Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 11-06-2007, 07:23   #1
 
[Sesja] Globalny Terror

Dla ludzi żyjących na przełomie tysiącleci, historia powszechna świata do 2013 roku, toczyła się leniwym torem współczesności. Początek końca jednak od już dawna wisiał w powietrzu...

Świat, którego już nie ma...

* * *

Kalendarium wojny:

2013:

9.11 - W zamachu terrorystycznym Al Queda ginie Prezydent USA Hilary Clinton.
Wysadzony w powietrze budynek ONZ. Do zamachu przyznała się Al Queda i Armed Islamic Group.
- Władzę w USA przejmuje Mister Obrony Narodowej, który oddaje ją w ręce nowopostałej organizacji P.A.T.A, która powstała na bazie nacjonalistycznych radykałów z poparciem wojska. Prezydentem – dyktatorem zostaje W.A.Bush (przypadkowa zbieżność nazwisk)
- USA wypowiada wojnę Pakistanowi.
- Pakistan nawołuje kraje islamskie do otwartej Świętej Wojny Dżihad
- Zamieszki na ulicach Europy i USA, lincze wyznawców islamu, prześladowania religijne.
- Globalne zamachy terrorystyczne w Europie, Afryce, USA, Kanadzie i Bliskim Wschodzie – strefa Ghazzy.
- Działania zbrojne USA na terenie Pakistanu i Afganistanu.
- Libia, Irak, Iran i Syria przystępują do konfliktu wypowiadając wojnę USA i Izraelowi.
- NATO wywiązuje się z paktu wspierając Amerykę i Izrael.


2014:
- Do konfliktu przyłączają się Chiny i Indie stając po stronie krajów islamskich.
- Rosja przyłącza się do konfliktu stając po stronie NATO.

Chiny od początku potępiały kraje zachodnie a zwłaszcza USA w tym konflikcie. USA odkryło, że Chiny dozbrajają muzułmanów i, że na ich terenach są bazy terrorystyczne. Indie były na krawędzi wojny domowej i gdy władzę przejęli zwolennicy pro-pakistańscy, NATO dają Indiom ultimatum zniszczyło nadgraniczne bazy pakistańskie. Wtedy Indie przystąpiły oficjalnie do wojny. Chiny potępiły kolejny raz działania NATO i odmówiło współpracy, tj korzystania z przestrzeni powietrznej. USA i Unia Europejska nałożyły na Chiny embargo gospodarczo-handlowe. Chiny wiedząc, że jej gospodarka tego nie wytrzyma, ostatecznie opowiedziały się po stronie Indii.
Rosja przyłączyła się krajów zachodnich dbając o własne interesy (Afganistan i Czeczenia) i równowagę sił.

Linia frontu rozciąga się na Azję Mniejszą, Wschodnią i Bałkany.
Wojna domowa w Hiszpanii, Irlandii i Kanadzie.


2015:

9.20. - Pakistan odpala rakiety dalekiego zasięgu z bronią biologiczną masowego rażenia, które mimo, iż nie docierając do zamierzonych celów (USA i Francja, Rosja), niszczą życie biologiczne w Afryce i Ameryce Południowej. Skażona wirusem zostaje w dużym stopniu południowa część Ameryki Północnej, Europa Środkowo-Wschodnia, Skandynawia, Rosja, Azja Mniejsza.

5.10. - Anglicy detonują dwie 100 mega tonowe głowice nuklearne – oficjalny rozpad NATO.
- Jedna rakieta ląduje na przedmieściach Pekinu, a druga w Oceanie Indyjskim.
- Trzęsienie ziemi oceanu indyjskiego i atlantyckiego – gigantyczne tsunami zatapia Europę Zachodnią z Półwyspem Iberyjskim, Holandią i Anglią oraz Australię i Oceanię, Wschodnie wybrzeże USA.

5.10. - USA używa masowej broni biologicznej, której wirus paraliżuje życie Azji i kładzie kres wojnie.
- Powszechny upadek gospodarki i rządów współczesnych cywilizacji świata z wyjątkiem USA.

Lilie (Globalny Terror - Lilie) i Latawiec (Globalny Terror - Latawiec) ...

* * *

04.29.2018, PENTAGON, USA

Choć minął już tydzień od tragicznego zamachu, w którym zginęli m.in. Mark Miller i Robert Anderson - główni działacze P.A.T.A., to jednak w mediach jest to nadal gorący temat. Uroczystości ceremonii pogrzebowej odbyły się w czwartek, z udziałem Prezydenta i były transmitowane na żywo przez wszystkie 6 stacji telewizyjnych. Kraj pogrążony jest w stanie żałoby narodowej.
W niedzielę o świcie Centralny Komputer Pentagonu wybrał numery 5 Sędziów, ze statusem oczekujących na przydział. SS kadencji: Chicago. Następnie komputer losowo przypisał członkom nowej sekcji przełożonego. Sędzia Philipp Moore.
Po wygenerowaniu danych na ekranie pojawił się komunikat:
Wiadomość gotowa do wysłania.
pojawieniu się którego towarzyszył przenikliwy dźwięk.
Mężczyzna w fotelu, z głową odchyloną na krawędzi jego oparcia, otworzył zaspane oczy. Spojrzał przelotnie na monitor. Ziewając wcisnął Enter i rozsiadłszy się wygodniej, powrócił do przerwanej czynności. Na ekranie jeszcze przez chwilę mrugał komunikat:
Wiadomość wysłana.


* * *

PLAY



CHICAGO

20.55 HR
Shannon O'Rourke

Kobieta weszła do "Paddy's Mud".



Pusto. Usiadła na przy barze. Po chwili mężczyzna w sile wieku wyszedł z pomieszczenia na zapleczu. Stanął przed nią i nie podnosząc na nią wzroku sięgnął po kufel i zaczął cierpliwie nalewać Guinness’a. Postawił go przed nią ze szczerym choć smutnym uśmiechem.
- Dziękuję Pat – odezwała się ciepłym głosem. Położyła na barze klucze, portfel i pistolet.
- Dziewiąta na mieście. – odpowiedział przyjaznym skinieniem głowy, z silnym irlandzkim akcentem. Wyszedł zza baru by pozamykać drzwi i okiennice. Nie śpiesząc się, w rytm zawodzącego koncertu syreny alarmowej, zaczął zbierać szklanki i popielniczki. Zgasił światło zostawiając jedynie oświetlenie nad barem.
Sięgnęła po piwo. Pierwsze zawsze nalewał jej Pat, później zazwyczaj zostawiał ją samą, znikając na górze. Nie wiadomo jak długo tak siedziała wpatrzona przed siebie w lustro, sącząc któryś z kolei browar. Czwarta nad ranem.
Z zadumy wyrwał ją impuls wibracji. Wyjęła z kieszeni czarny pager. Położyła go przed sobą na blacie: 447. Po uzupełnieniu po brzegi zimnym browarem potężnego kufla, spokojnie nacisnęła przycisk:
05.01.18 12.00 SS 606 CHICAGO

