Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Sesja RPG Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-01-2008, 02:14   #1
homeosapiens
 


Poziom Ostrzeżenia: (0%)
[Uniwersum Wiadźmina - ST] Spirala Czasu

Włóczą się po kraju, natrętni i bezczelni, sami mianujący się złego tropicielami, wilkołaków pogromcami i upiorów tępicielami, łatwowiernym wydzierając zapłatę, po którym to niecnym zarobku ruszają dalej, by w najbliższym miejscu podobnego szalbierstwa domierzyli.
Najłatwiejszy przystęp znajdują oni do chaty uczciwego, prostego i nieświadomego włościanina, który wszelkie nieszczęścia i złe przypadki łacno przypisuje czarom, nienaturalnym stworom i potworom, działaniu płanetnika albo złego ducha.

Miast do bogów się modlić, miast do świątyni bogatą zanieść ofiarę, prostak taki podłemu wiedźminowi gotów oddać grosz ostatni, wierząc, iż wiedźmin, ów odmieniec bezbożny, zdoła dolę jego odwrócić i nieszczęściom zapobiec.

Zaprawdę, nie masz nic wstrętniejszego nad monstra owe, naturze przeciwne, wiedźminami zwane, bo są to płody plugawego czarostwa i diabelstwa. Są to łotry bez cnoty, sumienia i skrupułu, istne stwory piekielne, do zabijania jeno zdatne. Nie masz dla takich jak oni między ludźmi poczciwymi miejsca.

Wiadomym jest, że wiedźmin, gdy mękę, cierpienie i śmierć zadaje, to takiej similissime lubości i rozkoszy doznaje, jaką człek pobożny i normalny tylko wtenczas ma, gdy z małżonką swą ślubną obcuje, ibidem cum eiaculatio.
Z tego jasno wypływa, że i w tej materii wiedźmin naturze przeciwnym jest stworem, niemoralnym i plugawym zwyrodnialcem, z dna piekła najczarniejszego i najsmrodliwszego się rodzącym, albowiem z cierpienia i męki sam chyba tylko diabeł rozkosz czerpać może.

A owo Kaer Morhen, gdzie ci bezecni się gnieżdżą, gdzie ohydnych swych praktyk dokonują, starte być musi z powierzchni ziemi, a ślad po nim solą i saletrą posypany.

Monstrum albo Wiedźmina opisanie.

-Gówno prawda. Eksperyment jakim byli wiedźmini, nie udał się. Nie powstał zakon idealistów walczących za dobrowolne datki. Świat tak nie działa, a idealiści dawno nie żyją. Jesteśmy zbieraniną: morderców, socjopatów i najemników. Tak przynajmniej myśli o nas zwykła ludność. A co ja o tym myślę? Przyjeżdżam zabijam potwora, czy jest to utopiec, nosferat, bazyliszek, kuroliszek. Gdy stałem się Wiedźminem otrzymałem dwa miecze na potwory. A w obecnych czasach, jest tak samo wiele potworów z wielkimi kłami, porywającymi zmarłych, jak takich działających w aksamitnych rękawiczkach.
Komentarz wiedźmina.





Sabrina de Flavin, kasztanowłosa czarodziejka dała Flamirowi zlecenie. Szedł teraz drogą. Pełne puszcz Kaedwen miało jedną podstawową zaletę, przynajmniej odkąd łatwiej było spotkać stado Skalnych Smoków, niż bandę Wiewiórek, mianowicie było tu cicho i spokojnie. Raz na jakiś czas drogę przebieżał wieśniak w drodze na targ z jakimś własnoręcznie wytworzonym towarem. Widoków nie było zbyt wiele w związku ze ścianą drzew po obydwu stronach drogi, która nie wiadomo dlaczego dłużyła się niemiłosiernie.

Wiedźmin liczył monety w sakiewce po raz dziesiąty zdaje się z kolei. Zwyczaj ten u niego wziął się z prostego faktu, że takie liczenie kusiło zbójów. Walka z opryszkami mogła dostarczyć wiedźminowi z Zarzecza chociaż tej niezbędnej do normalnego funkcjonowania formy rozrywki, jaką była walka - może niebyt równa, ale zawsze.

Miał dylemat. Wiedźmini zazwyczaj nie zabijali smoków. Wiwerny, Oszluzgi, Widłogony tak, ale nie smoki. Jeszcze w Kaer Morhen dziwiło go to zagadnienie. Dlaczego wszystkie drakonidy, ale nie same smoki? Tłumaczenia były pokrętne. Raz mówiono o inteligencji, drugim razem o szlachetności, trzecim razem o szacunku - kupy się to nie trzymało. Tymczasem skłonności wiedźminów do czarodziejek były powszechnie znane. Na dworze Henselta Sabrina


była pierwszą, na którą wiedźmin zwrócił uwagę. Po tamtej łatwej rozprawie z sukubem większość dam deklarowała wdzięczność , a nadworna czarodziejka zleciła mu misję. Flirtowała z nim, a on był jak najbardziej zainteresowany. Wydawało mu się, że jeżeli przyjmie zlecenie, to może z tego coś być. W życiu pełnym walki z potworami za pieniądze kobiety były jedynym, co dawało dalszą chęć - wznosiły na wyżyny możliwości psychicznych i fizycznych. Flamir był pozbawiony tego uczucia od dłuższego już czasu. Myśli jego kręciły się raz to wokół wiedźmińskiej tradycji, raz to wokół pięknej czarodziejki i smoka. Łatwo nie może być?

Do Ban Glean zostało Bornadowi niecały dzień jazdy drogi. Nilfgaardczyk nie cierpiał tego ponurego i zarośniętego państwa i chciał się z niego jak najprędzej wyrwać. Cesarstwo to cywilizacja. Był przyzwyczajony do sytuacji, w której wszystko jest uporządkowane - nawet po wsiach. Nie masz bardziej praworządnego ludu nad ten władany przez Emhyra var Emreisa. Dlatego też większość kontynentu jest pod naszym panowaniem, pomyślał.

Spiął konia. Pogoń zgubił już trzy dni po wyjeździe z Ban Ard, gdzie jeden z tamtejszych czarodziejów przejrzał go i doniósł władzom. Dlaczego mu to zrobił? Przecież też sam musiał się nieźle postarać o swój status. Czarodziej z Vole najzwyczajniej nie uznawał oszustw - czegoś takiego przemyślny obywatel świata pojąć nie potrafił. Całe szczęście, że żaden z czarodziejów nie miał najmniejszej ochoty osobiście ścigać łachudrę, bo by pewnikiem zawisł na przydrożnym drzewie.

