Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 01-02-2015, 19:33   #1
 
Ereb's Avatar
 
Nobilis - Cud narodzin

“Zatem najpierwej powstał Chaos, a zasię po nim
Ziemia o piersi szerokiej, wszystkim bezpieczna siedziba
nieśmiertelnym, co dzierżą wierzchołki śnieżnego Olimpu
i mglistego Tartaru w głębi ziemi o drogach szerokich,
potem Eros, co jest najpiękniejszy wśród nieśmiertelnych,
członki rozluźnia i wszystkim bogom jednako i ludziom,
serca w piersi ujarzmia oraz ich wolę rozsądną.
A z Chaosu Erebos oraz Noc czarna powstały,
z Nocy z kolei Eter jako też Dzień się zrodziły,
których zrodziła brzemienna, z Erebem w miłości złączona.”
“Teogonia” Hezjod

Deszcz ściekał po szybach niczym łzy matki opłakującej jedynego syna. Za oknem mrok nocy, rozświetlały uliczne latarnie i neony, które malowały barwne kolaże na mokrym asfalcie.
W niewielkim bistro panowała niczym nie zmącona cisza, jaka niezwykle rzadko zdarza się w tego typu miejscach. Było cicho, ale nie pusto.
Oczy właścicielki pełen lęku i zdziwienia wpatrywały się w kanapę w prawym rogu sali. Jeszcze przed chwilą nic nie zapowiadało tak dramatycznych wydarzeń.
Zakochana para siedziała przy kawie i spokojnie rozmawiała. Trzymali się za ręce i wpatrywali się sobie w oczy. Zdawało się, że istnieją tylko oni, że cała reszta przestała istnieć. Siedzieli naprzeciw siebie, a zdawali się jednością. Jakby stanowili jedno ciało. Przymierzy dusz, które złączyło ich na wieki.
Emanowali jakąś niesamowitą energią, która kształtowała atmosferę w całym lokalu.

Wszyscy siedzący w środku mieli odczucie, że to miejsce zostało odłączone od reszty świata i stało się oddzielnym, samodzielnym uniwersum. Nawet czas zdawał się przestać istnieć i jedynie monotonnie padający deszcz burzył tą idealną iluzję. Nawet jednak on miał swoją rolę do odegrania w tym przedstawieniu. Strugi deszcze spływające po szybach tworzyły niemal nie przeniknioną barierę, granicę, oddzielającą bistro od reszty wszechświata.

Rozmyty krajobraz przywodził na myśl dzieła wybitnych abstrakcjonistów i bardziej przypominał finezyjną fototapetę niż widok za oknem współczesnego miasta.

- Jak mogłaś? No jak mogłaś mi to zrobić?
Kobieta spuściła tylko głowę w geście pokory i niemej prośby o wybaczenie. Po chwili jednak jej przeraźliwy krzyk wypełnił salę. Zadrżały szklanki i filiżanki, a śpiący na szafce kot uciekł z głośnym miauknięciem do kuchni.
Kobieta usunęła się na podłogę i trzymając się za brzuch zaczęła wić się z bólu.
- Zaczęło się - powiedział głośno, wstając siwy mężczyzna w kapeluszu siedzący tuż obok zakochanej pary.

Fala dźwięków złamała ciszę, która jeszcze jedno uderzenie serca temu władała niepodzielnie. Radio zaczęło trzeszczeć, deszcz z wielką siłą smagał szyby bistro, jakby chciał je zniszczyć i dostać się do środka. Na zapleczu słuchać było jak pomywacz z głośnym trzaskiem odkłada umyte naczynia.
Także inni goście lokalu podnieśli się z foteli i jak jeden mąż spojrzeli w kierunku cierpiącej kobiety.
I właśnie w tym momencie nastała przerażająca wręcz cisza. Zlękniona właścicielka baru zapytała:
- Co się zaczęło?
- Wojna - odparł ze stoickim spokojem siwy mężczyzna.
 
__________________
"Kupię 0,7, to leczenie paliatywne i pójdę spać, bo w końcu sam sobie zbrzydnę" AJKS
Ereb jest offline  
Stary 11-02-2015, 23:04   #2
 
Quelnatham's Avatar
 
Rajski ogrodnik lubił czasem wybrać się w świat, pospacerować i zadbać o jakiś podupadły zakątek. Tym razem stopy zaprowadziły go do jesiennego ogrodu. Do środka prowadziła zardzewiała i porośnięta bluszczem furtka. Był zbudowany na planie koła i otoczony murem, który również porastał gęsty bluszcz. Rośliny były w nim jakby zdegenerowane, zgniłe, zardzewiałe, jakieś chore. Choć było nie widać tego na pierwszy rzut oka, dla Ogrodnika było to jasne. Gdzieś pod murem snuł się wąski strumyk. Mniej więcej na środku ogrodu znajdowała się mała, zniszczona altanka.
[MEDIA]http://farm3.staticflickr.com/2947/15410997045_663c0b452f.jpg[/MEDIA]
Uznał je za urokliwe, godne uratowania miejsce, w wyobraźni już widział jak rozkwita. Jak jego siła, on sam, zmienia, rozwija i rozkwita.

Terminus stał na samej granicy ogrodu – poza bluszczem, przy której biedził się Rajski Ogrodnik. Z daleka można byłoby pomylić go z jedną z tych starożytnych rzeźb, które porastały bluszcze na krańcach ogrodu.

- Panie-Ogrodzie –
skłonił się na tyle głęboko, by kilka kropli wody spadło z porastającego go mchu, i czekał, cierpliwie i niewzruszenie niczym tysiącletni głaz.

Ochs ułamał suchą gałązkę i powoli odwrócił się w stronę z której dochodził. Rozpoznał innego Wyniesionego, którego znał.

- Szanowny Pan Granic, co za spotkanie! -
z odrobiną zaskoczenia i lekkim uśmiechem przywitał rozmówcę. I – charakterystyczne dla ich tempa – skończył przycinać kolejny kwiat dzikiej róży zanim Terminus zareagował.

- Przyjmij moje błogosławieństwo dla tego ogrodu – miał głęboki, monotonny głos: ale zdawało się, że wprawia w drgania same kamienie w głębi ziemi, a kiedy uczynił znak: - Niech żadne złe powietrze, żaden szkodnik ani żaden zwierz dziki nie ma wstępu do tego wirydarza – powietrze prawie zadrżało od mocy, sylfa uciekła z krzaka, a kilka listków opadło z żywopłotu.

