Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-06-2021, 23:25   #1
 
Krakov's Avatar
 
Post [Niesesja] Szeregowiec Coyne


SZEREGOWIEC COYNE

Pułkownik Briggs skończył referować sytuację. Jak na wojskowego opowiadał w sposób irytująco wręcz rozwlekły. Na domiar złego bez przerwy palił swoje skręty z taniego tytoniu, przez co cały jego gabinet był już wypełniony pachnącą nieprzyjemnie mgiełką. Teraz znowu zaciągnął się mocno, po czym odłożył niedopałek do blaszanej popielniczki. Wpatrując się w rozmówcę powoli wypuścił nosem obłok dymu.

- Jakieś pytania, panie Che Wayne? - zapytał w końcu
- Podsumujmy - zaczął powoli mężczyzna po drugiej stronie biurka. - Wysłaliście ponad trzydziestu ludzi na drugi brzeg rzeki, a więc na terytorium tubylców. Większość z nich zginęła, rozszarpana przez dzikie zwierzęta, jak sugerują obrażenia. Dwóch uznano za zaginionych. Później okazało się, że jednym z nich może być najmłodszy syn miłościwie nam panującego króla Sigmunda, który przypłynął tutaj i dołączył do waszego garnizonu incognito. W tej sytuacji zaginięcia nie można już zwyczajnie zignorować i należy podjąć poszukiwania.
- Dokładnie tak.
- Czemu w takim razie nie poślecie kolejnego oddziału? Z tego, co widziałem ludzi wam nie brakuje.
- Problem polega na tym, że każda większa grupa kończył w podobny sposób…
- Wszystkich rozszarpują niedźwiedzie? - zdziwił się Wayne
- No… Nie do końca. Niektórzy po prostu przepadają bez śladu. W każdym razie nie wracają żywi.
- Skąd w takim razie pomysł, że mnie się uda?
- To bardzo proste - Briggs poprawił się w fotelu i znów sięgnął po skręta - Liczniejsze oddziały owszem, przepadają bez wieści, ale pojedynczym zwiadowcom udaje się z powodzeniem zapuścić na pewną odległość w głąb i bezpiecznie wrócić. Dzięki temu dysponujemy skromną, ale jednak jakąś, wiedzą na temat tego, czego się spodziewać na drugim brzegu.
- Rozumiem. Mimo wszystko będzie się to wiązało z ogromnym ryzykiem. Powiedzmy jednak, że byłbym skłonny je podjąć. Na ile wycenia Pan życie młodego księcia?

Pułkownik włożył sobie skręta do ust i sięgnął do szuflady. Wyciągnął na biurko brązową teczkę, by następnie wydobyć z niej złożony na pół dokument. Zerknął na kartę, by upewnić się, że jest to ten, którego szukał, po czym podał go Wayne’owi.
- Nie przepadam za wekslami - skrzywił się Che.
- Niech pan czyta.

Mężczyzna wziął kartkę niechętnie i zaczął studiować jej treść. Po chwili na jego twarzy odmalowało się zdziwienie.
- Skąd pan o tym wie? - spytał w końcu
- Mam swoje źródła - wzruszył ramionami pułkownik.
- I naprawdę pan to załatwił? W jaki sposób?
Oficer uśmiechnął się pod wąsem.
- Powiedzmy, że gubernator był mi winien przysługę. Jeśli sprowadzi pan księcia żywego, ten papier będzie pański.

Wayne
potrzymał dokument w dłoni jeszcze przez chwilę zanim odłożył go delikatnie na biurko.
- W porządku - kiwnął głową - Jeszcze tylko jedna kwestia. Przydałby się do pomocy ktoś miejscowy, kto zna się na tropieniu. Może któryś z pańskich utalentowanych zwiadowców?
- Oczywiście. Myślę, że znalazłem już nawet kogoś odpowiedniego…
 
__________________
Gdzieś tam, za rzeką, jest łatwiej niż tu. Lecz wolę ten kamień, bo mój.
Ćwierćkrwi Szatan na forumowej emeryturze.