Z tym obrazem w myśli spotkał kogoś na drodze. Ten ktoś liczył pieniądze. Pewnikiem była to okazja by się łatwo wzbogacić. Flamir nie mógł zauważyć błysku, jaki pojawił się w oczach Boranda na widok pieniędzy, ale usłyszał, że ktoś idzie. Może znajdzie sobie towarzysza drogi? W tej chwili porozmawiał by chyba nawet z wioskowym głupkiem o naturze i smaku jego wycieków z nosa.


Jej pocałunki są jak miód. Jej ciepło zapach pobudzają zmysły. Któryż to już raz Aleksander zamiast w tańcu śmierci, jak biorąc pod uwagę pewne względy być powinno, złączył się z nią w tańcu miłości? Nigdy nie liczył. Za każdym razem zresztą traciłby rachubę, ponieważ świat na ten czas znikał, umierał i rodził się ponownie - lepszy, piękniejszy. Każda najmniejsza pieszczota sprawiała, że jakby unosił się nad ziemię. Coś niesamowitego - w dzisiejszym świecie takie rzeczy jak prawdziwa miłość zdarzają się tylko w bajkach lub snach.

Każdy sen jednak śniony zbyt długo zmienia się w koszmar.

Został brutalnie strącony na ziemię - dosłownie i w przenośni. Marzył o Yvonne, gdy cios sękatego kostura zrzucił go z siodła. Zaskoczony padł jak kłoda w końskie bździny. Nieszczęścia chodzą parami w tym przynajmniej wypadku tak było. Na rozmokłym łajnie, próbując błyskawicznie przywrócić się do pionu, zwinny wiedźmin mimo wszystko wywrócił się na plecy. Nie sposób było jednocześnie wstać, oraz uniknąć ciosu na takim podłożu. Łotrów było trzech i pewnie by go wykończyli. Znali się na robocie - Aleksander zauważył to od razu. W ich ruchach była pewna kocia zwinność, a co gorsze świetnie się uzupełniali.

W tym momencie pewnie już nic nie uratowało by wiedźmina z Toussaint, gdyby nikt mu nie pomógł.

Bolko tego dnia był niebyt rad. Smok, co go miał ubić odleciał gdzieś, hen, daleko, strawy porządnej nie zaznał, a na dodatek jeszcze w trzewiach go coś dziwnie męczyło. Myślał zatrudnić się w śmiesznym księstewku, w którym podobno każdy zawsze jest na rauszu - nawet podczas snu. Potrzebowali tam podobno silnych mężczyzn na jakieś branie, winiobranie, czy jak to tam było. W każdym razie spor z tego mógł być dla niego. Wczoraj minął Belhaven. Kupił sobie przy okazji za zaliczkę za tamtego smoka, nie trudno zgadnąć że niewielką, nowe chodaki. Przydawały się na tej wyboistej górskiej drodze. Tymczasem moskit ugryzł go w rękę. Odwrócił się i odgonił go. Miało to jednak dalsze konsekwencje - odwracając głowę zauważył, że wzdłuż rzeki (Sansretour) jedzie śpiący jeździec, a także, że przymierzają się na niego jacyś trzej - spod ciemnej gwiazdy zapewne. Niewiele myśląc pobiegł pomóc - taki już był.

Jednak los okazał się być tym razem dla wiedźmina łaskawy. Przywódca bandy - typ, który zrzucił śniącego zabójcę potworów z siodła padł nagle na ziemię jak rażony gromem. Miał zgniecioną czaszkę. Zza jego zwłok wyłonił się wielki jak góra Bolko. Teraz poszło już szybko. Upaprana ofiara zamiast wstać przetoczyła się po ziemi i dwoma cięciami odjęła napastnikom kończyny dolne. Co by nie mieli jak spierdalać. O tym co wiedźmin im zrobił, długo krążyły opowieści. Zazwyczaj przesadzone, ale kto wie - być może w którejś kryło się ziarenko prawdy.


Od trzech dni podróżowali razem. Wiedźmin i elf. Obydwaj byli co najwyżej wyrzutkami wśród ludzi. Vildemor i Avnar nie rozmawiali ze sobą zbyt wiele. Jechali razem, bo im się spieszyło. Nie mówili gdzie, ani po co. Jednak dobrze wiedzieli gdzie. Jeżeli wyjeżdżasz z Kerack Południową Bramą i nie jedziesz do Verden, to jedziesz do Brokilonu. Ścianę lasu już na ten moment było widać. Dzień był pochmurny, okazjonalnie padało. Pogoda w sam raz na las - nie ma to jak marznąć wśród mchów, ponieważ wśród driad ogniska nie uświadczysz.

Elf co chwilę oglądał się za siebie. Wczoraj i przedwczoraj czynił tak samo, a wiedźmin wiedział, że nic ich nie goniło. Niecodziennego towarzysza los mu wybrał. Miał jednak też pozytywne strony - polował na króliki. Przy siodle miał królicze skórki - być może planował z nich coś sobie uszyć? Mięso jednak sprawiało, że na przyszłość wydawał się być przydatnym towarzyszem.

Po cóż było chędożyć córkę burmistrza? Pytali ludzie, kiedy jeszcze stał tam z liną na szyi. Wspomnienie młodej piękności przypomniało mu, że nie może umrzeć tu i teraz. Trzy dni temu w Kerack przedstawiciel cechu kota uciekł ze stryczka. Było to banalnie proste przedsięwzięcie, ale wyrok śmierci ograniczał mu możliwości pokazywania się na tym terenie. Postanowił udać się więc do lasu, w którym uznawano go za przyjaciela. Nie dlatego, że pomagał driadom - z innego powodu. Znał kiedyś Białego Wilka i ten za niego poręczył. Gdy wieści o śmierci Geralta obiegły świat jego słowa zachowały moc.

Wiatr dął w uszy Avnara. On ciągle, niezmiennie chyba od tygodnia czuł, że on go goni. Tajemniczy prześladowca był z nim już od dłuższego czasu. Czasem udawało się go zgubić, ale zawsze z powrotem odnajdywał trop. Nie mógł trafić gorzej. Dopiero teraz sam poznawał jak to jest być zwierzyną. Jego koń zaczynał już kuśtykać. Trzeba było zrobić czas na popas - koń towarzysza też nie wyglądał już najlepiej

Połączył ich tędy cel wędrówki. Brokilon - jeden z największych lasów w ten części świata. Połączyła ich też ucieczka.



