Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 27-03-2007, 11:24   #11
 
Tahu-tahu's Avatar
 
Reputacja: 475 Tahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumny
Brenna Jingles

Och, no proszę - kurtuazja jak na Balu Debiutantek... - rozbawiona myśl przemknęła przez głowę zajętej jedzeniem Brenny.

- Witaj, Alice. Widziałaś gdzieś w okolicy kicię z Cheshire? Zawsze był moim ulubionym bohaterem... - dziewczyna powróciła do posiłku, by po chwili odezwać się ponownie - Ja nazywam się Brenna. Nie jestem zbyt rozmowna, ale może masz rację... spędzimy tu w końcu razem trochę czasu. To jest Mary. - słowom towarzyszyło krótkie skinięcie głową w lewą stronę.

W głowie Brenny kształtował się pomału plan przetrwania w tej instytucji - nie podpadać strażnikom, nie wychodzić przed szereg, żyć dobrze z osobami spokojnymi, twardo stawać okoniem agresywnym... Zapowiada się sporo roboty.
 
__________________
"All that we see or seem is but a dream within a dream." E.A.Poe
Odskrzydlenie.

Ostatnio edytowane przez Tahu-tahu : 28-03-2007 o 09:07.
Tahu-tahu jest offline  
Stary 27-03-2007, 14:19   #12
 
Kutak's Avatar
 
Reputacja: 174 Kutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie coś
Roger John Carlston

Słuchał słów współlokatora bez większych emocji, nie reagując na nie specjalnie. Bo i czym tu się podniecać? Zabili kogoś? Nie tylko w tym miejscu. Ludzie ginęli w setkach miejsc- dzieci bogaczy, biedaków... Okej, ktoś się wnerwił i zamknął ośrodek- ale co z tego? Gdyby każda śmierć miała na lata pozostawiać w miejscu klątwę... Czy byłyby miejsca tą klątwą nieobłożone?

- Nie dramatyzuj. To, że ktoś tu zdechł znaczy tyle, co nic. Ja nie mam zamiaru kończyć tu swojego żywota. Mam zamiar stąd wyjść i żyć, żyć, żyć...-przerwał i, pierwszy raz od przyjazdu do tego ponurego miejsca, uśmiechnął się-Tak w ogóle, to jestem Roger.- dodał, wyciągając dłoń w kierunku chłopaka. Warto poznawać ludzi, każda znajomość w końcu do czegoś się przydaje...

Nie miał zamiaru dalej ciągnąć rozmowy. Zresztą, na rękę był mu głos z głośnika, który rozległ się po chwili w całym ośrodku. Przebrać się w przepisowy strój... Cóż robić. Nie miał zamiaru się buntować, jeszcze nie teraz. Problemy na samym początku z pewnością nie były tym, o czy Carlston jr. marzył. Przebrał się, wyrzucił posłusznie ubrania i ustawił się w kontrolowanym przez strażniku smutnym korowodzie nowych wychowanków ośrodka...

Nie obchodziło go, gdzie siądzie. Szukał po prostu jakiegoś stołu na uboczu, nie miał ochoty za bardzo rzucać się w oczy. Siadł zaraz obok rogu jednego ze stołów, nie zwracając uwagi na ludzi siedzących obok niego, dwóch dziewczyn i jednego chłopaka, i zaczął czekać na to przemówienie. Chciał już wrócić do pokoju.

Nie czuł się dobrze w takim tłumie...
 
