Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 16-12-2020, 13:57   #1
Banned
 
[21+] IBPI: Milltown

Kiedy Nevaeh tego dnia obudziła się, nie miała żadnych złych przeczuć.
Nawet jednego pojedynczego. Najdrobniejszego. Nic nie wskazywało na to, że ten dzień zepsuje się aż tak bardzo. Chmary kruków nie krążyły nad domem jej zmarłej siostry. Czarne koty nie przysiadły na wszystkich okolicznych murkach. W powietrzu nie unosił się zapach zgnilizny, pleśń nie pokryła ścian, a robactwo nie zaczęło obłazić podłóg.

Dzień zaczął się kompletnie normalnie. Zdołała przywyknąć do domu siostry w Milltown. Było tutaj cicho i spokojnie. Naprawdę wygodnie. Posiadłość znajdowała się przy niewielkim rondzie. Wokoło co prawda znajdowało się trochę sąsiadów, ale wysokie żywopłoty i ogrodzenia dobrze odgradzały wszystkich od siebie. Niedaleko płynęła rzeka Dodder. To było urokliwe miejsce. Nawet bardzo. Nev czuła się w nim jak ćpunka. Wdychała zapach siostry unoszący się nieprzerwanie w powietrzu. Nieważne ile czasu by nie minęło… on nadal pozostawał. Unosił się z ręczników w łazience. Przenikał przez drzwi szafy, w której wciąż znajdowało się tak wiele ubrań Zoe. Jej może już nie było, ale duch… duch siostry bliźniaczki pozostał. Był dla Nevaeh swoistego rodzaju narkotykiem. Dlatego też wkrótce zaczęła obawiać się wychodzić z domu. Obawiała się, że po powrocie nie wyczuje już Zoe. Że pod jej nieobecność siostra naprawdę odejdzie, a ona pozostanie sama. Kompletnie sama. Jeszcze nie była na to gotowa.

Problemem było również to, że wiele przypadkowych, tępych osób w okolicy myliło ją z Zoe. No cóż, wyglądały praktycznie identycznie. To jednak nie było żadną wymówką. Czasami zdawało się, że w okolicy mieszkają wyłącznie okrutni idioci. „Zoe, wieki cię nie widziałam! Myślałam już nawet, że umarłaś!” Albo… „Zoe, jak dobrze cię widzieć! Nie uwierzysz, jakie paskudne plotki panoszą się na twój temat!” Albo… „Zoe, wpadniesz może na imprezę u mnie w piątek?! Mam wrażenie, że się na mnie obraziłaś, przestałaś mi odpisywać!”
To było paskudne. Zwłaszcza że Nev przecież mieszkała tutaj wcześniej, więc ludziom powinno być łatwiej je rozgraniczać, zwłaszcza po śmierci Zoe. Tymczasem… nie. Tak wcale nie było. Po prostu nie.

Nevaeh myślała o tym wszystkim w trakcie śniadania. Potem otworzyła komputer i zaczęła przeglądać ulubione strony. Nie musiała pracować przez najbliższe dwa miesiące, miała zwolnienie. Szef był wyrozumiały. Przynajmniej ten jeden raz. Potem zaczęła czytać książkę, ale nie mogła się skoncentrować, więc włączyła serial. Obejrzała kilka odcinków owinięta kocem Zoe. To było prawie tak, jak gdyby siostra ją przytulała. Czuła wokół siebie jej ciepło.
Tyle że Zoe nie była wcale ciepła. Wręcz przeciwnie, leżała zimna w nieprzyjemnym, niewygodnym grobie. Gniła, całe jej ciało napuchło… głównie brzuch pod wpływem tych wszystkich gazów jelitowych. Skóra odchodziła z jej ciała, a oczy wpatrywały się nieruchomo w przestrzeń. Niezbyt rozległą. Bo przecież wręcz odwrotnie… Klaustrofobiczną. Trumienną.

Nev zamyśliła się i straciła wątek. Już miała przewinąć kilkanaście minut wstecz, ale wtedy na ekranie jej laptopa pojawiło się okno aplikacji mailowej. Już miała zignorować. Zazwyczaj otrzymywała tylko nieistotne powiadomienia z YouTube, albo serwisów aukcyjnych. Przyjaciele nie pisali do niej maili, natomiast nie spodziewała się wiadomości z pracy.
Jednak jeszcze bardziej nie spodziewała się wiadomości od swojego byłego męża, Asifa Halimiego.

Była krótka i rzeczowa.

Cytat:
Nev… musimy się spotkać. Dzisiaj. Jesteś… w niebezpieczeństwie. Jestem tego pewien. Proszę Cię, uważaj. Pod żadnym pozorem nie wychodź z domu! Proszę, nie kasuj tego maila… Nie pisałbym, gdyby nie było takiej absolutnej konieczności. Wiem, że nie odzywałem się od naprawdę długiego czasu i mnie nienawidzisz… ale tu nie chodzi o mnie. Ani nawet o nas. Tylko o Ciebie. Niedługo będę w Milltown. Muszę z Tobą porozmawiać! Wiem, że zatrzymałaś się w domu swojej siostry. Będę w okolicy o 22. Proszę, zaufaj mi… tylko na tę jedną noc...
Nevaeh i Asif zablokowali się na wszystkich możliwych komunikatorach. Zdawało się, że jeżeli chciał do niej dotrzeć, to został mu naprawdę tylko i wyłącznie mail, którego zmienić nie mogła. Zerknęła na zegar. Była dwudziesta pierwsza...

Hermansen wpatrywała się w treść wiadomości i nawet nie dosłyszała, że jej telefon dzwonił. Tak właściwie to był stacjonarny Zoe, ale zdążyła się już do niego przyzwyczaić. To było dziwne, bo przecież miała swoją własną komórkę. Jednak nie mogła zaprzeczyć, że dostrzegała w oldschoolowym aparacie coś naprawdę pociągającego. Nie był on jednak prawdziwie antyczny i miał wbudowaną automatyczną sekretarkę. Ta włączyła się i wnet rozległ się donośny głos Kiary. Dziewczyna była młodą, zdolną hakerką, która dorabiała sobie w szpitalu. Prywatnie miała jednak fioła na punkcie mitologii. Była niezależna i zamknięta w sobie, dlatego jakiekolwiek telefony z jej strony zdawały się dodatkowo nieprawdopodobne.

Cytat:
Oczywiście, że wcześniej czułam się źle w moim życiu. Byłam smutna, byłam zła, byłam wściekła. Przeżywałam wiele emocji i niejednokrotnie nie mogłam ich znieść. Ale jednak je znosiłam, nawet jeśli nie wiedziałam dlaczego. Teraz wiem. Otóż miałam coś, co było dla mnie niewidoczne i nawet o tym nie myślałam. Było częścią mnie, choć nawet nie byłam tego świadoma. Nadzieja. Jakkolwiek życie nie dałoby mi w kość, nieważne ile kolejnych testów napotykałam na mojej drodze, ile łez wypłakałam i o jak wielu sprawach nie mogłam rozmawiać nawet z najbliższymi… Zawsze miałam nadzieję, że będzie lepiej. Że jak będę się dostatecznie starała, to dotrę do właściwego, wymarzonego miejsca w moim życiu. Że naprawdę mogę być szczęśliwa. Pandora uwolniła ze swojego pudełka morze najróżniejszych plugastw, jednak na samym końcu wypuściła na świat również Nadzieję. Ja ją straciłam. Choć plugastwa pozostały.

Życie jest puste i czarnobiałe bez Nadziei. Nie mam siły, aby zrobić cokolwiek. Płaczę co chwilę. Nic mi nie sprawia przyjemności. Mam wrażenie, że nawet nie ma sensu zaczynać czegokolwiek, bo to i tak prędzej czy później spłonie. Nie cieszę się z uśmiechu wymierzonego w moją stronę, bo spodziewam się sztyletu wsuniętego w plecy chwilę potem. Nad wszystkim wisi przerażające fatum. Mogę uciekać, mogę miotać się, mogę płakać. Nie zmienię jednak losu.

Myślę, że niektórzy ludzie nie powinni się narodzić. Mam tu na myśli siebie. Zdaje mi się, że nie mam w sobie wszystkich niezbędnych sterowników, które zostały wgrane w pozostałych ludzi. A może miałam je, ale straciłam. Zostały skasowane z mojego kodu źródłowego. Cokolwiek. Nie jestem nastolatką, aby tworzyć metafory. Czuję się dużo, dużo starsza. Zbyt stara, aby żyć.

Dlatego proszę, nie bierzcie tego wszystkiego do siebie. Jesteście wspaniałymi, kochanymi osobami. Nie wińcie się. Możecie winić mnie, że nie potrafiłam prosić Was o pomoc. Że nie potrafiłam komunikować się. Pewnie w życiu nie usłyszeliście ode mnie tak wiele słów, jak w tej chwili. No cóż, skoro to moja ostatnia wiadomość, to pasuje ją jakoś uświetnić…

Trochę ciężko mi kończyć to nagranie, bo wiem, że już nic więcej Wam w życiu nie powiem.
Z drugiej strony naprawdę nie mam Nadziei, że słowa, które powiedziałam, wydadzą się Wam sensowne. Szczerze mówiąc nie mam też Nadziei, że mnie zrozumiecie i uszanujecie moją wolę. Liczę tylko na to, że nie będzie Was bolało, zapomnicie szybko o mnie i dacie mi odejść.
Kocham Was. Tak, jak tylko kochać… potrafię…
Wasza, Kiara.
Planuje tak ustawić program, aby zadzwonił do Was punktualnie o dwudziestej pierwszej. Wtedy… mam nadzieję, że mnie już nie będzie. Trzymajcie się kochani
 
Ombrose jest offline  
Stary 16-12-2020, 14:06   #2
 
Sepia's Avatar
 
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=E17hqs4Un-k[/MEDIA]
Rozbrzmiało pojedyncze bipnięcie sugerujące koniec wiadomości, po której zapanowała cisza: ciężka, duszna i przytłaczająca. Taka, która wrzyna się pod skórę przez rozszerzone powieki i uchylone usta, nicując mrozem aż do kości. Cisza, w której Nev przez nieskończenie długą sekundę chwytała wszystkie warianty własnych rozterek i niepokojów.
Czuła się, jakby ktoś zdzielił ją obuchem przez głowę: obraz się dwoił przed oczami, w uszach szumiało, a usta nagle zrobiły się suche jak na ciężkim kacu. Jeszcze chwilę temu zastygłą w bezruchu sylwetkę młodej kobiety rozsadzał gniew, tym większy gdy patrzyła na pospiesznie pisanego maila od… niego. Mieszanka wściekłości, wstydu, bólu i upokorzenia podniosła jej ciśnienie aż do nieznośnie dudniącego poziomu, gdy nie słyszy się nic poza nim… aż nadszedł moment zwrotny, nagrany na staromodną, stacjonarną, automatyczną sekretarkę.

W pierwszej chwili słowa płynące z głośnika wydawały się czytane z kartki, znajomym głosem dźwięczącym pustką. Przed oczami od razu stawał obraz bladej, poważnej na granicy ponuractwa twarzy Kiary, oznaczonej masą drobnych piegów, z lekko zadartym nosem, wydatnych ustach i spojrzeniu pasującym bardziej do staruszki niż kogoś mającego na karku ledwo ćwierć wieku.

Wiele je ze sobą łączyło, obie miały swoje własne, osobne, milczące światy i szanowały nawzajem prywatną ciszę. Powaga i smutek, dojrzałość ponad wiek… tendencja do patrzenia przed siebie niewidzącym wzrokiem wbitym w coś znajdującego się tysiące mil za horyzontem. Zarówno Kiara O’Loingsigh jak i Nevaeh Hermansen, na własnej skórze przekonały się, że przychodzi czas w życiu, kiedy trzeba zmierzyć się z czymś tak strasznym, po czym człowiek czuje, że nigdy nie będzie już taki sam. Tak jakby coś mrocznego opadło, kradnąc każdą drobinę szczęścia, którą kiedykolwiek czuł, i jedyne, do czego jest się zdolnym, to patrzeć i czuć, wiedząc, że bez względu na to, co próbuje się zrobić, nigdy nie będzie w stanie odzyskać tej najcenniejszej straty. Niektórych to przerastało, pchając w szpony nałogów. Inni popadali w marazm. Jeszcze inni ruszali za tym co utracili, zostawiając bliskich i fundując im podobną wyrwę w duszy, jaką uczyniono im.

W głowie Hermansen twarz przyjaciółki zastąpiła twarz siostry - ta sama przez którą nie mogła bez rozpaczy patrzeć w lustro, a każdą próbę pomalowania się kończyła zwinięta w kłębek i zapłakana obok toaletki Zoe… a teraz jeszcze miała stracić Kiarę?

Krótki przebłysk, gdy stoi nad kolejnym grobem, sypiąc symboliczną garść ziemi na dębową trumnę spoczywającą w chłodnej, wilgotnej jamie ziemi, pozwolił przełamać zastój. Zapomniała o wściekłości spowodowanej mailem Asifa, na bok poszedł strach że zaraz stanie przed jej progiem, wiedziony tylko sobie znanym impulsem jakiego nie miała ochoty poznawać. Nie teraz, nie w tej chwili. Nie, gdy nieszczęścia przyzwyczajone do schematu wbitego w materię wszechświata, przychodziły parami.

Poderwała się z łóżka, zrzucając z siebie ciepły, miękki koc pachnący siostrą i od razu poczuła znajomy chłód, jej ruchy straciły impet jakby zderzyła się z niewidzialną ścianą. Straciła oddech, zawroty głowy zmusiły ją do oparcia ramieniem o ścianę i potrząśnięcia karkiem. Gdzieś w głębi domu usłyszała stukot spadającego w korytarzu obrazka, to ją otrzeźwiło. Niczym pijana odepchnęła się ramieniem, stając na własnych nogach chwiejnie, lecz na tyle stabilnie, by zaryzykować wędrówkę do drzwi.

Pierwsze kroki przypominały taniec z diabłem do dźwięków paranoi. Cienie w kątach pokoju przyglądały się tym pokracznym wysiłkom w milczeniu, przelewając czerń na samej granicy postrzegania. Powinna wychodzić? Co jeśli po powrocie nie zastanie już widmowej obecności działającej na zasadzie ostatniej, cienkiej liny, trzymającej ją na powierzchni?
Nie chciała nigdzie jechać, w ogóle wychodzić poza znajomy, cichy dom przesiąknięty żałobą… ale musiała.

