Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 04-06-2015, 11:55   #1
 
Caleb's Avatar
 
[Autorski/Steampunk] Dead Men Tell No Tales


Dla mieszkańców północnego Oriona czas Długiej Nocy zawsze oznaczał surowe zimy. Kiedy przez resztę roku Bellatrix tętniło życiem, teraz jakby pogrążyło się w letargicznym śnie. Latarnie rzucały niewyraźne plamy światła na skrzące się od mrozu tło miasta. Osnutych kotarami gęstego śniegu alei nie szło zmierzyć wzrokiem. Gdyby spojrzeć na aglomerację z lotu ptaka, próżno byłoby szukać dziesiątek baszt, przyportowych magazynów czy słynnych bulwarów. Wszystko bowiem stanowiło biały całun licznie poprzecinany smugami z kominów. I tylko ogromne proporce z czerwonym emblematem Hanzy wyróżniały się w monotonii jasnego puchu.
A jednak znajdowały się tu miejsca, które wciąż żywo przyciągały do siebie ludzi. Jedno z nich sytuowano pod olbrzymim parawanem na centralnym rynku. Namiot skrywał w sobie jadalnię i karczmę w jednym. Dębowe, potężne stoły ustawiono tu na planie prostokąta. Przy głównej części mieściło się rozżarzone palenisko. Gęsty dym wysączał siwe jęzory spomiędzy rozgrzanych węgli. Na ruszcie smażono dziczyznę. Tłuszcz skapywał z grubych udźców do żaru, głośno sycząc. Ciepło rozeszło się po wnętrzu, toteż bywalcy porzucili odzienia na mosiężnych wieszakach. Teraz w swobodnych pozycjach rozprawiali między sobą. Czas umilała trupa grajków, tkająca ckliwe melodie na okablowanych wiolonczelach.
Kogóż tu nie było! Szczurowaci flisacy pijący ostrygowy stout, żołdacy z Niebieskiej Armii, zgięci pod ciężarem karatu handlarze. Gzieś mignął też szlachecki żupan. Zewsząd dało się usłyszeć ożywione rozmowy:
- Kości mnie łupią. Sztorm idzie.
- Ćwierć budżetu na wojskowych. Będzie wojna?
- Stara mnie zabije.
Lecz to nie ów słowa zaważyły na przebiegu tego wieczoru. Wyszły one z ust dwóch marynarzy, którzy właśnie przybijali do siebie glinianymi kubkami. Po nerwowej retoryce jasne było, że dziś nie pierwszy raz opróżniają ich zawartość.
- Pieprzysz, wóda ci już całkiem poprzestawiała w bani.
- Klnę się na brodę ojca. Wiem, co widziałem!
- Bzdury, mówię, brednie!
Mechaniczne, przypominające humanoida urządzenie pojawiło się przy stole. Na blacie wylądowały parujące półmiski. Dwójka zingorowała ten fakt. Robot ruszył obsługiwać następnych klientów.
- Każdy może tak chrzanić. Yarvis to zwykłe bajdurzenie. Naiwny mit, jak to całe gadanie o Trójkącie Sturgida, Zatoce Syren czy Shagreenie.
Siedzący gdzieś samotnie, siwy mężczyzna podniósł głowę. Zgrzytnął zębami tak, że niewiasta nieopodal aż się wzdrygnęła.
- Shaaaagreeeen... - powtórzył, zaciągając usłyszaną nazwę.
Dyskutanci odwrócili się do niego.
- Jakiś problem starcze?
Pięści tamtego zacisnęły się, aż pobielały mu knykcie. Powoli dźwignął zwaliste ciało z drewnianego zydla.


Mimo podeszłego wieku w jego ruchach wciąż tkwiła pewna krewkość. Był słusznej postury, nosił ocieplaną futrem opończę oraz zniszczone nogawice. Pykał wrzoścową fajkę, której opary przysłaniały pomarszczoną twarz. Dopiero po chwili dało się zauważyć bielmo na jednym oku i świeżo rozbudzoną manię w drugim.
- Był zupełnie prawdziwy. Jak ty czy on - wskazał na losową osobę w pomieszczeniu - Pamiętam go, choć zdaje się że było to eony temu.
- Słuchaj przyjemniaczku… - wtrącił niemrawo marynarz.
Lecz wtem jegomość skoczył do niego, złapał za gardło!
- Pchuuuszaj!
W enigmatycznego mężczyznę coś wstąpiło. Wspomnienia rozbudziły na nowo uśpione dotychczas szaleństwo. Nieznajomy wierzgnął i wskoczył na pusty stół. Kopnięciem zrzucił stamtąd stary wazon, roztrzaskując go na kawałki.
- Słuchajta, kto żyw! - zamachnął ręką w powietrzu - Bo to, co zaraz wam opowiem jest szczerą prawdą!
Jego głos brzmiał potężnie, na podobieństwo załamującej się fali. Wszyscy zamilkli, zdezorientowani sytuacją.
- Dziś wyłożę wam historię, której dramatyzmu nie zaznacie choćby w ćwierci! Niech mnie Noas pokarze, jeśli kłamię!
Goście patrzyli po sobie nadal nie rozumiejąc. Pojawiły się pierwsze słowa protestu, ale wtem przerwała je dalsza część tyrady.
- Wielu nie wierzy w moje słowa. Kpi w swojej ignorancji i dworuje z tego, czego nie rozumie! Życie w tym mieście sprawiło, że obrastacie w tłuszcz!
Coś tkwiło w głębokim barytonie mężczyzny, co sprawiało, że nie było miejsca na otwartą krytykę. Jakiś niewysłowiony pierwiastek jego aparycji wymuszał posłuszeństwo, kazał wysłuchiwać przemówienie. On sam nachylił się jak dzikie zwierzę i zachichotał.
- Pławicie rzyci we względnym bezpieczeństwie. Jest wam ciepło, wygodnie i nic więcej was nie interesuje. Ale ja nie pozwolę, by czas wypalił historie o postaciach po dwakroć od was lepszych! Zatem zawrzeć gęby, siadać na dupach i nadstawić uszu!


- Rzecz miała miejsce na Andromedzie. Z centrali wysłano wici, że od kilku dni wyspa Southand nie dawała znaku życia. Przybyła straż ze Związku. I co ujrzeli? Ogromną wyrwę w murze miasta oraz dziesiątki zmarłych kamratów. Większość leżała z wyprutymi flakami, ot tak!
Tu nachylił się nad czyimś talerzem, wyciągnął zeń partię mięsa i rozsmarował sobie po klapie. Ktoś stłumił krzyk.
- Jedno było pewne. Musiało dojść do eksplozji. Pytanie tylko - jak chorzy zdołali zgromadzić tyle materiałów wybuchowych. Początkowo sądzono, że z katastrofy nikt nie przeżył. Pułkowi udało się jednak znaleźć strażnika, który wciąż nie odwalił kity. W przedśmiertelnych spazmach miał wyszeptać dwa słowa: Blazon Stone. Kamienny Herb.
W tym momencie cisza na sali była wręcz absolutna. Kamienny Herb należał do insygniów rodziny Barnes, jednego z największych rodów szlacheckich. Nikt o zdrowych zmysłach nie płodził lekkomyślnych plotek na ten temat.
- Początkowo informacja o zajściu była dostępna tylko dla władzy i magnaterii. Słusznie nie chciano prowokować paniki. Lecz wieści nie dało się tłumić wiecznie. Ani my, Corvus czy Wolne Miasta; nikt nie wiedział gdzie udali się zarażeni. Na nowo uświadomiliśmy sobie jak mało o nich wiemy. Zawsze zapędzaliśmy ich do azylów niczym bydło, a teraz pływali po jakimś morzu, całkiem wolni! Każdy twierdził co innego, ale jedna teoria miała szczególnie wzięcie. Powiadało się, że grupie zarażonych przewodzi wyjątkowy okrutnik. Skażony chorobą w stopniu wykluczającym jakiekolwiek człowieczeństwo.
W tym momencie poły wejścia od namiotu uniosły się. Chłodne powietrze z dworu wpadło do środka niczym nieproszony gość. Po karkach zebranych przebiegł masowy dreszcz. Nie tylko z powodu zimna.
- Shagreen - zagadnął ktoś z tłumu.
Orator wycelował w niego palcem i teatralne zasalutował drugą ręką.
- Strzał w dziesiątkę. Tak nazywamy go dzisiaj. Chociaż co niektórzy wolą siać szkodliwą propagandę, negującą jego istnienie. A rzecz to bardzo ważna dla wymowy mej opowieści!
Mężczyzna zaciągnął się z fajki, wypuścił dwa obłe kółka dymu. Jego charyzma zaczęła zbierać swoje żniwo. Nawet krótka pauza w historii spowodowała zniecierpliwienie słuchaczy.
- A dalej?
- To gdzie uciekli zarażeni?
- I co z Shagreenem!?
W odpowiedzi mówca obrócił się ku stronie kontuaru.
- Kyle! Ty chyba chcesz, żebym tutaj wysechł. Polej mi jeszcze jedno!
- Dobra gadka to nie wszystko - odezwał się wezwany - Chcę zobaczyć złoto.
Starzec strzelił z palca dukatem. Moneta poleciała przez całą salę, by wylądować tuż przed karczmarzem.
Za chwilę gawędziarz ujął kufel ze świeżo nalanym trunkiem i pociągnął solidny łyk. Pod szorstkim, pokrytym pianą zarostem pojawił się drapieżny uśmiech.
- A zatem słuchajcie...