__________________
Kutak - to brzmi dumnie.
Kutak jest offline  
Stary 28-03-2007, 01:09   #13
 
Nevdring's Avatar
 
Reputacja: 15 Nevdring ma wyłączoną reputację
Keandra

- Keandro, jak skończysz myć podłogę przyjdź do mnie – rozkazała suchym głosem kobieta w średnim wieku i udała się przed dom.
Będąc przy drzwiach rzuciła jeszcze przez ramię:
- Pamiętaj też o umyciu naczyń.
Zamknęła drzwi i strudzone dziewczę słyszało jej kroki oddalające się na brukowanym dziedzińcu. Odczekała kilkadziesiąt uderzeń serca i pozwoliła sobie usiąść na podłodze, odrzucając ze wstrętem mokrą szmatę.
- Stara jędza – wymamrotała za nią cicho, bo jeszcze ktoś by usłyszał i westchnęła ciężko. Mimowolnie rzuciła okiem na stół, gdzie zalegały sterty brudnych talerzy i wzdrygnęła się na widok małego gryzonia powracającego do swej norki. Sala w której się znajdowała była obszerna, zdolna pomieścić pół setki osób, lecz jej wystrój pozostawiał wiele do życzenia. Stare, noszące ślady bytności wielu gości ławy, przybrudzone kotary – nie znosiła tego wszystkiego. Obolała wstała powoli, chowając wiadro z mętną wodą i biorąc duże, miedziane naczynie. Wychodząc przed budynek zmrużyła oczy pod wpływem ostrego, popołudniowego słońca i ruszyła w kierunku niewielkiej rzeczki płynącej nieopodal. Wiosna była już w pełni, a szara, smutna dotąd okolica zdawała się ożywać.
Stąpała lekko pośród mieniącej się różnorakimi kolorami tęczy łące, czując na bosych stopach miłe łaskotanie wysokiej trawy. Uśmiechała się nieznacznie, jak gdyby do otaczającej jej natury, ciesząc się chwilą wytchnienia, spokoju. Po chwili przycupnęła nad brzegiem strumyka i odstawiła misę na bok, zanurzając w chłodnej wodzie smukłe dłonie. Rozkoszowała się krótkim odpoczynkiem zraszając swą twarz i zmywając z niej całodzienny trud. Mimowolnie napełniła naczynie i udała się w drogę powrotną do swego „domu”. Z dala widziała, jak ostatni wczorajsi goście opuszczają gospodę wzniecając tumany kurzu na polnej drodze.
Spoglądała na ten przybytek ledwo zasługujący na miano karczmy i do jej serca powoli wkradało się zwątpienie. Od przeszło czternastu lat pragnęła się stąd wydostać, uciec byle dalej, byle dalej od zmywania, sprzątania, gotowania i mnogości innych, nużących rzeczy.
- Dlaczego mnie opuściłeś, bracie? – po raz kolejny wróciła myślą do jedynej istoty jej przyjaznej, przy której czuła się bezpieczna, naprawdę potrzebna. Nocami, pośród pijanych wrzasków gawiedzi często modliła się, aby daj jej jakiś znak, wskazał drogę jaką ma obrać, lecz bezskutecznie. Od dwóch zim leżał martwy, przeszyty mieczem w okolicy krtani.
Ze wstrętem odrzuciła wspomnienie jego nieruchomych oczu wpatrzonych w inny świat, czule gładząc przez brązową tunikę jedyną rzecz jaką jej podarował – srebrny, wielkości złotej monety symbol gwiazdy.
Zbliżywszy się do zabudowań dostrzegła stare małżeństwo właścicieli spierające się o coś ze sobą. Owa kobieta, która poleciła jej do siebie przyjść próbowała wyperswadować coś kręcącemu przecząco głową mężczyźnie. Podeszła bliżej chowając się za wychodkiem i nadstawiła uszu.
- ...nie może tu zostać, całe dnie się obija...
- Chcesz ją wyrzucić? Obiecałem jej bratu, zapłacił...
- Dwa lata tu jest bez niego, o dwa lata za długo! – rzuciła nieco głośniej niżby chciała i rozglądając się, pociągnęła męża w kierunku stajni.
Keandra prychnęła oburzona patrząc na swoje poranione ręce, lecz szybko o tym zapomniała. Uwagę dziewczęcia zaprzątnął pewien fakt – brat opłacił jej pobyt!
Cisnęła ze złością misą o ziemię rozlewając wodę. Przez cały ten upiorny czas wmawiano jej, że powinna być wdzięczna za opiekę i możliwość pracy. Wyszła zza rogu chcąc podążyć za dwójką niegodziwców, lecz zmieniła zdanie. Wyleje na nich całą swą frustrację, nienawiść, a potem każą jej się wynosić – musiała mieć plan. Ale jaki? Postanowiła przemyśleć sprawę na spokojnie w nocy.
Zadowolona z powziętej decyzji udała się drugi raz po wodę i resztę dnia spędziła na rutynowych zajęciach.
Właścicielka jakoby zapomniała o niej i tylko czasem wydawała instrukcje co do przyrządzania potraw, sprzątania. Wieczorem do gospody przybyła grupka podróżnych domagających się pieczystego i morza piwa. Zasiedli na ławie blisko kominka, gdyż noce bywały chłodne jeszcze.
- Co z tym żarciem?! – krzyknął jeden z nich, wyraźnie zarumieniony pod wpływem alkoholu.
Keandra trzymając oburącz tacę wypełnioną po brzegi tłustym świniakiem, niezgrabnie postawiła ją na stole.
- Hej, mała, podobasz mi się, jak masz na imię? – zagadnął jego brodaty kompan, mrugając obleśnie ślepiem.
Wzdrygnęła się uciekając przed jego powolną ręką w stronę kuchni. Za plecami usłyszała tylko obrzydliwy rechot pozostałych. Odetchnęła z ulgą, gdyż po godzinie większość z nich pochrapywała nad kuflami piwa, jedynie dwóch cicho gaworzyło.
- Możesz iść spać, rano ma tu być czysto – powiedziała starucha nawet nie patrząc na nią.
Wspięła się po schodach wiodących na piętro i udała się do swego pokoju, na samym końcu cuchnącego korytarza. Wchodząc zamknęła drzwi i zwyczajowo przystawiła pod nie krzesło – zbyt wiele razy próbowali nachodzić ją nocni goście.
Pomieszczenie z dużym, wypaczonym oknem wychodziło na dziedziniec, wpuszczając srebrzyste promienie księżyca będące jedynym źródłem światła. Podeszła do drewnianego łóżka wypełnionego słomą i opadła na kolana. Nadszedł czas działania – jej czas. Wyciągnęła spod niego zwinięty i obwiązany kawałkiem sznurka pergamin. Nieznacznie rozwinęła, odkładając delikatnie wiązanie na bok – była to rzecz zbyt cenna, aby postępować inaczej. W tajemnicy przed gospodarzami zabrała ją i niewielki sztylet z pokoju brata, nim ciekawskie ręce zrobiły to za nią.
Kierowana obawą zbliżyła się do drzwi i raz jeszcze sprawdziła, czy są dobrze zablokowane. Upewniwszy się co do tego siadła na posłaniu. Obróciła żółty pergamin i spojrzeniu oczu zielonych ukazała się niewielka mapa, opatrzona nazwą „Marchia północna”. Wiedziała, że znajdują się kilkanaście kilometrów na północ od jej rodzinnego miasteczka, Vilrenu, gdzie mieszkali dawno temu z rodzicami. Odegnała od siebie wspomnienia – nie była to pora właściwa ku temu. Karczma znajdowała się przy północnym krańcu traktu pocztowego, biegnącego od stolicy prowincji i kończącego swój żywot w tej zapadłej dziurze. Przesunęła wzrok ku górnej części. Autor umieścił tam w wielu miejscach obszerne symbole lasów, lecz w większości innych świecił goły pergamin. Kawałek dalej zobaczyła napis Tereny Nieznane. Z tego co słyszała od przyjezdnych, żadna droga nie wiodła w tamtym kierunku, a i gubernator nie zaprzątał sobie tym głowy. Wiedziała tylko tyle, że nikt tam nie podróżuje. Dlaczego? Na to pytanie nigdy nie dostała innej odpowiedzi, miast litościwego uśmiechu czy kręcenia głową.
Wzrok jej następnie pomknął ku zachodowi, gdzie zaznaczone było graniczne miasto Bernab, strzegące granicy z jakimś państwem.
Rozzłościła ją jej niewiedza – po śmierci brata nie nauczyła się niczego nowego. Tylko dzięki niemu potrafiła czytać i pisać. Nie przykładała zbytniej uwagi do tego co mówi – nie obchodziło jej to, wiedziała, że on zawsze jej pomoże.
Po chwili namysłu postanowiła skierować się na południe do stolicy prowincji. Jeśli gdzieś ma szansę, to właśnie w dużym mieście.
Przeszedł ją dreszcz podekscytowania – ale wiedziała, że więcej tu nie wytrzyma, nie po tym co usłyszała dzisiejszego dnia. Zbliżyła się do na wpół zapadniętej szafy i spod deski wyjęła niewielki, płócienny worek. Otworzywszy go sięgnęła w głąb, gdzie spoczywała para solidnych, acz nieco zniszczonych, skórzanych butów. Rozłożyła także brązową, starą sukienkę którą znalazła drzewiej w pokoju gościnnym. Była nieco za duża, ale wygodna i nie zwracająca uwagi – doskonała. Zrzuciła przesiąkniętą potem tunikę i przemyła się jako tako ze stojącej na podłodze miski. Narzuciła na szczupłe ciało gryzący materiał, włożyła i starannie zasznurowała buty. Na końcu zapięła i schowała pod spód medalion. Ułożyła się na łóżku. Teraz muszę czekać, aż wszyscy zasną – pomyślała.
Z takim postanowieniem zaczęła rozmyślać o swej szalonej eskapadzie, lecz przez cały ten czas uśmiech błąkał się na jej twarzy. Zamknęła oczy.


