Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 16-03-2008, 16:17   #1
 
Rainrir's Avatar
 
[Autorski]Kroniki Werfaru

Rok 1900 30 marca

Pogoda nie dopisywała, od 2 tygodni lał deszcz.
Zalanymi ulicami miasta, przechadzało się niewielu ludzi, większość siedziała w ciepłych domach, rozpalając kominki i rozmawiając co ciekawego się wydarzyło, albo rozprawiając o mniej ważnych rzeczach.

Abimelech Bardog

Zmierzałeś szybkim krokiem w kierunku koszar, rozglądając się w około.
Dowódzca straży przekazał wam wiadomość, że dziś dostaniecie specialne zadanie.
Ciekaw byłeś, na czym będzie ono polegać. Czy to będzie kolejne polowanie na bandytów, lub kolejna sprawa z tymi zawszonymi bandytami, nie wiedziałeś.
-Jeśli się nie pośpieszę, ta ulewa nie zostawi na mnie suchej nitki-powiedziałeś, przyśpieszając kroku.



Powoli z pod płaszcza mgły wyłoniły się koszary.
*Nareszcie*pomyślałeś wspinając się do góry.
Okazało się, że wszyscy byli już na miejscu, siedzieli i rozprawiali co może ich dziś czekać.
Kapitan tylko spojżał na Ciebie, po czym, wstał, i zwrócił się do Was.
-Wreszcie możemy zacząć. Jak wam wczoraj mówiłem, dziś czeka was poważne zadanie.
Zostały mi udostępnione informację o zaginięciu kilku osób, w tym jednego kapłana, w przeciągu 2 dni. Nasi informatorzy mówią, że większość z nich to zwykli ludzie zamieszkujący biedniejszą dzielnicę.
To nie może dłużej trwać, dlatego król zlecił nam to zadanie.
Dzielimy się na 2 grupy, i przeszukujemy tamtejsze okolice,
Abimelech, ty i Barian czekacie tutaj na rycerza, który został oddelegowany do nas, do pomocy... tak, rycerza.
-zakończył przemowę, po czym podszedł do wyjścia, i powiedział
-Powodzenia, a reszta za mną.
Zostało was dwoje, czekaliście na niego w ciszy.

Vincent Meiss



Siedziałeś w Swoim pałacu, w gabinecie, czytając książkę zatytułowaną
"Alchemia i ludzie" Zaciekawił Cię jej temat, a ponieważ czekałeś na ważne wiadomości od swojego wspólnika.
Tymczasem za oknem rozszalała się burza, mimo to ciepło z kominka jakby ją umniejszało.
Powoli przewróciłeś wzrokiem po całym pomieszczeniu, tak, jakbyś chciał dogłębnie zapamiętać każdy jego szczegół. Byłeś dumny z tej kolekcji książek, jaką do tej pory uzbierałeś. Miałeś ich kilka setek, dzięki czemu z wielkim trudem mieściły się na tych kilku regałach.
Niebo po raz kolejny przecięła błyskawica, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
-Proszę wejść-odpowiedziałeś, po czym do środka wszedł człowiek z twojej służby. W rękach trzymał list.


-No daj mi ten list, szybko.-powiedziałeś zniecierpliwiony
Przeczytałeś jego treść:

Przeczytałeś dwa razy, po czym naskrobałeś coś na nowej kartcę...

Victor Evans

Siedziałeś spokojnie w swoim domu, wylegując się w fotelu i wpatrując w tańczący ogień.
Siedziałeśi czekałeś na uśmiech losu. Na przejście deszczu.
Przeszkadzał Ci w pracy, za dużo ludzi siedziało w domach.
Przyglądałeś się swojemu nowemu łupowi.

Zabrałeś go jakiemuś pijanemu krasnoludowi wczoraj w karczmie.
Takich lubiłeś, łatwo się na nich bogaciło, tylko nie wiedziałeś, czy zachować
"nabytek", w końcu jeśli znów spotkasz tego handlarza, może być źle, natomiast bardzo Ci się podobał, widać było krasnoludzką robotę.
*Może wybiorę się do karczmy, ale najlepiej jakiejś innej, może do "Zagrody"?*pomyślałeś, obkręcając pierścień w dłoniach.
 

