lastinn

lastinn (http://lastinn.info/)
-   Archiwum sesji z działu Inne (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-inne/)
-   -   [Sesja] Anánkē (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-inne/2772-sesja-ana-nk.html)

Nevdring 23-03-2007 22:36

[Sesja] Anánkē
 
„Nagle ujrzałem zimne niebo -- gawronów radość --
Co, wypalone lodem, było samym lodem,
To niebo -- wyobraźni, sercu było zadość
I nawet najzwyklejsza myśl o tym i owym
Zanikła, pozostałem z wspomnieniem miłości daremnej,
Co powinno zaniknąć razem z krwi młodością,
Wziąłem za wszystko winę, całkiem niepotrzebnie,
Rozpłakałem się, drżąłem, miotany żałością,
Podziurawiony światłem. O, gdy duch się budzi
Po zamęcie i zgiełku łoża śmiertelnego,
Czy wędruje po drogach, nagi, jak mówią ludzie,
Porażony srogością sądu niebieskiego?”


William Butler Yeats


Poranek chłodny był, jesienny. Dalekie i blade słońce (choć reakcje termojądrowe bezustannie zachodziły) jedynie rozjaśniało półmrok zalegający gęsty las. Nieprzerwanie rozrastał się on w okolicy przeszło wieki cztery, dopóki nie nadszedł ten ostatni – dwudziesty. Teraz obojętnie przecinała go równa, asfaltowa droga wiodąca z miejscowości Laggan do Spean Bridge w środkowej Szkocji. W tamtym czasie (a lata to były trzydzieste) jeszcze mało uczęszczana, spokojna i zapewniająca moc doznań wizualnych, była ulubioną „ścieżką” zmechanizowanych maruderów. Nie wszystkim jednak szkockie krajobrazy urokliwymi się zdawały. Chłopiec – a raczej już pan z mlecznym wąsem – pokonywał ją w bezlitośnie komfortowej limuzynie Rolls-Royce wdzięcznego modelu „Springfield Ghost”. Podparłszy dłonią brodę wodził znudzonym spojrzeniem po monotonnym pejzażu głowiąc się przy tym, czy można myśleć o niczym.
Z ust pasażera dobiegło ciężkie, rzec by można - starcze westchnienie, lecz po chwili ciało je wydające siadło prosto i nieco trzeźwiej zerknęło na okolicę.
- Co się panicz troska nieustannie? Jeszcze pół godzinki i zajedziemy na miejsce – zerkając w kunsztownie wykończone lusterko odezwał się prowadzący Filip. Uśmiechnięty, zadowolony co nie miara z faktu, iż choć raz w tym kwartale dane mu było opuścić szary Londyn i odwiedzić w drodze powrotnej matkę, raz za razem dociskał pedał gazu.
Edgar spojrzał na niego z wyrzutem. – To nie ciebie ślą do jakiegoś cholernego internatu, cholera wie po co i cholera wie na jak długo.
Szofer cmoknął kilka razy z dezaprobatą. – Niech panicz nie zapomina, że szkopy już zajmują Polskę. Dam sobie wąsy uciąć, że niedługo i do nas zechcą przyjść – pokiwał głową stylem doświadczonego człowieka.
- Przyjdą nie przyjdą, kogo to obchodzi? Nam i tak nic nie zrobią, a ja będę gnić na tym szkockim wygwizdowie...Ech.
Konwersacja urwała się po niedługim czasie – żadna ze stron nie miała na nią większej ochoty.
Rzeczone pół godziny, dla Marudnego zdające się ledwie kilkoma minutami, upłynęło i biały wehikuł stanął przed prostą, wysoką bramą posiadłości.
- No, ciekawe co teraz – wymruczał szofer pochylając się nad kierownicą i rozglądając uważnie.
Młodzieniec również badał (choć nieco trwożliwie) najbliższą okolicę. Wysoki, kamienny mur zieleniejący u podstawy grubą warstwą mchu dość skutecznie hamował jego ciekawość.
- Chyba nikogo nie ma... To jak, wracamy? – krztusząc się iskrą nadziei zagaił Edgar.
- Hmm – doszło go tylko nim drzwi otworzyły się i kierowca wyszedł na zewnątrz. Z ekstatycznym wyrazem twarzy przez chwil kilka oddawał się rozprostowywaniu zbolałych kończyn, aby niedługo potem zbliżyć się do bramy.
W oddali dostrzegł sylwetkę mężczyzny zasypującego coś łopatą, więc krzyknął na niego i pomachał ręką.
Oczekiwanie na jęk starych zawiasów wydawało się Edgarowi niemiłosiernie długie, lecz gdy wreszcie do tego doszło – stanowczo za krótkie.
Jegomość lat może czterdziestu kilku błyszczał okrąglutką łysiną i lustrował niechętnym, pytającym spojrzeniem to Filipa, to samochód.
- Dzień dobry, jesteśmy... – „Wygnany” już nie słyszał tego, co mówi szofer. Oparł bezmyślnie ręce na szybie i oszołomiony wpatrywał się w kieszeń nieznajomego.
Normalny człowiek by pomyślał, że to czerwona (bardzo intensywnie czerwona) farba widnieje na wystającej z niej szmatce, i że na lewej dłoni ogrodnika są jej kolejne ślady, tak samo jak na szarym, skórzanym obuwiu – ale tak by zrobił normalny człowiek, nie ten, którego skazano „z dobroci serca, pamiętaj” na zmianę stylu życia.
Nie zorientował się kiedy Filip powrócił na swe miejsce i przekręcił kluczyk.
- Nie ma co, obyczaje przednie tu mają – mamrotał do siebie odkładając przepisowe nakrycie głowy. Czekali, aż łysiejący otworzy oba skrzydła i wolno ruszyli.
- Jak panicz znajduje nowy dom? – już głośno, aczkolwiek z nieznacznym cieniem złośliwości zapytał kierowca.
Edgar zignorował owe zapytanie nie mogąc przestać myśleć o tym, co zobaczył (albo tylko o tym, co mu się wydawało, że zobaczył) i rozszerzonymi oczami pożerał klasycystyczną posiadłość. Nie była duża, lecz wielka. Majestatycznie górowała nad praktycznie pozbawionym drzew ogrodem, rozpościerając swe skrzydła daleko na zachód i wschód, ażeby następnie zawrócić na południe tworząc przestronny dziedziniec na który zajeżdżali.
- Człowiek przy bramie polecił nam wejść do środka. Nikt tu do nas nie wyjdzie – zakomunikował Filip parkując bokiem do drzwi frontowych.
Ziewając mimowolnie po dość długiej, nocnej podróży jął Edgar znudzonym okiem mieszczucha poznawać dalsze tereny rezydencji. Naturalnie, głuptas ze mnie – co by to innego miało być, jak nie farba? – zganił się w duchu zauważając jednocześnie, iż ogrodzenie rozciąga się tylko na boki od bramy niknąc dalej w starym lesie. Potrząsnął jednak głową i skupił się na obecnej katordze – żegnaj miłe życie, żegnajcie przyjaciele... – jęczał nastoletnim myślogłosem wstępując po schodach do środka.
***

Księżyc w trzeciej kwadrze i mnogość gwiazd czyniły noc jasną i przyjemną mimo ujemnej temperatury. Poprawiwszy grube, skórzane rękawice – prezent gwiazdkowy od matki – obejrzał się za siebie lustrując posępny budynek.
- Chyba mi totalnie odbiło, tamci pewnie leją ze śmiechu, a ja tu marznę idąc cholera wie gdzie – wyszeptał Edgar.
Krótkim spojrzeniem upewniwszy się co do tego, że nikt nie zauważył jego odejścia, wznowił swą marszrutę w dół niewielkiego wzgórza na którym usytuowana była szkoła.
- Pieprzona buda, że też nie mieli mnie gdzie wysłać – psioczył idąc coraz dalej i zostawiając głębokie ślady w gładkim śniegu.
Mimo całej absurdalności owej sytuacji arcypiękny widok urzekł go i już po chwili zapomniał o gniewie, złości. Powoli zbliżał się do niewielkiego jeziora z poustawianymi naokoło ławkami – ciche miejsce, gdzie raz na semestr organizowano spotkania z rodzicami. Choć mróz trzymał solidnie od ponad tygodnia, wahał się chwilę nim postanowił przeciąć je ugniatając biały puch na zamarzniętej tafli wody. Znalazłszy się po drugiej stronie przystanął i ściągając z niechęcią rękawice, wyjął z bocznej kieszeni pożółkłą kartkę. Szybko rozłożył i zatopił wzrok w niewyraźnym piśmie:

...ieżką wąską pod górę się udaj i skręć na wschód idąc prosto kroków sto. Do starej kaplicy wejdź i powiedz: Mrok, a przygoda nie opuści Cię na krok.