Ostatnio edytowane przez Krakov : 23-06-2021 o 18:54.
Krakov jest offline  
Stary 23-06-2021, 18:14   #2
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Che Wayne mógł zdziwić się, gdy został zaprowadzony przez jednego z ludzi Briggsa – porucznika Wella, do dużego namiotu szpitala polowego zamiast do koszar. Wskazywał na to zapach medykamentów oraz przemykające od czasu do czasu przez podwórze kobiety, odziane w jednakowe, lniane suknie z brązowymi naszywkami. Czyżby najlepszy zwiadowca pułkownika był ranny? W takim razie raczej nie zda się na wiele…

Well jednak, krocząc na swoich długich, pałąkowatych nogach przed gościem, odbił w bok wielkiego namiotu, kierując się do pobliskiej szopy, gdzie medyczki składowały różne narzędzia, gdzie trzymano środki czystości, i gdzie… ktoś najwyraźniej mieszkał. Kiedy porucznik otworzył bez pukania drzwi do środka, nozdrza Che zaatakowała symfonia ziołowych zapachów tak różnych i intensywnych, że niemal zakręciło mu się w głowie. Well miał chyba podobnie, bo zamiast wejść do środka, złapał się witryny i warknął:
- Żmija, jesteś tu? Jest robota dla ciebie.

Po chwili spomiędzy wiązek suszących się traw i przytwierdzonych do sufitu sieci wygramoliła się nieduża postać w prostych, zgrzebnych spodniach i spranej koszuli. Początkowo wydawało się, że to młodzieniec, jednak kiedy postać stanęła w świetle dziennym, Che rozpoznał kobietę o egzotycznych rysach twarzy i dziwnej, krótkiej fryzurze. Nie przypominała ona ani mieszkańców Królestwa, ani Szaraków, toteż ciężko było ocenić w jakim jest wieku. Mogła mieć i 18 lat, i 40... Jej oblicze było po prostu… inne, obce. Wayne złapał się na tym, że intensywnie wpatruje się w twarz nieznajomej. Ta jednak wydawała się jednak do tego przyzwyczajona. Stała spokojnie, choć wyćwiczone oko byłego żołnierza widziało jak napięte jest jej ciało. W razie gdyby ktoś ją zaatakował… nie byłaby zaskoczona i z pewnością by zareagowała. Pytanie jak?
- Żmija jest jedynym zwiadowcą, który był za rzeką dwa razy i wrócił – mówił porucznik, kiedy nagle jedną rękę wyciągnął w stronę kobiety, by chwycić ją za nadgarstek. Ta wywinęła się sprytnie, nawet nie odsuwając się znacząco. Well roześmiał się rubasznie, ale i z dumą? Najwyraźniej spodziewał się takiej reakcji. – Pułkownik przywiózł ją z jakiejś kolonialnej wysepki. Podobno jest córką jednego z naszych i lokalnej dupeczki. Nie wiem za wiele, ale jej starzy padli, a że Briggs ich znał, to przygarnął dzieciaka, którego lokalsi chcieli wrzucić do wulkanu. Taka polityka prospołeczna hue hue. Nie trzeba kasy wykładać na sierocińce.

Żmija patrzyła spode łba na porucznika, jednak nie odezwała się ani słowem. Jej usta były zaciśnięte w wąską kreskę.

- A dlaczego żmija? – zapytał Wayne.
- Bo gryzie i truje. I syczy zamiast gadać. – Zachichotał Well, jakby to był świetny żart. – Właściwie to nie jest zwiadowcą, tylko zapewnia zaopatrzenie szpitalowi. Wiesz, ziółka, srółka, sadło z borsuka na chropowacice… Trzeba przyznać, że niezła w tym jest. No i czasem ją też wysyłamy na zwiady, gdy nasi… no, są za głośni albo teren jest bardzo trudny. Ta żmijka potrafi wleźć wszędzie. Jak to mówią, gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Nie, mała?
Znów spróbował ją chwycić za rękę i znów kobieta wywinęła się zręcznym ruchem.
- Nie musisz się martwić, nie jest wierząca. Przynajmniej nie po naszemu. Jak będziesz dla niej miły, to może ci da. Chociaż jak to baba, nigdy nie wiadomo. No ale chyba dawno chłopa nie miałaś nie? A pan rewolwerowiec całkiem, całkiem…

Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Well padłby trupem. Jednak poza wzrokiem Żmija w żaden sposób nie dała się sprowokować. Porucznik spojrzał na nią, cmoknął obleśnie w palce, po czym dodał.
- Tylko nie radzę próbować na siłę. Te jej trucizny paskudne rzeczy potrafią robić z człowiekiem. Jednemu do dziś nie staje, a to już 2 lata będą… - westchnął w nagłym przypływie empatii dla poszkodowanego kolegi. - No w każdym razie, Żmija, masz zaprowadzić pana za rzekę i go słuchać jak pies, czaisz? Rozkaz porucznika. Jak się spiszesz, to może na własny dom zasłużysz. Widziałaś, że się buduje ten mały na wzgórzu, nie?
Kobieta przełknęła ślinę i skinęła głową. W jej oczach pojawiło się pragnienie.
- Jeszcze nie ma właściciela, więc może ci Briggs go sprezentuje, jak wykonasz to zadanie. No i wrócisz, rzecz jasna. – Mężczyzna zaśmiał się gardłowo, po czym odwrócił na pięcie, by zostawić Żmiję i Wayne’a samych.



 
__________________
Konto zawieszone.

Ostatnio edytowane przez Mira : 23-06-2021 o 18:35.
Mira jest offline  
Stary 23-06-2021, 23:46   #3
 
Krakov's Avatar
 
Che poczekał, aż Well oddali się poza zasięg słuchu i westchnął zrezygnowany.

- Jeśli podkomendni Briggsa są równie skuteczni w walce co dobrze wychowani, to nie dziwię się, że tubylcy robią z nimi co chcą...

Kobieta nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się tylko bardzo delikatnie, zaledwie kącikiem ust. A może mu się tylko wydawało? Z tak egzotycznej twarzy trudno było wyczytać detale.

- Wayne - przedstawił się wyciągając dłoń na powitanie. Teraz już na pewno zobaczył w jej oczach cień zaskoczenia. Po chwili zawahania odwzajemniła jednak gest.
- Żmija - odparła krótko. Jej dłoń była delikatna, ale uścisk zaskakująco mocny i pewny.

Zapadła niezręczna cisza. Rewolwerowiec patrzył w oczy dziewczyny w zamyśleniu. Nie odwracała wzroku, ani nie odzywała się. Dobre cechy u zwiadowcy. Zresztą jeśli Briggs ją poleca, to nie ma powodu wątpić w jej umiejętności. A jednak... Może i umie sama przejść na drugą stronę i wrócić. Czy jednak ta sztuka uda jej się także wtedy, gdy będzie ich dwoje, a przy odrobinie szczęścia troje?

- Jesteś tak dobra jak mówią? - zapytał w końcu
- Lepssza - odparła bez namysłu. Faktycznie było w tym coś z syczenia żmiji.
- Przeprawienie się za rzekę to dopiero początek. Musimy znaleźć zaginionego żołnierza, prawdopodobnie porwanego przez tubylców. Dasz radę ich wytropić?

Żmija wzruszyła ramionami i wydawało się, że to cała jej odpowiedź. Che chciał już zapytać o coś innego, gdy postanowiła się jednak odezwać.

- Zostawiają niewiele śśladów... - W jej głosie zdecydowanie słyszał coś dziwnego. Mówiła trochę niewyraźnie i... naprawdę syczała... Wada wymowy? A może charakterystyczna cecha jej ludu?
- Domyślam się - odrzekł ponuro. - Jeśli jednak nam się uda, to znaczy jeśli znajdziemy chłopaka i sprowadzimy go żywego... - zawiesił głos - Powiedzmy, że obojgu nam może się to bardzo opłacić. Well może pieprzyć od rzeczy, ale z tym domem dla ciebie mógł akurat mówić prawdę. Pułkownik jest zdeterminowany i jeśli wierzyć jego obietnicom, powodzenie tej akcji jest dla niego sporo warte.

Skinęła głową, ale w jej oczach dostrzegł charakterystyczny błysk zainteresowania. Albo nadziei? Nieważne. Sam został już odpowiednio zmotywowany i pomyślał, że dziewczynie też się przyda zachęta. Oczywiście nie mógł jej niczego zagwarantować. Nie rozumiał do końca jaki jest jej status w garnizonie. Nie wiedział czy Briggsowi można ufać, czy nie. Nie miał nawet pewności, że sam dostanie to, co mu przyrzeczono. Póki co wystarczało mu jednak, że nagroda jest warta ryzyka.

- Kiedy najszybciej możemy wyruszyć? - spytał w końcu
Zastanowiła się tylko krótką chwilę.
- Przed śświtem.
- Dobrze. Mamy więc trochę czasu. Opowiedz mi o tym, co widziałaś za rzeką. O Szarakach.
 
