Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 14-06-2020, 00:35   #31
Banned
 
Marcel obudził się nagle. W uszach jeszcze dudnił mu krzyk Stefani. Dobrze pamiętał cały sen, ale przede wszystkim końcówkę kiedy Pola próbowała wziąć od kobiety dziecko, jednak jej ręce przeszły przez nie niczym przez jakiegoś ducha. "Kobieta z czymś, co wyje" przypomniały mu się słowa Stańczyka. Czyżby błazen wiedział? A później pociąg zaczął osuwać się w bok aż zderzył się z taflą wody.

Zdał sobie sprawę, że Marta, która spała wtulona w jego ramię właśnie się obudziła. Odsunęła się, tylko na tyle by móc na niego spojrzeć. Wtedy Marcel przypomniał sobie, że sen o pociągu to nie jedyny sen jaki dziś mu się śnił. Zaczerwienił się na samo wspomnienie, krótkiego erotycznego snu w którym brała udział Marta i on sam. Jego scenografia zaczynała się w jego sypialni, na jego własnym łóżku. Marta znów była na górze, a on mógł podziwiać jej piękne kobiece ciało. Później jednak, sceneria zmieniała się na lecącą wśród leniwych białych obłoków biało-czerwoną awionetkę Cessnę 150 wewnątrz której się kochali. I chwilę po tej zmianie sen skończył się, na rzecz tego o pociągu.

W salonie byli sami. Panowała tu cisza i widok jak po imprezie: niepozmywane naczynia, puste butelki, papierki po chipsach i kartony po pizzy.

- Hej - szepnęła Marta.
- Hej - odpowiedział Marcel.
Przysunął się nagle i pocałował ją lekko w policzek. Skóra kobiety była bardzo delikatna i przyjemna w dotyku. Gdyby był poetą, nazwałby ją alabastrową. Potem jednak odsunął się, lekko zawstydzony. Nie wiedział, czy Marta w tej chwili miała na to ochotę. Uśmiechała się do niego, nie wyglądało by miała coś przeciwko.
- Ostatnio dość często nie zasypiam w moim własnym łóżku - rzucił żartobliwie.
Wstał i zaczął rozmasowywać obolałe ramię, na którym opierał się przez większość snu. Czuł się jak porażony przez zwyrodnienia staruszek, który każdego dnia najpierw musiał zrobić odpowiednią gimnastykę, zanim w ogóle odzyska zdolność poruszania się. Podszedł do kartonu, w którym znajdowała się jeszcze pizza. Wziął jeden kawałek i wgryzł się w niego. Obok był sos czosnkowy, ale jego nie ważyłby się już ruszać.
- Do czegoś doszłaś z Karolem i Wiktorią? - zapytał Martę. Następnie uśmiechnął się lekko. - To znaczy… mam na myśli, czy do jakichś wniosków albo nowych informacji - sprecyzował.
- Zagrzej w mikrofali, będzie lepsza - zaproponowała Marta.
Dziewczyna po krótkim przeciągnięciu się zaczęła szukać picia. Znalazła karton z resztą soku pomarańczowego i dopiła.
- Sama nie wiem. Coś tam rozmawialiśmy, ale to tylko kolejne hipotezy, żadna nie zapadła mi w pamięci na tyle by ją powtarzać - zielonowłosa sprawdzała właśnie kolejny karton, ale ten był pusty - może to, że dwie osoby, które poznała Pola a my nie, musiały przestać śnić ten sen, skoro Stańczyk uważał, że pociąg jest pusty. Zastanawiali się, jak pozbyli się snu. - Marta zrobiła pauzę sprawdzając kolejny karton. - Pójdę zrobić herbatę, masz tam w kuchni jakąś herbatę? Oooo… albo kawę. - Nie czekając na odpowiedź ruszyła w tamtym kierunku. - Ale nie wiem czemu pociąg nagle spadł. Słyszeliśmy krzyk. To u was?
- Tak - Marcel potarł oczy, idąc za kobietą. - Nie musisz wybierać. Możesz wypić i herbatę, i kawę. Ja tak robiłem swojego czasu rankami w czasie, gdy nie miałem weny. Najpierw jadłem powoli śniadanie, oglądając telewizję, potem powoli piłem kawę, ociągając się, a potem herbatę. To był taki powolny rytuał odwlekania obowiązków - mruknął.
Chwycił opakowanie, w którym znajdowała się cała pizza. Potem ruszył z tym do kuchni. Wyjął dwa talerzyki i zaczął grzać porcje zarówno dla siebie, jak i dla Marty. Na pewno ona również była głodna. Poza tym… to była pizza. Ją jadło się nawet wtedy, kiedy żołądek był pełny.
- Pola wzięła na ręce małe dziecko, tę Wandzię - rzucił Marcel. - Ale przeleciała jej przez dłonie, jak gdyby była duchem. Kompletnie tak, jak Stańczyk. Matkę natomiast można było dotknąć. Była materialna jak ja, czy ty - powiedział. - Nie wiem, co dokładnie to oznacza, ale nie mogę powiedzieć, żeby mi się to podobało. Może to niemowlę nie żyje, a matka o tym nie wie. Może nigdy nie istniało, co byłoby dużo bardziej… straszne. W każdym razie to sprawia, że tym bardziej chcę znaleźć Stefanię. Bo tak się nazywała. Stefania. Mam też jej nazwisko. Chcesz pobawić się ze mną w małych detektywów dzisiaj? - uśmiechnął się do niej lekko.
Podał jej talerz z dwoma kawałkami pizzy.
- Widzisz, jak próbuję cię przekupić? - mruknął, przymrużając oczy. - Działa? No pewnie, że działa… - uśmiechnął się leciutko.
- Odgrzewaną pizzą? Też mi przekupstwo - Marta mrugnęła do Marcela jednym okiem. - A może, to dziecko jeszcze się nie narodziło? Albo…
- Jest wspomnieniem - wpadł jej w słowo Stańczyk, który ni stąd nii zowąd pojawił się na blacie w kuchni.
Błazen wyszczerzył się w uśmiechu do Marcela. Po tym z pewnym zainteresowaniem zaczął próbować przesunąć leżącą na blacie niebieską paczuszkę, co oczywiście mu się nie udawało. Ze swojej perspektywy Marcel nie mógł być pewien co to za pudełeczko leży między deską do krojenia a błaznem.
- Jest wspomnieniem? Tak samo jak ty jesteś wspomnieniem pewnego innego Stańczyka, który długo już nie żyje? - zapytał Feliński.
Miał nadzieję, że nie przekazał właśnie błaznowi rewolucyjnych, nieznanych przez niego informacji, z powodu których zacznie teraz nagle panikować.
- Ona jest wspomnieniem tego samego rodzaju? - czy trochę innym?
Marcel odstawił talerzyk ze swoją pizzą, po czym ruszył w stronę tego blatu, przy którym znajdował się Stańczyk. Zerknął na niebieską paczuszkę. Jej obecność była tutaj szczególnie zaskakująca. Czy ktoś zostawił coś w trakcie imprezy? A może paczuszka sama w sobie była równie niematerialna, jak na przykład ubrania błazna? Bo chyba raczej nikt obcy nie zakradł się do ich mieszkania, kiedy spali? Marcel zadrżał i już zaczął się nakręcać.
Niebieskie opakowanie prezerwatyw firmy durex, wyglądało na puste. Czyżby, któryś z jego gości zaszalał? Może Iga? W każdym razie nie on…
- Hmmm… - zaczął błazen wciąż z tym samym uśmiechem patrząc na Marcela - innym - odpowiedział.
- Nie uśmiechaj się tak do mnie, bawiąc się pudełkiem po prezerwatywach - odpowiedział Feliński, odciągając wzrok.
Marta w tym czasie wstawiła wodę na herbatę czy kawę. Zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu czegoś. W końcu znalazła jakieś szklanki z którymi ruszyła w stronę zlewu.
Marcel tymczasem złapał swój kawałek teraz już ciepłej pizzy i zastanowił się.
- Ciekawi mnie tylko, czy było pełne, kiedy pojawiło się w tym mieszkaniu - parsknął śmiechem. - Ale chyba nie ma aż takiej kondycji.
Uznał, że pozostawienie tego tutaj nie było zbyt eleganckie, ale cieszył się, że przynajmniej nie były to zużyte prezerwatywy.
- To o czym mówiliśmy…? - zastanowił się przez moment, zerkając na Martę. - O tym dziecku, które jest wspomnieniem. W ogóle widziałaś kiedyś je wcześniej? Matkę i córkę? W jakimś poprzednim śnie?
Marta stała do niego tyłem, mając szklanki. Nie komentowała jego konwersacji ze Stańczykiem zanurzona we własnych myślach.

- Nie, nigdy ich nie widziałam. Dziś też nie. - Odpowiedziała odwracając się - gdzie jest herbata? - zapytała, przy okazji. - Widziałam jednak hmmm… kogoś o imieniu Wanda w śnie o pociągu. Była to dorosła osoba, jak ty czy ja. Umierała w tym śnie. Ale to chyba też nic dziwnego, powiedziałabym, że my umieramy w nim codziennie.
- A w sumie. Ale przez to, że ma to samo imię, co niemowlę, jej śmierć zdaje się bardziej podejrzana. Na razie tego nie pojmuję - mruknął. - Ale to tylko sprawia, że chcę rozwikłać tę zagadkę. Na razie jednak rozwikłam znacznie prostszą… Tu masz herbatę - odpowiedział na jej pytanie, otwierając szafkę. - Tak właściwie masz tutaj bardzo dużo herbat. Moja siostra wpadła kiedyś w fazę kupowania herbat z powodu tych ładnych opakowań, w których się znajdują. Ale za bardzo ich nie pije i toteż są tu składowane.
Był pełen wybór czarnych, zielonych i owocowych najróżniejszych marek. A także torebeczki tych kupowanych na wagę. Marcel w sumie był ciekawy, co wybierze Marta. Sam wziął zieloną jaśminową.
Marta chwyciła jedną z torebek herbat kupowanych na wagę, był na niej napis "japan sencha fukujyu".
Marcel uśmiechnął się pod nosem. Też lubił tę herbatę. Nazywał ją “japan sencha fuck you”.
- Czyli spróbujemy znaleźć Stefanie albo Wandę - podsumowała Marta - w rzeczywistości. Zaczniemy od fejsa tak jak Karol znalazł mnie?
- Tak. W ogóle najpierw chyba po prostu założę moje konto na tym serwisie - mruknął mężczyzna. - I może założymy grupową konwersację? W sensie całej naszej grupy? - zapytał. - Kontaktowałaś się z nimi, ale nie pamiętam, czy przez fejsa, czy na jakiejś innej platformie.
Następnie wstał i ruszył po schodach w stronę swojej sypialni.
- Zalej mi wodę, ja skoczę po laptopa - mruknął, chcąc go szybko wydobyć ze swojego pokoju.
Był bardzo stary, przynajmniej jak na sprzęt elektroniczny, bo miał ponad dziesięć lat. Jednak działał. A przynajmniej Marcel miał taką nadzieję. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz z niego korzystał. W dzisiejszych czasach zdawało się to nie do wyobrażenia, ale Iga zajmowała się większością rzeczy w internecie. Mężczyźnie zostało głównie płacenie rachunków, ale i to działo się samo ze względu na zlecenie stałe.

Marta zalała herbaty. Siedziała przy kuchennym stole próbując odgrzaną pizze.
- Też. Nikogo - mówił akurat Stańczyk, który został z nią w kuchni. Obydwoje spojrzeli na Marcela gdy wszedł.
- Wydaje mi się, że wszyscy mieli skype - powiedziała do Marcela Marta.
- A tam można tworzyć grupowe konwersacje? - zapytał. - Nie korzystam ze skype’a. Wierz mi lub nie. To w ogóle jest nadal popularne? - mruknął.
Podłączył komputer do prądu. Bateria była taka słaba, że wystarczyło pięć minut nawet przy pełnym naładowaniu i laptop by padł. Następnie mężczyzna nacisnął przycisk i zaczął ładować się ekran Windowsa Visty.
- Nie jest - przyznała Marta - teraz używa się Signala, a cała populacja nieznająca słowa "bezpieczeństwo" używa Messengera. Skypa używało się kiedyś. Widocznie zostały im jakieś przyzwyczajenia - zielonowłosa wzruszyła ramionami - słyszałam o ludziach używających nadal gg… - urwała, chyba dochodząc do wniosku, że nie ma co kontynuować. W końcu rozmawia z człowiekiem z Vistą. - W każdym razie dostosować się i zrobić skype to nie problem. Mogę? - wskazała palcem komputer.
- Tak, tak byłoby najlepiej - powiedział Marcel.
Podał jej laptopa.
- Uważaj tylko na kabel, bo jak go przegniesz, to przestanie działać - dodał.
Marta zauważyła, że szkło nad kamerką zostało zgruchotane. Niektórzy ludzie zaklejali je taśmą, Marcelowi to najwyraźniej nie wystarczyło.
- Mogą nas podsłuchiwać, więc uważaj, co mówisz - szepnął.
- Masz tu jakiegoś VPNa? DNSa? Hmmm… - rzuciła Marta, ale chyba nie spodziewała się twierdzącej odpowiedzi - może zrobię ci Skypa, żebyś mógł rozmawiać ze wszystkimi i FlowCrypta żebyś mógł rozmawiać ze mną. To będzie szyfrowane. Nikt nigdy tego nie posłucha. Co ty na to?
Oderwała skupiony na komputerze wzrok od sprzętu i spojrzała na Marcela. Uśmiechnęła się do niego zawieszając na nim spojrzenie.
Feliński zagryzł wargę i spojrzał na nią przymrużonymi oczami.
- Nie zrozumiałem ani jednego słowa, które do mnie powiedziałaś właśnie - rzekł. - Ale lepiej, żebyś sama nie wgrała mi żadnego oprogramowania szpiegowskiego - dodał.
Westchnął.
- Zrób to. Nawet nie wiem, na co się zgadzam, ale zrób to - westchnął. - I ustalmy ten wspólny kanał komunikacyjny z pozostałymi. Nie chcę z nimi konwersować specjalnie, bo już przed chwilą w śnie to robiliśmy. Ale dobrze, żebyśmy mieli platformę, na której moglibyśmy dzielić się tym, do czego doszliśmy - dodał.
Marta skinęła krótko głową. Zabrała się do instalowania wspomnianych rzeczy na komputerze Marcela. W międzyczasie podjadając pizzę.
- Czy możesz wyjąć fusy z herbat? - zapytała, po tym jak zerknęła na zegarek na komputerze. - Masz jakieś plany na dziś?
- Nie. Oprócz znalezienia Stefanii - powiedział Marcel. - No i też chcieliśmy razem spędzić z sobą czas… ale to nie musi się wykluczać. Swoją drogą, czy musisz wyjeżdżać z Warszawy tak szybko? Mogłabyś zostać chociażby na czas rozwiązania zagadki naszych snów? - zapytał. - Wydaje mi się, że lepiej będzie być z sobą razem… łatwiej i bezpieczniej. No i będę cię mieć na oku - dodał i to ostatnie zdanie zabrzmiało niechcący trochę jak ostrzeżenie.
Zielonowłosa przestała wpatrywać się w monitor i spojrzała na Marcela. Przez chwilę nic nie mówiła jakby analizowała jego słowa, albo jego samego.
- W poniedziałek muszę być w Szczecinie na kilka godzin. A później dopiero w przyszłą sobotę. Mogę pojechać z Wiktorią i z nią wrócić. Zdaje się, że zostało nam jeszcze pięć dni do daty… nie wiem właściwie czego, katastrofy pociągu? - Marta kliknęła coś kilka razy na komputerze, zauważywszy, że wyświetliło się jakieś okienko. - Dlaczego chcesz mieć mnie na oku?
- Czuję się niepewny… na przykład ostatnio obawiałem się bardzo twojego upadku. I myślałem, że wczoraj spadniesz z balkonu i serce mi stanęło na moment. Byłem wtedy bardzo na ciebie zły. Poza tym co noc śni nam się katastrofa pociągu jadącego do Szczecina i ty mówisz, że chcesz pojechać do Szczecina. A jeśli ten pociąg wykolei się z tobą na pokładzie, tyle że tym razem nie obudzisz się? Bo będziesz naprawdę nieżywa? Wiesz jakbym się czuł? Tak jak…
“...ty z powodu śpiączki twojego narzeczonego”, pomyślał Marcel. Ale zdawało mu się wspomnienie go w tym momencie nie na miejscu i w porę ugryzł się w język.
- Też chcę cię mieć na oku, bo niestety tak jestem stworzony, że muszę być podejrzliwy względem wszystkich osób, nawet tych, których bardzo lubię - powiedział. - Paranoja - wyjaśnił.
- Wiktoria mówiła, że pojedziemy jej autem. Może pojedziesz z nami? - zaproponowała Marta, która ze zmarszczonym czołem i pełną dozą spokoju wysłuchała słów Marcela.
- Może - odpowiedział Feliński. - Chociażby dla towarzystwa - zawiesił głos. - W każdym razie nie mam żadnych dobrych powodów, żeby nie jechać.
- I przepraszam za wczoraj. Nie miałam zamiaru spadać. Ani później gadać takich… głupot różnych. Z tego co pamiętam walnęłam przynajmniej jeden beton - zielonowłosa uśmiechnęła się ciut skrępowanie. - Masz skype - oznajmiła szybko zmieniając temat - dodam cię do grupy.
Marta sięgnęła po swój telefon, po chwili na komputerze Marcela pojawił się czat z Karolem, Polą, Wiktorią i samą Martą.
- Pójdę do toalety - powiedziała wstając i tym samym robiąc Marcelowi miejsce przy komputerze.

Cytat:
marta_jakubowska: dodała do czatu grupowego marcel_felinski
marta_jakubowska: hej wszyscy, jak tam wyspaliście się dziś? :P
carlo_amarone: Hej Nic a nic...
carlo_amarone: Czy ktoś wie, co tym razem się stało?
Pola_poladance: Normalnie, most się zawalił… Wandzia, to dziecko nie jest realna. jest duchem.
carlo_amarone: Poprzednio się zawalił gdy wyszłaś przez okno. A teraz co było przyczyną?
Pola_poladance: dotknęłam dziecka, a raczej moja ręka przeszła przez nie na wylot. Matka zaczęła krzyczeć.
marcel_felinski: potwierdzam. rzeczywiście jest raczej duchem. Stańczyk określił ją jako “wspomnienie”
marcel_felinski: cześć, swoją drogą
carlo_amarone: Witaj
carlo_amarone: A czy matka też była duchem?
Pola_poladance: Matka była realna. Choć teraz myślę , ze wydawała się naprawdę trzymać to dziecko
marcel_felinski: też odniosłem takie wrażenie… może dla niej jednej było materialne, bo by chyba zauważyła, gdyby jedynie lewitowało w jej ramionach… w każdy razie dziecko na pewno zwyczajne nie było, ale matka tego raczej nie zauważyła
Pola_poladance: Mówiła, że nazywa się Stefania Olszewska. Miała nie więcej niż 30 lat. Dziecko to Wanda. Może da się coś wyszperać w necie?
marta_jakubowska: Będziemy próbować.
Marta wróciła…
Marcel uśmiechnął się do niej lekko.
- To nawiązaliśmy kontakt przynajmniej z pozostałymi. I rzeczywiście spróbujmy ją znaleźć.
Wpierw wpisał nazwisko Olszewskiej do google, potem na facebooka. Miał o tyle ułatwione zadanie, że wiedział jak wygląda. Liczył na to, że rozpozna jej na jakimś zdjęciu.
Google na hasło "olszewska" pokazało kilkanaście różnych biur, klinik, ginekolożek, przedsiębiorczyń… nic co naprowadziłoby na poszukiwaną Olszewską.
Zaś wpisanie tego samego hasła do Facebooka dało wysyp różnych Olszewskich.
- Może wpisz też imię? - zaproponowała Marta, stając za Marcelem i kładąc mu ręce na ramionach. Pochyliła się, a on mógł poczuć jej oddech tuż nad jego głową.
Było łatwo się zdekoncentrować, mając nad sobą Martę. Marcel coraz mniej myślał o poszukiwaniu Olszewskiej, a coraz bardziej o bliskości zielonowłosej.
- Mhm… tak, tak zrobię. Zaraz - mruknął Feliński.

Cytat:
carlo_amarone: Można spróbować, chociaż takich jest zapewne na pęczki. Nawet nie wiem, jak ona wygląda.
carlo_amarone: Marcel, zrób szybki portret i prześlij.
Jej telefon zapikał nagle i znów wyprostowała się. Odczytała na głos wiadomość od Karola.
- No tak… a więc tylko ty i Pola jesteście w stanie ją rozpoznać - podsumowała. Po czym schowała telefon do kieszeni nic nie odpisując. Chwyciła w ręce kubek z herbatą i przyglądała się temu co robił Marcel na komputerze.
- W sumie szkoda jednak, że wszyscy do niej po prostu nie poszliśmy. Bo zdaje się, że ty, Wiktoria i Karol nic nie osiągneliście, zostając tam sami. A przynajmniej zobaczylibyście kobietę i łatwiej byłoby przeprowadzić poszukiwania. Zaraz zrobię portret, tylko skończę przeszukiwania.

Stefani Olszewskich na facebooku było jak na lekarstwo. Z fotografii uśmiechały się do nich głównie osoby po pięćdziesiątce. Żadnej z nich Marcel nie potrafił przypisać do kobiety, którą spotkał w pociągu.
- Cholera, to nie wygląda zbyt dobrze - Feliński mruknął. - Kto w dzisiejszych czasach jest aż tak nieuchwytny w internecie? Mam na myśli… nawet mnie można byłoby w nim znaleźć. Nawet mnie… - zaśmiał się lekko. - Może spróbujemy w takim razie Wandę. Bo mówiłaś, że zmienia wiek?
- Mówiłam, że śniła mi się dorosła Wanda, ale czy to ta sama Wanda? Nie wiem - powiedziała Marta - Więc, nie zakładam tak z góry. Ale spróbujmy.

Wanda Olszewska na facebooku miała bardzo podobny rezultat. Głównie uśmiechnięte starsze panie. Marcel kliknął "wyświetl wszystkie" i skrolował w dół.
- Stój - powiedziała Marta, kiedy jedno ze zdjęć profilowanych pokazało młodą blondynkę, pewnie po dwudziestce.


- Pokaż ją - poprosiła Marta, znów pochylając się nad Marcelem.
- Jest… zjawiskowo piękna - mruknął Feliński. - Myślisz, że to ona? - zapytał. - Jeśli tak, to wyślemy do niej wiadomość. Nie wiem na razie jaką - zagryzł wargę.
Potem wstał, pozwalając Marcie przybliżyć się nieco do ekranu.
Marta zaczęła przyglądać się dłużej dziewczynie i jej profilowi na fejsbuku.
Marcel w tym czasie ruszył w stronę drukarki i wyjął kilka kartek A4. Ołówek znalazł przy notatniku w kuchni. Następnie wrócił ze zdobyczami do Marty i zaczął rysować Stefanię tak, jak ją zapamiętał. Miał nadzieję, że uda mu się dobrze ją odwzorować.
Zielonowłosa odwróciła wzrok od monitora by popatrzeć jak Marcel rysuje. Szybko wystukała wiadomość na telefonie.
- Nie jestem pewna czy to ją widziałam. Chyba tak. Dziewczyna jest z Poznania i ma dwadzieścia cztery lata. Lubi Pyrkon. Nic więcej nie jestem w stanie o niej powiedzieć. I nie wiem co do niej napisać.
- Nie ma nic więcej? Ze stron, które polubiła? - mruknął Marcel.
Dalej rysował. Myślał.
- Może napisać do niej z zapytaniem, czy zna może Stefanię Olszewską? Bo chcielibyśmy się z nią skontaktować. Wiemy, że ma krewną Wandę i w ten sposób szukamy tej Stefanii przez facebooka. W sensie ty tak napisz, bo jak ja sobie stworzę konto specjalnie w tym celu i zobaczy, że jest zero znajomych, to może być nieufna względem mnie. Chyba nie musimy oszukiwać, możemy powiedzieć prosto. Niekiedy najprostsze rozwiązania są najlepsze.
- Jak zobaczy moje konto, to też na pewno będzie chętna by odpisać - zaśmiała się Marta - chyba potrzebujemy kogoś kto będzie wyglądał bardziej… normalnie? Napiszę do Karola. On też jest z Poznania. Może się zgodzi. - Marta od razu wyjęła telefon i zaczęła skrobnać na nim wiadomość.

Cytat:
marta_jakubowska: Marcel już rysuje. Ale nic nie znaleźliśmy o Stefani Olszewskiej co by pasowało.
carlo_amarone: Jak nic nie znajdziemy, to czeka nas kolejna noc w pociągu.
marta_jakubowska: Karol? Znasz może tę laskę: /link do profilu na FB/

Zdjęcie:
https://i.imgur.com/hZI9i2u.png
Profil: Wanda Olszewska
Miejscowość: Poznań
Lat: 24
Polubione: Pyrkon, jakieś filmy z Netflixa, z aszdziennik, nic specjalnego pewnie większość nie jest publiczna, zero innych zdjęć

carlo_amarone: Znać to za dużo powiedziane. Widziałem ją wczoraj w sklepie. Kupiła ostatnie pudełko 'naszego' ptasiego mleczka.
carlo_amarone: Ona raczej nie wygląda na małą dziewczynkę, niemowlaczka, za to wyglądała na całkiem żywą.
Marta znów przeczytała Marcelowi na głos czat wspólny.
- Ciekawe, czy dziś kupi wino - powiedziała Marta z przekąsem. - Mam mu napisać, że chyba mi się śniła, czy tylko poprosić żeby zagadał do niej o Stefanie? - Marta zapytała z niepewnością w głosie.
- Możesz mu przekazać wszystko. Czemu mielibyśmy coś kryć przed Karolem. I zapytaj go też, czy może nie mają wspólnych znajomych. Niech napisze do niej w związku ze Stefanią - powiedział Marcel. - I zasugeruj mu, żeby dużo kręcił się przy tym sklepie, w którym ją widział. Bo to znaczy najpewniej, że mieszkają gdzieś blisko… Choć w sumie niekoniecznie. Ten sklep był w centrum, czy na obrzeżach miasta. Bo jak na obrzeżach, to większa szansa, że tam mieszka lub ma w pobliżu uczelnię albo pracę. Jak w centrum, to nic nam to nie daje. Sam bym do niego napisał, ale chcę dobrze narysować Stefanię. Ciekawi mnie, czy ta Stefania jest jej matką - powiedział Marcel. - Bo na to wskazuje sen, ale z drugiej strony czy ta Stefania wyglądała na tyle staro, że mogłaby mieć dwudziestoletnią córkę?
Marcel sam zastanowił się, bo Marta nie mogła mu odpowiedzieć na to akurat pytanie. Spojrzał na rysunek i zastanowił się, jak wiele zmarszczek powinien domalować kobiecie.
- Nie widziałam jej, więc nie odpowiem, ale na twoim obrazku wygląda jak przed trzydziestką - powiedziała Marta. - Już mu napisałam. Ale on coś nie brzmi na chętnego do warowania pod sklepem - odparła Marta - pisze, że mogła do tego sklepu przyjechać równie dobrze z końca miasta.

Cytat:
marta_jakubowska: Ta dziewczyna śniła mi się, że jedzie z nami pociągiem. Chyba ta. Sprawdź proszę, czy nie macie wspólnych znajomych. Może napiszesz do niej w związku ze Stefanią? Marcel mówi, żeby zasugerować ci żebyś dużo kręcił się przy tym sklepie, w którym ją widziałeś. Bo to znaczy najpewniej, że mieszkacie gdzieś blisko.
marta_jakubowska: Za chwilę będziemy mieć portret.
marta_jakubowska: Ładny
carlo_amarone: bez krwi w kącikach ust i morderczego błysku w oku?
carlo_amarone: Mogła przyjechać z końca miasta. A tobie kto się w końcu śnił? Wanda czy Stefania, bo się zaczynam gubić.
marta_jakubowska: Ty, Wiktoria, Pola, Marcel, Stańczyk, jakaś blondynka o imieniu Wanda, wydaje mi się, że to ona, chociaż w moim śnie chyba była jeszcze starsza niż na tym profilowym, jakaś kobieta i mężczyzna, których nie znam imienia. Wszyscy w pociągu w jednym przedziale. Wanda śpiewała kołysankę a chwilę później…
marta_jakubowska: Nie zgadniesz…
marta_jakubowska: Bul bul bul…
marta_jakubowska: Pola? W twoim pierwszym śnie też były inne osoby?
marta_jakubowska: Karol, tak, bez krwi i innych :P
Marta znów przeczytała Marcelowi na głos wszystko co było na czacie.

Feliński słuchał, rysując. Zazwyczaj rysowanie było dla niego relaksujące, ale teraz, kiedy musiał coś wiernie odwzorować, czuł się nieco spięty. Tu nie chodziło o jego kreatywność oraz piękno obrazu, a wręcz policyjną dokładność. Nigdy w ten sposób nie rysował.
- Wiesz, my nie wiemy, co to były za zakupy. Jeżeli spotkał ją w sobotę w centrum miasta w jakimś auchan, no to na pewno to nic nie daje, bo mogła specjalnie tam przyjechać. A jeśli spotkał ją o siódmej rano, jak niepomalowana i rozczochrana kupowała bułki i parówki w osiedlowej żabce, a przy tym chwyciła ptasie mleczko, to raczej nie przyjechała z drugiego końca miasta, aby zrobić poranne zakupy w tym akurat miejscu. Rozumiesz, co mam na myśli? - zapytał Martę. - I to nie do końca tak, że prosiłbym go, aby porzucił wszystko co robi i tylko stał tam pod tym sklepem przez cały dzień. Tylko bardziej, że jeśli miałby robić gdzieś zakupy, to najlepiej, gdyby wracał do tamtego akurat sklepu w podobnych godzinach, bo a nuż na siebie znowu wpadną. Karol jest przystojny, mógłby wyjebać scenę jak z komedii romantycznej, wpaść na nią i pozbierać jej zakupy - Marcel powiedział pół żartem, pół serio.
Zerknął na rysunek. Czy był już gotowy?
- Wygląda ekstra. To teraz zamiana, napisz to wszystko co chcesz Karolowi a ja zrobię zdjęcie rysunkowi - zaproponowała Marta wstając od komputera.
- Świetnie - powiedział Marcel i przysiadł do komputera.
W trakcie gdy Marcel pisał, Marta zamiast robić zdjęcie przyglądała się narysowanej przez niego Stefani w milczeniu.

Cytat:
marcel_felinski: Skończyłem rysować, Marta robi właśnie zdjęcie. Karol, a w jakich okolicznościach spotkałeś tę dziewczynę? Wiesz, jeśli na przykład kupowała w osiedlowej Żabce o szóstej rano bułki, ser na śniadanie i zgarnęła do tego ptasie mleczko, to można wnioskować, że może mieszkać gdzieś blisko. Natomiast jeśli widziałeś ją w jakimś supermarkecie w centrum miasta, to nam to rzeczywiście nic nie daje.
carlo_amarone: Daleko ode mnie to nie było, ale sklep był dość spory. Pokaźnych rozmiarów Lidl. Chyba robi tam częściej zakupy, ale to tylko przypuszczenie. Równie dobrze może tam bywać raz na miesiąc, półciężarówką
marcel_felinski: Ech… miałem nadzieję na mały sklepik osiedlowy. Ale to nieważne. Zamierzasz do niej napisać? Razem z Martą doszliśmy do wniosku, że wydajesz się najbardziej z nas poprawny, no i mieszkasz w Poznaniu. Chodzi o to, żeby ustalić, czy zna jakąś Stefanię i czy jest jej matką.
- Czemu nie robisz zdjęcia? - zapytał Marcel. - Hmm… Karol mówi, że to dość spory sklep. Taki Lidl.
Odwrócił się do niej. Patrzył, jak spoglądała w milczeniu na rysunek.
- Widziałaś już ją kiedyś? Rozpoznajesz ją? Czy podziwiasz moje zdolności? - zapytał pół żartem, pół serio.
- Ja chodzę zawsze do tego samego Lidla, najbliżej mojego mieszkania - powiedziała Marta, i dopiero po tych słowach oderwała wzrok od rysunku. Ułożyła go na stole, odsuwając wszystkie przedmioty w okolicy. - Już robię - wyciągnęła telefon i najpierw spojrzała krótko na Marcela, a później zabrała się za robienie zdjęcia. - Nie znam jej - dodała przy tym.
- Ale? Zawsze jest jakieś "ale"... - mruknął Stańczyk - nie muszę być sobą, wystarczy widzieć jak przeglądasz się temu obrazkowi. No powiedz nam, umieramy z ciekawości.
- Bo jest ładny? - odparowała Marta ciut zirytowana podejrzeniami Stańczyka - Przyglądam się, żeby mieć pewność. Wygląda równie znajomo co pospolicie.

