Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 17-10-2007, 08:04   #1
 
Toho's Avatar
 
Reputacja: 144 Toho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znany
Albion 1945

Wprowadzenie


12 marca 1945

Jest wczesna wiosna 1945 roku. Powietrze zdaje się być przesycone zapachem oczekiwania i zmian. Ziemia zdążyła już obudzić się po długim, zimowym śnie. Pojawiają się pierwsze wiosenne roślinki, nieśmiało pojawiające się między pozostałościami śniegu. Wiosna roku 1945 jest całkiem niepodobna do tej z lat poprzednich, pewnie dlatego, że 1 maja 1944 gen. Oswald Mosley, wzorem marszałka Pétaina z Francji, podpisał kapitulację Anglii, Szkocji, Walii, Irlandii oraz ich terytoriów zależnych.

Wielu anglików uciekło tuż przed niemiecką inwazją do USA. Nawet w trakcie inwazji uciekło kilka tysięcy osób. Gdy poddał się Edynburgh z Anglii do USA uciekł Winston Churchill wraz ze swoim gabinetem. Nikt natomiast nie wie, co się dzieje z królową Elżbietą I - nie dotarła do USA. Po Anglii krążą plotki, że ukrywa się na terenie Szkocji, Walii czy Irlandii. Żadna z nich nie została przez nikogo potwierdzona, tym niemniej nikt tym pogłoskom nie zaprzecza.

Po klęsce wojny obronnej i podpisaniu przez Mosleya kapitulacji wiele stronnictw i ugrupowań przystąpiło do czynnej walki zbrojnej z najeźdźcą oraz zdrajcami i sprzedawczykami. Na terenie dawnej Anglii, obecnie podzielonej na "Wolne Terytorium Angielskie" na południu oraz tereny okupowane na północy i w Irlandii, działa kilka różnych frakcji: Liga Szkocka, Federacja Walijska, Irlandzka Armia Republikańska, komuniści, rojaliści i monarchiści, Liga Zjednoczenia, żołnierze z USEF i wiele innych, nieco mniejszych, co nie znaczy, że mało ważnych.

Niemcy nie mają łatwego życia na terenie całej Anglii. Niezależnie od tego czy mówimy o terenach "wolnych" czy okupowanych. Nie ma dnia, żeby nie następowały sabotaże w fabrykach, stacjach radarowych i nadajnikach, co kilkanaście dni następują ataki na dygnitarzy, członków SS i Wehrmachtu. Oczywiście wszelkie te działania powodują represje - aresztowania członków ruchu oporu, tortury, przesłuchania i rozstrzeliwania odwetowe. Działania te, mimo, że sieją terror, nie mogły złamać prawdziwego ducha walki.
 
__________________
In vino veritas, in aqua vitae - sanitas
Toho jest offline  
Stary 17-10-2007, 09:16   #2
 
Toho's Avatar
 
Reputacja: 144 Toho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znany
Turgut Aksoy


15 marca 1945

Profesor Turgut Aksoy rzucał się niespokojnie na łóżku. Od czasu ostatniego spotkania z SS-manami nie spał spokojnie. W nocy przypominały mu się niedawne zdarzenia ze starej podziemnej winiarni. Wtedy, gdy do pomieszczenia wpadł żołnierz odziany w czarny płaszcz z wielkim MP-40 wycelowanym wprost w profesora. Niecałą sekundę później do pomieszczenia weszło jeszcze czterech żołnierzy z peemami i dwóch oficerów. Chwilę później, któryś z chłopaków nie wytrzymał i wyszarpnął zza pazuchy Sauera 30H, a kilku innych poszło w jego ślady. Rozpętała się strzelanina. Kule bzyczały w powietrzu, jak stado wściekłych szerszeni, a cięły niezgorzej jak te owady. Jakieś silne ręce jednym mocnym i zdecydowanym ruchem zwaliły profesora z podestu. SS-man zdążył wypalić krótką serią – celował by zabić, ale zdołał tylko postrzelić prawe ramię profesora.

Niestety walka na niewiele się zdała. Po niecałych piętnastu minutach, gdy powietrze było jeszcze gęste od zapachu prochu i krwi, przepełnione jękami rannych, strzelanina ustała. W walce zginęło dziesięciu partyzantów i trzech SS-manów. Być może walka rozstrzygnęłaby się na korzyść zaskoczonych anglików, jednakże z zewnątrz przybywały kolejne tabuny ubranych na czarno żołnierzy. Profesor Aksoy uniknął zastrzelenia, był jedynie lekko ranny i nieco poturbowany. Oczywistym było, że oficer (w randze SS-Obersturmführera) prowadzący akcję rozpoznał profesora. Aksoy czuł w jego głosie pewien szacunek.
- Profesorze Aksoy. Jakże miło się spotkać. Chociaż pragnąłbym, aby tak szacowny profesor nie siał fermentu w młodych, gniewnych umysłach. Chętniej bym Pana widział w Berlinie na Uniwersytecie w Katedrze Starożytności. Nielubię bezsensownej przemocy i strzelaniny. Nie wiem po, co to wszystko – tu SS-man wskazał na leżące ciała i jęczących rannych – mam nadzieję, że wykaże się Pan rozsądkiem i pójdzie spokojnie z namui?
Oficer w oczywisty sposób nie oczekiwał żadnej odpowiedzi. Jednakże profesor odparł tylko, że ma nadzieję, że ranni i pojmani będą traktowani z godnością i szacunkiem. Oficer nic nie opowiedział, skinął na trzech wielkich drabów stojących niedaleko. Do profesora podeszło trzech Sturmmannów i zapięło jego ręce z tyłu w mocne kajdanki. Już sam dotyk metalu i dyskretne sprawdzenie palcami powiedziało Aksoyowi, że został fachowo zakuty i nie ma szans na wyzwolenie się.

Profesor nie wiedział co stało się ze wszystkimi pozostałymi. Widział, jak w trakcie rozmowy służby medyczne SS wynosiły rannych SS-manów i jak prowadzono kilkanaście osób na zewnątrz. Aksoy został zapakowany do więźniarki sam – nie licząc towarzystwa trzech typków z SS, którzy go zakuli. Profesor pomyślał, że niestety Niemcy nauczyli się, że trzeba go nieźle pilnować. Więźniarka kluczyła długo po mieście. Dopiero po godzinie wysiedli na dziedzińcu jakiegoś budynku. Profesor od razu rozpoznał miejscową siedzibę SS. SS-mani zaprowadzi go do celi. Po godzinie przyszli po niego i zaprowadzili do małego pokoju, gdzie czekał SS-Sturmbannführer, który przedstawił się jako Albert Rose. Początkowe przesłuchanie przebiegało dość typowo dla SS – pytania, groźby, próby namówienia do współpracy. Później Rose wezwał trzech oprawców z gumowymi pałkami – co prawda uważali aby nie uszkodzić zbytnio profesora, jednakże po tym spotkaniu Aksoy czuł każdą część ciała. Dwa dni później zaprowadzono go do tego samego pokoju. W środku czekał na niego SS-Sturmbannführer.


Oficer przedstawił się jako Helmut Kämpfe. Aksoyowi nie podobał się jego cyniczny uśmieszek. SS-man zaczął jak poprzednio – od pytań i gróźb. Później zapytał czy Aksoy wie, gdzie jest i że SS ma swoje „sposoby” na opornych. Chwilę później siłą poprowadzono profesora w podziemia budynku, gdzie torturowano ludzi – betonowe cele wypełnione siatką pod napięciem, przypalani ludzie, itp. Oczywiście SS-mani nie odmówili sobie sadystycznej przyjemności omówienia każdej tortury i opowiedzenia jak działa.