__________________
Gdzieś tam, za rzeką, jest łatwiej niż tu. Lecz wolę ten kamień, bo mój.
Ćwierćkrwi Szatan na forumowej emeryturze.

Ostatnio edytowane przez Krakov : 24-06-2021 o 16:50.
Krakov jest offline  
Stary 24-06-2021, 22:15   #4
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Żmija mruknęła pod nosem, najwyraźniej niezadowolona z sytuacji, gdzie musi tak wiele mówić. A może to sama obecność gościa ją drażniła? Cokolwiek kobieta myślała, postanowiła jednak zaprosić Wayne’a do swojego skromnego... mieszkania? W zasadzie ciężko to było nazwać nawet pokojem. Szopa podzielona została na dwie części za pomocą zwisających z poddasza płacht pożółkłej tkaniny. Źródłem były prawdopodobnie stare prześcieradła z sugestywnymi zaciekami w odcieniach żółci, brązu, a najwięcej – czerwieni. W pierwszej części drewnianej chatki znajdowała się suszarnia ziół i narzędzia ogrodnicze, w drugiej było coś na kształt małego mieszkanka. Za całe umeblowanie służył siennik przykryty kocem, kilka szafek z różnymi ubytkami oraz niewielkie stosy skrzyń. Z tych ostatnich Żmija zgrabnie ułożyła prowizoryczny stół i dwa krzesła. Wskazała jedno miejsce mężczyźnie, obserwując go spode łba, jakby obawiała się, że zaraz ją wyśmieje. Wayne jednak skinął uprzejmie głową i usiadł we wskazanym miejscu. Bywał już w gorszych ruderach, choć po prawdzie – dawno temu. Potrafił jednak docenić starania gospodyni, która ewidentnie ze szpitalnej rupieciarni starała się zrobić coś na kształt własnego domu. Nie mając nawet jak podgrzać wody na herbatę, kobieta postawiła przed Che kubek z zimną wodą, sama zaś siadła naprzeciw z niewielkim rondelkiem, w którym również chlupotała przeźroczysta ciecz.

- Ssszharaki to ludzie. – Wysyczała, upiwszy nieco wody. - Z ludźmi zawssze można sssobie poradzić. Nie ich sssie czssszeba bać.
- A kogo trzeba się zatem obawiać?
– zapytał Wayne, który bardziej z grzeczności niż z pragnienia pociągnął łyk wody, która okazała się smaczna i rześka. Rewolwerowiec odruchowo patrzył na usta kobiety, analizując wciąż jej dziwny sposób wymowy oraz to, co czasem dostrzegał pomiędzy jej zębami.
- Lassssu. Lasss patrzy. Lasss czuje. Lasss zauważy cię, gdy przyniessiessz sse ssobą śśmierć. I ssam cie wtedy zabije.
Che słuchał słów, jednocześnie z ciekawością przyglądając się wargom Żmii, a raczej temu, co skrywały. Może to jakaś plemienna ozdoba?
- Czyli nie można tam zabijać? To się da wykonać, o ile… - nie skończył.
- Chodzi o więcej!
– warknęła kobieta, odstawiając rondelek i nachylając się nad stołem. – Nie możesssz zabrać ze ssobą śśmierci. Nie możesz brać tego, co zzabite zosstało… Ach!

Nim skończyła mówić sięgnęła błyskawicznym ruchem do zawieszonej na pasku kamizelki Che kabury, jednak rewolwerowiec okazał się szybszy. Jedną ręką wyjął broń a drugą próbował schwycić palce kobiety. Ta jednak była naprawdę zwinna. Zdążyła odchylić się mocno w tyłu i odskoczyć poza zasięg ręki, przez co przewróciła swój rondelek z wodą. Mokra plama zaczęła rozlewać się po deskach skrzyni a potem skapywać na podłogę.
- Sssspokojnie! – zasyczała Żmija, a pomiędzy jej wargami zadrgał nerowowo język. Teraz Wayne zrozumiał. Język kobiety był rozszczepiony na końcu jak u prawdziwego gada. To dlatego tak dziwnie mówiła.
- Sskóra! Futro! To Lass wyczuwa. Dlatego nie można mieć na ssobie niczego, co przyniossło zwierzętom śśmierć. Rozumiessz?

