Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 24-04-2016, 20:53   #1
 
Caleb's Avatar
 
Reputacja: 14154 Caleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputację
[Autorski/Steampunk] Eye of the Storm

Posiadłość na Ślepej Skale w Redwick zawsze uchodziła za równie niezdobytą, co zjawiskową twierdzę. Mieszkańcy przyportowego miasteczka z bojaźliwą dumą spoglądali na majestat, który rozciągał się nad ich osadą. Perła w koronie - lubili mówić o potężnym gmachu na masywie za grodem. Choć w istocie był to iście zjawiskowy widok, to spiczaste rysy wież oraz czarne zadaszenia budziły irracjonalny niepokój. Zupełnie jakby zaklęto w tych murach tajemnicę, jakiej ludzki umysł znać nie powinien.
Tymczasem zamieszkujący to miejsce ród w ogóle dbał o małomiasteczkowe sprawy. Co bardziej lotni obywatele wiedzieli dlaczego rodzina wybrała akurat to miejsce. Kolejna już siedziba stanowiła dogodny punkt obserwacyjny. Dwa stopnie szerokości geograficznej stąd rozciągał się szlak handlowy, którym przeprawiano proch z Corvus. Powiadało się, że familia miała pewien udział w przemyślne zbrojeniowym. Tutaj zaś trzymano rękę na pulsie: wzmożony ruch na trakcie oznaczałby formowanie się konkurencji. W ten sposób Ślepa Skała pozostawała swoistym strażnikiem, dbającym o interesy enigmatycznej familii.


Wystarczyło ledwie opuścić senną osadę, by wkroczyć na usiane grobami pola, wiecznie przykryte puchem gęstej mgły. Oczy strwożonego wędrowca mogły tu ujrzeć usiane wisielcami, sękate drzewa. O to była przestroga dla wszystkich tych, którzy kolaborowali z zarażonymi. Jeszcze poprzedniego dnia, ukryty pod krwawą szatą kapłan Kaosa rzucał w ich kierunku rozmaite oskarżenia. Po godzinnym spektaklu wydał wreszcie rozkaz powieszenia czternastu skazanych. Zamiast skandującego tłumu pozostały tu jedynie czarne gawrony wydziobujące nieszczęśnikom zapadnięte twarze.
Idąc dalej i wspinając się na skaliste turnie, można było zobaczyć wyrastający z brunatnej ziemi pałac. Do budowli prowadziło kilka wspartych na filarach, kamiennych mostów. Front każdej bramy ozdobiony był rytymi w kamieniu herbami. Pod ciemnymi dachami górowały rzędy gzymsów z oplatającą je winoroślą. Na wewnętrznych wirydarzach pięły się ku górze wiekowe olchy, dęby, a nawet drzewa cytrusowe. Prawdziwy blichtr jednak kryły wnętrza posiadłości. Mieścił się wśród bogato zdobionych arrasów, przepastnych korytarzy i szerokich galerii.
Trzydziesta czwarta posiadłość rodziny Barnes była nie tylko tytułowaną przez mieszkańców perłą architektury, ale i dobrze strzeżonym bastionem. Przy basztach nieustannie czuwali strzelcy z pneumatycznymi kuszami, a wokół murów ciągnęły najeżone wymyślnymi pułapkami zasieki. Pomniejsza szlachta zamieszkująca to miejsce czuła się w nim bezpiecznie.
Pycha jednak zawsze poprzedzała upadek. Zaś zbytnia pewność siebie usypiała czujność. Szczególnie tak ważną gdy z zachodu przybyli ci, którzy pragnęli krwawego odwetu.
Ruszyli o północy. Poprzez knieje i wcześniej przygotowane parowy. Okutani w kamuflujące stroje, z twarzami zasłoniętymi przez chusty i maski mające ukryć ich zdeformowane twarze. Kilkadziesiąt milczących postaci; nocny zwiastun zagłady.
Pierwszy cios, choć niedosłownie, spadł na komendanta straży. Siedział wtedy w swoich komnatach, popijając cierpkie wino i przeglądając raporty. Kopcące ogarki świec oświetlały rozedrganym blaskiem jego zmęczoną twarz. Ledwie przed środkiem nocy poczuł dojmującą senność. Nim jego głowa uderzyła w dębowy blat, zdążył jeszcze pomyśleć że nie powinien ufać nowego pomagierowi. Temu, który przyniósł mu trunek.
Otwarto bramy, a ciemne postaci wysypały się na dziedzińce niczym szarańcza. Cienie przecięły brukowany dziedziniec, wbiegły na mury, wtargnęły do domów. Nie mieli zamiaru oszczędzać nikogo. Z równą zawziętością mordowano straż, co lokajów a nawet kobiety w połogu i zwykłą dziatwę. Najbliższa świta rodziny szlacheckiej stawiła agresorom czoła tuż przed pokojami swoich chlebodawców. Kilku najlepszych szermierzy na wyspie. Przez lata ćwiczonych w dziesiątkach sztuk walki znanych wzdłuż i wszerz na Orionie. Pojedynek z nimi trwał ledwie kilka sekund. Słudzy Shagreena wpadli między ich obnażone rapiery i półtoraki.


W rękach agresorów zabłysnęły krótkie ostrza. Przecięły powietrze z cichym świstem. Wystarczyły by zadać szybsze i bardziej mordercze ciosy niż wymierzone przez oponentów.
Horda przedarła się do głównych komnat. Te wybite były drogą boazerią, pośród której rozmieszczono łóżko z baldachimem, oprawione w bursztyn zwierciadło oraz szerokie przepierzenie. Pod mieniącym się refleksami żyrandolem stał mężczyzna ubrany w kontusz obszywany sobolim futrem. Drżał na całym ciele, lecz wciąż zasłonił nim blond-włosą niewiastę w nocnej sukni. Nie spodziewali się że straż zawiedzie i zobaczą napastników na własne oczy.
Jeden z zamaskowanych podszedł bliżej do zarządzającej posiadłością pary. Jego kroki odbijały się echem aż po ozdobione erotycznymi scenami sklepienie.
- Gascot i Deborah. Gdzie są - powiedział cichym, ale zdecydowanym głosem - Wasza śmierć może być pełna bólu lub dokona się szybko i sprawiedliwie.
Wybrali pierwszą opcję. Ślepa Skała aż do brzasku była świadkiem zawodzeń tak okropnych, że przestały przypominać ludzkie. Mieszkańcy Redwick wychodzili na ulicę i przyglądali się wiekowej posiadłości. Echo niosło z niej mrożące krew w żyłach dźwięki. Mówiono że to zmarli powstali z cmentarzysk, by powziąć zemstę na swoich katach. Prawda była jednak o wiele gorsza. To człowiek dokonywał o wiele bardziej drastycznych czynów niż te które były udziałem potworów z opowieści.
Mijały wypełnione krwią godziny. Nadchodził przywracający światu kolory świt. Pierwsze promienie słońca ogrzały szare ciała zwieszone na konopnych sznurach. Bryza ciągnęła zza wybrzeża, wprawiając wisielców w miarowy ruch. Zdawało się, że ci toczą makabryczny pląs do okropnej muzyki jaką tworzyły jęki ze wzgórza.


Korsarz Dewayne Casimir spotyka się na wyspie Jerry z Richardem La Croix pracującym dla Delegatury Wolnych Miast. Szlachcic ma odkupić od niego zrabowane Hanzytom zboże. Pertraktacje przerywa atak agentów spółki. Następuje ciężka batalia i choć część zastępów wroga udaje się zabić, to walka z zaimplementowanym przeciwnikiem okazuje się zbyt ciężka. Obydwaj tracą część swojej załogi, ale to Dewayne odnosi największe straty. Z jego grupy pozostaje ledwie garstka ludzi, a statek Black Betty kończy swój żywot w ogniu. Salwują się ucieczką sterowcem i zmierzają do Wolnego Miasta Rigel. Lionel Uberton z Delegatury zdaje się coś wiedzieć, ale radzi nie wnikać w sprawę. Tymczasem we włościach szlachcica Casimir otrzymuje wiadomość. Enigmatyczna notka przyczepiona do nogi kruka zaprasza do dwóch miast: Mintaki lub Betelgezy. List posiada pieczęć z czarnym krzyżem. Okazuje się także, że za atakiem na wyspie stał Hanzyta o maniakalnym podejściu do chirurgii Patrick von Tier.
Posiadłość arystokraty odwiedza lurker Denis Arcon ze swoim wujem oraz historyk Lucjusz Ferat. Proszą o ochronę przed obserwującą ich organizacją Black Cross, tę samą która wysłała wiadomość do Casimira. Denis przybywa do metropolii, gdyż interesuje go historia wyłowionego na wodach Qard medalionu. Przedstawia on kobietę ze starożytnego miasta Yarvis. Poszukuje także zaginionego przyjaciela, innego lurkera Enzo Castelariego. Kiedy ten pobił swój ostatni rekord w zejściu pod wodę, niespodziewanie zaginął. Powiada się, że z powodu niebezpiecznej wiedzy jaką posiadał. Ferat zaś jest razem z innym badaczem, Jacobem Cooperem na tropie legendarnej wyspy Yarvis. Znany w świecie Starr posiada renomę wynikającą nie tylko z ogromnej wiedzy, ale i liczby skradzionych niewiastom serc. Jego zainteresowania również zdają się nie podobać stacjonującej w Rigel agenturze krzyżowców. Tym bardziej iż nie zwykł łatwo odpuszczać raz podjętego tropu, a swoje śledztwo prowadzi bardzo pieczołowicie. Richard wyraża zgodę na współpracę, młody poławiacz ma zostać jego nowym, rodowym lurkerem. Dzielą nadzieję odnaleźć Enzo, co z pewnością podniosłoby prestiż podupadającego domu.
Porty Rigel zostają niespodziewanie zamknięte. Podobno w mieście pojawił się zarażony, który uciekł z azylu na Andromedzie. W świetle tych faktów Richard umawia kolejne spotkanie na wyspie przemytników o nazwie Antigua. Jacob w tym czasie ratuje jego siostrę, Eloizę z rąk tajemniczych zamachowców. Na chwilę staje twarzą w twarz z chorym uciekinierem.


