Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 25-05-2007, 19:18   #1
 
Corran's Avatar
 


Tak dla ścisłości

***

DAWNO ,DAWNO TEMU W ODLEGŁEJ GALAKTYCE
***
Wojny Klonów rozpoczęły swe żniwa na dobre , tysiące ofiar i bitew,
Ból , cierpienie , rozpacz.
Wielu bohaterów podejmuje wyzwanie rzucone tajemniczemu Imperatorowi
Który posługując się Hrabią Dooku , prowadzi szaleńczą ekspansje na planety Republiki.
Bierny opór stawia Armia Klonów wspierana przez dzielnych Rycerzy Jedi.
***
Gdy Armie zmagają się w polu bitew, jak i w bataliach ponad atmosferami planet.
Senat Republiki zaczyna gnić od środka bowiem wielu jego przedstawicieli przystaje do paktu z Darth Tyranusem.
Sytuacja jest napięta przez długi czas wielu senatorów utrudnia prace senatu , przerywając obrady i paraliżując władze.
Senator Palpatine chociaż robi co może to senat powoli wypada mu z rąk.
***

Ginie wielu Jedi a mistrzowie w obawie o rozwój najmłodszych postanawiają wznieść dodatkową enklawę na mroźnej planecie hoth.
Według pogłosów w kuluarach rady Jedi ma być to również miejsce ewakuacji całej świątyni…




***



A Childrens of Bright side of the force~



Wznoszenie enklawy trwało już od dwóch tygodni, wszyscy rezydenci zajmowali się swoją pracą w ciszy, jak roboty. Mroźny klimat planety jak by zamrażał poczucie humoru lub jakiejkolwiek chęci ingerowania w samopoczucie innych. Było to jak zmaganie sie z samym sobą i oczywiście wszędobylskim zimnem. Jedynie mistrz Dune, przejawiał jakieś wymuszone odruchy do organizowania treningów zespołowych w czasie wolnym od oględzin obszaru przez młodych Jedi.



W końcu 16 dnia oznajmił że sporządzanie danych na północ od enklawy uznaje za zakończone i młodzi Jedi ruszą sporządzać mapy obszarów na wschód, było to jak wbicie kija w mrowisko ukazanie ogromu pracy jaki czeka jeszcze na 4 rycerzy.

Ku zaskoczeniu wszystkich teren wschodni był o wiele ciekawszy od obszarów północnych, już pierwszego dnia napotkali kilka jaskiń i oznaczyli wiele miejsc jako nie bezpieczne z racji na skrywane pod kopułą śniegu aktywne gejzery i niestabilne podłoże.

***

Nie liczne dwójki techników z republiki również pomagały młodym Jedi w odkrywaniu terenów w pobliżu enklawy...

-Burkes , jesteśmy już bardzo daleko od enklawy- Zabrzęczał komunikator komandora Burkesa.Mężczyzna którego
młoda twarz okraszona była dwu dniowym zarostem, poprawił tylko swą pozycje w siodle i spiął Tauntaun'a.

,,Czemu one tak muszą śmierdzieć,,- Zwierze jak by odczytało myśli jeźdźca i wydało z siebie marudny krzyk.



-Spokojnie , mała wiesz że i tak jesteś dla mnie najwspanialszą kobietą- Zaśmiał się klepiąc zwierze po grubym skołtunionym futrze. Po chwili w jego głowie rozbłysła scena w której budzi się w swoim apartamencie na Coruscant i obok zamiast jego towarzyszki leży list. Całe zimno z Hoth nie potrafiło z akcentować tego co poczuł gdy drżącą dłonią dotknął koperty, pustka , mróź , i lodowy sopel przebijający jego serce. Jakie były powody ? Nie chciał wiedzieć
przypuszczał oczywiście że może inny mężczyzna , może to przez ciągłe nie obecności dyktowane obowiązkami komandora. List wciąż nie otwarty czekał w wewnątrz umiejscowionej pod kamizelką kieszeni. To dlatego zgłosił sie do misji na Hoth , praca pomagała mu bardziej niż kiedykolwiek. I ta misja od rady , by uważać na tę dziewczynę to nie były przelewki. Przeszedł go dreszcz , jedno z urządzeń do pomiarów oszalało.

,,Promieniowanie po środku lodowej pustyni ?!,,

-Komandorze czemu sie pan zatrzymał czy coś sie stało!!! KOMANDORZE !!- Żołnierz zobaczył tylko jak lód pod Tauntaun'em komandora Burkesa zapada się. Podbiegł bliżej stając na krańcu zobaczył że komandor musi być na dnie olbrzymiego krateru którego dna nawet nie widać. Z miejsca jego uwagę przykuły malowidła na ścianach ogromnego krateru i sama gładkość owych ścian jak by ociosanych , wymodelowanych...

***

-Pamiętajcie młodzi rycerze że najważniejsze jest zachowanie spokoju , na nic zdadzą sie wasze umiejętności jeśli w obliczu zagrożenia wpadniecie w panikę , dlatego tak ważne są nasze ćwiczenia z medytacji.- Powtarzał Mistrz Dune przechadzając sie pomiędzy czwórką młodych Jedi.

-Nie ma emocji - jest spokój.- Powtarzali pierwszy wers kodeksu zbiorowym głosem.

-Tak , spokój świadczy o ...Tak żołnierzu?- Do komnaty wpadł zziajany żołnierz republiki.

-Czy możemy zamienić słowo na osobności ? Chodzi o Komandora Burkesa..-Mistrz Dune opuścił na chwilę sale i zdezorientowanych uczniów.

Gdy wszedł ponownie ze zmartwioną miną powiedział.

-Komandor Burkes zaginął...

***

Ciemna strona biła od tego miejsca , mroczne malowidła na ścianach groty wywoływały dreszcze. Kiedy cała piątka w końcu dotknęła dna zdziwieniu nie było końca. Na ziemi leżało pogruchotane ciało Tauntaun'a ale nie było ani śladu po Burkesie. Szli w ciszy każdego dobiegały myśli co mogło sie stać. Korytarze kręciły sie i rozwidlały , pełne mrocznych malowideł i złowieszczych rzeźb.

-To rzeźby Sithów...- Oznajmił Dune , uważał że spraw oczywistych ukrywać nie warto w końcu wszyscy uznani zostali już za pełnoprawnych rycerzy Jedi.

Im więcej kilometrów w głąb groty pokonywali tym bardziej gorąco dawało im sie we znaki. Lewo , prawo , prawo , prosto , lewo i ... tak na końcu korytarza było światło, na tyle mocne że oświetlało korytarz., zgasili miecze świetlne i szli powoli , skanując wszystkimi zmysłami najbliższą lokacje , co tam jest co przyjdzie im zobaczyć…

Wyszli a gorące powietrze buchnęło im w twarze , most prowadził w dół do małej wysepki otoczonej lawą. Sama komnata była ogromna ale nie przykuwała uwagi tak jak to co miało miejsce po środku wysepki.

-Komandorze Burkes - Powiedział spokojnie mistrz Dune.

-Powiedz mu by milczał – syk wydarł się z ust komandora

-Milcz Jedi….- Komandor Burker ku przerażeniu wszystkich uderzył w nich piorunami , agonia i ból…

Dziewczyna obudziła się z krzykiem , pot płynął jej po plecach , była w swoim łóżku w enklawie na Hoth.

-Kolejny zły sen ? – Spytał mężczyzna siedzący na krześle w rogu pokoju, jego głos i wygląd odrzucił ją był człowiekiem ze snu .

