Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-04-2007, 16:31   #1
Banned
 
Reputacja: 0 Arango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodze
[Dzikie Pola] Sto kamieni w głowie

Wiosna roku pańskiego 1613 jeszcze w pełni nie rozkwitła, a już zdawała się zapowiadać piękny rok. Miesiąc marzec zazwyczaj kapryśny i zmienny głosił zda się Bożą chwałę wspaniałym słońcem i pięknem kwiecia okrywającego drzewa.

Żołnierze chorągwi ciągnącej jednak leśnym duktem zdawali się tego nie dostrzegać. Widać było, że ze srogiej wojny wracają, bo wychudzeni byli, a konie mimo iż świeżą trawę skubać mogły też najlepiej nie wyglądały, a zszerszeniała po zimie sierść nie odzyskała jeszcze blasku. Nawet trzymana przez chorążego czarno-czerwona chorągiew zwieszała zda się omdlała w bezwietrznej pogodzie.

Na czele jechał mąż okazały lat około 40 z sutym, ale szpakowatym wąsem szczupły, ale żylasty, obok zaś jego przeciwieństwo zda się, mimo że latach byli zbliżeni. ten z kolei rumiany i korpuletny gadał zda się bez ustanku mimo, iż towarzysz jego w dyskursie głosu nie zabierał.

Ciągnący za nimi jezdzcy zda się bez ładu i składu tworzyli istną mozaikę typów narodowości, ubioru. Mignął kozacki osełedec, obok Tatar czy Lipek rozglądał się bacznie skośnymi oczyma odmawiając jednocześnie wina częstującemu go panu bratu z podgolonym jak nakazywała ostatnio moda czubem.

Mimo iż było ich ponad pół setki ciągneli cicho, słyszeć się zdało tylko gadaninę szlachcica na przedzie, tu i ówdzie brzęknęła szabla, czy końska podkowa zgrzytnęła na kamieniu.

Moderunek , chorągiew i brak prawie półpancerzy wskazywały jasno iż jezdzcy ci służyć musieli w wojsku pułkownika Lisowskiego, infamisa i banity, co jednak ten lekce to sobie ważył, jako że na wojnie od lat bywając, Ojczyznie służąc i kilka tysięcy szabel mając ciągle przy sobie, o wyroki ani dbał, ani się nimi przejmował.

Słońce południa dochodziło, gdy las skończył się a oczom ich ukazała się miejscowość chałup kilkadziesiąt licząca, porządnie zbudowana, widać że gospodarzył tu lud dbały i o porządek dbający.
- Mości Dydyński ! - zakrzyknął pan rotmistrz Pobidziński, ów szlachcic dotąd milczący.
- Twoje to okolice. Czyje to misteczko i jak się zwie. ?
Wojak, który podjechał był prawie olbrzymem. Choć młody, trzeciego krzyżyka jeszcze nie noszący to widać było, że posłuch mieć u ludzi musi.
- Sańsk panie rotmistrzu. Pana Bełzeckiego to wieś, przez arian zamieszkała, tutaj nurkami zwanymi. Pan Bełzecki przyjacielem pana wojewody Mniszcha jest, cośmy za jego córkę Marynę gdy carycą została krew przelewali. I spaśli się, a zbogacili - dodał z dwuznaczną miną patrząc na zbiedzoną kompanię.
Pobidziński odmruknął coś jeno i chorągiew wjechała między zabudowania. Jezdzcy rozproszyli się, na ryneczku pozostali jedynie rotmistrz, pan Twarowski, ów szlachcic tęgawy i pan Dydyński.
Wkrótce zaczeli się żołnierze zbiegać z powrotem.
- Panie rotmistrzu uszli wszyscy, ni żywego ducha nie ma, konia jednego znalezliśmy. Spyża jest, ale uszli heretycy wszyscy.
Pobidziński nie wyglądał na zafrasowanego.
- No to zażyjemy gościny nie proszeni. Kwatery zająć, konie oporządzić, straże wystawić, strawę przygotować. Mości Twarowski pozwól ze mną na kwaterę.

Towarzystwo nawykłe do rozkazów zajęło się sprawnie wykonywaniem poleceń. Wkrótce zadymiły kominy Sańska i zapłonęły ogniska na rynku, a miasteczko wypełniło się gwarem żołnierskim...

Lisowczycy w Sańsku
 

Ostatnio edytowane przez Arango : 24-04-2007 o 22:12.
Arango jest offline  
Stary 25-04-2007, 10:33   #2
 
mataichi's Avatar
 
Reputacja: 251 mataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie coś
Jan Czetkowski

Był jednym z ostatnich lisowczyków jacy wjechali do Sańska. Na minie jego jak zwykle gościł ponury wyraz twarzy. Podróżowali od dłuższego czasu bez wiekszego odpoczynku nie bacząc na wyczerpanie i stosunkowo niskie morale żołnierzy. Wioska zdawała się być wybawieniem dla oddziału. Jan wraz z kilkoma ludzi zajął niewielki budynek przygotowując jednoczesnie kolacje z zapasów należących do zbiegłych mieszkańców Sańska.