Po tym dniu profesor wiedział, że albo go tu zamęczą, albo zdradzi. Nie z chęci samej zdrady, ale z przemożnego bólu, który go pewnie czeka. Następnego dnia do celi zawitał ubrany w czarny wojskowy płaszcz gość. Mężczyzna nie miał dystynkcji, a jego twarz była dziwnie „mało aryjska”. Nakazał zakuć profesora i wyprowadzić do więźniarki. Po drodze okazało się, że uwolnili go chłopaki z Ligii Zjednoczenia. Dzień wcześniej upolowali gościa z Totenkopf, który miał przewieźć profesora do Berlina na profesjonalne przesłuchanie w siedzibie SS, i podstawili partyzanta.

Profesor przez wiele dni dochodził do siebie w małej wsi niedaleko Sheffield. Często dręczyły go widoki z cel śmierci pod budynkiem SS – tak jak dzisiaj. Dokładnie widział betonową celę, z metalową siatką na dole. Beton na ścianach zdawał się nierówno położony, do czasu, gdy Aksoy zdał sobie sprawę, że to ludzkie ręce w parkosyzmach bólu wydrapały te kształty. SS-ami z uprzejmym uśmiechem poinformowali go, że tutaj torturują wysokim napięciem, a celę polewają wodą.

Aksoy obudził się zlany potem. Serce waliło mu jak oszalałe. Spokojnie, spokojnie, już jestem bezpieczny, z dala od siedziby SS. Znajdował się w niedużym drewnianym pomieszczeniu, które kiedyś było dworkiem myśliwskim jakiegoś earla, obecnie służył za siedzibę południowej części Ligii. Aksoy wyjrzał za okno – położenie słońca podpowiedziało mu, że jest około 10. Znów zaspał przez koszmary. Ostatnio niewiele miał do roboty – głównie odpoczywał.

Profesor wstał, umył się i doprowadził do porządku. Wypił też nieco wina, żeby uspokoić nerwy. Wyszedł ze swojego pokoju i udał się do centralnego pomieszczenia – jadalni. W środku były dwie osoby.




Pierwszą znał. To był lokalny dowódca okręgu południe – James „Jimmy” Anderson. Drugiej nie znał. Na widok profesora obaj panowie zaprzestali rozmowy i wstali. Pierwszy odezwał się „Jimmy” – Witam szacownego profesora! Witam serdecznie ! Pozwól sobie przedstawić przyjaciela z sekcji Irlandzkiej – pan Murphy. Profesor przywitał się serdecznie. Wiedział, że Murphy to zapewnie zmyślone nazwisko, ale zdążył przywyknąć do konspiracji. Czekał na rozwój wydarzeń. Jimmy podjął rozmowę:
- Pan Murphy i jego koledzy z sekcji Irlandzkiej zdołali przechwycić zawartość pewnej teczki. Owa teczka pochodziła z serca tutejszego SS, a dokładniej z sekcji podległej organizacji Młot Tora. W teczce znaleziono dziwne fotografie i dokumenty. Pewna młoda osóbka z narażeniem życia zrobiła zdjęcia zawartości teczki. Ani my tutaj, ani koledzy z sekcji deszyfrowania, nie daliśmy sobie rady z tymi materiałami. Ich zawartość jest dla nas co najmniej dziwna. Chciałbym tutaj prosić pana profesora o przeglądnięcie tych zdjęć i opinię co to może być, jakie ma znaczenie dla Niemców i dla nas i czy mamy dalej utrzymywać naszego kreta w tamtym wydziale. Aha! Jakby pan profesor czegoś potrzebował to proszę wołać, przydzieliłem panu młodego chłopaka do pomocy – nazywa się Arthur Grey.

Profesor Aksoy odparł, że chętnie zapozna się z zawartością teczki. Murphy podał teczkę mówiąc – Liczymy na pana pomoc, panie Aksoy i wyszedł. Jimmy powiedział profesorowi, że ma trochę pracy i że Grey będzie tu za dwie, góra trzy godzinki – ponieważ obecnie ma inne zadanie. Później będzie mógł pomóc.
 
__________________
In vino veritas, in aqua vitae - sanitas
Toho jest offline  
Stary 22-10-2007, 07:54   #3
 
Toho's Avatar
 
Reputacja: 144 Toho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znany
Eve Malorny


15 marca 1945



Ewa siedziała w pubie pod „Psem i Koniem” mieszczącym się na obrzeżach okupowanego Londynu.

Jak wiedzieli wszyscy w Londynie pub ten starał się utrzymać przedwojenny klimat i spokój wnętrza. Jak wiedzieli nieliczni w pubie tym serwowano domowej roboty cydr jabłkowy, od którego „aż z nosa ciekło”, a także piwo – mniej „chrzczone” niż gdzie indziej. Jak wiedzieli tylko niektórzy pod „Psem i Koniem” niechętnie widziano niemieckich żołnierzy czy gestapowców. Mniej znaczni żołnierze znikali w tym rejonie z podziwu godną regularnością, zaś bardzie znaczni nabawiali się przykrych sensacji żołądkowych.
Jak wiedzieli tylko wybrani pub pod „Psem i Koniem” był przykrywką dla Ligii Wyzwolenia Anglii. Od samego początku okupacji w pubie zbierali się bojownicy i planowali różne akcje, w pubie werbowano także nowe osoby.

Wnętrze pubu było utrzymane w dobrym starym stylu. W środku dominowało drewno. Niedaleko wejścia znajdowało się siedem niedużych stolików w sam raz dla dwóch, góra trzech osób. Nieco dalej w środku w niewielkich alkowach wydzielonych drewnianymi przepierzeniami stały stoliki na 5, 6, i 7 osób. Nad tym wszystkim królował kontuar baru ze starego mahoniu. Obecnie właścicielem pubu był Ted Walters (zawsze dobrze ubrany pan w średnim wieku). Dyżur za barem zazwyczaj pełnił jego syn – John wraz z żoną Elżbietą.

W barze było sporo ludzi, w tym zapewne wielu z ruchu oporu. Wnętrze było pełne dymu, najbardziej kopciły fajki, a śmierdziały domowej roboty papierosy. Blisko wyjścia siedziało wielu młodych. Przy wejściu Ewy do baru obrzucili ją niechętnym wzrokiem, któryś warknął za nią „niemra”. Na szczęście całą sytuację szybko uspokoił barman.

Ewa siedziała w głębi lokalu, gdzie było nieco ciszej. Czekała na Waltera Pipeta, jednego z członków Ligii Wyzwolenia. Nie dalej jak wczoraj dostała zakodowaną wiadomość w bukiecie czerwonych róż. Rozkodowana wiadomość brzmiała dość lakonicznie – tam, gdzie zawsze, 15.III, godzina 17:00. „Rosomak”. Ewa dwukrotnie dekodowała wiadomość. Za każdym razem rezultat był taki sam. Do tej pory „Rosomak” czyli Walther nie był tak lakoniczny. Być może przesyłał wiadomość przez niesprawdzone źródło, albo czynił to w pośpiechu. Ewa wolała nie myśleć o najgorszym – wpadce.

Do baru wszedł starszy jegomość w szerokim szarym płaszczu w nienagannym filcowym kapeluszu na głowie. W ręku trzymał bukiet herbacianych róż – znak rozpoznawczy. Ewa z daleka rozpoznała Waltera.