Występują:


Lucjusz Ferat (NPC)
Znany badacz natrafia na trop Yarvis, legendarnego miasta przedwiecznych. Jest nią postać żyjącej tam niegdyś aktorki. Lucjusz kolekcjonuje wszelkie przedmioty związane z artystką. Płaci podwójnie lurkerom za każdy taki, wyłowiony fant. Podczas wywiadu w mieście Rigel pomaga mu Jacob Cooper, znajomy z czasów akademickich.


Deszatie jako Denis Arcon, lurker
Osierocony poławiacz, podróżujący ze stryjem Louisem. Podczas eksploracji ruin na morzu Qard odnajduje naszyjnik z wizerunkiem pięknej niewiasty. Jest to ta sama osoba, która interesuje Ferata. Denis postanawia go odnaleźć. W międzyczasie prowadzi śledztwo w sprawie zaginięcia innego lurkera, Enzo Castellari’ego, który był mu przyjacielem. Działania Denisa śledzi Black Cross, enigmatyczna organizacja szpiegów. Ich celem jest również sam Ferat oraz pewien szlachcic, Richard La Croix. Niniejsza grupa zakłada komitywę i opuszcza miasto. Mają spotkać się na wyspie Antigua, żeby omówić dalsze plany. Arconowi nie udaje się tam dotrzeć. Jego statek porywa wezbrany sztorm.


Alaron Elessedil jako Jacob Cooper, podróżnik (historyk)
Znany z nieprzeciętnej wiedzy o starym świecie i magnetycznego wpływu na kobiety. Postanawia pomóc Feratowi w dociekaniach na temat Yarvis. O wyspie dowiaduje się niewiele, lecz dokonuje innego odkrycia. Wszystko wskazuje na to, że zarząd gildii lurkerów ,,Nautilus” współpracuje z Black Cross. Jako przykładny kobieciarz wykazuje zainteresowanie Eloizą La Croix, siostrą Richarda. Śledzi ją podczas wizyty w bibliotece. Jest wtedy świadkiem zamachu na kobietę. Broni ją przed śmiertelnym ciosem, ale wróg ma przewagę liczebną. W ostatniej chwili dwójkę ratuje zarażony rewolwerowiec.


Mi Raaz jako Richard La Croix, reprezentant Wolnego Miasta
Szlachcic jest umówiony z korsarzem Dewayne’m Casimirem celem wymiany złupionego od Hanzy owsa. Spotkanie jest zasadzką, przerywa je szturm agentów spółki. Aby wyjaśnić sprawę w Delegaturze, Richard i Dewayne udają się do Rigel. Na miejscu władza sugeruje, aby odpuścić sprawie. Wtedy ktoś inny wyciąga w kierunku dwójki pomocną rękę. Enigmatyczny list zaprasza do jednego z dwóch miejsc: Mintaki lub Betelgezy. Opieczętowany jest symbolem Czarnego Krzyża. Richard łączy siły z Feratem i Denisem. Kiedy dowiaduje się o planowanym zamknięciu portów, wymyśla plan ucieczki z miasta i spotkania się z powrotem na wyspie Antigua. Na miejscu przybyszy wita nieznajomy szlachcic z rodziny Barnes.


Nami jako Samantha Kidd, pirat
Ruda burza włosów i dziki błysk w oku: istota tak zjawiskowa, co niebezpieczna. Mimo licznych blizn i śladów burzliwej przeszłości, jej urody nie można nazwać przebrzmiałą. Samantha jest córką kapitana statku ,,Clockwork Dog”. James Kidd zawsze pozostaje wobec swojej latorośli na równi surowy i chorobliwie protekcjonalny. Dziewczyna przejęła choleryczny charakter ojca i zdaje się go perwersyjnie celebrować. Pływa po owianym złą statku po dziś dzień. Powoli dąży do samodzielności, za którą kryje się w pełni wolne, awanturnicze życie. Cena za głowę: 600 dukatów.
 

Ostatnio edytowane przez Caleb : 04-06-2015 o 16:57.
Caleb jest offline  
Stary 04-06-2015, 12:00   #2
 
Caleb's Avatar
 

Ból całego ciała permanentnie przypominał Denisowi, że jednak żyje. Pierwsze kroki stawiane na rozgrzanym piasku przypominały taniec po kilku głębszych. Lurker potrzebował dłuższej chwili ażeby opanować zawroty głowy.
Plaża składała się w całości z miałkiego, pomarańczowego piachu. Dopiero tam gdzie się kończyła zaczynały się grupy drobnych kamieni, a jeszcze dalej lessowe wydmy. Poza resztkami ,,Nauty” nabrzeże wypełnione było muszlami i wysuszonymi meduzami. Plaża ciągnęła się z jednej strony aż do cypla. Tam mocno skręcała, by zniknąć Arconowi z oczu. Po jego drugiej ręce widniała wysoka formacja skalna. Bryza wdzierała się do popękanych w niej szczelin i wyła tam przeciągle, zdradzając położenie jaskiń. Przed Denisem, na właściwej części wyspy znajdował się szpaler tropikalnych drzew. Dżungla była bardzo gęsta, nie mógł zmierzyć wzrokiem skrywały za sobą najbliższe rośliny. Zielone obszary ciągnęły się daleko wgłąb lądu, piętrząc po usianych ostrymi głazami wzgórzach. Na horyzoncie majaczyła masywna góra. Przypatrując się jej, zauważył coś dziwnego. Zza szczytu wzlatywały serpentynowym torem smużki dymu.

Karoca miała bardzo elegancki sznyt. Przez całą długość pojazdu ciągnęły się rozmaite grawery. Nawet resory podtrzymujące pudło nosiły fantazyjne ozdoby. W kilku miejscach ścianki wnętrza zostały wybite drogimi kamieniami.
- Pan La Croix, Casimir oraz Ferat, jak mniemam.
Mężczyźni spojrzeli po sobie. Richard nie ujrzał zrozumienia we wzroku żadnego z kompanów.
- Nazywam się Gascot Barnes - dodał szlachcic - Będę zobowiązany, gdyby panowie do mnie dołączyli.
Korsarz nachylił się do La Croixa. Wciąż było czuć od niego alkohol.
- Facet mi się nie podoba. Niech spieprza. Mamy teraz inne zmartwienia.
Stojący z drugiej strony historyk miał inne zdanie.
- Przynajmniej wysłuchajmy co ma nam do powiedzenia.
Richard wciąż jeszcze milczał. Jego wzrok spoczął na fladze u szczytu karety.


Barnesów nazywano Kamiennym Herbem, gdyż ich złożony emblemat zazwyczaj ryto w bloku skalnym. Nie tylko technika była tu charakterystyczna, ale swoisty perfekcjonizm. Herb był bardzo skomplikowany i stanowił dzieło heraldystycznej sztuki. Oddanie go w skale wymagało kilkutygodnowej pracy. Zabieg symbolicznie nawiązywał do zamiłowania w obróbce kamienia. Familia od pokoleń przodowała na rynku jubilerskim. Dość powiedzieć, że Barnesowie wprowadzili na rynek kilka nowych rodzajów szlifu, tudzież upowszechnili kamienie syntetyczne. Dzięki potężnym środkowym finansowym stali się jedną z najważniejszych rodzin szlacheckich w obrębie Wolnych Miast. Nawet Hanza, mimo całej antypatii, musiała niejednokrotnie liczyć się z ich zdaniem.


Trudno wyobrazić sobie gorszy los niż agonia nosiciela zarazy. Mimo że plaga zbierała śmiertelne żniwo od kilku dekad, jej geneza wciąż pozostawała tajemnicą. Nigdy nie potwierdzono przypadku wyleczenia toteż najmniejsze już symptomy wzbudzały panikę. Wszystko zaczynało się od pozornie mało inwazyjnych objawów. Zaczerwienione oczy czy mokry kaszel można było zrzucić na karb słabszej formy. Z czasem zaraza atakowała kolejne organy powodując ich niewydolność. Skóra złuszczała się płatami, ciało zaczynało śmierdzieć. W końcowej fazie nieszczęśnik zwyczajnie gnił od środka. Wtedy też tracił rozum, przez co przypominał dzikie zwierzę. Doktorzy ze Związku Ochrony Andromedy od lat prowadzili mrówczą pracę, polegającą na likwidacji chorych lub wysyłaniu ich do azylów.

