Bardom do końca nie ufam.
- Bardowie zrobiliby z ciebie paćkę w jedno pierdnięcie, ptasi szponie.To bardowie. Ale skoro ubili interes, to dotrzymają słowa. Reputacja. A jak spotkamy renegatów, to broń będzie ostatnią rzeczą, jaka ci się przyda. Załatwię kilka dobrych ostrzy. Sama mam już kilka i szpilę dziadunia. Straszna broń, ale marudzi jeszcze straszniej. Taki los. Kiedy ruszamy?
- Jutro w południe spod Bramy Welonów. Wolę mieć te ostatnią rzecz jakby zawiódł nas spryt i nasze zdolności.
- Zawsze możesz zacząć gadać, ptasi łebie - zarechotała Lorka. - Wtedy posną. A my pryśniemy.
Przestała się śmiać i spojrzała na mnie z powagą w wybałuszonych, żabich ślepiach.
- Będzie dobrze. Bardowie przepłoszą każdego głupca czy renegata, który mógłby nam stanąć na ścieżce.
Zawtórowałem jej śmiechem.
- Na pewno.
Resztę wieczoru spędziliśmy rozmawiając. Pytałem o czarptaki, opowiadałem o Londynie… Lorka narzekała, że za dużo gadam ale wiedziałem, że lubi mnie słuchać. Na kolacje przygotowałem potrawkę, Lorka nas żywiła a ja nie chciałem być pasożytem. Do tego nie miałem zaufania do jej zdolności kulinarnych...
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]

Ostatnio edytowane przez Szarlej : 30-10-2014 o 07:04.
Szarlej jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:21.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167