- Nie ma co, brzmi strasznie poważnie – myśli i rusza we skazanym kierunku. Głuchą ciszę zakłócała tylko lekka obecność chłodnego wiatru i ciężki oddech spacerowicza. - Ty pewnie też nie masz co robić? – obserwował jak białe, niewielkie coś biega w dali i znika.
Czas mijał powoli, dokładnie tak samo jak wspinaczka młodego człowieka. – No jasne, nie ma to jak czytać książki miast biegać za chrzanioną piłką – wysapał czując, jak na twarz wstępują mu rumieńce.
Ocierając się o drzewa i potykając na zdradzieckiej ścieżce, kierował swe kroki od wzgórza tak jak „instrukcja” nakazywała. Raz tylko obejrzał się na niewidoczną już prawie rezydencję i ze spoconą determinacją brnął przez zaspy do celu. Nie minęło dwadzieścia minut jak stanął przed zapuszczonym, sakralnym budynkiem. Rzucił okiem na puste schodki, obejrzał wejście kuszące nieprzeniknioną czernią i oparł się o jeden z nielicznych przysypanych śniegiem obiektów. Rzecz jasna nie wiedział, że to kamienne pomniki ciał w przeszłości rozłożonych i beztrosko wydychał zmęczenie.
- Jak można być tak naiwnym? – rzuca w próżnie i bardzo rozsądnie zamyka oczy wchodząc do środka...

Nevdring 24-03-2007 23:52

Rozdział I: Tam




Eryk


- Mmm, czyżbyśmy jedli, to już? Ha, ser i rzepa... kocham wtorki, mówiłem ci już? – mężczyzna lat niespełna czterdziestu rzucił w próżnie – ale czy na pewno w nią? Pomieszczenie było niewielkie, zalegał w nim półmrok. Jedno tylko okno przysłonięte jakąś szmatą przepuszczało nieliczne promienie księżyca, a może słońca – ciężko było rozeznać.
- Tak...słyszę go, on ma ciężkie kroki, nie to co Zupa. Bo wiesz przyjacielu, jest Zupa i Rzepa, a teraz właśnie ten drugi idzie, jest cięższy, tamten to chuderlak... albo nie? No, ale teraz Rzepa, i ser i rzepa – o masywne, dębowe drzwi z metalowymi wykończeniami otarło się coś okrutnie, zasapało kilka razy.
- Winka znów bez liku, hę? Dałbyś człowieku miły łyk, albo i dwa...co mnie tu wodę dajesz, wino mówię....nie, zabieraj to...ech – mimo protestów przez uchyloną szybko klapę w dolnej części drzwi wtoczył się drewniany kubek rozlewając wokół przezroczystą ciecz, a tuż za nim pryskając owsianką żelazny talerz. Naczynia w dziwacznej pozycji spoczęły jedno na drugim, tuż przed brudnymi stopami mieszkańca celi.
- Rzepa! – ryknął ze złością w głosie mężczyzna – dawaj rzepę Rzepa, co to za gówno? – chrypiał na całe gardło gmerając dużym palcem lewej nogi w owsiance. Umilkł na chwilę, nadstawił uszu których dobiegał dźwięk powolnych, oddalających się kroków. – Nie jesteś rzepą, psi synu, jesteś głupim głupolem! – krzyknął jeszcze po czym zaczął oddychać ciężko.
Podniósł do ust kubek uwalniając przedtem z założonych na siebie dłoni małego szczura, który pośpiesznie odskoczył w kąt. Więzień upił kilka dużych łyków cuchnącej wody, ale owsianki z kawałkiem zagrzebanego paznokcia już nie tknął.
- Cicho, już cicho, to nie ja, to on, nie pozwól mu, bo zginiesz...bo cię zniszczą. Pamiętaj, on mówił jeden rok, tylko jeden, to już niedługo... – mamrotał do siebie obejmując nogi rękami.
- Mmmm, dziewczę o twarzy cudnej to było, ach, cudnej, ach cudnej!! Piękne niczym słońca zachód, burzy śpiew, tak, tak, czysty śpiew! – nucił pod nosem nie przestając się kołysać.
Nagle zamilkł, oczy jego wpatrzyły się w kamienną ścianę. Wstał prędko zgarbiony, żeby nie rąbnąć głową w sklepienie.
- Oszukałeś mnie...oszukałeś! Mówiłeś jeden rok...jeden, nie dwa, nie dziesięć, nie sto! – zaczął wygrażać pięścią do lewej ściany.
Przetarł brudną dłonią twarz mrużąc oczy z wysiłku – zamajaczyła przed nim sylwetka brodatego jegomościa.
- Ciszej drogi chłopcze, ciszej, bo nas usłyszą i co będzie? Rok nie minął, jeszcze trochę, tak – jeszcze tylko odrobinę wytrzymaj, no już, nie smuć się – skrzekliwy głos pocieszał mężczyznę który ni stąd ni zowąd oblał się łzami. Pociągnął nosem dwa razy i znów spojrzał na przezroczystego człowieczka mówiąc:
- Nie dam rady, muszę stąd wyjść...pokaż mi słońce, deszcz, daj poczuć wiatr...Ha-ha-ha! Nic nie wiesz szalony starcze....Nic! – zaczął walić piętą o kamienną posadzkę.
- Poczujesz to wszystko, oj poczujesz. Wspomnisz jak to było, hm? No, dalej, brzeg morza i...
- Tak, brzeg morza, słona bryza, tak, pamiętam... i ona... – w zielonych oczach zalśniły ponownie łzy, ale jak gdyby inne od poprzednich. Zwalił się ciężko na zasraną podłogę i siadł krzyżując nogi zapominając o swym rozmówcy.
Byłem z nią, z Kartiną, a szum fal łagodnie pieścił moje uszy. Gdzieś w górze ptak srebrzysty majestatycznie unosił się nad plażą zataczając szerokie kręgi. Trzymałem ją za rękę... ach, te jej palce zgrabne, dotyk ich czuły na mojej dłoni, pieszczota lekka i nieśmiała - cudowna...
- Tak się cieszę, że mnie odwiedziłeś Eryku – roziskrzone jej oczy wpatrzone w moje, szept cichy lecz jakże wyraźny.
Długo czekałam... i jesteś naprawdę! – niemal wykrzyknęła z radością w głosie. Usłyszałem swój śmiech, a potem słowa które same padały bez mej wiedzy: - Najdroższa, rozkoszna gwiazdko moja, jestem tu i z tobą... na zawsze – objąłem jej kruche ramiona, przytuliłem do siebie czując zapach miękkich włosów przywodzący na myśl...przywodzący – potarł z namysłem czoło. - Aaaaaaa! Co do kurwy nędzy przywodzący?! – ryknął zdesperowanym głosem mężczyzna waląc ręką w kolano. - Co, co, co – mamrotał przy każdym ciosie, aż ból wykrzywił mu twarz. Po chwili zobojętniały już legł na plecach i zamknął oczy. Ogarnął go sen.