Krok po kroku przypominała sobie poprawną procedurę poruszania, gdy dopadła do schodów praktycznie już nie trzymała się ścian. Przyświecając sobie telefonem zeszła pospiesznie na parter, jednocześnie biorąc w garść resztki świadomości charczące pod wpływem kolejnej nawały stresu. Musiała się skupić i działać, metodycznie… rozsądnie.
Do domu Kiary w linii prostej było dosłownie rzut beretem, gdyby nie rzeka byłaby tam w 10 minut biegiem i to niecałe, należało więc dojechać do Dundrum Road, przekroczyć most, a potem prosto główną drogą Milltown dostać się na Glenmalure Square - najszybsza, pokonywana setki razy trasa. Łapiąc za kluczyki od auta Hermansen zatrzymała się nagle, wzięła głęboki wdech i pędem pobiegła do łazienki na parterze. Wpadła do niej z impetem, od razu doskakując do szafki pod zlewem. Otworzyła skrzypiące drzwiczki prawie je wyrywając i chwyciła czerwoną torbę medyczną. Przewieszając ją przez ramię ruszyła z powrotem do drzwi wejściowych, po drodze wybierając numer z listy kontaktów, wydający się najbardziej odpowiedni na podobne sytuacje.
- Odbierz Teagan, nie rób mi tego - zaklinając rzeczywistość, ze smartfonem przy twarzy założyła buty, nie kłopocząc się wiązaniem sznurowadeł.

Teagan na pewno nie spodziewał się telefonu od Nev. Po jej rozwodzie byli na paru kawach, a raz nawet spotkali się na obiedzie w barze szybkiej obsługi. Mimo to na pewno nie dzwonili do siebie wieczorami. Policjant był już po służbie i kiedy nacisnął zieloną słuchawkę, Hermansen usłyszała w tle szum telewizora. Mężczyzna pewnie znów miał problem z anteną satelitarną.
- Tak? - zapytał zirytowany.
Nev odniosła wrażenie, że nie był zły na nią, tylko bardziej na rzeczy martwe w swoim otoczeniu. Być może Teagan był przeklęty, ale co chwilę coś mu się psuło lub nie chciało dobrze skonfigurować. Być może był przeklęty… a może po prostu biedny.
- Nevaeh? - kontynuował, gdy dotarło do niego, czyje nazwisko pojawiło się na wyświetlaczu starej Nokii. - Wszystko w porządku? - zapytał, po czym zamilkł na chwilę. - Czy Asif znowu coś odpierdala?
Był bardzo blisko… tak właściwie nie pomylił się. Ale nie o to w pierwszej kolejności chodziło Nev.

Powinna go przeprosić za zawracanie głowy i naruszanie świętości jaką był czas wolny po pracy, wyjaśnić spokojnym, rzeczowym tonem o co chodzi. Znowu przeprosić, że nie odzywa się od czterech dni choćby smsem, a przy ponownym kontakcie czegoś chce. Emocje jednak wygrały.
- Kiara coś sobie zrobiła - wydusiła trzęsącym się głosem, mocując z drzwiami wejściowymi. Zamki antywłamaniowe miały wiele plusów, niestety minusem pozostawała konieczność pamiętania ile razy należy przekręcić mechanizm w prawo i lewo, aby się otworzyły od wewnątrz. - Proszę… ona… nagrała mi pożegnanie na sekretarkę Zoe, może już… proszę, nie dam rady. Jeżeli coś sobie zrobiła... - przełknęła gorzką żółć zalegającą w ustach - Jadę do niej… przepraszam, nie… Glenmalure Square 16. Przyjedź. Nie mogę… nie chcę… jeżeli nie żyje - zamrugała odganiając łzy z oczu i szarpnęła ze złością drzwiami, a te wreszcie się otworzyły - Pomóż mi, odwdzięczę się.
 
__________________
Nine o nine souls - don't do this
Nine o - no more pain now
Nine o nine souls - it's easy
I'm gonna take on all your battles
Sepia jest offline  
Stary 16-12-2020, 14:07   #3
Banned
 
Przez chwilę słyszała jedynie milczenie. Bez wątpienia Teagan nie spodziewał się wcale takiej wiadomości.
- Nie musisz - odpowiedział. - W sensie… nie musisz się odwdzięczać - szepnął. Jego głos brzmiał dziwnie chropowato. - Wiem, jak bardzo przeżyłaś… Zoe - wreszcie dodał. - Nie pozwolę na to, abyś straciła również Kiarę.
Na koniec wypowiedzi jego głos podniósł się i początkowy szok zamienił się w gniew. Nev odniosła wrażenie, że Teagan był zły na to, że Hermansen musiała zmagać się znowu z perspektywą utraty kogoś bliskiego. Był raczej wycofanym mężczyzną, który na co dzień nie lubił dzielić się swoimi emocjami. Wiedział jednak, w jakim stanie znajdowała się Nev. Obawiał się, jak zmieniłaby się po utracie nie tylko siostry… ale również przyjaciółki.
- Będę tam czym prędzej - powiedział.

W międzyczasie, kiedy Nevaeh wyszła na zewnątrz, usłyszała głośną, agresywną muzykę dobiegającą z sąsiedztwa. Dubstep. Mury domu siostry były raczej grube i do tej pory nie słyszała tych dźwięków. Teraz jednak miała pewność, że ktoś nieopodal urządził imprezę.

Pulsujący jazgot nie pozwalał się skupić, nicował wnętrzności w rytm głośnych basów, zastępując rytm bicia własnego serca… co się dziwić? Mieli ciepły, letni wieczór, a ludzie w okolicy żyli własnym życiem: wciąż mieli masę powodów do zabawy, więc bawili się. Nie każdy tkwił w pełnej duchów i upiorów przeszłości, podobny pająkowi złapanemu w kroplę żywicy.

Wynurzenie z domu, sam moment przekroczenia progu, zajęło jej chwilę. Wrócił lęk przed opuszczeniem bezpiecznego, znajomego terenu.
- Nie odchodź jeszcze, poczekaj - wyszeptała w głąb ciemnego korytarza błagalnym tonem, nim nie przełamała zastoju i nie stanęła na schodach. Potem poszło już prosto: zamknąć drzwi, przebiec przez podjazd i stanąć przy samochodzie. Trzęsące się dłonie miały problem wpierw z namierzeniem kluczyków w kieszeni, następnie z otworzeniem zamka. Oczy za to chodziły nerwowo po okolicy, gotowe wyłowić znaną sylwetkę byłego męża czającą się gdzieś w mroku.

Zdawało się, że Asif miał na tyle przyzwoitości, że nie postanowił pokazać się w tym akurat momencie. Mimo to Nev wydawało się, że widzi jego sylwetkę… za tamtym krzakiem… obok płaczącej wierzby po drugiej stronie ulicy… niedaleko wysokich kubłów na śmieci… Cienie wydłużały i kurczyły się z każdą sekundą. Mogła za to winić tylko światło latarni, które zdawało się bardziej tworzyć ponurą atmosferę, niż cokolwiek faktycznie rozjaśniać.
Hermansen udało się zapalić silnik samochodu. Od razu wyjechała na rondo. Jednokierunkowy ruch wymusił na niej przejazd obok domu przyjaciółki. Wnet uświadomiła sobie, że to stamtąd dobiegała głośna muzyka. Wszystkie światła paliły się, okna były szeroko rozwarte, podobnie jak drzwi wejściowe. Wtem ktoś nagle wyskoczył na jezdnię tuż przed samochodem Nev…

Nabrała ze świstem powietrza, z całej siły wciskając pedał hamulca i szarpnęła kierownicą. Świat zwolnił, przez rozpaczliwie krótką chwilę ujrzała przed maską twarz Zoe złapaną w światło reflektorów: wciąż żywą i uśmiechniętą. Krótki błysk później żywa, wesoła istotka zmieniła się w blade, pokrawione widmo szczerzące się do niej ze stołu prosektorium, gdy kazano Nevaeh identyfikować ciało. Niby wszyscy na komendzie wiedzieli kim jej siostra była, ale procedury nakazywały okazanie członkowi najbliższej rodziny.
- Kurwa… - potrząsnęła głową mając wrażenie, że zaraz zwymiotuje na kierownicę. Szarpnęła karkiem ze złością, otwierając okno - Jak kurwa łazisz, życie ci nie miłe?! Wypierdalaj z drogi!

To była kobieta. Sama w ostatniej chwili uskoczyła przed samochodem Nev. Na pewno pomagało to, że dziewczyna nie zdołała się rozpędzić na rondzie. Zerknęła przez otwarte okno i ujrzała przyjaciółkę. Maria Teresa Sabbatini wyglądała pięknie i młodo nawet w tych okolicznościach. Miała rozwiane włosy w nieładzie. Prawdopodobnie było jej również zimno, biorąc pod uwagę jej strój. Miała na sobie jednoczęściowy strój z lateksu, który więcej odkrywał niż zasłaniał. Uwagę zwracały również błyszczące kozaki o naprawdę niewiarygodnym obcasie. Tylko Maria potrafiłaby biegać, mając coś takiego na nogach.


- Jestem trupem, Nev! - krzyknęła Maria Teresa. - Jestem jebanym trupem. Powinnaś była mnie rozjechać! - dziewczyna płakała.
Obróciła się za siebie, zerkając w stronę własnego domu. Na jej twarzy malował się czysty terror.

W podobnej sytuacji człowiek zwykle pytał o co chodzi, co się stało i dlaczego. Zadawał dziesiątki durnych pytań, chociaż druga strona miała widocznie problemy z racjonalnym pojmowaniem sytuacji. Trauma, szok - Hermansen widywała to aż za często. Złość przeszła jej momentalnie, jej miejsce zajął niepokój. Otworzyła drzwi, wytaczając się na ulicę. Nie pytała o nic, nie żądała raportów sytuacji. Podeszła do przyjaciółki i objęła ją mocno.
- Maria… kochanie - głaszcząc ją po włosach mówiła cicho prosto do ucha przy swoich wargach - Jedziemy. Wsiadaj do auta, nie pozwolę żeby coś ci się stało. Będzie dobrze, no chodź - nakierowała ją w odpowiednią stronę, poruszając się jak w złym śnie.
Co się stało?
Pytanie bez natychmiastowej odpowiedzi, za to z masą spekulacji. Czyżby Maria przycisnęła za mocno kochanka i ten wyzionął ducha? Do diabła…

Maria jeszcze raz wtuliła się w przyjaciółkę. Zupełnie tak, jak gdyby Hermansen była jej kołem ratunkowym. Rycerzem na białym koniu. Czy może raczej w srebrnym samochodzie.
- Wszystko spierdoliłam - szepnęła. - Wszystko po kolei…
Jej uścisk zelżał. Chyba naprawdę miała wsiąść do samochodu… kiedy zrobiło się jeszcze dramatyczniej. Choć wydawałoby się, że to niemożliwe.
Tylna, boczna szyba pojazdu roztrzaskała się niespodziewanie. Maria Teresa głośno krzyknęła. Nev natomiast ujrzała mężczyznę, który wybiegł z domu Sabbatini. Miał na sobie jedynie bokserki oraz kilka złotych łańcuchów powieszonych wokół szyi. Był łysy i dość gruby, ale zarazem dość wysportowany fizycznie. W jego prawej dłoni błyszczał pistolet.
- Ty jebana kurwo! - krzyczał. - Myślałaś, że będziesz ruchała się na boku i nie dowiem się o tym!?
Wyglądało na to, że prezes korporacji medycznej miał w sobie niespodziewanie dużo ikry.

Ze wszystkich głupich ruchów wyszło, że Maria zrobiła najgłupszy, ale nie miały czasu aby się nad tym rozwodzić. Nev chwyciła ją i siłą wepchnęła do środka fury.
- Głowa nisko! - szczeknęła suchym, pustym głosem. Adrenalina wypełniła żyły, kobieta poczuła się jakby ponownie wylądowała w Buur Gaabo gdy miejscowi akurat zaczęli porachunki między sobą, a obce białasy stanowiły idealne tarcze treningowe na rozgrzewkę. Trzasnęła drzwiami i ślizgiem przejechała przez maskę.
- Jackie do diabła! - tym razem wydarła się głośno, modląc się w duchu, że znajomy głos przedrze się przez szał strzelca i da im tyle czasu, aby odjechały - Tu jest monitoring! Chcesz mieć dwa trupy na koncie?!

Maria szybko otworzyła drzwi, których szyba została rozwalona przez jej sponsora. Wskoczyła do środka i szybko zatrzasnęła za sobą zamek.
- Nie pomoże, on się mega najebał! - krzyknęła Maria. - I jest naćpany…!
Mężczyzna zaczął celować w Nevaę. Zachwiał się nieco. Chyba rzeczywiście był pod wpływem niejednej substancji. Najpewniej nawet kompletnie trzeźwy nie był najlepszym strzelcem. Mimo to i tak zdawał się groźny. Zbłąkana kula mogła narobić wiele szkód.
- Wracaj, Mario! - wrzasnął. - Jak ci wsunę lufę do pizdy i wystrzelę cały magazynek, to może będziesz wreszcie za… zaspokojo… na! - wrzasnął. Miał wyraźne problemy z wypowiedzeniem ostatniego, trudnego słowa.
Sabbatini łkała na tylnym siedzeniu.
- To moja wina… to moja wina… moja wina… - powtarzała, kręcąc głową. Wiła się jak w gorączce.

Negocjacje odpadały, należało się ulotnić. Natychmiast.
- Głowa nisko! - Hermansen powtórzyła, szarpiąc kierownicą i przekręciła klucz w stacyjce - Cokolwiek by się nie działo, nie podnoś głowy! - wrzuciła wsteczny, wychylając się przez oparcie do tyłu. Akurat dziś, akurat teraz. Ciężko szło pozbyć się wrażenia, że nagle cały świat postanowił wziąć i zwariować. Brakowało tylko Halimiego do pełni nieszczęścia.
- Zmywamy się, nie wstawaj.

