Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 16-02-2015, 22:54   #1
 
Ajas's Avatar
 
[Autorski] Tower of God - Piętro 4 [+18]


Tower of God

Piętro 4



Każde miasto posiada zawsze przynajmniej dwie warstwy. Jedną jest ta widoczna dla wszystkich. Obszar gdzie wszyscy są względnie szczęśliwi, gdzie tysiące bezimiennych wobec siebie jednostek mija się codziennie, jakoś współżyjąc w tym ogromnym ulu. Istoty lubią tą warstwę, uwielbiają myśleć o niej jako o tej słusznej i jedynej. Nie dopuszczają do siebie myśli, że gdzieś tam istnieje mrok i brud. Dlatego też tak często biedni i potrzebujący są dla nich niewidzialni. Zaś gdy kawałek mroku wmiesza się w ich idealny świat, sieje on wielką panikę. Wyciek narkotyków do szkoły, napaści, gwałty i porwania – to były elementy drugiej warstwy które potrafiły przeniknąć na powierzchnię. Wypierane przez umysły ludzi, odsuwane i ignorowane. Jednak dla niektórych ta brudna, spowita w mroku powierzchnia była głównym światem. Miejscem gdzie każdego dnia było trzeba walczyć… ale również takie gdzie nie było osób nieważnych. Nie można było ignorować nikogo, bowiem każdy zignorowany łatwo mógł podejść do naszych pleców, korzystając z immunitetu niewidzialności. Bowiem gdy uczysz się kogoś nie zauważać, nieświadomie dajesz mu najgroźniejszą broń.

~*~

Kobieta przykuta do ciężkiego operacyjnego stołu krzyczała głośno. Grube skórzane pasy z cichym trzaskiem napinały się, gdy jej ciało napinało się w konwulsjach. Żyły szczególnie te na szyi i ramionach były wyraźnie widoczne i grubsze niż zazwyczaj. Pulsowały coraz owych mocniej wraz z każda porcją specyfiku, który wyrywał jej krzyk bólu z gardła. Strzykawka po raz kolejny zanurzyła się w jej ciało, a spieniona ślina wymieszana z krwią, powoli opuszczała jej usta. Dziewczyna zamarła, naprężona niczym struna. Jej usta drgały w bezgłośnym wołaniu o pomoc, a stół był coraz bardziej brudny od wydzielin których jej ciało nie potrafiło w bólu utrzymać na miejscu.
- Ahhh nareszcie trochę ciszy… – jej oprawca westchnął, odkręcając kurek. Ciepła woda uderzyła w jego ręce, z których dopiero co zdjął gumowe rękawiczki. – Chociaż trochę szkoda… myślałem, że idziemy w dobrym kierunku. A tutaj znowu klapa… –dodał do jednego ze swych asystentów. – Jeżeli przez trzydzieści minut nie drgnie, wrzućcie ją do bali i podajcie kolejny obiekt badawczy. Idę wypić kawę. – stwierdził odwiązując zakrwawiony fartuch i niedbale rzucając nim na wieszak. Wychodząc z Sali nucił cicho pod nosem.

~*~

Tymczasem w tej powszechnej dla wszystkich warstwie miasta trwał kolejny dzień pracy. Niektóre instytucje pracowały już parę godzin, inne dopiero co podnosiły rolety w wystawowych oknach. Po ulicach latały chmary gazetowych robocików. Małe boty działały bardzo prosto. Podczepiało się do nich ATS, po czym wybierało się gazety jakie chciało się nabyć. Odpowiednia kwota była przesyłana do ich właściciela, a klient otrzymywał wybrane produkty w jakiej chciał wersji – papierowej, elektronicznej, a nawet jako audiobooka… zależy ile chciało mu się płacić. Gazety jak to gazety – nie zawsze były wiarygodne, a wiele wydawnictw pokazywało różne zdarzenia w różny sposób. Najczęściej tylko jedna rubryka była podobna – oferty pracy. W wieży, miejscu gdzie zderzało się tysiące światów, potencjalnych pracowników i miejsc pracy nie brakowało. Dlatego też działy ofert były często rozległe i zawierały różnorodne propozycje. Jednak Ci zaprawienie w szukaniu roboty, dobrze wiedzieli co jest ciekawe lub nietypowe. W dzisiejszych numerach, pojawiło się zaś kilka nowych ofert, których starzy wyjadacze nie mogli widzieć w gazetach przez ostatnie parę dni. No tak w końcu zbliżał się test na kolejne piętro który należało opłacić, pracodawcy wyczuwali okazje do naciągania pracowników, więc ilość ofert musiała wzrosnąć.



Henry


Geniusz ziewnął, przecierając lekko oczy. Jego kubek z kawą był już dawno pusty, ale nawet magiczny czarny płyn nie mógł zwalczyć nudy. Jego palce stukały w klawiaturę z zadziwiający tempem, ale stosik dokumentów podrzuconych przez szefową jakoś nie chciał szybko się zmniejszyć. Mimo, że tam skąd pochodził… no można powiedzieć, że był tam „dość dobrym” informatykiem, to tutaj widział kilka swoich braków. Na przykład tych w kończynach. Boks obok zajmował sporych gabarytów, ośmioramienny humanoid, który pracował na czterech klawiaturach naraz, dostając za to stosunkowo wyższe wynagrodzenie. Co prawda nie wyglądał w koszuli i okularkach tak dobrze, jak Henry, ale jego konto na pewno posiadało więcej zer.
Naukowiec westchnął i już miał wracać do pracy, gdy w framugę jego boksu zapukała delikatna dłoń, po czym reszta szczupłego ciała wkroczyła do środka.


Młoda kobieta o długich różowych włosach, oraz zaszczytnym 160 centymetrach wzrostu. Była przedstawicielką przypominającej ludzi rasy, więc określenie jej tym mianem zapewne nie byłoby obraźliwe. Jej piersi były proporcjonalnie do postury niewielkie, oraz skryte pod materiałem białej kozuli, oraz czarnej marynarki. Mimo, że dwa guziki były rozpięte, nie odsłaniały zbyt wiele. Luka – szefowa Henrego, poprawiła okulary zerkając na niego.
- Jak idzie? Chciałam Ci dorzucić coś jeszcze, ale widzę, że średnio się wyrabiasz… – stwierdziła, opierając się plecami o ścianę jego miejsca pracy.

Strife


Postać w żółtym stroju Ninja o zakrytej twarzy kiwała się lekko na boki. Jej oponent już ledwo trzymał się na nogach, a ona dobrze o tym wiedziała. Nim ten zdążył zareagować, jej but zapoznał się z jej twarzą. Ogłuszony przeciwnik zachwiał się, gotowy w każdej chwili upaść. Jednak zamaskowany adept tajemnych sztuk nie miał zamiaru na to pozwolić. Chwycił za swoją maskę, zerwał ją z siebie, wraz ze skórą, zostawiając jedynie nagą czaszkę. Powietrze napłynęło do jego płuc, a po chwili opuściło je w postaci płomienia, który pochłonął sylwetkę pokonanego.


Zaraz po tym akcie upokorzenia przegranego na ekranie pojawił się olbrzymi, ociekający krwią napis Fatality.
Strife wściekle cisnął padem w kąt, niemal go nie rozbijając. Jego przeciwniczka miała zaś do tego adekwatny komentarz.
- Lolololo! Jesteś takim nobem Strife że aż trudno w to uwierzyć! Trzy razy z rzędu dostałeś zniszczony i to do tego flawless victory… – zaśmiewała się jego współlokatorka o wdzięcznym imieniu Lina. Jednak jej oczy błysnęły złowieszczo, gdy podsunęła wyżej swe wielkie okrągłe okulary.


Nie była brzydką dziewczyną, ale na okładce playboya tez by nie wylądowała. Szczególnie w domowym dresie który miała teraz na sobie. Potargane włosy w czerwonym kolorze, były niedbale zapięte w kucyk, by nie przeszkadzały w czasie gry. Biust (no bo na co innego Strife miałby się patrzyć?) prawie codziennie wydawał mu się inny. Nieraz był niemal niewidoczny spod niezliczonej warstwy tshertów i dresów, ale czasami gdy przyuważył dziewczynę tylko w koszulce, wydawał się całkiem spory.
- Wiesz co oznaczają trzy porażki? Idziesz wywalić śmieci i kupić żarcie. –stwierdziła, ciskając w niego brudnym kubkiem po spagetii z proszku.

Zafara


Zafar poprawił gumowe rękawiczki, oraz chirurgiczną maskę tak by zasłaniała jak najwięcej twarzy. Praca była jedynym miejscem, gdzie nie mógł paradować w swym normalnym stroju, z czym czuł się dość nieswojo. Zamiast swego czarnego płaszcza z kapturem, miał do dyspozycji biały kitel, oraz zestaw błękitnych wspomagaczy każdego lekarza- czepek, maskę, rękawiczki i folie na buty. Za jego plecami kręcili się inni chirurdzy, a w powietrzu krążyło sporo dronów. Robociki nosiły leki, pomagały w operacjach, oraz leczyły mniej wymagające urazy – jednym słowem zastępowały pielęgniarki. Na ostrym dyżurze rzadko kiedy była chwila na oddech – szczególnie na Pietrze które było olbrzymia metropolią. Wypadki zdarzały się co rusz.
- Mreheheheh jak tam Zaf, dużo dziś nieszczęśników? – zagadał go jeden z lekarzy, zdejmując swoją maskę na brodę.


Doktor Hrogar był istotą dziwaczną. Trudno było powiedzieć czy w swej rasie był przystojny, jednak dla większości humanoidów wyglądał po prostu dziwnie. Miał około metra osiemdziesięciu, z czego jakieś trzy czwarte stanowiły chude jak patyki nogi. Były one zupełnie nieproporcjonalne względem okrągłego niczym piłka ciała, z którego niemal od razu wyrastała głowa, pomijając takie elementy jak szyja. Facjata wyposażona była w długi ostry nos, takie same uszy, oraz wypełnione ostrymi kłami usta. Wargi doktora miały barwę fioletu, a potrafiły wygiąć się w tak szerokim uśmiechu, że niemal dotykały przypominającego bliznę tatuażu zaczynającego się na wysokości oczu. A raczej na wysokości małych czarnych okularów, bo one zawsze były na twarzy lekarza – niektórzy gdybali czy to aby nie jego prawdziwe oczka, którym natura nadała taka pokrętną formę. Hrogar zajmował się tutaj głównie ranami otwartymi bez udziału ciał obcych – sztuce której Zafara wolał unikać, wszak jego umiejętności przydawały się przy innych schorzeniach.
- O następna parka… – zauważył dziwaczny doktor, gdy robociki wiozły na noszach dwóch kolejnych pacjentów. Z ciała jednego wystawał spory metalowy pręt, który przechodził gdzieś w okolicach wątroby… drugi nie miał widocznych bora żen ale krzyczał w niebogłosy.
- Mrehehehehhe którego bierzesz? –zagadnął, zacierając dłonie o cienkich palcach, po czym naciągnął maskę na usta.

Pango


Pango siedział na murku. Zewsząd otaczały go bloki które lata świetności miały już dawno za sobą. Na sporej ilości balkonów suszyła się bielizna właścicieli, a niektóre zajmowane były przez osoby które wyszły zapalić. Gdyby w wieży istniało piętro przedstawiające odległą krainę Polskę, to miejsce w którym siedział Pango byłoby wycinkiem Sosnowca. Stroił swoją gitarę, co jakiś czas przesuwając pazurem po strunach by sprawdzić dźwięk. Jego znajomy Wilczur gdzieś poszedł, więc musiał mieć oko na ich aktualne miejsce zamieszkania. Metalowa konstrukcja stała niedaleko, sprawiając, że ostatnio wskaźnik przestępczości mocno się w okolicy obniżył.
Pango był obserwowany. Wiedział o tym i gówno z tym robił – bo po co? Zwłaszcza, że obserwatorzy byli nieszkodliwi. Były to bowiem dzieciaki, wiszące do góry nogami na pobliskim trzepaku, oraz kilka które bawiły się w pobliskiej piaskownicy. Zerkały to raz na miśka, raz na idącą w jego stronę przedstawicielkę ich grupy wiekowej.


Była to dziewczynka która na oko nie mogła mieć więcej niż 6 lat. Ubrana w lekko poszarpana i umorusana fioletowa sukieneczkę, oraz szara koszulkę pod nią. Jej włosy były dość mocno potargane i przydałoby im się mycie, ale ktoś zadbał by układały się w jako taką fryzurę. Uśmiechała się miło, niosąc nad głową… coś. Pango nie miał pojęcia co to. Było różowe, glutowate i sporo szersze od dziewczynki. Kiedy ta w końcu podeszła do samozwańczego muzyka, widzowie mogli spostrzec, że są niemal tego samego wzrostu – czyli niewielcy.
- Dzień dobry mały panie grubasku. – przywitała się wesołym głosikiem, z rozbrajająca szczerością. – Mama mówi, że mimo że jest pan mały jak ja, to umie pan naprawiać rzeczy. Naprawi mi pan grubasek zabawkę? –zagadnęła, upuszczając przed nim na ziemię różowy przedmiot. Dopiero teraz Pango dostrzegł że to jakaś Przytulanka z dziwnego materiału, która chyba powinna skakać, ale cos w mechanizmie się popsuło. Świecące czarne oczka zabawki wpatrywały się zaś prosto w osiedlowego mechanika.




Ryo


Ryoku polerowała blat jednego z barowych stołów. Po za tym, że podawała istota wszelakim piwa i jedzenie to często gęsto robiła też za kelnerkę i konserwatora powierzchni płaskich. Czyli typowa dorywcza praca u szefa który chce mieć wysoka jakość przy jak najmniejszych nakładach. Także jej strój musiał być odpowiedni – pa, pa marzenia o nożach i katanie, które czekały grzecznie w domu i szatni. Zamiast nich dostała typową dla kelnerek czarną spódniczkę do kolan, białą koszule i fartuch. O tyle dobrze, że mogła mieć też spodnie i nie musiała paradować z gołymi łydkami. Jedyną Bronia jaką miała do dyspozycji był cięty język… no i strzelba schowana pod lada na wszelki wypadek – szefo jakoś nie lubił myśli, że ktoś mógłby tu wejść w celach rabunkowych. Mało komu chciało się rabować kasę gdy w twarz mierzyła mu lufa shotguna.
- Ryo rusz tyłek do tamtego stolika, goście już dłuższa chwile czekają, aż ktoś ich obsłuży! Ruch jest mały nie wy-wi-niesz-się! – pogonił ją kucharz wyłaniając się ze swego miejsca pracy, przy ostatnich słowach kręcąc wesoło drewniana łyżką między grubymi palcami.

Kuchcik był… osobą specyficznego wyglądu.



Powiedzieć o nim, że był dość blady, to jak mówić, że wampiry dość nie lubią słońca. Był definicją wyblakłej skóry, a przynajmniej w kręgu osób które dotąd dziewczyna poznała. Ponadto posiadał nieproporcjonalnie duża twarz, do swych małych oczków i nosa, co chyba próbował nadrobić zapuszczając coraz dłuższe i gęstsze brwi. Ciemne długie loki opadały mu na plecy – zamiast czapki kucharskiej zaopatrzył się w odpowiednio skondensowane shinso, które chroniło potrawy przed jego owłosieniem. Był wysoki niemal na dwa metry i równie szeroki, pokaźny brzuch był chroniony czas tylko poplamiony fartuchem – kuchcik nie wyznawał odzieży od pasa w górę. Nazywał się chyba Jo-Ji-Ja,ale Ryo dalej nie była pewna czy to nie po prostu jakieś jego powiedzonko.

O stoliku wiedziała, ale nie paliło się jej tam ruszać, gdyż siedział przy nim…


… znany jej blondyn na wózku. Co prawda wymienił swój pojazd na o wiele nowocześniejszy model, napędzany zapewne Shinso, ale bez wątpienia był to Książe. Cóż los bywa złowieszczy i ma dziwne poczucie humoru przysyłając tego, zapewne bogatego mężczyznę do dość podrzędnej knajpki. Odpalał on właśnie kolejnego papierosa, rozmawiając… no a jakże, ze swym wiernym ochroniarzem, S-Drowem.


Zbrojny miał jak zawsze sroga i ponurą minę. Jednak nie miał na swym ciele zbroi, zamiast niej odziany był w dobrze skrojony garnitur, w którym prezentował się całkiem przystojnie. Co prawda Ryo wiedziała, że można on materializować hełm i zapewne resztę pancerza, ale miał na tyle kultury by nie paradować po mieście w pełnym rynsztunku. Siedział ze skrzyżowanymi ramionami co jakiś czas pomrukując coś, lub krótko odpowiadać Księciu, który miał chyba dość dobry humor.
No to hej ho, do roboty by się szło… czyż nie?

Hermes & ???


Obszar za ciężka kurtyną wrzał. Wielu muzyków wszelakiej maści kręciło się w tę i z powrotem, z kolei inni siedzieli polerując swoje instrumenty na błysk. Stres dawał się we znaki wielu, co objawiało się nerwowym stukaniem butów o posadzkę jak i szelestem wywołanym ciągłym wstawaniem. Jedynie dwóch było potencjalnie spokojnych, Hermes jak i osobnik na którego wołali po prostu Grajek. Ten pierwszy bowiem był pewny, że jest najlepszy. Drugi bo miał najzwyczajniej w świecie na to wszystko wyjebane. Co ma być to będzie, jak się mu nie uda nic się nie stanie, a jak tak to zarobi.
Ale o cóż chodziło w tym zamieszaniu?
Ano o osóbkę która można było podglądać przez szparę między kurtyna a bokiem sceny.


Był to Makai, osobnik o którym większość słyszała. Najlepszy latarnik klasy E, oraz renomowany reporter. I to o tą druga kwestie się rozchodziło. Chłopak szukał materiału o artystach, bowiem w mieście zbliżał się zamknięty pokaz talentów. Sam udział w nim mógł zapewnić spory przypływ kredytów, a wygrana sławę i jeszcze więcej numerów na kącie. A pozytywna recenzja spod pióra (a dokładniej klawiatury) Makaia, była niemal równoznaczna z wstępem na imprezę. Dookoła chłopaka krążyły jego latarnie, przygotowane do zapisywania wszystkich dźwięków. Dwa małe boty siedziały na oparciu jego krzesła, gotowe na zapisywanie wszystkiego co ich właściciel im powie. Sam młodzian zaś obserwował w skupieniu i ze spokojem występ kolejnego już z kolei grajka.
- Po tym występie idzie Ogwer! – krzyknął organizator, wskazując wielkiego osobnika wyposażonego w puzon. – A potem ty i ty! –dodał wskazując najpierw Hemersa, a potem siedzącego pod ścianą Grajka.
 