- Co za miłe słowa - przyznał uprzejmie ogrodnik. Odłożył sekator i rozłożył ręce. - To miejsce jest zaiste w opłakanym stanie. Staram się pomóc jak mogę. Zapraszam. Zapraszam, ale na prawdę niech pan nie patrzy na tę pergolę. Dopiero co zacząłem.
Uczynił znak ręką, a pnącze ożyło i wydało owoc. Ogrodnik zerwał kilka kiści i położył na stole. Zaprosił Terminusa by usiadł i spróbował. Paradoksalnie i mimo uprzejmości Ochsa, gdy Strażnik Granic siadał koło zakwitłego wiosennie Ogrodnika, zgarbił się trochę (jeśli można było tyle rzec o Terminusie!). Nie pomógł sok z winogron, który zaraz spłynął po twardych palcach pana granic, nie pomógł psotny duch ogrodu, który wyszedł na stół nim Hubert zdążył go przepłoszyć.

- Panie-Ogrodzie – spojrzał na niego wreszcie przez dziwnie przygaszony, ciemny klejnot oczny. - Ilekroć Pana-Ogroda spotykam, przypomina mi się, że manierę ma jak Pan-Ogród przed laty... Czy... - urwał. I znów był tą samą Potęgą z zadartą w górę brodą i błyszczącymi klejnotami za oczy, co zawsze. – Przepraszam.

- Och! - Ogrodnik przeczesał dłonią brodę. Czuł się dziwnie gdy ktoś przypominał jego poprzedników. Czasem zapominał, że inni Wyniesieni bywają nieskończenie starsi. - Nie miałem okazji go poznać oczywiście… Ale po stanie Edenu, wnoszę, że była to osoba wielkiej dbałości o każdy szczegół.

Dziwnie było mu tak czuwać, kiedy Terminus patrzył na niego nic niemówiącym wzrokiem. Gdy przesunął się, żeby oderwać zeschnięty pęd, czuł, że swoim przenikliwym, nieludzkim spojrzeniem wwierca się w jego plecy. A nim przywrócił do życia pożółkły bluszcz, przypomniał sobie już, jak „obcy” potrafi być Terminus.

- Panie-Ogrodzie –
podjął wreszcie po ciszy nienaturalnie długiej nawet jak na ich standardy. - Przepraszam za indagowanie, ale czy czuje się pan po części poprzednim Panem-Ogrodem?

Rzeczywiście. Zmieszał się trochę. Zaczął przez to raźniej obrywać suche gałązki. Był przecież Hubertem Ochsem, ale przecież już dawno przestał być tylko nim. Próbował sobie przypomnieć śmiertelne życie. Było to równie trudne, albo może równie łatwe, co przypomnienie sobie wspomnień poprzedniego Pana Ogrodów.

- Tak, zdecydowanie. - odpowiedział w końcu. - Skąd jednak przyszło panu do głowy takie pytanie?

- Ja niedługo umrę, Panie-Ogrodzie. Czuję to. Nie tak, jak Pan-Ogród. Inaczej - uściślał. Mimo tematu mówił spokojnie, miarowo, powolnie, zgodnie z pradawnym rytmem ziemi. Gdyby mówił z kimś mniej cierpliwym niż Ochs, byłoby to niemożliwe. - Zmienię się. Zrzucam skórę. Jak wąż, który się odnawia – Milkł na długo, szukając słów, żeby potem znów zacząć. – Będę sobą. Młodszym. Ale innym.

W całym swoim istnieniu Ogrodnikowi nie przydarzyła się jeszcze taka rozmowa. Ostrożnie dobierał słowa.

- Nie wydaje się być pan Panie-Granico zmartwiony. Czy upatrzył już pan sobie… kolejne wcielenie?

- Mówię: inaczej. Nie jestem śmiertelnikiem, abym miał się narodzić z człowieka. Panie-Ogrodzie, widzieliście kiedyś, jak ognisty feniks płonie w Mitycznej Rzeczywistości? Czy potrzebował któregoś ze śmiertelnych, aby zebrać się z popiołów?

- Nie, oczywiście, że nie. - odpowiedział zawstydzony. Zaczął skubać kiść winorośli. - Nie chodziło mi oczywiście o narodzenie… - odchrząknął. - Kiedy zatem planuje pan tę odmianę?

- Nie wiem, Panie-Ogrodzie –
zabrzmiał tak pusto, jakby za kamieniem jego cielska była tylko pusta przestrzeń. Ale potem - Bardzo dobre winogrono. Dziękuję, Panie-Ogrodzie. Chce Pan-Ogród zrobić z tego ogród śródziemnomorski? – zmienił temat z nagła i topornie, jakby bał się nawet przyznać, że strach przed śmiercią ma przystęp do Potęgi.

- Ach, tak właśnie. Z tą winoroślą… hmm tak to będzie wyglądało. Może trochę bardziej mrozoodporne rośliny, tymianek tutaj, na tamtej ścianie… hmm hortensje. Wymaga jeszcze dużo pracy. Trochę pielenia, trochę nawożenia. Wszystko powinno wrócić do zdrowia.
 

Ostatnio edytowane przez Quelnatham : 11-02-2015 o 23:14.
Quelnatham jest offline  
Stary 12-02-2015, 00:14   #3
 
Asderuki's Avatar
 
Ada zamknęła oczy. Była zmęczona, ale musiała zaistnieć. Pozwoliła płynąć myślom...
… Terminusa zobaczyła w najdalszym kącie, gdzie siorbał w najlepsze kawę. Był nieruchomy aż do przesady – tak bardzo, że siedzący w barze ludzie prześlizgiwali się po nim wzrokiem, jakby był tylko jakąś rzeźbą. Przed nim leżała zmięta do niemożności gazeta, a w ręku trzymał kubek z parującą kawą. Siwe włosy, pognieciony płaszcz i znużony wyraz twarzy miał tak samo, jak zawsze.

Kolorowowłosa dziewczyna wyłoniła się z ciemności wejścia. Poza szalonymi kolorami na głowie była ubrana zadziwiająco prosto. Czarny swetrowy golf, jeansy i czerwone glany, które widziały niejedno.
Kobieta uśmiechnęła się pod nosem na widok skamieniałego mężczyzny. Niespiesznie ruszyła w jego kierunku aby dosiąść się do stolika.

- Widzę, że ciebie też tutaj przywiało - mruknęła do niego łowiąc wzrokiem ciemnoskórą kobietę o bujnych kręconych włosach. Mężczyna gładko powstał. „Powitać-panienkę” wydyszał na jednym tchu tym swoim monotonnym, przedwiecznym głosem. Poczuła, że bierze jej dłoń we swoją, składa pocałunek. Kiedyś była by zmieszana, ale teraz było to dla niej niemal na miejscu. Usiadła przy stoliku.