Samochód na szczęście słuchał poleceń Nev. Wnet zaczął jechać do tyłu. Oddalał się coraz szybciej i z każdym kolejnym metrem obie kobiety czuły się coraz bardziej bezpieczne. Co nie znaczyło, że zagrożenie zostało kompletnie wyeliminowane. Jackie wyskoczył na ulicę i zacząłby ich gonić, ale uznał, że to nienajlepszy pomysł. Nie miał butów. Poza tym ciężko u niego było z równowagą. Wystrzelił jeszcze kilka kul.
- To koniec, jeszcze ciebie w to wpakowałam - szepnęła Maria Teresa. - Poprzysiągł, że nie spocznie, póki mnie nie zajebie. I Isaac… boże, jeśli coś mu się stanie, to nigdy sobie tego nie wybaczę. Ja… ja chciałam tylko coś poczuć. Jeden wieczór czystej przyjemności. Bez konsekwencji. Czy zawsze muszą być konsekwencje? - łkała. - To był tylko jeden, jedyny raz…
 
Ombrose jest offline  
Stary 16-12-2020, 14:09   #4
 
Sepia's Avatar
 
Wewnątrz samochodu rozległ się głośny syk, ulatując przez postrzelane szyby. Hermansen skręciła na podjazd jednego z mijanych domów i zatrzymała auto aż obiema kobietami szarpnęło.
- Isaac? Spałaś z Isaaciem Taylorem?! - wyrwało się bliźniaczce mimo postanowienia o niezadawaniu pytań. - Kurwa, Maria… - jęknęła zaraz potem, zmieniając biegi i ruszyła ostro do przodu, tym razem normalnie, zaś drżące dłonie mocno ściskały kierownicę. Mrukliwy ochroniarz miejscowego klubu był im obu dobrze znany, chociaż Nev nie spodziewała się, że jej przyjaciółka darzy go jakimkolwiek afektem. Sama czasem miewała z Ponurakiem do czynienia, rozumieli się. Wiedział też doskonale gdzie trzyma kawę i rano robił kawę, jeśli się zasiedział nocą… a raczej zależał.
- Wybierasz, w co wierzysz, i żyjesz z konsekwencjami - odpowiedziała już spokojniej, spoglądając na pasażerkę przez lusterko wsteczne - Isaac sobie poradzi, był w marines. Jeżeli przeżył Irak jeden naćpany, podtatusiały korposzczur go nie wykończy… i daj spokój. Będzie dobrze - powtórzyła niczym mantrę - Mną się nie przejmuj, jestem twoją przyjaciółką, co nie? Jedna ławica, trzymamy się razem. Chcesz to zadzwonię do Noah i cię na trochę znikniemy stąd. Już, uspokój się. Na tylnej kanapie jest bluza, ubierz się… i cieszę sie, że cię widzę, Mari - wróciła do patrzenia na drogę - Kurwa nawet nie masz pojęcia jak się cieszę.

Słowa Nev zdołały uspokoić Sabbatini. Jej atak paniki chyba skończył się. Usiadła i zaczęła wycierać oczy. Przeklęła, kiedy uświadomiła sobie, że rozmazuje sobie makijaż. Potem splotła dłonie.
- Jesteś za dobra na ten świat, Nev - westchnęła. - Dużo za dobra.
Wyjrzała przez rozbitą szybę na zewnątrz. Powietrze wnikało do samochodu, powiewając włosami obu kobiet. Dość szybko zrobiło się całkiem zimno, ale nie na tyle, żeby to było faktycznym problemem.
- Wiesz… ja ci do tej pory nie mówiłam zbyt wiele na temat Jackiego. Otóż… to prezes firmy farmaceutycznej… ale z rodzaju tych, którzy połowę wyrobów sprzedają narkolordom - powiedziała. - Nawet mnie to podniecało, przynajmniej z początku. To, że jestem z takim naszym brytyjskim Pablo Escobarem. No cóż, może wszyscy mają rację na mój temat i naprawdę jestem głupią pizdą - westchnęła, kręcąc głową. - Czy to mogło się jakoś inaczej skończyć…? - zawiesiła głos.

- Nie jesteś głupia - Hermansen prychnęła zrezygnowanym tonem, skręcając na most - Po prostu jesteś człowiekiem, jak my wszyscy, a nie bezdusznym robotem. Każdy z nas ma prawo do szczęścia i szczęścia poszukuje. Możliwości poczucia… - zwiesiła się, adrenalina opadała, pozostawiając po sobie ból głowy. Obudził się też strach - ... poczucia czegokolwiek dobrego. Bez tego wypalamy się i wreszcie nie zostaje nic, prócz popiołu - przełknęła ślinę - Przepraszam, też nie mam dobrego dnia i… poczekasz w samochodzie, dobrze? Muszę sprawdzić jedną rzecz - znów się zwiesiła, aby potrząsnąć głową - Zadzwonię do Noah, masz życzenie wypierdolimy z tego smutnego kraju do Kongo. David tam teraz siedzi z innymi habitami. W buszu Jackie cię nie znajdzie, a kto wie? - łypnęła na pasażerkę próbując się uśmiechnąć - Może się nam tam spodoba i zostaniemy na dłużej?

Maria Teresa wzdrygnęła się.
- Dobrze, nie przesadzajmy. Może jestem skończona tak daleko, jak sięga cywilizacja… ale w buszu moja noga nie postanie. Wolę zostać wykończona jak człowiek, kulką między oczy. A nie paść ofiarą roju moskitów, czy jakichś innych okropnych stworzeń…
Sabbatini nigdy w swoim życiu nie była nawet na prawdziwej wsi. Nie mówiąc już o jakimś tropikalnym zadupiu, gdzie obecnie stacjonował misjonarz, brat Nev.
- Mogę ci jakoś pomóc? - zapytała. - Ty mi bardzo pomogłaś. Powinnam zadzwonić do Isaaka? Muszę go ostrzec… chyba… prawda? Nie dostałaś kulką, prawda? - Maria zaczęła wypluwać kolejne pytania. Bardzo chaotycznie. Co chwilę myślała o czymś nowym.

Nevaeh zaśmiała się krótko i dość nerwowo, lecz był to dobry śmiech. Rozładowywał napięcie.
- Faktycznie w tych szpilach byłoby ciężko w buszu - ruchem głowy wskazała obuwie przyjaciółki, które łamało nogi od samego nań patrzenia. - Na sawannę też odpadają, ale jeżeli masz się schować poza granice cywilizacji, to może Moskwa? Podobno mają tam białe niedźwiedzie, pasowałoby ci futro z takiego - poklepała kobietę po ramieniu - Damy radę, coś wymyślimy… a teraz bierz telefon i dzwoń do Isaaca. Masz swój czy chcesz mój?

Samochód skręcił w prawo, wyjeżdżając na główną drogę Milltown, a im bliżej celu się znajdowały, tym mocniej Hermansen biło serce. Co zastanie na miejscu?
Bała się poznać odpowiedź.
- Od tego są przyjaciele, mówiłam żebyś się mną nie przejmowała. Nie mam dodatkowych otworów, bez obaw… a tobie nic nie zrobił?

- Na razie nie. Ale powinnam zacząć pisać testament - powiedziała Maria. - To byłby wstyd, gdyby wszystkie moje palcaty, kajdanki i bicze zmarnowały się po moim zgonie - westchnęła. - Nie mam telefonu, w moim… wdzianku nie ma kieszeni - mruknęła. - Gdybyś mi pożyczyła, to byłabym wdzięczna - dodała. - W ogóle zaczęło się tak niewinnie. Poszłam do pubu na wieczornego drinka. Wypiłam trzy, a Isaac zaoferował, że mnie odwiezie do domu. Ja się zgodziłam. Zresztą to dobrze wyglądający facet - mruknęła. - Choć gdybym była trzeźwa, to najpewniej pamiętałabym o Jackiem. No cóż… - wzruszyła ramionami. - Nie pamiętałam.

Na zewnątrz było kompletnie spokojnie. Tak naprawdę wcale nie przejechały zbyt dużego dystansu, a i tak Nev odniosła wrażenie, że znalazła się w innym świecie. Absolutna cisza. Może nawet złowroga. Pustki na ulicach. Nie widziała ani jednego przechodnia, ani jednego samochodu… To był taki wieczór, kiedy nic się nie działo. Pozorna nuda zdawała się rozlewać po sąsiedztwie. Jakże złudne było to wrażenie…

Przekazanie telefonu połączyło się z kolejnym, ciężkim westchnieniem. Mały, srebrno-czarny prostokąt przeszedł z rąk do rąk.
- Isaac tak działa, zapominasz się przy nim. O nic nie pyta, niczego nie wymaga… po prostu jest. Blokada to odwrócona L-ka… jak zwykle. Mam go zapisanego jako Ponurak - Hermansen szybko podała najpotrzebniejsze informacje, zaciskając dłonie na dłoni Włoszki i telefonie. Popatrzyła jej w oczy z wyraźnym napięciem. Wcale nie była pewna, czy Marii pomogła, czy wpędziła w nowe kłopoty.
- Muszę coś sprawdzić i… jest Teagan - z ulgą odnotowała znajomą bryłę samochodu, zaparkowanego całkiem niedaleko. Przełknęła ślinę, oddychając płytko jakby zaczynała się dusić.
- Mari… zrób coś dla mnie - poprosiła wciąż trzymając jej dłoń - Zadzwoń do Isaaca, a potem… albo lepiej będzie jeśli poczekasz przy drzwiach. Nie odjechałyśmy daleko, Jackie może nas znaleźć. Lepiej… - wzięła głębszy wdech - Otworzymy drzwi i poczekasz za progiem, ale obiecaj że dalej nie wejdziesz, dobrze?

Dziewczyna zamrugała powoli. Chyba zaczęło do niej docierać, że jej problemy nie były najważniejsze… a w każdym razie nie były jedyne. Dopiero w tym momencie spojrzała na Nev… jakoś dłużej i przytomniej.
- Co jeszcze się dzisiaj odjebało…? - zapytała ostrożnie.
Jeszcze nie wybrała numeru Isaaka. Zresztą wcale nie cieszyła się na tę rozmowę. Co takiego miała powiedzieć ochroniarzowi? “Jebałeś mnie całą noc i połowę dnia, mam nadzieję, że było warto, bo teraz jesteś żywym trupem?” Maria zaczęła fantazjować o przeniesieniu się z Taylorem na Alaskę, ale to mogło być trochę zbyt blisko.
- To jest dom… tej piosenkarki, prawda? Tej punkowej? - zmarszczyła brwi. Chyba myliła Kiarę z Aoife, ale nawet wtedy niezbyt się zgadzało. - Ona też ma problem z chłopakiem?

Teagan był już na miejscu, ale przyjechał tylko nieco wcześniej. Wysiadł z samochodu. Strzeliła od razu rura wydechowa i w powietrzu pojawił się obłok dymu. Pojazd policjanta miał dobre czterdzieści lat i o dziwo wciąż działał. I kiedy wydawało się, że już popsuł się na amen… znów zaczynał funkcjonować. Tak właściwie w mieście krążyły o nim legendy. Teagan zerknął na samochód Nev. Od razu przymrużył oczy, bo oślepiło go światło reflektorów. Podszedł.
[MEDIA]http://i.imgur.com/UVp5kir.jpg[/MEDIA]
- Nevaeh, pojebało cię kompletnie? - zapytał. - Usłyszałaś, że Kiara chce popełnić samobójstwo, więc zabrałaś dla niej luksusową kurwę, aby ponownie odnalazła radość z życia? - zerknął na tylne siedzenie. - To jest twój plan?
Maria Teresa zaczęła powoli mrugać.

Hermansen za to zmrużyła ostrzegawczo oczy i wyszła z samochodu, zgarniając z siedzenia pasażera torbę medyczną. Wyłączyła też silnik. Stanęła naprzeciwko gliniarza, blisko. Prawie weszła mu na buty i zadzierając głowę gapiła mu się w twarz.
- Dziękuję że przyjechałeś, jestem naprawdę wdzięczna… ale jak masz obrażać moją przyjaciółkę, to wracaj do siebie - wywarczała, a złość wycisnęła spod powiek parę łez. Aby się ich pozbyć kobieta mrugała szybko i chciała coś powiedzieć, ale tylko kłapnęła szczękami.
- Odjebało się, ale u nas na osiedlu. Nie mogłam jej zostawić - zarzuciła torbę na ramię, kluczyki schowała do kieszeni.
- Nie dopierdalaj mi, proszę… - mruknęła ciszej.

Mężczyźnie zrobiło się głupio.
- Przepraszam - mruknął. - Czasami coś palnę… - wzruszył ramionami.
A potem raz jeszcze spojrzał do tyłu na Marię.
- To twoja przyjaciółka, tak? - zapytał. - Czy może raczej… no wiesz?
Bez wątpienia strój Sabbatini bardzo go dekoncentrował. Nigdy wcześniej chyba nie widział kogoś takiego na oczy. No cóż, nie był pierwszym mężczyzną, któremu udało się Marii skutecznie rozproszyć.
- To twoja dziewczyna? - zapytał.

- Niech zgadnę. Wyobraziłeś sobie nas obie w jednym łóżku i byś chętnie popatrzył. - Nevaeh spojrzała na blond gliniarza zmęczonym wzrokiem, mocniej ściskając ramię czerwonej torby - Niestety taki kaszalot jak ja nie lata w lidze Marii, więc to moja przyjaciółka. Najlepsza - dorzuciła z naciskiem i zgrzytnęła zębami, patrząc do wnętrza auta - Chodź kochana, schowasz się za progiem, na wszelki wypadek, a my... - zamilkła na moment i nagle kręcąc głową ruszyła do przodu, obierając za cel znane tak dobrze drzwi. Modliła się w duchu, aby cała sytuacja okazała sie tylko głupim żartem, po którym wróci do pustego domu i da się pochłonąć pustce. Ale… zostawała Maria. I Teagan. I Kiara. Wchodząc na chodnik pomyślała gorzko, że życie z drugim człowiekiem to tylko ucieczka od samotności. Z reguły na krótki czas. Zresztą tylko jedna z form ucieczki. Bezpieczniej zapisać się do jakiegoś chóru, drużyny sportowej albo wstąpić do zakonu. W razie gdyby się okazało, że to nie to - konsekwencje są mniej bolesne.
 