***


Dawna sala balowa przemianowana na stołówkę, miała kształt rombu z zaokrąglonymi narożnikami. Urok swój zatraciła lata temu, gdy barbarzyńska decyzja pana Narvell’a sprawiła, iż przepiękne, osiemnastowieczne zdobienia wykonane pod nadzorem słynnego drzewiej Thomas’a Gainsborough’a zginęły pod grubą warstwą białej farby.
Okna wysokie, choć pozbawione klamek, sklepienia nieomal sięgały, ukazując za dokładnie wymytymi szybami okolice posiadłości.
Z perspektywy wchodzącego, po lewej stronie dostrzec można było wysoki mur i bramę, którą wjechaliście do ośrodka, kierując zaś spojrzenie w przeciwną – urokliwą, miniaturową dolinę z niewielkim jeziorkiem. Z lekka porośnięte tatarakiem i jasnymi liliami (widocznymi nawet z tej kilkudziesięciometrowej odległości), przypominało medalion zagubiony pośród okazałego biustu dojrzałej kobiety. Wzgórza dwa kształtne (jedno dźwigające fundamenty starego pałacu, drugie zaś porośnięte zieloną brodawką lasu przecinanego wąską ścieżyną) obojętnie górowały nad resztą terenu.
Wyjść było kilka. Począwszy od głównego, które ciągle jeszcze zapchane było „szarymi”, przez noszącą ślady robót werandę skonstruowaną tak, ażeby można z niej było rozkoszować się cudowną panoramą doliny, a skończywszy na dwóch wąskich, bocznych drzwiach za podwyższeniem.
Właśnie na nim stał mocno poirytowany McLennit dając sygnał pracownikom, ażeby zagonili opieszałych do stolików. Kilka osób różniących się od skazanych jedynie czerwonymi butami, stało przy czymś wyglądającym na prowizoryczną kuchnię i wydawało jedzenie – cuchnące jedzenie. Brunatna, kleista masa nie wyglądała zbyt apetycznie, choć niekiedy dostrzec można było kawałki czegoś-czegoś unoszące się na powierzchni.
- Wszyscy siadać. Siadać, siadać, siadać – powtarzał raz za razem dyrektor, uderzając teczką w drewniany blat podestu. Jakiś chłopak przewrócił się wylewając na przestraszoną dziewczynę swą porcję. Jego towarzysz zaśmiał się, a po chwili wypluł dwa zęby.
- Siadać, siadać, siadać do kurwy nędzy, wy pierdolone cholery! – stary łupnął okrutnie trzymanym przedmiotem, aż ten odskoczył w bok.
- Ostatni raz toleruję takie zachowanie. Piśnij mi ktoś choć słowem, to do izolatki na tydzień!
Ledwo słowa te przebrzmiały, a słychać już było tylko odgłos ciężkich, strażniczych butów. Trzech postawnych mężczyzn zatarasowało główne wyjście, dwóch tylne i jeden werandę. Pozostali krążyli tu i tam, szturchając niekiedy pałką osadzonych.
Wulgaryzujący bębnił palcami o drewno i w końcu rzekł:
- I tak ma być. Teraz słuchać mnie uważnie, bo dwa razy nie powiem. Wszyscy obecni podlegają... – łuuup potężne zagłusza dalsze słowa Thomasa. Za oknami po lewej stronie widać, jak John’s wygrzebuje się z zawalonego namiotu, a trzech strażników goni jakiegoś uciekiniera.
Poruszenie wielkie zapanowało w sali. Kadra „nauczycielska” zasiadająca w ławach za podwyższeniem wstała prędko i coś wykrzykiwała między sobą.
- Co to ma być do cholery?! – ryknął zdezorientowany dyrektor. Młodzież powstawała ze swoich miejsc zbliżając się do okien i dopingując młodzieńca, który nie mogąc przedostać się za bramę, ruszył naokoło budynku. – Jack, Hans, Bradley, lecieć od drugiej strony, szybko! – wykrzykuje rozkazy, niczym generał na polu bitwy. Mężczyzna strzegący werandy otwiera prędko drzwi i skacze w dół, chcąc przeciąć drogę śmiałkowi. Pozostali wymienieniu ruszają jego śladem.
- Panno Valkonitz! – stara się przekrzyczeć coraz większy gwar – Panno Valkonitz! – kobieta w asyście jednego strażnika przepycha się do mównicy.
Brzęk tłuczonego szkła. Ktoś wyrwał przymocowane krzesło i rzucił w okno – czterech chłopców ucieka w stronę muru, lecz podążająca za nimi dziewczyna wpada na rozbitą w części szybę i krwawi upiornie. Jej rozpaczliwy krzyk wywołuje panikę.
- Co? Ktoś kogoś zabił...?! Anna nie żyje...? Jaka krew, gdzie?! – każdy pyta każdego, nie mogąc rozeznać się w sytuacji. Skazani w desperacji tłoczą się przy głównym wyjściu, napierając na strażników. Dyrektor nadal coś wykrzykuje – panna Valkonitz upada, trącona przez oszalałą ze strachu Mary, która nie wiadomo jakim cudem znalazła się na podwyższeniu. Większość mężczyzn stara się zapanować nad chaosem i nie dopuścić do sforsowania głównych drzwi, lecz butne menelstwo zwietrzając możliwość ucieczki, stawia im uzbrojony byle czym opór...
 
__________________
"...codziennie wszystko z niczego tworzyć i uczyć śpiewu gwiazdy poranne."

Ostatnio edytowane przez Nevdring : 28-03-2007 o 01:26.
Nevdring jest offline  
Stary 28-03-2007, 09:45   #14
 
Tahu-tahu's Avatar
 
Reputacja: 475 Tahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumny
Brenna Jingles

Kiedy rozpoczęło się zamieszanie Brenna starała się niczym nie wyróżniać z tłumu osadzonych. Jej celem było spokojne przetwanie w tym ośrodku roku - po to, by później opuścić go i powrócić do domu, rodziny, owiec i koni - na wzgórza Derby...
Zaciekawiona toczącą się akcją wstała razem z innymi żeby patrzeć przez okno i w ciszy kibicować uciekinierom. Nawet, jeśli sama nie miała zamiaru się wychylać całym sercem była z tymi odważnymi głupcami - przynajmniej zasmakowali chwili wolności.