Cisza była uderzająca, wszyscy wydawali się być zmęczeni drogą i dręczącymi wspomnieniami z ostatnich kilku lat służby. Każdy bez słowa zajmował się wykonywaniem swoich obowiązków. Dopiero gdy rozeszła się wieśc o znacznych zapasach miodu jakie zgromadzili właściciele miejscowej karczmy humory zaczęły sie wszystkim poprawiać zamieniając na powrót odział "trupów" w wesołą roześmianą gromadę. Janowi nie było do śmiechu okazało się że to własnie on będzie stał tej nocy na straży. Nie miał najmniejszej ochoty na wykonanie tego rozkazu ale dzęki temu mógł chociaż pobyć w spokoju. Nie chciał pić wraz z innymi, miał bowiem słabą głowe i zazwyczaj jako pierwszy padał pod stół co wielokrotnie stawało się obiektem kpin reszty oddziału a Jan szczególnie był drażliwy na tym punkcie.

Straż przyszło mu sprawować z niejakim Bogdanem Łęckim o którym wiedział stosunkowo niewiele i nie miał zamiaru poszerzać swojej wiedzy co niestety było przeciwnieństwem zamierzeń współtowarzysza. Ten męczył go nudnymi opowieściami które Jan słyszał już w wielu wersjach i wątpił aby choc jedna z nich była tą prawdziwą. Z upływem czasu natręt zamilkł widząc obojetność ze strony drugiego strażnika. Godziny mijały, jedyne co dało sie słyszeć to śmiech i śpiewy kamratów, jednak i one z czasem ucichły. Jan wpatrywał się w czarne jak smoła niebo starajac sie ze wszystkich sił nie zasnąć. W końcu został zluzowany przez druga zmianę. Pierwszy raz odkąd zjwili się w Sańsku odetchnąl z ulgą. Udał sie wolnym krokiem w stronę swojej kwater z zamiarem napicia się i wypoczynku którego tak bardzo mu brakowało...
 
mataichi jest offline  
Stary 25-04-2007, 13:34   #3
 
Junior's Avatar
 
Reputacja: 339 Junior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skał
Jazda konna bywa niesamowicie przyjemna. Zwłaszcza w piękną pogodę, która słońce ochoczo zagląda w twarz, a wiatr łagodnie muska skronie. W koło spokój, cisza. Sielsko... Jazda konna bywa naprawdę przyjemna, zwłaszcza dla osoby obytej w siodle. Bywa przyjemna jeden dzień, drugi, trzeci. Czwartego dnia w siodle powoli robi się nużąca, a wraz z kolejnymi zwyczajnie męcząca.

Mateusz był już wyraźnie zmęczony. Tak jak i siwek, którego dosiadał, wyraźnie odczuwał kilometry które przebył. Ruchy nie były już tak wypracowane, a sylwetka jeźdźca zdradzała rozprężenie i może nawet znużenie. Ale czemu się dziwić? Rodzinne strony pozostały gdzieś daleko za plecami. Z przodu li tylko niepewność i rozliczne wątpliwości. I ciągłe pytania. Czy podjął aby dobrą decyzję? Czy tu znajdzie schronienie? Czy na tych ziemiach się odnajdzie? Dokąd zmierza? I czemu Pani Anna została hen daleko?

Siwek parsknął. Mateusz wyprężył się pomny nauki że zmysły jego towarzysza nieraz były bardziej wyczulone. A ziemie te nijak bezpiecznymi nie mogą sie zowieć. Dym? Wyprostował się w strzemionach, lecz niczego nie widząc ruszył naprzód.

Nie minęło parę chwil kiedy jego oczom ukazały się zabudowania. A gdzie dom tam i ogień, a gdzie ogień tam i strawa – podjął prosty dialog z pustym żołądkiem, który nagle przypomniał o sobie. Siwek też ruszył chętniej, może imaginując sobie świeże siano.

Wieś zdawała się jakaś dziwna. Kilka spojrzeń rozwiało pierwsze wątpliwości. Na placu rozbiła się obozem jaka chorągiew. Jakiego lekkiego autoramentu, choć bez dwu zdań „nasi”. Nie była to dobra wiadomość, lecz od razu nie musiała zmiankować żadnej obawy. Mateusz zachowując baczenie ruszył ku centrum, a jechał tak by każdy mógł go uwidzieć. Nie minęło parę chwil, jak straże co musiały śledzić go wzrokiem chwil parę, ruszyły w jego stronę...