-Aż taka masz do mnie nie chęć ? Wiesz ja wykonuje tylko swoje zadanie , mam Cię tu pilnować i w razie czego…Sama wiesz jakie mam rozkazy i martwią mnie te twoje sny. Z resztą nie ważne , rada Jedi Ci ufa więc ja też powinienem.- Wstał z krzesła i podszedł w stronę wyjścia.
-Jutro macie zacząć patrolować wschodnie tereny od enklawy, trzeba nanieść mapy obszaru z reszta wież o co chodzi. Dobranoc panno Yuda – Komandor Burkes opuścił komnatę a dziewczyna wyczerpana kolejnym , snem , wizją czy czymkolwiek to było po prostu usnęła…

***

Ranek jak każdy ranek , przywitał chłodem i jakimś takim kacem moralnym. Na śniadaniu nikt nie powarzył się o jakieś opowieści po zwykłych uprzejmościach zabrali się za jedzenie, monotonia tego lodowego pustkowia przytłaczała. Kiedy pół godziny później wszyscy ubrani stricte co do warunków atmosferycznych wyjechali na oswojonych Tauntaun’ach przez skuta lodem wschodnią bramę miała rozpocząć się ekspansja na wschodnie tereny.
Cała czwórka jechała powoli analizując teren, byli rozrzuceni w nieznacznej odległości, co jakiś czas ktoś nanosił dane w cyfronotesie.

-Wzzzzzzzzzzip !!- Kilka wiązek lasera pomknęło ze wszystkich stron , większość skupiła się na dosięgnięciu Keirana ten odruchowo aktywował miecz świetlny którym sparował większość wiązek lasera i przeturlał się po grzbiecie Tauntaun’a zasłaniając się przy tym zwierzakiem. Kayla zadbała by wszyscy zebrali się w zwartym szyku. Teraz kiedy stali zasłonięci swoimi Tauntaunami mogli zidentyfikować przeciwnika lekko wychylając się. Kel DorianinFrei spostrzegł że są otoczeni przez kule jakich używa się do treningu mieczem świetlnym. Lili używając jednej z funkcji cyfro notesu namierzyła 8 robotów.

,,Widocznie mistrz Dune postarał się by tym razem nie był to nudny patrol,,


-------------------------------------------------------------------------

*Dark Side of the Force*


Delikatne światło zachodzącego słońca przebijało się przez nie do końca
czyste okno w pokoju. Gabinet był w całości wykończony drewnem z lasów
Ithora. Na środku stało wielkie biurko zbudowane z plastali, na ścianach
wisiały obrazy przedstawiające sceny batalistyczne, w których różne rasy
walczyły tylko o jedno... o życie. Pod sufitem wisiał jeden samotny
kandelabr, który teraz miarowo kołysał się, jakby pchany niewidoczną
mocą. A na nim paliła się tylko jedna świeca, której delikatne światło
spływało z góry słabo oświetlając pomieszczenie, przez co panował w nim
półmrok.

-A więc powiadasz, że są do mojej dyspozycji i tylko przede mną
odpowiadają za swoje czyny, czyż tak ?

Słowa płynęły z ust kobiety o wyglądzie śmierci: biała cera, ogolona
czaszka, na której widniały zawiłe wzory tatuaży, symbolizujące dwunastu
zabitych lordów wojennych na rodzinnej planecie. Z oczu jej biła żądza
mordu i władzy - to właśnie Asajj Ventress najlepsza z uczniów Darth
Tyranusa. Stała przy oknie w gabinecie Hrabiego Sarenno, wpatrzona w
horyzont planety zwanej Vjuna, na którym teraz właśnie zachodziło słońce
leniwie przebijające się przez warstwy gazów wydzielanych z tysięcy
bagien na tej planecie. To właśnie było tu najpiękniejsze - codzienny
teatr powtarzający się od setek jak nie tysięcy lat i zawsze tak samo
piękny i fascynujący. Tysiące barw, setki kolorów, gdy światło rozbite
przez pryzmat “oddechu planety” - jak mawiali tubylcy, zalewało planetę
swoim ciepłym blaskiem, dając poczucie, że ktoś nad nimi wszystkimi
czuwa. Chwile zamyślenia przerwał miękki, ale zarazem władczy głos z
dźwięczącą w nim nutą doświadczenia.

-Tak, tylko twoi... możesz im nawet pourywać wszystkie członki jeżeli
zechcesz. Tylko pamiętaj, przywódcy planet mogliby być niezadowoleni z
tego, że miliony kredytów poszły do piachu dla twojej zachcianki.

Wysoki, dostojny mężczyzna z włosami równo ułożonymi wstał zza biurka i
podszedł do kobiety powolnym krokiem. Ujął jej podbródek w dwa palce, jak
kochankę i namiętnie pocałował. A gdy skończył słowa niosły gorzką prawdę.

-Tylko nie zapominaj, przed kim ty odpowiadasz...

Odwrócił się do niej plecami i ruszył w stronę drzwi. Otworzył je
pstryknięciem palców i przeszedł przez próg, zostawiając wojowniczkę sam
na sam ze swoimi rozmyślaniami.

-Trójka, tak ?

Nienawidziła niańczyć dzieciaków... zresztą w ogóle mało co lubiła. Lubiła
szydzić, zadawać ból i zabijać.

-Już ja im pokażę.....

Szyderczy uśmieszek zagościł na twarzy byłej Jedi,

-A więc do dzieła. Na początek trochę zabawy....

Wyszła innymi drzwiami niż Hrabia i szybkim krokiem ruszyła przed siebie.


** ** **


-Wszystko według planu mistrzu... Jest młoda i niedoświadczona, ale sądzę,
że podoła tej misji.

Niebieski wizerunek kanclerza zakołysał się delikatnie i rozmazał, ale
po chwili wyostrzył siei rzekł

-Dobrze, zrób, co ma być zrobione.......

I malutka sylwetka znikła wraz z przerwaniem transmisji. Hrabia Sarenno
rozsiadł się w fotelu i przymknął oczy, analizując wszystkie punkty
planu, które miał jeszcze do wykonania. Delikatny uśmiech przyszłego
triumfu zagościł na jego twarzy, po czym przerodził się w śmiech
porównywalny z tym, co można oglądnąć na filmach w Holonecie. Śmiech
szaleńca, który właśnie odkrył, że wygrał.


** ** **


-Co jest...

Tylko tyle udało się powiedzieć Haniyi zanim spłynęła na nią ciemność
połączona z tępym bólem w tylnej części czaszki. Ból paraliżował ciało
dziewczyny jakby ktoś wgryzał się w nią zębami i wyszarpywał kawałki
ciała. Już nie raz czuła cierpienie ale nigdy tak wielkie. Ciało opadało z
sił, a
umysł był w jeszcze gorszym stanie - jakby ktoś próbował rozerwać go od
środka. Gdy po kilku minutach piekącej męczarni udało jej się wreszcie
zebrać “do kupy”, poczuła, że przeguby rąk ma silnie
związane, a na oczach coś w rodzaju opaski, która jednak nie była z
materiału, ale z czegoś twardszego - co uciskało i sprawiało ból. Chyba
komuś sprawiało radość patrzenie jak młoda kobieta słania się na
kolanach w piasku.

Po pewnym czasie udało się jej wstać, ale za chwile coś
twardego z dużą siłą uderzyło ją w twarz i znów położyło na ziemi.
Dziewczyna była już mocno zdenerwowana. Wyczuła w niedalekiej odległości
od siebie trzy osoby. One również władające mocą... w tym jedną
nieporównywalnie
silniejszą od niej.