- Tłoczno - stwierdziła widząc innych wywyższonych.
- Tłoczno – powtórzył. - Tłoczno – obrócił jakoś nijako w ustach, tak że nie było wiadomo czy to stwierdzenie czy pytanie. Ada spojrzała na Pana Granic i bez słowa zaczęła ponownie analizować jego postać. Podpierając brodę na splecionych palcach zastanawiała się cóż może się kotłować w głowie tak spokojnego człowieka. Jej chwilowe rozmyślania przerwała właścicielka lokalu. Nie było jednak zamówienia, a tylko nieco niezadowolone spojrzenie.

- Co tu robisz? - padło pytanie.
Spojrzał wprost na nią wyblakłymi, niebieskimi oczyma. To było prawie, jakby wielki, niezrozumiały kosmos zdecydował się z nagła spojrzeć i zdenerwować na Adę.
- Nie wiem – zaczął, marszcząc brwi tak mocno, że zaczął wyglądać jak strosząca się sowa. Był zirytowany, był wściekły, był mocno nieprzyjemny, ale przynajmniej przestał być taki nieludzki. - Muszę być, więc jestem.

- Rozumiem - Ada odparła spokojnie. Piwne oczy nie wydawały się specjalnie zlęknione kosmosem. Była w nich raczej ciekawość.
- Widziałam to miejsce we śnie. Coś się stanie - kobieta odchyliła się w krześle aby spojrzeć na salkę z ludźmi… i nie tylko.
- Jak? Jak panienka mogła widzieć? - tym razem Terminus nachylił się, żeby pilniej przyjrzeć się Adzie. Ta nie od razu odpowiedziała wciąż patrząc w bok.
- Wyobraź sobie… - pochyliła się z powrotem do starszego pana - że dla każdego z nas przeznaczenie działa inaczej. Dla mnie w ten sposób - łagodny uśmiech zawitał na gładkiej twarzy dziewczyny.

- „Przeznaczenie” – dalej był nastroszony, ale stracił trochę z rezonu. - Panienka posłucha. Jest świat. Jest istota. Jest jej świat. I jest horyzont: kres jej świata, poza który nie może wejrzeć. - Podniósł palec w geście starca-mentora. - „Hic sunt dracones”. Niech więc panienka nie zaprząta sobie głowy takim hochsztaplerstwem.

- A jednak istniejemy my - Ada uniosła jedną brew do góry. - Ci co wykraczają poza prawa i granice tego za co uważaliśmy świat kiedyś. Czyż bóg nie może być przeznaczeniem? Może on zwyczajnie stoi nieco dalej i widzi co jest poza horyzontem - urwała, zostawiając sugestię wiszącą w powietrzu.
- Panienka myśli jak człowiek – wskazał brodą na krzątającą się kelnerkę. - Panience przyśniło się, że piję kawę... - siorbnął głośno, jakby celowo chciał podkreślić swój punkt. - Bo ktoś z nich to kiedyś widział. I już panienka myśli, że oszukała panienka Wszechjesion. Ale na którą gałąź Wszechjesionu by się nie wdrapać, zawsze jest coś wyżej – im więcej mówił, tym bardziej rezon się studził. - Tak jest w samej naturze Wszechjesionu – a kończył już prawie bez emocji.
- Ale jest powłoka za którą nie wiadomo co jest. Są gwiazdy i mrok. A poza tym - wzruszyła ramionami. - Dzieje równie dobrze mogą być spisane, tylko nikt nie wie gdzie.
- Tak, a... - I w tym momencie krzyk kobiety przeciął powietrze. - Wyśniłaś to?
- Powiedziałam, że się coś stanie…
- powiedziała dziewczyna za odchodzącym mężczyzną - ...nie? - Najpewniej jednak już nie słyszał, bo on już był przy kobiecie, zmuszając ją, by spojrzała na niego. „Rozkazuję ci” - szeptał przenikliwie, rozkazująco - „Przestań”.
 
Asderuki jest offline  
Stary 12-02-2015, 00:51   #4
 
Antari's Avatar
 
Kicham na taką pogodę.

Deszcz bębnił w szybę i stukał swój własny rytm. Aż prawie widziałam jak wiatr porywa krople deszczu i zabiera je w ciemność, czy raczej ponury półmrok miasta.
Nienawidzę deszczu. Psuje moją puchatą, ułożoną, lub nie fryzurę, uklepując ją do skóry. Moja biała sukienka robi się przeźroczysta, a że nie jestem najjaśniejszą karnacją osobą w tych okolicach to ekhm...
Dobrze, że miałam ten płaszcz od ojca. Może był trochę za duży no ale...

Zaraz. Co ja tu w ogóle robiłam? Wiatr Przeznaczenia mnie tu przywiał? Można tak to określić. Ja po prostu szłam tam, gdzie mój żywioł mnie kierował, podatna na każde jego skinienie. Tylko czemu tu? Uch, będzie tak jeszcze trochę padać. Szkoda, wolę słońce i wiatr. Jest ciepło, ale nie gorąco. Tęsknie za Angolą.

Filiżanka z kawą była od dawna pusta. Kiedy ja ją wysiorbałam? Cóż, sama nie wiem, przysneło mi się chyba w tej kawiarence. Ale miejsce w którym siedziałam było takie przytulne i miłe i w ogóle, jeszcze siedziałam tak, że w zasadzie nikt mnie nie widział... Szkoda, że nie wieje w pomieszczeniach. Temu tutaj trochę brakowało ruchu powietrza. Nawet klima nie za bardzo działała psia kostka. No ale dało się to naprawić.
Tylko czy ktoś tam na górze nie zezłościłby się? Wiem, że w ogóle olewałam te całe zasady, no ale wiatr w pomieszczeniu to byłaby przesada. Prawda?

Zaraz, co się tam dzieje? Śni mi się to? Jakiś Inny-Taki-Jak-Ja jest tutaj? O co chodzi. Wojna? Jaka wojna, z kim? Taka normalna, czy... wszystko się miesza, jak tylko zostaniesz jakimś przeklętym demigodem panującym nad Wiatrem! Każde słowo od nieznajomego, każde stwierdzenie może być odebrane na dwojaki sposób. A choć cała sytuacja wyglądała na normalne bóle przedporodowe, to słowa staruszka nie pasowały nijak do pozornie, zwykłej sytuacji.

Zerwałam się z krzesła, aż obrus i moja sukienka podwiały się. Nie żebym pędziła, ale czasem zdarza mi się machnąć wiaterkiem w różne strony jak się gwałtowniej ruszę. Gumowe podeszwy białych tenisówek mlasnęły parę razy przy kontakcie z podłogą gdy dobiegłam do leżącej na ziemi kobiety. Pochyliłam się nad nią.