__________________
It's so easy when you are evil.

Ostatnio edytowane przez Ajas : 16-02-2015 o 23:08.
Ajas jest offline  
Stary 19-02-2015, 18:46   #2
 
Fiath's Avatar
 
Bienvenido Pango

Pango, czy raczej pan mały grubas, zaczął przyglądać się dziewczynie od niechcenia. Faktycznie był mały. Miał dużą, białą głowę z dużymi, podkrążonymi czarnym futrem oczyma. Jego uszy i tłów też był czarne. Ogonek jeszcze miał biały. Przynajmniej teraz.
Odłożył na bok swoją, powiedziałby kto zbyt dużą gitarę, dostosowaną do osób dorosłych, i więcej, zamerdał w ustach liściem bambusa i wyciągnął łapska do nieznanej zabawki, przypominajacej bardziej jakąś kreaturę. W głębi duszy miał nadzieję, że to nie jest faktycznie jakiś zdechły zwierzak. Ostatnie co chciał robić, to uczyć dzieci, że martwe zwierzaki są martwe na stałe. Choć w tej całej boskiej piramidzie, to cholera go wie czy śmiertelność jest prawdą.
Wziął nieznane coś, podniósł je nad głowę i zaczął oglądać, ściskać, zastanawiać się z czego to może być zrobione...i co może o tym wiedzieć.
Większa część zabawki stworzona była z jakiejś glutowatej miłej w dotyku materii. Była ona dość sprężysta, a opuszczona zabawka odbijała si ę niczym piłeczka. Jednak od spodu dało się zagłębić ręce w materii by dostać się do małej, zakręconej czterema śrubkami puszki, ukrytej w centrum zabawki.
Dziewczynka obserwowała zaciekawiona poczynania Pandy. - Jak by Pan ciągle nie jadł tych listków to nie byłby Pan gruby. -zauważyła odkrywczo.
- Jakbyś dbała o swoje zabawki, to by działały. - odparł, niespecjalnie przejęty. Lubił swoją tuszę. Był fajny, okrągły. Z spokojem wyjął pudełko i zaczął pazurem rozkręcać jego klapę.
- Dbam o nie! -oburzyła się dziewczynka. - Zawsze dużo przytulam Pana glucia a mama mówi, że nic więcej zabawką nie potrzeba. Ale Pan mimo że malutki jest już za stary na zabawki. Przynajmniej tak mama mówiła. - dodał dzieciak machając nóżkami w powietrzu gdy wskoczyła na murek.
Pango dostał się do środka puszki bez większych problemów. W środku znajdowała się dość gruba sprężyna i kilka zasilanych małymi zbiornikiem Shinso ściągaczy i kół zębatych. Zapewne główna rolą zabawki było pocieszne trzęsienie galaretą, oraz miarowe odbijanie się, gdy zrzuciło się ją z odpowiedniej wyokości. Jednak właśnie takiego upadku nie wytrzymało jedno z kółek, które najzwyczajniej w świecie pękło, co było przyczyną niesprawności Pana Glucia.
- Ja znam twoją mamę? - spytał Pango, zeskakując z murku i powolnym krokiem idąc z pudełkiem do maszyny. Nie nosił w kieszeniach zębatek, ale, może będzie miał coś na stanie w mieszkaniu.
Dziewczynka dreptała za nim zamyślona. - Hymmm… no naprawiał nam Pan chyba kiedyś lodówkę. -zauważyła. W sumie misiek naprawiał tu dużo rzeczy dużej ilości osób… jakoś wszystko co tanie miało tendencje do psucia się. Kiedy zbliżył się do mieszkania, oczy malucha zaświeciły się. - Ummm… moge też tam? -zapytała kręcąc nogą po ziemi i zerkając na wejście wyraźnie zaciekawiona wnętrzem.
- Pewnie. Jutro mi go będziesz polerować. - Odpowiedział Pango, wdrapując się do wejścia. - Bo przecież nie masz pieniędzy na zapłatę. - dodał, zrzędliwie. Zaparł się, otworzył płaz do środka i spokojnie tam wskoczył.
Wnętrze, jak na maszynę tego typu było dość obszerne. Duża jej część była automatyczna, więc poza siedzeniem pilota, czy też kierowcy wszystko było przeznaczone do użytku. Przez co w środku znalazły się trzy wygodne i drogie kanapy z świata Pango, dość już leciwe, okrągły stolik pomiędzy nimi i masa półek, schowków i toreb na podłodze. Gdzieś za tylnią kanapą była nawet zamrażarka.
Pango wlazł w przednią część, schylił się pod krzesłem i otworzył klapę do schowka na części zapasowe. Były zębatki. Większość ogromna. No ale i po dłuższym gmeraniu mniejsza się znalazła. Pango wymienił zepstuą, na wszelki wypadek wypełnił zbiorniki shinsoo własną energią i zaczął zakręcać pudełko, aby wstawić je spowrotem w gluta. Zabawka szybko powinna stać się funkcjonalna.
- Umm i już będzie działał? zapytała dziewczynka odbierając od miśka zabawkę i wtulając ją w siebie z uśmiechem.
-Powinien. - przytaknęła panda. - Jeżeli nie będzie, to mi powiedz. I uważaj na niego. Nie zrzucaj go zbyt często, od tego się zepsuł. A teraz sio. - nakazł, samemu również kierując się w stronę drabiny wyjściowej. Zostawił gitarę na dworzu i miał na niej pograć. Trzeba więc było tam wrócić.
- Dziękuje! -stwierdziła dziewczynka i przytuliła mocno Pande. - Nie mam pieniędzy, ale jak grubasek chce to mam cukierka. -stwierdziła wyjmując z kieszeni sukienki jakiegoś pomiętego żelka. Pango musiał jej trochę pomóc z wyjściem z machiny, bowiem jej zabawka skutecznie utrudniała wchodzenie po drabinie. - A tego..emm...no...moglibyśmy się z innymi trochę pobawić na tym? -zapytała wskazując dwie najbardziej odstające części domu Pango, druga dłonia dalej celując w niego żelkiem.
- Nie. Te są niebezpieczne. Spadniesz, połamiesz sobie głowę, umrzesz a ja będę płacił odszkodowania. - skrzywił się Pango. - Jutro przyjdziesz i pomożesz mi go czyścić. Tak zapłacisz. - stwierdził, nie odbierając żelka i spokojnie rzując sobie swój listek. - Jutro, żebyś miała czas powiedzieć matce, czemu cię do wieczora nie będzie.
- Umh...no dobrze no... - stwierdziła trochę naburmuszona, ale wpakowanie zelka do ust szybko jej poprawiło humor. - To do jutra Panie Grubasku! -dodała, przytulając go jeszcze raz, i tachając nad głową glucia, ruszyła w stronę rówieśników, którzy od razu się rzucili by wypytać ją o wszystko, co widziała w środku.
Pango wzruszył ramionami. Zamknął wejście i wrócił po swoją gitarę, aby zająć się nuceniem hiszpańskich tonów. Nie miał dzisiaj wiele do roboty. Choć powinien ruszyć w końcu tyłek z tego piętra. Będzie musiał z nim o tym zagadać...Czwarte wcale nie było takie specjalne. Zatrzymał się tutaj, bo miasto. Ostatecznie jednak miasto beznadziejne. Każdy może się tutaj dostać, na samym szczęściu. Nie ma tu nic wielkiego, tylko wielka bujda, że jest sens się zatrzymać.
Nie wiedział, ile pięter do kolejnej porządnej infrastruktury, ale przydałoby się wejść gdzieś wyżej.
Po pewnym czasie spędzonym na brzdękaniu na instrumencie, Pango usłyszał znajomy głos.
- Zawsze się zastanawiam jak ty możesz być tak nieproduktywny. -lekko warkliwy i gardłowy, ale jednak przyjaźnie nastawiony.



Wilczur… czyli osobnik który był hybrydą człowieka i wilka i wybrał sobie takież to oryginalne imię. Jego ramiona stanowiły stalowe substytuty, z czego w lewym zamiast dłoni miał wielefunkcyjne lufy - mogły służyć do ostrzału wroga, jak i do przytrzymywania śrubokrętów. Jego strój składający się z spodni bojówek oraz ciężkich butów, w połączeniu z okularami o pociemnianych szkłach przywodził na myśl jakiś tani futurystyczny film.
Mężczyzna wskoczył na murek i uginając kolana, przykucnął na stopach obok miśka.
- Nie wiem czy słyszałeś ale otworzyli rejestrację do testu. - stwierdził jak to zazwyczaj robił - wprost.
- Dobrze. Zapisujemy się. Przynajmniej ja. - stwierdził, nie przestają grać. - To miasto jest zbyt nisko. Nie ma jakości. Zwyczajnie za łatwo jest tutaj wejść. - pochwalił się swoją opinią. - A ty, panie produktywny, co takiego wyprawiałeś? - spytał.
- A masz wolne 200 tysięcy? -mruknął wilk. - Bo tyle sobie liczą za samą rejestrację, na każdą osobę w drużynie która się rejestruje. - wilk skrzywił się. - Ja byłem zaciągnąc języka i poszukać jakiejś roboty, by szybko te 200 kafli zdobyć.
- To datek na boga, czy ktoś sobie jaja robi? - spytał, nieco oburzony. - Bez kurwa przesady, ale to on to gówno postawił. Pomyślałby kto, że nikomu nie sprzedawał schodów na górę. - zauważył.
- To ponoć pierwsza część testu… wiesz ogarnąć sobie środki, albo czekać kolejne 2 miesiące. Nigdy wcześniej testy nie były tak drogie. -westchnął poprawiając okulary.
- “mam pokazać że mnie stać”? Czyli co, pomacham przed nosem i są moje, czy mam zapłacić? - spytał, oburzony. - Gówno nie test, jakiś ranker zwęszył sobie sposób na zarobek, ot co.
- Pewnie ta...ale chce ci się tu siedzieć jeszcze tyle czasu by potem się okazało, że kolejny chce zarobić? -warknął wilk. - Trzeba ogarnąć sponsora, robotę...albo nie wiem, rozwalic jakiś bank.
- Jeżeli haracz za rejestrację jest legalny, to napad na bank ci nie wyjdzie. A ostatnie czego chcę, to być dziwką jakiejś korporacji na następnym piętrze. Trza lepszą robotę niż naprawianie gratów. Masz dzisiejszą gazetę? - spytał Pango.
- Ano mam, lubię wiedzieć co się dzieje. -stwierdził Wilczur, podając pandzie zwinięta w rulonik Gazetę.
Pango odebrał rulonik, rozwinął go i zaczął uważnie przeglądać ogłoszenia o pracę. Listek w jego ustach latał z jednej strony na drugą. - Firma ochroniarska. Może być. Pytanie jakie stawki. Pewnie i tak będziemy musieli czekać do następnej rekrutacji, chowając oszczędności pod kanapą. - skrzywił się. - Zabiorę Marie. Nie ma lepszej opcji na bezpieczeństwo. Idziesz ze mną, czy ogarniesz sobie gdzieś nocleg? - spytał.
- Też trzeba mi kasy więc idę.. zresztą mam w sobie coś z psa - wiesz terorium i takie tam. A w twojej zabawce już sikałem. -stwierdził wzruszając ramionami.
 
Fiath jest offline  
Stary 19-02-2015, 18:48   #3
 
Deadpool's Avatar
 
"W tym Miejscu trza mieć miekkie serce, oczy w dupie i jaja ze stali"
Strife


- CH*J DUPA CYCKI FRYTKI! jebać tą grę - Strife niemal eksplodował z nerwów, ale zniżył głowę w jakiś tam sposób przyjmując porażkę. - Dobra. Wszystko dlatego że nie wziąłem Sub zero, bym cię rozwalił perfektem. Zresztą gdybym ja tyle w domu siedział co ty też bym tak wymiatał. - Wskazał na Linę oskarżycielsko palcem.
- A co co żresz te swoje zapiekanki dziadu! - krzyknęła rzucając w niego poduszką. - Byś się do roboty wziął! Ja chociaż coś zarabiam, a ty jak już coś zgarniesz to na gry wydajesz! -warknęła mając trochę racji. Wielu klientów Strife nie miał. A dokładniej to od czasu kiedy się tu pojawił jednego. Brakowało mu chyba renomy.
- Ciebie to ktoś porządnie wyruchać musi tak marudzisz. Ciesz się że nie ruch*m niczego do czego mam jakieś ochłapy szacunku. Co mam do żarcia wziąć? - Rząchnął się wstając z pufy, powoli zaczął się szykować do wyjścia. - A co do mej “pracy”, nie każdego stać na moje usługi. Coś jak takie VIP kurwisko. - Z tymi słowami zakładał już buty.
- Jakiś makaron z ostrym sosem i na jutro dwa energetyki. - stwierdziła, już grzebiąc w necie. - Dupa nie Vip jesteś. Taki facet niby, a kto musiał kibel ukradkiem do kanalizy podłączyć, by turystycznego nie było trzeba wypróżniać? Hę, no kto? Ja! Tymi ręcyma, o tymi! -dodała pokazując mu język. - Więc idź nie marudź, i lepiej żeby było smaczne, bo się twoi koledzy… o ile jakichś masz lol, dowiedzą jaki słaby jesteś.
- Ja… słaby? Ty gówniaro ja rozpierdalałem demony jak ty na gówno papu mówiłaś!! - Stanął w dumnej pozie wypowiadając te elokwentne słowa. - Poza tym jesteś strasznie okrutna. Wiesz co wyrasta z dzieci z których śmieją się inne dzieci? A z tym kiblem to po prostu wykonałaś część swoich obowiązków w tym HAH... “domu”. Idę i nie wiem kiedy wrócę. - Strife skończył się ubierać, a wyglądał wręcz idiotycznie nieprzystosowanie na wypad po zakupy.


Tak jakby do miksera wrzucić strój kostuchy, sił specjalnych i szczyptę skóry i wylać to na Strife’a. Poprawił maskę i rzucił jeszcze na odchodne.
- Nie ruszaj mojego bagiennego ziela póki nie wrócę. Potem zajaramy razem… bo wiesz, to nie tak ze innych znajomych masz odemnie. - Pokazał jej środkowy palec i trzasnął drzwiami. Gdy wylazł na zewnątrz zaciągnął się się smrodem spalin i innego szajsu unoszącego się w powietrzu. - No… to się bryknę moim rumakiem. - Podszedł do swojego elegancko zaparkowanego choppera i zasiadł na nim. Przyszykował się do startu i kopnął nóżkę… która odpadła. Niewzruszony przekręcił kluczyk w stacyjce. Coś zarzęziło i zgasło. Ponownie przekręcił kluczyk… nawet nie zarzęziło.
- Wiedziałem że coś ku*wa za tani był. - Podrapał się po głowie. Z siadł wiec z maszyny, która jako że nóżki nie miała upadłą na glebę rozsypała się na wszystkie części. Strife oparł dłonie na biodrach przyglądając się temu zjawisku dłuższą chwilę. Pech chciał że przechodził jeden z jego “sąsiadów” który nie omieszkał skomentować wydarzenia.
- Może popchnąć? HAHA! - Rzucił prześmiewczo.
- Ty lepiej ssasz kurwancie niż pchasz. - Strife poczęstował go ripostą i środkowym palcem.
Gdy zakończył sąsiedzką pogawędkę skrzyżował ręce na torsie i mruknął pod nosem.
- No… to się przejdę… na nogach. - Zaraz po tym ruszył do sklepu.
W dzielnicach mieszkalnych nie było wielu sklepów - jedynie małe punkty w których można było nabyć najpotrzebniejsze rzeczy. Główny handel skupiał się jednak w specjalnie przeznaczonych do tego sektorach, miejscach gdzie z supermarketu wyrastały kolejne większe centra handlowe. Strife przeszedł więc dwie przecznice, minął kilka robotów sprzedających gazety, by w końcu wejść do typowego osiedlowego. Na kasie mogły go tu zastać dwie osoby - wysoka i przypominająca lisa istota, albo grubas z wąsami. Dziś padło na tego drugiego. - O to ty młody, co będzie dzisiaj? -zapytał, wstając z plastikowego krzesełka i odrywając oczy od ekranu telewizora.
- Tej się zawidział jakiś makaron i ostry sos. Da coś kierownik w tym stylu i dw… jeden energetyk i piwko. - Rzucił rozmasowując kark.
- Czyli szykuje ci się kolejna romantyczna kolacja. -zarechotał grubas pakując wszystko do jednorazówki. - Słyszałeś, że otworzyli dziś rejestrację do testów? Ponoć najdroższa w historii tego piętra. -stwierdził cmokając ustami, gdy obliczał w zeszyciku ile zamówienie będzie kosztowało Strifa.
Strife ledwo powstrzymał się od powiedzenia “Nie tak drogie jak twoja Matka”.
- Nie, zresztą jestem biedny. Życie. - Wzruszył ramionami i stanął delikatnie na palcach by chociaż odrobinkę zerknąć do zeszycika. - Ile niby to bedzie kościć? W sensie ten zasrany test. - Dorzucił jakby od niechcenia.
- A nie powiedzieli w pudle… -stwierdził ruchem głowy wskazując na telewizor gdy rozmyślał nad skomplikowanym działaniem jakim było dodawanie. - Ale nie mało. Jak chcesz się wspinać, powinieneś się tam przejść. Akurat portale do testu sa darmowe. -zauważył, drapiąc się długopisem po łysince. - Dobra wychodzi mi, że to będzie albo dziesięć milionów, albo 400 kredytów, więc raczej to drugie. -stwierdził, gdy do Strife podleciał mały bot, do którego mógł się podłączyć w celu odliczenia środków.
Wyciągnął zza płaszcza swój ATS i podpiął go grzecznie do robota.
- To piwo z lodówki mam nadzieję? - Zapytał jakby to miało być w tym momencie jego największym zmartwieniem. - W sumie to dzięki za info z tymi testami. Może kierownik zobaczy mnie kiedyś w pudle jak rozpierdalam konkurencję na kawałki. HO HO. - Zaśmiał się jak idiota.
- Nie ma sprawy, wiem że chciałbyś się wyrwać wyżej. -stwierdził podając mu siatkę. - Ale powinieneś znaleźć robotę, bo inaczej ani się obejrzysz guma pęknie i skończysz tu z jakaś stara jędza na karku i dzieciakami w wózku. -dodał kierując się życiowym doświadczeniem.
- Broń Bogu! Ale jak już to tylko spie*dole trzy razy szybciej stąd EH?! - Puścił nie widoczne dla grubasa oczko i szturchnął ladę. - Bądź zdrów Kierowniku, nara. - Odłączył ATS i schował za płaszcz, zwinął po tym siatkę i opuścił sklep.
Stał teraz przed niemałym dylematem. Lina zrobi mu burdę o to piwo i tego był bardziej pewny niż następnego dnia. Rozwiązanie był prostsze niż (hah) myślał. Wracając do przyczepy po drodze wlazł w jakiś zaułek i tam oparty o ścianę pstryknięciem zerwał kapsel. - Gdzieś była całe moje życie? - Szepnął do butelki i zaczął łapczywie całą wlewać sobie do gardła.
Obrzydliwe i donośne beknięcie zwieńczyło tą jego małą uroczystość. Nasunął maskę z powrotem na twarz, kierując się na jedną z wielu bitew jakie dzisiaj stoczy. Stojąc już przed drzwiami przypomniało mu się że nie wyrzucił śmieci. “+1 do przypału” Rzucił w duchu. Z wypiętą piersią, uniesionym czołem i lekkim drżeniem wstąpił do środka.
Jego współlokatorka siedziała jak zwykle po turecku na stosie poduch i wyginała palcami kontrolery pada. Nie odrywając wzroku od ekranu rzuciła do niego. - Coś długo ci to zajęło, kolejka była czy co? Zaleje mi makaron wodą i dawaj tu. No i wywal te śmieci bo inaczej ja Ciebie wywalę!
- Musiałem pobić trzech grubasów o ostatniego energetyka w sklepie. Grubasy lubią energetyki. - Przytaknął sobie samemu ściągając buty beż użycia rąk. Widząc że nadal Lina jest w błogiej nieświadomości jego malutkiego występku zrzucił z siebie płaszcz, maskę… w zasadzie to wszystko oprócz spodni. Miał już siadać na kanapie, ale zapomniał znowu o śmieciach. Z stękiem lenistwa, pofatygował się po śmieci i grzecznie wyszedł na zewnątrz. Wszystkie śmieci wyrzucił do pojemnika z napisem “szkło”, nie bardzo przejmując się sortowaniem. Właściwie na tej dzielnicy nikt się tym nie przejmował więc dlaczego on miał?
Wrócił do przyczepy i zaczął rozładowywać zakupy. - Proszę Żono. Świństwo w butelce raz! - Rzucił jej energetyka nawet nie patrząc w jej stronę, następnie nacisnął guzik na czajniczku elektrycznym. - To co... jaramy? - Rzekł z lekką nutką ekscytacji, a jego świecące złotym światłem oczęta, mierzyły Linę. Jej biust konkretnie.
- Nie… ty idziesz sobie uprasować koszulę i szukać roboty. I to dobrze płatnej. - rzuciła dziewczyna, ciskając w niego kawałkiem ubrania. - W sieci są już pierwsze informacje o teście. Potrzebujemy forsę Strife, jeżeli nie chcemy utknąć na tym wypizdowie. -stwierdziła kończąc walkę z jakimś bosem. - No ruchy kluchy!
- Ty się słyszysz? Ja… w koszuli… na rozmowie. Lina, chyba jarałaś bezemnie. - Rzucił oskarżycielsko zalewajac oba kubki wrzącą wodą. - Mówię ci, muszę jakieś ogłoszenia porozwieszać że załatwiam cudze problemy. Ludzie majo od za*bania problemów. Ostatnio chodziło o spuszczenie wpierdolu paru dresiarzom. Może mnie poleci komuś innemu? - Wrzucił do każdego kubka po “łyżko-widelcu” i zabrał oba podając jeden dziewczynie. - Nie wiem kuhwa jakiś senator córę zgubi u porywaczy czy chu* wi co. Nie ma rzeczy z którymi sobie nie poradzę skarbie. - Usiadł obok niej patrząc w ekran i wcinając makaron. Był tak bardzo ostry że aż kaszlnął. - O ku*wa co to jest… - Wzdrygnął się, lecz zajadał dalej… ponownie się wzdrygnął po następnym kęsie.
- Ta kur**wa i na pewno senator przyjdzie do tej śmierdzącej capem przyczepy. - prychnęła dziewczyna wciągając makaron, bez żadnej oznaki by był on ostry. - Brak ci renomy Strife, nie chce ci niszczyć marzeń o byciu badasem, ale najlepsze co dostaniesz to kilku dresów. A na tym nie zarobisz 200 tysięcy w przeciągu tygodnia. - mruknęła, widać koszty testu odebrały jej ochotę na żarty.
- Uuugh… NIE CHCE SIEDZIEĆ JAK JAKAŚ PIZDA W KOSZULI ZA BIURKIEM! - Wrzasnął tupiąc nogami o podłogę. - To mnie zabije… chcesz mnie zabić Lina? Tego chcesz ty marzanno!? - Nie wiadomo czy się zgrywał czy też nie, ale słyszalna rozpacz w jego głosie była bardzo silna. - O albo wiem, opie*dolę bank. - Wskazał na współlokatorkę sztućcem. - To jak wygrać na loterii tylko trzeba powystrzelać wszystkich świadków. Wykonalne co najlepsze! - Uniósł palec ku górze jakby przed chwilą dawał wykład na uczelni.
- A jak myślisz debilu ilu rankerów opłaca banki by pilnowały ich pieniędzy? Jeden bot strażniczy rozsmarowałby cie po ścianie jak ja w mortalu. - stwierdziła strzelając go podręczną poduszka w tył głowy. - Ja już gadałam z siostrą. -stwierdziła wciągając sporą porcje makaronu. - Opłaci mnie i załatwi jakaś drużynę nawet… ale żadnych z moich znajomków nie ma zamiar sponsorować. - dodała Lina, zerkając spod okularów na Strife. - Czytałeś chociaż gazetę? No nie wiem, zostań ochroniarzem, gliną, dziwką cokolwiek tam chcesz, tylko zarób coś!
- Jestem twoja dziwką dziubasku. Bierz mnie teraz i się z hajsu wysypuj. Tak cię przehulam ze w dobę wypierdolę z tego piętra. - Wymruczał niemal wychylając się w stronę Liny. - A tak serio… ile ten zasrany test kosztuję? - Zapytał wypijając resztkę “zupy”.
- Ty serio debil jesteś. -dała mu pstryczka w nos. - Już mówiłam… jest tydzień czasu, a potrzeba 200 tysięcy na łepetynę. To brzmi jak kpina, ale nie przeskoczysz tego na ładne oczka.
- AAAAA! Wiedziałem że cię jarają. - Zamrugał jak damulka, miast jednak wachlarzem, przysłonił usta kubkiem. - Szlag by to jebnął. Poka mnie prasę. Albo przeczytaj mi na głos. Nom przeczytaj mi nagłos. - Przytaknął rzucając kubek na inne siedzenie.
Lina rzuciła mu pada. - Do trzech wygranych, jak wygram to sam sobie czytasz i zmywasz naczynia. Jak nie no to na odwrót. -mruknęła, odpalając pierwsza lepszą bijatykę z pulpitu.
- Jak wybierzesz tego zajebanego, frajerskiego skorpiona to cię zgwałcę we śnie. - Ostrzegł. - Poza tym przyjmuję wyzwanie… - Otarł gębę z resztek posiłku i ustawił się w pozycji prawdziwego gracza.
- Luz. -stwierdziła lokując Raidena. Jakieś 5 minut później rzuciła w stronę Strife gumowe rękawiczki.
- Tylko dokładnie pozmywaj...ale tym razem poszło ci lepiej, nawet kilka razy mnie trafiłeś. -dodała jak gdyby na pocieszenie.
- Frajerski Raiden w pedalskim kapeluszu z kurewskimi teleportami. - Mamrotał pod nosem kierując się w stronę zlewu. - Dlaczego jeszcze nie kupiłaś zmywarki? Albo twoja siorka mogłaby ci zafundować jakąś. Apropopop… Twoja Siostra gdzie pracuje i czy jest może wolna? - Zapytał rozcięcząjac resztkę płynu do naczyń z wodą.
- Pewnie i wolna ale nie licz, że taka bezrobotna łamaga jak ty ja wyrwie. Zresztą siostra ogranicza swoje dofinasowania...do minimum. A pracuje...emmm chyba jest szefem w jakiejś firmie. Sama nie wiem. - dziewczyna rozwaliła się wygodniej na łóżku. - E-e...nie zapomniałeś o czymś? Ładnie najpierw poczytaj co ciekawego oferują w dziale zatrudnień.
Ręce mu opadły ale chcąc nie chcąc podszedł do zwiniętej w rulon dzisiejszej gazety która leżała zaraz przy wejściu.
- Pff… To na pewno nie… Ochroniarz może… naah, każą mi w garnitur wejść. Monster coś tam. Praca na produkcji to piekło…. A co to kuhwa jest?! - Podszedł do Liny i bez ceregieli położył się obok niej. - Co to je to takie… oczy jakieś i literki w kółko. Jakiś troll? - Wskazał palcem na artykuł.
Dziewczyna zerknęła z początku niezbyt zainteresowana, jednak specyfika ogłoszenia trochę ją ożywiła. - Raczej nie...wiesz za miejsce w gazecie się płaci. -stwierdziła zerkając jeszcze raz na kod znaków. - Pewnie jakoś zakodowali to ogłoszenie, czyli nie chcą byle kogo. -stwierdziła po chwili namysłu.
- Huh… gejnia jak pedał nic nie ma w tej gazecie. - Rzucił Linę prasą i wrócił nad zlew. Założył gumowe rękawiczki i naciągnął je jakby szykował się do badania prostaty. - Nie dasz rady tego rozkodować twoimi nerdowskimi super mocami? - Powiedział szorując jakiś talerz w bardzo niedbały sposób.
- Jak obiecasz, że nieważne co tam będzie to pójdziesz i dostaniesz tę robotę, to mogę się pobawić. -postawiła mu ultimatum, sprawnie wrzucając nad ramieniem Strife łyżkę do zlewu.
- Niech ci będzie diablico. - Wziął rzuconą przed chwilą łyżkę i ją tez zaczął mozolnie pucować.
 