-Wstawać wyrzutki....

Usłyszała ze strony, gdzie jak się wydawało, stała owa potężna istota.



** ** **


Wszystkie barwy świata, które wirowały przed oczami Drrana dostarczały
wielu doznań, ale żadne nie było miłe... po chwili wszystkie nałożyły
się na siebie, tworząc tylko nieprzeniknioną ciemność. Jego zmysły nie
były tak wyczulone, jak przed kilkoma godzinami, gdy jadł posiłek wraz z
... eeee... nie mógł sobie przypomnieć. Czuł, że jest
skrępowany i miał zawiązane oczy, a także był niesiony przez jakieś
droidy w nieznanym kierunku. Nagle przestali iść, a on zaczął spadać...
trwało to najwyżej sekundę, bo już za chwilę upadek został zamortyzowany
przez piasek, na którym chłopak miał “szczęście” się zatrzymać. Gdy
próbował się podnieść z ziemi, ktoś lub coś bardzo mocno uderzyło w jego
splot słoneczny znów powalając na ziemię. Kiedy klęczał, nie mogąc
zebrać sił, by wstać, “coś” znów przyłożyło mu, ale tym razem w plecy a
Masstru poczuł chrupnięcie jednego z żeber. Nie mógł się skoncentrować
teraz na mocy, która w tym momencie wydawała się jedynym i słusznym
sojusznikiem. Teraz jednak został jej pozbawiony, a na to miejsce wpełzł
ból i otępienie.

-Wstawać wyrzutki....

Usłyszał z przodu. Zwrócił przy tym uwagę na charakterystyczne buczenie,
które wydawały miecze świetlne podczas, gdy były włączone...



** ** **


Piękny dzień, ciepło trochę może za gorąco, ale lepiej niż zimno. Słońce
świeciło mocno, bo czuć było jego ciepło na skórze. Niestety zawiązane
oczy przeszkadzały w widoczności, co powodowało dodatkową
frustrację młodego Kiffara. Do tego związane ręce z tyłu w przegubach
były... delikatnie mówiąc przegięciem. Gdy szedł pustym korytarzem w
całkowitej ciemności, po kilkuset metrach poczuł, że wszedł do większego
pomieszczenia o wiele większego niż nawet arena na Geonosis. Ale gdy
tylko wszedł coś podcięło mu nogi i wylądował na piasku, który jakby od
niechcenia wylądował w jego ustach powodując charczenie i dostając się
do gardła. Chłopak wypluł wszystko i zaczął szarpać się z
sznurami, które jak na złość nie chciały puścić, wstał i wyczuł kilka
osób również obdarzonych “darem”.

-Wstawać wyrzutki.....

Sława, które miały zaboleć, najbardziej uderzyły w dumę mężczyzny. I
począł pałać zemstą, bo tego już wszystkiego było za wiele. Poczuł także
jak w innych osobach wzbiera moc oprócz jednej, od której bił dziwny
spokój zabójcy. Ale biła od niej także aura potęgi, o której każdy z
tutaj obecnych poza nią mógł pomarzyć, na razie. Choć może pewnego dnia.
Kto wie....


Coś podniosło was za pośrednictwem mocy wysoko w górę. Nie patyczkując
się owa osoba telepatią zerwała opaski z waszych oczu, powodując
chwilowe oślepienie. Oczy nie przyzwyczajone do tak silnego blasku, na
chwilę przestały “działać”, a po kilku sekundach z jasności zaczęły się
wyjawiać kształty wielkiego pomieszczenia w kształcie prostokąty o
wysokich na 20 metrów ścianach z kratą na górze. Nie było ucieczki ani
żadnego wyjścia, a ostatnie wolne właśnie zamknęło się z sykiem. Ściany
były gładkie jak szkło, że nawet pająki by się po nich nie wspięły, a co
dopiero ludzie. Gdy spojrzeliście w dół jakieś dziesięć metrów niżej
stała kobieta i szeroko się uśmiechała jak wąż, który zaraz pożre trzy
myszy na obiad, wcześniej długo się z nimi bawiąc, by w końcu zabić i
pożreć w czasie, gdy jeszcze adrenalina będzie krążyć w żyłach.

-Zwą mnie Asajj Ventress, a was zwą kupą banciego łajna i nim
zostaniecie, dopóki nie udowodnicie, że zasługujecie na inne miano. Macie
mnie zwać swoją mistrzynią - to tyle co do was. Oprócz tego macie zakaz
odzywania się do mnie, macie wykonywać tylko rozkazy, zrozumiano?

Ból, który nastąpił chwilkę później tak bardzo niszczył i zabijał zdrowe
odruchy, że nawet droid by powiedział, że jest Banthą, a co dopiero kilka
młodych osób, którym zadano pytanie czy zrozumieli. Po chwili Asajj
usłyszał pomruki oznaczające odpowiedź twierdzącą, poczuła się.....
usatysfakcjonowana.

-A teraz zaczynamy na poważnie. Lekcja pierwsza: walcz by zabić, lekcja
druga: jeżeli ktoś cię uderzy, to znaczy, że dałeś się uderzyć, lekcja
trzecia:
zawsze razem macie walczyć, bo gówna z was a nie wojownicy.

Gdy skończyła swój monolog, z waszych rąk spadły krępujące was więzy. A
wy zaczęliście szybki lot w dół, nie w ciemię bici wylądowaliście na
pisaku dosyć miękko nic sobie nie robiąc. Teraz już wiedzieliście co was
uderzyło, to były miecze świetlne.

-Podnieście je i jazda do walki,

Powiedziawszy te słowa w jej rękach jakby znikąd pojawiły się dwa miecze,
z których wysunęły się dwa szkarłatne ostrza, stanęła krzyżując ręce na
piersi tak, że dwa miecze wyglądały jak krwawe skrzydła anioła zagłady.
Szybkimi ruchami zaczęły wirować w jej dłoniach, jak oszalałe, zataczając
szerokie kręgi na przemian z małymi. Po małym, ale jakże efektownym
popisie, zrobiła ruch jakby odganiała muchę, a Drran poleciał kilka
metrów do tyłu.

- Lekcja czwarta: “Władcy mocy” walczą na tyłach wspomagając swoich
towarzyszy, a osłabiając wrogów, tylko miecznicy mają walczyć w pierwszym
rządzie.

Podnieśliście miecze, które po chwili zaczęły płonąc niebieskawym
światłem. A ona jakby nigdy nic zaczęła na was biec. Gdy była już blisko
zgasiła miecze jednak nie zatrzymując tylko jeszcze bardziej
przyśpieszyła, by po chwili wbiec w Hanyie i przeniknąć przez nią... Gdy
zdziwienie wystąpiło na obliczu dziewczyny, Aristea usłyszał tuż za plecami

- Lekcja piąta, nie ufajcie oczom bo łatwo je zamknąć.