- Trzeba wezwać lekarza! Proszę pani, co pani jest? Co za wojna? - ach, ta moja chaotyczna natura. Jak wiatr, moje słowa padały na różne strony, to do wszystkich, to do leżącej na ziemi kobiety to do starca. - Proszę oddychać! Czy KTOŚ ŁASKAWIE ZADZWONI NA POGOTOWIE - moje ostrzejsze słowa chyba spowodowały jakiś pojedynczy podmuch. Albo mi się tylko zdawało, kto to wie. - Kto się będzie bił?
 
__________________
En Taro Tassadar!
Antari jest offline  
Stary 12-02-2015, 16:08   #5
 
Gorgmon's Avatar
 
Asim siedział w kącie sali, starając się nie przyciągać zbędnej uwagi. Drobnymi łykami popijał gorzką jak piołun kawę, gdy pozornie niewzruszony i spokojny lustrował znudzonym spojrzeniem pomieszczenie. Wewnątrz czuł jednak ten szczególny rodzaj ekscytacji, który przywodził na myśl polującego drapieżnika.Chociaż sam nie do końca rozumiał co przygnało go w to miejsce, to jednak instynktownie, niczym rekin wiedziony wonią krwi, czuł że powinien się tu dzisiaj znaleźć.
Zresztą, wszystko wskazywało na to że nie on jeden, co zapowiadało się więcej niż obiecująco.

Nagła zmiana atmosfery sprawiła że całą swą uwagę skupił na parce siedzącej w przeciwległym kącie, którą do tej pory ignorował nieco zniesmaczony mdłym i sielankowym nastrojem jaki stworzyli wewnątrz bistro. Ten jednak z jakiegoś powodu rozwiał się w okamgnieniu. Kobieta wrzasnęła w cudowny sposób, a Asim przyglądał się urzeczony jak pada na podłogę i zaczyna wić się w konwulsjach. Wspaniałe, znajome, euforyczne uczucie zaczęło narastać w sali, przepływając przez niego.

Strach.

Wbrew jego woli na ustach wykwitł mu szeroki uśmiech, który poszerzył się jeszcze bardziej gdy starzec wspomniał o wojnie. Czy mógłby wymarzyć sobie wspanialszy podarunek od losu? Czując przypływ sił ruszył w stronę starca aby dowiedzieć się czegoś więcej.
 
Gorgmon jest offline  
Stary 12-02-2015, 20:27   #6
Konto usunięte
 
Velg's Avatar
 
Først
De gamle er eldst
Starzy są najstarszymi

przysłowie norweskie


Kiedy pierwsi ludzie zleźli z gałęzi Wszechjesionu na świat, próbowali wybudować na nim swoje siedziska. Jednak Ziemia nie wydawała plonów, a ogień ich nie ogrzewał.

Wtedy człowiek poświęcił na stosie całopalnym pierworodnego syna, a Imperator w zamian obdarował go Ziemią. I człowiek po raz pierwszy człowiek zaorał i wziął w posiadanie pierwsze pole, jego złożony na ofiarę syn powstał z martwych i stał się Granicą.

***


Kiedy ludzie uczyli się żyć na Syberii, był z nimi w każdej jurcie, żeby odpędzać od nich körmösy dolnego świata.

Kiedy Rzymianie stawiali na Kapitolu pierwszy, mały chram Terminusa, on już dawno strzegł rzymskich kamieni milowych.

Kiedy Inkowie personifikowali swoją ziemię, widząc ją na kształt wielkiego ciała, on był otulającym ziemię-cielsko płaszczem ze skóry.

Gdziekolwiek człowiek stawiał stopę, była z nim cząstka Strażnika Granic.

Był równie pierwotny jak świat. I – jak prawie wszystko, co pierwotne – był dla śmiertelnych bardziej uosobioną siłą natury niż zwykłą istotą. Dlatego, gdy im się objawiał, intuicyjnie bali się go w ten sam sposób, w który bali się ognia, trzęsień ziemi bądź erupcji wulkanu. Pewnie trwożyliby się jeszcze bardziej, gdyby mogli dojrzeć jego masywną, wysoką na dziesięć stóp sylwetkę z kamienia.

Jednak nawet, gdy wyglądał jako człowiek, górował nad większością ludźmi wzrostem, a ważył trochę mniej niż dwadzieścia kamieni. Trzymał głowę sztywno, a zadartą głową pokazywał, że jest sporo ponad zwykłych ludzi. Najgorsze zaś były jego zimne, stare jak świat oczy. Człowiekowi wystarczyło w nie spojrzeć, by instynktownie zrozumieć część Prawdy. Zrozumieć, że istnieją na świecie niezrozumiałe moce, większe od ludzi, którzy obchodzą je tyle, co ginące pod ich stopami mrówki.


***

Kiedy w Rzymie kończyła się Republika, on był częścią Jowisza: tą, w której imię toczono wojny, i tą, która pozwalała zaprowadzić przez zwycięstwa pokój. Był wtedy młody i silny, a istnienie go radowało.

Wiedział wtedy, że granice są warte tyle, ile stojąca za nimi siła; że pokój i stabilność przychodzą wraz z hegemonem.


Dlatego dumny Jupiter Terminalis przyjął trybut ofiarny boskiego Cezara.

Dlatego dopóty Rzym był silny, ucztował i pozwalał, żeby siła legionów trwale wyznaczyła granicę imperium, a pax romana trwało.

***


- Idźcie stąd – rankiem odpędzał od magazynu wychudzone dzieci o spierzchniętych ustach.

Patrzyli na niego bez zrozumienia, z obłędem w przekrwionych oczach. „Zapłaćcie”- stuknął laską w pylistą ziemię, obojętny na ich głód. „Jeśli chcecie wejść, zakupcie to wszystko” - zadudnił tak głośno, że ułożone wzdłuż pylistej, afrykańskiej dróżki kamienie mu odpowiedziały.

Równie dobrze mógłby nakazać im usiąść pod tanzanijskim niebem i sczeznąć z głodu.

Ale to prawie nigdy nie miało żadnego znaczenia: ani dla niego, skoro był Strażnikiem Granic i skazał już na śmierć tysiące ludzi, ani dla nich, skoro prawie nikt nie śmiał mu się sprzeciwić.

>Prawie< nikt. Ludzie bowiem – jako gatunek – byli dla niego jedno mrówkami, ale nawet mrówki potrafiły czasami ukąsić.