__________________
"My common sense is tingling..."
Deadpool jest offline  
Stary 19-02-2015, 20:44   #4
 
Zajcu's Avatar
 
Muzyka drogą do gwiazd.

- Zamierzasz podchodzić do najbliższego egzaminu? - dziewczynka trzymająca kurczowo skrzypce zapytała siedzącego obok osobnika. Bazując na zachowaniu dwójki, tylko oni liczyli się w całych zawodach. Przynajmniej o ile można było ten mały koncert nimi nazwać. Ziewnęła cicho, nie tyle z niewyspania, co raczej przyzwyczajenia. Nadal nie udało się jej znaleźć odpowiedniego celu dla drugiej “pracy”.
- To zależy, czy będę miał na to pieniądze. - odparł niewątpliwie mężczyzna, którego dokładny wygląd jak i twarz skryte były pod czarnym, miejscami poszarpanym płaszczem. - Nie teraz to następnym razem. - dodał, dostrajając swoją gitarę, by brzmiała odpowiednio, przynajmniej dla niego.
Dziewczyna oparła skrzypce o ścianę i poprawiła nieznacznie swoją czapkę. Jej zielone oczy wpatrywały się teraz w grajka, skupiając się na jego osobie. Zdawało się, że przestała nawet mrugać.

Ściągła noszony przeważnie na lewym ramieniu fragment pancerza, idealnie dopełniający jej mundur, jakby był jego integralną całością. Siedziała, a przez dłuższą chwilę jedynymi wydawanymi przez nią odgłosami było sporadyczne ziewanie.
- Nie wydajesz się szczególnie zmotywowany, czemu ciągle próbujesz? - zapytała.
- Hm… możliwe, że nie mam motywacji. Sam nie wiem. - odparł mężczyzna skryty pod płaszczem. Nie wydawało się, by krył się pod nim z jakiś konkretnych przyczyn. Najwyraźniej uznał, że tak mu najwygodniej. - Tego czemu i czy ciągle próbuję… też nie wiem. Można powiedzieć, że dużo rzeczy nie wiem. - zakończył z lekką wesołością w głosie.
- Znasz chociaż swoje imię? - zapytała, nachylając się nieco w jego stronę. Jej pośladki oderwały się nieznacznie od łydek, na których przed chwilą siedziała, psując tym samym tradycyjny wzorzec zachowań. Z drugiej strony… przecież w takim miejscu i tak nikt go nie znał.
- Sądzę, że i w tym temacie moja odpowiedź nie ulegnie zmianie. Nie wiem. - Mężczyzna wstał z pozycji siedzącej z plecami opartymi o ścianę. Sprawiło to, że dziewczyna mogła ocenić jego wzrost na około metra dziewięćdziesięciu. - W jakiejś książce widziałem takie fajne słowo, które uznałem, że nadaje się na moje imię, ale zapomniałem.
- Ale wołają na ciebie Grajek, tak? - dopytała się, spoglądając w górę, starając się zyskać nieco lepsze spojrzenie na twarz gitarzysty. Jej zielone oczy zdawały się świecić, jednak z pewnością było to tylko przywidzenie.
- Tak. Ale to dlatego, że mam gitarę i coś na niej umiem zagrać. - odparł rozmówca, a Hermes mogła poczuć na sobie jego spojrzenie. - Ale to bardziej, ten no… przezwisko niż imię. Kto by się tym przejmował w ogóle.
- Jak możesz grać, nie wiedząc nic o sobie? - zapytała. Jej pośladki ponownie opadły na swe miejsce na łydach. Dopiero teraz można było ujrzeć, że wykorzystywała część swego płaszcza jako poduszkę.
- Skąd więc bierzesz inspirację? - zapytała, mrugając oczyma.
- Nie wiem. - padła odpowiedź, która z pewnością przez dłuższy czas wpisze się w repertuar odpowiedzi Grajka. - Można powiedzieć, że to nie ja gram a moje ciało. Ono pamięta jak to się robi. I to chyba wystarcza. Tak mi się przynajmniej wydaje. A że z głodu jeszcze nie umarłem i nie muszę moknąć na deszczu, to widać nie jestem w tym sam.
- Nie próbowałeś szukać odpowiedzi o swojej przeszłości w muzyce, którą grasz? - zapytała, kładąc dłonie na kolana. Wyprostowała się nieco bardziej, jednak nie pomogło to w żaden sposób z nieistniejącym wręcz biustem. Z całą pewnością jej muzyka nie zyskiwała na dodatkowych, znajdujących się wyjątkowo blisko ciała, wzmiacniaczach.
- Jeśli grasz na gitarze, to z pewnością łączysz to ze śpiewem, słowa nie biorą się z nikąd, wiesz? - zapytała.
- Żeby szukać odpowiedzi, najpierw muszę znać pytania, które chcę zadać. I tutaj pojawia się problem. - mężczyzna przejechał po strunach. Zadowolony z wydanego dźwięku odłożył instrument pod ścianę. - Nie wiem, czy chcę je zadać, bo odpowiedzi mogą mi się bardzo niepodobać. A co do śpiewu… Tak coś tam śpiewam. Ale skupiam się głównie na samej grze.
- Znasz chociaż swój przydział? - zapytała, wbijając wzrok w ziemię. Najwyraźniej podryw na amnezję nie okazał się na niej skuteczny. Miała wystarczająco wiele pytań o strukturę tego miasta i wieży, by nie interesować się żywotem innych.
- Powiedzmy, że znam. Znaczy się doświadczalnie sprawdziłem, z którą klasą mogę się identyfikować najbardziej. - padła niezbyt konkretna odpowiedź.
- Mhm - mająca zaledwie półtorej metra wzrostu dziewczynka, klęcząc, nie sięgała swemu rozmówcy nawet do pasa. Jej krótkie, białe włosy w połączeniu z chraktrerystyczną czapką całkowicie zakrywały jej twarz, przynajmniej gdy celowo nie wpatrywała się pod nienaturalnym kątem w Grajka. Z delikatnych, jasno różowych warg, wydobyło się ciche, acz niewiarygodnie przyjemne nucenie. Melodia przywoływała nostalgię, oraz tęsknotę za domem. Hermes jej nie odczuwała, przecież znalazła się w wieży za karę, a teraz zamierzał wykorzystać to w najlepszy, dla siebie, sposób.
Dziewczyna podniosła nieznacznie wzrok, raz jeszcze spoglądając na twarz gitarzysty. Melodia ucichła, a na jej twarzy pojawił się skromny, pokrzepiający serca uśmiech. Ewentualny urok, który niewątpliwie dało się znaleźć w dziewczynie zepsuło kolejne ziewnięcie. Lewa dłoń zasłoniła usta, lecz przez ułamek sekundy można było ujrzeć olśniewające swą bielą zęby. Na twarzy pojawił się rumieniec wstydu, Hermes nie potrafiła zapanować nad tym odruchem. Od testu, który doprowadził ją na to piętro, miała ogromne kłopoty z sennością. Po blisko miesięcznych obserwacjach odkryła optymalną dla niej długość snu. Pół doby było czasem, którego nie mogła tak łatwo porzucić, zwłaszcza, gdy w ambasadach Emperii spała po zaledwie sześć godzin.
Brak oznak niewyspania na jej twarzy świadczył jednak o uległości dziewczyny, która nie mogła ścierpieć ciągłego ziewania i bólu głowy. Zwłaszcza, gdy ciągle wypełniała wytyczone przez siebie cele w swej drugiej, zdecydowanie bardziej lukratywnej, pracy.
A jednak była na tym koncercie, czy może raczej przesłuchaniu stworzonym ku uciesze powszechnie znanego latarnika. Ba! Spędziła sporą część dnia zmywając ze swego umysłu zmęczenie i oddając się wycieczce po błogiej krainie snów.
Makai, najzdolniejszy w swojej klasie. Z pewnością był łakomym kąskiem, zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę jego obecną pracę. Dziennikarz, on musiał wiedzieć o większości godnych uwagi miejsc.
- Znasz w mieście jakieś warte odwiedzenia miejsca? - zapytała po dłuższej chwili, tym razem nie unosząc jednak głowy. Jedynym, co widział grajek, była czarna czapka-oficerka i wypadające spod niej włosy.
Gdy tylko dziewczyna przestała nucić skryty pod płaszczem mężczyzna podjął melodię. Zaprezentował tym dobre ucho i sprawne gardło, chociaż w jego wykonaniu brzmiało to odrobinę inaczej. O ile samą melodię mógł odtworzyć, o tyle nie potrafił w odpowiednich miejscach nacechować jej znanymi Hermes emocjami. Dopiero gdy dziewczyna zadała pytanie przerwał nagle, zupełnie jakby teraz uświadomił sobie co robi.
- Mało czasu spędzam poza swoim podwórkiem. Znam co prawda kilka klubów, ale nie wiem czy można je nazwać miejscami wartymi odwiedzenia. Bardziej to takie średniej jakości, jeśli nie podrzędne miejsca.
- Wieża pozwala nam odwiedzić różne światy, chyba warto czerpać naukę z każdego z nich? - odpowiedź, która wyszła z jej ust, była idealnym przedłużeniem myśli, którą powinien nieść ze sobą każdy ambasador. W dodatku było tutaj tak wiele osób, a każda pochodziła z innego kraju. Jedynym smutnym elementem była niemożność powrotu do swej ojczyzny. Czy pierwotna profesja dziewczyny miała tutaj jakiekolwiek zastosowanie? Może gdyby osiągnęła znacznie wyższe piętro, czy została Rankerem. Wtedy zdołałaby pomagać byłym mieszkańcom jej świata.
- Chyba tylko tak można przygotować się na to, co ma nadejść? - dodała, wskazując na powód swej wypowiedzi.
- Widzisz, tutaj pojawia się ten sam problem co z poszukiwaniem odpowiedzi dotyczących tego kim jestem. - odpowiedział mężczyzna, po chwili milczenia. - W poszukiwaniu wiedzy mogę trafić na kogoś, kogo nie znam, a kto zna mnie. I mogą się wywiązać z tego nieprzyjemności. - płaszcz na chwilę przestał tak szczelnie okrywać sylwetkę rozmówcy Hermes, a ta miała okazję zobaczyć jego twarz. - Straciłem już trzy piętra. Nie wiem czy wiedzę o nich uda mi się kiedykolwiek odzyskać. Dlatego zamiast poznawać wszystko dookoła poznaję siebie, a raczej to na co mnie stać. Wtedy przynajmniej będę wiedział, że daję z siebie wszystko by stawić czoła moim problemom.
Mniej więcej po tych słowach olbrzymi trębacz stoczył się ze sceny, zaś wyposażony w słuchawki i doczepiony do nich mikrofon organizator, ruchami ręki zaczął poganiać Hermesa, by ta wkroczyła na scenę.
- No to udanego przestawienia. - powiedział mężczyzna, a gdyby tylko dziewczyna widziała jego twarz zobaczyłaby, że się przyjaźnie uśmiecha.
Dziewczyna położyła ręce na ziemi, wykorzystując je jako pomoc do podniesienia swego ciała. Jednak jej sylwetka nie pozostawiała złudzeń, była lekka jak piórko, więc prawdopodobnie stan jej mięśni był godny pożałowania. Może zwyczajnie nie potrzebowała siły fizycznej?
Wstała i lekkim krokiem ruszyła na scenę. Jej lewa dłoń trzymała skrzypce za gryf. Nawet uciążliwe ziewanie opuściło jej skromną osobę, pozostawiając skromną dziewczynę samą sobie. Jej muzyka miała przemówić za nią, a wszystko inne było zwyczajnie zbędne.
Gdy stanęła na środku sceny, ściągła czapkę i odłożyła ją na podłogę. Uśmiech niepozornej dziewczyny nie mógł przygotować słuchaczy na to, co miało się wydarzyć. Powoli uniosła smyczek do góry, oparła skrzypce o swe ciało, potrzymując je lewą ręką. Opuszki jej palców nieśmiało zetknęły się ze strunami.

https://www.youtube.com/watch?v=sVYVcNt8F9k

Smyczek musnął instrument delikatnym niczym pierwszy pocałunek nowego kochanka, pierwsze zetknięcie się z piersiami swej kochanki, wydając pierwsze dźwięki. Melodia powoli rosła, rozwijając się w coraz piękniejszy utwór. Kolejne nuty wydostawały się z instrumentu niczym zrodzone z przyjemności mruczenie. Gdyby skrzypce posiadały świadomość, z pewnością nie opuściły by ręki swej panienki. Każdy dźwięk był zrodzony z przyjemności, którą sprawiała nie tylko przelewającemu jej duszę medium, ale i wszystkim słuchaczom.
Jej zielone oczy błyszczały, gdy dziewczyna słyszała rozbrzmiewającą pieśń. Pomyśleć, że w Nusk znali ją wszyscy, tutaj zaś - przeważnie była nowością. Na jej ciele pojawiały się drobinku potu, a pieszczoty których podmiotem był instrument nabierały na intensywności.
Hermes dyszała nieco ciężej niż na początku, najwyraźniej kompozycja była niesamowicie wymagająca dla ciała muzyka. Nieznaczne ruchy jej ciała sprawiały, że czarny płaszcz o zielonym wnętrzu tańczył, uzupełniając przedstawienie o wspaniałe tło.
Cisza była elementem, który jednoczył wszystkich słuchaczy. Najwyraźniej nikt nie chciał przerwać dzieła dziewczyny, a gdy instrument znajdujący się w jej panowaniu zamilknął, w pomieszczeniu pierwszy raz od dawna nie istniał żaden dźwięk. Pojedyncza sekunda, która ukazywała jaką potęgę miała ta melodia, odeszła w niepamięć gdy instrument rozbrzmiał raz jeszcze.
Na czole dziewczyny widać było kolejne krople potu, a kompozycja powróciła, jak gdyby nigdy nie zamilkła. Tym razem jednak tempo było znacznie szybsze, przytłaczając wielkością kolejnych dźwięków, jak i umiejętności dziewczyny. Kochanek, czy też kochanka, którą był instrument wydawała niesamowite, budzące się z wieloletniego oddania, dźwięki. Melodia urwała się gwałtownie, a Hermes z trudem patrzyła na zgromadzonych. Wzrokiem odszukała Makaia i spojrzała za niego.
Młody chłopak był trudny do rozgryzienia. Co prawda na sali nie było dużo osób, jednak po reakcji większości dało się dostrzec podziw i zadowolenia z oglądanego pokazu. Jednak latarnik jedynie miarowo stukał w klawiaturę która przesyłała odpowiednie znaki w postaci sygnałów do komputerów, jakimi dla dzienikarza były latarnie. Jednak gdy dostrzegł spojrzenie młodej dziewczyny, uśmiechnął się do niej nieznacznie i wykonał delikatny ruch głową, jak gdyby mówił “tak”. Nie mogła jednak dłużej nazwiązać kontaktu, bowiem Grajek już czekał na swoja kolej, a organizator niewidocznymi dla widzów ruchami, pokazywał jej by opuściła scenę.
Hermes ukłoniła się głęboko, odsuwając skrzypce na lewą stronę swego ciała. Prawą dłonią podniosł oficerską czapkę i powoli podnosiła się. Gdy osiągnęła pion, obróciła się na pięcie, a jej prawa dłoń zakryła głowę nakryciem. Niepozorna i niewinna dziewczyna opuściła scenę, a wraz z nią uszły z niej ostatnie elementy wzniosłości.
Gdy weszła za kurtyny, czekający na swą kolej widzieli, jak wymagająca była zagrana przez nią melodia. Czoło dziewczyny było skropione potem, a w kącikach oczu widać było pojedyńcze łzy.
Pociągnęła nosem i przetarła swą twarz. Jej oczy szukały swojego następcy, by, po ewentualnym zlokalizowaniu, uśmiechnąć się pokrzepiająco.
 