Ostatnio edytowane przez Rainrir : 16-03-2008 o 16:47.
Rainrir jest offline  
Stary 16-03-2008, 18:19   #2
 
zbik_zbik's Avatar
 
Brnąc przez deszcz Abimelech spróbował zaciągnąć hełm bardziej na oczy, lecz był zaciągnięty najbardziej jak się dało. Teraz pożałował, że nie posłuchał żony radzącej włożyć płaszcz na zbroję. Nie myślał o zadaniu ale raczej o tym co w tej chwili doskwierało mu najbardziej – deszcz.
*Co za idiota wymyślił deszcz, nikt go nie lubi, tylko ja, ostatni baran na tej ziemi wystawiam się na jego działanie.*
Koszary wyłoniły się zza mgły. Nareszcie - powiedział z ulgą.
Wszyscy byli na miejscu, kapitan spojrzał na spóźnialskiego nieprzychylnym wzrokiem i zaczął przemowę, zadanie proste, zaginęło parę osób i należało je znaleźć. Usłyszawszy swoje imię Abi się ożywił...
*a niech to szlag trafi* musiał czekać na jakiegoś rycerza. Patrzył zdziwiony. Co to za rycerz?
Wychyliwszy się za drzwi krzyknął za kapitanem : Co to za rycerz? Jak ma na imię?, otrzymawszy odpowiedź ruszył w stronę paleniska i usiadł wyciągając nogi w stronę ognia. Plusem czekania było to, że tu było ciepło i choć trochę mógł się osuszyć.
Po co ich szukać, w taki deszcz pewnie pobłądzili – spróbował zażartować, ale kompan tylko się uśmiechnął.
Po krótkim czasie buty zaczęły parować. Siedział cicho nie myśląc o niczym tylko wpatrując się w parę unoszącą się z butów i ogień w tle. Wciąż nieustanne kapanie, trzask kominka i własny oddech, czas płynął wolno a on… oni czekali.
 

Ostatnio edytowane przez zbik_zbik : 18-03-2008 o 21:16.
zbik_zbik jest offline  
Stary 16-03-2008, 20:37   #3
 
Potwór's Avatar
 
Victor siedział w fotelu przyglądając się pierścieniowi, ładna, naprawdę ładna krasnoludzka robota, chętnie by go zatrzymał ale to za duże ryzyko, krasnal na pewno jeszcze jest w mieście, a obnoszenie się z takim kradzionym cackiem to skrajna nieostrożność, a nieostrożny złodziej to martwy złodziej jak mawiał mistrz Edward. Najlepiej będzie przejść się do Albera, stary paser na pewno da mu za niego dobrą cenę, a za to kupi sobie podobny na targu. Jak tylko przestanie padać. Westchnął głęboko po raz kolejny przeklinając paskudną pogodę, przez chwilę jeszcze wylegiwał się grzejąc nogi oparte na pufie ciepłem dogasającego kominka. W końcu pogrzebaczem rozgrzebał ostatnie jarzące się węgielki, schował pierścień do sakiewki i ruszył w noc. *Najpierw wygrzać się i napchać w Zagrodzie, potem do tego szczwanego lisa Alberta*. Po chwili w mieszkaniu rozległ się cichy stuk zamykanych na klucz drzwi i głuche odgłosy kroków Victora schodzącego po schodach na parter.

*Cholerna pogoda* - wiatr dął potwornie, a deszcz tak zacinał że nawet przejście pod balkonami, tak przecież powszechnymi na Alei Wiązów, suchą nitką graniczyło z cudem. Zaklął głośno, naciągnął na głowę kaptur płaszcza i ruszył szybkim krokiem w stronę przedmieść.