Mark Degas
04.30 HR




Uliczka na zapleczu była miejscem, które najczęściej każdy omija szerokim łukiem. Zwłaszcza w czasie godziny policyjnej. Często bywa tez miejscem, gdzie wiele spraw się rozjaśnia. Niektórzy takie miejsca wyznacza na spotkania konieczność. Stał w cieniu nieruchomo plecami oparty o ścianę. „Nie przyszedł. Kurwa, nie przyszedł!” – pomyślał i zerknął na zegarek. „Jeszcze pięc minut. Starzejemy się” – ziewnął poklepując skórzaną kaburę glock’a. Po chwili otworzyły się cicho metalowe drzwi na końcu uliczki. Jakaś zakapturzona postać uchyliła klapę kontenera i wrzuciła czarny worek czy torbę do środka. Drzwi zamknęły się bezgłośnie. Wszystko nie trwało dłużej jak 6 sekund. Mężczyzna odetchnął z ulgą. Odczekał długą chwilę przebierając palcami po zimnej cegle budynku. Zza klapy kurtki wyjął przedmiot przypominający zwykły multimedialny pilot. Zgasło nocne światło wiszące nad śmietnikiem pogrążając uliczkę w ciemnościach. Podszedł do kontenera i wyciągnął z niego czarny foliowy worek. Sięgnął do środka i po chwili trzymał w ręku to na co czekał. Schował przedmiot pod kurtką. Dochodząc do głównej ulicy uśmiechnął się. Sodium'owa żarówka startując zaczęła tlić się, dając na początek bladą otoczkę poświaty. Mężczyzna szedł spokojnie główną ulicą. Gdyby nie stan wojenny, w oświetleniu nocnych latarni, głównie dzięki czarnej skórze wyglądałby jak przeciętny, ostatni gość z baru Harley’owego. Zza rogu wyszedł patrol. Dwóch „Żandarmów” z karabinami. Zrównując się z nimi zaświecił im przed przyłbicami hełmów odznaką. Młodzi policjanci ustąpili mu z drogi. Jeden z nich poufale podniósł czarną rękawiczkę do hełmu w geście, który mógłby znaczyć tak „Spokojnej nocy” jak „Miłego dnia”. Mężczyzna wyjął z kieszeni pager:
05.01.18 12.00 SS 606 CHICAGO

Jack Wolf
05.03 HR


Spod auta wystawały nogi odziane w szare nogawki spodni oraz czarne solidne buty. Słychać było klekotanie mechanicznych kluczy. Ze świstem kółek wózka postać odziana w szary kombinezon wysunęła się spod podwozia. Pot wymieszany ze smarem na twarzy, który na pierwszy rzut oka w innych okolicznościach, mógłby sprawić wrażenie nocnego kamuflarza komandosa. Mężczyzna otarł czoło rękawem. Sięgnął po elektroniczny tester i z powrotem wsunął się pod auto.
Po chwili w ogromnym garażu rozległy się akustyczne kroki. Na wysokości twarzy mężczyzny zatrzymały się czarne lakierki Johna. „Stary John zawsze wstawał z kurami” – pomyślał i łapiąc za krawędź podwozia podciągnął się do przodu wysuwając głowę spod auta.
Obok stał w spodniach z lampasami i czarnej koszuli stary człowiek o wysokim czole i zupełnie białymi zaczesanymi do tyłu, z pewnością niegdyś gęstymi włosami. W jednej ręce trzymał niebieski ręcznik, w drugiej czarny przedmiot.
- Dzień dobry! Przyszła wiadomość. – powiedział spokojnie, głosem w którym od razu dało się zauważyć iście belfrowską dykcję fonetyczną.
Mężczyzna wyciągnął rękę i kamerdyner podał mu ręcznik. Młody człowiek westchnął i wziął go, po czym ze zniecierpliwieniem ponowił gest ręki. Stary John bez słowa podał mu pager.
05.01.18 12.00 SS 606 CHICAGO
Mężczyzna wystukał kod. Przeczytał wiadomość, rozpiął kombinezon i schował przedmiot. Następnie spojrzał do góry na stojącego wciąż obok Johna.
- Dziękuję John. To wszystko. – uśmiechnął się odsłaniając rząd białych zębów. Zniknął pod autem. Na jego obojętnej umorusanej twarzy żaden mięsień nie zdradzał cienia emocji.

* * *

04.55 HR, NYC



Jane Doe

Pokój tonął w półmroku. Kobieta leżała na plecach, na nieposłanym łóżku. Wpatrzona w pękniętą rysę na suficie, a może patrzyła poprzez niego? Blade światło lampki oświetlało jej postać i rzucało cień jej profilu na ścianę pokrytą dziesiątkami fotografii. Czarno-białe i kolorowe. Zdjęcia ludzi, obcych ludzi, obcych rodzin. Twarze smutne, groźne, pomieszczenia, krew, ciała, przedmioty. Przydługi popiół upadł na podłogę. Powolnym ruchem ręki zaciągnęła się papierosem. Gęsty dym leniwie wymieszał się ze światłem żarówki. Była gdzieś daleko. Długo nie mrugała, by zamknąć oczy na niekończącą się chwilę.
Pager podskoczył na drewnianym parkiecie przerywając ciszę akustycznym echem pustego niemal mieszkania. Nie wstawając, a jedynie wyciągnięciem ręki sięgnęła po przedmiot. Przechyliła głowę, czarne kosmyki włosów spadły na jej zmęczoną twarz. Na wyświetlaczu znajomy numer: 447. Wiadomość:
05.01.18 12.00 SS 606 CHICAGO
Przeniosła znudzony wzrok ponad pager – na stole czerwone cyfry wyświetlacza przegryzały się przez ciemność kąta pokoju 05:00.

Alan William Abercup

Obudził się. Wiedział, że jest piąta. Zawsze budził się o piątej, jak maszyna. Najchętniej przewróciłby się teraz na drugi bok nosem do ściany. „Wrzucił jaja za tapczan” - jak to mawiał jego przyjaciel Bob. Niechętnie zwlókł się z łóżka i podszedł do okna. Rozsunął dwoma palcami nowiutkie żaluzje. Widok z dwudziestego piętra był imponujący. Panorama czarnego miasta na tle czerwonej łuny. Zerknął na pustą ulicę i mizernie oświetlony parking. Przeciągnął się ziewając szeroko. Wciąż nie mógł się przyzwyczaić do nowego mieszkania. Niezłą odprawę dostał od firmy za Berlin. Inaczej całe życie musiałby ciułać na spłaty takiego apartamentu. „Tak, warto było” – pomyślał wracając wspomnieniami do Europy. Idąc w stronę łazienki zauważył na stole migające światło pagera. Oczyma wyobraźni zobaczył trzy znajome cyfry 447. Sięgnął po przedmiot. Druga kadencja.
05.01.18 12.00 SS 606 CHICAGO
 

Ostatnio edytowane przez Niles Elmwood : 19-06-2007 o 04:57.
Niles Elmwood jest offline  
Stary 11-06-2007, 22:16   #2
 
Sylvain's Avatar
 
Wolf

Wolf rekonstruował swoje EVO. Podczas ostatniej „odprężającej” przejażdżki z prędkością 120 mph jego podwozie spotkało się dziurą w nawierzchni. Rozerwana miska olejowa i zniszczony dyfer wymagały sporo pracy. W garażu stał jeszcze CIVIC Type-R z 2007 roku i 350 Z z 2008, ale stare dobre EVO z 2005 r. w które włożył masę pracy, czasu i pieniędzy, było jego ulubieńcem. Jazda nim tak samo jak naprawy i konserwacja były największym hobby Wolfa. Nie miał ich zresztą zbyt wielu.
Dokręcił mocowania nowej miski olejowej i przykręcił kevlarową płytę osłaniającą ją.