Zajcu jest offline  
Stary 19-02-2015, 20:46   #5
 
Karmazyn's Avatar
 
Maxwell - pianista

Grajek, gdy tylko wzrok dziewczyny spoczął na nim, ukłonił się lekko, wyrażając w taki sposób podziw dla muzyki skrzypaczki. Chwycił pewniej gitarę i wyszedł na scenę. Rozejrzał się uważnie po zebranych osobach. Nie był przyzwyczajony do gry przed szerszą publicznością. Do tej pory zdarzało mu się co prawda grać w różnego rodzaju klubach, czy czasami nawet w restauracjach, ale tam nie na nim skupiała się uwaga. On był tylko dodatkiem.
Mężczyzna w dalszym ciągu skryty pod płaszczem podsunął sobie krzesło i usiadł na nim. Kilka razy przejechał po strunach swego instrumentu, po raz ostatni upewniając się, że brzmi tak, jak powinien. Następnie zamknął oczy, wziął głęboki wdech i zaczął grać.

[media]http://www.youtube.com/watch?v=TvakGezqW-A[/media]

Jego palce zaczęły powoli przebiegać po strunach, z każdą chwilą przybierając na szybkości. Ruchy Grajka nie były tak delikatne, jak Hermes. Nie traktował gitary jak swej kochanki, której należy okazać jak najwięcej pieszczoty. W jego ruchach brakowało delikatności. Przypominały one bardziej taniec, w którym główną rolę odgrywało dwóch tancerzy. Każdy z nich nosił podkute buty i za wszelką cenę chciał udowodnić swoją wyższość poprzez wykrzesanie większej liczby iskier niż ten drugi.
Muzyka wydobywająca się z instrumentu zachęcała właśnie do takiego tańca. W jej brzmieniu można było usłyszeć pewne wzorce. Zupełnie niczym pisklęta po kolei wypuszczane z gniazda na swój pierwszy lot, jej żywiołowość, pomimo innych dźwięków unosiła się z taką samą chęcią.
Widownia mogła podziwiać pokaz zręczności, gdy palce Grajka wydobywały odpowiednie tony ze strun. Pojedynek dwóch tancerzy zmieniał swą intensywność wraz z kolejnymi powodującymi dźwięk drganiami. W końcu jednak i on musiał się zakończyć. Gra skończyła się gwałtownym szarpnięciem. Na polu walki pozostał tylko jeden zwycięski tancerz.
Grajek uniósł głowę w stronę publiczności. Dopiero teraz otworzył oczy, odbierając muzyce władzę nad swym ciałem. Rozejrzał się ciekawy reakcji zebranych i podobnie jak swoja poprzedniczka zatrzymał swój wzrok na Makaiu, czekając na jego opinię.
Publika zabiła delikatne brawo po występie Grajka, by pokrzepić go na duchu. Makai zaś dalej notował, tak samo, jak w przypadku Hermes, uśmiechnął się do okrytego płaszczem osobnika i lekko kiwnął głową. Trudno było powiedzieć, czy tym gestem raczył każdego, czy tylko wybranych. Czas Grajka na scenie jednak tez szybko dobiegł końca, a on szybko wrócił za scenę.
Tam zaś on, jak i Hermes usłyszeli ciche brawa. Klaskał jeden osobnik, którego wcześniej jakoś nie widzieli - zapewne siedział w głębszej części pomieszczenia.
- Brawo, brawo… piękne pokazy, w końcu coś godnego posłuchania. -odezwał się miły głosem, gdy materiał jego rękawiczek spotykał siostrę raz po raz.



Odziany w dobrze wykonany czerwony frak oraz białą koszule zapinaną na mankietach srebrnymi spinkami. Jegomość uśmiechał się nie przerwanie, a właściwie robiła to maska, która skrywała jego twarz. Widać było za nią wystające spod cylindra blond włosy oraz w miarę ludzkie uszy.
Klaszczący osobnik nie spodobał się Grajkowi. Głównie ze względu na maskę skrywającą twarz. Mogło to oznaczać co prawda jakąś dziwną modę lub organizację, o której nie słyszał. Jednak bardziej obstawiał za rozwiązaniem, przez które sam nosił tak szczelnie czarny płaszcz. Elegancik mógł nie chcieć zdradzić innym swojej tożsamości.
- Możemy w czymś pomóc? - zapytał, przyglądając się uważnie nieznajomemu.
- Tylko jeżeli któreś z was umie przyspieszyć czas do tego stopnia, by już była moja kolej. -zaśmiał się w odpowiedzi, po czym poprawił odruchowo krwistoczerwony krawat. - Niestety, ale ci liczni amatorzy, strasznie opóźniają te warte wysłuchania spektakle. -dodał, zupełnie nie kryjąc swej pogardy wobec innych grajków. Wywołało to zresztą kilka szmerów niezadowolenia. - Ale miło, że znalazły się tu tez takie perełki jak wy. - dodał przymilnie.
- Nie wiem jak moja towarzyszka, ale ja czasu przyspieszać nie umiem. - odparł mężczyzna skryty pod czarnym płaszczem. Uznanie innych uczestników konkursu za amatorów nie specjalnie zrobiło na Grajku wrażenie. Widać było, że czekający na swój występ chciał się wkraść w ich łaski, których w przypadku gitarzysty nie miał specjalnych szans zaznać. Co prawda można było go umieścić na drugim miejscu tuż za Hermes, ale w dalszym ciągu był to zbiór osób, które większego znaczenia nie mają. Ot odezwał się i tyle.
- Wybacz, że psuję ci twój światopogląd, ale też jestem amatorem, panie kapeluszniku.
- Zawsze możesz się zdrzemnąć - stwierdziła, by po chwili zakryć usta lewą dłonią. Ziewnęła, a jej policzki zarumieniły się, pod wpływem uzasadnionego wstydu. Spojrzała w miejsce, w którym powinny znajdować się oczy, starając się dostrzec ich kolor.
- To zależy, jak zdefiniujesz amatora i profesjonalistę. - zauważyła, spoglądając na zamaskowanego mężczyznę. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z powstałych w jej nowej znajomości braków. Rumieniec powrócił na jej twarz, gdy zdała sobie sprawę z popełnionego faux pass.
- Gitarzysta to grajek, ja nazywam się Hermes - pierwszemu członowi tego zdania towarzyszyło wskazanie dłonią na skrytego pod płaszczem muzyka. Druga część zaś została obarczona delikatnym uśmiechem.
- Jaka jest twa godność oraz, z racji miejsca, w którym jesteśmy, instrument? - zapytała.
- Ach wybaczcie gdzie moje maniery...Maxwel Herc do usług. -przedstawił się z lekkim ukłonem, sprawiając, że jego dłoń dotknęła miejsca, gdzie powinno być serce. - Pianista. -dodał w odpowiedzi na drugą część pytania. Kwestie amatorów i profesjonalistów zostawił zaś bez większego komentarza. Oczy skryte pod maską miały złocistą barwę, jak i reszta ciała wyglądały dość człowieczo.
- Miło mi - dziewczyna uśmiechnęła się pokrzepiająco. Jej wzrok przestał koncentrować się na oczach rozmówcy, notując w pamięci ich kolor. Nic szczególnie dziwnego, a jednak mogło kiedyś się przyjąć.
- Maxwellu, jesteś regularnym? - zapytała. Jej prawa dłoń oparła się o naramiennik, delikatnie gładząc jego strukturę. Całe jej ubranie było jedną wielką pamiątką, a każdy kontakt z nim - przeżywanym na nowo wspomnieniem.
- Oh to dość bezpośrednie pytanie. -zaśmiał się cicho Herc, jednak odpowiedział niemal od razu. - Owszem, należę do grupy osób, które pragną dostać się na szczyt wieży. Jak mniemam ty też, inaczej nie zadawałabyś takiego pytania, prawda?
- Gdybym zapytała cię o godne polecenia miejsce na tym piętrze, wskazałbyś? - najwyraźniej każdy, kogo poznała, musiał przejść przez tą właśnie procedurę. Możliwe, że ich odpowiedź miała służyć określeniu ich charakteru, mogła równie dobrze być sposobem na aktywację zdolności dziewczyny. Chociaż… Ciekawość też była całkiem prawdopodobnym motywem.
- Całą dzielnice Handlową. -stwierdził po chwili namysłu. - Tam każdy znajdzie chociaż jedną rzecz, która byłaby dla niego interesująca. -dodał w kwestii wyjaśnienia pobudek, które kierowały powstanie tej odpowiedzi.
- Oh, to niesamowicie szeroka odpowiedź. - dziewczyna zaśmiała się cicho, nie chcąc przerwać fałszującemu właśnie na scenie muzykowi. Melodia albo została stworzona, by ranić, albo ktoś wyrządzał jej wielką szkodę.
- Gdybym zaś zapytała o miejsce, które sprawia tobie największą przyjemność? - zadała kolejne pytanie.
- To nie usłyszałabyś odpowiedzi. -odparł Maxwel. - Zwierzanie sie każdej napotkanej osobie, może prowadzić do szybkiej przegranej w wyścigu, jakim jest wspinaczka. -odparł, lekko przechylając głowę i przyglądając się dziewczynce.
- A jednak z własnej woli zwróciłeś na siebie naszą uwagę - westchnęła, zaś uśmiech zniknął z jej ust. Spojrzała nieco niżej, podziwiając niezwykle nie fachowe ułożenie i zdobienie podłogi. Zasmuciła się jeszcze bardziej, powracając do obserwowania zamaskowanego osobnika.
- Chciałem jedynie pogratulować talentu. -zaśmiał się. - A teraz wybaczcie...idę przygotować się do swego występu. -dodał, jeszcze raz się kłaniając i odchodząc w głąb pomieszczenia.
- Nie wiem jak ty, ale ja porozkoszuję się winem. - stwierdziła, udając się w kierunku barmana. Jej krok nagle zelżał, jakby z barków dziewczyny zniknęła cała presja. - Czerwone wino. - dodała.
- Jeśli dają za darmo, to czemu miałbym nie skosztować. - Grajek ruszył za dziewczyną. - Polecasz jakieś konkretne, dla kogoś, kto chyba nigdy nie pił wina?
- Dają za darmo? - zapytała, wyraźnie zdziwiona. Jej zaskoczenie sprawiło, że zatrzymała się i spojrzała na gitarzystę. - Nic mi o tym nie wiadomo - dodała, a jej oczy emanowały wręcz nadzieją.
- Nie wiem, czy dają. Mam taką nadzieję, bo trochę szkoda mi kasy na coś droższego niż woda. - odparł mężczyzna - Jakoś na tym płynie da się wyżyć, a chyba o to w tym chodzi. - zaprezentował dość materialne i wywodzące się raczej z niższych sfer podejście do życia.
- Może dostaniemy jakąś zniżkę, przecież tworzymy to wydarzenie. - stwierdziła, ruszając w kierunku miejsca z napitkiem. - Chociaż… mam kilka dobrych butelek w mieszkaniu - zatrzymała się gwałtownie, jakby nowa myśl całkowicie zdominowała jej ciało. Wyglądało to, jakby żyjący wewnątrz niej chytrus gwałtownie przejął kontrolę, czy może zwyczajnie wyłączył jej ciało.
- Do zobaczenia Grajku! - stwierdziła, opuszczając budynek. Nie udała się jednak prosto do domu, a ukryła się, obserwując wyjście z teatru. Czekała na Maxwella, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej o zamaskowanym jegomościu. Z cienia.
- Do zobaczenia, Hermes. - rzucił za dziewczyną, a samemu usiadł pod ścianą. Porzucił pomysł skorzystania z baru. W domu też miał wodę i to na pewno dużo tańszą... ale nie chciało mu się wychodzić na deszcz. Dlatego postanowił poczekać. Albo na wyniki przesłuchania, albo na lepszą pogodę.
 
__________________
Dłuższy kontakt może zagrażać Twojemu zdrowiu lub życiu.
Toczę batalię z życiem. Nieobecny na długi czas.

Ostatnio edytowane przez Karmazyn : 24-02-2015 o 23:18.
Karmazyn jest offline  
Stary 21-02-2015, 12:50   #6
 
Tropby's Avatar
 
Brand New Universe


Tanu? Deus?

To były pierwsze słowa jakie usłyszał nowonarodzony wszechświat. Rozeszły się one po nieograniczonej pustce z prędkością przekraczającą prędkość światła. Przekraczającą wszystko co w jego świecie ograniczone było prawami fizyki - z prędkością boskich myśli.
Odpowiedzi jednak nie było.
Nie minęła wieczność, nie minął rok, nie minęła sekunda, ani nawet jej ułamek. Nie miała jak minąć, bo nie istniał jeszcze upływający czas. Nie istniała materia. Nie istniało prawo grawitacji, prawo zachowania masy, toeria względności. Nawet prawa dynamiki, kirchoffa i inne o których niegdyś tak dogłębnie uczył się na studiach zwyczajnie przestały istnieć. Dokładnie jak w programie wyborczym pewnego kandydata na prezydenta z wszechświata którego cykl właśnie dobiegł końca - nie było niczego. Niczego poza Henrym który jako jedyny mógł doświadczyć bezkresnej pustki. Otchłani w którą został wtrącony po wsze czasy. A przynajmniej dopóki cykl i tego wszechświata nie zatoczy pełnego koła tylko po to by wszystko znowu zostało na zawsze wymazane. Czy tym właśnie był Albert? Czy tego właśnie chciał? Jego wiecznego istnienia w nicości?
Jednak nie to było najgorsze. Najgorsza była ogarniająca go zewsząd cisza. Tak wszechogarniająca że czuł jak się dusi, mimo że nie miał płuc które wymagałyby dostaw tlenu. Samotność tak przytłaczająca że chciało mu się płakać, mimo że nie posiadał oczu które mogłyby ronić łzy.
Dopiero to mu o czymś przypomniało. W jego myślach pojawił się pierwszy obraz. Wyłaniająca się z nicości sylwetka. Była to z pewnością postać człowieka. Niczym nie wyróżniający się dość chudy młody mężczyzna z potarganymi włosami i krótkim zarostem osoby która ma zbyt dużo innych spraw na głowie by pamiętać o regularnym goleniu. Mężczyzna którym kiedyś był.
Potem wyobraził sobie pustkowie w którym się znajdował. Ciągnąca się w nieskończoność martwa spękana ziemia na horyzoncie której majaczyły równie martwe wzgórza. Nad nim zaś rozciągało się nieskończone niebo przesłonięte gęstymi chmurami, skrywającymi pustkowie w półmroku. Nie poruszały się jednak, gdyż nie było wiatru który wprawiałby je w ruchu. Jedynymi siłami które Henry zdołał sobie wyobrazić były grawitacja, która przyciągała jego ciało ku ziemi z wartością równą dokładnie 9,80665 metrów na sekundę do kwadratu oraz promieniowanie elektromagnetyczne o zakresie 380-780 nanometrów potocznie nazywane światłem, dzięki któremu jego oczy mogły widzieć tą scenerię.


To miejsce idealnie odzwierciedlało jego obecne odczucia. Bo czyjeż inne miałoby odzwierciedlać? Wszak był jedyną istotą w tym wszechświecie. Choć nawet tego nie mógł być do końca pewnym. Wiedział co widzi swymi oczyma, jak i to że ich nie potrzebuje. Wszystko co znajdowało się za jego plecami, cały świat w momencie w którym mrugał, nic nawet na moment nie przestawało być krystalicznie widoczne w jego umyśle. Widział jednocześnie każde ziarno piasku i atomy z których się składało. Zawieszone w powietrzu i w chmurach cząsteczki pary wodnej. Mieszaninę 78,084% azotu, 20,946% tlenu, 0,934% argonu, 0,0360% dwutlenku węgla i sześciu innych gazów które napełniały jego płuca z każdym wdechem.
W tym momencie naszło go pewne pytanie.
- Why am I alive? - rozeszło się w idealnie nieruchomym powietrzu z prędkością dźwięku, odbijając się w końcu echem od wzgórz na horyzoncie i powracając do uszu Henriego gdzie bębenki oraz kostki słuchowe przetwarzały drgania z powietrza na zrozumiałe dla jego neuronów sygnały elektryczne które jego mózg interpretował jako dźwięki.
Po tej odpowiedzi zapadła na powrót niczym nie zakłócona absolutna cisza. Coś o co rodzice i nauczyciele w jego świecie często prosili dzieci, nie zdając sobie sprawy że jest to polecenie niemożliwe do spełnienia i gdyby rzeczywiście doświadczyli jej chociażby przez minutę w swoim życiu, to nigdy więcej nikogo by o nią nie prosili.
Jednak ironia z jakiegoś powodu nie chciała opuścić Henriego. “Dlaczego żyję?” To pytanie zadawał prawie każdy człowiek we wszechświecie który zniknął i nigdy nie powróci. Zadawał je z nadzieją, chociażby podświadomą, że ktoś z góry na nie odpowie. Tymczasem on - nowy i jedyny bóg tego wszechświata sam również je zadawał. Komu? Sobie? Nikomu? Następne pytania na które rzekomo wszechwiedzący bóg nie znał i nie mógł znać odpowiedzi.
Henry stał tak, rozważając wszystkie filozoficzne pytania które zadawała sobie dawna ludzkość. Znowu nie minął nawet ułamek sekundy, gdy czas który właśnie stworzył zatrzymał się. Boskie myśli nie były ograniczone prędkością światła z którą przepływały impulsy w ludzkich mózgach.
A odpowiedzi? Teraz gdy rozumiał już w 100% naturę wszechświata z którego przybył udało mu się znaleźć kilka. Tak, bóg istniał i miał was gdzieś. Nie, nie byliście sami. Nie byliście nawet nainteligentniejszą z ras we wszechświecie, mimo że to wy ostatecznie zadecydowaliście o jego losie. Nie, większość z waszych religii była bełkotem fanatyków i tylko kilku z was którzy doznali oświecenia było w stanie zrozumieć czym tak naprawdę była duchowość.
Tak, koniec świata od zawsze miał nadejść i właśnie doświadczyliście go na własnej skórze.
Wszystkie pytania na które ludzie sami mogli znaleźć odpowiedź i które nie miały teraz dla niego żadnego znaczenia. Zaś wszystkie te które na które odpowiedzi pożądał wciąż pozostawały dla niego niemożliwą do rozwikłania enigmą.
- Is that what multiverse really is!? - zapytał, rozkładając ręce w geście bezradności. - One humongous pile of bullshit and irony!? Who am I!? Where am I!? Why am I!? Why even god can’t answer these qeustions!? Can I please just die and get it over with!? I don’t want to BE anymore!