Tak, teraz rozumiał. Kabura i pasek były wykonane ze skóry. Żmija chciała tylko na nie wskazać. Ale czy musiała go do tego dotykać? Może jednak kryło się za jej zachowaniem coś więcej…
 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline  
Stary 27-06-2021, 23:58   #5
 
Krakov's Avatar
 
Wyznanie Żmiji zaskoczyło go. Zdążył już przywyknąć do tych wszystkich opowieści o Szarakach przemieniających się w demony lub dosiadających niedźwiedzi w walce z białymi najeźdźcami, jakkolwiek szalone by one nie były. Podróżując po świecie widział już zresztą tyle dziwactw, że niczego nie wykluczał. Choć brał też pod uwagę bardziej prozaiczne wyjaśnienia jak to, że tubylcy wykorzystują najzwyczajniej w świecie swoją przewagę liczebną i znajomość terenu. Ostatecznie nie miał wątpliwości, że lasy potrafią być śmiertelnie niebezpieczne dla tych, którzy ich nie znają, ale... żeby tak dosłownie?

Przyglądał się kobiecie, jakby próbował dostrzec ukryte pod tą deklaracją zamiary. Raczej nie miała powodów, by go okłamać. Zresztą pozbycie się całego ekwipunku zrobionego ze skóry było co najwyżej niedogodnością, a nie prawdziwym problemem. Gorzej, gdyby oczekiwała od niego, że pójdzie tam bez broni, bo "las nie lubi zapachu prochu" czy coś w tym rodzaju. A tak to po prostu poprosi kwatermistrza o jakiś brezentowy pas i dwie kabury.

Po namyśle spojrzał na swoje stopy.
- Buty też? - zapytał nie robiąc sobie większych nadziei
- Teszz... - odparła.

Butów było mu akurat szkoda. Ciemnobrązowe, z wysoką cholewką i grubą podeszwą. Bardzo wygodne, prawie nowe i oczywiście skórzane. No ale jak mus to mus. Nawet jeśli nie był do końca przekonany do tej historii o lesie, który widzi i zabija, to nie warto było ryzykować. W końcu tam za rzeką bieleją pewnie kości niejednego mądrali, który nie zamierzał słuchać ostrzeżeń od pół-dzikuski o dziwnych oczach. Chyba, że...

- Rozumiem - potwierdził w końcu powoli. - Mówiłaś komuś o tym lesie? Pułkownikowi Briggsowi? Innym oficerom?
- Mówiłam...
- I co oni na to? - zapytał, choć spodziewał się jaka będzie odpowiedź.
 
__________________
Gdzieś tam, za rzeką, jest łatwiej niż tu. Lecz wolę ten kamień, bo mój.
Ćwierćkrwi Szatan na forumowej emeryturze.
Krakov jest offline  
Stary 01-07-2021, 15:59   #6
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Żmija tylko uśmiechnęła się gorzko, po czym usiadła znów naprzeciwko mężczyzny. Zapadła cisza, przerywana jedynie rytmicznymi odgłosami stukania młotka gdzieś w pobliżu. Rozmowa się nie kleiła.

- Powiesz mi coś więcej? Che znów spróbował uzyskać od kobiety jakieś informacje, lecz ta tylko pokręciła przecząco głową.
- Ssam zobaczyssz.
- A coś, co może się przydać? O Szarakach? Można się z nimi dogadać?
– Mężczyzna czuł rosnącą irytację, jednak nie odpuszczał. Od tych szczątkowych informacji mogło zależeć życie ich oboje.
- Za wiele krwi przelano. – Odparła ponurym głosem. - Oni nie mówią, oni zabijają. Tylko jeśli wydassz ssię cenny, zosstawią cię przy życiu i wymienią na coś cennego… ale zawssze… zosstawią na tobie sswój znak.
To powiedziawszy, odruchowo pogładziła się po okrytej koszulą łopatce. Znów zapadło milczenie. Ktoś w szpitalu modlił się na głos. Ktoś zakończył pracę młotkiem. I gdy Wayne miał już zapytać czy powinien sobie iść, Żmija sama się odezwała.