Marcel nie do końca zrozumiał. Najpierw Marta powiedziała, że nie znała narysowanej kobiety. Potem, że wyglądała według niej równie znajomo, co pospolicie.
- Czyli wcale nie wygląda pospolicie? - Feliński doszedł do wniosku. - Jak dla mnie nie wyróżnia się niczym szczególnym. W sensie nie zwróciłem uwagi na nic konkretnego, kiedy zobaczyłem ją w pociągu. Pola też raczej nie, bo chyba by o tym wspomniała. Dziękuję za komplement co do rysunku - Marcel uśmiechnął się lekko. - Też się zgodzę, że mi wyszedł. Da się go zamieścić na tym czacie? - zapytał Martę. - A, da się - powiedział, kiedy zauważył zdjęcie na ekranie monitora.
- Da się, da - potwierdziła odkładając telefon na blat w kuchni. - Pospolicie - powtórzyła - jeśli spotkałabym ją wczoraj na zakupach to na pewno bym o tym nie pamiętała. Mówię o Stefani z obrazka.
Marta zerknęła przez ramię Marcela na komputer.

Cytat:
carlo_amarone: Ona matką Stefanii czy na odwrót?
marcel_felinski: To właśnie chcemy ustalić Bo we śnie niemowlak Wandzia była tylko wspomnieniem, więc możemy założyć, że nie umarła, ale wydoroślała i jest teraz tą dziewczyną. Dlatego twoim questem jest właśnie zapytanie jej czy ma matkę Stefanię. Może to jest pomieszane czasowo i Stefania jest na przykład jej córką. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że ma roczne dziecko o imieniu Stefania. Pola ma rację, to nie jest popularne imię dla młodej osoby, ale teraz rodzice różnie nazywają dzieci. Na przykład ten bum na Antonich.
Marcel spojrzał na Martę.
- To co teraz robimy? - zapytał. - Może sprawdźmy, czy kiedyś w przeszłości wykoleił się pociąg na tym moście - rzekł. - Być może to całe wykolejenie jest wspomnieniem. Wiesz, jak to wpisać w Google? Jak ten most się nazywa?
- Most kolejowy w Szczecinie? Tak bym wpisała. Nie słyszałam nigdy o takim wydarzeniu, ale to super myśl - powiedziała Marta. - Może "most kolejowy szczecin katastrofa" na początek.
- Ooooo mamy gościa - odparł Stańczyk wychodząc z kuchni do salonu. Trzy uderzenia serca później ktoś zapukał do drzwi wejściowych od domu. - Ja bym nie otwierał - dodał błazen.

Marcel przez chwilę surfował w internecie. Na jego twarzy pojawiły się wypieki.
- Ej… tu na serio coś jest… - rzekł do Marty.
Następnie zaczął pisać szybko na czacie oraz wklejać linki.

Cytat:
marcel_felinski: GOD FUCKING DAMNIT
marcel_felinski: https://pl.wikipedia.org/wiki/Most_k...d_Parnic%C4%85
marcel_felinski: http://encyklopedia.szczecin.pl/wiki...ym_(Szcz ecin)
marce_felinski: w pierwszym linku jest napisane, że były dwie katastrofy, a link do drugiej pokazuje katastrofę, ale pociągu towarowego. szukam informacji na temat tej drugiej, może od początku byliśmy wszyscy w wizji przeszłości, a nie przyszłości! albo… i tego, i tego.
marcel_feinski: “Maszynista próbuje hamować, ale na zatrzymanie pociągu jest już zbyt późno. "Lokomotywa zakreśla duży łuk w powietrzu i znika w Odrze. Za nią stacza się wagon osobowy i dziewięć wagonów towarowych". Do tej katastrofy doszło w kwietniu 1947 r. przy Dworcu Głównym.” https://szczecin.wyborcza.pl/szczeci...szczecina.html
marcel_felinski: ktoś ma prenumeratę wyborczej, żeby odblokować pełen dostęp do artykułu? XD
Następnie wstał i ruszył do drzwi.
- Tylko sprawdzę kto to - szepnął. - Nie wydzierajcie się teraz, najwyżej udam, że nikogo nie ma - rzekł i na palcach skierował się w stronę drzwi, aby wyjrzeć przez Judasza na zewnątrz.
 
Ombrose jest offline  
Stary 19-06-2020, 14:44   #32
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Karol obudził się nagle. W jego uszach dudnił krzyk kobiety. Nie wiedział co tym razem się stało. Nie pamiętał jak umiera. Jak zwykle sen skończył się kilka chwil wcześniej. Pamiętał, że cały pociąg runął w dół i uderzył o taflę wody.
Zegarek wskazywał, że jest przed ósmą rano.

Być może powinien się już przyzwyczaić do tego, iż ostatnimi czasy jego sny kończą się w mało przyjemny sposób... Niestety nie przyzwyczaił się, i jego humor o poranku był nieco gorszy, niż powinien wynikać z faktu, iż budzi się u boku nagiej, pięknej i zakochanej w nim kobiety, z których to trzech przymiotników najważniejszy był ten ostatni.
Albo też powinien taki być, Karol jednak nie był pewien, czy z jego strony to jeszcze przyjaźń, czy to już kochanie. Z drugiej strony... Sądząc z myśli Leny na razie dziewczynie wystarczyłoby "bycie dziewczyną". Ewentualne głębsze uczucia to była pieśń przyszłości.

Wstał po cichu, by nie obudzić słodko śpiącej Leny i na palcach wybrał się do łazienki, by zmyć z siebie resztki snu. A potem wybrał się do kuchni.
Co prawda nie był aż tak głodny, by zaczynać dzień od śniadania, ale doszedł do wniosku, że śniadanie do łóżka będzie miłym wstępem do razem spędzonego dnia. Nie żeby miał zamiar rozpuścić dziewczynę (od razu chciał wyjaśnić, iż nie będzie to codzienny zwyczaj), ale odrobina rozpieszczenia powinna zostać mile przyjęta.

Lena smacznie spała. Nie obudziła się ani wtedy kiedy brał prysznic, ani gdy robił śniadanie. Jedyne co, ułożyła się inaczej nie mając kogo już przytulać przytulała kołderkę. Jej zgrabna pupa pozostała na wierzchu. Dobrze prezentowały się też nogi i talia. Reszta jakimś cudem była jeszcze przykryta.

Widok był na tyle interesujący, że Karol na moment zamiast o śniadaniu pomyślał o całkiem innej konsumpcji, a ręcznik, w który był owinięty, nie do końca zdołał ukryć wspomniane myśli.
Jako że Lena nie zamierzała (tak przynajmniej sądził) wychodzić w ciągu najbliższych godzin (albo i doby - jak dobrze pójdzie), Karol uznał, iż na podziwianie różnych fragmentów jej ciała będzie miał jeszcze czas, a śniadanie nie powinno czekać.
Postawił tacę na stole, a potem pochylił się nad Leną i pocałował ją w policzek.
- Dzień dobry, skarbie - powiedział. I nie zdołał się powstrzymać, by nie pogłaskać jej po pupie. - Śniadanie do łóżka - dodał.
Dziewczyna mruknęła pod nosem. Przyciągnęła się.
- Mhm, jeszcze tylko minuta - odparła zaspanym tonem i naciągnęła na głowę kołderkę.
Śniadanie..., pomyślał Karol, po czym pozbył się 'okrycia' i wślizgnął się pod kołdrę, by przytulić się do dziewczyny. Przy okazji delikatnie chwytając dłonią jej piersi.
- Dobrze, śpioszku - wyszeptał, okrywając oboje kołdrą.
Problem w tym, że Lena dalej spała. Do jej świadomości doszła próba obudzenia jej przez Karola, ale pomyślała tylko o spaniu, ciepłej kołderce i później już o niczym.
Pozostawały dwie możliwości - obudzić Lenę, stosując różne przyjemne metody, albo nie budzić. Poleżeć spokojnie... Usiąść i zjeść śniadanie... Wrzucić parę pytań na skype'a...
Skubnął wargami płatek ucha dziewczyny, przytulił się do niej mocniej, usiłując wpasować stale jeszcze pobudzoną część ciała we wklęsłości i wypukłości swej przyjaciółki i kochanki.
Dziewczyna odsunęła się. Mruknęła pod nosem coś o tym, że jeszcze chwila. W myślach zastanawiając się ospale czemu Karol nie pozwala jej pospać, przecież na pewno jest wcześnie rano.
- Śpij, śpij - odszepnął, zadowolony, że to on pojawił się w jej myślach, a nie ktoś inny. A skoro Lena chciała spać, to z kolei on nie chciał jej budzić, nawet gdyby metoda była (jego zdaniem) przyjemna. Znieruchomiał, przytulony do jej pleców.

"Trwaj chwilo, jesteś piękna..." przedłużało się i przedłużało... W końcu Karol usiadł na skraju kanapy i zabrał się za śniadanie. A że panna Lena postanowiła odgrywać Śpiącą Królewnę, Karol wrócił pod kołdrę, tym razem ze smartfonem w dłoni. Wyciszonym. I zabrał się za sprawdzanie poczty, przeglądanie forów, układanie pasjansów, nonogramy.

Przerwała mu wiadomość na skype - Marta dodała do grupy Marcela.
marta_jakubowska: dodała do czatu grupowego marcel_felinski
marta_jakubowska: hej wszyscy, jak tam wyspaliście się dziś? :P
carlo_amarone: Hej Nic a nic...
carlo_amarone: Czy ktoś wie, co tym razem się stało?
Pola_poladance: Normalnie, most się zawalił… Wandzia, to dziecko nie jest realna. jest duchem.
carlo_amarone: Poprzednio się zawalił gdy wyszłaś przez okno. A teraz co było przyczyną?
Pola_poladance: dotknęłam dziecka, a raczej moja ręka przeszła przez nie na wylot. Matka zaczęła krzyczeć.
marcel_felinski: potwierdzam. rzeczywiście jest raczej duchem. Stańczyk określił ją jako “wspomnienie”
marcel_felinski: cześć, swoją drogą
carlo_amarone: Witaj
carlo_amarone: A czy matka też była duchem?
Pola_poladance: Matka była realna. Choć teraz myślę , ze wydawała się naprawdę trzymać to dziecko
marcel_felinski: też odniosłem takie wrażenie… może dla niej jednej było materialne, bo by chyba zauważyła, gdyby jedynie lewitowało w jej ramionach… w każdy razie dziecko na pewno zwyczajne nie było, ale matka tego raczej nie zauważyła
Pola_poladance: Mówiła, że nazywa się Stefania Olszewska. Miała nie więcej niż 30 lat. Dziecko to Wanda. Może da się coś wyszperać w necie?
marta_jakubowska: Będziemy próbować.
carlo_amarone: Można spróbować, chociaż takich jest zapewne na pęczki. Nawet nie wiem, jak ona wygląda.
carlo_amarone: Marcel, zrób szybki portret i prześlij.
Pola_poladance: Stefania to nie jest popularne imię dla młodej osoby
carlo_amarone: To ją bez problemu znajdziecie. Ja się nie będę mieszać, bo ona mnie nie zna…
marta_jakubowska: Marcel już rysuje. Ale nic nie znaleźliśmy o Stefani Olszewskiej co by pasowało.
carlo_amarone: Jak nic nie znajdziemy, to czeka nas kolejna noc w pociągu.
marta_jakubowska: Karol? Znasz może tę laskę: https://www.facebook.com/wanda.olszewska

Kliknięcie w link kierowało na stronę facebooka.
Wanda Olszewska miała 24 lata i mieszkała w Poznaniu.
Wśród polubionych miała Pyrkon, jakieś filmy z Netflixa, z aszdziennik
Pozostałe informacje były niedostępne.

carlo_amarone: Znać to za dużo powiedziane. Widziałem ją wczoraj w sklepie. Kupiła ostatnie pudełko 'naszego' ptasiego mleczka.
carlo_amarone: Ona raczej nie wygląda na małą dziewczynkę, niemowlaczka, za to w sklepie wyglądała na całkiem żywą.
marta_jakubowska: Ta dziewczyna śniła mi się, że jedzie z nami pociągiem. Chyba ta. Sprawdź proszę, czy nie macie wspólnych znajomych. Może napiszesz do niej w związku ze Stefanią? Marcel mówi, żeby zasugerować ci żebyś dużo kręcił się przy tym sklepie, w którym ją widziałeś. Bo to znaczy najpewniej, że mieszkacie gdzieś blisko.
marta_jakubowska: Za chwilę będziemy mieć portret.
marta_jakubowska: Ładny
carlo_amarone: bez krwi w kącikach ust i morderczego błysku w oku?
carlo_amarone: Mogła przyjechać z końca miasta. A tobie kto się w końcu śnił? Wanda czy Stefania, bo się zaczynam gubić.
marta_jakubowska: Ty, Wiktoria, Pola, Marcel, Stańczyk, jakaś blondynka o imieniu Wanda, wydaje mi się, że to ona, chociaż w moim śnie chyba była jeszcze starsza niż na tym profilowym, jakaś kobieta i mężczyzna, których nie znam imienia. Wszyscy w pociągu w jednym przedziale. Wanda śpiewała kołysankę a chwilę później…
marta_jakubowska: Nie zgadniesz…
marta_jakubowska: Bul bul bul…
marta_jakubowska: Pola? W twoim pierwszym śnie też były inne osoby?
marta_jakubowska: Karol, tak, bez krwi i innych :P
carlo_amarone: Ja nie pamiętam takiego snu. Z nią, znaczy.
Pola_poladance: Były, kobieta i facet, wydawali się znać... ale nie mam na nich żadnych namiarów. No i Wanda z matką.
marcel_felinski: Skończyłem rysować, Marta robi właśnie zdjęcie. Karol, a w jakich okolicznościach spotkałeś tę dziewczynę? Wiesz, jeśli na przykład kupowała w osiedlowej Żabce o szóstej rano bułki, ser na śniadanie i zgarnęła do tego ptasie mleczko, to można wnioskować, że może mieszkać gdzieś blisko. Natomiast jeśli widziałeś ją w jakimś supermarkecie w centrum miasta, to nam to rzeczywiście nic nie daje.
carlo_amarone: Daleko ode mnie to nie było, ale sklep był dość spory. Pokaźnych rozmiarów Lidl. Chyba robi tam częściej zakupy, ale to tylko przypuszczenie. Równie dobrze może tam bywać raz na miesiąc, półciężarówką
marcel_felinski: Ech… miałem nadzieję na mały sklepik osiedlowy. Ale to nieważne. Zamierzasz do niej napisać? Razem z Martą doszliśmy do wniosku, że wydajesz się najbardziej z nas poprawny, no i mieszkasz w Poznaniu. Chodzi o to, żeby ustalić, czy zna jakąś Stefanię i czy jest jej matką.
marta_jakubowska: wysyła zdjęcie stefania.jpg

carlo_amarone: Ona jest matką Stefanii czy na odwrót?
marcel_felinski: To właśnie chcemy ustalić Bo we śnie niemowlak Wandzia była tylko wspomnieniem, więc możemy założyć, że nie umarła, ale wydoroślała i jest teraz tą dziewczyną. Dlatego twoim questem jest właśnie zapytanie jej czy ma matkę Stefanię. Może to jest pomieszane czasowo i Stefania jest na przykład jej córką. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że ma roczne dziecko o imieniu Stefania. Pola ma rację, to nie jest popularne imię dla młodej osoby, ale teraz rodzice różnie nazywają dzieci. Na przykład ten bum na Antonich.
marcel_felinski: GOD FUCKING DAMNIT
marcel_felinski: https://pl.wikipedia.org/wiki/Most_k...d_Parnic%C4%85
marcel_felinski: http://encyklopedia.szczecin.pl/wiki...ym_(Szcz ecin)
marce_felinski: w pierwszym linku jest napisane, że były dwie katastrofy, a link do drugiej pokazuje katastrofę, ale pociągu towarowego. szukam informacji na temat tej drugiej, może od początku byliśmy wszyscy w wizji przeszłości, a nie przyszłości! albo… i tego, i tego.
marcel_feinski: “Maszynista próbuje hamować, ale na zatrzymanie pociągu jest już zbyt późno. "Lokomotywa zakreśla duży łuk w powietrzu i znika w Odrze. Za nią stacza się wagon osobowy i dziewięć wagonów towarowych". Do tej katastrofy doszło w kwietniu 1947 r. przy Dworcu Głównym.” https://szczecin.wyborcza.pl/szczeci...szczecina.html
marcel_felinski: ktoś ma prenumeratę wyborczej, żeby odblokować pełen dostęp do artykułu? XD
carlo_amarone: Ale wymagania... prenumerata Jakim cudem mamy się udać w przeszłość i powstrzymać kogoś przed wyruszeniem w podróż?
marta_jakubowska: Ja mam. Skopiuję gdzieś i dam Wam linka.
marta_jakubowska: /link do skopiowanego artykułu/

A potem nastała cisza...

Karol nie rozumiał, dlaczego M&M zwalili na niego problem nawiązania kontaktu z Wandą. Osobiście sądził, że znaleźli sobie ciekawsze zajęcie... Może było coś w tym, co sugerowała Pola...?
Spojrzał na swoją osobistą, pogrążoną we śnie, księżniczkę, po czym wysłał do Wandy krótką wiadomość - pytanie, czy zna którąś z przedstawionych na obrazkach osób. I, oczywiście, dołączył portret Stefanii autorstwa Marcela oraz fotkę Marty zabraną z jej profilu.
Oczekując na ewentualną odpowiedź zaczął czytać odnalezione przez Marcela artykuły.
Odpowiedź jednak nie nadchodziła. Wyglądało na to, że Wanda nie przeczytała nawet wiadomości.
Pozostawało czekać, co będzie pierwsze - Wanda odpowie, czy Lena się obudzi.
W oczekiwaniu na jedno lub drugie Karol zaczął przeglądać pocztę.
 
Kerm jest offline  
Stary 26-06-2020, 20:26   #33
 
Wila's Avatar
 
Warszawa, 21.03.2019, czwartek, post za nieobecnego Alaron Elessedil - Artur Rozbicki


W pomieszczeniu panowała cisza. Za oknem nie ćwierkały żadne ptaki. Nie było zasłonięte, widać więc było, że robi się już szarawo. To był ten moment kiedy noc staje się wspomnieniem, a dzień jeszcze nie nadszedł. Zegarek w biblioteczce pokazywał godzinę 5:47. Dokładnie za 16 minut powinien pojawić się wschód słońca.

Arturowi było okropnie zimno, mimo to poczuł krople potu spływające mu po karku. Wzdrygnął się. Zasnął w fotelu w biblioteczce. Książka wypadła mu z rąk i leżała teraz na podłodze. Został wyrwany ze snu, dziwnego snu z którego pamiętał teraz każdy szczegół. Nie byłoby to tak osobliwe, gdyby wiedział, iż ma do czynienia ze świadomym śnieniem. W tym przypadku miał pewne wątpliwości.
Oparł się ponownie z zamkniętymi oczami. Tym razem nie dla wyciszenia.
Nie potrafił zaklasyfikować tego majaku, ale też daleko było mu do specjalisty. Nigdy nie interesował się tą tematyką aż tak mocno. Owszem, wiedział kiedy powstają sny, znał teorię świadomego snu, czytał kiedyś o OOBE, lecz w ostatnie nie wierzył. Procesy biochemiczne były faktem, zaś wychodzenie umysłem z ciała było dla niego jedną, kosmiczną bujdą pomimo poziomu uduchowienia, na jaki się wzbił. Wszystko z powodu jednej, prostej obserwacji. Jedyne opisy, z jakimi się zetknął to takie, które opisywały świat dokładnie lub prawie dokładnie taki, jakim widziały go ludzkie zmysły.
Uśmiechnął się pod nosem na wspomnienie komentarzy osób pragnących prawdziwości tej teorii po to, by podglądać dziewczyny pod prysznicem. Owszem, była to myśl kusząca, ale kiedy pomyślał o wszelkich niewyobrażalnych darach wszechświata takie zastosowanie wydało mu się trywialne, ograniczone i przyziemne. Właściwe dla ego, nie jego prawdziwego “ja”.
To też było powodem, dla którego OOBE nie było prawdą. Bynajmniej nie błahość podglądania płci pięknej, ale cudowna złożoność miejsca, w którym żyła materia. Mózgi to twory potężne, lecz ograniczone. Każdy człowiek to “jestem” w materialnej klatce, w której zamyka się sam przez niewiedzę. A raczej kłamstwa ego oraz utożsamianie ze wszystkimi nadpisanymi samodzielnie cechami takimi jak chciwość, pożądanie, wrażliwość, lęk oraz cała gama innych. Żadna rola nie była prawdziwa, ponieważ była tylko rolą. Nie była tym, co pozostaje po odrzuceniu wszystkiego. Tym, czego nie da się odrzucić. Jedynego, niezaprzeczalnego faktu - istnienia. Przebudzenie zaczynało się wtedy, gdy przestawało się być człowiekiem doświadczającym wszechświata, a było się wszechświatem doświadczającym człowieka. Te wszystkie wspaniałości nie przestaną być niepojęte dla ludzkiego umysłu, czego dowodem były gołębie. Dla przykładu. Ze względu na magnetorecepcję tak rzadko doświadczaną w OOBE, zaś to tylko jeden element. Elektrorecepcja. Fale radiowe przenikające wszystkich i wszystko. Fale elektromagnetyczne o spektrum tak szerokim, że niepojętym. Dlaczego podczas wyjścia z ciała miałoby się doświadczać otoczenia wyłącznie poprzez ograniczoną perspektywę ludzkich zmysłów? Nie znajdował dla tego pytania innego wyjaśnienia jak fakt, iż mózg w swojej olbrzymiej mocy oszukiwał sam siebie. Jak we śnie. Dlatego zapewne wszelkie OOBE było po prostu świadomym śnieniem rozpoczynającym się w konkretnych warunkach początkowych przebywania we własnym łóżku. Świadomym śnieniem, podczas którego dana osoba posiadała pełną kontrolę nad snem. Zatem sprawa wracała do punktu wyjścia.
Doświadczony majak nie był zwyczajny, co widać było na pierwszy rzut oka. Oczywiście świadomy rzut oka, ponieważ podczas marzeń sennych wszystko wydaje się racjonalne oraz na miejscu. Zazwyczaj. Najprawdopodobniej ośrodek odpowiedzialny za logikę dobrze bawił się oglądając takie jazdy bez trzymanki. Artur nie znał szczegółów biofizykochemicznych odbywających się w mózgu podczas fazy REM włącznie z rejonami aktywności.
Sen nie był także świadomy ze względu na brak pełnej kontroli nad nim. Tym samym wyeliminował wszystkie opcje. Otworzył oczy, podniósł książkę i przeciągnął się. Skoro dzień miał zacząć się wcześniej niż zwykle, to niechaj się zacznie. Włożył ręce do kieszeni i podszedł do okna, by spojrzeć na jeszcze puste ulice.
Akurat w tym momencie z klatki schodowej bloku naprzeciwko zaczął wychodzić młody chłopak. Na głowie miał kask. Na plecach plecak. Jedną dłonią przytrzymywał sobie drzwi a drugą wyprowadzał rower. Nie byłoby w tym absolutnie nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że chłopaka spowijała aura. Była to jasna żółta poświata bijąca z całej jego sylwetki.
W pierwszej chwili można było wysnuć racjonalny wniosek o grze świateł. Jednak młodzieniec wsiadł w końcu na rower by zacząć poruszać się w stronę ronda. Poświata cały czas utrzymywała się w około jego sylwetki.
Rowerzysta minął właśnie wychodzącą za rogu skrzyżowania kobietę. Pani z całą pewnością po czterdziestce wracała z dwoma rosłymi psami ze spaceru. W około jej sylwetki Artur również widział aurę, ta jednak była fioletowa.

Chłopak stał w bezruchu i obserwował. Zdarzają się w życiu takie momenty, w których umysł po prostu zatrzymuje się nie potrafiąc poradzić sobie z tym, co widzi. Mógł to być zapierający dech w piersiach krajobraz, twarz dziewczyny podziwiana z bardzo niewielkiej odległości, samo życie występujące gdzie się nie obejrzeć. Lub aury. A kiedy umysł próbował rozpocząć swoją pracę, rozchwianym krokiem starał się wrzucić Artura w świat iluzji tak często nazywany rzeczywistością ten zauważył, iż pojawiły się pierwsze myśli. Kto je zaobserwował? Był zatem tym, który myśli czy obserwatorem spostrzegającym je? Zaczęły swobodnie przepływać, ale nie wchodził w żadną z nich pozostając wolnym, poza ich wpływem. Był kimś więcej niż wszystkie myśli. One odpływały, znikały, zaś on dalej trwał. Niezmienny.
Jedna z tych eterycznych chmur wydarzających się w nim mówiła, iż niewiele wie o aurach. Inna wskazywała, że niektórzy podobno je widzieli, choć on sam nie miał takich doświadczeń jeszcze nigdy. Nie wiedział co oznaczają poszczególne kolory.
Stał nie czując potrzeby poruszania się, a jedynie bycia. I obserwowania bez osądzania. Bez myśli. W końcu powoli sięgnął do kieszeni po telefon, by odnaleźć znaczenie kolorów. Wszedł na pierwszą lepszą stronę. Żółty miał być barwą intelektu oraz optymizmu, zaś fioletowy oznaczał duchowość. Podobno. Wymagało to weryfikacji. W końcu był także człowiekiem nauki.
Nagle zapragnął wyjść z domu, patrzeć na ludzi. Wyszedł z biblioteczki i wkroczył przez sypialnię do łazienki, gdzie czekała na niego poranna toaleta, owsiankę zjadł przy oknie, by móc obserwować. Jako następny czekał go spacer po Parku Skaryszewskim. W poszukiwaniu natury i aur.
Wschód słońca zasłaniały mu niestety bloki. Na zewnątrz robiło się coraz jaśniej, aż w końcu nastał dzień. Niebo było niemalże bezchmurne. Zapowiadał się piękny poranek. Dla Artura wyjątkowo kolorowy dzień…
Na ulicy, którą obserwował przez okno, jedząc śniadanie pojawiało się coraz więcej ludzi, ludzi na rowerach, ludzi z psami, ludzi w autach. Każda z osób którą widział posiadała kolorową aurę.
Sąsiad Artura, uśmiechnięty starszy pan Truskowski z zieloną aurą, wyprowadzał swojego kundelka na spacer. Artur kojarzył go jako bardzo pozytywną pełną energii osobę, bardzo optymistycznie nastawioną do wszystkiego. Minął się właśnie na ulicy z Panią Kwaśniewską, która śpieszyła się do swojego auta. Pani Kwaśniewska, zapominalska i wszędobylska miała pomarańczową aurę. Pan Truskowski szedł dalej, na rogu minął nastolatkę z fioletową aurą, która ponuro spojrzała na mijającego ją kundla. Zniknął w końcu za zakrętem.
Nastolatka stanęła pod klatką schodową z której Artur widział dziś wychodzącego rowerzystę. Wyglądało na to, że na kogoś czeka. Po kilku uderzeniach serca zza drzwi wyszła kolejna nastolatka. Ta, nosiła kolorową kurtkę, przyciągającą wzrok wśród raczej czarno szarych strojów ludzi znajdujących się na ulicach. Dziewczyna miała równie zieloną aurę, co pan Truskowski. Nastolatki razem ruszyły chodnikiem.
Przez chwilę za oknem nie było nikogo. W przejeżdżających autach trudno było dostrzec kto dokładnie siedzi. W końcu kolejna osoba wyszła zza zakrętu. Chłopak w kapturze, przez który niemalże nie było widać jego twarzy. Ręce trzymał w kieszeniach. Szedł przygarbiony, spieszymy krokiem. Jego aura była czarna. Artur poczuł wewnętrzny niepokój.

Spojrzał na ekran Xiaomi. Strona internetowa informowała, że czarny kolor aury związany był z nienawiścią lub złymi intencjami. Pewnie jedno i drugie dawało identyczny kolor. Nie mógł zadzwonić na policję i zawiadomić, że pod jego oknem właśnie przechodzi człowiek o czarnej aurze. Z resztą i tak nie przyjechaliby na czas nawet gdyby potraktowali sprawę poważnie. Jeśli ten człowiek miał złe intencje najprawdopodobniej zrobi to, co zamierzał zanim przybędą.
Arturowi ciężko było pojąć wszystkie te emocje trawiące nieznajomego od wewnątrz. Nikt nie był ani dobry, ani zły. Świadomość po prostu była. Musiał być bardzo zagubiony.
Rozbicki zerwał się od stołu, wpadł do przedpokoju i wracając w kierunku balkonu założył kurtkę, po czym wyszedł na balkon. Oparł się przedramionami o barierkę. Odetchnął.
- Powiedz, co jest pomiędzy wdechem a wydechem? - zapytał głośno i bardzo spokojnie.
Chłopak w kapturze nie zatrzymał się ani na chwilę. Był teraz kilkanaście kroków przed balkonem na którym stał Artur. Uniósł na niego wzrok. Mógł mieć około siedemnastu lat. Szerokie usta i mocno zarysowane kości policzkowe. Spojrzenie miał ponure i zmartwione. Nie wyglądał na bandytę, nie ział gniewem. Szare oczy miał smutne.

Samobójca. Była to pojedyncza myśl, jaka pojawiła się w jego głowie, ale oczywiście nie mógł mieć żadnej pewności. Nie miało to jednak żadnego znaczenia. Przeniósł uwagę na własny oddech, a potem stał się oddechem. Uśmiechnął się od nagłego poczucia wolności. Nie zastanawiał się nad tym, co ma powiedzieć. Po prostu mówił. Powoli i głośno. Spokojnie i z uśmiechem. Mówił o czymś, co każdy mógł wykonać w każdej chwili.
- Spójrz na swoje dłonie. Zobacz uważnie każdy palec. Jakie one są? Usłysz dźwięki, które są teraz. Co teraz słyszysz? Poczuj ubranie pod palcami. Jakie ono jest? Śliskie? Chropowate? Miękkie? Twarde? Zamknij oczy i przenieś uwagę na oddech. Nie ingeruj, nie narzucaj. Jest jaki jest. Wdech. Przerwa. Wydech. Wdech. Przerwa. Wydech.
Chłopak automatycznie spojrzał na swoje dłonie. Następnie ze zdziwieniem na Artura stojącego na balkonie. Zaczął rozglądać się jakby szukał kogoś, do kogo mężczyzna z balkonu kieruje swoje słowa. Jednocześnie szedł dalej tylko trochę zwalniając tempo.
- Zatrzymaj się i skoncentruj uwagę na tym, co przekazują ci zmysły. Świat poczeka, nigdzie ci nie ucieknie.
Chłopak uniósł w zdziwieniu brwi. Po chwili wyciągnął przed siebie rękę, zaś z jego zaciśniętej w pięść dłoni wyłonił się jeden palec. Ten środkowy.
Po czym spowity czarną aurą chłopak ruszył znów swoim szybkim krokiem dalej. Artur mógł zaobserwować, że w drodze zerka na swoje dłonie jakby coś w nich go nurtowało.
Artur uśmiechnął się, pokiwał głową i wrócił do mieszkania. Najwyraźniej tak musiało być. Niespiesznie dokończył owsiankę, po czym ubrał się i wyszedł do Parku Skaryszewskiego. Poobserwować aury ludzi. Samemu odnaleźć w nich prawidłowości.
O tej godzinie w zwyczajny dzień park nie tętnił życiem, jednak przewijało się tu na tyle dużo osób by móc spokojnie przyglądać się im i ich aurą.
Artur szybko zauważył, że zielone aury posiadają ludzie uśmiechnięci. Tacy którzy przechodząc i łapiąc jego wzrok pozdrawiali nieznajomego skinięciem i pełnym pozytywnej energii uśmiechem.
Osoby z żółtą aurą wydawały się zamyślone i pogrążone we własnych myślach. Niektóre z nich uśmiechały się, inne nie. Było ich najwięcej ze wszystkich.
Osób z pomarańczową aurą było w parku mało, częściej przemykały ulicami, czy skrajem parku wyglądając jakby za czymś goniły, do czegoś się śpieszyły.
Czerwoną aurę Artur wiedział tylko jedną. Kierowca taksówki, który z impetem trzasnął jej drzwiami. Pełen złości i gniewu ruszył w stronę publicznych toalet. Wyraźnie był to koleś nie w humorze.
Zielone, dużo żółtych, pomarańczowe, jedna czerwona, jedna czarna, jedna fioletowa… podsumował Artur, w momencie kiedy jakaś ruda dziewczyna o fioletowej aurze usiadła na ławce obok. To była druga osoba o tym kolorze jaką dziś widział. Ruda sięgnęła do torebki i wydobyła z niej paczkę fajek i zapalniczkę.