Królewska Głowa

Przemoczony Victor praktycznie wbiegł do karczmy zatrzaskując drzwi całym swoim ciężarem -Pieprzony desz- Zdjął mokry płaszcz i rzucił na oparcie krzesła stojącego zaraz przy kominku, prawdę mówiąc miał zamiar udać się do Zagrody, gdzie podawali tani alkohol niepewnego pochodzenia, ale zdecydował się na coś bardziej wykwintnego, a raczej zdecydowała za niego pogoda. Padało tak okrutnie że ledwo co opuścił Aleję Wiązów miał dość i przeklinał się w myślach za sam pomysł wyjścia z kamienicy. -Caroline kochanie, daj mi coś do jedzenia i karafkę wina ze Smoczej Marchii- uśmiechnął się szeroko do dziewki karczemnej i rozsiadł się wygodnie na krześle przyglądając się innym gościom. Po prawdzie to nie było zbytnio komu się przyglądać, ubrany w szkarłatną szatę grajek brzdąkał na lutni śpiewając smętną pieśń z okolic południowej części wybrzeża morza Iryjskiego, jakaś podstarzała "dama do towarzystwa" czarowała młode paniczątko usilnie namawiając go do wypróbowania jej wdzięków w jednym z pomieszczeń na piętrze, do tego należało dodać gromadkę miejscowych i dwóch średniozamożnych kupców - nic specjalnego. Jednooki złodziej ściągnął zabłocone buty i ustawił je obok kominka żeby wyschły –Się wysuszy się wykruszy- Stwierdził filozoficznie i zajął się słuchaniem barda w oczekiwaniu na posiłek.
 

Ostatnio edytowane przez Potwór : 16-03-2008 o 21:02.
Potwór jest offline  
Stary 19-03-2008, 11:38   #4
 
Lukadepailuka's Avatar
 
Vincent Meiss

Drżenie szyb. Płacz, nie to deszcz. Taniec liści, podmuch wiatru. Światło, zwykły grzmot. Vincent patrzył przez okno zamyślony. W rękach założonych za plecami spoczywała gruba książka, oprawiona w złote ozdoby i z takiego samego metalu widniał na niej napis:

„Alchemia i ludzie”

Szczerze mówiąc nie pamiętał za ile ją nabył i gdzie. Satysfakcjonowała go jednak, lubił mieć wszystko co zapragnął, a ponadto zawartość także była imponująca.

Usiadł na miękkim fotelu, który stał niedaleko kominka i otworzył książkę na stronie sto pięćdziesiątej szóstej.

„Nastawienie społeczności wobec alchemii dzisiejszego wieku”

Czytał, ale słowa co raz wylatywały mu z głowy. Kochał alchemię, ale interesowało go teraz coś innego.

„… Dajmy na to- różnego rodzaju chemikalia wykorzystywane są przez wielu ludzi, a czy któryś wie tak naprawdę coś o samej alchemii? Wiele ludzi to aroganci.”

Aroganci? Vincent pamiętał jak to jemu kiedyś zarzucali arogancję. Chyba. Starł zewnętrzną stroną dłoni pot z czoła. Być może źle było się zabierać do tego tak spontanicznie i bez przygotowań.

Kolejny błysk. Jedno z gorzej przymkniętych okien, otworzyło się wpuszczając deszcz i wiatr do pokoju. Vincent powoli wstał i bardzo powoli ruszył do okna. Był już przy nim. Zamknąć, czy nie? Z nowym pytaniem przed sobą wystawił głowę przez okiennicę i zaczął delektować się wspaniałym zapachem powietrza i uczuciem chłodu.

Piorun. Vincent cofnął głowę słysząc nagłe pukanie. Czy to… już?

- Proszę wejść.- Po głosie mężczyzny nie można było zorientować się o wahaniu, które było wewnątrz Niego.

Drzwi rozwarły się lekko i do środka wpadł sługa z jakąś kopertą w środku.

Z tym listem?

-No daj mi ten list, szybko.

Szybko, szybko.

Sługa wręczył mu to i Vincent zaczął czytać. Nie zauważył jak posłaniec odszedł. Nie zauważył, że okno dalej było otwarte. Nie zauważył, że skończył czytać.

Zgniecioną kartkę papieru schował do kieszeni i podszedł do fotela, na którym zostawił leżącą książkę. Powinien mieć gdzieś w niej kartkę papieru, na której notował informację. Miał, wyjął ją i usiadł przy biurku stojącym po drugiej stronie pokoju. Znalazł ołówek i po chwili zastanowienia zaczął na niej pisać.

Vincent złożył list na pół i wrzucił go do koperty, na którą chwilę później nałożył pieczęć.

Ruszył do drzwi i otworzył je na oścież.

- Arnold!- Krzyknął potężnym głosem.

- Tak panie?- Powiedział osobnik wychylając się za drzwi po drugiej stronie korytarza.

- To list do naszego sojusznika. Znajdź jakiegoś zaufanego i dobrego posłańca i każ mu przekazać ten list. Potem przygotuj się do podróży, ważne, aby w jednym wozie było miejsce na przygotowywanie składników alchemicznych. Sądzę, że mogą się przydać.