Walter podszedł do baru, chwilę poszeptał z barmanem. Barman wyszedł zza kontuaru i poprowadził gościa na zaplecze. Chwilę później do Ewy podeszła kelnerka i powiedziała, żeby poszła za nią. Chwilę później siedziała z Walterem w odosobnionym pokoiku na tyłach baru. W pokoju oprócz niedużego stolika, dwóch krzeseł, lampy, niedużego sekretarzyka na ścianie znajdował się wielki elektryczny dzwonek. Alarm na wypadek rewizji i innych zdarzeń. Sygnał dawał szansę na ucieczkę przez ukrytą w rogu klapę piwniczną na zewnątrz.

Ewa wiedziała, że sprawa musi być poważna, skoro spotkanie ma miejsce tutaj, a nie przy jednym z małych stolików w barze. Walter na widok Ewy wstał i ucałował ją szarmancko w rękę. Mimo swoich 60-paru lat trzymał się zaskakująco dobrze. A dodatkowo nikt nie podejrzewał starszego, nobliwego dżentelmena o prowadzenie siatki bojowników. Walter zaproponował Ewie kawę i Burbona – kawa była okropna, całkiem Ewie nie smakowała. Burbon był o niebo lepszy. Walter zaczął rozmowę:
- Witam ponownie. Cieszę się, że widzę Cię w dobrym zdrowiu. Mam nadzieję, że nadal popierasz nasze działania na terenie Anglii? Oczywistym było, że nie musiał nawet tak mówić, ale on zawsze zaczynał tak swoje wywody. Ewa cierpliwie czekała co będzie dalej.
- Widzisz Ewo. Potrzebna jest nam Twoja bezcenna pomoc. Nasi agenci wspólnie z oddziałami z Ligi Szkockiej zdołali dotrzeć na Szetlandy. Oczywiście wiesz, gdzie to jest? Ewa oczywiście wiedziała, ale Walter nie czekając na jej odpowiedź kontynuował wywód
- Szetlandy leżą około 200 km na północ od wybrzeży naszych wysp. W sumie to na Szetlandach nigdy nic nie było ciekawego, chyba że jest się miłośnikiem śniegu, pingwinów i samotnikiem. Kiedyś wyspy te stanowiły bazę wielorybniczą, później tuż przed inwazją Niemców budowano tam radary – lotniczy i morski. W planach była również budowa niedużego lotniska. Niestety nie udało się nam ukończyć tamtych prac. Od kapitulacji w 1944 niewiele ciekawego było słychać z tamtego rejonu. Od początku 1945 Szetlandy zostały ogłoszone terenem zamkniętym. Wysiedlono stamtąd wszystkie osoby na tereny Anglii oraz Szkocji. Początkowo niewiele się tam działo. W tym czasie udało nam się umieścić tam kilku agentów w obsłudze portu i kilku w mieście. Od lutego 1945 na Szetlandy zaczęły zawijać niemieckie łodzie podwodne, takie jak ta Walter podał Ewie nieduże zdjęcie.


To zdjęcie z 13 marca. Nie zdołaliśmy zidentyfikować w pełni tej łodzi. Prawdopodobnie to typ VII lub VIIC/41. W tym samym czasie na terenie Szetlandów Niemcy zaczęli budowę różnych instalacji. Nie udało nam się niestety wszystkich sfotografować. Wiemy, że ukończyli budowę radaru morskiego i lotniczego oraz ukończyli pas startowy dla niewielkich samolotów. Dodatkowo postawili mnóstwo stanowisk testowych nieznanego nam przeznaczenia. To zdjęcie zostało zrobione na lotnisku 12 marca




Czy poznajesz tego faceta? Podejrzewamy, że mógł bywać u Twojego ojca tuż przed jego śmiercią
Ewa przyjrzała się fotografiom bardzo dokładnie. Zdjęcie U-Boota niewiele jej mówiło. Ten dziwny samolot mówił nieco więcej – pamiętała jak jej ojciec prowadził dyskusje z Messerschmittem na temat znaczenia efektu Coanda dla konstrukcji płatowców. Ostatnie zdjęcie … Ewie przypomniała się późna jesień 1941, wówczas do domu jej ojca z Messerschmittem przyjechał młody naukowiec – wizjoner. Był dość przystojny, opanowany i miał dobre maniery. Niestety mimo tego, że była tam Ewa wolał dyskusje nad konstrukcjami rakiet niż dyskusje z nią. Nazwisko pamiętała – von Braun. Ewa odpowiedziała:
- To von Braun. Bywał u nas rok przed śmiercią ojca. Z tego co wiem interesował się konstrukcją rakiet. Nie bardzo pamiętam czy pracował dla organizacji „Młot Tora”, ale myślę, że tak.

Walter pokiwał głową i powiedział – Wernher von Braun zjawił się na Szetlandach cztery dni temu z mnóstwem innych ludzi – zapewne naukowców i techników. Nie wiemy co tam robią, bo Niemcy wzmocnili patrole i zaostrzyli system kontroli. Podejrzewamy, że coś kombinują. I tu moja prośba do Ciebie. Czy nie wybrałabyś się na Szetlandy na główną wyspę Mainland? W bazie pracuje mnóstwo ładnych kobiet, jedna więcej nie stanowiła by tam różnicy. Mamy przygotowane papiery na nazwisko Else van der Veen – holenderskiej matematyczki i teoretyka zachowania cieczy. Twoim zadaniem byłoby sprawdzić co się tam dzieje, ewentualnie zrobić zdjęcia i przekazać je tu. Wszystko jest przygotowane dla Ciebie i tu i tam na miejscu. Pomyśl o tym. Spotkamy się tutaj za dwa dni o tej samej godzinie. A – tylko spal te zdjęcia przed wyjściem, a popiół wrzuć do kominka w barze. W razie problemów kontakt przez sklep „U Johna” niedaleko Downing street. Powiedział Walter wyszedł.

Ewa nie bardzo była pewna co ma zrobić. Miała możliwość zaszkodzić niemieckim planom i organizacji, która wykończyła jej rodzinę. Zapewne istniało także ryzyko wpadki. Trzeba poradzić się kart – pomyślała. Obejrzała jeszcze raz zdjęcia. Z niewielkiej torebki wyjęła talię tarota i nieduże wahadełko …
 
__________________
In vino veritas, in aqua vitae - sanitas
Toho jest offline  
Stary 22-10-2007, 11:38   #4
 
Toho's Avatar
 
Reputacja: 144 Toho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znany
Andreas Kreuzwald


15 marca 1945


Andreas Kreuzwald, mężczyzna średniej postury, ubrany krótkie wiecznie potargane czarne włosy, w okularach, o krótko przyciętą czarną brodę. Nie wygląda na swoje 24 lata – raczej na 30. Obecnie siedział w starej szopie niedaleko granicy terenów okupowanych. Sama szopa znajdowała się jeszcze na Wolnym Terytorium Angielskim.

W szopie oprócz Anreasa znajdowało się jeszcze dziesięciu innych partyzantów. W tym Mark Damon, który go wplątał w tą całą pieprzoną partyzantkę. Wszyscy partyzanci siedzieli i słuchali relacji wywiadowcy, który przedarł się z terenów okupowanych. Andreas nie bardzo słuchał o czym mówi wywiadowca. Nawet nie bardzo pamiętał jak facet ma na imię – Eddy? Muddy? Szczerze mówiąc guzik go to obchodziło. Andreas myślał … w myślach po raz kolejny przeklinał dzień, w którym dał się wciągnąć w „to partyzanckie bagno”. Nienawidził za to swojego dawnego przyjaciela Damona, nienawidził Niemców za wywołanie wojny, nienawidził świata, że na to pozwolił.