Mężczyzna popuścił wodze, tak obracając konia by stanął bokiem. Siwek zatrzymał się posłusznie w miejscu prezentując tak siebie jak i swego jeźdźca. Na koniu siedział szlachcic średniego wzrostu i postury dalekiej od jakiego mocarza. Młodego jeszcze wieku, o przyjemnym obliczu. Twarz jego była ogorzała i nie nosiła licznych żołnierskich znaków. Jeździec ubrany był w najzwyklejszy szarawy żupan, teraz wygodnie rozciągnięty. U boku zaś nosił szablę w brązowym odzieniu, zdobionym w niewyszukany sposób. Ostrze dla wprawnego oka zdradzało wschodnie swe korzenie. Mateusz podniósł wzrok w stronę zmierzających ku niemu i ozwał się:
– Pochwalony Waszmoście
 

Ostatnio edytowane przez Junior : 25-04-2007 o 15:30.
Junior jest offline  
Stary 26-04-2007, 15:39   #4
Banned
 
Reputacja: 0 Arango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodze
Sańsk - wioska arian. Zmierzch.

Patrząc na odchodzących oficerów Dydyński zasępił się. W końcu otrząsnął i nie tyle rozkazał co warknął :

- Jak koń jest to i właściciel gdzieś być musi. Ruszyć się, a żywo i znalezć... Kogo znajdziecie na kwaterę do rotmistrza.

Nie poświęcając więcej uwagi żołnierzom skierował się za Pobidzińskim i jego towarzyszem. Wkrótce na ich stole znalazły się pęta kiełbas dobrze wysuszonych, miska kaszy choć bez omasty, śliwek suszonych kwaterka i jabłek zeszłorocznych. Nie brakło i miodu dobrze syconego, a żołnierze na rynku zdążyli odbić już wieko od znalezionej beczki piwa.

Cała trójka podpiła już dobrze, gdy zamieszanie i hałas kazały im podnieść się od stołu i podejśc do okna. Na zewnątrz towarzystwo beczkę już widać opróżniwszy, siekierami rąbało węgieł najokazalszego budynku. Niesporo im jednak to szło, widać że stawiany był z wybranego dębu, dobrze wysuszonego, tak więc na razie szczapy tylko odłupywali.

- Igrców im się zachciało ? Każ no kochaneczku alarm otrąbić odechce się im w kolacji przeszkadzać.

Zwrócił się Pobidziński do Twarowskiego. Poczerwieniał na twarzy, widać już cholera go zaczęla chwytać, co też często po gorzałce albo i miodzie zdarzało.

- Niech rąbią. Zbór to heretycki to i uciecha dla Pana naszego będzie.

Odparł zapytany spokojnie pogryzając kawał kiełbasy i ani zamierzając wyjść.

-Panie rotmistrzu to gwałt.

Dydyński musiał być wzburzony skoro ośmielił się szarpnąć za ramię przełożonego. Kontynuował jednak jakby tego nie widząc.

- Gwałt panie rotmistrzu na swobodach naszych, co każdemu wiarę pozwalają wyznawać według własnego przekonania.

Twarowski popatrzył koso na młodzieńca i roześmiał się.

- Czego król nasz miłościwie panujący Sigismundus przykładem najlepszym. Podpisał pakty wolność wyznania gwarantujące bo musiał. Jezuitami się otacza i ich tylko słucha, na msze i po razy parę chętnie na dzień by chodził.O wojnę nie dba, odkąd go Moskwicini na tronie widzieć nie chcieli, pieniędzy na wojsko też nie łoży. No, ale może za to teraz alchemią się ulubioną w spokoju parać i powiadam wam, że od onych sztuczek puści z dymem Warszawę jako i Wawelu całego malo nie puścił.

Zaśmiał się powtórnie i sięgnął po kubek miodu ze stołu.


Dydyński zaczął coś zapalczywie tłumaczyć Pobidzińskiemu, a że ze łbów obu się już kurzyło pogrążyli się w kłótni o obiekcie sporu zapominając.


Nie wiedzieli, że zbór innego ma już obrońcę.

Pojawił się nie wiadomo skąd, pewnie wyszedł z chałupy którejś, choć przecież żołnierze każdą przepatrzyli. Szedł z początku niezauważony wśród blasku ognisk rozlicznych, w zapadającym zmierzchu.
Zmizerowany był bardziej nawet od lisowczyków, albo widać z niewoli niedawno wypuszczony, albo biedy znacznej ostatnio doznał. Człek musiał być niestary jeszcze, ale szpakowata czupryna i pobrużdżona twarz do trzech dziesiątek lat i czwartą dodawała.
Koszulę miał zwykłą lnianą, rozpiętą do pasa spodnie i buty kozackie jakby. Przy boku rapier długi zawieszony nosił, teraz zaś rękę lewą na rękojeści położył i jakby sprawdzał czy dobrze z pochwy wychodzi.
Roztrącił najbliższych i do rąbiących zbór podszedł.

- Zostawcie.

Głos miał stanowczy, kiedyś do komendy widać nawykły.

- A ty szto ? Jak diw z spod ziemi wyskoczył.

Rosły Kozak rozebrany do pasa odrzucił topór i zbliżył sie do przybyłego. Twarz miał okropnie francuską chorobą skażoną : nos i górna warga zniknęły nadając jego obliczu wyraz nieludzki.

- Dość napaliliście już, wystarczy.

