Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 26-10-2007, 21:19   #1
 
Yarot's Avatar
 
[Sesja]JetBlack

Seattle, 15 października 2070
Rozdział 1
Tagi: spotkanie, zlecenie, poznanie się, rozterki





Seattle. Wolne Miasto. Konglomerat ras i kultur. Miejsce, gdzie spotkać można orki, elfy i krasnoludy jadąc metrem czy kupując najnowszy numer „Seattle Tribune”. Miasto, które ze swej niezależności zrobiło tarczę a strzeżenie wolności - misją na całe życie. Sławne słowa byłej pani burmistrz dość dobrze oddają determinację władz do utrzymania status quo w tym rejonie:
Nie ma takiej sytuacji społecznej w naszym mieście, której nie dałoby się rozwiązać batalionem czołgów
I jak tu się nie zgodzić z takim stwierdzeniem. Pilnujący porządku ludzie, i nie tylko, z LoneStar gotowi są na wszystko byleby dobrze wypełniać powierzone im obowiązki. Mimo że bezpieczeństwa pilnują najemnicy, to niektórym to odpowiada wiedząc, że przynajmniej wiedzą, za co płacą. Tymczasem inni od dawna plują na srebrną gwiazdę z Teksasu i mają nadzieję, że kiedyś wrócą stare, dobre czasy. Czasy sprzed Przebudzenia i Tańca Ducha.
Próżne jednak ich nadzieje. Taniec przyniósł dla świata magię i można to zaakceptować lub wylądować w jednym z licznych zakładów psychiatrycznych. Smoki, hydry i bazyliszki stały się znów gatunkami żyjącymi, a krasnolud kupujący płyn przeczyszczający do swojego wucetu to norma.



W ten październikowy wieczór Seattle szykowało się do kolejnej, szalonej nocy. Chłodne powietrze opadło na smog i przydusiło do asfaltu. Czyste niebo usłane gwiazdami pokazało się na moment by zaraz zniknąć w powodzi światła, hologramów, spotów i świateł śmigłowców oraz AV-ałek. Reklama najnowszego filmu w trivizji o groźnym tytule „Las.kill.com” zabłysła na moment na tle wieczornego nieba znacząc go krwawym blaskiem i zielonkawą poświatą. A potem pojawiło się kilka uzbrojonych śmigłowców zmierzających na przedmieścia by zdusić w zarodku rodzące się zamieszki lub zwykłą wojnę gangów. Ulice ożyły, strumień aut wypełnił żółto-czerwoną rzeką świateł najważniejsze arterie miejskie. Uśpione dotychczas sklepy zapłonęły neonami oraz agresywnymi holosami.



Mali i duzi, kobiety i mężczyźni ruszyli na ulice by znaleźć to, czego nie można znaleźć za dnia. Czasami jest to chwila wytchnienia, czasami odrobina przyjemności a czasami kropla bólu. Seattle to duże miasto i ma dla każdego coś innego. Tutaj nikt nie odejdzie bez podarunku.



Klub „Infinity” to jeden z wielu nocnych punktów na mapie miasta, gdzie dzieje się dużo, szybko i głośno. Klub umieszczono w dawnym kościele katolickim, ale o tym pamięta coraz mniej ludzi. Wiara, Chrystus oraz Krzyż to symbole, które umarły wraz z przebudzeniem smoków. Coraz mniej jest tych, dla których to coś znaczy, a ludzie przychodząc do „Infinity” chcą się bawić a nie rozpamiętywać męczarnie kogoś zupełnie nieznanego. Teraz organy zastąpiono najnowszym sekwenserem TRI-CORD firmy Sony, ołtarz zaś barem ze wszystkim co jest tylko możliwe do podania i co można wypić, polizać, wstrzyknąć czy powąchać a nawet zapalić.



Klub nie ma jeszcze swojej renomy. Nie wiadomo czy to z uwagi na krótki staż w branży czy może na wmawianą właścicielowi bylejakość. Co prawda wszyscy w Matrycy wiedzą co to za klub i co tam można znaleźć, ale jakoś nikt nie wspomina by działo się tam co, co jest warte wpisu do bloga. Sieciarze lubią to miejsce, bo mogą swobodnie korzystać z Matrycy a poziom spamu szybującego w eterze po cyfrowym babim lecie jest naprawdę minimalny. Miejsce to pewnie dlatego jest tak lubiane na wszelkie możliwe spotkania czy też na organizowanie chociażby wieczorów kawalerskich tudzież panieńskich. W zależność od potrzeb dodawany jest tort gratis z piękną, półnagą elfką albo też pięknym kulturystą.
Przed wejściem, jak zawsze, widać kolejkę ludzi czekającą na wejście do środka. Dwóch rosłych, orczych ochroniarzy w przyciemnianych okularach pilnowało wejścia. Od czasu do czasu wpuszczali następnego z kolejki a czasami i poza nią, jeśli ktoś się im spodobał. Pozostałym na zewnątrz pozostało tylko czekać na swoją kolej lub poddać się i iść gdzieś indziej.
 
__________________
...and the Dead shall walk the Earth once more
_. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : ._
Yarot jest offline  
Stary 28-10-2007, 00:03   #2
 
Nightcrawler's Avatar
 
“on a long and lonely highway east of omaha
you can listen to the engine, moanin out as one long song...”


Białe strużki niepotrzebnej farby spływają po mojej klatce piersiowej wraz z gorącymi strumieniami sączącymi się leniwie z prysznica. Barwnik skapuje również z moich dłoni zbierając się na chwile u mych stóp, by po sekundzie zniknąć chaotycznym wirem w odpływie kabiny. Ciśnienie wody masuje i rozluźnia spięte mięśnie; delikatny, kojący szum zagłusza jedną, jedyną piosenką ulubionego zespołu Juniora.