Zagadanie do nieznanej osoby mogło się wydawać bardzo łatwe. We śnie nie miałby z tym problemów, ale w rzeczywistości, a przynajmniej miał nadzieję, że to, co widzi nią jest, sprawy znacząco się komplikowały. Wszystko dlatego, iż nie był nawykły do łamania takich granic w szczególności w stosunku do kobiet. Co innego próba zatrzymania potencjalnie zabójczego gościa z bezpiecznej odległości, a co innego odezwanie się do siedzącej tuż obok dziewczyny. No, może nie aż tak blisko.
- Stało się coś? - zapytał, gdy w końcu ciekawość zwyciężyła.

Dziewczyna ze zdziwieniem spojrzała na obcego sobie mężczyznę, zmarszczyła brwi. Po chwili jakby zrozumiała, zaczęła przecierać palcem pod oczami jakby poprawiała rozmazany makijaż. Fajkę wsadziła do ust, uniemożliwiając sobie mówienie. Wolną dłonią nerwowo wygrzebała z torebki lusterko w którym szybko przejrzała się sprawdzając swoje oczy.
- Już lepiej? - zapytała, gdy skończyła te zabiegi. - Problemy w pracy - odpowiedziała, chociaż brzmiało to wymijająco.

Artur lekko pokręcił głową.
- Nie o to chodzi, żeby mieć ładniejszą maskę do pokazywania innym tylko o to, co dzieje się wewnątrz - uśmiechnął się lekko. I jego czekał powrót do pracy, ale najpierw spacerowym tempem niespiesznie do domu.

Powrót do domu odbył się bez zbędnych niespodzianek. Był kolejną okazją na obserwację aur osób w około Artura. Niespodzianka czekała na niego przed drzwiami wejściowymi od mieszkania. Oparta o drzwi, na sporej czarnej walizce siedziała jego siostra. I to nie była ta siostra, której mógłby się spodziewać.

Ewelina, ubrana jak zwykle na czarno w rockowym stylu. Miała nieco rozmazany makijaż, za to długie włosy schludnie uczesane były w koka. Minę miała ponurą, chociaż na widok Artura trochę się rozchmurzyła i uśmiechnęła. Jej aura była fioletowa.
- Hejka - powiedziała na przywitanie - kupe lat.

- O Jezu… - powiedział, przytulił siostrę na powitanie i otworzył drzwi wpuszczając ją do środka. Walizkę bez pytania zataszczył do pokoju obecnie będącego pokojem gościnnym.
- Zaraz będę - zawołał kierując się do spiżarni. Zaświecił światło. Z sufitu wisiały pęki suszonych ziół, zaś znajdujące się pod ścianą półki wypełniały butelki, słoiki i pojemniki zawierające różnorodne wyroby. W tym bardzo łatwe do wykonania mydła glicerynowe. Pomieszczenie przypominało klasyczną spiżarnię z filmów przedstawiających wiejskie gospodarstwa domowe. Rozejrzał się w poszukiwaniu odpowiedniej kartki przyklejonej do butelki przezroczystą taśmą klejącą. Nalewka z arcydzięgla litwora, melisy, rumianku i ziela dziurawca. Wszedł w korytarz gasząc za sobą światło i zamykając drzwi, po czym skręcił do kuchni. Z jednej z szafek wydobył kieliszek, zaś po chwili na stoliku w salonie stanęła nie całkowicie wypełniona pięćdziesiątka. Nie zabrał ze sobą butelki odłożonej na blat. Ideą nie było schlanie się w trupa, a uspokojenie. Do tego celu wystarczyły dwie do trzech łyżek stołowych. Tutaj potrzebne były raczej trzy. Jakby było za mało, to w segregatorze z olejkami eterycznymi miał walerianę. Włączył dyfuzor wypełniony wodą z mieszanką olejku miętowego, rozmarynowego i lawendowego. Ten ostatni był środkiem na wszystko. Także na uspokojenie. Dopiero wtedy usiadł.
- Pij - wskazał na kieliszek.
- A potem opowiadaj - dodał.
- Co to? - zapytała siostra, zamiast opowiadać. Nim Artur odpowiedział powąchała zawartość, co poskutkowało krótkim odruchem wymiotnym. Zerwała sie na nogi i pobiegła do toalety. Zdążyła otworzyć kibel by wymiotować do niego.
Coś było nie tak. Nos Artura mówił, że nie pachniało tak źle by dawać taki skutek.

Tym razem poszedł do kuchni po szklankę wody. Poczekał chwilę aż skończy, ale zostawał w pobliżu, by w razie czego pomóc.
W końcu wszedł do łazienki, spuścił wodę usiadł na podłodze i wyciągnął rękę z naczyniem do Eweliny.
- Czysta, przefiltrowana. Co się dzieje?
- Woda? - upewniła się siostra. Dopiero po potwierdzeniu napiła się kilka łyków. - Już mi lepiej. Możemy wrócić w przyjemniejsze miejsce - uśmiechnęła się lekko.

- Mogę zostać u ciebie na kilka nocy? - zapytała gdy byli na powrót w bardziej przytulnym pomieszczeniu niż toaleta.

- No pewnie, nawet nie musisz pytać. Walizka jest już w pokoju - odpowiedział zastanawiając się czy przypadkiem siostrzyczka nie jest w ciąży.

- Pokłóciliśmy się - wyjaśniła krótko, a mówiąc to musiała mieć na myśli nikogo innego jak swojego własnego męża Dawida Kaliszewskiego. - Chyba trochę przesadziłam z reakcją - Ewelina wzruszyła ramionami, nie była w stanie cofnąć czasu - powiedziałam kilka słów za dużo. No i … spakowałam torbę i wyszłam. Tylko jest to trochę bardziej skomplikowane… - zamiast powiedzieć dlaczego, złapała się za brzuch.*

- Jesteś w ciąży? - zadał pytanie, które chodziło mu po głowie.
- I co z Adrianem?
- Został z ojcem - odpowiedziała. - Był akurat u kolegi, więc pozna jego wersję - Ewelina najpierw upiła kilka łyków wody nim odpowiedziała na drugie pytanie - tak, jestem.

- I… to był ten powód kłótni? - zapytał Artur najdelikatniej jak potrafił.

Ewelina zamiast odpowiedzieć wprost i od razu sięgnęła do swojej torebki, którą zostawiła przy sobie w przeciwieństwie do torby. Po chwili wyjęła z niej plik złączonych ze sobą kartek papieru, pierwsza strona zawierała obrazek z usg oraz tytuł "badanie usg w pierwszym trymestrze ciąży". Otworzyła na pierwszej stronie i przesunęła w stronę Artura. Mężczyźnie najpierw rzucił się w oczy napis:
"Ultrasonografia w I trymestrze, rozpoznanie: żywy płód" a następnie zakreślone na czerwono "Ryzyko / Konsultacja; pacjentka wyraziła zgodę, rozpoznanie
Stan / ryzyko
Trisomia 21 1:20
Trisomia 18 1:300
Trisomia 13 1:5"

Artur przypatrzył się wynikom. Okiem matematyka, bo tylko takim dysponował. Domyślał się, że chodzi o jakieś choroby czy nieprawidłowości związane z dzieckiem, ale nie miał pojęcia jakie. Wiedział, że jeden do dwudziestu to… obstawiał trochę ponad 5%, a dalej było mniej niż 3,5 promila i dokładnie 25%. Pierwsze było względnie małe, za drugie nie dałby funta kłaków, zaś trzecie było najmniej optymistyczne, ale dramatu nie było. Okiem matematyka, oczywiście.
- Dooobra, a co to znaczy? - zapytał w końcu.
- To się czyta jakoś tak - Ewelina pokazała palcem na pierwszy wynik trisomii, że jedna na dwadzieścia kobiet z takimi wynikami jak ja, rodzi chore dziecko na trisomie 21. I tak dalej. To daje dość duże prawdopodobieństwo, zwłaszcza tu - przejechała palcem na ostatni wynik. - Teraz możnaby zrobić kolejne badania, oczywiście sporo płatne, które dałoby pewność, czy jest chore, czy jest zdrowe - wyjaśniła. - I tu właśnie nasze poglądy się rozjechały.

Artur uśmiechnął się lekko.
- Tą część rozumiem. To jest rachunek szans. Nie liczy się tego jak zwykły rachunek prawdopodobieństwa, w którym jeden podzieliłabyś na dwadzieścia i wyszłoby ci dokładnie pięć procent. Tutaj jedno jest negatywne, a dziewiętnaście pozytywnych. To daje… nie wiem… obstawiam mniej niż pięć i pół. Z pewnością więcej niż pięć. To dość niewiele, statystycznie rzecz ujmując. Większość testów biologicznych robi się z wiarygodnością na poziomie dziewięćdziesięciu pięciu procent. Tu nie ma dramatu. Kolejne to już promile, nie procenty, bo mianownik trzeba będzie podciągać do tysiąca, nie do setek. Czyli coś między 3 a 4 promile. To bardzo mało. W mojej branży jakbym dostał takie liczby, to od razu bym sprawdził czy nie ma błędu w obliczeniach. Jeśli nie, to uznałbym to za statystycznie nieistotne. Ostatni… Nooo… Tu gorzej, ale też nie załamywałbym rąk. Jeden wynik negatywny i cztery pozytywne. Jedna czwarta, czyli dwadzieścia pięć procent. Sporo, ale warto spojrzeć na to od drugiej strony. Siedemdziesiąt pięć procent na “sukces”. To dużo.
Podczas gdy Artur mówił, zauważył jak aura Eweliny z fioletowej zmienia się powoli, z każdym jego słowem w czerwoną.
- No… co chcesz powiedzieć? - zapytał przypatrując się siostrze.
- Że, kurwa mam w dupie, jak mało dzieli mnie od sukcesu urodzenia zdrowego dziecka. Chcę, do cholery jasnej wiedzieć na sto pierdolonych procent. I tyle - wypowiedzenie kilku przekleństw sprawiło, że czerwona aura na powrót wracała do fioletowego koloru, obecnie będąc w stanie przejściowym.
- Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek da ci na coś sto procent, to prawie zawsze kłamie. Świadomie lub nie. Nigdy nie dowiesz się niczego z absolutną pewnością. Można się tylko zbliżać do tego. Nawet najbardziej pewne badanie będzie obarczone błędem. Choćby i ludzkim. Ile potrzebujesz? - zakończył.
- Prawie tysiaka - przejechała po czole - z kasą byśmy jakoś dali radę. Tylko, on nie chce tych badań.
- Czy wiążą się z jakimś ryzykiem dla któregoś z was?
- Nie. To tylko bardzo drogie badania krwi. Nie ma większego ryzyka, oprócz siniaka - wyjaśniła. - Dawid uważa, że to wywalenie kasy w błoto, bo po co wiedzieć.
Nagle Artur roześmiał się. I na tym się nie zakończyło. Wyglądało na to, że dostał ataku śmiechu. Po nieco dłuższej chwili wstał nie przestając. Brzuch go zaczął boleć. Ocierając łzy rozbawienia poszedł do sypialni, skąd wyciągnął jeden ze swoich zaskórniaków, po czym wrócił i położył na stole tysiąc złotych, które przesunął w stronę Eweliny.
- Prezent. I przestańcie się kłócić z powodu pierdół. Pieniądze rzecz nabyta. To tylko papierki. Ważne jest to, żeby dzieciak był zdrowy. A tobie obecnie nie wolno się denerwować. To podnosi poziom wolnych rodników, które “korodują” organizm od środka. Musisz się dobrze odżywiać, bo badania pokazują, że ma to olbrzymie znaczenie. To co jesz może wywołać raka u dziecka. Więc uważaj.
Ewelina była zaskoczona. Zgarnęła kasę ze stołu i wsunęła do kieszeni.
- Dziękuję braciszku. Ale, ani słowa Dawidowi, zgoda? I co to znaczy korodują?
- Aha, ani słowa - potwierdził.
- Nie do końca to rozumiem, ale wolne rodniki to atomy posiadające niesparowane elektrony. To znaczy, że są bardzo reaktywne chemicznie. Nie do końca rozumiem jak to działa, ale czytałem o tym, że uszkadzają DNA. Chyba właśnie przez tą reaktywność chemiczną. W każdym razie są one bardzo szkodliwe. Potwierdzone badaniami. Mogą prowadzić do stanów zapalnych i dalej do innych chorób. Włącznie z nowotworowymi. Więc żadnego stresu, najlepiej żadnych związków sodu choćby dlatego, że podnoszą ciśnienie, żadnego cukru, zero białej mąki - uśmiechnął się szeroko.
Mniej więcej w połowie wypowiedzi Artura aura siostry znów zaczęła zmieniać kolor. Tym razem na coraz ciemniejszy fiolet.
- Kurwa - podsumowała. - Masz jakąś czekoladę?
- I tyle by było ze zdrowego żywienia. Mam kakao w proszku. I konopie. Możemy zrobić kakao na mleku konopnym. Albo ciasto czekoladowe z fasoli.
- Może jedno i drugie? - zaproponowała z nadzieją w głosie. - Ale najpierw zadzwonię umówić termin badań. Okej?
- Pewnie. Zaczniemy od kakao, bo będzie szybciej. I pójdę po książkę z przepisami.
- Świetnie. Mów w czym mogę pomóc - Ewelina zaczęła wstawać, gotowa do pomocy bratu, by najpierw zrobić kakao.

Podczas wspólnego przygotowywania jedzenia Artur miał okazję zaobserwować, że aura jego siostry zmienia odcienie w zależności od jej nastrój oraz tematu rozmowy. Porusza się jednak w podobnej tonacji. Jasny fiolet, ciemy fiolet, niemalże czerń, czy czerwień.

Kilka razy ich ramiona czy ręce zetknęły się przypadkiem. To uświadomiło Arturowi, że aura jest niczym gęsta mgła, ale w przeciwieństwie do mgły jest przez niego wyczuwalna w dotyku. Ledwo co, ale był przekonany, że czuje ją pod opuszkami palców.

W pewnym momencie, gdy razem z Eweliną sięgnęli po tą samą brudną łyżkę, odniósł wrażenie, że aura siostry podążyła krótko za jego ręką. Choć nie mógł mieć pewności czy nie było to tylko złudzenie.
- Ja pozmywam - odezwała się siostra zgarniając łyżkę. - Lubię to robić. Zmywanie mnie odpręża. Wiem, to dziwne.

- Nie aż tak bardzo. Monotonne czynności wyłączają umysł. Przykładowo są osoby, które psychicznie odpoczywają bardziej przy rąbaniu drewna niż na plaży - odpowiedział i odwrócił się w kierunku kanapy, lecz nagle zatrzymał się.
- Moment, nie ruszaj się przez chwilę - dodał energicznym, ale nie silnym ruchem strzepując wyimaginowany brud z łopatki Eweliny. W rzeczywistości śledził zachowanie aur pod wpływem dotyku i własne odczucia względem nich. Starał się także coś usłyszeć, jeśli w ogóle było co. Nim skończył złapał fioletową poświatę w palce i spróbował odciągnąć.
Wydawało się, że jego ręce działają na aurę trochę jak magnes. Delikatna mgła skupiała się częściowo przy jego dłoni, gdzie jej kolor nabierał po krótkiej chwili bardziej intensywnego koloru. Nie było jej słychać. Dało się ją jednak pociągnąć.
Intensywny fiolet który zebrał się przy jego dłoni poruszył się za nią, po chwili odrywając się od reszty aury Eweliny i zostając tylko na dłoni Artura (w ilości pokrywającej jego dłoń). Po czym powoli z tej dłoni znikał jakby rozpływając się w powietrzu. Za to aura Eweliny z ciemnego fiolety zmieniła znów barwę na jasny fiolet. Artur miał wrażenie, że wyciągnął trochę intensywności koloru z aury siostry.
Siostra cierpliwie czekała.
- Co mam tam jakieś włosy? Ostatnio gubię ich więcej - Z jej perspektywy widocznie wyglądało to jakby ściągał z jej ramienia jakieś włosy czy paproszki.*
Przez krótką chwilę patrzył na swoją dłoń.
- Chyba coś się przyczepiło, choć nie do końca jestem pewien co. Poczekaj jeszcze tylko chwilkę - powiedział ponownie odciągając intensywność barwy. Zastanawiał się czy aura zacznie zmieniać kolor.
Tak też się stało. Po ponownym odciągnięciu barwy aura z coraz bardziej delikatnego fioletu przechodziła w lekki pomarańcz, te dwie barwy mieszały się w około Eweliny która wyglądała na zamyśloną nad czymś.
Artur kontynuował, cokolwiek robił. Po raz kolejny spróbował wyciągnąć barwę z aury siostry. Było to pochłaniające zajęcie. Aura w końcu stała się pomarańczowa. Artur pociągnął znów. Pomarańcz zaczął zamieniać się w żółty. Po kilku pociągnięciach zrobiła się żółta. Ewelina uśmiechnęła się do własnych myśli i z tym uśmiechem spojrzała na Artura. Mężczyzna znów przyłożył rękę do jej ramienia, wokół niej zaczęła gromadzić się żółta barwa, a aura robiła się żółto zielona. Siostra zaczynała się już wiercić i próbować zajrzeć na swoje ramię by ujrzeć skutki zdejmowania czegoś z jej ramienia.
- No to porządnie się przyczepiło! - zaśmiała się krótko, jakby przyczepienie czegoś do jej ramienia i niemożliwość odczepienia tego było przyjemnym żarcikiem. Artur pociągnął znów, a aura siostry zrobiła się niemalże zielona.
- Artur! - krzyknęła nagle siostra, a w jej głosie i oczach widać było radość. - Już wiem! Muszę lecieć do Dawida! Musimy się pogodzić, przecież ja go kocham, on mnie kocha i będziemy mieli razem dziecko! Małego dzidziusia, słodkie nóżki, małe rączki! To takie wspaniałe, a my jak te głupki się kłócimy. Koniec tego!
Nie czekając na dalsze “zdejmowanie czegoś” z jej ramienia, siostra ruszyła do drzwi wyjściowych z mieszkania. Podskakiwała przy tym lekko i nuciła pod nosem marsz weselny. Była wesoła i pełna energii.

Zepsuł siostrę. Jej reakcja była znacznie bardziej przerażająca niż wszystkie koszmary jakie miał w ciągu ostatnich lat. Razem wzięte. Stał tak przez chwilę osłupiały z przerażenia.
- Idę z tobą! - zawołał otrząsając się z paraliżu. Musiał sprawdzić czy po prostu jest radosna i w pełni zdolna do funkcjonowania w społeczeństwie, czy stała się lekkomyślna i nie będzie potrafiła nawet przejść przez ulicę bez zagrożenia wpadnięcia pod samochód. Telefon i klucze włożył pospiesznie do kieszeni, zmienił buty, narzucił kurtkę i porwał plecak, w którym zawsze znajdował się niezbędnik oraz apteczka. Zaczął pisać wiadomość do szwagra: “Wyślij gdzieś Adriana na dłużej. Jadę do was z Eweliną. Daj znać, gdyby to się utrzymywało. O nic nie pytaj, będziemy niedługo.”
- O super! Jedź ze mną, jasne, jasne! Tak się cieszę, że mogłam spędzić z tobą trochę czasu. Posiedzimy sobie jeszcze chwilę razem w aucie. Może puszczę jakieś stare przeboje i sobie pośpiewamy? - zaproponowała. Chwyciła swoją torebkę i założyła kurtkę.
Po drodze wyciągnęła kluczyki od auta z torebki. Prowadziła w stronę czerwonego Peugeota, którym należał do niej. Kiedy je znalazła zaczęła wesoło podrzucić je w górę i łapać, tak w kółko.

- Może pojedziemy komunikacją miejską? Będziecie mieli pretekst do tego, żeby tu przyjechać. Przynajmniej ty będziesz miała. Zawsze to jedno spotkanie do przodu, nie? No i założę się, że już nawet nie pamiętasz jak to jest nią jeździć, a dojazd do was jest bardzo dobry - zaproponował Artur czując opadające na nich widmo katastrofy.
- Komunikacją miejską? Daj spokój! Tam nie będzie listy przebojów które będziemy mogli razem śpiewać! Hej dziewczynooooooooo! Spójrz na misaaaaaaa! - Ewelina zaśpiewała dość głośno nie przerywając drogi do auta. Jakaś starsza pani z pomarańczową aura spojrzała za nią. - Pamiętasz? Tata nam to czasami puszczał w aucie.
- Chcesz prowadzić? Będę mogła wtedy zmieniać utwory - zaproponowała Ewelina.

- Tak! Bardzo dobry pomysł. Poprowadzę - odparł szybko z postanowieniem, że zatrzyma się nieco dalej od domu Eweliny. Na tyle blisko, żeby można było szybko dojść piechotą i wytłumaczyć obawą o brak miejsca parkingowego oraz chęcia złapania tego, by nikt go nie zajął przed nimi. Musiał sprawdzić jak poradzi sobie z przechodzeniem przez przejście dla pieszych. I wstąpią do sklepu spożywczego.

Ewelina całą drogę puszczała muzykę. Taką, nie w jej stylu. Posuwała się do naprawdę ostrych kawałków w stylu "Białego Misia", które teraz mogły być jedynie niechlubnymi wspomnieniami z dzieciństwa. A do każdego z tych kawałków wesoło śpiewała próbując nakłonić Artura by śpiewał razem z nią.
Wstąpienie do sklepu spożywczego spotkało się z jej wielkim entuzjazmem. Postanowiła kupić tam co prawda tabliczkę czekolady, co oczywiście w jej stanie powinno być ciut niewskazane. Nie dało jej się jednak żadnym sposobem odwieźć od tego pomysłu. Swoim przerysowanym entuzjazmem zwracała na siebie uwagę innych osób. Nie robiła jednak nic niebezpiecznego. Przechodzenie przez pasy nie stanowiło dla niej problemu.
Gdy dotarli pod dom Eweliny a ona zaczęła szukać kluczy, jej entuzjazm lekko opadł. Zaś aura zaczynała powoli żółknąć.
- Mam je! - zawołała z entuzjazmem - Zrobimy Dawidowi niespodziankę. Na pewno nie spodziewa się, że wpadniesz na kawę. Chcesz wejść?

- Tak, dzięki, ale tylko na chwilę - odparł.
- Od razu podziel czekoladę na części, włóż w trudniej dostępne miejsce i wyjmuj po okienku - poinstruował siostrę dziubiąc na telefonie wiadomość do szwagra.
“Nie wiesz, że przyjdę. Zachowuj się tak, jakby kłótni nie było. Ewelinie stało się coś… dziwnego. Wyjaśnię wszystko jak pogadamy sami.”

Szwagier nie odpisywał na jego smsy, ale jak się chwilę później okazało był w domu. Ewelina rzuciła mu się na szyję. Przyjął to ze zdziwieniem, ale odwzajemnił przytulenie zza jej ramienia patrząc na Artura wzrokiem cóż… niezbyt zadowolonym, jakby Artur był czegoś winny?
- Jak wspaniale, że jesteś! Artur nie pozwala mi jeść czekolady! - siostra wciąż z entuzjazmem ściskała męża - Każe mi ją podzielić na części i jeść po małym kawałku… - szepnęła do niego, ale na tyle głośno, że Artur dobrze to słyszał. - Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zły czy coś. Mały dzidziuś, wyobrażasz sobie? - dziewczyna podskoczyła wesoło niczym nastolatka, która zdobyła autograf ulubionego zespołu - mam już pomysły na imię, zaraz ci je spiszę na kartce. Gdzie jest kartka? - Ewelina wypuściła męża z objęć i ruszyła szukać kartki.
- Co jest do cholery jasnej? Naćpałeś ją widząc, że jest w ciąży? Czy zanim się o tym dowiedziałeś, co? - Dawid (który, swoją drogą miał fioletową aurę, obecnie zmieniająca kolor na czerwień) wskazał oskarżycielskim palcem Artura, gdy tylko Ewelina zniknęła na kilka sekund z przedsionka.

Usta Artura rozciągnęły się w bardzo, ale to bardzo paskudnym i złośliwym uśmiechu za obelgę, która przełączyła coś w jego głowie. On, nie mający pojęcia o badaniach w zakresie zdrowia, żywiący się tak jak przeciętny Polak, czyli trucizną, oskarżał jego, świadomie wybierającego zdrowie o trucie rodziny.
- Rodzina rzecz święta. Do czasu. Powiedz jeszcze raz, że otrułem siostrę, to zapomnę o tym, jebany hipokryto. Siostra! Jednak muszę się zmywać! Jakby coś, to pamiętaj, że zawsze jesteś mile widziana na jak długo chcesz! - powiedział głośno obserwując szwagra spode łba i wycofując się do wyjścia rzucił mu kluczyki od samochodu w twarz, ale tak, by mógł je złapać. Ręce pozostawały wolne w gotowości do wzniesienia gardy. Nie musiał uderzać. Gdyby Dawid skrócił dystans do ciosu, Artur skróciłby go jeszcze bardziej. Nie potrzebował siły, a zaskoczenia i klinczowej bliskości, by niespodziewanie dźgnąć palcami w oczy, ale niezbyt mocno, odepchnąć i wybiec na dowolny autobus.
Dawid jednak nie uderzył, pewnie dlatego, że był na to zbyt zaskoczony no i dopiero co złapał kluczyki, które zajęły jego ręce. Warknął coś o tym, że nie chce go tu widzieć ale dwa razy nie musiał powtarzać, przecież Artur i tak nie zamierzał zostawać. Będąc za drzwiami usłyszał jak Dawid krzyczy coś do Eweliny, a ta wesoło chichra się z niego. Zapowiadało się ciekawie. Całe szczęście, nie było słychać żeby zaczęły latać jakieś przedmioty. Ton Dawida nawet trochę miękł, więc wyglądało na to, że zostawienie siostry z jej własnym mężem nie zagraża jej życiu czy zdrowiu.
 
__________________
To nie ja, to moja postać.
Wila jest offline  
Stary 28-06-2020, 20:10   #34
Banned
 
Osoba za drzwiami zapukała jeszcze raz, bardziej niecierpliwie jeszcze nim Marcel dotarł do drzwi. Przez judasz zobaczył Szczepana.
Marcel zamrugał oczami, dość mocno zdziwiony. Szczepan?
To mogło być potencjalnie bardzo problematyczne. Z jednej strony Marcel mimo wszystko chciał się władować w ten kłopot, bo go ciekawiło, po co mężczyzna tutaj się pojawił. Jednak z drugiej… no cóż, to byłaby prawdziwa głupota.
Odwrócił się i bardzo cichutko ruszył z powrotem do Marty. Uśmiechnął się do Stańczyka, że go ostrzegł. Czekał na dalszy rozwój wypadków. Nie chciał nic mówić, póki Szczepan sobie nie pójdzie.
Szczepan zaczął przeklinać pod nosem i nieco bardziej nerwowo pukać.
- Wiem, że, kurwa tam jesteście, bo niby gdzie? - usłyszeli zza drzwi, między przekleństwami.
Stańczyk zaniósł się śmiechem na te słowa.
- Hmmm… pozwolisz, że ja to załatwię? - zapytała szeptem Marta. - Później mi wyjaśnisz kto to - mrugnęła do Marcela jednym okiem.
- To chłopak Igi - szepnął Marcel. - Pokaż swoje zdolności bokserskie - uśmiechnął się lekko.
Następnie usiadł tak, żeby nie było go od razu widać po otwarciu drzwi do mieszkania, ale sam miał widok na to, co działo się w przedpokoju. Rozejrzał się i chwycił pustą butelkę po wódce, której jeszcze nie wyrzucił do kosza po wczorajszej imprezie. Zamierzał korzystać z niej jak z orężu w przypadku, gdyby doszło do bijatyki.
Stańczyk usiadł obok. Jak kibicować to kibicować. Marta zaś pewnym siebie krokiem poszła w stronę drzwi. Otworzyła je na oścież. Marcel zauważył zaskoczoną mnie Szczepana. Otworzyła mu nieznana mu osoba, a on się tego nie spodziewał.
- Kim… - zaczął mężczyzna, ale Marta zupełnie nagle złapała go za nadgarstek. Nawet się nie wyrywał. Jego zaskoczone oczy dosłownie zatopiły się w oczach Marty. Stali tak milcząc. Trwało to dobre 5 sekund, które wydawały się dziwnie długie.
Marta cofnęła dłoń.
- Marta - przedstawiła się - zostałam na noc u Marcela. Wszyscy jeszcze śpią.
- Aaa. U Marcela? Na noc? Jestem Szymon - odpowiedział mężczyzna, wyglądał przy tym na zamyślonego, żeby nie powiedzieć "bujającego w obłokach". - Muszę lecieć. Zapomniałem o czymś… Sorry. - Szymon zaczął się wycofywać. Zielonowłosa zamknęła za nim powoli drzwi i odwróciła się w stronę Felińskeigo.
- I po sprawie - podsumowała krótko. - Przynajmniej na jakiś czas.

Marcel był zaskoczony. Przez ułamek sekundy, kiedy Marta złapała za nadgarstek, myślał już, że zamierzała pocałować Szczepana. Co było dziwne, ale może dało się jakoś wytłumaczyć.
- Co mu zrobiłaś? Oprócz tego, że najebałaś w głowie - mruknął Marcel po chwili. - Wow - szepnął. - To straszne. Piękne i wspaniałe, ale straszne.
Po raz pierwszy w życiu był świadkiem czegoś paranormalnego, co obiektywnie miało miejsce tak naprawdę. Czuł dreszcze na przedramionach. Starał się przypomnieć, co dokładnie Marta mówiła wczoraj o swoich mocach, ale był wtedy pijany i dobrze nie zapamiętał.

- Właśnie przypomniał sobie jak zostawia portfel i zapasowe kluczyki do auta w miejscowości Kurki na mazurach, pod drzewem nieopodal plaży - wyjaśniła Marta. - To pierwsze co przyszło mi do głowy - dodała.
Po tych słowach podeszła do Marcela. Stanęła naprzeciwko, ale nie dotykała go. Patrzyła badawczo na jego reakcje, jakby obawiała się tego co mógł sobie o niej pomyśleć.
- Pewnie teraz rusza w to miejsce, odzyskać swoje rzeczy. Oby po drodze nie znalazł portfela, na przykład w tylnej kieszeni od spodni, bo na pewno wybije sobie tą myśl z głowy.
- Ciesz się, że ona na ciebie tak nie działa - zarechotał Stańczyk - kto wie jakie myśli włożyła by do twojej głowy.
- Ja wiem jakie - odpowiedziała mu Marta - same niegrzeczne - uśmiechnęła się przy tym i mrugnęła jednym okiem do Marcela.
- Tych nie musisz wkładać - odpowiedział Feliński. - Już teraz jest ich tam pełno - rzucił.
Przybliżył się nieco tak, jakby chciał pocałować ją, ale minął ją i ruszył w stronę kuchni.
- Zrobię nam drugą kawę - rzekł. - Jestem uzależniony od kawy - powiedział. Włączył ekspres.
Uśmiechnął się do niej lekko, ale Marta zauważyła, że spoglądał na nią jakąś inaczej. Jakby była kimś, z kim szczególnie należy się liczyć. Oczywiście już wcześniej ją szanował. Teraz jednak sam był świadkiem tego, jak groźna była.
- Samym dotykiem potrafisz zniszczyć człowiekowi życie. Gdybyś tylko chciała… - mruknął Marcel. - W dawnych czasach spaliliby cię na stosie jak wiedźmę - rzucił. - To bardzo seksowne. W sensie nie bycie palonym na stosie. Tylko ty - sprecyzował i odwrócił od niej wzrok. Chyba się nieco speszył.
Marta nie komentowała tego co powiedział. Podeszła do niego równie pewnym krokiem, co wcześniej do drzwi za którymi był Szczepan. Jej zamiary były jednoznaczne. Chciała go objąć i pocałować.

Feliński zastygł. Było mu ciężej bez alkoholu wdawać się w takie normalne, ludzkie zachowania. Kiedy jednak Marta go dotknęła… rozluźnił się. Jego ciało zdawało się podświadomie pamiętać, że kobieta była dla niego kimś szczególnie dobrym.
Nachylił się, żeby nabrać w nozdrza jej zapach. Następnie dotknął jej warg swoimi. Pocałunek był słodki i delikatny. Czysty i dobry. Nachylił się i pocałował ją raz jeszcze. Położył swoje dłonie na jej biodrach. Najchętniej położyłby je w innym miejscu, ale nie chciał wydać się zdesperowanym nastolatkiem. Dziwiło go, jak komfortowo się czuł i jak relaksujące to było… choć zarazem podniecające. Nic nie mówił. Pamiętał, że Marta nie lubiła rozmawiać w takich sytuacjach.
Marta wtuliła się w niego na kilka dobrych chwil. Chłonęła ciepło jego ciała. Przesunęła policzkiem o jego policzek.