- A co oni zaproponowali Tobie, że cenisz to bardziej nissz życie? - Zapytała, mierząc rewolwerowca spojrzeniem.
 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline  
Stary 02-07-2021, 23:36   #7
 
Krakov's Avatar
 
Ruch dziewczyny nie uszedł jego uwadze. Patrząc na nią w ciszy zastanawiał się co też za znak tubylcy zostawili na jej plecach. Jakiegoś rodzaju piętno? W tym momencie fascynowało go to bardziej nawet niż jej rozdwojony język. Dopiero zadane pytanie wyrwało go z tych rozmyślań.

- Życie? Hmmm...

Uśmiechnął się półgębkiem i zawiesił głos, jakby coś sobie przypominał.

- Wiele lat temu, gdy jeszcze służyłem, moim dowódcą był niejaki Hestings. Kapitan Hestings. Straszny skurwysyn, ale trzeba przyznać, że całkiem niezły strateg. Powiedział kiedyś, że mam irytującą wręcz skłonność do uchodzenia z życiem nawet wtedy, gdy posyła mój oddział w sam środek piekła. I miał w tym sporo racji... W każdym razie to dlatego właśnie Briggs mnie tu ściągnął. Nie chodzi o to, że celnie strzelam i mogę przetrzebić Szaraków, jeśli będzie trzeba - choć mogę, zapewniam cię - podkreślił nieskromnie. - Chodzi o to, że umiem wrócić z takiej wycieczki w jednym kawałku, a skoro tak, to i księcia mogę im przyprowadzić. Tego ode mnie oczekują. Moja śmierć nikomu się nie przysłuży. Zresztą... od umierania za ojczyznę jest regularne wojsko.

Przerwał na chwilę, jakby zamyślił się nad własnym ostatnim zdaniem. W jednej chwili z twarzy zniknęła mu cała wesołość. Sięgnął po kubek żeby zwilżyć usta.

- A obiecali mi... - podjął w końcu - W pewnym sensie to samo co Tobie.

Zapatrzył się gdzieś w bok, jakby zastanawiając się jak to ubrać w słowa. Albo czy w ogóle coś mówić. W końcu jednak podjął decyzję i skupił znów wzrok na Żmii.

- To... trochę skomplikowane - zaczął powoli. - Dość powiedzieć, że mam dług do spłacenia. Spory dług. Pewnie potrzebowałbym co najmniej kilku miesięcy i naprawdę dobrych zleceń, żeby zarobić na spłatę całej kwoty. Tymczasem okazało się, że Briggs dobrze zna gubernatora i jeśli załatwię dla niego tę sprawę to dług zostanie umorzony. W całości. To dobry interes. Może najlepszy w moim życiu.

Dopił resztę wody jednym haustem. Żmija sięgnęła dłonią po kubek, jakby chciała mu nalać więcej, ale powstrzymał ją.

- Dziękuję, nie trzeba. I tak muszę już iść. Mam jeszcze coś do załatwienia.

Wstał powoli i rozprostował plecy. Kobieta zrobiła to samo.

- Widzimy się rano, przed wschodem słońca. Przy kantynie? - spojrzał na nią pytająco.

Kiwnęła głową. Wydawała się zadowolona, że tym razem nie musiała się odzywać, a może w ogóle, że ma już gościa z głowy.

Che również nic już nie powiedział. Skinął dziewczynie na pożegnanie i opuścił jej skromną siedzibę by zająć się swoimi sprawami.
 
__________________
Gdzieś tam, za rzeką, jest łatwiej niż tu. Lecz wolę ten kamień, bo mój.
Ćwierćkrwi Szatan na forumowej emeryturze.
Krakov jest offline  
Stary 04-07-2021, 11:18   #8
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Skórzane buty, pasek, kabury, rzemyki do mocowania ubrania – tego wszystkiego Wayne musiał się wyzbyć przed wyprawą, jeśli wierzyć temu, co mówiła Żmija. I choć wymagało to nieco fantazji, mężczyźnie udało się ubrać oraz uzbroić bez tych dodatków. Choć po prawdzie sznurowane onuce, których musiał użyć zamiast butów, były dużo mniej wygodne i zapewne po całej tej przygodzie będzie miał kilka pęcherzy na stopach. O ile z niej wróci.
Che Wayne jednak wierzył w siebie i swoje szczęście. Z lekkim uśmiechem przywitał skinieniem głowy nadchodzącąŻmiję, z którą spotkał się przy miejskiej studni, kiedy niebo ledwo poszarzało i nawet kur jeszcze nie zaczął piać. Kobieta miała na sobie szerokie, materiałowe ponczo i chyba te same poprzecierane spodnie co wczoraj. Na stopach nosiła podobne onuce, lecz jej zdawały się stabilniejsze i lepiej dopasowane do kształtu podeszwy… chociaż może po prostu miała zgrabniejsze stopy?
Bez reakcji na powitanie Żmija podeszła bliżej i napełniła dwie manierki wodą ze studni. Wayne również postąpił za jej przykładem.