Woda spływa mi po twarzy nabierając nieznacznie słonego posmaku.

Wyłączam prysznic jedną myślą i nieznacznym ruchem dłoni, którą już chwilę potem wycieram ciało za pomocą - o dziwo - świeżo wypranego ręcznika.
Przy okazji spoglądam w lustro na jedyne oblicze, którego zdarzało mi się szczerze nienawidzić. Szybko omijam oczy i sprawdzam odświeżony image, porównując go ze zdjęciem z jakiejś witryny, na którą przypadkiem wpadłem.
Może następnym razem zostawię pare rudych pasemek…

Owinięty ręcznikiem wychodzę do kuchni, omiatając wzrokiem posprzątany z nudów pokój, i jeszcze raz odczytuje ostatniego maila. Zaplatając warkocz na brodzie ponownie wczytuje wszystkie dane o „Infinity”. Uśmiechnięty, gładkolicy asystent podaje mi informacje wraz ze zdjęciami, oraz przypomina o spotkaniu o 21:00.
Mam jeszcze czas. Dojem pizze, wysuszę włosy i szybko się ubiorę.

„…and your thoughts will soon be wandering the way they always do
when you're riding sixteen hours and there's nothing much to do
you don't feel much like travelin', you just wish the trip was through...”


Czy w ogóle można mówić o ciemności w Seattle? Masy neonów zalewające ulice swoim blichtrowym blaskiem wypaczyły ze świadomości przechodniów ciemność.
Spoglądam na siebie jeszcze raz w poblasku reklam. Czarne, wypastowane skórzane buty, ciemnoniebieskie jeansy i czarna koszula zapięta pod szyją i włożona w spodnie. Na niej rozpięta brązowa kurtka ze sporymi kieszeniami, skrojona trochę na wojskowy styl; w jednej z kieszeń nieodzowna paczka fajek. Brodę i włosy staranie zaplotłem w warkocze jeszcze przed lustrem - nie ma co już sprawdzać. Zresztą zamówiona taksówka podjechała już, by zabrać mnie w na spotkanie.

Miasto mija mnie rozkrzyczanym, napalonym i naćpanym tłumem. Ze wszystkich stron atakuje mnie spam i neonowe miliardy nujenów wydane na kampanie marketingowe. Większość to i tak niewart splunięcia kicz…
Życie niewarte splunięcia… ciało nie warte złamanego jena… z awatarem jest już inaczej…
Uśmiecham się sam do siebie, zaciągając się papierosem w przytulnym zaciszu taryfy.

„…you walk into a restaraunt, strung out from the road
and you feel the eyes upon you, as you're shaking off the cold
you pretend it doesn't bother you, but you just want to explode
sometimes you can here 'em talk, other times you can't...”


Stoję przed dawnym Domem Bożym. Jak większość większość przebrzmiałych bogów tak i ten przegrał z nauką, popędem i kasą. Teraz ustawiają się tutaj kolejki. Przed kilkunastoma latami, zapewne stałych klientów tego przybytku można było zliczyć na palcach u rąk, a średnia ich wieku dawno już sięgnęła granic przydatności do spożycia. Śmiać mi się chcę, bo niektórzy z tych, co tu czekają nawet nie wiedzą jeszcze, co to spożycie.

Tak, oto ja: samotny krasnolud; dołączam do cudownego ogonka szczurzego pędu i zapalając kolejna fajkę powoli dreptam do przodu, spoglądając co jakiś czas na zegarek. Sprawdzam maila, potem menu baru, aktualności, archiwum newsów, jeszcze raz menu, potem oficjalne rekordy policyjne o napadach w okolicy i cholernie się cieszę, że sprawdziłem wcześniej, że są tu kolejki.
Mógłbym oczywiście podejść do ochroniarzy - tych wyższych dwa razy ode mnie orków o inteligencji główki kapusty - wetknąć im kredchip między oczy, albo gdzieś i wejść szybciej. Nie lubię jednak robić wokół siebie szumu. W rozpychaniu łokciami zawsze lepszy był ode mnie Junior. Sęk w tym, że Trolle mają w tym naturalne predyspozycje i warunki fizyczne. Krasnoludy już niekoniecznie. Uśmiecham się sam do siebie.


„…all the same 'ole cliches: is that a woman or a man?
and you always seem outnumbered, you dare not make a stand...”


Dźwięk, zapach perfum i potu ogłuszają mnie na progu, lecz to chyba naturalna aura każdej knajpy. Prostuję plecy i napinam wyćwiczone mięsnie przybierając pozę numer cztery – umiarkowany macho. Następnie dziarskim krokiem ruszam w stronę baru, odrzucając wstępną ofertę zakupu drinka.

Dobrze zaopatrzony bar rozpościera przede mną swoje ramiona jak niegdyś w tym miejscu duchowni przed wiernymi. Miejsc przy barze oczywiście nie ma; dopycham się więc jak tylko mogę i oparty piersią o kontuar wołam pierwszą lepszą osobę pracującą za barem.
Adrenalina uderza w nerwy subtelna nuta zdenerwowania zmieszanego z podnieceniem. Wracam do biznesu…

- Szukam Sarissy – słyszę swój własny lekko zachrypły głos.

„…out there in the spotlight, your a million miles away
every ounce of energy, you try to give away
and the sweat pours from your body, like the music that you play...
there I go, turn the page...”
 
