Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz fora jako przeczytane

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 11-07-2008, 00:10   #241
 
Angrod's Avatar
 
Reputacja: 189 Angrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie coś
"Umrzeć z bronią w rękach". Chmura podzielał pogląd dawnych wojowników, że to właśnie jest dobra śmierć. Tyle, że tutaj nie chodziło już o odwagę, czy męstwo, ale o komfort psychiczny. Nie ma broni mimo, że duch rwie się do walki. To tak jakby uświadomić sobie nagle podczas szarżowania na turnieju rycerskim, że zapomniało się włożyć zbroi a zamiast kopii dzierży się zapałkę.

Powstaniec traktował swoje ostatnie pestki jak diamenty, zamierzał wykorzystać każdy, ale nie szastać nimi na darmo. Skorzystał z chwili spokoju by sprawdzić gdzie ma kastet, nóż i fomkę. A nóż uda mu się jeszcze któregoś tym sięgnąć. Może uda mu się nawet zdobyć broń. Popatrzył po rozwleczonych na posadzce ciałach. Jeśli dopisze mu szczęście to zgarnie jakiś karabin.

Pogrążony w mroku ruin, przyklęknął w prochu. Z późno żeby się cofać. Swoim trupem zbuduję Polskę i nie rozbije jej żaden pocisk. Wysłuchaj Panie głosu mojego

Domine exaudi vocem meam
 
Angrod jest offline  
Stary 19-07-2008, 03:06   #242
 
kitsune's Avatar
 
Reputacja: 344 kitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skał
Katedra – Dzień? Miesiąc? Rok?

Oparła swoje dłonie na przedramionach „Daniela”. Były szczupłe, lecz mocne. Dokładnie takie, jak sobie je wyobrażała. Stanęła za chłopcem, który uważnie obserwował perymetr obrony. Widział bestie w szkopskich mundurach jak na dłoni, lecz wyszukiwał snajperów. Lekko obrócił głowę, by choć kątem oka dojrzeć umorusaną, lecz przecież śliczną buźkę „Basi”, jednocześnie owinął pas nośny wokół prawej ręki, by ustabilizować snajperkę:

- Wiesz, jeszcze przed wojną polowałem. Takie tam... wiesz, jestem z szlacheckiej rodziny, wokół naszego dworku był las, gęsty matecznik. Mieliśmy prawo odłowu zwierząt...

„Basia” słuchała spokojnego, cichego i ciepłego głosu „Daniela”. Nie wiedziała, po co jej to opowiada. Przez chwilę miała zamknięte oczy i znów widziała oczami jednej z bestii polskiego strzelca na wieży i .. samą siebie:

- „Daniel”... – pokierowała jego rękoma. Widziała samą siebie, jak naprowadza powstańca na cel. – Szybko, zaraz będzie strzelał!

- Tak, wiem. – Chłopak uniósł karabin, strząsając jej dłonie na swoje barki. – O czym to ja? Aha, pewnego dnia, chyba rok, może dwa przed wojną poszedłem z ojca na polowanie. Miałem naprawdę świetny sztucer, niemiecki. Było bardzo ciepło, jak to w lipcu. Parno i duszno...

Zamilkł na chwilę, przycisnął kolbę do policzka i ściągnął spust. „Basia”, oczami jednej z bestii widziała, jak „Daniel” strzela, a raczej tylko błysk wystrzału na wieży i potem ciemność, kompletna ciemność. „Daniel” lekko uśmiechnął się:

- Dostał. Mam jeszcze trzy pestki... Prowadź mała. – Spojrzał na dziewczynę. – Dobrze, ze tu jesteś „Basiu”.

Dziewczyna pokiwała głową i ponownie przymknęła oczy. Drugi z wrogich snajperów złożył się do strzału. „Basia” pociągnęła „Daniela” na siebie. Pocisk roztrzaskał jedną z cegieł, przelatując o kilka centymetrów od głowy powstańca. Ten szybko odszukał wśród gruzów wroga:

- Tu, jesteś bratku. – Szybko podrzucił SWT i wpakował kulę w łeb szkopa.
– Zostały dwa pociski młoda.