Lata później w Betelgezie. Pod namiotem-jadalnią swoją opowieść snuje starzec o magnetyzującym głosie. Opowiada legendę o Shagreenie, o którym mówią iż jest potworem w ludzkiej skórze. Zarządzał on wielką ucieczką zarażonych z wyspy Southand (Andromeda).

Prawie wszystkim udaje się bezpiecznie dolecieć sterowcem na Antiguę. Brakuje Denisa, który wraz ze stryjem płynął swoją łodzią, “Nautą”. Na miejscu Richard, Dewayne oraz Ferat zostają zaproszeni do posiadłości jubilerskiej rodziny Barnes. Okazuje się, że to rodzeństwo z tej właśnie familii, Gascot i Deborah byli autorami listu. Postanowili przyspieszyć spotkanie, co tłumaczą uciekającym czasem. Oferują możliwość rewanżu za incydent na wyspie Jerry oraz oddanie nowego, równie wspaniałego co Black Betty statku pod dyspozycję kapitana Dewayne’a. W zamian chcą zabicia osoby, która ukrywa się pod pseudonimem Shagreen. Ów postać wraz z innym zarażonymi od z jakiegoś powodu poluje na członków ich rodziny. Jednocześnie zdają się znać personalia ich szpiegów, czyli Black Cross i za każdym razem ich wyprzedzać. Samą działalność czarnych krzyży Barnesowie tłumaczą jako konieczność. Twierdzą że tamci nigdy nie napastowali nikogo ze swoich gości, a jedynie sprawdzali ich przydatność. Drużyna zgadza się na propozycję, ale po fakcie zaczyna wypytywać o rodzinę. Właścicielka jednego z burdeli a jednocześnie informator incognito zdradza, że jubilerstwo może być tylko przykrywką dla prawdziwej działalności Barnesów.
Denis wreszcie pojawia się w umówionym miejscu. Opowiada że po drodze sztorm zabrał jego wuja, a on wylądował na wyspie w zonie Serpens. Tam napotkał obóz ludzi w maskach. Herszt bandy okazał się być bardzo stanowczym i groźnym człowiekiem. Docenił jednak prawdomówność Denisa: podarował mu starożytną monetę oraz flakonik z nieznanym mu płynem. Potem pozwolił odpłynąć. Okazuje się jednak, iż oprócz tych rekwizytów Denis przywiózł ze sobą coś jeszcze. Wkrótce popada na ciężką chorobę, w symptomach niepokojącą podobną do plagi. Jego stan poprawia się dopiero po wypiciu zawartości naczynia, które dostał na Serpens. Nie dość jednak: cudownie podtrzymuje go przy życiu, ale potrzebuje sterydów które wzmocniłyby jego ciało. Nieoczekiwanie na statku pojawia się zamaskowany doktor z Andromedy. Nazwa jego profesji jest co najmniej myląca. Medycy z zachodu zajmują bowiem deportowaniem zarażonych lub zwyczajnie ich eliminacją. Choremu udaje się ukryć w maszynowni, ale nadal jest w krytycznej sytuacji. Okazuje się bowiem, że wszystkie sterydy w mieście ktoś już wcześniej wykupił. W obliczu beznadziejnej sytuacji Richard oraz Dewayne postanawiają użyć darowanej Denisowi, starej monety. Jak twierdził człowiek w masce, w każdej społeczności znajdują się ich sprzymierzeńcy. Po okazaniu nadmienionego przedmiotu, mają obowiązek pomóc okazującemu krążek. Dwójka rusza do podziemnej części Antigui, Pomroków. Tam odnajdują jednego z zaprzysiężonych “maskom”. Udostępnia im sterydy. Niestety nawet przy ich pomocy operacja na Denisie kończy się zgonem.
Doktor składa ofertę dalszej współpracy, jeśli Richard zaaranżuje spotkanie z Samanthą Kidd. Jest to córka okrytego złą sławą pirata. Zarażeni dla których pracuje medyk chcą ich wykorzystać jako broń przeciwko siłom Barnesów. Kiedy Dewayne szuka dziewczyny, nagle Denis wybudza się ze stanu, który alchemik ze sterowca nazywa śmiercią kliniczną. Poławiacz otrzymuje od zarażonych nowy kombinezon. Poplecznicy Shagreena nie robią tego bezinteresownie. Chcą żeby lurker użył kostiumu w celu odnalezienia ciała Enzo.
Eloiza zamierza uciec z Rigel na własną rękę. Cooper pozwala jej odejść, ale tylko na czas spotkania z inną kobietą, Zoi Clemes. To właścicielka gildii lurkerów "Nautilus". Potem rusza za młodą szlachcianką i po raz kolejny ratuje przed atakiem Black Cross. Przekonuje ją tym samym, że w jego towarzystwie będzie bardziej bezpieczna i zabiera na łódź podwodną Zoi. Statki tego typu nie są pieczołowicie sprawdzane przy opuszczaniu miasta, dzięki czemu udaje się obejść kwarantannę. Po drodze starsza wśród lurkerów wyznaje gościowi, że współpracowała z Black Cross. W dodatku, pod wpływem złości na Enzo (z którym widziała się wcześniej) miała zdradzić im jego zamiar nurkowania na Qard. Żałuje tego i chce odciąć się od wstydliwej przeszłości. Przy pożegnaniu Jacob namawia Clemes, aby w przeszłości połączyli siły przy szukaniu Yarvis.
Starr wraz z Eloizą pojawiają się na sterowcu. Wygląda na to że motywy Barnesów i legendarna wyspa są w ze sobą powiązane. Po burzliwych pertraktacjach szlachcic i historyk postanawiają połączyć swoje siły.
Kidd przebywa w mieście ze względu na poszukiwania nabywcy pewnego artefaktu, sekstansu z minerału zwanego dilithium. Odwiedza Pomroki, gdzie odnajduje kupca w osobie sfiksowanego herszta imieniem Clyde. Tamtemu imponuje buta młodej kobiety i tylko dlatego zgadza się na wymianę. Wciąż jednak Kidd brakuje części gotówki, jaką jej ojciec chciał uzyskać za sekstans. Kiedy opuszcza miasto, atakuje ją noszący implanty bandyta. Bez trudu pozbawia go życia. Posiada przy sobie dziwną broń, prawdopodobnie jest to prototyp plazmowego pistoletu. Niedługo potem Samanthę odnajdują Casimir oraz pilotka Richarda. Niechętnie ale wyraża zgodę na spotkanie z doktorem. Kiedy dowiaduje się że nagrodą za współpracę z zarażonymi mają być zakazane implanty, jej wątpliwości znikają.
W międzyczasie wychodzi na jaw, że Enzo umieścił zaszyfrowaną wiadomość w jednym z ostatnich wywiadów. Brzmi ona następująco: Nie wierzyć w słowa kamiennego rodu. Operacja sto dziesięć jest odpowiedzią. Bardzo możliwa możliwa jest również nowa wersja historii rekordzisty. Mianowicie, jego zainteresowanie Yarvis miało jedynie zwrócić uwagę mediów na inny temat. Cokolwiek to było, nie zdążył obwieścić światu swoich rewelacji.
Denis testuje nowy nabytek, a Jacob rusza do centrum prasowego. W wycinkach artykułów udaje mu się znaleźć parę intrygujących inicjałów. EC ma być lurkerem który pracował dla badacza północy - WB. Informatorka z burdelu zdradza mu natomiast, że Black Cross może posiada własne, niezależne od Barnesów intencje. Jej zagraniczni goście nazywają ich czasem “strażnikami”. Zyskuje również koordynaty wskazujące gdzie może znajdować się człowiek zajmujący trudnymi tematami. Nosi on pseudonim Red.
Black Cross zatacza coraz szersze kręgi. Gdy podpalają wynajmowany przez doktora hangar, drużyna postanawia uciec z wyspy sterowcem La Croixa.

