Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 05-02-2020, 20:10   #1
 
Wila's Avatar
 
Zasypianie na tapczanie [18+]


Cytat:

"Zastanawiam się - rzekł - czy gwiazdy świecą po to, żeby każdy mógł pewnego dnia znaleźć swoją?"

Antoine de Saint-Exupéry - Mały Książę

Cytat:

"To, co w snach jest najpiękniejsze, to niewiarygodne spotkanie ludzi i rzeczy, które w normalnym życiu nigdy by się nie spotkały."

Milan Kundera


-... Ukłon McDonalds'a w stronę wegetarian. W ofercie pojawiły się nuggetsy i burgery bez mięsa… - brzmiał kolejny komunikat dzisiejszego wydania wiadomości.
Marta złapała za pilota i bez namysłu wyłączyła telewizor. W pomieszczeniu zapadła cisza. Odłożyła go na szklaną ławę, tuż obok paczki L&M niebieskich, pustej butelki po wytrawnym merlocie i dwóch równie pustych kieliszków.
Słońce zaszło nie tak dawno temu. Niebo zasłane było już pajęczyną gwiazd, pośród których jaśniał księżyc w pełni. Marta lubiła pełnie. To taki magiczny czas. Nie lubiła za to, gdy impreza kończyła się tak wcześnie. Jej towarzyszka już padła. Dosłownie.
- Takie zasypianie na tapczanie, co? - powiedziała sama do siebie, patrząc na śpiącą na jej tapczanie blondynkę. Westchnęła głośno. Przez chwilę rozważała przyniesienie koca i zostawienie w spokoju "truchła". Jednak siła wyższa w postaci złośliwości charakteru przemówiła głośniej.
Usiadła obok. Opuszkami palców przesunęła włosy z czoła dziewczyny na bok. Przez chwilę przyglądała się jej twarzy.
- Słodkich snów, śpiąca królewno… - szepnęła, przykładając dłoń do czoła śpiącej towarzyszki a samej zamykając oczy. - Przyśni ci się księżyc w pełni, mrówki i ja…
Na kimś wypadało poćwiczyć.



Rytmiczny stukot kół wolno jadącego pociągu przyprawiał ją o szybsze bicie serca. Początkowo z zaciekawieniem obserwowała przesuwający się krajobraz. Drzewa mknęły jak gazele. Tylko księżyc, dziś w całej swej okazałości stał w miejscu. Stały nie poruszający się punkt wprawił ją w głębokie zamyślenie. Wkrótce jednak odwróciła się do towarzyszy. Rozejrzała się po przedziale.
Było ich ośmioro.

Pierwszy, tuż obok niej siedział przystojny mężczyzna o zgarbionej sylwetce. Miał nieco dłuższe brązowe oczy i kształtną żuchwę o męskim zarysie. Przyglądała się chwilę dłużej jego dłoniom. Koło niego siedział Stańczyk. Jego czerwona czapka ze srebrnymi dzwoneczkami dyndała w rytm poruszającego się pociągu. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego niemrawo, był dziwny. W odpowiedzi zaczął robić do niej dziwne miny, zupełnie jakby chciał rozśmieszyć dziecko.

Wysoka, szczupła blondynka chyba też to zauważyła. Oderwała się od czytanego komiksu i obserwowała Stańczyka z lekkim rozbawieniem.

Opalony mężczyzna o wysportowanej sylwetce spał w najlepsze, jego głowa zabawnie kiwała się w rytm poruszającego się pociągu.

Drobna, wysportowana dziewczyna z burzą loków i urodą dziesiąta woda po kisielu o korzeniach meksykańskich, z zaniepokojeniem wpatrywała się w księżyc.

Pozostałe dwie osoby były zajęte rozmową. Nie przyglądała się im, jej wzrok przykuło coś innego.

Wanda zajęta była czytaniem książki. Wyglądała na dużo starszą niż była w rzeczywistości. Wokół jej oczu, na szyi i w kącikach ust rysowały się zmarszczki. Najwyraźniej poczuła jej spojrzenie. Uniosła głowę znad książki i uśmiechnęła się miło.
-Zaśpiewać Ci coś?- spytała z tym samym uśmiechem. Szczerze przerażona tą niecodzienną propozycją natychmiast pokiwała przecząco głową.
- Nie dziękuję. Nie przeszkadzaj sobie - odparła starając się zachować jak najmilszy ton głosu. Jednak mimo braku zgody dziewczyna zaczęła śpiewać.
-„A śpij kochanie, jeśli gwiazdkę z nieba chcesz dostaniesz”- przeciągając mocno ostatni wyraz. Nagle z jej szeroko otwartych ust trysnęła woda. Wanda siedziała nieruchomo a woda w oszalałym tempie zaczęła zalewać przedział. Wszyscy zerwali się do wyjścia. Drzwi były zamknięte i jak zwykle w sytuacjach, gdy trzeba przez nie szybko wyjść zatrzasnęły się na dobre.

A gdyby tak zatkać jej usta? Z niecnym zamiarem odwróciła się w jej stronę. Wanda leżała spokojnie na tapczanie. W ręku trzymała bukiet kwiatów. Najwyraźniej spała. Usiadła obok niej przyglądając się jej kamiennej twarzy. Z pokoju obok dobiegły czyjeś głosy. Zamknęła oczy i wytężyła słuch.
-Jak zmarła?- pytał kobiecy głos.
-We śnie. Prawdopodobnie około dziewiątej wieczorem - odpowiedział wyraźnie zapłakanym tonem jakiś mężczyzna. Otworzyła oczy. Po bukiecie kwiatów jedna za drugą, rytmicznym krokiem szły mrówki. Mrówka, za mrówką… Odruchowo odskoczyła od leżącej dziewczyny. W tym momencie zegar za jej plecami zabił dziewięć razy. Przez wpół zasłonięte żaluzje ukośnymi promieniami wpadało do pokoju słońce. Podeszła do okna. Otworzyła je. Świeże wonne powietrze ogarnęło ją falą ciepła. Bez zastanowienia rozłożyła ręce i wyleciała przez otwarte okno.
 
__________________
To nie ja, to moja postać.

Ostatnio edytowane przez Wila : 05-02-2020 o 20:49.
Wila jest offline  
Stary 09-02-2020, 23:22   #2
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Poznań, 20.03.2019, środa



"Rano trzeba wstać, rano to jest
tak gdzieś po pierwszej..."

Upierdliwy dźwięk, wydobywający się z komórki Karola, udowadniał w dobitny sposób, iż powiedzenie "freelancer w noc się bawi, w dzień do dwunastej śpi" jest tylko i wyłącznie mitem, do obalenia którego nie trzeba sprowadzać Pogromców Mitów.
- Budzikom śmierć! - powiedziała Lena, gdy iPhone po raz kolejny w złośliwy sposób umknął spod palców Karola. - Jak go nie wyłączysz, to go rozwalę i zatańczę na jego szczątkach.
Karol spojrzał na Lenę, której wystające spod kołdry fragmenty ciała wyglądały zdecydowanie kusząco.
- Apage satanas... - powiedział.
- Nie poczuwam się - odparła dziewczyna, udając obrażoną. - Nie mam rogów i ogona... - dodała.
- To o twoich pomysłach dotyczących mojej biednej komóreczki - wyjaśnił. - Wstajemy, moja panno - dodał, bezceremonialnie ściągając z Leny kołdrę.
- Sadysta... - Dziewczyna spojrzała na niego z udawanym wyrzutem. Zdawała się nie dostrzegać, że pożyczony od Karola t-shirt, sięgający mniej więcej do połowy uda, znacznie się podwinął już jakiś czas temu. - Ja mam dzisiaj wolne... - dodała.
- Ale ja nie...
Lena wiedziała to równie dobrze, jak on - wszak po to siedzieli do trzeciej w nocy, by dopieścić projekt, który jemu mógł przynieść kolejne zamówienia, a im obojgu dość spore pieniądze.
Wstał i ruszył w stronę łazienki, nie przejmując się tym, iż góra od piżamy (a w tym tylko sypiał) nie zasłania nawet połowy pośladków.
Prawdę mówiąc Lena nieraz widziała ten fragment jego ciała... i nie tylko ten. Znali się od dziesięciu prawie lat i nieraz grali w rozbieranego pokera, czasami zgrywając się do ostatniej nitki.

Po szybkim prysznicu, mniej więcej ubrany, wyszedł z łazienki, w drzwiach mijając się z Leną, która rzuciła mu zdjęty przed sekundą t-shirt.
- Na drugi raz idę pierwsza - stwierdziła. - Grzebałeś się - dodała, zdecydowanie mijając się z prawdą.
- Trzeba było się przyłączyć... A może umyć ci plecy?
- A nie, dziękuję. Niczym Zosia-samosia jestem samodzielna, samorządna i samofinansująca - dodała żartem, zamykając drzwi.
Karol uśmiechnął się lekko i zabrał się za sprzątanie tapczanu.

- Co sobie życzysz na śniadanie? - spytał po paru minutach. - Płatki z mlekiem, jajecznicę, kanapki... podpieczone odrobinę? - przedstawił parę propozycji.
- Czy ja dobrze słyszałam? - Lena, zawinięta w dość kusy ręczniczek, wychynęła z łazienki. Na szczęście było tak ciepło, że nie mogła sobie nic przeziębić. - Kuchnia funduje śniadanko? To dla mnie kanapki. A tak w ogóle, to mógłbyś wreszcie kupić płaszcz kąpielowy...
- Za rzadko tu bywasz, by się inwestycja zwróciła...
- Inwestycja? - Lena nabrała powietrza, dzięki czemu bardziej się uwidoczniły niektóre jej walory. - Ja tu noce zarywam, by ci pomóc, a ty mi tu z inwestycjami wyskakujesz? Co się z ciebie taki Sknerus McKwacz zrobił? Obrażam się i już! - Dumnie zadarła nosa i obróciła się na pięcie, pokazując swemu rozmówcy nie do końca przesłonięte ręcznikiem miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.
Najwyraźniej obrażenie się nie było takie poważne, bowiem już po chwili Lena pojawiła się w kuchni, gotowa do udzielenia pomocy.
Kuchnia zasługiwała raczej na miano kuchenki. Gdyby weszła tu jeszcze jeszcze jedna osoba, to tłok by się zrobił niczym w tramwaju w godzinach szczytu. Jednak udało im się uporać z przyrządzeniem posiłku nie nadziewając się na noże czy widelce i nie polewając się herbatą czy kawą. Ku żalowi Karola Lena przepadała za tym napojem.
Cóż, nikt nie jest doskonały.

- Chyba guzik zgubiłeś... - Po skończonym śniadaniu Lena wskazała na wiszącą na szafie koszulę, niezbędną, niestety, kiedy miało się zamiar założyć garnitur. No ale skoro chciało się zrobić odpowiednie wrażenie na potencjalnym zleceniodawcy, to wypadało się porządnie przyodziać.
- Jeśli brak ci guzika przy koszuli to znak, że powinieneś się ożenić, lub rozwieść. - Karol rzucił znanym powiedzeniem.
- Czy to zawoalowana propozycja matrymonialna? - Lena niewinnie zamrugała błękitnymi oczętami. - Jestem wzruszona i zaskoczona...
- No ale chyba muszę ci odmówić... - dodała po chwili, nim Karol zdążył wymyślić jakąś dowcipną odpowiedź.
- I tak cię kocham - odparł Karol, po czym przesłał jej buziaka.
Chwilę później otworzył szufladę, w której trzymał odziedziczone po ciotce pudełko pełne nici, guzików, igieł i szpilek.


W dobie internetu Karol wolał kontaktować się ze swymi zleceniodawcami przez maile, ewentualnie wideokonferencje. Niektórzy jednak byli starej daty i woleli kontakt oko w oko. Klient nasz pan, a skoro płacił, to mógł mieć swoje fanaberie. Czasami więc trzeba było ruszyć się z domu nie tylko po to, by uzupełnić zapasy w lodówce.

Jak na marzec temperatura była dosyć wiosenna, lecz konieczność wbicia się w garnitur skutecznie uniemożliwiała skorzystanie z motocykla. Pozostawały taksówki lub komunikacja miejska, a że czasu było pod dostatkiem, Karol nie zadzwonił po taksówkę, a wybrał się na przystanek. Korków o tej porze nie było i po kilkunastu minutach Karol znalazł się na miejscu.



Jeszcze tylko windą na piętnaste piętro...
- Pan dyrektor czeka - powiedziała uprzejmym tonem w stu procentach profesjonalna sekretarka, na której urok osobisty Karola nie zrobił widocznego wrażenia.

Pan dyrektor faktycznie czekał. Potem była kawa, herbata i ciasteczka... a później można było przystąpić do interesów.
Jak się okazało, pan dyrektor znał się całkiem nieźle na rzeczy i wiedział, czego chce. Portal przypadł mu do gustu, uwag w zasadzie nie miał, miał za to kolejne dwa zlecenia. Tudzież zaliczkę, jako dodatek do zapłaty za poprzednią pracę. Najwyraźniej zdawał sobie sprawę z tego, iż nie można żyć samą nadzieją na wynagrodzenie.



Rozmowy i negocjacje trwały tak długo, że skończyły się nieco po czternastej. Na tyle późno, że Karol uznał, iż najlepszym wyjściem będzie udanie się na obiad. Na szczęście niedaleko było może niezbyt zaciszne i niezbyt tanie miejsce, gdzie można było zjeść coś smacznego i w ten sposób uczcić udany interes.

Po drodze zdążył jeszcze zadzwonić do Leny, z informacją o udanym finale rozmów i zaproszeniem, w sobotę, do dowolnej restauracji na kolację, szampana... i podział łupów.

Czekając, aż przemiła kelnerka zrealizuje zamówienie, otworzył iPhone'a i zaczął przeglądać pocztę, sprawdzając nieprzeczytane do tej pory wiadomości. A tych było tyle, że o mały włos przegapiłby pojawienie się kelnerki. Ta, na szczęście, przyzwyczajona była do gości, których bardziej interesował własny biznes, niż jedzenie.
A to było na tyle dobre, że Karol na jakiś czas zapomniał o interesach. Nie na długo jednak, bowiem przyjemności przyjemnościami, ale robota czekała i nie zamierzała zrobić się sama.

Po powrocie do domu przebrał się szybko, włączył wiernego Mac'a i zabrał się za oglądanie dzieł konkurencji.
Niezbyt długo to trwało, bowiem - jako że była to środa, po południu czekały go kolejne zajęcia. Na szczęście szkoła, która udostępniała swoją salę gimnastyczną na potrzeby akademii parcour, nie znajdowała się daleko i można było dojść tam w parę minut.

- Kinia, Sławko... - Karol przywitał się z pozostałymi trenerami. - A gdzie Tołdi?
- My ci nie wystarczamy? - Kinga spojrzała na Karola z udawanym wyrzutem.
- Ależ skąd... - Karol uniósł ręce w obronnym geście. - Jesteście niezawodną pomocą, podporą i w ogóle...
- Dobra, dobra, skończcie już. - Sławek pokręcił głową. - Witek załatwia coś na strzelnicy. Podobno ostatnio za dużo nadymiliście i ktoś coś narzekał, że się można udusić.
- Duzi chłopcy i ich męskie zabawki... - Kinga pokręciła głową.
Na dalsze przekomarzania się nie było już czasu, bo pojawili się pierwsi kursanci. A potem była rozgrzewka, gimnastyka i właściwe ćwiczenia - skoki, przewroty, salta, obroty i inne akrobacje.



A na koniec kilka pokazowych występów w wykonaniu trenerów. Z wyraźnym zastrzeżeniem "nie róbcie tego sami w domu".

- Widzimy się za tydzień. - Sławek pożegnał kursantów. - Ja też uciekam - zwrócił się do pozostałej dwójki. - Oliwia pewnie już się nie może mnie doczekać.
- Zabiorę się z tobą - powiedziała Kinga. - Dawno jej nie widziałam. Pa, pa, Vini.
- Na razie...
Ledwo się rozstali, odezwała się komórka Karola.
- Tołdi? No i co załatwiłeś?
- Wszystko. - W głosie rozmówcy słychać było zadowolenie. - Zabieraj swoje żelastwo i przyjeżdżaj.


Dwie szybkie kanapki, łyk herbaty, a potem Karol przebrał się za czarnego rycerza, wziął pod pachę prawie-że-czarną skrzynkę, a potem dosiadł swego stalowego rumaka i ruszył na spotkanie.




- Panowie, strzelnica jest wasza - powiedział Marcin, współwłaściciel obiektu, na którym Witek i Karol mieli szansę zwiększyć swe umiejętności strzeleckie. - Tu macie słuchawki. Resztę znacie. A jeśli będę potrzebny, to będę u siebie. - Wskazał na swój kantorek.

Nie był potrzebny. Witold miał swego pacemakera od dwóch prawie lat, a Karol, choć stażem mu nie dorównywał, również wystrzelił ze swego navy trzy razy tyle, ile wynosił kaliber jego colta.
Założyli słuchawki, a potem był huk i dym. I po raz kolejny. I jeszcze raz...

- Podrzucić cię? - spytał Karol, gdy już wyszli ze strzelnicy.
- Nie, nie. Moja pani po mnie przyjechała.
Dopiero w tej chwili Karol dostrzegł szczupłą brunetkę, stojącą przy czerwonej toyocie.
- Julia... - Karol przywitał się z dziewczyną, którą Witold przedstawił im parę miesięcy temu, gdy jeszcze się nie zaręczyli. - Jeśli chciałaś się do nas dołączyć, to ciut się spóźniłaś... - zażartował.
- Dym źle wpływa na cerę - odpowiedziała żartem. - Ale obiecuję, że jak urządzicie zawody, to przyjdę was dopingować.
- Już to widzę... - Witek pokręcił głową. - Masz na nią zbawienny wpływ, Vini...


Zanim Karol zdążył odstawić motocykl do garażu i dotrzeć do domu było już sporo po dwudziestej. Pozostawało coś przegryźć, włączyć komputer i zabrać się do pracy.


Czekała go pracowita noc...



---------- Poznań, 20.03.2019, środa, 21:00 ----------

Praca szła kiepsko. Widocznie poprzedni nieco zawalony wieczór dawał we znaki. Karol miał wrażenie, że zaraz będzie musiał włożyć w oczy zapałki by nie usnąć.
Wtedy jego uwagę przykuło dzwonienie dzwonów w pobliskim kościele. Wybijały dziewiąta wieczór. I pach….
Jego wspaniały Mac nagle zgasł.
- I ty, Brutusie, przeciwko mnie...? - Karol z niedowierzaniem spojrzał na czarny ekran.
Odbijało się w nim światło księżyca w pełni, widocznego zza nie zasłoniętych okien.
- Wsadzę cię na tapetę. - Karol przeniósł wzrok z ekranu za okno. - Panie Twardowski, magiem pan ponoć jesteś. Może by tak małe czary-mary? Odwdzięczę się przy okazji?
Nie czekając na odpowiedź zabrał się za sprawdzanie wszystkich kabli.
Były nieco zakurzone, a na jednym mógł znaleźć ślady po brudnych dłoniach. Tymczasem, pach…
Mac zwany Brutusem stawiał na nowo system.
- Ożesz, ty... - Karol podejrzliwym wzrokiem spoglądał na zmartwychwstały komputer, zastanawiając się, jakiż to diabełek macza swe paluszki w nietypowym zachowaniu Mac'a, któremu do tej pory takie zachowania nie przychodziły do głowy. Czy raczej do procesora głównego.
W zbawcze działanie imć Twardowskiego niezbyt wierzył, ale cóż... Gdyby to u niego miał dług, to obietnica Karola była niczym nobile verbum.
A na razie czekał, co dalej zrobi Mac.
Całe szczęście komputer włączył się. Zażądał hasła.
- Mój skarb... - Karol pogłaskał klawiaturę, po czym wpisał średniej długości rządek literek, cyferek i rozmaitych ozdobników, które kiedyś, w przypływie natchnienia, ustalił jako hasło administratora. Które Mac-Brutus przyjął z entuzjazmem pozwalając mu zalogować się do systemu. Wyglądało na to, że wszystko działa. Karol mógł kontynuować pracę… O ile oczywiście zrobił "backup".
Automatyczne zapisywanie dokumentów ocaliło większość wstukanych z klawiatury pomysłów. Nawet Mac nie był na tyle rozpustny, by zapisywać wszystkie zmiany z częstotliwością 'co pół minuty'. I chwała za to programistom, bo pewnie nawet najbardziej wypasiony sprzęt w końcu by się zapchał na amen.
Uzupełniwszy poczynione wyskokiem Mac'a zaległości Karol zapisał wszystko, po czym zgrał pliki na pendrive.
- I co teraz? - Oparłszy się wygodnie o oparcie fotela spojrzał na ekran. - No dalej, panie Twardowski. Pokaż się pan i powiedz, co mogę dla pana zrobić.
Równocześnie odciął Mac'a od internetu i odpalił najnowszy program antywirusowy.
Antywirus nieco zdziwiony, że został zainstalowany na Mac OS rozpoczął skanowanie. Takie czasy…
Pasek postępu wlekł się mozolnie.
Z zamyślenia wyrwał Karola dźwięk telefonu. Ktoś dzwonił. Gdy wziął telefon do ręki, okazało się, że dzwoni Kaśka.
- Tak...? - Karol potraktował rozmowę jako urozmaicenie oczekiwania na to, aż Bitdefender sprawdzi wszystkie pliki.
- Elo! Co robisz? - zapytała dziewczyna. Po tych pierwszych słowach słychać już było, że jest delikatnie mówiąc "podchmielona".
- Hello, Kate - odparł Karol. - Cóż cię sprowadza w moje skromne progi? - zainteresował się, milczeniem pomijając jej pytanie.
- Dosłownie - odpowiedziała Kasia - jestem pod twoją klatką schodową - zakomunikowała. - Jesteś na chacie?
- Jestem, oczywiście. Naciskasz domofon i już... - Nie zdradził zaskoczenia. - Na co czekasz?
W odpowiedzi usłyszał dźwięk własnego domofonu.
- No bo nie chciałam wpadać bez zapowiedzi - oznajmiła Katarzyna, dość poważnym tonem. Po tym słychać było jakiś trzask i nieładne przekleństwo.
Karol, nie czekając, dopadł do domofonu i nacisnął przycisk.
- Wchodź! - powiedział, równocześnie do słuchawki domofonu i do telefonu.
Dziewczyna weszła. Dość długo wspinała się po schodach, by w końcu zapukać do drzwi mieszkania.
Zgoła niepotrzebnie, bo te były uchylone.
- Wejdź, proszę. - Karol otworzył drzwi na oścież.
Tylko troszkę się zataczając Kaśka weszła przez drzwi.
“Ratujesz mi życie” usłyszał Karol, chociaż Kaśka akurat nie poruszała w ogóle ustami, a słowa te były ciche, jakby słyszał je przez szklankę przystawioną do drzwi.
Przez moment stał nieruchomo, całkiem jakby chciał zatrzymać dziewczynę w przedpokoju. Potrząsnał lekko głową i przesunął się, by Kasia mogła przejść krok dalej.
- Daj tę kurtkę i siadaj - powiedział, równocześnie zamykając drzwi. Wcześniej sprawdził, czy nikt inny nie idzie po schodach.
"Boże, zaraz zwymiotuję… ale wstyd. Nie mogę tam wejść. Muszę do toalety." - Karol znów to usłyszał, chociaż Kaśka na głos powiedziała tylko:
- Muszę do toalety.
- Tak, tak... - Zaskoczenie tylko częściowo odebrało Karolowi mowę. - Proszę...
Powiesił kurtkę na wieszaku, potem otworzył drzwi.
- Co się stało? Jesteś blada...
"Dziewczyna mnie rzuciła i popadłam w katastrofalną depresję", usłyszał Karol, chociaż Kasia odpowiedziała:
- Za dużo wypiłam. Byłam w pobliżu i…
"Boże, zwymiotuję…"
- Sorry muszę tam… - Kaśka wskazała toaletę i tym razem nie czekając na resztę przesłuchania ruszyła do niej.
"Ale świat wiruje, katastrofa. Nawet ta toaleta wiruje".
Karol przez moment stał jak wmurowany, po czym, nie zastanawiając się zbytnio, wpakował się za nią do łazienki, by - w razie czego - pomóc dziewczynie w zajęciu odpowiedniej pozycji. Niezbyt mu się uśmiechało sprzątanie całej łazienki. O tym, jak się po zarzyganiu łazienki będzie czuć Kasia, wolał nawet nie myśleć.
Kasia celowała to toalety. Faktycznie, nie chciało jej się siusiu. Rzuciła swoją torbę gdzieś w kąt łazienki.

- Przepraszam - powiedziała po opróżnieniu zawartości żołądka. - Byłam w pobliżu… - powtórzyła się. "Właściwie klatkę obok" pomyślała, zaś Karol wiedział, że chodzi o tę po prawej stronie, przed która stoi zielona ławka i popsuty przez wandali kosz na śmieci.
Ale skąd wiedział? Tak jakoś przyszło mu to na myśl.
- To dobrze, że byłem pod ręką - odparł, powoli wycofując się z łazienki. Usiłował zebrać myśli, jako że nie do końca rozumiał napływające do mózgu sygnały. A raczej nie potrafił pojąć, skąd się owe sygnały biorą. Bo zachowanie Kasi sugerowało, iż przynajmniej część z nich jest prawdziwa, a to z kolei kłóciło się z jego rozumieniem świata. - Zostawiam cię na moment, a potem porozmawiamy.
Na wszelki wypadek pozostawił drzwi do łazienki uchylone.

Kasia została w łazience jeszcze kilka chwil. Słychać było spuszczaną wodę. Później słychać było odkręcony kran. Nieco dłużej.
Karol usiłował wychwycić jakieś jej myśli, ale nic do niego nie dotarło.
W końcu dziewczyna wyszła. W rękach trzymała ręcznik.
- Użyłam twojego ręcznika - powiedziała. Miała zwilżone włosy z przodu, co mogło świadczyć o tym, że myła twarz. - I pasty. Ale szczoteczki nie. - Uśmiechnęła się przy tym lekko.
"Czuję się dużo lepiej" przeszło przez myśli Kasi, a Karol miał szczęście znów to usłyszeć.
- Ręcznikowi nic nie będzie - zapewnił dziewczynę. - A pasty ci u nas dostatek - zażartował. - Siadaj. - Podprowadził Kasię do najwygodniejszego fotela. - Kawa? Mocna herbata? - zaproponował.
- Mocna kawa - poprosiła dziewczyna. “Fajny tapczan, zawsze wydawał mi się taki wygodny”.
W ostatniej chwili powstrzymał się przed spojrzeniem w tamtą stronę. Tudzież zaproponowaniem, by się przesiadła.
- Przymknij na moment oczęta, a ja wstawię wodę - powiedział. - Czarna, bez cukru, czy wprost przeciwnie? - spróbował ją odrobinę rozweselić.
- Bez cukru, dzięki - powiedziała dziewczyna, rozsiadając się na fotelu i faktycznie przymykając oczy. Wyobrażała sobie jak wraca w takim stanie do domu i jaką minę robi na jej widok jej matka, z którą nadal mieszkała pod jednym dachem. W głowie dziewczyny zawrzały różne popularne matczyne zwroty, nawiązujące do nieodpowiedzialności. A przecież była już dorosłą kobietą.
Wszystkie te wyobrażenia Karol zobaczył w swojej wyobraźni niczym za mgłą.
Czy Kasia byłaby szczęśliwa, gdyby się z nią podzielił tą wiedzą? Szczerze wątpił. Z pewnością byłoby lepiej nic nie mówić. I nie pchać się z nieproszonymi radami.
Wlał do czajnika nieco wody, zapalił gaz. Teraz pozostawało tylko czekać na gwizd i świst.
- Co się stało? - spytał, przysiadłszy się na krawędzi fotela.
- Pokłóciłam się z chłopakiem - odpowiedziała Kasia, chociaż Karol ujrzał wtedy w wyobraźni obraz dziewczyny, nie zaś chłopaka. Dziewczyna ta mieszkała klatkę obok, więc Karol znał ją nawet z widzenia. Wiedział, że ma na imię Karolina. Miała czarne włosy i od dawna nosiła się nieco gotycko. W myślach jego rozmówczyni pojawiła się zaś krótka panika, strach przed powiedzeniem Karolowi prawdy.
- Dupek - powiedział. - Nie wie, co traci. Nigdzie nie znajdzie drugiej takiej, jak ty. To... taka poważna kłótnia? - spytał ze współczuciem.
- No trochę skomplikowana - odpowiedziała Kasia - chciałby, żebym przedstawiła go rodzinie i żeby wszystko było takie oficjalne, a ja jeszcze nie chcę.
W tym momencie rozległ się gwizd i świst zwiastujący gotującą się wodę.
Karol obrzucił ją uważnym spojrzeniem, lecz nie powiedział ani słowa. Zniknął na moment w kuchni i wnet wrócił, niosąc filiżankę pełną czarnej jak noc kawy.
- Gorąca - uprzedził. - Nie wiem, co ci poradzić. Jeśli to coś poważnego, to może on ma rację. Chcesz jeszcze posmakować wolności, czy też się boisz, że on się nie spodoba twojej rodzinie?
W wyobraźni Kasi pojawiło się kilka obrazów, które Karol miał zaszczyt zobaczyć.
Matka dostająca zawału.
Matka dzwoniąca po egzorcyste.
Matka wywalająca jej rzeczy przez okno i krzycząca, że ma się wynosić.
Matka tak smutna, jak rok temu gdy zmarł ojciec. Zawiedziona swoją córką.
- Tak, że się nie spodoba - przyznała Kasia. Ujęła kubek z gorącą kawą za wystające ucho. Powąchała, przymykając przy tym oczy.
Przypuszczenia Kasi były dość prawdopodobne, przynajmniej niektóre z nich, chociaż Karol znał panią Dorotę i miał wrażenie, że ogólne wyobrażenia Kasi były nieco przesadzone. Ale nie dziwił jej się. Jego rodzice byli dość tolerancyjni, ale z pewnością nie byliby zachwyceni. Z tym jednak, że oni mieli już wnuki, a Kasia była jedynaczką...
- A czy próbowałaś z nim porozmawiać? Tak na spokojnie przedstawić sytuację? Może zrozumie? A może ja z nim porozmawiam? Bo ja cię rozumiem i może zdołam mu jakoś to wytłumaczyć?
- O zapomnij - odpowiedziała dziewczyna. Zaczęła dmuchać w gorący napój, widocznie z nadzieją na szybsze ostudzenie go. - To byłoby dziwne, gdyby ktoś rozmawiał w moim imieniu - "z moją dziewczyną" pomyślała Kasia, ale powiedziała - z moim chłopakiem. Próbowałam rozmawiać o tym, ale ma mnie za tchórza i mówi…- Kasia urwała szukając w głowie słów.
"Jak tu nie wpaść w kozi róg?" zapytała samą siebie w myślach.
- Co jak co, ale tchórzem to ty nigdy nie byłaś - powiedział. - A co w tym dziwnego? W dzisiejszych czasach różne dziwne rzeczy się dzieją. Poza tym jestem twoim przyjacielem, więc kto, jak nie ja, może przemówić w twoim imieniu. - Uśmiechnął się do niej.
Kasia milczała przez chwilę. Spróbowała upić łyk kawy. "Jest moim przyjacielem, a ja nawet jemu boję się powiedzieć. Jestem tchórzem. A może powinnam?"
Dziewczyna nadal w milczeniu spojrzała na Karola. Patrzyła mu przez chwilę prosto w oczy.
- A więc? Skoro jesteś w kłopotach, to pomoc ci się przyda, prawda? - Podjął próbę przekonania dziewczyny.
- Bardzo mi pomagasz przygarniając mnie w takim stanie. - Kasia położyła swoją dłoń na jego. - Matka by mnie zabiła, jakbym rzygała w łazience. O ile bym dojechała jakoś do domu.
- Chyba jej nie doceniasz. - Karol poklepał ją po dłoni. - Jestem przekonany, że by tego nie zrobiła. Za to z tym dojazdem... - Uśmiechnął się lekko. - Tu możesz mieć rację. Możesz do niej zadzwonić, że wrócisz jutro?
- Napiszę smsa, żeby się nie martwiła. Dzięki, Karol. - Przyjaciółka uśmiechnęła się. - Będę ci winna piwo, albo dwa.
- Dogadamy się - zapewnił ją. - Zjesz coś do tej kawy? Kuchnia dysponuje szerokim zestawem kanapek - powiedział kuszącym tonem.
- O zapomnij, przed chwilą zwróciłam wszystko co wcześniej zjadłam, na szczęście z większością tego co wypiłam. Nie będę ryzykować jeszcze przez jakiś czas. - Kasia upiła ostrożnie łyka kawy. W myślach analizowała, czy powinna szczerze porozmawiać z Karolem czy nie.

- Mam tylko nadzieję, że po nocy nie będziesz buszować po kuchni - zażartował.
Kasią wstrząsnęło na samą myśl o jedzeniu, co odzwierciedliło się też w jej myślach.
- Nie, nie - zapewniła.
Karol wstał na chwilę, by zrobić sobie herbatę.
- No to opowiedz mi o nim - zaproponował, gdy wrócił z kuchni. - Niech wiem, co, twoim zdaniem, nie spodoba się w nim twojej mamie. Za młody, za stary, ma dwie lewe do roboty, handluje dragami, słucha metalu... Może znajdziemy jakieś plusy, które przekonają twoją mamę?
- To dziewczyna. Nie chłopak - wypaliła w nagłym przypływie odwagi.
- Aaaahaaa... - Karol był zaskoczony, ale tylko tym, że wreszcie padło szczere wyznanie. - To zmienia postać rzeczy... Troszkę.
- Odrobinkę - przyznała Kasia czerwieniąc się. - Przepraszam - dodała.
- Rozumiem. - Odstawił herbatę na stół i poklepał ją po dłoni uspokajającym gestem. - Trzeba będzie coś wymyślić, by przekonać twoją mamę. Bo ona może mieć wątpliwości...
- I telefon do Rydzyka - zażartowała sobie Kaśka, wyraźnie rozluźniona. Odczuwała podwójną ulgę. Nie musiała już kłamać, a Karol zareagował jak prawdziwy przyjaciel. Właściwie miała ochotę rzucić mu się na szyję i przytulić. Co też Karol swobodnie wyczytał z jej myśli.
Której to myśli nie wypadało wykorzystywać... Chociaż...
Przyklęknął przy jej fotelu i położył dłonie na jej ramionach.
- Będzie dobrze - zapewnił. Dziewczyna pochyliła się, by go objąć i przytulić. W myślach opiewała swojego wspaniałego przyjaciela. Był ideałem.
Karol odpowiedział uściskiem, chociaż był nieco speszony opinią, jaką miał u Kasi.
- Opowiedz więc o niej - poprosił. - Coś wymyślimy.