- Tak panie.

Arnold już zbierał się do odejścia, gdy Vincent zatrzymał go jeszcze na chwilę.

- To ważne.

- Yhm.
 
Lukadepailuka jest offline  
Stary 20-03-2008, 16:14   #5
 
Rainrir's Avatar
 
Abimelach Bardog

Siedzieliście w ciszy, każdy myśląc o czymś innym, Abi powoli się ogrzewał, Barian natomiast od dawna był suchy.
-Jak myślisz, co to za "pomoc" ma po nas przyjść- spytał Barian, ale nie dokończył, gdyż drzwi się otworzyły, a w nich stał mężczyzna, w zbroi, z trzymając miesz i tarczę, patrząc na was dość srogo.



-To wy jesteście tymi dwoma strażnikami miejskimi, co zostali mi przydzieleni do pomocy?-zapytał, mierząc wzrokiem raz jednego, a raz drugiego, jakby oceniając wasze możliwości.
Barian kiwnął głową.
-Dobrze, wyglądacie na silnych, ciekawe, czy potraficie walczyć-powiedział
-Chodźcie za mną, opowiem wam wszystko po drodze.-odwrócił się, i dając wam znak ręką, która trzymała tarczę, żebyście za nim podążali.

Vincent de Meiss

Usiadłeś ponownie za biurkiem, lecz nie biorąc się ponownie za lekturę.
Rozmyślałeś o treści listu, oraz o tym, co sam napisałeś. Po chwili
poczułeś głód. No tak, nadeszła pora śniadaniowa.
W tym samym momencie ponownie wpadł Arnold.
List wysłany, powinien dość szybko dotrzeć, tymczasem podano do stołu, zje Pan?-popatrzył na Vincenta
-To, co Pan lubi, podobno przepis lepszy, kucharki się postarały
Zamknął za sobą drzwi. Chyba jednak zejdziesz na dół, i tak nie masz już nic więcej do zrobienia.

Victor Evans

Po chwili podeszła do Ciebie Carolina, niosąc karafkę z winem i szklaneczkę.



-Jedzenie przyniosę za chwilkę-powiedziała, po chwili podchodząc do stolika obok, przyjmując kolejne zamówienie, od dość ładnej dziewczyny, być może nie miejącej 18 lat..



Zajrzałeś do sakiewki, świecącego dnem, obliczyłeś, że ledwo stać Cie na zapłacenie za zamówienie, pomyślałeś, że jednak czas najwyższy odwiedzić swojego "przyjaciela", i może odciążyć brzemię kolejnemu klientowi.
Po chwili powróciła Caroline, niosąc 2 talerze, jeden dla ciebie, z zupą rybną.

Gdy kończyłeś jeść, i do połowy opróżniłeś karafkę, poczułeś, jakby troszkę Ci ubyło.
Obejżałeś się za siebie, i zobaczyłeś dziewczynę ze stolika obok, przykucniętą, z Twoją sakiewką w dłoni, po chwili już ją goniłeś ulicami, pragnąc ją tylko dopaść.
Skręciła w boczną uliczkę, wskoczyła na beczkę stojącą pod domem, następnie na parapet okna 1 piętra, aż w końcu ponowiła uczieczkę po dachu.

Diego Nemis

Jeszcze spałeś, gdy to się stało.
Znak na twym ramieniu zaczął piec, i błyszczeć się na niebiesko.
To był znak o twej nowej misji, dletego czym prędzej ubrałeś się, i wyszedłeś z domu, zmierzając do karczmy "Pod traktem"
Ale nie po to, aby się czegoś napić, to tam mieliście miejsce zebrań.
Gdy otworzyłeś drzwi, w środku był tylko karczmarz za ladą, czyszczący szklanki. Gdy Ciebie zobaczył, skinął głową, po czym otworzył drzwi na zaplecze.
Wszedłeś tam prędko, po czym skręciłeś w lewo, a tuż za skrzyniami był sprytnie ukryty właz do piwnic.
Zeskoczyłeś na dół, nie mając zamiaru zchodzić powoli drabiną.
Na końcu korytarza były drzwi.