Kozak popatrzył wokół jakby się przesłyszał.

- Bo szto ? Wy każecie pane rapierzysty?

- Tak. Bo ja każę.

I przymknął oczy jakby pewny był że go posłuchają, albo rozmowa go znudziła.
Żołnierze jak ich było ze trzydziestu wokół rykneli śmiechem. Drgały wąsy, drgała twarz beznosa Humanja - Kozaka. Wreszcie przestawszy się śmiać otarł oczy ręką.

- Ja ne łycar, to i pytać nie będę czy szlachcic, czy ciura. Mnie za jedno kogo pochowają. Stawaj.

I szablisko ogromne wydostał, a wokół zaraz koło się utworzyło.

Stanął ów obrońca zboru naprzeciwko ogromnego Kozaka, niechętnie jakby rekaw zakasał i rapier dziwaczny wydobył. Pomacał nogą wokół czy grunt równy, widać nie pierwszyzna mu to była.

Złożyli się raz i drugi, ostrza mogotały w blasku ognisk, przycięli, odskoczyli.

- No pane, widać, że ty człek wojenny, nie raz komuś łeb podgoliłeś. Ale nie dasz ty mi rady. Jak cię zwą, na krzyżu wyryją. Bo ja nie czytaty ni pisaty, mnie zarówno co tam stać będzie.

Humanj założył za ucho osełedec i natarł ponownie. Odbił przybysz cięcie Kozaka, "nyżkiem" go zajechał, a gdy ten na kolana padł za żywot rozpłatany rękami się trzymając niechętnie jakby ostrze na kark mu spuścił.
Potoczyla się głowa kozacza pomiędzy ognie zęby okrutnie szczerząc, teraz juz do ludzkiej zgola niepodobna.

Na chwilę zapadła cisza, potem towarzysze zabitego rzucili się na zabójcę. Ten zwijał się za trzech, ciosy odbijał, zastawiał, ale że zabijać juz widać nie chciał wkrótce zmogli go i wnet skrępowany klęczał przed gromadą.
Wystąpił jeden z lisowczyków.

- Ktoś Ty ? Gości takich nam nie potrzeba co głowy ścinają. Powiedz czyś szlachcic szablą zatniemy jak urodzonemu przystało. Inaczej jak cham od topora zginiesz.

Ten nie odrzekł nic. Pytający kontynuował.

- Krzyżyk na piersi nosisz, a heretyków bronisz, przeto katolik czy innowierca ? I jakie imię na grobie napisać ?

Zapytany dalej milczał. Szlachcic potoczył wzrokiem po obecnych.

- Po tym jak szablą robi zda mi się szlachcic, albo przynajmniej żołnierz dobry. Ale chyba on niespełna rozumu. Zna go ktoś ?

Cisza zapadła.

- No to bracie kładz głowę na pień, sprawiać Cię będziemy, a że dobrzy ludzie z nas, to uczciwie po szlachecku - szablą głowę utniemy. Pomodlić się nie chcesz ? Nie ? Jak uważasz.

Zadecydował szlachcic wznosząc szablę.

- Stój mości Czerwiecki. Ja go znam.

Ozwał się z tłumu głos...

Jan Czetkowski

Zwolniony przed zmierzchem ze służby powlókł się w stronę ognisk ku jadłu i napitkowi. Dalej tłum zabrał się za niszczenie zboru, ale jemu to i jedno było, spalą czy nie. Gwar jednak, a może raczej cisza jaka na chwilę zapadła zwabiła go w stronę gromady.
Ujrzał tu człowieka co bezwolnie zda się szedł na śmierć. Głowę położył na pniu, oczy zamknął i wydawało się, ze drzemie. Oblicze jego zdawało sie Janowi znajome. Popatrzył uważnie. Tak, nie mógł sie mylić. Widząc pana Czerwieckiego co już szablę nad skazanym wznosił, odrzucił kubek.

- Stój mości Czerwiecki. Ja go znam.

Mateusz Ankwicz

-
Pochwalony, ale czy dobry to się okaże.

Wartownik z bandoletem nie kwapił się do rozmowy. Lustrował tylko przybysza bacznie.
Drugi za to, szlachcic widać gadał jak najęty.

- Waszmość w gości do nas, czy do kogoś z miasta? Bo gospodarze wyjechali, już i martwić się zaczynamy i jutro pewnie szukać ich zaczniemy, czy aby w lesie nie pobłądzili. albo i zwierz ich nie napadł. Tacy my już o bliznich bojący się jesteśmy.

Parsknał śmiechem z własnego dowcipu.

- No, a może Waszeci kondemnatka jaka, albo i wyrok nad karkiem wisi ? Bo jakoś tak bez bagaży Waszmośc jedziesz, bym nie rzekł w jednej koszuli na grzbiecie. Jak tak to prosimy do kompaniji na wieczerzę. Towarzyszy sławnych i zacnych wśród nas bez liku.