Kasia opowiadała. Mówiła o tym jak się poznały, polubiły, pokochały. O które fascynują ją w partnerce i tych które irytują. Jakby nie patrzeć, język miała rozluźniony alkoholem, który zdążył wchłonąć jej organizm. Rozmawiając z Karolem czuła się bardzo swobodnie. W końcu Karol okazał się przyjacielem idealnym, który rozumie wszystko.
Po pewnym czasie w myślach dziewczyny zaczęły się pojawiać coraz częściej wyrazy zmęczenia i chęci położenia się spać. Karol oczywiście wychwycił ów moment i zgrabnie zaproponował dziewczynie możliwość skorzystania z prysznica. Rozmowy na temat tego, co, jak i kiedy powiedzieć jej mamie postanowił odłożyć do rana.
- Możesz mi pożyczyć jakąś koszulkę do spania? - zapytała zadowolona z propozycji.
- Coś tam znajdę - obiecał Karol. - Zrobię łóżko i podrzucę ci jakieś giezełko... Może być t-shirt? Bo koszul nocnych jakoś nie używam - dodał żartem. - Tylko nie zaśnij pod prysznicem, bo mi się utopisz i będę ci musiał zrobić sztuczne oddychanie. - Uśmiechnął się i podał jej rękę, by jej pomóc wstać z fotela.
- Może być t-shirt - dziewczyna podała Karolowi dłoń, pozwalając by jej pomógł - zostawię drzwi nie zamknięte na zamek, ale nie wchodź bez potrzeby - mrugnęła przy tym do Karola okiem.
- A już myślałem że powiesz, żebym nie wchodził bez pukania - uśmiechnął się do niej. - Jeśli nie chcesz pomocy przy myciu pleców, to nie będę ci przeszkadzać. - Tym razem to on mrugnął do niej.
Karol zobaczył, że głowie Kasi pojawiło się jakieś miłe wspomnienie. Znał je dobrze, gdyż był jego uczestnikiem. Byli razem, w świetle księżyca, nadzy. Ich ciała oblewała ciepła woda. Nie byli sami. Razem z nimi było kilka innych osób. Chlapali się, podtapiali... Miał miłe ręce... Ale był wtedy zajęty Kinią... Cóż... troszkę im zazdrościła.
Karol też sobie to przypomniał. Kasia wyglądała wtedy jak nimfa wodna. Ale nie wyglądała na zainteresowaną jego osobą. W przeciwieństwie do Kini, która na dodatek wyglądała równie kusząco.
- W razie czego wołaj - powiedział. Uśmiechnął się lekko.
- Jasne - odpowiedziała Kasia, po czym powoli skierowała się w stronę łazienki, by zaraz zniknąć za drzwiami.
Karol zabrał się za robienie tapczanu. Wyszukał też koszulkę. Inną niż ta, w której spała Lena.
Kwadrans później wyszła z łazienki. Miała mokre włosy i była owinięte ręcznikiem. Trochę zbyt małym i nieco zbyt krótkim.
- To co z tym t-shirtem?
Karol przyglądał się jej przez odrobinę zbyt długą chwilę.
- Mam wrażenie, że ci nie jest potrzebny. - Uśmiechnął się, równocześnie podając jej koszulkę, która do tej pory czekała na oparciu fotela. - Zaraz dostaniesz szczoteczkę do zębów.
- Serio? Masz na chacie dodatkową szczoteczkę dla gości? - zapytała jednocześnie wsuwając na siebie tshirt i pozwalając żeby ręcznik opadł. Oczy Karola mogły wychwycić co lepsze widoki.
- Jeśli mnie pamięć nie myli, nic się nie zmieniłaś od czasów Jeziora Gorzyńskiego - powiedział z uśmiechem, po czym podniósł ręcznik. - No, prawie nic - dodał.
- Jak to prawie? - dopytywała Kasia, uznając, że "prawie" oznacza, że jednak coś się zmieniło. Jednocześnie ponownie wspomniała "miłe ręce" Karola, które mogłyby ją przytulać. Pewnie byłyby prawie tak ciepłe jak woda tamtego wieczoru, miłe i bezpieczne.
- Masz jeszcze ładniejszy biust - odparł Karol, przez ułamek sekundy zastanawiając się, jak by Kasia zareagowała, gdyby ją przytulił. Ale wolał nie sprawdzać. - I, hmmm...
- Serio? - dziewczyna mimowolnie spojrzała w dół. - Może nie zwróciłeś wcześniej uwagi, że jest taki ładny.
Kasia usiadła na pościelonym tapczanie, po czym zaczęła wsuwać się by znaleźć się od strony ściany. Miała żółte majtki w arbuzy.
Karol uśmiechnął się mimowolnie.
- To na moją cześć te zabezpieczenia? - zażartował. - To znaczy, że i ja się będę musiał kulturalnie przyodziać- dodał z uśmiechem.
- Zabezpieczenia? - zdziwiła się Kasia, wyraźnie nie wiedząc co Karol ma na myśli.
- Naprawdę sypiasz w majteczkach? - wyjaśnił.
- No tak. Jak nie mam piżamy. Nie chcę żeby było ci jakoś niekomfortowo - wyjaśniła.
- Jak widać, jestem przyzwyczajony do sypiania z paniami, które są nawet bardziej skąpo odziane. - Wskazał na kalendarz. - W tym domu panuje dowolność, jeśli chodzi o strój. A trudno było nie zauważyć, jak jest ładny. - Wrócił do poruszonego wcześniej tematu.
- Rozumiem - odpowiedziała Kaśka chowając nogi pod kołdrę. "A co mi tam" - pomyślała dziewczyna. Po chwili jej majtki znalazły się na podłodze niedaleko stóp Karola. - Lepiej?
- Znacznie - odparł z uśmiechem, odkładając jej majteczki na fotel. - Powyłączam wszystko i za chwilę do ciebie dołączę. Ale nie musisz czekać z zaśnięciem - dodał.
Kaśka nie czekała. Kiedy Karol wrócił dziewczyna już słodko spała.
On nie tak prędko zasnął i to nie ze względu na śpiącą obok, skąpo odzianą dziewczynę
To, co mu się przytrafiło, to, że potrafił odczytać część myśli Kasi... To było nie do uwierzenia. Ale nie był pijany, nie śnił (na wszelki wypadek się uszczypnął), no i część myśli pasowała do następujących po nich zdarzeń.
- Panie Twardowski... Pan żeś tak narozrabiał? - powiedział cicho, spoglądając na zerkający przez okno księżyc.
Ale odpowiedź nie nadeszła. A nawet jeśli, to była nieco spóźniona, bo Karol w końcu też zasnął.
 
Kerm jest teraz online  
Stary 10-02-2020, 19:19   #3
Banned
 
Warszawa, 20.03.2019, środa, 21:00

W pokoju było szczególnie gorąco. Mimo że marzec w żadnym wypadku nie należał do miesięcy letnich, pot lat się z czoła Marcela. Wycierał go rękawem koszuli, choć czuł się z tego powodu niezręcznie. Zdawał sobie sprawę z tego, że z boku musiało to wyglądać tak, jak gdyby szczególnie stresował się tą rozmową. A nie chciał wyjść na panikarza przed psychoterapeutką. Wręcz przeciwnie, miał tutaj prezentować pełne oznaki zdrowia psychicznego. Doszedł do wniosku, że jeśli oszuka ją, to oszuka wszystkich.


- Możemy przejść dalej, jeżeli czuje się pan niekomfortowo - powiedziała młoda blondynka po trzydziestce. - Nigdzie nam się nie spieszy. Później wrócimy do tematu pańskich dłoni, jeżeli oczywiście będzie miał pan na to ochotę. Niekiedy potrzeba dużo czasu, aż nasze urazy staną się tematem, o którym łatwo jest mówić - powiedziała wyrozumiale.
- W moim przypadku minęło dziewięć lat i jak dla mnie to wystarczająco dużo czasu. Zdaję sobie sprawę, że byłem bardzo… chory… i że sam to sobie zrobiłem.

Skłamał. Ale wiedział, że właśnie to powinien powiedzieć. Rzeczywiście minęło dziewięć lat i był od tego czasu wielokrotnie badany psychiatrycznie. Nawet głupi nauczyłby się odpowiednich formułek. Mimo to Marcel odczuwał, że kłamiąc na temat tamtego dnia, zdradza samego siebie.
- Teraz, kiedy regularnie przyjmuję leki, w pełni to widzę - kontynuował. - Po prostu nie lubię tego tematu. I ma pani rację, wolałbym przejść dalej, bo czuję się tutaj niekomfortowo. W sensie jak najbardziej dosłownym - rzekł, zerkając na kaloryfer. Nieco odsunął się od niego krzesłem. - Może przesadzam, ale mam wrażenie, że się tutaj zaraz uduszę z gorąca.
Uśmiechnął się, jak gdyby żartował. Zaplanował to, żeby nie odjęła mu punktów za blady afekt. Czuł się zmęczony.

- Jak ta psychoterapia ma ci pomóc, bezmyślny skurwielu? - zapytał Stańczyk, nadworny błazen. Wyszedł zza postaci blondynki. - Jeśli robisz z tego teatr jednego aktora? Patrz na mnie! Patrz, jak tańczę! - krzyknął i zaczął robić pajacyki.

Marcel zdekoncentrował się. Wyjątkowo rzadko miewał halucynacje wzrokowe. Jego wzrok podążył w bok i zogniskował się na błaźnie. Miał ogromną, czerwoną czapkę ze srebrnymi dzwoneczkami. Jego twarz robiła się coraz bardziej rumiana, jak gdyby rzeczywiście męczył się od wysiłku fizycznego.


Tymczasem psychoterapeutka poruszyła się.
- Przepraszam? - zapytała. - Zadałam panu pytanie.
- Kurwa - szepnął Marcel i błyskawicznie przeniósł wzrok na nią. Musiał ignorować ją przez dobrych dziesięć sekund.
- Ha! Mam cię! - zarechotał Stańczyk. - Pokaż jej! Pokaż, kim naprawdę jesteś i jak bardzo masz najebane w głowie! - wyrzucił ręce w powietrze, wysypując confetti i dzięki Bogu zniknął.

- Może pani powtórzyć? - Marcel zapytał nieco słabym głosem. - Myślę, że to leki. Biorę je ze szczególną regularnością i właśnie pomyślałem, że chyba zostawiłem je rano na blacie w kuchni. I przestraszyłem się, czy Damianek, mój siostrzeniec, ich przypadkiem nie wziął. Jednak przypomniałem sobie, że na szczęście wziąłem je ze sobą! - rzekł.

Wyjął opakowanie z kieszeni i pokazał kobiecie. To był niepotrzebny gest, z którego powodu poczuł się głupio. Jakby występował w jakiejś reklamie. Rzeczywiście brakowało tylko tego, żeby wykrzyczał nazwę handlową leku i zaczął mówić, jak bardzo był dobry i jak szybko mu pomógł. Schował prędko pudełko. Znów uśmiechnął się instrumentalnie do kobiety, która chyba zaczęła coś podejrzewać. Jakby nie mogła?
- Przekręciłam na jedynkę - odparła. - I zapytałam, czy może być. Mi też jest trochę duszno, może otworzę…
- ...okno. Świetny pomysł - wszedł w jej słowo Marcel.

Występ Stańczyka zdenerwował go. Tętno mężczyzny przyspieszyło, a już wcześniej było wysokie. Zaczął oddychać przez usta. Nie mógł sobie pozwolić na kolejną gafę. Wstał i podszedł do okna. Uchylił je nieco od góry.
- Może zmienimy temat i opowie mi pan o swoim dzisiejszym dniu - zaproponowała terapeutka. - Zaczęło się, jak rozumiem, porannym przyjęciem leków. W kuchni. O czym pan już wspomniał. O której pan wstał?

Marcel zastanowił się przez chwilę.
- O dziewiątej - rzekł. - Jak dla mnie to wcześnie. Zazwyczaj lubię siedzieć do trzeciej w nocy i budzić się około południa. Każdy ma swój zegar biologiczny i nie ma w tym nic złego… - zawiesił głos. Brzmiał tak, jakby zaczął się bronić. Terapeutka tylko uśmiechnęła się i skinęła głową, więc Marcel kontynuował. - Obudziły mnie dźwięki z dołu. To był mecz. Wczoraj wieczorem Szczepan przyszedł do Igi, mojej siostry. Został u niej na noc. A po nocy z reguły przychodzą poranki i tego akurat poranka włączył bardzo głośno telewizor. Potem go ściszył, kiedy przypomniał sobie o mnie, ale szkoda została już wyrządzona. Wtedy… zszedłem do kuchni i wziąłem leki… - rzekł nieco mocniej ściskając pudełko w kieszeni. - A potem skorzystałem z toalety. Musiałem czekać w kolejce, bo Damianek dorwał się do maseczek swojej matki i postanowił nałożyć je wszystkie na twarz, żeby być jeszcze piękniejszym. Iga, przeklinając, sprzątała tę łazienkę, a ja czekałem - zawiesił głos i uśmiechnął się lekko. Mimo wszystko to go bawiło. - Damianek gra w Barwach Szczęścia Brajanka Tomaszewskiego. I taki aktor, jak on, musi dbać o siebie - powiedział z tylko lekkim przekąsem. - Na razie wszystkich bawi i śmieszy, ale za kilka lat będzie naprawdę nie do zniesienia - uznał.

Psychoterapeutka w duchu zgodziła się, ale profesjonalizm kazał jej tego nie potwierdzać słowem.
- I co było potem? - zapytała życzliwym, zaciekawionym głosem. Nie był jednak nachalny.
- Potem Iga zrobiła Damianowi śniadanie do szkoły i odprowadziła go do niej. Miał dzisiaj na później, ona zresztą też. Potem najpewniej udała się do pracy. Nie wiem, nie było mnie przy tym. Szczepan został przed telewizorem. Nie przeszkadzało mi to. Zaproponował mi, że pójdziemy na siłownię około dwunastej, ale ja odpowiedziałem, że gonią mnie terminy. Wziąłem kawę i tosty na górę do pracowni, w której zamknąłem się na chwilę.
- Na chwilę? - blondynka przymrużyła oczy.

Marcel skinął głową.
- Tak, na jakieś siedem godzin - rzekł. - Pracuję teraz nad dwoma obrazami. Jeden przedstawia trzech błaznów zwisających z gałęzi biblijnego drzewa życia. Jest to inspirowane kartą tarota. Jeden jest młody, drugi w średnim wieku i trzeci stary. Pod spodem przechadza się piękna, naga kobieta i karmi ich soczystymi, czerwonymi jabłkami. Oplata ją wąż.
Psychoterapeutka zmarszczyła brwi.
- Czy to nie jest trochę… mizoginistyczne? - zapytała. - Kobieta zrobi z każdego mężczyzny błazna, bez względu na jego wiek? Czy jest młody, czy jest stary…

- Szybka, ciekawa analiza - Marcel mruknął podejrzliwie. Chwilę zwlekał z odpowiedzią. - Bardziej widzę Ewę jako oryginalną femme fatale. Wcale nie nienawidzę kobiet. Piękne kobiety rządzące silnymi mężczyznami, którzy władają światem. Uważam to za ładny motyw. Bardziej skupiam się na samych kolorach i ekspresji ciał. Chwilę też zmagałem się z kompozycją. Podzieliłem obraz na cztery równe części. W każdej inna postać.
- To bardzo interesujące. A drugie dzieło?
Marcel uśmiechnął się.
- Ach… to sekretny projekt. Na specjalne zlecenie. Nie mogę nic mówić. Inaczej… - podniósł do góry dłoń i przejechał palcem po krtani. Uśmiechnął się. Po chwili się wzdrygnął. - Rzecz jasna żartuję - prędko dodał. - Nikt nie zginie. Solennie obiecuję.

Stańczyk zawisł na lampie. Przypominał pozą wisielca z karty tarota.
- Kłamca…! - zaskrzeczał. - Kłamca…! Kłamca! - powtarzał.
Marcel zachował pokerową twarz. Terapeutka poprawiła się nieco na krześle.
- Czyli malował pan do szesnastej, jeśli dobrze liczę. A potem?
- Mniej więcej do siedemnastej. Poczułem się głodny i zszedłem na dół. Iga gotowała obiad ze swoją przyjaciółką Jagodą. Ta druga powiedziała, że nic nie dostanę, bo znowu zrobię się gruby. Jak wtedy, gdy brałem klozapinę. To cytat. Ale bez obaw, dostałem tę porcję spaghetti. Nie żyję jedynie na lekach, które swoją drogą biorę bardzo regularnie.

“To zabrzmiało… bardzo wiarygodnie”, pomyślał.
- Kłaaaamca! - Stańczyk przeciągnął leniwie pierwszą sylabę, jak gdyby to słowo zaczęło go już nudzić.

- Siostra wspomniała, że jutro babcia Basia zaprasza nas do siebie na imieniny. Będą jej koleżanki. Nie mogę doczekać się tej imprezy - Marcel rzekł tonem wyprutym z emocji. - Pójdę, bo będzie też mama, a jakiś czas jej nie widziałem. Ciekawi mnie też jej nowy chłopak. Jeszcze go nie poznałem. Wiem, że ma na imię Roman i pracuje w laboratorium. Takim medycznym, nie chemicznym. To coś poważnego, skoro z nim zamieszkała. A może bardzo chciała wyprowadzić się od babci. Ale wtedy mogłaby zamieszkać u mnie. I tak mam wrażenie czasami, że w tym apartamencie mieszka połowa Warszawy. Po tym późnym obiedzie ruszyłem prosto do pani. I oto jesteśmy.
- Z czego się bardzo cieszę - odpowiedziała kobieta.

Rozmawiali jeszcze godzinę. Powoli zaczęła dochodzić dwudziesta pierwsza. Marcel zaczął się zbierać.
- Dziękuję za rozmowę. Było bardzo przyjemnie - rzekł. Włożył rękę do kieszeni, żeby wyciągnąć z niej słuchawki. Kiedy to zrobił, na podłogę wypadło pudełko.
Terapeutka instynktownie schyliła się i podniosła je. Następnie wyciągnęłą je w stronę Marcela.
- Czy powinnam otworzyć i sprawdzić, czy w choć jednym listku ubyło tabletek? - zapytała.


Feliński milczał. Spojrzał w oczy kobiety. W tym kontakcie wzrokowym trwali przez kilka sekund.
- Myślę, że nie - odpowiedział.

Wyszarpnął może nieco zbyt brutalnie pudełko, wsadził je z powrotem do kieszeni i wyszedł z gabinetu. Poczuł wzbierającą w nim złość.
Zdecydował, że nie wróci tutaj nigdy.
Był w stanie poradzić sobie sam.
Choć “kłamca!” wykrzykiwane przez Stańczyka wciąż dudniło mu w głowie.


- Kłamca! Kłamca! Kłamca! - podśpiewywał idący za nim krok w krok Stańczyk. Tym samym nie pozwalając, by dudnienie zniknęło. W dodatku robił to w melodii przypominającej marsz weselny.

Marcel opuścił budynek, wychodząc na świeże powietrze. To była ciepła, bezchmurna noc. Księżyc w pełni jaśniał na niebie.
- Pierwszy dzień wiosny - odezwał się błazen, a chwilę później dało się słyszeć kościelne dzwony bijące dziewięć razy.

"Komu biją dzwony?", pomyślał Marcel. Czas na śmierć. Następnie zrugał się w myślach. Ostatnio w jego głowie ciągle pojawiały się myśli o umieraniu. Spojrzał na swoje dłonie. Oraz na okaleczające je blizny.
- Nie chcę się zabić. Nie chcę - rzekł. - I to jest... to jest prawda. Nie będzie żadnej śmierci.
Chciał obrócić się do Stańczyka i powiedzieć mu to w twarz. A jednak nie miał na to odwagi.
- Pierwszy dzień wiosny... - mruknął. - Koniec zimy, natura budzi się powoli do życia... i na życiu trzeba się skoncentrować. A do życia zaliczamy między innymi jedzenie.

"Tylko przestań do siebie mówić w miejscu publicznym, na litość boską", pomyślał. Rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś sklepu. Miał ochotę zjeść na kolację mrożoną pizzę z piekarnika. Wychodziło to taniej od zamawiania, choć jakość była nieco gorsza. Teraz miał więcej pieniędzy, niż kiedyś, jednak stare przyzwyczajenia pozostawały.
Idąc chodnikiem zerkał w bok, czy Stańczyk za nim podążał.
Choć do tych ukradkowych spojrzeń nie przyznałby się sam przed sobą.

Błazen podążał za nim. Wesołym krokiem, czasami wręcz tanecznym. Z niekończącym się uśmiechem na twarzy.
- Pizzę chcesz zjeść, to lepiej zamów, nie będziesz mieć sraczki - zarechotał.
Marcel przystanął i zagryzł wargę. Nie podobało mu się to, co usłyszał. Miał nadzieję, że Stańczyk zamilknie i na dobre skończą się jego wstawki. Były uciemiężeniem.
- SRACZKA! - błazen krzyknął głośno i równie głośno zaśmiał się, jakby było to bardzo zabawne słowo. - Pffffffy pffffy… - zaczął udawać pierdzenie robiąc charakterystyczny dźwięk ustami.

Marcel przewrócił oczami, kompletnie zdegustowany. Nieco zbladł. Rozejrzał się dookoła. Czy inni usłyszeli te niekulturalne wrzaski? Potrzebował kilku sekund, żeby przypomnieć sobie, że nie. A może jednak? Poczuł, że jego serce zaczęło prędzej bić. Stracił również ochotę na jedzenie. Sugestywny obraz sponsorowany przez Stańczyka pojawił się w jego głowie. A Marcel naprawdę nie chciał spędzić reszty nocy w toalecie. Położył dłoń na klamce drzwi do sklepu. Wahał się tylko przez chwilę, po czym wszedł do środka. Pomyślał, że co prawda stracił ochotę na kolację, ale za to kupi papierosy. Pomogą na jego nerwy. Ruszył prosto do lady, nie patrząc zbytnio na towar wystawiony na półkach.


Stańczyk szedł wciąż za nim. Zupełnie jakby jakaś niewidzialna nić nie pozwalała mu zostać zbyt daleko z tyłu.
- A może batonika? Mmmm mniam, jaki pyszny batonik. Czekoladka. No, no… A chlebek w domku się nie skończył? Masełko jest w lodówce? - podpytywał Stańczyk. Wydawał się być w ogóle nie zrażony brakiem odpowiedzi.

Marcel prędko skręcił w bok. Znalazł paczkę czekoladek. Wziął. Następnie ruszył do stoiska z pieczywem. Zdawało się nieświeże o tej godzinie, jednak i tak chwycił opakowanie pokrojonego chleba. Nawet taki będzie smakował po potraktowaniu tostownicą. Następnie trzy szybkie kroki w stronę otwartej lodówki. Chwycił najtańszą osełkę. Z tym wszystkim ruszył do kasy. Położył na blacie. Przypomniał sobie jeszcze o batoniku. I w ten właśnie sposób Pawełek o smaku toffi pojawił się na jego liście zakupów.
- Zadowolony? - szepnął przez zaciśnięte wargi. - I poproszę jeszcze marlboro gold. Tak, może być w miękkim opakowaniu - już głośniej powiedział do ekspedientki.
Niegdyś ludzie składali ofiary bogom. Teraz Marcel złożył je błaznowi. Na szczęście nie musiała to być krew dziewicy. Chleb, masło, batonik i czekoladki wystarczyły. A przynajmniej taką nadzieję miał Feliński.

Stańczyk był zadowolony. Cieszył się całą drogę do domu. Ale to jeszcze nic…

- Jesteś cudoooooowny! – Iga powitała go z radosnym okrzykiem, gdy tylko przekroczył próg apartamentu. - Właśnie zbierałam się do nocnego po chleb. Rany ty masz czekoladki… - dziewczyna popatrzyła na nie wzrokiem wygłodniałego wilka.

Marcel uśmiechnął się do siostry.
- Ty też jesteś cudowna. Ja z bardziej oczywistych powodów, ty dużo mniej - zażartował. Iga nie obrażała się na takie teksty, były obecne w ich domu od zawsze. No i miała też choć trochę dystansu do siebie. - Ale nie możesz zjeść tego. Wszystkie te rzeczy są zatrute - powiedział.
To był jedyny logiczny powód, dlaczego błaznowi zależało na tym, aby kupił akurat te produkty. Czyż nie? Stańczyk musiał umieścić w środku szczególnie zjadliwe trucizny, które zabiją wszystkich domowników. W końcu na śmierci mu zależało. Dlatego biły dzwony. Marcel ruszył do kosza na śmieci i umieścił w nim obie siatki zakupów. Potem rozmyślił się. A nuż jego bratanek wygrzebie batonik ze śmietnika i go pochłonie? Wydobył całe jedzenie z kosza i ruszył z nim do toalety, aby spuścić w sedesie.

Stańczyk rechotał radośnie za jego plecami.
- Idiota! Idiota! - powtarzał przy tym. Dzwoneczki na jego czapce dzwoniły w rytm powtarzanego słowa.
- Eje-jej! Co ty robisz braciszku? Naprawdę chcę czekoladę! Dostałam okres i bardzo chętnie zjem nawet zatrutą - powiedziała Iga, która również podążyła za Marcelem. - Nie wygłupiaj się. W sklepie leży tyle czekoladek i pieczywa, że na pewno nikt nie zdołał zatruć wszystkiego. Nie ma powodu, by akurat to, co ty wziąłeś było zatrute. Wrzuć na luz i weź trzy oddechy. Mówię poważnie.
Iga nie poddawała się, w końcu chodziło o czekoladki. Starała się dać bratu jakieś logiczne argumenty, by spróbował się uspokoić. Jednocześnie targały nią wyrzuty sumienia.
- Tak, tak, tak! ODDYCHAJ! - zawył Stańczyk zwijając się ze śmiechu - Inaczej tą młodą zjedzą wyrzuty sumienia - dodał nieco poważniej.

Marcel przystanął. To było trudne. Z jednej strony rozumiał sens wypowiedzi Igi. A z drugiej wierzył w to, w co wierzył. Czasem ciężko było walczyć z własnymi przekonaniami, nawet jeśli usłyszało się całkiem przekonujące argumenty.
- Może być… ale ja również zjem - zastrzegł.

Zamknął drzwi prowadzące do łazienki, które w międzyczasie zdążył otworzyć. Po czym podszedł do blatu z siatkami. Położył je, a następnie wyjął opakowanie Ferrero Mon Chéri. Z nadzieniem wiśniowym. Rozpakował i wyrzucił folię. Następnie wyjął jedną czekoladkę. Wsunął ją sobie powoli do ust, patrząc w oczy Stańczykowi. Jak gdyby rzucał mu wyzywanie.
"Jak umrę, to pójdziesz ze mną do piachu", pomyślał. "Żyjesz tak długo, jak ja żyję."
To było nieodpowiedzialne, ale Marcelem targały silne emocje.

- A idźże do piekła - mruknął błazen przełykając zaraz po tym głośno ślinę. Wyglądało na to, że Marcel nieco mu dopiekł. Nie odrywał w tym czasie oczu od oczu Felińskiego, zupełnie jakby trwał pojedynek na wzrok. Mężczyzna mógł zauważyć, że Stańczyk jedno oko ma zielone, a drugie brązowe. Było w tym coś kociego. Mężczyzna poczuł się z jednej strony nieco zaintrygowany, a z drugiej zaniepokojony. Miał ochotę uciekać w popłochu, ale też artystyczna część jego osobowości kazała mu ruszyć czym prędzej do pracowni i namalować twarz zmory.

Iga przyglądała się bratu z zaniepokojoną miną. Przez chwilę sama po prostu stała, obserwując go i analizując jego zachowanie. Kiedy wyglądało na to, że Marcel zjadł jedną czekoladkę, siostra sięgnęła ręką w stronę paczki próbując się poczęstować.
Feliński westchnął głęboko i podał jej opakowanie. Teraz, kiedy mógł szczycić się pierwszym drobnym zwycięstwem nad diabłem, uspokoił się nieco. Wtedy też poczuł się lekko zawstydzony.
- Ciężki masz ten okres? - zapytał. - Jak chcesz, to mogę pójść po tabletki, jeśli ci się skończyły - rzekł. - O ile pozwolisz mi wyjść z domu. Bo masz taką minę, jakbyś troszczyła się dzisiaj troszkę za bardzo… kompletnie niepotrzebnie.
Chciał przekonać Igę, że tak było.
No cóż, także siebie.

- Przeżyję. Dzięki - po ostatnim słowie umieściła czekoladkę w ustach. - Ale jak mi pozwolisz - powiedziała nieco niewyraźnie - zjem wszystkie.
- Na pewno ci nie zakażę - odpowiedział Marcel.
A jednak spojrzał chwilę dłużej na Igę. Czy chęć zjedzenia całego pudełka czekoladek wynikała po prostu z bolesnego okresu? A może zdarzyło się coś jeszcze dzisiaj, o czym siostra mu nie mówiła? Nie wątpił, że wolała nie dodawać mu zmartwień.

- Jak ci minął dzień? - zapytał. - Wszystko w porządku? Jak się ma Damianek? Już śpi?
Feliński liczył na to, że im dłużej będzie rozmawiał z drugim, prawdziwym człowiekiem, tym bardziej rozproszy się… i na dobre przestanie zauważać Stańczyka. Zazwyczaj omamy wzrokowe nie atakowały go z taką intensywnością. Dzisiaj były szczególnie zjadliwe. Co je wywołało? Marcel nie miał pojęcia. Może po prostu zaczął zwierzać się psychoterapeutce za bardzo. Tyle że nawet nie powiedział jej nic szczególnie istotnego. Zaczął zatracać się w rozmyślaniach, więc prędko otrząsnął się i spojrzał nieco przytomniej na Igę. Wiedział, że siostra bacznie obserwowała każdą jego minę.
- Jakoś - odpowiedziała - w pracy absolutnie do D. Mam serdecznie dość i nie chce mi się nawet patrzeć na prezesa. Damianek śpi. Jutro ma jakiś ważny sprawdzian. A wiesz? Będziemy mieć nowego sąsiada. Leszczyńscy, ci z apartamentu obok wyjeżdżają i będą wynajmować mieszkanie kuzynowi. Minęłam się dziś z nimi i od razu mi go przedstawili. Mega przystojny ale moim zdaniem gej jak nic.

W tym czasie milczący błazen usiadł na blacie kuchennym. Założył nogę na nogę i oglądał sufit.
Prasert zerknął w jego stronę, ale prędko przeniósł wzrok znów na Igę.
- Ale ty i tak masz Szczepana. Przystojny, tleniony mięśniak. Czy można chcieć czegoś więcej od życia? - zapytał i uśmiechnął się lekko. Po chwili zagryzł wargę. - To chyba zabrzmiało obcesowo, przepraszam. Skąd wiesz, że jest gejem? Jakieś wzorzyste koszule? Śpiewał Barbrę Streisand w holu? Brokat we włosach i cekiny w ubraniach? Piosenki RuPaula puszczone na cały regulator? - uśmiechnął się. - Wnosił plakaty z Brokeback Mountain oraz Tamte dni, tamte noce?
Wydawało mu się, że czuł się całkiem dobrze po tej czekoladce. Chyba Iga miała rację i nie były zatrute. Dobrze.

- Obcesowo i wrednie - przyznała Iga. - Jasne, że mam Szczepana. To nie znaczy, że nie mogę oceniać, że ktoś jest mega przystojny, co?
- Możesz, pewnie, że możesz - Marcel skinął głową. Włożył chleb do chlebaka, dochodząc do wniosku, że jest to jednak w miarę bezpieczne zagranie. Nikogo tym nie otruje.
- I nie, nie robił nic z tych rzeczy. Ale machał tak ręką – siostra próbowała powtórzyć gest, machając ręką zgiętą w nadgarstku - no i taki dziwny głos miał. No nieważne. Byle nie puszczał głośno muzyki i nie robił imprez. A co do Szczepana… - Iga westchnęła, ale zamiast coś dalej powiedzieć wpakowała kolejną czekoladkę do ust.

Feliński spojrzał na nią uważnie. Z jednej strony był bardzo ciekawy, a z drugiej nie chciał chamsko wypytywać. Skoro jednak Iga zaczęła ten temat, to może nie będzie czuła się zbyt niekomfortowo, rozwijając go.
- Co z nim? - zapytał Marcel. Sięgnął po wodę mineralna i nalał ją sobie do szklanki. - Wiesz, to nie jest wcale tak, że go nie lubię… - zawiesił głos. Choć zabrzmiało to jak niedopowiedzenie. - Ma serce ze złota.
“I umysł z kamienia”, dopowiedział w myślach.
- Chce pożyczyć ode mnie kasę – wyjaśniła Iga. - Ja odmówiłam i trochę się zirytował. Wyszedł trzaskając drzwiami. Pewnie mu przejdzie. Sama nie wiem. A może powinnam? W końcu to mój chłopak. Tylko, mam dość małe oszczędności na czarną godzinę, źle będę się czuła bez buforu bezpieczeństwa, jaki mi to daje.
- Jak mówiłem… serce ze złota, ten Szczepan - Marcel uśmiechnął się lekko, tak komentując próbę wyłudzenia pieniędzy.
Iga była w rozterce. Czekoladek już trochę ubyło, ale nie sięgnęła po kolejną.
- Zrobić ci kanapki? Wiesz, kolację - zapytała jeszcze.

Marcel ukroił dwie kromki chleba i posmarował kupionym masłem.
- Sam sobie zrobię, ale dziękuję za propozycję - mruknął. Następnie odwrócił się do lodówki, w której trzymał napoczęty dżem truskawkowy. Wyjął również mleko. Zamierzał je podgrzać w mikrofalówce. - A ile chce pożyczyć? I na jaki cel? Pieniądze to śliska sprawa w związkach. Może jednak ma dobry powód. Pożyczał już od ciebie wcześniej?
Szczepan nie wydawał się nałogowym pijakiem lub hazardzistą. Z drugiej strony co Feliński o nim tak naprawdę wiedział?
- Na ziooooooooooło - mruknął błazen ziewając przeciągle. Wyglądał na znudzonego. Podparł głowę na dłoniach i przyglądał się jak Feliński robi kanapki.
Mimo wszystko nieco łatwiej było go znieść, kiedy Marcel mógł skoncentrować się na rozmowie z inną osobą. Zerkał na niego bokiem, jednak nie poświęcał już mu całej swojej uwagi.

- Chce zainwestować tysiaka w jakieś używki dla sportowców - odpowiedziała Iga. - Mówił, że to może być jakiś fajny interes i chce spróbować rozkręcić swój biznes. Potrzebuje na start.
Dziewczyna też sięgnęła po kanapki, wyjęła drugi nóż, by zacząć smarować je masłem.
Marcel uśmiechnął się pod nosem.
- Brzmi to tragicznie. Już więcej sukcesu mógłby znaleźć w kasynie - zażartował. - Nie będę ci doradzać, bo to twoje pieniądze i twój chłopak. Możesz robić z nimi co chcesz. Ale na twoim miejscu powiedziałbym, że nie mam tej kasy. Niech Szczepan sam zarobi, odłoży te pieniądze i niech startuje z własnego kapitału. To nie jest tak, że tylko teraz może spróbować tego biznesu. Może z tym spokojnie poczekać. Wymyśl drogi przegląd samochodu i zamianę jakichś drogich części, przez co zbankrutowałaś. Kłamstwo podstawą szczęśliwego związku - zażartował.
Iga wywróciła oczami.
- Dzięki braciszku, zawsze można na ciebie liczyć w kwestiach budowania szczęśliwych związków - powiedziała nieco ironicznie. - Właśnie to mnie denerwuje. Jak próbowałam być z nim szczera i szczerze powiedzieć co mi w duszy gra, to się irytował. A przez to zaczynam kombinować i wnioski są takie, że lepiej skłamać. Beznadzieja.
Dziewczyna w między czasie kończyła robić kanapki.