Argon Sawersij

To twoja wielka chwila, dobrze o tym wiedziałeś.
Ważne zadanie, które mogło pomódz Ci, w podniesienu swej reputacji, w świecie przestępczym, wejść o jeden szczebel na tej drabinie wyżej.
Tylko zastanawiałeś się jak tego dokonać.
Jak zdobyć ten weksel, który posiadał człowiek, z górnego miasta.
Weksel na magazyn. Nie wiedziałeś po co ten magazyn twojemu szefowi, ale domysły mówiły Ci, o tajnej kryjówce na lewe i kradzione towary.
Ważne zadanie. Ale nie mogłeś tak po prostu go zabić, trzeba było to zrobić po cichu, tak, zeby nik się o tym nie dowiedział, tak, żeby w jakiś sposób zatuszować jego śmierć, tak, by magazyn trafił do Ciebie.
Powoli jedząc śniadanie, obmyślałeś cały plan.
 
Rainrir jest offline  
Stary 20-03-2008, 18:34   #6
 
Lukadepailuka's Avatar
 
Vincent ruszył w kierunku fotela i wtulił się w miękki materiał. Sięgnął po książkę, gdzie książka? Zostawił ją na stole. Nie chciało mu się wstawać, zmęczony patrzył na przygasający ogień w kominku. Gasł, powoli, ogień. Jezu, on gaśnie, niech ktoś coś z tym robi! Cholera, on zgaśnie, zginie, czemu nikt się tym nie przejmuję? Czemu świat nie szaleję? Ludzie giną, ich egzystencja przemija, wtedy innych to porusza, ale czemu ogień jest ignorowany? Jest silniejszy niż człowiek, ten nigdy do końca go nie ujarzmi. Czym jest ogień?

Sięgnął do niego i poczuł jego energię, była wielka, tak wielka, że nie mógł nad nią panować! Potęga! Chciał być jak ogień, palić i niszczyć, być niepokonany.

Westchnął, lekko zmęczony podrapał się po głowie i właśnie wtedy głód odżył. Nie taki zwyczajny głód, jakby zwierzęcy, nieludzki. Warknął, był głodny.

Usłyszał pukanie do drzwi, to na pewno Arnold, tylko on tak puka, trzy razy, przerwa, dwa razy, on jakby instynktownie zawsze wyczuwał potrzeby swojego pana, i mimo, że nigdy nie byli przyjaciółmi, on zawsze traktował go z oddaniem. Czemu?

- Wejść.

Czemu?

- List wysłany, powinien dość szybko dotrzeć, tymczasem podano do stołu, zje Pan?

Czemu?

- To, co Pan lubi, podobno przepis lepszy, kucharki się postarały

Czemu?

Vincent usłyszał trzask zamykanych drzwi. Jeszcze raz westchnął. Ulubiony przepis, tak? Czyli prawie surowy kawał mięsa. Zwierzęcy głód Vincenta łatwo zadowolić.

Wstał, chyba jednak zejdzie na dół, ostatnio często jadł w pokoju, mało się ruszał. Szlag by to trafił, wstał i przeciągnął się leniwie. Podszedł do drzwi, jak on dawno ich nie otwierał, zaskrzypiały, ktoś musi je naoliwić.

Ruszył korytarzem, dopiero teraz zorientował się, że miał u boku przypięty krótki miecz. Ostatnio stał się lekko rozkojarzony, trzeba będzie to zmienić. Skupić się.

Zszedł ze schodów i od razu trafił do jadalni gdzie zastał jedzącego Arnolda.

- Och, panie, przepraszam. Myślałem, że zje pan na górze.- Zawołał kucharkę i kazał jej szybko przygotować jedzenie dla Vincenta, po czym sam szybko zabrał swój talerz i zebrał się do odejścia.

- Poczekaj. Jak przygotowania do odjazdu?

- Już prawie wszystko gotowe, chłopcy się postarali.

- To dobrze, wyślij kogoś do mojego pokoju żeby dorzucił do ognia i zebrał potrzebne dla mnie rzeczy. Ty już wiesz co mi się może przydać, składniki, jakiś oręż, to co zwykle i to co jeszcze tam wymyślisz. Potem zjem i jesteśmy gotów wyruszać.- Przymknął oczy, usłyszał tylko szuranie butów Arnolda po podłodze.

Gdy tylko wyszedł wpadła kucharka z jedzeniem i podała mu talerz schylając głowę i wycofując się szybko.
Vincent sięgnął po widelec, wbił go w mięso, ugryzł, i poczuł jak bestia w jego wnętrzu zaczyna się radować.
 
