Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 31-03-2008, 22:08   #1
 
kabasz's Avatar
 
[Autorski] Projekt Genui

Projekt Genui

- Każda historia ma swój początek, moment od którego wszystko się zaczęło. Czy znam odpowiedzi na wszystkie wasze pytania ? Pewnie nie, choć mogę przysiąc iż próbowałam się dowiedzieć o Nich wszystko. Możecie być tego pewni. Jednak cena jaką zapłaciłam za każdy najmniejszy skrawek informacji była zbyt wysoka. Nie oczekuje od was zrozumienia. Zrobiłam to co musiałam a przynajmniej to co wtedy uważałam za słuszne. Czy jestem winna ich śmierci ? Chyba tak... chociaż, nie wiem... może. To jednak już nie ma znaczenia. Chcecie wiedzieć jak to było ? Od czego się to zaczęło ? Dobrze więc, jeśli ktoś ma ochotę niech usiądzie. Ja postaram się opowiedzieć w najdrobniejszych szczegółach. Podróżowałam po świecie marząc o odnalezieniu odpowiednich obdarzonych, było ciężko, ale się nie poddawałam. Rozwijałam swój dar, uczyłam się go, starałam zrozumieć. Jednak to nie jest teraz istotne, liczą się fakty. Zacznę więc od początku, moja historia rozpoczęła się wiele lat temu w Berlinie ...

Berlin.
Uwe Schmit dopiero co zasnął. Dzisiejszy wieczór jak co roku stanowił dla niego swoiste wyzwanie. W końcu jak można spokojnie zasnąć w rocznice śmierci swojego dziecka ? Tuż przed snem wyrzuty sumienia, gniew i bezradność jak co roku wypełniały jego myśli. Nikt raczej nie powinien się temu dziwić. Każdy rodzic zadawał by sobie te same pytania. Dlaczego ktoś odebrał mojemu dziecku życie ? Dlaczego śledztwo stanęło w martwym punkcie ? Dlaczego morderca mojego syna chodzi wciąż na wolności ? Dlaczego ? Dlaczego ludzie śmią twierdzić, że Bóg jest sprawiedliwy skoro taki skurwiel Michael Fire morderca dwuletniego dziecka jeszcze oddycha.

Pytania o powód tam gdzie nie ma jednoznacznych odpowiedzi mogą każdego doprowadzić do obłędu.

- To musi zabijać cię od środka. Dziś mija czwarta rocznica śmierci twego synka. A ty jeszcze nie zdołałeś go pomścić. Ba ! Nawet nie masz pojęcia co tak właściwie się stało tego dnia. Ja mam. Twój syn umarł na moich oczach, nie mogłem nic zrobić aby powstrzymać tą tragedię. Ona była zbyt silna, pamiętam każdy jego gest. W oczach miał strach gdy małymi rączkami próbował się obronić, odepchnąć ją. Oczywiście, że nie miał nawet najmniejszych szans. Twoja żona Anna leżała nieprzytomna kilka metrów dalej. Mały myślał iż nie żyje. Łkając wymawiał co trochę „mamo”. Jednak i to JEJ nie powstrzymało. Ona dokładnie wiedziała co robi gdy zadała pierwszy cios. Mały żył gdy kawałek po kawałku z jego skóry ta dziwka wykrajała kolejne płaty. Zresztą nie musisz mi wierzyć. Chcesz ? Pokaże ci. Zobacz sam na własne oczy.

Mętny głos w głowie Uwe nie miał żadnych skrupułów podkreślając co trochę makabryczne detale pamiętnej nocy. Głos nawet nie zadrżał gdy wspominał o męczarniach jakie musiał przechodzić maluch. Kim była osoba, która w tonie swej wypowiedzi nie okazywała żadnych ludzkich uczuć. Opisywanie takich faktów wszakże dla normalnego człowieka powinno być trudne. No chyba iż Uwe śnił a jego umysł płatał mu kolejnego figla.