A po chwili potężne kopnięcie prosto w plecy, popchnęło Kiffara prosto w
objęcia nagrzanego piasku. Wszystko wydarzyło się w ciągu pięciu sekund.
Była piekielnie szybka i zabójcza. Miecze w jej rękach znów zasyczały i
tym razem naprawdę ruszyła do ataku. Zdążyliście w ostatniej chwili
wysunąć klingi ponownie. Ale ona już miedzy wami była zadawała celne i
śmiercionośne ciosy, ale dawaliście radę je wszystkie parować lub unikać
dosyć sprawnie, gdy po chwili tego tańca prawie wbiliście siew rytm ona
przyśpieszyła niszcząc tym samym waszą harmonią zadawania ciosów co
kompletnie wybiło was z rytmu a jak sami wiecie to jest najgorsza rzecz
która może zdarzyć się szermierzowi podczas pojedynku. A Ventress
wiedziała o tym nie gorzej od was i skrzętnie to wykorzystałaby gdyby
nie przyszedł wam z pomocą Białowłosy mężczyzna nazwany przez Asajj
“Władcą mocy” . Z jego palców w stronę Kobiety poszybowały pioruny
utworzone z czystej potęgi mocy przez co Asajj musiała skierować ostrze
w inną stronę by przyjąć ten ładunek na miecz, jednocześnie drugim
wykonując paradę przed ciosem Hanyi. Lecz po chwili znów wałczyła i tym
razem już jak najostrzejszy zawodnik z takim przeciwnikiem żadnemu z was
nie było dane jeszcze się zmierzyć.

-Za wysoko garda, niżej na nogach, wyżej miecz, unikaj tego ciosu
zamiast parować,

Mówiła to bardzo szybko, wypominając wam błędy, które popełnialiście
podczas walki, w międzyczasie niwecząc wszystkie wysiłki Drrana, który
próbował cokolwiek uczynić jej za pomocą mocy, a po chwili fala potężnej
mocy wszystkich was położyła na ziemi.

-Wstawać wyrostki...... To była dopiero pierwsza runda.

Miecze niebezpiecznie zawirowały w rękach wojowniczki. Czyżby Runda
druga.....
 
__________________
Dyplomata to ktoś, kto mówi ci abyś poszedł do diabła, a ty cieszysz się na podróż...

Ostatnio edytowane przez Milly : 29-05-2007 o 09:13.
Corran jest offline  
Stary 25-05-2007, 23:48   #2
 
Nightcrawler's Avatar
 
*Light Side* Frei Zuun

„Nie ma ignorancji - jest wiedza” - Kel Dorzy - nawet nie-Jedi żyli tą maksymą od zarania dziejów, więc dla młodego Freia, nigdy nie stanowiło problemu zaakceptowanie tej części życia Rycerzy.
Nawet teraz tutaj w mroźnym oddechu, zdawało by się martwej planety Hoth chłopak z entuzjazmem podchodził do każdego zwiadu. Chciał nauczyć się jak najwięcej o nieprzystępnym środowisku planety, wierząc iż każda informacja może być kluczem do poznania istoty tak galaktyki, jak Mocy.

Kiedy zaczęli rekonesans wschodnich rejonów nowego przyczółka, odziany w grubą futrzaną kurtkę i takież spodnie, osłaniający się kapturem, pomarańczowo-skóry humanoid myślał tylko o logicznych implikacjach łańcucha pokarmowego, w którego środku znajdowały się według niego Tauntauny. Wierzył, iż musi być jakiś początek i koniec tego systemu. Pragnął więc odnaleźć pozostałe istoty zamieszkujące to niedostępne, lodowe pustkowie, będące zarówno pokarmem jak i finalnym konsumentem, zwierząt używanych przez nich jako środek transportu.

Rozmyślania Zuuna przerwał cichy, śmiercionośny szmer laserowego pocisku i następujący ułamek sekundy po nim charakterystyczny syk świetlnej klingi. Keiran oczywiście odbij świetlna smugę, lecz nie umniejszało to niebezpieczeństwa w jakim sie znaleźli.
Szybko zwarłszy szyki z resztą ekipy, Frei zeskoczył ze swego wierzchowca i przyczaił się tak jak pozostali Jedi. Następnie rozglądnął się aktywował swoje szmaragdowe ostrze.
Niestety sytuacja nie wyglądał najlepiej – kilka niewielkich, metalicznych przedmiotów otaczało ich ze wszystkich stron. Napastnicy wyglądali jak zwykłe kuliste droidy służące do treningów defensywy mieczem świetlnym, pytanie brzmiało skąd mogli się tu wsiąść.
~Czyżby mistrz Dune postarał się by tym razem nie był to nudny patrol ~ zapytał sam siebie Zuun

Kel Dor odetchnął głęboko przywołując Moc. Poczuł jak wszystko w koło emanuję słabymi impulsami energii, zaczerpnął z niej i uspokajając niespokojny rytm serca postarał się sięgnąć umysłem pierwszej kuli, próbując jednocześnie przyspieszyć własne ruchy.
- musimy współpracować, w pojedynkę możemy nie dać im rady, jeśli jednak każdy zajmie się konkretnymi dwoma kulami, to nie powinny być dla nas problemem - szepnął do towarzyszy, po czym wysunął sie trochę na przód nie chcąc, by Tauntauny ucierpiały z ich winy...
 
__________________
Sanguinius, clad me in rightful mind,
strengthen me against the desires of flesh.
By the Blood am I made... By the Blood am I armoured...
By the Blood... I will endure.

Ostatnio edytowane przez Nightcrawler : 26-05-2007 o 07:05.
Nightcrawler jest offline  
Stary 26-05-2007, 01:05   #3
 
cynis's Avatar
 
"Dark Side" Drran Masstru

A wszystko zapowiadało się tak dobrze. Dzień wstał raczej nienajgorszy, śniadanie było całkiem smaczne. To był pierwszy dzień kiedy Drran mógł powiedzieć, że przyzwyczaił się do swojego nowego ja. Po "odrodzeniu" wyostrzyły mu się zmysły. Widział, słyszał i czuł wiele więcej niż kiedykolwiek dotąd. To była jedna z głównych przyczyn trudności z adaptacją. Wciąż zdawało mu się, że słyszy jakieś niepokojące dźwięki, zapachy się nie zgadzają albo też w smaku napojów jest coś dziwnego. Okazywało się, że to wszystko normalne. Tym razem było inaczej. Coś było nie tak. Osoba, z którą jadł lunch, była jakaś dziwna. Na pewno była dziwna... chociaż nie mógł jej sobie przypomnieć. A danie, które jadł, cokolwiek to było, miało dziwny smak. A teraz...

Teraz wszystko zaczynało nabierać sensu. Teraz z zasłoniętymi oczyma, niesiony gdzieś w nieznanym celu. Rozważył jeszcze raz czy nie popełnił błędu odnośnie decyzji. Może lepiej było przejść w stan "wiecznego" spoczynku? Zdecydowanie byłoby to prostsze niż użeranie się z takimi sytuacjami. Kiedy tak myślał i zbierał moc po odurzeniu roboty niosące go zatrzymały się. "Koniec wycieczki?" przemknęło przez myśl mężczyzny. I jakby w odpowiedzi na tę niewypowiedzianą złośliwą uwagą został rzucony twarzą w piach. Uderzył dość mocno. Wstał i został kilkoma ciosami posłany z powrotem na ziemię. Ciosy były brutalne. Zgruchotały co najmniej jedno żebro. Oby to było tego warte. Ból w lewym boku promieniował. Przesłaniał inne bodźce. Drran starał się jak mógł nad tym zapanować. Usłyszał komendę, dość ostrą i niezbyt przyjemną, a tuż po niej buczenie mieczy świetlnych. To przeważyło szalę. Podniósł się. Cały czas męczony bólem i ogłuszeniem. To jednak nie był dobry dzień.