Słysząc za plecami nagły wybuch wrzawy, a potem chwilę ciszy znów się uśmiechnął. Zda, wesoły musiał być z niego człek.

- Ot i słychać, ze i miska jedna dziś na wieczerzę pusta zostanie. Widać kawalerze, ze szczęscie masz. Zwę się Piotr Gasztołd z Wilczysk na Litwie. Słyszałeś Waszeć może o mnie ?

Herb Piotra Gasztołda.
 

Ostatnio edytowane przez Arango : 26-04-2007 o 21:55.
Arango jest offline  
Stary 26-04-2007, 16:42   #5
 
Kutak's Avatar
 
Reputacja: 174 Kutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie coś
Władysław Daniłłowicz

Wiosna była przepiękna. Tu trawa, tam kwiat, drzewa też się zieleniły. Robiło się gorąco, gorąc ten nawet o zmierzchu zmniejszać się nie chciał. Za gorąco, za pięknie, za zielono! A najgorsze było to, że pyłki traw tych wszelakich w nosie Władysława harcować zaczynały, przeszkadzając mu w codziennych zajęciach jego nagłymi kichnięciami. O tak, kichanie było zmorą Daniłłowicza.

Bystrzałka, szkapa wysłużona i siwiejąca powoli już, sapała jak nigdy. Ciekawe czemuż to, myślał jeździec. Czy to przytyło mi się ostatnio, czy koń zmarniał? Poklepał się po swoim ogromnym brzuchu, noszonym z wielką dumą. Tak, to on przytył. No to za tycie dalsze!, pomyślał i pociągnął kolejny wielki łyk z wina butelczyny w ręku trzymanej. Zły był, bo to trzecia i ostatnia dziś zarazem.

Z "Dębowej" go wygnali, żyd wyjść mu kazał, a on nie wyszedł. Mówił to raz, drugi, trzeci, w końcu i dwóch szlachetków, psubratów diabłu bliskich, kazało mu opuścić zajazd. Jemu! Na szable iść chcieli jeżeli gospody nie opuści. Co byłby z niego za Daniłłowicz, gdyby wyszedł w milczeniu? Jak rąbnął jednemu dzbanem, doprawił szabelką wyrwaną pośpiechem z pochwy, ucho chyba jebace urwał! Jeno ten drugi sam nie był, a gdy piątka chłopa stanęła przeciwko niemu, z gospody musiał się wysunąć i, ku uciesze żyda parszywego, na koń i wiać miał. Gonili go trochę, raz nawet strzelili, ale jakoś mu się udało.

A co najgorsze, z tego zdenerwowania wiersz cały z pamięci mu uleciał!

Chłop jakiś, po drodze spotkany, mówił, że o zmierzchu winien powinien do wsi trafić, Sańskiem zwanej. Zdzielił chłopa szabli płazem za złe do pana się zwracanie, lecz potem galopem wręcz ruszył w kierunku wsi.

Ale szkapa się zmęczyła. Pewnie zajedzie pod wieczór...

***

No, no- ten śmieszny człowieczek miał racje. We wsi zbrojnych pełno, aż nieprzyzwoicie dużo! Władysław kapelusz swój poprawił i powoli, z uśmiechem pewnym i dziarskim na twarzy, między dawne zabudowania i namioty wjechał. Ognisk paliło tu się wiele, pod bronią mężczyzn też nie brakowało, poznał jednego czy dwóch ze znanych rębajłów. "No proszę, proszę, całkiem niezła kompania się tu zbierać zaczyna", mruknął sam do siebie.

Za cel swój obrał ryneczek, dość skromny. Tam szkapie zatrzymać się kazał i, z zadziwiającą jak na jego wagą lekkością, zeskoczył z niej. Wielki, tłusty i wiecznie rumiany brunet w stroju wskazującym na wielką chęć popisania się bogactwem rozejrzał się po okolicy. Minął go któryś z żołnierzy, zatrzymał go więc uchwytem swojej wielkiej dłoni na ramieniu, obracając chłopaka ze stanu z pewnością niższego do siebie.

- Cóż się tu dzieje, chłopcze? Na kogóż armia tak wielka się zbiera, na samego Pana Boga!?- zaśmiał się, lecz wesołość była tylko pozorna. Chciał wiedzieć, co się tu dzieje. I nie przyjmował odmowy udzielenia informacji czy odpowiedzi "nie wiem"...
 
