Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 21-05-2007, 20:56   #1
 
Diakonis's Avatar
 
Reputacja: 22 Diakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znany
[Forgotten Realms] Skrzydła Cormyru

SKRZYDŁA CORMYRU



Dzień przed uroczystością był bardzo pracowity. Cała stolica aż wrzała, nie było nikogo kto by nie odczuł poruszenia spowodowanego urodzinami księcia. W końcu Azoun miał wejść w wiek dorosły i zacząć przygotowania do objęcia tronu. Do Suzail zjeżdżali się licznie ludzie z całego Cormyru i nie tylko. Byli wśród nich posłowie, szlachta, arystokracja, a także zwykli mieszczanie, artyści, ludzie z niższych warstw społecznych, pielgrzymi. Wszyscy zjeżdżali się na wielką uroczystość. W mieście trwały cały czas porządki, jeszcze do godziny 20 robotnicy ustawiali sceny, namioty, trybuny. Słowem praca szła pełną parą żeby jutrzejszego dnia wszystko wypadło pomyślnie.




Elaraldur

Cały dekadzień spędziłeś w siodle, te dziesięć dni jasno dało Ci do zrozumienia że lepszy z Ciebie bard niż podróżnik. Zobaczyłeś na horyzoncie Suzail właśnie wtedy gdy twoja rzyć zdawała się wołać o pomstę do wszystkich bogów. Jesteś diablo zmęczony, co jest efektem nie tylko całodziennej jazdy, ale też kilku nocy spędzonych na trakcie. Około godziny dziewiętnastej przekroczyłeś bramę miasta. Pierwsze na co zwróciłeś uwagę w tym mieście to brud i smród. Odór jaki towarzyszył Ci gdy jechałeś brukiem portowej dzielnicy, zatykał twe nozdrza i odurzał umysł. Tego można było się spodziewać wjeżdżając najbiedniejszą dzielnicą. Wreszcie wyjechałeś z doków, zostawiając ten paskudny zapach za sobą. Miasto zdawało się interesujące, a także bardzo odmienione odkąd byłeś tu raz ostatni. Wysokie ceglane i kamienne kamieniczki były wyczyszczone, bruk też nie był zwyczajowo brudny. Wszystko świeciło czystością, w końcu jutro miała odbyć się uroczystość urodzin księcia. Zwróciłeś konia w kierunku pałacu. Przejeżdżając przez rynek zwróciłeś uwagę na ogromną scenę jaką właśnie robotnicy kończyli rozstawiać. Półkolem za nią ustawione były kolorowe namioty z których jeszcze teraz wylewało się światło i różnorakie melodie. Namioty artystów, mógłbyś się tam zatrzymać, ale Pani Alusair Obarskyr osobiście wysłała zaproszenie, co oznaczało że masz stawić się w pałacu. Słońce powoli zachodziło, miękko rozmywając się na dachach Suzail, stolicy Królestwa Lasów. Tymczasem Ty przybyłeś pod bramę pałacu. Ogromna budowla, górująca nad miastem miała niezwykła architekturę. Tradycyjnego Cormyrski Zamek Królewski z delikatnymi elementami elfiego wdzięku, lekkości oraz majestatu. Zostałeś wpuszczony do zamku. Dziedziniec zrobił na Tobie ogromne wrażenie, szczególnie statua pośrodku przedstawiająca skrzydlatą anielicę z mieczem, o ile pamiętasz było to jakieś bóstwo opiekuńcze rodu Obarskyrów. Służba odpowiednio zajęła się twoimi bagażami i koniem. Zostałeś odprowadzony przez lokaja do jednej z komnat zamkowych, która miała być twoim pokojem na czas pobytu. Zarazem poinformowano Cię że Namiestniczka spotka się z Tobą jutro. Pałacowy pokój jest wszechstronny, posiada wielkie okna wychodzące na Jezioro Smoków, a bogaty wystrój wnętrza dorównuję baldurskim standardom. Jednak nie zważając na otoczenie rzuciłeś się na kuszące miękkością łoże.

Everon

Jak burza gnałeś na swym rączym koniu w kierunku Suzail. Wystarczyło, że usłyszałeś imię Dagarond Silk, a zebrałeś swój ekwipunek, kazałeś przygotować swego wielkiego wierzchowca bojowego i udałeś się co prędzej w kierunku stolicy Purpurowych Smoków. W czasie drogi mknąłeś niczym burza, pchany jednym tylko uczuciem. W oczach widziałeś pożar, krew, bitwę, ojca, wszystkie te wspomnienia z tego straszliwego dnia. Zwykle jesteś opanowany, zimny i twardy, ale ta jedna kwestia roznieca płomienie w twoim sercu. Przejeżdżając jak sztorm przez miasteczka i wsie, ludzie oglądali się za Tobą, czasem można było usłyszeć pogłoski że to szaleniec na śmierć jedzie, a czasem tchórzliwi chowali się do chat i zamykali szczelnie swoje domostwa. Ty na to w ogóle nie zwracałeś uwagi. W końcu dotarłeś do Suzail, miasta znanego Ci z twoich poprzednich podróży. Wysokie, ciężkie, solidne kamienice, duży rynek, równy bruk i ta atmosfera surowości, zimna, nie wiesz właściwie czy to były tak naprawdę czy to tylko twoje własne odczucia. Teraz przejeżdżałeś przez te proste ulice, lekko zdziwiony. Wszędzie czysto, budynki nabrały koloru, pewnie nawet zostały odmalowane, ulice były bez śmieci. Najwidoczniej szykowało się jakieś święto. Przejeżdżając dalej utwierdziłeś się w swoim przekonaniu. Na jednej ulicy parobek z jakiejś małej karczmy malował tablicę głoszącą „Wivat Ksionżę Azoun IV, z ukazji 18 urodzin.” Będąc na rynku zobaczyłeś rozstawioną wielką scenę z ogromnym purpurowym szyldem „Bądź pozdrowiony książę Azounie IV”, za nią stało kilkanaście kolorowych namiotów. Zjechało się tyle ludzi, że miasto z trudem mieści tych wszystkich nowo przybyłych. Jadąc widziałeś, że karczmy są przepełnione. Nie znalazłbyś teraz miejsca w Suzail. Jednak Ty miałeś udać się na zamek. Zaproszenie do Pałacu nie mało Cię kosztowało, ale w sprawie najwyższej wagi nigdy nie oszczędzałeś. W pałacu zakwaterował Cię lokaj w przestronnym pokoju dla gości, zostawiając Cię samego z bagażami.