Dom państwa Schmit. Przedmieścia Berlina. Dzień tragedii

Anna Schmit leżała zmęczona na zielonej kanapie. Obok niej krążył w koło mały Udo. Pełen werwy maluch stanął tuż naprzeciwko głowy rodzicielki
- „Mamo, nie spij”
Powtarzał w koło trącając paluszkiem o jej powiekę. W końcu zrezygnowana kobieta pogłaskała blond włosy malca i z lekkim uśmiechem stwierdziła.
- 10 minut. Udo 10 minut. Mama musi trochę odpocząć. Pobaw się grzecznie zabawkami.

Uwe stał na środku pokoju gościnnego gdzie tuż obok niego leżała zmęczona Anna. Kobieta od kilku dni skarżyła się na nieprzespane noce. Dobrze pamiętał jak bardzo męczyła się wtedy przy codziennych obowiązkach.

- Ona nie usłyszała, żadnych kroków.... Nic z tego co pamięta nie było prawdą, to co teraz zobaczysz odpowie na najważniejsze twoje pytanie. Dlaczego ktoś miałby skrzywdzić twoje dziecko w ten sposób ? Podstawowe pytanie jednak brzmi ... Czy jesteś na to gotowy ?

Młody Azjata stanął przed Uwe. Ręką przejechał po długich kręconych włosach Anny. Nie wywarło to jednak na niej najmniejszego wrażenia.


Park Miejski. Dokładna lokalizacja nieznana.

Wiecie jak to jest mając te naście lat przekroczonych nie tak znowu dawno, człowiek jeszcze młody, zniesie wiele. A że w domu żona czy też mąż nie czeka to korzysta się z życia na ile tylko Bóg pozwoli. Każdy musi zrozumieć prawa rządzące młodością – to prawa dzikie i nieokiełznane. W końcu nikt nie odmówi sobie Majówki w gronie dobrych znajomych z grupy. Każdy student przeżywa to choć jeden raz, tak zwany morderczy poranek.

Robert pogrążony był w śnie już od dobrych kilku godzin, nie przeszkadzały mu niewygodne warunki miejsca snu, fakt iż spędził noc tylko w samiuteńkiej bieliźnie, oparty o konar drzewa. Tak już jest, kiedy wypije się o jeden kieliszek, butelkę, zgrzewkę za dużo. Człowiek jest w stanie zasnąć wszędzie. Chyba tylko dlatego, że Robert należał do tak zwanych dobrych ludzi, przepełnionych optymizmem i chęcią życia, nie był sam w tej jakże nieprzyjemnej pobudce. Koło nóg studenta ułożył się do snu mały szczeniaczek. Piesek wtulił się w ciało mężczyzny, dostarczając choć odrobiny ciepła. Jako typowy miejski kundelek pokryty był gęstą, czarną, krótką sierścią, choć każda z czterech jego łap była śnieżno biała. Gdyby mu się dokładnie przyjrzeć można by ulec mylnemu wrażeniu iż kolor jego sierści począwszy od łap skończywszy na pysku przechodzi przez wszystkie odcienie szarości.

Słońce powoli wschodziło ogrzewając tors chłopaka. Pierwsze przebłyski świadomości z trudem przedostawały się do ociężałej głowy studenta. Dochodziła już piąta i gdy mózg w pełni począł już pracować, Robert zdał sobie sprawę iż nie ma najmniejszego pojęcia gdzie jest. Ostatnią rzeczą, która utkwiła mu w głowie to spotkanie w Akademiku u Magdy - koleżanki z grupy. Szykowali się do wyjścia, zapowiadało się ciekawie już od samego początku. Teraz jednak leżał nagusieńki z psem wtulonym w jego nogach, ale to nie był koniec nie miłych niespodzianek tego dnia. Ręce mężczyzny splecione za drzewem o które przyszło mu się opierać cały ten czas, połączone były zimnym metalem kajdanek. Drzewo choć nie było zbyt grube jednak wysokością przekraczało dwa metry. Jak już powiedziałem, młodość ma swoje prawa - dzikie i nieokiełznane.

Miami Noc.