__________________
Sanguinius, clad me in rightful mind,
strengthen me against the desires of flesh.
By the Blood am I made... By the Blood am I armoured...
By the Blood... I will endure.
Nightcrawler jest offline  
Stary 28-10-2007, 10:58   #3
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Zielone oczy otworzyły się i spojrzały na sufit. Pośród zaśniedziałej bieli upstrzonej śladami po zaciekach świeciła jarzeniówka, wydając przy tym charakterystyczne buczenie.

„Nie cierpię tego dźwięku.”

Shayna siadła na łóżku i spojrzała na mężczyznę obok. Spał. W tej chwili wyglądał naprawdę słodko ze swoją ładną buzią, choć było widać, że wiek i ubogie życie wkradają się w jego oblicze, tworząc cienie pod oczami i zmarszczki goryczy koło ust.

Zwinnym ruchem kobieta sięgnęła pod poduszkę, na której spała i wyjęła spod niej glooka. Nawet w takiej sytuacji nie lubiła rozstawać się z bronią, mimo iż... nigdy nie była bezbronna. Odruchowo wyciągnęła prawą dłoń przed siebie, by móc jej się przyjrzeć. W obecnym stanie spokoju "macha-łapa" przypominała kształtem zwykłą cyber-rękawiczkę. Wczorajszej nocy czy też raczej dzisiejszego ranka mężczyzna był zdziwiony, kiedy okazało się, że to część jej ciała. Pytał czy to wypadek... Potwierdziła, jak zwykle by uniknąć dalszych pytań.

„Ja cała jestem wypadkiem przy pracy, co z chęcią potwierdziłby pewnie mój ojczulek.”


Kobieta ubrała się niemal bezszelestnie. Zresztą hekto-lajkra ma to do siebie, że sama dopasowuje się do ciała, wobec czego w mgnieniu oka luźny kombinezon stał się obcisłym strojem – seksownym, a zarazem idealnym do walki, dzięki swojej gumowanej strukturze. Do tego starczyło wsunąć na nogi wysokie, ciężkie buty - jedną z niewielu pamiątek po LoneStar i zapiać pasek z glookiem na biodrze.

Shayna już miała wychodzić, kiedy dobiegł ją cichy głos:

- Idziesz już?

Westchnęła ciężko, bo nigdy nie lubiła pożegnań, po czym odwróciła się w stronę łóżka. Duże niebieskie oczy spoglądały na nią ze zdziwieniem, odrobinę nieprzytomnie, jakby resztki snu wciąż tkwiły w kącikach.

- Tak, mam robotę.
- Wrócisz?
- Wątpię.
- Aha...
- Trzymaj się.
- Tak... Trzymaj się.


Wyszła, a odgłosy jej kroków ciężko odbijały się w pustym korytarzu. Do strzeżonego parkingu miała kawałek drogi, akurat tyle, ile potrzeba na refleksje dotyczące swojego życia...

Shayna przyspieszyła, jakby chcąc uciec myślom. Starała się skupić na zadaniu, które dziś ją czekało. Informacja, jaką otrzymała, była dość zagadkowa, a i Smiley nie chciał powiedzieć nic więcej. Zresztą jakie to miało znaczenie? Jedna robota przypominała drugą... każda była równie parszywa.

***

Pęd samochodu rozwiał nieco melancholię. Naprawdę kochała to auto – czarne i drapieżne, jak ona sama. Na dodatek jego nietypowe wykonanie, przywodzące na myśl ekskluzywne samochody sprzed Przebudzenia, powodowało zainteresowanie i podziw niekiedy większy, niż ten okazywany najnowszym cudom motoryzacji. To auto po prostu miało duszę i było jedyną rzeczą materialną, do której Shayna przywiązywała wartość.


Kobieta pędziła teraz do klubu „Infinity”. Nie lubiła się spóźniać, bo to uwłaczało jej profesjonalizmowi, ale nie lubiła też czuć się brudna, a ten stan towarzyszył jej zwykle, gdy "złe" (jak mawiał jej ojciec) goniło ją w nocy na poszukiwanie rozrywki. Krótki prysznic oraz zastrzyk z witamin i minerałów zastąpiły jej posiłek, który powinna w tym czasie zjeść. To jednak nie pierwszyzna. Niedługo znów znudzi się nocnymi podbojami i zasnuje w swoim zagraconym mieszkanku na kilka dni. Tylko ona, żarcie i plazma... Nie ma to jak budująca perspektywa.

Z piskiem opon samochód zatrzymał się na parkingu koło klubu. Wyuczonym ruchem Shayna wyskoczyła z auta, nie przejmując się takim szczegółem, jak otwieranie drzwi. Odgarnęła niedbałym ruchem włosy, próbując okiełznać kasztanowa burzę, która powiewała niczym chorągiew w rytm kroków właścicielki. Nie zważając zupełnie na kolejkę, czekającą przy wejściu, kobieta podeszła do ochroniarzy i uśmiechnęła się zalotnie. Zwykle miła aparycja i obcisłe wdzianko starczało, by dostała się wszędzie. Coraz cześciej jednak ochroniarze kojarzyli z jej osobą opowieści, o najemniczce zaopatrzonej w mecha-rekę, która brała udział w strzelaninach w trzech miejskich klubach nocnych. W „Shizzotice” ponoć w użycie poszła cięższa broń, przez co klub zamknięto na ponad miesiąc "z powodu remontu".

- Shayna Cosseou we własnej osobie. – przywitał ją burkliwie jeden z orków, którego czupryna połyskiwała fluorescencyjnym fioletem. – No to będą kłopoty.