***


Niebo ciemne było, złowrogie. Potężne lewiatany gnane silnym, atlantyckim wiatrem zdawały się jeno czyhać na śmiałka, który rzuci im wyzwanie pogrążając dobry świat w cieniu i mokrej żałobie. Co rozsądniejsze stworzenia prędko umykały do swych siedzib w strachu przed zbierającą się burzą, ruchliwymi nozdrzami smakując ciężkie powietrze. Jak gdyby świadome woli Architekta zasmuconego plugastwem świata, leniwe zwykle godziny poranne mijały szybko.
Strażnik Johns nadal jeszcze pochrapuje w swym namiocie, a gruba Beth śni swe sny o zgrabnych udach i obcisłej mini – czymś tak odległym dla niej, jak rasizm dla zapomnianych niemal całkowicie Kwakrów.
W napiętej ciszy rozlega się flegmatyczny warkot silnika dławionego marną, chemiczną strawą – zbudzony mężczyzna unosi powieki. Grymas obrzydzenia wykrzywia jego twarz, gdy zimne spojrzenie pada na wilgotną płachtę falującą nad głową.
- Stary oszalał z tym namiotem – rzuca tylko i trzydziestoletnie nogi dotykają ziemi. Niechętnie spryskuje ciało zimną wodą i naciąga regulaminowe, zielone spodnie. Czarne buty, skórzany pas i koszula z zawiniętymi rękawami dopełniają całości. Rzuca okiem na kucharkę – po cholerę ją tu dali? – sięga po długą szpicrutę i wychodzi na zewnątrz.
Ściąga mięśnie twarzy zasysając rzymskim nosem chłodne powietrze, szeroka pierś staje się jeszcze większa, straszniejsza. Skanuje wzrokiem najbliższą okolicę dostrzegając przyczynę zrywającą go na nogi – to Oni.
Wąskie usta rozciągają się w pozbawionym wesołości uśmiechu, grube palce z lubością zaciskają się na popękanej skórze.
- Steven? Gdzie byłeś tak długo? Nowy transport od pół godziny czeka – potrzebujesz specjalnego zaproszenia, głupcze? – rozzłoszczony, starczy głos dobiega zza jego pleców. Strażnik odwraca się i nagle jego oblicze przybiera łagodniejszy wyraz.
- Nie stój jak prosie, we łbie ci się popierdoliło? Do południa wszyscy mają być zakwaterowani – grzmi raz za razem władczym tonem.
Osoba przed którą nawet Johns czuje respekt, była niepozorną, drobną i wychudzoną postacią Thomas’a McLennit’a, dyrektora placówki. Dobiegający siedemdziesiątki, zarządzający prywatnym ośrodkiem z ramienia Cermont & Narvell Associates naturę miał okropną. Posiadający niemal absolutną władzę – często z niej korzystał. Teraz odchodzi po zwyczajowym, rannym obchodzie „włości” klnąc przy tym jak szewc.
- Stara pierdoła – odzyskawszy kontenans zaciska mocno białe zęby. – Cholera. Gówno! – wściekłym ruchem głowy wskazuje nadchodzącym pracownikom autobus.
- Jazda, ruszać się, ale żwawo! Procedura B jeden! – spogląda na bydło tłoczące się w zapyziałej, przerobionej ciężarówce.
Ośmiu mężczyzn – każdy z długą, drewnianą pałką – staje szeregiem przed swym dowódcą.
- Wróć – poprawia – procedura C dwanaście!
Podkomendni bez słowa formują półkole tuż przed drzwiami pojazdu.


Jechaliście upchani jak worki kartofli. Ścisk przez kilka godzin jazdy panował okrutny – dwadzieścia pięć osób stłoczonych na piętnastu miejscach. Ani jednego postoju, żadnej wody, jedzenia – nic. Szyby szczelnie pozamykane, odór potu i moczu jakiegoś mazgaja przytłaczał i tłumił wszelkie inne „zapachy”. Po niedługim czasie dojechaliście przed bramę jakiejś posiadłości. Kierowca uchylił szybę i skrzekliwym głosem zakomunikował coś stróżowi. Pojazd ociężale wtoczył się na duży, czysto utrzymany parking. Nieco z boku, na trawniku, stał obszerny wojskowy namiot za którym w odległości kilku metrów widniała drewniana buda. Minuty biegły szybko, jedna za drugą, kwadrans za kwadransem – i nic.
- Co tu się dzieje, porąbało ich tam, czy ki diabeł? – kierowca, ciągle na swoim miejscu odwrócił się i zastanawiając chwilę, przemówił do trójki mężczyzn zajmujących tył pojazdu.
- Dobra, na zewnątrz z nimi, mam tego po dziurki w nosie – zakomunikował strażnikom.
Pociągając za dźwignię na lewo od kierownicy, otworzył składane drzwi i zauważył w tym samym czasie nadchodzącą grupę „pracowników”.
- No, zabierać dupy z mojego autobusu – ponaglał.
Pilnujący mężczyźni zaczęli bezceremonialnie wypychać opornych na zewnątrz nie stroniąc od użycia siły.
Wszyscy skazani zostali dokładnie przeszukani, a każda rzecz nie zaliczająca się do ubrania - odebrana.

- Nazywam się Johns, strażnik Johns, wy nędzne ścierwa. Od dziś JA decyduje, co będziecie żreć, kiedy lać i chodzić spać, czy to JASNE?! – ryczał na całe gardło. – Znaleźliście się tu ponieważ rodzicie mieli was w dupie, szkoły wyrzucały, a policja zamykała jak psy. Odszczepieńcy tacy jak wy nie mają prawa do życia w społeczeństwie, dlatego... – przerwał zaskoczony. Staliście rozrzuceni w kilkuosobowych grupkach. Właśnie z jednej, na boku, wypadł na kolana niski, pulchny młodzieniec. Podpełzł do zaskoczonego strażnika i chciał coś powiedzieć, ale zaplute jego oblicze tylko ufajdało nogawkę spodni.
- O rzesz kurwa, nie wyrobie, w mordę kopany, nie wyrobie... – mamrotał zaszokowany Johns ze wstrętem cofając nogę.
Pokraka otarła krańcem dłoni cieknące po policzku łzy i odezwała się piskliwym głosem:
- Proszę pana, ja...to pomyłka, oni chcieli Roba, ja jestem Jack, Rob to mój kuzyn...ja – pociągnął nosem dwa razy – ja tylko u nich mieszkam, znaczy...proszę...ja wcale nie... – lamentował tłumiąc płacz.
Strażnik z oczami nabiegłymi krwią zacisnął mocno pięść. Pochylił się, sięgnął do tyłu... i zdzielił po barku szpicrutą.
- Macie...przykład... – sapał głośno chlastając raz za razem – jeszcze mi jeden taki...zatłukę, zatłukę jak psa! – po siódmym uderzeniu odetchnął głęboko i nakazał dwóm ludziom odprowadzić nieszczęśnika.
Odchrząknął lustrując wzrokiem „świeżych”.
- Jak mówiłem, odszczepieńcy tacy jak wy nie mają prawa do życia w społeczeństwie, dlatego znaleźliście się tutaj. Teraz won z moich oczu – skinął na swych ludzi – zabrać ich.
Popychając i szarpiąc uformowali ze zgromadzonych dwuszereg i odprowadzili drogą omijającą z prawej strony budynek na dziedziniec.
Godzina dochodziła 11:00 - wtedy też niebo zapłakało. Z góry poczęły lać się na ziemię strumienie wody, smutny rytm wybijając na kamiennej posadzce.
Na zadaszonych, niskich stopniach prowadzących do głównego wejścia oczekiwała kobieta w średnim wieku. Ubrana w szary, prosty kostium czekała aż strażnicy ustawią wszystkich równo.
- Jestem panna Valkonitz. Tak jak poza ośrodkiem rozkazy wydaje Johns, tak ja zarządzam wszystkim, co dzieje się wewnątrz – jej ciche słowa nieomal zlewały się z dźwiękami otoczenia.
- Zachowujcie się poprawnie, nie próbujcie ucieczki. Tylko od was zależy, czy zostaniecie tu dłużej – przeciągnęła z nieznacznym uśmiechem to słowo – czy wrócicie jako prawi obywatele za rok. Od dziś budynek za moimi plecami jest waszym domem. Regulamin wisi na drzwiach każdego z pokoi mieszkalnych. Radzę nauczyć się go na pamięć – rzecze i z niesmakiem obserwuje wymizerowane postaci nowych „pensjonariuszy”.
- Każdemu z was zostanie przydzielony współlokator. Jeśli choć jedna osoba złamie regulamin, druga podzieli odpowiedzialność. Zapamiętajcie dobrze moje słowa: posłuszeństwo nagradzamy, opornych... – urywa, lecz groźba zdawała się wisieć w powietrzu.
- Do zobaczenia na kolacji, moi drodzy – chłodne oczy, ciepły uśmiech. Odwraca się i znika wewnątrz.
Na jej miejsce wstępuje młodzieniec (sądząc po jednolitym stroju – osadzony), wyciąga skoroszyt i podniesionym głosem mówi:
- Wymienione osoby udadzą się bezzwłocznie do przydzielonej kwatery – zawiaduje nieprzyjemnym głosem.
- Brenna Jingels i Mary Stolmore pokój numer jeden. Roger Carlston i Joshua Caster pokój numer dwa. Kate Winter i Alice Forest pokój numer trzy. Phoebe Vanmare i Ashley Quirk pokój numer cztery. William… - pupilek dalej ciągnie swoje, lecz wy już jesteście prowadzeni do środka.
Palladianizm „zastosowany” przy wznoszeniu rezydencji miał (co naturalne) swe odbicie także wewnątrz. Umiarkowane dekoracje, funkcjonalność – mimo surowego (dodatkowo ze względu na przeznaczenie obiektu) piękna, sprawiały nader przygnębiające wrażenie. Było tu dużo wolnego miejsca, okna solidnie zakratowane.
Idąc głównym, wyzbytym większości sprzętów korytarzem zauważaliście całe mrowie kolejnych strażników. Duża jak duża posiadłość, lecz aż tylu pracowników? Większość drzwi prowadzących do „ciekawych” zakamarków była zastawiona krzesłami, ławami i pooblepiana informacjami „Zakaz wstępu!”. Jedyna wolna droga prowadziła na lewo od wejścia do stołówki, na wprost do jakiejś dużej sali i na prawo, gdzie widniały schody na które was prowadzono.
Piętro nie różniło się zbytnio od parteru. Taki sam rozkład, takie same pustki, ci sami strażnicy na korytarzach – jeden przypadał na dwa pokoje. Wszystkie one (czy to żeńskie, czy to męskie) są ciasne, skąpo urządzone: dwa wąskie łóżka, jedno duże biurko z dwoma krzesłami, otwór średnicy niespełna pół metra wypełniony grubą, antywłamaniową szybą i wspólna dla lokatorów szafa. Nad każdymi drzwiami wisiały jednakowe, schowane za osłoną głośniki.