Marcel zagryzł wargę. To wcale nie brzmiało dobrze. Już chciał powiedzieć siostrze, że sens związku polega właśnie tym, żeby móc szczerze powiedzieć, co w duszy gra - jak to sama sformułowała. Żeby móc dzielić z kimś własne myśli i być za to kochanym. Choć brzmiało to idealistycznie i niestety nie każdy miał szczęście doświadczyć takiej relacji… do tego powinno się dążyć.
Mimo to zamilkł. Bo pośrednio namawiałby ją tymi słowami do zerwania ze Szczepanem, a sam nie chciał mieć takiej odpowiedzialności.
- Wiesz, tak właściwie nie musisz mu wcale kłamać. Możesz powiedzieć, że masz małe dziecko i musisz być przygotowana na różne ewentualności. Nie możesz rozpieprzać radośnie pieniędzy tak po prostu. To będzie kompletną prawdą. Jeśli zirytuje się i będzie zachowywał się tak, jakby był ważniejszy od Damiana… - Marcel wzruszył ramionami. - To nakreśliłoby go w bardzo złym świetle. Poza tym nie oszukujmy się, kto o tym słyszał, żeby dziewczyna sponsorowała swojego chłopaka.
Usiadł przy blacie i zaczął jeść kanapki z dżemem. Popijał je ciepłym mlekiem.

Iga patrzyła przez chwilę na swojego brata. Widać było, że nad czymś się zastanawia.
- Wydaje mi się, że to dobra rada. Spróbuje tak zrobić - powiedziała w końcu. Ułożyła swoje kanapki na talerzu. Do tego nalała sobie szklankę wody.
Marcel skinął głową i spojrzał znowu na talerz. Już zjadł kanapki. Została już tylko pojedyncza plama dżemu truskawkowego na samym środku.
- Chcesz coś pooglądać? - Iga zapytała chwytając w jedną rękę talerz z kanapkami, a w drugą szklankę z wodą. - Jakiś film?

Marcel milczał. Spoglądał w dalszym ciągu na talerz. Wpadł w trans. Nawet za bardzo nie mrugał. W jego głowie pojawiła się czysta, przenikliwa jasność. Już zapomniał o problemach z pieniędzmi, Szczepanie i nawet chwilowo o tym, że jego siostra znajdowała się obok. Wyciągnął dłoń. Zanurzył palce wskazujący i środkowy w plamie. Zaczął rozsmarowywać smugi na powierzchni talerza. Było to pozornie bezmyślne. Mimo to każde pociągnięcie, kreska i kropka wnet zaczęły z sobą dziwnie współgrać, tworząc charakterystyczne i niespodziewane dzieło sztuki nowoczesnej. Marcel dostrzegał w nim piątkę ludzi w tańcu. Przez chwilę poruszali się przed jego oczami.


- Hmm - mruknął, po czym zmazał wszystko jednym ruchem.
Spojrzał na czerwień na dłoni. Była jasna niczym krew tętnicza. Przesunął ją do ust i posmakował. Zamruczał.
- Właśnie tego odcienia poszukiwałem - powiedział. - Idę do pracowni.
Wstał z tym właśnie zamiarem.

- Aha - odpowiedziała Iga, uznając, że więcej słów nie jest tu potrzebne. Już wiedziała z doświadczenia, że braciszek znalazł w głowie jakieś natchnienie. Wraz ze swoja kolacją udała się w stronę telewizora.
Stańczyk podążył za artystą…

Marcel ruszył po krętych, spiralnych schodach na wyższe piętro, na którym znajdowała się jego sypialnia, a obok pracownia. Wyjął z kieszeni klucz i otworzył drzwi. Było to zabezpieczenie konieczne na wypadek, gdyby Damianek również postanowił zabawić się w artystę. Poza tym obrazy Felińskiego, nawet te niedokończone, były sporo warte. I nie tylko w sensie metaforycznym. Dzięki nim był w stanie spłacać apartament, w którym żył wraz z siostrą i jej synem.

Już miał ruszyć do obrazu przedstawiającego Ewę kuszącą młodzieńca, dojrzałego mężczyznę oraz starca. Ale zrobił następny krok w stronę sztalugi stojącej obok. Chwycił płótno, które ją zakrywało i ściągnął. Jego wzrok stał się mętny, a w umyśle zapanowała biel. Ta sama, co przed chwilą po skończonej kolacji. Zanurzył pędzel w szkarłatnej farbie.

Malował. Tak długo, aż jego ciało przestało nadążać za umysłem. Powieki zaczęły opadać, a ręce drętwieć. Kręgosłup bolał od ciągłego stania i garbienia się.
- Nie mogę… przestać – szepnął.
A jednak usiadł na podłodze. Rzecz jasna tylko na chwilę. Oparł się o ścianę i przymknął oczy. Co zaszkodzi sekunda odpoczynku dla wzroku.
Albo dwie…
Trzy…

Cały dzień był niewolnikiem Stańczyka.
Teraz został zdany na łaskę Morfeusza.
Zasnął.
 

Ostatnio edytowane przez Ombrose : 10-02-2020 o 19:40.
Ombrose jest offline  
Stary 10-02-2020, 23:29   #4
Mag
 
Mag's Avatar
 
Warszawa, 20 marca 2019, środa


- Uff... - pełne niezadowolenia westchnięcie dało się słyszeć od drugiej strony obszernego łóżka.
- Yhymm... - mruknęła zaspana Wiktoria i na oślep sięgnęła stolika nocnego. Wymacała telefon i spojrzała na godzinę. - Esteban śpij, jeszcze pięć minut... - ziewnęła i wtuliła bardziej w poduszkę.
Odpowiedziało jej prychnięcie i wiercenie się, ale zaraz nastała cisza. Niestety nie trwało to długi.
Blondynka poczuła delikatne liźnięcie na swojej szyi. Udała, że tego nie zauważyła. To tylko zachęciło Estebana do wzmożenia swoich wysiłków.
- Ehh, no dobrze... - westchnęła niepocieszona Wiktoria i spojrzała w jego kierunku.

Uśmiechnięta kulka futra spoglądała na nią wesołymi czarnymi oczami.
- Mój słodki meksykaniec - kobieta wzięła na ręce ważącego niecałe trzy kilo pieska.
- Raff! - odezwała się długowłosa chihuahua energicznie merdając puszystym ogonem i z tej radości aż ponownie polizał ją po twarzy.

Dzień zaczął się słonecznie, aplikacja w telefonie zapowiadała 7 stopni na plusie i czyste niebo do końca dnia.

Poranki w tygodniu zawsze wyglądały tak samo: pobudka około siódmej, szybkie ubranie się i spacer z psem, powrót do mieszkania, żeby zjeść śniadanie i wypić herbatę, zabranie toreb i wyjście do pracy. Oczywiście Esteban towarzyszył jej również tam. W gabinecie miał nawet swoje legowisko i zabawki.
Tak też było tego dnia. Wiktoria zjechała windą do podziemnego garażu i tam wsiadła do swojego czerwonego sportowego coupé. Uwielbiała to auto i chyba było ono pierwszym, które sprawiało jej aż tyle frajdy z jazdy. Dla tych wrażeń z jazdy nie szkoda było wyjechać nawet w najgorszych godzinach szczytu.

W ścisłym centrum korki o tej porze nie były aż takie straszne, jak się z pozoru wydawało. Całe życie spędziła w tym mieście i wiedziała którymi ulicami poruszać się, żeby nie stać wieczności w korku.


Po swojej prawej minęła chyba najbardziej charakterystyczny budynek Warszawy, a dziesięć minut później była już na parkingu przed biurem projektowym. Oczywiście tramwajem dojechała by szybciej, ale nie cierpiała komunikacji miejskiej i to niezależnie od pory dnia.
Zaparkowała swoje auto na zarezerwowanym dla niej miejscu i wysiadła, z torebkami w jednej ręce i chihuahuą w drugiej. Weszła do środka, wjechała windą na piętro gdzie mieściła się firma Architecton. Tam przywitała się z recepcjonistką i puściła pieska. Wiernie biegnąć za Wiktorią, Esteban poszedł za nią do gabinetu, który dzieliła z prezesem firmy. Swoim ojcem.

Otworzyła drzwi, zastając biuro puste. Jej ojciec był właśnie na wyjeździe służbowym w Poznaniu. Zwykle mu wtedy towarzyszyła, ba nawet była kierowcą, bo uwielbiała długie trasy w swoim aucie, ale nie tym razem. Akurat zbiły się dwa tematy na raz i ona musiała zostać, dopilnować dopięcia projektu biurowca dla dewelopera. Były jeszcze pomniejsze projektu działu domów jednorodzinnych, więc tym bardziej lepiej było nie zostawiać firmy na bezkrólewiu w takim momencie. Rozłożyła się ze swoim komputerem na biurku, podpinając go do dwóch dużych ekranów.
- O jesteś - odezwał się głos od drzwi.

Wiktoria uśmiechnęła się, a Esteban pobiegł czym prędzej przywitać się z Piotrem. Mężczyzna kucnął i zaczął głaskać pieska, upraszającego się o uwagę.
- Widzę, że ty twardo stoisz przy swoim postanowieniu zapuszczenia brody - zaśmiała się.
- Wyglądam w niej poważniej - odparł rozbawiony jej komentarzem.
- No może tak trochę... - udała, że właśnie dokonuje oceny jego aparycji.
- Kawa? - zmienił temat i wyprostował się.
- Jasne - skinęła głową Wiktoria.

W firmowej kuchni było tłoczniej niż zazwyczaj. Szybko udało się ustalić czemu. Klaudia z księgowości miała imieniny i przyniosła dużą blachę sernika kajmakowego. Wszyscy wiedzieli, że robi ona najlepsze ciasta, więc bardzo szybko zniknął i dla Wiktorii został ostatni kawałek, bo przedostatni wziął Piotr. Oczywiście ten kto bierze ostatki, ten musiał zmyć naczynie, na którym to stało i właśnie przypadło to wiceprezes firmy. Zasady zasadami więc Wiktoria nie migała się od tego.

Z kawą i talerzykiem z sernikiem Różewicz wróciła do swojego biurka. Po krótkim omówieniu spraw bieżących z Piotrem, który był trzecią najważniejszą osobą w firmie, oboje zabrali się do pracy. Wpierw Wiktoria

przejrzała ostatnie rysunki głównego projektu i w związku z tym wysłała kilka maili. Później na chwilę się od tego oderwała i przejrzała wstępne szkice nowych projektów w dziale domów jednorodzinnych dla segmentu ekonomicznego. Wszystko szło zgodnie z planem.

***

- Może obiad? - zaproponował Wiktora, kiedy wracając od księgowej zatrzymała się przed gabinetem Piotra. Mężczyzna spojrzał na telefon, żeby sprawdzić godzinę.
- Czemu nie - zgodził się.
Wyszli z biura, wsiedli do jego BMW i pojechali do restauracji. Oczywiście Esteban im towarzyszył.

- Zadzwonię do prezesa zapytać się co podziałał - oznajmiła Wiktoria, wyciągając telefon, kiedy już w restauracji, czekali na swoje zamówienia. Esteban siedział na kolanach blondynki.
- Kiedy Jan wraca? - zapytał i napił się wody ze szklanki.
- Jutro. Dziś jeszcze ma kolację z tymi gość mi, jutro lunch... - nie dokończyła bo właśnie odezwał się jej ojciec. - Cześć, jak idzie?

- U mnie dobrze, tylko ci Poznaniacy nie potrafią jeździć… - można było wyczuć, że stoi za tym jakaś historia. - A jak w firmie? - zapytał jak zawsze zatroskany sprawami biura projektowego pan Różewicz.
- Wszystko dopilnowane i w jak najlepszym porządku - odparła.
- To dobrze - ucieszył się, ale wiedziała, że bycie tak daleko od jego ulubionego miasta, było dla niego dyskomfortem. - Jutro o tej porze powinienem już dojeżdżać do domu.
- Super, ale żałuj, że ciebie dziś nie było. Klaudia przyniosła ciasto -
- Oj... - jęk zawodu dało się słyszeć po drugiej stronie słuchawki.
Piotr zaśmiał się widząc rozbawioną minę Wiktorii. Blondynka zapewniła jeszcze ojca, że radzą sobie bez niego i po zakończeniu rozmowy, przeszła do luźnej konwersacji ze swoim towarzyszem. Piotr swoim zwyczajem zaczął jej opowiadać nowy serial na Netflix jaki zaczął, zachęcając ją by też sobie obejrzała. Gust mieli podobny, więc było pewne, że skorzysta z jego polecenia. Mr Robot też jej polecił.

Po obiedzie Esteban miał dla siebie chwilę w pobliskim parku i po tym wrócili do biura. Zasiedzieli się w nim do osiemnastej, uznając, że oboje już ledwo widzą na oczy od tego ciągłego wgapiania się w kreski na ekranie. Piotr zamknął biuro i na parkingu rozeszli się do swoich samochodów. Każde skierowało się w inną stronę do domu.
Po drodze Wiktoria zatrzymała się, żeby zrobić zakupy, które zapomniała zamówić gdy była jeszcze w pracy. Do mieszkania dotarła niewiele przed 19. Esteban przebiegł się po ogrodzie dostępnym tylko dla mieszkańców budynku w którym mieszkali i udali się do mieszkania. Wiktoria rozpakowała zakupy, pod czujnym okiem psiaka, który usiadł sobie na swoim kocyku pod szafką, skąd miał widok na całą kuchnię. Kobieta zrobiła kolację dla siebie i dla swojego małego przyjaciela. Parząc herbatę postawiła ceramiczną miseczkę z pysznie pachnącym mięsem i patrzyła jak Esteban wybrzydza mimo to.

- Oj bo cię głodem wezmę - zagroziła mu. Pies zrobił minę jakby nie wiadomo jakie katusze musiał znosić, ale w końcu zaczął jeść. Wiktoria wzięła swoje kanapki i poszła na kanapę. pies udał się za nią i od razu jak tylko nadarzyła się okazja, wtulił się w jej kolana. Blondynka włączyła telewizor i puściła dalej serial który w ostatnich dniach oglądała. Uwielbiała tak spędzać wieczory po intensywnym dniu w pracy.

***

Na ekranie leciał serial mr Robot, Elliot opowiadał akurat swojemu wymyślonemu przyjacielowi o swojej wymarzonej przyszłości.
“- Jak wyobrażam sobie przyszłość po zamknięciu oczu? Jak powiedział Leon. Nie każdy musi rozumieć, że jest gotów walczyć o swój byt. Jaka byłaby moja idealna przyszłość? Czy byłbym blisko tych, na których mi zależy? Spotkałbym się z przyjaciółmi, którzy dawno odeszli? Ci, których kocham, odnaleźliby szczęście? Może ta przyszłość zawiera w sobie ludzi, o których nigdy bym nie pomyślał. Pogodziłbym się z ludźmi, których niesłusznie uraziłem. Przyszłość, która nie jest samotnością. Przyszłość pełna przyjaciół i rodziny. Nawet ty byś tam był. Świat, jakiego zawsze pragnąłem. Wiesz co?...”
Wiktori nie było dane dowiedzieć się "co". Wypowiedź Elliota zagłuszyło szczekanie. Esteban zeskoczył z kolan swojej pani i najeżony szczekał jak pies który przed kimś broni swojej właścicielki.
Ale właściwie przed czym? Telewizorem? Muchą?
To dziwne, ale wyglądało jakby szczekał na księżyc. Gdzieś daleko, za oknem słychać było dzwony. Zabiły dziewięć razy oznajmiając, że jest już dziewiąta wieczór.

Blondynka westchnęła i sięgnęła po pilot, żeby zatrzymać odcinek serialu.
- Co się stało? - powiedziała do chihuahuy i zaczęła rozwijać się z koca, którym była przykryta. - Mam zasłonić rolety? - zapytała i wstała z obszernej kanapy. Podeszła do okna i zaczęła opuszczać rolety. W międzyczasie wsłuchiwała się czy może jakiś sąsiad z mieszkania nad nią albo pod nią się tłucze.
Zasłonięcie rolet pomogło. Esteban przestał szczekać, chociaż wciąż wyglądał na poruszonego czymś. Żaden sąsiad nie mógł być raczej winien tego zamieszania. Przynajmniej obecnie nad nią i pod nią panowała absolutna cisza.
Wiktoria pochyliła się i wzięła Estebana na ręce.
- Mój bohater będzie mnie bronił przed paskudnym księżycem - pogłaskała go z czułością po łebku i przytuliła do policzka. - A skoro już wstałam to pójdziemy po wino.
Przeszła do otwartej na salon kuchni i schyliła się do lodówki na alkohol. Puściła psa i otworzyła drzwiczki, a chłód z wnętrza owiał jej twarz.
- To nie... - palcem przechodziła pomiędzy butelkami. - To też nie... Hymm, może to... - nie mogła się zdecydować. Ostatecznie wyciągnęła napoczętą butelkę wódki i zaczęła robić sobie drinka.
Piesek przyglądał się stojącej w kuchni pani, merdając ogonem. Wyglądał na takiego z nadzieją, że coś skapnie z blatu do brzuszka. Coś smacznego.

Wiktoria kątem oka spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Dokończyła swój trunek, a następnie sięgnęła do szafki wyciągając puszkę opisaną "suszona gęsina". Na tej półce było jeszcze kilka pojemniczków z podobnymi napisami, różnych suszonych mięs i podrobów. Wyjęła jeden podłużny kawałek, a w drugą rękę wzięła szklankę z alkoholem.
- Chodź, dokończymy odcinek - powiedziała do kosmatej radości jaka tańczyła jej pod nogami na widok smakołyka.

Przeszli do salonu i zajęli swoje poprzednie miejsce na kanapie. Esteban wskoczył i usiadł obok Wiktorii, która dała mu smakołyk, a sama napiła się pierwszy łyk drinka. I włączyła by serial leciał dalej.

- "Z chęcią bym o niego walczył…" - kontynuował swoją wypowiedź Elliot. Wtedy rozległ się dźwięk telefonu. Ktoś dzwonił o tej godzinie…
- Ahhh... Co znowu... - fuknęła Wiktoria, rozglądając się. W końcu słuchem namierzyła gdzie jest. Wygramoliła się po raz kolejny z kanapy, po raz drugi zatrzymała serial i poszła po telefon.
Wyświetlacz pokazywał napis "Ewelina Wacławek".
- Hej, co tam? - powiedziała Wiktoria przyjaznym tonem, zaraz po odebraniu połączenia.
- Wiktoria? Słuchaj, musisz mi pomóc - wystarczyło to kilka słów, by zdać sobie sprawę, że coś się stało. Głos Eweliny był napięty, była czymś wystraszona. - Rafał miał wypadek. Dzieci już śpią. Muszę jechać do szpitala ale nie mogę ich tu samych zostawić. Przyjedziesz?
- Jasne! - nawet nie było opcji by zbyła przyjaciółkę w potrzebie. - Już jadę! Będę za niecałe pół godziny - zapewniła ją.
- Dziękuję. Czekam - odpowiedziała Ewelina - nie dzwoń domofonem. Zadzwoń jak będziesz to ci otworzę.
- Dobrze. Do zobaczenia - zakończyła połączenie. Przez chwilę stała nieruchomo, nie wiedząc w co włożyć ręce. W głowie zaczęła układać sobie plan działania. Najpierw musiała się spakować.

Szybkim krokiem poszła do garderoby. Wyciągnęła torbę, wrzuciła do niej rzeczy na zmianę, kosmetyki i kilka innych szpargałów. Z tym wróciła do salonu, zabrała komputer i torebkę, z kuchni natomiast wzięła puszkę z żarciem dla psa.
- Idziemy na przejażdżkę, Esteban - powiedziała do pieska, który łaził krok w krok za nią. Wiktoria ubrała kurtkę, założyła buty i wyciągnęła z szafy torbę transportową dla psiaka. Zabrała klucze z komody w korytarzu i wyjęła smycz z obrożą. Cmoknęła na Estebana, a ten radośnie podskakiwał, co nie pomagało w założeniu mu obroży na szyję.
- No spokój, mały… - mruknęła i w końcu udało jej się. Razem wyszli za drzwi. Teraz tylko winda i garaż podziemny. O tej porze dojazd do Eweliny powinien trwać krócej niż zazwyczaj.

Faktycznie, dojechała jeszcze szybciej niż zakładała. O tej porze ulice były wyjątkowo przejezdne, a Wiktorii sprzyjało zielone światło. Z miejscem parkingowym było gorzej. Szukanie go wydawało się mozolne, zwłaszcza komuś kto się śpieszył. Zrezygnowana, że kiedykolwiek jakieś znajdzie kątem oka zobaczyła, że ktoś wyjeżdża dosłownie spod klatki schodowej w której mieszkała jej przyjaciółka z mężem. Miała niesamowitego farta. Zajęła je bez trudu.
Właśnie sięgała po telefon by powiadomić Ewelinę o swoim przybyciu i poprosić o ciche otworzenie drzwi, kiedy ta już gotowa do drogi stanęła w drzwiach od klatki schodowej. Nie podchodziła jednak bliżej, ewidentnie przytrzymując je by się nie zamknęły i czekając aż Wiktoria wysiądzie.

Blondynka wyskoczyła ze swojego samochodu, trzymając psa pod pachą. Wyjęła torbę z bagażnika i podbiegła do przyjaciółki. Od razu objęła ją wolnym ramieniem, mogąc tylko sobie wyobrazić jak ciężko jej w tej chwili było. Esteban akurat znalazł się na wysokości twarzy Eweliny, więc swoim zwyczajem zaczął lizać ją po policzku.
- Potrzebujesz samochód? - zapytała Wiktoria. - Weź mój - zaproponowała od razu, wciskając jej do ręki klucze.
- Dzięki - powiedziała z zaskoczoną miną. - Rany boskie, z tego wszystkiego całkiem zapomniałam, że potrzebuję samochód bo przecież…
Ewelina z trudem powstrzymywała łzy. Musiała być dzielna i dojechać do szpitala. Bezpiecznie.
- Wiktoria, on pojechał tylko po zakupy. Kilka przecznic dalej… - dodała jeszcze z przerażeniem. Zupełnie jakby nie mieściło się jej to w głowie. - Kilka przecznic - powtórzyła.
Różewicz pogłaskała ją po plecach i mocno przytuliła. Nie było słów które w tej chwili mogłyby ją pocieszyć. Pozostawały więc tylko gesty zapewniające o tym, że nie jest w tym sama. Chihuahua zawsze doskonale wyczuwał nastrój ludzi i przez to wzmagał swoje starania poprawieniu ich nastroju przez coraz intensywniejsze lizanie obu kobiet po twarzy.
- Lepiej żebyś nie jechała w tym stanie. Zawiozę cię, ok? - zaproponowała. - To będzie tylko chwila, dzieciaki nawet nie zauważą - zapewniła ją.
- O zapomnij - odpowiedziała przyjaciółka, nieco zdawkowo głaskając pieska po głowie - nie zostawię ich bez opieki, śpią, ale wiesz…
Ewelina przytuliła się jeszcze raz, biorąc przy tym głęboki wdech. Odsunęła się po tym o krok od niej, przetarła oczy. - Jadę - oznajmiła - jak coś to dzwoń.

Wiktoria chciała się nie zgodzić, ale czuła, że nic tym nie wskóra.
- Wyciszę telefon. Odezwij się jak dojedziesz - powiedziała tylko i wzięła klucze do mieszkania, które przyjaciółka kurczowo trzymała w dłoni. Ewelina już nawet nie komentowała tego, że poszłaby zaraz z tymi kluczami zapominając o nich. Spojrzała z wdzięcznością na towarzyszkę, po czym ruszyła do jej samochodu.
Przez chwilę ustawiła siedzenie i lusterka po czym ruszyła pozostawiając Wiktorię samą.
Blondynka z psem na rękach, jak tylko jej auto odjechało, weszła do wnętrza klatki schodowej. Windą wjechała na piętro gdzie mieszkali państwo Wacławek i, najciszej jak się to tylko dało, weszła do środka. Światło na korytarzu było zostawione włączone, więc bez problemu rozebrała się z butów i kurtki. Zamknęła za sobą drzwi na klucz i weszła do salonu. Zostawiła swoją torbę na fotelu, a psa położyła na kanapie. Esteban póki był ze swoją właścicielką to uwielbiał podróże i nowe miejsca, więc od razu pobiegł powęszyć po kątach. Wiktoria poszła do pokoju dzieciaków, sprawdzić czy śpią. Będąc już o krok przed otwarciem drzwi od dziecinnego pokoju nadepnęła na malutkiego klocka lego, który przyczaił się niewidoczny w półmroku.

- Aj... - syknęła Wiktoria i zakryła sobie usta dłonią. Drugą ręką złapała framugę drzwi, żeby ustać na jednej nodze. Bolało jak jasna cholera. Oparła się zaraz plecami o ścianę i zaczęła rozcierać ręką bolące miejsce na stopie. Estaban zjawił się u jej boku zapewne chcąc sprawdzić co się stało. Z pokoiku dobiegała cisza. Kobieta wyprostowała się gdy tylko przestało ją boleć. Pochyliła się i wzięła cziłka na ręce. Wtedy dopiero ostrożnie zajrzała do dziecięcego pokoju, żeby sprawdzić, że dzieciaki są w swoich łóżkach.
Maluchy spały w najlepsze. Mieli w pokoju rozsuwany tapczan z którego na noc można było zrobić podwójne łóżko. Pokój był w miarę ogarnięty. Widocznie dzieci przed pójściem spać trochę go posprzątały.
Ani Antoś, ani Julka nie mieli na sobie kołderek. Jedna rozkopana leżała w nogach chłopca, druga należąca do dziewczynki spadła na ziemię. Kobieta powoli, mając na uwadze zaminowanie terenu klockami i innymi zabawkami, podeszła do łóżka i delikatnie okryła wpierw swojego chrześniaka, później jego siostrę. Na szczęście żadne z dzieci nie obudziło się w trakcie tego więc Wiktoria mogła ze spokojem wyjść z pokoju. Powoli, idąc już sprawdzoną ścieżką przez pokój, wyszła na korytarz. Cicho zamknęła za sobą drzwi i puściła cziłka wolno. Esteban radośnie powrócił do obwąchiwania nowego miejsca.
Blondynka zabrała swoje rzeczy i rozłożyła się z nimi w salonie na narożnej kanapie. Zapaliła sobie lampkę i spojrzała na zegarek wiszący na ścianie naprzeciw niej. Było już całkiem późno, ale wiedziała, że nie zaśnie. A to oznaczało, że kolejny dzień zapowiadał się ciężko. Z uwagi na to, że Wiktoria nie lubiła siedzieć bezczynnie to wyciągnęła swój laptop i zaczęła przeglądać zmiany w projekcie.

Minęło może pół godziny odkąd Wiktoria przybyła do mieszkania swojej przyjaciółki. Estaban zdążył już obwąchać wszystkie kąty i znów nie przestawał kleić się od swojej pani. Wyglądało na to, że dzieci spokojnie śpią, aż nagle Wiktoria usłyszała szelest i ciche piski dobiegające z ich pokoju. Spojrzała w tamtym kierunku, ze zdziwieniem malującym się jej na twarzy. Spojrzała na psa, by się upewnić, czy on też to słyszy, a nie że jej się przewidziało, ale i tak odstawiła komputer na stolik kawowy i wstała z zamiarem sprawdzenia co się dzieje.
Wiktoria otworzyła drzwi dziecięcego pokoju. Zobaczyła, że młodsza Julcia rozkopuje się ponownie z przykrycia. Widocznie było jej za ciepło. W dodatku piszczy przez sen. Większość była niezrozumiała, ale jedno słowo nie budziło wątpliwości: "siusiu".

Kobieta była zdziwiona, że mała gada przez sen, ale na pewno nie zamierzała bagatelizować tych słów, bo Esteban będąc szczeniakiem potrafił zrobić sporą kałużę, więc co dopiero 3 letnie dziecko. Delikatnie wzięła Julię na ręce i skierowała się do łazienki, po drodze delikatnie zaczęła budzić dziewczynkę.
- Julka, chodź pójdziesz na nocnik - mówiła do niej na ucho, niosąc ją na rękach.
- Mama? A gdzie jest mama? - zapytała dziewczynka, ledwo co na chwilę otwierając oczy, wyraźnie w półśnie.
- Poszła do pracy, a ja was będę niańczyć - odpowiedziała Wiktoria z przerysowanym entuzjazmem, który chciałaby mieć teraz w sobie.
- Chcę do mamy - zakomunikowała trzylatka. - Siusiu… SIUSIU!
- Już już - mruknęła kobieta. Poszły do łazienki, gdzie na podłodze stał różowy nocnik z narysowanymi kucykami. Estebana zostawiła za drzwiami, więc ten wsadził nos w szparę pod nimi. Różewicz posadziła dziewczynkę na dywaniku łazienkowym. Sama przyklękła obok i wskazała palcem na nocnik.
- Umiesz, prawda? - powiedziała kobieta tonem jakby wierzyła, że dziecko jest samodzielne.
Julka popatrzyła na nią zaspanymi oczami. Zamrugała kilka razy po czym wstała na nogi.
- Aaaaaaaa! Spodnie! Aaaaaa! - zaczęła dziko piszczeć ciągnąć za nogawki, co wcale nie skutkowało zdjęciem z siebie spodni.
Wiktoria sięgnęła do spodenek i pomogła dziewczynce się rozebrać.
- Teraz lepiej? - zapytała z ciepłym uśmiechem.
Dziewczynka z ulgą usiadła na nocnik.
- Lepiej - uśmiechnęła się na chwilę. - Nie ma mamy? - wróciła do tematu, jakby nie zakodowała wcześniejszych słów Wiktorii.
- Poszła do pracy - pokiwała głową kobieta, powtarzając poprzednie kłamstwo. - Zrobić ci kakao? A może kaszkę bananową? - zaproponowała dla odwrócenia uwagi, pamiętając, że było to lubianą pozycją z menu dzieci Eweliny.
- Chcę spać. Idziemy spać? - zapytała dziewczynka wstając z nocnika. Zaczęła siłować się ze spodniami w próbie bycia samodzielną osobą.
- Tak, idziemy spać - ucieszyła się Wiktoria. Sięgnęła po kawałek papieru i podała go Julce, a gdy ta się podtarła i wrzuciła do toalety obok, kobieta pomogła jej podciągnąć spodnie. Wzięła dziewczynkę na ręce i skierowała się z nią do jej sypialni.
Po drodze mała przytuliła się do niej niczym mały miś koala.
- Zaśpiewasz mi coś? - zapytała - Mama śpiewa mi aaaaa aaaaa kotki dwa…
- Jeśli bardzo chcesz - zgodziła się. - Tylko nie marudź jak ci zwiędną od tego uszka - dodała żartobliwie. Weszły do sypialni, Wiktoria położyła ją do łóżka i myślała co zaśpiewać. W końcu coś sobie przypomniała. - Miękki kotek, ciepły kotek. Mała kuleczka futra. Wesoły kotek, śpiący kotek. Mrrrr, mrrrr, mrrrr - zanuciła cicho kołysankę dokładnie tak jak ją pamiętała z sitcomu Teoria Wielkiego Podrywu.

Wiktoria zajadała smacznie kolację. Esteban, mały długowłosy pies rasy chihuahua, wtulał się w jej kolana. Na ekranie leciał serial mr Robot, Elliot opowiadał akurat swojemu wymyślonemu przyjacielowi o swojej wymarzonej przyszłości.
“- Jak wyobrażam sobie przyszłość po zamknięciu oczu?"
Dziewczyna przestała jednak słuchać co mówił dalej. Przed chwilą leżała w ciepłej sypialni przytulając Julkę, trzyletnią córkę swojej przyjaciółki. A teraz? Była u siebie w mieszkaniu. A sceneria wydawała się bardzo znajoma.
Esteban zeskoczył z kolan swojej pani i najeżony szczekał jak pies który przed kimś broni swojej właścicielki.
Ale właściwie przed czym? Wyglądało jakby szczekał na księżyc. Gdzieś daleko, za oknem słychać było dzwony. Zabiły dziewięć razy oznajmiając, że jest już dziewiąta wieczór.
Wiktoria przetarła twarz i półprzytomna rozejrzała się w koło.


- Ale miałam posrany sen - powiedziała do siebie samej, ale była zadowolona, że to był tylko głupi sen. Wstała z kanapy, owinęła się kocem i poszła w kierunku szczekającego Estebana. - Niby jeszcze ciszy nocnej nie ma, ale mógłbyś nie drzeć się tak - powiedziała do cziłka i otworzyła drzwi na balkon. Wyszła na zewnątrz, żeby zimno ją otrzeźwiło i pozwoliło szybciej zapomnieć o sennej marze. Powiodła spojrzeniem po rozświetlonej panoramie stolicy.
Esteban wyszedł za nią. Nie pozwolił jej na chwilę relaksu nadal szczekając.
Miasto wyglądało zwyczajnie. Nic co by przykuwało uwagę. Jedynie księżyc w pełni świecący wyjątkowo jasnym blaskiem i bezchmurne niebo.
- Co, chcesz sobie powyć do pełni? - zapytała Estebana patrząc na niego kątem oka.
Odpowiedziało jej szczekanie psa. Wcale nie wyglądało na to, żeby jej słowa jakoś go uspokoiły.

Kobieta skrzywiła się, bo podobnie było w jej cholernym śnie. Przynajmniej dopóki nie zasłoniła rolet... Weszła na powrót do mieszkania i... zasłoniła rolety, żeby to sprawdzić.
- Teraz ok? - zapytała podejrzliwie swojego cziłka.

Zasłonięcie rolet pomogło. Esteban przestał szczekać, chociaż wciąż wyglądał na poruszonego czymś. Zapanowała cisza.
Mimowolnie Wiktoria poszła po swój telefon. Czuła się głupio z tego powodu, ale też krył się za tym dziwny niepokój.
Zauważyła, że telefon wyświetla godzinę 21:03. W swoim "śnie" robiła sobie najpierw drinka. Sięgając do zakamarków pamięci była w stanie przypomnieć sobie, że jej przyjaciółka dzwoniła do niej w okolicach godziny 21:15.
Wyrysowała kod na wyświetlaczu i już nawet zaczęła szukać kontaktu Eweliny na liście, a kiedy już miała wdusić słuchawkę to zawahała się.
- I co ja jej powiem? Zgłupiałam... - próbowała siebie samą przekonać. Ale niepokój tylko w niej rósł. Ostatecznie opanowała się i schowała telefon do kieszeni spodni. Wróciła na kanapę i przed komputer. Wyłączyła odcinek Mr Robot i nie wiedziała co ze sobą robić. W końcu odpaliła firmową skrzynkę pocztową i zaczęła przeglądać maile, porządkować je.
W końcu rozległ się dzwonek telefonu. Wyświetlacz pokazywał napis "Ewelina Wacławek". Była godzina 21:15.
Wiktoria poczuła ciarki na plecach. Odebrała połączenie i przystawiła telefon do ucha.
- Hej - powiedziała krótko, bojąc się tego co powie przyjaciółka.
- Wiktoria? Słuchaj, musisz mi pomóc - wystarczyło to kilka słów, by zdać sobie sprawę, że coś się stało. Głos Eweliny był napięty, była czymś wystraszona. - Rafał miał wypadek. Dzieci już śpią. Muszę jechać do szpitala ale nie mogę ich tu samych zostawić. Przyjedziesz?