Lukadepailuka jest offline  
Stary 20-03-2008, 19:34   #7
 
Crassus's Avatar
 
Argon siedział przy stole i zajadał się smażonym mięsem zagryzając go czerstwym chlebem i popijając świeżą wodą. Rozmyślał, myślał o swoim zadaniu, nie był pewien jak ma to zrobić... Nagle przestał jeść, wpatrywał sie w ścianę i nagle całą siłą uderzył pięścią w stół.

- Szlag by to trafił! Nie potrafię nic wymyśleł, żadnego sensownego planu... Zdam sie na to co będę mieć pod ręką. Najpierw się tradycyjnie przygotuje.

I wstał od stołu, podszedł do ściany, kucnął, podniósł leżący obok nóż, podwadził nim jedną z desek i wyjął ją. Miał tam szkrzynię gdzie trzymał swój złodziejski ekwipunek. Położył ją na stole, otworzył i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w jej zawartość.

- Tradycjnie biorę moją skórzaną zbroję, ciemny płaszcz... Hmm... może wezme kilka wytrychów...

Założył na siebie kolczugę, potem swój czarny płaszcz, wytrychy schował do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Znowu zaczął rozmyślać o zadaniu... Wyrwał się z letargu i podszedł do wyrwanej deski. Położył się na podłodze i włożył rękę do dziury, poomacku wyszukiwał tam miecza...

- Jest! A już myślałem, że jakimś sposobem go tam nie będzie...

Wyjął miecz i jak zawsze przełożył go przez pas takim sposobem, żeby jak najmiej wystawał z tyłu. Podszedł do stołu, zamknął skrzynię i włożył ją z powrotem do dziury, położył deske na miejsce i podszedł do stołu. Nie siedając wziął i wypił jednym łykiem resztę wody, butelkę schował do kieszeni, wziął mięso ze sobą i udał się w kierunku drzwi. Rozejrzał sie po pokoju, by ostatnim rzutem oka sprawdzić czy wszystko jest na swoim miejscu. Wyszedł na zewnątrz, dopiero teraz zauważył, że strasznie pada, założył kaptur i burknął:

- Cholerny deszcz... - i skulony udał sie w stronę targowiska starając się dojść do niego jak najsuchszym...
 
Crassus jest offline  
Stary 20-03-2008, 21:13   #8
 
zbik_zbik's Avatar
 
Abi czuł że wysechł, ogień zaczął gasnąć, spojrzał na towarzysza – był bardzo niespokojny, marszczył brwi, myślał o czymś, najpewniej o misji.
*on raczej nie podłoży*
Rozejrzał się po pomieszczeniu, w kącie ułożony był stos drwa. Wolno wstał, podszedł półkolem do celu, jakby zachodził do przeciwnika i spokojnie kucnął. Zaczął nakładać drewno na lewą rękę. Jeden… dwa… trzy… cztery… pięć… sześć… starczy. Podniósł się, zawahał i w podniósł jeszcze jeden. Skierował wzrok w stronę Bariana, siedział i myślał, chyba nic nie zauważył. Podszedł i rzucił drwa do ognia. Teraz kompan się zerwał jakby rozbudzony ze snu i zaczął się rozglądać.
- O czym to tak myśleć, żeby nie zauważyć stada koni pędzącego przed nosem? Hahaha
-Jak myślisz, co to za "pomoc" ma po nas przyjść – I w tym momencie wszedł rycerz. Wspaniała zbroja, tarcza z jakimś herbem i piękny, misternie wykuty miecz najbardziej zwracający uwagę.
*chciałbym mieć taki…*
Wzrok miał srogi a i głos nie odmieniał pierwszego wrażenia na temat jego charakteru.