-Dyfer poczeka- mruknął sam do siebie.

Wyjechał spod samochodu i zaczął powoli i dokładnie myć dłonie w nafcie.
Gdy uznał, że z resztą brudu przylepionego do jego ciała poradzi sobie zwykły prysznic wytarł dłonie w szmatę i wyszedł z garażu do domu. Pobiegł na górę pod prysznic.
Po paru minutach do drzwi łazienki zapukał John.

- Zapraszam na śniadanie- powiedział.

- Idę- odburknął Wolf.

Zszedł do jadalni w samym szlafroku. Wzruszeniem ramion skwitował pełne dezaprobaty spojrzenie Johna odnośnie jego ubioru.
Jajka na bekonie pochłonął kilkoma kęsami, przepił duszkiem kawą po czym nalał następną filiżankę. Zapalił papierosa, zaciągnął się i wydmuchnął dym w kierunku sufitu. Włączył telewizję. W CBS Betty Ireland przedstawiała wiadomości. Wydarzeniem dnia, tak i jak poprzednich siedmiu był zamach. Ze znudzeniem oglądał po raz kolejny przemontowane obrazki i te same nic nie wnoszące komentarze „ekspertów”. Znudzony i zdegustowany brakiem nowych informacji wyłączył telewizor.

Wyszedł do ogrodu zgasił papierosa i zapalił następnego.

„Za dwa dni, 1.05, o 12 w sekcji. Potem nie wiadomo kiedy kolejne wolne, bezczynne dni. Jak dobrze!”

Zaciągnął się mocno i wydmuchnął dym bawiąc się nim, robiąc kółka.
Dopił kawę i krzyknął:

- John?!

- Tak?

- Wychodzę. Wrócę wieczorem.

John tylko pokręcił głową.

Wolf poszedł na górę i przebrał się.
Po paru minutach siedział już ubrany w czarne bojówki, czarną bluzę z kapturem, skórzaną kurtkę i baseballówkę w tym kolorze, za kierownicą 350Z i z prędkością 100 mph jechał w kierunku wzgórz. Mijał kolejne samochody nie zagranicy ryzyka a już dawno po jej przekroczeniu.

Dochodziło południe.
Po kilku godzinach bezcelowego zarzynania silnika i zawieszenia Nissana podjechał do strzelnicy.
Przez kolejne 4 godziny wypruwał ze swoich glocków kolejne magazynki w kierunku tarczy a właściwie tego czym była ona w jego wyobraźni. Gdy wyładował się spakował broń i wrócił do domu.

Bez słowa poszedł do pokoju i włączył komputer. Prześledził doniesienia agencyjne, sprawdził pocztę, w której poza spamem nie było nic więcej, po czym zapalił papierosa i pogrążył się w kontemplacji.

„Zdechnę od tej bezczynności!”

Chwilę po tym dogasił papierosa i wyjął walizkę z przyrządami do czyszczenia broni. Pomału, dokładnie wyczyścił glocki i załadował po dwa magazynki do każdego z nich, dokładnie układając naboje w komorach.
Gdy uznał, że są gotowe do użycia schował je do kabur i całe szelki powiesił na krześle.
Przebrał się w kombinezon i zszedł na dół. Wziął z kuchni przygotowany przez Johna talerz z kanapkami i poszedł do garażu.
Do północy grzebał przy EVO. Wymienił dyfer i ustawił zbieżność kół.

- Jeszcze tylko kosmetyka i znowu staruszku będziesz gonił- mruknąl do EVO pieszczotliwie gładząc maskę samochodu.

Wrócił na górę, wziął prysznic i rzucił się na łóżko.

Od czasu ukończenia szkolenia, czyli od miesiąca, tak wyglądały jego dni. Jazda samochodem bez celu i bez sensu, konserwacja go lub w odwrotnej kolejności, następnie strzelnica, konserwacja broni i do spania. Był wściekły na bezczynność, której doświadczał. Nie chodziło o brak uczucia bycia potrzebnym, chodziło o pustkę, która w sytuacji, w której był pozbawiony celu, działania jeszcze bardziej rozsadzała go od środka.

„Jeszcze tylko dzień! Jeden, cholerny dzień! No półtora!”

Zasnął.
Sen nie był lekarstwem na nic innego niż tylko skrócenie czasu świadomości mijających sekund, minut i godzin w stanie bezczynności.
 
Sylvain jest offline  
Stary 12-06-2007, 00:02   #3
 
Discordia's Avatar
 
- Koniec słodkiego, spokojnego wieczoru - Shy przeczesała palcami włosy - trzeba wracać do pracy.
Westchnęła ciężko i spojrzała na pełny kufel.
- Ale mam jeszcze trochę czasu. Godzina policyjna kńczy się o 6:00 - spojrzała w lustro i uśmiechnęła się ciężko do siebie.

Dopiwszy ostatniego Guinnessa podniosła się z hookera. Podłoga zakołysała się gwałtownie a w głowie zaszumiało. Shannon postanowiła jeszcze posiedzieć.
- W końcu nigdzie mi się nie spieszy.- Opadła ciężko na stołek.
Położyła głowę na ramionach. Włosy rozsypały się po ladzie.

Obudziło ją deliktne potrząśniecie za ramię. Nie chciała wstawać.
- Jeszcze nie chcę iść do kościoła, mamo- wymamrotała na wpół śpiąca.
- To ja, Pat. Wstawaj, Shannon.- Barman potrząsnął nią mocniej.- Zrobiłem ci kawy, dziecko.
Shy była już przytomna. Przelotnie spojrzała w lustro. Stwierdziła, że ma czerwone oczy i odcisk rękawa na policzku.
- Nie mów do mnie "dziecko"- powiedziała buntowniczo, ale wzięła w ręce parujący kubek.- Nie znoszę kawy. I to w dodatku gorącej.
Upiła łyk i zaczęła się zbierać. Zabrała z baru portfel i kluczyki. Glocka wsadziła do kabury przy pasku.
- Dzięki, Pat- pocałowała ojca chrzestnego w policzek, brzęknął dzwonek przy wejściu, trzasnęły oszklone drzwi i już jej nie było.

Jazda samochodem o tej porze dnia była samą przyjemnością. Puste ulice, puste chodniki. Silnik słodko grał melodię tłoków. "Trochę rzęzi. Trzeba go oddać na warsztat" pomyślała przejeżdżając skrzyżowanie na czerwonym świetle.

Wbiegła po schodach do loftu, musnęła grzbiet kotki, ubranie rzuciła na fotel i weszła pod prysznic. Gorąca woda zmywała trudy dnia. Nie wycierała się tylko wskoczyła w szlafrok frotte.
Ruszyła do kuchni, sięgnęła do szafki, wyjmując kocią karmę w galaretce. Prztknęła czajnikiem. Czekając aż woda na harbatę się zagotuje wykładała Whiskas na miseczkę.
- Jak się miewa moja kicia?- szeptała czule do zwierzątka, które ocierało się o jej nogi mrucząc głośno i z zachwytem.- Masz tu swoje śniadanko.
W tym momencie czajnuk pisnął i wyłączył się. Shy zalała herbatę i wyjęła jogurt muesli. Siadła przy stole przed komputerem. Mimo wczesnej pory trzeba było popracować.