Słysząc dokładnie te same słowa co i we śnie, Wiktoria zaniemówiła. Zrobiło jej się słabo, że wyśniła to.
- T.. Tak... Już jadę... - wydusiła z siebie po długiej chwili milczenia.
- Dziękuję. Czekam - odpowiedziała Ewelina - nie dzwoń domofonem. Zadzwoń jak będziesz to ci otworzę.
Ewelina mówiła kropka w kropkę to samo.
- Ok... - odparła drżącym głosem Różewicz i rozłączyła się. Złapała się za głowę, nie rozumiejąc co się właśnie dzieje. Potrzebowała chwili, żeby wziąć się w garść. To się działo niezależnie od tego czy chciała w to wierzyć czy nie. Rozbita zrobiła dokładnie to co wtedy, zapakowała się i wyszła. Po drodze wezwała Ubera, żeby "tym razem" przyjaciółka miała kierowcę. Zajechała pod klatkę, tam gdzie “wtedy” było puste miejsce parkingowe.
Identycznie jak poprzednio miejsce parkingowe czekało na nią. Tak samo przyjaciółka czająca się w klatce schodowej, która wyszła czekając i przytrzymując drzwi.
Wiktoria zajęła miejsce i wysiadła z samochodu tak szybko jak to było możliwe. Podbiegła do Eweliny i bez słowa ją objęła.
- Uber już podjeżdża, zawiezie cię tam gdzie trzeba - powiedziała cicho, nie zwalniając uścisku.
- Dziękuję - powiedziała z wdzięcznością. Ewelina nie mogła powstrzymać łez.
- Wiktoria, on pojechał tylko po zakupy. Kilka przecznic dalej… - dodała jeszcze z przerażeniem. Zupełnie jakby nie mieściło się jej to w głowie. - Kilka przecznic - powtórzyła wycierając dłonią oczy i rozmazując przy tym makijaż.
Różewicz pozwoliła jej mówić. Jej również nie mieściło się w głowie, że działo się dokładnie tak jak w tym cholernym śnie. Esteban był zagubiony nie mniej jak one i tylko cicho popiskiwał w przerwach od prób pocieszenia Eweliny lizaniem po słonych od łez policzkach kobiety. W tym czasie podjechała toyota z logiem Ubera.
- Jedź. Ja się wszystkim zajmę - zapewniła Wiktoria, powoli puszczając przyjaciółkę. Już miała iść do mieszkania kiedy przypomniała sobie o czymś o czym pamiętała "wtedy". - Klucze - powiedziała i wyciągnęła je Ewelinie z dłoni. Wyciągnęła jeszcze z kieszeni paczkę chusteczek i dała je jej.
Ewelina spojrzała z wdzięcznością na przyjaciółkę i pognała do Ubera, nawet nie komentując tego, że zapomniałaby o kluczach. Po drodze schowała do kieszeni chusteczki.

Wiktoria zmusiła się do wejścia do klatki schodowej. Wjechała na odpowiednie piętro i po przekroczeniu progu mieszkania, zamknęła za sobą drzwi i oparła o nie plecami.
- Co się do cholery dzieje... - zrezygnowana zsunęła się na podłogę i pewnie by tam została, gdyby nie smutne popiskiwania Estebana, który zamiast biegać i obwąchiwać kąty, stał przed nią, wyraźnie zmartwiony jej nastrojem. Ta mała kulka sierści zawsze czytała jej emocje jakiś telepata.
Kobieta wstała i rozebrała się z butów i kurtki.

Teraz pozostawało jej dokończyć resztę tak jak "ostatnio".

No może tym razem przynajmniej uniknie tego cholernego klocka Lego...
 
__________________
"Just remember, there is a thin line between being a hero and being a memory"

Gram jako: Irya, Marion, Venora, Riva, Lyn, Ursula i Chris
Mag jest offline  
Stary 12-02-2020, 13:10   #5
 
kanna's Avatar
 
Zawiercie, 20.03.2019

]

- Wyżej nóżkę, skarbie! Prostuj plecki! – staram się wykrzesać maksimum entuzjazmu w głosie. Siedmiolatka w różowej koszulce wygina się posłusznie. Tłumię ziewnięcie. Rączki małej ślizgają się na zamocowanej pionowo rurce. W końcu lekcja dobiega końca.
- Świetnie skarbie – obejmuję małą, gorączkowo zastanawiając się, jak ma na imię. Coś na S.. Sandra? Nie ryzykuję. – Biegnij do szatni, skarbie.

Po chwili dziewczynka ubrana w różowy dresik z Kucykiem Pony ( Rainbow Dash, jak mi się wydaje, moja mała chrześniaczka Zuzia też jest maniaczką kucyków) przybiega się pożegnać, razem z matką, pulchną kobietą po 40. Pracuje w sklepie z bielizną na reprezentacyjnej ulicy Zawiercia. Zawsze dostaję u niej zniżki. I sprowadzi mi każdy stanik, który mi się tylko zamarzy.
- Bardzo dziękujemy, Samanta („Samanta” powtarzam w myślach) uwielbia pani lekcje, ortopeda zaleciła nam na plecki, albo basen, ale rozumie pani - ścisza nieco głos, więc Samanta natychmiast wzmaga uwagę – tam są sami mężczyźni, znaczy trenerzy, a w dzisiejszych czasach nie powinno się narażać dziewczynek.. no rozumie pani… molestowanie i te sprawy.
- Oczywiście rozumiem
– uśmiecham się promiennie – Zapraszam w sobotę . U mnie .. Samanta jest całkowicie bezpieczna, ręczę za to.

Ściskam rękę mamy Samanty i zamykam za nimi drzwi Pola’s Pole Dancing Academy. Jestem sama, Kaśka, dorabiająca na recepcji licealistka przychodzi tylko na dwie godziny trzy razy w tygodniu, popołudniami i na trzy w sobotę rano. Na skutek reformy edukacji dzieci zaczęły chodzić na przedziwne godziny do szkoły, więc moje studio nawet rano zaczyna mieć obłożenie. Mimo to, z trudem wychodzę na swoje. Gaszę światła na dole i rzucam spojrzeniem na wiszące na honorowym miejscu moje zdjęcie z finału Mam Talent.




- Piersi do przodu, plecy proste, głęboki oddech. Wchodzisz na trzy. Energicznie, mała. - nie rozróżniam, które ze słów słyszę, a które samoistnie pojawiają się w mojej głowie. Muzyka gra, światła mnie oślepiają. Posłusznie prostuję się i daję krok do przodu.
- Apolonia, tak? - głos Chylińskiej przywołuje mnie do rzeczywistości. – Jak Apolonia Chałupiec?
- Pola
– poprawiam ją, cicho. Wydaje się tego nie słyszeć.
- Powiesz nam kilka słów o sobie? – kontynuuje.
- No.. - zaczynam inteligentnie. Cała ta sytuacja mnie peszy, nigdy nie wyjeżdżałam tak daleko. - Mam szesnaście lat, przyjechałam z Zawiercia… - powoli się rozkręcam. - Nazwa nie jest przypadkowa, miasto leży za Wartą. To taka rzeka.
- Świetnie, że nam to mówisz. Co nam pokażesz Pola?


Wybiłam się znów z rytmu, oddycham głęboko.
- Taniec.. będę tańczyć..
- Erotyczny taniec?
- podśmiewa się jeden z jurorów i cmoka
- Nie, po prostu taniec. Na rurze
.



Ile to już lat? Prawie 10… Chuda, drobna, nieco spłoszoną nastolatka wyprężona na rurze, w krótkich leginsach i białym topie – mama całą noc naszywała na niego małe, srebrne gwiazdki. Błyszczały, jak entuzjazm i nadzieja w oczach tamtej dziewczyny. Dziś zastąpiła je rezygnacja i zmęczenie...

Wchodzę schodami ukrytymi za drzwiami z lewej strony sali, za biurkiem recepcjonistki, zaraz obok toalety i szatni, na pięto dimu, gdzie mieści się moje mieszkanie.

Duża, otwarta przestrzeń, wyburzyłam większość ścianek działowych , łącząc salon, sypialnię i kuchnię w jedno przestronne pomieszczenie. Zamknięta jest tylko łazienka, a właściwie spory salon kąpielowy .

Biorę prysznic, a potem z lekkim drinkiem siadam z laptopem na kanapie. Przez chwilę przewijam ulubione strony, aby w końcu zatrzymać się na lokalnych wiadomościach. Będzie to kopalnia, czy nie będzie? Ciągle nie wiadomo, ojciec wiąże z nią swoja przyszłość. Dziś kolacja…. Odstawiam szklankę na skraj stołu i zaczynam szukać komórki. Brunona nie ma, nie widzieliśmy się od niedzieli, czy pamięta? Niby jest moim narzeczonym – za takiego się w każdym razie uważa – ale to nie wpływa to jakoś znacząco na polepszenie pamięci, szczególnie w kwestii rodzinnych kolacji.

Jeden sygnał, drugi… poczta. „Hej, tu Bruno. Prawdopodobnie jestem na dziennikarskiej prowokacji … chichot.. Nagraj się, oddzwonię." Nie znoszę sekretarek a najbardziej tej kretyńskiej wiadomości, ale nie umiem go zmusić do zmiany.
Oddzwania.
- Kotku? – w głosie Brunona brzmi duma. - Właśnie zrobiłem rekordowego brejka… 147! Masz pojęcie?
No mam. Wszystkie po kolei i za każdym razem czarna.
- Dziś kolacja, pamiętasz? . – mówię. – Wpadniesz wcześniej?

***
Koło 12 przychodzi Basia, razem z Zuzią. Sprzątam właśnie boks po ostatnim podopiecznym, Max przywiózł do mnie szczeniaka, odebranego właścicielom w czasie interwencji. Psiak mieszkał u mnie kilka dni, zanim nie znalazł nowego domu. Dziś rano, zaraz po 8 przyjechała po niego nowa rodzina. Zuzia na mój widok piszczy i rzuca się mi na szyję. Podnoszę ją i sadzam sobie na biodrze.
- Nie ma pieska? – pyta.
- Nie ma, poszedł mieszkać do nowej rodziny, tam będzie mu dobrze. – mówię. Buzia dziewczynki wygina się w podkówkę, ale dzielnie sobie radzi.
- Pieski mieszkają u cioci tylko chwile, bo idą do nowej rodziny – mówi poważnie. – Mogę przyjść do ciebie do studia?
- Możesz, oczywiście, jak mamusia pozwoli
- odpowiadam, patrząc na Basię. O tej porze powinna być w swoim salonie…
- Coś się stało?
- Nie, odwołali im zajęcia, wszy czy inny SARS, miała być ze mną, ale dziś mam taki ruch, że nie wiem, w co włożyć ręce..
– śmieje się. – Popilnujesz jej?
- Nie ma sprawy, dopiero o 16 mam klientki, więc będziemy miały dla siebie mnóstwo czasu. Pójdziemy do parku, potem z wujkiem na obiad, potem do mnie do studia, poćwiczysz, będzie super!


Mała skacze i klaszcze w ręce.
- A wieczorem do babci Jaśminy? – dopytuje. – Będziemy wywoływać duchy!
- Nie żabko
- Basia śmieje się. - Wieczorem ciocia Pola przyjdzie do mnie, zrobić się na bóstwo. To dziś macie tą kolekcję z ojcem i jego nową narzeczoną?
Krzywię się lekko i kiwam głową.
- W jej barze.. bardzo ekonomicznie.
Basia wypada, a ja patrzę na Zuzię.
- To co, park?



Wychodzimy, pętamy się po Kościuszce obok torów, mała podskakuje, śmiga na hulajnodze, grzebie w ziemi, nie topi się w strumyku i nuci. Ja sprawdzam komórkę, insta, fb… nic specjalnego. Bruno nas znajduje, wita się ze mną całusem, tarmosi czuprynę małej.
- Po południu mamy nasiadówę w redakcji – tłumaczy. – Możemy spotkać się od razu na tej kolacji? Coś przynieść?
Gadamy chwilę, telefon Brunona dzwoni.
- Dobra – rzuca krótko.
- Muszę iść, kocham cię Pola – całuje mnie w policzek. - Do zobaczenia wieczorem.

- Ja też cię kocham
– zapewnia go dźwięczny, pięcioletni głosik.
- Nie rób nic głupiego! – zawołała jeszcze Pola do pleców mężczyzny, biorąc małą za rączkę.
- Wujek poszedł? – zaszczebiotała. – Nie jest głodny? Co będzie robił głupiego? Nie jest grzeczny? Ja jestem bardzo grzeczna i nigdy nie robię nic głupiego. Kiedyś ucięłam nożyczkami włosy, bo miałam za długie z boku, ale to tajemnica.. ciii… nie mów nikomu. Mama nie wie ani pani w przedszkolu. Nie powiesz? Bo wiesz… mogę mieć kłopoty, młoda damo. Masz kłopoty, młoda damo. Maaaasz kłopoty…. młoda daaaamo… iooo iooo yo - zaczęła podśpiewywać, na melodię „Old MacDonald Had A Farm”

Pola zdążyła się już nauczyć, że małej nie potrzeba wiele, żeby mieć poczucie, że jest słuchana – jakieś „świetnie żabko” albo „acha” załatwiało całą konwersację. Prowadziła więc dziewczynkę do pobliskiego baru eko - vege, mekki okolicznych matek. Co najważniejsze – był tam mały plac zabaw i zagroda z królikami, miała więc nadzieję, że spotkają inne dziewczynki z którymi Zuzia pójdzie się bawić.
- Dwa razy naleśniki, dla mnie z awokado, dla małej – z czekoladą – zamówiła. – I dwa soki pomarańczowe.
- Czekolada wegańska czy ekologiczna? –
dopytała krótko ostrzyżona dziewczyna za ladą.
- Zwykła, byle dużo – odpowiedziała Pola. – I paczka żarcia dla królików.

Po chwili Zuzia razem z innymi dziećmi karmiła puchate króliki, zajmujące zadaszony wybieg w rogu ogródka. Pola czasem zastanawiała się, czy kiedy spasą się już dostateczne są sprzedawane do innej eko nie-vegańskiej knajpy na ekologiczny pasztet.
Pola usiadła w kącie, skąd miała dobry widok na małą , króliki i plac zabaw. Wyciągnęła nogi przed siebie, przekopała workowatą torebkę i w końcu znalazła listek pastylek. Wyłuskała jedną, połknęła, popiła sokiem.

Popołudniowe zajęcia, fryzjer, kolacja…. Dochodziła 14 a ona już miała dosyć...




Kolacja dobiegła już końca. Pani Grażynka zamknęła bar "U Grażynki" i mocno trzymając pod rękę Krzysztofa zaczęła prowadzić go w stronę auta. Było to konieczne biorąc pod uwagę ilość wina które wlał w siebie podczas ostatnich dwóch godzin.
- Jeszcze raz do zobaczenia - pomachała w stronę Poli i Bruna z szerokim pełnym sympatii uśmiechem. - Miło było z wami spędzić czas.

Pola odmachała, tylko lekko się zachwiawszy. Ewidentnie nieco przedawkowała panią Grażynkę, od dzisiejszego wieczora "mów-mi - po-prostu-Grażynkę-moja-słodziutka". Niedoczekanie jej. Pani Grażynka była samą słodyczą, od pudrowej sukienki opinającej jej bujne kształty, przez potok lukrowanych słów, wylewających się z mocno uszminkowanych ust, aż po landrynkowe perfumy. Wino też było słodkie. I mocne.

Bruno czując, że jego towarzyszka zachwiała się objął ją automatycznie w pasie.
- Odwiozę cię - powiedział, co wyraźnie znaczyło, że dziś nie ma zamiaru zostać na noc.
W tym czasie pani Grażynka wpakowywała do swojego czerwonego auta jej ojca.
- Dzięki, kotek - mruknęła. - Jesteś kochany Przedawkowałam Panią Grażynkę. - zachichotała. - Dobrze się bawiłeś?
- Z panią Grażyną? Zawsze!
- odpowiedział nieco ironicznie - Moja Słodziutka - dodając do tego próbę parodii głosu pani Grażyny. Trzepnęła go w ramię. - A tak serio, spoko. A Ty? Myślisz, że ojciec… no wiesz, czy to dobrze, że kogoś ma?
Bruno trzymając ją wciąż objętą w pasie, zaczął prowadzić w stronę auta. Nie spieszył się, noc była śliczna. Bezchmurne niebo i księżyc w pełni.

- Raczej dobrze. Mężczyźni - szczególnie mężczyźni w pewnym wieku – nie potrafią sobie poradzić bez kobiety. Więc w sumie cieszę się, że kogoś sobie znalazł. Choć ta kobieta przyprawia mnie o ból zębów.
- Serio? To dobrze, że mam ciebie
- odpowiedział Bruno.
- Bardzo dobrze - pokiwała energicznie głową. - Chociaż ty nie jesteś jescze w “pewnym wieku” .

Zaraz po tym usłyszeli gdzieś w oddali bicie dzwonów. Wybiła pełna godzina. Dzwony zabiły dziewięć razy.

Pola dostrzegła, że kilka kroków od auta Bruna podparty o ścianę siedzi stary pomarszczony mężczyzna. Z daleka mogła ocenić go jako osobę bezdomną. Świadczyła o tym niezbyt schludna garderoba. Zresztą leżał przed nim kapelusz, świadczący o możliwości wspomożenia biedaka w potrzebie. Tylko miejsce i pora były nieco dziwne.

Pola była w doskonałym humorze.
Generalnie nie popierała wspomagania bezdomnych datkami (od tego była opieka społeczna, prawda?) , ale dziś alkohol w połączeniu z nagłym zakończeniem kontaktu z Panią Grażynką zrobiły swoje.
- Poczekaj – zatrzymała Bruna i zaczęła grzebać w torebce. W końcu wydobyła zmięte 20 zł.
- Miłego wieczoru – powiedziała, puszczając banknot nad kapeluszem.
- Co ty robisz? Czemu rzucasz pieniądze na ziemię? - zapytał wyraźnie zaniepokojony Bruno.
Bezdomny mężczyzna złapał wzrok Poli. Miał błękitne niczym wiosenne niebo oczy. Uśmiechnął się.
- Pola? Słyszysz co mówię? - Bruno zaczął schylać się po banknot, który leżał na (jak sobie Pola nagle zdała sprawę) ziemi.
Bezdomny zniknął.

Pola zamrugała i przytrzymała się ramienia mężczyzny.
- Chyba.. chyba za dużo tego wina - powiedziała niepewnie. - Jestem zmęczona. Chodźmy już.
Tym razem bardziej pośpiesznie Bruno zaprowadził ją prosto do auta. Milczał po drodze. W końcu ruszyli.
- Jakie plany na jutro? - zagadał w końcu.
Pola też się nie odzywała, trochę zdziwiona a trochę przestraszona swoim przewidzeniem. Coś tam chyba lekarz wspominał o nie łączeniu leków z alkoholem…
- Co kotek? - głos Bruna wyrwał ją z namysłu. - Jutro? Tak, możemy się spotkać. Na wczesny obiad, albo po 20. Jak wolisz?
- Może po dwudziestej
- odpowiedział - u Ciebie, u mnie?
- Może być u mnie, ugotuję coś dobrego… Uważaj!
- złapała Bruna za ramię.

Auto zatrzymało się na czerwonym świetle. Przez pasy przechodziła para nastolatków. Kilka kroków za nimi szła siwa staruszka. W pewnym momencie zatrzymała się by spojrzeć prosto na Pole. Miała błękitne oczy. Pomachała do niej ręką uśmiechając się przy tym. Czerwone światło za 7 sekund miało zostać zastąpione zielonym.
- O co chodzi? - Bruno spojrzał na nią.
Wskazała wzrokiem przejście.
- Ta staruszka nie zdąży…
- Jaka staruszka?
- zapytał Bruno rozglądając się. Wyglądało na to, że nie zauważył wspomnianej osoby. A już na pewno nie patrzył przed siebie. Wychylił się nawet by spojrzeć na prawo od Poli, uznając że może czegoś nie widzi z punktu na którym siedział.

Światło czerwone miało zapalić się za 3 sekundy, zaś staruszka która widziała Pola (tylko ona?) jak stała, tak stała. Z tym samym przyjaznym uśmiechem na twarzy.
- Na prawdę jej nie widzisz? - Pola zaczęła się denerwować. - Siwe włosy, niebieskie oczy… - spojrzała znów, żeby przyjrzeć się detalom stroju staruszki.
- Eeeee? - chłopak uniósł wysoko brwi. Był szczerze zdziwiony. - Daj sobie spokój z takimi żartami - oznajmił.

Zielone światło w końcu się pojawiło. Auto ruszyło wprost na staruszkę. Nie doszło jednak do żadnego wypadku. Staruszka rozpłynęła się w powietrzu nim maska auta zdążyła ją dotknąć.

Pola ze świstem wciągnęła powietrze.
- Kurwa - powiedziała tylko. - Widzę jakieś pieprzone duchy.
Bruno zaśmiał się niczym na dobry dowcip. Spojrzał na nią przelotnie, mimo że nadal prowadził auto.
- Co za bzdury. Widziałaś się ostatnio z tą swoją ciotką? Jak jej na imię? Jaśmina? Pewnie naopowiadała ci pierdół - oznajmił sucho.
- A może po prostu - Pola odzyskała dobry humor - mam jej zdolności? Może to u nas rodzinne? - zaśmiała się. - Widzę umarłych. Wiesz, co to oznacza? Że jak będziesz dla mnie niemiły, to po śmierci będę cię nawiedzać.
- Ha. Ha. Ha.
- chłopak udał, że się śmieje - nie wierzę w duchy. A ty serio w to wierzysz?
- Wierzę w nieśmiertelną duszę
- powiedziała poważnie. - A co, jeśli taka dusza z jakiegoś powodu stąd nie odejdzie?
- Aha… obejrzyj sobie dziś Uwierz w Ducha
- chłopak mruknął do niej jednym okiem. Nie był przekonany do jej słów i nadal mówił żartując. - No, już jesteśmy - dodał jeszcze, gdyż z daleka widać było już osiedle na którym mieszkała Pola. - To jutro kolacja - próbował zmienić temat.
- Ok. Dzięki, że dziś wytrwałeś, doceniam.
Mężczyzna zaśmiała się na te słowa
- Polecam się na przyszłość - odpowiedziała. Zatrzymał auto nieopodal drogi prowadzącej do domu Poli. Pochylił się w jej kierunku wyraźnie z zamiarem ucałowania jej na "do widzenia".

Pola uniosła twarz i podała usta do pocałunku. Mężczyzna cmoknął ją tylko. Nawet nie przejęła się tym nagłym ochłodzeniem relacji - jej myśli były zajęte czymś innym.
- To do jutra - powiedział. Dodał do tego uśmiech.
- Pa.


Po chwili otwierała już drzwi do swojego mieszkania.
Przygotowywała się do snu a wydarzenia z wieczora tłukły się jej po głowie. Nie zdarzały się jej halucynacje – bo chyba tak należałoby to nazwać. Jaśmina (zawsze nalegała, aby nie używać słowa „babcia”, które, ja twierdziła, mocno ja postarza) twierdziła, ze widzi duchy i że potrafi się z nimi porozumiewać. Pola nie do końca w to wierzyła, Choć – i tu nie miała wątpliwości – jako wierząca osoba była przekonana o istnieniu nieśmiertelnej duszy. A może to jednak leki i alkohol?

Wyciągnęła się na łóżku i próbowała oglądać „Uwierz w ducha” na tablecie.
Dokładnie pamiętała swoją ostatnią myśl przed zaśnięciem: „Matko, jak ta Demi Moore była kiedyś młoda”
 
__________________
A poza tym sądzę, że Reputację należy przywrócić.
kanna jest offline  
Stary 15-02-2020, 13:04   #6
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Warszawa, 20.03.2019, środa



Ciszę śpiącego mieszkania wypełniły odgłosy ćwierkających ptaków. Początkowo były ledwie słyszalne, jakby zwierzęta nie chciały naruszać spokoju zalegającego w sypialni. Ich głos narastał.

Artur obrócił się na drugi bok i wcisnął przycisk budzika stojącego na szafce po lewej stronie łóżka. Pokazywał godzinę 7:00. Z westchnięciem zsunął nogi z podwójnego łóżka i przeciągnął się. Podszedł do drzwi balkonowych. Zdecydowanym ruchem rozsunął zasłony wpuszczając do środka promienie słoneczne spływające z błękitnego nieba z rzadka poprzecinanego cirrusami. Widok z okna daleki był od jego marzeń. Poza barierką tarasu wyłożonego sztuczną trawą nie znajdował się las, jezioro, góry ani nawet park. Zobaczył tam bloki, ulicę, samochody i ludzi.
Przeciągnął się jeszcze raz, po czym odwrócił się, wyminął łoże małżeńskie jeszcze niedawno zajmowane przez jego rodziców. Uśmiechnął się widząc sposób, w jaki dzienna gwiazda sprawiała, że pomieszczenie zdawało się świecić własnym światłem. Ciepłe, olchowe panele podłogowe, meble i drzwi, ściany w barwach świeżej, soczystej zieleni młodej trawy oraz kanarkowo-słonecznej żółci.




Wszedł do łazienki w całości wyłożonej przytulnym drewnem. Na wolnych miejscach na ścianie wisiały ramki, za których szkłem kryła się lniana podkładka z kompozycjami suszonych ziół oraz opisem krótkim ich opisem zawierającym łacińskie nazwy, występowanie i zastosowanie zielarskie.

Przy umywalce nałożył ekologiczną pastę na bambusową szczoteczkę i stuknął palcem w dolny róg lustra. Na całej powierzchni pojawił się ekran powitalny, który niemal natychmiast przedstawił podstawowe informacje. Godzina 7:03. Aktualne dane pogodowe z urządzenia znajdującego się na tarasie wskazywały temperaturę 0 stopni Celcjusza, 273,15 stopni Kelvina i 32 stopnie Fehrenheita. Temperatura odczuwalna pokrywała się z obiektywną. Wiał wiatr zachodni o prędkości 6 km/h. Wartość wszelkich opadów utrzymywała się na stabilnym poziomie 0,0 mm. Wilgotność powietrza 93%, zachmurzenie na poziomie 8%. Tuż obok zbiorczych, empirycznych danych znajdowały się wykresy prognostyczne Uniwersytetu Warszawskiego. Nie lubił telewizyjnych prognoz. Nie lubił telewizji wraz z całą propagandą sączącą się z niej do umysłów nieświadomych obywateli niezależnie od wybranej stacji będącej jednocześnie deklaracją stronnictwa politycznego. Już sam ten fakt był mentalnym odpowiednikiem alarmu nuklearnego wyjącym ze wszystkich głośników w wyrazie panicznego ostrzeżenia przed stronniczością i tendencyjnością równoznacznymi z brakiem obiektywizmu. Nie miał zamiaru chłonąć tej papki nie mającej nawet sił udawania pseudointelektualizmu, zmieniającej ludzi w klaszczące małpy straszniejsze niż ich odpowiednik z talerzami z horroru “The Devil’s Gift” z 1984 roku.

Machinalnie czyszcząc zęby stuknął w odtwarzacz muzyki i z długiej listy wybrał jeden z utworów, który miał odciągnąć jego myśli od smutnej rzeczywistości światowych społeczności.




Eurythmics wylało się z głośników podsufitowych w łazience oraz sypialni. Wypłukał usta oraz szczoteczkę i krytycznie przyjrzał się własnej twarzy. Obrócił ją w lewo, w prawo zastanawiając się nad przycięciem brody. W końcu miał dziś wideokonferencję z centralą w Amsterdamie. Dawno nieużywany trymer leżał w szafce za lustrem. Umył twarz, wytarł ją, a następnie wydobył z niej grzebień. Uczesał włosy oraz brodę. Nie chciało mu się. Ponownie obejrzał się, po czym stwierdził, że lepiej już i tak nie będzie. Taki dostał wygląd. Nie mógł nic na to poradzić oprócz operacji plastycznej. Niezdrowej, co całkowicie zamykało tą drogę. Odwrócił się tyłem do wanny z kabiną prysznicową. Wrócił do sypialni, odsunął harmonijkowe drzwi garderoby. Muzyka zmieniła się. Tym razem Enya wykonywała “Caribbean Blue”.

Garnitury znajdowały się po prawej stronie. Czarny, ciemnografitowy, grafitowy, szary, jasnoszary, beżowy, biały. Cmoknął cicho.

Będzie klasycznie. Ciemnografitowy, biała koszula, czarny krawat, srebrne spinki do mankietów z czarnym pasem, biała poszetka złożona w kwadrat, czarne, sznurowane pantofle i czarne skarpety. Lubił klasyczną elegancję dżentelmenów. Dlatego nie miał w domu ani jednej pary skarpetek z pizzami, Myszkami Miki, jelonkami czy palmami w pełnej gamie kolorystycznej od jaskrawej żółci przez seledyn po wściekły róż. Klasyka. Pełne spektrum od czerni do bieli z okazjonalną odskocznią w kierunku granatu lub beżu. Różne Maje Sablewskie oraz inni styliści, jak Julia, z całą pewnością nazwałyby jego szafę nudną. Ale jemu się podobała. Obok garniturów wisiały czarny płaszcz z kołnierzem długi do połowy łydek, ciemnografitowy z podpinką na suwak wyposażoną w stójkę szczelnie otulającą szyję oraz kaptur. Kończył się tuż przed kolanami. Ostatni był podobnej długości, utrzymany w stylu podobnym do pierwszego. Nad nimi na półce fedory i trilby. W rogu garderoby stały laski.
Leonard Cohen odmierzał czas poprzez “Dance me to the end of love”, które przeszło w “You want it darker”. Artur był podszedł do łóżka, aby je zasłać słuchając spokojnie głębokiego głosu wibrującego między ciemnymi nutami. Kiedy ostatnia ucichła dotknął palcem panelu wyłączającego system. Podszedł do szafy z suwanymi drzwiami, przy której znajdowało się wyjście z sypialni i wkroczył na korytarz o gładkich, białych ścianach ozdobionych pejzażami. Po jego prawej stronie znajdowały się kolejne drzwi, które będzie musiał przekroczyć już za kilkanaście minut, by rozpocząć pracę. Najpierw jednak skręcił w lewo przechodząc obok biblioteczki po prawej. Minął spiżarnię z lewej w chwilę później wchodząc do miejsca, gdzie korytarz płynnie przechodził w przedpokój po lewej stronie oraz obszerny salon zajmujący całe pomieszczenie przed i na prawo od Artura. Przestrzeń mogłaby być jeszcze większa, gdyby zdecydował się na usunięcie niewielkiej toalety z wejściem od strony przedpokoju. Przypominała ona mały prostopadłościan niedosięgający do zewnętrznej ściany mieszkania, za którą znajdował się drugi taras. W powstałą lukę wciśnięty był stół mieszczący osiem osób, gdy był złożony. Pozostała, większa część salonu łączyła się z kuchnią - jednym z pierwszych celów tego ranka.

Owsianka była codzienną podstawą, na której budował pozostałą część dnia, a także nieodłączną częścią codziennej rutyny. Usiadł w fotelu przy stoliku kawowym, na którym kawa nie stała od tak dawna, że hartowane szkło blatu zdążyło zapomnieć jak ten napój wygląda.

Jadł spokojnie, bez pośpiechu, ale mimo wszystko miska szybko zaświeciła pustką. Mechanicznym ruchem umył ją, odłożył na suszarkę i wrócił do korytarza. Oto czas rozpoczęcia pracy. Przeszedł przez drzwi znajdujące się na jego końcu. Pokój pracy był niegdyś gabinetem matki. Artur niewiele w nim zmienił. Wejście do pokoju znajdowało się w jego rogu. Na przeciwległej ścianie przy dalszym rogu znajdowało się drugie wyjście na taras. Na ścianie po prawej stronie Artur zainstalował pojedynczą, czarną konstrukcję zawierającą drążek do podciągania, poręcze do pompek, uchwyty do wznosów nóg oraz hak na worek. Niecały metr dalej na podwójnym haku wisiała kamizelka i pas wraz z linami przystosowane do przyczepienia obciążników leżących na podłodze pod nimi. Artur jeszcze nigdy ich nie użył. Nie był aż tak bardzo zaawansowany. Zaletą kalisteniki była minimalna ilość sprzętu oraz przestrzeni.
Reszta pomieszczenia wyglądała identycznie. Jasnoszary, puchaty dywan kontrastował z ciepłem olchowych paneli. Stało na nim pokaźnej wielkości biurko obrócone bokiem do okna. Niespełna metr za skórzanym fotelem obrotowym całą ścianę zajmowała szafa na dokumenty wszelkiego rodzaju. Były tam nawet akty urodzenia, chrztu czy ślubu wszystkich członków rodziny. W większości odpisy notarialne. Matka musiała mieć wszystkie sprawy formalne pod kontrolą. Artur dorzucił swoje szkolenia w wersji papierowej czy drukowane wersje przepisów regulujących bankowość.

Usiadł i włączył każdy z trzech monitorów. Otworzył jedną z szuflad, z której wydobył służbowy komputer, który umieścił w stacji dokującej. Bez chwili zwłoki zalogował się, włączył kamerę, założył słuchawki i wybrał połączenie. Na jednym z ekranów pojawiła się twarz Pawła Kwiatkowskiego. Na innym drugim otworzył dyrektywę Unijną, zaś na ostatnim, środkowym, zbudowany przez nich model.

- Mamy Archera! - ogłosił przyjaciel Artura.

- Ano jestem. Przeglądałem model, wykonałem kilka testów i dostałem czerwone światła w PSI. Już wam to wysyłam - poinformował natychmiast Rozbicki logując się do klienta pocztowego.

- Ale… przecież nam się portfel poprawił, więc można się spodziewać dużych przekroczeń - zauważył jego szef, Grzegorz Drozdowski.

- Niby tak. To rzeczywiście kontrowersyjny temat, ale jaką będziemy mieć moc prognostyczną w takim wypadku?

- Grzesiu, muszę się tu zgodzić z Archerem. Wywaliło powyżej 20%. Walidacja nas zeżre... - powiedział bardzo wolno Kwiatu poprawiając okulary, gdy przyglądał się wynikom przeprowadzonego testu.




Telefon Artura leżący na blacie rozbłysł nagle. Karolina Mierzejewska. Czego mogła od niego chcieć siostrzyczka? Ostatnim razem rozmawiali na Wigilii w 2018r. Nie oznaczało to, że mieli złe kontakty, przeciwnie. Tak po prostu wychodziło, że każde z nich zajmowało się swoją robotą. Niegdyś Artur znacznie częściej odwiedzał swoich bliskich. Połączenie zostało przerwane. “Masz 1 nieodebrane połączenie” - informował smartphone.

- Ok, ok - przerwał jeden z mężczyzn siedzących przy stole konferencyjnym. Jego łysa głowa zwrócona była wprost na obiektyw kamery w Amsterdamie. Ekran rozbłysł ponownie. Znów Karolina. Odrzucił połączenie wybierając jedną z wiadomości, jaką zaproponowała aplikacja: “Jestem na spotkaniu. Oddzwonię.” Zmyślne te systemy.