 

Ostatnio edytowane przez homeosapiens : 05-01-2008 o 14:45.
 
Stary 04-01-2008, 22:10   #2
 
Hawkeye's Avatar
 


Krzyk zbirów był jak muzyka dla jego uszu. Był zły na siebie ponieważ dał się zaskoczyć i na świat, za to co stało się. Uśmiechnął się szeroko, zataczając mieczem krąg. Sen ... był piękny, jak tamte czasy. To było jak bajka ... a życie takie nie jest. Podszedł do pierwszego z wrzeszczących bandytów i z całej siły kopnął go w twarz.

-Ty śmieciu - wysyczał wiedźmin -Śpiącego atakujesz ... przez was zabrudziłem sobie swój płaszcz - poczekał na moment, w którym jego oczy spotkały się z oczyma rannego, widział w nich nadzieję, pewnie myślał, że go oszczędzi. A on płynnym ruchem, wbił swój miecz w jego serce i przekręcił go z mlaśnięciem. Wyjął zakrwawione ostrze z ciała trupa i odwrócił się w stronę drugiego z wrogów. Zabicie tego parszywca nie poprawiła mu humoru, wprost przeciwnie był jeszcze bardziej zły. Do snów mógł się przyzwyczaić, do zabijania był przyzwyczajony, ale to co się teraz stało zbyt bardzo przypominało tamtą sytuacją. To bolało, bardzo bolało. Może powinien się zatrzymać, może gdyby pomyślał. Jednakże nie była to sytuacja, w której chciało się myśleć. Nie wiedział dlaczego to zrobili, i nie wiele go to obchodziło. Powinien ich jednak tak załatwić, żeby kolejni dwa razy zastanowili się, za nim znowu zaatakują zabójcę potworów.

-Daruje ci życie jeżeli odpowiesz mi na jedno pytanie -
powiedział do wijącego się z bólu ścierwa.

-Pieprz się - wycharczał

-Sam tego chciałeś - jego ruchy były szybkie, a miecz aż świszczał gdy przecinał powietrze. Rozczłonkował ciało przestępcy. Mogło wydawać się to okrutne, ale wiedział że tamten prawdopodobnie nie żył gdy jego pierwsza ręka została odrąbana - szok i utrata krwi. Kiedy skończył wytarł swój miecz z krwi i zrzucił swój brudny i śmierdzący płaszcz.

Cały dygotał ze złości gdy popatrzył na człowieka, który go uratował. Musiał to przyznać, facet nie wyglądał na typowego przedstawiciela rasy ludzkiej. Gdyby nie był taki wysoki, mógłby udawać krasnoluda.

-Dziękuje ci za uratowanie mnie -
powiedział do niego -I przepraszam za to przedstawienie - Alexander był wysokim mężczyzną o długich jasnych włosach. Na szyji miał dużą bliznę, ale najbardziej niezwykłe były jego oczy: świecące, fioletowe o pionowych źrenicach. Po tych krótkich słowach wiedźmin schylił się przeszukując ciała i plecaki swoich przeciwników. Nie mieli zbyt wielu ciekawych rzeczy, na szczęście w plecaku tego rozrąbanego, znalazł zapasowy płaszcz. Ubrał go i ponownie zwrócił się do ogromnego chłopa

-Nazywam się Alexander z Toussaint - mówiąc to złapał swojego konia za uzdę i podszedł do wielkoluda -Jak się nazywasz i gdzie podróżujesz przyjacielu?-
 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty
Hawkeye jest offline  
Stary 05-01-2008, 12:45   #3
 
Judeau's Avatar
 


I oto kolejny zacny człek ocalon od zakusów złego! - pomyślał Bolko, z rykiem szykując maczugę swą ogromną, w gniewie straszną, do połechtania łotra. Machnięcie, które niecną głowę zdmuchnąć miało z ramion, ku zaskoczeniu jasnowłosego olbrzyma w nicość trafiło, wytrącając dzierżyciela z pantałyku. Ciągnięty przez broń, po kilku drobnych skoczkach, w dół spojrzał i gały wybałuszył. Niewinny podróżny właśnie mieczem jak szalony zamiatał i rozbójników jak wieprze rzeźne na kawały rąbał. Dzielny Bolko zawahał się chwilę, niepewny czy jakowyś diaboł w wędrowca nie wstąpił. Z rosnącym niepokojem patrzał na roczłonkowywane bandyckie ścierwa. Z każdym ciosem coraz bardziej oczy mrużył i głowę odwracał, widoku nieboskiego znieść nie mogąc.

- Mości rycerzu, dość... tak się nie godzi....

Wymamrotał, lecz słuszne słowa do uszu woja nie doszły.

Długa chwila minęła, nim podróżny stanął przed nim, krwawy, dychając ciężko

- Dziękuje ci za uratowanie mnie. I przepraszam za to przedstawienie

Bolko w odpowiedzi pokiwał jeno głową i zerkał raz na woja, raz na jego dzieło. Brew latała w górę i w dół, a i brzuch dokuczać znowu zaczął. Cieśla nie raz łepek Kijkiem rozbić musiał, czy dziczka smacznego oskórować i wypatroszyć, ale bądź co bądź, to ludzie byli. Może źli, ale nawet oni nie zasługiwali na takie okrucieństwo i ciała bezczeszczenie. Patrzył właśnie ze zgryzotą na smutny obrazek, kontemplując kruchość życia, biedę i krzywdę, która ludzi na złą drogę sprowadza, gdy w końcu wojownik odezwał się ponownie...

- Nazywam się Alexander z Toussaint. Jak się nazywasz i gdzie podróżujesz przyjacielu?

- Witajcie szlachetny Aleksandrze Stusanie.

Skinął głową z odwieczną, chłopską pokorą wymalowaną na twarzy i Kijek potężny w dłoniach niedźwiedzich miętolić naczął.

- Jam Bolko, syn Hieronima, cieślarstwem się trudnię. Ja teraz tam idę.

Machnął ręką wzdłuż drogi.

- Podobno w księstwie jakowymś silnych mężczyzn do brania czegoś potrzebują, a jak już z domowych pieleszy żem wyruszył, to szylingów nieco zarobić wypada, jak okazja jest. A może i niewiastę ładną, robotną znajdę, i na kobierzec powiodę hyhy. A wy mości rycerzu dokąd zmierzacie, jeśli zapytać wolno? Aha i przeproszę was niedługo, mości rycerzu, bo grobki dla tych łotrów niemytych, z którymi tak srogo się obeszliście, wykopać trza...
 