- Pójdziemy zapalić? - odezwała się w końcu, odchylając się by spojrzeć na Marcela, ale nadal pozostając w uścisku. - A później będę musiała skorzystać z łazienki, u ciebie albo Konrada, obojętnie.
- Tam, gdzie będziesz chciała. Wiesz, gdzie jest u mnie, prawda? - zapytał Feliński. Uśmiechnął się lekko do niej.
Ruszył w stronę szafy i wyjął z niej polar, w kieszeni którego znajdowała się paczka papierosów oraz zapalniczka. Wrócił z nią do Marty. Podał jej również kurtkę Igi.
- Jaka jest najbardziej szalona rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłaś, korzystając ze swojej mocy? - zapytał Marcel.
Marta chętnie założyła kurtkę Igi. Wraz z Marcelem udała się w stronę balkonu. Stańczyk poczłapał za nimi, chociaż nic się nie odzywał.
- Hmmm… najbardziej szalona rzecz? - powtórzyła jego pytanie. - Sama nie wiem. Na początku w ogóle nie wierzyłam w to, że mam taką moc i że faktycznie działa. Wtedy robiłam najgłupsze i zarazem najbardziej szalone rzeczy - powiedziała, a w jej tonie głosu można było wyczuć, że niekoniecznie chwalebne. - Na początku testowałam to na dziewczynie z którą aktualnie byłam. Robiła to co chciałam w łóżku i w domu. Kiedy doszłam do wniosku, że to naprawdę działa wystraszyłam się. Przestałam, czy raczej próbowałam przestać z niej korzystać. W końcu nauczyłam się kontroli. Musiałam trochę poćwiczyć i poeksperymentować żeby odkryć co i jak - Marta oparła się o barierkę balkonu przez chwilę patrząc na okolicę. Poczęstowała się od Marcela papierosem i poczekała aż jej go odpali.
- Raz dałam facetowi, który uderzył swojego dzieciaka na spacerze przy Szczecińskiej Rusałce wizję z przemożną chęcią zanurzenia się w wodzie. Tak… na otrzeźwienie umysłu.

Marcel najpierw jej zapalił papierosa, a potem sobie. Zaciągnął się. Słuchał słów Marty.
- To świetna moc, ale trochę niebezpieczna. Dla innych… to oczywiste. Ale również dla ciebie. Bo z jej powodu możesz przestać szanować innych ludzi. Jeżeli możesz rozkazać im, aby postępowali zgodnie z twoją wolą… Jakby byli tylko pionkami z Simsów… - Marcel wzruszył ramionami. - Łatwo jest odebrać im człowieczeństwo, a przez to również sobie. Wiem, że to banał, ale wielka moc to wielka odpowiedzialność. Nadużywana może być szczególnie szkodliwa.
Uśmiechnął się do niej lekko.
- Ale dzięki niej możesz uczynić dużo dobrego. Chociażby nakazać zamknięcia mostu. Możesz zacząć pracować jako psychoterapeutka… na przykład w leczeniu uzależeń. Możesz zmienić ludzkie życia. Nie masz takiego obowiązku, oczywiście. Ale masz ku temu narzędzia - rzekł. - Możliwości są nieskończone. Granicą jest tylko twoja wyobraźnia.
- Tak. Masz rację. Zdecydowanie wolałabym jej nie mieć. Nie wiem po co mi ona. Prowadzę proste życie. Jestem fotografem. Jakbym była terapeutą to zdecydowanie byłaby bardziej przydatna. - powiedziała Marta - Ale do jednego się mylisz. To nie jest takie proste. Zauważyłam, że ona nie polega dosłownie na rozkazywaniu komuś, tylko podrzuceniu stosownych wizji, które go do tego przekonują, podsycając jego emocje. Decyzja zawsze należy do osoby i zależy od jej silnej woli i czynników niezależnych ode mnie i nieznanych mi. Na przykład możesz włożyć komuś do głowy myśl, że zapomniał portfela z domu i myśl jak wraca po niego piechotą. Jednak jeśli idąc po niego piechotą przejdzie koło swojego auta, może zmienić zdanie i pojechać po ten portfel autem. Zauważył auto na swojej drodze i przeanalizował, że tak będzie szybciej. Jeśli do wizji jak wraca piechotą dodam, że auto się popsuło to co innego. Zauważy je, ale nie wsiądzie. Ale zepsute auto może mu nie przeszkadzać, bo przyjechał motorem a ja o tym nie wiedziałam. Po za tym jeśli po drodze znajdzie portfel w kieszeni kurtki przy okazji, bo sięgał po fajki to nie pójdzie po ten portfel.
Marta zamilkła na chwilę skupiając się na papierosie. Widać było, że nad czymś duma.

Marcel parsknął śmiechem.
- To brzmi tak, jakbyś naprawdę miała przetestowaną już swoją moc - powiedział. - Na pewno nie jest niezawodna, ale z tego wynika, że jak spędzić wystarczająco dużo czasu na formułowaniu polecenia, to i tak dopniesz swego. Na pewno twoja umiejętność wymaga od ciebie nieco więcej błyskotliwości, niż by to było, gdybyś po prostu formułowała polecenia. Wygląda mi to tak, jakbyś miała bardziej moc sugestii niż dominacji. Różnica jest i to nie aż taka subtelna, jak może wydawać się na pierwszy rzut oka.
Zaciągnął się papierosem. Następnie strzepnął popiół do pojemnika, który znajdował się obok doniczki. Kiedyś znajdowały się w niej kwiatki, ale nikt nie pamiętał, żeby je podlewać i uschły. Miało to jeszcze miejsce latem.
- A jak długo masz swoją moc? - zapytał Marcel.
- Dwa? Ponad dwa lata - odpowiedziała Marta. - Wydaje mi się, że ty Stańczyka widzisz od niedawna. Od pełni?
Marcel zmrużył oczy. Możliwe, że była wtedy pełnia, ale nie pamiętał dokładnie.
- Od kilku dni. Trzech? Miało to miejsce przed moim pierwszym spotkaniem z pozostałymi we śnie. Myślałem, że wszyscy jednocześnie zdobyliśmy jakąś supermoc. O ile Stańczyk jest supermocą - uśmiechnął się lekko. - Na swój sposób jest, ale nie w taki bezpośredni sposób, jak na przykład twoja moc sugestii.
- Moim zdaniem go nie doceniasz - odparła Marta. - Może jeszcze nie odkryłeś w pełni przez te kilka dni co on potrafi? A właśnie, co do pociągu… to nie jest zła myśl, by spróbować komuś zasugerować mocą aby zamknął most. Jednak, to nie takie proste. Musimy dowiedzieć się komu i co tą osobę przekona, oraz najlepiej kto może tą osobę odwieść od tego pomysłu. Długa droga. Nie wiem skąd wziąć takie informacje.

Najpierw Marcel odniósł się do pierwszego tematu.
- To nie jest tak, że go nie doceniam. Doceniam go jak najbardziej. Chodzi mi o to, że nie mam nad nim takiej kontroli, jak ty masz nad swoją mocą. Przypomina mi trochę takiego opiekuńczego ducha. Posiadanie opiekuńczego ducha nie jest supermocą, choć może być nie mniej przydatne. Na serio tak uważam, ale gdybym myślał inaczej, to i tak nie mógłbym tego powiedzieć, bo jeszcze Stańczyk usłyszałby i poczuł się obrażony - Feliński zaśmiał się. - A co do drugiego tematu… W sumie masz rację. Możemy uderzyć w kilka różnych punktów. Na przykład udać się do szczecińskiego pkp i korzystając z twojej mocy dojść do dyrektora. Czy ma moc, żeby wstrzymać kursowanie pociągów na jeden dzień? Myślę, że i tak i nie. Zależy, co mu przekażesz… - Marcel zawiesił głos. - Poza tym można wpłynąć na osoby z zewnątrz. Ruszyć do jakiejś Bogu ducha winnej fundacji i kazać jej przedstawicielom wyjść na protesty akurat na ten most. Jeśli będzie to miało miejsce za dnia i zostanie odpowiednio nagłośnione, to nic ich nie przejedzie, a kursy zostaną wstrzymane. Hmm… ale to bardzo efektowne rozwiązanie. Chyba łatwiej jednak po prostu pójść do dyrektora i zasiać w nim panikę co do stanu technicznego mostu. Po poprzednich tragediach chyba nie jest aż tak trudno uwierzyć w to, że coś się tam może wykoleić, a na pewno nie chciałby być osobą odpowiedzialną za to. Można uderzyć w ten punkt. Niech na jeden dzień odwoła kursy pociągów, zwróci pieniądze za zapłacone bilety i ogłosi prace remontowe… A jak nie remontowe, to chociaż inspekcję stanu torów, czy co tam się znajduje…
Marcel zagryzł wargę. Nie był w żadnym wypadku wielkim strategiem i nie wiedział, czy jego pomysł był słuszny. Ale z drugiej strony rozmowa polegała właśnie na dzieleniu się swoimi zamysłami. Możliwe, że Marta wymyśli coś lepszego. A jak nie ona, to Karol, Pola lub Wiktoria.
- Szkoda, że nie umiem czytać w myślach - Marta westchnęła. - Łatwiej byłoby takiego dyrektora przekonać. Powiedz, czy jeśli Stańczyk go zobaczy to będzie potrafił udzielić nam o nim jakiś przydatnych informacji?
- Możesz go o to zapytać sama. Stańczyka - Marcel znów strzepnął popiół do pojemnika. - Na pewno jest to możliwe, ale na pewno nie zagwarantuję ci, że mój diabeł stróż będzie współpracował tego dnia i że będzie w stanie przekazać informacje na temat tamtego akurat mężczyzny. Nie wiem, jak bardzo można na nim polegać… - zawiesił głos.
Zastanowił się przez moment.
- Nie wiem, ale może się dowiemy tego. Pójdźmy na spacer ze Stańczykiem i poprośmy go o informacje na temat różnych mijanych osób. Nie będziemy potrafili ich zweryfikować, ale dowiemy się chociaż, czy są jacyś ludzie, których błazen na pewno nie potrafi przejrzeć.
- Zróbmy tak - powiedziała Marta - musimy przetestować wasze możliwości, a może i połączenie naszych możliwości. Mamy na to cały dzień. To może wiele nam powiedzieć. I przy okazji zjemy na mieście obiad. Bo najpierw ogarniemy siebie i twoje mieszkanie, co?
Dziewczyna uśmiechnęła się, po czym zaciągnęła papierosem.
- E… w sensie chcesz sprzątać? Czy to możliwe? Czy fajne, zielonowłose dziewczyny również sprzątają? To nie jest zbyt przyziemne? - zapytał i zgasił resztkę papierosa. - Nie śmieję się z ciebie, tak tylko żartuję - powiedział.
Jeszcze nie wracał do mieszkania. Rozejrzał się po miejskim krajobrazie, który roztaczał się naokoło. Na pewno nie był szczególnie piękny, jednak Marcel doceniał go i tak. Trzeba było dużo pieniędzy, żeby móc się nim cieszyć. Mężczyzna szanował je, bo nie przychodziły mu łatwo.
- Na co masz ochotę? Znowu pizza? Może coś bardziej fancy? Sushi? - zapytał. - Znam jedną naprawdę dobrą restaurację sushi, która ma ciągłą promocję na naprawdę dobre zestawy. Jest mega smacznie i nie trzeba przy tym wydać pół tysiąca złotych za kolację - zagryzł wargę.
Marta przez chwilę milczała. Dogasiła niedopałek.
- Biedne martwe rybki? - zapytała. - Niech ci będzie. Może będą mieli wersję wege. A co do sprzątania, zobaczysz moje mieszkanie, nieprzygotowane na wersję "wizyta gości", nie pomyśl wtedy o mnie źle. Zaproponowałam to, bo nie chciałam zostawiać wszystkiego na głowie Igi. Takie zielonowłose dziewczyny bywają przyzwoite… - Marta zbliżyła się do Marcela. - Czasami - szepnęła.
Feliński uśmiechnął się do niej. Nie odsunął się.
- Wolę ich mniej przyzwoite strony. Są dużo ciekawsze - dodał.
Potem jednak westchnął.
- Ale rzeczywiście, niechlujstwo pewnie nie jest szczególnie modne. Jeszcze ktoś napuści na głowę kogoś z MOPSu, pani przyjdzie i odbiorą nam Damianka. I co my wtedy poczniemy? - zapytał. Zmarszczył czoło. - Po chwili zastanowienia… może jednak nie sprzątajmy - zażartował.
Wrócił z powrotem do mieszkania i poczekał na Martę.
- Na pewno są vegi rollsy. Za piętnaście złotych dziesięć sztuk z warzywami, opiekane w tempurze. Iga jest raczej mięsożerna, ale właśnie to je lubi najbardziej. Ewentualnie są jeszcze grzyby shiitake, sześć sztuk za dziesięć złotych. Cholera, brzmię teraz jak taki polski Janusz, recytując na pamięć całe menu - zaśmiał się.
- Sam siebie najlepiej podsumowałeś - odpowiedziała mu Marta z lekkim przekąsem.
- Włączymy youtuba? - zapytał człapiący za Marcelem Stańczyk. Z twarzy błazna wciąż nie schodził uśmiech, ten sam teraz co przez całą ich rozmowę na balkonie, do której w ogóle nie odniósł się przecież ani słowem.
- A powinniśmy? - zapytał Feliński.
Zamyślił się i podszedł do stołu, na którym znajdował się pilot. Wnet włączył telewizor i nacisnął przycisk z napisem YouTube. Tak na wypadek, gdyby na stronie głównej miał mu wyskoczyć jakiś materiał o spadających pociągach, albo z jakimiś innymi ważnymi informacjami.
Nic takiego się nie stało. Jazda figurowa, oraz ostatnio puszczana przez gości muzyka to tematy które się wyświetliły. Najwidoczniej prośba Stańczyka służyła jego własnej przyjemności. Błazen od razu rozsiadł się na kanapie.
- Idę pod prysznic - zakomunikowała Marta.
- Jakbyś potrzebowała pomocy, to nie wahaj się powiedzieć - rzucił Marcel żartobliwym tonem.
Następnie rozejrzał się po otoczeniu i westchnął. Nie przyznałby się do tego na głos, ale tak właściwie nie miałby nic przeciwko temu, aby zostawić to wszystko na głowie Igi. To była okropna, samolubna myśl, jako że to była jego własna impreza. Dlatego zabrał się do roboty, choć najchętniej usiadłby obok Stańczyka i zajął się oglądaniem Yuzuru.
- Nie, tak właściwie to nie. Włączę jakąś muzykę - mruknął. Następnie spojrzał na listę muzyki wyświetlonej przez gości i wybrał mash up Britney Spears i Deftones. W jego mniemaniu brzmiało zaskakująco dobrze.
Zaczął zbierać śmieci do kosza.
- Masz mi coś do powiedzenia, przyjacielu? - zapytał błazna.
- A co dokładnie chciałbyś wiedzieć, przyjacielu? - zapytał Stańczyk przenosząc wzrok na Marcela.
- Uśmiechasz się do mnie tak ładnie, a nic nie mówisz. Jakbyś wiedział coś, co ja mógłbym chcieć wiedzieć. Chyba że nie jesteś Stańczykiem, a Mona Lisą. I zagadkowe uśmiechy… jesteś na nie po prostu skazany.
- Jeśli chcesz wiedzieć cokolwiek o sobie i Marcie to ona jest dla mnie jak czysta kartka papieru. Ale jeśli chcesz wiedzieć kto śpi w tamtej sypialni z Igą, a jak już wiesz nie jest to Szczepan, to chętnie ci powiem. I wiedz od razu, że ta osoba przynajmniej się zabezpiecza - uśmiech Mona Lisy zmienił się w chichot.
- W sensie, że Szczepan nie zabezpiecza się…? Czy masz na myśli, że...
Marcel otworzył szeroko usta. Następnie je zamknął. Butelka po pepsi wypadła mu z rąk prosto na podłogę.
- Chyba nie masz na myśli, że… - zawiesił głos. - Dobrze, Marta to czysta kartka papieru. Ale ja nie jestem nią, prawda? Czy wróżysz mi ojcostwo?
Do tej pory nawet o tym nie pomyślał, ale rzeczywiście nie zabezpieczył się podczas imprezy. Nie wiedział, co na ten temat sądzić. Czy możliwe, że natrafił na płodne dni Marty? Oczywiście, że to było możliwe. Czemu nie miało być możliwe. Czy Marta mogła brać antykoncepcję doustną? Niby dlaczego miała brać, bo bała się, że zajdzie w ciążę z kobietami? Marcel bardzo powoli przykucnął i chwycił butelkę, po czym wstał i ruszył z całą masą śmieci w stronę kuchni.
Stańczyka rozbawiła do łez jego reakcja. Został na tapczanie, śmiejąc się całym sobą, tak mocno, że piętami uderzał o tapczan.
- Ugh… - jęknął Marcel. - Chłopak czy dziewczynka? - rzucił.
Otworzył drzwiczki i wyrzucił wszystko do kosza.
- Na serio, są pary, że latami starają się o dziecko. Jak bardzo musimy być płodni… - mruknął pod nosem.
Nie wiedział, co powiedzieć Marcie. Ani jak to jej powiedzieć. Może nie musiał. Nie wydawało się to w pełni odpowiedzialne, ale kusiło go zwlekanie do momentu, gdy kobieta sama odkryje, że spóźnia jej się okres. Zresztą może Stańczyk sobie tylko żartował… i tak nie mieli szans tak szybko wiarygodnie potwierdzić ciąży lub jej zaprzeczyć.
- Spokojnie, przyjacielu - powiedział błazen, gdy opanował śmiech - już ci mówiłem, czysta kartka. Ja tylko zwracam uwagę na szczegóły. Nic nie jest przesądzone.
- Ach… super. Jesteś jak ci internetowi influencerzy. Jest ciąża, czy nie ma ciąży? Świetnie nadawałbyś się do opieki nad instagramem - mruknął Marcel.
Słuchał często Igi i jej rozmów z koleżankami. Chcąc nie chcąc chłonął różne rzeczy. Wrócił do pokoju i zaczął zbierać kolejne śmieci. Pomyślał, że trzeba będzie odkurzyć oraz umyć podłogi. A przynajmniej odkurzyć, bo chyba nikomu nic się nie rozlało. Zaczął szukać również pozostawionych podsłuchów oraz elektroniki. To była czynność, która go zawsze uspokajała. Przynajmniej kiedy trwała. Bo kiedy już Marcel bywał po przeszukaniu mieszkania, to wtedy często wracał niepokój, że jednak coś pominął.
- Jakie jest twoje pierwsze wspomnienie, Stańczyku? - zapytał Marcel. - To najdawniejsze - sprecyzował.
- Młoda blondynka po trzydziestce - odpowiedział Stańczyk, który najwyraźniej miał jeszcze coś dodać, ale akurat w tym momencie drzwi łazienki otworzyły się i wyszła z nich Marta. Błazen zamilkł, zerkając w tamtą stronę. - Chyba potrzebuje pomocy - zachichotał po chwili.
Zielonowłosa najwyraźniej zapomniała tak samo o sukience jak i o bieliźnie czy ręczniku.
- O jesteś… - zaczęła niewinnie. - Możesz mi powiedzieć gdzie trzymacie ręczniki?
Marcel zaniemówił na widok nagości Marty. Była kompletnie niespodziewana i zupełnie go rozproszyła. Zapomniał o wcześniejszym temacie rozmowy z błaznem. Zrobił krok w jej stronę i rozwarł dłonie w zapraszającym geście.
- Mam na sobie całkiem dużo suchego materiału - powiedział. - Zbierze całą wilgoć, jeśli tylko z niego skorzystasz - rzekł. - Choć nieco wilgoci jest jak najbardziej akceptowalne, a nawet korzystne - dodał.
Miał wrażenie, że słowa same pojawiły się w jego głowie. Zazwyczaj nie był taki odważny bez alkoholu, ale wzmianka o potencjalnej ciąży wytrąciła go nieco ze stanu pełnej równowagi psychicznej i eleganckiej nieśmiałości.
Marta zaśmiała się na jego słowa, po czym śmiałym krokiem podeszła, by objąć go mimo, że faktycznie jej ciało wymagało kontaktu z ręcznikiem. Marcel poczuł jednocześnie wilgoć wody i ciepło rozgrzanego nią ciała Marty. Jeśli chciał coś wtedy powiedzieć to nie było mu dane, gdyż usta dziewczyny szybko znalazły się na jego.
Marcel pozwolił się pocałować. Kiedy kobieta chciała się wycofać, naparł na nią i pogłębił pocałunek. Zrobił to na tyle agresywnie, że kobieta zrobiła krok w tył, a potem drugi. Oparła się o ścianę tuż obok łazienki. Czy może raczej to Marcel ją wgniótł w mur. Czuł się podniecony widokiem i ciepłem kobiety. W jakiś pokrętny sposób to, że potencjalnie była matką jego przyszłego dziecka, dodatkowo go kręciło. Stańczyk powiedział, że nic nie było przesądzone i może jakieś pierwotne, podświadome męskie instynkty Marcela chciały sprawić, aby ten stan się zmienił i nie było już wątpliwości. Podniósł dłoń i ścisnął pierś Marty. Nie na tyle mocno, żeby bolało, ale na pewno łapczywie. Zaczął całować jej szyję i prawy obojczyk. Schodził coraz niżej.
- Jak widzisz, bardzo dbam o to, żebyś nie była już wilgotna - zaśmiał się i pocałował jej sutek.
Szło mu nadzwyczaj sprawnie, mimo że nie miał doświadczenia w zakresie ars amandi.
- Mhm - mruknęła Marta - jasne - dodała. Przyparta do ściany miała niewielkie pole manewru. Położyła dłonie początkowo na ramionach Marcela, później jedną z nich zanużyła w jego włosach. Obserwowała z uśmiechem jego poczynania.
Marcel zaczął całować jej brzuch, po czym wyprostował się i położył swoje dłonie na jej tułowiu. Zrobił krok w tył, delikatnie chcąc pokierować ją również w tym kierunku.
- Kanapa - szepnął.
Wnet ją puścił i ściągnął sweter - trochę już mokry, ale nieznacznie - a potem koszulkę. Potem zagryzł wargę.
- Prysznic - powiedział i ruszył w stronę łazienki.
W dużym pokoju ktoś mógł ich nakryć. Poza tym wizja seksu pod prysznicem bardziej go kręciła. Powinna być całkiem w porządku, o ile strumień wody nie będzie padał bezpośrednio na ich twarze. Zresztą Marcel wcale w tej chwili nie myślał aż tak bardzo nad wygodą, a raczej nad stosunkiem samym w sobie.
- Mądra decyzja! - krzyknął Stańczyk, który przecież zajmował kanapę w salonie, oglądając swojego ukochanego youtuba.
Marta podążyła za nim. Zamknęła za nimi drzwi po czym objęła Marcela od tyłu pomagając mu odpiąć spodnie i przy okazji skradając kilka pocałunków na jego barkach i szyi.
- Ech… dziękuję… - zawiesił głos Marcel.
Tak naprawdę nie miałby nic przeciwko uprawianiu seksu przy Stańczyku. Aż go dziwiło, czemu tak było. Wnet uświadomił sobie, że nie do końca uważał go za pełną osobę. Myślał o nim bardziej w kontekście… psa… albo niemowlaka… Normalni ludzie byli w stanie znieść obecność takich istot w pobliżu, kiedy dochodziło do sytuacji intymnych. A przynajmniej tak wydawało się Marcelowi. Ostatecznie nie był specjalistą od normalności. Choć to stwierdzenie brzmiało trochę edgy.
Wnet przy pomocy Marty spodnie zostały rzucone w kąt. Marcel upewnił się, że drzwi zostały zamknięte nie tylko normalnie, ale również na zamek. Potem pozwolił się całować. To było tak cholernie przyjemne. Usta kobiety były miękkie i delikatne, choć sama Marta nie kojarzyła mu się z tymi akurat cechami. Była ekscytująca, podobnie jak sytuacja, w której się znaleźli.
Marta przejechała językiem po płatku ucha Marcela. Gdy jego spodnie wylądowały gdzieś tam, nie zwlekając zaczęła pozbawiać go bielizny. Oczywiście zachowując przy tym pełną ostrożność. Wciąż stała za nim, teraz tak blisko, że jej kształty i naga skóra przylegały ciasno do pleców Marcela. Musiała się lekko odsunąć by móc zsunąć jego bokserki.

Feliński był już w pełnej erekcji. Ucieszył się, kiedy bielizna została zsunięta z jego ciała, przestała go uwierać. Wnet też napletek sam zsunął się z jego żołędzi, choć tylko do połowy. Jeśli Marta choć przez moment zastanawiała się, czy uważał ją za atrakcyjną… choć raczej takie myśli nie pojawiły się w jej głowie… to teraz miała na to dowód. Marcel jednak nie był pewny, jak wiele widziała, skoro znajdowała się za jego plecami.
Mężczyzna ruszył pod prysznic i włączył ciepłą wodę. Przez chwilę mocował się ze słuchawką, która nie chciała znaleźć się w uchwycie.
- Zapraszam - rzekł z uśmiechem.
Był bardzo podekscytowany bliskością kobiety. Ciepła woda spłynęła po jego ciele. Zmoczyła włosy, potem ruszyła po szyi i wnet klatce piersiowej oraz brzuchu. Potem strużka wsiąknęła w jego włosy łonowe i obmyła nasadę penisa. Posiadał całkiem dużą męskość, choć mieszczącą się w granicach normy.
Dziewczyna zatrzymała się krok przed prysznicem, obserwowała Marcela. Patrzyła na stróżki wody spływające po jego skórze. Obserwowała ścieżki które wytyczały po jego klatce piersiowej, powoli opuszczając wzrok coraz to niżej. Gdy dotarł do jego męskości, Marta uśmiechnęła się lekko i spojrzała Marcelowi w oczy. Podała mu swoją dłoń jakby pozwalała się zaprosić.
Marcel wciągnął ją do środka i zamknął za nimi drzwiczki, żeby woda nie zmoczyła podłogi. A jeszcze bardziej pragnął odgraniczyć ich od reszty świata. Znów naparł na nią i pocałował ją mocno. Wnet para z ciepłej wody utworzyła wokół nich mgiełkę. Było nieco duszno, ale nie na tyle duszno, żeby przestało być przyjemnie. Marcel pragnął dotknąć każdego centymetra ciała Marty. Jego dłonie błądziły po jej skórze. Zdawały się tkwić w gorączce, nie wiedziały, gdzie pozostać na dłużej. Ściskał jej piersi, przesuwał palcami po biodrach, dotykał ramion, potem policzków. Miała taką gładką skórę, jakby codziennie korzystała z ogromnej ilości olejków. Choć nie spodziewał się po niej nadmiernej dbałości o takie błahe, trywialne sprawy. Marta i tak była piękna i niezwykle atrakcyjna. Marcel miał wrażenie, że był ogromnym szczęściarzem, że znalazł się z nią w takiej sytuacji. I to po raz drugi. Może chciał, aby to miało miejsce po raz trzeci. Dlatego też nie przejmował się już w ogóle ewentualną ciążą. Nawet nie myślał o niej. Para wodna zatruwała mu umysł tak mocno, jak i pożądanie.
- Obróć się tyłem - szepnął do niej i zrobił krok do tyłu, chcąc jej na to pozwolić.
Marta z pewnym ociąganiem, niechętnie odrywając ręce i wzrok od Marcela posłuchała jego prośby. Oparła się dłońmi o ściankę prysznica, pozwalając by stumień ciepłej wody spływał po jej plecach. Jednocześnie obróciła głowę w bok, tak by kątem oka mieć wgląd na Marcela.
Feliński zaśmiał się na to.
- Jeśli chcesz wiedzieć, co robię, to mam same złe zamiary - powiedział. - Ale weszłaś tu z własnej woli - dodał.
Położył dłoń na jej kręgosłupie w odcinku lędźwiowym i lekko nacisnął. Chciał, aby Marta lepiej się wyprężyła i bardziej wypięła. Wtedy upadł na kolana i przybliżył twarz do jej ciała. Przesunął językiem po jej wargach sromowych. Był spragniony. Czuła to.
- Ciekawi mnie, czy będziesz musiała skorzystać ze swojej mocy i na mnie, żeby poczuć się zaspokojoną - nawiązał do tego, co Marta powiedziała mu na balkonie.
Następnie wsunął w nią palec wskazujący.
- To zależy, jak dużo będziesz gadał, a jak dużo robił - odparła z przekąsem zielonowłosa, nie zmieniając wymuszonej przez Marcela pozycji.
Feliński mógł wyczuć gotowość Marty. Wnętrze jej pochwy było wilgotne i napuchnięte.
Dołączył drugi palec. Zaczął ją penetrować nimi.
- Umysł jest podobno najbardziej erogenną strefą - powiedział. - Na mnie działają słowa - rzekł.
Następnie wstał i zaczął błądzić żołędzią. Nie do końca trafiał do środka. Prześlizgiwał się za każdym razem. Marta odniosła wrażenie, że bardziej się bawił, niż był nieporadny.
- Na przykład… jakbym powiedział do ciebie… żebyś po wszystkim ubrała się w szlafrok, poszła do mieszkania na przeciwko i kazała Konradowi ruszyć tutaj pod prysznic… pewnie podnieciłbym się jeszcze bardziej. Chciałbym, żeby brał mnie na twoich oczach. Widzisz? Podnieciłem się jeszcze bardziej. Na mnie działają słowa - powiedział. - Ale jeszcze bardziej od słów działasz na mnie ty - rzekł.
Wsunął się do jej wnętrza. Kobieta była przygotowana i wyraźnie podniecona, przynajmniej pod względem fizycznym. Wnet ruszył wgłąb dalej, aż dotarł aż do samego końca. Jęknął z rozkoszy i przytulił się do niej od tyłu. Prawą dłonią złapał jej pierś i ścisnął.
- Sama twoja obecność - powiedział. - Myślę o seksie od samego rana - rzekł. - Obudziłem się, mając ciebie w głowie. Namalowałem cię. Nie cierpię tego, co ze mną robisz. Ale na razie kompletnie jestem pod twoim wpływem. Rzuciłaś na mnie czar? Czy to możliwe? To prawdziwe, co czuję? A może sztuczne?
Odchylił lędźwie i pchnął ją mocno. Ta brutalność była nieco nieprzyjemna, ale zarazem fala rozkoszy rozlała się we wnętrzu Marty.
- Każesz mi to czuć? - zapytał. - Każesz mi zakochać się w tobie?
Marta nie odpowiedziała od razu. Jęknęła, przystawiając czoło do zimnych kafelków łazienkowych.
- Nie muszę - powiedziała - i nie mogę, a szkoda. Przypomniałabym ci, co to jest łechtaczka.
- Dobrze pamiętam - odpowiedział Marcel. - Musisz najpierw zasłużyć - rzekł.
Położył dłoń na jej biodrach i zaczął poruszać lędźwiami. Jęknął z przyjemności. Kobieta była ciepła, wilgotna i bardzo atrakcyjna. Cieszył się, że weszli do łazienki, bo gdyby coś miało im przerwać, gdyby pozostali w dużym pokoju… Pewnie zakipiałby ze złości. Marcel wsuwał się we wnętrze Marty coraz szybciej, a po chwili zwolnił. Przysunął się i pocałował ją w policzek. Wtedy przesunął dłoń na jej brzuch i sięgnął niżej. Zaczął delikatnie pocierać wrażliwe punkty kobiety. Pamiętał, kiedy był dzieckiem i odkrył, że wcale nie znajdowały się w samym środku. To było cholernie nieintuicyjne. Marta jednak przypomniała mu o tym i chciał, aby czuła się równie dobrze, jak on się czuł. A był kompletnie pijany. To była dla niego jeszcze bardziej magiczna chwila, niż jego pierwszy raz. Teraz był trzeźwy. A jednak kompletnie pijany. Więc gdzie tu była logika? Nie było jej. I stąd właśnie ta chwila była magiczna.
- O tak… - zdążyła powiedzieć Marta, gdy dłoń Marcela znalazła się tam, gdzie sama przed chwilą tego chciała. Później nie była w stanie nic powiedzieć. Jęczała, a Feliński mógł być pewien, że właśnie dochodziła.
Uda Marty zaczęły lekko drżeć, a ona sama zastygła w bezruchu. Marcel nie był przyzwyczajony do kobiecych orgazmów. Ponadto nie były one tak jasno i wyraźnie zaznaczone, jak męskie. Zaczął zastanawiać się, czy Marta doszła, czy może dopiero teraz zaczęło jej być przyjemnie i dopiero potem miało być jeszcze bardziej. Zebrał jej zielone włosy i lekko pociągnął ręką. Odchylił w ten sposób jej głowę do tyłu. Wczepił się w jej usta, kiedy wciąż dochodziła. Potem przegryzł jej wargę, dalej poruszając się w jej wnętrzu. Czy to było możliwe, że doszła przed nim? To brzmiało jak bajka mająca na celu pogłaskanie męskie ego. Czy udawała? Nie wydawało mu się. Ale słyszał o tym, że czasami kobiety udawały… choć Marta nie zdawała się tego typu osobą. Zaczął brać ją mocniej.
 