Było więc nie lada widokiem gdy Jacob ujrzał zarażonego w niecodziennej roli. Istota wyglądała jak chodzący trup, czemu dopełniał całości poszarpany strój. Na widok nieoczekiwanego wybawcy Eloiza aż cofnęła się o krok. Jej twarz pobladła, zakryła ręką usta. Zarażony zupełnie zignorował ją i Coopera. Rzucił okiem po ciałach zamachowców i kiwając głową ocenił swoją robotę. Z hallu doszły już pierwsze odgłosy zamieszania. Pracownicy biblioteki przekrzykiwali się, w słowo wchodzili im strażnicy miejscy, którzy teraz wkroczyli do środka. Rewolwerowiec odwrócił się ponownie w stronę cienia rzucanego przez wysokie regały.
- Cz-czekaj! Jestem z La Croixów! - Eloiza nagle zerwała się z miejsca - Wszystko im wyjaśnimy!
Plugawiec zatrzymał się w pół kroku. Przez chwilę jego zapadnięta twarz rozciągnęła się w gorzkim uśmiechu.
- Nie bądź naiwna - jego głos przypominał dźwięk przesuwanej płyty.
Zaalarmowane głosy zbliżały się do miejsca kaźni.


Nad miejscem bitwy unosił się gryzący zapach prochu. Kule świszczały w powietrzu co raz trafiając celu, karmiąc głęboką wodę kolejnymi ciałami. Woda pod ,,Clockwork Dog” i hanzeatyckim galeonem miała barwę głębokiego karminu.
James Kidd górował nad batalistyczną sceną, stojąc przy nadbudówce. Z jego zachrypniętego gardła przedzierały się komendy:
- Szybciej z tymi armatami! Strzelać warchoły! TAAAK!
Hanza nie miała szans. Sprawnie przeprowadzony ostrzał z artylerii szybko przetrzebił szeregi żołnierzy chroniących statek. Odpowiedź drugiej strony była zatem spóźniona i zwyczajnie niemrawa. Handlarze próbowali zastąpić martwych soldatów, acz nie mieli pojęcia o obsłudze dział. Kiedy piraci weszli na pokład, dosłownie dokonali rzezi. Odcięte głowy koziołkowały po deskach pokładu, a krew zaplamiła jasne płachty żagli. Haki oraz grube liny oplotły kupiecki masztowiec już tak gęsto, iż ofiary dawno zaprzestały ich odcinania. Grupa pozostałych przy życiu żołnierzy zwarła się w półokrąg. Stojąc do siebie plecami, mierzyli w piratów garłaczami, dzięki temu trzymając ich na dystans. Ale ci nie cofali się przed nikim, tak zostali już nauczeni. Kilku agresorów natychmiast padło w asyście potężnych wystrzałów. Paru następnych zdążyło już dobiec z dobytymi szablami. Cięcia były błyskawiczne. I choć większość odbiła się od grubych pancerzy, przecięcie płyt wspomaganych zbroi było kwestią czasu. Widząc ten obraz, garstka kupców zupełnie straciła nadzieję. Woleli zginąć w morskiej otchłani, niż z rąk piratów. Desperacko poczęli rzucać się za burtę.

Drugi oficer Bekett trząsł się i zagryzał zęby. Był pokryty siniakami i juchą swoich towarzyszy. Jego lewe oko napuchło od solidnego uderzenia, przypominało teraz dużą śliwę. Spojrzał między otaczającą go piracką załogę na płonące fragmenty statku i powstrzymał łzy.
Ci, którzy nie pilnowali jeńca, sprawdzali łupy i przenosili je do ładowni. W płóciennych worach odnaleźli spory zapas korzeni chrzanu oraz importowane z Serpens nasiona kawy. Poza tym właścicieli zmieniły właśnie bele lnu, kaszmiru oraz konopi.
Ciężki krok zwiastował nadejście kapitana. Załoga rozstąpiła się bez słowa. Ogromny mężczyzna w ciemnym płaszczu powoli zmierzał do związanego mężczyzny. Oczy Jamesa Kidda błyskały dziwnie. Było to wynikiem działania implantów, których konkretnych funkcji nikt nie poznał. Poorana, wykrzywiona facjata zbliżyła się do twarzy Becketta. Brudna dłoń podniosła jego brodę. Załoga wstrzymała oddech. Nie mieli dotąd pojęcia czemu kazano oszczędzić oficera.
- Sekstans - wychrypiał James - Gdzie on jest?
Beckett tylko pokręcił głową. Natychmiast nastąpiło uderzenie. Marynarz przewrócił się i wypluł dwa trzonowce. Ciężki but kapitana przycisnął jego głowę do desek.
- SEKSTANS!
- Nic nie wiem!
- Dobrze więc - Kidd niespodziewanie odstąpił - Samantha!
Dziewczyna stała kawałek dalej. Ruda niewiasta nosiła dłuższą koszulę i dzianinowe spodnie. Miała butny wyraz twarzy, całkiem urodziwy z resztą. Jak zwykle kilka spojrzeń zatrzymało się na kształtach jej klatki piersiowej. To jedyne, na co mogli sobie pozwolić. Była oczkiem w głowie kapitana.
James znacząco wskazał na jeńca.
- Jesteś dużą dziewczynką - mimo ostrego tonu, James spojrzał na latorośl z troską - Musisz nauczyć się obycia godnego kapitana. Ktoś będzie musiał przejąć pałeczkę. Kiedyś.
- Ale szefie! - wyrwał się oszpecony szkorbutem oprych - To przeca jest kobieta!
Kapitan powoli odwrócił się w jego kierunku. Nie odpowiedział. Zabłysnęła tylko kolba srebrnego pistoletu skałkowego. Wypalił w sam środek czaszki. Załogant poleciał do tyłu, kończąc swój byt w krótkich spazmach.
- Czy jakiś mądrala ma coś jeszcze do powiedzenia?
Cisza.
- Tak myślałem.
Zbliżył się do córki. Niedźwiedzia łapa spoczęła na jej ramieniu.
- Udowodnij mi coś. Wyciągnij od niego miejsce ukrycia sekstansu. Nie pytaj jakiego, to teraz nieważne. Po prostu to zrób. A potem go zabij.
 

Ostatnio edytowane przez Caleb : 05-06-2015 o 13:28.
Caleb jest offline  
Stary 04-06-2015, 22:55   #3
Markiz de Szatie
 
Deszatie's Avatar
 
Arcon ocknął się w niewiadomym miejscu i czasie. Ból stopniowo przywracał mu przytomność. Wizja, którą zapamiętał, przyprawiała ciało o dreszcze, mimo panującego upału. Ciało młodzieńca, choć przywykłe do trudów, odczuło wyraźnie piekło niedawnego sztormu. Lurker niezdarnie podniósł się na kolana. Zasyczał z bólu. Nie potrafił dokładnie zdiagnozować obrażeń, które dokuczały mu przy każdym ruchu i oddechu. Mimowolnie rozejrzał się wokół, szukając sylwetki wuja. Niestety na plaży dostrzegł tylko szczątki kutra...



Te przysporzyły mu dodatkową dawkę boleści. Z "Nautą" wiązało się bowiem wiele wspomnień. Jego kariera nurka była ściśle związana z tym statkiem. Wyposażenie i sprzęt stały się daniną dla Noasa. Ale to były tylko przedmioty, które można zawsze zastąpić. Strata wuja... natychmiast oddalił tę myśl, wierzył, że stryj zdołał ocaleć z nawałnicy. Nie taki los był mu przeznaczony. Krewny zawsze powtarzał, aby mieć nadzieję, bez względu na okoliczności. To był credo Louisa, które Arcon zamierzał realizować.

Rozejrzał się po odcinku plaży i sąsiadującej z nią ścianie soczystej zieleni. Kolejno dochodziły do niego odgłosy wyspy, świadczące, iż nie jest iluzją. Fale huczały, atakując klify i penetrując pobliskie jaskinie. Przynosiły wspomnienie sztormu, który zniszczył "Nautę", krzyżując plany żeglarzy. Z drugiej strony ptactwo radosnym świergotem ożywiało jego zmysły i wywoływało sielankowe skojarzenia. Denis ruszył wolno w stronę rozrzuconych fragmentów łodzi. Miał zamiar poszukać przedmiotów, które mogłyby mu się jeszcze przydać. Najbardziej pożądana była woda pitna i prowiant. Część desek wykorzysta na zbudowanie schronienia. Nie chciał być widoczny na plaży, zamierzał ukryć się w cieniu pobliskich drzew. Dym widoczny ponad szczytem góry, utwierdzał go w przekonaniu, że musi być gotowy na niespodzianki... Później cierpliwie poczeka na nadejście nocy i panoramę nieba, która może dostarczyć mu wiedzy o orientacyjnym położeniu wysepki.

Pamiętał dobrze ich ostatnią pozycję przed nadejściem burzy. Nawigacja nie stanowiła dla niego problemu. Denis bał się jedynie... samotności...
 