__________________
"To bez znaczenia, czy wygrasz, czy przegrasz, tak długo jak będzie to WYGLĄDAŁO naprawde fajnie"- Kpt. Scundrel. OotS

Ostatnio edytowane przez Judeau : 05-01-2008 o 20:10.
Judeau jest offline  
Stary 05-01-2008, 15:03   #4
 
Hawkeye's Avatar
 


Słysząc odpowiedź Bolka, na swoje pytanie Alexander uśmiechnął się. Był to uśmiech zupełnie inny od tamtego posłanego jednemu ze zbirów. Tamten przywodził na myśl tygrysa czującego krew, ten był ... ludzki.

-Nie jestem rycerzem, a z pewnością nikt nigdy nie nazwał mnie szlachetnym - to była najszczersza prawda. Różnie go określali kiedy chcieli okazać szacunek, co najczęściej wiązało się z wykonaniem dla nich jakiegoś zadania. Był więc mistrzem, co miało przypominać nazewnictwo cechu. Bywał nazywany Toussaintczykiem ... szlachetny brzmiało ładnie. Przypatrzył się cieśli, a w jego oczach widać było zaskoczenie. Nie wyglądało na to, żeby tamten coś od niego chciał. Niezwykłe, jak na człowieka. Niewielu w obecnych parszywych czasach, okazywało przejawy takiego altruizmu, dla nieznajomego, a do tego "odmieńca".

-Gdzie podróżuję? Przed siebie. Jestem wiedźminem .... - uznał, że powinno być to wystarczającym wytłumaczeniem. Jeżeli, nawet ktoś nigdy nie spotkał żadnego wiedźmina, musiał coś o nich słyszeć. Może w dzisiejszych czasach nie było już ich tak wielu, ale ballady barda Jaskra o Białym Wilku przyczyniły się, do rozszerzenia się "wiedzy" o nich. Nigdy nie miał okazji spotkać Geralta z Rivii, mogłoby to być ciekawe przeżycie. Cóż nie bywał w Kaer Morhen, a jego twierdza ... w obecnych czasach była jedyną nienaruszoną siedzibą wiedźmińską, być może było to spowodowane tym, że zaprzestali szkolenia młodych wiele lat temu, a wielu jego towarzyszy porzuciło swój fach. Alexander musiał uczciwie przyznać, że i jego mogli uznać za straconego, już jakiś czas tam nie był. Mógł to porzucić, było tak blisko ... zacisnął oczy nie chciał o tym myśleć, ból był zbyt wielki.

-Ci łotrzykowie, byli wyszkolonymi mordercami. Zwykli rabusie na drogach, nie poruszają się tak jak oni. Być może mieli jakieś doświadczenie wojskowe- dodał jeszcze wiedźmin, jednocześnie robiąc "rachunek sumienia". Nie mógł sobie, przypomnieć jakiś przewinień, za które ktoś mógłby na niego nasłać morderców. Wzruszył ramionami, musiał to być przypadkowy napad. Ci trzej mieli prawdziwego pecha, chociaż wyglądało to już niebezpiecznie.

-Chcesz ich pochować? Byli z pewnością przyczyną wielu cierpień, zresztą ten trakt jest dość uczęszczany. Ktoś powinien ich w końcu znaleźć. -
 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty
Hawkeye jest offline  
Stary 05-01-2008, 18:57   #5
 
Keth's Avatar
 


Był niewysokim, szczupłym młodzieńcem. Jego twarz zdobiły kruczoczarne, niegdyś utrefione, włosy. Można by powiedzieć, że teraz są w artystycznym nieładzie. Nic dziwnego po tych trzech dniach bez łaźni lub kąpieli! Pod grubym, wełnianym płaszczem dało się dostrzec dość bogate odzienie, jakby ktoś wyciągnął go wprost z dworskiego balu i rzucił do tej bezkresnej, obcej mu puszczy w środku niczego. Co prawda wszystko to nosiło ślady niedawnych zajść; sam mężczyzna był niemiłosiernie obdrapany po przejażdżce przez bezdroża, wśród drzew, chaszczy i jakiegoś leśnego tałatajstwa; jednak dumna postawa którą przybierał nawet w siodle umacniała pierwsze wrażenie. –Cywilizacja.. cywilizacja.. cywilizacja- Mruczał wciąż wściekle pod nosem, jadąc traktem. Gdy dostrzegł postać ściągnął cugle żeby zmusić swojego konia do zarżenia. Jego ręce były zadbane, widać, że odwykłe już od cięższej pracy. Pierwszy odruch kazał mu się skłonić, chociaż siedział w siodle. Zapanował nad nim. W końcu miał przed sobą osobę pośledniejszego stanu. Stan zobowiązuje zawsze i wszędzie. Zobowiązuje nawet mimo najszczerszych chęci herbowego, który rad by się bratał z osobami którym los wyznaczył niższe miejsce w odwiecznej hierarchii społeczeństwa. Borand sam już nie wiedział kiedy zdążył przywyknąć do tego wielkopańskiego bełkotu. Ostatecznie uniósł tylko rękę w geście pozdrowienia i przywołał na twarz miły, ciepły, pełen poufałości uśmiech. –Kogóż to szczęśliwy los szlakiem prowadzi? –Zagadnął uprzejmie, siląc się na mądre formułki. –Widzę, że fortuna łaskawą była. – Gdy to mówił, zerknął znacząco na kiesę trzymaną przez mężczyznę. W jego głosie brzmiała jakaś obca nuta. Niewielka naleciałość w mowie, będąca śladem południowego akcentu. Nie czekał na odpowiedź. Wbił pięty w konia żeby wyrównać do podróżnego. Koń był nie brzydki, czarny jak włosy mężczyzny. Poruszał się z wrodzoną gracją i bez śladów zmęczenia, chociaż to on a nie Borand przegalopował całą tą trasę niosąc na grzbiecie jakiegoś, o zgrozo, spoconego człeczynę.

Z Borandem było coś nie tak. Nie pasował tutaj. Śmieszny kordzik przy boku nie obroniłby go nawet przed ghulem. Zresztą sądząc po jego aparycji pewnie popuściłby ze strachu zanim by go dobył. Zginąłby samemu i chyba zdawał sobie z tego sprawę. Potwierdziło to kolejne pytanie które zadał.