Krzyki Henriego rozchodziły się dookoła i powracały do niego ogłuszającym echem. Uderzały one w niego raz po raz niczym bokser na ringu. Niczym Borys Jankovic który powaliłby go jednym uderzeniem zmutowanej pięści. Czemu to jemu nie pozwolił wygrać i zrealizować swojego marzenia? Wtedy Nigdy nie musiałby przechodzić przez to piekło. Mógłby przynajmniej w spokoju umrzeć i zniknąć wraz z wszystkimi ludźmi których znał i kochał.
Ktoś jednak zdecydował się mu odpowiedzieć. W języku którym płynne posługiwanie się możliwe było tylko dla osób wywodzących się z pewnego środkowoeuropejskiego kraju, czy też dystryktu, którym przez większość czasu nie interesowała się reszta świata.
- Nie, nie możesz - Henry usłyszał znajomy głos. - Sam tego chciałeś. Wolna wola, pamiętasz?
Znikąd pojawiła się przed nim druga postać. Był to młody blondwłosy chłopak mający może piętnaście wiosen. Dość wysoki jak na swój rzekomy wiek i ubrany w ciemnozielony strój przypominający mundur.


Oczy Henriego rozszerzyły się, a twarz zamarła w wyrazie czegoś pomiędzy błogością i niedowierzaniem.
- Jacek? - zapytał gdy po dłuższej chwili udało mu się odzyskać zdolność mowy.
-Yo! - uśmiechnął się głupio chłopak. Patrzył na Henriego niepewny. Pewnie sam nie wiedział co powiedzieć. I tak mieli dużo czasu. Mniej więcej wieczność. W końcu dojdą do wniosku co chcą zrobić. - W sumie, może teraz go zrozumiesz. - dodał po chwili, patrząc w górę, na niebo, którego jeszcze nie było. - Cóż...pewnie kiedyś będziesz i mógł przestać istnieć. Najpierw jednak, chyba był jakiś powód dla którego z wszystkich ludzi to ty tak bardzo chciałeś tą rolę.
- Ale… to było zanim… zanim doświadczyłem tego. Tego czego chciał Albert - odparł Henry, obejmując się ciasno ramionami z wyrazem przerażenia w oczach. - Nie zniosę tu wieczności z nim. Ale ty! Przecież ty tu jesteś! Ty lepiej go znasz i wiesz jak sobie z nim radzić. Pomóż mi proszę… zrób to za mnie. Odtwórz Ziemię taką jaka była i zamknij mnie w tym ciele. Taka jest moja wola! - ostatnie zdanie wykrzyczał, a brew drżała mu w tiku nerwowym jak gdyby tracił zmysły.
- Nie bądź żałosny. - Jacek zdjął swoje spojrzenie z Henriego. - Niby co ja mam zrobić? Jestem dalej częścią ciebie. Wygrałeś swoją nagrodę, to wszystko co jest i będzie. - nie był zbyt pocieszający, z drugiej strony, nie było wiele, co mogło być. - To nie będzie takie złe, jak już zaczniesz tworzyć. - “Aż wymyślą wojnę, albo coś”, dodał w myślach, nie dzieląc się tym jednak z Henrym.
- Nie takie złe mówisz… - pokręcił głową Henry, wyraźnie nieprzekonany. - Co ktoś taki jak ty może wiedzieć o tym co jest złe dla człowieka? Urodziłem się jako twój twór. Nawet nie wiesz jakie to traumatyczne przeżycie stracić swoje ciało i stać się… kompletnie inną istotą. Czy ty byłeś kiedykolwiek człowiekiem!? Wiesz w ogóle co to uczucia i ludzkie myśli!? Stworzyłeś nas tylko po to by zostawić nas naszemu własnemu losowi… naszym własnym decyzjom...
Jacek milczał przez chwilę. Nie miał dla siebie wytłumaczenia. - Tak...stworzyłem kilka takich grup…”ras”, jak to nazywacie. Na wielu światach. Moja wyobraźnia też się kiedyś kończy. To intrygujące oglądać, jak samoistnie istoty się rozwijają. - westchnął. - Ale ostatecznie to u was się pojawiłem, gdy to… - spojrzał ponownie na niebo. - Miało znowu dość.
- Albert… dlaczego? - zapytał Henry, próbując zrozumieć. - Dlaczego istnieje ktoś taki jak on? Jeśli w jakiś sposób powstał… to może da się go w jakiś sposób pozbyć? Czy istniał już zanim ty się pojawiłeś?
-Był. Z tego co wiem, mógł tu być od początku. W końcu to zauważysz. Im więcej tworzysz, tym więcej zaczyna się niszczyć. Samo z siebie, niezależnie od tego co zrobisz. - jego twarz też nie była zbyt wesoła. - Jeżeli stworzysz zbyt dużo, nabierze formy.
Henry nagle sobie coś przypomniał, a drżenie mięśni ustało i uspokoił się nieco.
- Obiecałem… obiecałem sobie i Charlotte. Że stworzę świat w którym będą mogli być szczęśliwi - jego wzrok stał się nieobecny, a ten zaczął rozglądać się dookoła, jak gdyby szukał najładniejszego miejsca w którym mógłby postawić domek. W końcu jednak jego spojrzenie skupiło się z powrotem na Jacku. - Czy jeśli stworzę samą Ziemię to on nie zdoła nabrać formy? Nigdy więcej się nie pokaże? Czy ludzie będą mogli żyć w spokoju w świecie który dla nich zbuduję?
-Z początku, pewnie nie. - przytaknął. - Będzie spał. Ale ludzie też będą tworzyć i się rozwijać. W końcu, gdy zacznie pojawiać się, być więcej, niż nie być… - westchnął. Nie musiał dokańczać. - Nie martw się. To trochę zajmie. W końcu zauważysz, że teraz jest twój najlepszy okres.


- Tak, to brzmi dobrze - zgodził się w końcu Henry i uśmiechnął się blado. Wtem pustkowie zniknęło zastąpione pokojem. Było to jego mieszkanie, odtworzone dokładnie tak jak je zapamiętał. Za oknem świeciło słońce i ćwierkały ptaki, a przy komputerze z wieloma monitorami siedziała Juliet, nie zwracając najmniejszej uwagi na niego oraz Jacka. Henry zaś rozpostarł szeroko ręce.


- Zrobię to! Odtworzę ten świat takim jakim był! - zawołał, chyba próbując bardziej sam siebie przekonać że wszystko pójdzie po jego myśli. - Zrobię to dla was! Charlotte! Jueliet! Nikito! Mamo! Tato! Borysie! Wszyscy będziecie żyli w moim świecie i przysięgam że zrobię wszystko by ten nie skończył tak jak poprzedni! Słyszysz, Albert!? Gdy nadejdzie ta chwila, znajdę sposób by raz na zawsze cię powstrzymać! Nic nie powstrzyma geniuszu szalonego naukowca! Khahahahaha! - szalony śmiech rozszedł się po pomieszczeniu, a Jacek uśmiechnął się i kiwnął głową z zadowoleniem, po czym obydwaj zniknęli, a miejsce w którym się znajdowali zastąpiła próżnia którą szybko wypełniło powietrze powodując lekki podmuch wiatru.
Juliet na moment odwróciła się od komputera i rzuciła okiem na okno które było zamknięte.
- Ah, te przeciągi… może powinnam zamieszkać z kimś kto nie żyje w starej rozpadającej się chałupie - westchnęła, po czym wróciła do przeglądania stron internetowych. Oby dzisiaj Henry nie dzwonił do niej znowu plotąc bzdury o tym jak potrzebuje wsparcia na swojej tajnej misji.
 
Tropby jest offline  
Stary 21-02-2015, 23:47   #7
Ryo
 
Ryo's Avatar
 
Along came Ryo

Kod:
Postanowienia nowopiętrowe:
1. Nie wpierdalam się w sprawy, które się nie dotyczą bezpośrednio mnie,
2. Nie spuszczam wpierdolu, dopóki ktoś o niego nie poprosi,
3. Najpierw myślę, potem strzelam, chyba że nie będzie mi się chciało, to wtedy najpierw palę, a potem pytam, czy jeszcze boli. 
4. Nie latam z siekierami, mieczami i resztą arsenału i jednocześnie nie pytam się o godzinę, bo pytany może pomylić mnie ze śmiercią i zemrzeć na miejscu ze śmiechu. Chyba że patrz nr 2.
5. Nie chce mi się pisać tych głupich postanowień, shahahah!
- Kredyt do kredytu, zbierze się miarka… Takie pierdolenie - mruknęła Ryo, patrząc na kartkę z postanowieniami. - Bo jak mówi stare chińskie przysłowie: nie o to chodzi, żeby podać regularnemu rękę, ale o to chodzi, żeby dać mu wpierdol. Dlatego gdy zaprzeczasz regule Schroedingera, Bóg zabija regularnego i nie - retoryzowała przed drzwiami lodówki. - Więc sezamie, weź się otwórz i podaj no wódkę, piwo i cornflakes’y.

Bo wiedziała, że jej plany i tak pójdą się je… kochać. W burdelu. I pewnie nawet dziką orgię tam zrobią. Dobrze, że wszystkie licho i nie-licho spało o tej porze i nie słyszało to pier… ględzenie o Szopenie.
Bo stacja trzecia to nie jest pora dla normalnych istot.
Jej wredna upierdliwość wzrostu pięciu stóp rozkazała lodówce się otworzyć, a ta ukazała jej wielki arsenał w postaci wódki, piwa, cornflakes’ów, kefiru i owoców. Była też woda mineralna. Wredota przeczesała lewą ręką czarne, zwichrzone włosy sięgające do szyi, byle jak spięte srebrną klamrą, która mogła służyć równie łatwo za broń kującą. Oczy koloru jasnego piwa skalpowały “sezam”, jakby chciała rozciachać samym spojrzeniem to wielkie białe pudło na kawałki. Czarne znaki pod oczami nadawały gładkiej, prawie dziecięcej twarzy dzikszego wyglądu, zaś blask w oczach gryzł się z aparycją dziecka z ostatnich lat podstawówki. Czaiło się w nich coś dziwnego, złowrogiego. No i jeszcze rana po prawej stronie twarzy, wyglądająca na świeże cięcie kataną. Ona akurat nie dodawała niestety uroku, tylko szpeciła, zwłaszcza, że ciągnęła się od żuchwy do okolic nosa i wpisywała się w sporą listę znaków szczególnych panny R.
Acz lodówka, jak i każdy element skromnej kawalerki, miała te rzeczy głęboko w du… znaczy, w głębokim poważaniu. Tylko parę mieszkańców tego magicznego, białego pudła czekała nieuchronna zagłada z rąk (?) jej pana i władcy.
Ryo poprawiła jeszcze gorset z bandażu, który okrywał jej tors i pierś, zastępując jej top, co sprawiło, że jej dość obfity biust nie wydawał się taki spory. Podziurawione spodnie pamiętały jeszcze poprzednie piętro. W jednej z nogawek tkwiła dziura po pocisku z karabinu, który przestrzelił jej łydkę na wylot. Ech, sporo tych blizn miała na ciele. Ryo przyzwyczaiła się do ich widoku, jedyna różnica tkwiła w zwiększonej ich ilości.
Jednak różnice nie polegały jedynie na większej ilości obrażeń.
Dużo rzeczy się zmieniło.
I jeszcze więcej rzeczy miało się zmienić. Nie tylko to, że pewien regularny z trzeciego piętra, nieznany z imienia pannie Nightblade postradał życie na “nowym” piętrze, w ciemnych zaułkach, w strugach deszczu. Pozornie nic nieznaczący, rosły blondyn, który nosił na szyi jakiś ciężki, metalowy krzyż. Biegł, ile miał siły w nogach, jakby uciekał przed legionami samego Pana Ciemności.
W ułamku sekundy scena ta przeleciała przed jej oczami, gdy sięgała po butelki wódki. Jej dłoń przeszyła jakby fala ciekłego azotu i stopionego dwutlenku krzemu jednocześnie. Ryo musiała się przyzwyczaić do nowego stanu rzeczy, na przykład do tego, że nie będzie mogła szturchać Bezimiennego i że musiała się zmienić w niańkę, i to jeszcze po tym jak stała się mordercą. I że w jakimś stopniu odzyskała dotyk... choć to nie był w rzeczy samej dotyk.
Bezimienny przepadł jak kamień w wodę, tak samo jak Razija i Denetsu. Nie wiedziała, czemu było to dla niej takie dziwne obojętne. Tak samo jak pierwszego dnia na czwartym piętrze przeszła zupełnie obojętnie obok tych istot, co się patrzyły na nią jak na przybysza z innej planety, czy raczej z innej Wieży. Musiało to wyglądać, jakby sama jejmość stała za tym dziwnym teleportem. Deja vu. Teraz nagle ta sprawa przestała być obojętna, kiedy do szklanki nalewała wódki. Wzięła wodę gazowaną i wlała ją do tejże samej szklanicy...
Ryo obudziło ją jakieś kopnięcie prądu w gołe stopy. Dostrzegła, że wylała ponad połowę wody na kredens i podłogę, razem z alkoholem, a płyn ten dotarł do jej stóp i je zwilżył. W szklanicy pojawiły się skądś kosteczki lodu, a jedną większą bryłę wpakowała sobie nieświadomie do kieszeni spodni. Zamrażarka była otwarta.
Dziewczyna na to tylko wzruszyła ramionami.
- Cóż, shit happens, blondasku, a God hates us - skomentowała, ruszając po ścierkę po podłogi. Puściła w niepamięć incydent z blondynem i to, co się mogło z nim potem stać.

~***~

One Winged Angel vs Royal Pain (in the ass)

"Hej ho, hej ho, do roboty by się szło..."

Ryo postanowiła bez wahania załatwić ten problem raz-dwa. W końcu ona tu pracowała. Nie spojrzała na białego kuchcika, którego ochrzciła imieniem Jo, aby nie zastanawiać się wiele nad jego danymi osobowymi.
Niska dziewczyna o brązowych włosach związanych w kucyk podeszła do niepełnosprawnego blondyna i jego towarzysza.
Wzięła ze sobą menu, powitała klientów i podała im menu, sama zaś wróciła za bar. Z problemami trzeba było się uporać, nawet strzelbą czy innymi, bardziej radykalnymi sposobami. Wróciła po paru minutach.
- Czego panowie sobie życzą? - głos nie był demonicznie ochrypły, nie należał do tych dziewczęcych pisków, i brzmiał całkiem… przyjemne. Nic nie wskazywało na to, żeby kelnerka w jakikolwiek sposób znała tę dwójkę osobników.
- Dla mnie kawa. -stwierdził Książe, odpalając kolejnego papierosa, gdy ten poprzedni ledwo dogasł w popielniczce. S-Drow zaś jeszcze chwilę patrzył w milczeniu w kartę dań, by w końcu bez słowa wskazać dwie śniadaniowe pozycję.
Ryo zapamiętała te pozycje, po czym ruszyła w kierunku kuchni, rzucić Jo odnośnie tego, co sobie zażyczył S-Drow, natomiast sama zaparzała Księciowi kawy. Wszystko to zostało szybko zrobione i zaniesione do stolika mężczyzn.
- Bardzo proszę - rzekła do gości, po czym ruszyła w kierunku barka.
Kiedy rozkładała przy mężczyznach talerze mogła posłuchać kawałka ich rozmowy (a dokładniej niemalże monologu księcia).
- Zjemy to pójdziesz nas zarejestrować na test. Pieniądze ci przelałem na konto… dwieście tysięcy za osobę to sporo, ale stać nas na to, zaś drużynowy charakter to akurat dla nas plus. -stwierdził zaciągając się dymem. - Nokolem gdy wróci z urlopu zajmie się księgowością….dziękuję. -ostatnie słowa rzucił w stronę kelnerki, kiedy ta oddalała się za bar.
Ryo zaś robiła swoje. Niby nie podsłuchiwała rozmowy Księcia… wszak ona tu pracowała jako kelnerka, barmanka i kelnerka, robiła swoje, a nie zajmowała się profesjonalnym podsłuchem. Nawet nie musiała tego czynić, przechwałki bogacza dotarły do jej uszu. Mimo wszystko dowiedziała się tego, czego chciała się dowiedzieć, ale nie zamierzała rozmawiać z mężczyznami. Ciekawe było to, że Książę zamierzał się dalej wspinać… a potem przestało ją to totalnie obchodzić. Niech sobie robi co chce, byleby nie śmiał więcej dowalać się do jej drużyny.

Ryo po pracy zajęła się innymi rzeczami. Zakupiła bowiem mapę miasta - na tyle ogólną, aby można było zaznaczać lokalizacje poszczególnych obiektów, a jednocześnie na tyle szczegółową, by były zaznaczone dzielnice i ważniejsze budowle i punkty transportu typu portale lub lotniska. Zakupiła również gazetę… odnośnie finansów oraz pracy. Myślała bowiem poważnie nad zmianą swojej profesji. W oczy rzuciło się jej ogłoszenie z oczami - była to prosta zagadka i Ryo przejeżdżając po nim magicznym długopisem bez trudu odczytała wiadomość. Sama kodowała swoje teksty w dużo bardziej skomplikowany sposób. Mimo to nie chciała się zatrudniać w agencji detektywistycznej - choć może przez nią miałaby większe szanse odszukać Bezimiennego, Raziję i Denetsu. Niby miała zamiar trzymać się z daleka od problemów i tego postanowienia zamierzała dotrzymać... Zaciekawiła ją również oferta znajomego kraboczłeka, z którego ogłoszenia cicho chichrała w myślach. Rozważy propozycję. Praca w detalu? Z pocałowaniem ręki. Ochroniarz w markecie? Hmm, czemu by nie, ale wolałaby w nocy. Zresztą - wielu nie potraktuje małego dzieciaka poważnie...
Potem się zastanowi na spokojnie.
Ryo kupiła w sklepiku piekielnie mocną wódkę, papierosy oraz cukierki dla swojego małego przyjaciela.

~***~

Meet Eggo


Ciemnowłosa medytowała w małym pokoiku przerobionym na sypialnię, pokój pracy oraz mini salonik. Ot, klimaty studenckie. Nie miała wielu rzeczy, na wiele ją również nie było stać. Dzięki temu w kawalerce, którą wynajmowała, panował względny porządek.
Nie mieszkała jednak w tym mieszkaniu sama… ale musiała przy tym uważać, ponieważ był to lokator pomieszkujący na czarno.
- Wchodź - Ryo otworzyła drzwi Eggo, który wrócił z pracy. Zamknęła drzwi mieszkania. - Wyglądasz na zmęczonego, Eggo, zrobić ci coś do jedzenia?
- Eggo chce cukierka. -stwierdził miniaturowy latarnik, ściągając z ramion malutki plecaczek który zabierał do swojej pracy. - I Eggo chce by Bezimienny w końcu przyszedł… -dodało jak zawsze po pracy, nie uznając możliwości, że jego przyjaciel może być setki kilometrów stąd.
- Proszę bardzo, Eggo - Ryo podsunęła maleństwu woreczek z różnymi cukierkami.
Ją również martwiło, co stało się z tą lustrzaną cholerą. Wiedziała, że Bezimienny był widziany po raz ostatni na apokaliptycznym piętrze, z tym cholernym Księciem i jego przydupasem S-Drowem. Nie miała jednak pojęcia, gdzie jej kumpla wywiało. I to sprawiło, że Ryo prawie nigdy się nie uśmiechała.
- Spróbuję go poszukać, Eggo, ale niczego nie mogę ci obiecać. To miasto jest ogromne - mruknęła, sięgając po gazetę z ofertami pracy. - Wiesz co, Eggo, ponoć otworzyli dziś rejestrację do testu na piąte piętro. Niestety, życzą sobie 200 tysięcy kredytów za osobę za wstęp do testu. Spotkałam tego całego Księcia i S-a w tym cholernym barze. Drań się przechwalał temu swemu ochroniarzowi, że ma kasę i mu przeleje - skrzywiła się na wspomnienie.
- Ale Eggo zarabia...Eggo ma tyle? -zapytał malutki cukiernik, który o tak dużych liczbach raczej nawet nie słyszał. Jednak jego zapasy gotówki nie sięgały postawionych przez obsługę testów kwot - tak samo jak i zasoby na koncie Ryo. - Bezimienny też jest duży. -zauważył latarnik, dla którego zapewne każdy był definicją wielkości.
- Niestety, Eggo, nie mamy tyle pieniędzy. Musielibyśmy obrobić tego Księcia z kasy, żeby nas było stać od razu - wyjaśniła Ryo. - Z drugiej strony ja zmieniam pracę, a przynajmniej mam taki plan.
- Eggo lubi swoja pracę...Eggo ma tam słodycze… -stwierdziło jajeczko siadając na komodzie i machając nóżkami. - Eggo zarobi i wtedy pójdzie na test. -dodało.
- Chyba nie mamy innego wyboru, Eggo. Legalnie nie uda się nam szybko zdobyć tych pieniądzy. Można byłoby się zapożyczyć, jakiś kredyt wziąć w banku, ale trzeba byłoby go potem spłacać - ostatnie zdanie miało w sobie jakąś tam gorycz świadczącą, że to ryzykowny pomysł. - Teraz idzie test drużynowy, więc potrzebna byłaby nam drużyna - dodała. - A Bezimienny, jeśli jest na tym piętrze, nie powinien zostać sam. Mam nadzieję, że nie dorwało go to stronnictwo V - ostatnie zdanie powiedziała bardziej do siebie, przeglądając prasę finansową.
- ummm Bezimieny silny...da sobie radę. -stwiedziło jajeczko, ziewając cicho. - Eggo zmęczony, Eggo chyba umm...zdrzemnie się. -stwierdziło, z chwilą zawahania jak gdyby szukało odpowiedniego słowa.
- Dobrze Eggo. Ja wychodzę, cukierki będziesz miał w pobliżu. Przygotuję ci resztę potrzebnych rzeczy. Nie otwieraj nikomu drzwi, udawaj, że cię nie ma w mieszkaniu. Przygotowałam ci zapasowe klucze do mieszkania, schowaj je sobie w ATSie - Ryo podała jajeczku zapasowe klucze do mieszkania. - Rozejrzę się za Bezimiennym i za nową pracą.