- Może podjedziemy konno do lasu i dopiero potem ruszymy na piechotę? – zaproponował.

Kobieta podniosła na niego ponury wzrok i nawet bez werbalnej odpowiedzi wiedział już co sądzi o tym pomyśle. Rewolwerowiec westchnął, ale nie skomentował. W końcu to ona była zwiadowcą i znała teren.

Wyruszyli. Ledwo minęli budynki miasteczka, gdy Żmija, skręciła w wysoką trawę, kierując się za pobliskie wzgórze. Ziemia tu była nierówna i kamienista, a w dodatku cała roślinność wilgotniała od porannej rosy. Raz za razem Che obrywał w twarz wysokimi badylami, które wcześniej odginała jego przewodniczka. Aż zaczął zastanawiać się czy Żmija nie robi tego specjalnie. Choć jej twarz pozostawała skupiona i poważna.

Po godzinie marszu dotarli wreszcie do skraju lasu. Co prawda wciąż nie przekroczyli rzeki, toteż raczej nic im nie zagrażało, jednak Wayne rozglądał się czujnie. Jego palce raz za razem dotykały stali rewolweru, jakby chciał sprawdzić, ze broń wciąż jest na miejscu.

- Możessz odpocząć. Zarass wrócę. – Wysyczała Żmija i nie czekając na odpowiedź ruszyła między drzewa.

Czyżby wyjście za potrzebą? Nie wydawała się wcześniej specjalnie wstydliwa. Choć faktem było też, że nie zachowywała się jak zazwyczaj dziewczęta w obecności rewolwerowca – nie chichotała, nie trzepotała rzęsami. Żmija była jakby… poza tym obszarem kobiecości. A jednak wciąż pozostawała bardzo kobieca. Szczególnie kiedy tak szła przodem, kołysząc biodrami.

Nagle Wayne usłyszał, czy raczej wyczuł coś za swoimi plecami. Zerwał się na równe nogi z pieńka, na którym wcześniej przysiadł, a kierowana odruchem ręka sięgnęła po broń. Mężczyzna zwęził oczy wpatrując się w migoczące cienie pod wysokimi drzewami. Coś tam było. Coś skradało się w jego stronę i…

Sylwetka powoli odkleiła się od jednego z pni, unosząc w górę obie ręce. To była Żmija. Po jej ustach błąkał się niewinny, acz psotny uśmieszek.

- Jessteśś czujny. Dobssze. – Pochwaliła Wayna, podchodząc bliżej. Mężczyzna niechętnie schował broń. Nie podobało mu się to, że znów jest testowany. I czy to aby na pewno były tylko zwykłe testy jego czujności i sprawności?
Kobieta stanęła tymczasem naprzeciwko i wyciągnęła w kierunku Che otwartą dłoń, na której trzymała dwa nieduże kawałki czegoś, co przypominało hubę drzewną.

- Do żucia. Zmniejssza apetyt i pragnienie.– Wyjaśniła, po czym sama wzięła jeden kawałek i włoży sobie do ust.

 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline  
Stary 09-07-2021, 18:24   #9
 
Krakov's Avatar
 
Popatrzył na nią gniewnie. Wydawało się, że za chwilę powie coś nieprzyjemnego. Na przykład co myśli o takim skradaniu się i sprawdzaniu czy w sytuacji zagrożenia między wyciągnięciem broni a oddaniem strzału wystarczy mu czasu na przemyślenie sprawy. Ostatecznie jedyną jego reakcją było to, że głośno wypuścił nosem powietrze. Gniewny grymas stopniowo zniknął z jego ust.

Wyciągnął rękę po kawałek dziwnego "grzyba". Sama idea oszukiwania głodu nie była mu obca - zdarzyło mu się kiedyś nawet ssać własny guzik od płaszcza. Takiego czegoś jednak jeszcze nie widział, choć wydawało mu się, że widział sporo. Powoli podniósł miękką grudkę do nosa. Nie pachniała właściwie niczym, może tylko wilgocią i runem leśnym. Wayne popatrzył na Żmiję, jakby chciał sprawdzić czy nie wypluje za chwilę tego dziwnego czegoś... albo nie padnie na ziemię w konwulsjach. Kobieta nie miała jednak ochoty ani na żadną z tych rzeczy, ani na bycie obserwowaną w taki sposób.