Roger Carlston:

Joshua Caster bardzo przypominał wyglądem tego mazgaja, który oberwał na początku - niski grubas o zaczerwienionych oczach, zdawał się dużo młodszy od ciebie. Siadł na łóżku i zakrył twarz rękami.

Phoebe Vanmare:

Ashley Quirk, gdy tylko drzwi się zamknęły, poczęła kląć na czym świat stoi. Nerwowo chodziła po pokoju niczym dzikie zwierzę zamknięte w klatce.

- Skurwysyny pierdolone, jeszcze mnie popamiętają, jeszcze mnie popamiętają – monologowała nie mogąc się uspokoić.

Brenna Jingels:

Mary Stolmore wepchnięta do pokoju stanęła przy „oknie” nieruchomo. Twarz miała poważną, oddech spokojny, a wzrok błądził gdzieś dalej, wyżej.

Alice Forest:

Kate Winter – niepospolicie atrakcyjna panna, na oko twoja rówieśniczka. Rozglądała się z niesmakiem po klitce w której was umieszczono, potem taksująco zmierzyła twą postać od stóp do głów.

- Ach, rozkosznie... Czyżbym wylądowała z tępą krową w tym syfie? – pytanie retoryczne, ociekające złośliwością rzuciła głosem słodkim.


W każdym pokoju spoczywały cztery komplety nowego, dopasowanego ubrania. Czarne buty, proste szare spodnie, taka sama koszula i bielizna.


Regulamin:

1. W pokoju nie wolno trzymać żadnych innych rzeczy oprócz przydzielonych.
2. Każdy osadzony bez względu na sytuację, MUSI zastosować się do poleceń ogłaszanych drogą radiową.
3. Pobudka następuje o 5:00 rano, gaszenie świateł o 20:00. Śniadanie 9:00, obiad 15:00.
4. Do pracowników ośrodka skazani zwracają się: proszę Pana, proszę Pani.


Na samym dole wielkimi, drukowanymi literami:

NIESUBORDYNACJA BĘDZIE SUROWO KARANA

Tahu-tahu 25-03-2007 11:00

Brenna Jingles

Dziewczyna z pokoju numer jeden... wspólokatorka Mary Stolmore. Oto, czym teraz została Brenna Jingles.
Dziewczyna wydawała się być bardzo młoda - ubrana niedbale, drobna i szczupła, o dziecinnej buzi i włosach koloru słomy. Nierówno obcięte kosmyki zostały jakiś czas temu splecione w dwa cienkie warkoczyki, ale najwyraźniej od tamtego wydarzenia minęło już wiele chwil. Spod potarganej grzywki ledwo widać było oczy dziewczyny - a szkoda. To, co można było zauważyć zdawało być się najciekawszym elementem tej niepozornej figurki - oczy Brenna miała bardzo duże, zielone, wyraziste. Teraz jasno mówiły każdemu, kto chciał się przyjrzeć - "nikogo nie ma w domu".

***

Od czasu nieudanej ucieczki z Błyskotką i pojmania dla Brenny wszystko zdawało się nierzeczywiste, jak w koszmarnym śnie - który jednak jest trochę zbyt okrutny, trwa trochę zbyt długo i trochę zbyt realnie cuchnie.
Przez cały czas trwania procesu Brenna czekała tylko, kiedy wróci do domu, zaszyje się przed całym światem na wrzosowiskach i przeczeka ten cały koszmar. Nie do pomyślenia było dla niej przeniesienie się z aresztu w miejsce inne niż domek koło Birchover, na wzgórzach hrabstwa Derby. Wiedziała, za co tu siedzi - fragmenty walki z umundurowanymi ludźmi pojawiały się przed jej oczami jak kadry z filmu, ale nie pamiętała siebie raniącej jednego z nich. Cóż... skoro jednak ten - tak słabo znany - mężczyzna wciąż leży w szpitalu?

"Spowodowanie zagrożenia życia" - usłyszany wyrok był jak wór wypełniony gruboziarnistym żwirem spadający na głowę dziewczyny. I co teraz? Ja? Zamknięta w grubych murach? To musi być jakaś koszmarna kpina...
W chwilach, kiedy była w stanie skupić się na tyle, by rozsądnie myśleć Brenna była przekonana, że nowy właściciel Błyskotki wpłynął jakoś na tak surowy wyrok. Uzcestniczył w każdej rozprawie... a w jego wzroku widać było coś więcej niż wrogość. Czy ona jeszcze żyje? Czy ten drań jej nie zastrzelił?

Płacz matki i rodzeństwa, słowa ojca "Bądź dzielna"... wszystko to jak przez mgłę, przeplatane pojawiającymi się w pamięci obrazami z tych kilku decydujących chwil. Może to i lepiej. Brutalne poszturchnięcia, areszt, śmierdzące i ciasne miejsca... potem coś, dla czego zostanie nazwanym "autobusem" oznaczałoby nieprawdopodobną wprost nobilitację. Jacyś ludzie - opętańczo wrzeszczący, błagający o litość, plugawie wyzywający się nawzajem, grożący wbiciem paznokci w oko za nasikanie na spodnie... I co to wszystko ma teraz za znaczenie? Banda dzieciaków.

Po wyjściu z pojazdu na teren ośrodka Brenna starała się uważnie wysłuchać dyrektyw osób mających tu władzę. Mimo swojego fatalnego - jak krytycznie oceniła - stanu psychicznego musi jakoś ( kiedyś, niedługo ) wziąść się w garść. I znajomość zasad okaże się tu fundamentalna... Jeśli chcę wrócić do domu, na wolność - muszę posłuchać Taty. Być twarda i nie wychodzić przed szereg - to w końcu tylko rok.

Dom, w którym teraz mieli zamieszkac bardzo się dziewczynie spodobał - mimo widocznych prób zamienienia go w więzienie wciąż był interesujący... a po ciasnych i śmierdzących pomieszczeniach sądowego aresztu zdawał się być prawdziwym luksusem. Podobnie pokój - własne miejsce, stół, szafa - i przede wszystkim spokój. Tutaj będzie można wreszcie oddać się rozmyślaniom - tym bardziej, że współlokatorka także nie zdawała się być zbyt rozmowna. Brenna uznała, że dobrze trafiła - po tych dziewuchach, z którymi siedziała w areszcie Mary wydawała się naprawde miła. Przynajmniej nie wydzierała się jak opętana 24 na 7.

- Witaj, Mary Stolmore. Jak ja się nazywam zapewne już wiesz - mam nadzieję, że będzie się nam tu dobrze mieszkać. Nie czuj się zobowiązana do opowiadania mi, skąd się tu wzięłaś - ani rozmowy. - uznawszy taki wstęp za wystarczające powitanie Brenna usiadła na łóżku i po raz kolejny spróbowała ułożyć sobie w głowie poszatkowane wspomnienia z najważniejszych 15 minut swojego życia. Była już coraz bliżej końca.

Kutak 25-03-2007 13:19

Roger John Carlston
 
Wysoki i wychudzony blondyn wszedł do pokoju, posyłając dość zimne spojrzenie współlokatorowi. On też nie był szczęśliwy, ale delikatnie zaczerwienione oczy jego nowego "przyjaciela" wydawały mu się co najmniej żałosne. Po chwili sam zganił się w myślach- jak ojciec. "Od płaczu mężczyzny żałośniejsza jest tylko zdrada". A miał się od tego uwolnić...