__________________
Kutak - to brzmi dumnie.

Ostatnio edytowane przez Kutak : 26-04-2007 o 16:52.
Kutak jest offline  
Stary 30-04-2007, 22:43   #6
 
mataichi's Avatar
 
Reputacja: 251 mataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie coś
Jan Czetkowski

- Stój mości Czerwiecki. Ja go znam. – Błyskawicznie przecisnął się przez tłum i zakrzyknął tak, aby każdy ze zgromadzonych mógł go usłyszeć. – [i]Mości panowie swojego ubić chcecie? Toż to nie kto inny jak sam Tomasz Niewiarowski kuzyn słynnego Szczęsnego-Niewiarowskiego, co pod samym Chodkiewiczem służył /[i]– Musiał zrobić dłuższą przerwę żeby złapać oddech i upewniwszy się że pan Czerwiecki egzekucje w czasie odłożył kontynuował- A i sam nie lada czynów dokonał służąc na Moskiewskiej wyprawie gdzie za martwego zastał uznany, najwyraźniej nie słusznie. Za cóż tak go srogo karzecie? – Zwrócił się do pana Czerwieckiego, który kwaśną miną skwitował przerwanie egzekucji. Wtedy dopiero Czetkowski dostrzegł martwe ciało kozaka pozbawione głowy. Nie mógł rozpoznać nieszczęśnika, ale był pewien, że to jeden ze swoich. Jeśli to sprawka Niewiarowskiego to obawiał się, że spotkanie z katem go nie ominie…
 
mataichi jest offline  
Stary 09-05-2007, 15:26   #7
Banned
 
Reputacja: 0 Arango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodze
Sańsk - wieczór


Na słowa pana Czetkowskiego szum powstał pośród towarzystwa. Bo znano i pana Tomasza i jego kuzyna - Szczęsnego Niewiarowskiego. To jego chorągiew wraz z chorągwiami Jana Piotra Sapiechy i Jana Lisowskiego utworzyły roku Pańskiego 1604 konfederację i stały się zalążkiem sławnej formacji.

Tedy naraz zmieniło się nastawienie żołnierzy. Niedoszłego skazańca podniesiono z klęczek, błysnął nóż i więzy z jego rąk opadły. Zaczęto częstować go gorzałką, zabrzmiały też pojedyncze wiwaty. Bo i poważano pana Szczęsnego wśród lisowczyków bardzo, a i pan Tomasz Niewiarowski słynnym był żołnierzem pana Sapiechy.

Zarzucono go też pytaniami.

- Gdzieżeś waćpan się podziewał ? Za umarłego żeśmy już Cię mieli. Słuchy chodziły, żeś podczas obrony Kremlinu poległ, albo w niewoli ducha oddał. Cała rodzina też za zmarłego Cię miała.

- Nieprawda ! Nie cała. Siostra Twoja panie Tomaszu nigdy w śmierć Twoją nie wierzyła.

Zagrzmiał donośny głos pana Dydyńskiego. Jednocześnie on sam stanął przed Niewiarowskim.

- Nie pamiętasz mnie panie Tomaszu, bo jakżeś wyjeżdżał to właśnie szkoły kończyłem. Ja Cię jednak pamiętam, a i po Twoim wyjezdzie w Chojnicach częstym gościem byłem. I prosił będę potem o rozmowę. Na osobności.
A na razie zapraszam na wieczerzę do pana Pobidzińskiego. I waszmości także panie Czetkowski.

- Pany łycary, nie może być ! -
zakrzykneli Kozacy z chorągwi.
- On dziesiętnika naszego zabił. Na pień z nim, niech głowę da !

- Wara, on szlachcic i nic wam do niego, w obronie to uczynił ! -
odkrzyknięto z szeregów żołnierskich.

I poczęto szablami trzaskać i "od maty" i "chamów co powinni Bogu dziękować, że szlachta ich do konfidencji przypuszcza" przymawiać. Zdało się, że zaraz ostrza błysną i wiecej trupów majdan zaścieli, gdy znowu ponad wszystkie inne wybił się głos pana Dydyńskiego.

- Milczeć waszmościowie ! Sprawę rotmistrz rozsądzi. a na razie zwrócić broń mości Niewiarowskiemu.
- Proszę zatem do komendanta. I pana panie Czerwiecki i mości Czetkowski też z nami pójdzie, by świadectwo prawdzie uczynić, że to pan Tomasz Niewiarowski z Chojnic, herbu Półkozic. Proszę za mną.

Poszli tedy w czwórkę do rotmistrza, a na placu żołnierze powoli zaczeli się rozchodzić.

- A waszeć skąd mnie znasz ? spytał pan Niewiarowski pana Jana.
- Bo chyba waszeć nie stąd ? Na wojnie się spotkaliśmy ? - rzucił i spojrzał badawczo w oczy panu Czetkowskiemu.

Tymczasem ciało Humanja zniosło w krzewy kilku czeladzi i nie minęło dziesięć pacierzy jak spoczął w grobie, krzyżem tylko z kilku desek przyozdobionym. Ciurowie pisać ni czytać nie umieli, tak że złożono Kozaka co w wyprawach na Krym ułusy tatarske palił i sławę zyskał w mogile bezimiennej.


Na placu pojawili się tymczasem inni goście.


Daniłłowicz


Ciura obrócił się i zmierzył pana Władysława wzrokiem tak bezczelnym, że aż zdało się panu bratu, że ze szlachcicem ma do czynienia.

- Jak trzeba to i na Pana Krysta udzerzymy. My i Bogu i diabłu staniemy - odparł śmiało. Daniłłowicz skonfundował się nieco tą hardą odpowiedzią i przemysliwać zaczął, czy by pachołka nie wypłazować dla przykładu, ale zmiarkował się.