-Wyglądacie mi na bitnego chłopa. Umiecie się posługiwać tą kosą co to ją przy sobie nosicie? Jeśli tak to dziś jest wasz szczęśliwy dzień! Jestem bowiem osobą herbowego rodu i jako taka dużo mogę. Zwłaszcza dla kogoś kto wyświadczy mi przysługę, na przykład służąc pogawędką przez dalszą trasę. Rozumiesz co mam na myśli, prawda?- Był gadatliwy, w dodatku uśmiech wciąż nie schodził mu z gęby. To irytowało. Bardzo. Jednak miał też swój urok.
 

Ostatnio edytowane przez Keth : 05-01-2008 o 20:11.
Keth jest offline  
Stary 08-01-2008, 00:54   #6
 
merill's Avatar
 


Chłopi kłaniali mu się i szybko podążali w swoją stronę. Żaden z nich nawet nie podniósł wzroku kiedy go mijał, a ich kroki dziwnie przyspieszały. Wiedźmina to nie dziwiło, różne opowieści o jemu podobnych krążyły wśród ludu, ciemnego ludu, obawa bowiem i fobie biorą się z niewiedzy, a zwykły chłopina był, zwłaszcza tu w Keadwen ciemny nie przymierzając jak krasnoludzki sztygar w najniższym kopalnianym szybie Mahakamu. „Ale cóż, począć. I tak nas potrzebują…” – pomyślał.

Zwłaszcza teraz po wojnach z Cesarstwem. Po latach walk z południowcami, spustoszeniach spowodowanych przez przemieszczające się wojska, które zwykle objawiały się wzmożoną liczbą narodzin przeróżnych bękartów, czy komanda Wiewiórek, potworów wszelakich namnożyło się co nie miara. Już dawno wiedźmini nie mieli tyle roboty. W ostatnim tygodniu dwa ghule, zeugl i widłogon, taka obfitość monstrów sprzyjała jego kiesce. Ale zadanie, które otrzymał ostatnio zabiło mu ćwieka.

Jeszcze teraz czuł przepiękną woń perfum Sabriny. W myślach wspominał jej piękne, kształtne ciało i harmonijną twarz, otoczoną kaskadą kasztanowych włosów. Czarodziejka była bardzo bezpośrednia w pewnych… kwestiach, a Flamir musiał przyznać, że nie pozostawał obojętny na jej wdzięki i flirt.


Ale smok to już poważny temat i Flamir poważnie zastanawiał się nad wykonaniem tego zadania. W końcu pamiętał dokładnie słowa starego Vesemira: „I pamiętajcie bękarty, smoków wam kurwy wasze macie ruszać nie wolno! Dlaczego? Bo tak!!!” Staruszek był może nawet starszy niż Kaer Moren, ale przylać jeszcze potrafił. Zwłaszcza jak się nie było skupionym w jego obecności. „Stare dzieje” – pomyślał z melancholią.

Jego dwa miecze zwisały w pochwach na plecach. Szarobiałe włosy miał związane rzemieniem, a jego oczy bacznie lustrowały okoliczne zarośla. Był dość wysoki, ale nie specjalnie postawny, nie odbiegał sylwetką od normalnych ludzi. Ciężki wełniany płaszcz miał zwinięty w bagażach, przy tej pogodzie schludna skórzana kurta, nałożona na lnianą koszulę w zupełności wystarczała, a i ruchów nie krępowała zbytnio. Stroju dopełniały skórzane spodnie i wygodne buty wykonane z takiegoż samego materiału. Przez pierś miał przewieszoną szeroką bandolierę, w której tkwiły buteleczki z różnymi eliksirami. Przy pasie w zdobionej pochwie, wisiał szeroki, ciężki sztylet.

*****

Flamirowi zdecydowanie nie spodobał się sposób w jaki nieznajomy patrzył na trzymaną przez niego sakiewkę. „Taki wzrok miewają zwykłe drobne cwaniaczki, tuż przed tym jak chcą Ci podwędzić sakiewkę. Takim to się powinno dłonie obcinać…Kto wie…” – myślał zbliżając się do jeźdźca. Nie wyciągał broni, nie widział takiej potrzeby, zresztą na to zawsze miał czas, w końcu był wiedźminem.

Kogóż to szczęśliwy los szlakiem prowadzi? Widzę, że fortuna łaskawą była. – nieznajomy próbował ukryć nilfgardzki akcent w głosie. „Jednak nauki Starej Mowy na coś się przydały”- wszak nilgardzki język wywodził się z niego, wiec pewne słowa i sylaby były zbieżne. Nie uszło to czujnemu uchu wiedźmina.

- Siląc się na uprzejmości panie, zapomniałeś panie sam się przedstawić. – Zaczął zimno Flamir Ale to zapewne przez nieuwagę. Nie zwykłem jednak przedstawiać się nieznajomym, to tyczy się także wspólnego podróżowania. Sądząc po waszym stroju, nie bardzo tu pasujecie, a ten kordzik to chyba dla ozdoby nosicie, bo przeciwko potworom co w tych lasach grasują to na nic się wam on zda. Brzydko mówiąc w rzyć możecie go sobie wielmożny panie wsadzić. A teraz gadaj, kim jesteś? Tylko prawdę, nie lubię jak mnie kto w konia robi, a śpieszy mi się trochę. Gadaj więc, albo dupy nie zawracaj.

Wiedźmin z Zarzecza nie zwykł był strzępić jęzora po próżnicy, a ten facet ze swoim głupkowatym uśmiechem, zaczynał działać mu na nerwy. – Aha, i przestań się tak dziwnie uśmiechać, bom gotów pomyśleć, że nie ze szlachcicem ale z wioskowym głupkiem mam sprawę…
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
Stary 08-01-2008, 16:52   #7
 
Avaron's Avatar
 


- Dh'oine!

Avnar przerwał długie milczenie krótkim słowem. Jego głos niewiele miał w sobie z elfiej śpiewności. Był wysokim elfem o właściwej swej rasie lekkiej budowie ciała. Lico, o ostrych zdało by się wyrytych w marmurowej skale rysach, skrywał pod szaro-zielonym kapturem, spod którego wydobył się niesforny kosmyk rudo-brązowych włosów.

Mocnym szarpnięciem wrył zmęczonego konia w błotnisty gościniec. Bez słowa wskazał na swego wierzchowca i jednym niezwykle szybkim susem zeskoczył z siodła. Mimowolnie poprawił przewieszony przez ramię łuk dokładnie lustrując okolicę. Panująca w koło cisza nie złagodziła jego czujności. Ostrym gestem nakazał zadziwionemu towarzyszowi milczenie. Prowadząc za uzdę zmęczonego wierzchowca ruszył w kierunku porastających skraj traktu zarośli. Nie wiedzieć jak trafili na ledwie widoczną ścieżkę, która wiła się przez bujną roślinność prowadząc w sobie tylko znanym kierunku. Elf bez słowa wszedł na nią i nie oglądając się na swego kompana ruszył przed siebie.