Theme


Jacob wszedł do pomieszczenia jako ostatni. Brudny, umorusany, potargany i z szerokim, łobuzerskim uśmiechem błyszczącym bielą zębów.
Skłonił się Richardowi jako szlachcicowi, zasalutował Samanthcie oraz Dewayne’owi, skinął głową rozpoznanemu lurkerowi Denisowi, a na samym końcu wyszczerzył się do Ferata.
Początkowo nikt nic nie mówił i również historyk nie zabierał głosu. Podszedł jedynie do okna i obserwował widoki. W końcu odwrócił się i oparł plecy oraz nogę o ścianę.
- Jesteście w dupie - roześmiał się.
- Czy ktoś może mi przypomnieć dlaczego nie zastrzeliłem tego historyka przy pierwszym spotkaniu? - Szlachcic potoczył spojrzeniem po zebranych.
Ponieważ może być użyteczny - pomyślał Denis. - Nawet laik ma tego świadomość, a co dopiero tak wytrawny dyplomata…
- Bo jestem kimś, kto może was z tej dupy wyciągnąć - odparł z rozbawieniem.
- Przystępując do którejkolwiek ze stron staliście się marionetkami w rękach graczy, których formatu nie pojmujecie - udał, że od niechcenia steruje wyimaginowaną lalką.
- Weszliście do gry, o której rozmiarze nie macie pojęcia. Ale teraz najgorsza część. Wasz oddupny przewodnik też tego nie wie - założył ręce, zaś w jego oczach płonęła żywa odpowiedź na wyzwanie rzucone przez wielkie organizacje.
Samantha po wysłuchaniu pięknisia też zaczęła zastanawiać się nad zastrzeleniem jego osoby.
- Nie wiem czemu tego nie zrobiłeś, ale rozumiem same chęci… - skomentowała nie oczekując nawet, że ktoś zwróci na nią uwagę. Bujanie statku wciąż przyprawiało ją o mdłości, więc siedziała twardo wbita w jakiś fotel i nie drgnęła.
- Nie przepadam za tą manierą stwarzania wyimaginowanego problemu i stawiania się w roli wybawiciela ten problem rozwiązującego. Choć z chęcią posłucham propozycji - powiedział szlachcic krzyżując dłonie na piersiach.
Ferat oparł się plecami o drewnianą ścianę. Nic nie mówił, ale znał tutaj Jacoba najdłużej i było pewne że weźmie jego stronę. Inaczej do sprawy podszedł Casimir. Z typową sobie manierą, zgrzytnął zębami i warknął tylko:
- Lepiej żeby to było dobre.
Cooper teatralnie spojrzał w sufit.
- Skoro wola tak to odbierać, to co mi do tego? Ale w swoim czasie się okaże - odparł krótko.
- W tym pomieszczeniu są dwie osoby ważne z punktu widzenia wielkich graczy: monsieur La Croix i kapitan Casimir. Nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego? Pytanie dlaczego tak jest. Znając przyczynę takiego stanu rzeczy zyskujemy przewagę, ponieważ wiemy czego chcą - odgiął kciuk wyliczając.
- Monsieur Cezar głęboko… może nawet śmiertelnie myli się w kwestii rozumienia wielkości organizacji, jaką jest Black Cross. Myślałem, że znam ich rozmiar. Nie znam. Są więksi niż się tego spodziewałem - uśmiechnął się jednym z nieodgadnionych uśmiechów odginając palec wskazujący.
- Nadal nie znamy odpowiedzi na pytanie o powód nasłania zabójców na Eloizę, co też zdradziłoby fragment układanki, na którym im zależy - odliczył trzeci palec z kolei.
- Mamy za mało danych, a czas się kurczy. Ale tak się szczęśliwie składa, że wiem gdzie jest Red - przygryzł koniuszek języka.
Wywody eleganta nie robiły wrażenia na Arconie. Lurker czekał tylko, aż gruboskórny korsarz streści je w stylu: "Pieprzysz pan, monsieur Cooper..." oczywiście bardziej dosadnie. Nic takiego nie następowało, może jednak zbyt wiele oczekiwał po Casimirze? Miał wrażenie, że historyk faktycznie stwarza nowe teorie i wymyśla kolejne, aby te wcześniejsze miały jakikolwiek sens. Uparcie wrócił do tematu Eloizy, zapewne wyczuwając, że to czuły punkt jego patrona.
- Za pozwoleniem, sir Richardzie - Denis ukłonił się lekko, nim zabrał głos. - Ośmielę się skomentować to, co usłyszeliśmy.
- W tym pomieszczeniu jest jedna osoba, która przypomina figurę szachowego skoczka. Robi ruch do przodu i na ukos, by następnie cofnąć się dwa do tyłu. Jest w stanie zbadać niemal całą szachownicę. Rezultat tych śmiałych manewrów jest jednak żaden, bo konik nie ma tyle siły, by dać mata przeciwnikowi. Uczynić to można tylko z pomocą silniejszych figur. Przecenia jednak swoje możliwości oraz znaczenie i chociaż jego sposób poruszania się ma w sobie wiele uroku, niestety nie przekłada się na wynik partii. Nie trzeba chyba tłumaczyć, kto jest tym...- urwał, nieporadnie udając, że nie patrzy na Starra...
Ten z kolei zacmokał z dezaprobatą kręcąc głową.
- Nie spodziewałem się błysku geniuszu, ale też oczekiwałem mniej gówniarstwa. Nieudolny atak dla samego ataku bez żadnego poparcia merytorycznego… Nie będę tego komentował. Możemy przejść do rzeczy? Bo pierdolić to można dziwki w burdelu. Na inne chędożenie nie mam czasu - rzucił półżartem z porozumiewawczym mrugnięciem.
- Wybacz “monsieur”, szermierka słowem to nie jest moja domena - odparował młodzian. – Dziwki też nie…– zreflektował się.
- Moja specjalność to nurkowanie, pańska zaś o ile się nie mylę to szeroko pojęta mitologia i historia. Zgadzam się, iż możemy darować sobie ozdobniki i retoryczne popisy, budujące ego, a kradnące czas. Niemal każdy z obecnych – spojrzał jedynie wątpiąco na piratkę - ma świadomość, że wplątani jesteśmy w nielichą intrygę. Ale jeśli nagle pojawia się potencjalny ”zbawca” bez powiązań, nadmiernie okraszający swoje wypowiedzi, staje się to podejrzane…
- Daruj Denis, facet chce pokazać że nie nosi waty w gaciach - przerwał Dewayne - Tylko że nas to nie interesuje. Chcemy faktów. Rozumiem że ten Red wszystko ci wyśpiewa, ot tak. I jeszcze cmoknie na do widzenia. No chyba że mamy zamiar wyciągnąć od niego informacje rozżarzonym prętem. Takie sposoby to ja rozumiem.
Korsarz otaksował bandytkę, nie kryjąc że jej oczy były ostatnią rzeczą na którą miał zamiar spoglądać.
- Musimy ustalić następny krok. A to wiąże się z twoim ojcem. Mamy jakąś pewność że nie zasunie do nas z garłaczy?
- Żadnej - odparła sucho szurając nogami po ziemi. Że też nie mogła sobie nimi pomachać, ze względu na niskie usadowienie siedzenia.
Jacob załamał ręce i wzniósł oczy ku niebu.
- Kolejny… - jęknął, po czym wyciągnął karteczkę z kieszeni i zaczął ją jeść po kawałku.
- Udzieliłem kilku istotnych informacji będących szczególnie istotnymi dla rodziny La Croix, ale nie tylko. Niewiara w ich prawdziwość to nie mój problem - przeżuł i przełknął ostatni kawałek.
Cóż to za teatralne pozy - pomyślał Arcon.
Historyk zachowywał się jak aktorzyna z podrzędnego teatru. Lurker miał nadzieję, że niebawem sir Richard przerwie tę paradę gestów i rzeczowo podejdzie do tematu dalszego udziału Coopera w ich wyprawie.
- Najpierw ty Copper - wskazał na historyka - konkrety! Co da nam spotkanie z Redem? Później ty - szlachcic spojrzał na młodą dziewczynę - Kidd, jak masz zamiar skontaktować się z ojcem? Casimir ma rację, jeżeli przylecimy do niego niezapowiedziani, to pewnie nas ostrzela.
La Croix przetarł dłonią twarz. To on musiał zapanować nad tą grupą. W zasadzie musiał z nich grupę dopiero stworzyć, bo póki co byli zbiorem indywiduów.
- Nie chce mi się czekać, aż laluś przetrawi kartkę, więc mówię od razu. Umówiona z ojcem jestem, przecież odebrać mnie musi z tego śmierdzącego miasta. No i tyle. Jak was odstrzeli to mówi się trudno, takie życie - wzruszyła ramionami patrząc gdzieś w bok. Zastanawiała się czy rzygnie teraz, czy za chwilę.
Korsarz prychnął na głos. Widocznie buta piratki całkiem mu się spodobała.
- Póki co, jesteś tu z nami. Więcej lepiej zadbaj aby niczego podobnego nie odjebał, bo jeśli sterowiec pieprznie, to my wszyscy razem z nim.
Ferat dźwignął się i wyszedł na środek. Wreszcie uznał za stosowne dodać coś od siebie.
- Załóżmy nawet pożyjemy na tyle długo, aby spotkać Reda. Co dalej? Zarówno zarażeni co Barnesowie nie zamierzają odpuścić, a my właśnie stanęliśmy pomiędzy nimi.
Jacob roześmiał się i zaklaskał Lucjuszowi.
- Zarażeni, Barnesowie, Kompania Wilka i Black Cross - dodał.
- Cały świat was kocha - skomentowała ironicznie.
- O ten świat warto walczyć… - jakkolwiek patetycznie to zabrzmiało, Denis głęboko w to wierzył - Wszyscy jesteśmy jego częścią. Mamy wiedzę, doświadczenie polityczne, unikalne zdolności i w ostateczności zbrojne ramię - kolejno spoglądał po obecnych, kończąc na Samancie i Dewaynie - W tym składzie możemy rzucić wyzwanie każdej organizacji…
Richard analizował wypowiedzi zebranych.
- Szykuje się wojna. To pociągnie za sobą ofiary, ale da nam nowy porządek. W mojej opinii bezpieczniej stanąć po stronie zarażonych. Jednak muszę przyznać, że najlepszą bronią jest informacja. Ciężko planować posunięcia nie znając sytuacji na szachownicy. Drogi kolego - zwrócił się do Lucjusza - w tej walce nie jesteśmy jeszcze stroną, choć to kwestia dni, a może godzin. Jeżeli od Reda możemy uzyskać informacje, to warto z tego skorzystać.
- Z innej strony. Co wydarzyło się w mieście przed wylotem? - zapytał Cooper.
Na to pytanie postanowił odpowiedzieć Dewayne. Jak zwykle, nie przebierał w słowach:
- Black Cross narobiło burdelu. Prawie wysadzili faceta od naszego kontaktu. Gdyby nie zmienił miejsca spotkania, gadałbyś z przypalonym mięsem.
Przeszedł do okiennicy, spoglądając na mały punkt, którym stało się teraz miasto. Chmury obtaczały statek z każdej strony, czyniąc fantasmagoryczny, biały pejzaż.
Nagle Casimir dojrzał coś pomiędzy nimi, podniósł bowiem palec i szepnął tylko:
- Na brodę Noasa…
Coś mknęło poprzez nieboskłon z ogromną prędkością. Rozmazany kształt przelatywał na lewo od głównych silników. Był to inny sterowiec: o wiele mniejszy, z bardziej opływowym kształtem. Jego lot wywoływał niski, nieprzyjemny dźwięk. Nim zdążyli dobrze przyjrzeć się pojazdowi, ściana nadęła się i eksplodowała. Casimir poleciał do tyłu, taranując kilka osób z całej grupy. Przetoczyli się po sobie, tworząc nieskładną plątaninę rąk i nóg. Cały statek odchylił się kilka stopni. Kiedy pył nieco upadł zebrani ujrzeli poprzez wyrwę zatrważający obraz.