- Co ja mam im napisać?- podniosła głowę znad monitora i ścisnęła palcami kąciki oczu.- Nie można pozwolić na samosądy i lincze bo wrócimy do epoki Dzikiego Zachodu lub średniowiecza. Nie sądzisz, Minerwo?- Zwróciła się nagle do kotki leżącej na parapacie.
Ruda kocica przeciągnęła się tylko i ziewnęła ukazując dwa rzędy lśniących i ostrych jak igły ząbków.
- Masz rację.- Shannon spojrzała na zegarek, na którym ledwo widoczne mrugały na czerwono cyfry: 10:30.- Pora zacząć dzień.
Weszła na antresolę i otworzyła szafę.
- Koszula, koszula, koszula, jeansy, jeansy, koszula - wyliczała lekko się uśmiechając.- I zgadnij co, Minerwo, włożę? Jeansy i koszulę?- Odróciła się w stronę loftu.- Otóż nie.

Załącznik 242

- Jak ci się podobam?

- Nie patrz tak na mnie.- Kotka zwróciła ostry łepek w stronę swojej pani i miałknęła cicho.
"Jeszcze 48 godzin i znowu się zacznie" pomyślała z rezygnacją.
- Dziś jest dzień pracy.
To mówiąc Shy zeszła na dół, zabrała z kuchennego stołu laptopa i zagrzebała się w kocach na kanapie pisząc analizę aktów przemocy w miescie dla użytku partii i Sędziów.
 
__________________
Discordia (łac. niezgoda) - bogini zamętu, niezgody i chaosu.

P.S. Ja tylko wykonuję swój zawód. Di.

Ostatnio edytowane przez Discordia : 12-06-2007 o 00:11.
Discordia jest offline  
Stary 12-06-2007, 02:23   #4
 
Latilen's Avatar
 
Jane powoli odłożyła peger i zaciągnęła się duszącym dymem. Dalej patrzyła bez celu w sufit. Dopaliła papierosa, zgasiła go w swojej nieśmiertelnej popielniczce o kształcie niebieskiego słonia i podeszła do okna, wpuszczając rzeźkie powietrze do pokoju. Właściwie nie wiedziała, czemu nie wyrzuciła tego śmiecia. Dostała go pocztą od matki, jako kubek śniadaniowy. Tylko był jeden problem - ona nie jadała śniadań. Mniejszym było to, że uważała matkę za ostatnią sukę. Wolno wyciągnęła ostatniego papierosa z paczki i zapaliła.
- Cholera. - powiedziała do pustych czterech ścian i głęboko zaciągnęła się dymem. Trzeba będzie kupić fajki. 05.01.18 12.00 Chicago. Kolejny stan, kolejne miasto, kolejna sprawa, kolejni sędziowie, kolejne zdjęcia, kolejna śmierć... Obrzuciła zmęczonym spojrzeniem mieszkanie. Właściwie nawet nie musiała się pakować. Cały jej dobytek mieścił się w dwóch kartonowych pudłach stojących obecnie w kącie pokoju. Tylko trzeba będzie zdjąć worek treningowy z haka i dopakować budzik, laptop i kubek.
Była 5.30. Jechać motorem? Jane stała nadal w otwartym oknie i powoli zaciągnęła się resztką ostatniego papierosa. Nie, lepiej nie. Zrobiła tak w Dover i trwało dwa tygodnie zanim jej dosłali rzeczy. Zgasiła papierosa w popielniczce.
5.35. Od kiedy mogą być otwarte wypożyczalnie? Od 7.00? Raczej od ósmej.
- Szlag by to.
Jane zamknęła okno i poszła wziąć prysznic. Potem przebrała się w koszulkę z rękawkami przypominającymi paski od spodni i spodnie moro. Podeszła niespiesznie do lodówki. W środku stał na wpół pusty karton mleka (ciekawe czy już zepsute?) i marchewka (Chryste, co ona tu robi?). Kobieta przeniosła powoli wzrok na czajnik. Może kawa? Po czym wyciągnęła karton mleka, dopiła je (jeszcze się nie skwasiło, przedziwne) i przegryzła marchewką.
Była 6.30. Zrobiła 200 brzuszków wisząc na kołku powieszonym w poprzek drzwi do łazienki i 200 razy się podciągnęła.
Zrobiła się siódma. Jane położyła się na łóżku i przez kolejne dwie godziny patrzyła bez celu w sufit. Było tak cicho, że słyszała swoje tętno. Bynajmniej jej to nie przeszkadzało.
Kiedy budzik pokazał dziewiątą, wzięła komórkę i wykręciła na informacje. W końcu dodzwoniła się tam, gdzie chciała.
- Chcę wynająć samochód z naczepą i kierowcę. - chwila ciszy - Kurs do Chicago. Zapłacę z góry. Jak najszybciej. Na jaki adres? Jane Doe St. Michael Squere 23-445 NY.
Usiadła na łóżku. Strasznie chciało jej się palić. Sprawdziła kieszenie spodni, po czym przeszła do obszukania skórzanej czarnej kurtki. Wyciągnęła dwie fajki. Zapaliła jedną, a drugą schowała z powrotem do kieszeni. Trzymając papierosa w zębach zaczęła się pakować. Wrzuciła do pudeł walającą się koszulkę z napisem "fcuk of", budzik, laptop, aparat fotograficzny, rękawice bokserskie, kubek i popielniczkę. Ściągnęła z haka worek. Zdjęcia wepchnęła na wierzch pudła i w końcu je zamknęła. A potem usiadła przy rzeczach i czekała paląc powoli i patrząc w mrugające światełko lodówki.
O 11.00 przyjechał samochód. Jane zniosła swoje rzeczy i wrzuciła je na tylne siedzenie jakiegoś rozklekotanego Renault. Potem wsiadła na swoją czerwoną Yamahę i wciskając gaz do dechy wjechała po desce na naczepę obserwując przerażoną minę kierowcy. Po czym nie odezwała się do niego ani słowem przez całą drogę do Chicago. Paliła natomiast papierosa za papierosem, które kupiła na którejś ze stacji benzynowych po drodze.
Na miejscu byli koło 23.00. Jane wynajęła pierwsze lepsze mieszkanie w bezpieczniejszej dzielnicy koło centrum. Na decyzji zaważyło głównie to, że w pobliżu był sklep dobrze zaopatrzony w papierosy.
Mieszkanie znajdowało się na piątym piętrze i miało widok na okna drugiego budynku. Jane w kąt rzuciła swoje dwa pudła. Wyciągnęła tylko laptop i puściła wolniejsze kawałki "Nine Inch Nails". Zaopatrzona w papierosy bezczynnie spędziła noc na oglądaniu nowego sufitu i niszczeniu swoich płuc. Możliwe, że zasnęła koło 3.00. W każdym razie, kiedy otworzyła oczy była 11.00. Widocznie podróż ją zmęczyła bardziej niż zwykle. Może to i dobrze? Nie można nie spać wcale. Wzięła prysznic, z pomocą sąsiada(dobry człowiek pożyczył narzędzia) wkręciła nowy hak w sufit i powiesiła worek treningowy. Po czym poszła na mały rekonesans Chicago. Zjadła lunch (nawet nie pamiętała co), sprawdziła gdzie jest budynek sekcji sędziowskiej. Kupiła mleko i jakąś mrożonkę warzywną, po czym odstawiła swój motor pod "nowy dom". Choć to nigdy nie będzie "jej dom". Ona nie ma domu czy rodziny. Ona ma tylko pracę.
Całą noc słuchała muzyki i paliła. A kiedy znów zrobiło się jasno, skopała worek w porannym treningu, zrobiła brzuszki i wzięła prysznic. Przebrała się w białą koszulkę, na której schematyczny obrazek przedstawiający kobietę miał czerwone serce w okolicach piersi, natomiast obrazek mężczyzny w okolicy rozkroku. Zgarnęła swojego Colta wsadzając go za pasek, a małą kobrę do buta. W kieszenie poupychała książki, papierosy, nóż i komórkę. Wychodząc spojrzała jeszcze na zegarek elektroniczny dopiero co wyciągnięty z pudła. 11.00. Ubrała do końca skórzaną kurtkę i wyszła, zamykając na klucz "nowy dom". Czas w końcu zrobić nowe zdjęcia...
 