Ta powiedziana wprost uwaga nie zbiła jednak kobiety z tropu. Ostatnio coraz częściej spotykała się z taką reakcją.

- No proszę, czuję się sławna...
- Czego tu chcesz?
- Ależ ty jesteś niemiły byczku.
– uśmiechnęła się drapieżnie do orka, a jej „rękawica” poczęła pełznąć w metalowych splotach ku ramieniu, okrywając je niczym zbroja - ot taka mała pokazówka... – Jestem tu prywatnie.
- Żadnych polowań czy zasadzek?
- Nic. Po prostu jako młoda, gorąca samica, chcę się trochę zabawić...


To wyznanie spowodowało, że drugi z orków oblizał zielonkawe wargi, pierwszy jednak wciąż spoglądał groźnie na najemniczkę.

- Dobra, wchodź, ale żadnych awantur!
- Jakże bym mogła...


Puściła oko do ochroniarza, po czym weszła do pomieszczenia. Głośna muzyka i wirujący spam, który akurat przylgnął do jej postaci, przyspieszyły bicie serca kobiety. Nienawidziła tego świata, ale... to był jej świat i czuła się w nim jak ryba w wodzie. Z uśmiechem przyklejonych do ust, kołysząc lekko biodrami, podeszła do baru. Widząc wolne miejsce między jakąś parką, a białobrodym krasnoludem, usiadła na barowym krześle i bez pośpiechu rozejrzała się wokół. Nagle usłyszała zachrypnięty głos swojego sąsiada:

- Szukam Sarissy.

„No proszę, panienka jest popularna. Ciekawe czy ten gość to też najemnik, czy jakiś namolny amant... Wygląda na to drugie, ale z krasnoludami nigdy nic nie wiadomo.”

Shayna jakby od niechcenia zamówiła drinka i oczekując na napój oparła się o blat plecami, wodząc wzrokiem po parkiecie i tylko od czasu do czasu zerkając dyskretnie na sąsiada. Nie było potrzeby, aby sama pytała o kelnerkę, starczy, że poczeka, aż dziewczyna przyjdzie do krasnoluda.
 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline  
Stary 30-10-2007, 00:24   #4
 
Malekith's Avatar
 
"No... gotowe" pomyślał, wycierając ubrudzone smarem dłonie w kawał szmaty. Pomimo, że nie posiadał jakichś rewelacyjnych uzdolnień technicznych, Dan lubił grzebać przy swoim motorze. Nie żeby brał się za jakieś naprawy czy wysoce skomplikowany modding Harleya. Ale lubił czasem, jak sam to nazywał, "podokręcać parę śrubek".



Poza zleceniami od Smiley'a nie było zbyt wiele czynności, na które mógł przeznaczyć swój wolny czas. Wiedział w czym był dobry i głównie skupiał się na zlecanej robocie. W wielu przypadkach nikt mu nie mógł dorównać, przynajmniej tak twierdził ten wiecznie uśmiechęty ork.

Wrócił do swojego mieszkania na 2 piętrze. Przechodząc koło drzwi sąsiada usłyszał mniej więcej to co zawsze:
- Tato, Jill zajęła mi kolejkę! - wołał dziewczęcy głos.
- Przełącz tylko kanał a zabiję cię ty mała zdziro! - wrzasnęła inna dziewczyna.
- Tato!
- Zamknij się i słuchaj siostry! - warknął jakiś mężczyzna.
...

Dan nie słuchał dalej. I tak domyślał się jak to się skończy. W sumie nic nowego. Otworzył drzwi i wszedł do mieszkania. Niewielkiego mieszkania w Puyaloup. Schował narzędziówkę do szafy za drzwiami, szmatę rzucił gdzieś do środka w kąt. W pokoju wziął niedopitą butelkę wizz-coli ze stołu i pilota trivizji. Rozległo się ostre brzmienie zespołu sprzed ponad 60 lat.

"A precious child with an innocent mind
Born to suffer, in this life or for another..."


Nie krępował się słuchać muzyki tak głośno jak mu się podobało. Sąsiedzi nauczyli się, żeby mu w tym nie przeszkadzać. Zresztą, nigdy nie hałasował w nocy, jak niektórzy z nich...

"...So hopeless and relentless falls this remorseless day
The dark remains of a violent world."

Wziął łyk wizz-coli po czym zdjął podkoszulek i wszedł do łazienki. Zimny prysznic był teraz tym, czego było mu trzeba. Czas wyznaczony na spotkanie w "Infinity" mijał za 2 godziny. Sporo czasu.

"...the day you died, my tears ran dry
I feel you, I hear you echo in my soul
I failed you, I miss you so
The day you died echoes in my soul"


Odkręcił kurek, pozwalając aby lodowate strumienie wody układały jego ciemne, długie włosy wedle ich własnej woli, podążając najkrótszą możliwą drogą do jego barków a później obmywały jego poorane tu i ówdzie bliznami, muskularne ciało, aby wreszcie spłynąć do odpływu. Stojąc tak w bezruchu z zamkniętymi oczami zastanawiał się co to za nowa robota. Facet ponoć miał płacić dobrze. Cóż... wszystko się okaże w swoim czasie. W razie kłopotów Dan zawsze miał kilka asów w rękawie...

"...this world's on fire – turned its back on us
A lost horizon left behind
So hopeless and relentless falls this remorseless day
The dark reality of a hostile world..."