Zrzucenie opasek dało sposobność do oceny położenia w jakim się znaleźli. Nie było już bowiem wątpliwości, że Masstru nie był jedynym przywleczonym tutaj wbrew woli. Kobieta, która do nich przemawiała, bo twierdziła, że jest kobietą, wymusiła na nich przysięgę. To oznaczało, że teraz trafiają pod jej bezpośrednie dowództwo. Ponowny upadek w kierunku ziemi był najmilszą rzeczą tego dnia. Jak się później okazało całego. Można go było kontrolować. Spadali tam gdzie chcieli. Dostali miecze. Prawdę powiedziawszy Drran nie był zachwycony. Otrzymał już moc. Miecz zdawał mu się trochę zbędny i tak nie planował z niego korzystać. Ledwo przestał ważyć broń w ręku został pchnięty na ścianę. Nawet próbował się przed tym obronić ale była za silna. Rzuciła nim z dziecinną łatwością.

Kiedy Władca Mocy wstał walka trwała w najlepsze. Pierwsze spostrzeżenie brzmiało następująco: Zbliżę się o krok i mnie poćwiartują. Postanowił zatem robić to do czego miał większy talent. Rzucił wiązką błyskawic w białą postać. Ta zablokowała atak ale nie przerwała własnej serii ciosów. Drran ukrył swoją obecność w mocy i przemieścił tak by przeciwniczka go nie widziała. Wypatrzył moment i spróbował jeszcze raz z podobnym skutkiem. Kolejne ataki w podobnie wymyślne sposoby nie robiły większego wrażenia na tej dziwnej kobiecie.

Nagle znowu został odrzucony mocą. Zupełnie tak jak poprzednio. Tym razem jednak towarzysze też zostali rzuceni. Wylądowali na ziemi i po chwili usłyszeli: -Wstawać wyrostki...... To była dopiero pierwsza runda.-
Tego było za wiele. W Drranie wzbierała zimna furia.
-Ktoś tu chyba sobie ze mnie kpi...- powiedział cichym pełnym gniewu głosem. Kiedy wstawał czuł na palcach drobne wyładowania elektryczne. Może to jego moc dostraja się do jego emocji. Do fali nienawiści. Do rozdrażnienia i otępienia wywołanego tym, że całe popołudnie jest rzucany po ścianach. Teraz bardzo chciał zobaczyć jak ta kobieta pada i dławi się własną krwią. Niestety jego moc wymagała spokoju i skupienia.

Wyłączył miecz i ukrył swoją obecność w mocy. Ukrył ją tak głęboko jak tylko potrafił. Tak, że nie wyczuwał samego siebie. Postanowił też użyć tych zmysłów, które tak zmieniły jego postrzeganie świata wokół. Starał się robić najmniej hałasu jak to w ogóle możliwe. Do tego przemieszczał się tak by być jak najdalej od pola widzenia przeciwnika. W pewnym momencie odrzucił miecz. Celowo. Odskoczył szybko z dala od niego i zaatakował Assasi mając nadzieję, że upadek miecza sprawi wrażenie jego obecności tam. Zaatakował używając pełnej dostępnej mu mocy. Nie zwracał większej uwagi na pozostałą dwójkę z mieczami choć starał się trafić raczej w kobietę. Chciał zobaczyć jak się zwija w agonalnym bólu. "Po tym wszystkim muszę podnieść miecz. A jeśli się nie uda to muszę mieć go do obrony" pomyślał.
 
__________________
Nie bój się śmiać z samego siebie. W końcu jest szansa, że przegapisz żart stulecia.

Ostatnio edytowane przez cynis : 27-05-2007 o 12:28. Powód: Prośba MG uwzględniona :P
cynis jest offline  
Stary 26-05-2007, 01:53   #4
 
Lirymoor's Avatar
 
*Light Side* Kayla Knylenn

Hoth, bezkresna, lodowa pustynia smagana co i raz przez deszcze meteorytów. Planeta z pozoru skrajnie nieprzyjazna dla wszelkiego istnienia. Jednak życie nie poddawało się nigdy. I tutaj znalazło swoje miejsce, rozwijając się z podziwu godnym uporem, na przekór niegościnnemu środowisku. Kayla widziała to wyraźnie od samego początku i głęboko podziwiała siłę przyrody. Wszystko można jakoś przetrwać. Wniosek ten napawał ją jednocześnie wstydem i nadzieją.

O tym właśnie myślała gdy razem z innymi padawanami przetrząsali rejon na wschód od enklawy. Już dawno temu przestała zwracać uwagę na chłód, bardziej instynktownie niż świadomie rozcierała ręce zawsze wtedy, kiedy przestawała czuć swoje palce. Kołysana miarowymi ruchami Tauntauna wpatrywała się w przestrzeń przed sobą. Kaptur i gogle ograniczały znacznie widoczność, jednak w takich warunkach były konieczne. Z resztą co tutaj oglądać, wszędzie śnieg.

Odgłos mknącej wiązki lasera natychmiast wyrwał ją z błogiego zamyślenia, niepokuj ściągął jej pełną uwagę ku wydarzeniom obecnym. Chwilę potem usłyszała basowe burczenie miecza świetlnego. Gwałtownie odwróciła głowę. To Keiran odbijał sypiące się ku nim wiązki laserowe.

- Zewrzeć szyk, jesteśmy atakowani. – zawołała działając bardziej instynktownie niż świadomie. Cokolwiek to było w rozsypce stanowili znacznie łatwiejszy cel. Stanowczo ciągnąc za wodze swojego Tauntauna zmusiła zaniepokojone zwierzę by zajęło dogodną pozycję po czym tak jak reszta schowała się za wierzchowcem.

Gdy Frei zidentyfikował przeciwnika poczuła dziwne ukucie niepokoju. Droidy-kule przeznaczone do treningów z mieczami. Czyżby mistrz Dune postanowił sprawdzić jak radzą sobie w warunkach polowych? Coś głęboko w niej nie do końca chciało się zgodzić z tym wnioskiem, jednak zdusiła ten głos. Ze względu na użyty sprzęt teoria wydawała się dość prawdopodobna. Jednak cokolwiek by to nie było, stanowiło zagrożenie. A w takim wypadku musiała dać z siebie wszystko. Wraz z tym postanowieniem spłynął na nią kamienny spokój.

Kiwnęła głową gdy Zuun mówił o wspólnym stawieniu czoła przeciwnikowi. Powinni podołać takiemu wyzwaniu. Wychyliła się nieznacznie z za Tauntauna szukając wzrokiem dwóch najbliższych droidów.

- Biorę tamte – oznajmiła przystępując do dzieła. Sięgnęła Mocą w kierunku jednej z kul zamierzając zderzyć ją z drugim wrogim obiektem. Jeśli udałoby jej się zrobić to dostatecznie mocno, kolizja powinna zniszczyć przynajmniej jedną z nich. Jednocześnie zacisnęła prawą dłoń na mieczu świetlnym. Gdyby coś poszło nie tak mógł się okazać bardzo przydatny.
 