Volstagh

Wyszedłeś właśnie z ósmej karczmy, z kolejnej w której nie było nawet miejsca na ziemi we wspólnej izbie. Chodziłeś po Suzail już kilka dobrych godzin, do tych większych karczem nawet nie zaglądałeś. Wszystkie były przepełnione przyjezdnymi na uroczystości urodzinowe Księcia Azouna IV. W gospodach grali bardowie, występowali artyści, ale to była dopiero rozgrzewka przed jutrzejszymi obchodami. Zdesperowany myślałeś już o jakimś przytułku albo świątyni w której mógłbyś spędzić tę noc. Przechadzałeś się ulicami wielkiego Suzail. Pierwszy raz byłeś w tym pięknym mieście. Urzekła Cię jego atmosfera. Zabawa na każdym kroku, pełno ludzi, artystów. Dobre miejsce dla takiego gnoma jak ty. Tylko żeby jeszcze było gdzie spać. Twoje kroki skierowały Cię do portu. Nie przypominało to portu w Amn, okolica wyglądała na całkiem bezpieczną, gdyż wszędzie byli ludzie. Po ulicach mimo późnej pory chodzili marynarze i inni przyjezdni, niektórzy zapewne tak jak ty szukający noclegu. Spostrzegłeś kolejną gospodę, „u Beznogiego Warlicka”. Stanąłeś przed drzwiami, wahając się czy wstąpić w progi, tego przybytku. Kiedy miałeś już wejść do środka, drzwi otworzyły się nagle, a z karczmy wypadł ktoś rzucając Cię na bruk. Zdenerwowany podniosłeś się, otrzepałeś swoje kolorowe szaty, podszedłeś do jegomościa który potrącił cię opuszczając tawernę. Już miałeś go zbesztać porządnie za jego wychowanie, kiedy spostrzegłeś dziwnie znajomą twarz. Gnom nie zwracając na ciebie uwagi podniósł się i chwiejnym krokiem podszedł do muru. Opierając głowę o budynek, oddał wszystko co dzisiaj spożył. Dopiero wtedy odwrócił się do ciebie i otworzył usta tak jakby miał coś powiedzieć, ale zamarł widząc twoją twarz.
- Volstagh Jansen?
- Renivald Hooperlin?
- Mordeczko Ty moja, to naprawdę Ty kabacie zawszony!
- Do stu litraszy syropu rzepowego, kopę lat!
- Jak się okazało był to twój daleki krewny, chrześniak teścia ciotecznej kuzynki męża twojej siostry. Dawno niewidziany w Amn gnom koniuszy, jedyny w swoim rodzaju, sławny ze swojego przepisu na nalewkę rzepowo-trocinową, mającą działanie kojące na bóle stóp.
- Całe tony ludzisk się zjechały na te imprezę na jutro, ale ciebie młokosie nie spodziewałem się tutaj. –

Renivald był starszy od ciebie o jakieś 40 lat. Przywitaliście się gorąco, po czym wytłumaczyłeś krewniakowi swój problem. Jak się okazało Renivald pracował w królewskiej stajni, jako drugi koniuszy. Zaproponował Ci nocleg w swoim przybytku. W ten sposób znalazłeś miejsce na nocleg. Renivald poprowadził Cię w kierunku Pałacu, gdzie znajdowały się stajnie, racząc cię swoim sławnym rzepowo-trocinowym trunkiem wzmocnionym kilkoma kroplami syropu anyżowego wujcia Leona. Niecałą godzinę później, siedzieliście obaj w domu Hooperlina. Duży pokój był zarazem sypialnią, salonem i kuchnią w domu gnoma. Pachniało tam różnego rodzaju ziołami, a na ścianach wisiały różnego rodzaju przyrządy stajennego, których funkcji nawet się nie domyślałeś. Po godzinnej rozmowie na najróżniejsze tematy zaczynając od problemu z grzybicą cioci Ofelii, kończąc na projekcie maszyny do dojenia antylop kuzyna Auerbacha, udaliście się na spoczynek zmożeni mocą rzepowo-trocinowej nalewki. Spałeś na słomianym materacu, ale było ci to w zupełności wystarczające posłanie.