Zapatrzona w akcję jak z powieści sensacyjnej dziejącą się za oknem nie zauważyła, kiedy z jej lewej strony zrobiło się puste miejsce - po Mary. Do ciężkiej i jasnej cholery! Dlaczego zawsze się musi coś takiego zdarzyć... - widząc współlokatorkę oszalałą ze strachu, potrącającą starą wiedźmę rządzącą w tym sanatorium Brenna czuła gorącą falę złości - Dlaczego musiałam związać swój los z tą kretynką?
Mogła złościć się na głupotę Mary, mogła na swój głupi honor, na przeznaczenie... jedno było jasne, teraz nie mogła tak zostawić tej gównianej sprawy.

Kilka kroków, bieg i szybkim skokiem znalazła się na podium, obok Mary. Miała nadzieję, że w panującym zamieszaniu nikt nie zwróci na nią uwagi... szczególnie, że ktoś chyba został ranny. Najprędzej jak mogła dopadła koleżanki i silnym szarpnięciem pociągnęła ją w swoją stronę. Po chwili znalazły się na swoim poprzednim miejscu - ręka Brenny wciąż boleśnie zaciśnięta na ramieniu koleżanki.
Totalnie oszalałaś? Ty głupia krowo, jak możesz tak siebie - i mnie - narażać? Chcesz tu zostać na zawsze? Podoba Ci się? - z ust dziewczyny popłynął potok najszpetniejszych obelg jakie udało jej się gdziekolwiek zasłyszeć - Mam nadzieję, że nie zwrócili na nas uwagi... Siedź teraz cicho na tyłku, pogadamy w pokoju. - warknęła na koniec.
 
__________________
"All that we see or seem is but a dream within a dream." E.A.Poe
Odskrzydlenie.
Tahu-tahu jest offline  
Stary 28-03-2007, 16:48   #15
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 24802 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
Alice Forest

Dziewczyna patrzyła wokół zdziczałym wzrokiem.
”Wolność! Wolność!” - dudniło w jej głowie. W pierwszym odruchu chciała również rzucić się przez okno. Ból skaleczeń nie był ważny. Czuła zapach lasu, a pieśń życia, dobywająca się z ptasich gardełek, była niczym dźwięk rogu wzywający do boju.
Krzyk i płacz poranionej szkłem dziewczyny przecinał raz za razem powietrze.
Alice na chwilę oprzytomniała, powstrzymując w sobie instynktowną chęć ucieczki. Umysł ludzki przestrzegał:

„I co ci głupia da ta wolność? Nie masz dokąd pójść, nie masz środków do życia... Poza tym złapią cię prędzej czy później. Z takich miejsc się nie ucieka!”


Już miała zrezygnować, kiedy uświadomiła sobie, że w ferworze wydarzeń strażnik, który pilnował wyjścia na werandę, pobiegł za uciekinierem i... nikt nie pilnował tego miejsca! Oczy strażników zwrócone były w kierunku wybitej szyby w oknie, aby tam uniemożliwić zgromadzonej młodzieży wydostanie się z ośrodka.
Znajomy, pełen werwy głos młodego mężczyzny odezwał się w umyśle Alice:

”To twoja szansa! Nikt cię nie zauważy, musisz to tylko dobrze rozegrać...”

Dziewczyna, niby odsuwając się z drogi rozentuzjazmowanego tłumu, starała się niepostrzeżenie prześlizgnąć w stronę werandy. Teraz dopiero miała okazję przetestować na ile jest w stanie panować nad emocjami. Wiedziała wszak, że nie może posuwać się zbyt szybko i zdecydowanie, żeby nie zostać zauważoną, ale też prawdą było, iż każda sekunda stanowiła cenny skarb.
Kiedy dotarła na skraj sali, a do upatrzonego wyjścia pozostało zaledwie kilka metrów, odetchnęła głęboko. To była chwila, kiedy musiała już podjąć zdecydowane działanie. Głos w głowie przekonywał:

”Biegnij co sił w nogach! Czego się boisz?
Jeśli cię złapią, to mogą cię zamknąć w izolatce – a przecież samotności się nie boisz. Mogą cię zbić – ból fizyczny nie jest jednak w niczym straszniejszy od duchowego. W końcu mogą cię zabić – lecz czymże jest śmierć istoty, która i tak nie ma prawa oddychać? Wolność natomiast jest bezcenna!”


Pochylając się przy ziemi Alice, szybko ruszyła przed siebie. Dopadła drzwi werandy i... wiatr owiał jej rozpaloną twarz. Starając się jak najbardziej schować wśród najwyższych zarośli (jak dobrze, że ubrania były szare, a nie np. czerwone), dziewczyna co sił w nogach biegła w stronę dwóch wzgórz, bowiem instynkt podpowiadał jej, że tam w pobliskim lasku może znaleźć schronienie.
 
__________________
Ktoś inny zmienia świat za Ciebie
Nadstawia głowę, podnosi krzyk
A Ty z daleka, bo tak lepiej
I w razie czego nie tracisz nic...
Mira jest offline  
Stary 29-03-2007, 13:18   #16
 
Kutak's Avatar
 
Reputacja: 174 Kutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie coś
Roger John Carlston

Starał się zachowywać spokój. Na nikim mu tutaj specjalnie nie zależało, nie miał też żadnych wielkich celów- co więc mógł zyskać podczas takiego chaosu? Gdyby miał wrogów, wepchnąłby im niezauważenie nóż pod żebra, gdyby chciał uciekać- popędziłby za tą dziewczyną, która liczyła, że nikt nie zauważy jej ucieczki przez werandę... Ale mu na tym nie zależało- wiedział, ile musi odsiedzieć i miał już poważne plany co zrobić po wyroku. O tak, jego życie znowu będzie piękne...

Tak, okolice rzeczywiście wyglądały pięknie. Klimat Szkocji był cudowny, Roger z pewnością odwiedzi te okolice jeszcze co najmniej raz w życiu- lecz nie jako wychowanek tego ośrodka, a jako turysta. A może jednak warto by było... Nie, musi być twardy i zdecydowany. Zostanie tutaj i zobaczy, co się stanie. Jeżeli będzie chciał czmychnąć, z pewnością znajdzie się jeszcze jakaś okazja.

Z delikatnym uśmiechem zauważył, jak jakaś dziewczyna porwała "w tłum" jedną z uciekinierek, jak szeptały dziewczęta obok niego- jakąś Mary. No proszę, tak szybka przyjaźń czy może po prostu mamy w ośrodku bohaterkę, zawsze chętną do pomocy? Mimo wszystko taka postawa spodobała się Rogerowi. Przez chwilę jeszcze siedział, spoglądając z uśmiechem w kierunku cudem ocalonej Mary i jej odważnej przyjaciółki. Proszę, proszę...

A później mimowolnie szukał wzrokiem mazgajowatego współlokatora. Może i on potrzebuje pomocy...?
 