Zakręcił kurek. Czuł się o wiele lepiej. Kiedyś można by powiedzieć, że przeszedł tak, jak go Pan Bóg stworzył, z łazienki do pokoju. Ale w dzisiejszych czasach, Bóg, Allah, jakikolwiek inny byt czy też sama technologia, magia czy też wszystko razem wzięte... wszystko było możliwe. Ubrał się w swoją ulubioną czarną koszulę, czarne jeansy, glany i skórzaną kurtkę. Rozległo się głośne piszczenie commlinka. Terminarz przypominał mu o zbliżającym się spotkaniu w "Infinity". Związał włosy, wyłączył muzykę i wyszedł.

"...I failed you, I miss you so
The day you died echoes in my soul."


***

Motor zamruczał z zadowoleniem, kiedy dotknął czytnika papilarnego przy kierownicy. Pogłaskał lekko kciukiem manetkę gazu rozkoszując się dźwiękiem, który był muzyką dla jego uszu. Wreszcie wrzucił bieg, puścił sprzęgło i wyjechał z garażu umiejscowionego pod budynkiem.

Nie minęło wiele czasu kiedy usłyszał za plecami warkot dwóch silników innych motocykli. Dopędziły go dwie maszyny.
- Hej ty, kucyk! - wrzasnął motocyklista po lewej - Fajna maszyna.
Dan kompletnie go zignorował, nawet na niego nie spojrzał. Przeczuwał, że chłopcy nie zamierzali podziwiać jego motoru ale najzwyczajniej w świecie szukali kłopotów. Cóż... znaleźli je...
- Mówił coś do ciebie! - krzyknął drugi, jadący z jego prawej.
- Niebezpiecznie jest jeździć takim sprzętem w tych okolicach - odezwał się ponownie ten po lewej - można go stracić! Może pomożemy ci i zaopiekujemy się tym cackiem!
W tej okolicy nie było żadnych Lone Star więc kolesie chyba czuli się pewnie. Popełnili wielki błąd...

Dan zerknął w lewo, potem w prawo. Nie miał ochoty tracić na nich czasu ani ścigać się z nimi. Zbliżył się gwałtownie do tego po lewej, odrobinę go wyprzedzając. Następnie zamachnął się ręką, dając lekko po hamulcu. Efekt był natychmiastowy. Motocykl jednego z "chłopców" pojechał dalej, ale bez jeźdźca... Widząc to, zbir po prawej dodał gazu. Widać nie tego się spodziewał. Dan uśmiechnął się półgębkiem i dopędził go. Przejeżdżając obok niego, spojrzał w jego stronę i tylko się uśmiechnął złośliwie. Tamten zdążył zarejestrować nagły świst i zgrzyt metalu o metal. Następną rzeczą jaką zdążył dostrzec była nawierzchnia drogi... z lotu ptaka. Upadł kilkanaście metrów dalej tocząc się po drodze, zaś za nim ślizgał się sypiąc iskry jego motocykl. W dwóch kawałkach... najpierw przedni widelec z kołem, potem reszta... Dan uśmiechnął się ponownie. Brak Lone Star w okolicy zadziałał tym razem na jego korzyść. "Zapowiada się miły wieczór" pomyślał i dodał gazu.

***

Z daleka widział przy "Infinity" sporą grupę ludzi. Wielu ustawionych w kolejkę do wejścia zaś dwaj bramkarze wpuszczali ludzi według własnego widzimisię. Parking w pobliżu był niemal zapchany. Znalazł jednak miejsce w pobliżu czarnego sportowego wozu.
- Niezłe cacko - gwizdnął cicho gasząc motor.

Poświęcił czterem kółkom jeszcze kilka sekund uwagi, po czym ruszył w stronę wejścia do lokalu. Ani myślał czekać w kolejce. Szedł prosto w stronę drzwi pilnowanych przez bramkarzy czym wzbudził pewne niezadowolenie pośród czekających, ale totalnie ich zignorował. Nikt nie próbował go zatrzymać. Dopóki nie dotarł do drzwi.
- Dokąd to?! - warknął jeden z orków.
Dan zerknął na niego spode łba.
- A jak myślisz, przystojniaczku? - uśmiechnął się złośliwie.
- Nie podobasz mi się gnoju - burknął tamten i chwycił Dana za ramię.
Dan spojrzał na orka, na jego rękę, potem znów niego i wysyczał przez zęby:
- Zabierz lepiej tą łapę albo ją stracisz...
Wtedy drugi z orków nachylił się do tamtego i mruknął cicho, ale nie na tyle cicho aby Dan nie mógł usłyszeć.
- Zostaw go... - powiedział niepewnie - Pracuje dla Smiley'a - spojrzał na Dana, potem znów na swojego kumpla - Jeśli ten facet mówi, że stracisz rękę, to lepiej już kup sobie nową...
Dan spojrzał na tego drugiego z zaciekawieniem. Rzeczywiście... miał wrażenie, że chyba go kiedyś widział w "Chez Ogino".
- Słuchaj kolegi - powiedział cicho Dan, z lekkim uśmiechem - Ty będziesz grzeczny, ja będę grzeczny i wszyscy będziemy zadowoleni, OK?
Ork niechętnie puścił ramię Dana.
- Będę cię miał na oku - burknął.
- Co tylko powiesz... szefie - zakończył Dan, posyłając mu ostatni ze swoich złośliwych uśmiechów. Po czym wszedł do środka.

W nozdrza uderzył go silny zapach wymieszanych perfum, potu, alkoholu, papierosów i jakichś innych używek. W uszach załomotała muzyka. Jednym spojrzeniem omiótł salę. Stwierdził, że całkiem tu tłoczno. Skierował swoje kroki w stronę baru, będącego niegdyś ołtarzem... Przeciskał się między bawiącym się tłumem ludzi. Nie lubił takich miejsc. Osobiście wolał lokale podobne do "Chez Ogino", gdzie mógł w spokoju napić się piwa.