Ostatnio edytowane przez Lirymoor : 29-05-2007 o 19:01.
Lirymoor jest offline  
Stary 26-05-2007, 11:59   #5
 
Macavity's Avatar
 
*DARK SIDE* Aristea' Ira Cruenta

Shi'ttyd-ay, tylko tak można było to skomentować. A przecież dzień zaczął się dla Aristei' dobrze. Nawet za dobrze... Po raz pierwszy nikt nie przeszkadzał mu w porannych ćwiczeniach, ani w późniejszym wygrzewaniu ścięgien na słońcu. Nawet się z tego wszystkiego zdrzemnął... Niewybaczalny błąd.
Potem wszystko potoczyło się tak szybko, że w sytuacji zorientował się dopiero związany i z przesłoną na oczach. Nie walczył. Nauczył się, że do ofensywy nie przechodzi się nieznając sytuacji. Tylko spokojnie... Tylko, fu'ckingsh'it, spokojnie...
Później gdzieś go prowadzono. Nie pieszczotliwie ale i niezbyt brutalnie. Kazali mu iść jakimś korytarzem... Jak byle smarkaczowi! Miał ponure wrażenie, że chcą zrobić z niego głupca. Niedoczekanie!
Miał szczery zamiar zachować lodowaty spokój.
Dotarł do jakiejś areny... i w tym momencie ktoś go podciął, tak gwałtownie, że nie było szans na udany przewrót. Piach wypełnił mu usta a w głowie zadudniło od uderzenia. Wypluł piasek, wziął głęboki wdech i zarzucił biodrami. Niezbyt elegancki ale szybki przewrót postawił go na nogi. Rozeznać się z sytuacji... Skupił się na chwilę i wyczuł. Troje obdarzonych, z czego jeden niezwykle potężny, jeden trochę silniejszy i jeden porównywalny... chyba. Dobrze... teraz ręce. Szarpnął się z całych sił. Raz... Drugi... Nic z tego. Cokolwiek go pętało, było mocne. I wtedy usłyszał głos:

-Wstawać, wyrzutki...

Głos, który od razu znienawidził. Miał ochotę krzyknąć Przecież stoję, ty..., ale powstrzymał się w ostatniej chwili.
Jakaś potężna moc porwała go z ziemi i zerwała opaskę. Światło go oślepiło, lecz po chwili już zobaczył dwie postacie wiszące razem z nim, A więc sprzymierzeńcy..., i jedno... coś... stojące na dole. Intuicyjnie wyczuł, że to właśnie to jest właścicielem owego czarująco uprzejmego głosu. Pasował do reszty postaci.
Potem były słowa. Słowa budzące wściekłość. Słowa za które powinien rozwłóczyć flaki mówiącego po całej arenie. Potem ból. Potworny. I wycharczana pod wpływem bólu przysięga... I rosnąca z każdą chwilą nienawiść... Mam być niewolnikiem tej... tej... Asajj Ventress?
A potem dostał miecz. O, radości, iskro bogów... No, to zobaczymy, ile jest warta szanowna pani "mistrzyni".

Zaraza, okazała się wiele warta. Bawiła się z nimi jak z byle szczeniakami. Była jak cień, ciosy się jej nie imały... jasna cholera.
Była lepsza niż ktokolwiek, z kim Aristea' miał okazję walczyć. Kątem oka udało mu się zauważyć, że jeden z jego współtowarzyszy - dziewczyna, nieźle macha mieczem, a drugi - facet, choć prawie nie brał udziału w walce, dobrze włada mocą. Ledwo jednak zdołał to zauważyć, potężna fala mocy rzuciła nim o podłogę. Wygiął plecy do padu, próbując zamortyzować upadek. Nie pomogło.

-Wstawać wyrostki...... To była dopiero pierwsza runda.

-Co..? Ty...

Aristea' poczuł, że fala lodowatego gniewu zalewa jego umysł. Wstał i na nowo aktywował miecz.
Dobra... Rzucił się biegiem w stronę przeciwniczki... Ja jej pokarze... W sekundę uchwycił jej obraz i zobaczył potencjalna lukę... Stać mnie na więcej... Zamarkowanie ataku na głowę, Zwód, piruet, tak szybki, jak tylko się da, obejście, cios na lewy bok... Musi być stać mnie na więcej... Jeśli się nie uda, już po nim... Muszę być szybszy... Zamarkowanie... Muszę... zwód... być... piruet... SZYBSZY!!!!
 

Ostatnio edytowane przez Macavity : 26-05-2007 o 14:54. Powód: mała niedoróbka
Macavity jest offline  
Stary 26-05-2007, 15:16   #6
 
Khalida's Avatar
 
Dark Side

Ból ją zamroczył. Przez dłuższą chwilę nie mogła dojść do siebie, ale wiedziała ze musi to zrobić jak najszybciej. Przekonywała się w duchu że nie raz coś takiego czuła, nie raz był to ból o wiele gorszy.
Uspokoiła siebie, swoją psychikę, wszystkie nerwy i zmysły. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z najgorszego faktu - miała związane ręce i zasłonięte oczy. Gdzieś, głęboko w umyśle, gdzie pogrzebała całą swoją przeszłość, jedno ze wspomnień drgnęło. Walczyło zawzięcie o wydostanie się na wolność, walczyło aby wyrwać się z okowów umysłu i uderzyć z całej siły w psychikę dziewczyny. Starała się nie wracać do tego, ale skojarzenia były zbyt silne.
Przez chwilę poczuła się jakby znowu leżała na atłasowej pościeli, zimnej, ale tak miłej w dotyku. Wszystkie doznania z tamtego okresu wróciły ze zdwojoną siłą. Oczy miała zawiązane delikatną, jedwabną chustą, a nadgarstki skrępowane takąż samą wstążką. Nagle poczuła że ktoś łapie ją za dłonie, podciąga ponad jej głowę i przywiązuje do czegoś zimnego, metalowego. Potem usłyszała chrapliwy, przyspieszony oddech. Obrzydliwie spocone dłonie o długich, szczupłych palcach artysty rysowały na jej ciele jakieś zawiłe wzory.
Potem było skrzypienie łóżka, ból i nieodparte uczucie że właśnie krew spływa po wnętrzu jej uda...
Dziewczyna jęknęła cicho, próbując odgonić to wstrętne wspomnienie. Niestety zaraz po nim napłynęły i inne, jemu podobne. Jej oddech przyspieszył się, a serce kołatało się rozpaczliwie w klatce piersiowej, jakby jedynym jego celem było uciec stamtąd.
Haniya znów była poniżona... Związana, bezbronna, w nieznanym sobie miejscu, wśród obcych ludzi, umorusana piaskiem i nie mająca siły się podnieść.
Okazało się że nie musi tego robić, ktoś zrobił to za nią. Cała ta sytuacja odegnała złe wspomnienia dziewczyny. Haniya musiała skupić się na niej, zdecydowanie nie mogła pozwolić sobie na słabość, nigdy, ale zwłaszcza nie teraz.
Nagle, bez ostrzeżenia osłona jej oczu spadła. Dziewczyna zamknęła je odruchowo, ale i tak została oślepiona. Automatycznie spuściła wzrok na swoje ciemne ubranie, była to zdecydowanie rzecz która nie odbijała jasnych promieni. Gdy tylko oswoiła swoje oczy spojrzała na tych, których wcześniej wyczuła. Kobieta i dwóch młodych mężczyzn... Wszyscy posiadali Moc... Kobieta najsilniejszą.
Haniya sapnęła ciężko, a w jej sercu rozpaliła się gwałtownie tląca się do tej pory spokojnie, zagłuszana przez inne uczucia nienawiść. Czy oni byli Jedi? Tymi parszywymi, po stokroć przeklętymi Jedi?! A może byli taka jak ona? Nie do końca naturalny człowiek, nie do końca Jedi, coś pomiędzy, wyrzutek, parias, bękart!
Była tak zaprzątnięta swoimi uczuciami że prawie nie usłyszała słów kobiety. Zresztą, i tak nie chciała ich słuchać. Nie będzie się słuchać nikogo, zwłaszcza jakiejś Jedi! Zwłaszcza osoby, która urodziła się z darem, którego jej, Haniyi, odmówiono! Darem, który wbrew swojej woli dostała, darem, przez który zatraciła swoje człowieczeństwo!
Gdy jej nienawiść sięgała prawie szczytu poczuła ból, ogromny ból. Nie krzyknęła, ale przez przypadek ugryzła się w policzek. Na języku została jej odrobinka krwi, a szczypiące uczucie zdartego naskórka znikło w fali ogromnego bólu spowodowanego Mocą. Wiedziała po co to – ma wyrazić potwierdzenie że zrozumiała. Ociągała się najdłużej ze wszystkich, w końcu gdy już prawie nie mogła wytrzymać, mruknęła na zgodę.
Wszystkie kontrolujące ją siły opadły, i zaczęła lecieć w kierunku podłoża. Zebrała się w sobie, i wylądowała lekko na ziemi. Coś w nią poleciało – odsunęła się, unikając trafienia. Był to miecz świetlny. Padła komenda do walki.
Dziewczyna wzięła oręż, włączyła go i zatraciła się w starciu. Przeszkadzała jej osoba drugiego walczącego, ale po chwili zapomniała o nim, tak jak o tym, który stał za ich plecami. Została tylko jej przeciwniczka, ona sama i jej ogromna nienawiść, rosnąca z każdą chwilą.
Haniya dawała z siebie wszystko, ale mimo to cały czas ponosiła porażkę. Przegrywała, bo nie udało się jej zabić, ni nawet zranić Asajj. Frustracja młodej rebornki rosła z każdą chwilą, jej gniew przerodził się we wściekłość.
Przestała zauważać ciosy które ją dosięgały, nie słyszała żadnych słów. Jedyne co do niej dotarło to...
-Koniec rundy pierwszej- tylko te słowa przebiły się do świadomości dziewczyny. Ale nie dopuściła tego do siebie.
„Jaki koniec, jaki koniec...” przemknęło przez jej szalone myśli „Koniec nastąpi gdy wymaluje na różowo ściany twoim mózgiem!”
Dziewczyna poczuła przepływającą przez nią Moc. Zebrała ją w sobie, i rzuciła się na przeciwniczkę z przerażającą szybkością. Nie była to naturalna, ludzka szybkość – Haniya wykorzystała swoją Moc. Gdy tylko znalazła się przy Asajj, użyła Mocy ponownie, tym razem aby z impetem odrzucić jak najdalej młodego mężczyznę, który ruszył do ataku przed nią. Jeśli zaś chodzi o trenerkę, dziewczyna zasypała ją gradem ciosów – cięciami miecza, jak i kopnięciami i ciosami pięścią. Jej akcja zdecydowanie nie była taka, jak przystało na trening. Młoda rebornka zaatakowała tylko w jednym celu – aby uśmiercić swoją przeciwniczkę, wszystko jedno w jaki sposób, byle by kobieta leżała martwa. Dziewczyna zupełnie nie zwracała uwagi na jej ‘towarzyszy’, ponownie była w ferworze walki – tylko ona i Assaj. Chciała zabić, i robiła wszystko, aby do tego doszło, aby jej dłonie zalała ciemna posoka, aby krew jej przeciwniczki trysnęła strumieniami wprost na twarz Haniyi, aby ciało stygło powoli w powiększającej się ciemnoczerwonej kałuży...
 