- Lowrence ! Nie możemy go tak zostawić ! To jeszcze dziecko !
- Przygłup i debil zrodzony z jakieś suki. Co mnie obchodzi, że na niego polują ?!
- On może nam pomóc. Dobrze wiesz jak, zna połączenie, nie odtrąca nas. Chcesz załatwić swoje sprawy równie mocno jak ja, dlatego błąkasz się koło tego jak go sam nazwałeś debila. Myślisz, że nie wiem na czym tobie zależy ?! Chcesz by to odnalazł, teraz jest za młody, ale to twoja ostatnia szansa aby oczyścić ją z zarzutów.
- ZAMKNIJ SIĘ SUKO! Nie wytykaj mi mojej przeszłości ! Myślisz, że nie znam twoich zamiarów ? Wredna kurwo co ty myślisz ? Słodką gadką i opieką nad szczylem zaskarbisz sobie jego łaski ? Gówniarz za nic nie pomorze Tobie w spaleniu listu. Krążysz na tym świecie już od wieków szukając idioty, który odwali za ciebie brudną robotę i myślisz ,że ten dzieciak jest w stanie tobie pomóc ? Szczerze wątpię.
- Dobra, oboje mamy swoje plany wobec McWicka. Jednak, jeśli Ono nie przestanie go nachodzić młody na nic się nam nie przyda.
- To co proponujesz mała?!
- Musimy jak najszybciej pozbyć się konkurencji, pojęcia tylko nie mam jak.

John McWick już od tygodnia nie miał żadnego kontaktu z Lowrencem i Carmen. Sam jeszcze nie próbował ich przyzwać, miał na głowie znacznie większe problemy niż brak towarzystwa tej dwójki. Już siódmą noc z rzędu nie mógł zasnąć. I nie chodzi tu o zwykłe problemy z bezsennością w jego życiu pojawił się nowy Cień. Przynajmniej tak to wyglądało na pierwszy rzut oka, może dlatego pozostała dwójka odsunęła się na bok, dając czas „nowemu” na przedstawienie się ? Tak samo było kiedy Lowrence po raz pierwszy się skontaktował. Carmen nie dawała znaku egzystencji dobrych kilka tygodni.

Niemniej jednak teraz jego „pomocnicy” zamilkli a każdej nocy przez ostatnich siedem dni punktualnie o północy małe dziecko cichutkim szeptem spokojnie śpiewało takie słowa kołysanki:


Dzień się skończył.
Śpi już słońce,
śpią jeziora, góry, las
Zaśnij dziecię, zamknij oczy
Bóg miłuje nas.

Dziecko nuciło kołysankę zawsze kiedy John już prawie zasypiał. Dziś tak jak każdej z ostatnich siedmiu nocy chłopak usłyszał pierwsze słowa kołysanki. Nie był świadomy tylko jednej rzeczy... Lowrence i Carmen odkryli jak pozbyć się intruza...
-

„Droga” wjazdowa do Limy.

Piiiiiiiiiiiiiiii!
Rozległ się donośny dźwięk klaksonu. Jakiś taksówkarz nawoływał klienta. Tuż obok niego mały czarny kundel zanurzył swój pysk w padlinie. Psiak oblizał się przy tym tak parszywie słodko. Jakaś kobieta w długiej kwiaciastej sukni wbiegła na nieszczęśnika odganiając go od zdobyczy. Ten wskoczył na ulicę przez co prawie przejechałem go siedząc wygodnie na motocyklu. Tak właśnie przywitała mnie Lima po dwóch miesiącach zbyt krótkiego urlopu. Przyznać muszę iż nawet pokochałem ten parszywy smród na drodze. Taki zaduch panuje co prawda tylko na drogach wylotowych , ceglane przydrożne domy aż nasączone są tym słodkim zapachem potu. Większe miejscowości nie są znowuż aż tak zaniedbane, jednak drogi wjazdowe. No cóż trzeba byłoby mieć drogi oddechowe charta aby nie poczuć tej woni. Szczerze powiedziawszy nie mam najmniejszej ochoty wracać do codzienności. Producent skomlał coś o kontrakcie i natychmiastowym zjawieniu się mojej dupy w studio bo inaczej przekonam się iż twardy to on potrafi być nie tylko w gębie. Osobiście nie miałbym nawet nic przeciwko jednak wątpię by miał na myśli to samo co ja....