No cóż, w duszy Roger miał nadzieję, że za parę dni chłopak spróbuje się powiesić i przydzielą mu do pokoju kogoś normalnego. Siadł na łóżku, plecami opierając się o ścianę, ściągnął buty i położył nogi na skromnej pościeli. Rok. Cały pieprzony rok w małym pokoju...

Ale zarazem był to cały rok wolności. Widział, że gdy wyjdzie z tego miejsca będzie już pełnoletni, że będzie mógł żyć już na własną rękę. Niezależny. Z dala od tego wszystkiego, co tak go dręczyło...

-Cześć. Jestem Roger. Wątpię, czy zostaniemy przyjaciółmi i nie mam zamiaru cię pocieszać, że będzie lepiej.-przerwał na chwilę, jego głos był spokojny i niski- Bo nie będzie.

Nie miał zamiaru nikomu dawać nadziei. Sam jej nie miał, wiedział, co musi odsiedzieć i kiedy wyjdzie. Do tego miał świadomość, że będzie tutaj jednym ze starszych, więc problem bicia po pysku w pokoju po zmroku raczej odpada. Teraz jednak siadł i czekał na jakieś słowa jego nowego towarzysza. Może jednak powie coś wartościowego...?

Mira 25-03-2007 13:44

Alice Forest
 
Dziewczyna ubrana w granatową spódnicę do kolan i błękitny sweter, który stanowił raczej prezent „od babci” niż uosobienie współczesnej mody, uśmiechnęła się nieznacznie, słysząc słowa współlokatorki. Piękność zapewne liczyła na to, że na samym początku zdominuje wystraszoną sytuacją dziewczynę. Nic bardziej mylnego, Alice była zupełnie spokojna.

Od czasu fatalnego wybuchu, kiedy to w napadzie wściekłości niczym zwierze rzuciła się do gardła jednej z pensjonariuszek prestiżowej szkoły londyńskiej z internatem dla panien, tkwiła w stanie swoistej apatii. Jej sposób patrzenia na życie zmieniał się stopniowo za sprawą złodziejaszka, któremu kiedyś pomogła uciec, a który po dziś dzień siedział w jej głowie i namawiał do czynów, na które nigdy wcześniej by się nie odważyła. To co dyrektorka szkoły i sędzia nazwali buntem i zatraceniem wartości moralnych, Alice Forest nazywała życiem w zgodzie ze sobą.

Nowe więzienie nie zrobiło na niej większego wrażenia. Wszak gdyby zedrzeć z londyńskiej szkoły i jej pracowników maskę uprzejmości i przystępności, mogłoby się okazać, że obie te placówki niczym się nie różnią. Tu w Szkocji przynajmniej nikt nie udawał, że jest miło i beztrosko. Trzeba się dostosować do sytuacji i tyle – jak w świecie zwierząt: przeżywają tylko najsilniejsi i najlepiej przystosowani.

Alice odruchowo odgarnęła niesforne blond loki, a wzrok, dotychczas błądzący gdzieś po ścianach, niczym sztylet wbił się w nową współlokatorkę. Stalowo-błękitne tęczówki bez odrobiny wstydu, utkwiły w oczach tamtej. Igrający na wargach uśmieszek pełen był cynizmu.

No tak, – pomyślała dziewczyna wystawiając pannę Winter na próbę wzroku – czy mogło być inaczej? Aby odpokutować swoje grzechy musiałam trafić na osobę podobną do tej, której krew każdego ranka niemal widzę na dłoniach... Naprawdę nie powinnam się była urodzić. Po co ci ludzie wyjmowali mnie z łona matki? Natura nigdy nie chciała mojej skromnej osoby i teraz zapewne do końca życia będzie mnie karać za sam fakt istnienia. Gdyby nie Kai... już dawno skończyłabym z tą groteską, jaką jest mój żywot.”

Wolnym krokiem Alice ruszyła w głąb pokoju, kierując się ku stojącej w wyzywającej pozie Kate Winter. Zimne oczy zdawały się wwiercać w twarz piękności, a głos choć cichy, był pewny i wyraźny.
- Nie uważasz, że głupotą jest zachowywać się wobec mnie w taki sposób zanim jeszcze dowiedziałaś się za co mnie tu wysłano?
Córka doktora Foresta odpowiedziała pytaniem na pytanie. Gdy zrównała się ze swoją współlokatorka, w końcu oderwała od niej oczy, niby to spoglądając w okno. Nie potrzebny był zresztą kontakt wzrokowy, ażeby wiedzieć do kogo kierowane są następne słowa.
- Zaprawdę głupio by było, gdybym wylądowała tutaj za zabójstwo irytującej koleżanki z pokoju, nie sądzisz... Kate?

Geisha 25-03-2007 21:15

Phoebe Valmare

Drobna, piegowata dziewczyna o błękitnych, dużych oczach bez słowa usiadła w kącie łóżka, które wybrała jako swoje. Wpatrywała sie pełnym dezaprobaty wzrokiem w swoją współlokatorkę, starając się uporządkować myśli. Ta dziewucha i jej kretyński bunt denerwowały ją i nie pozwalały się skupić. Zerwała z rudych, poplątanych włosów wstążkę, oplotła ją wokół drobnych palców lewej ręki zaciskając najsilniej jak mogła, i w milczeniu obserwowała, jak ich kolor przechodzi z bladego w czerwony, a potem w siny. Po chwili puściła wstążkę, i przyglądała się śladom, jakie zostawiła na jej palcach. Ogarniała ją wściekłość.
Papierosa...
Boże, ile by dała za to, żeby poczuć teraz smak dymu w ustach, w krtani, w płucach... Ale papierosy zabrali jej tuż po tym, jak zamknęli ją w areszcie. Nie miała ich przez cały proces, nie miała ich w chwili gdy dowiedziała się, że jej matka nie przyjdzie jej pożegnać, ani też gdy żegnała się z ryczącymi wniebogłosy dziewczynkami. Phoebe chciało się palić... Bardzo. A to irytowało ją jeszcze bardziej. Powoli zaczęła zdawać sobie sprawę ze swojego położenia. Zamknięta w domu o wojskowym reżimie z jakąś wrzeszczącą idiotką, która na pewno wpędzi ją prędzej czy później w kłopoty. Nie będzie spokoju, nie będzie ciszy, nie będzie książek...
Znowu oplotła wstążkę wokół palców, aż poczuła w nich pulsowanie. Zamknęła oczy. Znów była na szmaragdowej łące, delikatna trawa błyszcząca kropelkami rosy pieściła jej stopy. niebo nad nią było błękitne, tak jak jej suknia i kryształ, który miała w ręce. Gdzieś przed nią stado białych jak śnieg koni urządzało swoje harce. Jeden z nich wykrzykiwał przekleństwa piskliwym głosem...
Phoebe otworzyła oczy, ściekła. Ta dziewucha ze swoim piskiem wkradła sie aż do JEJ świata... Spokój! Chce spokoju... czy to aż tak wiele?!
- Zamknij się wreszcie! - rzuciła w kierunku współlokatorki.

Nevdring 26-03-2007 20:19

Isandil

- No i czego szczerzysz zęby, kretynie?! – wykrzyknął z frustracją młody chłopak wkraczający w męski świat.
Ów jegomość do którego skierowane były słowa zarechotał głośno i oddalił się za swymi towarzyszami ignorując zaczepkę.
Zaklął pod nosem i bezsilnie opuścił ręce patrząc na zabłocone ubranie.
- Dlaczego ja?! Zawsze ktoś musi się do mnie przyczepić, banda idiotów – monologował cicho gdy grupka się oddaliła. Stał samotnie pośrodku wąskiej uliczki z książkami walającymi się w nieładzie, tuż przy kałuży. Zebrał je wszystkie otrzepując na ile się dało i chowając do płóciennego worka.
Zebrawszy się w sobie otarł krańcem dłoni piach z ust i ruszył w kierunku placu Tesala.
Puszczając mimo uszu złośliwe uwagi studentów, siadł na marmurowym brzegu niewielkiej fontanny, próbując doprowadzić stan swego ubioru do jako takiego ładu – przecież nie wejdę tak na zajęcia, znów mnie wyśmieją – pomyślał zrezygnowany, desperacko usiłując zmyć błoto z twarzy i tuniki.
Po kwadransie stwierdził, iż nie osiągnie lepszego rezultatu, więc udał się zatłoczoną ulicą do majestatycznego gmachu akademii.
Wiedział, że jest spóźniony, ale nie miał wyjścia – był dzień zaliczenia. Pokonawszy długie schody puścił się biegiem szerokimi korytarzami uniwersytetu.
- Sala numer siedem, gdzie to było do diaska – mamrotał spoglądając na rozmazany plan zajęć. Stanąwszy wreszcie przy odpowiednich drzwiach, poświęcił kilkanaście sekund na wyeliminowanie rumieńców. Odetchnął głęboko, nacisnął klamkę i wszedł do środka.
-... macie dokładnie jedną godzinę na wszystkie odpowiedzi. Życzę powodzenia – zakomunikował stary, siwobrody profesor obserwując liczną grupkę zasiadających w drewnianych ławach studentów.
- Isandil, jak miło że przyszedłeś. Czyżbyś chciał napisać test? – zapytał z nutą ironii w głosie. Chłopak nieco zdezorientowany pokiwał tylko głową i za gestem profesora siadł w drugiej ławce, pod oknem.
Po chwili otrzymał kartę z zadaniami i wziął się do przeglądania pytań.