Ombrose jest offline  
Stary 28-06-2020, 21:39   #35
 
kanna's Avatar
 
W uszach Poli nadal dudnił krzyk Stefani gdy nagle została wyrwana ze snu. Pamiętała cały sen, a ostatnie to było uderzenie pociągu o taflę wody. Stefania próbowała uchronić małą Wandę i nie wypuścić jej z rąk. Zaś Pola i Marcel próbowali chronić swoje głowy, by nie zabiły ich różne metalowe elementy będące w wagonie.
Zegarek wskazywał siódma rano, z paroma minutami.

Powinna się była przyzwyczaić do takich pobudek. Ale nie. Leżała przez chwilę nieruchomo, próbując przywołać rzeczywistość i ułożyć to, co zadziało się w śnie. Jaki był dziś dzień? No tak… sobota. Najgorzej. Harówka od rana do wieczora, w sobotę zawsze działo się najwięcej. Nie miała ochoty wstawać, przez chwile rozkoszowała się myślą, że spędzi cały dzień w łóżku. Odwoła zajęcia, odwoła Bruna, a potem nie zaśnie, żeby odwołać sen. Ale data wypadku zbliżała się niebezpiecznie szybko, a duchy umarłych ciągle (pewnie) czekały na schodach jej studia…
Zmusiła się, żeby usiąść na łóżku i sięgnęła do szuflady nocnej szafki. Wyjęła listek pastylek, przeczytała nazwę i skrzywiła się. To jej nie pomoże… Potrzebowała czegoś mocniejszego. Wygrzebała mała plastikową torebkę strunową – do niej wrzucone były luzem różnokolorowe pigułki . Wzięła dwie, wybrane losowo.

Podstawiła kubek pod ekspres, po espresso i prysznicu jej myśli się rozjaśniły, a ciało nabrało chęci do działania. Do 17 miała zajęcia, potem kolacja z Brunem. Opowie mu o duchach, może pomyśli że jest szalona i ją rzuci? Ta myśl wydała się jej zabawna, zachichotała.

Musi odwołać pacjentów… Ranek sprzyjał dobrym pomysłom - postanowiła, że prowadzenie grup zleci najbardziej zaawansowanym uczestnikom (zwalniając ich jednocześnie z opłat za zajęcia) a klientów indywidualnych zawiesi.

Brzmiało rozsądnie. Odpaliła komputer kilka minut po 8. Narada wojenna już trwała…
Marta ewidentnie była u Marcela. Nie udało im się znaleźć Stefani Olszewskiej w Internecie. Znaleźli jakąś dorosłą Wandę Olszewską, blondynkę, 24 lat. Marta uważała, że widziała kogoś takiego w swoim śnie, a Karol w osiedlowym Lidlu. W dodatku Marcel narysował portret Stefani.
Pola nie szukała w necie tych dwóch podanych innym imion i nazwiska. Była instruktorką i czuła, że surfowanie po necie lepiej zostawić innym.

W międzyczasie dostała smsa od Jaśminy.
"Wpadniesz dziś do nas? Szybki obiad? Kolacja? Pozdrawiam, buziaczki Twoja Jaśminka
Zdziwiła się, Jaśmina nie była fanką nowoczesnych technologi .. choć ciekawiło ją, co kobieta ma do powiedzenia, musiała odmówić.
“Dziś nie dam rady, żałuję , narzeczony czeka. Całuski dla Ciebie i Dżordża.”

Zajęcia ciągnęły się niemiłosiernie, ale e końcu się skończyły mogła pójść przygotowywać się do kolacji.

Było dobrze po osiemnastej kiedy telefon Poli zadzwonił. To był Bruno.
- Część kotek. Jestem pod twoim domem, schodzisz czy mam wejść do ciebie i poczekać?
- Daj mi minutę, już jestem
- odpowiedziała Pola.

Minuta przeciągnęła się do 5, a może nawet 7, co Bruna specjalnie nie zdziwiło. Pola przeciągnęła szczotką po włosach, które przez sekundę wydawały się gładsze i bardziej błyszczące, aby już po chwili wrócić do swojego naturalnego wyglądu. Wsunęła szpilki, wygładziła jedwabną, zieloną sukienkę i założyła płaszcz. Po chwili już całowała Bruna na powitanie.
- Wyglądasz niesamowicie, jak zawsze - mruknął, gdy ich usta oderwały się od siebie. Chwilę przyglądał się dziewczynie z zadowoloną miną. - Jedziemy.
- Jesteś kochany
- powiedziała, doceniając komplement. - Ty też jesteś dziś wyjątkowo przystojny.

Auto ruszyło. Kolację mieli jeść u Bruna. Nie było daleko. Z okna auta Pola widziała różnych przechadzających się ludzi, a wśród nich duchy. Uczyła się rozpoznawać je z daleka, nie tylko po oczach. Patrzyła i po prostu wiedziała.
Człowiek, człowiek, człowiek, a tamten odwrócony tyłem to duch. Po prostu to wiedziała, jakby jej zdolność wskoczyła poziom wyżej.
Z jednej strony było to nawet ciekawe, ale z drugiej irytujące. Szczególnie, jeśli by miała wszystkim tym duchom pomagać… Wzdrygnęła się wewnętrznie. Miała wystarczająco dużo własnych problemów.

- Jak ci minął dzień? - zagadał Bruno - dziś sobota, pewnie padasz z nóg? Ja miałem dziś sporo czasu i całą kolację przygotowałem sam, żadnych gotowców. Kuchnia ala meksykańska, bez przesadnej ostrości - pochwalił się. - Zaraz będziemy na miejscu więc sama się przekonasz.
- Świetnie, uwielbiam meksykańską kuchnię
- odparła nieco roztargnionym głosem. - Tak, w soboty zawsze jest pełno.. Nie powinnam narzekać, bo z tego żyję, prawda? Ale postanowiłam nieco zwolnić. Oddam trochę zajęć najbardziej zaawansowanym uczestnikom. Jeszcze obiecałam Jaśminie pomoc… Tu będę chciała ciebie wykorzystać - Uśmiechnęła się. - Jak dobrze to rozegramy, to wszyscy skorzystają. Tylko musisz zachować otwarty umysł - zaznaczyła.
- To świetny pomysł z tymi zajęciami - pochwalił ją Bruno, który mimo tych słów miał nieco kwaśną minę, zapewne na wspomnienie o Jaśminie. - Może opowiesz mi o tym już na miejscu - zaproponował, wjeżdżając jednocześnie na swoje miejsce parkingowe. Dojechali przed jego mieszkanie szybko. Sprzyjał im mniejszy ruch uliczny o tej godzinie w sobotę i zielone światła.

Bruno poprowadził Połę do swojego mieszkania. Pachniało tam meksykańską kuchnią. Najwyraźniej wszystko było gotowe, wymagało tylko lekkiego podgrzania.
Kiedy zamknął za nimi drzwi, stanął za Połą i sięgnął do jej płaszcza by pomóc jej go zdjąć.
- Panienka pozwoli - powiedział uprzejmym acz lekko żartobliwym tonem.
Zachichotała.
- Panienką już dość dawno nie jestem, serio się nie zorientowałeś? - pozwoliła mi zabrać płaszcz.
- Piękne pachnie.


Po chwili siedzieli już za stołem. Pola była głodna, przerwę na lunch poświęciła na dzwonienie do klientek i omawianie przyszłotygodniowych zajęć.
- No więc pani Jadwiga - Pola opowiadała , gestykulując widelcem. - Ta staruszka z grupy 50+, prawie się popłakała, jak jej zaproponowałam, że poprowadzi zajęcia. Ze wzruszenia. Że jej zaufałam. Wyobrażasz sobie?
- To musiało być dla ciebie i miłe i zaskakujące
- odpowiedział Bruno. Miewał czasem takie wtręty, jak ci lekarze z Harlekinów, co czytywała pasjami w liceum. "To musiało być dla ciebie dużym szokiem" albo "Na pewno zadziwiło cię". - Takie starsze osoby czasami potrzebują czuć się potrzebne a ty jej to dałaś. Musi być z siebie teraz dumna. - kontynuował, jak terapeuta z serialu. Połę wściekał taki protekcjonizm. Serio myślał, że sama nie wie, co czuje?! - A propos starszych osób - zaczął mówić, jednocześnie otwierając wino - mówiłaś w aucie coś o Jaśminie - przypomniał. Korek wyszedł z butelki jednocześnie robiąc plum. Pola zwróciła uwagę, że to było zupełnie inne wino, niż to które śniło jej się dziś w nocy. Bruno od razu zaczął rozlewać je do kieliszków.
- No tak - potwierdziła, biorąc od niego kieliszek. - Jaśminie wydaje się.. - szukała słów. - Jaśmina sądzi, że widzi duchy. Nieżywych ludzi, którzy mają tutaj niepozałatwiane sprawy. Np. ktoś ich zamordował, a nie znaleziono ciała, i nie było pogrzebu. Takie tam. Ja sądzę, że rodziny tych zaginionych przychodzą do Jaśminy i opowiadają o swoich podejrzeniach. Pewnie dlatego, że policja ich nie słucha. Lub się boją tam iść - napiła się wina. - W każdym razie te opowieści są ciekawe. Te duchy niby mówią, gdzie ich ciała można znaleźć… Ludzie lubią takie historie. Myślę, że to może być dobry temat. Takie trochę creepy. To się teraz sprzedaje Może masz kogoś, kto by o tym napisał? Jaśmina poczuje się doceniona a wam wzrośnie sprzedaż. Jak myślisz?

Bruno zaczął się śmiać. Dopiero gdy jego krótki atak wesołości ustąpił, mężczyzna upił kilka łyków wina i poważnie spojrzał na Polę.
- To lokalna gazeta - powiedział - ale nie jest szmatławcem w którym można pisać bzdury. Trzymamy się faktów. Zawsze. Żadnych horoskopów, wróżb, krzyżówek. Nie piszemy o lokalnych dziwakach. Spójrz na to z innej strony. Jeśli taki artykuł przyniósłby jej zarobek od biednych nieszczęśników, których będzie nabierać na "widzę duchy", przyczyniłbym się tylko do czyjegoś nieszczęścia, bankructwa czy rozdrapywania ran z różnym skutkiem dla różnych osób. Nie mogę reklamować takich praktyk.
- Jasne -
westchnęła. Była rozczarowana, choć starała się tego nie okazywać. Liczyła na pomoc Bruna, ale wyglądało na to, że sama się będzie musiała zająć poszukiwaniem.. ciał. Choć w sumie nie chciała tego robić. Może po prostu powie tym duchom, że nie jest zainteresowana? Sama nie wiedziała, co robić. Westchnęła znowu.
Bruno też westchnął. Dłuższą chwilę przyglądał się Poli.
- Mam znajomego policjanta - odparł w końcu - zawsze lubił takie dyrdymały. Może on zgodzi się sprawdzić te sprawy? Pracuje w jednostce zajmującej się poszukiwaniami ale niewiele więcej wiem.
- Dziękuję kotek
- Pola obeszła stół, żeby przytulić się do Bruna. - Jesteś kochany.

Mężczyzna chętnie ją objął. Odsunął się od stołu i zupełnie nagle poderwał się do góry chwytając Polę pod kolana i pod pachy, tak że ta znalazła się u niego na rękach niczym panna młoda gotowa do przeniesienia przez próg. Zaczął ją całować jednocześnie powoli przemieszczając się z nią w stronę sypialni.
Pozwoliła się mu podnieść i oddała pocałunek. Miała na niego ochotę. Seks z Brunem był jak jazda na tylnym siedzeniu luksusowego Mercedesa - spokojny, wygodny, bezpieczny. Może i niespecjalnie ekscytujący, dość przewidywalny, ale to wydawało się Poli całkiem ok. Znali swoje ciała na wylot, wiedzieli, co lubią, potrafili się czasem zaskakiwać, ale najczęściej po prostu jechali do celu szeroką, równą szosą.

Kiedy Bruno ściągał z niej sukienkę, nagle w jej mózgu pojawiło się wspomnienie mężczyzny z wizji Dżordża, tego, z którym całowała się w parku. Przymknęła oczy, pozwoliła, żeby tamto wspomnienie rozgościło się na dobre w jej ciele, przejęło je. Poczuła smak ust tamtego mężczyzny. Jego dłonie wsunęły się pod jej bieliznę, zrzuciły ją, a ona zaczęła rozpinać mu spodnie. Długie włosy mężczyzny łaskotały ją w twarz, zaśmiała się, przez jej ciało przelała się fala pożądania, tak silna, że poczuła napięcie we wszystkich mięśniach. Wyprężyła się i pozwoliła się ponieść tej fali. Miała wrażenie, że mercedes zamienił się w motocykl którym kierują razem z mężczyzną z wizji. Pojazd gnał coraz szybciej i szybciej, a jej brakło tchu.

Krzyczała.

Gdy było już po wszystkim leżeli zmęczeni na łóżku. Bruno przypatrywał się jej podparty o ramię, jednocześnie zataczając palcem na jej nagiej piersi koła, pieszcząc skórę i raz po raz drażniąc sutki.
- Dziś było inaczej - powiedział cicho. - Podobało mi się - dodał, puszczając oko do Poli. A nim ona zdążyła podjąć temat i cokolwiek odpowiedzieć on szybko zmienił temat. - Sprawdziłaś tą salę weselną którą ci podesłałem?
Pola drgnęła ledwie dostrzegalnie.
Naciągnęła prześcieradło, zakrywając piersi.
- Widziałam - powiedziała, a potem nabrała powietrza jak przed skokiem do wody.
- Ale ja nie chcę brać ślubu - powiedziała. Mocno i pewnie - W tej chwili na pewno nie.. - głos jej złagodniał. - Nie wiem nawet , czy chcę zostać w tym mieście.

Twarz Bruna nabrała różnych kolorów. Patrzył na nią poważnym wzrokiem nic nie mówiąc przez jakiś czas.
- Aaha. Możemy oczywiście odwlec to o jakiś czas. Ten ślub. Chciałabyś żebyśmy się gdzieś przeprowadzili razem? Do jednego mieszkania? Zamieszkali ze sobą przed ślubem pod jednym dachem? Gdzie na przykład? Wiesz, tu mamy prace. I ty i ja.
- Wiem
- usiadła, podciągnęła kolana pod brodę. - Mamy pracę, mamy mieszkania, mamy fajny związek. Tylko… - pokręciła głową i dodała cicho: - Ja nie wiem, czy to jest to, co bym chciała robić przez resztę mojego życia. Rozumiesz? - spojrzała na mężczyznę.
- Pola, Poleńka… panikujesz - powiedział Bruno. - Rozumiem, że to oglądanie sali weselnej zrobiło na tobie takie wrażenie. Spoko. Poczekajmy, zostawmy temat. Ty przemyśl w takim razie to wspólne mieszkanie. Nie chcę naciskać, ale muszę. To dużo by zmieniło, dałoby ci odpowiedzi na twoje wątpliwości.
Ręka Bruna znalazła się na jej nagich plecach. Pogłaskał ją delikatnie i z czułością.
- Pewnie masz rację, - przytuliła się do jego ramienia. - Panikuję. Ale z drugiej strony… Przecież nie będę uczyła tańca do końca życia. Chciałabym coś… Coś więcej.
- Co na przykład?
- zapytał Bruno, głaszcząc ją przy tym po włosach.
- Właśnie nie wiem. Nie mam pomysłu na siebie. Czuję po prostu, że to, co jest teraz nie będzie na zawsze.
Bruno milczał, nie przerywając głaskania i przyglądania się Poli.
- Może czas na urlop? Czyżby dopadła cię chandra zmęczenia? - dalej dążył temat, najwyraźniej próbując znaleźć powód i rozwiązanie dla przypadłości Poli. - Dolać ci wina?
- Pewnie zmęczenie… Tak, poproszę wina.
- Kiedy nalał, kontynuowała: - Wiesz, taki rozkminy to powinnam mieć po liceum, ale że od zawsze zajmowałam się tańcem, to było dla mnie jasne, że będę to kontynuować. No, ale teraz mnie jakoś naszyło.
- Zostanę u Ciebie na noc, dobrze? Nie chcę dziś wracać do domu. Pooglądamy jakieś filmy, albo coś…
- Pewnie, nie ma sprawy
- powiedział Bruno podając jej wino - na jakie kino masz ochotę? Wybierzmy coś razem.

Reszta wieczoru upłynęła na wspólnym oglądaniu filmu, tak długo, a w końcu oczy Poli zaczęły robić się senne. Rozpoczęła się walka o to by nie zasnąć… Walka wydawała się przegrana, ale że przy Lucyferze Bruno też odpadł, Pola wyuczyła swoją szansę. Wysunęła się cichutko z łóżka, zamknęła za sobą bezszelestnie drzwi sypialni.

Włączyła komórkę. "Dziś nie śpię" wrzuciła na fb.

Apotem zabrała się to, co kobiety od lat robią kiedy nie mogą/nie chcą spać w nocy – zaczęła prasować rzeczy Bruna, a potem sprzątać jego kuchnię i łazienkę.
 
__________________
A poza tym sądzę, że Reputację należy przywrócić.
kanna jest offline  
Stary 29-06-2020, 11:11   #36
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
W końcu księżniczka zaczęła się przeciągać i mlaskać, towarzyszyło temu kilka westchnień. Po chwili otworzyła oczy.
- Dzień dobry, skarbie - przywitał ją Karol, pospiesznie odkładając komórkę i kładąc ją na podłodze. - Wyspana? - spytał, na powitanie całując ją w zaspane jeszcze oczęta.
- Chętnie bym jeszcze trochę pospała - odpowiedziała z lekkim uśmiechem, pozwalając się całować. Jednocześnie zaczęła wspominać, że kiedy była z Jacusiem czasami spali nawet do dwunastej w południe. Która teraz mogła być godzina? - A z ciebie ranny ptaszek.
Po raz kolejny pojawiło się imię jednego z wcześniejszych kochanków Leny, ale Karolowi udało się nie skrzywić. I doszedł do wniosku, że będzie musiał się do tego przyzwyczaić.
- Ranny? - zdziwił się odrobinę. - Za chwilę jedenasta - powiedział, zastanawiając się, kiedyż to Lena miała czas na wylegiwanie się do samego południa. Na studiach? - ale jeśli chcesz, to możesz dalej pospać. Nie znałem cię z tej strony... - powiedział na pół żartem. - Zjedz coś i możesz wrócić do łóżka - zaproponował z lekkim uśmiechem.
Nieco sztucznym, bowiem poranne zachowanie dziewczyny stanowiło dla niego niezbyt miłą niespodziankę i stawiało pod wielkim znakiem zapytania wiarę w to, jakie to niby uczucia żywiła do niego Lena.
Dziewczyna zaśmiała się serdecznie, zasłaniając przy tym usta.
- Rzadko mam na to czas - wyjaśniła, zerkając na tackę z jedzeniem - ale kiedy mogę, lubię poleniuchować w łóżku. Co tam przygotowałeś? - zapytała.
- Same konkrety - odparł - żebyś z głodu nie umarła. - Uśmiechnął się lekko, po czym podniósł miseczkę, pod którą schowany był stos kanapek z szynką i serem. Ale herbata nieco wystygła - przyznał. - Zaraz wstawię wodę - dodał, wstając z tapczanu.
Lena doceniła w myślach uszykowane przez Karola śniadanie. Zamiast zabrać się do jedzenia najpierw jednak poszła do łazienki za potrzebą. Znikając w niej na może trzy minuty.
Tyle wystarczyło, by woda się zagotowała. Herbata pojawiła się na stole w tym samym niemal momencie, gdy Lena wyszła z łazienki.
- Częstuj się... - Karol gestem wskazał zastawiony stół. Nie da się jednak ukryć, że jego uwaga bardziej była skupiona na dziewczynie, niż na jedzeniu.
Lena wyszła z łazienki i podeszła od razu do stołu, zgodnie z zaproszeniem. Wciąż nie była ubrana, ale skoro mieli jeść przy stole a nie w łóżku, zaczęła rozglądać się za ubraniami.
Nieśpiesznie podeszła do stosiku przy tapczanie.
- Musisz się ubierać? - spytał Karol, przyglądając się jej "drugiej stronie medalu" - Możemy wrócić do łóżka, jeśli zrobiło ci się chłodno...
- Masz kuszący tyłeczek - zmienił temat.
"Rany boskie co za idiotyczny tekst" pomyślała sobie Lena, ale uśmiechnęła się do Karola, nie chcąc dać mu poznać, że akurat ten "komplement" nie trafił do jej gustu. Źle przecież by było gdyby pomyślał, że nie lubi komplementów. Przecież lubiła. Tylko nie takie.
- Możemy wrócić jeść w łóżku. Do jedzenia przy stole wolałabym się jednak ubrać. - Lena puściła przy tym oczko do Karola, uśmiechnięta.
Jak widać, mówienie prawdy nie zawsze się opłacało. Karol postanowił to zapamiętać.. i nie wychwalać różnych części ciała Leny.
- Mamy dużą tacę - powiedział. - Usiądź wygodnie, a ja zadbam o resztę.
Po chwili obok tapczanu znalazła się zastawiona taca.
Lena usiadła na tapczanie i nakryła się kołderką, tak by zasłonić wszystkie newralgiczne miejsca. Czekała aż Karol usadowi się naprzeciwko niej z tacą na kolanach.
- Jakie plany na dziś? - zapytała, sięgając po kanapkę.
Karol przez moment spoglądał na dziewczynę.
- Prócz szykowania obiadu? - zapytał. - To będzie zależało od ciebie. Nie wiem, jak długo ze mną wytrzymasz - dodał.
- Ja też nie wiem - zaśmiała się Lena. - Może po prostu się razem ponudzimy? - zaproponowała.
- Po śniadaniu spróbujemy się ponudzić w łóżku? - zasugerował.
- Przy jakimś filmie? - zapytała.
- Znajdę coś nastrojowego... - Uśmiechnął się lekko. - Ale może lepiej będzie, jeśli ty się zajmiesz poszukiwaniami, a ja będę cię rozpraszać... troszeczkę…
- Rozpraszanie ci w głowie, co? - Lena zaśmiała się ciepło. W myślach przewinęło jej się kilka milszych obrazów z wczorajszego namiętnego wieczoru. A do tego pragnienie powtórzenia tego co robili. Tymczasem, ugryzła kanapkę.
- Tak... Malutkie... i takie trochę większe... - Delikatnie przesunął stopą po udzie dziewczyny.
- Większe, hmmm? Opowiesz mi o tym, jakie będzie to większe? - zapytała zalotnie Lena, chociaż nie przestała jeść śniadania.
Myślała o tym, że Karola stopy są szorstkie w dotyku.
- Mam nadzieję, że trafię w twój gust - powiedział. - Może jest coś, na co miałabyś specjalną ochotę?
Lena próbowała naprędce wymyślić, na co ma szczególną ochotę, jednak nic nie przychodziło jej do głowy. W skutek czego zamyślona jadła kanapkę nic nie odpowiadając na to pytanie. Chętnie wróciłaby spać, obejrzała film, przytulała swoje nagie ciało do ciała Karola, chciałaby aby ją głaskał i całował.
- Zobaczymy czy trafisz w mój gust - odpowiedziała po dłuższym namyśle, postanawiając zwalić wszystko na pomysłowość Karola, który sięgnął dłonią pod kołdrę i połaskotał podbicie jej stopy, a potem zaczął powolutku przesuwać nieco wyżej.
Lena zaśmiała się i odłożyła kanapkę na stolik.
- Ostrzegam, że mam gilgotki!
- Nie będę tego wykorzystywać... za często - zapewnił Karol, podczas gdy jego palce kontynuowały delikatną wędrówkę w górę. Dziewczyna zachichotała. To było miłe i gilgocące zarazem.
- Bo ci oddam - ostrzegła, chociaż nie miała zamiaru koniecznie oddawać. Podobało jej się to co Karol robił.
- Nie mam tam łaskotek - odpowiedział, kontynuując zarówno pieszczotę, jak i jej kierunek. - A co powiesz na małe przytulenie się?
- Nie musisz się pytać jeśli chcesz mnie przytulać - odpowiedziała Lena.
To było pytanie retoryczne, pomyślał Karol, równocześnie wślizgując się pod kołdrę i przytulając do dziewczyny.
Pocałował ją w szyję, a jego dłoń zawędrowała w okolice jej pośladka, dzięki czemu przytulenie było mocniejsze. I bliższe.
Lena trwała tak delektując się chwilą.
Po jakimś czasie zaczęła zastanawiać się jaki film mogliby sobie włączyć. Może jakiś cały serial. Ciekawa była czy Karol wolałby jakiś dramat czy może sf. Miała nadzieję, że nie żaden horror czy fantasy bo tego przecież nie lubiła.
Karol po raz kolejny pocałował ją w szyję, a potem odsunął się nieco i sięgnął po pilot. Gdy telewizor się włączył, wręczył pilota dziewczynie, a sam zaczął ją "rozpraszać", delikatnie zajmując się biustem dziewczyny.
Lena w tym czasie uruchomiła na telewizorze Netflixa.
- Na co masz ochotę? - zapytała dwuznacznie. Myślała o tym, że to co Karol robi jest przyjemne.
- Prócz zajmowania się tobą? Może... na więcej zajmowania się tobą... - powiedział, po czym polizał ją, delikatnie, po biuście. - A tam weź, co lubisz...
Biorąc pod uwagę fakt, iż częściowo przytulał się do dziewczyny, powinna łatwo się domyślić, na co on ma największą ochotę.
Lena kliknęła play na pierwszy przypadkowy serial jaki zaproponował jej Netflix. Odłożyła pilota obok siebie. Po tym wplotła dłonie we włosu Karola, jednocześnie lekko przytrzymując jego głowę tam gdzie była. Przeszedł ją przyjemny dreszcz.
Karol kontynuował pieszczotę, lekko ją intensyfikując, gdyż do języka dołączyły i wargi, w delikatny acz systematyczny sposób zajmujące się zesztywniałym zwieńczeniem piersi.
W tym samym czasie dłoń Karola troszczyła się o drugą pierś, by ta nie czuła się pokrzywdzona.
Lena zamknęła oczy. Przesunęła palcami po karku Karola i plecach w ramach swojego zasięgu. Skupiła myśli na przyjemności płynącej z tego co robił mężczyzna. On zaś nie zamierzał ograniczać się do biustu, więc jego dłoń, do tej pory zajmująca się piersią, zsunęła się z niej i powolutku powędrowała niżej.
Gdyby nie napotkała oporu, zamierzała dotrzeć aż do miejsca, gdzie łączą się uda dziewczyny, przez całą drogę obdarzając jej ciało delikatnymi pieszczotami. Opór w takim momencie, w ogóle nie przeszedł Lenie przez myśl.
Rozchyliła lekko nogi, by ułatwić Karolowi dojście do zakamarków swojej kobiecości.
Palce chłopaka skorzystały z zaproszenia - najpierw nieśmiało, jakby nie wiedząc, a ile mogą sobie pozwolić, po chwili zaczęły poczynać sobie coraz śmielej, a wyczuwszy pozytywną reakcję dziewczyny powoli zaczęły wkraczać do jej wnętrza. Równocześnie druga dłoń zajęła się zgrabnym tyłeczkiem Leny, jakby składając hołd kształtnym półkulom, które na zmianę to głaskały, to masowały, chwilowo dyskretnie omijając dzielący je "wąwóz"..
Dziewczyna robiła się coraz bardziej wilgotna. Zachęciła Karola gestem, by zbliżył twarz do jej twarzy. Chciała go pocałować.
Niemal natychmiast skorzystał z zaproszenie, przekształcając spotkanie warg w namiętny pocałunek. Dłonie, po ledwo zauważalnej przerwie, kontynuowały pieszczoty, coraz bardziej śmiałe.
Lena najwyraźniej nie miała zamiaru oddawać pieszczot bo nawet nie przeszło to przez jej myśli.
Dobre było natomiast całowanie się z Karolem i póki co nie chciała przestawić. Przyjemne było to i coraz bardziej podniecające to co robił ręką przy jej okolicach intymnych. Dłoń na jej pupie póki co wydawała się jej miła i urocza.
Palce Karola zintensyfikowały pieszczotę, zagłębiając się nieco bardziej w wilgotne, zapraszające wnętrze, to wsuwając się, to wysuwając, a do pierwszego zwiadowcy dołączył po chwili drugi, by zwiększyć siłę natarcia. Druga dłoń kontynuowała zwiedzanie krągłości tworzących tyłeczek, od czasu do czasu zapuszczając się w głąb 'wąwozu' i powolutku zbliżając się do znajdującej się tam 'jaskini'.
Myśli Leny zalały wątpliwości co do zamiarów Karola, a wraz z nimi jej ciało zrobiło się napięte. Karol wyczytał z nich, że żaden… Jacuś nie zagłębiał się w te rejony i Lena niekoniecznie miała ochotę próbować.
Dziewczyna ujęła wędrującą po jej pupie dłoń Karola, zaciskając na niej palce jakby chciała go za nią potrzymać. A później przesunęła w okolice jej piersi.
Karol nie miał zamiaru protestować. Przytulił się mocniej do Leny, dłonią objął jedną z piersi, a palce drugiej, choć na moment przerwały swą działalność, po chwili ponownie ruszyły na podbój 'najważniejszych' zakamarków kobiecego ciała. Całkiem jakby chciały, by Lena zapomniała jak najszybciej o niefortunnej wycieczce dłoni, która obecnie zajmowała się biustem.
Lena powoli rozluźniała się. Chociaż jej myśli jeszcze wędrowały wokół ciekawości jakie doświadczenie ma Karol, gdyż ona - jak sama o sobie myślała - była grzeczną dziewczynką i robiła wszystko "po bożemu". Do tej pory. Z Jacusiem oczywiście.
Karol był pewien, że jego aktualna kochanka nie miała innych partnerów niż ten, który czasami pojawiał się w jej myślach. A teraz nawet, że nie był to długi i gorący romans. Nie dlatego, żeby Lenie coś brakowało. Była przecież ładną i mądrą dziewczyną. Była jednak ostrożna i zbyt ułożona.
O Jacusia zazdrosny nie był. No, może odrobinę. Pewnie dlatego, że wolałby być jej pierwszym, uczyć jej wszystkiego od podstaw. Ale nie można było mieć wszystkiego. Poza tym... i tak miał możliwość sprowadzenia Leny na kręte ścieżki seksualnych przyjemności.
W końcu Lena skupiła się na przyjemności, wszystkie inne myśli odeszły, zastąpione chęcią by poczuć Karola w sobie. Było to tak silne, piekące uczucie, że Lena westchnęła głośno.
- Tak, skarbie? - spytał cicho Karol, który doszedł do wniosku, że zbyt szybkie spełnianie pragnień dziewczyny mogłoby się wydać podejrzane.
- To bardzo miłe co robisz - odpowiedziała szeptem dziewczyna, jednocześnie mocniej przylegając do Karola i zaciskając palce na jego plecach.
Zastanawiała się przy tym w jaki sposób dać Karolowi znać czego by chciała, jednocześnie każdą możliwość pojawiającą się w jej myślach bombardowała myśl o tym by nie zrobić czegoś nie tak, niestosownie, czy zbyt śmiało.
Z pewnością spełnienie pragnienia Leny leżało w zakresie możliwości Karola. Przez moment wahał się, czy nie zintensyfikować pieszczot i nie skłonić dziewczyny do otwartego wyznania, ale jednak postanowił się zlitować.
- Cieszę się - powiedział cicho. - Chcesz przejść do ciągu dalszego? - spytał.
- Mhmmm - mruknęła Lena, której wydało się, że obecnie nie jest zdolna do wypowiedzenia całego zdania. Jej ciało poruszyło się w rytm razem z dłonią Karola, który miał wrażenie, że dziewczyna za chwilę może osiągnąć szczyt.
- Już, zaraz... - powiedział, wycofując palce. - Muszę się zabezpieczyć - wyjaśnił cicho.
Lena opadła na poduszki. Miała ochotę jęknąć z zawodu i jednocześnie przejęcia wobec własnego zapomnienia. Jeśli miała być z Karolem, to musi pomyśleć o jak najszybszej innej formie zabezpieczenia się.
Obserwowała go nic nie mówiąc. Uśmiechnęła się tylko.
Zakładanie prezerwatywy nie było czynnością, jaką (zdaniem Karola) należało dokonywać na oczach dziewczyny, a tak 'uzbrojony' członek nie wydawał mu się zbyt atrakcyjnym. Dlatego postarał się zrobić to szybko, acz starannie i wnet znalazł się u boku Leny.
Miał co prawda mnóstwo ciekawych pomysłów, ale z ich realizacją postanowił poczekać na zacieśnienie więzi między nimi. Tudzież 'oswojenie' Leny. Teraz lepiej było iść utartymi szlakami.
Pocałował dziewczynę, po czym sięgnął dłonią by sprawdzić, czy podczas tych paru chwil jej ochota nie zmniejszyła się.
Wyglądało na to, że nie zmniejszyła się ani trochę. Lena przyciągnęła Karola delikatnie do siebie, oczekując na nadchodzący miły moment połączenia się ich ciał.
Karol nie zwlekał - przesunął się, po czym dość szybko wsunął się do oczekującego nań wilgotnego wnętrza. Nie chciał by Lena odniosła wrażenie, że on chce cokolwiek opóźniać, szczególnie że było wprost odwrotnie - chciał się w niej znaleźć jak najszybciej.
Lena jęknęła z przyjemności. Lekko wygięła plecy do tyłu, a jej nogi oplotły Karola zamykając go w uścisku.
Karol wsunął się prawie do końca, a potem zaczął się poruszać, niezbyt szybko, wsuwając się głęboko i niemalże z niej wychodząc, równocześnie starając się wyczuć, kiedy sprawia dziewczynie najwięcej przyjemności. Szybko okazało się, że najwięcej przyjemności sprawiał jej kiedy był w środku, gdy wypełniał ją całą całym sobą, a ich ciała były w pełni kontaktu.
W takim momencie Lena spróbowała nadać Karolowi rytm poruszania się, który bardziej jej odpowiadał. Wolała, aby został jak najbliżej, jedynie rytmiczne przesuwając się do przodu i do tyłu.
Jako że chodziło o to, by dziewczynie sprawić jak najwięcej przyjemności, Karol wnet dostosował się do sugestii i rytmu Leny, ograniczając zakres penetracji, a ewentualne eksperymenty pozostawiając na inną okazję.
W tym rytmie mijały minuty. Karol zaczął już odczuwać delikatne zmęczenie. Lena, ponieważ wygodnie sobie leżała - nie. Wszystko co robili było dla niej przyjemne, ale spełnienie póki co nie nadchodziło.
Zmęczenie nie było na tyle mocne, by Karol miał dojść do wniosku, iż warto część pracy przerzucić na Lenę. Przesunął się odrobinę, by zmienić 'kąt natarcia' i spróbować trafić na najbardziej wrażliwe fragmenty jej ciała.
Komfort Leny nieco spadł. Zaczęła zastanawiać się jak długo Karol jeszcze wytrzyma i kiedy to co aktualnie robi zakończy się jego uniesieniem. Jednocześnie uśmiechała się do niego, raz po raz całując nie tylko jego usta ale również policzki czy czoło.
Nie wyglądało to zbyt optymistycznie... więc Karol zrobił jedyną rzecz, jaka przyszła mu w tym momencie do głowy - zmienił sposób działania na wcześniejszy, bardziej odpowiadający Lenie. Równocześnie mocniej ją przytulił i odpowiedział na pocałunki, by dziewczyna poczuła, że ważna jest ona cała, a nie tylko jedno miejsce jej ciała.
To było dla Leny niezwykle miłe uczucie, wywołało falę pozytywnych odczuć dotyczących samego Karola. Dziewczyna przyglądała mu się z uśmiechem. Była szczęśliwa, że byli tu, teraz, razem. Myśli o tym odsunęły rozkosz na drugi plan.
Jednak nie dla Karola, który po raz kolejny przekonał się, iż wiedza o tym, co kto myśli, ma swoje plusy i minusy. Fakt, iż nie potrafi zaspokoić Leny działał nieco deprymująco, ale inne uczucia dziewczyny podnosiły trochę na duchu.
Przytulając się do dziewczyny ponownie ją pocałował, bardziej namiętnie. Równocześnie kontynuował, acz z nieco mniejszym wewnętrznym zapałem, próbę zaspokojenia Leny.
Dziewczyna przejechała palcami po nagich plecach Karola. Zatrzymała je dopiero na jego pośladkach. Za każdym razem gdy mężczyzna znajdował się jak najgłębiej przytrzymywała go, na chwilę dłużej i puszczała by mógł wykonać ruch do tyłu, by znów przytrzymać głęboko w sobie.
Było to całkiem przyjemne odczucie - i fizyczne, i psychiczne. Czynne dołączenie się Leny do łóżkowych igraszek sugerowało pewne postępy i skłaniało do dopasowania poczynań Karola do podsuwanych przez dziewczynę sugestii. W końcu ona powinna wiedzieć, co jest dla niej najlepsze. Czy też raczej najprzyjemniejsze.
Wszedł w nią głęboko, wycofał się troszkę gdy nacisk palców dziewczyny zelżał, a potem ponownie pchnął, by znaleźć się tak głęboko, jak poprzednio. A potem zrobił to po raz kolejny.
Kolejny i kolejny…
Czując się coraz bardziej zmęczony…
A Lena nadal nic.
Objął ją jeszcze mocniej, po czym przewrócił się na plecy, pociągając dziewczynę za sobą tak, by znalazła się na górze.
Lenę ogarnęło uczucie paniki. Nigdy jeszcze nie była w tej pozycji, na górze. Nie wiedziała w ogóle co ma robić. Uniosła więc lekko pośladki w górę i opadła w dół, naśladują Karolowe wychodzenie i wchodzenie. Ale było dziwnie, sztywno. Spróbowała jeszcze raz, tego samego. Zastanawiając się przy tym dlaczego Karol po prostu nie dojdzie i nie da jej spokoju. Chwilę później przeganiając tą myśl i próbując zrobić coś ze sobą będącą na górze. Gdyby to nie było przygnębiające, to było nawet wesołe... dla kogoś patrzącego z boku.
- Usiądź - podpowiedział jej cicho.
Lena zaczęła się zastanawiać gdzie ma usiąść, w jej głowie pojawiały się różne miejsca w których można siadać. Jednocześnie nadal wykonywała nieporadne ruchy w górę i w dół.
- Co masz na myśli? - zapytała.
Karol zastanawiał się przez moment, jakim cudem Lena ma tak małą wiedzę. Nie przeszkadzało mu to w najmniejszym stopniu, wprost przeciwnie, ale od czasu do czasu mogło to powodować pewne drobne problemy.
Złapał ją za biodra, przytrzymując w momencie, gdy znajdował się głęboko w niej.
- Teraz spróbuj usiąść. Na mnie - powiedział, do słów dorzucając czułego buziaka.
Lena posłuchała tej wskazówki, jednocześnie martwiąc się co teraz musiał o niej pomyśleć Karol. Wyobrażała sobie, że nic miłego. Nie zdążyła jednak wymyślić co, bo w tym momencie usiadła odczuwając przy tym przyjemność. Intuicyjnie zaczęła poruszać się do przodu i do tyłu. Karol poczuł, że jej umysł wyłącza myślenie, które zastępuje pożądanie i zbliżające się uczucie spełnienia.
Karol uśmiechnął się lekko, postanawiając za chwilę obsypać Lenę zasłużonymi komplementami, na razie jednak nie mówił nic, kontemplując kołyszący się biust dziewczyny. A potem westchnął, czując narastającą przyjemność.
Lena krzyknęła w momencie, w którym Karol poczuł jak jej uda drżą. Nie musiałby czytać w myślach by wiedzieć, że dziewczyna właśnie przeżywa bardzo silne uczucie. Niemalże czuł je wraz z nią, ogarniało całe jej myśli. Nawet jeśli chciał, to nie dał rady wytrzymać już ani sekundy dłużej. Jęknął z rozkoszy, osiągając spełnienie, który to moment Lena również musiała odczuć.
Puścił jej pośladki, za które chwycił z całej siły sam nie wiedział kiedy, i przytulił ją mocno do siebie.