Raz, że przypomniał sobie iż czeladz u lisowczyków pospołu z żołnierzami w szeregu do bitwy staje, dwa że w tych chorągwiach nie urodzenie, czy pochodzenie o wartości człeka stanowi, ale to jak szablą robi. Opanował się tedy, i dumnie głowę zadzierając rzucił.

- Prowadz tedy do szarży, bo ważne wieści o polityce i wojnie mam, co tylko dla uszu komendanta przeznaczone jest.

- Złaż waszmość tedy ze szkapy. Taki rozkaz -
rzekł hardy sługa.

Pan Władysław rad nierad zlazł z wierzchowca i zaprowadzony został do domostwa najokazalszego w Sańsku panu Pobidzińskiemu na kwaterę przeznaczonego.


Kwatera Pobidzińskiego


Straży się ciura opowiedział i zaraz do izby pana Władysława proszono. Próg przestąpiwszy ujrzał że chyba spór jakiś tu się toczy bo dwaj szlachcice do oczu sobie skakali. Jeden młody, wysoki i smagły panem Dydyńskim go nazywano, drugi starszy i tęższej budowy panem Czerwieckim nazywany.
Ponieważ pan brat od urodzenia bystry był, łatwo doszedł do wniosku, że dysputa tyczy innego z obecnych, na uboczu stojącego i licho przyodzianego, obok którego stał szlachcic jakiś milczący także (Czetkowski).

Dwaj inni za stołem siedzący w kłótni na razie nie brali udziału bystro jedynie przypatrywali się tylko onemu mizerakowi szeptem uwagi między sobą wymieniając.

Ujrzawszy Daniłłowicza spór przerwano, a oczy wszystkich zwróciły się na pana Władysława.

- Jestem Pobidziński rotmistrz własnej chorągwi lisowskiej. Waszeć ponoć z wieściami ważnymi przybywasz ? Z kim mam honor ?


Rynek w Sańsku


Ankwicz

Wśród ognisk pojawiło się trzech jezdzców. Dwaj jadący na przedzie rozmawiali, trzeci milczący bandolet oparty o łęk siodła trzymał i bystro tylko na plecy jednego z rozmówców popatrywał.

Herb Półkozic pana Tomasza Niewiarowskiego

 

Ostatnio edytowane przez Arango : 10-05-2007 o 09:19.
Arango jest offline  
Stary 10-05-2007, 19:03   #8
 
Junior's Avatar
 
Reputacja: 339 Junior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skałJunior jest jak klejnot wśród skał
- Piotr Gasztołd? Cożem słyszałem. Ale rad będę jeśli zamiast co jakich opowieści z daleka, od samego autora co usłyszę przy jakiejś miłej wieczerzy – Mateusz wypalił, przekonany że właściwym i słusznym będzie uraczyć rozmówce dobrym słowem – Jam jest Mateusz Ankwicz.

Po zaledwie chwili rezolutny szlachcic ciągnął dalej:

- Nie wiem li tylko czy owy jegomość co mi miskę odstąpił uczynił to z wielką chęcią. – Mateusz wciąż czuł się niepewnie, czemu nie należało się dziwić jako że bandolet zdawał się wciąż wycelowany w jego plecy. – Ale nie mnie o to pytać, bo rzecz wiadoma iż w takiej chwili człek szuka odpoczynku, a nie pytań czy miejsca ustępuje z życzliwością.
- Azaliż. Widać że Waszmość chętny do rozmyślań. Przeto zapraszamy do kompaniji. Tu gdy gorzałki zasmakujem, wnet roztwierają się oczy i umysł skory do rozważań. – Pana Piotra nie opuszczał dobry nastrój.
- A Waszmoście tak w trosce o mieścinę, osiadli tak zbrojnie?
- A jak?
- Rzec by można że to jaka zbrojna kampania. Z wojny wracanie? Pod czyjążeście chorągwią? –
dopytywał Mateusz chcąc poznać grunt.

Siwa kobyłka przebierała kopytami, kierując się w stronę centrum mieściny. Koń co rusz strzygł uszami, by po chwili kłaść je po sobie. Widać że jako i jeździec, siwek nie czuł się pewnie tak witany w nowym miejscu.
 

Ostatnio edytowane przez Junior : 10-05-2007 o 19:05.
Junior jest offline  
Stary 15-05-2007, 00:09   #9
 
mataichi's Avatar
 
Reputacja: 251 mataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie cośmataichi ma w sobie coś
Jan Czetkowski

Obserwował w milczeniu zamieszanie jakie wywołały jego słowa.- Zadziwiające jak szybko szlachta potrafi zmienić swoje zdanie. Jeszcze przed chwilą chcieli go o głowę skrócić a teraz gorzałke w ustą wtykają.- Jan nie sadził, że tak łatwo pan Tomasz się z tego wywinie tym bardziej był zadowolony, że udało mu sie przerwać egzekucje. Kozacy nie wygladali na równie zadowolonych. Byli rozwścieczeni, czemu Jan nie dziwił sie, w końcu stracili dziesietnika i kompana. Współczuc im też nie zamierzał, w większości przepełniali go obrzydzeniem i odrazą. Nie uważał ich za osoby godne aby postrzępic na ich karkach szable.