__________________
Kutak - to brzmi dumnie.
Kutak jest offline  
Stary 29-03-2007, 21:03   #17
 
Geisha's Avatar
 
Reputacja: 1223 Geisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumny
Phoebe Valmare

Phoebe siedziała w milczeniu, grzebiąc łyżką w swojej porcji tego... czegoś, i nie raczyła nawet obdarzyć spojrzeniem wrzeszczącego na podium McLennita. Starała się nie patrzeć na kuszący widok za oknem - było w nim coś, co powodowało, że jej serce ściskała tęsknota nie do opanowania. Skupiła się na więc na czymś innym i w jej umyśle formował się teraz obraz delikatnego dymu tytoniowego unoszącego się z papierosa, próbowała przypomnieć sobie jego smak. Wtedy właśnie zaczęły się krzyki. Ktoś uciekał. To zainteresowało Phoebe, razem z innymi wstała i przechyliła się przez stół, by zobaczyć coś z tego, co działo się na zewnątrz. Zacisnęła mocno kciuki za chłopaka, ale był to tylko zwykły odruch, gdyż w głębi duszy wiedziała, ze biedny głupiec nie ma szans. Po chwili zamieszanie zmieniło się w prawdziwą panikę. Ktoś wrzeszczał, rozhisteryzowany tłum rzuca się na strażników, jedna z dziewczyn przy oknie zalana krwią wychowawcy tracą całkowicie kontrole nad sytuacją; Phoebe obserwowała te wydarzenia z rosnącym niepokojem, nie za bardzo wiedząc, co ma robić. Pierwszym jej odruchem było rzucenie się w stronę drzwi, jednak szybko zrezygnowała z tego zamiaru. Zbyt ryzykowne, jej zdrowy rozsądek podpowiadał jej, by została na miejscu, inaczej czeka ją kara. A tak.. może dadzą jej upragniony spokój... W końcu szanse na wydostanie się z terenu zakładu były mizerne, a i poza tym perspektywa ukrywania się nie była zachwycająca.
I wtedy właśnie zobaczyła ją. Dziewczyna o pięknych blond lokach, która siedziała przy stoliku obok niej, i chyba nawet się przedstawiła, stała teraz zupełnie sama w drzwiach werandy na tle wzgórz, a jej rozpaloną z emocji twarz owiewał wiatr. Wyglądała jak księżniczka, jak... jak z marzeń. Dziewczyna zeskoczyła w dół, a jej złote włosy popłynęły za nią, i nagle Phoebe ponad wszystko zapragnęła być na jej miejscu. Poczuć ten wiatr na twarzy, ten powiew wolności, jakże prawdziwy w takiej sytuacji...
Zaczęła przeciskać się w stronę werandy miedzy opustoszałymi stolikami, starając się unikać biegających chaotycznie po sali osób, gdy zobaczyła, jak jeden ze strażników zaalarmowany krzykiem którejś z wychowawczyń „Uwaga!! Weranda!!” biegnie w jej stronę, roztrącając po drodze spanikowanych wychowanków. Phoebe starając się uniknąć wyciągniętego w jej kierunku łapska potknęła się o przymocowane do podłogi krzesło i straciła równowagę. Oparła się o stół, a jej dłoń spoczęła na leżącym na nim widelcu. Dziewczyna złapała go kurczowo i, wziąwszy zamach, z całej siły wbiła go w udo mężczyzny. Krzyk nie tyle bólu, co wściekłości rozszedł się po sali, królując nad wszystkimi innymi dźwiękami. Strażnik złapał się za nogę, a Phoebe biegła ku wolności z zakrwawionym widelcem w dłoni. Biegła najszybciej jak mogła, ale nie po to, by delektować się chłodnym powiewem wiatru. Biegła, bo czuła, że tym razem naprawdę ma przesrane...
 
__________________
Oto tańczę na Twoim grobie;
Ty, który wyzwałeś mnie od Aniołów...

Ostatnio edytowane przez Geisha : 29-03-2007 o 22:13.
Geisha jest offline  
Stary 31-03-2007, 00:01   #18
 