Splamiony

Jechałeś już cztery dni z hrabiną Mallereuse. Starsza kobieta zaproponowała Ci posadę ochroniarza, na czas uroczystości urodzinowych księcia Azouna IV. Miałeś wątpliwości co do tego pomysłu, ale przystałeś na jej propozycję. Dwie rzeczy skłoniły cię do tego. Po pierwsze, będziesz miał zakwaterowanie w Suzail i to w Pałacu, a po drugie hrabina Mallereuse, jadąca zielonym powozem w asyście dwóch zbrojnych, wiozła ze sobą swoją przeuroczą kuzynkę Latilien. Urodziwe dziewczę od razu zwróciło twoją uwagę. Choć zazwyczaj kobiet nie obdarzałeś zbytnim zainteresowaniem, to jednak gdy pięknolice dziewczę poprosiło Cię także o towarzystwo w drodze do zamku, nie mogłeś odmówić. Na zamek miałeś przyjechać jako szlachcic z domu Arrouzer, dalekiego krewnego hrabiny Mallereuse, a co za tym idzie towarzyszyć damom na wszystkich uroczystościach osobiście. Hrabina zdawała się nie wiedzieć nic o twojej reputacji. Przeciwnie nawet, widząc miecz przy twoim boku, tym bardziej zaczęła prosić o ochronę. Oczywiście twoja prawdziwa tożsamość nie została wyjawiona i tylko hrabina wiedziała o tym, że nie jesteś panem Arrouzerem. Co prawda gwardziści mieli wątpliwości co do twojej osoby, a nawet szemrali między sobą coś o rozbójniku i banicie, ale hrabina momentalnie ucięła ich domysły. Po kilku dniach spokojnej jazdy dojechaliście do Suzail. Po raz pierwszy przekroczyłeś bramy miasta Purpurowych Smoków. Było Ci to na rękę, bo zmniejszało to prawdopodobieństwo, że ktoś by Cię rozpoznał. Miasto było pełne ludzi, wszelkiej maści ras i plemion. Wszyscy zjechali się na uroczystości księcia Azouna IV. Dojechaliście na zamek. Piękna, majestatyczna budowla, nosząca ślady działań elfich architektów. Kilku lokajów zaniosło wasze bagaże do kwater i rozmieściło was po pokojach. Gwardziści, woźnica i chłopiec na posyłki zostali oddelegowani do kwater dla służby. Ty natomiast zostałeś ulokowany w pięknym pokoju dla gości tuż obok Latilien i naprzeciw pokoju pani Mallereuse. Hrabina jeszcze przyszła do ciebie zaraz po zalokowaniu. Powiedziała, że będzie rada jeżeli zostaniesz z nimi także na kilka dni podczas uroczystości, w charakterze towarzyszącego szlachcica i osobistego ochroniarza dla niej i Latilien.

- Zostawiam decyzję szanownemu panu do jutra. Jeżeli towarzystwo i uczestniczenie w uroczystościach to dla pana za małe honory to nie poskąpię także złota. Niech pan dobrze się nad tym zastanowi do jutra – Z jednej strony nie miałeś ochoty być czyimś najemnym ochroniarzem, a z drugiej strony ciągnęła Cię ciekawość. Otworzyłeś okno, przez które widać było pięknie oświetlone księżycem i gwiazdami Jezioro Smoków. Czas się zdecydować, czy zostaniesz tutaj do jutra?
 

Ostatnio edytowane przez Diakonis : 03-06-2007 o 14:03.
Diakonis jest offline  
Stary 21-05-2007, 22:11   #2
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 22534 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Volstagh

- Wstawaj śpiochu! Kraa..- Słysząc ów głos, gnom tylko obrócił się na drugi bok, mrucząc.- Jeszcze godzinkę mamusiu.
Bolesne dziobnięcie w ucho wyrwało natychmiast Volstgha ze snu. Gnom z wściekłością w głosie krzyknął do skrzydlatego napastnika. – Jeszcze raz tak zrobisz, a powyrywam ci pióra z ogona Purchawku.
Kruk wylądował na drewnianym stole i zaskrzeczał.- Akuraat, prędzej stracę je w twojej kolejnej eskapadzie. Że też taki inteligentny kruk jak ja, związał się z tak niefrasobliwym magiem jak ty.. Kraa.
- Gdzie jest Renivald?- spytał Volstagh ptaka, ubierając się.
- Pracuje w stajni. Tobie też bym to radził...Kraa- odparł kruk.
- Jestem magikiem , nie będę pracował w stajni. Przygotuję show na wieczór, parę kuglarskich sztuczek. Nic skomplikowanego. Chyba że..- mówił sam do siebie gnom pocierając soczyście zieloną bródkę. –..Najpierw trzeba ocenić konkurencję.
- Znowu wymigujesz się od roboty, leniu, kraa...-odparł kruk.
- Nie wymiguję. Jak mawiał wujcio Arnulf, ten ze strony ciotki stryjecznej Vilhelminy.Dobrze jest poznać konkurencję, jeszcze lepiej poznać jej sekrety.- rzekł Volstagh.
- A jak wujcio Arnulf skończył?- zaskrzeczał Purchawek siadając Volstaghowi na ramieniu.- marnie, kraa..
- Czepiasz się szczegółów.- rzekł gnom.- Zresztą i dla ciebie mam robótkę.
- Znów najcięższa robota, spada na najsłabszych.. Kiedyż skończy się ten wyzysk gatunków, Kraa..- zaskrzeczał kruk.
- Oj nie narzekaj, po prostu polatasz po mieście, wypatrzysz Vanticusa. Na pewno gdzieś tu jest. Z powodu uroczystości, w tym mieście jest więcej szlachciców niż pcheł na sparszywiałym psie. –rzekł Volstagh.
- I ja mam znaleźć jednego szlachcica wśród setek ludzi? Co ja jestem sokół czy co? Kraa..- zaskrzeczał Purchawek.
- Jak znajdziesz, to dostaniesz herbatnika.- rzekł Volstagh.
- Czy ja jestem jakimś durnym zwierzakiem, żeby mnie herbatnikiem przekupywać? Jestem inteligentnym krukiem! Filozofem w piórach! Kraa.. Dwa herbatniki.
-Dwa, jak znajdziesz tego szalbierza. Jeśli myśli, że ryzykowałem konfrontację z czerwonymi łysolami z Thay, za friko, to chyba nie zna Volstagha Wiążącegochaos Jansena!- rzekł gnom zaciskając dłonie w pięści.
- Czarno to widzę, kraaa.- rzekł kruk zrywając się do lotu, po czym wyfrunął przez otwarte okno.
- Może jakbym cię przemalował na biało, to by pomogło.- zastanawiał się na głos Volstagh patrząc za odlatującym Chowańcem.
Następnie odmówiwszy krótka modlitwę do swego opiekuńczego bóstwa , gnom ubrał się zabrał cały ekwipunek i zostawił krótką notkę następującej treści. „Dzięki za gościnę, wrócę wieczorem z dowodem wdzięczności. Twój krewniak”.
Volstagh zamknął drzwi i rozejrzał się po Suzail. Będąc miejskim gnomem czuł się w tłumie, jak ryba w wodzie. Pilnując więc pustawej sakiewki, ruszył w rajd po mieście, podsłuchując plotki i przyglądając się w konkurencji, a także szukając odpowiedniego miejsca na swój występ. Najlepiej jakiegoś wzgórza miejskim parku, albo dość dużego placyku, z materiałami nadającymi się na podest. W końcu mały wzrost utrudniał Volstaghowi autopromocję.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
Stary 22-05-2007, 00:11   #3
 