Matsuei – sushi bar. Dzielnica Świętego Izydora. Lima

- Carmen ! Możesz mi wytłumaczyć moja droga dlaczego spóźniłaś się prawie godzinę ?! Przecież dobrze wiesz jak bardzo tego nie toleruje. Czy ty uważasz, że możesz przynosić swoją kościstą dupę za każdym razem o innej godzinie ? Ludzie tu pracują gwiazdeczko i niech ci woda sodowa nie uderza zbyt do głowy bo panna zagrała w kilku niskobudżetowych produkcjach. Weź się do roboty, albo droga wolna !

Alberto najwidoczniej nie miał dziś zbyt dobrego humoru. Dostawało się wszystkim - już od wejścia Carmen usłyszała jego doniosły głos ochrzaniający kucharza iż z sali wróciła właśnie porcja niedogotowanej pasty. A każdy nawet największy debil jest w stanie ugotować odpowiednio makaron. Rozwścieczony mężczyzna gdy tylko zobaczył w drzwiach Carmen nie omieszkał wytknąć jej przeszło trzydziesto minutowego spóźnienia. Gdyby nie jej dar utknęła by w korku. Znów miasto nawiedziło trzęsienie ziemi co skutecznie utrudniło komunikację, nie było to nic nadzwyczajnego w końcu Lima drży średnio cztery razy dziennie. Spóźniła się jednak do pracy i chyba nie trafiła na zbyt dobry humor zwykle kochanego Alberto.

Tak rozpoczął się kolejny zwyczajny dzień pracy Carmen.

Lyon Apteka Koné

- Oj sama nie wiem panie Samuelu. Nie chcę się panu narzucać jednak tylko pan potrafi zrozumieć duszę schorowanej starej kobiety. Te krople co to mi pan przepisał dwa tygodnie temu wcale nie pomagają, oczy swędzą mnie nadal choć muszę przyznać iż oko już mi tak nie migoce. Nie miałby pan coś innego na to swędzenie ? Wie pan poszłabym do doktora Martina, ale on przepisałby mi znowuż jakieś drogie świństwo, co to tylko biegunki bym po nim dostała. Jak ostatnim razem ! Poszłam do niego, bo to moje nieszczęsne kolano bolało mnie niemiłosiernie. To przepisał mi jakąś taką maść co to po niej zgagę miałam. Na pewno po niej bo niby po czym innym ? Jak jeść jadłam to samo pić jak zwykle zielona herbatę tylko popijałam no to po czym innym by mi ta zgaga wyszła ? ...

Pani Florence była pierwszą klientką Samuela. Odkąd otworzył on aptekę, kobieta przychodziła do niego zawsze każdego dnia punktualnie o dziesiątej. Z tego co zdążył się on już o niej dowiedzieć ta milutka starsza pani, mieszkała sama a cała jej rodzina mieszkała obecnie w Paryżu. Odwiedzali ją rzadko, prawie wcale. Stanowiła miłe urozmaicenie codzienności, zawsze sympatyczna i uśmiechnięta przypominała babcię zabłąkanych dusz. Fakt biadoliła bezustannie prawiąc o swej przeszłości, trzech synach i gromadce wnucząt. Jednak była wartościowym towarzyszem życia dla Samuela Koné. Ten czarnoskóry mężczyzna odkąd tylko dowiedział się iż ta starsza pani nie ma kontaktu ze swoją rodziną i nie ufa zbytnio swym lekarzom. Począł szykować grunt pod swe badania. W końcu aby udoskonalać śmiercionośne bakterie potrzebna jest osoba na której można by testować swoje zabawki, nieprawdaż ?