Tym razem pod jednym z dzieciaków ugięły się nogi. Bał się. Wystarczyło, by podniósł wzrok i spróbował spojrzeć nieznanemu w twarz, żeby zadrżał. Ledwo Potęga nakazała mu po boskiemu: „Odejdź”, a już wyglądał, jakby chciało mu się płakać. „Khnanithy” - wydyszał poprzez łzy, a potem rozpaczliwie, jakby przerażony własną bezczelnością, pchnął go na oślep, zapominając nawet, w której ręce ma nóż.

Zakotłowało się. Drugi chwycił nożownika, trzeci stał jak słup soli. Szarpali się, a zanim skończyli, nigdzie nie mogli już dojrzeć Strażnika Granic. Próżna była jednak ich ulga, bowiem Strażnik Granicy był dumny i mściwy.

Wystarczyła jedna godzina, żeby zemścił się na wszystkich trzech.

Pierwszy umarł ten kościsty dzieciak, który próbował odciągnąć od niego nożownika. Umarł, gdy wreszcie pojawili się strażnicy. Kula trafiła mu w nogę i rozerwała tętnicę. Gdy krew zmazała jego przewinę, Strażnik Granic nachylił się nad nim, żeby wynagrodzić mu zasługę. Wyszeptał mu, że nikt nigdy nie skrzywdzi jego rodziny.

Drugi umarł ten, który stał bezczynnie. Jego śmierć miała tak mało znaczenia, że nikt nawet jej nie obserwował. Nawet ścigający go ludzie przemknęli wokół niego, nie zatrzymując się, jakby go nigdy tam nie było.

Jako ostatniego zabrał się za tego wysokiego draba, który go miał czelność go pchnąć. Jego zemsta była najsłodsza: skoro ośmielił się pchnąć Potęgę, jakakolwiek granica przestała go chronić. Kiedy dotarł do swojej kryjówki, tam już czekał na niego nieprzyjaciel, aby siedmiokrotnie pchnąć go w serce i powiesić.

Otwieram dla ciebie Kuzimu” - wyszeptał w jego martwe uszy Strażnik Granic, gdy zostali już sami. I była to prawda.


***


Gdy Słońce stanęło w zenicie, przechodził przez sanktuarium swojego Imperatora. Było to jałowe królestwo pustych, martwych twarzy, przygaszonych pasji i granitowych monumentów, w których kiedyś miał żyć ostatni człowiek.

Królestwo jego pana oraz jego mieszkańcy nienawidzili go jednako, lecz nawet ich nienawiść była leniwa oraz nijaka. Wyczerpywała się w przewlekłych, pogardliwych spojrzeniach oraz drobnych złośliwostkach.

Gdyby czegokolwiek od nich potrzebował, odmówiliby tego z niemrawą radością. Gdyby chciał z nimi porozmawiać, usłyszałby tylko drobne uszczypliwości. Ale gdy potrzebował jedynie wejść do kolosalnej świątyni swego Imperatora, tylko odźwierni mogli znieważyć go hańbiącymi poleceniami.
Przy pierwszej bramie nakazano mu, aby stał się jako człowiek.

Przy drugiej bramie nakazano mu zzuć jego znoszone buty.

Przy trzeciej bramie nakazano mu zrzucić jego kapłańską szatę.
Dopiero, gdy w ten sposób poniżył się, otwarto przed nim wrota do wewnętrznego dziedzińca, gdzie przechowywano wróżebną misę i gdzie gnieździło się prorocze ptactwo.

Gdy zawarto za nim ciężkie wrota, chwycił gołębia za kark i przegryzł jego szyję, żeby jego krwią napełnić nią czarę. Później wyrwał mu jego serce, żeby z niego wróżyć.

I wtedy poczuł, że jego Imperator jest z nim, żeby mu rozkazywać.


***

Ludzie władali już Ziemią. Poza morskimi wodami wszystko, co człowiek widział dookoła, było czyjąś własnością. Zawłaszczenie i zasiedzenie, które dawni Rzymianie uznawali za pierwotną podstawę własności ziemskiej, nic już prawie nie znaczyło, skoro większość ziem była sprzedawana, dziedziczona bądź nadawana przez ludzi. Dlatego dumny Terminus, od którego ludzie niegdyś kupili cały świat, przestał być szafarzem ziemi.

Dlatego, gdy zaczął się starzeć wraz ze światem, przestał być Panem Granic, a stał się ich Strażnikiem, który nie dzielił już ziemi, a jedynie pilnował zasad podziału.


Ikinci
Bir vurmakla ağaç devrilmez
Od jednego ciosu nie wywróci się drzewo

przysłowie tureckie



Był nie tylko pierwotny, ale i stary.

Kiedy po południu kroczył wschodnim wybrzeżem Stanów Zjednoczonych, miał już przeszło siódmy krzyżyk na karku. Jego niebieskie oczy wyblakły ze starości. Kępki białych włosów, tak samo nieporządnych, jak te na jego głowie, sterczały mu z uszu. Ciemną skórę pokrywała gęsta sieć starczych zmarszczeń.

Kiedy przechodził przez Mit, wyglądał niczym nadszarpnięty zębem czasu pomnik z Wyspy Wielkanocnej. Szary kamień jego ciała spękał i pokrył się porostem. Tylko głęboko osadzone w cofniętym czole z twardej skały granaty, które służyły mu za oczy, wyglądały, jakby prawie oparły się potędze czasu.

Mimo całego swego dostojeństwa wyglądał jak ktoś, komu czas się powoli kończył.

Terminus jeden wiedział, że tak w istocie było.

Bolało go w całym jego jestestwie.

Nie było w tym nic z fizyczności, która cechowała ludzi: gdyby zbadałby go którykolwiek ze śmiertelnych lekarzy, zapewne orzekłby, że będzie żył jeszcze przez długie lata. Może przyjrzałby się ze zdziwieniem przebarwieniom na skórze, które powstały bez żadnej przyczyny, po czym zanotowałby, że pacjent stanowi jedną wielką anomalię.

Jego tymczasem – choć nijak nie dało się – bolało i swędziało tak mocno, że czuł się, jakby lada chwila miał rozedrzeć kamieniami bolącą skórę. Czuł się, jakby korzonki mchu w jego ciele paliły go żywym ogniem. Jego odchodzenie nie kończyło się jednak na bólu cielesnym: jaźń miał przyćmioną poczuciem nieuchronności, że

UMRZE.

ODRODZI SIĘ.

ZMIENI SIĘ.

I nawet jego umysł przestawał być jego. Powoli zatracał zdolność czucia granic: intruzje i naruszenia czuł jakby przez mgłę.