Dziewczyna przełknęła ślinę. Gdzieś na dole usłyszała charakterystyczny dźwięk zwalnianej sprężyny PIATa, a potem głośną eksplozję. „Jonasz” polował na koty. „Daniel” pogładził wysłużoną broń:

- Tak więc polazłem z ojcem do lasu. Przeszło godzinę tropiliśmy zwierza. Potem się rozdzieliliśmy. Poszedłem sam, po raz pierwszy bez starego. Taka inicjacja, chyba celowo to zrobił. Chciał mnie sprawdzić?

„Basia” znów była w ciele wroga, który obserwował wieżę katedry przez celownik optyczny mausera. Inny kąt widzenia, inna odległość. Dziewczyna szybko pokierowała rękami „Daniela”. Snajper, nie przestawał mówić, choć cały czas celował. Jego głos był cichy, w pewien sposób monotonny:



- Przed ojcem wytropiłem jelenia, a w zasadzie daniela. Piękne zwierzę, stare, o rozłożystym porożu. Przez chwilę je podziwiałem, a potem starannie wycelowałem i wpakowałem mu kulę w bok, licząc, że jeśli nawet nie padnie od razu, to z przestrzelonym płucem daleko nie odbiegnie. W chwili gdy naciskałem spust, daniel spojrzał na mnie. Miał smutne i mądre oczy. Chwilę potem nie żył, a ja poczułem, że kiedy nadejdzie moja chwila będę o tym wiedzieć.

BLAM!

„Basia” aż się wzdrygnęła, gdy ponownie ujrzała całkowitą ciemność, gdy po raz kolejny umarła.

- Został jeszcze jeden „Basiu”, dasz radę? – chłopiec spojrzał na nią z troską. Sanitariuszka pokiwała głową.

- Po co mi to opowiedziałeś? – spytała.

„Daniel” odwrócił wzrok:

- Od trzydziestu dni bijemy się, tyle samo się boję. Strach dławi mnie o każdej porze, każdego dnia. Co z tego, że wiem, kiedy umrę, skoro każdego dnia się bałem, że to już nastąpi i ... że nawalę. Dopiero tu poczułem spokój. Chyba zrozumiałem, o co tu chodzi... Został ostatni, masz go?
„Basia” wskazała ostatniego snajpera. „Daniel” wycelował uważnie:

- Żegnaj „Basiu” – i nacisnął spust.

To samo zrobił wrogi snajper. Obie kule z ponaddźwiękową prędkością opuściły lufy karabinów i pomknęły w kierunku celów. Z cichym wizgiem minęły się może o centymetr lub dwa. Niemiec oberwał w bok twarzy. Pocisk z SWT roztrzaskał mu kość policzkową i oderwał żuchwę. Szkop charcząc upadł na ziemię, kryjąc pysk w pazurzastych łapach.

„Daniel” uśmiechnął się i upadł na „Basię”. Przód panterki nasiąkał krwią w błyskawicznym tempie. Nad sobą widział podziurawione sklepienie wieży i gołębie. Kilkanaście gołębi trzepoczących wściekle nad jego głową. Powoli zamknął oczy i znieruchomiał.


***

„Jonasz” ciężko oddychał. Ze zmęczenia, strachu, stresu... Pot spływał mu strumykami po czole, żłobiąc ścieżki w brudzie. Wychylił się z okienka i podniósł PIATa. Jedna jedyna szansa. Pociągnął za toporny spust i poczuł, jak broń z całej siły kopie go w bark. Sprężyna głośno szczęknęła i pocisk poleciał w stronę Pantery, trafiając w połączenie wieży i kadłuba. Wpierw eksplodował kumulacyjny pocisk, który przepalił na wylot pancerz czołgu. Potem eksplodowała amunicja w wozie, roznosząc go na strzępy. Zszokowany sierżant padł na ziemię. Kiedy wybuchy umilkły, wychylił się. Eksplozja wywróciła czołg, a raczej jego resztki do góry nogami. Powstaniec raz jeszcze pokiwał głową., a potem szybko schował się za okapem okna. Seria z kaemu wpadła do środka. Pociski zrykoszetowały od ściany, szczęśliwie nie raniąc „Jonasza”. Rozpoczęło się kolejne natarcie Niemców.

Ostatnie.