Zadanie pierwsze:
Wyjaśnij co miał na myśli Protesanus w swym dziele pt. „Ludzie, zwierzęta i myśl transcendentalna”.

Zadanie drugie:
Omów znaczenie koabitacji w odniesieniu do rządów oligarchicznych i głosu ludu w upadłej Cranetii.


Zadanie trzecie:
Podaj własną interpretację sformułowania – „Tylko przez skrupulatne wypełnianie swej roli, można osiągnąć wolność”.


Isandil oparł bezradnie głowę na rękach – co to jest?! Przecież tego miało nie być...
Jeszcze raz zapoznał się z treścią zadań i sięgnął po przybory do pisania. Westchnąwszy cicho rozejrzał się po sali – oczywiście wszyscy są przygotowani, a te idiotyczne pytania zna każdy kretyn – gryzł się w duchu.
Szybko napisał kilka linijek na dwa pierwsze zadania, nie łudząc się nawet co do ich wartości i przeszedł do trzeciego, które wydało mu się najznośniejsze. Co chwilę kreślił i poprawiał tekst, brudząc dłonie obficie granatowym atramentem, lecz gdy nauczyciel oznajmił kres egzaminu - udało mu się skończyć.
Wstał jako jeden z ostatnich i położył arkusz na stercie innych nie napotykając zaczytanego, starczego wzroku.

Opuściwszy salę, ruszył szybkim krokiem z powrotem do miasta chcąc uniknąć spotkania „kolegów” z klasy – zbyt wiele już dziś od nich wycierpiał. Znalazłszy się na rynku przysłonił dłonią oczy przed nieznośnymi promieniami słońca i rzucił okiem w kierunku zachodniej baszty, strzegącej jednego z dwóch wejść do miasta. Ruszył ku niej poirytowany, gdyż jak zwykle po południu na ulicach panował nieznośny tłok. Gdy wreszcie znalazł się po drugiej stronie skręcił w prawo i udał się do starego, zapuszczonego budynku. Przed wejściem zaczepił go jakiś żebrak wznosząc do góry ręce i czepiając się jego nogi. Po krótkiej szamotaninie odskoczył od niego ze wstrętem i wszedł do środka.
- Witaj słodki domu – rzucił oglądając żałośnie urządzone wnętrze. Większość rezydentów była jeszcze w szkole lub grała za budynkiem w Keo, skąd dobiegały podekscytowane głosy. Ignorując ciekawskie spojrzenie stróża, wdrapał się po krętych schodach na górę i odsunął złamaną szafkę spod swoich drzwi.
Pchnął je, lecz jak zwykle się zacięły i musiał użyć nie lada sił aby wejść do środka. Izba jego składała się z niewielkiego biurka zarzuconego rozmaitymi papierami, stołka o trzech nogach z podkładką i wiszącego na hakach posłania. Rzucił swój tobołek na nie i wyjrzał przez okno: że im się chce latać za tym dyskiem, banda kretynów – pomyślał spoglądając na grających młodzieńców i zamknął trzeszczące okiennice.
Legł zmęczony na swe „łóżko” i chwilę podrzemał. Niebawem jednak otworzył oczy czując głód, ale wiedział, iż zaraz stołówka wypełni się po brzegi rozkrzykanymi idiotami - wolał poczekać jeszcze kilka godzin.
Sięgnął po pierwszy z brzegu podręcznik opatrzony dumnym napisem „Podstawy alchemii, Tom pierwszy” i otworzył byle gdzie.
- Co za bzdury, jak oni mogą wierzyć w te głupstwa – wymamrotał po kwadransie lektury poirytowany.
Zwlekł się z posłania i siadł przed biurkiem ostrożnie, nie chcąc przewalić się po raz kolejny. Z dolnej szuflady wyciągnął niewielki tomik z ledwo widoczną nazwą „Moc i jej geneza”. Uśmiechnął się nieznacznie do siebie. Gdyby ktoś odnalazł u niego taką rzecz, mógłby na stałe wylądować w uniwersytecie – ale głęboko pod nim, w miejskich lochach. Nie raz zastanawiał się, co za imbecyl je tam umieścił, ale dał sobie z tym spokój – dociekanie nie miało sensu.
Pogrążony w lekturze nie zauważał upływu czasu, wyprzedzając myślą dobrze znaną treść. Nagle poczuł, że dłużej nie wytrzyma – puścił się przez zatłoczony korytarz roztrącając gawędzących przed pokojami studentów i ruszył w dół, po schodach.
- Patrz jak leziesz, łajzo! – krzyknął ktoś za nim, ale go zignorował mając na uwadze tylko jedno – wychodek.
Dopadłszy go...oddalmy się nieco na ten czas. Godzinę później zwrócił się do jedynej osoby którą darzył sympatią w tym mieście – starej kucharki, mocno zaokrąglonej i wesołej.
- Witaj paniczu, życzyłbyś sobie którąś z mych potraw? – zapytała uśmiechając się na jego widok. Choćby był w najpodlejszym stanie, gruba Nare zawsze potrafiła go rozśmieszyć samym swym jestestwem.
- Byłbym zobowiązany, szlachetna pani – z uśmiechem odpowiedział jej głosem poważnym, co przeczyło jego postawie. Przeszło od roku tak się porozumiewali – widać sprawia jej radość komunikowanie się z kimś, kto nie jest totalnym idiotą – konkludował dnia pewnego obserwując chaotyczną „dyskusję” na dziedzińcu.
Dziękując serdecznie wrócił z kawałkiem pieczonego świniaka i odrobiną chleba do swego pokoju. Wiedział, że nie powinien tak robić, ale znów nie mógł się oprzeć pokusie – rozłożony niczym książę na swym wielkim łożu, postawił jadło na stołku i zabrał się do konsumpcji. Od dłuższego czasu był niemal pewien, że po zjedzeniu czegoś przed spoczynkiem ma bardziej intensywne sny, a te ubóstwiał nad wyraz. Intuicja nie zawiodła go i tym razem – śnił o wielkim oceanie pogrążonym w ciszy zdającej się być wszystkim i wszędzie. Swobodnie unosił się na jego bezmiarze otoczony ze wszech stron kojącym błękitem, a myśli jego nie mogąc znaleźć oparcia na rzeczach prozaicznych wznosiły się ku nieskończoności...



***



Brenna Jingels:

Nieoczekiwanie dziewczyna odwróciła się do ciebie. Jej oblicze nadal było spokojne, lecz z błękitnych oczu popłynęły łzy. Nie płakała – słone krople po prostu zaznaczały swe istnienie na bladych policzkach i zbierając się na brodzie, opadały plamiąc rozdartą, skąpą bluzkę. Mary nie należała do osób powszechnie uznawanych za urodziwe. Była straszliwe wręcz chuda, nieco zbyt wysoka jak na kobietę, jednakże coś w jej postawie, spojrzeniu, ruchu wąskich ust, gdy odezwała się cichym głosem – przykuwało uwagę.
- Zabiłam go – beznamiętny ton, nieznaczne poruszenie smukłych, zakrytych wąskim materiałem nóg. – Słyszałam jak charczy...patrzyłam jak osuwa się na podłogę – ociera grzbietem dłoni kolejne dowody wewnętrznego cierpienia.
- Dlaczego on chciał to...zrobić? – wargi jej zadrżały i nagle, jak gdyby coś pękło w młodej duszy podbiegła do ciebie zarzucając posiniaczone ręce na szyję.
- Dlaczego, dlaczego... – powtarzała tylko, a jej kruchym ciałem począł wstrząsać urywany szloch.