Deszatie jest offline  
Stary 05-06-2015, 13:16   #4
INNA
 
Nami's Avatar
 
Szybkie działanie, można by rzec, że dzień jak co dzień. Tym razem jednak czuła, że mieli więcej szczęścia niż przy poprzednim abordażu. Łupy zdawały się być wartościowe, na pewno bardziej niż te ostatnie. Jednak Hanza nie należała do najuboższych, zawsze wozili najlepsze towary. Samanthę dziwiło jednak, że po tylu razach, ile napadali ich statki handlowe, nikt nie postarał się, by zwiększyć ochronę na pokładach i bronić towaru, jaki przewozili.
Podczas walki na statku Hanzy kobieta nawet nie zdążyła oberwać. Większość załogi postanowiła wyskoczyć za burtę, niż pozwolić na zaspokojenie chorych żądzy Piratów. Nie napawało ich to zadowoleniem, nigdy nie liczyli na łatwe łupy. W sumie napadanie na statki było łączeniem przyjemnego z pożytecznym, i się pobawili i przy okazji zarobili co nieco.

Kiedy inni przenosili worki z przyprawami, Samantha stanęła gdzieś z tyłu opierając się plecami o maszt. Założyła ręce krzyżem pod piersiami, wypychając je na wierzch i patrzyła z miną naburmuszonej księżniczki, jakby właśnie się obraziła na Hanzę za to, że nawet nie starali się walczyć czy bronić. Pewnie, bo najłatwiej w piruecie wywalić zad za burtę i nie martwić się niczym, a szansa na przeżycie procentowo większa, niż zostając na pokładzie. Splunęła wściekle przeżutym tytoniem na deski własnego statku i parsknęła pod nosem. Tłum gapiący się na to, jak jej ojciec pastwi się nad jakimś lalusiem całkowicie zasłonił jej widoki, toteż dziewczyna znudzona odwróciła swą dłoń by popatrzeć na paznokcie. Chciałaby mieć implant, który sprawiłby, że jej pazurki stałyby się twarde, niezniszczalne, ostre. Były by dla niej nie tylko ozdobą, ale i bronią. Na samą tą myśl uśmiechnęła się półgębkiem. Przejechała różowym językiem po zębach, starając się wykryć nim ewentualne pozostałości po żutym tytoniu, a potem przesunęła jego czubek po swoim podniebieniu, wyczuwając wyraźne, podłużne zgrubienie, idące równolegle do jej zębów.
- Samantha! - ryk zachrypłego głosu ojca wyrwał ją z własnych zamyśleń. Nadęła policzki, kiedy ktoś z tłumu zaprotestował, jakoby się do niczego nie nadawała, bo ma cycki. Nowy, pomyślała.
Szybki strzał w łeb nauczył innych nowych, że milczenie jest złotem, a mowa kulką w czaszkę. Kobieta jedynie fuknęła i odepchnęła się od masztu napinając mięśnie. Gdy szła w kierunku Kapitana, każdy na nią patrzył, jedni z zazdrości, inni nienawiści, a jeszcze inni byli zwykłymi napaleńcami, dla których liczyły się tylko bitwy, rozlew krwi, alkohol, używki i seks. Niekoniecznie za obopólna zgodą.
Stawiając nogę za nogą wprowadzała swoje biodra w lekkie, hipnotyzujące kołysanie. Tupot jej butów tłumiony był przez dźwięk zdychającego już statku Hanzy, co doprowadzało Samanthę do minimalnego stopnia podniecenia. Ręce ułożone wzdłuż ciała, głowa zadarta w górę, wyrazista pewność siebie. Instrukcje Kapitana były dla niej klarowne, dlatego kiwnęła jedynie głową, na znak, że zrozumiała. Nie widziała najmniejszego problemu w tym, by kogoś torturować, bynajmniej. Nawet sprawiało jej to głęboką, chorą wręcz, przyjemność. Zapewne ojciec był dumny, że stała się jego kopią, choć wątpiła, by pragnął, aby ta w identyczny jak on sposób odreagowała swoje frustracje. O ile zabijanie tolerował, wręcz płonął z dumy, o tyle chędożenia się na prawo i lewo prawdopodobnie by nie zniósł. Na całe jego szczęście, dziewczynie nie w głowie były takie zabawy, aktualnie koncentrowała się na innych, niezdrowych rozrywkach.




Kiedy tylko znalazła się przy oficerze, jej twarz była zobojętniała. Nie wyrażała żadnych emocji, choć wewnątrz czuła jak narasta w niej przyjemne ciepło. Oczy kobiety świdrowały Bekett'a niczym oczy drapieżnika. Jedynie spojrzenie zdradzało jej zamiary, gdyby nie ono, można by pomyśleć, że Samantha jest słodką istotą. Blizna pod jej okiem stała się widoczna, kiedy podmuch wiatru zwiał jej rdzawo-czerwone włosy na lewą stronę, odsłaniając tym samą prawy policzek.
- Dobra, dosyć tego. Idziemy szujo! - warknęła nachylając się nad nim by wbić całą dłoń, wraz ze szponami, w jego głowę i zacisnąć palce na włosach mężczyzny. Poczęła ciągnąć go za kudły, nie chciała, by inni gapili się na jej robotę. Nawet, gdyby była w tym najlepsza, to i tak by się z niej śmieli, a to wyprowadziłoby ją z równowagi i zamiast zająć się zadaniem przydzielonym jej przez Kapitana, miałaby ochotę wymordować połowę własnej załogi. Nie mogła sobie na to pozwolić, a ponieważ nie umiała nad sobą panować, postanowiła zejść pod pokład, gdzie często ojciec wymierzał jej najsurowsze kary.
Zaciągnęła oficera na szczyt schodów prowadzący pod pokład. Podniosła go na równe nogi, stawiając plecami do siebie. Szybko związała mu ręce, co by głupoty do łba mu nie przychodziły, po czym klepnęła go delikatnie w ramię.
- Schodzisz lalka. - szorstki, kobiecy głos nie brzmiał jak zaproszenie do łóżka. Kobieta długo nie czekała na reakcję oficera, ponieważ i tak nie planowała pozwolić mu zejść z kulturą po stopniach. Podeszwa jej buta dość szybko zetknęła się z jego odcinkiem lędźwiowym kręgosłupa, kiedy to mocny kopniak zrzucił Bekett'a ze schodów.
Samantha z głośnym tupotem zbiegła ze schodów za spadającą, męską kulką, zeskakując zgrabnie z trzech ostatnich stopni, by przeskoczyć kulącego się na deskach człowieka. Ukucnęła przy nim błyskawicznie zaciskając rękę na karku ofiary by przycisnąć go do podłogi.
- Sekstans. - krótka komenda, wysyczana niemalże do ucha członka Hanzy paraliżowała jak ściskające kark palce piratki.
- Im szybciej powiesz, gdzie on jest, tym lepiej. Bo ze złamanym kręgosłupem nigdzie nie dopłyniesz i nikt Cię nie uratuje prócz lurkera. - dodała zwiększając nacisk swojej dłoni.
 
__________________
Discord podany w profilu

Ostatnio edytowane przez Nami : 07-06-2015 o 12:05.
Nami jest offline  
Stary 09-06-2015, 13:13   #5
 
Caleb's Avatar
 
Z ,,Nauty” pozostały tylko fragmenty desek i gorzkie wspomnienia. Denis spoglądał na resztki statku z bólem w sercu. Przez lata zdążył przywiązać się do starej łajby. Może nie była cudem techniki, ale towarzyszyła mu przy licznych podróżach w jakich zakotwiczył silne emocje. Uznał jednak, że nie ma co rozpaczać póki Louis żyje. Absolutnie odrzucał alternatywną sytuację.
Dwa kolorowe tukany zasiadły na pobliskiej palmie, z zaciekawieniem obserwując nowego przybysza na wyspie. Ten przechadzał się wzdłuż nabrzeża, grzebiąc w leżących szczątkach. Co chwila podnosił kawałki drewna i oceniał je. Większość odrzucał z powrotem, te bardziej regularne układał na stos. Miały mu potem posłużyć do wybudowania szałasu. Nie odnalazł żadnego prowiantu ze statku, ale wyszukał parę dwuklapowych muszli. Wewnątrz znajdowały się tłuste małże. Nie było tego wiele, lecz wiedział, że posiadały dużo wartości odżywczych. To powinno przynajmniej na jakiś czas zabić ssący głód.
Tak jak planował, ze znalezionego drewna wykonał prowizoryczne schronienie. Deski ułożył kaskadowo po sobie. Obwiązał całość fragmentami olinowania i stanął obok, by przyjrzeć się swojej pracy. Szałas był niewielki i pstrokaty, ale dawał jakąś osłonę. Resztę dnia postanowił w nim odpocząć i przeczekać do nocy [+1 punkt Zdrowia].