Dopchał się do baru. Nie miał z tym większego problemu. Zerknął na commlink. Zamówił drinka. Postanowił, że się napije a przy okazji zapyta o tą Sarissę, czy jak jej tam było.
 
__________________
Są dwa rodzaje ludzi: ci, co robią backupy i ci, co będą je robić...

Ostatnio edytowane przez Malekith : 30-10-2007 o 00:47. Powód: takie tam bugi ;-)
Malekith jest offline  
Stary 01-11-2007, 01:14   #5
 
Yarot's Avatar
 
Wnętrze "Infinity" nie odbiegało specjalnie od wnętrz innych takich klubów.


Różnobarwny i wielokolorowy tłum tańczył przed sceną oświetlany stroboskopowym światłem i omiatany od czasu do czasu holograficznym snopem wielobarwnych iskier. Zielonkawe błyski ze sceny oraz przyciemnione światło przyciągnęło ludzi w pobliże sceny. Wielkie, świetlne światłowodowe tuby rozbłysły fluorescencyjnym blaskiem. Muzyka wybuchła na nowo - bez kakofonii i szumów.
[MEDIA]http://youtube.com/watch?v=3f7nncEt2WQ[/MEDIA]

Sam bar, będący dawniej ołtarzem, stał po przeciwległej stronie sali tanecznej. Obok niego znajdowały się podświetlane na żółto schody na górę, na wyższy poziom, gdzie również dobiegała muzyka i skąd słychać było gwar ludzkich rozmów.
Ochrypły głos krasnoluda pytający się o Sarissę bez trudu przebił się przez szum knajpy. W końcu wokół baru nody pilnowały, by nie było hałasu i nie przepuszczały dźwięków do środka. Ową pierwszą lepszą zapytaną osobą okazała się elfka w czarnym stroju pracownika "Infinity" z wielką wprawą radząca sobie z nalewaniem alkoholu do kieliszków.


Przy samej ladzie siedziało trochę klientów, ale kelnerka zwróciła się do Yuriego.
- A czegóż chcesz do Sarissy? - spytała z lekko kpiącym wyrazem twarzy.
Tymczasem na commlinkach można było podziwiać wirtualne wnętrze "Infinity", gdzie można było znaleźć menu, zamówić coś do picia lub jedzenia, nawet zrobić zakupy w sklepie z gadżetami zespołu, który właśnie grał na scenie. Poza tym krążyła masa różnego rodzaju anonsów dotyczących poszukiwania kogoś do tańca, do rozrywki albo zwykłe wirtualne płacze łapiące każdego, kto chce je wysłuchać. Wszystko to przetykane reklamami oraz okazjami do podłączenia się do Matrycy, by poznać prawdziwą naturę klubu.
Kelnerka nie przerywała swojej pracy tylko czekała na odpowiedź robiąc kolejnego drinka, tym razem dla faceta w czarnym podkoszulku i skórze na grzbiecie.
 
__________________
...and the Dead shall walk the Earth once more
_. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : ._
Yarot jest offline  
Stary 04-11-2007, 12:17   #6
 
Nightcrawler's Avatar
 
Gigabajty opcji rozbłyskują na siatkówce mojego oka otwierając prze de mną morze opcji. Ja za to, jakbym nagle odzyskał wiarę w ludzką uprzejmość wdaję się w bezsensowne pogawędki i zapytania, jakby kontakty interpersonalne nagle stały się moją specjalnością. Chyba nuda ostatnich tygodni bardziej zamroczyła mój umysł niż się spodziewałem.
Pragnę tylko zaszyć się w jakimś koncie daleko od baru i zagłębić się w spokojne morze wirtualnej rzeczywistości. Ale nie ładnie było by tak odejść bez słowa.

Przez dosłownie dwa uderzenia serca wpatruję się w kontuar, po czym podnoszę wzrok.
Odchrząknięcie delikatnie poprawia tembr mojego głosu. Powoli i uprzejmie odpowiadam elfce, czując, że zaraz rozmowa zawiśnie w niemym bezładzie. Przynajmniej będę mógł się oddalić.
- Mamy wspólnego znajomego, z Sarissą, który prosił mnie o kontakt z nią - tutaj –dzisiaj. Miała coś mi przekazać - prosiłbym, więc uprzejmie o informacje gdzie mogę ja spotkać

Kobieta przekrzywia delikatnie głowę wpatrując się we mnie, jakby ze lekkim zdziwieniem. Może to jednak podejrzliwość, nie potrafię rozpoznawać tych wszystkich barw ludzkich i metaludzkich emocji.
- Sarissa - tak się składa, że to ja – odpowiada.
Ciekawe czyżby wreszcie coś miało zacząć iść po mojej myśli?

Wspinam się na palce – jakie to czasem upokarzające, zastanawiam się czy nikt nie myśli o różnicach wzrostu i możliwych niedogodnościach z tym związanych, a może właśnie robią to specjalnie - opieram się na kontuarze rękami i przechylam bliżej niej.
- Dostałem maila od Pana J. z wiadomością by spotkać się tutaj dzisiaj w sprawie pracy – Pani miała zająć się kwestia organizacyjną…- urywam na chwile mój pół szept. Co właściwie dalej powinienem powiedzieć by nie wyjść na idiotę, albo paranoika.
- …no to jestem i chciałbym omówić sprawę- odchylam się od kontuaru opadając na pięty. Czekam na jej reakcje, próbując coś wyczytać z jej miny.
 