Elaraldur's Avatar
 
Reputacja: 19 Elaraldur nie jest za bardzo znanyElaraldur nie jest za bardzo znanyElaraldur nie jest za bardzo znanyElaraldur nie jest za bardzo znanyElaraldur nie jest za bardzo znanyElaraldur nie jest za bardzo znany
Elaraldur

Elaraldur długo leżał próbując zasnąć. Ani błogi zapach świeżej pościeli, ani przecudownie wygodny materac nie pomogły mu w tym. Z niechęcią wstał po godzinie bezowocnych prób. Człowiek rozmasował natrętnie sztywne pośladki i podszedł do okna.

Tak, Suzail było w ogromnym wirze przygotowań, wielkie połacie równin i zbożnych pól, oświetlanych różowym światłem zachodzącego słońca kontrastowały z ruchem miejskim i szarym dymem wydobywającym się z wielu kominów. Elaraldur mógł zobaczyć stąd główny plac miasta. Choć dzień dobiegał końca, tłumy przewijały się przez zatrzęsienie kramów jarmarcznych i kolorowych namiotów, aż pył wezbrał się w powietrzu. Gdy Elaraldur lekko się wychylił ujrzał doki i wspaniałą iluminację pomarańczowych świateł tańczących na wodzie. W porcie harmider był jeszcze większy i często dobiegały stamtąd najrozmaitsze sygnały, to dzwonków na pokładach statków, to gwizdków, to
w końcu cichutkie echo śpiewów nabzdryngolonych marynarzy.

Pozwalając rześkiemu powietrzu wpływać do komnaty, bard zaczął się rozpakowywać, czego nie pozwolił zrobić wcześniej służbie. Przy okazji zaczepił jakiegoś chłystka na korytarzu, by została przygotowana kąpiel dla niego. W międzyczasie wyciągnął z pokrowca lutnię i starannie wtarł w gryf olejek do pielęgnacji drewna. Odłożył ją na łóżko, tam gdzie akurat usiadł. To samo powtórzył z mandoliną, przy okazji strojąc ją. Przypatrzył się swym instrumentom, po czym rozpoczął rozkładanie swych pięknych, odświętnych ubrań do dużej, inkrustowanej jak mu się wydawało motywami starochondatskimi szafy. Sakwę ze złotem na podróż schował do sekretarzyka zamykanego na kluczyk. Kąpiel przyszła, Elaraldur upewniając się, że impregnat dobrze wsiąkł w instrumenty, przeniósł je z zachowaniem wielkiej delikatności do futerałów, z takim namaszczeniem, z jakim matka kładzie do kolebki dziecko. Rozebrał się, nieświeże ubrania rzucił na łóżko i wlazł do wanny. Gorąca przyjemna woda sprawiła, że ociepliło się całe pomiesczenie.

Elaraldur począł rozmyślać o swojej nowej funkcji na dworze, zastanawiał się jak zostanie przyjęty w mieście, gdzie coraz mniej dba się o piękno i sztukę, a więcej o interesy. Zimny powiew z otwartego okna brutalnie zakończył rozważania. Nagi bard zrobił niedbały, acz wyuczony gest dłonią, wymamrotał kilka słów i gdy skierował rękę do okna, z hukiem się ono zamknęło. Odgłosy miasta pozostały po drugiej stronie szkła. W tej błogiej wieczornej ciszy i przyjemnie muskającej ciało wodzie Elaraldur mimowolnie zasnął.
 
Elaraldur jest offline  
Stary 22-05-2007, 15:49   #4
 
Kutak's Avatar
 
Reputacja: 173 Kutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie coś
Splamiony

Westchnął. Powinien już teraz ruszyć na szlak, nie pozostawiając żadnej wiadomości Hrabinie. No, może uroczy liścik dla ślicznej Latilien… Powinien po prostu opuścić kobiety, jak to zawsze robił, jak to robić miał w zwyczaju. W końcu na całym kontynencie pełno okazji, by w końcu pozbyć się tej maski, by w końcu powrócić do swojego imienia… Imienia? Elf powoli o nim zapomniał. Zapominał powoli o całym sobie, przestawał istnieć- jego miejsce zajmował Splamiony.

Widok z okna porażał pięknem. Gwiazdy odbijające się w Jeziorze Smoków wprawiały go w zadumę, myślał nad tym wszystkim. Jak dawno tego nie robił, na bóstwa wszelakie! Od dawna nie mógł po prostu stać i myśleć o życiu, o zwyczajnej szarej egzystencji- nie o tym, co ma naprawić w sobie tym razem, komu i jak ma pomóc… Swymi zadbanymi, wręcz kobiecymi dłońmi delikatnie ujął swą drogocenną maskę i zdjął ją na chwilę z twarzy.

Obiecał sobie, że do czasu spłacenia „długu” nikt nie zobaczy jego twarzy, twarzy pełnej grzechu i zła. Sam swoje oblicze oglądał tylko nocami. No, chyba że na listach gończych. Maskę rzucił na krzesło, z małego, eleganckiego stolika wziął karafkę wina i napełnił sobie kieliszek. Wino było świetne, z pewnością nie stąd- podejrzewał jakieś południowe wyspy, tylko tam winogrona mogły mieć taki smak. Smak pełen słodyczy i goryczy zarazem. Jak moje życie, pomyślał. I miał rację. Jak jego życie…

Zdecydował. Na kawałku staroświeckiego pergaminu napisał jedno słowo- „Zostanę” czarnym atramentem, założył na twarz swą maskę i wyszedł z pokoju. Położył kartkę zaraz pod drzwiami do pokoju hrabiny, w drodze powrotnej spojrzał z delikatnym uśmiechem na drzwi jej kuzynki. Zostanie tu na parę dni i zobaczy, co się stanie.