Zmrok nadał wyspie tajemniczego wymiaru. Ciemność uczyniła dżunglę jeszcze mniej przystępną. Jedynie malutkie świetliki rzucały nieco światła na powykręcane korzenie wokół. Nieopodal, z pól paproci wyłoniła się gęsta mgła. Denis wyszedł ze swojej kryjówki, przedzierając się przez mleczne opary. Wrócił na plażę celem zlustrowania nocnego nieba. Wciąż pamiętał ostatnie koordynaty, pozostawało je tylko porównać z obecnymi. [Test Nawigacji]
Nie mógł powiedzieć, że los mu sprzyjał. Wylądował gdzieś na Serpens. Zona ta składała się z dzikich wysp. Wokół nich nie prowadziły regularne szlaki handlowe. Gdyby rozbił się na wyspie należącej do Orion, mógłby liczyć na ratunek. Tu pozostawał zdany na siebie.

- Dobra, dosyć tego. Idziemy szujo! - chociaż dziewczyna była drobna, ryknęła na jeńca niczym harpia.
Dziesiątki par oczu obserwowały Samanthę, ciągnącą Becketta pod pokład. Kapitan natychmiast interweniował.
- A wy co? Do roboty! Mój statek to nie kram, żeby się gapić jak sroka w gnat!
Pomrukująca banda rozeszła się w swoje strony. Młoda Kidd natomiast postawiła mężczyznę przed schodami do ciemnego podpokładu. Jej zakładnik był poobijany, ale nie stracił na krzepkości. Dla pewności związała mu ręce konopnym sznurem.
- Schodzisz lalka - bardziej stwierdziła, niż rozkazała, gdyż posłała go kopnięciem w dół.
Beckett zdążył rzucić urwane przekleństwo, lecz w połowie inwektywy uderzył o stopień. I następny, i kolejny. Potoczył się jak beczka, łamiąc sobie przynajmniej kość ramienia. Zatrzymał się dopiero po środku ładowni. Na ustach oficera wykwitła krwawa bańka. Stale powiększała się, to znów malała.


Samantha zbiegła szybko na dół. Każdemu uderzeniu jej butów odpowiadało drżenie pojmanego. Mógł być twardy jak skała, ale każdy z czasem tracił nerwy.
Magazyn wypełniony został towarami, zarówno leżącymi tu od jakiegoś czasu jak i świeżymi zdobyczami. Z półotwartych skrzyń dolatywał zapach złupionych wcześniej przypraw. Samantha pomknęła pomieszczeniem i doskoczyła ku leżącemu oficerowi. Długie paznokcie wpiły się w opaloną skórę na karku. Przycisnęła mu twarz do dołu, zostawiając na podłodze czerwony kształt twarzy.
- Sekstans.
Przycisnęła mocniej.
- Im szybciej powiesz, gdzie on jest, tym lepiej. Bo ze złamanym kręgosłupem nigdzie nie dopłyniesz i nikt Cię nie uratuje prócz lurkera.


Beckett ciężko dyszał, walczył o równy oddech. Splunął krwawą plwociną i zaczął stękać.
- Nic ci nie powiem, dziwko! I tak mnie zabijecie.
Szarpnął się, ale wbrew pozorom Samantha była dość silna. Z trudem, jednak utrzymała jeńca.
 

Ostatnio edytowane przez Caleb : 09-06-2015 o 14:21.
Caleb jest offline  
Stary 09-06-2015, 19:04   #6
INNA
 
Nami's Avatar
 
Parsknęła głośno pod nosem. Jej krótkie fuknięcie było wyraźne i pełne pogardy. Szarpnęła mężczyznę za kark w ostateczności odpychając go od siebie, przez co głowa ofiary, o ile nie stawiała nadmiernego oporu, powinna uderzyć o drewno pokładu.
Kobieta podniosła się na równe nogi, wyprostowała plecy i wyniośle spojrzała na żałosny obrazek jaki malował się przed jej oczami. Oficer był wyrazem nędzy i rozpaczy, teraz jeszcze musiał czuć dodatkowe upokorzenie, bo bije go kobieta. Cóż, Samanthę zawsze to irytowało, ta klasyfikacja płci. Przez to jej życie jako Pirata stawało się o wiele bardziej trudne, niż życie zwykłego, męskiego nieudacznika, którego umiejętności były o sto razy mniejsze, od jej doświadczenia.
Tak i teraz głównie czuła frustracje na tym polu, jednakże mimo narastającej złości postanowiła to wykorzystać. Cofnęła się na trzy kroki od ofiary, nie spuszczając go z oczu. Oparła się pośladkami o pokaźną beczkę, która wypełniona była alkoholem i póki co jedynie przyglądała się Bekettowi.
Cisza, jaka nastąpiła pod pokładem, była przerywana stłumionymi krzykami Kapitana, znajdującego się nad nimi i pokazującego swoją wyższość nad każdym szczurem morskim, jaki miał odwagę położyć buta na jego łajbie. Kochanej łajbie.
- Jestem kobietą. Nie zabijam ludzi. - skłamała beznamiętnie udając, że patrzy gdzieś w bok. Wodospad rudych włosów zasłonił wyraz jej twarzy, kiedy to skierowała głowę w innym kierunku. Mimo to, przez swoje pukle potrafiła wyraźnie widzieć poczynania poobijanego oficera.
- Pomyśl. Po co Kapitan kazałby mnie, bym Cię przesłuchiwała? Przecież każdy żółtodziób wie, że zła sława sama się nie rozniesie. Ktoś musi przeżyć, by mógł o tym opowiedzieć. - ciągnęła dalej i gdy tylko zobaczyła, że mężczyzna próbuje unieść swoje zwłoki, potężnym susem znalazła się przy nim by stanąć brudnymi buciorami na jego plecach, tuż poniżej łopatek.
- Ale jeśli szybko się nie zdecydujesz, to złamię Ci kręgosłup, a wtedy nie będzie już gwarancji, że gdziekolwiek zadryfujesz na resztkach swojej zapyziałej, Hanzańskiej łajby - mówiąc to splunęła na bok jego twarzy, gdyż policzkiem idealnie przytulał podłogę statku. Każda gra była warta świeczki, jeśli ta nie zadziała miała jeszcze kilka w zanadrzu. W sumie to może go męczyć i dzień, a nawet trzy.
- Ja mam czas. - dodała po chwili namysłu. Istotnie go miała. Dostała rozkaz i musiała go wypełnić, nie był on objęty klauzulą o tym ile ma na to czasu. Trzeba się dowiedzieć i tyle. Oficer mógłby się zastanowić, w końcu wygląd Samanthy naprawdę budził wątpliwości. Już sam wygląd dłoni czy zębów mógł sugerować, że nie przesiąkła przerzutami nowotworu, jakim było rozpowszechniające się Piractwo. A szerzyło się gorzej niż zaraza z Andromedy. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać, gdyż zarażonych widywała rzadziej... Choć nie, w sumie nigdy ich nie widziała.
Patrząc na mężczyznę była gotowa z niego zeskoczyć. Miała jeszcze przygotowane pomyje w wiadrze, w których chętnie zanurzy jego łeb, uprzednio dodając tam jeszcze swój mocz. Na statku posiadała też pupilka, zapasowego szczura w klatce. Zawsze łapali szczury, by im worków z łupami nie pozagryzały. A przecież każdy wie, że szczur plus wiadro plus temperatura równa się jednej z gorszych tortur, jakie ktokolwiek mógł wymyślić.
A głowa rudowłosej była pełna jeszcze innych pomysłów.
 
__________________
Discord podany w profilu

Ostatnio edytowane przez Nami : 09-06-2015 o 19:07.
Nami jest offline  
Stary 09-06-2015, 19:16   #7
 
Alaron Elessedil's Avatar
 


Tego się nie spodziewał.
Był historykiem i mitologiem. Usłyszał oraz przeczytał niezliczoną ilość opowieści prawdziwych i fałszywych. Jeszcze więcej ich opowiedział. Ale tego się nie spodziewał.
Choć, po krótkiej chwili namysłu, powinien. Żadne getto nie było szczelne. Żadne nie mogło i nie miało praw być szczelnymi, zaś im większe było, tym większa trudność z utrzymaniem szczelności granic. Powinien był się tego domyśleć.

Poprzednia sytuacja wydawała się być beznadziejna i faktycznie byłaby taka dla każdego wojownika. Ale nie dla niego. W jego dłoni dalej spoczywała bezużyteczna jako nośnik wiedzy książka, a dodatkowo zyskał sztylet. Dodatkowo, niezależnie od fizycznego stanu posiadania zawsze miał przy sobie własną mowę.

W jego głowie kłębiły się setki myśli, z których jedna z najwyraźniejszych miała postać ostatniego życzenia należnego każdemu skazańcowi. Jacob był złotoustym mistrzem słowa. Ani przez chwilę nie zwątpił w swoje umiejętności oraz możliwość za ich pomocą wydostania siebie i Eloizy z opresji.
W szczególności, że o mało nie roześmiał się słysząc jak przemawiają przeciwnicy. Uczynili pierwszy krok, zaś Starr miał już ciągnąć ich głębiej.