Nevdring's Avatar
 
Reputacja: 15 Nevdring ma wyłączoną reputację
Saira

Namiot zdolny pomieścić osób kilkadziesiąt zajmowała jedna – Amira zahra, Saira ibna Kesshela ibna Calessi ibna Lasheen. Księżniczka wolno chodziła pomiędzy rozmaitymi kuframi i tacami uginającymi się pod ciężarem zamorskich specjałów, od czasu do czasu plamiąc długie, zgrabne palce bezbarwnym sokiem noshiny.
- Jak długo jeszcze...jak długo... – z płuc ledwie dwadzieścia lat pracujących wydostało się ciche, przepełnione smutkiem westchnienie. Saira wyciera kleistą substancję o włosy milczącej niewolnicy i opada z gracją na posłanie wypełnione niezliczoną ilością poduszek.
Wieść głosiła, jakoby okrutny Szejk kazał wypychać je granatowym pierzem młodych, drogocennych ptaków vi-vi, których jedno pióro miało zapewnić osobie je noszącej długowieczność. Niegdyś Saira rozdarła jedną z ciekawości i rozczarowała się – jasnobłękitne, nieprzyjemne w dotyku setkami opadały na ziemię. W Salinarze kazała wypchać ambasadora tym ohydztwem i odesłać truchło na Wyspy Południowe – i tak będą moje – uśmiechała się do wizji skomlących, żywych pochodni Zarnijczyków.
Przeciągając się z rozkoszą, myśli teraz w jaki sposób wyeliminować obrzydliwy smród palonej skóry. Potrząsa jednak głową uwalniając z delikatnych wiązań długie, czarne włosy i obraca się lekko w stronę niewolnicy. Starannie wyhodowana oczekuje dwa kroki za swą panią. Saira, przygryzając ze złośliwym uśmiechem dolną wargę, niedbałym ruchem dłoni nakazuje kobiecie zbliżyć się. Zamyka turkusowe oczy, aby po chwili czuć na gładkiej, miodowej skórze jej zwinne ruchy. Oddając się pieszczotom zastanawia się, dlaczego bogini Araine uczyniła jej osobę tak kruchą i delikatną – chyba nikomu nie jest dane posiadanie wszystkiego...ah! – wyrywa jej się krótkie. Otwartą dłonią uderza w twarz zalęknioną służącą. Przejeżdża ręką po smukłej nodze i krzywi się na widok coraz intensywniejszego, fioletowego śladu.
Wstaje prędko i nie zważając na przylepioną w błagalnym ukłonie rzecz – kopie raz za razem. Rysy jej dumne, szlachetnie wykute przez naturę nabierają ostrości, jeszcze bardziej uwydatniając nieziemskie piękno. Gniewne mruknięcie zwiastuje koniec męczarni, więc posiniaczona kobieta szybko odchodzi.
Księżniczka ma dość oczekiwania – zwyczajowo, nie wołając eunuchów, ubiera się w lekkie, podkreślające sylwetkę szaty i wychodzi na zewnątrz.
Uderzył ją od razu smród, gwar oraz upał. Jak okiem sięgnąć, wokół niej rozpościerały się namioty duże i małe, jasne, brązowe a nawet zielone. Pogratulowała sobie w duchu roztropności – jej siedziba oddzielona kordonem strażników nie dopuszczała nikogo bliżej, jak na pięćdziesiąt metrów. Jakiś wielbłąd zaryczał przeraźliwie, niedaleko rozlegały się wrzaski torturowanego jeńca. Wzdrygnęła się – czy każda wojna musi być taka sama?
Dwóch strażników kłania się uniżenie, lecz nie zważa na to. Mrużąc oczy pod wpływem ostrego, pustynnego słońca szuka brata. Stał beztrosko przy głębokiej, lichej studni i omawiał coś z dowódcą zwiadu. Odczekała chwilę, lecz jej nie dostrzegł – ruszyła tedy gniewnie zaciskając pięść.
- Sairo...Księżniczko... – dwaj postawni, ogorzali mężczyźni kłaniają się nisko.
- Jak długo mam na ciebie czekać, bracie? – cedziła przez zęby, ledwie hamując wybuch złości.
Jalenn zmieszał się nieco i po chwili rzekł: - Wybacz mi proszę, lecz musieliśmy...
- Dość! Kiedy wreszcie pojmiesz, ty durniu, że jedyne co musisz, to słuchać MNIE?! – spogląda na brata, niczym kołujący jastrząb na swą ofiarę.
Przestraszony kolejnym napadem furii, opada w jednej chwili na kolana bijąc czołem o ziemię. Dziewczyna wykonuje jakiś nieokreślony ruch dłonią i oddycha głęboko.
- Cóż...tym razem ci daruję...możesz wstać – błyskawicznie jej twarz rozjaśnia ciepły uśmiech.
Żołnierz, który stał cały czas obok wbijając spojrzenie w jakiś odległy punkt – zbliżył się i rzekł:
- Kwiecie Pustyni, zwiadowcy wysłani o poranku wrócili. Przynoszą cenne informacje.
- Znakomicie. Niechaj zaraz przyjdą do mego namiotu – oznajmia i wraca z powrotem, ignorując kolejne pokłony.
Siadła na podwyższeniu wyścielonym lamparcimi skórami i założyła nogę na nogę. Po niedługim czasie weszło trzech brudnych, śmierdzących potem mężczyzn w asyście Jalenna i kilku żołnierzy. Wszyscy padli przed nią na kolana.
- Mówcie.
- Pani, tak jak rozkazałaś podeszliśmy obozowisko Wezyra Hassmonida – odezwał się jeden z nich pokornym głosem. – Nastroje wśród jego ludzi są coraz gorsze. Zatrute studnie przy Kerabash wywołały epidemię w mieście – nie mają drogi odwrotu. Twoja niezwyciężona armia dwukrotnie przewyższa liczbą wojska zdrajcy...
Saira uśmiechała się lekko do siebie – utnę mu ten kłamliwy język, a żonę sprzedam do burdelu. Powinna być niezła za-ba-wa... – wybucha śmiechem przerywając raport...

- Naprawdę, warto było? – patrzy z góry na Wezyra, tuląc do piersi jego pierworodnego.
- Warto! – odkrzykuje hardo mimo zakrwawionego oblicza i związanych rąk. – Moi ludzie wolą umrzeć, aniżeli być poddanymi takiej żmii – spluwa w bok różowawą plwociną.
- Oh, tak też się stanie, zapewniam cię. Nie smuć się jednak. Dzielnie walczyli, zginą szybko, ale...Powiedz mi, gdzie się skryła reszta twej rodziny? – pytanie zadała spokojnie, wręcz troskliwie. – Niepodobna, ażeby w takich warunkach – rozgląda się nieznacznie po usianym setkami ciał pobojowisku – szlachetne osoby kryły się jak psy.
Źrenice oczu pokonanego wodza rozszerzyły się, a wargi zadrżały gniewem bezsilności.
- Nie ośmielisz się! Prawo mówi...
- Wiem, co mówi Prawo – odrzekła poirytowana, wręczając noworodka służącej. – I wiesz co? Ja tu stanowię prawo! – zdzieliła go biczem po twarzy. – Ja, ja, ja! – powtarzała za każdym uderzeniem skóry pokrytej drobnymi, metalowymi ząbkami.
Wezyr charczał coś, dławiąc się krwią okrutnie.
- No, od razu lepiej – Saira, dłonią dzierżącą zdobioną rękojeść, potarła czoło zostawiając na nim jasną smugę. Wtedy też przyprowadzono żonę zdrajcy.
Krzyk jej wysoki, gdy rozpoznała zmasakrowaną i krwawiącą rozdarciami twarz, obudził śpiące dziecko.
Kobieta poczęła rzucać się oszalała z boleści, wierzgając nogami jak narowista klacz.
- Jelannie, kogoś tu trzeba poskromić... Sprawdź, moja gwardia powinna już wrócić. Powiedz, słodki bracie, że to prezent ode mnie, dobrze? – upojona zwycięską bitwą, której tak się obawiała, była w doskonałym humorze.
- Jak rozkażesz, Pani.
Kobieta zniknęła, lecz jej wrzaski dłuższą chwilę rozlegały się nieznośnie. Saira wskazała na niemowlę. – Twój syn będzie moim synem. Dla mnie będzie zabijał i tępił swych braci i siostry. Twój pierworodny zgładzi ostatecznie pamięć o tobie, marna istoto.
Wezyr płakał w swym życiu tylko dwa razy – przy śmierci pierwszego dziecka i teraz.
Księżniczka o mało nie podskoczyła z radości. – Poćwiartować i spalić – odeszła upajając się widokiem zmasakrowanych ciał, które za życia ośmieliły podważyć się jej władzę.