Roger John Carlston:

- Co ty możesz wiedzieć?! odkrzyknął zrywając się na pulchne nogi.Nie wiesz co to jest za miejsce?! Tu...Stąd się nie wraca! – toczy przerażonym spojrzeniem po pokoju. Bierze kilka głębszych oddechów, widać że próbuje nad sobą zapanować. Odsuwa niewielkie krzesło sadowiąc nań fałdy tłuszczu.
- Słyszałem, że przed wojną był to zwykły internat. Sama elita. Wiesz, bogate dzieciaki z dobrych rodzin, nie to co my – mówi zapatrzony w ciebie. – Ale to się zmieniło. W czasie wojny zaginął tu jeden chłopak, syn jakiegoś lorda czy coś w tym stylu – ścisza głos lękliwie popatrując na głośnik.
Była wielka afera, szkołę zamknięto na ponad dwa lata. Na wniosek ojca zaginionego Scotland Yard miał przysłać jakiegoś ważniaka – ale nic nie znaleziono. Żadnego śladu, nikt nic nie widział. Gość jak zniknął, tak się nie pojawił! – wstaje, na nowo poddając się nerwom
- Przyjaciółmi mówisz? Ja nie mam przyjaciół...I tak wszyscy zginiemy!

Alice Forest:

Wyraz twarzy czarnowłosej małpy nie byłby bardziej zaskoczony, gdyby pluskwiak ze szpary pod szafą przemówił ludzkim głosem. Pomiarkowała się jednak i uciekła szybko wzrokiem od twej osoby. Siadła na drugim łóżku zakładając jedną zgrabną nogę na drugą, oceniając przy tym równo poskładane, szare ubranie. Negatywne emocje jedynie sprawiały, iż jej szlachetne rysy nabierały kuszącej drapieżności.
- Przepraszam... – drżenie z jakim to powiedziała wskazywało, że nie często zdarzały jej się podobne sytuacje. – To wszystko mnie przytłacza – ciągnie głosem zdradzającym batalię wewnętrzną.
Nieświadomie odrzuca proste kosmyki za szyję. – Chcąc czy nie...jesteśmy na siebie skazane. Cały rok, mój boże... – wydaje z siebie ciche westchnienie.


Phoebe Vanmare:

- Sama się zamknij, idiotko! Myślisz, że mi się tu podoba? Pieprzony zakład z bandą debili – wyrzuca z siebie zachrypniętym głosem. Ciemne, bardzo krótkie włosy tylko na chwilę uginają się pod nerwowym ruchem dłoni. Nieustannie przemierza te kilka metrów swoistej celi i nagle uśmiecha się irracjonalnie w owej sytuacji. Siada nieopodal ciebie i już normalnie rzecze: - Taka już jestem, nie przejmuj się. Za byle co od razu wysyłają człowieka nie wiadomo gdzie i to na cały rok! – przewraca teatralnie oczami. – No, chyba nie jesteś na mnie zła, co? – pyta, konfidencjonalnie umieszczając dłoń na twojej nodze.
- Chrzanić to. Widziałam kilku przystojniaków na korytarzu, może nie będzie tak źle? – mruga figlarnie zielonym okiem.
- Henry pewnie nie byłby pocieszony...ale to nie on tu siedzi, mam rację? – chichocze, prawie nie zwracając na ciebie uwagi. – Oj, oj, a co to za paskudztwo? – wskazuje na przydzieloną odzież – że niby mamy w tym ciągle chodzić? – podpiera kobiece atuty rękami, zanosząc się śmiechem.


Kilka minut po godzinie 14:00 głośniki w pokojach zatrzeszczały i odległy, męski głos zakomunikował:

Wszyscy osadzeni mają przebrać się w regulaminowe ubranie, a stare rzeczy wrzucić do pojemnika na korytarzu. Odstępstwa zostaną surowo ukarane. Strażnicy odprowadzą was do stołówki, gdzie zostaniecie dokładnie poinformowani o życiu w ośrodku.

Następuje długi, przeciągły pisk i głos zanika.

Geisha 26-03-2007 21:39

Phoebe Vanmare

- Nie jestem zła.
Phoebe patrzyła na współlokatorkę z litością. Biedna dziewczyna, przestraszona bardziej niż ona sama, próbująca zatuszować swój strach lawiną przekleństw, ukryć pod płaszczykiem zbyt wyeksponowanej pewności siebie... taką ją teraz widziała. Jak wściekłe zwierzątko, zapędzone w pułapkę, próbuje odstraszyć wroga parskaniem i prychaniem. Oczywiście na nic to się nie zda, drapieżnik i tak pożre swoją ofiarę.
- Zapaliłabym... - powiedziała Phoebe, ni to do siebie, ni do Ashley.
Zeskoczyła z łóżka i podeszła do okna. Przez grubą szybę niewiele było widać, rozmazane kontury drzew, jakiś gospodarczy budynek w oddali... równie ponure jak wnętrze pokoju, w którym teraz była. Jakże inne od zielonych łąk i złotych pól JEJ świata... zatęskniła za nimi. Ale tu nie czas i nie miejsce. Westchnęła ciężko i oplotła wstążkę wokół kciuka.

Monolog Ashley przerwał na moment dźwięk komunikatora. Phoebe znienawidziła go od razu. Był dla niej symbolem tego, czego nie cierpiała - przymusu. Twardego rozkazu wyrywającego ją z jej marzeń. Zardzewiałym ostrzem przerywającym jej spokój. Wrogiem...

Phoebe owinęła wstążkę wokół palca ostatni raz, po czym wplotła ją we włosy, starając się rozczesać je przy okazji palcami. Grzebienia też nie było.
Ubranie było szorstkie i sztywne od krochmalu, śmierdziało jakimś odkażającym środkiem i naftaliną. Drażnił ja każdy szew, a na jednym z rękawów miała zaszytą niestarannie dziurę. Ubierała sie w milczeniu prawie nie zwracając uwagi na wywody Ashley. Zaczynała się do nich przyzwyczajać, zwłaszcza, ze ich autorka najwyraźniej nie wymagała, aby ktoś jej słuchał. To był dobry znak.

Wyszły na korytarz i udały się w stronę stołówki. Wiedziały, gdzie to jest, wystarczyło iść za ponurym korowodem dziewcząt i chłopców, ubranych w jednakowo smętne stroje i spoglądających na siebie spode łba. Pod ścianami stali strażnicy a ich spojrzenia były równie nieprzyjazne, co znudzone. Phoebe kojarzyli sie z posągami stojącymi w korytarzu jakiejś mrocznej świątyni. Jeden z chłopców idący obok niej popchnął w pewnym momencie drugiego mamrocząc coś pod nosem, i nieruchomy posąg strażnika poruszył się, właśnie w momencie, gdy Phoebe go mijała. Usłyszała za sobą plaśnięcie i krótki krzyk, ktoś ciekawski zatrzymał się, ktoś coś szepnął, ktoś krzyknął, Ashley odwróciła sie i zwolniła kroku, starając się dostrzec cokolwiek, ale to zamieszanie nie zainteresowało Phoebe. Z resztą, ostry okrzyk "Spokój!" zaraz przywrócił porządek.

Na stołówce zajęła miejsce w najciemniejszym kącie, jaki mogła znaleźć, przy pustym stoliku, jak najdalej od innych, nie interesując się, czy jej współlokatorka idzie za nią. Ale nie łudziła się, że miejsca obok niej zostaną puste. Szybko sie zapełniły.

Tahu-tahu 27-03-2007 09:04

Brenna wyznanie współlokatorki powitała cichym, prawie niedosłyszalnym westchnieniem. Cóż... to by było na tyle jeśli chodzi o bycie zostawioną w spokoju.
Mimo, że potrzebowała czasu na ułożenie w głowie skrawków wspomnień i powrót do równowagi - była też 'starszą siostrą'. Przez lata życia w domku na wrzosowiskach zachowania takie jak przytulanie, poklepywanie po pleckach, wycieranie osmarkanych nosów i zakrwawionych kolan stały się dla niej odruchami. Ta tutaj - Mary - przywodziła zresztą na myśl Brennie małą Allison, która wróciła do domu z płaczym po tym jak stary Toby zaglądał jej pod spódnicę koło gospody... no cóż, wtedy załatwić tą sprawę poszedł Tatko. I Lubieżnego Tobiasza nie widziano później przynajmniej przez kilka miesięcy. Biedna mała. Nie dość, że napastnik był chyba bardziej natarczywy - to jeszcze nie było żadnego Tatka do pomocy

Odrzucenie od siebie myśli kołujących wokół momentu aresztowania tym razem było łatwiejsze - ramiona Brenny objęły szlochającą Mary.
- Nie płacz. Dobrze zrobiłaś. Gdyby nie to, kto wie ile jeszcze dziewcząt - może nawet dzieci - skrzywdziłby. Wiem, nigdy o tym nie zapomnisz - ale postaraj się myśleć o tym jako przysłudze dla ludzkości. Z czasem wspomnienia zblakną...