Co postanowiła, tak uczyniła. Przygotowała wszystkie niezbędne rzeczy dla Eggo. Sama zabrała rewolwer i uzbrojenie, które pochowała w ciemnym płaszczu. Zdecydowała się zabrać ze sobą katany i szable. Tak na wszelki wypadek - spakowała to wszystko do nowo zakupionej kieszeni broni. Zamierzała również zmienić tymczasowo wygląd ATSa na zielony i sprawić, by obie magiczne kieszenie zniknęły z pola widzenia. Gdy zrobiła to, co zamierzała, przybrała dużo mniej groźną postać i ruszyła na miasto w poszukiwaniu pracy, nowinek oraz swoich zaginionych kumpli.
 
__________________
Every time you abuse Schroedinger cat thought's experiment, God kills a kitten. And doesn't.

Na emeryturze od grania.

Ostatnio edytowane przez Ryo : 21-02-2015 o 23:58.
Ryo jest offline  
Stary 22-02-2015, 18:48   #8
 
Tropby's Avatar
 
The Mad Scientist



Mężczyzna obrócił się na biurowym krześle, rzucając swej przełożonej wymowne spojrzenie. Jego potargane włosy, dziwny uśmieszek oraz kitel lekarski przy noszeniu którego upierał się niezależnie gdzie w danej chwili się znajdował natychmiast przywodziły na myśl stereotyp nie do końca rozgarniętego naukowca, który w najlepszym razie był tylko nieszkodliwym dziwakiem, zaś w najgorszym… wszystko o czym mówił było faktycznie prawdą.
- Ja nie dam rady? - zapytał jak gdyby z lekkim niedowierzaniem. - Nie po to naginałem kontinuum czasoprzestrzenne i dziesiątki razy doświadczyłem na własne oczy zagłady wszechświata, by ostatecznie poświęcić swoją ludzką egzystencję i stać się uosobieniem kreacji żeby teraz poddać się kilku bugom w nieskompilowanych programach. Bring it on! - zawołał, na koniec wystawiajac przed siebie otwartą dłoń, jak gdyby czekał aż kobieta wręczy mu stos papierów. Wiedział jednak że zadania które otrzymywał zawsze przychodziły do niego w formie elektronicznej.
- Tak myślałam… -uśmiechnęła się kobieta, a jak na zawołanie Henry usłyszał odpowiedni dźwięk na swej biurowej poczcie, sygnalizujący o przyjściu odpowiednich danych. - Jak już się z tym uporasz i roześlesz do klientów, podskocz do mojego gabinetu. Mam pewna sprawę. - dodała, opuszczając jego miejsce pracy.
Na całe szczęście naukowiec przygotował już odpowiednie makro, które znacznie uprościło mu zadanie. Mimo to edytowanie i usuwanie błędów wciąż zajęło mu sporo czasu, jednak zdążył uporać się z najpilniejszym zleceniami i przed końcem dnia zjawił się w gabinecie Luki.
- Więc cóż to za sprawa wymaga mojej uwagi? - zapytał z uśmiechem osoby która mimo tego że w ciągu ostatnich 48 godzin przespała zaledwie 3 wciąż pełna była zapału do pracy.
- Siadaj Henry...chcesz kawy? -zaczęła kobieta obserwując naukowca. Gdy jego tyłek dotknął w końcu średniowygodnego krzesła dla interesantów, Luka podjęła właściwy temat bez owijania w bawełnę. - Dziś otworzyli rejestrację do testu na piąte piętro, powiedz masz zamiar brać w nim udział?
Henry zamrugał kilkakrotnie, chyba po to by upewnić się że nie znajduje się w kofeinowej śpiączce. Na widok kawy grzecznie podziękował, po czym przez moment zastanawiał się nad tym co powiedziała mu różowowłosa przełożona.
- Myślę że dość już się tutaj nasiedziałem - stwierdził w końcu, gładząc się po swoim krótkim zaroście na brodzie. - Ponadto opracowałem już kilka wynalazków które chciałbym przetestować. A ty miałabyś coś przeciwko temu? Tą pracę i tak mogę wykonywać na każdym piętrze gdzie mają dostęp do sieci - dodał, wzruszając ramionami. - W najgorszym razie zginę biorąc udział w teście. Czy raczej zginąłbym gdybym był zwykłym regularnym.
- Wręcz przeciwni, liczę że weźmiesz w nim udział. -kobieta uśmiechnęła się promiennie. - Wstęp do testu kosztuje 200 tysięcy… to sporo, jako że ja ci płace to wiem, że możliwe że jeszcze tyle nie odłożyłeś. Dlatego chciała zaproponować ci pewien sponsoring… -dodała składając palce i zerkając na Henrego znad okularów, by ocenić jego reakcję.
Mężczyzna odchylił się do tyłu na krześle z pewnym siebie uśmiechem.



- Nie żebym potrzebował sponsoringu. Przecież wiesz do czego jestem zdolny - stwierdził i z zadowoleniem uniósł do góry dłoń i pstryknął palcami, zaś w powietrzu przed jego twarzą zalśniły numery przypominające kod komputerowy, między którymi uformowały się poligony w kształcie woreczka. Po chwili zaś sakwa nabrała koloru, a gdy jej formowanie zostało zakończone, ta opadła na wyciągniętą dłoń geniusza z głośnym brzękiem monet których kilka wypadło na dywan przez niezawiązany otwór. Następnie Henry podrzucił sakwę do góry, a gdy monety posypały się z niej, wszystkie zaczęły jedna po drugiej tracić kolory i na powrót zamieniać się w cyfrowe poligony, które szybko rozpłynęły się w powietrzu. - W końcu jestem istotą kreacji. Pieniądze to dla mnie żaden problem. Nie wiem czy już to mówiłem - mówił co najmniej dziesięć razy, pierwszy już przy rozmowie o pracę - ale jestem tutaj in cognito, tylko po to by nie zwracać na siebie uwagi reszty regularnych.
Było to dość ironiczne stwierdzenie, gdyż przeciętna osoba mogła odnieść wrażenie że Henry nie robi nic innego tylko zwraca na siebie uwagę. Jednak może i to było częścią jego gry? Bo w końcu kto uzna przeciętnie wyglądającego człowieka zachowującego się jak niespełna rozumu cierpiący na megalomanię maniak komputerowy za kogoś rzeczywiście groźnego, czy chociażby wartego uwagi? Stosowanie odwróconej psychologii z pewnością nie leżało poza zasięgiem umysłu geniusza o boskich zdolnościach. A może boga w ciele geniusza? Słuchając Henriego można było odnieść wrażenie że samemu często sobie zaprzecza, a jeszcze ciężej było się domyślić co rzeczywiście ma na myśli gdy z jego ust wylewał się pozorny bełkot przywodzący na myśl fana teorii spiskowych, który jest święcie przekonany że to o czym mówi jest najprawdziwszą prawdą.
- Ale skoro sama wystąpiłaś z taką ofertą… - dodał po chwili, pochylając się niespodziewanie do przodu na krześle by oprzeć łokcie na biurku, spleść dłonie pod brodą tak by zakrywały jego usta i zaczął lustrować kobietę konspiracyjnym spojrzeniem. - To nie zaszkodzi jeśli będę mógł zachować swoją przykrywkę nieco dłużej. Czy życzyłabyś sobie czegoś w zamian?
- Również wiesz, że w wieży istnieje sporo istot potrafiących coś kreować, dlatego waluta jest nienamacalna. -odparła z uśmiechem szefowa, ale porzuciła ten temat. - Owszem Henry, chcę. Jesteś dobry pracownikiem i zapewne jeżeli będziesz potrzebował dalej pracować to zaciągniesz się w naszej firmie na wyższych piętrach, ale nie o to chodzi. -stwierdziła odchylając się na krześle. - Test jest grupowy...chciałabym byś w zamian za zapłatę pomógł mojej siostrze przez niego przejść. Jest strasznie niesamodzielna a gdy siedzi na tym piętrze to żeruje na mnie….może wyżej nauczy się trochę samodzielności…
- Brzmi uczciwie - Henry pokiwał głową w skupieniu. - Jako latarnik moje zdolności i tak najlepiej sprawdzają się jako wsparcie grupy, więc nie miałbym nic przeciwko nawet bez twojego wsparcia. Lojalny partner to zawsze dużo lepsza sprawa niż sprzymierzanie się z regularnymi których nie znasz.
Geniusz z powrotem wyprostował się na krześle już z bardziej przyziemną miną.
- Wiadomo ile osób będą liczyć grupy i kiedy test ma się zacząć?
- Jest tydzień na zapisy...grupy mają liczyć od czterech do maksymalnie ośmiu osób. -stwierdziła, po czym naciskając guzik w odpowiedniku interkomu odezwała się do swojej sekretarki - Możesz go już wpuścić. - po tej scenie, wyjęła z szuflady biurka kartkę i coś na niej napisała. - To adres mojej siostry, podejdź tam po pracy ze swoim nowym wspólnikiem i przekażcie, że jesteście ode mnie. Postaram się znaleźć jeszcze jakiegoś łowcę. -dodała, gdy drzwi do gabinetu się otworzyły. - A oto i Pan Trevor. -ucieszyła się, gdy w drzwiach stanął nieznany Henremu osobnik.


Wyglądał na dość młodego człowieka, zaś usilnie zapuszczona krótka kozia bródka miała go chyba delikatnie postarzyć.Jego stój i styl można było skojarzyc z buntowniczym - spora ilość tatuaży pokrywała widoczne przedramiona, zaś w każdym uchu bujały się po dwie złote obręcze. Podobnie jak Henry był szczupłej budowy, dość słusznego wzrostu. Ubrany w żołtą koszulkę z uśmiechniętą buźką, dżinsy oraz czarną kurtkę, po której spływały jeszcze kropelkideszczu. Włosy ukrył zaś pod czapka przypominającą jajko słynnego Yoshiego z gier o hydrauliku. Uśmiechnął się do dwójki dość drapieżnie unosząc dłoń w powitalnym geście.
- Yo, ty pewnie jesteś Henry? - rzucił, opadając na krzesło obok naukowca.
Naukowiec przyjrzał się przybyszowi, mierząc go wzrokiem od stóp do głów. Chyba przypadł mu on do gustu, gdyż szybko odwzajemnił uśmiech.
- Elo - również przywitał się uniesioną dłonią, po czym podwinął rękaw kitla i spojrzał na wyświetlacz miniaturowego komputerka zamontowanego na jego lewym przedramieniu. - Właściwie to i tak za 15 minut kończę. Posprzątam więc tylko i będę się zwijał - rzucił do Luki, a spojrzał w oczy drugiemu regularnemu. - Trevor, tak? Shinsoo czy zwiadowca?
- Shinso, latareczko. -odparł wesoło. - To leć posprzątaj swój kącik a ja sobie z Panią szefową tutaj dogadam parę rzeczy. -dodał puszczając kobiecie oko. Ona zaś przytaknęła ruchem głowy. - Tak Henry, skoro nie masz przeciwskazań co do tej umowy, to chyba tyle tylko musieliśmy omówić. -stwierdziła.
- W takim razie spotykamy się przed wejściem - oznajmił geniusz, podnosząc się z krzesła. Wyprostował swój kitel i na moment pochylił się jeszcze by położyć dłoń na ramieniu swego nowego wspólnika i szepnąć mu na ucho dość nietypowe sformułowanie: - El psy congroo.
Mimo iż jego ATS był włączony, shinsoista nie usłyszał niczego co mogło być dla niego bardziej zrozumiałe. Zdanie to mogło być zarówno zagadką, sekretnym kodem, bądź hasłem które miało za zadanie coś sprawdzić. Po tych słowach zaś Henry rzucił Luce szeroki uśmiech i z zadowoloną miną opuścił jej gabinet.
 
Tropby jest offline  
Stary 23-02-2015, 15:15   #9
 
Agape's Avatar
 
NFZ

Mało kto widząc Zafarę przemierzającego ulice zgadłby jakim zajęciem się para, bo czyż niska licząca ledwie sto pięćdziesiąt centymetrów postać okutana w czarny wystrzępiony płaszcz z kapturem, tak że można było się tylko domyślać tego co kryje się pod nim kojarzyła się w jakikolwiek sposób z pracownikiem szpitala? Nieszczególnie. Przywodził na myśl bardziej szpiega, kryjącego się w cieniu zabójcę, albo trędowatego ukrywającego wyniszczone chorobą ciało, nikogo kogo chciałoby się spytać o godzinę, czy zacząć niezobowiązującą pogawędkę o pogodzie. Mimo to zawsze punktualnie zgodnie z grafikiem pojawiał się w szpitalu. Tak właśnie, pojawiał się, nie wchodził drzwiami, nie wymieniał pozdrowień z recepcjonistką, zjawiał się od razu w szatni przechodząc przez zamknięte drzwiczki swojej szafki. Gdyby dać mu kosę można by pomyśleć, że to sama śmierć rozpoczyna swoją zmianę. Ale nic z tych rzeczy. Chwilę po przybyciu Zafara otwierał szafkę wieszając wierzchnie okrycie. Zdecydowanie nie był człowiekiem, całe jego ciało pokrywała krótka sierść w większości intensywnie czerwona, jedynie na podbródku, szyi i wewnętrznej stronie dłoni dało się zaobserwować zmianę koloru na piaskowy. Duże uszy uwolnione od kaptura wreszcie mogły się swobodnie podnieść celując w sufit i dodając właścicielowi wzrostu. Niezwykle długie i bujne czerwone włosy spływały miękko na plecy, żółte oczy patrzyły poważnie i dumnie. Całości dopełniał zwierzęcy przywodzący na myśl królika, a może lwa nos, wbrew pozorom wcale nie pocieszny, a nadający obliczu szlachetniejszego wyglądu. Kolejnym ciekawym szczegółem anatomii był zwisający swobodnie, zwężający się ku końcowi ogon podobny do gadziego, ale zamiast łusek pokryty tym samym co reszta ciała czerwonym futrem. Zafara ubrany był w obszerne szaty jakie zwykli nosić mieszkańcy pustyń, a jakże by inaczej w kolorze piasku, z żółtymi wstawkami i przepasane czerwoną szarfą, którą zdobił sztylet w ozdobnej pochwie.

Jakkolwiek prezentował się teraz zupełnie inaczej niż jeszcze przed chwilą, wciąż nijak nie pasował do wizerunku pracownika opieki zdrowotnej. I gdyby ktoś pytał go o zdanie pewnie by się to nie zmieniło, przepisy były jednak nieubłagane. Z kamienną twarzą zakładał więc lekarski kitel, starannie choć nie zawsze skutecznie upychał włosy pod czepkiem, używał maski i korzystał z rękawic. Tylko do noszenia folii na buty nikt nie był w stanie go zmusić, zresztą podobnie do noszenia samych butów. Na szczęście szerokie spodnie całkowicie zakrywały stopy toteż nikt niczego nie podejrzewał i się nie czepiał.

Tym czego najbardziej nie lubił w swojej pracy były lustra nad umywalkami, wypolerowane tace na narzędzia i wszelakie inne powierzchnie w których mógł zobaczyć swoje odbicie. Niezmiennie wytrącało go to z równowagi, jakby gapił się na niego ktoś obcy. W takich właśnie chwilach poprawiał maseczkę i nerwowo podciągał rękawiczki, jakby zasłaniając ciało mógł rozwiązać problem i pozbyć się dyskomfortu.
-Nie więcej niż zwykle.- odparł rechoczącemu nie wiadomo z czego Horgarowi.
Lateks pękł, nie pierwszy raz zresztą, niewielkie pazurki stanowiły poważne zagrożenie, szkoda że tylko dla jednorazowych rękawiczek. Nie szkodzi i tak musiał je wymienić, z tym pacjentem już skończył. „Ehh... co za głupota.”- myślał wrzucając je do kosza, niektórych pacjentów nawet nie dotykał, zresztą i tak nie mógł się niczym zarazić, a zmiana formy powinna być równie skuteczna co odkażanie. Powiedział o tym dyrektor, ale ta odparła że „bakterie są żywe, a przepisy jasne”. Chyba nie do końca rozumiała jego zdolności.

-Pręt.- zadecydował jak zwykle krótko i konkretnie, nakładając nową parę rękawiczek. Nigdy nie był zbyt wylewny, ale kiedy pogoda się psuła i za oknami deszcz siekł ulice z zawziętością godną lepszej sprawy, stawał się jeszcze bardziej milczący. Decyzja była prosta, jego umiejętności były niezastąpione w usuwaniu nieorganicznych ciał obcych, a metalowy pręt z pewnością zaliczał się do tej właśnie kategorii. Kto wie z jakiego powodu cierpiał drugi pacjent? Jeśli na przykład postanowił zjeść żywą ośmiorniczkę Zafara nie potrafiłby mu pomóc. Nie był lekarzem, nie został przyjęty ze względu na zakres wiedzy medycznej, czy doświadczenie w leczeniu groźnych chorób, jego atutem była specyficzna i zdaje się dość rzadka umiejętność. Jak tylko robociki zatrzymały nosze wziął się za przeglądanie danych pacjenta, żywe istoty zwykły miewać w środku zadziwiająco wiele skomplikowanych krwawiących rzeczy. Leżący na noszach nieszczęśnik pewnie by się z nim nie zgodził, ale Zafara wiedział że to nie pręt jest tu największym problemem, a to przez co przeszedł. Musiał ocenić czy po usunięciu metalu on i pomocnicy poradzą sobie z tym całym bałaganem, czy będzie potrzebny specjalista.
Właśnie to była kolejna cecha Zafary dzięki której mógł znaleźć prace w szpitalu. Nie działał pochopnie. Spokojnie kartkował cienki plik z danymi, grupa krwi oraz wszystkie najważniejsze informacje zostały wprowadzone do małego robocika który latał mu nad ramieniem. Bot zajmie się sprowadzeniem odpowiednich środków przeciwbólowych. Co ważne pacjent nie miał w sobie żądnych nieorganicznych części (po za prętem rzecz jasna) których przypadkowe usunięcie mogłoby być problematyczne i szkodliwe. Według karty chorego rana mimo że wyglądając paskudnie, nie była wielce poważna - ominęła najbardziej wrażliwe organy. Zafara z pomocą zajmujących się przyspieszaniem regeneracji tkanek botów, powinien bez problemu postawić chłopaka na nogi w ciągu kwadransa. Horgar już ruszył w stronę swego miejsca pracy, rechocząc jak zwykle. Z niewiadomych przyczyn grzebanie w ludziach sprawiało mu wiele radości.