Gdy ostatnim razem stał na gruzach Machu Piccu, zauważył, że już nie potrafi czuć granic tak, jak kiedyś. (Kiedy był w Czterech Regionach) Kiedy wszystko odczuwał w ciele: bo przecież dla Inków miasto było cielskiem Matki-Ziemi, które miało oczy, ręce, nogi oraz opinającą je także skórę. Dlatego, gdy ktokolwiek przekraczał jego granicę, on powinien to czuć tak wyraźnie, jakby ktoś wpił mu w skórę szpilę. Tymczasem poczuł tylko trochę: tak, jakby to była sprawa kogoś innego.

To był problem: z biegiem czasu coraz bardziej czuł się, jakby pracował nad obcym tworzywem. Tak, jakby bliżej mu było do stolarza, który w zimnym drewnie rzeźbi ładny stół, niż do kogoś, kto we własnym, żyjącym ciele ryje rytualne blizny.

Było to znośniejsze i łatwiejsze... ale czuł, że nie przyniesie to nic dobrego.

Słyszał, że gdy człowiek umierał, tuż przed śmiercią przestawał czuć ból w swoich członkach. Obawiał się, że analogia była trafna: jego domenę w nim dotykała martwica, która później miała zabić i jego. Podejrzewał, że tak samo działo się za każdym razem – ale wspomnienia sprzed tego życia były dla niego tak mętne i nieprzejrzyste, że nijak nie wiedział, czy wtedy też tak przeżywał.

سوّمین
کَبوتَر با کَبوتَر باز با باز کُنَد هَم جِنس با هَم جِنس پَرواز
Gołąb z gołębiem, a sokół z sokołem wedle gatunku latają pospołem
przysłowie perskie



Wieczorem był już w Nowym Orleanie. Wolał to miejsce, gdy jeszcze tkwiło w rękach rdzennych mieszkańców. Przebywał w nim często, gdy nad Orleanem powiewała flaga Nowej Francji. Jednak odkąd Orlean był miastem amerykańskim, Strażnik Granic odwiedzał je coraz rzadziej.

Strasznie irytowała go niedookreśloność...
(Gdy był w Rzymie, był Terminusem. Gdy stąpał po ziemi, gdzie niegdyś wielbiono duchy wszystkich rzeczy, był wielką wielością duchów granicznych. Jednak w Stanach Zjednoczonych nie było jednego, złożonego mitu. Zamiast tego była wielka plejda różnych mitów i symbolizmów. Dlatego był tam wielkim nikim: każdą ze swoich postaci, jak również żadną z nich.)

… a poza nią lekko drażniły go te wszystkie drobnostki, które składały się na mityczny obraz Ameryki.

Owady.
(Brzęczały mu brzęczeniem ze wszystkich stron świata.)

Powietrze.
(Było specyficznie i po amerykańskiego bezwonne, jeśli nie liczyć domieszki smogu, która wkradła się nawet do mitu.)

Rośliny.
(Mógł tu znaleźć wszystek symbolicznego zielska z całego świata. Lotosy wyrosłe w micie pod jemiołą, a zaraz obok belladonny. Wszystko i wszędzie, ale bez żadnego ładu.)

Wszakże pomimo tych drobnych, amerykańskich irytacji Terminusowi podobało się miejsce, do którego rzuciły go rozkazy jego Imperatora. Było przyjemnie jednolitym ogrodem, który wyglądał, jakby z nagła okrył się rdzą. Nie wiedział, ile w tym było zwiędłej ręki Jesieni, a ile zabawy Czasu, ale ze stanu budowli wynikało, że od dawna nikt się nim nie zajmował.

Drogę do środka blokował ceglany mur, ledwo widoczny spod gęstych zwałów niskiego obumarłego bluszczu. Gdzieś tam pyszniła się przerdzewiała furta, a mur był na tyle niski, że jego sforsowanie byłoby zabawką nawet dla dziecięcia.

Ale gdyby ktoś siłą bądź fortelem przebił się przez ten furtę, natychmiast zostałby przeklęty przez Terminusa, Chodzącego Po Granicach. Dlatego – skoro Imperator nakazał mu tylko, aby czekać – dopóki nie miał żadnego wyraźniejszego powodu, Terminus nie zamierzał gwałcić wartości i włamywać się do środka.

Stanął. Czekał.

Czekał.

Czekał.

Był pradawny, cierpliwy i miał jeszcze czas.

Wreszcie dostrzegł jakieś poruszenie za furtą. Niedługo później usłyszał cichą nutę piosenki, a potem objawił mu się Hubert Ochs. Potęga-Ogród, więc właściciel.

- Panie-Ogrodzie –obwieścił, kłaniając się. Zapiekło, ale mimo srogiego bólu schylił się tak nisko, że poczuł, jak ciężkie kamienie z jego ciała ciągną go ku ziemi.

Na szczęście, jeśli nawet jego sylwetka pokazała ból, to Ochs tego nie zobaczył go, bo wybrał, żeby z niezwykłym pietyzmem zajmowa się krzakiem. Dotykał go z zaskakującą czułością i troską – tak, jakby dbał o niemowlę – a potem płynnym ruchem przeciął uschły, różany pęd. Dopiero, gdy ostatni zwiędły liść opadł na ziemię, odwrócił się ku gościowi.

- Szanowny Pan Granic! - gdyby Ogrodnik odwrócił się wcześniej, Terminus bez problemu uwierzyłby w jego uradowanie i zaskoczenie. - Co za spotkanie! - Ochs miał miękki, nieśmiały uśmiech i ciepły, dziadkowy głos.

Na ile Strażnik Granicy mógł stwierdzić, byli równie utwardzeni w formie, ale nijak nie odbierało to Rajskiemu Ogrodnik starczego uroku. Dlatego...

- Przyjmij moje błogosławieństwo dla tego ogrodu – wydeklamował, dokładając wszelkich starań, aby żadna samogłoska nie uciekła mu z powolnego, magicznego rytmu. - Niech żadne złe powietrze, żaden szkodnik ani żaden zwierz dziki nie ma wstępu do tego wirydarza. - I stało się.

Stało się: widział, że nieruchomy ogród poruszył się, zbudzony mocą jego słów. Wiedział, że zieleńcowe duchy unoszą głowy w popłochu, czuł, że niski murek okalający ogród puchł i potężniał (mimo, że dla wzroku nadal był taki sam!)... i widział, jak furta otwiera się przed nim, gdy tylko Ogród tak nakazał.

Co za miłe słowa!” - nadmienił Ochs tuż przed „zapraszam, zapraszam!”. Znalazł jeszcze czas, aby krygować się: „To miejsce jest w opłakanym stanie. Staram się pomóc, jak mogę...”, nim wreszcie na stół trafiły winogrona. Robił wszystko, aby umilić mu pobyt. Czynił to z taką swadą, że Terminusa porwał wartki strumień wspomnień...