Andreas miał serdecznie dość wojny, utarczek z Niemcami, porwań, wpadek i ratowania po raz kolejny swojego tyłka. Do tej pory jego szczęśliwa gwiazda jakoś mu sprzyjała. Wiele razy tylko cudem unikał wpadek i zasadzek. Wiele razy był ranny, ale nigdy na tyle poważnie by rana stała się groźna dla życia. W oddziale mówili o nim – Andreas Szczęściarz, Farciarz, Fuksiarz, a nawet z niemieckiego Glückskind. Andreas nigdy nie ukrywał swojego sceptycyzmu i racjonalizmu w stosunku do planów dowództwa. Mimo tego koledzy go szanowali, myśleli, że to wszystko to tylko troska o oddział, o ludzi i o powodzenie całej akcji. Tak naprawdę Andreas miał to wszystko głęboko gdzieś i dbał o własny tyłek.

Wywiadowca monotonnie coś opowiadał, rysował jakieś znaki na starej mapie Szkocji. Muchy bzykały wesoło, słońce zaglądało przez szpary. Andreas był pogrążony we wspomnieniach. Lato spędzone na wsi w 1937, jeszcze grubo przed wojną. Spokój angielskiej wsi, rumiane panny, piękno łąk i jezior. Wyprawa na ryby z ojcem…

- Andreas ! Do stu diabłów ! Nie śpij mi tam ! Gderliwy i zgrzytliwy głos dowódcy wyrwały Andreasa z pół-snu. Nie bardzo wiedział co się stało. Na wszelki wypadek wstał i odezwał się – Sir ? Dowódca patrzył przenikliwie wprost w jego oczy. Oboje wiedzieli, że Andreas nie bardzo wiedział co się tu dzieje i o czym mówił wywiadowca. Dowódca odezwał się:
- Siadaj do cholery, nie jesteśmy na pieprzonej paradzie z okazji urodzin królowej matki! Słuchaj bo teraz będzie mowa o Twojej roli w zadaniu!
Andreas usiadł, ale za nic nie mógł sobie skojarzyć o jakim zadaniu mowa… myślał intensywnie, powoli coś skojarzył, że wywiadowca coś na początku wspominał o bazie
U-Bootów w Dundee. Andreas skoncentrował się na tym co mówił wysoki, rudowłosy, przeraźliwie chudy, ale o dobrze rozbudowanych mięśniach człowiek.

- Sprawa jest dość trudna. Niemcy zamknęli teren wokół miasta i patrolują zatokę. Samo centrum i port w Dundee zostały zamknięte dla osób postronnych. Do Dundee ciągną transporty niewiadomego przeznaczenia. Wiemy też, że Niemcy ciągną nową linię kolejową. Udało się nam przejąć jedną ciężarówkę zmierzającą do Dundee. Wiozła części, które specjaliści z Ligii Wyzwolenia zidentyfikowali jako części zapasowe U-Bootów typu VII. Stąd nasze przypuszczenia, że budują tam albo schrony dla łodzi, lub dok naprawczy. Nie mamy tutaj żadnej pewności. Do tej pory nie udało się nam nikogo tam umieścić. Wywiadowca chyba celowo streścił swoje dotychczasowe wywody.
- Twoja rola Andrasie jest tu: Wywiadowca wyjął z teczki powiększone zdjęcie osobnika (nawiasem mówiąc niepodobnego do Andreasa)


- To niejaki Franz Hoeßler. Pochodzi z terenów Rumunii. Pracuje dla Niemców od 1940 roku. Wpierw jako kapuś, później członek oddziałów SS złożonych z rumuńskich ochotników. Ten cały Franz jest odpowiedzialny za wiele zbrodni na terenie całej Europy, w tym Szkocji i Walii. Sąd Ligii Wyzwolenia skazał go na śmierć. Sposób wykonania wyroku – rozstrzelanie. Obecnie nasz cel siedzi spokojnie niedaleko Dundee. Zapewne jest (lub będzie) nadzorcą budowy. Andreas milczał, ale domyślał się o co chodzi. Zapewne miał przekraść się w mundurze niemieckim na tereny okupowane i załatwić tego Franza.
- Twoje zadanie nie jest tak całkowicie proste, jak myślisz Andreas. kontynuował wywiadowca – po pierwsze musisz przekraść się na tereny okupowane, jeżeli masz mundur i papiery to będzie pestka. W razie czego mam ze sobą odpowiednie blankiety i podróbki pieczęci. Później musisz dotrzeć do miasteczka Bonnyton. Znajduje się tam nasz człowiek Edgar Pickert – prowadzi piekarnię. Hasło to „Bułki z rozmarynem” odzew „Mam tylko z majerankiem lub solone”. On podpowie jak dostać się na miejsce, oraz gdzie przebywa Franz. Sama likwidacja celu to Twoje główne zadanie – jak i kiedy to zrobisz Twoja w tym głowa. Kontakt z nami przez Edgara. Andreas wiedział, że to nie wszystko.
- Jeżeli udałoby wam się znaleźć sposób na wejście do centrum miasta lub portu wówczas zrobisz zdjęcia – aparat Lecia ma u siebie Edgar. Przemyśl sprawę do jutra. Wywiadowca skończył, partyzanci wyszli na zewnątrz. Do Andreasa podszedł Mark i powiedział:
- Wiem, że nie lubisz ryzyka. My mamy inne zadanie – sabotaż fabryki części do samolotów na południu niedaleko Cardiff. Nie będzie to łatwe zadanie. Fabryka jest silne strzeżona. Dlatego wolę wysłać Cię na północ. Znasz niemiecki, masz szwabską broń i papiery. Może zdjęcie w nich nie takie – ale nasz wywiadowca Michel Weles to niezły fałszerz i cudotwórca. Andreas szedł obok dowódcy, czasem mijali ich inni z oddziału. Szli powoli w dół zbocza w stronę miasteczka Stoke-on-Trent. Należało podjąć jakąś decyzję.
 
__________________
In vino veritas, in aqua vitae - sanitas
Toho jest offline  
Stary 23-10-2007, 10:13   #5
 
Geisha's Avatar
 
Reputacja: 1223 Geisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumny
Ewa zgrabnie rozłożyła karty na stoliku. Przez chwilę w skupieniu wpatrywała się w huśtające leniwie w jej ręce wahadełko. W końcu drgnęło. Ewa podniosła jedną z kart. Uśmiechnęła się do siebie. AS. Karo. Dobrze wiedzieć... Zdecydowanym ruchem zgarnęła karty. I tak pojedzie, niezależnie od tego, co mówią karty. W końcu to część jej misji. Spojrzała na róże, pozostawione tu przez Waltera. Piękne... Szkoda, że nie mogła zabrać ich ze sobą, ale to znaczyło by że się spotkali, a Ewa musiała uważać. Powąchała je tylko i ostrożnie pogładziła płatki wysmukłymi palcami. Zabrała zdjęcia, spojrzała na nie ostatni raz uważnie i wyszła szybko. Zaczynała już czuć się nieswojo sama w tym pokoju.
Wróciła do pubu. Nie zważając na niechętne spojrzenia co poniektórych osób usiadła przy stoliku tuż koło kominka i, gdy John przyjmował od niej zamówienie, szybkim gestem wrzuciła zdjęcia w ogień... Pijąc drinka pilnowała, by wszystko zostało dokładnie zniszczone.
Von Braun - pamiętała go doskonale, chociaż sama nie zrobiła nim większego wrażenia. Pamiętała jego bystre spojrzenie i nienaganne maniery, a jej Ojciec najwyraźniej lubił go i ufał mu, chociaż ich dyskusje nie były pozbawione emocji. Teraz cieszyła się z tego, że nie spędzała z nimi za wiele czasu. Może nie będzie jej pamiętał? Dopiła drinka, zostawiła, jak zwykle, drobny napiwek na serwetce, i wyszła. Miała ochotę na mały spacer, lecz ostatnio nie czuła sie zbyt pewnie na ulicach. Wciąż miała nieprzyjemne wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Z drugiej jednak strony, nie miała ochoty na samotność w hotelowym pokoiku, który zajmowała. Po krótkim namyśle udała się do biblioteki Uniwersyteckiej, i wróciła stamtąd z kilkoma książkami pod pachą.
"Matematyka", "Teoria cieczy", "Podstawy fizyki" i inne niezbyt interesujące cegły leżały teraz na jej starannie zasłanym łóżku. Ewa nie bała sie ich, była wdzięczna Ojcu bardziej niż kiedykolwiek za nacisk, jaki kładł na jej solidne wykształcenie. Jednak, z fizyką nie miał w życiu za wiele wspólnego. Ewa, z kubkiem parującej kawy w dłoni zanurzyła się w lekturze. Nocą przejrzała mapy, by dowiedzieć się czegoś o geografii Holandii - swojej przyszywanej ojczyzny.
Tak, Ewa zdecydowanie nie traciła czasu. Bardzo starannie przygotowywała się do nowej roli. Żałowała tylko, że słownika holenderskiego nie udało jej sie znaleźć, będzie musiała o niego poprosić... Zastanawiała sie nawet, czy nie udać sie z tym do sklepu "U Johna", ale wolała jednak nie ryzykować. Będzie musiała grać holenderkę bez znajomości języka. Trudno, będzie musiała sobie poradzić.