__________________
"Women and cats will do as they please, and men and dogs should relax and get used to the idea."
Robert A. Heinlein
Latilen jest offline  
Stary 12-06-2007, 21:56   #5
 
Hammen's Avatar
 
Mark Degas

Nie śpiesząc się, Mark schował pager do wewnętrznej kieszeni kurtki, zastanawiając się jakie tym razem zadanie zostanie mu przydzielone. Jego kroki rozbrzmiewały echem po zasłanej ciemnościami ulicy. Tylko gdzieniegdzie paliły się pojedyncze latarnie, rozjaśniając drogę. Degas kierował się w stronę ustawionego na wysokim słupie neonu, oznaczającego stację paliw otwartą 24 godzin na dobę. „Że też komuś chce się pracować o tej porze”- pomyślał mężczyzna, wdychając całą piersią cudownie chłodne, wilgotne powietrze. W Chicago rzadko można było uświadczyć tak błogiej ciszy; tak cennego spokoju, który tylko co pewien czas naruszany był przez przejeżdżające pojedyncze samochody.

Degas dochodząc do stacji odruchowo spojrzał na ceny benzyn. Z ponurą miną pokręcił głową zauważając, że przez ostatnie miesiące paliwa znowu poszły w górę, co nie wróżyło dobrze jego i tak nie będącemu w najlepszej kondycji kontu. Idąc na tyły stacji paliw, mężczyzna uporczywie przecierał oczy, starając się w ten sposób przegnać senność ciążącą na powiekach.

Nacisnąwszy klamkę wszedł do pomieszczenia wyłożonego, w większości popękanymi szarymi płytkami. W toalecie zapach nie był najprzyjemniejszy, ale Mark nie zwracał na ten przykry fakt uwagi. Podszedł do lustra. Spoglądał w przekrwione oczy czterdziestoletniego mężczyzny, który sądząc po minie, był zmęczony nieciekawą rzeczywistością, w której na każdym kroku czyhała nagła śmierć. Odkręcił kurek, który najpierw kilkukrotnie prychnął, aby potem ochlapać t-shirt mężczyzny strumieniem zimnej wody. Mark przemył twarz , po czym ponownie spojrzał w uszkodzone lustro. –No- wyszeptał z zadowoleniem. Teraz wyglądał o kilka lat młodziej, a na pewno udało mu się przegnać senność i zmęczenie.

Nie osuszając twarzy wyszedł z pomieszczenia zatrzaskując za sobą drzwi. Delikatny powiew wiatru dodatkowo orzeźwił mężczyznę, który właśnie wsiadał do czteroletniego, dokładnie wymytego Forda Rangera (Pick Up).

Mark rozsiadł się w fotelu kierowcy, wypuszczając głośno powietrze. Nigdzie nie czuł się bezpieczniej, niż za kółkiem swojego wozu. Odpalił silnik, który zamruczał cicho, jak zadowolony kocur. Wyciągnął z kieszeni woreczek i wrzucił go do skrytki, obok siedzenia pasażera. Następnie sięgnął po srebrną menażkę leżącą na siedzeniu obok. Odkręcił, aby tuż po chwili pociągnąć z niej jeden spory łyk. – Nie ma to jak Whisky, na rozpoczęcie nowego dnia- powiedział patrząc na zegarek. 6:00. Zakręcił buteleczkę i włączył radio wsłuchując się w poranne wiadomości, a następnie powoli dodał gazu, kierując się pustymi uliczkami w stronę odległego celu.
 
__________________
"The eagle's eye is hiding something tragic
but in this night the red wine rules in me"
Hammen jest offline  
Stary 16-06-2007, 20:44   #6
 
Eliasz's Avatar
 
Alan William Abercup

Alan wyprostował się, powoli przeciągnął się naciągając mięsnie i próbując się rozbudzić. Spojrzał w lustro, był tam młody – 28 letni brunet z lekko podkrążonymi oczami. "Kiedy ja się wreszcie wyśpię ? Chyba dopiero w grobie..." Spojrzał raz jeszcze na pager upewniając się, że dobrze odczytał czas i miejsce. Rozejrzał się po pokoju, na razie panował tu jeszcze względny ład i porządek, ale wiedział, że nie potrwa to długo. Zaczął układać rzeczy chcąc wyrobić sobie wreszcie nawyk sprzątania, gdyż przy jego stylu życia wystarczało kilka dni aby całe jego terytorium wokół, przerodziło się w mieszaninę ubrań, kartonów, kartoników i róznych książek a jego biurko już wyglądało tak jakby zostało właśnie przetrzepane przez agentów.
Podszedł do okna uchylił je zapalając jednocześnie lampkę oliwną. Dolał olejku eterycznego i po pokoju rozlał się przyjemny melisowy zapach. Podszedł do biurka, zagrzebał w szufladzie i wyciągnął skręta, którego spalił przy oknie, rozkoszując się widokiem z nowego apartamentu. Uwielbiał poranki, niosły w sobie rześkość dnia, rozbudzały magią odcieni słońca. Po dziesięciu minutach, podczas których wdychał dymek i cieszył się błogostanem zgasił skręta i poszedł do łazienki.
Wrzucił resztki do kibla, rozpoczynając poranną toaletę. Długo korzystał z prysznica ciesząc się z tej nadzwyczajnej przyjemności. Biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze przed tymi strasznymi konfliktami i terroryzmem, jeszcze przed katastrofami 70 % ludzkości cierpiała na niedobór wody, ludzie umierali z pragnienia a teraz pewnie jest jeszcze gorzej, pozostało już mu tylko stwierdzić „Boże błogosław Amerykę”.

Po prysznicu ogolił się jeszcze elektryczną golarką, ubrał się w luźne dżinsy i zajął się przygotowaniem śniadania. Lodówka była niemal pusta, świeciła zaległościami w robieniu zakupów. "No tak , dziś zrobimy jajecznicę" - uśmiechnął się do siebie. Wiedział, że mimo wszystko ma dobrej jakości jedzenie, generalnie wolałby nie kosztować żywności, jaka jest podawana na mieście.
Przy śniadanku próbował odnaleźć coś ciekawego w telewizji, niestety te same przemowy te same twarze, które widzi już od długiego czasu. Powtarzający to samo, wygłaszający patriotyczne mowy w przerwach pomiędzy obrazkami zamachów terrorystycznych, krwawiących dzieci i ...PIP - przycisnął wyłącznik, czym skutecznie zgasił pudło. Dojadł resztę jajecznicy, umył zęby zabrał kluczyki do Harleya, narzucił płaszcz sprawdzając i chowając pod pazuchę broń. Postanowił jeszcze przed wyznaczonym spotkaniem odwiedzić Boba, miał jeszcze sporo czasu.
 