__________________
Nine o nine souls - don't do this
Nine o - no more pain now
Nine o nine souls - it's easy
I'm gonna take on all your battles

Ostatnio edytowane przez Sepia : 17-12-2020 o 00:22.
Sepia jest offline  
Stary 16-12-2020, 14:10   #5
Banned
 
Teagan pospieszył za nią.
- Nie mów tak, jesteś piękną kobietą - to akurat chciał jej w tej chwili przekazać. - Nie żadnym kaszalotem.
Następnie zamilkł i splunął w bok. Czuł, że z każdą kolejną wypowiedzią tylko się pogrążał. Może jednak miał problemy z kontaktami międzyludzkimi. Czasami miał wrażenie, że im bardziej starał się, tym gorzej mu wychodziło.
- A zresztą… - burknął. - Nieważne.
Maria Teresa również wyszła na zewnątrz. Może nie miała kieszeni na komórkę, ale papierosy z zapalniczką cudownie przemyciła w prawym kozaku. Zapaliła błyskawicznie dwa papierosy i zaciągnęła się od razu. Wiatr zaczął smagać jej półnagie ciało. Żuchwa Teagana mimowolnie opadła.
- Nev, to ty zamówiłaś tutaj tego zboka? - rzuciła Sabbatini.

- Zwykle jest bardziej stonowany, ale dziwisz mu się? Gdybym cię już w tym nie widziała, reagowałabym podobnie - odpowiedziała, biorąc drugiego fajka i też się zaciągnęła ile sił w płucach. Uderzenie nikotyny zadziałało terapeutycznie, dłonie Hermansen jakby odrobinę mniej się trzęsły. Albo zadziałał komplement, niespodziewany… i miły. Bardzo. Przywołał wspomnienie udanego popołudnia nad talerzami z nielegalną wręcz ilością frytek i kurczakiem z rożna, zalewanych hektolitrami kawy.
- A w ogóle Teagan - wskazała mężczyznę, po czym przeniosła kciuk w kierunku kobiety - Maria. Maria… Teagan. Chodźmy, potem pogadamy.

Maria i Teagan podeszli do siebie i przez chwilę wyglądali tak, jak gdyby chcieli sobie podać rękę. Zamiast tego po prostu zaczęli mierzyć się wzrokiem. Obydwoje byli atrakcyjnymi ludźmi i chyba podobali się sobie nawzajem. Oczywiście okoliczności były najgorsze z możliwych. Tak samo jak w ogóle niezręczny wstęp ich znajomości. W rezultacie obydwoje nie wiedzieli, co dalej mówić.
W tym czasie Nevaeh ruszyła w stronę drzwi frontowych. Wnet odkryła, że były zamknięte. Oczywiście. Nie mogło pójść zbyt łatwo. Nie słyszała żadnych dźwięków dobiegających ze środka. Zupełnie tak, jak gdyby było… po wszystkim. McGuire pojawił się tuż obok Nev.
- Pewnie nie wiesz nic o sekretnej skrytce na klucze? - mruknął i przykucnął.
Zajrzał pod wycieraczkę, ale nic tam nie znalazł. Zerknął w górę na Hermansen.

Kobieta cofnęła się dwa kroki do tyłu, potem trzeci i czwarty, uparcie patrząc pod nogi aż weszła na niewielki trawniczek.
-... pięć… sześć… siedem… - liczyła kostkę brukową, aż doszła do dziewięciu. Wtedy zrobiła krok w bok na zielony pasek i kucnęła przy niepozornym kamyku leżącym wśród zbyt długich jak na podmiejskie standardy źdźbeł. Kawałek kamienia miał wielkość kciuka, a podniesiony odkrył swoja tajemnicę: przyklejone pudełko po kliszy filmowej. Hermansen odkręciła je, wysypując na dłoń niewielki, ciemno-miedziany kluczyk. Zaciskając szczęki wróciła na ganek, wkładając go w zamek.

Maria wzruszyła ramionami i wydmuchała dym na wstającego powoli Teagana.
- Prawdziwy gliniarz przestrzeliłby po prostu zamek i weszlibyśmy do środka - powiedziała. - Nie liczyłby na pomoc kobiety.
McGuire roześmiał się.
- Zdaje się, że filmy akcji wiele nauczyły cię o prawdziwych gliniarzach - mruknął. - Rzeczywistość kształtuje się zupełnie inaczej.
Sabbatini rzuciła niedopałek i przydusiła go obcasem.
- Chłopcze, wiem o życiu dużo więcej, niż ty kiedykolwiek poznasz - mruknęła.
Tak sobie konwersowali. Tymczasem Nev udało się otworzyć drzwi. Kiedy tylko to zrobiła, poczuła delikatny powiew na twarzy. Chyba panował przeciąg. Tyle że powietrze smakowało… źle. Morowo. Przypominało zgniły, trumienny wydech. Nigdy wcześniej tak nie pachniało u Kiary. Nawet jeśli nie żyła, to przecież nie powinno to wisieć w powietrzu tak dosłownie. Cała sprawa niepokoiła.
- Ja pójdę przodem, dobrze? - zapytał Teagan.

- Kiara? Kiara! Odezwij się, Kiara! Maria zostań przy drzwiach… Kiara! - kobieta z medyczną torbą zdawała się głucha. Straciła nagle zainteresowanie towarzystwem, na rzecz cmentarnego odoru przed sobą. Jak po sznurku zaczęła iść przed siebie, macając po drodze za włącznikiem światła na prawo od drzwi. Jednocześnie starała się sobie przypomnieć kiedy ostatnio rozmawiały… chyba nie aż tak dawno, by procesy gnilne zdążyły na dobre wejść w fazę smrodu. Chociaż jeśli dziewczyna się powiesiła poszło szybciej w tym upale.
- Kiara?! - wołała drugą przyjaciółkę, ciągnąc nosem aby wyczuć skąd dobiega odór.

Zdawało się, że ciągnął z pierwszego piętra. Dalej znajdowały się schody prowadzące na górę. Tymczasem Teagan rozejrzał się dookoła.
- Ja sprawdzę parter, a ty przejdziesz wyżej? - zaproponował. - Jak rozdzielimy się, będzie szybciej.
Maria tymczasem oparła się o ścianę tuż przy wejściu. Zerknęła na kurtkę Kiary, która wisiała nieopodal. Po chwili wahania założyła ją. Chyba było jej jednak zimno. Może było lato, ale noc robiła się szybko mroźna nawet w ciepłych miesiącach.
Hermansen zatrzymała się, odwracając przez ramię. Gdzieś po drodze zgubiła papierosa, nawet tego nie odnotowując. Patrzyła na Marię przez dłuższą chwilę, następnie przeniosła spojrzenie na policjanta i wyrzuty sumienia zdzieliły ją w żołądek. Mógł teraz siedzieć spokojnie w domu, zamiast pchać w syf, bo poprosiła go o to dupa z załamaniem nerwowym i traumą.
- Okey, bierz parter, a ja sprawdzę piętro - wysiliła ściśnięte gardło żeby wydało z siebie parę prostych słów. Gdyby grali w horrorze, właśnie podejmowali sztampową, kanoniczną wręcz decyzję rozpoczynającą każdy slasher… ale chodziło o Kiarę, nie maniakalnego mordercę w masce z ludzkiej skóry.
- Teagan - złapała mężczyznę za łokieć, przytrzymując gdy przechodził obok. W przypływie impulsu wychyliła się do przodu, całując go szybko w policzek.
- Przepraszam że cię w to wciagnęłam - szepnęła przy powrocie do pionu, uciekając wzrokiem ku górze schodów - Bardzo cię przepraszam i… sprawdzę górę.

Mężczyzna pokręcił głową.
- Myślisz, że wolałbym męczyć się z niedziałającą anteną i żłopać piwo w tej chwili? - mruknął. - Tak naprawdę to jestem ci wdzięczny, że mnie wybawiłaś z tego syfu, w którym żyję.
Uśmiechnął się do niej pokrzepiająco i poklepał ją krótko po plecach. Teagan zdawał się przedziwną mieszanką czułości i niezręczności. Zupełnie jak gdyby nie był przyzwyczajony do najprostszych kontaktów z ludźmi. Szybko jednak odszedł i Nev zrozumiała, że już i tak zmarnowali dość czasu.

Ruszyła w stronę schodów… Była sama. Teagan zniknął gdzieś w kuchni i pewnie przeszedł do jadalni. Natomiast Maria znajdowała się przy drzwiach. Serce Nev biło coraz szybciej. Spoglądała na rząd obrazków na ścianach. Przesunęła wzrokiem na rząd poroży. To było niepokojące, ale również znajome. Wszyscy mężczyźni w rodzinie Kiary byli zapalonymi myśliwymi. Wystrzelali tyle jeleni, że aż wszystkie okoliczne lasy wokół Dublina zrobiły się puste.
Nevaeh spoglądała natomiast na dodatkowy element, którego nigdy wcześniej tutaj nie było.
U szczytu schodów stał mężczyzna. Miał na sobie ciemny garnitur. Pewnie był powyżej pięćdziesiątki, ale ciężko było dostrzec szczegóły jego twarzy. Tonęły w mroku. Na jego głowie znajdowało się poroże. Dokładnie takie samo jak te z licznych trofeum.
- Ostatnia Pieczęć… - mruknął. - Nie spodziewałbym się ciebie tutaj.
Jego głos był niski, hipnotyzujący. Seksowny, ale jego właściciel nie próbował jej uwieść.
- Nevaeh czytane od tyłu znaczy Heaven - powiedział. - Czy to przypadek?


Wpierw Hermansen zatkało. Stanęła w pół kroku, nie mogąc się zdecydować czy przedawkowała leki, czy kompletnie jej odjebało. Rogacz u szczytu schodów był obcy, niepokojący to mało powiedziane. Ktoś z rodziny gospodyni? Dawno niewidziany kuzyn albo wujek mieszkający na co dzień w psychiatryku?
- Gdzie jest Kiara? - pytanie pojawiło się samo, zanim kobieta zdążyła pomyśleć. Zaczęła iść w jego kierunku, przyciągana odpowiedziami jakie mógł posiadać - Co jej zrobiłeś, kim jesteś? Gdzie jest Kiara? - powtórzyła.

- Jest w łazience - odpowiedziała postać na szczycie schodów. - Kiara nauczyła się, że jak zaczynasz spoglądać w mrok, to mrok zaczyna otaczać cię szczelniej niż kiedykolwiek wcześniej. Wsiąka we wszystkie twoje szczeliny, zagłębienia, otwory… - nieznajomy zawiesił głos. - Zaczyna rozlewać się po twoich żyłach, wnika do twojego umysłu. Kiara nauczyła się również tego, że jak chcesz pokrzyżować plany Diabłu, to ten Diabeł może ukrzyżować ciebie - mężczyzna roześmiał się.
Ustawił się bokiem do Nev i oparł o ścianę. Zerknął na nią. Jego oczy były całe białe. Dopiero teraz to zauważyła. Brakowało źrenic, tęczówek… Sama biel. Najczystsza. Śnieżna. Lodowata.
- Może chcesz sama się przekonać? - zamruczała postać.
 
Ombrose jest offline  
Stary 16-12-2020, 14:11   #6
 
Sepia's Avatar
 
- Ja pierdolę… - wyrwało się kobiecie, sama nie wiedziała czy w reakcji na kostium obcego, czy na jego słowa. W jej głowie darł się alarm ostrzegający przed niebezpieczeństwem. Stała oto naprzeciwko świra przebranego za Cernunnosa, albo innego rogatego bożka bogatej mitologii wyspiarskiej. Gadającego jak nawiedzony klecha, bądź inny oszust żerujący słowem na ludzkiej naiwności. Do Nev doszło, że tamten może mieć broń, a ona jedynie nożyczki ratownicze gdzieś głęboko w torbie. Niby nie przyszła tu sama, jednak wątpiła że odsiecz zdąży dotrzeć zanim tamten nie wpakuje jej kulki między oczy. Zostawała też kwestia tego, po co tu przyszła.
- Zabieram Kiarę - zaciskając dłonie w pięści weszła na szczyt schodów. Przez suchość w gardle ciężko się mówiło, ale nie poddawała się.

- Nie możesz zabrać czegoś, co do ciebie nie zależy - mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem. Między wierszami dawał do zrozumienia, że Kiara była jego.

- Mogę - stanęła naprzeciwko, czując jak włosy na ciele stają jej dęba, gdy patrzyła w białe oczy - I to zrobię. Żyje?

- Czy ja wyglądam ci na eksperta od Życia? - rogacz wzruszył ramionami. - Uwierz mi, że specjalizuję się w kompletnie przeciwnych areałach. A nawet gdyby nie żyła… być może śmierć to jeszcze nie koniec - dodał. - Dla niektórych wszystko dopiero zaczyna się w jej momencie - uśmiechnął się lekko. Chyba był podekscytowany.

Dla Nevaeh wyglądał jak pojeb, jednak nie wypadało wariata o tym uświadamiać. Denerwowanie psychopatów jeszcze nikomu nie wyszło na dobre.
- Zajebiście… w takim razie idziemy - zaprosiła go gestem w stronę łazienki - Będziesz tak miły i wyjaśnisz co tu się do diabła dzieje? Tylko bez parafrazowania Nietzschego.

Mężczyzna zgiął się teatralnie w pół, jak gdyby uderzyła go z całej siły w brzuch.
- O nie… - zawiesił głos. - Jakże celne. Żadna moja myśl i wypowiedź nie jest oryginalna - powiedział. - Myślałem, że jestem taki wyjątkowy, mówiąc o mroku i ciemności. A tu okazało się, że ciągle kogoś przywołuję. Może zagramy w taką grę? Ja będę strzelał cytatami nihilistów, a ty będziesz rozpoznawała konkretnego autora? - rzucił. - Bez wątpienia wreszcie natrafisz na coś, czego nigdy wcześniej nie słyszałaś.
Zerknął w stronę łazienki. Nie ruszył się jednak ani na krok. Być może chciał tutaj zatrzymać Nev rozmową, podczas gdy Kiara się wykrwawiała.

- Wszystko już kiedyś się wydarzyło, albo zostało powiedziane… bla, bla,bla - pokręciła głową i po krótkim namyśle skierowała się do łazienki, wystawiając plecy na ostrzał wroga, przez co każdy kolejny krok ciągnął się w nieskończoność i był jak chodzenie po pękającym lodzie - Czy ja ci wyglądam na uczestnika Milionerów? Zamiast cytatów powiedz skąd mnie znasz. Moje imię.