***

W tej katedrze, każdy dźwięk zwielokrotniał się jakimś niepojętym sposobem. Najpierw szczęk sprężyny, a potem potężna eksplozja oznajmiła koniec jednej z „Panter”. „Chmura” uśmiechnął się. Ech, „Jonasz w ciągu dwu dni spalił dwa czołgi i przegonił trzeci, z pewnością dostałby za to Krzyż Walecznych, a może i Virtuti Militari? Bez znaczenia. Kapral usłyszał coś. Ktoś biegł w jego kierunku. Kilkanaście ktosiów. Wycelował z erkaemu w w wyłom w murze i czekał. Ledwie kilka sekund później do katedry wpadł granat. Daleko od „Chmury” i jego kompanów. „Czarny” schował się za kupą gruzów, kilka metrów od niego kulił się z mauserem „Jastrząb”. Zaraz po eksplozji w wyłomie ukazała się grupa bestii w niemieckich mundurach. Otworzyli ogień zaledwie z kilku metrów. Pierwszą falę zmietli, ale zaraz za nią kolejna grupa zaczęła szturmować. Posypały się z jednej i drugiej strony granaty. „Chmura” przeciągnął krótką serią po szkopach i wycofał się na kolejną pozycję, za nim „Czarny” i „Jastrząb”. Bestie wdarły się do katedry. A w erkaemie zostało mu ledwie kilka pocisków. „Czarny” dopadł kumpla i zrezygnowany sprawdził magazynek:

- Twój Browning przynajmniej nada się na maczugę, a jak ja pierdolnę stenem takiego bydlaka, – wskazał w kierunku szkopów – To mi się broń rozsypie.

Popatrzeli na siebie. Wrzask „Vorwarts!” poniósł się echem po nawie kościoła. W tej samej chwili zabłąkana kula trafiła „Czarnego” w plecy. Od drugiej strony też się wdarli. Chłopak skulił się z przestrzelonym na wylot barkiem. Co robić? Sam się nie wycofa. Może gdyby ktoś go osłonił, ale wtedy osłaniający zostanie sam...

***

Na odcinku „Wiernego” też rozpoczął się atak. Porucznik był sam. Kiedy Niemcy się zbliżyli otworzył ogień, zabijając kilka stworów. Atak na chwilę zamarł. Bestie wycofały się, a potem jakby znikąd pojawili się przed nacierającymi cywile. Kobiety, dzieci... Jak wtedy na Woli, gdy zastrzelił tę kobietę. Zadrżały mu ręce. Koszmar powtórzył się. Otworzyć ogień? Strzelać do swoich? Bestie kryły się za plecami wynędzniałych ludzi. Zaraz tu wejdą! Co robić!?
 
__________________
Lisia Nora Pluton szturmowy "Wierny" (zakończony), W drodze do Babilonu


kitsune jest offline  
Stary 23-07-2008, 05:40   #243
 
Kutak's Avatar
 
Reputacja: 173 Kutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie coś
Scena, która rozgrywała się w katedrze, doskonale nadawałaby się na patriotyczne obrazy. Czy znalazła się na takich, tego Wierny już nigdy się nie dowiedział. Czy to istotne? Czy to ważne?

W tej chwili na pewno nie.

Oni nadciągali, szli w jego kierunku... A on miał przy sobie ikonę. Jak na Woli, oni chowali się za cywilami, za biednymi ludźmi, za ludźmi, którzy już umarli, którzy umarli gdy pierwszy raz spojrzeli prosto w lufę okupanta, kiedy po raz pierwszy matki traciły swoich synów, siostry swoich braci - wszystko w nierównej walce. A jednak tak potrzebnej...

Przycisnął obraz do piersi. To nie mógł być przypadek, przecież tak dobrze pamiętał to dzieło... Było dokładnie takie samo! Nawet ten mały odprysk farby, Tadeusz świetnie go pamiętał, pamiętał złość ojca, gdy sam uszkodził obraz. I on tu był... Czego to miał być symbol? Co On chciał mu przekazać? Dom... Dom... Czyżby czas powrócić do domu? Do wiecznego domu...?

- Odejdźcie! To my, wasi bracia, wasza armia! - krzyknął, a głos jego przepełniała mieszanina desperacji i rozpaczy. Nie widział niczego innego, nie widział walki, łez i krwi reszty swojego oddziału. Katedra rozmywała się przed jego oczami, przenosił się na Wolę. Ci ludzie, przecież to te same twarze...