Ostatnio edytowane przez Eliasz : 16-06-2007 o 21:19.
Eliasz jest offline  
Stary 17-06-2007, 02:59   #7
 
* * *
05.01.18 10.00 HR, Kwatera Główna Bezpieczeństwa w Chicago


Pod czarnym drapaczem chmur zatrzymała się żółta taksówka. Większość aut, które jechały ulicą niczym posępny kondukt żałobny powoli jedno za drugim skręcało w uliczkę, która prowadziła do podziemnych garaży budynku. Przy wjeździe w budce wartowniczej siedział strażnik sprawdzający dokumenty. Z taksówki wysiadł mężczyzna w szarym garniturze. Na klapie piersi widniał biały okrągły partyjny znaczek. Nałożył na głowę kowbojski kapelusz. Ściskając w ręku czarną walizkę ruszył sprężystym krokiem w kierunku obrotowych drzwi czarnego drapacza chmur. Przed budynkiem, osadzony na kamiennym marmurowym bloku, mosiężnymi drukowanymi literami wielkości co najmniej jednej stopy, widniał napis:

KWATERA GŁÓWNA BEZPIECZEŃSTWA w CHICAGO

Pod spodem nieco już mniejszymi pozłacanymi literami widniało grawerowane motto:
„Boże Błogosław Ameryce
i P.A.T.A.!”


Po obu stronach wejścia stało dwóch „Żandarmów”, jak zwykło się nazywać potocznie, uzbrojonych w ciężką broń i odzianych w hełmy z czarnymi przyłbicami i kamizelki kuloodporne, policjantów. Mężczyzna wchodząc do budynku zernknął w oko kamery, która jak setki innych rejestrowała wszystko co działo się dookoła. W przestronnej i wysokiej sali ustawił się w kolejce do bramek z tunelami X-Raya. W budynku roiło się od Żandarmów, Agentów AT, żołdaków i cywili. Pewnie większość z tych ostatnich była Sędziami.

Sierżant nadzorujący kontrolę, na widok jegomościa w kapeluszu, gestem zaproszenia energicznie wywołał go z kolejki. Nawet nie patrzył na świecącą blachę w rozłożonym portfelu mężczyzny.
- Witamy w Chicago, Sir! – powiedział salutując niedbale.
Mężczyzna lodowatym wzrokiem spojrzał mu w oczy.
- Tędy proszę – powiedział strażnik wskazując pałką do sprawdzania metalu na owalną recepcję, gdzie siedziało dwóch dyżurnych.

Po wpisie do księgi i otrzymaniu identyfikatora oraz kilku wskazówek, przybysz zniknął za drzwiami windy. Pomiędzy windami wisiał na ścianie szczegółowy spis wydziałów znajdujących się w budynku, wraz z dokładną informacją którego piętra i numeru pokoju włącznie. Cały budynek był jedną wielką maszyną sprawiedliwości, w której wszystkie wydziały, jak tyrbiki poruszały wagą, na której z jednej strony siedziały tłumy podejrzanych, a na drugiej garstka Sędziów.

Strażnik podszedł do kolegów z dyżurki.
- Słynny Philipp Moore – zagadnął opierając się na granitowym blacie recepcji.
– Co go do nas sprowadza? – zapytał żywo.
- Został przydzielony do nas. Nowa kadencja sekcji z sześćdziesiątego... – odpowiedział czarnoskóry dyżurny sprawdzając coś w komputerze.
- Słyszałem, że wołają na niego „Kamienna Twarz”... Teraz już wiem dlaczego! – zakpił sierżant bawiąc się pałką.

Dyżurni nic nie odpowiedzieli, udając, że pogrążają się w swoich czynnościach. Jeden z pierwszych Sędziów, którzy zaczęli działać zanim jeszcze powstała Akademia. Początkowo zajmowali się oni sprawami terrorystycznymi, do czasu przejęcia tych obowiązków przez Wydział Anty- Terrorystyczny US. Podobno w ciągu dwóch lat rozbił kilkanaście grup ekstremistycznych i sekt paramilitarnych na terenie kraju. Po reformie Sekcji i przejęciu przez nią zadań typowo kryminalnych został mianowany koordynatorem i wykładowcą w Akademii Sędziów. Facet jest chodzącą legendą swojego zawodu, a oni nie mieli zamiaru robić koło dupy Moore’a. Zwłaszcza w towarzystwie obleśnego Neilla Johnson’a.

- Widziałeś ten kapelusz? – zagadnął pod nosem biały dyżurny, gdy Neill wrócił do pracy.
Kolega zawiesił na chwilę wzrok na dokumentach, które czytał.
- Tak, zawsze w tym samym kapeluszu – zauważył pod nosem przypominając sobie czasy Akademii Sędziów z Miami, w której Sędzia Philipp Moore był wykładowcą. „Do końca życia, będę żałował, że jej nie ukończyłem” – pomyślał i westchnął ciężko.
- Heh, złośliwi mówią, że ma ich w szafie ze czterdzieści – zaśmiał się ściszonym głosem biały.
Czarny nie skomentował. Wydawał identyfikator nowemu Sędziemu, który właśnie wpisał się do księgi.
- Sekcja 616. Sala Konferencyjna. Pokój 617. – wyrecytował podjąc plakietkę mężczyźnie.

Moore wysiadł na 60. piętrze.
Naprzeciw drzwi windy na szklanym postumencie obracał się wysoki na cztery stopy plan ewakuacyjny budynku w formie jego trójwymiarowego miniaturowego hologramu. Przechodząc prawie całą długość osiemdziesięcio-stopowego korytarza, zatrzymał się przed drzwiami z napisem
Sekcja Kierownicza Sędziów
.

Po godzinie wyszedł na korytarz trzymając w ręku pęk kluczy. Stanął pod 605, gdzie widniało już jego nazwisko. Poszedł jednak dalej.
Otworzył drzwi z numerem 606 i napisem Sekcja Sędziów 606. W ogormnej sali stało sześć drewnianych biurek z komputerami, szafki, organizatory. W głębi po prawej spore pomieszczenie. Zajrzał do środka przez uchylone przejściowe drzwi. Stał tam podłużny drewniany stół z krzesłami po obu stronach. Projektor zamiast okna. Zamknął drzwi.

Dopiero teraz zauważył napis:
Sala Konferencyjna


Zniknął w pokoju po lewej stronie, na drzwiach którego widniała tabliczka:

Philipp Moore
Koordynator

Rzucił walizkę na biurko i podszedł do kuloodpornego okna, które rozciągało się prawie całą długością od drewnianej podłogi, do podwieszonego sufitu. Wsunął ręce w kieszenie patrząc z góry na miasto.