Polana nie była duża. Ot w sam raz dla dwojga podróżnych i ich wierzchowców. Na tyle daleko od traktu by ustrzec się ciekawskich spojrzeń i dość blisko by nie nakładać zbytnio drogi. Bijące pośrodku niej, źródełko uspokajało ducha cichym szeptem płynącej wody. Stare wierzby okalały wszystko ledwie przepuszczającym światło baldachimem zieleni. To było dobre miejsce na odpoczynek. Bez zbędnych słów elf począł przygotowywać obozowisko...
 

Ostatnio edytowane przez Avaron : 08-01-2008 o 16:59.
Avaron jest offline  
Stary 08-01-2008, 17:05   #8
 
Judeau's Avatar
 


- Gdzie podróżuję? Przed siebie. Jestem wiedźminem ....

- Wyście wiedźminem, mości panie?


Zdziwienie nie dodawało powagi krasnej, chłopskiej, Bolkowej twarzy. Wzrok podniósł, w ślipia wiedźmakowi spojrzał i wnet trwoga go obeszła. Złote, kocie oczy drapieżnie na niego błyskały. O wiedźmakach się nasłuchał, oj nasłuchał. Pierwszy raz takowego spotykał i choć ów nie wydawał się tak diabelski jako go w bajaniach piszą, jednak mości Stusan stał się nagle jakby groźniejszy, mniej ludzki... Jak wilk w skórze owczej...
Bolko skrzywił się, już splunąć przez lewe ramie zamierzał, ale w tym samym momencie tatulo przed oczami mu stanął. "Pamiętaj synu, po pozorach ludzi nie oceniaj, bo niezacne to, a nawet niemądre." Tatulo łeb miał na karku. Zresztą, jego też z domostwa za młodu wypędzili, pomiotem diabłów zwąc. Nawet i o Bolku w sąsiednich wioskach opowieści niegodne krążą. Nie jednemu raptusowi cieśla łepek rozbić musiał w samoobronie.

- Olaboga, panie wiedźmin. I wyście naprawdę tacy jak o was gadają? Że uczuć nie macie, dzieci porywacie i chutliwi co niemiara? Bo jak tak na was patrze, to prawie z was człowiek! Napewno bardziej niż te elfy... Pamiętam, jak razu pewnego komando Wiewiórcze na dom mój napadło. W małej sile przyszli i wejść się do środka bali, po tym jak żem puknął jednego. Wejść nie mogli, to ogień mi niecponie podłożyli i chałupka z dymem poszłaa!

Przejęty własną historią zamachał ręką jak wiosłem.

- Tatko zawsze powtarzał, że nie wszystko jest takie jak o tym mówią, więc może i o was to kłamstwa? Może to być! Mnie samego niektórzy za potwora biorą i kamieniami rzucają... Takie to życie...

Z zamyśleniem pokiwał głową.

- No a co do tych rabusiów, to tatko zawsze powtarzał, ze ludzie dobrzy są z natury, tylko nieszczęścia wielkie ich ranią i na drogą złą sprowadzają. Ci już dostali za swoje, nikomu krzywdy nie zrobią. Jak mógłbym pozwolić, żeby ich wilcy rozwlekli... Przeto to też ludzie. Źli, ale ludzie!

To mówiąc ruszył ciała z gościńca ściągać.

- To jak tam, panie wiedźmin? Wy dobrzy ludzie? Bezpiecznym przy was, krzywdy nie zrobicie?

Kucnął, zza pasa małą siekierkę wyciągnął i wspomagając się nią kopać w ziemi zaczął.
 
__________________
"To bez znaczenia, czy wygrasz, czy przegrasz, tak długo jak będzie to WYGLĄDAŁO naprawde fajnie"- Kpt. Scundrel. OotS
Judeau jest offline  
Stary 08-01-2008, 20:52   #9
 
Malekith's Avatar
 


***

Strażnik spoglądał na wiedźmina zza krat. Mężczyzna o kocich, ale błękitnych oczach z kolei nie zaszczycił tamtego ani jedną sekundą uwagi. Uśmiechał się do własnych myśli przypominając sobie córkę burmistrza. Jej kształtne, zgrabne nogi, jędrne pośladki i... kilka innych, równie atrakcyjnych lub nawet bardziej, części jej ciała. Zastanawiał się, czy było warto. Cóż, dał się złapać ze spuszczonymi spodniami. Pierwszy raz dał się tak zaskoczyć i poprzysiągł sobie, że więcej nie dopuści do takiej sytuacji. O ile jeszcze będzie miał okazję zażyć upojnych chwil z jakąś piękną niewiastą.

Kilka chwil później wyprowadzili go. Ze związanymi rękoma za plecami, pod baczną obstawą straży wszedł na wóz i został zawieziony na dziedziniec, na placu przed domem burmistrza Kerack. Zebrało się całkiem sporo ludzi. W końcu egzekucja wiedźmina to raczej rzadkość. Widział twarze mieszczan, niektórzy spoglądali na niego z pogardą, inni ze strachem, jeszcze inni nawet ze współczuciem. Wiedźmin z wytatuowaną twarzą, częściowo łysą głową i bujną kitą brązowych włosów, przyodziany w ćwiekowaną, skórzaną kurtkę patrzył beznamiętnie przed siebie. Jego blada twarz nie zdradzała śladu żadnych emocji.

Gdy wóz zbliżył się do szubienicy bez słowa zszedł z wozu i zaczął wchodzić po kolejnych stopniach w górę. Wreszcie stanął przed pętlą. Kat z kapturem na głowie stanął przy nim, sięgnął po pętlę i założył wiedźminowi na szyję· W tej chwili Vildemor zaczął poważnie się zastanawiać czy aby nie posunęło się to wszystko za daleko. Nie miał zamiaru tutaj umierać. Nie tutaj i nie w ten sposób. W oknie widział burmistrza. Nigdzie zaś nie mógł dostrzec jego córki. Cóż, zapewne nie miała ochoty tego oglądać.