- Tędy - wskazała ścieżkę między drzewami i ruszyła nie czekając na niego.

Wahał się jeszcze przez chwilę po czym włożył podarek do ust i ruszył w ślad za przewodniczką. Cokolwiek to w istocie było, nie miało zbyt intensywnego smaku. Trochę goryczy, zaskakująco mało wilgoci. I żadnych dodatkowych właściwości póki co.

Żmija tymczasem maszerowała raźno na przód. Każdą nierówność, większy kamień czy powalony pień omijała w sposób tak naturalny, jakby dzień wcześniej sama je tu umieściła. Najwyraźniej nie zamierzała też zmieniać swoich nawyków w kwestii obchodzenia się z gałęziami, to też Che postanowił zachowywać nieco większy odstęp, by nie dostawać nimi po twarzy.

Las stopniowo się zagęszczał. Korony drzew przepuszczały mniej światła a nogawki spodni coraz częściej zaczepiały się o kolczaste zarośla. Ciągle jednak nie sprawiało to wrażenia śmiertelnie niebezpiecznej pułapki. Przeciwnie, rewolwerowcowi przeszło przez myśl, że to całkiem urokliwe miejsce. W każdym razie za takie by je uważał, gdyby nie usłyszał ostrzeżeń Żmiji.

- Po tej stronie rzeki las też jest taki zabójczy? - zapytał w końcu, przerywając okres dłuższego milczenia.
- Nie - odparła po chwili nie odwracając się nawet.
- Dlaczego?
 
__________________
Gdzieś tam, za rzeką, jest łatwiej niż tu. Lecz wolę ten kamień, bo mój.
Ćwierćkrwi Szatan na forumowej emeryturze.
Krakov jest offline  
Stary 10-07-2021, 10:52   #10
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Żmija przystanęła i spojrzała na mężczyznę.

- Tamte dsszewa ssą inne. – Wysyczała w końcu. - Pamiętają o sszeczach, o których my zapomnieliśśmy. Nie wiem dokładnie, ale ssłysszałam, że kiedyś była tam wiosska. Cośś złego ssię sstało. Wsszysscy zginęli broniąc sswoich domów. Krew była wsszędzie aż wsiąkła głęboko w ziemię wraz z deszczem. A kiedy obcy zbudowali na ich miejsscach sswoje domy, na krywi poległych wyrossły dsszewa. Rossły cicho… nieposstrzesszenie, by wreszcie odebrać to, co zosstało zabrane. I teraz bronią tej siemi. Sswojej siemi. Każdy, kto niessie ze ssobą śmierć… znajduje tam śśmierć.

Kobieta o egzotycznej urodzie skończyła i odwróciła się, jakby nie chciała dać Wayne’owi możliwości, by wyśmiał ją czy wydrwił opowieść.

- Zblisszamy się do rzeki. Terass cicho. – Rzuciła przez ramię i znów ruszyła przed siebie. Nie mając za bardzo innego wyjścia, Wayne ruszył za nią bez słowa.

Tym razem Żmija szła wolniej, a jej kroki były ostrożniejsze. Kobieta już nie pozwalała trawom i gałęziom by odbijały się po jej przejściu. Wręcz przeciwnie, poruszała się w taki sposób, by minimalnie wpływać na roślinność wokół. A gdy już to robiła, ruchy były płynne, jakby imitujące falowanie wiatru. Choć wyglądało to bardzo naturalnie, Che zauważył, że do tego cichego poruszania się, Żmija używa całego ciała, każdego niemal mięśnia. Przypominało to trochę taniec, którego uczyła się przez długi, długi czas.

Kilkanaście minut później oboje usłyszeli przed sobą szemranie wody. Byli coraz bliżej brzegu rzeki, a tym samym coraz bliżej „krwawego” lasu. Wayne przetarł oczy. Przez chwilę naprawdę miał wrażenie, że korony drzew, które są przed nimi opalizują w promieniach słońca nie odcieniami zieleni, lecz szkarłatu.
 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:04.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168