Dwa dni później, już zdecydowana i z gotowa odpowiedzią, siedziała w pubie "Pod psem i koniem", pijąc cydr, (specjalnie dla niej rozcieńczony wodą, by zbyt nie szumiało jej w głowie), i czekała na Waltera.
 
__________________
Oto tańczę na Twoim grobie;
Ty, który wyzwałeś mnie od Aniołów...

Ostatnio edytowane przez Geisha : 23-10-2007 o 10:35.
Geisha jest offline  
Stary 07-11-2007, 14:59   #6
 
Toho's Avatar
 
Reputacja: 144 Toho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znany
Eve Malorny


17 marca 1945


Ewa siedziała w alkowie baru pod „Psem i Koniem” sącząc specjalność zakładu – cydr, którego moc powodowała, że z nosa ciekło. Barman John specjalnie rozcieńczył dla niej ten trunek ponieważ bardzo chciała zachować przytomność umysłu. Ewa miała w głowie niezły mętlik od fachowej literatury. O ile matematyka, nawet ta wyższa, nie była dla niej zbyt dużym problemem, o tyle teoria cieczy była dla niej sporym wyzwaniem. Starała się zapoznać z wszelkimi najnowszymi dziełami z tej dziedziny.

Ewa pomyślała sobie, że szkoda, że Walter nie powiedział jej czym dokładnie zajmuje się Else van der Veen i co napisała. W źródłach, które znalazła była niewielka wzmianka o pracach pani van der Veen. Informowała ona, że zajmuje się ona prawami Carnota, pompami i tłokami wysokociśnieniowymi, hydrauliką oraz równaniami Bernoulliego. Co prawda Ewa starała się przeczytać jak najwięcej z tych dziedzin, ale nieznajomość prac tej holenderki Else van der Veen może być sporym problemem.

Ewę nudziło oczekiwanie. Wiedziała, że jeżeli Walter się nie zjawi do 17:30 to zgodnie z procedurami konspiracji powinna stąd wyjść. Później przekazać do sklepu „U Johna” niedaleko Downing Street wiadomość o prawdopodobnej wpadce Waltera. Walter nie wpadnie. Jest sprytny jak lis. Mimo swojego wieku, a może to właśnie dzięki niemu, wychodził wiele razy z różnych problemów obronną ręką. Ewa rozmyślała nad wieloma wydarzeniami. Nieuchronnie wróciły wspomnienia. W tym najsilniej te związane ze śmiercią jej ojca. Chwilę później w organizmie pojawiła się adrenalina i dopamina – Ewa poczuła, że gdyby w tym momencie miała broń to wybiegłaby na zewnątrz i zaczęła strzelać do Niemców. Spokojnie, tylko spokojnie. Nie dać ponieść się emocjom. Prawa Pascala … Ewa uspokajała się przypominając sobie przeczytane wiadomości. Pomyślała z wdzięcznością o ojcu.

Rzuciła okiem na zegar nad barem – wskazywał za piętnaście minut siedemnastą. Ewa poczuła pewien impuls. Rozpoznała go bezbłędnie – karty. Należy postawić karty. Być może ktoś z jej bliskich chce coś przekazać … Wyjęła z tali damę kier – symbol swojej osoby, następnie szybkim ruchem przetasowała nieco zniszczoną już talię. Przełożyła lewą ręką, jednocześnie koncentrując się na dwóch rzeczach, podświadomym sygnale oraz zadaniu które ma do wykonania.
Pierwszy pojawił się król karo – ciekawie, ciekawie. Symbolika to ambitny mężczyzna. Zapewne von Braun pomyślała Ewa – kolejną kartą była 7 kier, przestroga przed nieuczciwymi osobami, zdradą – Diabli nadali tą siódemkę kier! syknęła ze złością. 4 kier – oznacza przeprowadzkę lub wyjazd oraz doradza odejście od rutyny. Ewa pomyślała, że to akurat dobra rada. 9 pik – Znów problem! Cholera, dziewięć pik oznacza rozczarowanie oraz straty . Niedoby układ, nieciekawie, pomyślała Ewa. Wiedziała, że musi dociągnąć jeszcze trzy karty, inaczej układ będzie niekompletny i nieczytelny. 7 trefl – O kurcze! Kłopoty i opóźnienia z powodu winy innej osoby. Ewa była zafascynowana układem kart z jednej strony, a z drugiej zaczynała się niepokoić. 3 trefl – udany romans! Dobre sobie, romans! Ciekawe z kim? Z von Braunem? Ostatnia karta – walet karo. [i]O! Nieznany mi mężczyzna, być może młodszy, związany ze szczęśliwym wydarzeniem. Cały układ był nieco pomieszany – z jednej strony ostrzeżenia i uwagi. Z drugiej zapowiedź nieznanego mężczyzny i romansu.

Zegar nad barem wskazywał siedemnastą trzy. Ewa spokojnie siedziała i czekała na Waltera. Przezornie spakowała karty i przysunęła torebkę nieco bliżej, by w razie czego szybko wyjść. Chwilę później w drzwiach pojawił się młody człowiek, zapewne goniec, z bukietem róż w herbacianym kolorze. [i] Ciekawe dla kogo te kwiaty? [i] pomyślała sobie Ewa. Niecałą minutę później okazało się, że młody człowiek podszedł do niej i podał bukiet mówiąc:
- Pani Ewa Malorny?
- Tak to ja odparła zgodnie z prawdą Ewa.


- Kwiaty od Rosomaka dla Pani podał jej bukiet, Ewa chciała coś zapytać gońca, ale on szybko odszedł nie czekając na napiwek.
Ewa pomyślała, że ten Walter jest całkiem niepoprawny. W takich ciężkich czasach tracić czas na róże! Po dokładnym obejrzeniu bukietu w oczy rzucił się niewielki liścik ukryty między kwiatami. Był całkiem nieźle ukryty – pomyślała Ewa. Przeczuwała kłopoty. Wyjęła dyskretnie liścik, z torebki wyjęła papierośnicę i wydobyła długiego papierosa. Zwykle nie paliła, ale papieros dostarczał pretekstu do wydobycia zapalniczki i dyskretnego oświetlenia wiadomości, a później jej spalenia. Ewa ostrożnie rozwinęła bilecik. Jej oczom ukazało się odręczne pismo Waltera – ładne i równe zawijasy liter, staranna kaligrafia każdej z nich.