***


Chaos nasilał się jeszcze kilka minut, póki strażnicy nie użyli z determinacją swej broni. Długie, twarde drewno bezlitośnie spadało na wrzeszczącą i kombinującą gównarzerię, dość skutecznie tłumiąc wszelki opór. Główne wejście nie zostało sforsowane, choć jeden strażnik wyglądał gorzej niż to, co podawano na obiad. Nikt już nikogo nie dopingował – uciekiniera gdzieś wcięło, czterej chłopcy również daleko nie zaszli. Jeden z nich zaplątał się w prawie niewidoczny z tej odległości, kolczasty drut ciągnący się po szczycie muru. Pozostali chcieli umknąć i spróbować szczęścia przy bramie, ale oprzytomniały John’s łatwo sobie z nimi poradził. Strasznie łatwo, strasznie brutalnie. Jednego bezceremonialnie niósł pod pachą, reszta zaś, niczym potulne baranki, szła za nim powłócząc nogami.
Posiłki sprowadzone z dalszych terenów rezydencji ostatecznie zgasiły iskrę buntu, a jęki z dziesiątek gardzieli wyrażały stan najwyższego upodlenia. Wszystkich obecnych zaczęto wyprowadzać, czy to bijąc, czy to ciągnąc za włosy – na zewnątrz, nieopodal zawalonego namiotu.


Brenna Jingels:

Pomaganie Mary było złym pomysłem. Cholernie złym, głupim – wariackim pomysłem. Kto wie, czy pośród tego chaosu w ogóle zwrócono by na ciebie uwagę, nawet jako na współlokatorkę?
Dziewczyna jakoby na chwilę oprzytomniała, siedziała obok ciebie potulnie, rękami obejmując głowę i drżąc na całym ciele. To jednak nie trwało długo. Gdy strażnicy pacyfikowali waląc bez mrugnięcia okiem, stary McLennit dopadł pannę Valkonitz.
W przypływie kurtuazji starał się pomóc jej wstać, lecz tylko pogorszył sprawę – kobieta (cała umorusana gęstym sosem obiadowym) co rusz przewracała się na śliskiej podłodze. I właśnie wtedy Mary po raz kolejny dopadł atak z tą drobną różnicą, że śmiechu. Jak sala długa i szeroka, brzmiał urywany, tubalny rechot. Nic to, że strażnik walnął ją po twarzy – na chwilę jeno umilkła, ażeby jeszcze głośniej zacząć wskazywać i wyśmiewać się z panny Valkonitz. „Smakowita”, czerwona ze złości i wstydu, odrzuciła ze wstrętem kawałki mięsa z włosów. Lodowate spojrzenie wbiła w Mary, a potem w ciebie. Przez chwilę usta jej drżały – widać starała się zapanować nad sobą. Gdy pomieszczenie niemal całkowicie opustoszało, rzekła:
- Thomas...Ona nie ujrzy światła przez miesiąc, zrobisz to dla mnie?
Stary zmarszczył brwi popatrując na was i dał znak jednemu ze strażników.
- Naturalnie – odpowiedział wytartym głosem. – Zabrać obydwie i zamknąć w izolatce. Tej SPECJALNEJ izolatce.


Roger John Carlston:

Niestety pomóc mazgajowatemu nie miałeś jak – był on jednym z czterech chłopców, którzy postanowili uciec przez wybite okno. Jakim cudem ten słabowity grubas zdobył się na coś takiego? To już było nieistotne – prawda była taka, że spoczywał teraz jak wielki, ruchliwy kawał schabu w potężnym uchwycie Johns’a. Zostałeś wyprowadzony razem z pozostałymi na zewnątrz, nie doznając przy tym żadnej szkody.


Alice Forest:

Z gracją opadłaś na proste nogi skacząc z tej ledwie metrowej wysokości. Kątem oka dostrzegłaś, że trzech strażników i powód całego zamieszania biegną w zupełnie inną stronę. Pędząc na złamanie karku po zboczu w stronę stawu usłyszałaś za sobą czyjeś kroki. Szczęśliwie nie był to żaden z pracowników, a jedynie drobna, rudowłosa dziewczyna.


Phoebe Vanmare:

Niestety widelec zgubiłaś w czasie, gdy potknąwszy się na wystającej desce, spadłaś z werandy. Coś strzyknęło ci w barku, jednak ból nie był na tyle intensywny, ażeby uniemożliwić ci dalszy bieg. Dziewczęcie z marzeń biegło jakieś dwadzieścia metrów przed tobą, raz tylko obejrzawszy się przez ramię.


Brenna Jingels i Roger John Carlston:

Wieczór powoli nadchodził, a powietrze stawało się chłodne. Choć burza odeszła już dawno, po niebie nadal gnały ciemne „obłoczki”, a świerszcze rozpoczynały swą pieśń odwieczną.
Znajdowaliście się w grupce sześciu osób, nieco dalej aniżeli reszta nowych. Tamci odprowadzani przez McLennita i większość strażników, wsiąkli niebawem za rogiem budynku.
- I co? Warto było? Teraz ja muszę się wami zająć – otaczało was również sześciu strażników, a teraz doszedł i John’s. Wskazał grubym paluchem na niewyraźną linię budynków, tuż przy murze.
- Nasza chluba, dla takich idiotów co wy – lustrował wzrokiem mazgajowatego, który przerażony ledwo stał na nogach i trzymał Rogera pod rękę, cichą już kompletnie Mary i znajdującą się nieopodal Brennę. Pozostała dwójka, to „koledzy” Joshu’y z nieudanej próby ucieczki. Czwarty „zdobywca” muru (razem z dziewczyną, która pechowo wpadła na szkło) został odwieziony godzinę temu do szpitala.
- Hm, niewiele tu miejsca, ale... jakoś się was upchnie – skinął głową na swych ludzi, którzy odprowadzili was do tego uroczego przybytku.

Budynek dziwny był, jak gdyby pijany człek go stawiał. Znajdował się jakieś sto metrów na lewo od ośrodka, nieopodal starego lasu. Z góry okryty starannie deskami, dzięki którym całość jako tako się trzymała. Drzwi wejściowe zastępowała tu klapa z grubym łańcuchem. Mężczyzna pomajstrował chwilę przy kłódce i zagonili was do środka.
Główny korytarz miał ledwie trzy metry długości – właściwie to nie zasługiwał na owe miano. Wąski i śmierdzący - rozszerzał się nieco, ażeby zlać się w jedno z izolatką „właściwą”. Nie było tu oddzielnych cel, żadnych krat – nic. Po prostu jama w ziemi, mająca mniej więcej pięć na pięć metrów. Wilgotna, zimna, gdzieniegdzie podtrzymywana deskami. W kącie stało potężne wiadro na nieczystości. Nie było tu również żadnego posłania, czy okna.
Johns chwilę się namyślał, ale w końcu wziął zamach i rypnął Carlstona w brzuch. Podciął go następnie i mówiąc coś do swych ludzi – patrzył jak upada.
Przywilej najstarszego – wyszczerza zęby. – Co dzień ktoś inny dostanie – co rzekłszy spojrzał z powątpiewaniem na dziewczęta. – No, ulubienice panny Valkonitz spotka coś o wiele bardziej...przyjemnego... – przestał się uśmiechać, jeno błysnął ślepiami złowieszczo.
- Prawda, że miło? Jak będziecie grzeczni, to za trzy tygodnie wrócicie do ośrodka...a może i nie? – John’s popatrzył na was z niesmakiem, po czym na czele strażników opuścił izolatkę. Klapa z łoskotem opada na swoje miejsce, a ciężkie kroki oddalają się i w końcu milkną zupełnie.