-Proszę się nie martwić. To nic poważnego. Zaraz będzie po wszystkim.- czerwonowłosy powoli i wyraźnie przemówił do pacjenta, ponoć to pomagało. Przypadek okazał się łatwy, żadnych sztucznych organów, implantów w kręgosłupie, nanitów we krwi, niczego na co musiałby uważać. Dotknął palcami pręta, w tym czasie bot skończył podawanie medykamentów, skoncentrował się wytwarzając wokół ciała obcego nieco większą od niego walcowatą strefę shinsoo o szczególnym działaniu. Pręt a wraz z nim wszystkie zanieczyszczenia jakie dostały się na nim do organizmu stał się półprzeźroczysty jakby był jedynie hologramem, otaczające tkanki nie ucierpiały przy tej operacji w najmniejszym stopniu. Pomocnik uczynnie podstawił naczynie na odpady, Zafara przesunął niematerialny pręt siłą woli, a potem uwolnił koncentrację i metal zagrzechotał w pojemniku. Nic nie wskazywało na to że jeszcze przed chwilą sterczał z czyjegoś brzucha, nie było bowiem na nim nawet kropli krwi. Krwawa część zaczynała się dopiero teraz, boty skoncentrowały swoje promienie regenerujące na uszkodzonych naczyniach, a chirurg bez wykształcenia kontrolował parametry i delikatnie usuwał ssakiem nadmiar płynów ustrojowych. Po kilku minutach krwawienie całkowicie ustało, pomocnicy kontynuowali przyspieszoną regenerację, a Zafara zabrał się za uzupełnianie danych w kartotece pacjenta wklepując na wirtualnej klawiaturze datę, swój identyfikator i resztę wymaganych informacji. Opisanie prostego zabiegu potrafiło trwać nieraz tyle co sam zabieg, zwłaszcza jeśli jego wykonawca nie do końca orientował się w fachowej terminologii. Poradziwszy sobie i z tym problemem dał znak by robociki zabrały nosze robiąc miejsce dla kolejnego nieszczęśnika. Sądząc po względnej ciszy Hortgar również uporał się ze swoim przypadkiem, a przynajmniej sprawił że jego podopieczny przestał wrzeszczeć. Niewysoki medyk po raz nie wiadomo który dzisiejszego dnia wyrzucił lateksowe rękawiczki, nie sięgnął jednak po nowe, jego zmiana się skończyła. Skinął głową lekarce która przyszła go zmienić i statecznym krokiem udał się do szatni, po drodze zatrzymując się przy automacie prasowym żeby nabyć dzisiejsze wydanie lokalnej gazety. Na miejscu pozbył się lekarskich atrybutów, chwycił swój ulubiony znoszony czarny płaszcz i zmienił się w ducha. Oczywiście nie takiego jakie straszą w nawiedzonych zamczyskach. Z jego własnej perspektywy niewiele się zmieniło, znajdował się dokładnie w tym samym miejscu, z tym że teraz był niematerialny. Jako duch przeniknął przez drzwi szafki i dalej przez jej tylną ściankę prosto do ukrytego za nią portalu. Gdyby świeciło słońce nie omieszkałby się przejść, ale w takie dni jak dziś wolał sobie oszczędzić wątpliwej przyjemności spaceru w deszczu, nawet jeśli ten nie był w stanie go zmoczyć jeśli sam na to nie pozwolił i znaleźć się na miejscu od razu. Drugi portal ukrył za szafą w mieszkaniu. Przeniknąwszy przez mebel wrócił do normalnej postaci. Jak zwykle po pracy zapalił światło, odłożył gazetę, siadł po turecku na łóżku, a z szuflady nocnego stolika nie wiedzieć czemu wypełnionej drobnym piaskiem wygrzebał rubin mniej więcej wielkości czereśni. Uniósł kamień trzymając go kciukami i palcami wskazującymi obu dłoni tak żeby przechodzące przezeń światło padało na jego twarz. Jego współlokatorka wiedziała, że nie powinna mu przeszkadzać co najmniej przez godzinę.

Współokatorka Zafary nie dość że była raczej dobrze wychowana, to ponadto nieobecna kiedy ten wrócił z pracy. Dzięki temu mógł odbywać swój obrządek w spokoju przez następne półtorej godziny. Dopiero wtedy dało się słyszeć dźwięk otwieranych drzwi wejściowych, a potem ciche pukanie, po którym dziewczyna otworzyła drzwi do jego pokoju.


Soni była młodą dziewczyną, o dość mocno zmodernizowanej budowie ciała. Prościej mówiąc- była cyborgiem. Czyli część tkanek dalej pozostawała ludzka, jednak większą ich część zastąpiły zmechanizowane substytuty. Na oko wyglądała jak zwykła nastolatka, lubiąca bawić się w cosplay.
-Chodź do kuchni Zaf, po drodze z pracy kupiłam pizze. -stwierdziła wesoło, odstawiając pod ścianę w korytarzu mokry parasol.
Uzupełniwszy zapas nadwyrężonych w szpitalu sił długouchy na powrót ukrył rubin w piasku i z dziennikiem w dłoni wyszedł na spotkanie Soni.
-A ja gazetę.- oznajmił patrząc na ociekający wodą parasol jakby był co najmniej zdechłym szczurem znalezionym w spiżarni. Naprawdę nie lubił deszczu, nie miał za to nic przeciwko dotrzymaniu latarniczce towarzystwa przy posiłku. Sam nie jadał. Dzięki dostępowi do różnorakiej aparatury medycznej, dowiedział się całkiem sporo o sobie, na przykład, że jego wnętrze jest o wiele mniej zróżnicowane i ciekawe od tego co miał w sobie przeciętny pacjent, nie posiadał między innymi tego wszystkiego co nazywano układem trawiennym. Jedynym namacalnym posiłkiem jaki w jego wypadku wchodził w grę było płynne shinsoo. Być może dla tego z taką fascynacją obserwował dziewczynę-cyborga przy jedzeniu, wyraz jej twarzy kiedy odgryzała kolejny kawałek czegoś co uważała za pyszne był dla Zafary prawdziwym spektaklem.
Dziewczyna już do tego przywykła, dlatego zakupiła potrawę w wymiarach odpowiednich dla siebie. Między jednym kęsem ciągnącej się serem pizzy a drugim, zerknęła na długouchego i zagadnęła. - Jak było w pracy? - kobieta wiedziała, że z Zafary jest raczej milczek, ale zawzięcie próbowała go chociaż trochę uspołeczniać.
-Jak zwykle.- odparł w swoim stylu czyli jak najkrócej się dało, wiedział jednak że Soni się tym nie zadowoli. Śledząc wzrokiem szczególnie długą serową nitkę zebrał się w sobie dodając nieco więcej.
- Mała dziewczynka połknęła gumowe zwierzątka pachnące owocami, powinny bez problemów przejść całą drogę, ale rodzice strasznie się przejęli, więc pomogłem im i je wyjąłem. Wyjąłem też pręt zbrojeniowy z brzucha chłopaka i parę innych rzeczy. Nic nadzwyczajnego.- wzruszył ramionami. -A co u ciebie?- z kolei on zadał pytanie, zdecydowanie bardziej wolał słuchać niż mówić.
Soni chwile przeżuwała w milczeniu dając mu się wygadać. Na szczęście trudno było ja obrzydzić takimi faktami, jak usuwanie dodatkowych elementów z czyjegoś wnętrza. - Hymmm całkiem miło. Dzisiaj padało więc dzieciaki, musiały cały dzień siedzieć w przedszkolu, więc było trochę więcej pracy. Ale wymęczyła je zabawa w wojnę i w czasie drzemki sama mogłam trochę odpocząć. - odparła uśmiechając się. - Słyszałeś, że otworzyli rejestrację do testu? Nie miałam czasu dziś tam podskoczyć dowiedzieć się szczegółów… w sumie szpital jest blisko odpowiedniego portalu. Może przejdziesz się jutro po pracy dowiedzieć co i jak? - poprosiła ze słodkim uśmiechem.
Nic nie wskazywało na to by Zafara przejął się sprawami przedszkola, tak jak i nic nie wskazywało na to, że były mu obojętne. Reakcja pojawiła się dopiero na wiadomość o teście, czerwonowłosy pokręcił przecząco głową dając do zrozumienia, że nic mu o tym nie wiadomo.
-Dobrze, jutro dowiem się wszystkiego.- zgodził się od razu, wspomniane szczegóły interesowały go w nie mniejszym stopniu niż przedszkolankę.
- Jesteś najlepszy! -ucieszyła się dziewczyna, okładając na talerz brzeg ciasta niepokryty żadnymi dodatkami. - W sumie słyszałam, że za parę dni...chyba trzy czy cztery mają być jakieś duże promocje w głównej fili Valv. Mają tam dużo fajnych rzeczy na przecenie, można by coś ciekawego złapać. Poszukalibyśmy ci jakichś bardziej stylowych ubrań. -stwierdziła, krytycznym wzrokiem zerkając na szatę Zafara.

-Lubię swoje ubrania.- oświadczył z przekonaniem. Naprawdę lubił pustynny strój i uważał że jest bardzo stylowy, a konkretnie bardzo w jego stylu. Z czarnym płaszczem sprawa miała się trochę inaczej, żółtooki nosił go nie ze względu na wygląd, a anonimowość i ochronę przed przypadkowym spojrzeniem na własne odbicie jaką dawał. Właściwie to chyba nie miałby nic przeciwko, gdyby materiał był nieco mniej wystrzępiony, ale niechęć do wizyty w markecie odzieżowym była silna i miała swoje powody, przynajmniej według Zafary. -Poza tym tam będą lustra.- dodał jakby to wszystko wyjaśniało, jakby duże lśniące odbitym światłem lamp powierzchnie stanowiły ostateczny niepodważalny argument przeciwko wszystkim tego typu wyprawom. Oczywiście lustra znajdowały sobie miejsce nie tylko w sklepach odzieżowych, były wszędzie, a prawie każda gładka powierzchnia począwszy od szyby w oknie, skończywszy na kałuży próbowała je naśladować, niemniej te w przymierzalniach ze względu na oczywistość swojego zadania wywoływały u Zafary największy dyskomfort. Uznając temat za zakończony otworzył gazetę na stronie z prognozą pogody, chciał wiedzieć czy jutro przyjdzie mu zmagać się ze strugami wody czy może jednak zobaczy tak cenione przez siebie słońce.
- A co jak na jakimś teście będzie wielkie lustro? -dziewczyna spojrzała na pustynnego przybysza groźnie. - Musisz walczyć ze swoimi słabościami, a nie kulić ogon...w sensie ten metaforyczny. To że są tam lustra to tylko kolejny powód by iść na zakupy. A coś w tych klimatach jakie nosisz na pewno znajdziemy...to duży sklep. -upierała się dalej.
Zafara wpatrywał się w niewielki obrazek przedstawiający ciemną burzową chmurę, zdawało się że czyta znajdujące się poniżej informacje, jednak w tej chwili to nie temperatura, ciśnienie i kierunek wiatru zaprzątały jego umysł. Wiedział że Soni ma rację, sam uznawał sytuację za niedorzeczną i wyjątkowo niewygodną. Kto to widział bać się własnego odbicia? Racjonalna część jego umysłu była już porządnie zmęczona pozostawaniem w ciągłej gotowości i nieustannym unikaniem potencjalnych „zagrożeń”. Zwłaszcza że obiektywnie rzecz biorąc żadnego zagrożenia nie było. Niestety emocjonalna składowa jego istoty za każdym razem gdy spoglądał na własne oblicze wzdragała się cała i marzyła tylko o tym by uciec od obcego spojrzenia. A on zamiast z tym walczyć przez cały czas stosował jedynie doraźne środki zapobiegawcze. Owszem sprawdzały się, ale nie rozwiązywały problemu, a im dłużej to wszystko trwało tym bardziej stawało się uciążliwe. Duch pustyni westchnął, nie oddychał, dla niego był to jedynie środek ekspresji służący wyrażaniu emocji.
-Oby mieli coś, co będzie się dematerializowało wraz ze mną.- skapitulował, przerzucając kolejne strony dziennika. Zdecydowanie nie uznawał marketu odzieżowego za najlepsze miejsce by rozpocząć walkę z własnymi słabościami, ale gdyby miał wybrać jakieś inne pewnie nigdy by się nie zdecydował.
- Zuch chłopak zasłużyłeś na cukierka! - pochwaliła i odruchowo pogrzebała w kieszeni za łakociem, po czym zarumieniła się lekko. To była jej cybernetyczna przywara, czasem zapomniała odprogramować pewnych partii swego ciała po pracy. Kiedy musisz często powtarzać pewną fazę, lepiej po prostu przystosować do niej pewne podzespoły - na przykład jak dawanie podopiecznym cukierków za jakaś dobrze wykonaną czynność. Dziewczyna chciała już podjąć kolejny temat do rozmowy, kiedy niespodziewanie po mieszkaniu rozszedł się dźwięk dzwonka telefonu. Ten wskazywał na służbowy aparat Zafara który dostał od ordynatora w celu kontaktu w sytuacjach losowych.

Czerwonowłosy zignorował automatyczne zachowanie swojej współlokatorki, zdążył się już przyzwyczaić do takich i podobnych sytuacji. Swój telefon przechowywał w ATSie, jako że było to jedyne miejsce które gwarantowało, że zawsze będzie miał go przy sobie i nie zgubi przy pierwszej zmianie formy na niematerialną. Melodii dzwonka dobywającej się jakby z innego wymiaru nie dało się z niczym pomylić. Kilka sekund później aparat znalazł się przy jego uchu.
-Słucham?- zapytał by za dość stało się formalnościom, jednocześnie pomachał Soni na pożegnanie i poszedł do swojego pokoju. Chyba żaden pracownik szpitala nie potrafił się zjawić na miejscu tak szybko jak on, oczywiście jeśli był akurat w domu.
- Witam doktorze Zafara, tutaj Rayan Conent, ordynator. -przedstawił się gdyby duch pustyni nie poznał jego charakterystycznego piskliwego głosu. - Zapomniałem o Pana nietypowych środkach powrotu do domu, a chciałem złapać Pana na chwilę przed wyjściem. Czy była by możliwość by zjawił się Pan dziś w moim biurze? - Rayan był osobą, która z trudem chowała i tłumiła emocje. Widać było iż jakaś sytuacja wyraźnie poddała go zbyt dużej ilości stresu.
Oczywiście zakapturzony rozpoznał głos przełożonego od razu, rzadko kiedy ktoś inny dzwonił na jego służbowy numer, niemniej słowa Rayana zdziwiły go nieco, spodziewał się informacji o jakimś poważnym wypadku, strzelaninie... był gotów natychmiast ruszyć wiedząc że liczy się każda chwila, tymczasem został zaproszony na dywanik. Czyżby jakieś uwagi do jego raportów?
-Dobrze panie ordynatorze, będę za chwilę.- odpowiedział i się rozłączył.
-Zdaje się że tym razem nikt nie umiera.- zawołał jeszcze chowając telefon i zmienił stan skupienia postępując w stronę szafy. Dotarcie do właściwego gabinetu nie zajęło mu więcej niż pięć minut. Energicznie zapukał do drzwi.
 

Ostatnio edytowane przez Agape : 08-05-2015 o 20:44.
Agape jest offline  
Stary 24-02-2015, 22:36   #10
 
Ajas's Avatar
 
Siatka projektowa



Miasto to niezwykle złożona konstrukcja. Jest niczym ul, tylko że w tym gnieździe każdy osobnik ma złożony charakter i pragnienia. Nie można więc budować go tylko w kwestii dobrej i wydajnie ułożonej pracy. Miasto musi trzymać umysły w ryzach, zapobiegać konfliktom nim te powstaną. Dlatego też niemal każde miasto podzielone jest na strefy. W każdy znajdzie się ulicę pełną dyskotek, taka przy której stoją duże zakłady produkcyjne, osiedla klasy średniej jak i typowe slumsy. Dzieje się tak bo lubimy przebywać wśród nam podobnych, a najlepiej trochę gorszych – by móc połechtać swe ego. Nikt nie chciałby z okna swej ciężkiej i co gorsza – często słabo płatnej pracy, obserwować ogródka gdzie jakiś bogaty staruszek pije sobie drogiego drinka, na którego nas nigdy nie będzie stać.
Jednak co zrobić gdy miasto jest wielkości świata, a wznosiły je setki różnych ras? Ogarnięcie tak dużej przestrzeni jest niemalże niemożliwe, trudno sprawić by biedni nie mieszali się na ulicach z bogatymi, bez podjęcia poważniejszych korków. Właśnie dlatego zastosowano siatkę projektową. Na plan czwartego piętra rzucono owy przydatny w projektowaniu obiekt, by podzielić je na sto sektorów. I to właśnie tym sektorom zaczęto nadawać role, a dopiero później przesiedlono ludność tak by pasowała do otoczenia. Wszystko zostało połączone siecią portali i samolotów, za które w większości wypadków było trzeba płacić. Dzięki temu uzyskano pewność, że pieniądz – idealny sposób dzielenia na kasty każdej nacji, będzie nadrzędny. Bowiem łatwiej niż setki tysięcy ludów, kontroluje się jeden stały dla wszystkich pieniądz.
Większość sektorów stanowią miejsca mieszkalne przystosowane do odpowiedniej zamożności obywatelów. W tych najlepszych górują przeszklone wieżowce, gdzie w apartamentach bawią się bogaci. W najgorszych – obdrapane bloki, gdzie zimny wiatr wdziera się rpzez nieszczelne okna, a wentylacją niesie się zapach gotowanej kapusty. Ponadto istniały trzy sektory ogólnie dostępne dla wszystkich – transport do nich był powszechnie możliwy i darmowy. Były to kolejno: dystrykt handlowy, sektor przemysłowy i najmniejszy z nich wszystkich – obszar testów.
Pierwszy był olbrzymi obszarem w którym dominowały sklepy. Oczywiście istniały też sektory z luksusowymi ofertami dla bogaczy, jednak za portale do nich było trzeba zapłacić dużą ilość kredytów. W ogólno dostępnym można było jednak znaleźć szeroką gamę produktów. Prawdopodobnie istniały tu sklepy i specjaliści z każdej dziedziny którą można było sobie zamarzyć.
Sektor przemysłowy zrzeszał wszelkie organizacje i zakłady produkcyjno wytwórcze. Setkitysięcy istot przybywało tu codziennie rano by oddać się swej pracy. Obszar ten oddzielony był od reszty piętra specjalną kopułą która niszczyła wszelakie zanieczyszczenia, które wypuszczone samopas mogłyby skazić cały świat w krótkim okresie czasu.
Obszar testów był zaś malutkim sektorem w centrum piętra. Nie uwzględniono go w pierwotnej siatce projektowej, można było mówić że to sto pierwszy obszar. Miejsce gdzie można było poddać się rejestracji i spróbować swych sił w drodze na szczyt.

Sektor handlowy

Pango & Lu

W pogoni za odznaką.


Mały mis Panda oraz jego zrobotyzowany wilczy kompan stanęli przed siedzibą firmy Valv. Był to ogromny supermarket, przypominający wizję szalonego artysty z dziwacznym umiłowaniem do sześcianów. Sklep składał się z setek kostek połączonych ze sobą, tak że z głównej budowli wyrastały wieżyczki, łączone kilkoma kostkowymi mostami pod różnymi kątami. Wszystkie kostki zaś stanowiły osobne filie sklepów – im więcej chciało się ich wykupić dla swego przedsiębiorstwa tym więcej było trzeba zapłacić. Jedynie środkowa część budowli odbiegała od sześciennego schematu, stanowił ją bowiem ostry stożek wyrastający wysoko w górę. Pełnił on dwie rolę- po pierwsze był siedziba dla zarządu oraz centrum ochrony, a po drugie na czubku wieżyczki znajdowało się urządzenie, które mogło otoczyć centrum handlowe polem siłowym, gdyby w okolicy pojawiło się zagrożenie.
Regularni ruszyli w stronę wejścia dla interesantów, gdzie dłuższą chwilę zajęły względy bezpieczeństwa – zwłaszcza wobec Wilczura któremu musieli zabrać całą amunicję, oraz sprawdzić czy jego „wystrzałowe” ramię, jest odpowiednio zabezpieczone. Gdy w końcu udało im się zakończyć formalne obowiązki byli nieźle wymęczeni, dzięki temu fotele w poczekalni okazały się pierwszy raz takim miłym widokiem.
W pokoiku stał automat z darmową wodą, oraz taki który po uiszczeniu opłaty mógł poczęstować gościa czymś słodszym i bogatszym w cukier. Pod sufitem wisiała kamera, która stale skanowała teren, a nieduża doniczkowa palma była jedynym dodatkowym elementem wystroju.
Po za nimi w pokoju były jeszcze dwie osoby oczekujące zapewne na rozmowę o pracę. Ten siedzący bliżej wejścia był dość nietypowy.