- How about GINI value? - dopytał, zaś Paweł uśmiechnął się lekko.

- About 65%.

- Why isn’t it above 70%? - pytał Holender.

- When I see GINI above 70% I am starting to be afraid that model overfits to our data - zripostował natychmiast Artur.

“Ok.” Karolina nie wysiliła się za bardzo.




- Cześć. Przepraszam, byłem na spotkaniu. W czym mogę ci pomóc, siostrzyczko?

Mikrofala zapiszczała oznajmiając gotowość obiadu. Tego dnia miał spaghetti w sosie pomidorowym z ziołami prowansalskimi. Dodał kilka świeżych liści oregano rosnącego pod oknem. Złapał widelec i zasiadł na kanapie naprzeciwko telewizora. Tam czekała na niego twarz Karoliny siedzącej przy komputerze ze słuchawkami na głowie. Poprawka, jedną słuchawką.

- Zadzwoń do Julii - powiedziała wprost pisząc coś na komputerze. Najprawdopodobniej mail do jednej z firm współpracujących.

- Po co? Widzieliśmy się przecież na Wigilii. Coś się stało? - zapytał ostrożnie z wyraźną niechęcią. Nawinął pierwszą porcję spaghetti na widelec. Przerwała nagle i spojrzała ostro w kamerę.

- Słuchaj, Artek, nie wiem o co się pocięliśie i gówno mnie to interesuje. Ona teraz potrzebuje pomocy. Oczywiście tego nie powie. Wiesz jaka jest. “Życie jest po to, żeby się bawić, nie nudź, wskakuj na parkiet!” i tego typu farmazony. Ona się gubi, Artek. Tylko patrzeć jak wejdzie w dragi.

Arturowi odechciało się jeść.
- Nie wejdzie.

- Skąd wiesz?

- Karolina, wiem. Znam trochę swoją siostrę.

- Właśnie. O tym mówię. Skorzystaj z tego waszego połączenia między mózgami. Może nie zacznie ćpać, ale alkoholizm to jej grozi dość poważnie. Nie dam ci jej zmarnować przez jakieś głupie kłótnie. Masz do niej zadzwonić.

- Spotkamy się na weselu, to z nią pogadam. A jeśli chcesz powiedzieć, że będę ryzykował jej zdrowiem przez trochę… słabą relację, to lepiej przemyśl to dwa razy zanim coś takiego powiesz. Albo pięć - odparował Artur z irytacją pobrzmiewającą w głosie. Karolina westchnęła lekko zrezygnowana.

- Artek, sorry, ale nie kumasz. Nie chcę powiedzieć, że będziesz stał obojętnie. Chcę powiedzieć, że przez tą waszą kosę czy co to tam jest, możesz zareagować za późno. A moment na reakcję jest teraz.

Tym razem westchnięcie wydostało się z ust Artura.
- Niby dlaczego akurat teraz?

- Bo Czarek coraz bardziej chce ją wypierdolić z mieszkania. Ona musi wrócić do domu, a nie do jakiegoś swojego “kolegi”, co da jej dach nad głową za cenę pieprzenia się kiedy tylko tego zapragnie. Sorry, ale taka jest prawda. Jest spłukana i ma nóż na gardle. Sama do ciebie nie przyjdzie, a może pójść tylko do mnie i do ciebie.

Julia nie była najlepszym przykładem dla dzieci. Była śliczna, charyzmatyczna i miała zbyt lekkie podejście do życia. Słabe warunki. Do Łukasza też nie pojedzie, bo ciężarnej Danieli ostatnie czego trzeba, to stres. Karolina i Janek często wyjeżdżali. Nie chodziło o to, że Julia zdemoluje mieszkanie. Bardziej o to, że nie zmieni to jej położenia względem ostatniej chwili. Ot zmieni miejsce zamieszkania. A jej rzeczywiście mogła być potrzebna pomoc.
- Czyli tylko do mnie. Zobaczę. Albo zadzwonię do niej, albo pogadam z nią na weselu.

Karolina sapnęła i z hukiem opuściła ręce na blat.
- Czy ty mnie słu…?

- Siostra! Też mam swoje życie i zajęcia. Nie rzucę wszystkiego, a to będzie długi temat. Do niedzieli Czarek jej nie wywali, a jeśli cię to uspokoi, to napiszę do niego smsa, żeby już jej nie cisnął, bo chcę ją przejąć od poniedziałku. Może od niedzieli. Przez cztery dni nic jej się nie stanie. Ale na wszelki wypadek zadzwonię do niej najszybciej jak się da.

Był to klasyczny bullshit. Ale dobry bullshit. Nie miał niczego pilnego. Po prostu chciał odwlec ten moment, a jednocześnie nie mógł się doczekać rozmowy z Julią. Gorzej. Wiedział, że im więcej czasu minie, tym szybciej będzie chciał się z nią pogadać. Tym jednak zajmie się później.
- Pasuje? - zapytał.

- Nie. Ale jest wystarczające. Jedz, bo ci wystygnie.

- Już wystygło - uśmiechnął się do Karoliny.
- Nie jęcz i jedz. Zaraz chyba wracasz do pracy.

Zgodnie z poleceniem wepchnął do ust kęs obiadu.
- Nie inaczej. Najwyżej zjem przy komputerze.

- Podobno to niezdrowo.

- Bo niezdrowo. To ten sam mechanizm, co z talerzami tylko przesunięty do skrajności. Jak dostaniesz tą samą porcję na dużym i małym talerzu, to będziesz się czuła bardziej syta zjadając z mniejszego. Taki mindtrick. Jeśli przy okazji piszesz, oglądasz lub robisz jakąś inną pierdołę, to mózg dostaje mindfucka. Raz, że nie wie ile zjadł, więc będziesz czuła się mniej najedzona większą porcją. Dwa, że dotrze to do mózgu z opóźnieniem, więc zdążysz zjeść więcej zanim zrozumiesz, że jesteś najedzona. No i jest jeszcze trzecia strona. Nie gryziesz tak dokładnie, przez co większa część… większa niż jedząc normalnie… większa część trawienia odbywa się w żołądku. To jest cały wór cegieł do otyłości. Jeśli się skupiasz na jedzeniu, wyczuwasz nowe smaki, połączenia smakowe. Wtedy jesz nie po to, żeby się nażreć, ale żeby smakować - wpakował sobie kolejny widelec makaronu do ust, zaś Karolina uśmiechnęła się szeroko.

- Dobra, dobra. Nie mądrz się tylko smakuj. Wpadniesz do nas w tym tygodniu?

- Hmmm… No… może. Nie wiem czy znajdę chwilę, ale jakby coś, to będe dzwonił. Ale nie obiecuję.

Musiał podtrzymać swoje kłamstwo. Jeśli znalazłby czas na wizytę, to czemu nie miałby jej dla Julii? Ale gdyby się złamał i zadzwonił, to wtedy bardzo chętnie odwiedziłby siostrę.
- Tylko zadzwoń wcześniej, to się obrobię z robotą wcześniej i będziemy mogli posiedzieć.

- Jasna sprawa!

- No, to czekam na info. Jesteśmy w kontakcie. Trzymaj się!

- Do usłyszenia!




Usiadł w fotelu naprzeciwko okna. Do wnętrza wpadały promienie światła słonecznego odbitego od powierzchni Srebrnego Globu. Zaświecił światło w tej ćwiartce biblioteki i otworzył książkę. Gruby tom “Peanathemy” Neala Stephensona leżał mu na kolanach, ale zanim go otworzył oparł wygodnie plecy i głowę. Siedział w bezruchu z rękami na podłokietnikach. Oczy miał zamknięte.

Ten dzień był aktywny. Na Jagiellońskiej nieopodal starego FSO deweloper wznosił nowy blok. Musiał tam pojechać, żeby obejrzeć postępy. Budynek stał, okna były wstawione. Trwały prace wewnątrz, choć do ich zakończenia pozostało jeszcze sporo czasu. Pomimo pensji tej wysokości i tak musiał wziąć kredyt. Nie dlatego, że nie było go stać na zakup mieszkania za gotówkę, przeciwnie. Jego podejście do pieniędzy umożliwiało mu to bez najmniejszych problemów. Cały kłopot polegał na tym, iż wtedy pozbyłby się prawie całego zakumulowanego kapitału. Co jeśli któreś z rodziców zachoruje i będzie potrzebowało drogiego leczenia? Co jeśli wydarzy się jakaś tragedia i którykolwiek członek rodziny straci dobytek życia włącznie z mieszkaniem? Odkują się, tego był pewien, ale wtedy nie miałby jak ich poratować w okresie przejściowym. Oprócz ściągnięcia ich do domu na Angorską. Kapitał był zawsze najbardziej wartościową częścią kredytu w bankowości. Każdy chce mieć kapitał. Musiał go mieć na nieprzewidziane sytuacje awaryjne.

Zdawał sobie także sprawy z nietrwałości elektronicznego pieniądza. Nierozsądnym było lokowanie kapitału tylko w pieniądz elektroniczny. Dlatego dywersyfikował oszczędności. Mieszkanie przy Jagiellońskiej, planował zakup sporej połaci ziemi pod Warszawą. A co w przypadku wojny, skażenia biologicznego lub innej katastrofy nuklearnobioelektrycznej? Złoto i inne kosztowności. Oczywiście oprócz przygotowania się do przeżycia w postaci ekwipunku, który gromadził od jakiegoś czasu oraz całkowitego uniezależnienia od innych ludzi. Susze spowodowane globalnym ociepleniem, tworzenie z Wisły wodostrady do Morza Bałtyckiego, co jest jedną z bardziej “genialnych” idei. Podstawą było zabezpieczyć się na miesiąc do dwóch. Wtedy największe zawieruchy powinny już przejść i można wyjść ze swojej nory, by sprawdzić czy ludziom udało się przywrócić stary porządek. A jeśli nie, to dowiedzieć się jak wygląda nowy i jak można się w niego wpasować. Dlatego na liście jego zakupów były solidne duże ilości alkoholu i papierosów jako potencjalnej waluty. Musiał też postarać się o pozwolenie na broń. Z łuku już uczy się strzelać. Nawet kupił sobie porządny, bloczkowy. Strzały są wielokrotnego użytku, broń nie jest traktowana jako broń przez prawo polskie, więc nie potrzebował na nią pozwolenia. Co innego kusza czy kamizelka kuloodporna, co było dla Artura mocno poronione. Przydałby się schron. Można by było taki wznieść samodzielnie. Stworzyć generator prądu elektrycznego z dynamo…
Nagle otworzył oczy. Spojrzał na zegarek. Zniknęła godzina. Musiał przysnąć nawet nie wiadomo kiedy, ale nie chciało mu się wstawać. Jeśli znowu się zdrzemnie, nic nie szkodzi. Odłożył książkę na stolik obok, żeby przypadkowo jej nie zniszczyć.

Jutro będzie musiał poszukać prezentu dla Łukasza. Koniecznie z odbiorem osobistym, bo do piątku nie zdążą go dostarczyć. Pewnie coś z militariów. Może multitoola. Takiego porządnego. Może Leathermana. To niezniszczalne narzędzia wielofunkcyjne. Tylko wtedy co dla Danieli? To był problem. Może jednak Leatherman nie był dobrym pomysłem. Komplet garnków? Absurd. Nienawidził robić prezentów, bo nie umiał trafić w potrzeby. W najgorszym wypadku wciśnie im ze dwa tysiące do koperty. Pieniądze zawsze się przydadzą. Problem w tym, że nie był zwolennikiem dawania pieniędzy. Lubił dać coś od serca. To była prawdziwa wartość przedmiotu, niewyrażona w żadnej walucie. To było to, co się liczyło w rzeczywistości. Staranie, praca… Nie dziś. Nie miał do tego głowy.

No i jeszcze spotkanie z Izabelą, dawną znajomą ze studiów, choć nie z roku ani nawet kierunku. Studiowała… coś… nie pamiętał co. Chyba języki. Widywali się na korytarzu, chwilę gadali i szli w swoją stronę. Do chwili w której wyjechała z Polski i kontakt się urwał. Prawie. Nigdy nie była to silna znajomość i wciąż nie jest. A jednak zadzwoniła. Zaproponowała herbatę niedaleko jego miejsca pracy, a zatem również nieopodal Centrum Nauki Kopernik. Pewnie, mógł się z nią zobaczyć. Tego dnia pokaże się w biurze. Uśmiechnął się na samą myśl o minach kolegów, gdy niespodziewanie zobaczą go przy jego biurku. Spod na wpół przymkniętych powiek spojrzał na świecący jasno Księżyc. Była to ostatnia widok przed odpłynięciem.

Zegary w mieszkaniu pokazały godzinę 21:00.
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.

Ostatnio edytowane przez Alaron Elessedil : 03-03-2020 o 14:30.
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 21-02-2020, 19:31   #7
 
Grave Witch's Avatar
 

Dźwięk budzika, z początku cichy, narastał stopniowo wypełniając sypialnię dźwiękami pianina. Był to jeden z tych budzików, które pozwalają na download ulubionej melodii i właśnie odtwarzał Unforgiven, zespołu Metallica. Właścicielka budzika zdecydowanie niechętnym ruchem ręki zmusiła go do tego by zaprzestał. Towarzyszyło temu ciche “klik”. Niestety, było już za późno. Nieludzko szybki, czarny pocisk wystrzelił zza na wpół otwartych drzwi prowadzących do garderoby i z impetem wylądował na łóżku. Impet ten nie był co prawda zbyt wielki, bowiem i pocisk nie należał do tych o dużych gabarytach, zaraz jednak rozpoczęło się jego powolne, uciążliwe i nie dające się zignorować rozbrajanie. Raz po raz, ciało leżącej pod pościelą kobiety było atakowane. Z początku te ataki były delikatne, szybko jednak przemieniły się w serię poczwórnych, wzmocnionych ciężarem samego pocisku, uderzeń.
- Już, już, wstaję - poddała się w końcu, bo i nie istniało inne wyjście z tej sytuacji. W nagrodę otrzymała pełne wyrzutu “miauu”. No tak, zapewne z miski wyjrzało dno, a to wszak było niedopuszczalnym zaniedbaniem wymagającym zastosowania odpowiedniej kary. Cielesnej lub dźwiękowej, ewentualnie psychologicznej w postaci pary złotych oczu spoglądających na człowieka z wyrzutem rzędu tego, jaki się należy osobie, która zostawiła małe dziecko na śmierć głodową. Lub większego, bo mniej więcej taka skala była tu stosowana.

Nie było wyjścia, trzeba było wstać. Niechętnie, bo niechętnie Izabela podniosła się z łóżka, przetarła dłonią twarz i odrzuciła kołdrę. Basti okazała swą łaskę i zaczekała na nią aż kobieta wstanie i ruszy w stronę drzwi prowadzących na korytarz, a następnie do kuchni. Psik także już był na nogach.
- Wiem, wiem, zaraz się wami zajmę - obiecała, nastawiając czajnik i wyciągając kubek z szafki, a następnie sięgając po puszkę kociej karmy. Jakieś priorytety należało mieć.

Popijając herbatę spoglądała w okno, widząc głównie odbicie własne i mieszkania, przetykane światłami miasta. Był kwadrans po godzinie piątej rano i Warszawa wciąż spała, a przynajmniej w większości. Cisza tej pory dnia była przyjemna, chociaż Izabela nie mogła się nią cieszyć zbyt długo. Przynajmniej stojąc w ciepłym wnętrzu mieszkania. Psik już czekał, trzymając w pysku smycz. Nie było wyjścia, trzeba się było pospiesznie ubrać i wyjść by zadośćuczynić rytuałowi, jaki każdy posiadać psa musiał się oddawać o tej, dla wielu nie boskiej godzinie.
Spacer był krótki. Nie mogła sobie pozwolić na zbyt długi, poza tym było zimno. Po powrocie nastawiła mechanizm automatycznego wydawania jedzenia, by wydzielił odpowiednią ilość suchej karmy za dokładnie kwadrans. W tym czasie ponownie się rozebrała i wzięła prysznic, szykując się do stawienia czoła kolejnemu dniu. Była środa, dwudziesty marca. Nie miała na ten dzień zaplanowane zbyt wiele. O jedenastej była umówiona na wizytę u dentysty, godzinę później u weterynarza na rutynowe szczepienie obu zwierzaków. O czternastej miała przyjść pani Majewska na kolejną sesję Reiki. O szesnastej z kolei rozpoczynała się jej zmiana w Asy, która to zmiana miała trwać do dwudziestej pierwszej.
Po prysznicu zrobiła sobie śniadanie i przez kolejne pół godziny korzystała z okazji by nieco nadrobić czytanie. Na początku tygodnia rozpoczęła “Anatomię Zbrodni” i książka ta coraz bardziej ją wciągała przez co Izabela wykorzystywała każdą wolną chwilę by oddać się swojej pasji. Pół godziny zmieniło się jednak w godzinę i zapewne upływ czasu byłby kontynuowany bez kontroli gdyby nie Bastii. No tak, nie dało się długo ignorować czarnej bestii, którą jak nic zesłały na nią siły piekielne. Chwilę zabawy i kolejne dwa zadrapania później Izabela uznała, że pora na pozyskanie sił na ów dzień. Nie żeby jej ich brakowało ale gdyby nie poświęciła czasu na połączenie się z energią, później czułaby ów brak w sposób, w który osoba codziennie pijąca kawę odczuwała jej brak.
Włączyła dyfuzor, uprzednio napełniając go wodą i czterema kroplami olejku eukaliptusowego i miętowego. Czuła lekkie drapanie w gardle i wolała się zabezpieczyć. Z głośników popłynęła łagodna muzyka wydobyta z mis dźwiękowych. Proces samoulecznia mógł się rozpocząć.

U dentysty spędziła jedynie kwadrans. Miała to być tylko wizyta w celu rutynowego sprawdzenia stanu zębów i nie wymagała poświęcenia na nią więcej niż kwadransa. Do domu dotarła na pół godziny przed wizytą u weterynarza, więc miała dość czasu by na spokojnie załadować Bastii do nosidełka. Niezwykle pomocna w tym celu była garść jej ulubionego przysmaku serowego. Obeszło się też bez zadrapań, prychania oraz iście piekielnych dźwięków. Miła odmiana, musiała przyznać.

Weterynarz, a później spacer. Wróciła z wystarczającym zapasem czasu by móc zadzwonić do Artura i umówić się na jutro, na spotkanie w herbaciarni w pobliżu jego pracy. Ochota na takowe naszła ją w trakcie sesji z Reiki, a wiedziała już z doświadczenia, że tego typu impulsów należało słuchać. Może potrzebował z kimś porozmawiać, a może to jej potrzebna była taka właśnie rozmowa. Jakby nie było, spotkanie miało mieć miejsce kwadrans po tym, jak Rozbicki skończy pracę.

Pani Majewska, co nie było dla Izabeli wielkim zaskoczeniem, spóźniła się na spotkanie. Na szczęście tym razem zadzwoniła. Była to niezwykle kochana kobieta, która jednak borykała się z poważnymi problemami zdrowotnymi i nie tylko. Wykryty u niej rak płuc nie poddawał się żadnemu leczeniu jakiemu poddawali ją lekarze. Do tego jej najmłodsza córka, mająca jedynie osiemnaście lat, niedawno wylądowała w szpitalu po poważnym wypadku samochodowym. Rokowania były takie, że nigdy już nie odzyska władzy w nogach. Pani Majewska nalegała na to by Izabela zajęła się także nią, jednak póki dziewczyna przebywałą w szpitalu, nie było to możliwe. Lekarze zwyczajnie odmawiali zgody na nieortodoksyjne leczenie na terenie ich oddziału. Było to nastawienie, z którym Izabela nie raz już musiała walczyć co nie znaczyło, że się poddawała.

Jakimś cudem, gdy już pożegnałą panią Majewska i przygotowała sobie lekki obiad, okazało się że zostało jej pół godziny do chwili, w której powinna rozpocząć zajęcia z jogi. Szybko przygotowała się do pracy, poprawiła makijaż, sprawdziła czy podajniki karmy są odpowiednio ustawione i działają, po czym niemal wybiegła z mieszkania. Nie na tyle chaotycznie jednak, żeby nie sprawdzić czy na pewno je za sobą zamknęła. Był to nawyk nabyty jeszcze w Londynie. Niekiedy zdarzało się jej wracać aż z parteru byle tylko jeszcze raz nacisnąć klamkę i przekonać się że tak, na pewno drzwi są zamknięte.

Asy studio, jak zresztą miało to miejsce niemal zawsze, przywitało ją wonią olejków do masażu i łagodną, relaksującą atmosferą. Uwielbiała to miejsce i uwielbiała swoją pracę. Miała okazję spotkać tu ludzi, którzy myśleli jak ona, którzy podzielali jej spojrzenie na świat. Zdrowie własne i zdrowie planety było tu czymś świętym. Za drzwiami zostawiało się problemy, z którymi każdy borykał się na co dzień i wkraczało do oazy spokoju. Uczucie ulgi było niemal fizyczne. Przynajmniej Izabela tak to dostrzegała. Oczywiście, nie było to coś, co każdy był w stanie doświadczyć czy chociaż dostrzec. Ludzie przychodzili tu by przez chwilę pozwolić swoim ciałom i umysłom ochłonąć, jednak nie każdy był w stanie osiągnąć ów stan. Niektórzy nawet w trakcie sesji masażu nie byli w stanie odłożyć na bok telefonu. Raz nawet padło pytanie od klientki czy może korzystać z laptopa w trakcie zabiegu. Tak, nigdy nie można było być pewnym tego, z czym przyjdzie się zetknąć. Był to jeden z tych powodów, dla którego Izabela nie traktowała swojej pracy jak pracę, a bardziej jak sposób na spędzenie wieczoru. Było to hobby, jej styl życia. I tak, wiedziała że ma szczęście bo odnalazła swoje powołanie i mogła się z niego utrzymać, mogła żyć życiem, które sprawiało jej radość. Gdyby potrafiła, obdarowałaby tym darem każdego. Niestety, jedyne co była w stanie zrobić to ofiarować godzinę czy półtorej spokoju, relaksu i odprężenia.


O dwudziestej pierwszej nadal nie była gotowa do wyjścia, mimo iż jej zmiana dobiegła końca. Zawsze tak było. Jeszcze minuta, jeszcze dwie, a w końcu pięć, dziesięć itd. W takich chwilach przydawała się znajomość z Iloną, która miałą zapasowe klucze do jej mieszkania i mogła wyprowadzić Psika na spacer. Tym jednak razem Izabela nie zadzwoniła do sąsiadki. Istniała spora szansa na to, że się jej uda dotrzeć do domu przed dziesiątą, a do tego czasu jej kochane zwierze powinno wytrzymać.

- Jutro przychodzisz tylko na trzy godziny? - zapytała Ela, skupiając na sobie uwagę Izabeli, którą na chwil kilka odciągnął widok wspaniałego księżyca w pełni. Gdzieś także odezwały się dzwony, wybijające godzinę dziewiątą. Trochę się zdziwiła bo nie pamiętała by kiedykolwiek wcześniej je słyszała ale też szybko uznała, że mogła zwyczajnie nie zwrócić uwagi. Kwestia zaś była na tyle małej wagi, że zaraz umknęła jej z myśli.
- Tak, tylko trzy - potwierdziła, przechodząc od umieszczonego przy oknach stolika, na którym układała ulotki, do siedzącej przy biurku koleżanki. - Marlena wspominała coś o pełnym etacie ale jakoś nie mogę się na to zdecydować - westchnęła, opierając łokcie o blat. - Lubię swój wolny czas - oświadczyła, uśmiechając się.
- Gdyby każdy miał tak jak ty to coś takiego jak pełny etat by zwyczajnie nie istniało - sarknęła w odpowiedzi Ela, przebiegając szybko po klawiaturze.
- I co niby miałoby w tym być takiego złego? - Izabela tylko pogłębiła swój uśmiech, co zostało przywitane parsknięciem i pełnym negatywności kręceniem głową.
- Od razu widać, że nie masz dzieci ani rodziny na utrzymaniu - usłyszała, wyłapując w głosie koleżanki wyraźne nuty zmęczenia.
- Piotrek nadal nie znalazł pracy? - zapytała, gubiąc na chwilę uśmiech i przyoblekając twarz w powagę.
- Ano… - Ela westchnęła, przerywając na chwilę stukanie i skupiając się na swojej rozmówczyni. W lobby nie było nikogo więc mogły rozmawiać swobodnie.
- A co z tą ofertą, którą znalazł w tamtym tygodniu? Tą o pracy w magazynie - przypomniała sobie, że coś na ten temat słyszała.
- Jeszcze nic nie odpowiedzieli. Może przyjmą, może nie - kobieta wzruszyła ramionami. Izie było jej piekielnie żal. Ela była wspaniała. Trójka dzieci, dom, bezrobotny mąż i na dodatek chory ojciec. Wszystko na jej głowie, a jednak i tak znajdowała czas na to by upiec tort na urodziny koleżanki czy zapytać o zdrowie chorego dziecka. Zawsze pamiętała kiedy ktoś obchodzi swoje święto, zawsze potrafiła ogarnąć wszystkie spotkania pracowników, nigdy też nie zdarzyło się jej stracić cierpliwości przy nawet najbardziej uciążliwym kliencie. Była świętą, tyle że za tą świętość płaciła i to dużo. Nie były to kwoty liczone w złotówkach czy innej walucie, a w zdrowiu. Pomimo tego, że miała tylko trzydzieści pięć lat to nawet po nałożeniu makijażu wyglądała na znacznie więcej. Coraz częściej także można było usłyszeć, że znowu musi iść do lekarza bo to, czy tamto. Izabela miała raz okazję ujrzeć ilość tabletek jakie Ela brała. To nie było życie tylko powolne umieranie. Ona by tak nie dała rady. Może kiedyś, jednak teraz już nie.


Piętnaście minut po dwudziestej pierwszej szła już do metra, nucąc pod nosem “Gimmie, gimmie, gimmie” Abby, którą to melodię podchwyciła przechodząc obok sklepu monopolowego. Było dość chłodno ale całkiem przyjemnie.
Ulice były dość puste. Gdzieniegdzie pojawiła się jakaś osoba, czy grupa osób. Właśnie minął ją jakiś rowerzysta. Ich oczy spotkały się na moment. Rowerzysta uśmiechał się i pojechał dalej.