Wehikuł poruszał się błyskawicznie. Jako lżejszy i posiadający tylko jeden pokład był przeciwko własności La Croixa niczym agresywny drapieżnik wobec niezdarnego giganta. Uzbrojony został w małe działka, które co chwila wypluwały ogniste pociski w stronę swego celu.
Kolejne eksplozje wstrząsnęły statkiem. Ogień zaślepił grupę. Ferat niemo przeklął los i padł na ziemię. Casimir leżał z tyłu, jęczał z bólu. Był mocno pokiereszowany. Deski podłogi zdążyły już nasączyć się posoką korsarza. Zeppelin aż zatrząsł się. Konstrukcja przechyliła całą swoją oś pod mocnym kątem. Książki, meble, stojaki - wszystko co znajdowało się w pomieszczeniu poczęło zsuwać w dół, ku otworowi po wystrzale. [Wszyscy - Trudny Test Siły]
Denis chwycił się framugi zaraz po tym, kiedy odczuł jak grunt ucieka mu spod nóg. Zrobił to bez większego trudu, cały czas mając kontrolę nad swoimi ruchami. Zobaczył jak całe pomieszczenie przechyla się jeszcze bardziej. Jego szybka reakcja pozwoliła mu na zajęcie całkiem pewnej pozycji, z której w razie potrzeby mógł pomóc któremuś z towarzyszy.
Samantha z trudem utrzymała się na nogach - stała bliżej epicentrum eksplozji. Traciła równowagę, gdy wtem poczuła nienaturalne szarpnięcie. Nieludzko zręcznym ruchem zaparła się nogami o pokład i uchwyciła drzwi. W tym szaleńczym tempie zdziwiła się na moment swojej tężyźnie. To musiał być implant. Była tego pewna.
Pracownik Delegatury przez moment analizował sytuację. Nie wiedział kto ich zaatakował, ale jedno było pewne. Zbyt długo przebywali w mieście i mieli teraz za to zapłacić. Posiadał parę dział, choć przy zwykłych kursach nie wyznaczał nikogo do ich obsługi. Byłoby to zwykłe marnowanie ludzkiego potencjału. A może jego ludzie już polegli? Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Richard spojrzał w stronę żyrandola nad sobą. Ryzykowna myśl, ale nie miał czasu myśleć w racjonalnych kategoriach. Chwycił lampion, który zaczął przekrzywiać się wraz ze statkiem.
Historyk może i był wygadany, ale zdecydowanie brakowało mu tężyzny. Nagły zwrot sterowca sprawił że nadzwyczaj szczupłe ciało Jacoba rąbnęło o deski pokładu. Przekoziołkował tak, niebezpiecznie blisko wyrwy w ścianie. Poczuł wszystkie kości, gruchnęły teraz donośnie. W ostatniej chwili uchwycił się krawędzi spalonej części statku, zwisając nad przestworem powietrza. Spojrzał pod swoje nogi, gdzie setki metrów pod jego nogami rozciągał się wielki błękit.
Zeppelin odzyskał właściwy kurs, a pokład wrócił do poziomu. Tymczasem statek wroga wykonał szeroki łuk. Zawracał w celu przeprowadzenia kolejnej szarży.
 
Caleb jest offline  
Stary 25-04-2016, 23:06   #2
 
Deszatie's Avatar
 
Reputacja: 15122 Deszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputację
Rozmowa osobliwej grupy, stojącej przed zgoła niemożliwymi wyzwaniami, mogła potrwać jeszcze chwilę i skierować się na interesujące tory. Przerwało ją jednak wydarzenie, które wisiało nad nimi już jakiś czas. Groźba ataku ziściła się w najmniej spodziewanym momencie.

Denis zdążył ujrzeć tylko blask promieni słońca, odbijający się od srebrnej powłoki nieznanego okrętu. Później nagłe eksplozje zagłuszyły wszelkie słowa i myśli. Fala ołowiu zalała kajutę niczym fala przypływu, demolując pomieszczenie. Arcon szczęśliwie uniknął poważniejszych ran, co najwyżej dorobił się kilku siniaków i otarć. Nie stracił również zimnej krwi, kiedy pokład zaczął usuwać mu się spod stóp. Wrodzony zmysł równowagi, wzmocniony sterydami i treningiem płetwonurka dał teraz wymierne efekty. Pewnie trzymał się drewnianej framugi, podtrzymując oparcie na odsłoniętej wrędze pokładu. Popatrzył jak radzą sobie inni i zdecydował się pomóc Lucjuszowi. Był lżejszy od Casimira, więc lurker miał nadzieję podciągnąć nieprzytomnego kompana ku sobie. Wierzył, że korsarz ocknie się niebawem, a jeśli nie to piratka, która też radziła sobie nadzwyczaj dobrze, nie pozwoli mu zsunąć się w dół. Chociaż może błędem było domniemywać, iż dziewczyna żywi jakieś zacniejsze uczucia?

Po chwilach grozy ich maszyna na powrót zaczęła odzyskiwać pion. Niestety niebezpieczeństwo zostało tylko chwilowo zażegnane. Buczenie mechanizmów, atakującego ich zeppelina, ponownie zawibrowało w uszach nurka.



- Sir Richardzie! Musimy dać odpór agresorom. Gdzie jest pokładowe uzbrojenie? - wykrzyczał szybko, jakby już słyszał nadchodzącą, kolejną salwę. W młodzieńcu narastał gniew i gorącą chęć odwetu na napastnikach.
Chwilowo starał się wydostać jak najdalej od śmiercionośnego zasięgu nieprzyjacielskiej broni lub znaleźć element mogący posłużyć za tymczasową osłonę.
 

Ostatnio edytowane przez Deszatie : 25-04-2016 o 23:13.
Deszatie jest offline  
Stary 28-04-2016, 18:20   #3
Inkwizytor
 
Mi Raaz's Avatar
 
Reputacja: 23374 Mi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputację
Gdy sterowiec wyrównał lot Richard puścił żyrandol.
- Wszyscy na pokład!
Nie czekając na wykonanie rozkazu przez swoich towarzyszy sam ruszył korytarzem do kabiny pilota.
- Manuel, wyciągnij nas w górę. Gdy będą do nas dolatywać ustawiaj ich tak, żeby mijali nas z lewej burty.
Chwycił tubę komunikacyjną łączącą się z ładownią.
- Malfloy, grzej piec, potrzebujemy pełnej mocy na silniku! Musimy się szybko wznieść.
Szlachcic wyszedł z kokpitu równie szybko jak wszedł. Mijając w pośpiechu laboratorium uderzył tylko w drzwi krzycząc:
- Ładunki zapalające! Przynieś na pokład!

Gdy znalazł się już pod samym balonem, na otwartym pokładzie czuł wyraźnie zmianę ciśnienia w uszach.
- Czemu się wznosimy? Chcesz, żebyśmy z większym hukiem spadli do morza? - Rzucił Casimir, którego morskie doświadczenie nie przekładało się na bitwy powietrzne.
- Wznosimy się, żeby zwiększyć zasięg dział. Kula opada, więc im wyżej jesteśmy, tym dalej doleci.
- A masz tu działa?
- Tak. Dwa. I obu za chwilę użyjemy pierwszy raz.
Casimir wypuścił powietrze z płuc.
- Zginiemy.
- Najważniejsze, żeby oni zginęli pierwsi - Richard przepychał armatkę na lewą burtę. Gdy już ją zablokował krzyknął do reszty krzątającej się załogi:
- Na co czekacie? Ustawić obie na lewej burcie. Gdy będziemy robić zwrot mają być gotowe do strzału.
Jeden z ludzi Casimira najwyraźniej obeznany w walce miał już pochodnie do odpalenia lontu.
- Niżej z tym ogniem! - Szlachcic zdawał się stracić zimną krew. - Jak spalisz nam balon, to średnio widzę dalszą walkę.

La Croix oparł się o balustradę i spojrzał na zbliżającą się mniejszą jednostkę. Wystarczyła chwila skupienia by dostrzec szczegóły niczym z użyciem lornetki. Obserwował uważnie wroga. Nie musiał wiedzieć kim są, ale musiał wiedzieć gdzie trafić gdy będą blisko. Pierwsza kula pójdzie na straty, ale drugą wciśnie im prosto w balon.

- Aa, jak ten alchemik dotrze tu wreszcie z ładunkami zapalającymi, to spalcie im tę łajbę.
 
__________________
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest całkowicie przypadkowe.
Mi Raaz jest offline  
Stary 29-04-2016, 00:04   #4
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 13529 Alaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputację

Tego nie przewidział.

Ta myśl błyszczała w jego świadomości, gdy znajdował się w powietrzu. Ciśnięty na podłogę przez nieznaną jeszcze siłę wiedział, że to może skończyć się bardzo źle. Nie przygotował się.

Owszem, wiedział, że sterowiec jest najpewniej obserwowany, dlatego najpierw starał się zgubić śledzących, a potem dostać do niego jako zwykły członek załogi. Nie spodziewał się jednak ataku ani tego, że zostaną o nim poinformowani przyjmując uderzenie.

Zobaczył jak tuż obok niego znajduje się wyrwa w ścianie i otwarta przestrzeń przestworzy. Szybko, instynktownie złapał się pierwszej wystającej rzeczy, na jaką trafił. Przeżyć i zrobić z tego swoją siłę.

Odetchnął głęboko wisząc nad przepaścią. Spojrzał za siebie na wrogi statek powietrzny, a następnie pod siebie. Odetchnął ponownie i zamknął oczy na moment.

Wszedł do własnego pałacu, a czas zwolnił.


Spostrzeżenia, sugestie i możliwe scenariusze mnożyły się w jego głowie w zastraszającym tempie. Obracały się przemieszczały, dryfowały, pikowały, wznosiły, rozszerzały i zmniejszały. Przyciągały się do siebie i odbijały. Bezużyteczne w tej chwili skupiska danych pod wpływem wysiłku woli niechętnie, lecz coraz bardziej ulegle zwalniały. W pewnym momencie wyróżnił się ruch bardziej uporządkowany. Fakty łączyły się ze sobą.

Pierwsze skupisko posłusznie podleciało do niego i zaczęło obracać się i powiększać na życzenie.
Najczarniejszy scenariusz - co jeśli spadnie?

Zobaczył przed oczami mapę zony Orion. Tu są. Większość powierzchni stanowiły akweny wodne. Prawdopodobieństwo tego, że znajdują się nad stałym lądem jest mniejsze niż przebywanie nad wodami.
Jeśli jest nad lądem, to opadając jest w stanie zmienić kierunek tak, by maksymalnie zwiększyć szansę wpadnięcia do wody. Rozłożyć ręce. Zmniejszyć prędkość spadania. Przed taflą zmienić pozycję na wyprostowaną. Nogi w dół, ręce skrzyżowane na piersi.

Zobaczył siebie uderzającego piętami w powierzchnię wody. Czas zatrzymał się w tym momencie.
Obrażenia? Ciężko oszacować. W najgorszym wypadku połamane nogi. Pływanie za pomocą wyłącznie rąk grozi utopieniem. Torba. Przekręcić na brzuch. Przy pomocy rąk powinna utrzymać na wodzie. Miał szansę przeżyć.