Za chwilę byli już na ulicy, znów na deszczu. Ruszyli szybkim, ciężkim krokiem ochlapując się nawzajem.
-Cieszymy się że mamy tak wspaniałą pomoc – spróbował zagaić Barian
-Zapewne byśmy nie mieli gdyby wśród zaginionych nie było kapłana… – odpowiedział Abimelech nie czekając na rycerza, który teraz się przytrzymał i spojrzawszy zabójczo i głosem najpoważniejszym jaki istnieje rzekł:
-Nie drwij z władzy której służysz i którą wspierasz, a która Cię karmi i ubiera.
-Tylko żartuję. Przepraszam jeśli Cię to uraziło. A teraz nie stójmy tu bo nam miecze pordzewieją. Chodź.
Ruszyli dalej. Abi czuł respekt przed rycerzem, wiedział że w walce na miecze nie miałby szans, zastanawiał się czy miał konia.
*w sumie nic nie szkodzi spytać*
-Masz konia rycerzu?
-Owszem, Zostawiłem go w najlepszej stajni w mieście pod opieką najlepszych stajennych, nie chciałem żeby łaził po tym deszczu.
-I już cię lubię. Ale zapewniam Cię że nie ma lepszego opiekuna do koni w mieście niż ja. Acha… byłbym zapomniał najważniejszego pytania: Jak masz na imię?
 
__________________
Dobry dyplomata improwizuje to, co ma powiedzieć,
oraz dokładnie przygotowuje to, co ma przemilczeć.

Ostatnio edytowane przez zbik_zbik : 21-03-2008 o 07:55.
zbik_zbik jest offline  
Stary 21-03-2008, 01:39   #9
 
Rewan's Avatar
 
Nigdy nie miał głębokiego snu, ale teraz płytkość jego snu przekraczała wszelkie granice. Budził się momentalnie, na sygnał. Ramię piekło, blizna dawała o sobie znać. W akompaniamencie deszczu dudniącego o szyby okna usiadł na łóżku. Czarne, przetłuszczone włosy pozostawały w swoistym nieładzie i można powiedzieć, że to one dodawały mu uroku osobistego. Spał w ubraniu. Zadania nadchodziły nieoczekiwanie. Nigdy nic nie wiadomo w jego dziwnym życiu. Pewna była jedynie jego droga, gdy go wezwą. Zawszę ta sama. Monotonna... Wstał z łóżka na równe nogi, podszedł do uszykowanego plecaka z odzieniem i przedmiotami na akcję i zarzucił go przez ramię. Wyszedł przez drzwi, które zaskrzypiały niemiłosiernie. Pierwsze krople spadły na jego twarz, zaraz po nich setki kolejnych. Powoli uniósł głowę ku ciemnemu niebu by ujrzeć źródło deszczu. *Kto tym razem... Tyle twarzy zlewających się w jedną całość...* Wreszcie jego twarz opadła. Ruszył. Nie musiał przywoływać do pamięci mapy miasta, bo tą drogą chodził na tyle często, by dojść tam z zamkniętymi oczami. Innymi słowy było to zbyt często... Często spotykał nawet tych samych przechodniów, najczęściej o tym samym czasie. Jedyne co ich różniło to odzienie. Ale to jedynie w przypadku istot z wyższych sfer. Deszcz grał swoją muzykę, a Diego starał się wsłuchać w jego rytm. To go uspokajało. Pozwalało choć przez chwilę o niczym nie myśleć. Dawało mu poczucie nieokiełznanej ekstazy.

*

Droga do karczmy jakoś mu umknęła. Znalazł się w końcu przed jej wejściem. Nad wejściem wisiał odnowiony szyld "Pod traktem", kołyszący się miarowo na niespokojnym wietrze. On sam był całkowicie przemoczony. Z końcówek włosów spadały po kolei kolejne krople, by dalej kontynuować swoją podróż do ziemi. Wszedł beznamiętnie do karczmy i omiótł wzrokiem jej wnętrze. Wszystko nowe (wszak ta praca przynosiła korzyści), a w samej karczmie był jedynie sam karczmarz. Skinął mu głową, lecz Diego nie raczył zrobić tego samego. Ruszył do drewnianych drzwi na zaplecze, które stanęły przed nim otworem. Obszedł skrzynki i bezceremonialnie podniósł właz. Zeskoczył z gracją godną elfów i wylądował na ugiętych nogach działających jak amortyzatory. A deszcz wpadł tam równie bezceremonialnie... Tunel spowijała ciemność, lecz nawet w nich dostrzegł zarysy dobrze znanych mu drzwi. Szybkim krokiem przeszedł korytarz i zapukał czterokrotnie, następnie wszedł. I tym razem nie wykonał gestu powitania. Czuł do nich pogardę. Czuł pogardę do samego siebie...
 