Uderzenie serca później, Iza usłyszała huk, tuż za swoimi plecami. Odruchowo odwróciła się. Rowerzysta leżał na ziemi, zaś jego rower na ulicy. Czerwona toyota odjeżdżała z piskiem opon.
Zamarła na kilka sekund. Niedowierzanie nie pozwalało na to by widok, który rejestrowały jej oczy, przedarł się do umysłu. Była niczym łania przyszpilona reflektorami samochodu. Tyle, że to nie jej groziło niebezpieczeństwo. To nie ona leżała na ziemi. No właśnie, na ziemi…
Oszołomienie minęło, dzięki czemu odzyskała władzę nad swoim ciałem. Z początku powoli, jednak z każdym kolejnym krokiem szybciej, ruszyła w kierunku poszkodowanego. Jednocześnie rozpoczęła przeszukiwanie wnętrza torebki w poszukiwaniu telefonu. Szukała na oślep, bardziej skupiona na ofierze “hit and run” niż na tej czynności. Gdy dotarła do mężczyzny, przyklękła na jedno kolano.
- Hej, nic ci nie jest? - zapytała, chociaż było to pytanie z rodzaju tych, które się zadaje pomimo tego, że jest się świadomym tego jak głupio to brzmi.
- Żyję - odpowiedział rowerzysta. Był to mężczyzna po trzydziestce. Ubrany w kurtkę i jeansy. Całe szczęście Jechał w kasku. Usiadł o własnych siłach. - Boli mnie noga. O cholera jasna…
Tu gdzie byli, na chodniku było na tyle jasno od okolicznych lamp, by dobrze móc zobaczyć dlaczego rowerzysta przeklął. Jego spodnie były rozcięte, a co z tym idzie skóra nogi również. Była to podłużna rana o długości mniej więcej piętnastu centymetrów, która zaczynała obficie krwawić. Na pierwszy rzut oka, mogła być skutkiem zderzenia ze szklaną butelką po piwie, która rozbita leżała na ulicy, lub niefortunnym przejechaniem po wysokim murku dzielącym ścieżkę rowerową od chodnika.
- Widziałaś go? Wjechał wprost na ścieżkę. Idiota jakiś - skomentował mężczyzna patrząc na swoją rana nogę.
Izabela pokręciła głową, jednocześnie porzucając grzebanie w torebce i zdejmując biały szal, który miała na szyi. Nie było to może szczególnie higieniczne, jednak w obecnej sytuacji wydało się jej lepszym pomysłem niż pozwolenie na to by krew sobie po prostu leciała.
- Nie, nie samego zdarzenia, a jedynie moment w którym już odjeżdżał - powiedziała, zwijając szal i przykładając go do rany w próbie zatamowania krwawienia. W torbie miała plastry ale takie bardziej pasujące do nacięcia spowodowanego kartką papieru niż czegoś takiego.
- Będą potrzebne szwy - poinformowała, jak nic bez potrzeby. - W torbie mam telefon, jakbyś mógł go wyjąć - poprosiła, bo mężczyzna sprawiał wrażenie na tyle przytomnego że raczej nie miał wstrząsu mózgu, a przynajmniej nie był to wstrząs poważny. - Wybacz, nie mam nic innego - mówiła dalej, bo mówienie pozwalało się jej skupić na tym co robiła. W myślach zaś powtarzała pięć zasad, które tworzyły mantrę. Dzięki temu była w stanie logicznie myśleć i nie panikować. To ostatnie bowiem z pewnością nikomu by teraz nie pomogło.
- Dzięki - odezwał się mężczyzna, prawdopodobnie dziękując po prostu za to, że mu pomaga - w którejś konkretnej przegrodzie? - zapytał wyciągając dłoń w stronę jej torebki. - Wolałabym, żebyś określiła gdzie mam szukać, to krępujące przeszukiwać czyjąś własność.
W odpowiedzi usłyszał parsknięcie śmiechem.
- Wybacz, nie mogłam się powstrzymać - przeprosiła, próbując zapanować nad wesołością. - Ja tu próbuję ochronić cię przed wykrwawieniem, a ty pytasz o przegrodę torebki bo nie chcesz przeszukiwać cudzej własności. To.. To trochę komiczne - wyjaśniła, obdarzając poszkodowanego ciepłym uśmiechem. - W tej szerokiej, z tyłu, na suwak. Obawiam się że wpadł głębiej bo gdy próbowałam sama go wyciągnąć to nie mogłam na niego trafić. Możliwe że wpadł pod książkę - dodała, starając się naprowadzić go na właściwe tory.
Mężczyzna również się zaśmiał, chociaż trochę bardziej nerwowo. Zaczął szukać telefonu zgodnie ze wskazówkami. Iza zauważyła, że w pewnym momencie zaczął poruszać stopą.
- Czuję mrówki - powiedział - ale ból mija. Myślisz, że to znaczy coś złego? Czuję nogę, nie przestaję jej czuć - wyrażał się jakby wypowiadał na głos swoje myśli jednocześnie analizując czy faktycznie czuje to co mu się wydaje.
Nim dziewczyna zdążyła coś odpowiedzieć rowerzysta wyjął z jej torebki znaleziony telefon.
Zastanowiła się. Mogła tu działać adrenalina, która w takiej sytuacji tamowała odczuwanie bólu. Nie sądziła też by mogło to być coś groźnego skoro nie utracił czucia w nodze. Nie będąc pewną co na ten temat sądzić, przełożyła uciskanie rany na jedną rękę, a drugą wyciągnęła by przyłożyć kciuk do czytnika i odblokować telefon. Zanim jednak powróciła do ponownego uciskania rany dwoma rękami, odchyliła nieco materiał zakrwawionego szala by sprawdzić czy przypadkiem nie dostrzeże czegoś, co mogłoby powodować wspomniane sensacje. Odchyliła tylko odrobinę, uważając by nie zmniejszać nacisku na pozostałej części. Nie sądziła by ta czynność, nawet gdyby przez to wypłynęło nieco więcej krwi, mogła zaszkodzić.
- To na pewno nie oznacza nic złego - zapewniła jednocześnie, z taką ilością wiary we własne słowa, na jaką ją było w tej chwili stać.
Pod odchylonym materiałem dostrzegła świeżą krew, która zdążyła pobudzić nogę i szal. Jednak krwi nie przybywało. Nie sączyła się już z rany. Jeszcze przed chwilą spore, rozległe skaleczenie, teraz wyglądało jak gojące się draśnięcie. Nikt by nie uwierzył, że to rana sprzed trzech minut.
- O przestało mrowić i na razie nic nie boli - powiedział mężczyzna, który jednocześnie wstukiwał na telefonie trzycyfrowy numer - powinienem zadzwonić pod 112 czy 999? - zapytał spokojnym tonem.
- 999 - odpowiedziała automatycznie, próbując jednocześnie zrozumieć co takiego widzi. Nie było mowy by rana zasklepiła się tak szybko. Odchyliła szal jeszcze trochę, jednocześnie przecierając nim ranę z krwi korzystając z tych jego fragmentów, które jeszcze były w miarę czyste.
- Nie rozumiem - myślała trochę na głos, zapominając na chwilę o tym, że mężczyzna ją przecież słyszał. Nikt nie miał takich możliwości regeneracyjnych. Mnisi buddyjscy byli w stanie co prawda kontrolować swoje ciało do poziomu swobodnie mogącego uchodzić za nadludzki, jednak ten człowiek nie był mnichem, a nawet gdyby nim był to i tak było to za dużo. Nadal niepewna tego że postępuje właściwie, całkiem odsunęła szal.
- To chyba nie było tak groźne skaleczenie na jakie wyglądało - oświadczyła, zmuszając usta do uśmiechu. - Nadal jednak dobrze by było gdyby obejrzał cię lekarz - dodała, bo w końcu nie dało się jednoznacznie wykluczyć wstrząśnięcia mózgu, chociaż zaczęła się także zastanawiać czy sama nie powinna udać się do specjalisty. Była pewna, że rana była poważna. Gdyby nie krew na szalu…
Mężczyzna zaczął dzwonić pod 999, słychać było dźwięk wybranego połączenia. W pewnym momencie rozłączył się jednak.
- Jak to? - zapytał zdziwiony. Patrzył na ranę z zaskoczeniem i niedowierzaniem. - Ale, jak to? Przecież… była tu. - Odłożył telefon koło siebie. Skierował dłonie ku swej nodze obmacując ranę. - Nieprawdopodobne! Kim ty jesteś? - zapytał, najwyraźniej cudowne ozdrowienie przypisując Izie.
- Mogłabym zapytać o to samo - odpowiedziała, biorąc głęboki wdech dla uspokojenia. Odsunęła się, zabierając szal z nogi rowerzysty. Jedyne co mogła zrobić to przyjąć rzeczy takimi jakie były. Nic więcej, bowiem cokolwiek więcej mogłoby prowadzić do wniosków, na które nie była gotowa.
- Nadal uważam że powinieneś udać się do szpitala - odłożyła na bok kwestię rany. - Mogło dojść do wstrząśnienia mózgu. Mogą też się pojawić inne konsekwencje tego wypadku. Nie udało się połączyć? - Zapytała w końcu, przenosząc wzrok na telefon, w dłoniach jednak nadal ściskając szal.
- Nie. Przerwałem połączenie. I co im powiem? Może lepiej zadzwonię po kumpla. Zabierze rower i pojedziemy na izbę przyjęć. Nie potrzebuję karetki - rowerzysta w napływie entuzjazmu próbował wstać teraz na nogi. Z pewną dozą ostrożności i niepewności. Podniósł też telefon Izy. Wyglądało na to, że może stać na nogach. Ugiął je w kolanach. Poruszał stopami. Wszystko działało. W końcu wyciągnął do niej rękę z jej telefonem by go oddać. - Zadzwonię ze swojego.
Także wstała, otrzepała spodnie i odebrała telefon.
- Poczekać z tobą aż przyjedzie? - Zaproponowała, bo jakoś tak nie sądziła, że zostawianie ofiary wypadku było rzeczą rozsądną. Chyba także łączyły się z tym jakieś konsekwencje prawne, jednak w tej kwestii się nie orientowała.
- Jeśli chcesz - powiedział mężczyzna, dodając do tego uśmiech - jestem Wojtek. Miło mi cię poznać.
- Wolałabym się później nie martwić czy jednak na pewno nic ci się nie stało. Nie mówiąc już o tym, że teraz czuję się odpowiedzialna za twoje, jeżeli nie zdrowie to chociaż bezpieczeństwo - oświadczyła, odpowiadając na uśmiech. Odetchnęła, a następnie zaczęła szukać w torebce wilgotnych chusteczek antybakteryjnych. Co prawda nie były w stanie pozbyć się krwi z ubrania to jednak przynajmniej z dłoni mogłaby ją dzięki nim usunąć. Nie czuła się dobrze czując jej obecność na skórze i woń wdzierającą się do nosa.
- Izabela - przedstawiła się z lekkim opóźnieniem. - I wzajemnie, chociaż chyba wolałabym żeby odbyło się to w nieco innych warunkach - dodała pogodniej. - Mieszkasz gdzieś niedaleko?
- Tak. Zaczekaj wezmę telefon - mężczyzna oddalił się o kilka kroków od Izy, by zabrać ze ścieżki rowerowej swój rower. Postawił go oparty o znajdująca się blisko nich latarnię. Przez chwilę szukał w sakwie przyczepiej do bagażnika telefonu. Zaraz po odnalezieniu go wybrał odpowiedni kontakt i przyłożył telefon do ucha.
- Cześć. Słuchaj Witek, jakiś palant potrącił mnie autem jak wracałem z pracy rowerem - tu nastąpiła pauza - tak, nic mi nie jest - znów pauza - aha, może trochę, - pauza - tak wiem, pojedziemy i na komisariat też - pauza - tak, jest tu taka pani, ale nic nie widziała, tylko odjeżdżające auto - pauza - aha, dobra. To słuchaj udostępnię ci moją lokalizację i czekam. Dzięki.
Po tym skierował wzrok na Izę.
- Izabela - powiedział - Iza. Dawno nie spotkałem nikogo kto ma tak na imię. Izo, czy mogę dostać do ciebie jakiś kontakt? Złoże zeznania na policji i jeśli będziesz potrzebna mi jako świadek to dam znać. Zgodzisz się?
- Oczywiście - przytaknęła, po czym podała mu swój numer telefonu. - Chociaż nie sądzę bym była w stanie pomóc. Nie pamiętam nawet numeru tablicy rejestracyjnej, a jedynie markę i kolor. Może w pobliżu są jakieś kamery, które zarejestrowały całe wydarzenie - dodała z nadzieją, chociaż przekonała się już wielokrotnie, że to co do niedawna było dla niej czymś normalnym, teraz takim nie było. Mieszkając w Londynie mogła być pewna, że o ile wydarzenie nie miało miejsca w jakiejś słabo uczęszczanej alejce czy uliczce, to na pewno istniała kamera, która je zarejestrowała. Warszawa rządziła się nieco innymi prawami.
- Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem twojej odwagi - zmieniła nieco temat. - Jazda rowerem o tej porze dnia i roku? - uniosła brwi uśmiechając się przy tym. Sama też by chętnie pojeździła ale nadal nie ufała sobie w kwestii prawostronnego ruchu drogowego.
- Odwagi? - zdziwił się Wojtek. Gdy zdziwienie minęło, zaśmiał się. - Jest przecież wiosna. Jest ciepło. Wygodniej jechać rowerem niż iść piechotą. To znacznie szybsze niż auto czy komunikacja miejska. Kiedy inni stoją w korku, ja ich omijam. - Mężczyzna zaczął zdejmować kask. - Jedno co muszę ci przyznać, to pora. Zasiedziałem się w pracy. Dosłownie - wyjaśnił.
- W takim razie jest nas dwoje - przyznała. - Gdybym wyszła o godzinie, o której powinnam… Dobrze się jednak stało, że tego nie zrobiłam - przyznała, przyglądając mu się. Kask kaskiem ale dobrze wiedziała, że nawet mając go na głowie czasami nie da się uniknąć obrażeń. Drobnych, o ile impakt nie był zbyt mocny, ale jednak.
- Sama zamierzam poczekać jeszcze z miesiąc czy dwa zanim się skuszę na takie szaleństwa. Zdecydowanie jednak nie o takiej porze - przyznała, po czym zadała kolejne pytanie. - Praca biurowa?
Gdy zdjął kask faktycznie dało się zauważyć drobne zadrapanie, krew praktycznie już się z niego nie sączyła, pozostawiając świeżutkiego strupa i nieładny ślad proszący się o wytarcie.
- Tak. Programista - odparł Wojtek. - Tym ważniejszy jest ruch. Jeżdżąc autem wychodowałbym maciusia - poklepał się przy tym po brzuchu. Faktycznie, brzuch był płaski, nic niepotrzebnego tam nie wystawało. Wojtek miał zwyczajną, przeciętną figurę. - A ty?
- Głównie joga i masaż - odpowiedziała. Trzeba było przyznać, że “jej” rowerzysta był niczego sobie, czego jakoś tak wcześniej nie dostrzegła. - I zdecydowanie popieram nastawienie. Szkoda, że nie jest ono nieco popularniejsze - dodała. Nie wyglądało na to, żeby głowa doznała jakiś poważnych urazów, chociaż obecnie nie była pewna niczego.
- Sama, ze względów bezpieczeństwa, wolę póki co korzystać z komunikacji miejskiej, tym bardziej że mam dobre połączenie. Na samochód raczej bym się nie zdecydowała. Już i tak jest ich dość dużo na ulicach.
Mężczyzna pokiwał głową, widocznie zgadzał się co do kwestii samochodu.
- Joga? No proszę - powiedział - kolega z projektu namawia mnie żebym poszedł na jogę. Ostatnio od tego siedzenia za biurkiem coraz częściej bolą mnie plecy. Wymieniłem niedawno fotel na taką gimnastyczną piłkę do siedzenia. Fajna sprawa. Ale ciągle mam wątpliwości czy joga może pomóc?
Izabela uśmiechnęła się zanim odpowiedziała.
- Oczywiście, że może - zapewniła. - Wielu uważa, że to tylko inna forma ćwiczeń na rozciąganie lub sposób na zachowanie smukłej sylwetki czy odstresowania. Niewielu zdaje sobie sprawę z zakresu pozytywnych efektów, które ze sobą niesie i to nie tylko krótkoterminowych. Jeżeli zdecydujesz się spróbować to daj mi znać. Zapiszę cię na którąś z prowadzonych przeze mnie sesji. Chyba, że wolisz coś bardziej kameralnego - zaproponowała. Jej prywatne grupy zwykle ograniczały się do trzech, maksymalnie pięciu osób. - Po prostu spróbuj - zachęciła. Wydawał się być dość sympatycznym człowiekiem i dobrze się jej z nim rozmawiało. Przy odrobinie szczęścia zdobędzie kolejnego klienta i być może nową znajomość, a jeżeli nie to przecież nic nie traciła.
Wojtek przez chwilę milczał. Widać było, że analizuje coś w myślach.
- Dobra, ale wolę na początek bardziej kameralnie. To będzie mój pierwszy raz. Lepiej będę mógł się skupić. - Mężczyzna poprawił dłonią włosy - Najpierw mi powiedz co będzie mi potrzebne? Sportowy strój, umyte stopy, jogę ćwiczy się na boso, tak? Coś jeszcze?
- Zawsze możesz w skarpetach ale faktycznie, lepiej boso - wyjaśniła, uśmiechając się ciepło. - Jeżeli masz to mata do jogi ale w razie czego mogę zapewnić taką, więc to nie będzie problem. Do tego jakieś wygodne ubranie, na początek może być nawet zwykły dres i butelka z wodą. Tyle. Joga nie wymaga niczego specjalnego poza chęciami - zapewniła, wiedząc że właśnie nadmierna ilość potrzebnego sprzętu zwykle najbardziej zniechęcała ludzi do podjęcia danej dziedziny sportu. To, oraz oczywiście, strach przed ośmieszeniem. Ucieszyła się, że zaoferowała kameralną wersję. Dzięki temu być może grupa ćwiczących się powiększy, sprawiając że kolejki do aptek staną się mniejsze. Chociaż Wojtek zdecydowanie nie wyglądał na takiego, który w nich stoi od rana i wraca z pełnymi reklamówkami.
- To w jakie dni? Jakie godziny? - dopytywał się Wojtek, który najwyraźniej od razu chciał coś ustalić, skoro podjął decyzję, że chce. - Matę będziesz musiała mi zapewnić.
W tym momencie srebrna hybrydowa toyota zatrzymała się na ich wysokości, zajmując pas ścieżki rowerowej. Samochód miał z tyłu mały bagażnik rowerowy. Kierowca włączył światła awaryjne i zaczął wysiadać z auta.



- Możemy zacząć w piątek. Zapewne w ciągu dnia nie dasz rady więc może wieczorem? Jestem w stanie się dopasować - zapewniła. - Chyba, że wolisz weekend. Co prawda sobotę mam zajętą ale w niedzielę… - urwała by przenieść swoją uwagę na wysiadającego z samochodu mężczyznę. - Witold, zgadłam? - powróciła wzrokiem do Wojtka szukając potwierdzenia.
- Może być też w ciągu dnia w piątek - odparł Wojtek - mam nieregulowany czas pracy. Tak, to mój kumpel Witek.
- Siemano -
Witold dorzucił pozdrowienie, machając w stronę Izy dłonią. Z Wojtkiem się nie witał, skoro byli kolegami z projektu widocznie się już dziś widzieli. - Głowę masz rozwaloną? A z tą nogą to co? - Mężczyzna od razu zbadał wzrokiem kumpla. - No dobra, wskakuj do auta, ja wezmę rower.
- Wyślę ci smsa, okej?
- spytał Wojtek patrząc na Izę.
- Cześć - przywitała się z Witoldem nie kryjąc przy tym ulgi jaką odczuła na jego widok.
W szpitalu powinni adekwatniej ocenić obrażenia, jakich doznał Wojtek. Wiedziała dobrze, że niektóre mogą manifestować się z opóźnieniem.
- Oczywiście - odpowiedziała na pytanie. Jak nic powinna już być w domu. Psik pewnie przywita ją pełnym wyrzutu piszczeniem. Nie mogła jednak odejść dopóki nie upewni się, że jej “pacjent” znalazł się w dobrych rękach.
- Daj też znać co powie lekarz - poprosiła, bo wiedziała że ta kwestia nie będzie jej dawać spokoju.
- Dobrze. W takim razie dziękuję za pomoc i do zobaczenia - Wojtek uśmiechnął się miło po czym poszedł w stronę auta. Obejrzał się jeszcze za Izą nim do niego wsiadł. W tym czasie Witek przymocował rower do bagażnika swojego auta mówiąc coś pod nosem, sam do siebie o sporych uszkodzeniach.
Uniosła dłoń w geście pożegnania, a gdy jego sylwetka zniknęła w samochodzie, podeszła bliżej do Witolda.
- Proszę, upewnij się że go porządnie zbadają. To był paskudny wypadek, nawet jeżeli teraz na taki nie wygląda - poprosiła. W jej głosie brzmiała troska.
Witek uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Jasne. Tak zrobię - odpowiedział. Nie przestając się uśmiechać wsiadł do auta.
Po chwili auto odjechało.

Izabela jeszcze przez chwilę stała i spoglądała za nim. Powoli adrenalina odpływała zostawiając ją w stanie skrajnego zmęczenia i z powoli napływającym bólem głowy. I, oczywiście, z zakrwawionym szalem w dłoni. Wyrzucenie go do śmietnika wydało się jej niewłaściwe dlatego po prostu zwinęła go w kulkę tak, żeby najbardziej zakrwawione części znajdowały się w centrum kłębka, po czym wcisnęła go do torebki. Było już późno, co oznaczało, że Psik szaleje w najlepsze po mieszkaniu. Przez głowę przebiegła jej myśl, żeby jednak zadzwonić do sąsiadki, ale ponownie ją odrzuciła. Szybko, chociaż nie aż tak by nazwać to można było biegiem, ruszyła w kierunku stacji metra.


Godzinę później była już po spacerze, lekkiej przekąsce w postaci banana i prysznicu. Siedziała na łóżku w pozycji lotosu z malą w dłoni. Cicha muzyka sączyła się z niewielkiego, przenośnego głośnika. Włączony dyfuzor sprawiał, że pomieszczenie tonęło w aromacie lawendy, wanilii oraz pomarańczy. Oddychała spokojnie, wsłuchując się w melodię i starając uspokoić myśli. Nie było to proste. Wypadek i to co po nim nastąpiło nie chciało odpłynąć. Zamiast tego przewijało się w kółko niczym zapętlona piosenka. Nie potrafiła wytłumaczyć nagłego zasklepienia się rany. Oczywiście, mogła to przypisać swoim zdolnościom. W końcu Mikao Usui, zaraz po swojej inicjacji był w stanie uleczyć swoją zwichniętą kostkę, a także bolący ząb dziewczynki, którą spotkał wracając ze swojego odosobnienia na górze Kurama. Fakt, nie łączyła się z energią gdy próbowała zatamować krwawienie, mogła to jednak zrobić podświadomie. Nadal… Pokręciła głową i zaprzestała prób uspokojenia umysłu. Musiała się chociaż trochę przespać, jeżeli chciała mieć energię na kolejny dzień. Już i tak przesadziła.

Wstała, wyłączyła dyfuzor i otworzyła okno by przez kilka minut wietrzyć sypialnię. Basti dostawałą szału gdy Iza nie wpuszczała jej na noc do sypialni, a nie mogła tego zrobić tuż po rozpyleniu olejków, to bowiem mogło kotce zaszkodzić. Wykorzystała ten czas na umycie zębów i zwyczajową, wieczorną toaletę. W czwartki miała więcej klientów, a co za tym szło - mniej czasu dla siebie. O dziesiątej miała przyjść pani Krystyna, a zaraz po niej Tomasz, kolega z pracy. O pierwszej byli kolejno pan Wacław, Majka i Ilona. Dwie ostatnie były siostrami bliźniaczkami, które Iza poznała przy okazji akcji wolontarialnej rozpowszechniającej zalety zdrowotne diety roślinnej oraz medycyny naturalnej. Później miała spotkanie z Arturem po którym musiała się stawić w pracy. Na szczęście miała tylko trzy zajęcia więc powinna wyjść około dziewiątej.

Pół godziny po jedenastej w końcu położyła głowę na poduszce. Bast ułożyła się jak zwykle u jej boku, zajmując połowę łóżka. Psik już od jakiegoś czasu spał w nogach. Otoczona najbliższymi sobie istotami w końcu zamknęła oczy i odpłynęła w sen.
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”
Grave Witch jest offline  
Stary 25-02-2020, 23:20   #8
 
Wila's Avatar
 




Marcel, Karol, Wiktoria oraz Marta

Rytmiczny stukot kół wolno jadącego pociągu przyprawiał o szybsze bicie serca. Krajobraz przesuwał się niczym mknąca gazela. Zarysy drzew były niemalże nieuchwytne. Tylko księżyc, dziś w całej swej okazałości, stał w miejscu. Stały, nie poruszający się punkt.
Przedział w pociągu był zwyczajny. Nie była to ekskluzywna klasa. Każdy jednak miał swoje miejsce.
Przy oknie siedziała dziewczyna. Miała charakterystyczne długie, neonowozielone włosy. W jej nosie znajdował się niewielki kolczyk. Nosiła czarną wiosenną kurtkę, kolorowe legginsy o wzorze rozlanych farb, oraz żółte Martensy. Przez ramię przewieszoną miała torbę z tęczowym wzorem. Początkowo wyglądała przez okno, ale coś przykuło jej uwagę wewnątrz przedziału. Odwróciła więc głowę, by się po nim rozejrzeć.
Jej wzrok zatrzymał się na Stańczyku. Jego czerwona czapka ze srebrnymi dzwoneczkami dyndała w rytm poruszającego się pociągu. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego niemrawo. Był jakiś dziwny. W odpowiedzi zaczął robić do niej dziwne miny, zupełnie jakby chciał rozśmieszyć dziecko. Marta uśmiechnęła się rozbawiona.

Marcel rozejrzał się po otoczeniu. Znajdował się w przedziale pociągu, który najpewniej zmierzał do jakiegoś celu. Jakiego? Zastanawiał się nad tym w milczeniu. Wyjrzał przez okno w poszukiwaniu wskazówek, jednakże niepewny zarys drzew nic mu nie mówił. Jedynie blada tarcza księżyca mesmeryzowała, szczególnie zwracając jego uwagę. Mężczyzna przymrużył oczy, obserwując jej sylwetkę w milczeniu. Była majestatyczna, niczym prawdziwa królowa. Może jej promyki docierały do nich niczym srebrne niteczki i obwiązywały kończyny. Myśleli, że posiadają wolną wolę, natomiast w rzeczywistości byli niczym więcej, jak kukiełkami. Od wieków pociąganymi za sznureczki przez panującą na nieboskłonie boginię...

Feliński wzdrygnął się, słysząc znienawidzony dźwięk dzwoneczków.
To go otrzeźwiło.
Spojrzał na błazna.

Jeśli wcześniej zastanawiał się, gdzie się znalazł, to teraz już wiedział. Musiał trafić do piekła. Dante podróżował przez dziewięć nieświętych kręgów, mając za towarzysza Wergiliusza. Marcel miał Stańczyka. I cokolwiek by się nie działo, ostatnio nie mógł go zgubić. Przynajmniej teraz nie był sam i wokół znajdowało się mnóstwo innych ludzi. Którzy… o dziwo… zdawali się widzieć potwora!
"Ich dręcz, nie mnie", w myślach zaklął błagalnie błazna.

Feliński przeniósł wzrok na zielonowłosą dziewczynę. Kolorowe włosy, kolczyk w nosie, barwne ubrania... Na pewno była odważna i pewna siebie. Sprawiała wrażenie ciekawej osoby, z którą przebywanie dawało mnóstwo frajdy. Bez wątpienia mogłaby nauczyć go, jak dobrze się bawić, wyluzować i wreszcie... przestać się garbić. Marcel tak o tym myślał, kiedy wpadł na genialny plan. Wstał i zmienił miejsce. Usiadł tuż obok nieznajomej. Nachylił się w jej stronę i zakrył usta dłonią, jak gdyby miał zaraz zdradzić wielki sekret. Lub zacząć tajną naradę.
- Na następnym przystanku wysiądziemy razem - szepnął. - A jego zostawimy tutaj - podbródkiem wskazał diabła.
Może dzięki temu po przebudzeniu błazen przestanie go prześladować. A zacznie atrakcyjna, przebojowa dziewczyna. Mogłaby mu podpowiadać kawały, fajne teksty i anegdotki, czym zabłysnąłby w towarzystwie. Na pewno byłoby to lepsze od ciągłych wyzwisk i przekleństw.
Chciał tej zamiany jak niczego innego.
- A jeśli nie ty, to może któreś z was ze mną wysiądzie...? - Marcel przeniósł wzrok na przystojnego mężczyznę i atrakcyjną blondynkę, którzy również jechali z nim w przedziale. Wymieniłby Stańczyka na każdą inną osobę, a wszyscy tutaj wydawali się przyzwoici.
"Z jednym tylko wyjątkiem", pomyślał, spoglądając na błazna ciężkim wzrokiem.
Zielonowłosa zaśmiała się w uroczy sposób.
- Dobrze - zgodziła się. - Co to będzie za przystanek? - zapytała jednocześnie wyciągając dłoń by objąć mężczyznę, który się do niej przysiadł. - Jest uroczy - dodała jeszcze wskazując podbródkiem Stańczyka.
- Och, dziękuję...! - zaczął Marcel. Wpierw pomyślał, że komplement kobiety był skierowany do niego. - Nieważne... - mruknął, spuszczając wzrok, kiedy ogarnął, że jednak tak nie było.
"Nawet dziewczyny mi kradniesz, błaźnie", Feliński pomyślał z żalem. Zapomniał już o pytaniu dotyczącym przystanku.

Wiktoria siedziała z rozłożonym komiksem, który trzymała w dłoniach i opierała o kolana. Tytuł "Punisher" z charakterystycznym motywem czaszki widniał na okładce jej lektury, której jednak kobieta nie czytała, zajęta rozglądaniem się po przedziale. Jej mina zdradzała wyraźne niezadowolenie miejscem, w którym się znalazła. Na jej udach leżała mała, brązowo-biała futrzasta kulka. Zwierzę przypominało bardziej przerośniętą wiewiórkę niż kota czy psa. Spało sobie w najlepsze, zwinięte w kłębek.

Na pytanie wypowiedziane przez chłopaka siedzącego przy zielonowłosej, blondynka skierowała ku niemu swoje spojrzenie, ale zaraz je odwróciła.
- Kolejny durny sen... - mruknęła do siebie pod nosem i zamknęła komiks. Zaczęła wpatrywać się na jego okładkę, jakby próbowała przewiercić ją wzrokiem albo szukała czegoś co nie jest widoczne na pierwszy rzut oka, a może po prostu o czymś intensywnie myślała.

Karol na moment spojrzał za okno.
"Księżyc na niebie jak bałałajka..."
Ten był dokładnie taki sam jak tamten, co bezczelnie wgapiał mu się do mieszkania, jakby nigdy nie widział kobiecych kształtów. Albo też chciał sobie przypomnieć pewną nockę...
Może by i powiedział mu, co myśli o wtykaniu nosa w nie swoje sprawy, ale ze względu na obecność osób trzecich darował sobie. Rozmowy z Księżycem, Twardowskim czy Luną/Selene wyglądałyby dziwnie. Może nie tak dziwnie, jak przebrany za Stańczyka facet, ale jednak.
Faktem było, że nikt go tu nie znał i że nie zepsułby sobie opinii, ale mimo wszystko lepiej było nie ryzykować.

Wyjrzał ponownie przez okno.
Coraz więcej rzeczy mu nie pasowało, ale nie zamierzał tego mówić.
Przede wszystkim nie pamiętał, żeby wsiadał do pociągu. Zasnął we własnym łóżku... Na szczęście był ubrany jak należy, a nie jedynie w górze od piżamy na grzbiecie.
Z samym pociągiem też było coś nie tak - koła stukały jakby zmorzył je sen, przedział wyglądał jak osobówka sprzed dziesięciu lat, a krajobraz za oknem śmigał jakby siedzieli w Pendolino na dopalaczach.
- Lepszy taki sen, niż koszmary - skomentował cicho słowa blondynki.
Jeśli to był sen, to nie mógł narzekać. Bywały gorsze. I nie chciałby powtórki z takiej rozrywki.
Na wszelki wypadek odpukał.
A potem sięgnął po komórkę by sprawdzić, co powiedzą Mapy Google. Nie miał zamiaru mówić, że nie ma pojęcia, dokąd jedzie.

- Każdy koszmar zaczyna się spokojnie - odpowiedział Marcel. - Nie chwaliłbym dnia przed zachodem słońca - dodał. Zagryzł wargę. - Choć ono już zaszło, więc chyba możemy - skinął głową, spoglądając raz jeszcze na księżyc za oknem. - Z drugiej strony horrory mają miejsce głównie po zmroku. Więc należy się obawiać.
Zmrużył oczy.
- Czy tylko ja się zgubiłem? W tej wypowiedzi? Bo zgubiłem się i zdaje się, że nie tylko w niej. Bez wątpienia jesteśmy zagubionymi na planie astralnym duszami, które już nigdy nie powrócą do ciała. Będziemy jeździć tym pociągiem przez wieczność. Za nasze złe uczynki - skinął głową. Wszystko do siebie pasowało.
Może to jednak nie było piekło, tylko czyściec. Mimo wszystko trochę lepiej.
- Jest faktem, że zostałem śmiertelnie otruty chlebem i czekoladkami, zanim tutaj trafiłem. Przez tego właśnie błazna. Skoro ja umarłem, to wy pewnie też.
Ciekawiło go, w jakich okolicznościach, ale pytanie o to byłoby zbyt wścibskie. Marcel starał się być kulturalny wobec nieznajomych.
I znajomych w sumie też.

- Samo to, że jestem w komunikacji miejskiej świadczy, że to koszmar - skomentowała Wiktoria i odłożyła swój komiks na siedzenie obok. Wzięła na ręce śpiące zwierzątko. Rozwinięte i przytulone do jej piersi, okazało się być psem rasy chihuahua. Blondynka wstała i podeszła do drzwi przedziału, chcąc sprawdzić czy da się wyjść. Jednak te okazały się zamknięte.

- To raczej wygląda na pociąg - uprzejmie sprostował Karol. - Dalekobieżny - sprecyzował.
Doszedł do wniosku, że rozmowa z Twardowskim byłaby mniej dziwna niż twierdzenie, że znajdują się w drodze na Sąd Ostateczny.
- Zdecydowanie bardziej wolę teorię, iż to sen, niż że umarłem - dodał. - Tobie to może obojętne, ale mi - nie. A jeśli jedzie z nami pies, to raczej czeka nas wędrówka do Krainy Wiecznych Łowów, a nie błąkanie się po astralnych bezdrożach produktem pamiętającym czasy peerelu.

- Ach wybacz, że nie użyłam określenia "transport zbiorowy" - rzuciła Wiktoria do Karola, poirytowana czy jego uwagą, czy może raczej miejscem w jakim się znajdowali. - To jest tylko durny sen. Tak samo jak poprzedni. Nie macie powodu do paniki - dodała przekonana co do swojego zdania, jakby było to przynajmniej dla niej oczywiste.

- Wybaczam, wybaczam. - Uśmiechnął się do niej na znak, że traktuje to w kategoriach żartu. - Często miewasz takie sny? I skąd wiesz, że to akurat twój sen? - zainteresował się.

Marcel zastanawiał się. Pytania nie były skierowane do niego, ale i tak włączył się do rozmowy.
- Myślę, że wiemy tylko tyle, że nic nie wiemy - mruknął. - Sen zwyczajny, czy też sen wieczny? Dowiemy się tego z czasem. Jeśli to sen, to na pewno nigdy wcześniej takiego nie miałem. Jest dziwny, ale w inny sposób, niż zazwyczaj. Wydajecie się stosunkowo normalni - powiedział i zrobił ręką bliżej nieokreślony ruch. - Wiecie... wszystkie kończyny na swoim miejscu, całkiem logiczne wypowiedzi... brak macek, czułek, skrzydeł, kłów, rogów... Nie przypominacie zwyczajnych rezydentów moich koszmarów. Aż automatycznie założyłem, że jesteście prawdziwymi ludźmi, a nie jedynie wytworami mojej podświadomości. Jak jest naprawdę? Odpowiedź na to pewnie poznam z czasem.
Zerknął na blondynkę, która próbowała ich opuścić. Następnie na komórkę w dłoniach wciąż siedzącego mężczyzny.
- I co, masz zasięg? - zapytał. - Tak w ogóle, mam na imię Marcel.
- Karol - przedstawił się posiadacz telefonu. - Nic. Ciemno jak w... w noc bezksiężycową. - Pokazał pytającemu ekran komórki, po czym schował iphone'a.
- Transport zbiorowy jest bardziej ekologiczny - odezwała się w końcu zielonowłosa. - Przynajmniej nie przykładamy ręki do śmierci naszej planety. Chociaż, jeżeli to tylko sen, to chyba nie ma znaczenia? - po tych słowach zatrzymała wzrok na dłużej na Marcelu.
- Marta - przedstawiła się patrząc nadal na niego. - Marta Jakubowska - dodała. - I co? Zamknięte? - zapytała kierując wzrok na blondynkę i zawieszając go na niej znacznie dłużej niż trzeba.
- Ha ha ha! HA HA HA! - Stańczyk zawył ze śmiechu. Coś tak bardzo go rozbawiło, że złapał się za brzuch i zgiął w pół. - Woda. WODA! Ha ha ha!
I nim ktoś zdążył zapytać o co chodzi z tą wodą, wszyscy zauważyli, że do przedziału w którym się znajdowali zaczęła wlewać się woda. Pierwsza spostrzegła to Wiktoria, gdyż woda wpływała przez dolną szparę w drzwiach przy których stała, jej buty mocząc jako pierwsze.

Wiktoria odruchowo zrobiła krok w tył, odchodząc od wody i puszczając klamkę od drzwi do przedziału. Normalnie by uznała, że na korytarzu coś się rozlało, bo normalnie drzwi nie wyglądały na szczelne, ani wytrzymałe na tyle by utrzymać spiętrzoną wodę.
Ale to był cholerny sen i nawet rekina za drzwiami mogła się spodziewać.

- Na razie nie zamieniliśmy się w łódź podwodną - powiedział Karol, który najpierw podniósł nogi, by się znaleźć dalej od wody, a potem spojrzał przez okno i zobaczył drzewa i księżyc. Uśmiechnął się odruchowo, jako że określenie "mokry sen" nabrało nagle nowego znaczenia.

Marcel pomyślał, że miał rację, twierdząc wcześniej, że ten sen może zmienić się w koszmar. Nie spodziewał się tylko, że tak szybko się potopią.
- Okno… - mruknął, patrząc tam, gdzie padał wzrok Karola. - Może da się otworzyć? Chociaż uchylić?
Nawet nie wiedział, czy to było możliwe i czy przedział rzeczywiście był na tyle szczelny, żeby wypełnić się w całości wodą i ich zatopić. Koszmary jednak rządziły się swoimi prawami i Marcel w tej chwili w ogóle nie myślał w tak racjonalny sposób. Przybliżył się do szyby i spróbował pociągnąć ją nieco w dół.
Szyba ani drgnęła. Marcel dostrzegł, że obok klamki na której trzymał dłoń znajduje się zamek na klucz. Sądząc po rozmiarach otworu, bardzo mały klucz. Była też niewielka kartka, ostrzeżenie BHP: czerwone przekreślone kółko z dopiskiem “nie otwierać”.


- No i nici z randki - podsumowała Marta, która również podkurczyła nogi umieszczając je na siedzeniu. - Może zasłonimy czymś szparę? - Niestety, w wyposażeniu przedziału nie było zasłonek, więc rozejrzała się wśród towarzyszy, oceniając czy ktoś ma przy sobie coś odpowiedniego. .
Wiktoria przez chwilę rozważała wejście na siedzenie, ale skoro był to sen to nie widziała w tym sensu, bo w końcu woda dosięgnie do siedzeń i wyżej. Przestąpiła więc na powrót bliżej do drzwi, nie przejmując się już, że woda leje jej się prosto na buty.
- Może właśnie trzeba otworzyć te drzwi - powiedziała blondynka oglądając je. - A przy oknie nie ma młotka do wybijania szyb? - zasugerowała. - Ty - spojrzała na Karola - wyglądasz na silnego. Dałbyś radę wyrwać tą półkę? - wskazała na metalową konstrukcję nad siedzeniami na której stawiało się walizki. - Można by jej użyć jako dźwigni - wyjaśniła powód namawiania do poczynienia wandalizmu.
Tymczasem Marcel zaczął się rozbierać. Na razie ściągnął tylko koszulkę.
- Może to trochę spowolni napływ wody… - mruknął. - Ostatecznie wszyscy mamy na sobie ubrania - powiedział.
Przykucnął przy szparze i spróbował wcisnąć w nią jeszcze ciepły materiał. Następnie obejrzał się na pozostałych pasażerów przedziału.
- Jedna koszulka może nie wystarczyć - mruknął i odwrócił wzrok. Nie chciał namawiać kobiety do rozbierania się i zaczął czuć się z tym nieco niezręcznie, jednak okoliczności chyba usprawiedliwiały tę propozycję.
- Zbiorowy striptiz... - Karol pokiwał głową z udawanym uznaniem. - Dobry pomysł. Ale to zapewne niewiele da, prócz uciechy dla oczu.
Wszedł na siedzenie i spróbował wyrwać półkę, o której mówiła dama z pieskiem.
Marcel jak najbardziej zgadzał się z Karolem, że ta koszulka nie była ich ostatecznym rozwiązaniem.
- Może kupi ci to trochę czasu - powiedział, próbując wcisnąć materiał w szparę pod drzwiami. - Powiedz, jak będziesz potrzebował mojej pomocy z półką.
Feliński nie był siłaczem, ale mimo wszystko co dwa komplety mięśni to nie jeden. Miał tylko nadzieję, że półka zmieści się między siedzeniami pod drzwiami. I że w ogóle ją oderwą. Wydawało się to ich najlepszą opcją.
Półka ciągnięta przez Karola poluźniła się, co dawało szansę na powodzenie tej misji.
Marta zdjęła z ramienia tęczową torbę i odwiesiła na wieszak. Ściągnęła z siebie kurtkę, która następnie podała Marcelowi. Pod spodem miała zwykłą czarną koszulkę.
- Może to pomoże - powiedziała.
- Jeśli to twój sen - Karol spojrzał na anonimową niewiastę - to powinnaś mieć w spinkę do włosów lub pęk kluczy w torebce...

Wiktoria odsunęła się kiedy Marta i Marcel zaczęli swoimi ubraniami zasłaniać szparę którą wlewała się woda. Widocznie ta dwójka nie rozumiała o co jej chodzi.
- To jest sen. A jak w śnie, gdy spadamy, to budzimy się w momencie upadku - blondynka podała przykład. - Może tu też po prostu trzeba pozwolić, żeby woda się wlała - po tych słowach spojrzała na Karola. - Mam wsuwkę - odparła blondynka i sięgnęła wolną ręką do schludnie upiętych włosów. Wyciągnęła ją, przez co pasemko oparło jej na policzek. - Ktoś chce próbować otworzyć zamek przy oknie?
- To nie sejf bankowy, więc kto wie, może się uda - odparł Karol. Zostawił na chwilę półkę i odebrał od blondynki wsuwkę, po czym zaczął majstrować przy okiennym zamku.
Marcel poczuł się trochę zdezorientowany. Czyli teraz chcieli, żeby zalała ich woda? Nigdy wcześniej nie przyśniło mu się umieranie i nie chciał, żeby to się zmieniło.
- Jeśli chcesz, żeby nas zalało, to po co otwierać okno lub odrywać półkę? - zapytał blondynkę.
- Ja bym wolała. Ale mamy demokrację, więc wam nie będę stawać na drodze - odparła Wiktoria. - Może jak nie uda się z oknem, to wybierzemy mój sposób.
- Myślę, że możemy spróbować przeżyć. A jak nam się nie uda, to chcąc nie chcąc wybierzemy twoją opcję i się utopimy - powiedział Marcel. Nie był do końca pewny dlaczego, ale wydało mu się to trochę komiczne. Jakby nazwali porażkę niczym innym, jak planem B.
- Popieram. Też wolałabym spróbować przeżyć - odezwała się zielonowłosa dziewczyna - dziwnie by było siedzieć i czekać.
- Nie wydaje mi się, by utonięcie było przyjemnym sposobem umierania - powiedział Karol. - A może znajdziemy przyjemniejszy sposób. Obudzenia się - dodał tytułem wyjaśnienia. - Poza tym zawsze może się okazać, że to nie sen. Po co więc ryzykować?