Błyskawicznie wrócił do miejsca, w którym się znajduje. Zobaczył siebie podciągającego się. Bezskutecznie. Spadł.
Wrócił ponownie. Chropowata rura niedaleko. Doskonały wybór. Wzmocnić chwyt. Nie powinien wtedy spaść. Podciągniecie siłowe odpadało. Znajomość własnych wad i zalet to podstawa, zaś siła do tych drugich nie należała. Musiał sobie pomóc.
Zobaczył siebie wychylającego się do tyłu, po czym gwałtownie do przodu. Podciągnięcie kolan, co zwiększy impet. Dołożyć siłę rąk. Podciągnął się na tyle, by rura znajdowała się na wysokości klatki piersiowej.

Co teraz?
Najtrudniejszy etap. Impet częściowo wytracony. Połączenie z siłą może nie wystarczyć. Zmniejszyć wagę - wychylić się maksymalnie w stronę pokładu. Głowa waży do pięciu kilogramów. Przeniesienie nawet takiej masy nad powierzchnię pokładu zmniejszy konieczną siłę.
To za mało.
Impet musiał wykorzystać w inny sposób. Zarzucić nogę na pokład. Siła rąk i nóg połączona z resztkami pędu oraz przeniesieniem środka ciężkości powinna wystarczyć.

Gdzieś w tle analizowała się kolejna porcja informacji. Otworzył oczy.

Uchwycił część wystającej rury i poprawił na niej chwyt. Chropowata powierzchnia instalacji sprawiła, że nie powinien się z niej łatwo ześlizgnąć. Następnie wychylił plecy w łuk, ażeby mocno je wypchnąć razem z całym ciałem. Nieduża waga tym razem była sprzymierzeńcem - zabieg był dość szybki i zręczny. Podciągnął ręce i łokcie z powrotem na deski, a zaraz i jedną z nóg. Jeszcze jeden ruch i...
Przeturlał się na podłogę. Serce zabiło mocniej, gdy plecy znów zetknęły się z pewnym gruntem. Czy aby tak pewnym? Za sobą słyszał już zbliżający się warkot nieprzyjacielskiego statku.

Jedno spojrzenie na sterowiec ponownie wciągnęło go do jego pałacu.

Tym razem stał na ziemi i z rękoma w kieszeniach spoglądał na niewielkie sterowce wzbijające się w powietrze w Bellatrix. Niebieska Armia wchodziła na pokład i odlatywała na zwiad lub dywersję. Albo ćwiczenia. Niemniej przeznaczenie tego typu sterowców było wyłącznie dwojakie.

Kolejny obraz, tym razem nieruchomy. Jacob przyjrzał mu się bardzo dokładnie, lecz nie dostrzegał żadnych emblematów. Piraci lub Black Cross. Obstawiał to drugie.

Następny obraz. Sterowiec obracał się we wszystkich kierunkach, rozpadał na części składowe i składał ponownie.
Załoga wynosiła około dziesięciu osób.

Jeszcze jedna zmiana. Byli szybsi i zwrotniejsi, lecz mniej liczni, a nawet gdyby byli liczniejsi to...
Przed oczami ukazał się obraz Samanthy Kidd. Ubranie było szczegółem, który umknął pamięci Jacoba. Z rozłożonymi na boki rękoma obróciła się wokół własnej osi. Kolejny pojawił się Dewayne Casimir w identycznej pozycji, ale tym razem ubranie było na swoim miejscu. Kapitan zatopionej Black Betty szybko jednak umknął ze względu na swoje obrażenia. Następny był Richard la Croix, który również dokonał tego samego manewru.
Siła bojowa: Przewaga na ich korzyść. Obawiałby się tylko i wyłącznie wtedy, gdyby dostrzegł na sterowcu wroga znak Kompanii Wilka.

Otworzył oczy ponownie.

- Sir Richardzie! Musimy dać odpór agresorom. Gdzie jest pokładowe uzbrojenie? - mówił Denis, gdy Cooper zbierał się z podłogi oceniając miejsce ataku przeciwnika.

Richard musiał widzieć to, co on. W końcu był kapitanem nie pierwszy raz. Jacob zabrał się natychmiast do odciągania Lucjusza w bezpieczniejsze miejsce, po czym popędził w kierunku, w którym udał się szlachcic.

- Aa, jak ten alchemik dotrze tu wreszcie z ładunkami zapalającymi, to spalcie im tę łajbę - powiedział la Croix, gdy Jacob wchodził.

- Czy ja muszę wszystko tłumaczyć wszystkim? Nawet kapitana sterowca mam uczyć o sterowcach? - żachnął się Starr z lodowatym opanowaniem.

W sumie nie było się czemu dziwić, to on był jedynym geniuszem na pokładzie. Niemniej spodziewał się czegoś więcej po kapitanie zeppelina. Spodziewał się, że będzie potrafił zapanować nad prymitywną potrzebą uderzenia złością i przekalkuluje na zimno wszystkie opcje. W końcu od tego był. Zamiast niszczyć przeciwnika należało obrócić jego siłę przeciwko niemu.

- Black Cross daje nam kopalnię informacji, zeppelin, wyposażenie. Tego używa Niebieska Armia do zwiadów lub... dywersji! Nasza siła to liczebność ich załogi, czyli około dziesiątka ludzi. Sama Kidd położy trzecią część lub więcej. Konkluzja? Abordaż. Chyba, że chcesz wytrącić ten wyborny atut z własnej ręki - powiedział Cooper patrząc na wrogą maszynę.
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 30-04-2016, 18:43   #5
Femme Fatale
 
Nami's Avatar
 
Reputacja: 43379 Nami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputację
Samantha nie bardzo miała ochotę uczestniczyć w jakichkolwiek rozmowach. Nie przybyła tutaj ani w celach towarzyskich, ani by zdobyć nowych przyjaciół - co też wyraźnie było widać po jej postawie, jaką przyjęła. Siedziała z naburmuszoną miną, jakby wizyta w sterowcu była ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę. Wyglądała po części jak zakarane dziecko i tylko od czasu do czasu wtrąciła w rozmowę swoje trzy grosze. Kołysanie maszyny było nużące i z każdym jej ruchem w brzuchu kobiety przewracało się niestrawione do końca żarcie, które najchętniej dałoby dyla przez jej gardło i spierdoliło skacząc przez okno. Pomału zaczęła się przyzwyczajać do wzrostu odczuwania bodźców, ale nie do tego latającego ustrojstwa! Co za psychol wymyślił, by zamiast pruć przez fale mórz i oceanów, latać sobie jak pierdolona wróżka i smrodzić pseudo pyłkiem wylatującym maszynie z dupska?
Westchnąwszy wyjęła swoje dwie spluwy i poczęła je pielęgnować. W międzyczasie coś odpysknęła bezczelnie wtrącając się w dyskusje i załadowała nową amunicję. Kiedy obydwie bronie były już gotowe do ewentualnego przerwania rozmowy poprzez eliminację dyskutantów, cały sterowiec zatrząsł się silnie. Samantha straciła równowagę kiedy siła uderzenia wyrwała ją z siedziska, jednak z pomocą rąk, którymi machała w celu odzyskania rezonu oraz sprawnych i silnych nóg, udało jej się w końcu uchwycić drzwi i uniknąć opuszczenia sterowca w trybie natychmiastowym i w dodatku bez kultury - czyli nie przez drzwi.


Po przybyciu do sterowni Samantha uruchomiła swoje trybiki ukryte pod rudym łbem. Nie rozumiała tej krótkiej wymiany zdań między historykiem a szlachcicem, bo jedyne co do niej dotarło to "abordaż". Kobieta czuła się na siłach, aby dokonać szybkiej rzezi! Implant już po raz któryś dał o sobie znać, że działa i potrafi podrasować jej i tak duże zdolności bojowe. Wielka szkoda, że Kidd nie była na tyle bystra, aby wziąć pod uwagę to, że ten kto implant jej podarował, mógł dodatkowo wszczepić w jej ciało coś niechcianego, co na przykład pozwoliłoby przejąć nad nią kontrolę, albo chociażby wysadzić jej ciało od wewnątrz czy też podgrzać organizm do niemożliwości. Sam w sobie implant mógł wywołać skutki uboczne i to gorsze niż wymioty bulimiczki, ale jak zwykle Piratka miała to w nosie.
W całym tym zamieszaniu nie wiedziała, gdzie postawić nogę, do kogo otworzyć ryj, ani co postanowić. Ojciec był jakoś bardziej zorganizowany no i myślał szybciej, a jej czasami sprawiało to trudność - może to dlatego nie pchała się na stanowisko Kapitana jakiejkolwiek łajby, bo jej pasją było proste życie osoby siekającej ciała wrogów, a nie mówiącej innym, by poszli w jej ślad.

W końcu w głowie kobiety coś zaskoczyło. Błysk w oku zdawał się jedynie potwierdzać, że proces myślowy ruszył pełną parą. Samantha westchnęła potężnie podchodząc do Coopera i wcisnęła mu w łapę pistolet plazmowy.
- Wydajesz się być... Obeznany, mam nadzieję, że umiesz tego używać - oznajmiła beznamiętnie i za wszelką cenę musiała uniknąć określenia "mądry" czy też "inteligentny", aby przypadkiem nie umniejszyć samej sobie.
Następnie wyprostowała się dumnie i wyjęła swój rapier. Poczuła silne uderzenie serca, które przyspieszyło na tyle, iż mogła poczuć jego pracę za klatką z żeber oraz usłyszeć dudnienie w głowie, spowodowane szybszym płynięciem krwi przez tętnice szyjne.
- Dawać mi tych sukinkotów... Nie będziemy się z nimi pierdolić po partyzancku, w balona kulami miotać - prychnęła po czym zagryzła rękojeść rapiera zębami, aby przytrzymać go w ustach i z pomocą wolnych rąk móc związać swoje długie włosy. Nie mogło ujść uwadze lśnienie jej białych zębów, które na pewno nie powinny tak wyglądać w życiu żadnego pirata. Gdy była już gotowa, ponownie dobyła swojej broni, czekając na decyzję. Przecież nie rzuci się jak głupia w przestworza, licząc na łut szczęścia. Nawet do abordażu potrzebne były konkretne decyzje.
- Pokażmy im, co to znaczy dostać wpierdol - podsumowała na koniec, mając nadzieję, że jej pewność siebie pomoże Richardowi podjąć decyzję i przestanie się wydurniać.