Ale plagi nie zagada. Plagi nie obchodziła jego elokwencja oraz mistrzostwo we władaniu słowem.

Gdy tylko odwrócił się, by zobaczyć niespodziewanego pomocnika uśmiechnął się z doskonale udawaną ulgą, a kiedy jego głowa ponownie skierowała się naprzód, tam, gdzie leżało pięć trupów na moment przymknął oczy i zaklął bezgłośnie.

Choć było to zadziwiające jeszcze bardziej niż pojawienie się człowieka zarażonego, w głowie Starra pojawiło się pięć równie genialnych, co on postaci. Byłoby to całkiem niemożliwe, gdyby nie to, iż było to pięciu Jacobów Cooperów na wyprzódki wyrażający swe spostrzeżenia obarczone niezwykle niskim prawdopodobieństwem błędu.

Jeden z nich rysował najbliższą przyszłość. Zamknięcie granic Rigel. Oficjalnie do czasu odnalezienia i opanowania sytuacji związanej z uciekinierami z Andromedy. Bujda na biegunach. Granice Rigel zostaną zamknięte póki nie potwierdzi się, że nie istnieje tu ognisko plagi. Jeśli rzeczywiście zagrożenie zostanie opanowane Rigel pozostanie w stanie izolacji jedynie przez pewien czas, zaś w najgorszym wypadku choroba rozprzestrzeni się tworząc kolejne getto. Poza Andromedą.

Drugi natychmiast zainteresował się Lucjuszem Feratem. Ten tępy skurwiel musiał natychmiast wyjechać. Bezzwłocznie!

Trzeci dostrzegł w sytuacji niezły interes. Poinformowanie wpływowych ludzi oznaczać może dług, jaki będą mieli wobec niego. Oczywiście, o ile sami nie przyłożyli ręki do takiego obrotu zdarzeń. Nie sądził by tak było. Wyjątkiem może być Black Cross, zaś uprzedzenie o zaistniałej sytuacji kilku osób nie powinno stać naprzeciw ich planom. Chyba, żeby to tych kilka osób było celami.
Niemniej uważał, że trzeba było o tym poinformować Zoi Clemes. Bezdyskusyjnie. Podobnie z rodziną La Croix i rodziną Cascades, gubernatorem oraz Lionelem Ubertonem.

Czwarty zajmował się przyszłością długoterminową. Powiększające się getto to coraz mniej szczelne granice. Coraz mniej szczelne granice to coraz większe ryzyko zarażenia poza gettem. Finalnie plaga w wizji czwartego Starra dotykała całego świata. Należało znaleźć jakieś ustronne miejsce. Ukryć się przed chorobą i jej nośnikami.

Piąty analizował sposób, w jaki należało się zachować w obecnej chwili. Nim się spostrzegł już klęczał przy pierwszym, według jego spostrzeżeń najważniejszym z zabójców, którego chustę maskę zasłaniającą twarz założył bezzwłocznie, acz na tyle dyskretnie, na ile był w stanie w zaistniałej sytuacji.

Ofiara plagi, ofiarą plagi, ale wyświadczył im grzeczność, choć mógł pozwolić akcji toczyć się dalej. W gruncie rzeczy Jacob w równej mierze współczuł, co nie chciał dołączyć do coraz mniej elitarnego grona zarażonych. A zarazić można było się równie łatwo jak grypą.

Taki człowiek nie miał łatwego życia. Początkowo choroba nie zdradzała się niczym, czego nie miałby szczur lądowy na łajbie, która wypłynęła na zimne morza. Mokry kaszel i zaczerwienione oczy to codzienność przy wiecznie wiejących wiatrach.
Później było znacznie gorzej. Niewydolność poszczególnych organów...

Z martwego ciała wydobył 25 dukatów, które szybko schował do kieszeni. Zatruty sztylet w pochwie stał się jego kolejnym nabytkiem. Swoje miejsce znalazł w bucie. Do drugiego wsunął sztylet, który jeszcze przed chwilą miał w ręku razem z wyszarpniętą pochwą.

... skóra łuszczyła się całymi płatami, co miał okazję zaobserwować na żywym jeszcze przykładzie. Szkaradny smród był do choroby jedynie nieprzyjemnym dodatkiem.
Delikwent gnił od środka. Aż strach pomyśleć co się działo po rozkrojeniu go...

Odpiął wzmacnianą kamizelkę i zdjął czarne rękawice. Oba elementy pospiesznie wciągnął na siebie.

- Cz-czekaj! Jestem z La Croixów! - usłyszał za swoimi plecami głos Eloizy.
Słodka idiotka wyceniona na jedną noc. Najwyżej. Potem stawała się upierdliwą kulą u nogi. Blondynka szukająca rogu w okrągłym pomieszczeniu. Choć nie mógł wykluczyć, że to wpływ stresu odebrał jej rozum. Plaga nie atakowała tak szybko i nie wywoływała martwicy mózgu.

Choć Cooper nie był przekonany czy nie panuje epidemia groźniejszej choroby działającej na zasadzie perpetuum mobile. Atakowałaby taka ludzi skupiając się na wywołaniu niedowładu mózgu, a ludzie nią dotknięci byliby zbyt głupi, by ją zauważyć. Wtedy rozprzestrzeniłaby się w zastraszającym tempie...

O! Wytrych... Ten wylądował w drugiej kieszeni.

... Szybko jej skala przybrałaby rozmiary pandemii, o której prawie nikt by nie wiedział. Kto wie, może doprowadziłaby nawet do powstania nowego rodzaju człowieka? Homo kretinus pospolitus.
Może plaga była jedynie bardziej agresywną odmianą tego samego wirusa? W końcu zarażony też pod koniec swojej egzystencji, albowiem życiem nazwać tego nie było można - kolejne podobieństwo, dziczeli zachowując się gorzej niż zwierzęta.

Tak, to musiała być mutacja tego samego wirusa, na którego pierwszą odmianę był całkowicie uodporniony. Jego wysoce bardziej inteligentne leukocyty musiały nie pozostawiać szans niezmutowanej wersji. A że w jego ciele wszelkie głupie komórki były zabijane pozostawały wyłącznie te elitarne. A skoro składał się wyłącznie z doskonałych komórek, to sam musiał być niemniej...

- Nie bądź naiwna - powiedziała ofiara plagi. I cała teoria w pizdu...

Akurat kończył poprawiać odzienie zabójcy tak, by nie było śladu po dokonanym przez niego procederze przepisania własności jednej osoby na drugą.

Natychmiast podniósł się i delikatnie złapał Eloizę za rękę.
- Nie ma czasu - powiedział ze zdobyczną chustą na twarzy, zaś tą, która była mu ozdobą w kieszeni wcisnął kobiecie do ręki.

- Zasłoń twarz, pani Eloizo. Odsłoń póki ktokolwiek będzie widział. Wyjaśnię po drodze -mówił ciągnąc ją za sobą.

Miał zamiar wybiec z biblioteki. Tak po prostu.
Jeśli kogoś spotka wykrzyczy: "Tam, między regałami! Szybko!"

Wiedział, że uwaga ludzka ma to do siebie, że przy wyrzucie adrenaliny słabnie. Twarze nie są tak skutecznie zapamiętywane i da się ją łatwo przekierować z człowieka eskortującego piękną kobietę do wyjścia na miejsce, w którym padły strzały.
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 09-06-2015, 19:46   #8
Markiz de Szatie
 
Deszatie's Avatar
 
Serpens...



Kraina odległa, tajemnicza i fascynująca... Dzika i nieprzystępna, zamieszkiwana w zdecydowanej większości przez barbarzyńców. W porównaniu do Hanzy i Wolnych Miast cywilizacyjnie stała na niskim poziomie rozwoju. Ale jak magnes przyciągała odkrywców, handlarzy i poszukiwaczy przygód. Wielu zaginęło, próbując opisać niezbadane tereny i panujące na nich obyczaje. Część z nich przypłaciła życiem swoją chciwość, jeszcze inni ponoć zostali przywódcami ludów na udzielnych wyspach. Plemienia zamieszkujące tę zonę, były bardzo zróżnicowane, posługiwały się wieloma językami, czciły wielorakie, często przerażające bóstwa, wyznawały różne wartości. Życie ludzkie nie znaczyło tutaj wiele. Denis nie mógł chyba trafić gorzej... Dodatkowo w tych rejonach istniała znikoma szansa na znalezienie pracy przez lurkera. Czasem jakiś zatopiony statek Hanzy posiadał wyjątkowo cenny ładunek w postaci kruszcu wydobytego z kopalni na wyspach. Wtedy jedynie wynajmowano poławiaczy, lecz na ogół kupcom opłacało się wykonać kolejny kurs i siłą wydrzeć bogactwa zony, niż ryzykować wydobycie zaległego na dnie skarbu. Mieszkańcy Serpens nie żalili się na swój los. Część z nich marzyła, by opuścić archipelag i zamieszkać na terytorium Oriona. Nawet zostając sługami, bądź lokajami, czy wykonując niezwykle ciężką pracę fizyczną, byliby w lepszej sytuacji niż ich pobratymcy na wyspach. Ci posiadali co prawda jeszcze wolność, ale w szybkim tempie była ona ograniczana. Targi niewolników stały się powszechnym zjawiskiem. Tania siłą z wysp napędzała machinę przemysłu i rolnictwa na terenach kontrolowanych przez Hanzę. Możne rody bogaciły się na krzywdzie innych. Co jakiś czas, tubylcy buntowali się i brali krwawy odwet na kolonizatorach. W takich chwilach uświadamiano sobie jak wiele dzieli ludzi mimo, że urodzili się pod tym samym słońcem, a brzegi ich domów obmywał ten sam ocean...