Dopiero teraz Ewa poczuła szybki bieg adrenaliny w organizmie. Serce zaczęło bić o wiele szybciej niż zwykle. Jak zwykle karty miały rację pomyślała sobie. Nalot SS! Kurcze tylko tego tutaj brakowało. Swoją drogą należało się spodziewać, że prędzej czy później Niemcy skontrolują ten lokal. Zapewne właściciel nie „posmarował” komu trzeba, albo w centrali SS na Anglię pojawiła się jakaś kontrola… Ewa pomyślała sobie, że musi stąd uciekać, znów uciekać. Miała nadzieję, że już niedługo zepsuje nieco krwi tym z organizacji „Młot Tora”.

Tym czasem w drogę. Trzeba uciekać. Ewa nie była pewna czy barman John wie o szykowanym nalocie SS. Być może trzeba go jakoś ostrzec, tylko jak?
 
__________________
In vino veritas, in aqua vitae - sanitas
Toho jest offline  
Stary 12-11-2007, 14:53   #7
 
Geisha's Avatar
 
Reputacja: 1223 Geisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumny
Ewa zapaliła papierosa, drugą ręka zgarniając płynnym ruchem karty ze stolika, przypalając jednocześnie liścik. Poczekała chwilę, aż zapach spalonego papieru się ulotni i podeszła do baru. Szybkim ruchem ręki przywołała właściciela lokalu, Gdy John podszedł do niej, wręczyła mu zapłatę i napiwek. "Nalot SS" dodała jeszcze na odchodnym i wyszła, nie oglądając się za siebie. Była pewna, że John zrozumie i będzie wiedział co robić. Wyszła na ulice, rozglądając się niepewnie, i ruszyła w stronę Kościoła, ściskając w dłoni przepiękny bukiet róż. Pokrążyła nieco po mieście, aby upewnić się, że nikt jej nie śledzi, a resztę czasu, który jej pozostał, spędziła w Kościele. Tam też zostawiła piękne róże - położyła je pod ołtarzem.
Pomodliła się też szczerze, po raz pierwszy od dłuższego czasu. Nie była to typowa modlitwa, raczej dyskusja z Bogiem. Nie prosiła o nic - i tak wiedziała, że jest zdana tylko na siebie. Ale tez sama od siebie niewiele dawała. Po prostu była fair.
O 19, zgodnie z instrukcją, udała się do wskazanego sklepu. Kupiła kilka popierdułek, a gdy nie było już zbyt dużo klientów wokół, zapytała najspokojniej w świecie o suszone śliwki z Anglii...
 
__________________
Oto tańczę na Twoim grobie;
Ty, który wyzwałeś mnie od Aniołów...
Geisha jest offline  
Stary 18-11-2007, 19:46   #8
 
Toho's Avatar
 
Reputacja: 144 Toho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znany
Eve Malorny


Sklep "U Johna" Downing Street 6A


Sklepik "U Johna" na Downing Street 6A był rodzinną firmą od pokoleń. Założył go praprapradziad obecnego właściciela Johna Bridie VI. Co ciekawe, każdy kolejny właściciel (począwszy od szacownego antenata Johna Birdie zwanego pierwszym) miał na imię John.

Pradziad nie był zbyt dobrym marketingowcem i nazwał sklep swoim imieniem. Był za to o stokroć lepszym handlowcem i przekazał swoją wiedzę potomkom. Wiedza przez lata podlegała powiększeniu. Sklep się rozrastał. Pod koniec XVIII wieku stał się sklepem kolonialnym. Oferował dziesiątki towarów z Indii, obu Ameryk i Afryki.

Obecnie sklep jest jedynie wspomnieniem dawnej prosperity. Obecny właściciel nie okazał wiele zrozumienia dla nowej władzy i odmówił uczynienia ze swego sklepu "Nur für deutsche" (tylko dla Niemców). Przez to ma wielkie problemy z zaopatrzeniem. Mimo tego sklep zachował swój kolonialny charakter.

Ewa po wejściu do środka poczuła tysiące woni przypraw składowanych tutaj przez lata. Jej uwagę przykuły półki wykonane z bardzo ciemnego drewna. Ewa pomyślała, że to albo bardzo stara dębina albo mahoń. Ani jedno ani drugie by ją tu nie zdziwiło.

Szybko i dyskretnie sprawdziła czy w sklepie jest czysto. Wciąż pamiętała wiadomość od "Rosomaka". Nalot SS był ostatnią rzeczą, której spodziewała się "Pod koniem i psem". Miała nadzieję, że w barze udało się pozbyć wszelkich śladów działalności ruchu oporu. Oby właściciel miał nieco gotówki na czarną godzinę. Czasami łapówka potrafiła zdziałać cuda. Oby i tym razem ...

Za kontuarem, niedaleko kasy, stał około 40-letni właściciel - John Birdie.


Ewa nie spodziewała się za kontuarem żylastego, nieco wychudłego, rudego jegomościa. Dobrze widoczne mięśnie zdradzały sporą siłę mężczyzny. Ewa widziała go tylko raz i to z daleka - sam "Rosomak" pokazał jej go dyskretnie "na wszelki wypadek". I ów "wszelki wypadek nadszedł". Ewa podeszła pewnie do lady, jak Niemka na zakupach i powiedziała:
- Czy są śliwki z Anglii? zapytała pewnym głosem. Tyle lat ciągłego ukrywania się, maskowania wyrobiły w niej szybki refleks i dobre wyczucie osób i sytuacji... być może to paranormalna żyłka jej matki dawała takie rezultaty? Kto to wie?
Mężczyzna wydawał się wyrwany z jakiejś zadumy. Całkiem jakby był tu obecny tylko ciałem a nie duchem. Ewie zdawało się, że ma jakieś problemy osobiste i to uczuciowe.
- Śliwki ? Śliwki, śliwki, ... śliwki, śliwki ... właściciel zachowywał się, jakby słyszał tą nazwę pierwszy raz i bawił się jej brzmieniem
- Śliwki z Anglii? powtórzył nieco zdziwiony, śmiesznie przy tym przekrzywił jedną brew. Ewie ruch ten wydawał się nawet śmieszny, ale w tej sytuacji nieco dziwił, chyba że ją sprawdzał...
- Hmmmm, śliwki, powiada panienka, z Anglii? A ile tych śliweczek życzy Panienka?
Ewa myślała, że ją trafi, tyle gadał i marudził i nie podał odzewu. A może to nie on, tylko ... serce zamarło w gardle ... może jest tu gestapo z nalotem?! ... uciekać! ... Ewa niewiele myśląc rzuciła pierwszą wielkością jaka przyszła na myśl ...
- Pół funta!
Mężczyzna zasępił się. całkiem jakby naprawdę chciał jej sprzedać te cholerne śliwki....
- Niestety panienko, śliwek z Anglii nie mam ... być może za tydzień będą? A coś innego panienka życzy?
Ewa stwierdziła, że nic nie potrzebuje i wyszła. Za drzwiami nieco się zaniepokoiła. Daty były w porządku, trzy dni, hasło ... Ewa dopiero teraz zrozumiała swój błąd - śliwki miały być nie z Anglii a z Francji. Co teraz? Wejść ? Zapytać jeszcze raz? Czekać?
7 trefl i 9 pik! syknęła podświadomie. Tego mi tu brakowało... musi się zastanowić co dalej ... Póki co podeszła do kiosku i kupiła byle jaką gazetę. Ową "byle jaką gazetą" był „Völkischer Beobachter”. Jak zwykle jakieś nudy o sukcesie Niemiec na polu walki ze szkodnikami gospodarczymi, zdjęcia z obozów dla internowanych, gdzie wedle "wrogiej propagandy USA są warunki uwłaczające godności żołnierzy". O to ciekawe! Ewa znalazła nieduży artykuł ... "Waffen SS oraz Młot Tora szykują niespodziankę na urodziny wodza". Postanowiła poczytać oraz dyskretnie sprawdzić co się dzieje w sklepie "U Johna" ... Swoją drogą co to za niespodzianka, skoro o tym trąbią w tej gazecie ....
 