 
__________________
Gram: [WFRP 1 i 1/2] Chęć przeżycia
Nami jest offline  
Stary 05-05-2016, 20:15   #6
 
Caleb's Avatar
 
Reputacja: 14154 Caleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputację
Statek wydawał dziwne, rzężące dźwięki. Brzmiało to jakby o jego wnętrze uderzały tysiące mechanicznych owadów. Z pewnością uszkodzona została część z silników, lecz gigant La Croixa nie należał do łatwych w zniszczeniu.
Pomyśleć że jeszcze kilka chwil temu rozprawiali o dalszych planach w złudnym poczuciu bezpieczeństwa. Kimkolwiek był wróg, przypomniał im że zabrnęli za daleko aby sobie na takowe pozwolić.

Denis zareagował błyskawicznie. Niedawno w obliczu podobnego zagrożenia mógłby spanikować. Lecz powrót z krainy umarłych sprawił, że Arcon był odmieniony zarówno duchem, co ciałem. Zacisnął zęby i chwycił za odrzwia. Myślał nad swoją oraz towarzyszy sytuacją tylko chwilę. Natychmiast wyciągnął rękę, żeby podciągnąć Lucjusza bliżej siebie. Ten jęczał coś pod nosem. Uderzenie o podłogę pozbawiło go przytomności.
- Eh… mmm… - wydobył z siebie ciche westchnienie.
Kiedy statek wyrównał lot, Denis pociągnął badacza do korytarza. Ścianka oddzielająca przejście od właściwego pomieszczenia nie stanowiła praktycznie żadnej osłony. Ale było to lepsze niż nic.

Umysł Jacoba działał na najwyższych obrotach. Mózg przetwarzał mnogość informacji tak szybko, że wszystko inne zdawało się poruszać niczym w zwolnionym tempie. W pobliżu nie było nikogo kto zdążyłby mu pomóc. Musiał wspiąć się sam. Pęd powietrza blokował ruchy, lecz Cooper poruszał się zwinnie nawet w najtrudniejszych warunkach. Naprężył się, nachylił całym ciałem. Za chwilę był już na pokładzie.
- Sir Richardzie! Musimy dać odpór agresorom. Gdzie jest pokładowe uzbrojenie? - usłyszał jak ktoś przekrzykuje wszechobecny jazgot.
To było dobre pytanie. Bez dobrej siły ognia nie mieli szans. Historyk spojrzał na Richarda, to znów na zbliżający się pojazd.
- Black Cross daje nam kopalnię informacji, zeppelin, wyposażenie. Tego używa Niebieska Armia do zwiadów lub... dywersji! Nasza siła to liczebność ich załogi, czyli około dziesiątka ludzi. Sama Kidd położy trzecią część lub więcej. Konkluzja? Abordaż. Chyba, że chcesz wytrącić ten wyborny atut z własnej ręki.

La Croix który jeszcze przed chwilą wisiał na żyrandolu, teraz spokojnie opadł z powrotem. Otrzepał klapę z drobinek pyłu jakby nic się nie wydarzyło. Miał własne plany. To był jego statek i nikt nie musiał mu mówić co ma robić.
- Wszyscy na pokład!
Komendę wykrzyknął już w biegu. Za chwilę był w kabinie Manuel.
- Wyciągnij nas w górę. Gdy będą do nas dolatywać ustawiaj ich tak, żeby mijali nas z lewej burty.
Pilot dwoiła się i troiła przy pulpicie. Zagryzła nerwowo wargę. Wykazywała zdenerwowanie, ale nie pozwoliła sobie na oznakę paniki. W takich momentach jej pracodawca czuł, iż zatrudnił profesjonalistkę w każdym calu.

Samantha czuła że jest gotowa na jatkę. To był jej żywioł. Nie długie perory, ani snucie planów. Krwawa rzeź tu i teraz - to napędzało rudowłosą głowę. Może była na obcym sobie gruncie, ale walka to walka. Stara, dobra przemoc przemawiała na morzu i w powietrzu.
Spojrzała na Coopera. Pistolet plazmowy powędrował w powietrzu, by zakończyć lot w zręcznym chwycie historyka.
- Wydajesz się być... Obeznany, mam nadzieję, że umiesz tego używać.
Cooper spojrzał na osobliwą broń. Nie umiał. Jednak był typem człowieka, który w swoim słowniku wyrwał wszystkie kartki ze słowami typu “niemożliwe”.
Piratka wyjęła rapier i ujęła go wzmocnionym zębami. Białe szkliwo groźnie zabłysło na długim ostrzu broni, które pochłonęło już dziesiątki ludzkich dusz.
- Pokażmy im, co to znaczy dostać wpierdol.

Rozległ się huk. Wrogi statek wyrównał lot z zeppelinem La Croixa, lecz on sam zdążył wcześniej wydać komendę nagłego wzlotu. Dziesiątki rozproszonych kul trzasnęło w powietrzu, tuż pod gondolą sterowca. Wystarczyłoby jeszcze parę sekund zwłoki, a tenże z pewnością mknąłby na spotkanie morskich odmętów.

Dewayne przeczołgał się pod ścianę, zostawiając za sobą krwawy ślad. Mętnym wzrokiem omiótł wzrokiem pogrążony w dymie pokój. Splunął krwawą plwociną, cedząc przez zęby:
- Wreszcie można komuś skopać dupę, a ja musiałem dostać wpierdol jako pierwszy… Noas chyba mnie nie lubi.

- Jeszcze żyjemy? - spanikowany Ferat złapał Denisa za ramię.
Znajdowali się w wąskim przedpokoju między pomieszczeniami. Arcon czuł jak Lucjusz drży na całym ciele. Jego wuj miał rację co do osoby historyka. Był bojaźliwym, jeśli zwyczajnie nie tchórzliwym człowiekiem.

Jacob podszedł do wyrwy i spojrzał w dół. Nieprzyjaciel znajdował się teraz pod jego stopami, trochę na lewo od ich pozycji. Richard musiał wreszcie wydać swoje rozkazy, gdyż Starr usłyszał metaliczny dźwięk wysuwanych dział i…
Potężny ryk.
Salwy buzującego ognia uderzyły w balon wroga. Tym razem to mały sterowiec przechylił się o czterdzieści stopni. Wybrzmiały okropne krzyki, zaraz jednak zastąpione echem wybuchu. Następnie z kadłuba szlacheckiego statku poleciało kilkanaście pojemników z mętną zawartością. Gdy upadły na cel, wnet pogrążyły go w pożodze.
Nieprzyjaciel był jednak dobrze przygotowany. Przynajmniej kilka metalowych haków wbiło się w różne miejsca na olbrzymim sterowcu. Dwa z nich uderzyły o kadłub po stronie gdzie wciąż znajdowała się większość drużyny.


Samantha zbyt dobrze znała ów przyrząd. Były to spalinowe pistolety abordażowe o długim zasięgu. Pozwalały przyczepić ostro zakończone chwytaki do właściwie dowolnej powierzchni, a następnie się tamże przyciągnąć. Linki, choć bardzo cienkie, posiadały wytrzymałość okrętowych sztagów.
Tymczasem charakterystyczny dźwięk tyrolek nabierał mocy.

Richard spoglądał na bieżące wydarzenia z bulaju w kabinie pilota. Nie mógł stąd nic zrobić, chwilowo pozostało mu liczyć na kompanów. Manuel miała dla niego kolejne, parszywe wieści:
- Nie panujemy nad ogniem - spojrzała na kontrolki których coraz większa liczba zaczęła mienić się na czerwono - Przypominam że mamy od cholery wodoru. Jeśli płomienie przebiją się przez główny balon… nawet nie chcę o tym myśleć.

Kidd była gotowa. Czekała tylko kiedy pierwszy wróg wjedzie na linie. Poprawiła uchwyt broni, oblizała spierzchnięte od emocji wargi.
Wreszcie się pojawili. Znad kopcącego otworu ujrzała kolejno: szerokie ronda kapeluszy, zawzięte miny, skórzane kurty, a tuż pod nimi czerń rewolwerów.


Zabójcy - kobieta i mężczyzna zręcznie wskoczyli na pokład. Rozpoczęli marsz, nie spoglądając na oponentów. Ich twarze pozostawały niewidoczne, ukryte pod nakryciami głów. Milczeli, lecz ich dłonie powoli zmierzały w kierunku kabur.

Denis spoglądał na zastaną sytuację w ukryciu. Pojawiło się już dwóch agresorów. Lecz gdzie była reszta? Jak wielu przeciwników weszło na pokład?
Zamarł gdy usłyszał kroki z drugiego końca korytarza.
 

Ostatnio edytowane przez Caleb : 09-05-2016 o 07:42.
Caleb jest offline  
Stary 08-05-2016, 10:28   #7
 
Deszatie's Avatar
 
Reputacja: 15122 Deszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputację
- Jeszcze żyjemy? - spanikowany Ferat złapał Denisa za ramię.
- Tak. - powiedział lurker spokojnie. - Przynajmniej przez jakiś czas... - dodał w myślach.

Sterowcem zatrzęsło i Arcon skonstatował, że to ich działa odpowiedziały agresorom. Podskórnie czuł, że to nie koniec walki. Utwierdziły go w tym wyraźne odgłosy uderzeń o burtę. Spojrzał na piratkę, gotującą się do ataku niczym zwierzę, zbyt długo trzymane na uwięzi i przeczuwające, że klatka niebawem zostanie otwarta przez nieuważnego dozorcę. Pomimo żywionej niechęci, w całej jej postaci dostrzegał jakieś przerażające piękno. Tylko kto tu był tak naprawdę zwierzyną?

Zrozumiał, że nie przyda się w tym miejscu. Zwłaszcza kiedy ludzie-cyborgi pojawili się na horyzoncie. Mógł ocalić siebie i historyka, a brudną robotę zostawić Kidd. Dziewczyna zdawała się bardziej ludzka niż obcy najeźdźcy.
Z łatwością można było wybaczyć jej wcześniejsze irytujące, niedojrzałe zachowanie. W duchu podziękował Noasowi, iż ktoś taki jest z nimi na powietrznym statku. Następnie zgarnął Ferata, który wydawał się teraz bezwolny i wiotki jak gałązka wierzby.