Wiktoria uśmiechnęła się do Marcela, ale nic nie powiedziała. Na powrót spojrzała na Karola.
- Jak nie uda się tobie z zamkiem, to metalową półkę możesz jeszcze użyć do wybicia szyby - zasugerowała, wskazując na nadszarpnięty element wystroju przedziału. - Jeśli o mnie chodzi to jestem przekonana, że to tylko sen, nawet jeśli się różni od poprzedniego. Że znowu przysnęłam na kanapie - westchnęła.
- Sen, sen, sen, ha ha ha, sen, sen, sen… - nie włączający się w próby ewakuacji błazen cicho mamrotał sobie pod nosem, czasami podśmiewając się z… czegoś. By uniknąć wody w butach usiadł po turecku na swoim miejscu.
Marcel myślał.
- Czasami ludziom przytrafiają się nietypowe sny, takie… magiczne. Nie wiem, czy jest tak naprawdę, ale słyszałem o tym od czasu do czasu. Może to taki sen z konsekwencjami. I jeśli umrzemy tutaj, to to samo zdarzy się w rzeczywistości - powiedział to, po czym się wzdrygnął. Z jednej strony to była nieprzyjemna wizja, a z drugiej robiło mu się trochę zimno bez koszulki. - Możesz przytrzymać te ubrania? - poprosił Martę.
Dziewczyna okazała się jak najbardziej gotowa do pomocy.
- Dzięki - szepnął do niej z lekkim uśmiechem.

Następnie wstał z zamiarem dokończenia dzieła Karola i kompletnym oderwaniem półki. Zaczął żałować, że tak niechętnie odpowiadał na zaproszenia na siłownię, które składał mu chłopak siostry. Choć z drugiej strony siła fizyczna w rzeczywistości niekoniecznie przekładała się na tą w świecie snów. Marcel nie wiedział, nie był na tym polu ekspertem.

- Niech to... - Karol z niesmakiem przyjrzał się wsuwce, która zaczęła przypominać wyrób rzemiosła abstrakcyjnego. - Filmy kłamią, albo zamki są coraz lepsze - dodał, pokazując światu efekt swych działań. - Na korytarzu też jest tyle wody? - spytał. Na ten moment w przedziale była do kolan, za oknem, przez które zaglądał księżyc, wody nie było widać.
Tymczasem Marcel napiął wszystkie mięśnie kończyn górnych… aż usłyszał głośny trzask. Nie spodziewał się tak naprawdę, że mu się uda, ale też Karol wykonał lwią część roboty. Impet posłał Felińskiego do tyłu i tylko cudem się nie przewrócił.
- Jezu - mruknął, biorąc głęboki oddech. - Przynajmniej jeden sukces - uśmiechnął się nieśmiało do towarzyszy. Bał się cieszyć zbyt głośno, bo wtedy mógłby zerwać im się na głowę dach, czy coś w tym stylu.
Stańczyk zaczął głośno bić brawo i wiwatować, zupełnie jakby Marcel wbił gola w meczu o mistrzostwo świata. Feliński był zaskoczony takim entuzjazmem ze strony błazna. Chyba że te wiwaty były czysto sarkastyczne i związane z tym, że się o mało nie zabił.
- Świetnie - również blondynka pochwaliła starania Marcela. - Hymm... Na korytarzu nie widać wody - zwróciła pozostałym uwagę na to. - Nadal nie chcecie zabrać się za drzwi? - zapytała pozostałych, którzy oponowali otwieraniu ich.
- Można spróbować - powiedział Karol. - Gdybyśmy musieli uciekać z przedziału, to lepiej na korytarz, niż skakać przez okno.
Kto mógł wiedzieć, jak zareaguje przedział gdy okaże się, że ofiary nie dadzą się utopić?
- Czyń w takim razie honory, Marcelu - Wiktoria zachęciła chłopaka wskazując skinieniem głowy na szybę w drzwiach, żeby uderzył w nie tym, co trzymał w rękach.
Feliński najchętniej przekazałby tę półkę komuś innemu, ale nie dał tego po sobie poznać. Skinął głową i podniósł metal wyżej, chcąc nim uszkodzić szybę. I tylko szybę. Woda wokół nich podnosiła się i Marcel poczuł ukłucie niepokoju. Pomyślał, że z każdą chwilą sugestia Wiktorii, żeby pozwolić na śmierć, zdawała się coraz bardziej abstrakcyjna. Wymagałoby to ogromnej siły woli, której Marcel nie posiadał. Z instynktem przetrwania bardzo ciężko było walczyć.
- Odsuńcie się - poprosił.
Następnie zamachnął się półką, chcąc sprostać powierzonemu mu zadaniu.
- W escape room´ie byłoby to nie do pomyślenia - zażartowała sobie Marta odsuwając się od drzwi i siadając na przeciwko Stańczyka. Patrzyła jak Marcel zamachuje się na szybę w drzwiach.
Po tym uderzeniu szyba pękła w kilku miejscach, nie wypadając jednak z drzwi i nadal stanowiąc przeszkodę.
- Weź kurtkę i walnij w szybę - zaproponował Karol, podając Marcelowi swoją kurtkę. Został w t-shircie z napisem Fly Motion, której jednak nie zamierzał zdejmować.
- Po prostu zamachnij się jeszcze kilka razy na tą szybę. Tylko bardzo kruche szło da się zniszczyć po jednym razie - stwierdziła na to Wiktoria, zachęcając do kontynuowania tej czynności.
- Ale po co mi kurtka? - zapytał Marcel.
Karol troszczył się o to, że było mu zimno? Wydawało się to bardzo miłe, ale w tych okolicznościach niewiarygodne. Chyba że miała mu jakoś pomóc w uderzeniu? Marcel chwilowo nie rozumiał w jaki sposób. Poczuł się zirytowany, bo stawy w obu jego dłoniach zaczęły mu nawalać. Coraz bardziej bolały po przebytym zmiażdżeniu i nie były też w żaden sposób przyzwyczajone do jakiegokolwiek wysiłku. Najpewniej powinien po prostu przekazać półkę Karolowi, ale ciężko było przyznać się do podobnych słabości. Męska duma wygrywała nawet z instynktem przetrwania.
Uderzył po raz drugi w szkło. A potem następny.
Szyba w końcu ustąpiła. Rozpadła się i wyleciała na korytarz. Wtedy woda jakby przyśpieszyła tempo. Nie wystarczyło już siedzieć by nie mieć z nią kontaktu. Zdawała się wlewać każdą najmniejszą szparą drzwi z takim ciśnieniem, że wcześniej położone tam ciuchy odpłynęły.
Wyglądając na korytarz można było odnieść wrażenie, że płynie tamtędy wartka rzeka. Głęboka przynajmniej do wysokości okna.
- Oh nie - wyrwało się z ust Marty. Chociaż to był sen, chyba… tak zakładali, to strach wkradł się w jej oczy.
- Wychodzimy na korytarz? - spytał Karol, który w obliczu nadmiaru wody wolał znaleźć się na szerszej przestrzeni, niż w jakiejś klatce.
- Woda tu, woda tam, siam sia la la lam - zanucił wesoło błazen, dodając do tego ruchy głowy dzięki którym dzwoneczki zaczęły wybijać rytm do jego piosenki. Stańczyk zwinnie niczym małpa wspiął się na pozostawioną z drugiej strony pustą półkę na walizki.

Wiktoria zbliżyła się do wybitego okienka, żeby na własne oczy zobaczyć co tam jest.
- Ja nie mam problemu z pływaniem, a wy? - zapytała i zaczęła zdejmować beżowy płaszcz. Wyglądało na to że zamierza przejść na drugą stronę drzwi.
- Ja też nie - powiedział Karol. - Chcesz iść pierwsza, czy mam ruszyć przodem?
Podszedł do drzwi i, wykorzystując kurtkę, z której nie skorzystał Marcel, zaczął oczyszczać brzegi z resztek szkła.
Tymczasem pierwsze strumyki wody zaczęły wpadać również przez wybitą szybę .
- Tylko trzeba się pospieszyć - szepnął Marcel, widząc napływającą wodę.
Wcale nie zamierzał pchać się przed szereg. Mógł poczekać, aż jego towarzysze wyjdą pierwsi.
- Nie zapomnij o psie - mruknął do blondynki. Nie chciał, żeby utopił się.
- Ja chętnie poczekam - powiedziała nieco nerwowo zielonowłosa.
Wiktoria zdjęła płaszcz, przekładajac sobie pieska z ręki do ręki. Później zrzuciła buty na obcasie i została mając na sobie idealnie wyprasowaną błękitną koszulę z żabotem oraz świetnie skrojone do sylwetki granatowe spodnie z jakiegoś lejącego się materiału.
- To ja mogę iść pierwsza - zgłosiła się na ochotnika blondynka. Dłonią objęła tak pieska, że trzymała go za szelki jakie miał na siebie założone. Zwierzątko tuliło się do niej, ale nie wierciło, w pełni ufając właścicielce.
- Ja go potrzymam, będzie ci łatwiej przejść - zaproponował Karol.
- Esteban nie lubi obcych - pokręciła głową Wiktoria. - Poza tym waży tyle co piórko - uśmiechnęła się i pocałowała zwierzątko w czoło. Położyła płaszcz na spód wnęki po okienku, tak żeby resztki szkła nie pokaleczyły. Następnie ostrożnie zaczęła przekraczać drzwi, jednak wtedy nie wiadomo skąd pojawiła się fala wody wpychająca dziewczynę na powrót do przedziału.
- Nie tym razem! - zaśmiał się głośno błazen. - Nie tym razem! Głupki!
 
__________________
To nie ja, to moja postać.
Wila jest offline  
Stary 25-02-2020, 23:21   #9
 
Wila's Avatar
 


Iza, Artur, Pola oraz kobieta z dzieckiem

Rytmiczny stukot kół wolno jadącego pociągu przyprawiał o szybsze bicie serca. Krajobraz przesuwał się niczym mknąca gazela. Zarysy drzew były niemalże nieuchwytne. Tylko księżyc, dziś w całej swej okazałości, stał w miejscu. Stały, nie poruszający się punkt.
Przedział w pociągu był zwyczajny. Nie była to ekskluzywna klasa. Każdy jednak miał swoje miejsce.

Przy oknie siedziała kobieta, ubrana była w długą kwiecistą suknię oraz rozpięty, gruby, wełniany sweter. Tuliła do siebie niemowlę, owinięte w beżowy ciepły kocyk. Maluch słodko spał w jej ramionach, zaś ona przyglądała się mu wzrokiem pełnym zachwytu.
W pewnym momencie oderwała oczy od dziecka, by rozejrzeć się po przedziale. Jej twarz nie kryła zaskoczenia, jakby nie spodziewała się, że ktoś prócz niej znajduje się w tym samym pomieszczeniu.

Artur rozejrzał się zaskoczony po wagonie kolejowym. Matka z dzieckiem, nieznajoma osoba i Izabela. Uśmiechnął się do niej i dotknął zajmowanego przez siebie siedzenia. Zdziwienie nie wynikało z miejsca oraz sytuacji, w jakiej się znalazł, a samym faktem zachowania pełnej świadomości podczas snu. Jeszcze nigdy niczego takiego nie przeżywał. Spojrzał ponownie na Księżyc, wsłuchał się w stukot kół pociągu. Siedział tak przez chwilę w całkowitym bezruchu skupiając się w pełni na chwili obecnej. Czuł fotel pod sobą, własne stopy w sportowych butach, twardość podłoża pod stopami, własne ręce o splecionych palcach. Odgłosy poruszającego się pociągu, a nie ograniczały się one do stukania. Pomiędzy każdym ze stuknięć był ledwie słyszalny szum wynikający z tarcia. Była też cisza kryjąca się pod spodem.

A skoro był to świadomy sen, to jaka była możliwość wpływania na niego? Przykładowo poprzez kreację obiektów lub modyfikację istniejących. Czy mógłby stworzyć podłużną świeczkę między niebieskim T-shitrem a kraciastą granatowo-szaro-białą koszulą? Skupił się na stworzeniu przedmiotu. Wręcz starał się go wyczuć poprzez zakończenia nerwowe korpusu. Czy mógłby zmienić kolor wykładziny w pociągu na różowy? Wyobrażał sobie ten wściekły, niemalże świecący neonowo róż.
Sięgając za koszulę popatrzył na podłogę.

Chociaż założenia były bardzo adekwatne do sytuacji, nic z tego nie wynikło. Nie udało mu się stworzyć świeczki. Wykładzina w pociągu nadal była brudno-szara.

Artur spojrzał na swoją rękę oraz wykładzinę z lekkim zmieszaniem widocznym na twarzy. Brak kontroli podczas świadomego śnienia? O czymś takim nigdy nie słyszał.

Sen. To musiał być sen bowiem innego wyjaśnienia zaistniałej sytuacji nie widziała. Nie mógł jednak być normalnym. Fakt, umówiła się z Arturem ale nie skupiała na nim myśli do tego stopnia żeby się jej przyśnił. Jak już to bardziej podejrzewałaby o to, że w majakach sennych pojawi się Wojtek. Na uśmiech, jakim powitał ją znajomy, odpowiedziała tym samym, a później zrobiła to, co każdy robi gdy znajdzie się w nieznanym sobie miejscu, a mianowicie zaczęła się rozglądać. Nie znała obu kobiet, które wraz z nią znajdowały się w przedziale. To jednak było coś, co mogła przyjąć za jeszcze w miarę normalne. Może minęły ją na ulicy czy siedziały wraz z nią w metrze, a jej podświadomość zwyczajnie zachowała ich obraz i teraz odtwarzała.
- Wiesz dokąd zmierza ten pociąg? - zapytała Artura. Wybór osoby której zada pytanie był oczywisty, w końcu tylko jego znała. Skoro zaś był on wytworem jej podświadomości, powinien znać odpowiedź. W końcu to był jej sen. Raczej nie tworzyłaby kogoś, kto nie byłby w stanie przyjść jej z pomocą. Chyba, że sen ten miał być koszmarem, jednak tych zwykle nie miewała, a przynajmniej nie pamiętała takowych.
Czekając na odpowiedź wstała z zamiarem przejścia się po przedziale, sprawdzenia co widać było za każdym z okien. W końcu widok wcale nie musiał być taki sam z każdego z nich.
Za oknem wychodzącym na zewnątrz widać było bardzo szybko przesuwający się krajobraz. Można by go nazwać leśnym, gdyż składał się głównie z drzew. Nocne niebo i księżyc w pełni. To wszystko przesuwało się nieadekwatnie szybko w stosunku do prędkości z jaką wydawał się jechać pociąg. Gdy Iza podeszła do tego okna zwróciła też uwagę na karteczkę "nie otwierać" przyklejoną tuż obok dziurki od klucza.
Za drugim oknem było widać tylko od połowy korytarz prowadzący między przedziałami. Na korytarzu też były okna, krajobraz za nimi był identyczny, choć bez księżyca.

- Absolutnie nie mam pojęcia skąd ani dokąd - odparł spoglądając na Izabelę. Przez chwilę wpatrywał się w nią zastanawiając się czy jej twarz za chwilę nie stopi się albo nie zmieni we włochatego stwora. Przykładowo Chewbaccę. To mogłoby wyglądać ciekawie z boku. Podróż pociągiem z Wookieem. Nie, żeby miał coś do towarzystwa Izabeli.

Odpowiedź sprawiła, że Izabela westchnęła, chociaż nie przerwała sprawdzania przedziału. Była ciekawa czy da się przejść do innych. Jeżeli pociąg działał na takiej samej zasadzie jak te rzeczywiste to taka możliwość powinna istnieć. Co kryły?
- To dziwne, miałam nadzieję, że jako wytwór mojej podświadomości będziesz posiadał taką informację. Nie miałam pojęcia o tym, że aż tyle o tobie myślałam żebyś się tu pojawił, a jednak. To trochę niepokojące, ale w sumie… Widać jakaś część mnie próbuje mi coś w ten sposób przekazać. Tylko kompletnie nie rozumiem istnienia jej - odwróciła się od okna i wskazała na matkę z dzieckiem. - Ten aspekt mi umyka - dodała z westchnieniem. Nie kontrolowałą tego co mówi bo nie było takiej potrzeby. To był sen, a gdzie indziej można było być w stu procentach szczerym i otwartym, i nie ponieść z tego powodu żadnych realnych konsekwencji? Na pewno nigdzie w świecie, w którym żyła. Coś na ten temat wiedziała bo zdarzało się jej próbować.

Artur zmarszczył brwi.
- Jak to twojej podświadomości?

- To chyba oczywiste - zdziwiła się tym pytaniem. - Bez dwóch zdań jest to sen. Z całą pewnością nigdzie się nie wybierałam i zasnęłam jak zwykle, w swoim łóżku. Na porwanie też to nie wygląda więc po wykluczeniu tych opcji zostaje właśnie sen, a skoro jest to sen to ty jesteś jego elementem, czyli wytworem mojej podświadomości. Tylko nie bardzo rozumiem dlaczego muszę ci to tłumaczyć. Nie powinieneś sobie z tego… - nagle urwała, uśmiechnęła się i pokręciła głową. - No tak, próbuję narzucić logikę czemuś, co zwykle jej nie posiada. Jednak jedno mnie zastanawia. Nigdy nie miałam aż tak realnego snu, w którym wiedziałabym że śnię i miałabym pełną kontrolę. Lub takiego z dodatkową obecnością osób które znam. Ciekawe ile z tego będę pamiętać po obudzeniu.

Różne dziwactwa działy się we śnie, więc nadmiernie gadatliwa Izabela mówiąca, że jest we śnie była czymś niemal normalnym. Przynajmniej w porównaniu do zjawiających się znikąd kosmitów czy innych chomików w zadkach ludzi. Odwrócił się w kierunku okna, a potem znów popatrzył na Izabelę.
- Wasze twarze się nie zmieniają - oznajmił lekko zmieszany.

- Dlaczego miałyby się zmieniać? - zapytała zdziwiona.

- Bo tak się dzieje we śnie. I nie mogę stworzyć świeczki - odparł spoglądając na zegarek raz, by sprawdzić która godzina. Przyjrzał się jej dokładnie, po czym opuścił rękę. Odwrócił wzrok na obraz prezentujący się za oknem. Ponownie popatrzył na zegarek, by sprawdzić czy wygląda tak samo i czy godzina się zgadza.
Za każdym razem zegarek pokazywał godzinę 21:00. Nie zmieniała się.
Pola przez chwilę, bez słowa, przysłuchiwała się wymianie zdań przez współtowarzyszy jej podróży.
Sen? Bardzo realistyczny. Podniosła dłoń i spróbowała policzyć palce – każdy wie, że w śnie nigdy nie to nie udaje, a jeśli nawet – palców zawsze jest inna ilość niż pięć. W tym śnie okazało się to możliwe. Bez problemu zauważyła, że jej dłoń ma pięć palców.
A potem wstała i podeszła do drzwi przedziału, z zamiarem wyjścia na korytarz.
Drzwi przedziału nie otworzyły się gdy Pola za nie pociągnęła. Wyglądało na to, że są zamknięte.
- Czy możecie być ciszej? - zapytała matka z dzieckiem półszeptem. - Sen, czy nie sen. Po pierwsze jestem tu i słyszę co mówisz więc wolałabym żebyś mówiła o mnie, do mnie. A po drugie, lepiej żeby jeszcze chwilę pospała. Ciiii… - mruknęła patrząc na dziecko - A śpij kochanie, jeśli gwiazdkę z nieba chcesz dostaniesz… - zanuciła po tym, lekko bujając malucha.
Nagle Pola poczuła, że robi jej się mokro w butach. Wszyscy mogli zauważyć powoli wlewającą się przez dolną szparę w drzwiach wodę.
- Wiedziałem, że coś się wydarzy i chyba wiem do czego to zmierza. W snach nigdy nie jest spokojnie. Domyślam się, że nic to nie da, ale… warto spróbować - powiedział Artur sięgając do paska. Zatrzeszczał otwierany rzep, zaś chwilę później rozłożył multitoola Leathermana. Te urządzenia należały do klasy “Hulk”, czyli niezniszczalne. Zatem we śnie pewnie ulegnie zniszczeniu. Nie bał się utopienia. To znaczy bałby się, gdyby to była rzeczywistość. Tutaj przecież nie mógł umrzeć, ale nie znaczyło to, że podobała mu się perspektywa ultrarealistycznej symulacji topienia. Na to się nie pisał. Czytał trochę o uczuciach związanych z tym nieprzyjemnym rodzajem odchodzenia z tego świata. Palące płuca walczące o ostatni oddech, ból i te sprawy. Nie, podziękuje. Postoi.
Rozłożył narzędzie do postaci kombinerek, chwycił odwróconym chwytem. Zamachnął się i… zawahał. Logiczne rozwiązanie nielogicznego problemu. Co jeśli głośne zachowanie sprawiło, że mały Cthulhu zaczął się budzić? Artur nie miał pod ręką żadnego Znaku Starszych Bogów i tylko mniej więcej wiedział jak on wygląda. Krzywa, pięcioramienna gwiazda z okiem - nie okiem w środku. Albo trącenie drzwi wyjściowych zadziałało jak w grach komputerowych typu Silent Hill lub Resident Evil. Podejście do określonej lokacji przywoływało Pyramid Heada czy Nemesis. To była gorsza opcja. Może podejście do okna? Może spojrzenie na zegarek. Schował go natychmiast w rękawie i usiadł, choć wzrok uciekał mu w kierunku źródła wody.
- Wróćmy do pozycji wejściowej i dajmy dziecku spać - powiedział cicho siadając w tym samym miejscu, w którym się ocknął. W dłoni wciąż ściskał kombinerki.
Nagle wszyscy jakby się ocknęli ze snu. Iza musiała przyznać, że poczuła się trochę speszona tym pouczeniem ze strony matki. Natomiast kolejne słowa Artura już ją nieco uspokoiły. Mówił dokładnie tak, jak ktoś we śnie powinien. Od rzeczy, a przynajmniej tak to brzmiało.
Woda jednak… Tak, to niby też było właściwe dla snu, nie znaczyło to jednak że akurat taki typ potwierdzenia się jej podobał. W przeciwieństwie do Artura nie miała przy sobie nic, co by było przydatne do rozbijania szyb czy prób otwarcia drzwi przedziału. Jedyne co mogła spróbować to otworzyć jedno z okien. Nawet drobna szpara byłaby wystarczająca. Grunt, to nie panikować. Sen czy nie.
Pola tylko zaklęła, po czym weszła na siedzenie - nie widziała powodu, aby niszczyć swoje najlepsze buty.
Matka z dzieckiem spiorunowała wzrokiem przeklinającą Pole. Nic jednak nie powiedziała w temacie przekleństw.
- Rozlałaś coś czy to z korytarza? Może ktoś rozlał coś na korytarzu? Jest tam ktoś? - pytając kobieta spojrzała kolejno na Polę a później na Izę, gdyż obydwie dziewczyny podchodziły do okna przez które można było zobaczyć korytarz.
Tymczasem kałuża wody robiła się coraz większą.
- Przepraszam - Pola spojrzała na kobietę. - Nikogo tam nie widac, chyba z zewnątrz się leje.
Usiadła wygodniej na wagonowej kanapie, podwijając pod siebie nogi.
- Nie chciałam obudzić bąbelka. Słodziak. Jak ma na imię?
- I czy żyje? To znaczy… czy oddycha? - zapytał Artur. Oczywiście nie było to równoznaczne. Chociaż… może było, ale bynajmniej nie w rozumieniu oddychania jako wymiany gazowej, w którą zaangażowane były płuca, a procesy mitochondrialne. Spojrzał w kierunku powiększającej się kałuży. Co jeśli się mylił i woda nie zamierzała ich utopić tylko mały Cthultu właśnie przywoływał kolegów? Jak w Sinking City. Woda do kostek nie wyrządzała Reedowi żadnych szkód, ale kiedy wpadł do głębszej, pasek życia pomniejszał się dość szybko. Nic zatem bohaterowi po umiejętności pływania i nurkowania. Może by jednak wydrapać Znak Starszych Bogów? Nie był pewny czy zadziała tu zwykłe “abra-kadabra, stoliczku nakryj się”, czy trzeba uciec się do bardziej skomplikowanych symboli. Ani czy ma to jakieś znaczenie. Przyjrzał się uważnie dziecku czy nie zdradza objawów wczesnych macek Davy’ego Jonesa.
- Umiem udzielić pierwszej pomocy - dodał szybko gwoli wyjaśnienia. Spojrzał nieśmiało przez okno. Może zobaczy tam Buźkę z filmów o Bondzie. W którymś z nich była scena w pociągu.
- Wanda - odpowiedziała kobieta - ma na imię Wanda. - Nie patrzyła jednak na Poli, chociaż to ona zadała to pytanie. Jej wzrok wysyłający gromy i pioruny padł na Artura. - Oczywiście, że żyje. Mam ją uszczypnąć żebyś uwierzył? - kobieta nie uszczypnęła córki, zamiast tego odchyliła ją nieco od siebie, by każdy w przedziale mógł zobaczyć słodką buzię szkraba. Mała Wanda akurat przeciągle ziewnęła ukazując bezzębne dziąsła. Wyglądało na to, że dziecko ma dwa, może trzy miesiące. - Coś dużo robi się tej wody - zaniepokoiła się matka, również podkurczając nogi i umieszczając je na siedzeniu.
Faktycznie, wody przybywało w jednostajnym tempie.
- Może warto by jakoś zablokować ten dopływ… - Pola myślała głośno. - Choć z drugiej strony - takiej wody to musi być ograniczona ilość, prawda? W razie czego wypłynie oknem.
- A dokąd jedziecie? - najpierw spojrzała na kobietę z dzieckiem, jako najmniej pasująca do ich gromady, a potem na pozostałych “podróżnych”.
- Obawiam się, że we śnie logika i racjonalność nie musi obowiązywać. Równie dobrze zatrzymać dopływ może rozwiązanie i ponowne zawiązanie sznurówek, a z butelki może wylać się ocean. Lubię Lovecrafta, więc niestety możemy się spodziewać utopienia lub zabójczych macek - wyjaśnił Artur kobiecie o ciemnej karnacji, po czym odezwał się ponownie.
- Może spróbuj wrócić do drzwi tyłem, a potem na swoje miejsce. Wiesz… jakbyś cofała się w czasie lub przewijała film. Ja zajmę się Znakiem - zwrócił się do kobiety o ciemniejszej karnacji. To, że mała dziewczynka nie wydawała się być wcieleniem Przedwiecznego nie oznaczało, że Znak nie zadziała podobnie do uniwersalnej inkantacji “czary-mary”. Jednym ruchem złożył kombinerki, zaś drugim rozłożył nóż, którym zaczął wyskrobywać symbol.
- Prosze cię - prychnęła, ale widząc że facet mówi poważnie przewróciła oczami i posłusznie odtworzyła swoje podejście do drzwi - tym razem tyłem. Wyglądało jednak na to, że nic to nie dało.
- Mogłabyś jeszcze spróbować je otworzyć? Woda zaczęła lecieć mniej więcej po próbie otworzenia drzwi, moim dwukrotnym sprawdzeniu godziny, sprawdzeniu okien przez Izabelę, wybudzaniu się Wandy oraz rozpoczęciu usypiania przez jej mamę. Może coś z tego było zapalnikiem? Strzelam, nie mam pojęcia - mówił zabierając się za wydrapywanie oka z płonącą źrenicą.
Pola znieruchomiała, wyraźnie ogłupiała
- Jak mam do tyłu udać, że otwieram drzwi?. - spojrzała na wandala.
Dla Izy zaś to wszystko… Cóż, wyglądała właśnie jak sen. Nie widziała, że Artur ma takiego fioła na punkcie Lovecrafta by w ogóle pamiętać o czymś takim jak znaki. Ona co prawda raz czy dwa czytała książki tego autora, jednak nie znalazły one miejsca na jej półkach ani w pamięci. Znałą ogóły i tyle.
- Widzieliście może gdzieś klucz? - zapytała, dodając swoją cegiełkę szaleństwa. Zastanawiała się czy może o to w tym chodzi by znaleźć klucz pasujący do tej dziurki którą znalazła. Wydawało jej się to bardziej prawdopodobne niż skuteczność chodzenia do tyłu i wydrapywanych znaków.
Miejsc w których można było szukać wspomniany klucz nie było wiele. W przedziale mógłby znajdować się co najwyżej: w koszu na śmieci, między fotelami, pod fotelami (co byłoby dość problematyczne ze względu na ilość wody - za kostki - która zdążyła już wylać się do przedziału). Każdy też posiadał skromny zasób osobistych rzeczy.
- Ja nie widziałam klucza. Podoba mi się pomysł z zablokowaniem dopływu - odezwała się matka z dzieckiem - tylko czym? Wolałabym nie czekać czy woda zacznie wypływać oknem, bo wtedy porządnie już nas zmoczy. A co z małą Wandą? Wanda, nie może zginąć! - kobieta mocniej przytuliła do siebie niemowle - Nie pamiętam dokąd jadę - po tych słowach rozejrzała się po przedziale, jakby mogła być tu wywieszona kartka z napisem informującym o kierunku jazdy. Niestety nie znalazła takiej. - A reszta? Ktoś pamięta? - popatrzyła po twarzach zebranych.
Izabela pokręciła przecząco głową w odpowiedzi na pytanie kobiety z dzieckiem. Nie zamierzała rezygnować ze znalezienie klucza, chociaż powiększająca się ilość wody działała nieco dekoncentrująco. Chociaż klucz mógłby w najgorszym razie pomóc w tej kwestii. Z tego też powodu zabrała się za jego szukanie. Mógł przecież być gdzieś przyklejony, wrzucony, cokolwiek. To był sen, miejsce w którym się znajdował nie musiało być oczywiste. Tyle, że niektóre rzeczy naprawdę jej nie pasowały do teorii snu, uznała jednak że będzie się nad nimi zastanawiać później.
- Można spróbować zatkać otwór ubraniami. Powinno zadziałać, przynajmniej na jakiś czas - zaproponowała.
- Ja bym najpierw spróbowała kluczami... Każdy z nas ma jakiś przy sobie, prawda? - Pola zaczęła przegrzebywać swoją torbę. Znalazła klucze do studia, do domu, boxu dla psów, do corsy, oraz zapasowe do szatni dla klientów. Dodatkowo klucz do skrzynki na listy, oraz do linki rowerowej.
- Warto spróbować - powiedział cicho nie precyzując do której propozycji się odnosił. Niewykluczone, że do obu. Znak nie działał tak jak wszystko pozostałe. Z tym snem było coś nie tak. To nie był zwykły przypadek świadomego śnienia. W takim przypadku śniący ma pełną kontrolę nad snem. Właśnie o to chodziło w świadomym śnieniu. O wolność od ograniczeń i swobodę robienia wszystkiego, czego nie można było zrobić w realnym świecie.
- Świadomie śniący mają pełną kontrolę nad snem. Ja jej nie mam. Spróbujcie coś wyczarować - zwrócił się do trójki kobiet wyglądając na korytarz, by sprawdzić co jest źródłem wody. O ile ono istnieje. I czy po drugiej stronie drzwi też jest tyle samo wody. Spojrzał także na dach oraz podłogę. W standardowych przedziałach raczej nie było włazów, ale we śnie… kto wie? Zapukał też w ścianę sprawdzając odgłos jaki wyda, po czym podszedł do okna, by sprawdzić czy któryś z jego kluczy zadziała.
Izabela szukała klucza. Ten jednak, nie był nigdzie na widoku. Nie był nigdzie przyklejony, nie znalazła go między fotelami. W koszu na śmieci wrzucony był worek… Worek był pusty.
Pola przyglądała się kluczą które miała w torebce. Ten do corsy odpadał w przedbiegach. Ten do skrzynki na listy i linki rowerowej wyglądały na warte wypróbowania.
Artur wyglądając na korytarz nie był w stanie określić źródła wody. Przez okno widział, że na korytarzu jest woda. Prawdopodobnie wartka rzeka, która tam teraz płynęła miała głębokości po pas.
Dach i podłoga nie miały żadnych włazów. Odgłos wydawany przez ścianę nie przykuł szczególnie jego uwagi.
Pierwszy klucz, który chwycił był zdecydowanie za duży w stosunku do otworu. Jedynym panującym kluczem był ten od skrzynki na listy. Ten chociaż wszedł do dziurki, nie dał się w niej przekręcić.
- Ja też powinnam mieć jakieś klucze - powiedziała kobieta z dzieckiem. Po czym delikatnie i powoli by nie znudzić niemowlaka, wsadziła dłoń do kieszeni. Maluszek zaczął się wiercić, to spowodowało, że matka znów zaczęła śpiewać - A śpij kochanie, jeśli gwiazdkę z nieba chcesz dostaniesz… - i przestała szukać swoich kluczy.
Pola zaczęła majstrować przy dziurce, przy użyciu swoich kluczy do skrzynki na listy, oraz do linki rowerowej.
Obydwa klucze weszły do otworu, jednak tak samo jak w przypadku kluczy Artura, nie dały się przekręcić.
- Spróbujesz z moimi? - zapytała kobieta z dzieckiem patrząc na Artura. - Ale musisz sam wyjąć je z mojej kieszeni - dodała. Ostatnia próba samodzielnego wydobycia kluczy skończyła się lekkim przebudzeniem malucha. Widocznie matka nie chciała znów ryzykować.
W tym czasie Iza zabrała się za szukanie klucza na podłodze. Zakasała rękawy i przeszukała prawą stronę przedziału pod fotelami. Tam nic nie znalazła.
Nie zamierzała jednak się poddawać i zaczęła przeszukiwać lewą. Chociaż coraz bardziej wątpiła w powodzenie. Przy sobie miała tylko niezbędne klucze do domu, do mieszkania i do piwnicy w bloku. Nie sądziła w to by któryś pasował do okna, chociaż gdyby nie znalazła klucza pod siedzeniami to zamierzała spróbować i tego sposobu. No, chyba że pasować będzie któryś z kluczy matki dziewczynki. To by w sumie mogło mieć jakiś sens, biorąc pod uwagę to, że woda zaczęła wpływać po tym jak mała się obudziła.
- Właśnie miałem zapytac czy mogę spróbować twoimi. Mogłabyś się odwrócić? Byłoby mi łatwiej je wyjąć - poprosił Artur przed rozpoczęciem poszukiwań kluczy w kieszeniach matki Wandy.
- Jasne - odpowiedziała kobieta i usiadła bardziej bokiem, by dostęp do jej kieszeni był ułatwiony - prawa kieszeń swetra - dodała - ta duża.
Artur włożył dłoń do kieszeni kobiety. Poczuł, że znajdują się tam dwie rzeczy. Pierwszą był pęk kluczy, którego szukał. Drugą kartka papieru, formatu zbliżonego do A6 złożona na pół.
Po wyjęciu pęku kluczy i przyjrzeniu się mu, mógł zauważyć, że są tam dwa mniejsze klucze, które nadają się do sprawdzenia.
W tym czasie Iza przeszukująca podłogę pod fotelami po prawej stronie poczuła pod palcami niewielki metalowy przedmiot. Aby wydostać go musiała zamoczyć kolana. Jej buty były już i tak pełne wody, która sięgała teraz do połowy łydek. Było warto. Przedmiotem tym okazał się być klucz.
- Czy kiedy wkładałaś klucze do kieszeni była w niej kartka? Może to po prostu lista zakupów. Po prostu w tym miejscu niczego nie można być pewnym... - zaczął się tłumaczyć Artur.
- Hej, znalazłam klucz - poinformowała wesoło Iza, wstając i podnosząc w górę swoją zdobycz. - Możemy spróbować czy będzie pasował. Chociaż nadal uważam, że na wszelki wypadek powinniśmy także spróbować zatamować tą wodę - dodała, zabierając się za zdejmowanie swojego płaszczyka. Pod spodem miała tylko kaszmirowy sweterek ale w przedziale nie było tak zimno by stanowiło to duży problem.
- Nie wiem o czym mówisz - powiedziała kobieta z dzieckiem do Artura. - Klucz? Tu na ziemi. To brzmi dobrze, ciekawe czy pasujący.
- Zanim otworzymy okno… Skoro nie kojarzysz, żebyś miała jakąkolwiek kartkę w kieszeni, to możemy spojrzeć co na niej jest? - zapytał matkę Wandy wskazując dłonią na jej kieszeń.
Kobieta zmarszczyła brwi i przez chwilę bez słowa patrzyła na Artura. W końcu kiwnęła głowa potwierdzająco.
- Dobrze - powiedziała. Artur sięgnął więc jeszcze raz do kieszeni jej swetra by wyjść kartkę. Jedno spojrzenie wystarczyło by wiedzieć co to jest. Już zanim rozłożył ją by spojrzeć na napisy, był całkowicie pewny, że trzyma w dłoni bilet.