 

Ostatnio edytowane przez Niles Elmwood : 17-06-2007 o 07:32.
Niles Elmwood jest offline  
Stary 17-06-2007, 20:13   #8
 
Eliasz's Avatar
 
Alan William Abercup

Wsiadł na motor i ruszył, uwielbiał to uczucie jakie dawała mu jazda na Harleyu. Minął kilka przecznic rozglądając się po mieście. Wciąż jeszcze nie mógł się przyzwyczaić do reakcji jaką wzbudzał w przechodniach. Nawet kierowcy którzy zawsze gdzieś się śpieszą ustępowali mu drogi gdy tylko widzieli jak przejeżdżał. Może było to spowodowane świetnym dwukołowcem na który niewielu mogło sobie pozwolić, a może to przez te skóry i czerń? Bardziej prawdopodobną przyczyną był jednak sposób jazdy - odważny, żywiołowy, nawet nieco szalony dla bezstronnych obserwatorów. Kask motorzysty zasłaniał twarz a to odpowiadało Alanowi, nawet bardzo. Zatrzymał się jeszcze aby zakupić paczkę Malboro a po godzinie był już na miejscu u swojego przyjaciela Boba. Rzecz jasna ten leń jeszcze spał "On to ma dobrze" - pomyślał. Alan posłużył się zapasowymi kluczami, rozejrzał się po mieszkanku - było nieporównywalnie mniejsze i skromniejsze od apartamentu jaki zajmował Alan. "No cóż przynajmniej nie jestem jedynym bałaganiarzem w mieście" - rozglądając się po pokoju zauważył pełno niedojedzonych resztek, butelki po piwie, niedopalone skręty. Alan ucieszył się że nie widzi gorszych rzeczy, ani też sprzętu do dawkowania tych gorszych rzeczy... Po chwili zastał Boba śpiącego przy monitorze. "Kurcze musiał mieć ciężką noc, chyba poważnie wziął się do roboty". Alan przykrył śpiącego przyjaciela kocem, nabazgrał mu notatkę którą później przykleił do ramy monitora. "DAJ ZNAĆ NA PAGER JAK DOGRZEBAŁEŚ SIĘ DO CZEGOŚ O ZAMACHU NA MARKU MILLERZE I ROBERCIE ANDERSONIE. CHWILOWO TO PRIORYTET, JA JADĘ DO CHICAGO SPAKUJ SPRZĘT I JEDŹ ZA MNĄ. ZABIERZ RESZTĘ MOICH RZECZY - CO SIĘ DA, RESZTĘ SPRZEDAJ"
Przystanął jeszcze chwilę przy kompie, przeszukał google w poszukiwaniu hotelu w Chicago i dokonał rezerwacji.

Alan czuł, że wyznaczone spotkanie ma jakiś związek z niedawnym zamachem. Nie podobała mu się ta sytuacja od początku, dlatego postanowił ją choć trochę zbadać. Gdy tylko się dowiedział o zamachu czuł, że coś się święci. Ktokolwiek to zrobił wywołał efekt zbliżony do tego, gdy wsadza się kij do mrowiska. Alan miał przeczucie, że na tym nie koniec, postanowił więc wyprzedzić nieco bieg zdarzeń. Na Boba zawsze mógł liczyć - świetny specjalista od internetu, jeśli coś tam jest ( a czego tam nie ma ? ) to on to znajdzie prędzej czy później. Chciał jeszcze zabrać namiary na drobnych kryminalistów, ale nie chciał budzić Boba tym bardziej, że i tak nie będzie miał na to czasu gdy przydzielą mu nowe zadanie. Zresztą te namiary i tak na nic mu się nie przydadzą, wyjeżdża przecież z Nowego Yorku a Bob wyszukuje mu zbirów z okolic w których przebywa. Wyszedł, zamknął za sobą drzwi i zapalił fajkę będąc już przy motorze. Spokojnie spalił całą na dole, obserwując niemrawy ruch na ulicy. Pełno wystraszonych, skupionych twarzy. Alan nie pamiętał już kiedy ostatnio słyszał pełny, radosny śmiech. Wszyscy zdawali się intensywnie o czymś myśleć, niektóry biegli jakby chodnik był jakimś polem bitwy. Właściwie to był...
Odpalił Harleya - lubił jego dźwięk, założył kask i ruszył.
Jechał z dużą prędkością autostradą przez Pensylwanię. Podróż zajęła mu 13 godzin i pod wieczór był juz w mieście.
Jeździł jeszcze trochę bez celu, dla samej przyjemności jazdy oraz żeby bliżej zapoznać miasto. Gdy otrzymywał nową misję to cała reszta przestawała mieć znaczenie. Nie potrafił się skupić dopóki nie usłyszał co jest do zrobienia.
Dojechał do hotelu wcześniej sprawdzając i oglądając kwaterę główną. Znajdował się przy niej sklep ze zdrową żywnością, niestety zamknięty już o tej porze, Alan postanowił odwiedzić go z rana. Kwatera główna kojarzyła mu się z twierdzą i pomimo, że nie budziła w nim radości to jednak dawała poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Alan zastanowił się przez chwilę po czym doszedł do wniosku, że równie dobrze poczucie bezpieczeństwa daje pokaźna ilość zgromadzonych ludzi z ochrony, armii, P.A.T.A. w końcu wszyscy byli po tej samej stronie barykady.
Rozlokował się w hotelu (po czym stwierdził, że więcej już tu nie wróci, obskurna stara dziura – zdjęcia w Internecie musiały być jeszcze sprzed zamachów) i szybko zasnął. Przeczytał jeszcze na pagerze krótką lakoniczną odpowiedź Boba - "OK"
Rankiem umył się, zapłacił za „hotel” i ruszył więc w kierunku kwatery głównej, tym bardziej, że nie lubił się spóźniać. W pobliżu znajdował się otwarty już market, który postanowił odwiedzić. Market ze "zdrową żywnością", co dla wnikliwych oznaczało, że artykuły w tym sklepie różniły się tym od innych, że przed trafieniem na ladę były myte. Zrobił zakupy i na miejscu jeszcze wydoił jogurt po czym przeszedł do kwatery głównej. Strażnicy nie byli szczęśliwi gdy przychodził z bagażem zakupów, ale też nigdzie nie było to zabronione. Po wnikliwej kontroli (co dawało dodatkową pewność Alanowi, że nie padł ofiarą żyletek w jogurtach, czy innych niespodzianek szykowanych przez terrorystów) gdy w końcu go przepuszczono zaszedł do recepcji, gdzie pozostawił swój bagaż w przechowalni dla sędziów. W drodze do sali konferencyjnej odwiedził jeszcze łazienkę w której się nieco odświeżył, poprawił fryzurę po czym był juz gotów na spotkanie. A przynajmniej tak mu się wydawało, recepcja z bagażem to był jeszcze pikuś - całe szczęście leżała blisko frontowego wejścia. Gorzej już było z łazienką, zanim ją znalazł, zdążył zaplątać się w sieć korytarzy, dopiero teraz uświadomił sobie jak duży z zewnątrz budynek staje się ogromnym kolosem od wewnątrz.
 