Kat stanął naprzeciw niego.
- Wieźmin co? - zarechotał - Ciekawe jak się wywiniesz z tego parszywcu?
Vildemor przechylił lekko głowę w prawo i uśmiechął się lekko.
- Zaraz ci pokażę... - wyszeptał.
Zdążył zauważyć zdumione spojrzenie kata zanim z całej siły kopnął go w krocze. Po czym podskoczył, przerzucając nogi nad związanymi nadgarstkami. Miał już ręce z przodu. Szybko zdjął pętlę i narzucił ją katowi na głowę aby zaraz potem pchnąć dźwignię zapadni. Kat zacharczał ale natychmiast rzucili mu się na pomoc dwaj strażnicy stojący obok, którzy ledwie zdążyli zareagować.

Wiedźmin w ostatniej chwili uchylił się przed ciosem miecza trzeciego strażnika. Gdy tamten wyprowadził drugie pchnięcie, Vil wpuścił miecz między swoje związane ręce. Jedno szybkie szarpnięcie i był wolny. I uzbrojony.
- Dzięki - rzucił z uśmiechem do zaskoczonego strażnika, który zaraz potem padł na ziemię zwijając się z bólu po uderzeniu w brzuch.
Niewiele myśląc Vildemor skoczył na wóz, którym przyjechał. Chwycił lejce i popędził konie. Zaczął krążyć po dziedzińcu a wokół biegali przerażeni mieszczanie i wściekli strażnicy. Wreszcie udało mu się wjechać w uliczkę.

Po przejechaniu kilku przecznic zwolnił nieco, wyskoczył i przetoczył się po ziemi, po czym pobiegł w boczną uliczkę. Znajdował się na tyłach jakiejś gospody. Skrył się za skrzyniami i obserwował ulicę. Chwilę potem usłyszał krzyki a potem zobaczył strażników zmierzających w kierunku, w którym pojechał wóz. Wstał i pobiegł w drugą stronę. Wyszedł z drugiej strony budynku. Stąd miał jeszcze tylko kilka ulic do stajni, gdzie zostawił swojego konia. Nagle drogę zajechała mu karoca zaprzężona w dwa konie. Już miał rzucić się do ucieczki gdy drzwiczki się otworzyły i ktoś zawołał.
- Tutaj, prędko!

Nieco zdziwiło go to. Kto mógłby chcieć mu pomóc? Nie zastanawiał się jednak długo i wskoczył do środka. Wóz ruszył.
- Wiedziałam, że ci się uda. Musisz uciekać - powiedział głos.
Znał ten głos. Przyjrzał się dziewczynie, która się odezwała. Była to Veronica, córka burmistrza...
- Pod siedzeniem znajdziesz swoją broń. Twój koń wraz z ekwipunkiem czeka osiodłany w zaułku, niedaleko Południowej Bramy.
Wiedźmin uśmiechnął się.
- Dziękuję, Pani...
- Nie ma czasu, uciekaj proszę - wymamrotała, po czym rzuciła mu się na szyję i wpiła w niego swe usta w pocałunku. Vildemor musiał przyznać, ze był to bardzo miły zbieg okoliczności.
- Teraz uciekaj...
- Nie zapomnę ci tego, moja Pani - wiedźmin uśmiechnął się i zabrał swoje miecze leżące pod siedziskiem.
Karoca zatrzymała się. Vil obrzucił piękną dziewczynę ostatnim spojrzeniem, po czym otworzył drzwiczki i wybiegł na ulicę.

Szedł szybkim krokiem, wymijając przechodniów, starając się trzymać z dala od strażników przechadzających się tu i tam. Już się wydawało, że zgubił pościg kiedy usłyszał wołanie:
- Tam jest! Łapać! Trzymać psubrata!
Nie rozglądał się nawet skąd dobiega wołanie i rzucił się do biegu. Słyszał kroki innych, którzy biegli za nim w pewnej odległości. Nawoływali aby się zatrzymał lub aby ktoś go zatrzymał. Vil przebiegając obok straganu z warzywami przewrócił kilka skrzyń na ulicę. Biegnąc dalej skręcił w boczną uliczkę. Klucząc zaułkami starał się kierować w stronę Południowej Bramy.

Nagle spostrzegł, że uliczka kończy się. Między dwoma budynkami stała mniej więcej 4 metrowa ściana, przy niej walały się beczki, skrzynie i inne graty. Wbiegł po skrzyniach i odbijając się od ściany złapał krawędź muru i podciągnął się, przeskakując na drugą stronę. Zobaczył karego konia. Trzymający jego uzdę młody chłopak wybałuszył oczy ze strachu i po krótkiej chwili, której potrzebował aby się otrząsnąć, puścił konia i uciekł ulicą. Wiedźmin uśmiechnął się. To jego wierzchowiec. Czekał już osiodłany wraz z całym ekwipunkiem i gotowy do drogi.

Wyjechał z uliczki i ruszył w stronę bramy, która znajdowała się już nieopodal. Strażnicy widząc go spięli się. Ale widać nie zamierzali go atakować. Spróbował zaryzykować fortel:
- Straż! Groźny przestępca właśnie usiłuje zbiec z miasta. Zamknąć bramę! - zawołał po czym spiął konia i przejechał bramą zmierzając w stronę gościńca.
Osłupieni strażnicy początkowo nie wiedzieli co począć, ale po chwili jakiś idiota rzeczywiście opuścił kratę.

Wiedźmin zatrzymał się kilkadziesiąt metrów dalej i spojrzał za siebie. Przy bramie zakotłowało się od strażników wrzeszczących jeden na drugiego.
- Kto wam kazał zamknąć kratę osły!? Barany! Psie juchy, nogi z dupy powyrywam! Otwierać! Otwierać już!

Vildemor zaśmiał się tylko głośno i pomachał strażnikom na do widzenia. Po czym ruszył traktem. Wiedział, dokąd musi się udać. Do Brokilonu. Driady go znały. Kiedyś Geralt, Biały Wilk szepnął im na jego temat kilka dobrych słów. Może będzie mógł szukać pośród nich azylu.

Niedługo potem, wciąż jadąc, spotkał się w drodze z elfem, również jadącym konno. Sprawiał wrażenie jakby przed czymś uciekał. Zupełnie jak on sam. Jechali tak dalej, nie zatrzymując się. Elf chyba zmierzał w tą samą stronę, więc wiedźminowi to nie przeszkadzało.

***

Widząc, że jego towarzysz zsiadł z konia, Vildemor zatrzymał się i zrobił to samo. Na mruknięcia i nerwowe gesty elfa zareagował tylko paskudnym uśmieszkiem, ale nie powiedział słowa. Widział z daleka ścieżkę, na którą skierował się elf.