Alice Forest i Phoebe Vanmare:

Skryłyście się w szuwarach tuż obok małego jeziorka. Budynek szkoły wydawał się już mniejszy, choć to jeno iluzja – trzy minuty szybkiego marszu i ewentualny pościg zastanie was w tej „kryjówce”. Nie wyglądało jednak na to, ażeby ktoś za wami podążał – chaos ciągle jeszcze panuje okrutny. Kilkanaście metrów przed wami można było dostrzec ścieżkę zmierzającą na szczyt wzgórza, a dalej ginącą w lesie.
 
__________________
"...codziennie wszystko z niczego tworzyć i uczyć śpiewu gwiazdy poranne."

Ostatnio edytowane przez Nevdring : 31-03-2007 o 00:07.
Nevdring jest offline  
Stary 31-03-2007, 08:34   #19
 
Tahu-tahu's Avatar
 
Reputacja: 475 Tahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumnyTahu-tahu ma z czego być dumny
Brenna Jingles

Dziewczyna od czasu usłyszenia słów o izolatce nie odezwała się ani słowem. Z kamienną twarzą zniosła kazanie starej Panny Rumsztyk, połajania obsługi ośrodka, kuksańce strażników...

Pamiętała już wszystko, co wydarzyło się kiedy uciekała na swojej (tak, swojej) ukochanej klaczy przed mężczyzną który kupił Błyskokę od Ojca - a także tłumem umundurowanych policjantów. Przed oczami stanęła jej ściana lasu - zbliżająca się, a jednak zbyt daleka. Spadła na kamienny trakt... I wiedziała już, jak w jej ręce pojawił się nóż. Pamiętała, jak rzuciła się na tych mężczyzn, jak wrzeszczała...

Kiedy wspomnienia - po tylu godzinach rozmyślań - przestały być oderwanymi skrawkami Brenna wreszcie poczuła, że może żyć dalej. Że już niczego w niej nie brakuje. Powrót tych koszmarnych chwil do pamięci paradoksalnie przyniósł dziewczynie spokój...

***

Siedziała pod ścianą, wpatrując się w ścianę przeciwległą. Też mi zajęcie... ciche słowa, które padły z ust Brenny były przeznaczone dla Mary, ale wypowiedziała je jakby właśnie do przeciwległej ściany.

- Nie licz już na mnie.

Mary chlipała w rękaw, jej ramiona trzęsły się, dłonie drapały ziemię... dla Brenny to się już nie liczyło - a przynajmniej to właśnie starała się sobie wmówić. Chciała pomóc dziewczynie, chaiała dać jej szansę na przetrwanie w tym ośrodku roku w sposób godny... teraz sama nie miała już szans na spokojne przeczekanie wszystkich tych dni i tygodni. Coś w nienawistnym wzroku Nadzorczyni mówiło Brennie, że są sposoby na wydłużenie odsiadki tutaj...
Szlachetność... pomaganie innym, opieka... dobre sobie. Wszystko poszłoby dobrze, udałoby się - gdyby nie kolejny atak obłędu tej kretynki. Jeśli wezmę ją ze sobą - zgniję tu na długie lata. - Brenna mogła mieć serce czułe dla słabszych... ale Mary była zagrożeniem większym niż najbardziej agresywna dziewucha z przedmieść Londynu.

Atak Mary zmienił nastawienie Brenny do pobytu tutaj - i prawdopodobnie całego życia. Wiadziała, że jak ucieknie z tego ośrodka to nie będzie mogła po prostu wrócić do domku na wrzosowisku... ale nie będzie tu siedzieć, nie zda się na wątpliwą łaskę Nadzorczyni.
Poczeka, aż zapadnie noc - i wtedy zobaczymy, czy druga ucieczka w życiu jest już łatwiejsza.
Wybitnie solidna konstrukcja ich więzienia i bliskość lasu dawały spore szanse na sukces - na pewno większe niż zatłoczona stołówkowa sala.
 
__________________
"All that we see or seem is but a dream within a dream." E.A.Poe
Odskrzydlenie.

Ostatnio edytowane przez Tahu-tahu : 31-03-2007 o 08:40.
Tahu-tahu jest offline  
Stary 31-03-2007, 12:13   #20
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 24802 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
Alice

Dziewczyna słysząc szelest traw za sobą, obejrzała się płochliwie przez ramię. Na szczęście lub nieszczęście była to po prostu druga uciekinierka. Nie zważając jednak na to, czy „wspólniczka” za nią nadąża, Alice biegła najszybciej jak mogła, by po chwili schronić się wśród zarośli w okolicy wodnego oczka. Korzystając z chwili wytchnienia, przyjrzała się rudowłosej dziewczynie. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że siedziały razem przy stoliku w stołówce. Jej towarzyszka sprawiała raczej niepozorne wrażenie, pewnie z uwagi na drobną sylwetkę. Niemniej ją również stać było na podjęcie ucieczki, a może po prostu nie miała nic do stracenia?
Nigdy nie może być tak pięknie, żeby dano mi spokój i pozwolono iść własną drogą. Zawsze musze być od kogoś uzależniona” – pomyślała Alice z przekąsem, choć w duchu była raczej zadowolona z takiego obrotu spraw. Trudno się przyznać, ale w rzeczywistości bała się być sama na obcym terenie. Natomiast jedyne czego się obawiała ze strony towarzyszki, to popadnięcie w konflikt, a wiedziała, że ona sama jest już taką osobą, która prowokuje agresywne zachowania u ludzi.
- Nie gonią nas, to dobrze – po raz pierwszy odezwała się na głos – Nie mam praktyki w ucieczkach, ale czuję, że gdy opanują sytuacje w budynku i wszystkich przeliczą, to zaczną przeszukiwać okolicę. Dobrze, być wtedy jak najdalej stąd...
Alice nie czekając na reakcje rudowłosej dziewczyny, puściła się biegiem w stronę lasu. Choć płuca pracowały już teraz ciężko, obiecała sobie, że zwolni dopiero, gdy osnuje ją cień drzew.
 
__________________
Ktoś inny zmienia świat za Ciebie
Nadstawia głowę, podnosi krzyk
A Ty z daleka, bo tak lepiej
I w razie czego nie tracisz nic...
Mira jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:13.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169