__________________
Każdy powinien mieć motto.
Nawet jeśli jest dziwne:
"I'm greedy, not stupid..."
Widzicie?
Khalida jest offline  
Stary 26-05-2007, 16:30   #7
 
Vivian's Avatar
 
*Light Side* Dalila Zearalenon

Jeżeli ktoś by ją zapytał, co myśli o tej całej wyprawie na Hoth, potrzebowałaby czasu na udzielenie odpowiedzi - jak dotąd wcale się nad tym nie zastanawiała. Było zimno i ten niepodważalny fakt oczywiście pociągał za sobą pewne konsekwencje i ograniczenia, ale zapewniono im zupełnie dogodne warunki pobytu, więc szukanie dziury w całym nie miało najmniejszego sensu. A do tego miała Tauntauny. Zawsze ceniła sobie towarzystwo wszelkich stworzeń nadających się pod siodło, które tak dobrze potrafiły słuchać... poleceń.

Właściwie badanie wschodnich części terytorium było pierwszą rzeczą, która budziła w Lili znaczniejszy opór. Może wpływała na nią perspektywa podróży w tłoku, jaki niewątpliwie tworzyło osiem żywych istot poruszających się zwartą gromadą... Problem mógł również tkwić w tym, że mieli poznawać ów teren całkowicie od zera... Tak czy inaczej ten wyjazd wcale jej nie odpowiadał i dzień zapowiadał się nieciekawie. Podczas śniadania była nieobecna, choć siedziała i żuła w milczeniu jak zawsze. Gdyby na tej parszywej planecie były inne zadania, pewnie spróbowałaby sobie załatwić przeniesienie od zaraz... "Gdyby były..."

Początek rekonesansu okazał się uspokajająco nudny - do tego stopnia, że dziewczyna w końcu darowała sobie ciągłe stanie w strzemionach, rozluźniła mięśnie i pozwoliła biodrom zgrać się z ruchami Tauntauna. "Wiem, wiem... Nam obojgu jest teraz wygodniej." pomyślała, klepiąc zwierzaka po szyi. Właściwie niewiele było do roboty. Większość elementów topograficznych nanosiło się do cyfronotesu zaraz po tym, jak ukazały się na horyzoncie, a następnie można było im się spokojnie przyglądać... Stawały się coraz większe i większe, z białych plam wyłaniały się odcienie szarości, nabierały kształtu i wyrazu... Zupełnie jakby starały się przekonać obserwatora, jak bardzo różnią się od pozostałych śniegowych czap...

Rozproszone przez Keirana wiązki lasera pomknęły we wszystkie strony. Dalila ścisnęła boki wierzchowca i zawróciła go, odruchowo pochylając głowę. Zwierzę było tak doskonale ułożone, że zupełnie nie zareagowało na niepokojące dźwięki i bezbłędnie usłuchało komendy, choć zauważalny dreszcz wstrząsnął futrem. Ustawiając Tauntauna w szyku, rzuciła tylko okiem na wskazania cyfronotesu... "Osiem kul treningowych. Urozmaicanie czasu na siłę, czy jak?! Tu nie przedszkole...Chyba że to nie nasze roboty... Jest jedna metoda, żeby sprawdzić. Zniszczymy i spytamy, czyje to było."

Kiedy zsiadła, dotarły do niej słowa Frei'a: "Musimy współpracować, w pojedynkę możemy nie dać im rady, jeśli jednak każdy zajmie się konkretnymi dwoma kulami...". Jak dla niej wypowiedź zawierała nielichą antytezę: podział przeciwników uznawała za pierwszy krok do braku współpracy. Nie czas był jednak na dyskusję, a i nie bardzo było z kim rozmawiać, bo Rycerz jak powiedział, tak zrobił i "zajął się" swoim przydziałem. "Palnął coś i uciekł... To parodia a nie współpraca." przemknęło jej przez myśl, kiedy obserwowała reakcję pozostałych. Dziewczyna, Kayla zdaje się, wybrała swoją parę i wyraźnie zamierzała... Tak. Zrobić dokładnie to samo, co dla Lili było jedynym sensownym i... dopuszczalnym rozwiązaniem.
Stanęła obok towarzyszki i nieznacznie wyciągnęła rękę przed siebie, jakby chciała pochwycić jedną z dwóch kul. Poczuła przyjemne ciepło Mocy napływające do dłoni...
- Razem. - powiedziała cicho, patrząc na Kaylę wymownie.
To chyba było pierwsze słowo, które dobrowolnie wymieniła z kimkolwiek z trójki...
 