__________________
In vino veritas, in aqua vitae - sanitas
Toho jest offline  
Stary 27-11-2007, 22:20   #9
 
Geisha's Avatar
 
Reputacja: 1223 Geisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumnyGeisha ma z czego być dumny
Ewa zastanowiła się nad artykułem... Kilka rzeczy bardzo ją zaniepokoiło...
Zmiany. jakie zmiany? Czy Walter o nich wie? czy aby nie pokrzyżują one ich planów? Miała nadzieję, że wie, cała nadzieja w jego informatorach. Eva przygryzła wargę w zamyśleniu. Niespodzianka dla genialnego wodza. Ukochanego Adolfa. Jaka? czy jej ojciec też nad nią pracował? Nad nowa bronią pozwalającą zawładnąć światem? Ojciec był pacyfistą, a ta "niespodzianka" musi być naprawdę wielka. I jakoś w ogóle nie chciało jej sie wierzyć, ze to ma być niespodzianka. Hitler nie wiedziałby o czymś? Z jego manią prześladowczą, z jego szpiegami? Raczej tandetny chwyt reklamowy dla jego wielbicieli... Ewa skrzywiła się z niesmakiem. Na pewno to chwyt. Co nie zmienia faktu, że jeśli w tamtych okolicach pracują nad jakąś naprawdę silną bronią, to trzeba działać szybko. Co to może być? Bomba o niezwykłej sile? jakiś super czołg nie do zatrzymania? Wyrzutnia rakiet? Myśl o bombie wywołała u ewy nieprzyjemny dreszcz. Jej Ojciec na pewno nie chciał by tego. Poczuła jeszcze większe przekonanie, że trzeba temu zapobiec. Wszelkimi siłami, nawet za cenę życia. chociaż to niezbyt sie jej podobało...
Werner Magnus Maximilian Freiherr von Braun. Ewa bezgłośnie wypowiedziała to nazwisko. czołowy... szycha. będzie trudno przebić się do niego. O ile w ogóle również na tym miało by polegać jej zadanie. Ewa miała nadzieję, ze nie na tym, bo "czołowy uczony" mógłby z łatwością wyczuć, ze nie jest specjalistką od teorii cieczy. jednak, mimo wszystko, Ewa podjęła decyzję. Jedzie...
zwinęła gazetę pod pachę. "Mam nadzieję, ze z Rosomakiem wszystko w porządku..." pomyślała. Rosomak nie był łatwym przeciwnikiem. Wzięła głęboki oddech...
"Z Francji, sieroto, z Francji..."
Weszła do sklepu uśmiechając się do zdziwionego nieco jej widokiem sprzedawcy. Na szczęście w sklepie nie było innych klientów.
"Są suszone śliwki z Francji?" - zapytała niewinnie.
 
__________________
Oto tańczę na Twoim grobie;
Ty, który wyzwałeś mnie od Aniołów...
Geisha jest offline  
Stary 05-12-2007, 10:12   #10
 
Toho's Avatar
 
Reputacja: 144 Toho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znanyToho wkrótce będzie znany
Eve Malorny

Sklep "U Johna" Downing Street 6A


Ewa czytając gazetę rozmyślała nad „niespodzianką” na urodziny wodza Rzeszy. Trudno jej było uwierzyć, aby taki paranoik jakim był Führer pozwolił sobie na jakiekolwiek niespodzianki. Zwłaszcza w kwestii badań naukowych. Chociaż z drugiej strony owa „niespodzianka” mogła oznaczać zwiększenie tempa prac prowadzonych na Szetlandach.

Niezależnie od tego czy gazeta napisała prawdę i jest to niespodzianka, czy jest to tylko przechwałka o mocy nowych Niemiec, oznaczało to z pewnością kłopoty. Martwiła ją również niewielka notatka o T-SS. Dlaczego tak nagle zaprzestali rekrutacji? Może coś Walter będzie wiedział? Podświadomie czuła, że było to zapisane w kartach.


Spokojnie zwinęła gazetę i weszła do sklepu. Rozejrzała się dyskretnie czy czasem kogoś tu nie ma – teren był czysty. Delikatnym, prawie kocim ruchem, ruszyła ku ladzie. Sprzedawca wydawał się jej nieco zdziwiony, ale co tam.
- Są suszone śliwki z Francji? - zapytała niewinnie.
O dziwo sprzedawca zareagował inaczej niż poprzednio.
- Niestety panienko, mam tylko suszone daktyle z Indii - na twarzy sklepikarza pojawiło się coś w rodzaju ulgi. Popatrzył na Ewę i dodał:
- Nie spodziewałem się tu kobiety, myślałem, że sam Rosomak przyjdzie. Proszę poczekać, zaraz zamknę sklep. Później pójdziemy na tył sklepu, mam dla pani kilka informacji od Rosomaka. Walter przyjdzie za jakąś godzinę… – facet gibkim ruchem wyskoczył zza kontuaru i podszedł do drzwi wejściowych. Chwilę później wisiała tam kartka po angielsku i niemiecku „Sklep jest zamknięty / Kaufhaus ist zu”, a drzwi zostały porządnie zamknięte i sprawdzone.

Właściciel sklepu John zaprosił szarmanckim gestem Ewę na zaplecze. Samo zaplecze to był nieduży kantorek w którym postawiono nieduży stół, cztery krzesła. W środku było mnóstwo półek, obecnie w większości pustych, i parę skrzynek. Z sufitu zwisała pojedyncza żarówka. Na stole stała lampa naftowa. Ewa pomyślała, „czy są tu jakieś wyjścia w razie wpadki”. John zdawał się czytać w jej myślach bo powiedział:
- Widzi panienka tamten regał – wskazał na jakiś zagracony regał pełen kurzu – wystarczy lekko go pchnąć a ukarze się wyjście z tyłu budynku. A teraz do rzeczy. Proszę sobie usiąść, już przynoszę materiały dla Pani.
Materiały, jakie znowu materiały? Ciekawe, co ten Rosomak wymyślił? Swoją drogą niezły jest ten Birdie.

Pięć minut później wrócił z niewielką paczuszką. Delikatnie ją rozwinął i podał Ewie jej zawartość, mówiąc:
- Myślę, że zgadza się Pani wykonać zadanie? Jeśli tak, to tu ma pani 2000 Reichmarek na wszelki wypadek, oprócz tego w tym małym woreczku – John pokazał Ewie niewielką sakiewkę – ma Pani 20 złotych monet. Są to tzw. Krugerandy. Proszę ich używać tylko w ostateczności.
- Ważniejsze jest to – John podał Ewie Ausweis wystawiony dla Else van der Veen, ale z jej zdjęciem i jej odciskami palców – to Ausweis, oryginalny, prosto z Holandii, ale odpowiednio przez nas przerobiony. Nie wiem skąd w centrali dokumentacji mieli Pani odciski palców, ale ważne, że są.
- Walter długo myślał co by tu zrobić, aby ułatwić Pani zadanie. Nie mówi Pani przecież po niemiecku z akcentem holenderskim. Rozwiązanie tego problemu jest to – to mówiąc John podał Ewie kartkę formatu A-4 – to tak zwany Staatangehörigkeitsausweis, czyli poświadczenie narodowości niemieckiej. Co do samego zadania to wiem mało. Musimy poczekać na Waltera. Po tym John zaproponował herbatę i kawę (prawdziwą kawę, jeszcze ze starych przedwojennych zapasów) oraz herbatniki. Ewa wybrała kawę, piła ją małymi łykami kosztując niezły smak Mokki. W międzyczasie uczyła się na pamięć nowych danych osobowych.