- Lucjuszu, musimy dostać się do maszynowni. Nie oglądaj się za siebie! - poławiacz też nie miał ochoty oglądać zimnokrwistych demonów śmierci. Ani tym bardziej mającej się wkrótce rozpętać jatki. Zamierzał ubrać kombinezon, który zwiększyłby jego atrybuty bojowe. W obecnej sytuacji jedna zbłąkana kula mogła odesłać go w zaświaty. Skafander powinien zapewnić minimum bezpieczeństwa i posłużyć jako zbroja w razie ataków, nawet kosztem ograniczenia wyjątkowej zwinności. Istniała też szansa, aby znaleźć narzędzie mogące w ostateczności posłużyć jako zaimprowizowana broń.

Usłyszał kroki, ale zdecydowanie szarpnął i pociągnął Lucjusza za sobą. Chciał zniknąć z korytarza obojętnie czy na jego końcu czyhał wróg, czy zbłąkany przyjaciel...
 
Deszatie jest offline  
Stary 08-05-2016, 15:43   #8
 
Caleb's Avatar
 
Reputacja: 14154 Caleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputację
Denis przez chwilę obserwował Samanthę gotującą się do ataku. Przypominała mu dzikiego zwierza, gotowego dopaść i rozerwać swoją ofiarę. Przez moment dojrzał nawet w tym… jakieś piękno? To było przedziwne, że nawet w tak krnąbrnej i bezczelnej osobie kryła się iskierka realnego uroku.
Lecz pilna obserwacja damskich walorów bojowych nie miała mu teraz pomóc. Chwycił Ferata za rękaw koszuli.
- Lucjuszu, musimy dostać się do maszynowni. Nie oglądaj się za siebie!
- Nawet nie zamierzałem - odparł tamten.
Denis myślał o kombinezonie. Akwalung służył nie tylko pod wodą. Jego twarda, odporna na duży nacisk powłoka mogła równie dobrze posłużyć jako prowizoryczny pancerz.
Ruszyli poprzez mały hall, który wypełniał się teraz gryzącym dymem. Szybko przemierzyli dwa następne zakręty, lecz gdy chcieli wykonać zwrot po raz trzeci, Denis zatrzymał się jak wryty.


Droga prowadziła dalej przez metalowe schodki i schodziła nimi na szeroką platformę. Stąd rozciągała się droga do następnych pomieszczeń. Na samym środku, dziesięć metrów od lurkera, przy podeście stały trzy postaci. Okutane w długie płaszcze, z maskami gazowymi na twarzach przywodziły skojarzenie cybernetycznych zjaw. Ich bronie przypominały wspomagane strzelby. Posiadały po trzy lufy, przymocowane bezpośrednio do siebie. Arcon nigdy nie widział czegoś podobnego. Przez całe ciała najeźdźców biegły kable, a oni sami poruszali się nienaturalnie, zbyt mechanicznie. Mówili coś między sobą, a ich głosy brzmiały jak radiowe trzeszczenie. Zdawało się że wymieniali jakieś niezrozumiałe z tej odległości komendy.
 

Ostatnio edytowane przez Caleb : 09-05-2016 o 07:44.
Caleb jest offline  
Stary 13-05-2016, 13:58   #9
Femme Fatale
 
Nami's Avatar
 
Reputacja: 43379 Nami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputację
Samantha nie miała zamiaru uciekać, ani się wycofywać. To nigdy nic nie dawało, ponieważ jeśli ktoś podjął się ataku, to prędzej czy później i tak Cię dorwie, po co więc próbować uniknąć nieuniknionego? Wzrokiem odprowadziła Denisa i westchnęła bardzo głośno. W pomieszczeniu pozostał z nią tylko mądrala, na co szło załamać ręce. Jego mięśnie dotykał już zanik i zdawałoby się, że ledwo się porusza, a jedyne co potrafi to myśleć. No cóż, wiele też się nie pomyliła, bowiem w chwili, gdy zaczęło robić się gorąco, jego fale mózgowe pracowały na zwiększonych obrotach i było widać tego skutki.

Działania Coopera były szybkie i sprawne, trochę jak nerwowe akcje osoby z zaburzeniami, jednak te okazywały się być skuteczne i przemyślane. Kiedy pierwszy raz odwrócił uwagę napastnika, Kidd strzeliła raniąc wrogiego mężczyznę, co by jej się nie udało bez pomocy Jacoba. Wyposażeni w implanty mieli zbyt szybki refleks, percepcję na poziomie wyższym od przeciętnej, a nawet ich ataki zdawały się być bardziej sprawne.
Cała złość rozjuszonej przez Historyka kobiety spłynęła na Samanthę, kiedy to wystrzelone zostały w jej stronę dwa pociski i o ile jednego z nich dało się uniknąć, o tyle drugi drasnął jej ciało, nie powodując jednak większego uszczerbku na zdrowiu. Piratka warknęła ze złości i chciała się szybko podnieść podcinając przy tym przeciwniczkę, jednak ta szybciej wycelowała w jej głowę. " O nie, teraz to przegięcie", zahuczało w jej myślach, a wewnętrzna siła implantu aż rozgrzała ją od środka. Samantha skorzystała z tego, że jej wróg musiał dzielić uwagę na dwoje i szybkim ruchem spróbowała przeturlać się w stronę nóg przeciwnika i trzymanym w ręku rapierem świsnęła w okolicy ręki, która dzierżyła śmiertelną broń palną. Przy okazji gdyby udało jej się bezpiecznie przeturlać, mogłaby swoim ciałem mocno przywalić w nogi grożącej jej kobiety i być może doprowadzić choć trochę, do zachwiania równowagi.
 
__________________
Gram: [WFRP 1 i 1/2] Chęć przeżycia
Nami jest offline  
Stary 16-05-2016, 22:34   #10
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 13529 Alaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputację
Jacob widząc co będzie się działo natychmiast skrył się przy ścianie, by napastnicy go nie widzieli. Załadował kuszę pneumatyczną i klasyczną, a następnie przyjrzał się dokładniej przekazanej mu broni w poszukiwaniu ruchomych elementów. Musiała być jakaś analogia względem pistoletów klasycznych.

Jacob był dobrym strzelcem, lecz nie mógł się poszczycić biegłością w rusznikarstwie. A już szczególnie w przypadku prototypowych broni. Na próbę przełączył parę małych wihajstrów na kolbie, przesunął zielony zbiorniczek. Kiedy jednak tylko przyłożył palec do spustu, pistolet zawibrował jakby dając znać o przeciążeniu.

Gdy zabójcy weszli na pokład Cooper czekał kucając nisko z kuszą pneumatyczną w ręku. Natychmiast również założył, iż są zaimplantowani. Mocno zaimplantowani. Zachowywali się zbyt pewnie. Rzeczywiście, poruszali się jak gdyby tylko muskali pokrytą sadzą podłogę. Teraz ponadto zauważył że ich cera jest nienaturalnie blada.

Nie poruszył się. Nawet nie drgnął, by nie wydać żadnego dźwięku. Nie był pewien w jaki sposób zabójcy wykrywają położenie przeciwnika. Czekał w bezruchu aż zobaczy ich plecy. Wtedy wzniesie kuszę względnie powoli, by nie zostać wykrytym, wyceluje i strzeli w tył głowy korzystając z krótkiej chwili, w której znieruchomieją do strzału lub przynajmniej nadal będą poruszać się wolno. Nie spieszył się. Strzał musiał być bezbłędny. Musiał zabić pierwszym strzałem, by Samantha mogła skupić się w pełni na jednym oponencie, a to z całą pewnością nie byli jedyni zabójcy na pokładzie sterowca.

Na ułamek sekundy wstrzymał oddech. Mógł mieć tylko nadzieję, że oponenci rzeczywiście go pominęli, a nie tylko udają.
Strzał był diablo dobry i szybki. Tak samo jak jego cel. Bełt pomknął w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą stał asasyn. Tamten zdążył błyskawicznie uskoczyć. Ostatecznie pocisk rozdarł mu koszulę i zaznaczył się krwawą raną. Implant musiał uśmierzyć ból, bowiem nie wytrąciło to nic ze zręczności nieprzyjaciela. Mężczyzna wyciągnął jeden z pistoletów i skierował go na Jacoba. Szczęściem Cooper jako ten atakujący pierwszy, miał teraz przynajmniej dwie sekundy na reakcję.

Ponieważ Cooper odwrócił uwagę jednego z nieproszonych gości, Samantha wykorzystała okazję i tuż po nim wycelowała w tą samą osobę ze swojej spluwy i strzeliła. Wciąż wolała mieć rapier w pogotowiu, w razie gdyby dystans między nią a napastnikami się zmniejszył, dlatego też wolała nie używać dwóch spluw na raz.
Jacob skutecznie zbił z pantyłku jednego z wrogów. Ów zwyczajnie nie zdążył zareagować po swoim odskoku. Lufa pirackiej broni skierowała się w stronę jego klatki piersiowej. Chwilę potem całe pomieszczenie wypełnił kolejny huk oraz zapach prochu.

Wróg trzymał się za krwawiącą ranę na swojej klatce piersiowej. Rzęził paskudnie, ale wciąż stał pionowo. Coś przy jego udzie zabłysnęło parę razy, żeby odezwać elektronicznym tonem. Wyglądało na to, że to moduł miał go sztucznie podtrzymywać przy ulatującym już życiu. Z okablowanymi skurwysynami tak było. Szło im odrąbać kończyny i wywiercić dziurę w mózgu, zaś ci uznawali to za prowokujące szturchnięcie. Trudno było powiedzieć czy miarkował ostatni w swoim życiu atak lub miał zwyczajnie paść.

Zabójczyni zdawała się nie być przejęta tym widokiem. Podniosła wreszcie wzrok, ukazując lazurowe, zimne oczy. Dwa rewolwery wymierzyła to w chowającego się Jacoba, to w Samanthę.
Jacob natychmiast schował się za swoją osłonę, zmienił kuszę i wyciągnął sztylet z trucizną. Uniknąć bełtu? Jak w bajkach o nadludzko szybkich zabójcach potworów. Takiej prędkości nie był w stanie osiągnąć żaden człowiek.