Rewan jest offline  
Stary 21-03-2008, 11:11   #10
 
Potwór's Avatar
 
*Boże co za miasto, na każdym kroku złodzieje, dziwki i kanciarze*
*Ale ty też jesteś złodziejem...*
*No i kto by pomyślał żeby złodziej okradał innego złodzieja...*

Te i inne myśli przemknęły przez głowę Victora gdy ten biegł ulicą za dzieciakiem który ośmielił się tknąć jego sakiewki, parsknął tylko gniewnie gdy zobaczył jak zwinne dziewczę raz dwa wskakuje na dach kamieniczki *cholera, już nie te lata na takie zabawy* po chwili sam znalazł się ponad ulicami, wlazł po rynnie, może wolniej i nie w tym stylu ale do cholery - miał już prawie czterdzieści lat miał zamiaru skakać po parapetach jak jakaś pieprzona wiewiórka. Lekko zdyszany rzucił się biegiem za oddalającą się dziewką, na szczęście z lewej biegła Aleja Wiązów - brukowana ulica szeroka na jakieś osiem metrów, a na lewo, skromniejsza nieco, Mostowa biegła prosto, jak w mordę strzelił w stronę rzeki - tak czy siak dziewczyna mogła biec tylko w dwóch kierunkach nie tracąc czasu na zejście na chodnik.

No tak, biednemu wiatr w oczy... Dziewczyna nagle zatrzymała się, spojrzała niepewnie na Victoria i siuuu... zeskoczyła w dół *znowu?* Mężczyzna dobiegł do miejsca gdzie złodziejka zeskoczyła i zobaczył nią samą wygrzebującą się z wypełnionego sianem wozu, już miał skakać gdy z pobliskiej stajni wytoczyła się grupka zapijaczonych parobków. Zakapiory najwyraźniej miały plany odnośnie wozu z sianem i dziewki gdyż...
-Podejdź tu, do nas dziewczynko, zabawimy się. - krzyknął najwyższy z nich, człowiek o bulwiastym, wielokrotnie łamanym nosie. Nie zważając na sztylet trzymany przez złodziejkę w dłoni szybko złapał ją za rękę i wykręcił ją za jej plecy przystawiając jej jednocześnie ostrze miecza do gardła. Chwilę szeptał jej coś do ucha co zostało skwitowane nagłym wybuchem śmiechu jego towarzyszy.

Korzystając zaaferowania napalonych chłopów dziewczyną Victor zlazł na dół po rynnie i cicho podszedł do zbiegowiska. Szarpiący się z koszulą dziewczyna pijak o mało co nie wyzionął ducha gdy tuż nad jego uchem rozległo się głośne -BU!- zaklną szpetnie i już miał się obrócić gdy nagle zamarł bez ruchu czując ostrze sztyletu tuż pod jabłkiem Adama. W zastałej nagle w uliczce ciszy wyraźnie słychać było szczęk żelaza wyciąganego z pochwy.

-Mam ze smarkaczem porachunki do wyrównania, spieprzać mi stąd i żebym was lepiej więcej nie widział. - rzekł cicho złodziej, dla większego efektu swych słów przystawiając ostrze miecza do grdyki jednego z niedoszłych gwałcicieli.

Victor uśmiechnął się szeroko widząc że jeden ze zbirów najwyraźniej poszedł po rozum do głowy bo nagle się obrócił i zaczął uciekać jak najdalej od swoich towarzyszy, niestety dwójka z nich była dość pijana by wierzyć w swoje siły i sięgnęła po miecze. Evans nie miał zamiaru walczyć z tymi trzema chłystkami, rzucił sztyletem w jednego z napastników trafiając go w dłoń, a drugiego, tego któremu do tej pory przystawiał nóż do gardła trzasnął potężnie rękojeścią w potylicę.

Po chwili w zaułku były tylko trzy osoby: zamroczony zbir na ziemi, chowający miecz Victor i dziewczyna która rzuciła tylko krótkie -dzięki - i znowu rzuciła się do ucieczki *cholera*. Victor już przez chwilę myślał że stracił swoją sakiewkę, zdyszany z każdą chwilą był coraz dalej od złodziejki gdy nagle los się do niego uśmiechnął. Dziewczyna wbiegła do ślepej uliczki, rozglądała się przerażona szukając jakiejś drogi wyjścia gdy po raz kolejny usłyszała szczęk miecza - to Evans blokował jedyne wyjście z zaułka.
-Moja sakiewka...
 
Potwór jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:22.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172