Niecałą godzinę później do sklepu ktoś zapukał. John przeprosił Ewę i poszedł zobaczyć kto to. Później Ewa usłyszała głos Waltera wymieniającego z Johnem kilka zdań po francusku. Zapewne było to hasło i odzew. Ewie zdawało się, że słyszy jeszcze czyjś głos, ale nie była pewna. Chwilę później do pokoju wszedł Walter w towarzystwie Johna i jeszcze jednego mężczyzny. Obcy był starszym panem, pełnym wdzięku. Ewa pomyślała sobie, że jest on z pewnością z kontynentu.


Wszelkie wątpliwości rozwiał Walter. Powiedział:
- Witaj Ewo. Mam nadzieję, że długo nie czekałaś? Pozwól sobie przedstawić to pan Ten Hagen z Holenderskiego ruchu oporu. Chwilowo przebywa u nas. Pozwoliłem sobie poprosić go, aby w dużym skrócie opowiedział Ci, jak udawać, chociaż trochę, akcent holenderski.
Starszy pan wstał i szarmancko się przedstawił:
- Edmund Ten Hagen, profesor filozofii na uniwersytecie w Rotterdamie. Obecnie jestem łącznikiem między Holandią, a USA. Opowiem Pani jak udawać akcent prosto z Holandii. – mężczyzna miał miły tembr głosu, ale mówił nieco nosowo, całkiem jak przy katarze.
- Pierwsze i najważniejsze, proszę starać się mówić nieco bardziej przez nos, jak przy katarze. Po drugie wszelkie niemieckie „von” zamieniać na „van”. Jeżeli w słowie występuje zarówno „h jak i r”, proszę próbować wypowiedzieć je nieco charcząc, całkiem jak przy chrypce. Po trzecie wszelkie przegłosy wymawiać jak w niemieckim, tyle, że je wydłużyć…
Ewa dość szybko pojęła o co w tym wszystkim chodzi. Z pewnością nie mogłaby oszukać w ten sposób rodowitego holendra. Ale kogoś z Niemiec i owszem. Wykład pana Ten Hagena trwał dobre pół godziny, później pożegnał się i został odprowadzony do drzwi przez Johna.

Walter w tym czasie podjął rozmowę:
- Mam nadzieję, że czytałaś nowego „Völkischer Beobachtera”? Co prawda ta cała „niespodzianka” jest zapewne naszemu „kochanemu” Adolfowi dobrze znana. Udało nam się ustalić, że naukowcy na Szetlandach starają się przyspieszyć tempo prowadzonych prac. Ale do rzeczy. Tu masz bilet na pociąg do Dundee w Szkocji. Tutaj masz bilet na lokalną kolej wąskotorową do Thurso. Z Thurso na Mainland kursowały kiedyś regularnie promy. Teraz są one pod kontrolą Niemców. Tutaj masz Ausfahrtbefehl (rozkaz wyjazdu) nakazujący stawić się Else van der Veen na Mainland. Pieniądze i dokumenty powinien przekazać Ci John. Masz jakieś pytania?

Pytania? Dobre sobie. Głowa Ewy była pełna różnych pytań:
- A co z kontrolami po drodze? Czy będą mnie weryfikować na miejscu? Czytałam trochę o teorii cieczy, ale nie jest to takie łatwe. Co mam robić? – pytania Ewy padały gęsto, niczym kule. Ewa wolała wiedzieć co i jak i nie mieć niespodzianek.
- Kontrole po drodze to pestka. Jest jedna kontrola na granicy między południem i północą Anglii. Zwykle odbywa się w pociągu. Dokumenty masz mocne, a do tego masz również wojskowy rozkaz wyjazdu podpisany w SS. To wystarczy. Druga kontrola zapewne będzie w Thorso, przed wejściem na prom na Mainland. Ale i w tym przypadku Twoje papiery wystarczą. Co do weryfikacji czy kontroli na Mainland to pojęcia nie mamy kto tam siedzi i czy będzie próbował Cię jakoś sprawdzić. Należy założyć, że tak. Mamy człowieka w Berlinie na Prinzalbrecht Straße w siedzibie SS. Nasi koledzy pana Ten Hagena z Holandii pilnują tamtejszej siedziby SS i pani van der Veen. Walter na chwilę zamilkł, jakby się zastanawiał czy ma coś powiedzieć, czy nie.
- Możesz być pewna, że przydzielony Ci pokój na Mainland może być na podsłuchu, więc bądź bardzo ostrożna. Weź różne ksiązki o teorii cieczy, jakie tylko znajdziesz. Nie daj się tylko tam podpuścić. Pani Elsa jest bardziej teoretykiem cieczy i matematyka jest tylko dodatkiem, dlatego nie zna się na kryptologii i zaawansowanej matematyce. W razie gdybyś musiała uciekać – pamiętaj. W porcie na Mainland szukaj Hansa Helmuta Sauera. Jest tam mechanikiem III Klasy. Należy do niższego personelu pomocniczego portu. Hasło brzmi: „pozdrowienia od Pani Marty prosto z Generalnej Guberni. Przesyła Panu serdeczne pozdrowienia i uściski.” Odzew „pani Marta nie mieszka już w Guberni, ale w protektoracie Fińskim.” W razie problemów powinien zdołać przewieźć Cię do Anglii.

- Jeśli chodzi o zadanie. Jak tylko przyjedziesz na Mainland poszukaj w porcie wielkiego starego zegara. Podejdź do niego i połóż na jego postumencie kamień – może być nieduży, na jego spodzie napisz literkę E. Zegar ten był tam atrakcją turystyczną oraz jest symbolem tych co zginęli na morzu. Sauer przekaże nam, że jesteś na miejscu. Dwa dni później dokładnie o północy, niedaleko północnej strony portu, gdzie jest na piasku wielka zardzewiała kotwica znajdziesz niewielką paczkę. Paczka będzie ukryta obok tej kotwicy. W środku znajdziesz nadajnik radiowy. Klucz masz tutaj - Walter podał Ewie starą biblię z 1909 prosto z Monachium – do kodowania używasz strony o numerze 5+data w której nadajesz wiadomość. Każdą stronę używasz tylko raz. W kodzie podajesz numer akapitu, wersu i litery. Gdyby okazało się, że musisz kodować ponownie powiedzmy ze strony 30, to korzystasz z kolejnej. A w wiadomości na początek dajesz +1 (lub więcej jeżeli będzie taka potrzeba). Tylko dobrze ukryj nadajnik i nadawaj ostrożnie.
- Aha. W tej paczce oprócz nadajnika znajdziesz mały aparat fotograficzny. Wyjazd masz dopiero pojutrze. Zorganizuj co Ci będzie potrzebne. Tylko licz się z kontrolą bagażu na Mainland. Jeżeli chodzi o broń, to tu daję Ci Walthera PPK. Nie martw się czy możesz go mieć, jesteś Niemką, na obcym terenie, pracujesz dla SS. Jak coś to oni Ci go dali. Zresztą to prawda … Walter się uśmiechnął nieco ironicznie Pani van der Veen była tak miła, że poszła do siedziby SS w Holandii i dostała go.

- Czy chcesz co jeszcze wiedzieć?
 
__________________
In vino veritas, in aqua vitae - sanitas
Toho jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 13:09.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169