__________________
Sanguinius, clad me in rightful mind,
strengthen me against the desires of flesh.
By the Blood am I made... By the Blood am I armoured...
By the Blood... I will endure.
Nightcrawler jest offline  
Stary 06-11-2007, 21:38   #7
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Shayna przylgnęła karminowymi ustami do fosforyzującej rurki, zanurzonej w ciemnoniebieskim drinku. Spod spuszczonych rzęs obserwowała krasnoluda i elfkę, sącząc przy tym bez pośpiechu słodkawy napój. Mimo iż skupiała sie przede wszystkim na samej rozmowie oraz postaci barmanki, jej uwadze nie uszła nieporadność krasnoluda.

„... a potem dziwią się, że krasnoludy chowają się w zaciszu własnych mieszkań. To nie oni jednak są nieprzystosowani do świata, lecz świat nie przystosował się do nich... Zresztą, do kogo jest przystosowany to nasze neonowe uniwersum?”

Mina elfki, która zapewne miała wyrażać wyrozumiałość i zmysłowość, przywodziła kobiecie na myśl harpię, pastwiacą się nad swoją ofiarą.

Przedziwna rękawica na ramieniu Shayny poruszyła się jakby zacieśniając i w splotach wędrując w górę ku barkowi. Kobieta zmarszczyła brwi. Chciała dopić drinka, ale wyraz zadowolenia w oczach kelnerki wyprowadził ją z równowagi. Co jak co, ale Shayna Cosseou nie była typem obserwatorki.
Podniosła się ze swojego miejsca i pochyliła nad barem ku elfce.

- Funkcjonariuszka Cosseou, 3 kategoria LoneStar. – rzekła stłumionym głosem, błyskając identyfikatorem przed oczami Sarissy. – Chciałabym zadać pani kilka pytań. Czy możemy się udać na zaplecze, aby spokojnie porozmawiać?

Korzystając z momentu konsternacji, kobieta zwróciła się także do krasnoluda. Przypuszczała bowiem, że i on może byc zaplatany w sprawę zlecenia, nie wyglądał wszak na klubowego bywalca.

- Pana również zapraszam. Myślę, że chodzi nam o tę samą sprawę.
 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline  
Stary 07-11-2007, 00:07   #8
 
Malekith's Avatar
 
Mężczyzna skinieniem głowy podziękował barmance za drinka. Uniósł powoli szklankę do ust, trzymając ją tak przez chwilę, jakby chciał napawać się zapachem zawartego w niej płynu. Jakby chciał rozłożyć ten zapach na czynniki pierwsze i napawać się każdym z nich z osobna... Wreszcie pociągnął łyk.

- Sarissa - tak się składa, że to ja - do jego uszu dotarły słowa przeuroczej elfki, która przed chwilą go obsłużyła.
Dan znieruchomiał i momentalnie zerknął na kobietę za barem, potem na krasnoluda. Wziął kolejny łyk. No proszę. To było łatwiejsze niż się spodziewał. I nawet nie musiał zadawać pytań. Uśmiechnął się lekko pod nosem i spojrzał w stronę krasnoluda. Tuż przy nim znajdowała się również jakaś kobieta. Jego wzrok natychmiast przykuła dziwna rękawica... Czy ona... poruszała się? Tak, chyba tak... "Interesujące - pomyślał, uśmiechając się w duchu - doprawdy interesujące"

Usłyszał stłumione słowa kobiety z rękawiczką. Gdy dotarła do niego ich treść, z trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem. Lone Star? Dobre, naprawdę dobre. Szczerze wątpił w prawdziwość jej słów dotyczących jej rangi w służbach policyjnych. Chociaż była bardzo przekonująca, więc albo istotnie miała z nimi trochę do czynienia, co uważał za mało prawdopodobne, albo była dobrą aktoreczką. Bardzo dobrą...

- Pana również zapraszam. Myślę, że chodzi nam o tę samą sprawę - zwróciła się do krasnoluda.

Zastanawiające. Jeszcze dwie osoby oprócz niego szukały kontaktu z tą elfką. To było zbyt piękne aby mógłby to być zwyczajny zbieg okoliczności. Zresztą... w zawiadomieniu była mowa o... innych. Może to byli oni.

Dan zerknął na "damę z rękawiczką" znad swojego drinka, pociągnął koleny łyk i odezwał się wreszcie:
- Być może jeszcze komuś chodzi o tą samą sprawę - powiedział nie odwracając się w stronę tamtych.
Dopił zawartość szklanki i z głośnym stuknięciem odstawił ją na kontuar. Powoli obrócił się i zmierzył zimnym spojrzeniem niebieskoszarych oczu kobietę, następnie krasnoluda, na koncu elfkę za barem. Przymknął oczy i przechylił głowę w lewo, potem w prawo - dwukrotnie dało się słyszeć całkiem głośne chrupnięcie, które w co wrażliwszych osobach wywoływało dreszcze. Co ciekawe, owe chrupnięcia zdawały się mieć charakterystyczny, stłumiony, metaliczny dźwięk. A może to tylko złudzenie...

Mężczyzna wciągnął głęboko powietrze, jakby wykonana przed chwilą czynność sprawiła mu niemałą ulgę. Wreszcie spojrzał ponownie na swoich "rozmówców". Powolnym krokiem podszedł do nich. Górował nieco nad "funkcjonariuszką", nie wspominając o krasnoludzie.
- Wydaje mi się - mruknął cicho - że i ja mam sprawę do panny Sarissy, oficerze - ostatnie słowo wymówił z paskudnym uśmieszkiem - Zatem pozwolę sobie przeszkodzić w waszej jakże zajmującej konwersacji zanim gdzieś mi z nią uciekniecie.