Trzaski płynące z głośnika zastały je wciąż objęte, siedzące w ciszy na łóżku. Mary pomału uspokajała się, Brenna zaś całą siłę woli przeznaczyła na powrót do rzeczywistości. Tu jednak nie będę miała zbyt wielu chwil na spokojne rozmyślania. - paradoksalnie zamieszkanie ze słabszą koleżanką postawiło dziewczynę nogi - jeśli oczywiście można używać tej przenośni w odniesieniu do stanu umysłu. Nadal potrzebowała czasu na ułożenie sobie wspomnień we właściwych miejscach - ale postanowiła znaleźć go przed zaśnięciem, codziennie nie więcej niż godzinę. Stworzenie sobie zasad i trzymanie się ich może być jedyną szansą na zachowanie zdrowych zmysłów... - ta ironiczna myśl o własnym losie była oznaką powrotu do formy.

Brenna wstała - podniosła również Mary. Trzymając ją za ramiona i patrząc w oczy powiedziała dobitnie:
- Nie jesteśmy na pensji dla panienek - ani na pikniku. To obóz karny i musisz trzymać fason. Wytrzyj twarz, przebierz się, wyprostuj - i idziemy na stołówkę. Będziemy trzymać się razem - ale pamiętaj, nie daj nikomu poznać swojej słabości. Jeśli raz to zauważą - po tobie. - mówiąc to zaczęła się już przebierać w przygotowane ubranie - Nie musisz odzywać się do nikogo, ale jak ktoś cię zaczepi - odszczekaj się. Z twarzy zetrzyj oprócz łez wszystkie oznaki emocji, na początek powinno wystarczyć. Jeśli ktoś będzie na Ciebie patrzyć - wytrzymaj spojrzenie. W żadnym wypadku nie wolno Ci się wycofywać
Po skończeniu tej przemowy Brenna była już gotowa do wyjścia - czekała jeszcze na Mary, która lekko trzęsącymi się rękami zapinała koszulę. Wyraz jej twarzy nie wróżył najlepiej...
- Posłuchaj. Ja ci zawsze pomogę, możesz mi wszystko powiedzieć - ale tam - wskazała na zamknięte jeszcze drzwi - tam masz być twarda do cholery!
Tego, czego nie sprawiły tłumaczenia dokonał podniesiony głos o rozkaującym tonie. Kiedy w pół minuty później drzwi otworzył tłusty strażnik - zastał dwie gotowe do wyjścia dziewczyny o nienagannym ubiorze i twarzach bez wyrazu. Gdyby był bystrym obserwatorem - a nie był - zauważyłby zaczerwienione jeszcze lekko oczy jednej z nich. Ta cała dzieciarnia jednak obchodziła go mniej niż końskie gówno na dziedzińcu.

W drodze na stołówkę Brenna dokładnie obserwowała współosadzonych - co za banda dzieciaków. Przepychali się między sobą, pluli na boki, dziewczyny wypinały co tam miały pod mundurkami sprowokowane do tego przez tłoczących się w korytarzach wyrostków... Na pierwszy rzut oka - ordynarna banda kretynów. Nie można jednak zapomnieć, że za coś tu się znaleźli

Jakby w odpowiedzi na tą jej myśl - korzystając z nieuwagi strażnika - podszedł do nich wysoki, pryszczaty chłopak o tępym wyrazie wodnistych oczu. Jego ręka zacisnęła się na ramieniu Mary
- Co lalka, gdzie mieszkasz? Elegancki ciuszek... - jego spojrzenie zatrzymało się trochę poniżej obojczyka dziewczyny.
Brenna zareagowała błyskawicznie - jej dłoń powędrowała do przetłuszczonych włosów intruza, żeby mocnym pociągnięciem za nie zmusić go do zwrócenia wzroku na siebie. Później poradziłaby już sobie z łatwością...
okazało się to całkiem zbędne.
Włosów wyrostka nie było już tam, gdzie sięgnęła - nad skulonym wpół chłopakiem pochylała się Mary, kończąc dobitnym szeptem jakąś groźbę. Do Brenny dotarło tylko słowo 'ścisnę'...

W chwile później były już wmieszane w tłum tłoczący się w drzwiach stołówki.
- Miałaś rację. Po tym, co zrobiłam nie boję się tych dzieciaków.
Brenna ze zdumieniem stwierdziła, że zamiast podopiecznej ma w Mary partnerkę.

Ramię w ramię przeszły stołówkową salę, rozglądając się na boki w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. Siadły w odosobnionym kącie sali, obok ładnej, piegowatej dziewczyny która wyglądała na spokojną.

Mira 27-03-2007 11:09

Alice usiadła na łóżku, przy którym stała. Tymczasem jej współlokatorka jakby od niechcenia z dozą obrzydzenia zaczęła oglądać nowe fatałaszki, leżące na drugim posłaniu. Podział łóżek dokonał się zatem samoistnie, co „czarna owca” Forestów przyjęła z zadowoleniem. Na razie były partnerkami... Alice wiedziała jednak, że ten stan może się szybko odmienić, kiedy Kate znajdzie sobie grupę, której będzie w przewodzić. Zasady tworzenia takiej „paczki” zapewne nie różniły się tu bardziej niż w londyńskiej szkole dla panien z dobrego domu. Potrzebny był kozioł ofiarny i wróg publiczny, z którym grupa mogłaby walczyć i przeciw któremu jednoczyć się.

„ No nic, pożyjemy – zobaczymy. Opinię w każdym razie już mam. Jestem złaaa... i dobrze mi z tym.”

Przez chwilę dziewczyna poczuła uścisk w piersi. Chciała mieć kogoś, z kim mogłaby zażartować w ten sposób, kogoś kto by jej odpowiedział równie głupią i pozbawioną sensu odzywką...

„ Mam przecież Kaia, on znów przyjdzie do mnie we śnie.”

Ta myśl nie uspokoiła jej zupełnie, gdzieś w głębi jakiś piskliwy głosik małej, wystraszonej dziewczynki krzyknął: Oszukujesz mnie!
Twarz Alice stężała, kiedy po raz kolejny odsunęła od siebie falę uczuć, które chciały ją zalać. Wiedziała, że ta woda jest dla niej zbyt głęboka, że nie da rady jej sprostać i może utonąć.
Chcąc uciec od rozważań tego typu, rezolutnie podniosła się ze swego posłania, czym spowodowała gwałtowny „odskok” Kate. Dziewczyna nie zważała jednak na nią uwagi i zajęła się przebieraniem w nowe ubranie. Kiedy otworzyła drzwi, żeby włożyć dawne rzeczy do pojemnika – jak kazano, ujrzała pochód młodych ludzi, ubranych podobnie jak ona w szare, bezosobowe kostiumy. Strażnik stojący przy drzwiach spojrzał na nią nieprzyjaźnie.
- A ty co gwiazda, na specjalne zaproszenie czekasz? Szuraj na stołówkę!
Alice obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem, wszak w komunikacie mówiono, iż to właśnie strażnicy ich odprowadzą, no ale...
Nie oglądając się nawet na Kate, która dalej przeżywała konieczność włożenia „tego czegoś”, ruszyła za pochodem.

Zatrzymała się przy drzwiach pomieszczenia, oceniając badawczym wzrokiem sytuację. Tłum i hałas działały jej na nerwy, ale już po pierwszym rzucie oka wiedziała, że nie ma co liczyć na luksus zaszycia się samotnie gdzieś w kącie. Wzdychając ciężko ruszyła w stronę najbardziej oddalonego stolika. Stało przy nim sześć krzeseł, z czego połowa była zajęta przez jakieś niepozorne dziewczyny.

„ Piękności, które lubią się prezentować, raczej nie wybierają stolików na końcu sali, więc może nie będzie tak źle...”

Podchodząc do upatrzonego miejsca Alice zawahała się. Nie miała ochoty na prowadzenie konwersacji, ale coś jednak powiedzieć wypadało. Siadając na jednym z krzeseł, rzuciła burkliwie:

- Cześć, jestem Alice.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 06:53.

Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169