… aż z ponurego zamyślenia wyrwał go narastający ból.

- Panie-Ogrodzie. Ilekroć Pana-Ogroda spotykam, przypomina mi się, że manierę ma jak Pan-Ogród przed laty... Czy... - >Nie<. Powstrzymał się W końcu był Terminusem, który chodzi po granicach, a nie człowiekiem, który żebra, aby wyzwolić go od strachu. Ale...

- Och. - ... gdy Hubert otworzył usta. Zamknął je. Przeczesał kwiecistą brodę, pieszcząc płatki... - Nie miałem okazji go poznać. Oczywiście. - ... gdy błądził wzrokiem po parku, jakby gdzieś w nim zapisali, co powinien był teraz powiedzieć... - Ale po stanie Edenu wnoszę, że była to osoba wielkiej dbałości o każdy szczegół.


… poczuł jakiś przypływ nadziei, że może druga potęga zrozumie jego strach i zmieszanie.

Zapytać? Nie zapytać? Zapytać? Nie zapytać? - wahał się tym swoim wielkim, niespokojnym wahaniem bogów. Czas mijał. Hubert chyba zaczynął być zmieszany przez jego spojrzenie. A niechby!...

- Panie-Ogrodzie. Przepraszam za indagowanie, ale czy czujesz się po części poprzednim Panem-Ogrodem?

Zrazu odpowiedziału mu tylko metaliczny szczęk nożyc, gdy Ochs z nową werwą zaczął ciąć rośliny. Był przyzwyczajony. Liczył tylko, że gdy ostatecznie mu odpowie, nie będzie się wahał.

- Tak, zdecydowanie. - I nie wahał się już. Granicy spodobała się ta odpowiedź: dawała nadzieję, że on przetrwa bardziej niż mniej. - Skąd jednak przyszło panu do głowy takie pytanie?

- Ja niedługo umrę, Panie-Ogrodzie. - Myślał, że będzie mu znacznie trudniej to przyznać. Ale kiedy już powiedział, zabrzmiało mu jakoś... mało i nieważnie. Nic się nie stało: nawet psotny duch-wiewiórka dalej skakał koło niego tak samo, jak wcześniej. - Czuję to. Nie tak, jak Pan-Ogród. Inaczej. - Hubert wyglądał, jakby rozumiał jeszcze mniej od wiewiórki, więc Terminus uściślał: - Zmienię się. Zrzucam skórę. Jak wąż, który się odnawia – Próbował. Milkł. Wiercił się, by znaleźć pozycje, w której mniej go bolało. I znów walczył z oporem języka. – Będę sobą. Młodszym. Ale innym.

- Nie wydaje się być pan, Panie-Granico, zmartwiony. Czy upatrzył już pan sobie… - Hubert przystanął, żeby bez śladu dawnego wigoru szukać ładnego określenia. Zupełnie, jakby on, Terminus, miał wściec się za nazwanie śmierć po imieniu. -Kolejne wcielenie?

Zabolało bardziej niż by chciał. Czuł teraz, że się co do Ogrodnika pomylił: że nadal jest przede wszystkim cudownie odmłodzonym człowiekiem; że wcale nie umie – jak podskórnie liczył – współczuć innej Potędze jak Potęga, a znać śmierć jak ludzie.

- Mówię: inaczej. Nie jestem śmiertelnikiem, abym miał się narodzić z człowieka. Panie-Ogrodzie, widzieliście kiedyś, jak ognisty feniks płonie w Mitycznej Rzeczywistości? Czy potrzebował któregoś ze śmiertelnych, aby zebrać się z popiołów? - alejeszcze nie skończył mówić, a Ochs już reagował.Chrząknął nie, oczywiście, że nie” i zmarkotniał jak zwykły człowiek.

- Nie chodziło mi oczywiście o narodzenie… - zgubił się we własnych słowach. Prawie (pewnie dla pokrycia zmieszania) wyrwał kwiatka z brody, ale zauważył to, powstrzymał się i sięgnął po winorośl. - Kiedy zatem planuje pan tę odmianę?

Nie wiem”. Nie umieli porozumieć się na ten temat ani co do ducha, ani co do litery. Więc... „Bardzo dobre winogrono. Dziękuję, Panie-Ogrodzie. Chce Pan-Ogród zrobić z tego ogród śródziemnomorski?” Ochs z błyskiem pasji w oku rzucił „Tak, to będzie lepiej wyglądało”, a potem zeszło im z powrotem na wspaniały ogród.


***


Później siedział i pił wino z winogron wewnątrz pergoli w środku zieleńca. Niekiedy rzucał okiem również na drugą stronę, do ludzkiego świata: tam, w małej, odciętej do świata kawiarence przebywało dużo więcej istot niż w wśród mitu.

Czasami wstawał, żeby coś zrobić, ale przeważnie tylko tkwił przy stoliku, milczał i pił zwykłe espresso, którym dla śmiertelników było przednie wino od Potęgi Ogrodów. Spojrzenia śmiertelników prześlizgiwały się na nim. Odpowiadało mu to. Jednak

Ostry krzyk kobiety przeciął powietrze. Poród? W barze? Impertynencja. „Wyśniłaś to?” - rzucił to do tyłu, by uciąć rozmowę z Panią Wyobraźni. Do rodzącej kobiety doszedł sporo szybciej niż ktoś mógłby sądzić z jego wcześniejszych ruchów, ale i tak prawie ubiegła go Wiatr.

Jednak gdy Wiatr tylko krzyczała, on chwycił podbródek rodzącej w szorstką, pokrytą zgrubieniami dłoń i siłą obrócił ku sobie. Sam nie zgiął nawet głowy, żeby na nią spojrzeć. Byłoby w tym geście coś bezczelnego, gdyby nie jego szorstka naturalność: Terminus całym sobą wyrażał przekonanie, że taki jest >naturalny< bieg rzeczy.

- Rozkazuję ci: – szepnął. W tym nie-szepcie, słyszalnym w całej sali, był coś królewskiego, co domagało się posłuchu. - Przestań.
 
Velg jest offline  
Stary 18-02-2015, 09:12   #7
 
Ereb's Avatar
 
- Wojna się rozpoczęła - te słowa starszego mężczyzny nadal wisiały w powietrzu, choć wypowiedział je już kilka sekund temu. W jego głosie było coś co naginało prawa fizyki i zasady panujące w tym świecie.
Wszyscy zebrani w tym miejscu Wyniesieni doskonale to wyczuli. Gęste opary wymieszanych emocji zawisły w powietrzu. Żaden ze śmiertelnych nie był tego świadomy, ale dla Potęg było to czytelny symbol, niczym drogowskaz na ulicy.