Arcon czuł się obco na wyspie. Wiele wskazywało na to, iż była zamieszkana, co dodatkowo budziło jego niepokój. Jak zachowają się tubylcy, kiedy ich napotka? Odruchowo zaczął myśleć o stworzeniu, choćby prymitywnej broni. Teraz jednak był zbyt zmęczony. Mgła otoczyła zmysły rozbitka. Przygotował miejsce spoczynku, aby zregenerować siły. Przed snem upewnił się, że nie będą miały do niego dostępu drapieżniki lub inne pełzające stworzenia, których szczerze nie cierpiał... Odgłosy pobliskiej dżungli stopniowo gasły, jak myśli w umęczonym ciele samotnego młodzieńca...
 
Deszatie jest offline  
Stary 10-06-2015, 15:02   #9
 
Mi Raaz's Avatar
 
Antigua była około dzień drogi od uczęszczanych szlaków kupieckich. Była też półtorej dnia drogi od Rigel. Właśnie jej położenie sprawiało, że była idealnym miejscem dla przemytników i korsarzy. Często pojawiali się tu również przedstawiciele szlachty, którzy mieli wystarczająco dużo gotówki, żeby kupić wszystko to czego nie można pozyskać legalnie.

Dla Richarda była to czwarta wizyta w ciągu ostatnich dwóch lat. Jako delegat najczęściej przekazywał gotówkę korsarzom za dobrze wykonane zadanie. Tym razem miał się spotkać z lurkerem. Arcon miał dopłynąć za kilka godzin. Richard miał nadzieję, że Denis ominął sztorm. Kareta w "Mieście tysiąca rzek" była zbytnim przepychem. Przepychem, który mógł skończyć się sztychem w plecy lub uprowadzeniem dla okupu.
Rodzina La Croix jeszcze piętnaście lat temu mogła dorównywać rodzinie Barens. Wtedy też na salonach Betelgezy Richard z braćmi jako dzieci bawili się z dziećmi Barensów. Jednak przez te kilkanaście lat wiele się zmieniło. Teraz Richard nawet nie pamiętał imion tamtych dzieci. W dodatku odkąd Barensowie zaczęli produkować syntetyczne kamienie ich majątek znacznie
wzrósł. Za to La Croix uwikłani w walkę z Hanzą tracili wpływy i majątek niemal z miesiąca na miesiąc. Śmierć ojca Richarda doprowadziła do apogeum upadku rodziny. Ich majątki już nie były porównywalne jak kiedyś, jednak szlachectwem krwi byli sobie równi. Dlatego Richard wykonał ukłon znany wśród szlachty jako powitanie równego z równym.

- Dzień dobry. Richard La Croix. Słusznie odgadł pan również miana moich towarzyszy. Z chęcią skorzystamy z zaproszenia bo kilka godzin w powietrzu nie zachęca do przesiadki na wynajęta gondolę. Nie ukrywam, że Rigel jest na tyle dużą wyspą, aby powszechnie poruszać się karocami. Choć przyznać muszę, że takiego modelu nie uświadczyłem na ulicach stolicy naszej wyspy.

Szlachcic postanowił poprowadzić niezobowiązującą rozmowę, tak aby dowiedzieć się czego Gascot chce niego i jego towarzyszy.
 
__________________
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest całkowicie przypadkowe.

”Ludzie nie chcą słyszeć twojej opinii. Oni chcą słyszeć swoją własną opinię wychodzącą z twoich ust” - zasłyszane od znajomej.
Mi Raaz jest offline  
Stary 16-06-2015, 19:30   #10
 
Caleb's Avatar
 
Choć za dnia plaża prażyła się w słońcu, to nocą nabrzeże było chłodne i wietrzne. Denis przechadzał się tam z i powrotem, wpatrzony w gwiazdy. Wydedukował gdzie jest, lecz mógł tylko zgadywać co czeka go na wyspie. Zasłyszane niegdyś plotki urastały do rangi potencjalnych zagrożeń. Trujące rośliny, tropikalne choroby, dzikie plemiona…


Dotychczas mieszkańców Serpens widział głównie w dybach. Tylko nieliczni funkcjonowali jako wolni ludzie, a i wtedy nosili jarzmo niewolniczej przeszłości. Koloniści traktowali ich niczym bydło. Mieliby podstawy żeby agresywnie reagować na widok białego człowieka. To nie mieli być znani mu czarnoskórzy: egzotyczni handlarze z bazarów lub kelnerzy zwracający się per “sir”. Nie, w trzewiach dżungli mieszkał prymitywy lud zahartowany przez mordercze warunki. Denis starał się przypomnieć co najmniej parę faktów dotyczących tych ludzi. Z pewnością hołdowali innym bóstwom niż Noas. Powiadało się o prymitywnych świątyniach i figurkach przedstawiających postacie naznaczone dysproporcjami. Niektórzy zaś przyklejali tutejszym etykietkę kanibali. Kolonizatorzy mieli znajdować wioski z nabitymi na pal nieszczęśnikami, którym brakowało wielu części ciała. Biorąc pod uwagę jak mieszkańcy Serpens byli przezeń traktowani, równie dobrze mogły to być akty zemsty.
Cokolwiek miało się wydarzyć, musiało poczekać do jutra. Lurker wciąż słaniał się na nogach, kręciło mu się w głowie. Sprawdził raz jeszcze teren wokół szałasu. Nie dostrzegł żadnych, nowych śladów. Przynajmniej tak mu się zdawało, gdyż widoczność pozostawiała wiele do życzenia. Ponownie padł na prowizoryczne posłanie i już za moment odpłynął. [+1 punkt Zdrowia]
Obudził go śpiew ptactwa oraz monotonny dźwięk załamujących się fal. Był w nieco lepszej formie. Organizm zdążył się zregenerować, choć ból mięśni wciąż mu dokuczał. To, co wziął przez chwilę za pomruk dzikiego zwierzęcia, okazało się dochodzić z jego żołądka. Małże tylko zagłuszały głód. Aby w pełni wrócić do zdrowia, potrzebował bardziej sytego posiłku.

Chociaż wszystko działo się bardzo szybko, w głowie Jacoba przebiegało mnóstwo koncepcji. Pojawienie się w Rigel nawet jednego splugawionego pociągało bardzo poważne konsekwencje. Jako obieżyświat, pamiętał że w Corvus obejmowano kwarantanną osiedla, w których odnotowano podobne przypadki. Granice zamkniętych dystryktów były tak szczelne, że przypominały azyle jak te z Andromedy. Ludzie umierali tam z głodu lub innych chorób, wywołanych brakiem podstawowych środków czystości czy leków. Wszystko kosztem jednego zarażonego i związanego z nim zagrożenia. W Orionie władza nie działała aż tak skrajnie, lecz nadal traktowała podobne wieści bardzo poważnie. Dość powiedzieć, że wkrótce miało się tu zaroić od ludzi zwanych doktorami, których metody kuracji były bardzo radykalne.
Cała kwestia prowadziła do Ferata. Gdzie teraz był? Czy miał świadomość zagrożenia? Pomimo swojego roztrzepania zawsze był dobrze poinformowany. Jeśli i on już wiedział z pewnością podjął jakieś działania.
Jacob ujrzał zarażonego jako jeden z pierwszych w mieście. A to oznaczało, że trzymał w garści cenną informację. Na myśl, ile mógłby utargować podobną wieścią, oczy zabłysły mu w mrokach bibliotecznego zaułku. Tak, poinformować kogo trzeba i uciekać, póki czas!
W międzyczasie przeszukał ciało jednego z denatów. Skupił się na mężczyźnie, który wyglądał mu na przywódcę szajki.
  • Zatruty nóż [1]
  • Wzmacniana kamizelka [0,8]
  • Czarne rękawice [0,4]
  • Wytrych
  • 25 dukatów

Szczególnie interesujący okazał się być tutaj sztylet. Poświęcił mu krótkie oględziny.