Ktoś miał wyczucie.
Telefon Karola zaczął dzwonić.
Lena, już słodko przytulona do niego uniosła się teraz na rękach jakby zawył alarm.
- Podzwoni i przestanie - powiedział Karol. - Są rzeczy ważniejsze, niż telefony.
Przygarnął ją i pocałował.
Lena uśmiechnęła się. Odwzajemniła pocałunek. Po tym "zaległa" przytulona do Karola.
Z pewnych (zalecanych przez producentów) powodów Karol wysunął się z dziewczyny, równocześnie nie wypuszczając jej z objęć.
- Jeszcze nie przeżyłem czegoś tak wspaniałego - powiedział cicho, - Jesteś fantastyczna... - dodał, całując ją w policzek - miejsce, do którego łatwo mógł dosięgnąć. Równocześnie jego dłoń kreśliła esy-floresy na pupie i plecach Leny.
Lena zaśmiała się. Był to słodki śmiech, któremu towarzyszyło kiwanie na boki głową. Dziewczyna nie uwierzyła ani trochę w słowa Karola. Chociaż końcówka była idealna, to nie przyszła jej wcale łatwo.
- Masz coś sobie do zarzucenia? - Spojrzał spod przymrużonych powiek. - Zapewniam cię, że jesteś w błędzie. Finał był przewspaniały.
- Powiedziałbym ci więcej, ale nie chcę cię peszyć - dodał.
- Pójdę pod prysznic - powiedziała, zbywając temat. Nie miała ochoty rozmawiać o tym jak było, zwłaszcza, że czuła swoją nieudolność, więc żadne słodkie słówka Karola nie zmieniłyby sposobu jej myślenia. Wszystkie uznawała bowiem za słodkie kłamstewka, by było jej miło. Ta opinia niezbyt spodobała się Karolowi, ale chwilowo nic nie mógł na to poradzić.
- Ja za chwilę też - odpowiedział, z pewną niechęcią wypuszczając ją z ramion i zastanawiając się, kiedy zdoła przekonać Lenę, że jest w błędzie. - Chyba że chcesz, bym poszedł z tobą...
- Nie, dam radę umyć się sama - powiedziała Lena, która po prostu miała ochotę zostać na chwilę sama i umyć się sama, bez świadków.
Karol skinął głową, postanawiając równocześnie, że zacznie pracować nad samooceną swej aktualnej kochanki. Gdy Lena zniknęła w łazience, pozbył się prezerwatywy, a potem sprawdzić, kto się do niego dobijał. A raczej usiłował dodzwonić.
 
Kerm jest offline  
Stary 15-07-2020, 11:59   #37
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Osobą która dzwoniła była Kasia. Jedno nieodebrane połączenie, brak sms-ów, oraz wiadomości na wszelkich innych komunikatorach.
"Coś się stało?" - wysłał SMS-a, równocześnie wsłuchując się w dobiegające z łazienki odgłosy.
Kasia zamiast odpisać na SMS-a, znów zaczęła dzwonić.
- Witaj! - Karol tym razem odebrał. - Coś się stało?
- Przeprowadziłam się do Karoliny. Od dziś jesteśmy sąsiadami - powiedziała Kasia, głosem niezwykle entuzjastycznym. - Wpadniesz dziś na parapetówkę? Nie, że jakaś duża impreza, ale… wiesz, gdyby nie ty, nie podjęłabym tej decyzji. Chcę to uczcić.
Karola na moment zatkało.
- No, moje gratulacje! - powiedział po chwili. - Super. Gdzie, o której i czy można przyjść w towarzystwie?
- Jasne, nie ma sprawy. Pewnie chcesz wziąć Lenę, co? Gdzie to ty wiesz, za ścianą tylko klatka obok - zaśmiała się Kasia. - O której wam pasuje?
- Zgadłaś, oczywiście - odpowiedział. - Zgadam się z nią i zadzwonię. Co przynieść? Piwo, wino, słone paluszki...?
- Nie wiem. Siebie? I Lenę. Możesz wino, bo piwa już kupiłyśmy całą lodówkę, nie zabraknie - dobry nastrój nadal nie opuszczał Kasi.
- Powiem Lenie i zadzwonię - zapewnił. - Jeszcze raz gratuluję - powiedział. - Na razie.
- Paaa - odpowiedziała Kasia i rozłączyła się.

Lena wyszła spod prysznica jakiś czas później. Była już ubrana i pomalowana. Najwyraźniej o kolejnym rozbieraniu Karol mógł póki co pomarzyć. Ruszyła prosto do stolika z niedojedzonymi kanapkami.
"Głodny? Na co czekasz", pomyślał rozbawiony Karol.
- Mamy zaproszenie na parapetówkę, pod wieczór - powiedział.
- Serio? - zapytała Lena, niezbyt pewna, czy ma ochotę iść na jakąś parapetówkę, jednocześnie analizująca swój kalendarz, czy na wieczór nie miała jakiś ważnych planów. - A gdzie?
- Parę metrów stąd. Sąsiednie wejście. Zaprasza nas Kasia i jej przyjaciółka. Od dziś mieszkają razem - odparł, starając się od razu wyjaśnić całokształt sprawy. I zniwelować złe brzmienie imienia Kasia.
- Ah, ta Kasia? - “Kasia, która zgubiła majtki” dodała w myślach Lena, jednocześnie zaczynając zastanawiać się, czemu Karol w ogóle chce iść do jakiejś Kasi, a pfe - myślałam, że Kasia mieszka dość daleko stąd, po co się przeprowadziła?
- Żeby być z miłością swego życia - odparł. - Z Karoliną. Zaprasza nas, ciebie i mnie. Na parapetówkę.
Lena właśnie uniosła do ust kubek ze zrobioną przez Karola herbatą, niczym w filmie parsknęła w nią nieco na siebie rozlewając.
- Co? - zdziwiła się unosząc wzrok na Karola. Była zdziwiona i niepewna, czy dobrze zrozumiała.
- Co "co?"? - spytał Karol. - Kasia woli kobiety niż mężczyzn.
- Serio? - Lena zaczęła szybko analizować momenty kiedy widziała Kasię, nawet by o tym nigdy nie pomyślała. A teraz, kiedy o tym wiedziała, tym bardziej nie miała ochoty mieć z tą dziewczyną do czynienia. - I chcesz tam iść? - upewniła się. Myśl, by iść na parapetówkę “do jakichś lesb” nie napawała ją wcale entuzjazmem.
- Lubię ją i życzę jej jak najlepiej - odparł, nieco zaskoczony i zmartwiony podejściem Leny do całej sprawy. - Wejdziemy na parę chwil i wrócimy do domu. Resztę wieczoru chcę spędzić z tobą.
Miał nadzieję, że teraz zazdrość Leny zniknie, ale nie myślał, że pojawi się taki problem...
- O której chcesz do nich iść? - zapytała pomijając siebie, zupełnie celowo. Zaczęła rozważać wyskoczenie w tym czasie gdzieś, ze swoją przyjaciółką Dorotą. Oraz masę możliwych argumentów, by się wywinąć z niechcianej imprezy, czy raczej niechcianego towarzystwa.
- Co masz przeciwko niej? - Karol walnął prosto z mostu.
- Daj spokój Karol, nie będę szła do jakiś lesbijek na imprezę. Skąd wiesz, kto na niej będzie? Może nie tylko one dwie. Nie podoba mi się to, więc nie będę się tam pakować - powiedziała, ciut zdenerwowana, że musiała powiedzieć wprost zamiast delikatnie się wyłgać.
- Nawet gdyby tam był cały tabun, to chyba lepiej, że interesują się kobietami, a nie mną, prawda? - powiedział. - Ale dobrze, powiem jej, że nie chciałaś przyjść.
- Okej - zgodziła się Lena, której najwyraźniej w ogóle nie przeszkadzało, że Kasia dowie się, że ona “nie chciała’ przyjść. Bo faktycznie, było jej wszystko jedno, zwłaszcza teraz gdy poznała jej tajemnice.
- Okej - powiedział Karol, po czym ponownie chwycił za telefon i wybrał numer Kasi.

- No hej - Kasia odebrała niemalże natychmiast - już się zdecydowaliście? - zapytała.
Lena w milczeniu jadła kanapkę, była ciekawa, czy Karol będzie chciał pójść bez niej, czy odmówi "lesbom" i zostanie w domu.
- Lena nie ma ochoty - powiedział. - Więc wpadnę na chwilę sam. Ile będzie osób?
- Hmmm… szkoda - powiedziała Kasia, a w tonie jej głosu dało się wyczuć coś między smutkiem a zamyśleniem. - Siostra Karoliny, nie wiem czy ją znasz, ma na imię Monika. I jeszcze dwie osoby, których na pewno nie znasz. Ale wiesz Karol, tak między nami, jak twoja Lena nie chce, to nie czuj się zobowiązany, nie chcę żebyście przeze mnie mieli jakiś konflikt, nie wypadłam dobrze, wiem o tym - przez telefon Karol nie czytał w myślach, ale Kasia zapewne nawiązywała do poranku.
- Nie zamierzam zrywać z tobą kontaktów, co to, to nie - odparł. - Często będziemy się widywać i mam nadzieję, że Lena to przeżyje. Więc wpadnę na chwilę, życzyć szczęścia na nowej drodze życia. Koło dziewiętnastej, może być?
- Jasne - odpowiedziała Kasia, wyraźnie zadowolonym (czy raczej znów szczęśliwym) tonem głosu - może być. To do zobaczenia.
- Paaa - odpowiedział, po czym rozłączył się.
- Masz rację - zwrócił się do Leny. - Będzie pięć osób, a nie dwie. Nie będzie mnie piętnaście, góra dwadzieścia minut.
- To po co w ogóle tam iść, jak idziesz na piętnaście minut? Bez sensu - Lena wzruszyła ramionami, totalnie nie rozumiała tej decyzji, uważała, że już lepiej by było, gdyby nie próbował umówić się jednocześnie z nią i z kimś innym niż ona.
- Bo tak trzeba, bo ją lubię, bo chcę by wiedziała, że popieram jej decyzję - odparł. - Przyjaciół należy wspierać - dodał.
- Może powinna iść na jakąś terapię, czy coś? Zamiast wprowadzać się do dziewczyny? - zapytała Lena, która nadal wcale tego nie popierała. - Umówię się na spacer z Dorotą, będziesz miał więcej czasu dla swoich przyjaciół - zaproponowała.
- Nie wiem, czy warto ci umawiać się na dwudziestominutowy spacer - odparł, milczeniem pomijając kwestię terapii.
- Raczej będzie trochę dłuższy, chyba że… - Lena zaczęła zastanawiać się, czy może Karol chce mieć wymówkę by być u Kasi tak krótko, bo naprawdę nie chce tam być. A może chodzi o coś innego? Naprędce zaczęła dorabiać różne absurdalne teorie. Zaczęła już zdanie i teraz musiała je jakoś skończyć. - Może pojadę do siebie po obiedzie i wpadnę jutro. I tak mam sporo do roboty.
Karol pokręcił głową.
- Nie sądzę, by to był dobry pomysł - powiedział. - Chyba że naprawdę nie masz ochoty na kolejny wieczór i noc ze mną...
Lena spłoszyła się. Przecież miała ochotę na kolejne wieczory z Karolem. Z drugiej strony, tyle ich było przed nimi, że ominięcie dzisiejszego, specjalnie jej nie przeszkadzało. Nie chciała iść na tą parapetówkę, ale to nie znaczyło, że Karol miał nie iść, albo iść ale tylko na 15 min, co było dla niej równoznaczne z "nie iść".
- Jasne, że mam ochotę - odpowiedziała. Zastanawiała się przy tym czy jest w stanie powstrzymać Karola by jednak w ogóle nie wychodził nigdzie tylko został z nią.
- W takim razie nie ma sprawy. - Karol skinął głową. - Wyjdę na parę minut i zaraz wracam do ciebie. - Cmoknął ją w policzek. - Kochana jesteś - dodał, po czym poszedł ubrać się do końca.

***


- Wezmę jakąś czekoladę - zaproponowała Lena, nie czekając na pozwolenie skręciła w alejkę ze słodyczami. Alejka była pusta, a droga do czekolady prowadziła obok ptasiego mleczka. Karol zwrócił uwagę na to, że dostawa przyszła i teraz sklepowa półka była niemal pełna. Gdyby dołożyć jedno opakowanie byłaby całkowicie pełna. Czyżby to możliwe, że blondynka którą wczoraj spotkał była już tu po nie?
Wczorajsza ochota na ptasie mleczko zdecydowanie zelżała, ale Karol postanowił kupić jedno opakowanie, które wylądowało obok butelki z winem - takim samym jak to ze snu.
Lena wrzuciła jakąś słodką czekoladę z orzechami do koszyka. Mieli już wszystko i mogli udać się do kasy. Z daleka Karol zauważył znaną mu twarz kasjerki, która obsługiwała go ostatnio. Kolejka nie była wielka. Kasjerka myślała głównie o kodach i kolejnych kasowanych produktach. Kiedy nastąpiła ich kolej uśmiechnęła się do Karola i Leny i zaczęła kasować ich zakupy.
- Ta cytryna jest tu popsuta - zwróciła uwagę na kasowany produkt. - Chcecie ją szybko wymienić? - zapytała.
- Tak, ja szybko pójdę po następną - odpowiedziała Lena i przepraszając starszą panią, która już ustawiła się za nimi poleciała szybko po nową cytrynę.
- Dziękuję bardzo. - Karol uśmiechnął się do kasjerki, po czym wyłożył na taśmę ostatnie zakupy - ptasie mleczko i czekoladę, do których dołożył paczuszkę Durexów.
Co zabawne kasjerka zaczęła myśleć, że w jednej paczce znajduje się zdecydowanie za mało prezerwatyw, i że ona zdecydowanie wzięłaby przynajmniej dwie, gdyby już musiała ich używać, a od jakiegoś czasu nie musiała, bo stosowała inne zabezpieczenia, zresztą kto jeszcze stosuje prezerwatywy? Spojrzała na Karola może trochę oceniająco, ale uśmiechnęła się przy tym. A Karol nie miał zamiaru jej informować, że ma jeszcze pewien zapas w domu, zaś inne metody są w planach.
Chwilę później wzięła do rąk pudełko ptasiego mleczka by je skasować. W jej głowie od razu pojawiło się wspomnienie blondynki która od jakiegoś czasu dzień w dzień, codziennie z rana kupowała dokładnie to ptasie mleczko. Jak wynikało z jej wspomnień, dziś blondynka też była, w końcu dopiero co wykupiła cały asortyment, miała więc farta, że rano przyszła nowa dostawa.
Karol trochę żałował, iż rozminął się z Wandą, ale prawdę mówiąc, nie był pewien, jak zareagowałyby obie panie - i Wanda, i Lena. Po chwili namysłu uznał, że jednak dobrze się stało, że rozminął się z Wandą.
Kasjerka następnie wzięła do ręki wino. Zaczęła zastanawiać się, czy jest na nie dziś jakaś promocja. W tym momencie wracająca Lena pojawiła się na horyzoncie.
Karol uśmiechnął się do niej, po czym spojrzał na kasjerkę. Nie zamierzał jej wypytywać o miłośniczkę ptasiego mleczka.
- Już za chwilę przestaniemy zawracać pani głowę. - Uśmiechnął się przepraszająco.
Lena podała kasjerce cytrynę i dzięki temu mogli dokończyć robienie zakupów.

***


Po wspólnie zrobionym i wspólnie zjedzonym obiedzie przyszła pora na spacer. Pogoda sprzyjała, a Lena była chętna by iść do Parku Sołackiego.
- Następnym razem wezmę buty do biegania i może wybierzemy się razem pobiegać? - zaproponowała, oglądając urokliwie zakwitające w wiosennym krajobrazie drzewa.
- Chętnie - odparł Karol. - Park Sołacki, tereny nad Rusałką idealnie się do tego nadają. Z chęcią z tobą pobiegam - dodał. - Jak tylko czas i pogoda pozwolą - sprecyzował. - A po bieganiu jakiś dobry deser w "Meridian" lub "Pod Sosenką". Co ty na to?
- Po bieganiu? - Lena uniosła brwi. Nie po to biegała aby po bieganiu iść na deser, zresztą po bieganiu uważała, że lepiej iść pod prysznic, a nadmiar energii spożytkować na cokolwiek innego niż trawienie cukru.
- Masz taką linię, że odrobina słodyczy ci nie zaszkodzi - powiedział. - Ale to była tylko luźna propozycja. Możemy od razu wrócić do domu i zająć się przyjemniejszymi rzeczami, niż jedzenie.
"Do którego domu" pomyślała Lena, ale nie powiedziała tego.
- Po bieganiu i prysznicu, lubię zjeść coś lekkiego a później sprzątać albo usiąść do pracy lub jakiejś książki. Mam wrażenie, że mam wtedy bardzo chłonny umysł.
- Jestem przekonany, że jakoś się dogadamy - odparł. - Co prawda apartamentami nie dysponuję, ale jakoś się pomieścimy.
Była to dość jasna propozycja, którą Lena mogła bez problemów odrzucić lub przyjąć.
- Nie rozumiem o czym mówisz. Ja tu mówię o sprzątaniu lub wykorzystaniu chłonnego umysłu a ty o mieszczeniu się, gdzie? - zapytała Lena, marszczyć przy tym brwi. Myślała o tym, o co Karolowi chodzi i do czego mógł się teraz odwoływać.
- O tym, że po bieganiu moglibyśmy u mnie wykorzystywać chłonne umysły - odparł. - Dzięki temu spędziliśmy razem więcej czasu.
- Jasne, dobra myśl - odpowiedziała Lena. Jednocześnie zaczęła się zastanawiać jak to teraz będzie. Jako singielka miała przecież ogrom czasu dla siebie. Robiła to co lubiła, wtedy kiedy chciała. Czy teraz wszystko będzie musiała planować z Karolem? Jak bardzo będzie jej to ciążyć a w jakim stopniu cieszyć. Czy od nadmiaru jego towarzystwa nie zacznie się dusić, czy wręcz przeciwnie? Zacznie kwitnąć i znajdować nowy sens życia.
Pogrążona w rozmyślaniach nic więcej nie powiedziała.
Karol też się zastanawiał, czy układ - bez wątpienia mający swoje plusy - nie ujawni za dużo minusów. Ale po pierwsze, warto było zaryzykować, po drugie - nie musieli od razu spędzać ze sobą wszystkich wieczorów i ranków.
Biorąc jednak pod uwagę fakt, iż nie wypadało komentować niewypowiedzianych myśli Leny, również nic nie powiedział.
- Często biegasz? - spytał, zmieniając odrobinę temat. - Mam nadzieję, że nie jesteś zbyt wielką maniaczką porządków...? - dodał.
- Tylko w weekendy - odpowiedziała Lena - tylko wtedy mam czas. Porządki? - zapytała Lena. - Byłeś kiedyś w moim mieszkaniu. - Dziewczyna uśmiechnęła się. Karol mógł pamiętać kilka metrów większą od swojej kawalerkę Leny, w której panował idealny porządek, a wszystko zdawało się nie tylko być na swoim miejscu, ale i być świeżo wytarte z kurzy. - Mam taki niedzielny rytuał - przyznała Lena - z rana idę do kościoła, wracam przebrać się do biegania, po bieganiu prysznic, później sprzątanie mieszkania, robię obiad, jem i siadam do książek.
- W niedzielę? Sprzątanie mieszkania? - Karol nie wierzył własnym uszom. - Niedziela to czas odpoczynku - dodał. - Nie lepiej poświęcić na to kawałek soboty lub piątkowy wieczór? A wtedy cały weekend można przeznaczyć na różne ciekawe rzeczy. Na przykład na wspólne zwiedzanie świata - zaproponował.
Sprzątanie relaksowało Lenę. Wyobraziła sobie siebie samą z pachnącą płynem szmatką, ścierającą kurze w rytm ulubionej muzyki. Poruszała przy tym pupą na lewo i prawo i podśpiewywała razem z wokalistką. Była to jakaś delikatna popowa muzyka. Przez okno wpadały promienie porannego słońca, a na środku białego stołu stał ogromny bukiet słoneczników.


- Lubię zwiedzać świat - odpowiedziała z uśmiechem. "A ty polubisz sprzątanie" pomyślała. - W piątek i sobotę nie znajduję zwykle czasu na sprzątanie - powiedziała jeszcze, myśląc "odkładam przyjemności na niedzielę".
"Sprzątanie jako przyjemność", Karol z trudem się nie skrzywił. Miał nieco inne zdanie na ten temat, chociaż u niego skarpetki nie walały się po całym mieszkaniu, a naczynia nie czekały na pozmywanie przez parę dni.
- Jakoś się dogadamy i połączymy przyjemne z pożytecznym - powiedział z uśmiechem może nie do końca szczerym.
Lena złapała go za rękę. Była zadowolona. Piękno otoczenia i miłe towarzystwo wpływały na nią pozytywnie. To był udany spacer.

***


Dochodziła już godzina dziewiętnasta. Lena zaczynała denerwować się faktem, że Karol chce wyjść na to swoje piętnaście minut na tę dziwną imprezę. W głowie wymyślała już różne scenariusze, co zrobić by odciągnąć go od tego pomysłu. Czy zainicjowanie seksu by pomogło? Zastanawiała się dziewczyna. Była gotowa zrobić to, by zatrzymać go w domu. Ale co jeśli po stosunku będzie chciał wyjść? Powie mu, że to chamskie zachowanie z jego strony? Będzie pewnie zły i pokłócą się.
Podczas rozmyślań przeżuwała jedną z kanapek, które razem przygotowali na kolację.
- Może włączymy sobie jakiś film na Netflixie? - zaproponowała.
- Poczekaj troszkę - poprosił Karol. - Wyjdę na chwilkę i zaraz do ciebie wrócę. - Przesunął się bliżej niej i cmoknął ją w policzek. - Nie zostanę tam ani minuty dłużej - obiecał.
Nie do końca rozumiał, o co chodzi Lenia. W końcu idzie na parapetówkę do lesbijek. Powinna się cieszyć, że żadna z nich go nie uwiedzie.
- Musisz iść? Może pogratulujesz im ich wspaniałego romansu kiedy indziej? Jutro jak mnie nie będzie? - zaproponowała Lena.
- Obiecałem, a nie wypada nie dotrzymywać obietnic - powiedział. - Poza tym zaraz do ciebie wrócę. - Pocałował ją w czubek nosa. - Wrócę i będę się zajmować tylko i wyłącznie tobą. Obiecuję.
- Nie idź. Zostań - Lena ujęła jego dłonie jakby nie chciała go puścić.
- Skarbie, nie mogę - powiedział. - Pójdę, złożę gratulacje i zaraz wracam. Parę
minut i będę z powrotem.
Lena puściła ręce Karola. Zrobiła smutną minę, chociaż w rzeczywistości zalała ją fala gniewu, że chłopak nie chce jej posłuchać i mimo wszystko iść na chwilę "do tych lesb". Skrzyżowała ręce na piersiach, nic nie mówiąc. Zdaniem Karola nie potrafiła docenić tego, że jej chłopak dotrzymuje danego słowa. I że skoro to 'lesby', to żadnej z nich nie przeleci.
- Zaraz będę z powrotem, skarbie. - Pocałował ją w policzek. - To będzie tylko chwila, więc się nie smuć.
Postanowił udać, że nie rozumie powodów jej zachowania.
Lena naburmuszona odwróciła się w stronę komputera i zaczęła włączać sobie Netflixa, Karol zaś pocałował ją w szyję, a potem zaczął się ubierać. Równocześnie zastanawiał się, ile go będzie kosztować wyjście do Kasi.
 