Po chwili leżał już w wielkim łożu, maskę kładąc na szafce obok miejsca snu. Zostaję, pomyślał. Podświadomie czuł zaś, że będzie potrzebny tym kobietom…
 
__________________
Kutak - to brzmi dumnie.
Kutak jest offline  
Stary 23-05-2007, 21:48   #5
 
Diakonis's Avatar
 
Reputacja: 22 Diakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znany
Volstagh

Wyszedłeś na ulice Suzail. Miasto już dawno obudziło się ze snu, aby zakończyć przygotowania. Przez pewien czas chodziłeś po karczmach, gdzie po poprzedniej noce goście jeszcze spali, a pracownicy już od rana pracowali. Ludzi wszędzie jest bardzo dużo, zdawałoby się że jeszcze więcej niż wczoraj. Przechodząc obok bramy rzuciłeś okiem na wozy i ludzi wjeżdżających do miasta. Będzie się działo. Przypadkiem wszedłeś na targ, który był pełen najróżniejszych sprzedawców egzotycznych przedmiotów i nie mniej zadziwiających podróżników. Elfy, krasnoludy, gnomy, niziołki z całego Faerunu handlowali przedmiotami których nazw nawet nie byłeś w stanie wymyślić. Wonie i aromaty z dalekiego wschodu których nie byłeś w stanie rozpoznać, instrumenty muzyczne, mechaniczne urządzenia, ale też ryby, owoce i mięso wszelakiego rodzaju. Chodziłeś zachwycony przez rynek, oglądając różne cuda. Dopiero gdy usłyszałeś w dali dźwięk lutni jakiegoś ulicznego grajka przypomniałeś sobie o twoim show. Przeszedłeś kilka ulic dalej aż znalazłeś większe skrzyżowanie. Po jednej stronie znajdowała się duża dość wnęka w budynku z pomnikiem jakiegoś kupca na dość szerokim piedestale. Nadawało się to wspaniale na twój występ. Położyłeś swój tobołek obok statuy. Obok stanęła twoja tabliczka reklamowa " Niesamowite widowisko maestrum magicum i treserum animale Volstagha Niesamowitego, bilet 1 ss od łepka, zniżki rodzinne". Po chwili przygotowań zacząłeś nawoływać ludzi do przystąpienia i spojrzenia na garść twych sztuczek.
- Szanowni obywatele Suzail i nie mniej szanowni przyjezdni zapraszam was na jedyny w swoim rodzaju....

Everon

Tego jeszcze dnia poprosiłeś tylko o kąpiel, zmówiłeś modły do swego boga i zaraz po tym złożyłeś się do snu. Uprzednio poprosiłeś jeszcze jednego ze służących aby zbudzili Cię o świcie. Miałeś wiele planów na jutrzejszy dzień. Pierwszym z nich było odnalezienie kontaktu w Suzail. Według tego co wiesz, poczynił on już pierwsze kroki w kierunku odnalezienia Dagoranda Silka. Rankiem obudziłeś się jeszcze przed tym jak przyszedł służący. Otwarłeś okno, aby wpuścić do środka świeże powietrze. Zazwyczaj nie zwracasz uwagi na takie rzeczy, ale widok Jeziora Smoków oblanego porannym brzaskiem Słońca był zachwycający. Stałeś przez chwilę oglądając miasto, po czym odprawiłeś modlitwy poranne. Jakiś czas później przyszedł służący, którego poprosiłeś o natychmiastowe przyniesienie śniadania. Zaraz po posiłku miałeś się udać w celu zdobycia jakichś informacji o Dagorandzie.

Elaraldur

Zbudziło Cię pukanie do twoich drzwi, to z pewnością służący przyszedł zabrać wodę. Wytarłeś się i ubrałeś do snu po czym pozwoliłeś aby służba wyprowadziła wannę z wodą. Wyglądnąłeś jeszcze raz przez okno po czym rzuciłeś się na miękki materac, o którym od tak dawna marzyłeś. Pościel była świeża pachnąca jakimiś kwiatami, z początku przyjemnie chłodna. Zimne nocne powietrze wpadało przez lekko uchylone okna. W tej kojącej atmosferze zasnąłeś już na dobre. Obudziłeś się następnego dnia, wypoczęty i rześki. Bezchmurne niebo zapowiadało piękną pogodę w sam raz na dni obchodów. Zaraz po zjedzeniu przepysznego śniadania złożonego z owoców i kilku rogalików, do twego pokoju przyszedł kolejny lokaj z wiadomością. List informował, że rozpoczęcie obchodów urodzin miało się odbyć o godzinie 16 na Wielkim Rynku, natomiast twój występ ma się odbyć o godzinie 21 na królewskiej biesiadzie. Podpisano „Z uszanowaniem I Adiutant Kasztelan Knivor Dereuzyn”. Wygląda na to, że masz cały dzień przed sobą na przygotowanie się do wieczornych bankietów.

Splamiony

Powoli zasypiałeś, czując jeszcze orzeźwiający wiatr na twojej twarzy, której nie zakrywało brzemię maski. „Kiedy wreszcie będziesz mógł na co dzień tak chodzić?” Obudziłeś się wcześnie rano, niewiele czasu po świcie. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłeś było ubranie maski. Poprosiłeś o kąpiel, a potem spożyłeś śniadanie w swoim pokoju. Właśnie kiedy dopinałeś ostatni guzik swojej koszuli z zamiarem zwiedzenia kawałka Suzail, usłyszałeś pukanie do drzwi. Gdy otworzyłeś, stała naprzeciw Ciebie Latilien. O dziwo ubrana była w skórzane spodnie jeździeckie, a nie jak zwykle w suknie dworską, a na spiętych włosach miała zieloną czapkę, taką jaką nosili, znani na całe wybrzeże, Amnijscy Strzelcy Harriedana. Zdziwiony nieco jej postawą, stałeś tak moment bez słowa aż ona się odezwała.