- Rozejść się! To rozkaz! Zróbcie to dla własnego bezpieczeństwa, ludzie! - krzyczał - Nie strzelać, jeszcze nie...- szepnął za siebie, do żołnierzy.

Tyle, że ich nie było. Wizja zniknęła, znów stał w katedrze, czując ikonę, rzecz, której musi bronić za wszelką cenę. Ale nie za cenę krwi niewinnych...

- Pomocy... Pomóżcie! - krzyknął, powoli cofając się.

Nie wystrzelił. Nie mógł.
 
__________________
Kutak - to brzmi dumnie.
Kutak jest offline  
Stary 23-07-2008, 15:28   #244
Banned
 
Reputacja: 0 Arango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodze
Bestie kryjąc sie za ludzką barykadą powoli , lecz systematycznie zbliżali sie do stanowiska "Wiernego". Jonasz miał nadzieję, choć sam musiał przyznać, że minimalną, że może strata czołgu powstrzyma, lub przynajmniej spowoduje zamieszanie wśród przeciwników. Tak się jednak nie stało. Zresztą co by to i tak zmieniło ? I tak od 1 sierpnia żyją na kredyt, dawno powinni leżeć wśród ruin Warszawy.

Wyjrzał przez okienko. Choć było to piekielnie niewygodne, może uda mu sie tak rzucić granaty by ponad głowami cywilów spadły nieco za linią bestii. A potem ? Potem pozostanie tylko osłaniać resztę by dać szansę tym co jeszcze żyją wycofać się do wieży. Co to da ? Może ledwie kilka minut, ale zabiorą ze sobą jeszcze kilka tych stworów z piekła rodem.
 
Arango jest offline  
Stary 24-07-2008, 15:54   #245
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 17252 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
„Dlaczego to musiało się tak skończyć?”

Basia czułym gestem odgarnęła zlepiony krwią kosmyk z czoła Daniela. Jedyne, co jej pozostało, to smutek, już dawno przestała się bać. Bo i czego? Umarła już sześć razy. Pierwszy raz wraz z Junakiem, potem cztery z bestiami piekielnymi i w końcu szósty raz wraz z Danielem.

„Jestem niczym kot, który ma siedem żyć.” – pomyślała, a gdyby nie melancholia, zapewne by ją ta myśl rozbawiła – „Sześć wcieleń straciłam. Zostało jedno. To ostatnie, które należy tylko do mnie. Czas więc powziąć decyzję, co z nim zrobić.”

Delikatnie ułożyła ciało powstańca pod resztką murku i odruchowo uśmiechnęła się pocieszająco do trupa - zawsze tak robiła jako sanitariuszka, żeby dodać otuchy przyjaciołom z Wigier.
Uniósłszy się teraz odrobinę, Baśka rozejrzała się z namysłem lustrując nieskończone zastępy wroga.

„Ostatnie życie... nie dam go wam. Ostatnie życie jest tylko moje i... i postanowiłam je oddać Bogu. Niech zbawi mnie ode złego... lub przeklnie na wieki.”

Nie bacząc na wszechobecne odgłosy wybuchów i szczekanie broni, dziewczyna wspięła się na to co pozostało z parapetu wieżyczki. Z trudem zachowując równowagę, wyprostowała się, kurczowo przytrzymując się zdrętwiałymi palcami osypującej ściany katedry.

Zamknęła oczy, a jej myśli sięgnęły towarzyszy z Wigier, którzy wciąż walczyli tam na dole.

„ My wszyscy... jesteśmy o krok od spełnienia naszego losu...”

O krok od źródła konają z pragnienia.
O krok od piekła szaleją z rozkoszy.
Trzeźwieją z marzeń o krok od spełnienia.
O krok od celu własny cień ich płoszy.
O krok od tryumfu opuszczają głowy.
Podnoszą głowy o krok od wyroku.
O krok od łaski tracą dar wymowy.
Krok od przepaści przyspieszają kroku.
O krok od zemsty nagle wielcy duchem.
O krok od drogi błądzą w próżnych sporach.
O krok od czynu wolą frazy kruche.
O krok od jutra przeżywają wczoraj.
O krok od zgody pusta złość ich bierze.
O krok od wiedzy wdychają zabobon.
O krok od Boga zaprzeczają wierze.
O krok od siebie nie chcą stać się sobą.
O krok od śmierci żywot im niedrogi.
O krok od życia śnią minione kaźnie.
Gromadzą księgi o krok od pożogi.
O krok od klęski czują się najraźniej.