Mężczyzna ruszył powoli za nią. Każdy jego krok był powolny, jakby leniwy. Chyba zdawał się lekko znudzony. Albo zirytowany rozmową z Hermansen.
- Twoje imię jest dla mnie dość ważne - powiedział. - To odwrotność Nieba. A czym jest odwrotność Nieba? Piekłem…? Nie, to trochę bardziej skomplikowane. Ale przyznam, że teraz już faktycznie zaczynam gadać jak potłuczony - uśmiechnął się lekko. - Bez wątpienia jeszcze się spotkamy. Choć wtedy pewnie twoje nastawienie względem mnie będzie zupełnie inne.
Zrobił krok do tyłu. Chyba nie chciał wejść do łazienki z Nev. Ta natomiast dotarła już do jej drzwi. Słyszała w środku szum wody…

- Jestem Piekłem? Kumplujesz się z moim byłym mężem, co? Ciągle mi wmawiał że to moja wina, zniszczyłam mu reputację, życie i zabrałam ubezpieczenie, a także połowę domu - Nev mruknęła ponurym tonem, świdrując wzrokiem drzwi. Jeszcze tylko parę chwil, parę minut i wyniesie Kiarę z tego pokręconego pierdolnika w towarzystwie zeschizowanego psychopaty - Czyli jeśli znajdę tajemniczy liścik na progu zapraszający na kolację to będzie od ciebie? Miło… powiedz jak ci na imię, jakoś mi umknęło.

Rogacz wzruszył ramionami.
- Ja odkryłem twoje imię bez twojej pomocy - rzekł. - Czy sugerujesz, że jesteś gorsza ode mnie, chcąc usłyszeć moje tak po prostu? Cholera, jeśli jesteś na niższym poziomie ode mnie, to chyba jednak nici z tej kolacji. Umawiam się jedynie z kobietami, które uważam za sobie równe.
Podniósł do góry dłoń i obejrzał paznokcie.
- Cóż za wielkie zaskoczenie, że nie jesteś - zagwizdał.

- Rozczarowanie rośnie w miarę istnienia - lewy kącik ust Nev uniósł się w uśmiechu, położyła dłoń na klamce.

- Buu… - mężczyzna mruknął. - To Schopenhauer, prawda? Jestem prawie pewien, że to Schopenhauer. To ja miałem rzucać cytatami, a nie ty - przewrócił oczami. - Chyba jesteś tak cholernie kiczowata, jak ja sam - westchnął. - Może jednak jesteśmy dla siebie stworzeni. Może jednak coś będzie z tej kolacji… - zamruczał pod nosem.

- Równam w dół abyśmy się dogadali, doceń to - odwróciła się przez ramię, do lewego kącika ust dołączył prawy. Nie miała pojecia co właśnie odstawia, prawdopodobnie serio wreszcie wywaliło jej korki i ześwirowała do końca… co za ulga.
- Brawo, pięć punktów dla Slytherinu. Sugeruję, że w dobrym tonie jest się przedstawić. Znasz Kiarę, Kiara zna mnie… jest tu masa moich zdjęć, maili. Chyba nawet podpisałam się jej na gaciach. Preferujesz pizze czy coś regionalnego, co Rogaty?

Mężczyzna przewrócił oczami.
- Gdziekolwiek się nie udam, nie jestem w stanie uciec od własnego seksapilu - westchnął ciężko. - Kobiety wolą ze mną flirtować na korytarzu, nawet jeśli ich przyjaciółki wykrwawiają się w pokoju obok. Co ja mam takiego w sobie? To, że zakrzywiam czasoprzestrzeń… to wiem. Ale że zakrzywiam również zdrowy rozsądek? Że rozpalam termostaty w głowach wszystkich pięknych kobiet, które napotkam? Czy to przez te rogi? Już od czasów starożytnych były symbolem płodności. I oczywiście, mam ogromnego penisa, ale z płodnością u mnie akurat kiepsko. Myślę, że zasługujesz na to, aby to wiedzieć - powiedział.
Ruszył w dół schodów. Chyba chciał skończyć rozmowę.
- Alioth. Możesz do mnie mówić Alioth - jego głos robił się coraz cichszy. - Przekonałaś mnie tym, że przedstawianie się jest w dobrym tonie. Jeszcze uznałabyś mnie za prostaka. I co wtedy? Co bym wtedy zrobił? - zaśmiał się lekko, aż ten dźwięk stopił się z ciszą.

Teraz to Hermansen przewróciła oczami, dyskretnie wydychając z ulgą powietrze. Nie strzelił jej w łeb, ani nie odwalił niczego czego by nie żałował w przeciwieństwie do niej.
- Musiałbyś z tym jakoś żyć, Rogaty - patrzyła jeszcze moment jak odchodzi - Alioth, ładnie. Tematy wielkości penisów przełożymy na kolację, dobrze? A teraz wybacz, że nie poświęcę ci tyle uwagi, ile byś chciał… mam coś do zrobienia. Na koniec jednak - parsknęła krótko - Jeżeli szatan nie istnieje, jeżeli go stworzył człowiek, to stworzył na swoje podobieństwo… czyj to cytat?

Mężczyzna przez moment nie odpowiadał.
- Kiara! - wreszcie Alioth krzyknął z dołu. - Nie zapominaj o Kiarze!
Chyba to był dla niego pierwszorzędny żart.
- Nie próbuj mnie zatrzymać, nie ja jestem twoim priorytetem…!
Zdawało się, że tutaj go zagięła. Nie znał autora tego cytatu.

- Jeden zero, misiaczku - Nev nacisnęła klamkę, pchając drzwi do łazienki barkiem. Dopiero gdy dziwny mężczyzna się oddalił wrócił rozsądek, a czas ruszył z kopyta. Zupełnie jakby rogaty przebieraniec zakrzywiał czasoprzestrzeń wokół siebie… może rzeczywiście chodziło o te rogi.

To z łazienki unosił się ten odór. Chyba z wanny. Wyglądała tragicznie. Wręcz nieprawdopodobnie, jak gdyby ktoś celową ją tak ucharakteryzował. Nevaeh odniosła wrażenie, że znalazła się na planie horroru, a nie w faktycznej łazience przyjaciółki. Na krawędzi wanny stały najróżniejsze buteleczki. Nev rozpoznała od razu kilka leków przeciwbólowych i uspokajających. Jeżeli Kiara je tutaj postawiła, to bez wątpienia chciała odejść wyciszona. Oprócz tego Nev dostrzegła szklaną popielniczkę, w której znajdowało się dużo niedopałków. Hermansen wnet uzmysłowiła sobie, że to był jej prezent na gwiazdkę dwa lata temu. Niedaleko znajdowała się również pusta butelka po winie.
Woda w wannie była kompletnie czarna. Wręcz smoliście. Ta sama substancja znajdowała się również na płytkach podłogowych i ściennych. W mrocznej brei tkwił zanurzony jakiś kształt…


Rozsądek wył, aby zostawić to w cholerę. Wykonać zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i zadzwonić po odpowiednie służby, albo chociaż zawołać Teagana. Nev jednak nigdy nie należała do rozsądnych osób. Z głuchym jękiem dopadła do obrzydliwie czarnej wody, zanurzając w nie dłonie, przedramiona i szukała. Na oślep, w panice i z rosnącym wewnątrz trzewi sprzeciwem próbowała wyciągnąć skryty pod atramentową powierzchnią skarb.
 
__________________
Nine o nine souls - don't do this
Nine o - no more pain now
Nine o nine souls - it's easy
I'm gonna take on all your battles
Sepia jest offline  
Stary 16-12-2020, 14:13   #7
Banned
 
No cóż… udało się.
Jej dłonie zacisnęły się na mokrym, pluszowym stworku. Był bardzo ciężki, ale udało się go wydobyć na powierzchnię. Miał na sobie tiulową spódniczkę baletnicy, która kiedyś pewnie była biała, ale obecnie ociekała czernią. Jak zresztą cały pluszak.


- Witaj, Nevaeh - powiedział Teletubiś. - Spróbuj raz jeszcze zażartować z mojego penisa. Nie śmieszą mnie te żarty.
Głos był wysoki i dziecięcy, ale słowa musiał wypowiedzieć Alioth.

W łazience zapanowała wymowna cisza, podczas której kobieta trzymająca psychodeliczną maskotkę nie umiała odpowiedzieć czy śni… bo chyba jednak śniła.
- Kurwa chłopie… - wydukała, licząc że albo zaraz się zrzyga na miśka, albo obudzi z krzykiem we własnym łóżku - Jak jesteś taki delikatny na tym punkcie to po co sam zacząłeś temat? Masz jakieś problemy interpersonalne, do jasnej cholery? Nie odróżniasz przytyku od zaproszenia do pomiarów? Pogadamy o tym jeśli oddasz mi Kiarę. Gdzie ją ukryłeś?

Teletubiś milczał przez moment.
- Powiedz, że szanujesz mojego penisa i nie chciałaś go obrazić - powiedział wysoki głos. - Teraz.
Następnie zapadło milczenie. Maskotka uśmiechała się szeroko do Nev, jak gdyby chcąc jej przekazać coś jeszcze.

- Co kurw… - kobieta syknęła przez zęby, ściskając pluszaka jakby trochę mocniej i głęboki oddech później opuściła głowę. Z terrorystami się nie negocjowało - Z szacunku do twojego penisa nawet chętnie się z nim bliżej i dogłębniej zapoznam… a teraz oddaj mi Kiarę, proszę. Gdzie ona jest?

Alioth już nic nie odpowiedział. Nev mrugnęła i wnet ujrzała, że to była iluzja. Cały czas trzymała w dłoniach Kiarę. Nie było już teletubisia. Dziewczyna była blada i letnia. Przynajmniej nie zimna, na pewno też nie w stężeniu pośmiertnym. Bez plam opadowych, choć z drugiej strony Nev nie obejrzała jej jeszcze dokładnie. Czarna woda skapywała z jej włosów. Powieki były przymknięte.
Czy oddychała? Czy jej serce biło?
Czy może jeszcze żyła…?

Brakowało czasu na zastanowienie co właśnie się stało, do głosu doszły odruchy wypracowane jeszcze w szkole. Hermansem wstrzymując własny oddech, sprawdziła puls i oddech Kiary, po czym jej ciałem zatrząsł niemy szloch, gdy przycisnęła niedoszłą topielicę do piersi.
- Teeegan! Teeeegan! Łazienka na piętrze! - wywrzeszczała piskliwym głosem, ryjącym bruzdy na otumanionym mózgu głębokie bruzdy. Jedna z nich zmusiła kobietę do delikatnego odłożenia nieprzytomniej, ledwo oddychającej przyjaciółki na podłogę w pozycji bezpiecznej. Potrzebowała koca i…
- Maaaria! Dzwoń po karetkę! Już! - dorzuciła następny rozpaczliwy wrzask, ściągając z suszarki wielki ręcznik frotte w który zaczęła owijać wychłodzone ciało.

Na dole miało miejsce jakieś poruszenie, bo usłyszała zarówno głos Marii, jak i Teagana. Nie była w stanie dosłyszeć konkretnych słów. Tymczasem Kiara poruszyła się lekko. Rozwarła oczy leniwie. Wyglądały dość… rybio. Bez żadnej świadomości ani inteligencji. Bez wątpienia dziewczyna nie była w zbyt dobrym stanie.
- Uratuj… królową - szepnęła krótko.
Po czym zamknęła oczy.

- Cicho Kiara, będzie dobrze… ty durna pipo coś ty narobiła - Hermansen łykając łzy skończyła robić z dziewczyny kokon i stękając z wysiłku, wzięła pakunek na ręce - Coś ty kurwa chciała zrobić, co? Dlaczego… ale już nie ważne, będzie dobrze. Tylko się nie poddawaj, słyszysz? Nie zostawiaj mnie… - mając wrażenie że podłoga zaraz ucieknie jej spod nóg, zaczęła mozolny marsz na korytarz. Wszystko, byle wyjść z obleśnej, przyprawiającej o ciarki łazienki, gdzie O’Loingsigh prawie strzeliła samobója.

Wnet Maria pojawiła się w łazience.
- Ja pierdolę - krzyknęła, spoglądając na całą scenę.
Zamilkła, nie wiedząc, co robić. Widziała już w swoim życiu wiele. Ale w tym pomieszczeniu było coś zupełnie innego, niepokojącego. Ludzie byli w stanie wyrządzić wiele zła, ale do ludzkiego zła była przyzwyczajona. Natomiast to zło zdawało się zupełnie inne. Bardziej chłodne i neutralne. Niewzruszone. Pierwotne. Ruszyła prosto do wanny i spojrzała na buteleczki.
- To benzodiazepiny - zerknęła. - Masz odtrutkę w tej swojej torbie? Mojej koleżanki koleżanka… - zawiesiła głos. - To się nazywało tak jakoś, że mi się z grypą skojarzyło. Flumozon czy coś takiego.
Wnet Teagan również pojawił się na miejscu. Od razu cofnął się, wyjął telefon i zaczął gdzieś dzwonić.

- Mam… ale nie tu - Nev sapnęła, prąc ślepo do jaśniejącego prostokąta wyjścia - Kurwa nie tu… wyjdźmy stąd. Potrzebuje imidanobenzodiazepiny… tak, Flumozonu. Flumazenilu… pomóżcie mi. Znajdźcie jakiś koc, zaniosę ją do sypialni, to tuż obok - przełknęła ślinę - C… co z tą karetką? Trzeba ją dać na detoks i… na obserwację.

- Tak, dzwonię właśnie - Teagan rzucił. - Wymiotuje? - zapytał. - Uważaj, aby się nie zakrztusiła.
Kiara jednak nie wymiotowała. Maria Teresa zerknęła na okropną wannę. Potem przesunęła wzrok na sedes. Potem zerknęła na pralkę, na której walało się mnóstwo śmieci.
- Jak to możliwe, aby w całej łazience nie było jednego pojedynczego miejsca, gdzie mogłabym usiąść? - zapytała.
Wszyscy mieli swoje priorytety.
Kiara zerknęła na Nevaeh.
- Musisz uratować… uratować brata… - szepnęła. - Brat…
Znów zamilkła. Potem zamknęła oczy. Straciła przytomność.

Królowa, brat… lista osób wymagających ratunku robiła się coraz dłuższa, ale przynajmniej zaliczała tendencję spadkową.
- Znajdź ten koc! - Hermansen krzyknęła do Włoszki, wynosząc gospodynię na korytarz i dalej, do sypialni. Niepokój niestety nie ustępował. Uratować brata… ale którego? W jej przypadku lista miała aż jedenaście pozycji.
Przeniesienie bezwładnego ciała choćby tylko te kilkanaście metrów sprawiło, że Nevaeh się zasapała. Na laurach jeszcze spocząć jednak nie mogli, nikt z trójki ratunkowej trójki. Naraz do głowy przyszła kobiecie zwariowana myśl.
- Alioth słyszysz mnie? - mruknęła, grzebiąc w czerwonej torbie za odpowiednim lekiem.