- Witam Pana Arrouzera. Hrabina powiadała, że świetny z Pana szermierz i podróżnik. Zresztą sama spostrzegłam ten wspaniały miecz, który nosi Pan przy boku. Nie wiem czy to byłoby niemiłe, ale prosiłabym o to aby mógł mi Pan towarzyszyć na przejażdżce konnej nad jeziorem. Chciałabym wyjechać póki jest wcześnie bo moja opiekunka z pewnością miałaby obiekcje co do tej przejażdżki. Co Pan powie Panie Arrouzer? Skusi się Pan na przejażdżkę? –

Nastał moment ciszy. Nie spodziewałeś się w ogóle czegoś takiego po tej dziewczynie, którą widziałeś w karecie z hrabiną Mallereuse. Tamta była cicha, ułożona i posłuszna, a przed Tobą stoi dziewczyna wygadana, pogodna i bynajmniej nie posłuszna. Sprawiła na Tobie wrażenie sympatycznej i otwartej. Mimo twojej maski i tego że prawie Cię nie znała, zaprosiła Cię na przejażdżkę.
 
Diakonis jest offline  
Stary 24-05-2007, 18:28   #6
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 22534 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
- Szanowni obywatele Suzail i nie mniej szanowni przyjezdni zapraszam was na jedyny w swoim rodzaju pokaz. Przybyłem do was z samego Silverymoon, gdzie studiowałem czary pod okiem najlepszych czarowników. I dzisiaj ku waszej uciesze i ku nauce pokażę wam cuda magii. Znikające i pojawiające się monety, władzę nad dzikim zwierzem i niesamowitą potęgę umysłu.
Gnom wykonał szybki ruch dłonią i pojawiły się w niej kwiaty z krepiny.
- Magia tworzy, magia niszczy.- dodał po chwili, wykonując kolejny ruch dłonią.
I kwiatki znikły, schowane w rękawie. Ale zebrany tłumek nie zauważył tego Volstagh znał się na swym fachu. Spojrzał po zebranym tłumku.
Przyjrzał się po zebranym tłumku i uznawszy że jest on wystarczająco liczny, mruknął cicho pod nosem. - Dobra czas na pokaz.- Gnom podszedł do jednej z osób, dość tęgiego krasnoluda i kazał mu wybrać kartę po czym „odczytał” w jego myślach, jaką kartę ów krasnolud wybrał. Następnie było połykanie ognia i żonglerka, strącanie jabłek z głowy ochotników za pomocą bicza. Potem znowu wrócił do karcianych sztuczek. Ale jego show powoli zbliżało się do finału.
Volstagh odetchnął głęboko, pomodlił się cicho pod nosem do Baravara, w intencji szczęścia w rzucaniu czarów. Następne zdecydował się na rzucenie Tarczy Chaosu na siebie, potem Deszczu Kolorów w powietrze tak by przypadkiem nikogo nie zranić. Efekt wizualny tego czaru był bardzo efektowny i zazwyczaj podobał się gawiedzi. Kolejnym czarem miał być Zaawansowany Obraz. Iluzja jaką zamierzał wykreować za jego pomocą miała przedstawiać purpurowego smoka. Według gnoma taki obraz pasował do obecnej sytuacji.
Na użycie Płonących Płoni było zbyt wcześnie. Tego typu czar robi lepsze wrażenie po zmroku. A potem pozostało tylko wyciagnięcie zwierzaka z torby sztuczek i pokaz tresury...No i najważniejsze, zebranie od widzów zapłaty do kapelusza.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
Stary 24-05-2007, 20:29   #7
 
Kutak's Avatar
 
Reputacja: 173 Kutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie coś
Splamiony

"Pan Arrouzer", zastanowił się przez chwilę. No tak, jego umysł o tej porze był wyjątkowo nieprzytomny. Ale kto wymyślił mu tak dziwaczne nazwisko? Sam je wymyślił? Nie mógł sobie przypomnieć. Ale tak czy inaczej było to lepsze niż jakiś "Pan Splamiony". A w oczach urodziwej szlachcianki chciał prezentować się z jak najlepszej strony.

Za długo milczę, zorientował się.

- Przejażdżka? Tak, chętnie. W tak miłym towarzystwie... A na dodatek za to mi płacą- zaśmiał się cicho- Daj mi jednak pani chwilę na drobne przygotowanie. Spotkajmy się za kilka chwil na dole, przy stajniach, gdziekolwiek one są w tym potężnym gmachu. Przybędę tak prędko, jak tylko potrafię- w końcu to się nie godzi kazać czekać damom...- rzucił i po krótkiej wymianie uprzejmości zamknął drzwi.

Starał się robić wszystko jak najprędzej. Przywdział najznamienitszą zbroję, rękawice, buty, a na plecy założył łuk. Do sporej sakwy przy pasie noszonej włożył kilka błyskotek, zaś do specjalnych "uchwytów" w pasie włożył kilka zwojów. Poprawił jeszcze swoją maskę i powolnym, dostojnym krokiem wyszedł z pokoju i podążał ku miejscu gdzie, z tego co pamiętał, znajdowały się pałacowe stajnie.

Ciągle czuł, że niedługo coś się stanie...
 