Tak przez godzinę, dzień, miesiąc, rok
Aż zrobią ten jeden nieuchronny krok*.


... i uczyniła ostatni krok.


* Jacek Kaczmarski, O krok
 
__________________
Co dzieje się z naszymi marzeniami, gdy uświadomimy sobie, że nigdy się nie spełnią?
Stają się naszymi najgorszymi koszmarami.
Mira jest offline  
Stary 24-07-2008, 19:09   #246
 
Angrod's Avatar
 
Reputacja: 189 Angrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie coś
Często wyobrażał sobie, że przywita koniec bez szczególnego entuzjazmu, zrezygnowany, jak metę w wyścigu w którym biegnie sam, ostatni, a za razem pierwszy. Innym razem wydawało mu się, że przemożnie nie będzie chciał się z nim pogodzić, bo jak to zostawi swój pluton, tak po prostu da się szkopom? Teraz kiedy ostatnia łódka siedziała w kaemie i prawie czuł, że z każdą wystrzeloną pestką staje się on lżejszy, miał przeczucie. Nie był stuprocentowo pewny, że umrze, ale tak mu się wydawało. I nawet w tej dziwacznej katedrze, trzymając na dystans potwory z koszmarów wszystko było takie, jak to właściwie się zazwyczaj odbywa. Ot tak po prostu. Sytuacja przejebana jak już nie raz bywało, tylko trochę gorzej.

- Twój Browning przynajmniej nada się na maczugę, a jak ja pierdolnę stenem takiego bydlaka to mi się broń rozsypie.

Chmura wyciągnął nóż.

- Ta i zostanę królem jaskiniowców, no zajebiście. - Wyszczerzył się głupkowato do Czarnego. - Może mi się uda założyć ten bagnet, zobaczymy czy pasuje. Spróbuj zdobyć jakąś maszynkę - poradził - to... będziesz miał dwie.

Głupawy uśmiech powstańca szybko zmienił się w maskę strachu, gdy jego najlepszy przyjaciel drgnął, a na jego plecach zaczęła wykwitać szkarłatna plama. Widok jego krwi zaskoczył go bardziej niż swojej własnej.

- Hej stary, ale Ci się oberwało. - Zaczął mówić drżącym głosem - Ale to nic takiego, ja gorzej dostałem i nic. - Odwrócił głowę i krzyknął najgłośniej jak mógł - Sanitariuszka! - obrócił się z powrotem do Czarnego - No zaraz ci przejdzie, nie zwracaj na to uwagi.

Nie to nie mogło się tak skończyć, nie on, nie tak, nie tutaj. A te świńskie kurwy już wchodzą. Chmura dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że już się raczej nie wycofają. Przynajmniej nie wszyscy. Znowu? Znowu czyjeś życie ma być poświęcone dla mojego? Czarny pewnie będzie chciał zostać, że ranny. Bał się, bał się cholernie. Jednak wiedział, że już nie spęka. Przysiągł, nie może. Chciał się uśmiechnąć, ale na twarzy pojawił się tylko grymas złości. No to jedziem... - pomyślał

-Będę was osłaniał, wycofać się! Jastrząb pomóż Czarnemu! I to jest kurwa rozkaz! No już, biegiem!
 
Angrod jest offline  
Stary 27-07-2008, 22:31   #247
 
kitsune's Avatar
 
Reputacja: 344 kitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skał
Katedra – Dzień? Miesiąc? Rok?

„Jonasz” pobiegł niemal na oślep po schodach. Na dole szturmowali Niemcy, bestie. Słyszał ich wrzaski w nawie katedry. Wypadł z wąskich drzwi niemal wprost na prezbiterium. W biegu odkręcił kapsel od niemieckiego tłuczka. Dojrzał „Wiernego”. Porucznik schowany za stertą gruzu przywarł do MP-40 i mierzył z szaleństwem w oczach we wroga. Jednak nie strzelał. „Jonasz” dojrzał dlaczego. Bestie atakowały pod osłoną ludności cywilnej! Znów to samo! Nagle chłopak podniósł głowę, zaczął krzyczeć, próbując rozgonić tłum cywilów. Tym razem nie potrafił strzelić. Sierżant pamiętał, że „Wierny” na Woli zabił przypadkowo kobietę.