Zamieszanie uspokoił krzyk pana Dydyńskiego, który ku zmartwieniu Jana i jemu nakazał udanie się do kwatery rotmistrza co okropnie nie wsmak mu było ale jak rozkaz to rozkaz.

- A waszeć skąd mnie znasz ?
- Bo chyba waszeć nie stąd ? Na wojnie się spotkaliśmy ?

Pan Czetkowski odwzajemnił spojrzenie i spokojnym głosem odrzekł.- Zgadza się. Byliśmy razem na drugiej dymitriadzie.-Jan robił malutkie przerwy między każdym wypowiedzianym słowem co często irytowało jego rozmówców. - Nie poznaliśmy się jednak osobiście ale przyznam się, że wiele o waszmości opowieści słyszałem.

Gdy tylko znaleźli się w kwaterach Pobidzińskiego od razu doszło do kłótni miedzy panem Dydyńskim a panem Czerwieckim toteż rozmowę musieli odłożyć na później. Zaczęto deliberować nad przyszłością Tomasza Niewiarowskiego co Jana kompletnie nie obchodziło więc przysłuchiwał się biernie rozmowie opierająć się o ścianę budynku. Dopiero gdy wieść o jakimś ważnym posłańcu przyszła ożywił się nieco pan Jan. - Zaczał rozmyślać o kolejnej wyprawie i przeciwnikowi któremu przyjdzie stawić czoła.

Gdy tylko posłanieć wszedł do kwatery Pan Czetkowski nadstawił uszy aby jak najwięcej wiadomości usyszeć nie dając po sobie poznać lekkiego podekscytowania...
 
mataichi jest offline  
Stary 15-05-2007, 11:46   #10
 
Kutak's Avatar
 
Reputacja: 174 Kutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie coś
Władysław Daniłłowicz

- Jam Władysław Daniłłowicz, z tych Daniłłowiczów światłych i bogatych, nie od tej hołoty z pruskiej granicy, co bracia z własnymi siostrami…- przerwał. Zauważył, że trochę się zapędził, delikatnie chrząknął i znów zaczął mówić- Tak, wieści przynoszę, lecz jak zapewne wiesz, mości panie, nie godzi się posłańca o suchym pysku…- rozejrzał się po namiocie, z którego akurat wychodził sługa, który przyniósł wiadro wody, możliwe że do nóg moczenia dla pana ciągłą jazdą konną zmęczonego- Chłopcze! Skoczże po wina dzbanek, i drugi miodu… I to prędko!

Władysław miał w sobie coś, przez co trudno mu było odmawiać. Może ten podstarzały pijaczyna miał jakąś hardość w głosie, może i w oku, co powodowała, iż trudno mu było się sprzeciwić komuś stanu niższego? A może i tu doszły plotki o tym, jak za złe podkucie konia chamstwo rozgonił na wiatry wszystkie cztery, jednemu szablą łeb prawie ucinając?

Po chwili razem z chłopem przybyły dwa dzbany, które Daniłłowicz- nie zwracając na zdziwienie przechodzące powoli w zażenowanie rozmówcy- wyrwał mu z rąk i przytknął do ust, najpierw ten z winem, później zaś z miodem. Do połowy już puste niemal odstawił na stół, na którym wielce szanowny właściciel broń swą czyścić dawniej zaczynał, i cichym, tłumionym beknięciem rozpoczął swój wywód.

- Słowa memu umysłowi powierzone przedstawię krótko i rzeczowo, bowiem czasu żal- rzucił, kątem oka zerkając na oba dzbanki-- Tak więc sejm wiosenny w roku bieżącym zabronił nowych zaciągów, jednocześnie przedłużając już zaciągniętym żołdakom służbę oraz nakazał kierować swoje wojska do Smoleńska.- przerwał, by złapać oddech, z czym ostatnio czasem miewał problemy- Jednocześnie infamia i banicja Lisowskiego i jego ludzi zostały zniesione, czyny wiadome zostały mu wybaczone. Co dziwniejsze, wyniesiono go ponad innych dowódców. Niezbadane są wyroki sejmów w Polsce…- skończył i momentalnie chwycił za oba dzbany.

Popijając z obu, na zmianę, spoglądał czujnie, oczekując reakcji Pobidzińskiego. Miał nadzieję, że obędzie się bez rękoczynów i że nie będzie musiał spacyfikować jego i nawet samego Jacka nad Jackami. Chociaż, gdyby miał przy pasie szablę Dydyńskiego… Uśmiechnął się sam do siebie. Chlałby za darmo do śmierci.
 
__________________
Kutak - to brzmi dumnie.
Kutak jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:45.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169