Pierwsza zareagowała Pani Wiatru. Jej słowa cięły powietrze niczym stalowe katany. Nawoływania, prośby i groźby wylatywały z jej ust niczym karabinowe pociski. Trudno było wyłowić jakiś głębszy sens tej wypowiedzi. Ruca chciała zapanować nad zaistniała sytuacją, ale zabrała się do tego ze zdecydowanie złej strony. Słowa skierowane do wszystkich obecnych w większości zostały zignorowane i w postaci jałowych, bezużytecznych skorup odbiły się od ściany i wylądowały na podłodze.

O wiele bardziej skutecznym działaniem popisał się Terminus. Strażnik Granic ruszył w kierunku mającej rodzić kobiety i szepnął jej do ucha.
- Rozkazuję ci: – w tych słowach, słyszalnych w całej sali, był coś królewskiego, co domagało się posłuchu. - Przestań.
Ukształtowały one rzeczywistość i na nowo nakreśliły jej granice.

W tym momencie z miejsca podniósł się starzec. Każdy jego ruch sprawiał, że drobinki kurzu unoszące się w powietrzu zwalniały swój bieg. Powietrze stawało się z każdym uderzeniem serca coraz bardziej gęste i lepkie. Hamowało ruchy, słowa i działania.
Sekundowa wskazówka na ściennym zegarze zastygła w miejscu. Wydobywający się z radia głos spikera także zawisł w próżni.
W tym nienaturalnym stanie słuchać było tylko słowa starszego mężczyzny.
- Zważ na swe czyny Strażniku Granic, albowiem wkracza na grząski grunt i stawiasz swe słupy tam, gdzie ich nie powinno być.

Słowa próbowały wryć się w rzeczywistość, ale nie skruszyły nakreślony przez Terminusa granic.
Na twarzy siwego mężczyzny pojawił się grymas niezadowolenia, a oczy zabłysły gniewem.

Wskazówka ściennego zegara drgnęła, a nieświadomy niczego radiowy spiker kontynuował odczytywanie komunikatu sportowego.

Rodząca kobieta spojrzała na Strażnika Granic, a w jej oczach znać było wielki lęk.

Asim wyczuł to drżenie. Drżenie, które poruszyło najdelikatniejsze struny jego duszy. Rzadko miał okazję wyczuwać takie emocje. Był to pierwotny, atawistyczny lęk. Lęk, który zapewne odczuwali pierwsi ludzie na widok pioruna roztrzaskującego wiekowe drzewo. Lęk, który współczesnym ludziom już nie jest znany. Lęk, który ma wielką moc i symbolizuje wielkie niebezpieczeństwo.
Asim nie był pewien, czy ten strach wywołał Terminus, czy też zbliżający się poród.

Chłopak, który jeszcze przed chwilą z czułością trzymał za rękę kobietę wycofał się kilka kroków. On także się bał. Była to jednak zupełnie inna obawa. Mającą inne źródło i podszyta innymi emocjami. Pani Wiatru wyczuła, że wzbiera w nim potężna burza emocji, która lada chwila może eksplodować z siłą tornada.

Siedzący nadal z boku całej sytuacji Ochs poczuł delikatne drżenie. Drżenie doskonale mu znane i tak bardzo bliskie sercu. Odczuwał jej zawsze, gdy dostrzegał jak na martwej z pozoru roślinie pojawią się pierwsze przejawy ukrytego głęboko życia.
Ochs poczuł, że w głębi Tajemniczego Ogrodu wykwitło nowe życie. Siegnął swym spojrzeniem do Mistycznej Ziemi i dostrzegł, jak na martwej zdawało się pergoli, pojawił się niewielki, blady pączek.

Kolejny krzyk kobiety rozdarł rzeczywistość i zabarwił ją niewyobrażalnym wręcz lękiem. Teraz nie tylko Król Strachu go odczuł. Wszystkie Potęgi doświadczyły strachu, jaki dławił kobietę.
- Won! - krzyknęła. Wyrzuciła te słowa wprost przed siebie, jakby kierowała je do wszystkich obecnych.
 
__________________
"Kupię 0,7, to leczenie paliatywne i pójdę spać, bo w końcu sam sobie zbrzydnę" AJKS
Ereb jest offline  
Stary 21-02-2015, 20:16   #8
 
Asderuki's Avatar
 
Całe to zamieszanie irytowało Adę. Siedziała wciąż przy stoliku i uważnie obserwowała rzeczy, które działy się w ciągu tych kilku chwil. Krzyki, rozkazy, wojna, chaos. Ściągając brwi wejrzała w wyobrażenia wszystkich zebranych. Nie naciskała jeśli nie mogła się przebić, chciała tylko zrozumieć co kierowało każdym z osobna, lub co zaraz zamierza zrobić.

Strumień myśli to wartka rzeka i jeśli chciało się w nim zanurzać trzeba było wiedzieć jak. Trzeba było spowolnić czas. Pani wyobraźni uśmiechnęła się pod nosem. Wszakże tak śmiertelnicy rozumowali takie sprawy. Wyobrażali sobie, że moczą czytać myśli jak książki, oglądać wspomnienia jak film lub słuchać jak muzyki. Nie, czas był tutaj czymś względnym. Zanurzając się w strumieniu wiesz. Po prostu wiesz co ta osoba pomyślała, wyobraziła sobie. Obraz, dźwięk, świadomość wypalają się momentalnie na zwojach mózgu i dopiero wspominanie tego zaczyna zabierać ten cenny dla wszystkich czas.

Dlatego Ada tylko spojrzała by wiedzieć, oczywiście lubiła sobie wizualizować to wszystko. Obrazy zatrzymywały się na chwilę, leciały w zwolnionym tempie, a kobieta przewracała tylko strony książki. Przynajmniej tym razem. Takich książek mogła oglądać wiele na raz i nie raz miewały one psute strony gdy ktoś się chronił. Ludzie jednak rzadko potrafili to robić... jeśli w ogóle. Ada niczego wolała nie zakładać.

Towarzystwo trzeba było jednak tez uspokoić poza samym sprawdzeniem. Bardzo delikatnie wprowadziła ludzi w stan "szarości", jak go lubiła nazywać. Głębokie zamyślenie nie przynoszące ze sobą żadnych wielkich myśli. Po czymś takim człowiek się budził zastanawiając się co robił przez ostatni czas. Nieszkodliwa ingerencja pozwalająca na uniknięcie niepotrzebnych wspomnień. Jak to zadziała na wywyższonych? To mogło być... ciekawe.
 
Asderuki jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:39.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172