Zdawało się iż całe jego ciało składa się z ześrubowanych ze sobą różnokolorowych blach. Jedynie paszcza bogata w długie krzywe zębiska odsłaniała całkowicie organiczny język, gdy stwór głośno mlaskał, żując gumę balonową. Przypominające denka od kolorowych butelek oczy zwróciły się na chwilę w stronę przybyłych, zaś stopy przypominające pedały hamulcowe samochodu na chwilę przestały wystukiwać na podłodze rytm. Jednak gdy istota zbadała ich wzrokiem, wróciła do gapienia się w ścianę i głośnego żucia. Co jakiś czas drapała się po głowie widelcem, który stanowił jeden z jej palców, jak gdyby nad czymś myślała.
Drugi przybysz był przy niej wzorem piękna i pożądania kobiecych serc.


Szczupły chłopak o włosach tak jasnych, że niemal śnieżnobiałych. Jego oczy były intensywnie błękitne, do stopnia w którym zdawało się iż błyszczą. Ubrany w zwykłą bluzę z kapturem oraz spodnie, zerknął w stronę Wilczura i Pandy i uśmiechnął się.
- A ty co… z dzieckiem przyszedłeś? –zaśmiał się, kpiąc delikatnie ze słodkiego wyglądu Pango. – chociaż pewnie sklepy z zabawkami też potrzebują strażników… mógłbyś udawać pluszowego misia. –dodał. – Na pewno nadasz się do tej roli bardziej niż on… – mruknął, wskazując na cos czego wcześniej d1)ójka podróżnych nie dostrzegła.

Coś przypominające rzuconą niedbale na krzesło szmatę drgnęło niespodziewanie zaczynając powoli się podnosić. Koronkowy materiał zsunął się po okrągłej łysej głowie dziwacznej istoty, gdy ta wyprostowała się na krześle.


Lu mógł dostrzec, że w pomieszczeniu pojawiły się dwie nowe osoby. Wilk o cybernetycznych ramionach, oraz malutki miś Panda, żujący zielony listek. Ten ostatni przypominał mu zresztą pluszaka, które tak lubiły przytulać dzieci.


Sektor 24

Zafara

Przełożony


Wizyta u szefa zawsze była czymś czego się unikało, nieważne czy nad nami stał ordynator, dyrektor, czy barbarzyński król. Wynikało to z bardzo prostej kalkulacji – prawdopodobieństwo tego, że coś przypadkiem przeskrobaliśmy, przekraczało w znacznej mierze możliwość otrzymania nagrody. Oczywiście Zafara o tyle różnił się w tej kwestii, iż podszedł do wizyty ze względnym spokojem – wiedział bowiem, że jego sumienie jest czyste. Jedynym co mógł zrobić źle to błędne wypełnienie raportu czy niepodbicie jakiegoś stempelka –nic co mogłoby przynieść mu większe problemy.
Gabinet do którego wkroczył dawny mieszkaniec pustyni był przestrony i ładnie urządzony. Na przypominającym białe drzewo pozbawione liści stojaku, wisiał płaszcz niewysokiego ordynatora. Rayan Conent, widocznie lubował się w jasnych i zimnych barwach, bowiem większość pomieszczenia utrzymana była w bieli. Szafki z wieloma dokumentami i segregatorami, puchaty dywanik, a nawet jego fotel i krzesło dla gości – wszystko niczym ulepione ze śniegu. Tym co zaburzało monotonię kolorów, były stojące na parapecie roślinki o szerokich liściach w kolorze nadmorskiej laguny. Wydzielały bardzo ładny zapach, który działał dla całego pomieszczenia niczym odświeżacz powietrza. Na ścianie wisiał kalendarz medyczny, na każdy miesiąc dano zdjęcie innej maszyny pomagającej ratować życia. Obok niego znajdowało się zdjęcie przedstawiające trzy grube, różowiutkie postaci o świńskich pyskach. Jedna z nich był ordynator, który spoglądał teraz na Zafara znad swego biurka.


Był on niewysokim, ale za to bardzo szerokim humanoidem przypominającym chodzącą świnię. Powszechnie wiadomym było iż bujna grzywa włosów na jego głowie była zakupionym tupecikiem, pod którym ukrywał łyse niczym kolano rejony. Jedynym naturalnym owłosieniem które prezentował był mały, lekko zawinięty ku górze wąs, który wyrastał z boków jego ryjka. Okulary które nosił miały przyciemniane szkła, ponieważ jego oczka zawsze były rozbiegane, jak gdyby spodziewał się dzikiej szarży miłośników bekonu z każdej strony. Czarny materiał w oprawkach pomagał zaś prowadzić z nim rozmowy. Rayan otarł tłuściutkie czoło jedwabną chusteczką, bowiem jak zwykle obficie się pocił. Chociaż trzeba było mu przyznać, że na białej marynarce nie było nawet jednej mokrej plamki.
- Ah Zafar…jak zawsze szybki…siadaj, siadaj. –stwierdził swym piskliwym głosikiem, po czym zachrumkał cicho. – Może wody? –zapytał tylko z grzeczności, wiedział którzy jego pracownicy muszą pić i jeść, a którzy tego nie potrzebują.

???

Fanka


Zakapturzony i opatulony płaszczem Grajek siedział pod ścianą obserwując powoli słabnący deszcz za oknem. Krople coraz rzadziej uderzały o szybę teatru, wygrywając na niej swój własny koncert – jednak ten pokaz był po za oceną Makaia. Artyści wchodzili i znikali ze sceny, na którą od czasu do czasu gitarzysta zerkał jednym okiem. Los chciał, że deszcz przestał padać dokładnie w momencie gdy na krzesełku przy pianinie zasiadł Maxwell Herc. Splótł on pokryte materiałem rękawiczek palce i najpierw przybliżył je do piersi, po czym okręcił i od niej oddalił, pozwalając palcom strzelić cicho. Gdy rytuał ten został zakończony, nabrał on powietrza w płuca, a palce uderzyły o klawisze.

Mężczyzna lekko kiwał się gdy jego palce tańczyły po instrumencie, wydobywając z niego serię łagodnych dźwięków. Był to spokojny pokaz dwóch zakochanych w sobie tancerzy. Opowieść o smutku i przemijaniu, historia opowiedziana bez słów, a jedynie przy użyciu muzyki. Różniła się znacznie i od występu Hermesa jak i Grajka. Bohaterom tej powieści nie dane było zatańczyć razem. Każdy wykonywał swój osobny taniec, w nadziei że drugi do niego dołączy, jednak wraz z upływem czasu oddalali się od siebie coraz bardziej. Każdy wciśnięty klawisz, wyszarpywał kawałek miłości z ich nieistniejących sylwetek, przemieniając je w łzy płynące po pliczkach kochanków, którym nigdy nie będzie dane spleść się w uścisku. Ostatnie tony były silne i energiczne, podkreślały iż nadchodzi już finał opowieści. Ostatni wciśnięty klawisz był zaś niczym pocałunek śmierci, złożony po kolei na ustach z każdej gwiazd tego nieistniejącego baletu.
Gdy ostatnia nuta zdołała już wybrzmieć w powietrzu, Herc wstał i ukłonił się, by bez słowa i niespiesznie opuścić scenę. Nie ważne jakie podejście Grajek miał do zamaskowanego, to jednak talentu odmówić mu nie mógł.
Z racji jednak że było już sucho zaczął zbierać się do wyjścia. Jednak nim podniósł się z ziemi, padł na niego cień szczupłej, drobnej osóbki.


Blondynka o słodkim uśmiechu i dziecinnej okrągłej twarzy patrzyła na niego z góry. Odziana w sięgającą za kolana czerwoną sukienkę w białe niczym płatki śniegu grochy. Jej blond włosy związane były w gruby warkocz, który opadał na jej niewielką pierś, od strony prawego ramienia. Przechyliła lekko głowę, obserwując czubek kaptura Grajka.
- Umm…ładnie grałeś… –stwierdziła trochę nieśmiałym głosem, stukając czubkami palców wskazujących o siebie by trochę rozładować siedzące w niej napięcie.

Hermes

Podchody


Hermes siedziała pod parasolką dopijając kawę w miejscu z dobrym widokiem na teatr. Wcześniejsze opady raczej zniechęcały do chowania się po zaułkach, a tak przynajmniej mogła chociaż minimalnie się rozbudzić i wyglądać naturalnie. Dziewczynka, która swoją posturą przypominała małego chłopca, obserwowała swój cel, który właśnie opuścił główne wejście teatru.


Mężczyzna składał właśnie czerwona parasolkę którą przygotował zawczasu, po czym podpierając się na niej niczym na lasce, spacerkiem ruszył w miasto. Hermes nie spieszyła się z gonieniem za nim – wiedziała jak śledzić ludzi, a podstawową była naturalność. Dopiła więc ostatni łyk kawy, uiściła rachunek Sobocikowi który od razu do niej podleciał, po czym zachowując odpowiednim dystans ruszyła za Hercem.
Mężczyzna skierował się najpierw do jednego z nielicznych sklepów w okolicy, kiedy z niego wyszedł trzymał pod pachą pudełko z wysokiej jakości pralinami czekoladowymi. Łakomstwo dość szybko wzięło nad nim górę, i pozwolił sobie, wydobyć jedną. Hermes od tyłu widziała jedynie jak lekko unosi maskę by włożyć czekoladkę do ust, po czym zasłona twarzy wróciła na swoje miejsce. Kolejnym celem na drodze spokojnie spacerującego okazała się mała restauracja. Oczywiście Hermes nie weszła tam za nim, a jedynie obserwowała czy ten będzie widoczny z okna. Traf chciał że mężczyzna zajął miejsce przy stoliku, przy jednej z szyb, niedaleko jakichś materiałów budowlanych, z którymi dziewczyna mogła się ukryć. Hermes wkroczyła do swej nowej tymczasowej kryjówki , tylko po to by spotkać się wzrokiem z inną mała osobniczą, która w rękach trzymała aparat fotograficzny, skierowany w stronę obserwowanego okna.


Była wzrostu Hermes, miała niebieskie włosy a jej piersi były równie niewidzialne pod niebieską sukieneczką, co te należące do ambasador. Niebieskowłosa zarumieniła się lekko, gdy zapadła niezręczna cisza. Mniej więcej taka, jaka pojawiłaby się na scenie, gdyby w jednym mieszkaniu wpadło na siebie dwóch złodziei.
Maxwell Herc tymczasem z radością przyjął od kelnera swój lunch.

Yoshida

Kłopotliwy gość



Yoshida siedział rozwalony na poduszkach, które pełniły w jego luksusowym apartamencie rolę krzeseł. Niedaleko leżała taca z jedzeniem które sobie zamówił, a po drugiej – w zasięgu ręki, butelka z tak zwanymi „bąbelkami”. W jego pokoju nie było słychać muzyki, która towarzyszyła kasynu przez cały czas pracy – dzięki temu mógł przy pomocy potężnych głośników puścić wybrane przez siebie rytmy. Wielki telewizor został dopiero co wyłączony… a dokładniej przełączony na obraz z kamer jego miejsca pracy.
Dostał informacje – pojawił się problem.
Leniwie skakał przy pomocy pilota z jednej kamery na drugą, szukając krupiera który miał pokazywać cóż to za frajer, postanowił podskakiwać. W końcu dostrzegł dyskretne znaki, ale nawet bez nich łatwo było się domyślić kto zastrasza graczy.


Pokerzysta miał długą biała i potarganą brodę. Nie wyglądał jednak staro, a przynajmniej nie wskazywały na to szerokie bary i niemal trzy metry wzrostu. Każda z łap olbrzymiego mięśniaka, była grubości torsu Yoshidy. Ciężki hełm spoczywał na jego łbie, kryjąc prymitywną twarz, krzywe zębiska i małe oczka. Co prawda resztę zbroi gdzieś zgubił, zostając tylko w prostej koszuli – ale przy ty wzroście nie była mu raczej potrzebna.
Chłopak ziewnął – takie typy trafiały się przynajmniej raz na dzień. Wchodzili, grali, myśleli że sa najwięksi, najsilniejsi i wspaniali, po czym obijano im pyski. Najczęściej nie fatygowano go do takich sytuacji… może w tym prymitywie było cos specjalnego? Teoretycznie mógł to olać póki tamten nie zacznie robic prawdziwej burdy… ale z drugiej czy chciało mu się siedzieć w pokoju?

Dzielnica przemysłowa

Ryoku

Detal


Dziewczyna stała w sektorze przemysłowym mrużąc oczy by odczytać to co znajdowało sie na dużym szyldzie nad sklepem. Problemem było to, że czcionka której tam użyto była niezwykle mała, wręcz prosiła się o lupę, a mimo to zapełniała cały baner. Ktoś bowiem wziął sobie z punkt honoru by wypisać tam wszystkie branże w których można odnaleźć elementy przez niego wykonywane – a było tego sporo. Stolarstwo, metalurgia, hydraulika, rzeźbienie w kamieniu, w gipsie, w rysikach ołówków… wszystko o czym tylko dało się pomyśleć. Widać, mimo iż ogłoszenie w gazecie mówiło o pracy w detalu, to właściciel przybytku nie był wcale minimalistą.
Kiedy Ryoku wkroczyła do środka przywitał ją cichy dzwonek w który uderzyła framuga, oraz w pewien sposób zapierający dech w piersi widok. Cały warsztat wypełniony był niezwykle pięknymi elementami. Rzeźbione krzesła, stoły, malutkie płaskorzeźby oraz wielkie pomniki, wszystko to znajdowało się niemal na sobie. Gdzieś stała na pierwszy rzut oka normalna zbroja, jednak po głębszym przyjrzeniu okazywało się, że pokryta jest milimetrowej grubości siatką, złożoną z pędów kwiatów. Wszystko w pomieszczeniu zostało dotknięte palcem, a zapewne i kilkoma artysty.
- Ty o pracę?! – cienki piskliwy głosik dobiegł z pozoru pustego miejsca. Dopiero po chwili na kawałek skały nad którym właściciel akurat pracował, wspięła się jego mierząca około trzydziestu centymetrów osóbka.


Kolorem stroju przypominał trochę krasnala ogrodowego. Czerwona czapeczka i spodnie, trzymające się na skrzyżowanych szelkach, a do tego pokryty grubą warstwą pyłu powyciągany sweter. Kiedy odrzucił na bok małe gogle, ukazał Ryo duże czerwone oczy, oraz cienkie brwi. Miał niezwykle gładką twarz, niemal pozbawioną jakichkolwiek rys, więc trudno było odczytać w jakim nastroju się znajduje.- No co tak stoisz! Co umiesz! Czas to pieniądz, nie ma co go marnować! –ponaglał ją, lekko podskakując.

Sektor 13

Henry Mason

Siostra szefowej


Kiedy Henry wyszedł przed budynek siedziby firmy informatycznej, jego nowy kompan Trevor czekał już oparty o wypolerowany czerwony samochód. Pojazd był nieduży i zasilany jak większość energią Shinso. Unosił się nad ziemią, rezygnując z tradycyjnego zasilania kołowego, co znaczyło że nie należał do tej najniższej i najtańszej grupy przyrządów.
- Wskakuj informatyk, lecimy załatwiać sprawy szefowej. – stwierdził, samemu bez ceregieli otwierając sobie drzwi kierowcy i zasiadając za kółkiem. Kiedy Henry wsiadł do samochodu, ten ruszył nim drzwi zdążyły jeszcze dobrze zatrzasnąć się za naukowcem. Trevor był osoba raczej rozmowną (mimo huczącej w radiu muzyki) więc Henry mógł sobie uciąć z nim pogawędkę w trakcie drogi do sektora 13. Przebycie przez portal chwilę im zajęło, bowiem sporo osób kończyło teraz pracę i wracało do swych domostw. W końcu jednak wpadli w magiczną energię i wyskoczyli w jednym z najbiedniejszych sektorów.
- Ale dziura.. – mruknął mężczyzna w czapeczce, rozglądając się po obskurnych blokach.
Adres podany przez przełożoną doprowadził obu mężczyzn na parking przy jakimś obskurnym blokowisku. W pobliskim koszu na śmieci zanurzony do pasa był jakiś menel, który szukał skarbów, zaś na murku siedziała śmietanka osiedlowa. Różnorodna rasowo – to prawda – jednak zjednoczona ortalionem.
- No bez jaj siostra szefowej tu mieszka? – jęknął Trevor, zerkając to na mała karteczkę, to na…


…obskurną przyczepę kempingową która stała na parkingu. Ściszona muzyka w samochodzie pozwalała słyszeć jakieś dźwięki wewnątrz ruchomego domostwa, co świadczyło, że ktoś tam był.
- Nie ma mowy, ja zostaje. –stwierdził Trevor unosząc ręce znad kierownicy. – Idź z nią wszystko załatw, powiedz że my od Luki i w ogóle a ja tu posiedzę. –dodał, wyjmując z skrytki jakieś kolorowe pisemko o samochodach.

Strife

Hej ho hej ho…kurwa


Wytrwałością i pracą herosi się bogacą. Ta maksyma była oczywiście warta tyle co ostatni posiłek Strifego – czyli spuszczenia jej głęboko w kanalizację. Herosi powinni obijać pyski demonom, wyrywać panienki na swe umięśnione torsy i pływać w dolarach! A zamiast tego on stał teraz w obskurnej uliczce, patrząc na adres podany mu przez Linę. A do tego zamiast dolarów miał przyczepę kempingową i musiał myć dziś gary – co w jego życiu poszło źle?
O tyle dobrze, że zakodowane ogłoszenie okazało się czymś w miarę sensownym. Miał ciarki na sama myśl, że mogłoby to być na przykład stowarzyszenie koszykarzy-plecionkarzy. Agencja detektywistyczna o wdzięcznej nazwie „Trzecie Oko” nie brzmiała przy tym tak tragicznie.
Biuro mieściło się w normalnym tanim bloku, zapewne było to po prostu mieszkanie Pana „detektywa”. Gdy Strife zapukał do mieszkania numer 12, usłyszał po chwili dźwięk podciąganych spodni i pospieszne wykrzyczane - Wejść!

Pierwszym co poczuł po wkroczeniu do ciasnego korytarza był papierosowy dym. Kłęby tytoniowego przysmaku wyłaniały się z jedynych otwartych drzwi. W korytarzu stały dwie pary butów- obie męskie w czerwonym kolorze, oraz wisiała ciężką czarna kapota. Strife wiedział gdzie ma iść, przełknął jeszcze raz ślinę, zaklnął pod nosem i dwoma krokami stanął w progu otwartego przejścia.


Za biurkiem które stanowiło główną część małego pokoiku, siedział blond włosy młody mężczyzna. Część głowy ukrył pod czerwonym kapturem, ale jego proste włosy w kolorze słońca i tka nie dały się tam ukryć. Ubrany w różową koszule w serduszka, która niedbale zapiął jednym guzikiem, prezentując tym samym umięśnioną pierś. Trzecia para czerwonych butów znajdowała się na jego nogach, a te z kolei leżały na rzeczonym wcześniej meblu. Papieros na chwilę zastygł w jego ustach gdy obserwował swym błękitnym spojrzeniem przybysza. To co było specyficzne w jego twarzy to fakt, że połowa ust wymalowana była niczym u klauna –stylizowana w szeroki uśmiech. To samo tyczyło się oka na tej części jego facjaty- otaczały je czerwone trójkąty, mające w teorii nadać wesołego wyglądu.
- Psia mać! Myślałem, że to jakaś fajna kobitka. – prychnął. – Szukasz roboty czy masz sprawę? –zagadnął, wypuszczając dym nosem, a spojrzeniem wskazując Strife krzesło.
 
__________________
It's so easy when you are evil.
Ajas jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:06.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172