Podszedł do niej policjant.
- Teagan, mam na imię Teagan - przypomniał cierpliwie. - Pogotowie już jedzie. Powiadomiłem również na wszelki wypadek posterunek.
Maria ruszyła do pokoju obok. Wróciła z pościelą.
- To powinno się nadać, prawda? - zapytała. - Nie będę szukać specjalnie koca - powiedziała.
Alioth jednak nie odpowiedział. Czy ją w ogóle słyszał? Nawet nie miała jak tego sprawdzić.

Albo rozmawiał ze swoim penisem, lub dawał sobie dorobić nowe gałęzie poroża. Właściwa fiolka w końcu pozwoliła się wygrzebać, Nev wbiła igłę w korek, naciągając 1mg płynu do strzykawki.
- Dzięki Teagan, jesteś najlepszy. Tak Mari, nada się… dziękuję wam - przełknęła z trudem ślinę, kończąc preparować zastrzyk, a gdy był gotowy, popukała przedramię pacjentki i wbiła igłę. - Wiszę wam grubą przysługę.

- No bez przesady, to nie jest tak, że sama chciałabyś tu być - powiedziała Maria Teresa. - Zresztą to ja ci wisiałam przysługę. Gdyby nie ty, byłabym dosłownie martwa. Co to w ogóle za cholerna noc - westchnęła.
Teagan natomiast zerknął na puste opakowanie po odtrutce.
- Nev, a kiedy ty byłaś pielęgniarką? - zapytał. - To coś nie będzie przeterminowane? - mruknął.
- Oj tam… - rzuciła Maria. - Nawet jeśli, to i tak lepsze niż nic, co nie? - zawiesił głos. - Kiedy powinno być pogotowie?
- Lada moment - odpowiedział policjant, spoglądając na nieruchomą Kiarę.
Tymczasem Nev spostrzegła na wyświetlacz komórki. Dostała nową wiadomość mailową od byłego męża.

Cytat:
Gdzie jesteś?! Czekam pod Twoim domem!
 
Ombrose jest offline  
Stary 16-12-2020, 17:48   #8
 
Sepia's Avatar
 
- Kurwa - Hermansen zaklęła głośno, zerkając z obrzydzeniem na wyświetlacz. Dziwne, że po tak długim zastoju jednej nocy wszystko brało w łeb i sypało w posadach. Było to równie dziwne co mężczyzna z rogami, gadające Teletubisie i wiadomości z zaświatów.
Stuknęła w ikonkę maila i szybko wcisnęła kilka klawiszy na systemowej klawiaturze.

Cytat:
W dupie. Czego chcesz?
- Pod moim domem siedzi Asif - w jej głosie nie brzmiała ani odrobina radości. Raczej jakby kolejny detal karuzeli spierdolenia właśnie wskoczył na odpowiednie krzesełko.
- Pierdoli coś, że jestem w niebezpieczeństwie. Pewnie znowu się najebał, albo zaćpał. Z pewnością kurwa nie mogę się czuć bezpieczna kiedy ta spierdolina mi wygniata ławeczkę na ganku… a pieprzyć to - chwyciła delikatnie nadgarstek Kiary aby kontrolować puls - Nie pielęgniarką, paramedykiem. Jeździłam w karetce i… długa historia, ale nie na tyle abym wytraciła nawyk wyrzucania przeterminowanych leków.

Teagan spojrzał poważnie na Nevaeh.
- Chcesz, żebym pojechał do ciebie, spuścił mu wpierdol i wyrzucił na drugi koniec Irlandii? - zapytał. - Wystarczy jedno słowo.
Maria Teresa spojrzała na niego z zaciekawieniem. Chyba zaczęła się zastanawiać, czy mógłby to samo zrobić z Jackiem. Oraz ze wszystkimi narkobossami. I całą mafią. Wszystkimi gangami. Tak przez chwilę myślała… i nieco oklapła.
- Mogę go wypierdolić, nie zasługujesz na kolejną akcję konfrontację dzisiaj - dodał McGuire.
Tymczasem nowy mail trafił do Nev.

Cytat:
Twojego bezpieczeństwa. I twojej rodziny. Jestem Ci to winny. Mam ci dużo do opowiedzenia. Boję się, że mogę nie przeżyć zbyt długo. NEV!
Hermansen westchnęła, wchodząc w ustawienia telefonu i zdejmując numer byłego męża z czarnej listy.
- Nie mogę całe życie przed nim uciekać - powiedziała dość gorzko, stukając nowego maila.

Cytat:
odblokowałam cie. Dzwoń. Glenmalure Square 16, dom Kiary. Był u niej Alioth
Ostatnie zdanie dopisała sama nie wiedzieć czemu, czy ta noc mogła ją jeszcze czymś zaskoczyć? Z drugiej strony akurat dziś coś jej groziło, Kiara popełniała samobójstwo i jeszcze w okolicy pojawiał się Rogaty, o którym pozostała dwójka nie wspominała… urojenie. Albo coś kompletnie innego. Co dokładnie? Chyba kobieta chciała się tego dowiedzieć.
- Chcę żebyś był przy mnie jak będę z nim rozmawiać - popatrzyła do góry, na zatroskaną twarz policjanta - Niech powie co ma do powiedzenia i spierdala… szkoda tykać gówna. Ruszysz je, a będziesz odpowiadał jak za człowieka. Chciałabym też po tym wszystkim iść z tobą na obiad… albo - wzruszyła trochę nerwowo ramieniem - Chciałabym żebyś po prostu był w moim życiu kimś więcej niż gościem, a-ale… jak chcesz. Obiad tak czy siak ci się należy.

Na twarzy Teagana pojawił się kolor. Nie zarumienił się, ale bez wątpienia krew uderzyła mu do głowy. A pewnie i do innych części ciała. Kompletnie nie spodziewał się takich słów od Nev i na pewno bardzo mu na nich zależało. Otworzył usta, po czym je zamknął. Nie wiedział, co powiedzieć, aby tego nie spierdolić. Nie potrafił być tak po prostu, naturalnie fajny na zawołanie.
- Robię co mogę. To tylko moja praca - wreszcie wydukał jakoś cicho pod nosem i odwrócił wzrok.
Maria z życzliwym uśmiechem obserwowała scenę. Na pewno miała swoje przemyślenia, ale zostawiła je dla siebie. Nawiązała kontakt wzrokowy z Nev, jak gdyby próbując rozpocząć z nią rozmowę telepatią.
Tymczasem telefon Hermansen rozdźwięczał się. Naprawdę nie musiała długo czekać. Asif błyskawicznie wykręcił jej numer. W tym samym czasie jednak rozdźwięczała się syrena pogotowia.
- Chodź, pomóżmy może ją znieść na dół, będzie szybciej - rzucił Teagan.
Czy naprawdę zależało mu tak bardzo na Kiarze? A może po prostu nie chciał, aby Nev rozmawiała ze swoim byłym? Cokolwiek nim kierowało, być może pragnął ograniczyć kontakty dziewczyny z jej poprzednim mężem.

Nie dziwota, Nev sama nie chciała z padalcem gadać. Wolałaby już dźgać kijem leżącego na poboczu, przejechanego kota… takiego tygodniowej świeżości.
- Schody są wąskie, wygodniej będzie jeśli weźmiesz ją na ręce i zniesiesz - uśmiechnęła się do gliniarza, wstając płynnie. - Dla ciebie to pryszcz, ja przed chwilą prawie wyplułam płuca - dorzuciła, przykładając dłoń do jego policzka - Proszę T., zaraz do was zejdę. Pomogę Marii znaleźć cokolwiek żeby się przebrała i… ten chujek mnie przez telefon nie zje - skrzywiła się ironicznie, zabierając dłoń nim sama nie spaliła do końca buraka.
- Mari na dole przy drzwiach są buty. Weź jakiekolwiek, Kiara się nie obrazi. Takie, w których da się biegać i chodzić po terenie innym niż asfalt. Znajdę ci spodnie, za dwie minuty zejdę - to powiedziawszy przemieściła się pod stojącą pod oknem komodę, jednocześnie odbierając telefon.
- Masz minutę - zakomunikowała od startu, wysuwając środkową szufladę.

Asif już na dzień dobry zmarnował kilka sekund na milczenie.
- Tak się nie da - powiedział wreszcie. - Muszę się z tobą zobaczyć. Twoja komórka jest pewnie na podsłuchu. Jeśli przekażę ci informacje tutaj… już i tak bardzo się narażam… ciebie zresztą też… Tym pojedynczym telefonem. Nie zachowuj się tak, jakbym usmażył ci wszystkie koty. Zobacz się ze mną, proszę.
W tym czasie Teagan ruszył z Kiarą na parter. Jeszcze obrócił się w stronę Nev.
- To pewnie jakiś wybieg, chce do ciebie wrócić! - ostrzegł ją głośno.
Maria nie spodziewała się jego nagłego przestoju i wpadła na niego. Obydwoje ledwo co zachowali równowagę.
- Kurwa, Teagan, chcesz zabić nas wszystkich?! - wrzasnęła mu do ucha. - Daj mi zejść po te jebane buty.
Policjant spojrzał jeszcze raz niepewnie w stronę Nev, po czym kontynuował drogę na parter.

Kobieta obserwowała jego plecy póki nie zniknął za progiem. Więc tym gliniarz się martwił… serio? Niektóre drzwi raz zatrzaśnięte nie miały najmniejszego prawa otworzyć się ponownie.
- Kotom darowałeś bo ich nie mieliśmy - warknęła, grzebiąc zapamiętale w szufladzie. Wszystkie ciuchy gospodyni były czarne, a że porządek był pojęciem względnym, wpakowano je zwinięte byle jak i chyba upchnięto nogą aby zamknąć mebel - Mam ci kutasie przypomnieć co mi zrobiłeś? Nie mam zamiaru przeleżeć kolejnego tygodnia w śpiączce, a potem żreć przed dwa miesiące przez słomkę bo mi odrutują ryj. Teraz jadę do szpitala, moja przyjaciółka jest w ciężkim stanie. Pamiętasz w ogóle co znaczy słowo “przyjaciel”? Czasem na nie patrzysz przeglądając słownik… jeżeli w coś mnie wciągnąłeś dzwonię do Noah i załatwiam ci z miejsca deportację do domu. Powinnam to zrobić zeszłym razem, ale miałam za miękkie serce.

- Ale wiesz, czemu tego nie zrobisz? - zapytał Asif.
Przez chwilę milczał, zanim to odpowiedział. Zdawało się, że musiał sobie przypomnieć, o którego z jedenastu braci chodziło. No cóż, nawet przyjaciele Nev mieli problemy z odróżnieniem ich od siebie.
- Dlatego, bo poszukujesz odpowiedzi - kontynuował Halimi. - Jesteś wręcz zdesperowana, żeby dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Czemu twoje życie się załamało. Gdyby tak nie było, to nie wspomniałabyś tak kompletnie znienacka o panu A. Przecież nawet nie powinnaś wiedzieć o tym, że go znam. To był ślepy strzał. Czemu? Bo właśnie tak zdesperowana jesteś.
Asif wręcz zapowietrzył się z nerwów.
- To ty powinnaś prosić mnie o rozmowę, a nie odwrotnie!

- I jeszcze z tej wdzięczności obciągnąć po same kule, co habibi? - Hermansem wycedziła jadowitym tonem, wyjmując następną kulkę czarnej bawełny. Ze złości trzęsły się jej ręce, zaczęła też szczerzyć zęby jak pies który chce kogoś ugryźć - Mam rozumieć że nasłałeś na Kiarę tego rogatego psychopatę?! Ty skurwysynu! Zapierdolę cię jeśli to prawda! - wbrew sobie zaczęła podnosić głos - Mało mi dojebałeś w tańcu?! Teraz się bierzesz za moich bliskich?! Jeszcze powiedz że śmierć Z… Zoe to też twoja sprawka! - przykopała w komodę z taką siłą, że szuflada wypadła, a rzeczy wysypały się na ziemię. Tyle dobrego, że dzięki temu kobieta dostrzegła bawełniane dresy… albo coś podobnego: długie nogawki, nieśmiertelna czarna barwa i sznureczki przy pasie.

Przez chwilę Halimi milczał.
- Ja… bardzo mi przykro z powodu Zoe - rzekł. - Obawiam się, że… i nie będziesz chciała tego usłyszeć. Ale ona musiała umrzeć. Nie z mojej decyzji. Po prostu… nic nie wiesz o świecie, Nev. Kiedy byliśmy z sobą razem, nic o nim nie wiedziałaś. Jak się rozstaliśmy, to to się nie zmieniło. Tutaj panują naprawdę wielkie siły, które nie mieszczą się w głowie. Tacy ludzie jak ja czy ty… możemy liczyć tylko na to, że jakoś uda nam się prześlizgnąć. Że zdołamy nie przyciągnąć do siebie zbyt wiele uwagi. Niestety Zoe przyciągnęła. Obawiam się, że ty również. Nie wiem, o co dokładnie chodzi, ale cała twoja rodzina jest w wielkim niebezpieczeństwie.

Miał rację, nie chciała. Nie godziła się i nie rozumiała co do niej mówi, a gadał bzdury. Już chciała mu to wykrzyczeć, wylać z siebie cała nienawiść i żal, ale nagle poczuła jakby dostała w żołądek. Zgięła się w pół na ślepo wyciągając rękę aby złapać szafkę… bezskutecznie. Z głuchym sapnięciem opadła kolanami na podłogę podcięta słowami rozmówcy, ramię obiła boleśnie o drewniany parkiet, choć dzięki temu nie przyładowała w niego czołem.
- J… j-jak śm… śmiesz - wyrzęziła, walcząc z mrokiem zalewającym pole widzenia. Zachłysnęła się raz i drugi nie mogąc złapać powietrza, w uszach słyszała narastający pisk. Nagle ciemność wybuchła blaskiem reflektorów, zaraz przyszedł ból zderzenia z rozpędzoną bryłą samochodu. Ciałem Hermansem szarpnęło, żołądek wreszcie nie wytrzymał i wyrzucił zawartość prosto na podłogę. Pierwsza fala wymiocin zapaliła w gardle i ustach, drugiej nawet nie odnotowała. Mając na tyle świadomości, podparła się na łokciu nie chcąc wymiotować pod siebie. Każda komórka organizmu rwała bólem, ciemność wróciła odbierając wzrok. Atrakcje uciekającego wieczora rollercoasterem wiozły ludzką duszę po wszelkich możliwych wybojach stresu pourazowego, aż po sam kres, gdy pozostaje tylko smutek i rozpacz straty.
 