Kerm jest offline  
Stary 28-07-2020, 12:02   #38
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Wieczór

- Wchodź, wchodź - uśmiechnięta Kasia otworzyła mu drzwi mieszkania. Dziewczyna bardzo cieszyła się na jego widok. W jej myślach wyczytał, że jest pierwszym gościem i jeszcze nikogo nie ma, zanim to powiedziała - jesteś pierwszy, nikogo jeszcze nie ma tylko ja i Karolina.
- Już idę się przywitać - usłyszał głos swojej sąsiadki dobiegający z wnętrza mieszkania - tylko umyję ręce - po tym nastąpiło odkręcenie wody w kranie.
- Moje gratulacje - powiedział, po czym na moment przytulił Kasię pocałował ją w policzek. Potem wręczył jej butelkę z winem. - Na dobry początek - powiedział. - Ale ja tylko na parę chwil - uprzedził.
- Jak to na parę chwil! Impreza jeszcze się nie zaczęła, a ty już mówisz, że na parę chwil. Chodź do kuchni otworzymy to wino, żebyś chociaż się z nami napił - powiedziała Kasia, której zrobiło się przykro z powodu deklaracji Karola odnośnie paru chwil, chociaż miała nadzieję, że to oznacza godzinę, góra dwie.
- Kiedyś wpadnę na dłużej - zapewnił Karol - ale teraz... Lena czeka niecierpliwie. Chodźmy do tej kuchni - powiedział. - Zaraz otworzę wino i wzniesiemy za was toast.
- Jak to Lena czeka? Co? - podpytywała Kasia w drodze do kuchni.
- Siedzi u mnie przed ekranem i ogląda jakiś serial - odpowiedział. - No i czeka, aż wrócę. Gdyby nie to, to zostałbym dłużej. - Uśmiechnął się.
- Przecież miałaś zaprosić Karola z tą dziewczyną, no co wy - zza drzwi kuchni Karolina wystawiła głowę. Uśmiechnęła się do Karola, zastanawiając się przy tym jakim cudem koleś zostawił laskę samą na chacie i przyszedł tylko na chwilę na imprezę, co wydawało jej się skrajnie dziwne i nie pasujące do jej wizji Karola, przedstawianej jej przez Kasię.
- Przecież zaprosiłam! - odpowiedziała Kasia, trochę zła, że posądza się ją o takie niedopatrzenie.
- Oczywiście. I przekazałem zaproszenie - odpowiedział Karol. - Niestety... nie zostało przyjęte. A ja znam Kasię na tyle długo, że nie mógłbym nie złożyć wam życzeń osobiście - wyjaśnił.
- Czy Lena ma do ciebie żal, że spędziłam u ciebie noc? - zapytała zaniepokojona Kasia. Jednocześnie postawiła wino na blacie w kuchni i odnalazła otwieracz.
Karolina w tym czasie podeszła do Karola z chęcią, by przywitać się z nim po przyjacielsku, krótkim uściskiem. Bądź co bądź lubiła go i była mu wdzięczna, wiedziała bowiem, że wpłynął na pozytywne decyzje jej dziewczyny.
- Wszystkiego najlepszego. - Uścisnął Karolinę. - Jakoś nie wspomina o tej nocy. - Spojrzał na Kasię. - Pewnie uwierzyła, że między nami nic nie było. I, być może, nie jest aż tak bardzo zazdrosna. - Lekko się uśmiechnął.
- Ciekawe - powiedziała Kasia, jednocześnie odkorkowując wino. Zastanawiała się czemu w takim razie Lena nie przyszła. Czyżby aż tak jej nie lubiła po tym ich porannym spotkaniu? Przez myśl przeszło jej wiele powodów. Nawet uprzedzenia, ale ten szybko odrzuciła uznając, że do Karola taka dziewczyna w ogóle by nie pasowała.
- Dziękujemy bardzo - odpowiedziała Karolina - to weź wino i zapraszamy do salonu, tam wszystko jest gotowe, tylko tą jedną sałatkę muszę wziąć ze sobą.
- Bez wątpienia trzeba wznieść porządny toast - powiedział, zabierając wino i kierując się do salonu.
Po chwili rozlał wino do kielichów.
- Za zdrowie i powodzenie pięknych gospodyń - powiedział z uśmiechem.
- Zdrowie, zdrowie - odpowiedziały dziewczyny jedna po drugiej, unosząc przy tym kieliszki. Kasia i Karolina usiadły na przeciwko siebie.
- Zjesz coś? - zapytała Kasia. Stół zastawiony był jedzeniem, sałatki, ciasto, ciastka, chipsy, owoce. Były też uszykowane miejsca dla gości. Karol mógł naliczyć ich (poza miejscem dla gospodyń i samego Karola) cztery.
- Same smakołyki - powiedział z uznaniem. - Jeśli tak karmicie gości, to będę was często odwiedzać - zażartował. - Wezmę kawałek ciasta. Wygląda bardzo smakowicie.
Dyplomatycznie nie spytał, czy to wyrób własny.
- Dzięki, Monika je robiła - odpowiedziała Karolina - moja siostra, może ją kojarzysz z widzenia. Zaraz powinna być.
- Jak wszyscy - zażartowała Kasia, która cieszyła się, że Karol wpadł wcześniej i mają go na chwilę sam na sam, skoro musi zaraz uciekać do nie chcącej do nich przyjść Leny.
- Smakuje równie dobrze, jak wygląda - powiedział, skosztowawszy kawałek. - Masz zdolną siostrę. Kojarzę ją, oczywiście. Fajna dziewczyna. Jeśli będzie chciała trafić przez żołądek do czyjegoś serca, to ma wielkie szanse na sukces - powiedział z uśmiechem.
Kasia wyobraziła sobie w tym momencie Karola idącego za rękę z Moniką i jednocześnie pożałowała, że jej przyjaciel znalazł sobie właśnie jakaś dziewczynę. Jej zdaniem, świetnie by do siebie pasowali. Zresztą Karolina miała podobne myśli, o Monice gotującej dla Karola, chociaż ona w myślach nie bawiła się w swatkę.
- Twoja dziewczyna ma na imię Lena, tak? - upewniła się Karolina. - Taka blondynka? - Zastanawiała się, czy dobrze kojarzy, która to.
- Tak, dokładnie. Szczupła blondynka - potwierdził Karol. - Bywa czasami w tych okolicach. - Uśmiechnął się. - Z pewnością ją widziałaś parę razy. Albo i więcej - dodał.
- Długo jesteście razem? - zapytała Karolina.
- Właśnie zaczęliśmy - odparł. - Jeden dzień, jedna noc - sprecyzował.
Karolina uśmiechnęła się na tę odpowiedź. Starała się nie oceniać, dlaczego Leny nie ma tu z nimi, chociaż chodziło jej to po głowie. Tak samo jak wspomnienia swojego pierwszego dnia i pierwszej nocy z Kasią. Kasia wręcz przeciwnie - zastanawiała się jednocześnie gdzie są ich goście i choć było jeszcze przed dziewiętnastą, ile się spóźnią, a jednocześnie tworzyła teorie w których Karol zamyka na klucz Lenę w swoim mieszkaniu. Oczywiście żadna z nich nie wypowiedziała tych myśli na głos.
- Czyli pierwsze koty za płoty - podsumowała Karolina - pierwsze razy są super, i te emocje które im towarzyszą.
- Takie chwile pozostają w pamięci na całe życie - przyznał. - Ale zobaczymy, jak nam się to ułoży. Razem spędzane dni i noce mogą trochę namieszać we wzajemnych stosunkach. trzeba się dopasować w różnych sytuacjach. - Uśmiechnął się lekko.
- Jasne - powiedziała Karolina. Chciała dodać coś mądrego o docieraniu się, ale akurat wtedy zadzwonił jej telefon. Przeprosiła więc Kasię i Karola i poleciała do kuchni z której dobiegał dźwięk dzwonka.
Kasia nie odezwała się nic, tylko popiła wina. Zastanawiała się, czy to dobry moment by zwierzyć się Karolowi z niezbyt ciekawej reakcji matki, na wieść że się wyprowadza, czy jednak poczekać na lepszy moment.
- Rozmyślasz nad wyborny smakiem wina? - zażartował.
- To dobre wino - powiedziała Kasia - znam je dobrze, bo Monika pije tylko to wino. Zresztą nie dziwię się, jest naprawdę super.
Po tych słowach wskazała Karolowi półkę po jego lewej stronie, w miejscu na które by spojrzeć musiałby się obrócić lekko do tyłu. Stały tam dokładnie trzy butelki wina identycznego jak to, które sam dziś kupił.
- Mamy taki sam gust, jak widzę. - Uśmiechnął się, postanawiając równocześnie nie wyciągać zwierzeń z Kasi. - Cieszę się, że właśnie to wybrałem.
W tym momencie drzwi mieszkania otworzyły się. Ktoś wchodził jak do siebie. Karolina wyszła z kuchni i słychać było dwa kobiece głosy, jeden Karoliny drugi kogoś innego. Do tego wyraźnie szelest reklamówki.
- To pewnie Monika - powiedziała Kasia. Trochę zawiedziona, że nie zdążyła pogadać sam na sam z Karolem, zanim ktoś trzeci przyszedł.
- W takim razie przywitam się i już pójdę - powiedział Karol. - Nie chcę nadwyrężać cierpliwości Leny. A do was wpadnę przy najbliższej okazji... jeśli mnie przygarniecie. Ostatnio mam dziwnie mało czasu dla przyjaciół. Trzeba to nadrobić - dodał z uśmiechem.
- Czym chata bogata, nasze drzwi dla ciebie zawsze będą otwarte - odpowiedziała Kasia. Nie protestowała przed wyjściem Karola, uznając że to jego decyzja i wola. Cieszyła się, że wpadł chociaż na toast.
- Hejka ludziska - w progu pokoju stanęła Monika. Jej uśmiechnięta promienista buzia uśmiechnęła się jeszcze bardziej na widok otwartego ulubionego wina. Później dopiero dziewczyna skupiła wzrok kolejno na Kasi a następnie na Karolu. Na jej twarzy pojawił się wyraz zdziwienia i zaskoczenia, zupełnie jakby ktoś na czole Karola napisał "niespodzianka!".
Karol nie usłyszał ani skrawka myśli Moniki. Nic.
Następna..., pomyślał Karol, dość szybko opanowując zaskoczenie. Powoli przyzwyczajał się do myśli, że są osoby odporne na jego talent.
- Dzień dobry... i do widzenia zarazem - powiedział. - Przepyszne ciasto - dodał.
Kasia zaczęła zastanawiać się nad dziwnymi reakcjami Moniki na Karola i Karola na Monikę. Przypominali jej ludzi, w których strzelił piorun na pierwsze wejrzenie i aż uśmiechnęła się do swoich myśli, chwilę później przypominając sobie że Karol ma tą całą Lenę.
- Właśnie szłam odprowadzić Karola - powiedziała wstając - nie może dłużej zostać, chociaż przyniósł nam twoje ulubione wino.
- Masz dobry gust - Monika stanęła bokiem w drzwiach by przepuścić Kasię i zrobić Karolowi miejsce by mógł przejść mijając ją (choć nie można było nazwać tego swobodnie).
Ciekawe, co ją tak zaskoczyło, pomyślał Karol. I czy zna Wandę... To już była myśl ze sporym dodatkiem ironii.
Przecisnął się obok Moniki, niemalże się o nią ocierając, ale nie dało się ukryć, że dziewczyna wprost się o to napraszała.
- Przy następnych odwiedzinach porozmawiamy o wadach i zaletach różnych win - powiedział.
- O bardzo chętnie - odpowiedziała uśmiechnięta Monika. Kiedy Karol przeciskał się obok niej przesunęła ręką po jego ramieniu jakby strzepywała pyłek. - O coś tu masz - powiedziała kładąc w końcu tą rękę na jego ramieniu jakby faktycznie chciała zabrać z niego jakąś nitkę.
- Mam nadzieję, że nie próbowałem zabrać wam jakiegoś domowego pajączka... - Karol spojrzał na ramię, potem na Monikę. - Dziękuję bardzo. - Uśmiechnął się.
- Jasne, może był to pająk Freddy, ulubieniec Kasi - dziewczyna puściła do Karola oczko. Zabrała rękę, w taki sposób jakby faktycznie coś ściągała, chociaż Karol kątem oka nic nie zauważył.
- Odkurzyłam go! - krzyknęła Kasia, wracając się aby zobaczyć czemu Karol tak długo się zbiera do wyjścia. W korytarzu pojawiła się też gotowa do odprowadzenia Karola, Karolina.
- Już idę... - Karol ponownie się uśmiechnął. - Przy okazji was odwiedzę ponownie - zapewnił. - I zapraszam do nie. W końcu to blisko, prawda? - Spojrzał na Karolinę. - Raz jeszcze wszystkiego najlepszego - powiedział.
- Do zobaczenia - powiedziała Kasia. Dziewczyny kolejno żegnały się z Karolem. Monika już więcej nie próbowała go przy tym dotykać.

Schodząc po schodach klatki schodowej, minął dziewczynę, która zastanawiała się, jak dużo spóźnia się na imprezę do dziewczyn. Karol był pewien, że to osoba trans. Zresztą mocne rysy twarzy zupełnie odbiegały od takiej delikatnej Leny.
Cóż... Już wcześniej był przekonany, że towarzystwo, jakie zbierze się u Kasi i Karoliny na przyjęciu będzie... inne. Jemu to nie przeszkadzało, ale nie uszczęśliwiał go negatywny stosunek Leny do osób o odmiennych orientacjach seksualnych.
Ruszył zbiegając po dwa stopnie, bowiem mimo wad Leny nie chciał, by czekała na niego zbyt długo.

Kiedy dotarł do mieszkania, Lena nadal w nim była. Leżała na tapczanie przed włączonym jakimś komediowym serialem. Miała zamknięte oczy i słodko pochrapywała.
Karol ściszył telewizor, po czym usiadł obok dziewczyny i pocałował ją w czoło. Przebudziła się lekko, uchyliła powieki i uśmiechnęła się.
- Chodź, połóż się i przytul - zaproponowała półprzytomnym głosem.
Karol natychmiast skorzystał z zaproszenia, a to, że na nierozłożonym tapczanie było mało miejsca dla dwóch osób w niczym mu nie przeszkadzało.
- Czy śniło ci się coś ciekawego? - spytał.
Lena wtuliła się, ale nie odpowiedziała na pytanie. Najwyraźniej ponownie pogrążając się we śnie.
Po cudzych snach Karol wędrować nie potrafił. Pozostawało przygarnąć do siebie dziewczynę i przez chwilę cieszyć się jej obecnością. To jednak nie mogło zbyt długo trwać, bowiem po nocy spędzonej w takiej pozycji z pewnością byłby nieco połamany.
Miał zamiar obudzić Lenę za parę minut.

Parę minut minęło, potem kolejne, a Lena spała. I nawet gdy przenosił ją na fotel, dziewczyna ledwo otworzyła oczęta, by natychmiast je zamknąć.
Karol szybko rozłożył tapczan, ale ponowne przenosiny nie zmobilizowały Leny do obudzenia się na stałe. I ani jej się śniło przebrać w coś wygodniejszego - całkiem jakby t-shirt i majteczki były najlepszym na świecie strojem.
Karol okrył dziewczynę kołderką, a potem zjadł coś lekkiego i poszedł się wykąpać. Po szybkim prysznicu dołączył do Leny, która nawet się nie obudziła, gdy się do niej przytulił. On sam aż taki zmęczony nie był, ale i tak w końcu zmorzył go sen.
 
Kerm jest offline  
Stary 01-08-2020, 23:47   #39
Banned
 
- Nie chcę cię puścić - szepnął. - Nie chcę pozwolić ci odejść. Chcę tylko ciebie - powiedział.
Docisnął lędźwie do pośladków kobiety. Wiedział, że jeszcze trzy pchnięcia i dojdzie. Ale chciał to odwlec chociaż na chwilę.
- Tylko mnie? - zapytała lekko dysząc - Ale wciąż myślisz o Konradzie? Gdyby tylko teraz stał tu, za twoimi plecami… - mówiła, ale jednocześnie jej uda znów zaczęły drzeć, zamilkła więc odchylając głowę.
- Jakby był za moimi plecami, to pewnie zrobilibyśmy pociąg - zaśmiał się Marcel. - A ostatnio pociągi mają dla nas duże znaczenie, czyż nie? - zapytał.
Odsunął lędźwia i raz jeszcze w nią wszedł. Znów ją pocałował. Był na skraju orgazmu.
- To jest takie błogosławieństwo, ale zarazem klątwa ludzi biseksualnych. A przynajmniej moja. Słusznie zauważyłaś, że mimo, iż znalazłem kobietę moich marzeń, to i tak myślę o jakimś mężczyźnie - powiedział. - Zarazem więcej mnie kręci, jak i więcej moje zmysły potrzebują. Do kompletnego nasycenia - rzekł.
Poruszył się znowu i doszedł. Marta poczuła dodatkową porcję wilgoci, która zmieszała się z jej własną. W tym momencie nie mogła na pewno poczuć, że nie starczyła mu do tego pełnego nasycenia. Nawet jeśli to wynikało poniekąd z jego słów.
Dziewczyna odczekała chwilę, po czym zaczęła prostować się i odwracać w stronę Marcela, by móc spojrzeć na niego twarzą w twarz.
Ujrzała przystojnego, jak zwykle, Marcela. Uśmiechał się do niej. Poczuła, że z niej wyszedł. Przestawał być twardy.
- Tak? - zapytał, bo odniósł wrażenie, że chciała mu coś powiedzieć.
Marta nie odpowiedziała, tylko przybliżyła usta do jego, by bardzo delikatnie pocałować go.
Marcel pocałował również ją i potem pogłębił pocałunek. Następnie obrócił Martę tak, żeby stanęła przed nim przodem. Zaśmiał się. Wyglądał teraz bardzo urokliwie. Zielonowłosa była piękną kobietą, ale w rzeczywistości Feliński nie ustępował jej pod względem urody.
- Zrzucę na ciebie bombę - powiedział. - Stańczyk powiedział, że możemy… z akcentem na możemy… zostać rodzicami - zawiesił głos.
Jego serce zaczęło bić szybko. Bał się wielkiego wybuchu płaczu oraz wściekłości. Marta była trochę dzikim duchem i nie sprawiała osoby bardzo zadowolonej z perspektywy posiadania potomstwa. Dlatego też Marcel nie miał pojęcia, jak zareaguje. Najbardziej bał się ewentualnych debat, gdyby chciała usunąć dziecko. Jeszcze przed chwilą umysł Marcela był pijany od pożądania, ale po orgazmie mógł zacząć znowu obawiać się wielu różnych rzeczy.
Przez twarz Marty przeleciały różne kolory, od bladości po czerwień.
- Stańczyk? - zapytała, nim z zaciśniętymi ustami zaczęła opuszczać kabinę prysznica.
Marcel mógł odnieść wrażenie, że błazen miał w tym momencie fart, że był bytem niematerialnym.
- Tak mi zasugerował. No ale cóż. Jak nie on, to powinien to uczynić zdrowy rozsądek. E… pamiętam coś z biologii. Kobiety mają owulację w czternastym dniu, komórka jajowa potrafi przeżyć dwa dni…
Marcel nie wiedział, czy docierał do Marty tym wykładem z biologii, ale jak już zaczął, to kontynuował.
- A więc są płodne przez te dwa dni chyba, ale też plemniki potrafią przeżyć kilka dni, chyba trzy, robi się tydzień prawie… Marta? - zawiesił głos.
Zagryzł wargę. Czuł się zaniepokojony. Nie miał pojęcia, jak zareaguje, bo na razie jej reakcja była nie do końca ostateczna.
- Znam się, kurwa, na owulacji - syknęła. Ot, Marcel otrzymał odpowiedź. Marta była coś między zła jak osa, a wzrokiem ciskającym błyskawice. Tak jak stała czym prędzej starała się wydostać z łazienki do Stańczyka. W złości ledwo co radząc sobie z zamkiem w drzwiach.
- Marta… uderzaj w drzwi. Wyładuj się - rzucił Marcel. - Jak chcesz, to przyjdź tutaj i uderz mnie. W twarz. Bądź na mnie zła, jeśli musisz być. Przywal mi, że się nie zabezpieczyłem podczas imprezy, że nie pamiętałem o tym.
Doszedł do wniosku, że mądrze będzie nie wspominać o tym, że Marta również o tym nie pamiętała.
- Jeśli nie będziesz chciała dziecka, o ile je w ogóle będziesz miała, to możesz mi je zostawić. Nie musisz mieć z nim nic wspólnego. To wciąż bardzo wczesna rozmowa i może niepotrzebna drama, bo nie musisz być w ciąży.
Marcel zamilkł. Nagle pomyślał, że bardzo chciałby mieć dziecko. Nawet nie wiedział dlaczego. Zdawał sobie sprawę z tego, że dzieci nie były swoimi rodzicami. Ten osesek mógł nie mieć nic z nim wspólnego. A jednak Feliński był go ciekawy i wręcz… pragnął, aby się narodził. To by go na zawsze związało z Martą, a ta nie wydawała się ekstremalnie ustatkowaną osobą. Czy mogła zacząć być odpowiedzialna? Dziecko było ogromną odpowiedzialnością.
- Porozmawiajmy… - Marcel westchnął. - Proszę.
Bał się powiedzieć jakieś kwestie, które by dodatkowo wszystko zaogniły. Na przykład… “nie bądź zła”. Albo… “ciąża to nie choroba, damy sobie radę”. To mogło ją tylko wkurwić. Marcel miał wrażenie, że stąpał po polu minowym. Ale chciał po nim stąpać dla dobra tego dziecka.

Jeżeli jednak Marta nie miała zajść w ciążę, to po tym wszystkim planował roznieść Stańczyka. Nie wiedział jeszcze w jaki sposób.

- Nic nie rozumiesz - skwitowała krótko Marta. Najwyraźniej zarówno w złości jak i podczas seksu, była mało wylewna.
- To pozwól mi zrozumieć - Marcel odpowiedział na zasadzie odruchu. - Szanuj mnie na tyle, żeby mi wytłumaczyć, jak się czujesz - rzekł.
Marta akurat poradziła sobie z drzwiami, ale słowa Marcela zatrzymały ją.
- Byłam kiedyś w ciąży - odpowiedziała mu, patrząc w drzwi, nie na niego - ale straciłam ją w tym samym wypadku, co narzeczonego - wyjaśniła. - Rokowania, są takie… że więcej nie będę.
Końcówkę wyszeptała. Marcela zmroziło.
- Więc zachowałem się bardzo nieodpowiednio, poruszając ten temat - rzekł. - Może to naprawdę wina Stańczyka, bo przez niego moje myśli ruszyły w tę stronę. Nie wiem, czy chcesz mieć dzieci, czy też nie mieć. Moje słowa mogły być dla ciebie szkodliwe i bolesne. Naprawdę mi za nie przykro, ale uważałem, że powinienem cię poinformować o tej możliwości. O tej możliwości… poczęcia między nami. Może… może mi przebacz tę niedelikatność…
Marcel wyszedł na płytki łazienki.
- I przytul mnie - poprosił. - Naprawdę cię o to proszę.
Znowu jego ręce ruszyły w górę. Dokładnie tak jak wtedy kiedy zaproponował, aby to o niego się osuszyła jeszcze przed zbliżeniem.
Marta odwróciła się od drzwi w stronę Marcela. Przytuliła go, chowając twarz w jego tors.
- Może on coś wie? - zapytała w końcu. - Minęło tyle czasu... nasze zdolności, one też nie są przecież możliwe… rany, plotę bzdury.
Dziewczyna zamilkła. Temat poruszony przez Marcela zdecydowanie był gruby, a jej emocje jeszcze się nie pozbierały.
- To bardzo traumatyczne, co przeżyłaś. Nawet nie będę cię pytał, jak dokładnie wyglądały te wydarzenia. Nie chciałbym ich znowu przywoływać. Nie chciałbym, żebyś znowu poczuła się źle. Może kiedyś będziesz chciała mi o nich opowiedzieć, ale nigdy nie będę tego od ciebie wymagać - rzekł Marcel. - Jeśli chciałabyś posiadać dziecko, to możesz ze mną próbować. Nie mam nic do stracenia, a jedynie do zyskania. Jestem bardzo trudnym człowiekiem. Dosłownie psychiatrycznym przypadkiem. Przykro mi, że nie masz w zanadrzu lepszego mężczyzny ode mnie. Jestem jednak na tyle dojrzały, by wziąć odpowiedzialność za ciebie i nasze dziecko… jeśli naprawdę może zostać poczęte - rzekł Feliński. - Jesteś moją pierwszą kobietą i zawsze będziesz miała dla mnie wielkie znaczenie. Czuje się zazdrosny o wszystkich twoich przeszłych partnerów i partnerki. Bo twoje doświadczenie zdaje się bez wątpienia dużo większe od mojego i… i pewnie to nic nie znaczy - powiedział Marcel. - Po prostu powiedz, że chcesz zostać ze mną. Albo ode mnie odejść. Czy jestem kimś ważnym? A może tylko kolejną osobą na twojej drodze? Daj mi to do zrozumienia.
- Marcelu… - Marta uniosła na niego wzrok - nie mogłam trafić na idealniejszego mężczyznę od ciebie. Nie umniejszaj swojej wartości. Może nie wyglądam na taką, ale ja zawsze chciałam mieć dziecko. Pytanie, czy ty zaakceptujesz mnie taką? - urwała, jakby szukała słowa, ale nie znalazła go więc czekała na odpowiedź.
- Interesującą? Inną? Potężną? Magiczną? - zapytał Marcel.
Przybliżył się do niej tak, że aż popchnął ją na ścianę. Mimo że obydwoje byli już po zbliżeniu, to nagle miało to dziwnie intensywny i chyba erotyczny charakter.
- Silną? Zdecydowaną? Zagadkową? Skomplikowaną?
Feliński pocałował ją.
- Nie umniejszam swojej wartości, ale nie wiem, jakich wartości ty poszukujesz. Nie znamy się długo. Nie wiem, czego chcesz. Ale chcę cię poznać.
Zamilkł na moment. Cmoknął ją znowu.
- Czy ty też chcesz mnie poznać?
- Chcę. Chcę ciebie całego - odpowiedziała dziewczyna, po czym zatopiła usta w kolejnym pocałunku.

***

- Ugh… - Marcel pocałował ją. - Chciałbym być z tobą. Tak na serio. Dajesz mi więcej, niż kiedykolwiek chciałbym mieć. Jeśli… jeśli ja bym ci nie wystarczył… to w porządku, ale mi o tym powiedz. Tylko tyle proszę. Wiem, że lubiłaś w przeszłości kobiety, a wiadomo, że czasami istnieje pragnienie, aby powrócić do dawnych przyjemności… Ale… powiedz mi. Nie kryj niczego przede mną. Nie zdradź mnie nigdy. Jeśli będziesz chciała być z jakąś kobietą, to mi to powiedz. A ja pójdę wtedy z innym mężczyzną. Dla symetrii. Dla wspólnej satysfakcji. Nie bądź z innym facetem, bo wtedy będę na serio zastanawiał się, co ma takiego, czego ja ci nie mógłbym dać. Ja też nie będę z inną kobietą. Bądźmy wyrozumiali względem siebie, ale sprawiedliwi.
Marcel westchnął.
- Czy mogę nazywać cię moją dziewczyną? - zapytał. - Wraz z tymi wszystkimi warunkami?
- Tak, możesz mnie tak nazywać. Marcelu… - Marcie przerwało pojawienie się Stańczyka.
- Sebastian właśnie się obudził, bardzo chce mu się siku - oznajmił chichocąc a jego wzrok przesuwał się po nagich ciałach kochanków. - Ślicznie razem wyglądacie, takie zakochane w sobie gołąbeczki wesoło sobie gruchające. GRUCHU! GRUCHU!

Marcel przewrócił oczami.
- Oczywiście musisz wszystko zepsuć - westchnął.
Potem jednak uśmiechnął się do Marty.
- Nawet on jednak nie potrafiłby wszystkiego zepsuć - mruknął.
Nachylił się i pocałował ją. Był pijany z miłości. Podszedł do lustra i przyjrzał się. Rzeczywiście brakowało tu ręczników.
- Ubiorę się w moje ubrania, choć będzie to nieprzyjemne. Ruszę do siebie, przebiorę się i wyschnę, po czym wrócę z nowymi, świeżymi ręcznikami. Potrzebujesz ubrań? Mógłbym poprosić Igę o jakiś podkoszulek, albo dresy.
- Mam ciuchy u Konrada, pytanie czy teraz się tam dostanę - powiedziała Marta.
Usłyszeli, że wewnątrz mieszkania ktoś otwiera jedne z drzwi, a później pojawiły się kroki w skierowane w stronę łazienki w której byli. Było je doskonale słychać, bo Marta wcześniej uchyliła przecież lekko drzwi.
- Możemy poprosić o ręczniki tego kto tu idzie? - zapytała.
Marcel lekko zmieszał się. Co Iga sobie pomyśli? Oczywiście, nie musiała być Sherlockiem Holmesem, aby wydedukować, co mogło tutaj mieć miejsce. Nigdy jednak nie widziała go w takiej sytuacji. Pewnie byłaby bardzo zaskoczona. Marta nie do końca powiedziała, że tu jest, ale to zasugerowała, korzystając z liczby mnogiej.
- Najlepiej jeszcze dwa szlafroki. Powinny być w szafce nad szafką z odkurzaczem - rzucił sam.
Uśmiechnął się lekko zmieszany, ale również dziwnie dumny.
- Eeeeeee no spoko - w odpowiedzi usłyszeli głos Sebastiana. Po tym kroki które słyszeli oddaliły się w stronę szafy. Marta przyglądała się wyrazowi twarzy Marcela.
- O Iga też się obudziła - rzucił Stańczyk ruszając w stronę kanapy gdzie wcześniej oglądał youtuba.
Czyli to był Sebastian? Powoli do Marcela dochodziło to, że możliwe, iż jego najlepszy przyjaciel przespał się z jego siostrą. Spodziewał się może bardziej brata Konrada. Ale nie akurat Sebastiana…
- Chyba i tak tutaj poczekamy na szlafroki - mruknął Marcel. - A potem pójdziemy na to sushi, jeśli nadal masz ochotę - po części oznajmił, po części zapytał.
- Jasne, nie widzę powodu by zmieniać plany. Sushi i test umiejętności - przypomniała Marta.
Usłyszeli, że Sebastian wraca.
- Mam te szlafroki - powiedział w drodze w stronę łazienki. Po tych słowach dało się słyszeć ponownie otwieranie drzwi wewnątrz mieszkania i drugą parę nóg.
- Hej - usłyszeli cichy głos Igi.
- Hej - odpowiedział jej Sebastian, nie zmieniając kierunku w którym szedł.
- Co robisz? - pytała Iga.
- Niosą szlafroki - odpowiedział jej Sebastian - dla Marcela i Marty…

Marcel nic nie powiedział. To było nieco niezręczne. Spojrzał na zielonowłosą. Nachylił się i pocałował ją delikatnie w policzek. To mu jakby dodało odwagi oraz pewności siebie.
- Powinniśmy zacząć je przechowywać w łazience. Kupię tutaj dodatkową szafkę! - rzucił głośnym, ale lekkim tonem.
Wyjrzał na zewnątrz i uśmiechnął się do Igi. Miał nadzieję, że jego siostra nie zareaguje w jakiś żenujący sposób, choć sama sytuacja była nieco trudna.

Iga ze skrzyżowanymi rękami na piersi wymieniła spojrzenie z Sebastianem.
- Świetny pomysł - odparł jego przyjaciel dając mu szlafroki. W przeciwieństwie do Igi, która wyglądała na ciut naburmuszoną, Sebastian uśmiechał się do Marcela z wielkim entuzjazmem. Gdy zaś oddał mu szlafroki i miał wolne ręce uniósł do góry kciuk szczerząc przy tym zęby. Sebastian był w samych bokserkach i tshircie. Iga zaś w swoim poranniku.
- Siku - szepnęła Iga, przyglądając się bratu z zamyśleniem wymalowanym na twarzy.
- Iga jest jeszcze w szoku - wyjaśnił Stańczyk obserwujący ich z kanapy. - Jej braciszek z jakąś dziewczyną, sam wiesz. Taka siostrzana zazdrość. Boi się cie stracić. Po za tym wczoraj mówili, że to lesbijka, a dziś znajduje was razem w łazience proszących o szlafroki i sama nie wie co o tym myśleć bo z drugiej strony wszyscy widzieli wczoraj, że nie możecie się od siebie oderwać. Zaraz jej przejdzie. A Sebastian się po prostu cieszy, że kogoś sobie znalazłeś. Chociaż wie, że musi z tobą pogadać na osobiści o tym czemu tu spał.
- Naprawdę to było aż takie widoczne? - zapytał Marcel. - Wczoraj podczas imprezy? Że ja i Marta? Wydawało mi się, że się dobrze kryjemy, ale najwyraźniej tak nie było - uśmiechnął się lekko, zakładając na siebie szlafrok.
Wyszedł na zewnątrz ubrany i poczekał, aż Marta zrobi to samo.
- Zaraz będzie wolne - wyjaśnił siostrze. - Czasami na serio myślę, że jedna łazienka to za mało w domu - dodał.
Następnie przeniósł wzrok na Sebastiana. Zamyślił się, nic nie mówiąc. Wszystko wskazywało na to, że jego świat zmieniał się przez tych kilka dni kompletnie. A najbardziej przez ostatni wieczór chyba.
- Zacznę robić jakieś śniadanie - powiedziała Iga obracając się w stronę kuchni.
Marta wyszła z łazienki w szlafroku, w ręku miała tobołek ze wczorajszymi ciuchami.
- Hej wszystkim! Jak tam? Wyspani? - rzuciła w przestrzeń - Zobaczę czy dostanę się do Konrada po swoje ciuchy - nie czekając na niczyją zgodę ruszyła w stronę drzwi.
- Czy było widać? Wiesz jak słodko sobie zasnęliście razem? - zapytał Sebastian - Ja tam bym jeszcze pospał, ale potrzeby wyższe - po tych słowach wśliznął się do łazienki - zaraz wracam.