Słyszał o mistrzach sztuk walk, którzy przy odpowiednim dystansie potrafili, widząc przeciwnika i moment wystrzelenia, uniknąć lub odbić strzałę w locie. Może, ale to może udałoby się Starrowi powtórzyć ten wyczyn.
Słyszał o jednym, który potrafił ją złapać. Ledwie. Strzałę, bo bełtu, z racji większej prędkości, nie byli w stanie nawet uniknąć. Oto granica ludzkich możliwości.
Ten tutaj na krótkim dystansie, nie widząc przeciwnika i nie znając momentu wystrzału uniknął bełtu, jakby uchylał się przed rzuconą od niechcenia piłką. Facet był ponad cztery razy szybszy od cwałującego konia. Podobno na Serpens żyje kot potrafiący biegać na krótkich odległościach z prędkością dwukrotnie większą od najniższej prędkości cwału końskiego. Zabójca Black Cross był z górką dwa razy szybszy od tego drapieżnego kota. Tego Jacob się nie spodziewał.

Jak walczyć z taką osobą? Oto pytanie, na które musiał znaleźć odpowiedź natychmiast.

Z szybkością było jak z monetą. Miała dwie strony. Pierwsza to szybkość mięśniowa składająca się z odruchów bezwarunkowych, zaś druga to szybkość umysłu. Nawet u niezaimplantowanych zabójców odruch jest bardzo silny i mogło się zdarzyć tak, iż ciało zareaguje nim mózg zda sobie sprawę z tego, co się dzieje. Takie działania ratują lub zabierają życia. U zaimplantowanych reakcja ta mogła być jeszcze silniejsza.
W myślach, z pamięci odtwarzał szczegóły otoczenia, gdy usłyszał huk wystrzału. Nie widział śladu przy sobie ani nie słyszał jak kula trafia blisko niego - nie strzelał zabójca, tylko Samantha lub zabójczyni. Słyszał rzężenie i elektroniczne odgłosy - to był pistolet Kidd. Gorzej, że o ile pamiętał piratka trzymała tylko jeden, zaś zabójcy mieli po dwa.

Jacob miał pomysł. Zmienić ich siłę w największą słabość. Wykorzystać szybszą reakcję odruchową niż myślową.
Zamiast broni chwycił dwie większe szczapy, jakie miał pod ręką i zamknął oczy. Nie pomogą mu teraz. Zobaczył wszystko od innej perspektywy. Wyszedł na środek zapamiętanego pomieszczenia i przyjrzał się zamrożonej w czasie sytuacji. Ocenił pozycję i odległość.
Jeden kawałek drewna wypchnął gwałtownie na wysokości na której się znajdował. Nawet jeśli nikt w niego nie celował, to szybkie poruszenie mogło wywołać reakcję odruchową w postaci strzału w danym kierunku. Starr nie miał najmniejszej wątpliwości, że zbiry Black Cross trafią za pierwszym razem. Dlatego wolał nie eksperymentować na własnym ciele. Nie trzymał drewna mocno. Wiedział, że impet kuli wyrwie mu ją z ręki, dlatego był przygotowany do sięgnięcia zwolnioną ręką po kuszę. W moment po wystawieniu pierwszego fragmentu statku, prawie jednocześnie, z niewielkim tylko opóźnieniem zamierzał rzucić drugi kawałek tam, gdzie stali zabójcy. Możliwe, że skupi to ich uwagę, a może zmusi do uniku. Gdyby tak się stało on i Kidd utrzymaliby inicjatywę.

Gdy drugi kawałek poleci chwyci kuszę drugą ręką i po wychyleniu się tuż nad podłogą, na niespodziewanej wysokości, przez co chciał minimalizować ryzyko trafienia go, spojrzy na kształtującą się sytuację gotów do ewentualnego ponownego skrycia się.

Dwie wąskie szczapy prawie jednocześnie wyprysnęły z miejsca gdzie znajdował się historyk. Nie był pewien czy dobrze odmierzył trajektorię lotu. Zawsze jednak ufał swojej pamięci przestrzennej. Na chwilę przed swoją akcją zamknął oczy i wyobraził sobie zniszczony pokój raz jeszcze.
Noszący implanty przeciwnicy mogli posiadać swój nieziemski refleks. Ale na każdego był sposób. A czasem to właśnie najprostsze pomysły zdawały egzamin. Zupełnie jak wtedy, gdy odwrócił uwagę zabójcy na opuszczonej farmie za pomocą zwykłej koszuli.
Tutaj zastosował podobny trik. Ludzkie zmysły, nawet te zmodyfikowane najpierw dostrzegały ruch, dopiero potem klarowały co ów spowodował. Kiedy Jacob wyrzucił fragmenty drewna, rąbnął ciałem o ziemię aby wychylić się blisko podłogi.

Szybko ocenił sytuację. Raniony wciąż stał w swoim miejscu. Nie zdążył jeszcze zareagować, a może wciąż dochodził do siebie. Kobieta natomiast skierowała “przeznaczony” Cooperowi rewolwer w stronę jednej ze szczap. Trudno było o lepszą sytuację do wystrzału.

Tym razem miał więcej szczęścia. Bełt utkwił w ramieniu zabójczyni. Któryś nerw musiał zostać uszkodzony, bowiem jeden z pistoletów upadł jej na podłogę. Drugi natychmiast skierowała w jego stronę, ale do tego czasu Jacob zdążył schować się we wgłębieniu. Jego prosty trik aby zaatakować z trudnej do przewidzenia wysokości uratował mu życie. Pocisk ugodził w ścianę obok, wypryskując dziesiątkami drzazg.

Oczywiście osłabił wroga, acz z pewnością się go nie pozbył. Gdyby miał do czynienia ze zwykłym człowiekiem, atak spowodowałby mocny krwotok, wykluczając tym samym strzelca z walki. Wiedział jednak już, iż tutaj musiał grać na innych zasadach. O wiele trudniejszych i mniej przewidywalnych.
To było małe zwycięstwo, lecz mogło zostać gorzko opłacone. Samantha pozostała właśnie między młotem a kowadłem. Albo inaczej mówiąc między dwoma rannymi i rozjuszonymi oponentami.

Sytuacja była doskonała. Uśmiechnął się bardzo szeroko natychmiast zabierając się za ładowanie klasycznej kuszy.
Jeszcze raz przyjrzał się temu, co właśnie zobaczył. Nerw kobiety uszkodzony przez bełt eliminował jej jedną rękę, zaś błysk przy jej udzie połączony z elektronicznymi dźwiękami stanowił dla niego wręcz prezent.
Teraz najtrudniejsza część zadania stała przed Samanthą. Musiała obronić się przed dwoma zabójcami, ale musiała wytrzymać tylko chwilę. Miał kolejny pomysł. Po załadowaniu rzucił się na torbę, by wyciągnąć z niej globus.

- Padnij! - krzyknął rzucając kulę tak jak gotową do eksplozji bombę. Od dołu, sugerując jego obecną pozycję. Fałszywie. Stał.
Szach.
Wyuczone przez lata odruchy nie powinny zostać zmazane przez jednokrotne nabranie się na fortel. Choć szansa ponownego nabrania się na markowany atak nieco zmalała, to nadal prawdopodobieństwo było znaczne. Jeśli sztuczka się nie powiedzie, to oznaczać to będzie, iż przynajmniej częściowo stało się to przy udziale świadomości. To z kolei oznacza lekkie spowolnienie reakcji i odwrócenie choćby części uwagi zabójców. To natomiast powinno dać fory piratce.

Dziewczyna zanurkowała, dosłownie kłaniając się kulom. Jedna świsnęła jej tuż na duchem. Jednakże drugiej nie była fizycznie w stanie uniknąć. Samantha uderzyła na ziemię, czując przejmujący ból w barku. Chwilę potem nad walczącymi przeleciał okrągły obiekt. Tym razem oponenci praktycznie nie uznali jego obecności.

Podwójny blef. Na wszelki wypadek. Jacob kopnął kawałek drewna tuż przed wychyleniem się symulując ruch na dole. Tymczasem on wyłonił się na górze wsparty o ścianę dla równowagi. Dolna część ciała, na którą spodziewał się ewentualnego strzału pozostawała schowana.
Tym razem jednak celował nie w punkty witalne. Celował w implant mężczyzny.

Posypały się iskry. Bełt przebił moduł razem z całą nogą. Asasyn zatańczył jak w pijackim pląsie. Jego syk przerodził się w zduszony krzyk. Wreszcie upadł na deski po raz ostatni. Źrenice jego kompanionki poszerzyły się w obrazie nagłej determinacji. Skierowała swój rewolwer wprost w twarz leżącej przed nią Samanthy. Możliwe że zechciała ostrzec Starra przed dalszą brawurą. Albo obrać łatwiejszy teraz cel - trudno było teraz powiedzieć. Czas na chwilę zatrzymał się w oczekiwaniu na decyzje… lub pociągnięcie spustu.

Samantha zareagowała szybko. Dziewczyna wywinęła się jak piskorz, dokonując wślizgu między nogami oponentki. Wykonanie rapierem jakiegokolwiek manewru było z tej pozycji prawie niemożliwe. Ale nie dla osoby która chowała się z ostrzem w dłoni.
Klinga zafurkotała w powietrzu. W tym samym momencie nastąpił wystrzał, co uderzenie wywołujące mięsisty dźwięk. Zabójczyni utraciła całą rękę na wskutek chirurgicznego cięcia, zaraz przewracając się na plecy i wykrwawiając w konwulsjach. Niestety, Samantha miała niewiele mniej szczęścia. Zabłąkana kula ugodziła ją w brzuch. Poczuła w ustach charakterystyczny, metaliczny posmak. Z trudem dźwignęła się do półsiedzącej pozycji, ale nie była już w stanie powstać. Żyła, ale jej stan zaczynał robić się krytyczny.

- Szlag by to... - warknął wychodząc z ukrycia.

Dopadł do martwej kobiety, którą zaczął rozbierać z wprawą.
- Wiesz gdzie jest pracownia Jonasa? - zapytał gotów poinstruować odnośnie miejsca, w którym się znajduje.

Gdy zdjął koszulę nieboszczce natychmiast podał ją piratce.
- Z ogromną przyjemnością opatrzyłbym panią kapitan, ale oni z pewnością nie byli jedyni - mrugnął do niej przeszukując zmarłych.

Musiał dodatkowo zabrać globus, przebrać się w męskie ciuchy zabójcy i w drodze załadować kusze. Z pewnością było ich więcej.
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.
Alaron Elessedil jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:21.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166