Broń posiadała na rękojeści przewody, w których pływała mętna ciecz. Przy nacisku ostrza, część substancji nasączała się między miniaturowe rowki znajdujące się na metalu. Dawało to efekt jakby oręż spływała trucizną.
Ponadto historyk zdjął jednemu z zamachowców chustę i zakrył nią nos oraz usta. Inny fragment materiału dosłownie wcisnął kobiecie.
- Zasłoń twarz, pani Eloizo. Odsłoń póki ktokolwiek będzie widział. Wyjaśnię po drodze.
Złapał szlachciankę za przegub, żeby pociągnąć za sobą. Ta nie wiedziała co czynić, nadal była w szoku. Nawet gdyby chciała mu się postawić, jej filigranowe gabaryty na to nie pozwalały. W dwójkę ruszyli szeroką posadzką do wyjścia. Wokół nich narastał chaos. Czytelnicy biegali na różne strony, alarmowali się wzajemnie. Od wejścia nadciągali strażnicy miejscy, każący uspokoić się tłumowi. Parę osób stratowało się wzajemnie.
- Tam, między regałami! Szybko! - krzyknął Jacob, wciąż trzymając Eloizę.
Nigdzie nie widział zarażonego. Facet był bardzo szybki i sprytny. Sam fakt, że dostał się tutaj niepostrzeżenie już o czymś świadczył. Zapewne miał gotowy plan, aby uciec bez wykrycia.
Wyszli, a właściwie przepchali się na ryneczek przed biblioteką. Niewielki tłum stał przed szpalerem strażników. Funkcjonariusze odpychali siłą tych, którzy nie zrozumieli, że mają pozostać w miejscu. Pewien brodacz w błyszczącym pancerzu górował nad resztą i co chwila powtarzał:
- Proszę zachować spokój i pozostać tam, gdzie jesteście!
Na twarzy Eloizy powróciły kolory. W wyrazie jej twarzy pojawiła się determinacja. Być może Cooper jej nie docenił. Teraz to ona przejęła inicjatywę i skierowała się do mężczyzny.
- Chyba nie zamierza zatrzymywać pan szlachcianki? - od razu przeszła do rzeczy i wskazała na rodowy sygnet.
Tamtemu nie trzeba było dwa razy powtarzać. La Croixowie byli powszechnie znani w mieście. Dyskretnie przestąpił na bok, zezwalając jej na przejście.
- Ten pan jest ze mną - mruknęła w kierunku Starra.
- Hej! A oni gdzie? Nas też macie wypuścić! - niecierpliwił się ktoś z tłumu.
Odpowiedź funkcjonariusza była mało cenzuralna, ale Jacob już jej nie słyszał. Razem z kobietą wmieszali się między budynki z białej cegły. Po chwili z kobiety uszły emocje napędzające jej butę. Dusza delikatnej arystokratki znów wzięła górę. Zatrzymała się i złożyła twarz w dłoniach. Jej ciało kilkakrotnie przeszyły spazmy. Szklistymi oczyma spojrzała na Jacoba.
- Kim jesteś? Co to było? I bez głodnych kawałków. Nie pojawiłeś się tam przypadkiem! - machnęła w powietrzu palcem - Mów, bo wracam do straży!

Richard zmierzył spojrzeniem Gascota. Słyszał już o nim różne rzeczy. Lecz jak to w wyższych sferach - na wszystko trzeba było wziąć poprawkę. Uchodził za filantropa o złotym sercu, bestię w ludzkiej skórze, bystrego stratega czy po prostu snoba. Co osoba, to opinia. To chyba właśnie cechowało zręcznego polityka. Miał tyle twarzy, że nikt nie wiedział kim w istocie jest.
Pracownik delegatury mógł jedynie westchnąć z żalem, iż Barnesowie nadal trzymali się świetnie, zaś jego ród pozostawał na równi pochyłej.
W trójkę wsiedli do środka, choć Dewayne nie oszczędził sobie ostentacyjnego westchnięcia. Richard spojrzał jeszcze raz na port zeppelinów. Przynajmniej o swoją załogę mógł być pewny. To byli dobrze zorganizowani ludzie i póki co, mogli poradzić sobie bez niego.
- Nie ukrywam, że Rigel jest na tyle dużą wyspą, aby powszechnie poruszać się karocami. Choć przyznać muszę, że takiego modelu nie uświadczyłem na ulicach stolicy naszej wyspy.
- Ta staruszka - Gascot wskazał gestem dłoni pojazd jako taki - była robiona na zamówienie. Z całym szacunkiem, nie miał pan prawa widzieć podobnego modelu. Drugi taki zwyczajnie nie istnieje! - zaśmiał się bardzo głośno, jakby opowiedział wybitny dowcip.
Tymczasem wjechali w główną część miasta. Nie sposób było zignorować przewijających się widoków za oknem.


Wóz wspinał się po jednym z monumentalnych mostów. Kamienne fortyfikacje rozciągały się nad przecinającymi się kanałami. Szlaki wodne tworzyły labirynt wypełniony statkami oraz gondolami. W pomniejszych kanałach woda stała w miejscu, wypełniona odpadkami i śniętymi rybami. Przy pojeździe ciągnęły sznury przechodniów. W przeciwieństwie do Rigel, trudno było dojrzeć bogatych magnatów tudzież innych krezusów. Wielu mieszkańców nosiło podejrzaną aparycję. Gdzieś przekazano sobie pod płaszczem jakąś paczkę. W innym miejscu ktoś zrzucił z mostu zawiniątko wprost na przepływający prom.
Gascot zdjął rękę z ramienia kobiety, wyjął spod siedziska butlę z długim wężem. Dziewczyna odkręciła kurek, zaś arystokrata mocno pociągnął przez maskę.
- Brrr! - otrząsnął się - Tak lepiej. Więc… jak podoba wam się miasto? Sam jestem tu gościem, ale lubię to miejsce. Ma w sobie jakiś charakter. Choć przyznaję, nie jestem w stanie go określić. Doprawdy, istota tego miejsca ucieka memu słownictwu i w tym tkwi jej magia.
Dewayne syknął przez zęby.
- Gówno nas to obchodzi. Czego od nas chcesz?
Gascot tylko odpowiedział mu uśmiechem i zaciągnął się jeszcze raz.
- A pan, panie La Croix? Jakie ma zdanie o tym miejscu?


Samantha podniosła się z klęczek. Nad jej głową, od strony sklepienia dochodziły plaśnięcia gołych stóp załogi. Przytłumione komendy kapitana rugały tego i ów.
Zmierzyła pogardliwym wzrokiem Becketta. Nie znosiła sytuacji, gdzie ktoś oceniał zagrożenie z jej strony pod kątem płci. Większość facetów nie potrafiła wyobrazić sobie białogłowy jako niebezpiecznej osoby. Z drugiej strony, można było użyć ów faktu jako karty przetargowej.
- Jestem kobietą. Nie zabijam ludzi - skłamała bez mrugnięcia okiem - Pomyśl. Po co Kapitan kazałby mnie, bym Cię przesłuchiwała? Przecież każdy żółtodziób wie, że zła sława sama się nie rozniesie. Ktoś musi przeżyć, by mógł o tym opowiedzieć.
- Bzdura - zakrwawione usta Becketta zadrgały - Jesteście piratami. Macie w dupie, co o was sądzą.
Trafił w dziesiątkę. Ale wciąż szło go omotać. Był strzępkiem nerwów. Właśnie widział masakrę swoich kompanów. Rozbryzgi juchy i parujące, wywrócone na lewą stronę wnętrzności. Gdyby uwidocznić, że może stać się z nim coś podobnie drastycznego... Wyobraźnia podsuwająca krwawe obrazki działała bardziej sugestywnie niźli zdrowy rozsądek.
- Ale jeśli szybko się nie zdecydujesz, to złamię Ci kręgosłup, a wtedy nie będzie już gwarancji, że gdziekolwiek zadryfujesz na resztkach swojej zapyziałej, Hanzańskiej łajby.
Dziewczyna splunęła tuż obok oficera. Ten podniósł głowę i spojrzał na nią przekrwionymi oczyma. Kidd nie musiała specjalnie znać się na ludziach ażeby zobaczyć jak strach oraz złość walczyły o kontrolę nad jeńcem.
- Ja mam czas.
Samantha nie zamierzała łatwo dać za wygraną. Właściwie, dopiero się rozkręcała. Pomimo młodego wieku zadała już wiele bólu i ani myślała przyhamować w cholerycznym obyciu. Oczyma wyobraźni rysowała kolejne scenariusze dla więźnia. Żaden nie miał skończyć się dla niego dobrze.
Beckett znów rąbnął głową o deski. Patrzył gdzieś tępo w przestrzeń. Wyraźnie zastanawiał się czy uskutecznić niewysłowiony jeszcze plan lub walić prosto z mostu. Zaczął mówić, a głos mu się łamał jak uczniakowi będącemu po raz pierwszy w damskiej alkowie.
- Słuchaj. Tu już nie chodzi o ten pieprzony sekstans. Byłem w miejscu gdzie go ukryto. Nie znajdziecie go beze mnie, a ja tam nie wrócę. Wolę już śmierć.
 
Caleb jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 01:34.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172