Marcel poczuł się dziwnie, bo z jednej strony nic specjalnego się nie wydarzyło… a z drugiej w przeciągu dwóch minut z czterech osób zrobiła się jedynie dwójka. Podszedł po chwili niepewnie do swojej siostry.
- Jak się czujesz? - zapytał.
Mogła czuć się bardzo różnie, bo z tego, co Marcel wiedział, to wciąż nie zerwała ze Szczepanem. Technicznie powinna, jaki by Szczepan nie był, zanim zaangażowała się w coś innego… Z jakiegoś powodu Feliński również czuł wyrzuty sumienia. Było oczywiste, że człowiek z tak wieloma problemami, jak on, nie powinien jeszcze siebie dokładać na barki innej kobiety… A Marta i tak już miała swoje własne powody do żałoby. Nie potrzebowała jeszcze na dodatek Marcela.
- Nie wiem - odpowiedziała Iga - na pewno potrzebuję kawy i prysznicu - dodała. Po tym spojrzała na chwilę dłużej na brata - Marcel, my… ja i Sebastian. Wiem, że to twój najlepszy przyjaciel… - Iga odwróciła się by postawić szklankę pod ekspres i nacisnąć guzik, chociaż mogło być to celowe, jakby wstydziła się spojrzeć na brata - między nami do niczego nie doszło, chciałam żebyś wiedział. Byliśmy zbyt pijani. Trochę się obściskiwaliśmy i całowaliśmy i tyle albo aż tyle… - odwróciła się zerkając w miejsce gdzie wcześniej leżała paczka po prezerwatywach. - Chociaż chcieliśmy... A to też już dużo, prawda? - spojrzała teraz na niego. - Co robiłeś z Martą pod prysznicem?
- Hmm… mniej więcej jak wy - Marcel skłamał.
Nie chciał kłamać, ale z drugiej strony jakoś nie potrafił powiedzieć wprost. Chyba powinien i tak najpierw zapytać o zdanie samą Martę.
- To jest dużo, ale nie aż tak dużo. Więc nie powinnaś czuć jakichś wyrzutów sumienia. Chyba że względu na Szczepana. Jesteście nadal razem? - zapytał Marcel. - Chcesz z nim zerwać dla Sebastiana? Czy nie wydaje się to aż tak poważne z moim przyjacielem?
Oparł się o ścianę.
- Jakby co to, nie jestem zły. Po prostu zdziwiony. Wydawało mi się, że on nie jest kompletnie w twoim typie. Jak porównać go ze Szczepanem, to są na dwóch jak najbardziej odległych krańcach spektrum. Ale macie moje błogosławieństwo, choć i tak go nie potrzebujecie.
- Jesteśmy nadal razem. I nie wiem co dalej - Iga głęboko westchnęła - ale tak, chcę z nim zerwać. Tak czy inaczej, od jakiegoś czasu chodzi mi to po głowie. A teraz… teraz jestem tego już pewna. Niezależnie od Sebastiana - wyjaśniła. - A Marta, wydawało mi się, że Konrad mówi, że woli kobiety?
- Ludzka seksualność bywa niekiedy plastyczna - odpowiedział Marcel. - Nic nie jest do końca przesądzone. Ludzie lubią dawać innym etykietki. Katalogować ich. Lubi kobiety. Woli mężczyzn - wzruszył ramionami. - Niekiedy osób nie można tak w pełni określić słowami. Czasami ludzie są nieco bardziej nieuchwytni i wymykają się z szufladek, do których chcemy ich wrzucić. Ale ty mi po prostu zadałaś pytanie, natomiast ja robię ci wykład z psychologii. O ile to w ogóle psychologia, a nie jakieś przypadkowe, niepotrzebne spostrzeżenia. Jadłaś już? Obydwoje już jedliście? - zapytał.
Rozejrzał się w poszukiwaniu Marty. Ciekawiło go, gdzie była.
- Nie. Nie jedliśmy. Dopiero co wstaliśmy - odpowiedziała Iga. - Ale na razie kawa, chyba nic innego nie przełknę.
Iga skończyła robić swoją kawę i razem z nią usiadła przy stole. Dmuchnęła w nią jakby chciała przyśpieszyć jej stygnięcie. - Cieszyłabym się, gdybyś miał kogoś - siostra uśmiechnęła się do Marcela.
- I równie mocno by się martwiła - dodał Stańczyk.
Marty jeszcze nie było. Wyszła po swoje ciuchy do Konrada i skoro jeszcze nie wracała, najwyraźniej dostała się po nie do jego mieszkania. Za słychać było, że Sebastian opuszcza właśnie łazienkę.
Mogło jej to chwilę zająć. Mogła chcieć wziąć kilka rzeczy po drodze. Jakieś ładowarki, kosmetyczkę i inne ważne rzeczy.
- Nie do końca mam wrażenie, że Marta jest kogoś, kogo się ma - odpowiedział Marcie. - Bardziej sprawia wrażenie osoby, którą się kocha. I która niektórym pozwala się kochać. Zdaje się, że jestem jedną z tych osób. Później pójdziemy na spacer - dodał.
Zerknął na Sebastiana. Nic nie mówił, czekając aż on pierwszy coś powie.
- Łazienka wolna - oznajmił zerkając na Igę. Siostra Marcela skinęła mu głową, po czym wstała by skorzystać z wolnego pomieszczenia. Sebastian za to skierował się do ekspresu. Był tu tyle razy i na tyle często, że nie musiał pytać gdzie są szklanki.

Marcel ruszył za przyjacielem. Sam również pragnął kawy. Pamiętał, jak przez tydzień znajdował się w innym mieście na wernisażu. Nie miał tam swojego ukochanego ekspresu do kawy. Pił zwyczajną rozpuszczalną i to jeden raz dziennie. Wysypiał się dziesięć godzin dziennie, a i tak chodził przez cały dzień niczym zombie.
- Co słychać? - rzucił w stronę Sebastiana dość charakterystycznym tonem.
Było jasne, że to było zaproszenie do głębszej rozmowy. Wyjął swój ulubiony, brązowy kubek i gładząc go, oparł się o kontuar.
Sebastian rozejrzał się, ewidentnie w poszukiwaniu niechcianych świadków ich rozmowy.
- Słuchaj stary… - zaczął, przepraszającym tonem - wiem, że to twoja siostra i jak już, to najpierw powinienem zapytać ciebie jako mojego przyjaciela, czy nie masz nic przeciwko… - mówił Sebastian, a w jego wypowiedzi czaiło się jakieś "ale". W tym jednak momencie usłyszeli drzwi wejściowe do mieszkania, które ktoś otworzył i zamknął. Przy zamknięciu lekko trzasnęły. Sebastian urwał wypowiedź.
- No powinieneś był - odpowiedział Marcel. - W sensie nie musisz mi się spowiadać ze swoich planów, ale jeżeli podobała ci się moja siostra… to mogłeś cokolwiek kiedyś powiedzieć… Nawet nie mówię, że na trzeźwo, ale chociażby kiedy byliśmy pijani - rzucił. - To dla mnie było ogromne zaskoczenie. Takie zupełne. Ostateczne. Na serio.
Przybliżył się do niego i zniżył głos.
- Co razem robiliście w nocy? - zapytał. - Znaczy bez szczegółów - szybko dodał.
Ciekawiło go, czy Iga go okłamała, gdy powiedziała, że nie uprawiali z sobą seksu.
Sebastian westchnął głęboko.
- Chcieliśmy się kochać. Nawet znaleźliśmy jakąś paczkę prezerwatyw u Igi w torebce. Była tam jedna gumka… - Sebastian urwał. - Jest mi niezręcznie, bo mówię o twojej siostrze - mężczyzna mówił cicho, a teraz jeszcze ściszył głos i patrzył czy Marta (zakładając, że to ona wróciła) nie wchodzi do kuchni. - Ale gdy byliśmy już gotowi, Iga zaczęła wymiotować. I tyle… myślę, że…

Marcel nie wchodził w rolę brata obrońcy. Jeżeli Iga wyrażała zgodę, to nie było w tym nic złego. Zrobiło mu się tylko trochę szkoda Sebastiana. Pewnie żaden mężczyzna nie pragnął tego, aby kobieta zaczęła wymiotować na myśl o uprawianiu z nim seksu. Znaczy najprawdopodobniej wcale tak nie było, ale mężczyzna mógł to tak odebrać. Niekiedy ludzie brali bardzo do siebie różne rzeczy i lubili źle interpretować kompletnie niezwiązane z nimi sytuacje. Iga najpewniej po prostu zjadła coś nieświeżego. Marcel jednak przestał rozmyślać i spojrzał na zielonowłosą, która pojawiła się w zasięgu wzroku.

- Hej! - Marta weszła do kuchni. Była ubrana w kolejną zieloną sukienkę. Ta teraz, nie była w kwiaty. Odcienie zielonego na niej od góry do dołu robiły się na niej coraz ciemniejsze. Była boso. W rękach trzymała spory talerz pełen kanapek z różnego rodzaju chleba i tak samo różną jak i różnorodną zawartością. Uśmiechała się.
Krok za nią wszedł do kuchni Konrad.
- Pomyślałem, że możecie być głodni - po nim nie było widać w ogóle zmęczenia wczorajszą imprezą. Jak zwykle był szykownie ubrany i uśmiechnięty. Niósł miskę z sałatką i dużą butelkę soku pomarańczowego.
 
Ombrose jest offline  
Stary 11-11-2020, 16:32   #40
Banned
 
Marta i Marcel nie byli głodni po uczcie, którą przygotował dla nich Konrad. Wspólny obiad na mieście został więc odwleczony w czasie na obiado-kolację później (bez określonego czasu i miejsce dokładnie). Było dobrze przed południem, gdy udało im się wyrwać na wspólny spacer. Jak wcześniej ustalili, mieli zamiar wypróbować wspólne możliwości ich "super mocy". Stańczyk cieszył się jak dziecko na spacer. Podskakiwał radośnie i robił wokół siebie jak zwykle więcej zamieszania, niż to potrzebne. Z uwagi na ładną pogodę Marta chciała iść do jakiegoś parku. Zabrała też ze sobą aparat, a na odchodne została poproszona przez Igę by zrobić kilka ładnych zdjęć jej bratu, które mogłyby przydać się Felińskim w celach zawodowych.
- To którędy? - zapytała Marta, gdy byli już na dworze.
- Park Praski będzie chyba najbliżej - rzucił. - Z tego co pamiętam, znajduje się tam ogród zoologiczny, choć w tej chwili najmniej mnie interesuje. Sam park jest chyba najstarszym parkiem Warszawy, tak swoją drogą. Równie dobry, jak każdy inny.


Marcel lubił parki. Były spokojne, ale wcale nie smutne. Czasami biegały psy, spacerowali ludzie. Ciągle coś się działo, choć zaraz nie działo się nic. Wnikliwy obserwator mógł zauważyć jednak biegającą wiewiórkę pośród koron drzew. Albo małą, żółtą piłeczkę, która została zgubiona najpewniej przez dziecko. Mężczyzna ujrzał, jak jakiś bezpański pies pojawił się w oddali, obsikał drzewo i poszedł dalej. Oczywiście, nie wszystko wokół było piękne i romantyczne, ale tak właśnie wyglądało życie.
- Trochę się stresuje - mruknął Marcel. - Ty masz taką potężną umiejętność. Boję się, że po wyjściu z tego parku dojdziemy do wniosku, że jestem bezużyteczny - zażartował, ale nie do końca wesoło.

- Żadna umiejętność nie jest bezużyteczna - powiedziała Marta - jeśli masz pomysł jak ją wykorzystać.
- Oczywiście, mistrzu Yoda - zaśmiał się Marcel. - Więc teraz pytanie do Stańczyka. Co mi powie na temat pierwszej osoby, którą napotkam na mojej drodze - powiedział.
Mężczyzna ruszył naprzód ścieżką w poszukiwaniu przypadkowej osoby. Jednocześnie wzrokiem przywołał do siebie błazna, aby mógł mu przekazać informacje. Miał nadzieję, że uda im się we dwójkę… może nie popisać przed Martą… ale chociażby nie zbłaźnić.
Chwilę później ich oczom ukazały się dwie postacie. Siedzącą na ławce dziewczyna wpatrzona w telefon, oraz przebiegającący obok niej i biegnący w ich stronę mężczyzna.
- Programista - wskazał go palcem Stańczyk - ma przerwę w pracy. Zastanawia się co zjeść na drugie śniadanie i jakiej metody lepiej użyć w swojej aplikacji. Bez dzieci. Bez żony. Szuka chętnej, może ty Marta?
- Dzięki, nie mój typ - odpowiedziała zielonowłosa. - A ona?
- Dziewczyna na ławce - powiedział Stańczyk - uczennica, druga klasa liceum, siedzi na ławce bo boi się wracać do domu. Ojciec jak za dużo wypije to ją leje. Jej kolega z klasy Maciej właśnie zaprasza ją na randkę, a ona zastanawia się czy iść.
- Dlaczego? - Marta próbowała pociągnąć błazna za język.
- Lubi go ale martwi się w co się ubrać, no i żeby się przebrać musiałaby przed wieczorem wrócić do domu. Wraca zwykle wieczorem, bo wtedy ojciec jest tak pijany, że nie daje rady już się podnieść.

Marcel westchnął.
- Czasami wiedza to wielki ciężar. Pamiętam taki odcinek Laboratorium Dextera, w którym Dexter otrzymał lepsze okulary. I kiedy je założył i jego wada była całkowicie skorygowana, to ujrzał w detalach, jak obrzydliwa i brzydka była jego rodzina. I w ogóle cały świat wokoło. Więc powrócił do tych wcześniejszych, słabszych. Jak się nad tym zastanowić, to w tym było pewne przesłanie. Wiedza absolutna o tym świecie byłaby po prostu depresyjna. Zwłaszcza, że nie możemy pomóc tej dziewczynie - westchnął.
Zamilkł na moment.
- Nie możemy? - zerknął na Martę. - Być może mogłabyś użyć swoich mocy do… tego, o czym mówiłem wcześniej. Mogłabyś wyleczyć jej ojca z alkoholizmu. I z przemocy. Bo mogłabyś, prawda?
Sam koncept wydawał się tak cholernie szczytny i piękny… że aż cholernie nieprawdopodobny. Czy naprawdę to mogło się udać?
- A widzisz go gdzieś tu? - zapytała Marta - I nie wiem, nie jestem lekarzem żeby kogoś leczyć, nie wiem czy nie przyniosło by to skutku tylko na jeden dzień na przykład.
Tymczasem mężczyzna przebiegał właśnie obok nich, mierząc Martę wzrokiem od stóp do głowy i zatrzymując na moment wzrok na jej walorach.
Marcel zaśmiał się i złapał ją za ramię.
- Więcej kreatywności - powiedział. - Oczywiście świata tym nie zbawimy. Poza tym nie mam żadnego kompleksu superbohatera. Jednak nie chciałabyś tego spróbować? Tak dla zabawy.
Zamyślił się przez moment.
- Możesz wpłynąć na nią tak, żeby zaprowadziła nas do domu. I tak pewnie chce, żeby przebrać się na randkę. Tylko boi się. Może uda nam się rozwiązać wszystkie jej problemy w jedno popołudnie. A może i nie. Ale warto spróbować.
Uśmiechnął się do niej raz jeszcze.
- Kto wie, może dostaniemy za to certyfikat wróżki i wróżka chrzestnego - wzruszył ramionami. - To ma wartość samą w sobie.
- Serio? - zapytała Marta, nie wyglądała na przekonaną do tego pomysłu, chociaż nie mówiła jasno "nie", tylko wyraźnie analizowała propozycję Marcela. - Miałam nadzieję na coś łatwiejszego i przyjemniejszego. Nie chcesz najpierw rozejrzeć się po parku? Ona i tak się na razie nigdzie nie wybiera.
- Oczywiście - odpowiedział mężczyzna. - Możemy i tak - rzekł. - Chodźmy.
Uśmiechnął się, ale smutno. Trochę przykro mu było, że Marta nie podzielała jego entuzjazmu. Nie miał jej tego za złe, tak czasami po prostu się układało.
- Byłaś wcześniej w tym parku? Masz jakieś ulubione miejsce? Ewentualnie możemy wrócić do domu, pograć na konsoli, czy na cokolwiek masz ochotę - powiedział.
- Serio? Spacer ci się znudził już na samym początku i chcesz wracać do grać? - Marta zaśmiała się. - Daj spokój, to nie tak, że nie chcę pomagać skoro mogę. Po prostu liczyłam na coś z szybkim efektem na początek, a ta dziewczyna to jakaś długa historia. Może podsuniemy jej myśl o telefonie zaufania? Jeśli bardzo będzie chciała skontaktować się z jakąś placówką, która może pomóc jej i jej ojcu, to specjaliści lepsi niż my się nimi zajmą. Hmm?
- Nie, na to nie mam ochoty - odpowiedział Marcel. - Przyznam ci się szczerze, że chyba jeszcze bardziej od pomocy tej dziewczynie zależało mi na sprawdzeniu, jak bardzo popisowe może być połączenie naszych mocy. Chciałem je w ten sposób wypróbować. Po pewnym czasie moglibyśmy sprawdzić, czy efekty nadal się utrzymują i jej życie na serio zmieniło się na lepsze. Poza tym zdaje mi się, że żadni lepsi od nas specjaliści nie istnieją. No proszę cię, potrafisz hipnotyzować ludzi… z braku lepszego słowa.
Ruszył dalej i uśmiechnął się do niej.
- Z drugiej strony to chyba jest w nieco szarej strefie moralnej, bo czy mamy prawo pchać się w życie innych ludzi, choć nas o to nie poprosili? Nawet jak mamy dobre chęci? Zdaje mi się, że nie ma na to dobrej odpowiedzi.
Rozejrzał się dookoła.
- Nie odpowiedziałaś mi na pytanie, czy masz tu jakieś ulubione miejsce - rzucił.
- Nie. Nie mam takiego - odpowiedziała Marta, po czym skierowała wzrok na dziewczynę, którą niedawno minęli odwracając się za siebie. - No dobra - powiedziała przy tym - niech będzie. Sprawdźmy na niej. - Zielonowłosa zatrzymała się, sugerując zawrócenie w stronę licealistki.
- Jak daleko mieszka? - zapytała Marta, najwyraźniej kierując pytanie do Wszystkowiedzącego Błazna.
- 750 metrów stąd - odpowiedział Stańczyk, po czym podał dokładny adres - zielony blok, trzecie piętro, dwa pokoje, salon i kuchnia, balkon. Co jeszcze chcesz wiedzieć? Ma na sobie zielone majtki i skarpetki w myszkę Micki.
- O majtkach nie musiałeś mi mówić - Marta przewróciła oczami - to licealistka.
- Druga klasa liceum to przeważnie osiemnaste urodziny - odpowiedział Stańczyk - ona jest z 23 września, więc jeszcze trochę.

Marcel parsknął śmiechem. Chyba trochę zbyt głośnym, bo kilka okolicznych gołębi zerwało się do lotu. Oczywiście zostawiając wcześniej chodnik pokryty białymi plamami, ale to był szczegół.
- Znam przynajmniej kilku facetów, którzy chcieliby mieć taki radar - westchnął. - No to trafił się mi. Największemu wyrywaczowi w całej Warszawie - pokręcił głową. - Tak właściwie plan jest całkiem prosty, zwłaszcza że otrzymaliśmy wszystkie informacje. Zapukamy do drzwi, zarzucisz na niego czar i sobie pójdziemy. Możesz powiedzieć, aby zajął się pracą, wyzbył się wszelkiej agresji i nałogów… a także na przykład zainteresował się joggingiem. Dobrze byłoby mu dać jakąś pasję, ta powinna być całkiem zdrowa. Choć to pewnie zależy od stanu jego serduszka. Myślisz, że to zadziała?
- Nie wydaje mi się - odpowiedziała sceptycznie Marta, ruszając w stronę dziewczyny - chyba bym musiała codziennie wpadać i o tym przypominać. Wydaje mi się, że efekty moich mocy są bardziej czasowe, coś jak myśl, ochota, chęć działania, która masz tu i teraz. Ale czy to zostanie na dłużej? Może dużo zależeć od niego samego, czasami wystarczy coś spróbować by móc zdecydować czy chce się podążać daną drogą, a najgorzej jest zacząć.
Tu urwała gdyż bylo blisko dziewczyny.
- Ej ty mała - zaczęła Marta, energicznie dosiadając się obok dziewczyny. Licealistka nieco zdezorientowana zasłoniła telefon na którym wcześniej namiętnie coś pisała i zaskoczona spojrzała na zielonowłosą. - Masz pożyczyć ognia? - Marta wyjęła z kieszeni kurtki fajki, jednocześnie otwierając paczkę i wyciągając ją w stronę dziewczyny jakby chciała ją poczęstować. Zaczepiona dziewczyna uśmiechnęła się lekko, po czym skinęła głową. Wsunęła telefon do kieszeni i zamiast niego wyciągnęła do Marty zapalniczkę. Na to zielonowłosa czekała, zabierając od licealistki zapalniczkę dotknęła całej jej dłoni i spojrzała zaskoczonej prosto w oczy. Marcelowi mogło wydawać się, że ta chwila trwa dobre kilka sekund.

Marcel przysiadł się po drugiej stronie dziewczyny. Mogła czuć się nieco osaczona, choć Marta skutecznie ją rozproszyła. Tak właściwie nie był pewien, czego do końca od niej chciała. Myślał, że ruszą prosto do jej mieszkania, skoro Stańczyk podał już adres.
- Też bym zapalił - powiedział na głos to, co przyszło mu na myśl.
Nie chciał jednak przeszkadzać swojej towarzyszce. Zamilkł, obserwując jej dalsze działania.

Marta poczęstowała wszystkich papierosami, każdemu też odpaliła fajkę, po czym oddała licealistce zapalniczkę. Wtedy dziewczyna wstała z ławki.
- Wpadniecie do mnie? Zapraszam na kawę - zaproponowała.
- Jak masz na imię? - zapytała ją Marta, która z lekkim ociąganiem się wstała z ławki.
- Ania - odpowiedziała jej licealistka.
- To co Marcelu, pójdziemy do Ani na kawę, skoro nas tak ładnie zaprasza? - zapytała zielonowłosa.
Feliński poczuł lekki dreszcz. Marta nie musiała nawet wypowiedzieć na głos sugestii, aby ta zadziałała.
- Bardzo lubię kawę. Tak właściwie to jestem uzależniony od kofeiny. Ale ze wszystkich możliwych uzależnień… to zdaje się najmniej szkodliwe - mruknął. - Choć z drugiej strony pewnie jeszcze lepiej byłoby uzależnić się od dobrej książki… - zawiesił głos. - Tyle że w towarzystwie milej próbować pysznego naparu. Tak właściwie nie musi być pyszny, wypiję wszystko.
Mówił trochę zbyt szybko i nerwowo. Poczuł lekki dreszcz na myśl o tym, jak wielką moc posiadała zielonowłosa. Wcześniej wykorzystała ją na Szczepanie, a teraz na Ani. Mimo że Marcel spodziewał się tego, to i tak dotknęło to go w jakiś mocny sposób. Ciekawiło go, czy kiedyś Marta użyje swojej mocy na nim...
Na razie jednak wstał i rozejrzał się.
- Prowadź! - rzucił wesoło do dziewczyny i zaciągnął się papierosem.
Ania z uśmiechem na ustach i papierosem, którym od czasu do czasu się zaciągnęła, prowadziła ich w stronę bloków o których mówił Stańczyk. Krok miała całkiem żwawy.
Stańczyk zaśmiał się pod nosem, a Marta rzuciła Marcelowi pytające spojrzenie.
- To o której idziesz na randkę? - Marta zapytała Anię.
- Jaką randkę? - dziewczyna zmarszczyła nieufnie brwi, a Marta ułamek sekundy później położyła rękę na jej ramieniu.
- No z chłopakiem… - zaczęła Marta.
- Adrian - powiedział Stańczyk - kolega póki co. Ale jak randka się odbędzie to zostaną parą już na długie lata.
- W sensie kolegą, tym Adrianem o którym mi mówiłaś - wyjaśniła zielonowłosa wciąż z ręką na ramieniu Ani.
- A tak! - odpowiedziała dziewczyna - muszę mu jeszcze odpisać, chciał przyjść po mnie na osiemnastą.

Marcel uśmiechnął się lekko do Marty. Nawet wcześniej nie zauważył tego, jak bardzo charyzmatyczna potrafiła być.
- Doradzimy ci, w co się ubrać - powiedział. - Musisz zrobić na nim dobre wrażenie. Bo to jasne, że się zgodzisz, co nie? - rzucił tonem sugerującym, że to oczywistość. - Może już teraz mu odpisz, bo potem zapomnisz.
To było romantyczne… Świadomość, że znalazł się właśnie przed rozpoczęciem długoletniego związku i nawet pomoże w jego zaistnieniu… była naprawdę cudowna.
- Dobry pomysł - powiedziała Ania, po czym od razu wyciągnęła telefon i zaczęła skrobnać smsa, z papierosem w jednej dłoni szło trochę dłużej. Nie przerywała jednak kroku podążając jak zombi do celu.
- Gdzie pójdziecie? - zapytała Marta.
- Nie wiem. Pyta czy wolę do kina czy do restauracji na kolację - wyjaśniła Ania.
- Czyli chce cię gdzieś zabrać ale sam nie wie gdzie - podsumowała Marta - aha.
Po tych słowach spojrzała na Marcela. - Gdzie zabrałbyś dziewczynę na pierwszą randkę? - zapytała.
- Do restauracji - odpowiedział mężczyzna. - Po pierwsze, lubię jeść. A po drugie, czy na pierwszych randkach nie powinno chodzić o rozmowę i poznanie się? Jaki sens jest siedzieć z kimś w milczeniu i oglądać film? Po seansie jako para jesteście dokładnie w tym samym miejscu, co przed seansem. Mówiąc metaforycznie. Lepiej poznacie i zaprzyjaźnicie się w restauracji. Chyba że nie macie wspólnych tematów i uważasz, że będzie raczej nudno. Wtedy kino brzmi lepiej.
“Choć gdybyście nie mieli o czym rozmawiać, to pewnie tak czy tak nie byłby to najlepszy związek.”
Marta pokiwała z uznaniem głową, zaś Ania zaczęła skrobać na telefonie odpowiedź.
- Dokładnie też tak myślę - powiedziała zielonowłosa.

Kilka minut później, cała trójka zgasiła niedopałki papierosów i weszła do klatki schodowej prowadzącej do mieszkania Ani. Nastolatka nie musiała używać kluczy, drzwi nie były zamknięte na zamek. W środku panował chaos w postaci wszędzie wszystko. Przydałoby się porządne sprzątanie. W salonie głośno grał telewizor. Ktoś tam był, usłyszeli szuranie i huk, jaki mogło wydać coś drewnianego składającego na podłogę.
- Dalej, idziemy - mruknął Marcel do Marty. - W razie czego będę cię ubezpieczał - dodał.
Nie sądził, żeby miało dojść do rękoczynów, ale na pewno nie można było tego wykluczyć. Marta na pewno dałaby sobie radę sama, ale mężczyzna chciał dać jej do zrozumienia, że może na niego liczyć. Chwycił klucze w kieszeni kurtki niczym kastet i ruszył w stronę huku.
- Zaczekaj - powstrzymał go Stańczyk - za trzydzieści trzy sekundy będzie stał odwrócony plecami do drzwi i nie zobaczy od razu, że ktoś wchodzi. Zaskoczycie go. Po czym zaczął odliczać. Trzydzieści, dwadzieścia dziewięć, dwadzieścia osiem…
- Muszę go jak najszybciej dotknąć - szepnęła Marta, chociaż Marcel pewnie zdawał sobie z tego sprawę. Tymczasem Ania pozostawiona sama sobie, śmiałym krokiem ruszyła w stronę drzwi za które mieli przejść dopiero za dwadzieścia trzy (według Stańczyka) sekundy.

Marcel odniósł wrażenie, że wszystko działo się bardzo szybko. Nie spodziewał się, że błazen będzie tak pragmatycznie pomocny. Chyba naprawdę go nie doceniał.
- Chwilka - szepnął do Ani, która jako jedyna rzecz jasna nie słyszała głosu Stańczyka. - Zabolał mnie brzuch, poczekaj chwilę.
Złapał jej ramię jedną ręką, a drugą położył pod mostkiem, jak gdyby niespodziewana kolka była nie do zniesienia. Marcel liczył, że będzie trwała mniej niż dwadzieścia sekund… Miał nadzieję, że dziewczyna ją uszanuje, mimo że tak właściwie była wierutnym kłamstwem.
- Ojej, ojej. Może chcesz sobie usiąść? - zapytała z przejęciem, wskazując wolną dłonią tapczan w środku pomieszczenia w którym był jej ojciec.
- Jedenaście, dziesięć… - liczył Stańczyk.
- Myślisz, że to może być zapalenie wyrostka? Bo boli mnie o tu… - wskazał prawą dolną część brzucha. - To tak nagle powinno boleć? Wiesz coś może na ten temat?
Jęknął przeciągle. Miał nadzieję, że w ten sposób uda się kupić jeszcze trochę czasu. Przejawiał chęci do siadania.
- Czekaj a po której stronie? Zaraz, po której jest wyrostek? - Ania analizowała, krótko, w tym czasie Stańczyk kończył odliczać.
- Teraz! - polecił, gdy odliczanie dobiegło końca. Marta korzystając z jego polecenia wparowała pierwsza do pokoju. Ojciec Anny zdążył się obrócić, pewnie wyczuwając za plecami ruch. Zdążył też przybrać zaskoczony wyraz twarzy, nim Marta ułożyła na jego ramieniu swoją dłoń. Wtedy zaskoczenie zmieniło się w błogi uśmiech. Patrzył na zielonowłosą jakby zobaczył anioła.
- Po prawej jest - powiedział Marcel. - Ale boli już jakoś mniej. To chyba niestrawność. Ale wstyd. Przepraszam za dramę - mruknął lekko zawstydzony.
No cóż, normalnie poczułby się naprawę nie w sosie, tak robiąc z siebie debila, ale teraz miało to jakiś cel.
- Chodź, Marta już rozmawia z twoją tatą. Ciekawe o czym - mruknął. - Przeszło mi na szczęście - uśmiechnął się lekko.
Wszedł do środka.
- Dzień dobry. Mam na imię Marcel, a to moja koleżanka Marta - powiedział. - Miło nam pana poznać.
Ciekawiła go reakcja mężczyzny, bo już teraz jego mina była zastanawiająca.
- Ah Marcel! - wykrzyczał uradowany mężczyzna z miną kogoś, kto zobaczył dobrego znajomego - No to rozgość się! Gość w dom, wody do zupy - zaśmiał się radośnie niczym święty Mikołaj. - A ja mam jedną - gestykulował przy tym przesadnie, pokazując palcami niby coś małego - sprawunię do załatwienia. To tymczasem borem lasem!
Stańczyk zaniósł się śmiechem, a ojciec Anny zaczął wychodzić z salonu. Nie wyglądało jednak, że chce opuścić mieszkanie, bowiem kierował się do innego pokoju.
Marcel z niepokojem spojrzał na Martę.
- Co takiego mu przykazałaś? - zapytał.
Ruszył za nim, mając nadzieję, że uda się zareagować, gdyby chciał uczynić coś naprawdę podejrzanego.
Równocześnie rozejrzał się po otoczeniu. Wiedział, że mężczyzna nadużywał alkoholu, ale alkoholik alkoholikowi nie był równy. To była bardziej speluna, czy coś nieco przyzwoitszego?
Mieszkanie było przyzwoite, ale bardzo zaniedbane. Widać było tu brak kobiecej ręki od dość dawna, oraz chaotyczny bałagan. Marcel chyba niepotrzebnie poszedł za ojcem Anny, ten jak się okazało, wszedł do sypialni, prosto do niezbyt już dobrze pachnącego łóżka. Wyglądało na to, że Marta wysłał go spać.
- To pokaż co masz w szafie - usłyszał kawałek rozmowy zielonowłosej z nastolatką. Najwyraźniej jego przyjaciółka miała zamiar doprowadzić sprawę do końca i uszykować Annę na randkę.
Marcel mimo wszystko chwilę jeszcze stał nad mężczyzną. Upewnił się, że naprawdę położył się, żeby zasnąć. Dopiero wtedy delikatnie przymknął drzwi. Być może jego sen nie był zbyt lekki, a lepiej, gdyby nie obudzili go przypadkiem. Dziewczyna zasługiwała na chwilę spokoju.
Wrócił na korytarz i zapukał w ścianę przed wejściem do sypialni.
- Mogę wejść?
Wolał nie nakryć dziewczyny półnagiej.
- Tak, jasne - usłyszał głos zielonowłosej - przydasz się w ocenie czy to czy to…
 
Ombrose jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:04.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168