__________________
Kutak - to brzmi dumnie.
Kutak jest offline  
Stary 24-05-2007, 22:53   #8
 
Elaraldur's Avatar
 
Reputacja: 19 Elaraldur nie jest za bardzo znanyElaraldur nie jest za bardzo znanyElaraldur nie jest za bardzo znanyElaraldur nie jest za bardzo znanyElaraldur nie jest za bardzo znanyElaraldur nie jest za bardzo znany
Elaraldur

Elaraldur odrzucił na stół notatkę i rozprostował stawy, dające się jeszcze we znaki po surowej podróży. Niemniej czuł się bardzo świeżo i z entuzjazmem myślał o zwiedzeniu miasta w harmiderze przygotowań. Rozczesał drewnianym grzebieniem długie czarne włosy i spiął je w kucyk. Przywdział jeden ze swych bardziej wyrafinowanych ubiorów - elegancko zwężane granatowe spodnie i tegoż koloru kamizelę z bawełny przeplataną niebieskimi nićmi. Wcześniej założył koszulę z białego jedwabiu o bufiastych rękawach. Ze skrzyni wyciągnął mały, pobrzękujący mieszek i włożył za pazuchę kamizelki.

Zszedł po schodach do hallu pałacu, doszedł do dziedzińca i stanął przed wejściem. Tak, dzień z pewnością zapowiadał się bardzo ciepły. Elaraldur usiadł na jednej z ławek ułożonych wokół posągu na środku placyku i wpatrzył się w fontannę, której pluskowi towarzyszyły odgłosy wybudzonego miasta. Myślał o Suzail. Myślał o Saulvinii, swojej utraconej ukochanej, która gdzieś tutaj, pośród tych murów wiodła swoje życie. Gdzie? Czy była w stanie, bez jego pomocy odnieść kolejny wielki sukces i występować z kimś wybitnym? Może na przykład Hevlar Gwindar, znany Cormyrski trubadur docenił jej kryształowy głos? Być może. Możliwe też, że nikt jej ujrzał i służy teraz jako dziewka karczemna gdzieś w dokach...

Elaraldur postanowił nie przytłaczać się na razie tymi myślami. Całe miasto stało przed nim, pełne przyjezdnych wirtuozów i mistrzów muzyki, a także bogate w okazy wspaniałego budownictwa i prestiżowe muzea, przez które zdążył jedynie przebiec, gdy był tu ostatni raz. Tak czy inaczej teraz jest czas na zabawę. Skierował swe kroki do rynku, by zasięgnąć trochę rozrywki.
 

Ostatnio edytowane przez Elaraldur : 24-05-2007 o 22:57.
Elaraldur jest offline  
Stary 25-05-2007, 00:02   #9
 
Diakonis's Avatar
 
Reputacja: 22 Diakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znanyDiakonis nie jest za bardzo znany
Elaraldur

Przechadzając się zauważasz licznych ludzi czyniących ostatnie przygotowania do dzisiejszych obchodów. Tak jak się spodziewałeś ogromna rzesza ludu zjechała z najdalszych zakątków Cormyru i nie tylko. Na ulicy można było spotkać przeróżnej maści krasnoludy, elfy, gnomy, niziołki czy ludzi z egzotycznych krajów. Szedłeś w stronę rynku, ale po drodze natknąłeś się na pewien nadzwyczajny sklepik, który przykuł twoją uwagę. Na wystawie najróżniejsze instrumenty strunowe stanowiły dowód kunsztu lutnika, który je stworzył. Na pierwszy rzut oka rozpoznałeś derrevirską cytrę, dwunastostrunową lutnię amnijską i rashemeńskie mandocello, instrumenty niezwykle rzadko spotykane, a jeszcze rzadziej sprzedawane. W sklepie panował półmrok, a pomieszczenie pachniało żywicą, na wszystkich ścianach porozwieszane były instrumenty. Wziąłeś pierwszą z brzegu mandolinę i szarpnąłeś za strunę. Dźwięk jaki się dobył był barwny i soczysty, co świadczyło o najwyższej klasy wykonaniu. Nawet się nie spostrzegłeś kiedy zacząłeś przygrywać jakąś melodię, a z zaplecza wyszedł stary krasnolud. W pierwszym momencie zdziwiło Cię, że krasnolud może być lutnikiem, a zaraz potem odczułeś do niego szacunek jako że dźwięk jego instrumentu był nadzwyczaj piękny.

- Pomóc Ci jakoś młodzieńcze? Chciałbyś coś kupić w sklepie starego Jorzuma? Najlepsze i najrzadsze instrumenty w Suzail, ręczę za to głową...


Volstagh

Zacząłeś skandować zaklęcia w wybranej kolejności, skupiając się na nich maksymalnie, aby nie wystąpiły żadne niepożądane skutki. Poczułeś jak wokół Ciebie gromadzi się magiczna energia, powoli kumulując się w twoich dłoniach. Pierwsze zaklęcie zadziałało bezbłędnie, wokół Ciebie utworzyła się świecąca zielono-żółta poświata. Kolor co prawda inny niż zazwyczaj, ale gawiedzi się podobało. Zachęcony pierwszym sukcesem stwierdziłeś, że należy przejść do następnego punktu. Kiedy ludzie byli rozochoceni twoim występem i czekali na więcej, ty zacząłeś kolejną inkantację. Tym razem coś było nie w porządku. Energia przepływała chaotycznie z jednej dłoni do drugiej. Wokół Ciebie pojawiło się kilka błyskawic łączących twoje stopy z głową. Poczułeś lekkie ukłucia na tyłku, kiedy wyładowania Cię trafiały. Nie były groźne, ale z pewnością efektowne. Gdy zakończyłeś zaklęcie, w twych dłoniach skumulowana energia uderzyła Cię w twarz. Efekt tego był taki, że całą twarz miałeś w sadzy a włosy stały Ci na wszystkie strony. Niestety to nie koniec, czułeś jak pulsują energią i to całkiem sporą. Modliłeś się w tym momencie żeby nic złego się nie stało. Publiczność najwyraźniej rozbawiona, wołała o jeszcze i śmiała się z Ciebie. Po chwili ciszy z twoich włosów wystrzeliła fontanna migoczących promieni o najróżniejszych barwach. Przez twoje ciało przepłynęła bardzo silna wiązka magii co było skrajnie nieprzyjemne, ale publiczność wyła z zachwytu. Postanowiłeś zaniechać rzucania kolejnego zaklęcia, które mogłoby się skończyć tragicznie. Z magia nie należy zadzierać. Gdy ogłosiłeś zakończenie występu ludzie chętnie wrzucali Ci monety do kapelusza. Kiedy już tłum się rozszedł przeliczyłeś pieniądze za występ. W kapeluszu doliczyłeś się 3 sztuk złota, widocznie nikt nie sugerował się tym co napisałeś na tabliczce. Występ uznałeś za wielce dochodowy po czym udałeś się w kierunku karczmy.