- Rozejść się! To rozkaz! Zróbcie to dla własnego bezpieczeństwa, ludzie! – wrzeszczał z rozpaczą w głosie. „Jonasz” pociągnął zawleczkę i zamachnął się granatem. Starał się rzucić nim pomad głowami cywilów, by poszatkować kryjące się za nimi bestie.



***

- Rozejść się! To rozkaz! Zróbcie to dla własnego bezpieczeństwa, ludzie!

Znów był na Woli. To było na Okopowej, na Wolności? Nie pamiętał dokładnie. Stały jeszcze kamienice, niektóre miały nawet szyby w oknach. Ledwie trzeci, może czwarty dzień powstania. Dirlewangerowcy przypuścili kolejny atak. Po raz kolejny pędzili przed sobą dziesiątki cywilów z okolicznych domów. Głownie kobiety, dzieci. „Wierny” znów tam był. Znów stał w oknie kamienicy na Okopowej. Tak, to była Okopowa! Rzucił grupę szturmową bokiem przez wybite w ścianach domów przejścia z „Jonaszem” na czele. Z okna obok prażył kaem zdobyty dzień wcześniej w innym ataku. Podporucznik Tadeusz Mostowski ps. „Wierny”, a raczej jeszcze sierżant podchorąży, uważnie przymierzył ze swojej „Błyskawicy” i pociągnął trzystrzałową serią. Trafił kobietę. Jej kilkuletni synek przypadł do bezwładnego ciała matki. Przez wrzaski szkopów przedarł się piskliwy płacz dziecka.

„Wierny” znów był w katedrze. Wynędzniałe, wychudłe postacie próbowały się rozproszyć, ale bestie nie pozwoliły na to. Słyszał ich chrapliwe wrzaski, rozkazy wydawane w dziwnym niemieckim. Porucznik przymierzył z empi...

... i nie strzelił.

Bestie wpadły na jego pozycję. Jedna z nich z rozmachu wbiła bagnet zamocowany na karabinie w pierś powstańca. W głowie „Wiernego” eksplodował ból. A potem zapadła ciemność.




***

Czemu on nie strzelił?! Dlaczego?! „Jonasz” widział, jak wróg wpadł na pozycje porucznika. Jak chłopak obrywa bagnetem, jak kolejna bestia pakuje w niego kilkanaście pocisków z MP-38.
Sierżant uniósł peema i wystrzelił długa serię w atakujących, przyduszając ich do ziemi. Zabójcy „Wiernego” padli zaraz obok z rozwalonymi pociskami 9 mm brzuchami. Gdzieś w środku nawy odezwał się Browning „Chmury”, a więc ktoś tam się jeszcze bronił.

***

-Będę was osłaniał, wycofać się! „Jastrząb” pomóż „Czarnemu”! I to jest kurwa rozkaz! No już, biegiem! – wykrzyczał rozkazy „Chmura”, apotem szepnął do siebie, zacisnąwszy zęby. – No to jadziem panie Zielonka.

„Jastrząb” z wysiłkiem podniósł „Czarnego” i powoli zaczął się cofać za jeden z filarów podtrzymujący strop nawy. „Chmura” poczekał, a potem się wychylił. Bestie były kilka metrów od niego. Pociągnął serią z Browninga, kładąc kilka z nich. Odpowiedziały ogniem. Jeden z pocisków trafił kaprala w ramię. Powstaniec poczęstował ołowiem kolejnego szkopa, a potem schował się. Rękaw panterki zaczynał nasiąkać krwią:

- Kurwa, znowu ranny. – szepnął zrezygnowany. Kolejna seria sypnęła serią odprysków ceglanych niemal w twarz powstańca. „Chmura” wychylił się i z dwu metrów skosił ostatnimi nabojami szarżującego szkopa. Nie czekając, przeturlał się, ignorując nagły ból ręki i wyrwał z rak umierającego „szmajsera”. Szkopy zauważyły go. Przynajmniej kilka pocisków obramowało leżącego kaprala, który na oślep pociągnął serią w grupę bestii. Znów kilka na rozkładzie:

- Grzegorz Śmaja ps. „Chmura”, kapral Armii Krajowej i łowca demonów – zaśmiał się pod nosem warszawiak. Przeturlał się znów za swoją osłonę i szybko poderwał. W ostatniej chwili. Przez stertę gruzu przeskoczył kolejny szkop i zamierzył się kolbą w twarz „Chmury”. Chłopak lekko sie uchylił, odbił peemem cios, a potem z trzydziestu centymetrów rozstrzelał przeciwnika, wywalając cały magazynek. Intuicyjnie reagował w najlepszy sposób. Zaraz po strzale schylił się i kolejne pociski, tym razem kompanów, rozerwały pierś innej bestii.
„Chmura” chwycił swojego Browninga, nie było jak zamocować bagnetu. Trudno. Wypadł zza sterty gruzu i uderzeniem kolby od dołu zgruchotał szczękę bestii, poprawił ciosem na wprost magazynkiem. Pysk bestii zmienił się w krwawą maskę.
- No i zostałem jaskiniowcem. – rzucił cicho i rzucił się w bok za jeden z potrzaskanych filarów. Seria z MG-42 przeorała podłogę katedry i dopadła kaprala.



***

„Jonasz” walczył od kilku minut. Załadował kolejny magazynek do peema. Chwilę wcześniej wypadł na dwójkę szkopów, skosił ich i w pośpiechu dozbroił się. Nowe granaty, amunicja. Nowa kurwa jakość! „Walki w pomieszczeniach zamkniętych mają jedną zaletę”, pomyślał „Jonasz”, „Rzadziej brakuje ci amunicji”. Był już pod północną ścianą głównej nawy i zbliżał się do transeptu, stamtąd słyszał jeszcze wystrzały browninga. Zalegający wszędzie dym, wystrzały, błyski wylotowe broni potęgowały chaos. Widoczność spadła do kilku metrów. „Jonasz” niemal wpadł na ciało „Olgi”. Łączniczka leżała pomiędzy ławkami. Prawdopodobnie dosięgła go jedna z niemieckich kul. Sierżant schylił się i podbiegł w kierunku pozycji powstańców.

„Czarny” i „Jastrząb” leżeli za filarem. Eksplozja granatu zabiła obu. Kilkanaście metrów od nich padł „Chmura”. Jego improwizowane stanowisko obrony otaczał wianuszek kilkunastu trupów. „Jonasz” poczuł się bardzo samotny. „Basia” i „Daniel”. Wieża!

***

„Basia” przymknęła oczy i zrobił krok naprzód. Pędzącą do niej ziemię przywitała niczym zbawienie. Przed śmiercią nie dojrzała niczego, żadnych scen z życia, twarzy „Junaka”. A potem potworne uderzenie i ciemność.

***

Szkopy zdobyły katedrę. „Jonasz” prawie już dotarł do prezbiterium. Chrystus z krzyża patrzył na niego niemal oskarżycielsko. Sierżant już widział wejście na wieżę, na której powinna być jeszcze „Basia” i „Daniel”. Usłyszał za sobą kroki, szybko się odwrócił, podrzucił peema i zamarł. Przed nim stał szkop, ale nie miał pyska bestii, lecz twarz ofiary „Jonasza”. Faceta, na którym wykonał wyrok, a który okazał się niewinny. Szkop zarepetował mausera, zaczął podnosić lufę, ale jednocześnie zaczął mówić. Jak wtedy, gdy „Jonasz” strzelił mu w twarz, zaczął coś mówić. Wtedy, setki lat temu, w innym życiu, innej Warszawie, gdy „Jonasz” nie pozwolił mu wypowiedzieć słów, lecz wystrzelił.
 
__________________
Lisia Nora Pluton szturmowy "Wierny" (zakończony), W drodze do Babilonu


kitsune jest offline  
Stary 28-07-2008, 17:24   #248
Banned
 
Reputacja: 0 Arango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodze
Może jeszcze dzisiaj rano, może nawet godzinę temu widząc tę twarz prześladująca go w nocnych koszmarach być może by sie zawahał.
Ale nie teraz, gdy wokół leżała ciała jego przyjaciół, ludzi, którzy byli dla niego jedyna rodziną.