__________________
Nine o nine souls - don't do this
Nine o - no more pain now
Nine o nine souls - it's easy
I'm gonna take on all your battles
Sepia jest offline  
Stary 17-12-2020, 15:19   #9
Banned
 
Komórka znajdowała się obok. Nie był włączony głośnomówiący, ale i tak słyszała słowa Asifa. Wokół cisza była tak przenikliwa, że jego głos zdawał się uderzać w nią niczym dzwon.
- Nevaeh, kiedy byliśmy razem, też byłaś taka teatralna - rzucił. - Nie sądzisz, że to było właśnie częścią naszego problemu? Wiem, że odstawiłaś telefon, proszę porozmawiajmy jak dorośli ludzie.
Tymczasem na piętro wróciła Maria Teresa.
- Nev, dlaczego Kiara kompletnie nie ma dobrego gustu…? - zaczęła, trzymając w dłoniach stare adidasy.
Wnet jednak spostrzegła, w jakim stanie była przyjaciółka. Rzuciła buty na podłogę i szybko przysunęła się do Nev. Opadła na kolana i przytuliła się do niej. Pogłaskała ją po plecach. Wyszarpnęła komórkę i przystawiła ją sobie do ucha.
- Jak raz jeszcze do niej zadzwonisz, skurwielu, to znajdę cię, wyrwę ci jaja i wepchnę do przełyku - krzyknęła do słuchawki i nacisnęła przycisk rozłączenia. - Co on ci zrobił, skarbie? - zmienił momentalnie ton, nachylając się do Nev.

Szlochając Hermansen wtuliła się z całej siły w drugą kobietę, chwytając ją kurczowo i rozpaczliwie. Trzymała mocno, próbując wziąć się w garść i odpowiedzieć… tylko nie umiała znaleźć słów, brakło samozaparcia. Zmęczenie opadło jej na głowę, oplatając myśli krążące wciąż i wciąż wokół wypadku. Nie mogła powiedzieć Marii Teresie wszystkiego, nie zrozumiałaby. Asif też nie nie rozumiał. Jedynie Kiara, ale ona leżała teraz w stanie katatonii gdzieś piętro niżej.
- M… muszę z-z n..n-im… - po nieskończenie długiej chwili wydukała wreszcie, macając na oślep za telefonem, a gdy go znalazła, napisała szybkiego smsa z adresem Kiary.
- Muszę… muszę z nim po-porozmawiać - dokończyła, przyciskając czoło do ramienia Włoszki - Pro… proszę Marii, zadz… zadzwoń do Aoife. P...powinna wiedzieć i je-jechać d… do szpitala. Z Kia… Kiarą. Ja… muszę… z-zostać.

Maria zamrugała powoli.
- Problem z takimi dobrymi osobami jak ty jest to, że ciągle im się wydaje, że coś muszą. Otóż nic nie musisz, Nevaeh - powiedziała dobitnie. - Musisz zatroszczyć się o siebie. Wiem, że może nie jestem zbyt wiarygodną osobą do dawania takich rad… bo sama mam doktorat z komplikowania sobie życia… Ale nie uwierzę, żebyś naprawdę musiała dzwonić i rozmawiać ze swoim katem. Co takiego ci powie? Czemu miałabyś mu w ogóle uwierzyć? W ogóle znalazłaś dla mnie ubrania? - Maria chyba zmieniła temat. - Musimy czym prędzej zejść na dół, jeśli chcemy zabrać się z Kiarą karetką. I tak nas pewnie do niej nie wpuszczą, ale zawsze możemy pojechać za nimi. Ja… i tak nie mam nic lepszego do roboty i nawet poczuję się bezpieczniej w szpitalu. Ciebie również powinni obejrzeć, bo to naprawdę nie jest normalne, żeby aż wymiotować ze stresu.
Na sam koniec jej głos zmiękł i zrobić się delikatny. Przysunęła się i przytuliła do Nev.
- No już, moje kochanie. Wszystko będzie dobrze. To słodkie kłamstwo, ale musimy je sobie sprzedawać - zaśmiała się perliście, gładząc przyjaciółkę po plecach.

Hermansen kiwała głową, podobna figurce pieska stawianego na tylnej szybie samochodu. Będzie dobrze, musi być dobrze. Powinny w to wierzyć, inaczej się nie dało.
- T...tak, spodnie - wyprostowała się, dłonie wciąż trzymając ramiona przyjaciółki i rozejrzała się po podłodze. Czarne dresy leżały na wyciągnięcie ręki, nawet nie zarzygane. Sukces.
- Tu są… powinny być wygodne i… - zacięła się, niemo poruszając ustami. Wreszcie westchnęła - Wplątał mnie w coś. Mnie i moją rodzinę… i w-wzięło go na wyrzuty sumienia - dodała martwo, patrząc na telefon. - Ubierz się, powiem mu, że będziemy w szpitalu. Poczuję… poczuję się pewniej mając cię obok. Przepraszam Mari, nie dam rady tego tak zostawić - ocierając wierzchem ramienia oczy, wybrała numer Asifa.

Maria pokręciła głową.
- Ten facet musi mieć końskiego kutasa, że ciągle do niego wracasz po wszystkim, co ci zrobił - powiedziała. - Wypierdol faceta ze swojego życia raz, a dobrze. Robisz sobie sama szkodę, a ja muszę na to spoglądać.
Zdjęła swoje ubranie oraz kozaki. Wciągnęła szybko spodnie. Przejrzała szafę Kiary i wybrała zwykły, biały T-shirt oraz szary polar. Wnet założyła adidasy. W kilka sekund zmieniła się z bogini seksu w dziewczynę z sąsiedztwa. Choć mocny makijaż jednak trochę nie pasował do tego wizerunku.
Asif odebrał, ale po kilku sygnałach.
- Mam dość, Nev. Po prostu mam dość - przywitał ją tymi słowami.

- Witaj w Krainie Oz, Dorotko. Już wiesz jak się czuję - pociągając nosem Nevaeh, wstała chwiejnie na nogi. Kątem oka obserwowała drugą kobietę nie umiejąc oderwać od niej wzroku. Była piękna do tego stopnia, że samą swoją obecnością rozjaśniała najgorszy mrok i chujnię, w jakiej człowiek mógł się znaleźć.
- Jedziemy z Kiarą do szpitala, tam się spotkamy. Zadzwoń jak dojedziesz i uważaj. Jackie popił i strzela do ludzi - skrzywiła się - Zapomniałam ci powiedzieć.

- Nie, ja wiem. W sensie przeżyłem go. Był u ciebie w domu i zdemolował ci bramę. Próbował wjechać swoim samochodem w nią, żeby ją sforsować. Okazała się zbyt mocna, ale nieco się wygięła. Ja schowałem się za płaczącą wierzbą i mnie nie dostrzegł. Ale zrobiło mi się gorąco - rzekł Asif. - Nie wiem, czym go zdenerwowałaś, ale uwierz mi, że już masz dość problemów na głowie. Trzeba było jeszcze wkurwiać druglorda? - zapytał.
Maria zerknęła na Nevaeh. Nie wiedziała, o czym mówił Asif, ale chyba nieco przeczuwała, bo na jej twarzy malowała się niepewność.
- Coś się stało? - zapytała. - Musimy się już zbierać - dodała ciszej.

- Czekamy w szpitalu - Nev powtórzyła najważniejsze, po czym przerwała połączenie. Z ciężkim sercem schowała telefon do kieszeni.
- Jackie próbował mi się wbić furą na posesję - przyznała cicho, biorąc Włoszkę za rękę i razem ruszyły na dół - Brama dała radę, skasował sobie zderzak… ale to nic. Nieważne, pierdoła - przez ściągniętą, bladą twarz o zaczerwienionych oczach przeszedł grymas podobny do uśmiechu - Nie wiem dlaczego narzekasz na ciuchy Kiary. Wyglądasz zajebiście.

Maria Teresa pokiwała głową.
- Ale to tylko dlatego, bo ja we wszystkim wyglądam zajebiście - powiedziała. - To niestety nie jest mój styl. Ale w sumie to dobrze. Ciężej będzie mnie rozpoznać - dodała.
Znalazła jeszcze czapkę z daszkiem. Spojrzała na napis na przodzie. Litery układy się w “NEW AGE”.
- Będzie idealna - mruknęła i schowała pod nią włosy.
Przejrzała się w lustrze. Jej makijaż nadal był rozmazany. Chyba zaczęła się zastanawiać, czy Nev nie ironizowała tym komentarzem o zajebistym wyglądzie.
Tymczasem na piętrze pojawił się Teagan.
- Kiara już pojechała - rzekł. - Jedziemy za nią? - zapytał. - Czego dowiedziałaś się od tego skurwiela? - dodał, kiedy przypomniał sobie o telefonie do Asifa.

Hermansen odkryła pewien zaskakujący fakt, tym dziwniejszy, że całkowicie niespodziewany. Głos gliniarza, widok jego uroczej gęby zadziałał podobnie do widoku półnagiej Marii.
- Panaceum na wszelkie zło - szepnęła, pociągając nosem. Trzy kroki i stała obok blondyna, wczepiając się we front jego bluzy pazurami. Oddech później z prawie namacalna ulgą położyła mu głowę na ramieniu.
- Tak, jedziemy - przyznała cicho. Brzmiało dobrze, porządnie. Jakby plan - A ten chuj w coś… powiedziałam, że będziemy pod szpitalem. Chce pogadać, podobno ma informacje ważne dla bezpieczeństwa mojej rodziny. To głupi, durny skurwiel i go nienawidzę… ale zawsze był - zawiesiła się, prostując do pionu i spojrzała Teaganowi w twarz - Serio mógł nas w coś wplątać, ciapak jebany. Chcę wiedzieć czy mi banda talibów nie wysadzi rodziców w powietrze, bo tak mówi prawo szariatu.

Teagan przewrócił oczami.
- Nie daj się sterroryzować - powiedział. - Jesteśmy Irlandczykami i mieszkamy w Irlandii - powiedział. - To nasza ziemia i…
Maria parsknęła śmiechem.
- Brzmisz jak bohater jakiegoś filmu kostiumowego - mruknęła i wyszła na korytarz. - Ja się stąd zbieram - dodała i ruszyła w dół schodów.
Teagan zamilkł i zerknął na nią. A potem na strój, który zostawiła… tak po prostu na podłodze obok kozaków.
- Może powinniśmy to zabrać. Kto wie… a nuż się potem… przyda… - zawiesił głos i odwrócił wzrok. Chyba się nawet nieco zarumienił, ale ciężko było stwierdzić w tym oświetleniu.

Więcej sygnałów bliźniaczka nie potrzebowała. Bez słowa wróciła do pokoju, zgarniając lateksowe wdzianko i niebotyczne szpile. Jak gdyby nie działo się nic niezwykłego zwinęła je w kulkę i wsadziła pod pachę.
- Maria ma rację, zbieramy się - z uśmiechem wyminęła gliniarza, a będąc obok szepnęła cicho - Lubię jak się mnie krępuje. Głupio było pytać, ale na pewno masz w domu kajdanki… chcę je zobaczyć. Skujesz mnie, wyrecytujesz moje prawa, a że nie będę współpracowała z organem ścigania, użyjesz go na mnie… najlepiej na stole - odwrócila się przez ramię i puściła mu oko - Lubię na stole.

Teagan potknął się i o mało co nie wpadł na ścianę. Podniósł dłonie i w ostatniej chwili odgrodził się od niej.
- Ja… bez przesady. Wiem, że ci pomogłem, ale nie przyjechałem tutaj dla własnych korzyści - powiedział. - Chcę, żebyś to wiedziała.
Wyszedł na korytarz i ruszył w stronę schodów. Zerknął z ich szczytu do tyłu na Nev.
- Może kiepsko trafiłaś poprzednim razem, ale nie wszyscy faceci są takimi kompletnymi chujami - powiedział. - Niektórzy mają duszę… - zawiesił głos. - Choć jakieś jej szczątki.
Zaczął schodzić. Mocno trzymał się poręczy. Bez wątpienia gotował się w środku od nadmiaru emocji.
 
Ombrose jest offline  
Stary 17-12-2020, 17:48   #10
 
Sepia's Avatar
 
Kobieta szybko go dogoniła, równając krok i złapała jego rękę.
- Wiem Teagan - ścisnęła mocniej - Wiem to… dlatego ehh… - westchnęła ciężko i ze wzrokiem wbitym w kolejne stopnie dokończyła. - Mam zryty łeb, nie umiem się pozbierać i nie wiem co dalej zrobić ze swoim życiem… ale wiem jedno. Byłam ostatnią frajerką, że wtedy po kolacji nie zaprosiłam cię do siebie na noc. Czytałam w Elle, aby w nowe związki wchodzić z czystą głową, nie wnosić w nie problemów z przeszłości… tylko, kurwa, sama jestem chodzącym problemem. Jeżeli ci zrobię krzywdę nigdy sobie nie wybaczę. Z drugiej strony nie umiem trzymać dystansu, sam widzisz. Do kogo pierwszego dzwonię jeśli… trzeba wyjść z domu. Komu ufam, przy kim… czuję się bezpiecznie i prawie pamiętam jak to jest być… normalnym.