Splamiony


Wyszedłeś w kierunku stajni. Co prawda nie do końca pamiętałeś gdzie się znajduje, ale wystarczyło zaczepić kogoś ze służby. Przed stajnią zobaczyłeś już w oddali Latilien, machającą do Ciebie już z siodła jakimś szlachetnym karym rumaku. Siedziała po męsku, zresztą powinieneś się tego był spodziewać kiedy już zobaczyłeś ją w tym stroju jeździeckim. Jeden z chłopców stajennych przyprowadził już Catiltie. Twoja klacz prezentowała się godnie, była czysta, a siodło zostało wyczyszczone, wypastowane i zaimpregnowane.
- Panie Arrouzer, niechże się Pan pośpieszy, bo jak cioteczka się obudzi to na pewno zabroni mi wyjechać – Dziewczyna rzuciła radośnie w twoją stronę. Wskoczyłeś lekkim ruchem na siodło. Poklepałeś konia po szyi i dołączyłeś do Latilien. Stępem wyjechaliście z terenu pałacu. Przez chwilę twoja towarzyszka nie odzywała się, dopiero gdy wyjechaliście za bramę przemówiła.

- No to teraz jesteśmy poza miastem. Możemy mówić swobodnie, nikt nas nie podsłucha. Wiem, że nie jesteś Panem Arrouzerem, bo słyszałam jego historię i wiem że nie żyje od jakichś pięciu lat. Nie mam nic do twojej tożsamości. Przybrałeś imię Leekana Arrouzera, co zresztą z pewnością było pomysłem cioteczki, więc tak będę się do Ciebie odzywać. Chciałam tylko żebyś wiedział, że nie jestem taka głupia na jaką mogę wyglądać.

Spoglądałeś na nią z pod maski, wielce zdziwiony. Choć z drugiej strony jegomość w masce z mieczem u boku, nie wyglądający specjalnie na szlachcica, a raczej na wyćwiczonego wojownika może budzić pewne wątpliwości.

- Dobrze skoro już mamy to za sobą Leekanie to przejedźmy się wybrzeżem tak jak to było postanowione.

Dziewczyna mówiła radośnie, pomijając w ogóle fakt, że Cię nie znała i nic nie gwarantowało jej teraz bezpieczeństwa. Po tych słowach pognała kłusem w kierunku plaży. Ty po chwili zdumienia także poszedłeś w jej ślady.


Everon

Było koło godziny ósmej kiedy wkroczyłeś do karczmy „Trzy Rundki”, znanej Ci z poprzednich pobytów w Suzail. W „Trzech Rundkach” można było zdobyć najróżniejsze informacje ze światka przestępczego czy polityki, oczywiście każdą transakcję trzeba było rozpocząć od tradycyjnych trzech rundek. Takie zachowanie leżało w dobrym tonie oraz eliminowało niezaznajomionych z tutejszymi zwyczajami delikwentów. Gospoda była duża, znajdowała się w dzielnicy kupieckiej, na skraju miasta. Przy drzwiach siedziało kilku drabów, była to służba porządkowa karczmy. Gdy wszedłeś poczułeś zapach piwa i przypraw korzennych. Pomimo tego, że przybytek nosił niechlubne miano speluny, to zawsze było tu czysto i schludnie. Właściciel dbał o to żeby niezmiennie panował tam zapach przypraw i piwa. Siadłeś przy jednym ze stolików przyglądając się stałym bywalcom „Trzech Rundek”.
Niziołek Eddie Garlet, posłaniec, podsłuchiwacz i znawca miasta. Krasnolud Grutter i jego chłopaki, panowie od brudnej roboty, specjaliści jeśli chodzi o wyciskanie informacji z ludzi. Deuleck Hand, człowiek który praktycznie cały czas siedzi w tej jednej karczmie, a jednak zakres jego wiadomości jest ogromny, wie wszystko o wszystkim w mieście, oczywiście za odpowiednią opłatą i tylko dla wybranych klientów.
 
Diakonis jest offline  
Stary 25-05-2007, 15:24   #10
 
Kutak's Avatar
 
Reputacja: 173 Kutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie coś
Splamiony

- Taak...- westchnął elf, słysząc słowa urodziwej szlachcianki. Splamiony cieszył się z chwil kłusu, mógł zastanowić się, jak wyjść z tej zaiste niezręcznej sytuacji. Co jej powiedzieć, gdy zapyta się o jakieś szczegóły? Mówiąc prawdę z pewnością spłoszy dziewczynę, wspominając o swoim imieniu złamie swoje postanowienia... A tego nie może zrobić, nie w tej chwili. Najpierw dług...

Popędził konia, starając się zrównać z dziewczyną. Gdy jechali już obok siebie odezwał się, wbrew wszelkiemu rozsądkowi, wręcz krzycząc podczas jazdy.

- Wyjaśnię ci to. Wyjaśnię! Ale później.- urwał i skupił się już na dalszej jeździe. Starał się być czujny. Być może już dziś zdoła udowodnić swoją przydatność?
 
__________________
Kutak - to brzmi dumnie.
Kutak jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:06.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166