BILET
27 marca 2019
Z: WARSZAWA CENTRALNA - ODJAZD: 15:20
DO: SZCZECIN GŁÓWNY - PRZYJAZD: 21:10
przesiadki: 0 | czas przejazdu: 6:10
WAGON 3: M. Do siedzenia 23
War. Um. Wagon z przedziałami
PLN 39,00
Gotówka
Godzina zakupu: 14:40

- Jedziemy do Szczecina… i jest 27 marca, nie 20 - zakomunikował na wpół do siebie. Minęło dokładnie siedem dni od momentu, który pamiętał jako ostatni. Dodatkowo czas przejazdu nie zgadzał się z różnicą między odjazdem z Centralnego a celem. Dwadzieścia minut. Co to mogło znaczyć? Czy to tylko pomyłka PKP? Artur niezbyt często korzystał z usług kolei. Nie miał o nich najlepszego zdania.

- To w końcu sen - Iza wzruszyła ramionami. - Z którego możemy później nic nie pamiętać albo ewentualnie zapamiętać jakieś drobne fragmenty. Nie wiem jak wy, ale ja z pewnością się do Szczecina nie miałam powodu wybierać. W sumie to ciekawe. Sprawdźcie, może też macie bilety - zaproponowała, na chwilę odkładając próbę sprawdzenia klucza by poszukać własnego biletu. No w końcu skoro matka dziewczynki go miała, to dlaczego oni by mieli nie mieć?

- Fajnie, fajnie - mruknęła Pola wpatrując się w swój bilet . - Wygląda na to, że umknął mi - nam - spojrzała na pozostałych - tydzień życia. Może mamy amnezję wsteczną? Chociaż nie planowałam podróży do Szczecina, do Warszawy zresztą też nie.
- To co? Próbujemy te klucze?

- Można by uznać, że umknął, gdyby to co w tej chwili przeżywamy działo się w świecie realnym. Skoro jednak to sen… - Iza nie dokończyła, zamiast tego składając z powrotem swój bilet i wsuwając go do kieszonki torebki. - Tak, nie widzę powodu dla którego mielibyśmy zwlekać z tymi próbami - poparła pomysł. - A tak w ogóle to skąd jesteś? - zapytała Polę. Co prawda była ona jedynie tworem jej podświadomości, Iza jednak i tak była ciekawa odpowiedzi.
- Ciekawe - powiedziała matka z dzieckiem do Artura - to naprawdę dziwny sen. Co mogłybyśmy robić w Warszawie? - po tych słowach w zamyśleniu spojrzała na swoją córeczkę.
Poziom wody stale się podnosił, teraz sięgał już za kolana.
Nie czekając na odpowiedź na zadane pytanie, Izabela podeszła do okna by skorzystać ze znalezionego klucza.
Klucz pasował do dziurki, dało się go bez problemu przekręcić. Kiedy Iza to zrobiła, nagle szyba w oknie opadła w dół wpuszczając do przedziału podmuch świeżego, zimnego powietrza. W tym samym momencie otworzyły się drzwi przedziału. Woda zaczęła wlewać się w oszalałym tempie. Matka z dzieckiem krzyknęła:
- Wanda nie może zginąć!
 
__________________
To nie ja, to moja postać.

Ostatnio edytowane przez Wila : 26-02-2020 o 00:03.
Wila jest offline  
Stary 02-03-2020, 20:37   #10
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Poznań, 21.03.2019, czwartek, 6:23

- Nie tym razem! Głupki! - W uszach Karola zabrzmiał głos błazna króla Zygmunta.
- Dzyń, dzyń, dzyń - zadzwoniły dzwonki przy błazeńskiej czapce.
- Dzyń!
- Dzzzzzzyń!
- DZZZZZZZZZZZZZZZZZYŃ!
Z dość nietypowego, bardzo realistycznego snu obudził Karola dzwonek do drzwi jego mieszkania. Był zaspany i rozkojarzony nocnym koszmarem, zlany potem, ale zarejestrował, że obok nadal jest Kaśka. Dziewczyna ocknęła się "jednym okiem", najwyraźniej nie mając zamiaru przejmować się tym dźwiękiem.

"Gdy ci się rano nie chce podnieść z łóżka dupska,
To sobie pomyśl jak walczyła Nadia Krupska."

Karol sprawdził godzinę, a potem, przeklinając pod nosem niespodziewanego i zdecydowanie zbyt wczesnego gościa, ruszył w stronę drzwi wejściowych, zapomniawszy o tym, iż w jest stroju niekompletnym.
- Słucham? - powiedział. Równocześnie zerknął przez judasza.
Jego oczom ukazała się uśmiechnięta twarz Leny. Dziewczyna patrzyła w stronę judasza wystawiając język. Nie odpowiedziała na "słucham", widocznie dobrze znała przyzwyczajenia swojego przyjaciela.
- Gość w dom... - Karol błyskawicznie założył wiszący obok płaszcz i otworzył drzwi. - Z nieba mi spadasz - powiedział, znacznie mijając się z prawdą. Ale jakoś trzeba było ratować sytuację. - Jest pewien problem... - powiedział szeptem.
- Problem? - zapytała Lena przekraczając próg mieszkania. - Ja tylko na chwilę. Musiałam zostawić wczoraj u ciebie portfel a spieszę się do pracy. Za to przyniosłam dla ciebie śniadanie - powiedziała Lena, przyglądając się płaszczowi, który miał na sobie Karol i myśląc o tym, co może znajdować (lub nie znajdować) się pod nim.
W tym samym momencie, z pokoju dobiegł głos Kaśki
- Cholera jasna, gdzie są moje gacie? - Po którym padły jeszcze z dwa lub trzy przekleństwa, którym nie towarzyszyły jednak żadne myśli. A przynajmniej Karol nic nie słyszał.
- To nie ten problem - wyjaśnił cicho. - Wejdziesz? - Skinął głową w stronę pokoju.
W tym momencie zalał go potok myśli Leny, które wydawały się tak głośne, że mężczyzna miał ochotę zasłonić uszy… tylko, czy to by coś dało?
"Idiotka! Co za idiotka ze mnie! Biorę portfel i spadam…". Lena wspominała ich wczorajszą noc. Niby nic się między nimi nie działo, ale jednak to ona wczoraj spała w Karola łóżku, a dziś, ewidentnie, była tam jakaś dziewczyna i to w dodatku pozbawiona bielizny. Karol czuł też rozczarowanie, które błąkało się w myślach Leny.
- Eeeee nie, dzięki - odpowiedziała dziewczyna, po której było widać napięcie i nie było trzeba być telepatą by wyczytać je z mowy ciała. - Daj mi tylko ten portfel i nie będę przeszkadzać - dodała nieco sucho. "Nie daj po sobie nic poznać, przecież jesteście tylko przyjaciółmi", pomyślała, a na jej ustach pojawił się wymuszony uśmiech.
"Kiedy do łóżka wpycha tobie się dziewczyna,
Wykopsaj ją i weź za dzieła się Lenina.
Dużo starsza od Karola rada była trafna ale nieco spóźniona i zrobiła się sytuacja, z której mogły rozkwitnąć problemy. A że każdy winny się tłumaczy, Karol spróbował chwycić byka za rogi i przedstawić całą nagą prawdę.
- Nie wygłupiaj się - syknął Lenie do ucha. - Nie uprawialiśmy seksu. - Dalej nie podnosił głosu. - Przyszła załamana, bo rzuciła ją... sympatia, i na dodatek była pijana w trupa. Wchodź, albo cię zaciągnę na siłę. - Miał w tym momencie w nosie ewentualne uczucia Kasi, na którą szok w zasadzie mógł dobrze wpłynąć.
"Zapomnij" pomyślała sobie Kasia, która jednocześnie analizowała, dlaczego zalana w trupa dziewczyna, z którą Karol NIE uprawiał seksu, może szukać swoich gaci. Nie brzmiało to dobrze.
- Możesz uprawiać seks z kim chcesz - powiedziała w końcu. "Nie jesteśmy małżeństwem, nawet ze sobą nie chodzimy". - Poszukasz ten mój portfel?
"Też cię kocham", pomyślał, równocześnie rozbawiony i zmartwiony całą sytuację.
- Nie wygłupiaj się - powiedział cicho. - Dziewczyny na kacu nigdy nie widziałaś? - dodał równie cicho, po czym cmoknął ją w policzek i pociągnął w stronę pokoju, w którym, sądząc po słownictwie, stale trwały poszukiwania dolnej części bielizny.
- Kate, przyodziej się, bo wchodzimy z Leną - powiedział.
- Mam je! Już znalazłam, mam na dupci - oznajmiła Katarzyna, co jednocześnie mogło być pozwoleniem na wejście. Lena wydawała się trochę przekonana. Nie chciała być nigdzie wciągają i dała za wygraną. Weszła z Karolem z przedpokoju do pokoju dziennego. Na widok Katarzyny od razu w jej głowie przeminęło kilka wspomnień z przebytych razem imprez, świadczących o tym, że poznaje właścicielkę majtek.
"A, to ona. Ciekawe co tu robi" pomyślała któraś z dziewczyn, ale Karol nie bardzo wiedział która. Przypuszczał że Kasia.
- Oto mój anioł stróż - powiedział Karol, wysuwając Lenę odrobinę przed siebie - bez którego byśmy pomarli z głodu. - Ponownie cmoknął dziewczynę w policzek. - Ja się porządnie przyodzieję, bo nie wypada, bym paradował przed wami w piżamie. Potem znajdziemy portfel Leny i ty - spojrzał na Kasię - zostaniesz tutaj, a ja zawiozę cię do pracy. - Uśmiechnął się do Leny. - Już i tak straciłaś przeze mnie dużo czasu. A jak wrócę, to zajmiemy się twoim problemem, Kate, i spróbujemy ustalić jakąś strategię, by przekonać twoją mamę.
Ziewnął, zakrywając usta.
- Miałem koszmarny sen - spróbował się usprawiedliwić - ale, dzięki Bogu, uszedłem z niego cało - dokończył, ruszając do łazienki.
Dziewczyny, chociaż milczały póki co, zaczęły myśleć jedna przez drugą, zaś Karol nie miał pojęcia, do której należą które myśli:
"ciekawe czy ze sobą chodzą", "o nie, muszę zdążyć na ósmą", "ładna dziewczyna", "ciekawe gdzie jest ten portfel", "dziwna sytuacja", "wypiłabym kawę", "co on tam ma"...
Do tego potok obrazów wypływających z myśli obydwu kobiet, łączących się ze sobą w niewiele mu mówiącą mozaikę.
Jak się okazało, czytanie w cudzych myślach miało też plusy ujemne...
- Zrobię kawę - powiedziała któraś, Karol od nadmiaru bodźców w głowie nie był pewien która z dziewczyn. Jednak to Lena skierowała się w stronę kuchni.
- Dzięki - odpowiedziała jej Kasia, która zbierała swoje rzeczy.
- Dla mnie herbatę - poprosił Karol, niknąc w drzwiach łazienki.
Po chwili, ubrany i nieco odświeżony, wrócił do pokoju.
Gdy tylko wrócił znów zalała go fala myśli dziewczyn, naprawdę mogła od tego rozboleć głowa.
- Jak samopoczucie? - zwrócił się do Kasi, po czym, nie czekając na odpowiedź, zaczął myszkować po pokoju w poszukiwaniu portfela. I zastanawiając się, czy portfel na pewno jest gdzieś tutaj.
- Fatalnie - odpowiedziała Kasia - teraz ja idę się ubrać. Muszę zdążyć na ósmą do hotelu - dodała już znikając za drzwiami łazienki.
- Znalazłeś? Jest już herbata dla ciebie a tu masz śniadanie. Ja muszę lecieć jak najszybciej. - Lena przyglądała się Karolowi myszkującemu po pokoju, jednocześnie rozmyślając o poczuciu zazdrości, które odczuła, myśląc że spał z inną dziewczyną.
- Jakim cudem wkopałaś go pod kanapę? - Karol podniósł się, trzymając zdobycz w dłoni. - Ale nawet się nie zakurzył - dodał.
Spojrzał na Lenę.
- Siadaj i poczekaj, aż zjem - polecił. - Możesz się poczęstować - dodał łaskawie. - A potem cię zawiozę, więc daruj sobie protesty, dobrze? Będziesz w pracy na czas.
- Nie, nie, nie - odpowiedziała. - Dziś żadnych motocykli. - Lena wyobraziła sobie jak fryzura psuje się od kasku, nieupięte włosy latają we wszystkie strony, a makijaż spływa z twarzy, kiedy ona spieszy się na ważne spotkanie i nie ma już czasu na ogarnięcie wyglądu. Jakkolwiek były to dramatyczne i przerysowane wyobrażenia, niczym z kreskówki. - Wezmę taksówkę. Ale śniadanie chętnie ci podjem, żeby ci w boczki nie poszło.
Karol o mały włos parsknąłby śmiechem, bowiem nakreślone przez Lenę wizje były przezabawne. Z męskiego punktu widzenia oczywiście.
- Łamiesz mi serce... - powiedział. - A nie chciałem wierzyć jak mi mówiono, że na ferrari poderwę więcej lasek, niż na motocykl... - Westchnął ciężko. - Taki cios...- Zrobił smutną minę.
Lena przymrużyła oczy z uśmiechem na ustach.
- Ty łamiesz moje, ja łamię twoje, dzieci z tego nie będzie - zażartowała sobie. Jednocześnie zastanawiając się, czy zrobione przez nią śniadanie będzie smakować Karolowi.
- Złamać tobie serce? - Karol odłożył nadgryziony kawałek bułki i spojrzał na Lenę wzrokiem, w którym podejrzliwość mieszała się z cieniem zamyślenia. - Ja? Nigdy w życiu...
Równocześnie zastanawiał się, co skłoniło Lenę do zrobienia mu pobudki tuż po wschodzie słońca. W końcu bez portfela spędziła wczoraj pół dnia i zdołałaby bez problemu dotrzeć do pracy.
Chociaż bułeczki były miłym akcentem…
Niestety w myślach Leny nie odnalazł odpowiedzi na to pytanie.
Kaśka opuściła w końcu łazienkę, co spowodowało, że Lena nic nie odpowiedziała myśląc po prostu o tym, że Kaśka już wyszła. Później myśli dziewczyn znów zaczęły się stapiać w jedno.
Jedna myślała o bułkach, druga o spóźnieniu, jedna o Karolu, który dobrze dziś wyglądał, druga o pogodzie za oknem.
- O, śniadanie - powiedziała Kaśka. - Mogę?
- Bułeczki są przepyszne - powiedział Karol, zabierając się za kontynuację konsumpcji. - I starczy dla wszystkich, więc się częstuj.
"Co będzie, gdy będzie więcej osób?", pomyślał, a potem spróbował się skupić, by oddzielić myśli Leny od myśli Kasi.
Lena myślała o tym, że pora wezwać taksówkę, oraz o tym co czeka ją w pracy. Martwiła się jak przebiegnie ważne spotkanie, które dziś ma. Karol nie wiedział jednak o czym w tym czasie myślała Kasia. Ta druga przysiadła się i zaczęła jeść bułeczkę.
- To jesteście parą? - zagadała Katarzyna. - Czy jak?
Karol przez moment przyglądał się Lenie, chcąc się dowiedzieć, co ona myśli w tej chwili.
Lena zastanawiała się, dlaczego Karol nigdy nie chciał być jej partnerem. Wersji które przyszło jej na szybko do głowy, było kilka: bał się popsuć ich przyjaźń, nie podobała mu się, kochał się w kimś innym, nie był gotowy na stały związek. Ostatecznie skarciła się sama w myślach, że za często o tym myśli. Lubiła go, podobał jej się. Mimowolnie zaczęła wyobrażać sobie ich pierwszy pocałunek. Zanim doszła do kilku możliwych wersji "jak i kiedy" przegoniła ów myśli z głowy.
- Lubimy się... bardzo - Odpowiedź Karola była nie do końca precyzyjna. - Ale... - Spojrzał na Kasię, potem na Lenę. Na tę drugą znacznie dłużej. - Nie dalej jak wczoraj powiedziała, że za mnie nie wyjdzie - stwierdził z kamienną twarzą.
Lena uśmiechnęła się na to stwierdzenie.
- Podtrzymuję - odpowiedziała wesoło. W międzyczasie wyobrażając sobie, jak idą razem do ołtarza, a Kasia sypie za nimi kwiatki.
Kasia zaśmiała się
- No to grubo. Może nie tylko ja potrzebuję w takim razie porad. - Puściła oczko do Karola. - Jak dziewczyna mówi, że za ciebie nie wyjdzie i uśmiecha się w taki sposób…
- Talalala - przerwała jej Lena. - Sama sobie za niego wyjdź, będziesz prasować mu koszule i układać na półce skarpetki. Dobra, muszę lecieć. - Po tych słowach Lena wyjęła telefon, by móc wezwać taryfę.
Kasia zaśmiała się i spojrzała wymownie na Karola, myśląc o tym, że skoro jeszcze się nie zaręczył, to chyba jest ślepy. A Karol zaczął się zastanawiać, czy Kasia nie ma racji.
- Ja też lecę - powiedziała Kaśka, po czym wsadziła ostatni kęs bułki do buzi.
- Nigdy nie układałaś mi skarpetek... - z udawanym oburzeniem spojrzał na Lenę - więc nie psuj mi opinii... Mam znajomego taksówkarza - powiedział, zabierając z komórkę z ręki Leny - i wykorzystam tę znajomość. A ciebie zawiozę, skoro Lena mówi motocyklom twarde "nie".
Między dziewczynami padła krótka wymiana spojrzeń.
- A ten znajomy taksówkarz nie może zabrać nas obydwu? - Kasia chętnie zabrałaby się z Karolem motocyklem, ale uznała, że Lenie się to nie spodoba. Nie chciała psuć Karolowi czegoś, co według niej było w trakcie kwitnięcia. Myśli Leny Karol przegapił.
- To w inną stronę - powiedział Karol, równocześnie przewijając listę kontaktów w swoim Iphone. - Jacek? Mam pilny kurs, pasażerkę do Volkswagena w Swarzędzu. Masz czas? - Przez moment milczał, wysłuchując odpowiedzi. - Tak... Za pięć minut będziemy na dole...
Spojrzał na Lenę.
- Jaśnie pani, kareta wnet przyjedzie - powiedział żartobliwym tonem.
- To zbieram się. Do zobaczenia! - Lena popiła jeszcze z kubka. Po tym skierowała się w stronę drzwi wyjściowych.
- Poczekaj sekundę - powiedział Karol, wstając i kierując się do przedpokoju. - Zaraz wracam - rzucił pod adresem Kasi, po czym szybko założył buty i wciągnął kurtkę. Otworzył drzwi, a gdy Lena przekroczyła próg ruszył za nią, po drodze zabierając klucze do domu. - Jeszcze wsiądziesz do nieodpowiedniej taksówki - zażartował, uprzedzając ewentualne protesty - i ktoś cię porwie.
- Dobrze, doprowadź mnie w takim razie - zaproponowała Lena - dla mojego bezpieczeństwa.
Dziewczyna poczekała aż Karol ubierze buty i kurtkę. Sama nic nie zdejmowała wiedząc, że się będzie spieszyć.
Jej myśli zajmowała praca.
W końcu wyszli na klatkę schodową a z niej na świeże powietrze.
Wtedy się zaczęło.
Karol przekroczył próg drzwi klatki schodowej i poczuł jakby na jego głowę spadła skała. Ból głowy przyprawiał o zawroty.
W dodatku mężczyzna dosłownie przestał słyszeć swoje myśli. Wszyscy dokoła, przechadzający się to tu, to tam gdzieś w pobliżu Karola, myśleli o czymś. Słowa i obrazy mieszały się ze sobą, ale Karol nie umiał na niczym się skupić. Lena mówiła coś do niego, ale nie miał pojęcia co. Widział tylko, że dziewczyna porusza ustami.
Plusy ujemne były zdecydowanie bardziej ujemne, niż Karol mógł się spodziewać w najczarniejszych myślach.
Złapał się za głowę i oparł o ścianę, przez moment niezdolny do zrobienia choćby kroku. Potem odkleił się od muru i cofnął do wnętrza budynku w nadziei, że tam będzie bezpieczny.
Był. Ściany odgrodziły go od myśli. Odgrodziły też od Leny, która patrzyła na niego ze zdziwioną miną. Cofnęła się za nim
- Idziesz? Czy chcesz mnie tak porzucić bez buziaka na do widzenia? - zapytała.
"Nie chcem, ale muszem", przemknęło mu przez głowę.
- Nie wypuszczę cię tak łatwo z mojej sieci - spróbował zażartować. - Widać uczuliłem się na światło słoneczne - dodał, po czym spróbował zmobilizować siły i ponownie wyszedł z domu, gotów zmierzyć się z przerażająco wszechobecnym wrzaskiem cudzych myśli.
Efekt był identyczny. Karol poczuł się przygnieciony ciężarem cudzych myśli. Lena wyglądała na zdziwioną zachowaniem przyjaciela. Miała zmartwioną twarz. Znów coś mówiła, choć Karol nie miał pojęcia co. Wokoło panował dla niego nieznośny, ogłuszający gwar.
Karol zobaczył, że podjeżdża taksówka i zatrzymuje się naprzeciwko jego klatki schodowej. Na szczęście zdołał rozpoznać kierowcę.
Z trudem zmobilizował się, by podprowadzić Lenę do taksówki.
- Twoja kareta, księżniczko - powiedział, po czym cmoknął dziewczynę w policzek. - Powodzenia, zadzwonię - obiecał, modląc się w duchu, by dziewczyna jak najszybciej wsiadła do taksówki i pojechała.
Lena wsiadła do taksówki, a chociaż miała zaniepokojoną minę, to jednak czas robił swoje. Śpieszyła się do pracy. No i nie zostawiała przecież Karola samego. Dziewczyna pomachała mu na pożegnanie. Taksówka ruszyła, a Karol jak najszybciej pospieszył pod zbawczy dach, a raczej zbawcze mury, swego domu.
Miał pewien pomysł i chciał coś sprawdzić. Zszedł do piwnicy, a za chwilę wyszedł na dwór, trzymając w dłoniach motocyklowy kask. Miał nadzieję, że połączenie karbonu i włókien szklanych odetnie go od nadmiaru wrażeń związanych z przeklętym darem, który na filmie i w zaciszu czterech ścian sprawiał wrażenie pełnego plusów.
Szybko okazało się, że chociaż nie jest to idealny pomysł, to genialny w swojej prostocie. Szum myśli wydawał się bardziej oddalony od Karola, to też bardziej znośny. Dzięki kaskowi obrazy będące wyobrażeniami myślących były bardziej wyraziste niż słowa, które się w nich pojawiały.
"Bogu dzięki...", pomyślał, po czym wrócił do budynku i zdjął kask. Nie był w stu procentach pewien, czy odwiezienie Kasi będzie idealnym pomysłem, ale musiał spróbować, bowiem nie miał ochoty zostać więźniem swoich czterech ścian. A wyjazd 'w miasto' był dość dobrym sprawdzianem skuteczności kasku. Na hotel Kasi nie leżał w najbardziej zaludnionej dzielnicy miasta, więc natłok myśli nie powinien być aż tak zwalający z nóg.
- Zacznij się powolutku szykować - poprosił, przekroczywszy próg mieszkania.
A potem zadzwonił do Leny, by ją troszkę chociaż uspokoić. Niestety Lena nie odbierała telefonu.
Kasia była gotowa pięć minut później. Stanęła nieopodal drzwi przyglądając się Karolowi.
- Mam nadzieję, że mocno nie nabruździłam między wami - bardziej stwierdziła niż zapytała. - Gdybyś potrzebował mogę jej osobiście ręczyć, że nic do ciebie nie mam.
- To z pewnością nie będzie potrzebne. - Karol uśmiechnął się, chociaż nie był tego aż tak pewien. - Ale w razie konieczności umożliwię jej wyciągnięcie z ciebie zeznań - zażartował. - Możemy jechać... - powiedział, podając jej drugi kask. - Chcesz jeszcze odwiedzić swoją szafę, czy od razu jedziesz do pracy?
Kasia wyobraziła sobie jak spóźnia się do pracy.
- Nie, lecimy prosto do pracy - odpowiedziała. Po chwili wyszli więc. Kasia założyła swój kask już przy motorze. Usiadła za Karolem i pozwoliła się odwieźć prosto do pracy.
Karol poprzez kask wciąż odbierał wizje z otoczenia, chociaż myśli były znacznie mniej dokuczliwe. Pierwsze skrzyżowanie wymagało od niego dużej koncentracji i siły woli. Jechał znacznie wolniej i ostrożniej niż zazwyczaj. Czuł się przy tym jak świeży kierowca, który wczoraj dostał prawo jazdy. Kasia była zdziwiona taką ostrożnością, ale o nic nie pytała.
Nie był to czas na próżne żale, ale Karol doszedł do wniosku, iż nieco za wcześnie zabrał się za eksperymenty, które mogły doprowadzić do wypadku, w którym oberwać mógł nie tylko on, ale i Kasia.
No ale teraz pozostawało dotrwać do końca, co wiązało się z podwójną ostrożnością i jazdą godną świeżo upieczonego kierowcy.
Na szczęście wizje nie zakłócały odbioru wizualnego i przed oczami Karola nie pojawiały się nieistniejące pojazdy czy ludzie istniejący jedynie w myślach różnych przechodniów. Po piętnastu minutach cało i zdrowo dotarli do hotelu.

Kasia śpieszyła się. Przyczepiła swój kask z tyłu do motoru.
- Do zobaczenia Karolu, dziękuję ci - powiedziała machając na pożegnanie ręką i idąc już jedną nogą w stronę pracy.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odparł, nie dzieląc się informacją, że uczestniczyła w niezbyt bezpiecznym eksperymencie. - Do zobaczenia.
Machnął jeszcze ręką na pożegnanie, a gdy Kasia przekroczyła próg, ruszył w drogę powrotną do domu. Miał zamiar przeprowadzić parę eksperymentów. Kask co prawda się sprawdził, ale tylko w pewnym stopniu. Musiał znaleźć coś... lepszego. I praktyczniejszego, bo bieganie po mieście w kasku mogłoby budzić dziwne skojarzenia.

Droga była spokojna, a Karol równie ostrożnie wrócił do siebie.Odstawił motocykl, a potem wrócił do domu z naręczem różnych różności, które miały mu posłużyć w domowej wersji hełmu Magneto.
Internety, filmy tudzież książki sci-fi i fantasy pełne były telepatii i środków ochrony przed nią, lecz metody rodem z książek i filmów były tylko i wyłącznie wymysłami, w które można było wierzyć, lub nie, ale które trzeba było sprawdzić na własnej skórze.
Skonstruowanie klatki Faradaya leżało chwilowo poza zasięgiem możliwości Karola, nie mówiąc już o tym, że jej noszenie na głowie byłoby - delikatnie mówiąc - dziwne.
Najprostszym sposobem było zrobienie metalowej opaski na czoło, jak w jednej z książek Norton bodajże, jednak okazało się, że ani żelazo, ani miedź, ani mieszanka obu metali nie zadziałała - hałas był cały czas tak samo ogłuszający. Na szczęście tę plecionkę można było ukryć pod czapką i podczas eksperymentu nie wyglądało się na głupca. Nie trzeba też było wychodzić przed dom, bowiem na balkon też docierał hałas myśli przechodniów i sąsiadów, którzy czasami wychodzili na balkony.
Znacznie skuteczniejsza okazała się czapeczka z folii aluminiowej. Chroniła mniej więcej tak samo jak kask motocyklowy, ale schowana pod czapką nie rzucała się w oczy i umożliwiała dość swobodne poruszanie się po okolicy.
Nieco trudniejsza w wykonaniu była podobna czapeczka, ale z metalowej siateczki, która to siateczka od paru lat poniewierała się w piwnicy, czekając na generalne porządki. Jako że nic nie jest doskonałe, także i ta konstrukcja spełniła swoje zadanie tylko w takim stopniu, jak i hełm czy folia aluminiowa - działała jak sito, ale nie jak idealny ekran.
Niestety okazało się, że połączenie obu metod albo wzięcie paru warstw folii czy siateczki nic nie zmienia - doznania napływały z taką samą siłą.
Jako że domowe metody anty-telepatyczne zawiodły, pozostawało sięgnąć po sposoby psychiczne.
Zbuduj mur wokół własnego umysłu. Cegiełka po cegiełce odgradzasz się od całego świata.
Wirtualny mur trzymał się dzielnie... dopóki Karol nie znalazł się na balkonie. Wtedy runął z hukiem.
Karol skrzywił się boleśnie, po czym zaczął powolutku, cegiełka po cegiełce, odbudowywać mur, starając się, by tym razem nie skończyło się jak w bajce o trzech świnkach.

Gdy już się zaczął mocno zastanawiać nad bardzo długimi wakacjami w Tybecie, gdy kolejna, n-ta już próba, zakończyła się pewnym, drobnym sukcesem. Na krótką chwilę Karolowi udało się odciąć od całego świata.

"Dziś na obiad zrobię mielone. Zawsze ze smakiem jedzą mielone. Czego mi brakuje? Cebula powinna być, bułka jest, wczorajsza, po mięso muszę iść, a tak papier toaletowy się skończył…"
Udało mu się wychwycić myśli pojedynczej osoby. Nie był jednak pewien kogo. Rozejrzał się by zlokalizować ich właściciela. Mogła to być ruda sąsiadk robiąca porządek na balkonie albo starsza sąsiadka, paląca w otwartym oknie w bloku naprzeciwko.
W tym momencie telefon w jego kieszeni zapiszczał.
Mur runął i Karol musiał błyskawicznie cofnąć się pod osłonę czterech ścian swego pokoju.
Wyciągnął komórkę i spojrzał na ekran.
Wiadomość na Messengerze wysłała do niego siostra. Podgląd skrótu treści nie był dostępny. Maria wysłała jakiś obraz.
Wypadało go obejrzeć...
Maria pozowała na tle silnika wyciągniętego z jakiegoś auta. Umorusana smarem w roboczych ciuchach. Na selfie wyglądała na kogoś przeszczęśliwego w swoim żywiole.
"Słodko wyglądasz", pomyślał z cieniem ironii, zastanawiając się, czy jego ukochana siostrzyczka ma zamiar pozować do sesji "Dziewczyny z kalendarza mechanika", czy też wykopała z czyjejś stodoły jakiś zabytkowy silnik sprzed stu lat. Bo na prezent zaręczynowy od absztyfikanta to nie wyglądało.
Wybrał jej numer z kontaktów.
Maria nie odbierała telefonu. Za to odpisała na Messengerze: "pogadamy później, czadowy co nie?".
"tak, olśniewający Ile ma lat i koni?", wystukał w odpowiedzi.
"to t359 od star 200"
"aż zazdroszczę", nieco minął się z prawdą, "prezent?"
Odpowiedzi póki co nie było. Takie prawo Messengera, odpisują kiedy mogą. Widocznie Maria zajęła się już swoim cackiem.
Przy okazji Karol zauważył, że ma kilka nowych powiadomień na Facebooku:
"Użytkownicy Kuba i Kinga dodali do swoich relacji"
"Wiktor lubi Twój komentarz pod swoim zdjęciem"
"Maria skomentowała post w grupie Lubimy Stare Auta"
A Karol zaczął się zastanawiać, czy ludzie nie mają nic innego do roboty, jak tylko siedzieć na fejsie.
Pokręcił głową, po czym wrócił na balkon, by ćwiczyć budowanie muru.
Szło mu coraz lepiej. Przede wszystkim odcięcie się całkowicie od myśli osób znajdujących się na osiedlowym podwórku, w otwartych oknach czy na balkonach. Mur był na tyle mocny, by w ogóle ich nie słyszeć. Wtedy jego telefon znów zapikał. Wyrwało to Karola z równowagi wręcz boleśnie zalewając falą osiedlowych myśli.
Przeklinając w duchu technikę i wszystkich krewnych i znajomych ponownie wrócił do mieszkania. I znów spojrzał na ekran komórki. Z mocnym postanowieniem, że zaraz wyłączy to pudełko.
Maria odpisała na Messengerze:
"pomagam tacie, nowe zlecenie".
"szczegóły?", wysłał kolejne zapytanie.
Jednak odpowiedź znów nie nadchodziła. Widocznie Maria odpisywała z doskoku.Karol wyciszył komórkę, odłożył ją na stół, a potem ponownie wyszedł na balkon, dochodząc do wniosku, że tylko ćwiczenie czyni mistrza. I że prócz blokowania wszystkich myśli warto by się nauczyć robić lukę w otaczającym go murze, by móc odczytywać myśli wybranej osoby.
O tym, by jego mur był odporny na niespodziewane bodźce jak na razie mógł tylko pomarzyć.
Ćwiczenia pochłonęły trochę czasu. W końcu Karol poczuł się nie tylko głodny, ale też usatysfakcjonowany. Potrafił wyłączyć wszystkie myśli, potrafił wybrać też pojedynczą osobę, której myśli chciał w danym momencie słyszeć. Minusem było szybkie rozpraszanie się. A to ptak przeleciał, a to jakiś dźwięk. Za każdym razem mur gwałtownie się rozsypywał.
 
Kerm jest teraz online  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:21.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168