Ostatnio edytowane przez Eliasz : 18-06-2007 o 21:31.
Eliasz jest offline  
Stary 17-06-2007, 21:42   #9
 
Discordia's Avatar
 
"(...)Tak więc, wydawanie wyroków należy pozostawić Sędziom. Samosądy, zwłaszcza w dużych miastach, są niedopuszczalne. Należy wprowadzić całkowity zakaz linczów i sądów obywatelskich. Obywatele dopuszczjący się tego rodzaju uczynków powinni być taktowani i sądzeni na równi z przestępcami. Aby ukrócić takie postępowanie powinno się wydać kilka spektakularnych wyroków oraz przewidzieć wysoki wymiar kary.
Shannon O'Rourke"
Kursor przesunął się kawałek i dało się słyszeć wyraźne kliknięcie.
- Mmmmmmmm - cicho wymruczała Shy i przeciągnęła się rozkosznie.- Nareszcie koniec. Teraz tylko wysłać.
Kolejne kliknięcie i tekst poleciał w sieć. Shannon wstała powoli z tapczanu, na którym spędziła całą ostatnią noc pisząc tekst dla Sędziów i P.A.T.A. Minerwa również przeciągnęła się w drugim końcu kanapy.
- Chodź, kotko, dam ci coś smacznego.- To mówiąc wygrzebała się z betów i poszła do kuchni. Wyciągnęłą z szafki kocie chrupki, szczodrze sypnęłą na miseczkę.- Będziesz musiała zająć się dziś sama sobą, moja droga.
Shannon uśmiechnęła się i włączyła czajnik elektryczny.

Gdy się już ubrała, zeszła na dół i wypiła herbatę. Kubek i pozostałe brudne naczynia wepchnęła do małej zmywarki. Przeszła do drzwi, pogłaskała kotkę, chwyciła laptopa i żakiet. "Nie zapomnij o broni" pomyślała i wepchnęła glocka do kabury na pasku. Ostatnie spojrzenie- na zegarku 11:00, drzwi się zatrzaskują i słychać chrobot klucza w zamku.

Ford Mustang prowadzi się jak marzenie. Shy uwielbia jazdę samochodem. Z radia płynie "Figaro" Mozarta, zielone światło na każdym skrzyżowaniu, promienie słońca przebijają się przez przednią szybę. Laptop wesoło pisnął "Masz wiadomość". Shy uśmiechnęła się z zadowoleniem "Może przyjęli tekst?". Przejechała obok stalowego budynku Kwatery Głównej i zatrzymała się z poślizgiem na swoim ulubionym miejscu parkingowym.

Wchodząc przez szklane obrotowe drzwi do budynku poczuła niemiły skurcz w żołądku. Spojrzała w nieruchome soczewki kamery nad głową. Kiwnęłą głową strażnikom i przeszła całą procedurę bezpieczeństwa. Nie lubiła tego, ale cóż, dla kraju wszystko.
Podeszła do biurka portierów, położyła torbę z laptopem na ladzie i wyciągnęła rękę po identyfikator.
- Shannon O'Rourke, Sędzia - mówiła monotonnym głosem i patrzyła beznamiętnie na strażników - powołana do sekcji 606.
Gdy czarnoskóry strażnik podał jej plakietkę przyczepiła ją do klapy żakietu i uśmiechnęła się do niego promiennie. Jednak kiedy tylko odwróciła się do niego plecami, delikatnie dotknęła srebrnego krzyżyka na szyi.

W windzie nieco odetchnęła, ropięła guzik marynarki i przeczesała palcami włosy. W tym momencie drzwi otworzyły się z delikatnym sykiem. Shannon wyszła na piętro. Rozejrzała się i ruszyła przed siebie. Mijała sale, oglądała plakietki szukając pokoju swojej sekcji. Zatrzymała się nagle widząc nazwisko Moore.
- Interesujące. - Mruknęła cicho i uśmiechnęła się się do siebie szelmowsko.- Na prawdę interesujące.
Po chwili przeszła dalej i pchnęła drzwi z numerem 606. Zapach kiepsko konserwowanego drewna, kurzu i lonoleum uderzył ją zaraz po wejściu. Lekko zmarszczyła nos i rozejrzała się po małym pomieszczeniu.
- No tak. Oczywiście. Okna się nie otwierają.- Westchnęła i wzruszyła ramionami.- Ale widok godny pozazdroszczenia.
Spojrzła w lewo.
- Sala konferencyjna- przeczytała.
"Ciekawe czy jestem pierwsza" pomyślała z zaciekawieniem i pchnęła drzwi.

- Och!- wykrzyknęła cicho i zakryła usta dłonią, bo istonie nie spodziewała się kogoś zobaczyć. W sali siedział mężczyzna ubrany na czarno, w skórę.- Nie spodziewałam się, że ktoś będzie tu przede mną.
Shy delikatnie opadła na fotel naprzeciwko mężczyzny. Położyła torbę z laptopem na stole, obrzuciła salę jednym spojrzeniem. Westchnęła cicho.
- Nie jest tu za ciekawie.- Powiedziała cicho do siebie.Spojrzała na mężczyznę po drugiej stronie stołu. Było jej gorąco, krzesła był niezbyt wygodne, brakowało jej Mozarta i czegoś do picia. Denerwowała ją cisza.
- Nazywam się O'Rourke, Shannon O'Rourke. Będziemy razem pracować, więc może poznajmy się choć trochę.- To mówiąc wstała, obeszła stół dookoła i stanęła obok krzesła mężczyzny.
- Nie będziemy podawać sobie ręki przez stół - uśmiechnęła się delikatnie wyciągając dłoń w jego kierunku.- Przy okazji, nie wiesz czy jest tu gdzieś ekspres do kawy?
 
__________________
Discordia (łac. niezgoda) - bogini zamętu, niezgody i chaosu.

P.S. Ja tylko wykonuję swój zawód. Di.

Ostatnio edytowane przez Discordia : 17-06-2007 o 21:46.
Discordia jest offline  
Stary 18-06-2007, 21:51   #10
 
Eliasz's Avatar
 
Alan William Abercup

- Dzień dobry - rzekł, po czym wstał i uśmiechnął się miło do kobiety, która właśnie weszła. Przez chwilę obserwował ją z wyraźnym zadowoleniem. - Miło mi Cię poznać Shannon, nazywam się Alan William Abercup, ale proszę mów mi po prostu Alan. Mówiąc to wyciągnął dłoń i uścisnął przyjaźnie nową partnerkę.
- Mówiąc szczerze jestem mile zaskoczony, bo nie spodziewałem się, że przydzielą mi partnerkę. Zazwyczaj pracuję sam, no może czasem z niewielką pomocą przyjaciół.
Ach byłbym zapomniał, zaraz przyniosę nam obu coś do picia, wydaje mi się, że w pokoju obok widziałem ekspres do kawy, to zajmie moment.
Alan wyszedł pozostawiając otwarte drzwi, zapukał do lekko uchylonych drzwi i nie czekając na zezwolenie pchnął je nieco do przodu – w końcu i tak były uchylone, gdyby komuś zależało na porywatności to by je chyba zamknął , co nie ? Widząc czarnoskórego mężczyznę, rzucił mu tylko krótkie pytanie "-przepraszam, czy mogę skorzystać z ekspresu ?” zanim zmroziło go lodowate spojrzenie sędziego. Alan nie bał się spojrzenia, wręcz traktował coś takiego jak wyzwanie, ale z pewnością czuł, że mężczyzna naprzeciw niego przeszedł już wiele, znacznie więcej niż Alan. W tej chwili Alan zastanawiał się czy wejście do pokoju koordynatora ( tabliczkę dostrzegł kątem oka gdy otwierał drzwi) było dobrym pomysłem...
 
Eliasz jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 04:00.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168