__________________
"Are you devil or angel...? Are you question or answer...?"
Vivian jest offline  
Stary 26-05-2007, 19:15   #8
 
Lirymoor's Avatar
 
*Light Side* Kayla Knylenn

- Razem. – słowa padły nieoczekiwanie, jednak po latach treningu nawet zaskoczenie nie było w stanie złamać jej koncentracji.

Już ponad dwa tygodnie pracowali razem, lecz jak dotąd nie nawiązali żadnych więzi ponad tymi które im narzucono. Był najwyższy czas to zmienić. Poza tym gdzieś głęboko Kayla czuła, że może potrzebować pomocy. Jej zdolności telekinetycznie rzadko kiedy ją zawodziły. Lecz od czasu „wypadku” coś było inaczej. Czuła to podczas treningów jak i teraz. Wciąż w pełni się kontrolowała, zachowując tak typowy dla siebie kamienny spokój, jednak głęboko pod powierzchnią lodowatej pustyni jej wioli coś się burzyło. Coś co musiała utrzymać na uwięzi przynajmniej do końca walki. To nie był czas na wątpliwości czy błędy. Na szczęście dla niej samej nic nie wskazywało na to by opanowanie miało ją zawieść. Jednak nie zaszkodzi mieć czegoś w obwodzie. Zwłaszcza, że obie widocznie miały ten sam pomysł na rozprawienie się z przeciwnikiem. A we dwie było łatwiej i niepomiernie bezpieczniej.

Skierowała wzrok ku Dalili. Wymowne spojrzenie koleżanki, które z racji wielkich ciemnych gogli jakie nosiły, bardziej wyczuwała niż widziała, wywołało złowieszczy uśmiech na twarzy Kayli.

- Im nas więcej tym weselej.
 
Lirymoor jest offline  
Stary 26-05-2007, 20:06   #9
 
Lavi's Avatar
 
*Light Side* Keiran Halcon

Podróżowałem sobie spokojnie na tym dzikim zwierzu. Rozglądałem się bacznie lecz myślami niestety byłem gdzieś daleko stąd. Zastanawiałem się nad tą całą wojną, czemu ludzie i cała reszta tych dziwnych stworów mimo iż mają tyle miejsca we wszechświecie walczą ze sobą. Przecież jest jeszcze tyle planet które nie zostały odkryte a mogą nadawać się na zamieszkanie. Może to jest w pewnym sensie jakiś instynkt przetrwania, każda z ras stara się mieć jak najwięcej terenów by jak najlepiej prosperować.

Nagle, poczułem że coś się ma zaraz stać. Moje dziwne rozmyślania przerwał dźwięk który usłyszałem w spowolnieniu, nie wiem jak ale wiedziałem że teraz muszę coś zrobić. Moje zmysły postawiły się w stan gotowości, przez moje ciało przepłynęła moc dzięki której odruchowo dobyłem miecza. Zabłysnął on na zielono wraz z nim słychać było charakterystyczny dźwięk. Wzrok skierowałem w stronę źródła dźwięku. Nie byłem nawet świadom tego co robie, lecz moc kierowała moimi ręką, odbijała zręcznie wszelkie strzały z lasera które były skierowane we mnie lub mojego zwierza. Gdy odbiłem większość z nich stwierdziłem iż walka na siedząco to raczej niezbyt dobry pomysł. Przeturlałem się przez bark po grzbiecie zwierza by bezpiecznie wylądować na ziemi. Schowałem się za nim, dzięki czemu miałem schronienie na jakiś czas.

Rozejrzałem się dookoła by zobaczyć co robi reszta. Każdy szykował się do ataku na jakiegoś przeciwnika. Kątem oka pomiędzy nogami zwierza ujrzałem że są to droidy ćwiczebne. Czyli ta podróż będzie jednak ciekawsza niż myślałem. Nie mogę dać plamy, nie mogę cię zawieść.

Zagłębiłem się w mocy która mnie przepełnia by wyczuć ich pozycje i obecność. Było ich sporo, mnie jednak interesowały dwa z nich które były blisko siebie. Otaczały nas jak wataha jakiś dzikich drapieżnych zwierząt. Wiedziały że jeśli będziemy w środku łatwiej będzie nas się pozbyć. Ponownie rozejrzałem się dokoła po czym, zebrałem moc w sobie i przyśpieszyłem swoje ciało. Nagle cały świat jakby zwolnił co najmniej o połowę, wziąłem mały rozpęd i skaczę na jakąś górkę z lodu. Odbijam się od niej, robiąc salto nad dwoma drodiami tak by przy okazji przeciąć oba mieczem. Ląduje na ziemi po czym przetaczam się przez bark by zmienić kierunek na ten z którego mogę być najbardziej atakowany. Teraz jestem odwrócony w stronę droidów które są skupione na mnie. Reszta ma teraz szanse zaatakować ich, drodidy będą przez chwile lekko zmieszane. Gdy droidy skupią na mnie zbyt duży ogień przetaczam się na bok za jakiś kawał lodu przy okazji starając się by mnie nie postrzeliły gdy to robię.
 
__________________
"I never make the same mistakes twice" -- by Me :P

Ostatnio edytowane przez Lavi : 27-05-2007 o 12:57.
Lavi jest offline  
Stary 28-05-2007, 09:49   #10
 
Nightcrawler's Avatar
 
*Light Side* Frei Zuun

Wszyscy żyjemy w wielkim kręgu Mocy. Rodzimy się, żyjemy, umieramy i jednoczymy się w Mocy. Ja, Ty i żaden Jedi nie jest lepszy od jakiejkolwiek żywej istoty. To kim jesteśmy to tylko wola Mocy lub czysty przypadek- większa ilość Midichlorianów, predyspozycje i umiejętności. Dlatego Mój Padawanie szanuj każde najmniejszy przejaw życia. Każde istnienie to Twój brat lub siostra w Mocy.
Naszym obowiązkiem jest chronić, każde pojedyncze istnienie..."
Słowa mistrza Haddora młody Kel Dor nosił w sercu, w jakiejkolwiek części galaktyki sie znalazł. Wszystko w około je potwierdzało nawet tu - na tej martwej, smaganej mroźnym wichrem pustyni.

Chronić każdą żywą istotę - nawet Tauntauna...

Zunn czekał - czuł Moc przepełniającą jego ciało, czuł swoich towarzyszy i swoich przeciwników. Zbyt wiele poświęcił czasu przyswajaniu tajników leczenia, by dać teraz kogokolwiek skrzywdzić.
Źle się jednak stało, że mimo dwu-tygodniowej współpracy, nie poznali swoich umiejętności. Bez tej wiedzy właściwie ciężko było mówić o ścisłej współpracy. Kel Dor skrzywił się - zakrawało to na ignorancje, a on jej nie znosił.

Frei wierzył, że każde z nich poradziło by sobie z prostą kulą treningową - lecz to mogły nie być zwyczajne droidy.
Widział jak Kobiety skupiają się by zmiażdżyć o siebie mechanicznych przeciwników. Byli jednak otoczeni i choćby sekundowe zawahanie mogło źle sie skończyć.
Postanowił wiec wstrzymać własny atak, skupiając się ponownie zrobił krok bliżej Jedi by móc je bronić przed ewentualnym atakiem z drugiej strony
 
__________________
Sanguinius, clad me in rightful mind,
strengthen me against the desires of flesh.
By the Blood am I made... By the Blood am I armoured...
By the Blood... I will endure.
Nightcrawler jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:34.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172