Był cholernie bezpośredni. Sam siebie tym nieco zadziwił, ale cóż miał robić. Sytuacja przybrała niespodziewany dla niego obrót więc postanowił zadziałać. Przewidywał, że być może wyprowadzi tym z równowagi "panią oficer" ale nie dbał o to. O ile w ogóle była tym, za kogo się podawała. Wówczas może i było to ryzykowne posunięcie. Ale nie z takimi jak ona był w stanie sobie... poradzić.

Spojrzał na barmankę, która zdawała się być lekko zdezorientowana obrotem sprawy.
- Nasz wspólny znajomy wyznaczył spotkanie tutaj - powiedział, zaś z jego twarzy znikł uśmiech - miałem skontaktować się z panią w tej sprawie.
 
__________________
Są dwa rodzaje ludzi: ci, co robią backupy i ci, co będą je robić...
Malekith jest offline  
Stary 08-11-2007, 00:05   #9
 
Yarot's Avatar
 
Niespodziewany obrót spraw przy barze wywołał uśmiech na twarzy kelnerki, której imię znane już jest chyba dla całej okolicy baru.
- Proszę, proszę...cóż to ja widzę. Krasnolud i dwoje ludzi szuka mnie, prostej kelnerki z klubu.
Odstawiła butelkę z czerwonawym płynem za ladę i oparła się o nią eksponując odkryty dekolt z tatuażem.

- LoneStar u mnie... - spojrzała z ukosa na Shayne a jej wzrok przeszedł płynnie na to jedno, specyficzne ramię. - Tutaj odznaka niewiele znaczy, gdyż nie ma tu nic nielegalnego. Od baru nie odejdę, bo nie mam takiego obowiązku a tak się składa, że ja tu pracuję. W razie co zawsze mogę wezwać mojego przełożonego.
Wokół zabawa trwała w najlepsze. Zespół skończył grać na scenie na dole i teraz całe spragnione bractwo z parkietu ruszyło szturmować bary. Ruch w sieci znacznie przyspieszył a zamówienia śmigały po cyfrowych łączach jak muchy wokół świeżej padliny.
"Nasz wspólny znajomy wyznaczył spotkanie tutaj" padło z ust nieznajomego, którego ubiór doskonale uzupełniał się z posturą i wyrazem twarzy.
- Prosto do celu...nieznajomy. - Sarissa zmrużyła swoje czarne oczy i odgarnęła niesforne włosy do tyłu. - Tak, mieliście mnie tu spotkać, bo zostałam o to poproszona. A ten, którego szukacie, jest już na miejscu i czeka na was. Oto klucz do niego.
Elfka położyła na ladzie coś co wyglądało jak credstick, ale po bliższym poznaniu rzeczywiście tylko na to wyglądał.
- Winda na dole. Użyjcie go, a traficie do...Mr.Johnsona. Życzę udanego spotkania.
Zerknęła na zmierzającą w ich stronę większą grupę roześmianej młodzieży. Biło od nich ciepło, zapach drogich perfum oraz trzeszczały łącza matrycy próbując nadążyć za transmisją danych dotyczących wysyłanych informacji.
- A teraz...jeśli już to wszystko...mam pracę.

W powietrzu zaroiło się od drobnych holograficznych serduszek, wędrujących reklam kosmetyków oraz kilka nagłaśniaczy, które wzmacniały muzykę płynącą z dołu. Na commlinkach pojawiło się sporo nowych info, co zostało przez standardowe oprogramowanie sprzętu zaliczone do spamu i wywalone do cybernetycznego kubła. Elfka już chwyciła za butelkę i mrugnęła okiem w stronę Dany`ego pozostawiając panią oficer oraz krasnoluda z niczym.
 
__________________
...and the Dead shall walk the Earth once more
_. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : .__. : ! : ._
Yarot jest offline  
Stary 09-11-2007, 18:28   #10
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Shayna uśmiechnęła się jak kocica, która właśnie upolowała tłustą mysz. Posuwistym ruchem lewej dłoni zgarnęła magnetyczną kartę i schwyciła zgrabnie między palce.

- Dziękuję szanownej obywatelce za informacje. – powiedziała słodko i zamachała w geście pożegnania „kluczem” do elfki.

Następnie, opierając się na opatrzonej w rękawicę dłoni, odchyliła się od blatu i spojrzała na mężczyznę z kucykiem, który również wyraził chęć uczestnictwa w spotkaniu z tajemniczym panem Johnsonem. Widząc cyniczny uśmiech na jego ustach, tylko wydęła wargi, jakby zaraz miała prychnąć.

- Dan, prawda?Shayna ni to spytała, ni stwierdziła, odrzucając w tył kasztanową grzywę. – Smiley mówił mi, że ma też u siebie takiego długowłosego przystojniaczka o kąśliwym języku.

Mrugnęła do mężczyzny prowokacyjnie, widać jednak nie zamierzała kontynuować flirtu, bo odwróciła się plecami do rozmówcy, zwracając tym razem do białobrodego Krasnoluda.

- Pana natomiast nie kojarzę, ale pewnie przyjdzie nam nadrobić te braki. – tym razem jej uśmiech wydał się sympatyczniejszy. – No cóż, proponuję zatem udać się do naszego gospodarza, bo niedługo się okaże, że połowa klubu ma do niego sprawę i zostaną nam już tylko miejsca stojące.
 
__________________
Konto zawieszone.

Ostatnio edytowane przez Mira : 09-11-2007 o 18:31.
Mira jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:36.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168