Teagan przystanął na schodach.
- Nie musisz się o mnie martwić, jestem już dużym chłopcem - rzekł. - Nie będę miał nic przeciwko, jeśli mnie na sam koniec zranisz. Lepiej, żeby mnie bolało serce niż ciebie.
Zamilkł na chwilę, myśląc dalej.
- Związek nie opiera się tylko na seksie. A przynajmniej te, w których warto być, zawierają w sobie coś więcej. Nie jesteś mi nic winna… na pewno też nie jesteś mi siebie winna. To tylko stereotyp, że każdy facet myśli tylko o jednym. Ja z chęcią zgodzę się na nieco wolniejszy rytm naszej znajomości. Tak, żebyśmy czuli się obydwoje bezpieczni i wszystko było naturalne. Dla mnie związek jest jak… tylko nie śmiej się teraz… jak nasienie. Które trzeba regularnie podlewać i mieć nadzieję, że coś z tego wyrośnie. Wiele osób uważa, że związek to tylko zrywanie dojrzałych owoców z rośliny, którą napotykamy… ale wtedy prędko nie będzie miała już nic do zaoferowania. Wiem, gadam jak potłuczony. Ale to dlatego, bo chyba… po prostu zależy mi na tobie. I nie chciałbym, żebyśmy to spieprzyli niewłaściwymi ruchami. Mam już za sobą kilka nieudanych miłości, na których się sparzyłem i nie wytrzymam kolejnej.
To wszystko było dla niego za dużo. Odwrócił się i ruszył schodami w dół.
- Cóż za dziwny dzień - mruknął do siebie pod nosem.

Zostawił za sobą wrośniętą w podłoże, zachlapaną czarną breją szatynkę, stojącą z otwartymi ustami i niezbyt mądrą miną. Patrzącą na jego plecy jakby oto objawił się jej przed oczyma mityczny okaz jednorożca, smoka, bądź innego stworzenia żyjącego zwykle tylko w legendach.
- Muszę śnić - mruknęła, potrząsając głową, a na jej twarzy pojawił się ciepły, zamyślony uśmiech. Z pewnością śniła, ale za żadne skarby świata nie chciała się w takim razie budzić. Szybko nadrobiła trasę, kończąc spacer na progu domu Kiary. Chłodne powietrze ją otrzeźwiło, przynajmniej odrobinę.
- T., bierzemy twoją furę - rzuciła, macając za kluczem pozostawionym poprzednio w zamku od zewnątrz - Moja jest spalona, przynajmniej na razie.

Co ciekawe, Maria Teresa stała za okoliczną kolumną. Musiała znaleźć w domu Kiary lornetkę, gdyż obserwowała przez nią otoczenie. Wyglądała trochę jak aktorka w filmie sensacyjnym. Choć Nev spodziewała się, że sama Sabbatini nie do końca wiedziała, co robi.
- Czysto - powiedziała inteligentnym tonem. - Żadnych skurwieli na horyzoncie - na moment odłożyła lornetkę, po czym znów przyłożyła ją do oczu.
Teagan natomiast obszedł cały pojazd dookoła, otwierając wszystkie drzwi po kolei. Jego auto było stare i zamki nie odblokowywały się automatycznie.
- Wsiadamy - rzucił, po czym zajął miejsce kierowcy.

Brakowało im długich płaszczy, fedor i padającego nieprzerwanie deszczu…
- Moja torba - Nev drgnęła, ale szybko machnęła ręką. Obeszła autko i usiadła na miejscu pasażera z przodu - Potem po nią wrócę, chyba nie dostanie nóg, co nie? W ogóle mogłybyśmy po wszystkim wpaść do ciebie i chwilę się zabunkrować? - popatrzyła na blondyna, zaraz rzuciła Marii szybkie spojrzenie i jęknęła - Marii pokłóciła się ze swoim chłopem, było grubo. Lepiej abyśmy obie na trochę zeszły z widoku. Rano zadzwonię do brata… albo, jeśli ci to nie pasuje, nie będziemy się narzucać - zapięła pasy - Nie każdy się cieszy gdy mu się zwalają do domu nieproszeni, nagli goście - odwróciła się żeby zerknąć na Włoszkę - W odwodzie jest Kevin, nie ucieszy się… ale mi nie odmówi. - uśmiechnęła się trochę sztucznie, gdy wspominała jednego ze starszych braci mieszkających w mieście - W końcu jestem jego małą, kochaną siostrzyczką. Jedyną jaka mu została.

Teagan zapalił silnik, kiedy wszyscy byli już na miejscach. Dopiero za trzecim razem udało mu się uruchomić grata. Wnet jednak wyjechali na jezdnię.
- Może nie ma sensu niepokoić kolejnych osób - rzekł policjant. - U mnie w domu mam łóżko i narożnik. Jeżeli nie miałybyście nic przeciwko spaniu razem, to powinniśmy się wszyscy pomieścić - powiedział.
- A gdybyś miał tylko jedno łóżko? - rzuciła Maria. - Czy wtedy też byśmy się pomieścili?
Teagan nic nie odpowiedział, tylko mocniej chwycił kierownicę.
- A tak na serio, to bardzo chętnie skorzystałabym z zaproszenia. Musielibyśmy tylko skoczyć do sklepu po kilka rzeczy. Nev, oddam ci potem, dobrze? - zapytała. - Zostawiłam nie tylko swój telefon, ale i portfel - mruknęła pod nosem.

Hermansen wyjęła telefon z kieszeni. Chwilę majstrowała przy obudowie, aż wreszcie wyciągnęła z kieszonki na klapie czarną, plastikową kartę i wręczyła przyjaciółce.
- Pin to 1010, mam limit ustawiony na dwa koła dziennie… - parsknęła krótko - Trochę na tym pociągniemy, ale bez szaleństwa, a na serio bierz ile trzeba i daj spokój. Dogadamy się… i co chcesz kupić? Mam się bać? - puściła jej oko, żeby z niewinną miną wrócić do poprawnego siedzenia na fotelu.
- Nie wiem czy Marii będzie chciała ze mną spać - przyznała smutnym tonem, patrząc kątem oka na kierowcę - Spójrz na mnie, jestem cała w czarnym szlamie. Będę potrzebowała się przeprać… czyli zostaje spanie bez niczego, bo zapomniałam dziś założyć bieliznę - ciężko westchnęła, aż serduszka pękały - Sporo dziś dziewczyna przeszła, nie chcę jej dodatkowo gorszyć…

Maria Teresa zerknęła na nią z zainteresowaniem.
- Jestem dziewczyną, która ma swój prywatny kamerkowy show w internecie, gdzie przebieram się za Matkę Teresę i w stroju zakonnicy tańczę na rurze. Taki striptiz. Zarabiam na tym świetnie. Nie chcesz mnie zgorszyć, rozumiem - powoli pokiwała głową i wydęła usta. - To dobrze.
Teagan zerknął na siedzącą obok Nev, a potem na odbicie Marii w lusterku. Znów robił się spięty.
- Zawsze możesz spać w mojej piżamie, mam kilka kompletów - rzucił. - Może nie mieszkam zbyt wystawnie, ale mam też ciepłą wodę w łazience. Na pewno obydwie poczujecie się komfortowo.
- Chciałam kupić szczoteczki do zębów, wódkę i papierosy - powiedziała Maria Teresa. - A poza tym coś do jedzenia, bo Teagan to facet, który ma pewnie tylko kabanosy w lodówce. Dbam o to, co w siebie… przyjmuję - mruknęła i uśmiechnęła się lekko na koniec.
Policjant z trudem zapanował na kierownicą. Nadszedł zakręt i o mało co nie wjechał w znak ostrzegawczy.

Wyobaźnia Hermansen podrzuciła jej serię całkiem ciekawych obrazów, aż temperatura w aucie podniosła się o parę stopni, albo kierowca nagle włączył klimę.
- Tyle mnie w życiu ominęło - mruknęła zafascynowana, stukając palcem wskazującym w dolną wargę i z premedytacją gapiąc na Włoszkę - A dałabyś mi parę lekcji? Lapdance, efektownego zruzcania łaszków. Wiesz kochana… jest taki jeden koleś który diabelnie mi się podoba. Dobry chłopak, inny niż ta cała reszta patafianów zwykle łażących ulicami… a ja trochę zardzewiałam. Pokryły mnie kurz i patyna, rdza przysypała.

- Jeżeli ten dobry chłopak jest w tym samochodzie, to robisz wszystko co możesz, aby się dobrze zareklamować, jak widzę… - Maria Teresa wydęła usta.

- Oj cicho, nie o to pytam przecież - ofukała ją bliźniaczka, rozkładając ręce w geście bezradności - Nie chcę sobie narobić siary w kluczowym momencie, poza tym… pooowiedzmy, że on i tak mnie zna od najgorszej strony. Dobrze byłoby, dla równowagi, dorzucić coś pozytywnego. Bo jeszcze się rozmyśli, zwinie żagle i na silniku popłynie do najbliższego portu, aby tam się okopać w bunkrze i nigdy więcej nie da mi szansy aby… - zacięła się, humor też jej wyraźnie przysiadł. Odwróciła głowę do okna, patrząc na mrok za szybą - Raz jeden w życiu chcę czegoś dobrego nie spierdolić.

Maria Teresa pokiwała głową.
- Zrobimy tak. Obydwie w nocy przebierzemy się w same szlafroki, po czym udamy się do tego tajemniczego kawalera. Ja będę wszystko robiła pierwsza, a ty po mnie powtarzała - wyjaśniła. - W ten sposób będziesz miała pewność, że twoje działania są na możliwie najlepszym poziomie. A i ja coś z tego będę miała. Na pewno też będziemy musiały poszerzyć nasze zakupy o…
- Ha… ha… - Teagan wreszcie odezwał się. - Bardzo zabawne. Jestem cały czerwony. Wygrałyście. Mam nadzieję, że jesteście z siebie zadowolone…
- Zadowolone to dopiero będziemy. I to coś, o co ty się postarasz - powiedziała Maria Teresa.

Przez głowę Nev przeszło, że znęcają się… odrobinę, ale sama wizja zabawy w trójkę była tak kusząca, że momentalnie została przez nią zaakceptowana. Co jej szkodziło? Wkurwiła narkobossa, wpadła w głęboką psychodelę i chyba gadała z diabłem...a tylko ślepy eunuch nie byłby podatny na urok Marii. Szalony dzień prosił się o szalony koniec. Tym razem bez posmaku tragedii na języku.
- Nie martw się T. - poklepała kierowcę po kolanie, rzucając mu lekko spłoszone spojrzenie - Też nigdy… czegoś podobnego nie… no nie brałam udziału, ale jak Maria zaprasza i to w tak popieprzony dzień. Oboje byśmy żałowali odmawiając. Mamy też jej strój - przypomniała i odchrząknęła - Tak kochana, to też kupimy. Naprawdę dasz mi lekcję? - dopytała, a fascynacja zintensyfikowała się. - Ewentualnie... jeśli ów kawaler będzie się z tym źle czuł, skończymy na lekcji i pójdziemy obie do łóżka. Ale byłoby szkoda - kiwnęła głową - Niemniej nic na siłę.

Kobieta uśmiechnęła się lekko pod nosem, ale nic już nie powiedziała. Być może była osobą, która wolała więcej robić niż mówić… jeśli chodziło akurat o seks. Teagan również milczał. Chyba nie był przekonany, w co się właśnie wplątał. Zastanawiał się, czy kobiety mówiły na poważnie, czy tylko sobie z niego żartują. Nawet nie był pewny, która opcja była lepsza.
Przejechali obok Milltown Park i skręcili w prawo na Sandford Rd. Wnet dotarli do szpitala Clonskeagh. To był system wielu budynków rozsianych w tej części miasta.


Teagan zajechał na parking.
- No cóż, jeśli znajdą mnie tutaj sługusy Jackiego, to przynajmniej będę miała blisko chirurgów - westchnęła Maria Teresa.
- No właśnie - mruknął McGuire. - Zdaje się, że nie lubisz mnie tak bardzo, że aż jesteś gotowa uprawiać ze mną seks, jeśli tylko stanie się to dla mnie wyrokiem śmierci.
Sabbatini wydęła usta.
- Być może przyszło mi to do głowy. Albo i nie - rzuciła.

- Jeszcze możesz przemyśleć, czy chcesz nas pod swoim dachem - Hermansen parsknęła krótko, bo co im pozostało? Teagan już miał kłopoty za samą obecność obok bliźniaczki, która z kolei pomogła niewiernej dziewczynie gangstera zwijając mu ją sprzed nosa. Otworzyła drzwi, popychając je barkiem bo ciężko chodziły.
- Idziemy pod oddział ratunkowy, będzie najszybciej - dorzuciła wychodząc na chodnik. Odruch rozglądania po okolicy okazał się silniejszy. Oczy kobiety skakały nerwowo po parkingu, ulicy, bryłach budynków i nie chodziło tylko o Jackiego, albo jego ludzi. Gdzieś tam czekał kolejny zwyrol, o ile już dojechał.

Cytat:
jestem. Ide pod sor. Gdzie jesteś???
Szybki sms po którym zrobiło się jej zimno. Schowała telefon do kieszeni.

Cytat:
Przy automatach na SORze. Czekam.
Maria Teresa szła tuż obok przyjaciółki.
- Chcesz, żebym była przy tobie podczas tej rozmowy? Czy pójść poszukać Kiary? Ostatecznie jesteśmy tu głównie dla niej - mruknęła. - Nie zadzwoniłam jeszcze do Aoife, ale nie mam telefonu.
- Ja mam, mogę ci pożyczyć. Powinienem mieć do niej numer. Tylko co chcesz jej powiedzieć?
- To nie jest żaden konkurs pisania wierszy. Kiara miała próbę samobójczą i wylądowała w szpitalu.
- To jej była… - zaczął Teagan.
- Ale dla odmiany rozstały się w dobrych okolicznościach, z tego co mi opowiadała Nev. Na pewno chciałaby tu być. Ma też prawo o tym wiedzieć.
- Nie mówię, że nie ma - odpowiedział policjant. - Spróbuj po prostu być nieco bardziej delikatna niż zazwyczaj.
- Nie martw się - Maria Teresa uśmiechnęła się. - Kiedy potrzeba, potrafię być bardzo delikatna - nachyliła się nieco w stronę Teagana.
Ten przewrócił oczami i ciężko westchnął.

Nev zawahała się, skacząc oczami od brunetki do blondyna i z powrotem. Najchętniej sama by poszła do Kiary, Poprosiła Teagana aby skurwysyna obił, a Marię żeby mu załadowała w dupsko największą ze swoich zabaweczek. Bez mydła.
- Poszukaj Kiary i dowiedz ile się da. Zadzwoń do Aoife - poprosiła Włoszkę, wyłamując nerwowo palce - Asif czeka przy automatach na SORze. Pójdziesz ze mną? - na koniec poprosiła policjanta.
 
__________________
Nine o nine souls - don't do this
Nine o - no more pain now
Nine o nine souls - it's easy
I'm gonna take on all your battles
Sepia jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:46.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170