Rozejrzał się wokół. Po czym spojrzał na swojego wierzchowca. Był wyczerpany i potrzebował odpoczynku. Pogłaskał lekko konia po chrapach.
- No już dobrze - mruknął - dosyć tej szalonej jazdy - uśmiechnął się lekko.
Ruszył w głąb gęstwiny za elfem. Kroki wiedźmina były lekkie i pewne. Pod jego stopami nie pękła ani jedna gałązka. Gdy dotarli na polankę elf zabrał się za przygotowanie obozowiska. Sam poprowadził konia do źródełka. Przykucnął, zdjął rękawicę nabitą ćwiekami i zaczerpnął wody. Łyk zimnej, czystej wody od razu przywrócił mu spokój ducha. Koń również nie krępował się i korzystał na całego z wodopoju.

Wiedźmin odwrócił się w stronę elfa i uśmiechnął się.
- Długo będziesz tak milczał, seidhe? - mruknął - Skoro już, jak sądzę zmierzamy w tym samym kierunku to wypadałoby się chociaż przedstawić.
Wstał i uczynił kilka kroków w stronę elfa.
- Jestem Vildemor, wiedźmin z Cechu Kota - powiedział, wbijając w elfa wzrok swoich błękitnych oczu o pionowych źrenicach.
 
__________________
Są dwa rodzaje ludzi: ci, co robią backupy i ci, co będą je robić...

Ostatnio edytowane przez Malekith : 08-01-2008 o 21:03. Powód: takie tam błędy :P
Malekith jest offline  
Stary 09-01-2008, 00:02   #10
 
Keth's Avatar
 


Mina mu zrzedła. Kim ten włóczęga do cholery jest, żeby w ten sposób się do niego zwracać? On tu z sercem.. - Brzydko mówiąc w rzyć możecie go sobie wielmożny panie wsadzić.Borand scenicznie wydął wargi słysząc te słowa. Po chwili wypuścił powietrze, przez co wydobył z siebie ciche parsknięcie. Nie wtrącił jednak ni słowa póki ten nie skończył mówić. - A teraz gadaj, kim jesteś? Tylko prawdę, nie lubię jak mnie kto w konia robi, a śpieszy mi się trochę. Gadaj więc, albo dupy nie zawracaj.

- O bogowie- myślał młodzian- tylu poczciwych ludzi na traktach i musiałem trafić na jakiegoś czarta który jakby mógł to by mnie wzrokiem zabił. W cesarstwie już dawno wisiałby na jakiej gałęzi taki dziwak. No nic.. – Zerknął na kordzik, poprawił rękawy, wyprostował się i spojrzał hardo na wiedźmina.

-Aha, i przestań się tak dziwnie uśmiechać, bom gotów pomyśleć, że nie ze szlachcicem ale z wioskowym głupkiem mam sprawę…

-Oj, oj.. spokojnie. Jestem Borand aep Dilho z Cesarstwa Nilfgaardu, a jak komuś to nie odpowiada niech mnie w rzyć całuje.-Zanim przebrzmiało zdanie zaczął się zastanawiać czy aby nie przesadził z tą sztuczną twardością. Czy aby nie zabrzmiał kretyńsko? Czy ten paskudny uśmieszek który przybrał na twarz był naprawdę paskudny i groźny? Powoli zaczynał tracić pewność siebie. Pocieszał się myślą, że ten naprzeciwko na pewno przywyknął do takiego stylu rozmowy. Czy aby na pewno? -Nie mam niczego do ukrycia.- Dodał wpatrując się w swoje wypielęgnowane paznokcie. Z trudem podniósł wzrok na nieznajomego. –Wędruje sobie to tu, to tam i poznaje zwyczaje barb.. to znaczy Nor.. nor.. nor-diln.. Nordilin.. Znaczy się ten, no, wasze? –Teraz spojrzenie uciekło mu gdzieś jakby w bok. Powoli zdawał sobie sprawę, że nie stoi przed nim zwyczajna osoba. Tu było coś nie tak i po raz pierwszy od dawna Borandowi zaczynało brakować języka w gębie. Był przyzwyczajony, że to on zna ludzi a sam jest dla nich zagadką. Teraz za każdym razem gdy spojrzał mu w oczy, czuł jakby wierciły mu dziurę w duszy. Okrutnie go to peszyło.

Zabrał głos dopiero po chwili kłopotliwego milczenia. Czuł się jak kretyn, ale postanowił wziąć się w garść. Jeszcze raz poprawił rękawy, przy okazji zdmuchnął grzywkę która opadła mu na czoło. – Ech, panie podróżny, z daleka jestem. –Wydobył z siebie ciężkie westchnienie. Nowa taktyka czy wreszcie zdobył się na chwile szczerości? - Czuje się tu strasznie zagubiony, zwłaszcza w tej puszczy. Wszędzie zmory, straszydła i chłopi jakoś tak inaczej śmierdzą niż u nas. A jeszcze miano sprowadza same kłopoty, jak się pewnie domyślacie. Ale jedno je mamy. Cóż bez niego by nam pozostało w chwilach biedy? – To akurat była całkowita prawda. – Jeszcze jedna zwada na trakcie i konia zajeżdżę. Weź mnie ze sobą, nie będę przeszkadzał. – Znów zdobył się na uśmiech. Tym razem było to jedynie lekkie drgnięcie kącików ust. Jednak pierwszy raz nie wyglądało to sztucznie, chociaż tak po prawdzie to wciąż irytowało. Wtem wzrok jego spoczął na drugim z mieczy. Wygląd mężczyzny zaczynał pasować do jednej ze starych dziadkowych opowieści. Pełen wątpliwości przymknął powieki. Co się stanie jak je otworzy? Usłyszy upragnione słowo: „zgoda”, czy po prostu dostanie po gębie? Cisza była dla niego coraz cięższa.

Co on tu robił? Prawda, mimo wszelkich waśni, herbowi zawsze czuli większe braterstwo z pasowanymi z innych krajów niż ze swoimi rodakami z niższych klas społecznych, ale podawanie się za Nilfgaardczyka po nie tak dawnych wydarzeniach było co najmniej nie na miejscu. Ostatnia pogoń dała Borandowi w kość. O tym jak bardzo to wszystko zaczynało go gnębić świadczył fakt, że przestał już nawet podśpiewywać poznane tutaj przyśpiewki Jaskra i wrócił do smętnych klasyków z ojczyzny.
 
Keth jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:13.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168