W snach, w "normalnym" życiu pod okupacja nie raz i nie dwa zastanawiał się co ten człowiek chciał mu powiedzieć, zanim Jonasz nacisnął spust.
Wtedy wiele by dał by to wiedzieć. Ale teraz jakie to miało znaczenie ?

Poderwał lufę peemu i wygarnął serią prosto w twarz ze swych koszmarów. Obryzgały go kawałki kości i krew. Siejąc krótkimi seriami po wnętrzu katedry cofał sie powoli w kierunku schodów na wieżę.
 
Arango jest offline  
Stary 29-07-2008, 20:53   #249
 
kitsune's Avatar
 
Reputacja: 344 kitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skał
Cofnął się na schody wieży, ciężko dysząc. Trup zabitego Niemca leżał bezwładnie na posadzce katedry. Koszmar powrócił ze zdwojoną siłą. Teraz każdy ze zbliżających się, majaczących w dymie spowijającym katedrę Niemców miał twarz ofiary „Jonasza”. Cofnął się jeszcze. Jego plecy oparły się o chłodną, starożytną ścianę. Wtedy oni wystrzelili. Kilkanaście pocisków wydarło życie z ciała „Jonasza”.

***

Ciemność… ciemność… ciemność… Cuchnąca ciecz spowijająca ich twarze i dłonie, a potem świadomość ostatecznej walki i śmierci. „Wierny” otworzył oczy, prychając i krztusząc się breją zalegającą w ciemnym kanale. Wciąż czul smród karbidu, który hitlerowcy wpuścili do kanału. Podniósł się na równe nogi. Obok niego podnosił się z klęczek „Chmura”. Kapral po omacku odnalazł swój karabin i sprawdził odruchowo amunicję. Wszystko było jak należy. Tak jakby koszmar w katedrze nigdy się nie wydarzył.
- Kurde… - wyszeptał z trudem, macając się rękoma po piersi, którą rozerwała seria z kaemu. Ani śladu rany! Poza starymi, jeszcze ze Starówki.
- Pluton… szturmowy… „Wierny”…, do mnie… - wychrypiał porucznik i zobaczył, jak kilka osób wokół niego podnosi się.
- „Chmura”… melduje się – kapral nie silił się nawet na zawadiacki ton.
- „Jastrząb”, zdolny do walki… - chudy, ponury powstaniec stanął przed „Wiernym”.
- Jestem. – „Daniel” z przewieszoną snajperką stanął przed „Wiernym”. Jego oczy lśniły chorobliwie w ciemnościach.
A potem zapadła cisza. Zaczęli się rozglądać, szukając pozostałych towarzyszy.
- „Grom”? … … „Basia”?! … „Olga”?! „Czarny”?! …. „Jonasz”!!!
Odpowiadało mu echo niosące się po wilgotnym korytarzu.

Wtem w oddali zamigotało przytłumione światło latarki, podnieśli szybko broń, lecz głoś, który usłyszeli nie należał do Niemca:
- Tu Śródmieście! Śródmieście! Nie strzelać! My z baonu „Chrobry”! Jesteście już na naszym terenie!

Przedarli się.

***

Ciemność… ciemność… ciemność…
A potem szary świt. „Jonasz” ocknął się na kupie gruzu, prowizorycznej linii obrony. Szybko podniósł MG-42, sprawdził stan amunicji. Pół puszki. Jak zwykle.
- „Basia”?
Sanitariuszka przebudziła się. Jak każdego dnia. Pokiwała tylko apatycznie głową, a potem zajęła swoją pozycję. Niedaleko od niej leżał za przewróconym posągiem Chrystusa „Czarny” ze stenem. Niedaleko „Grom”, który jak co rano po przebudzeniu skrzywił się jak do płaczu, lecz szybko opanował, by inni tego nie widzieli.
Widzieli, lecz nikogo już nic nie dziwiło.

Zaraz miał nastąpić atak bestii. Jak codziennie. Każdego dnia szły rano do ataku, potem znów, i znów, i znów…

Jak każdego dnia oni zginą, by znów powrócić z bronią w ręku, by przez wieczność bronić Katedry przed bestiami.
 
__________________
Lisia Nora Pluton szturmowy "Wierny" (zakończony), W drodze do Babilonu


kitsune jest offline  
 


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:48.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166