Szkocja, Ayr

Blond włosa młoda kobieta szła spokojnie wąskim korytarzem. Nie była ani za szczupła ani za niska. Choć przeciętnej urody, miała w swych kocich ruchach coś co nie pozwalało oderwać od niej wzroku. Poruszała zwiewnie biodrami idąc w stronę gabinetu, który nie tak dawno zajmował Slim McKenzie. Zapukała do środka. Nie było jednak żadnego odzewu. Pewnym ruchem ręki nacisnęła klamkę, drzwi nie były zamknięte. W pomieszczeniu znajdowało się pełno bezwartościowych rupieci. Na parapecie kilka kwiatków, najwidoczniej nie miały cennej wartości dla McKenziego. Na całe szczęście. Nieznajoma uśmiechnęła się szeroko podchodząc do jednej z roślin. Pogłaskała liście paproci , te zawirowały pod wpływem jej dotyku. Nieznajoma uśmiechnęła się szerzej.
- A to ciekawe.
Stwierdziła zaciekawionym tonem, przypatrując się roślinności.

- Czego pani tu chce ?

Oburzonym głosem odezwał się starszy mężczyzna.

- Ja ? Szukam tylko wujaszka Slima. Myślałam, że uda mi się go zastać przed jego wyjazdem. Niestety się minęliśmy. Szkoda.
- Siostrzenica ? Tak ? To proszę mi powiedzieć gdzie pojechał wujo ?
- Hahaha. Chyba nie sądzi pan, że mogłabym zdradzić wujaszka. Dobrze wiem, że nie powiedział nikomu gdzie się udaje. W końcu miał zamiar zerwać wszelkie kontakty. Może mnie pan poprawić jeśli się mylę, ale czy on aby nie nakrzyczał ostatnio na pana za zbytnią ciekawość ? Nie ładnie wtrącać nos w nie swoje sprawy. Znam wujcia, bardzo dobrze. Jesteśmy w końcu rodziną.

Mężczyzna spojrzał na kobietę kąśliwym wzrokiem. Odburknął coś pod nosem, odwrócił się na pięcie i wyszedł na korytarz.

Mała pyskata smarkula. Kobieta usłyszała kąśliwą uwagę na swój temat.
Tak jeszcze mnie nie nazywali, hehehe dobrze wiedzieć iż nadal ktoś postrzega cię Erico jako smarkule. Hahaha

Tymczasem Slim McKenzi...
 
__________________
The world doesn't need anything from you, but you need to give the world something. That's way you are alive.

Ostatnio edytowane przez kabasz : 01-04-2008 o 11:42.
kabasz jest offline  
Stary 01-04-2008, 08:04   #2
 
Aveane's Avatar
 
Tymczasem Slim McKenzie wstał, jak zwykle, o 8.00.
- Kwestia przyzwyczajenia - pomyślał, ciesząc się z tego, że zrezygnował z pracy. - Będę musiał w końcu wybrać. Zrobię to później, przy śniadaniu.

Poszedł wziąć poranny prysznic, by się orzeźwić. Po drodze zahaczył o kuchnię - chciał wypić szklankę mleka. Przy okazji nalał mleko kotu do miseczki. Gdy się wyprostował - co skwitował lekkim stęknięciem - jego wzrok spoczął na kartce świątecznej, którą dostał kiedyś od siostry.
- Dlaczego tam pojechałaś? Przez Ciebie nie mam nikogo. Został mi tylko Bubble - nawet nie zdawał sobie sprawy, że mówi to na głos.

Po prysznicu włączył głośno płytę "First Harvest" Alphaville. Przyszła pora na śniadanie. Tak, jak sobie obiecał - zdecydował. Hiszpania. Andaluzja. Prowincja Huelva. Miasto... Huelva.
- Tak, to będzie to. Chyba można będzie się wykąpać w oceanie - zaśmiał się w duchu. Tak naprawdę decyzję podjął już dawno. Musiał tylko to przemyśleć. - Oby tylko mnie w muzeum Krzysztofa Kolumba nie zatrudnili - tym razem zaśmiał się głośno. Słyszał o tym muzeum u siebie w pracy. I tak naprawdę na tym się skończyła wiedza o celu jego podróży. - Oby znali tam angielski.

Z zamyślenia wyrwał go Bubble, który wskoczył mu na kolana. Slim bezwiednie zaczął go głaskać.
- Masz rację, kotku, trzeba działać.

Dzień wyjątkowo mu się dłużył - nic dziwnego. Pierwszy dzień bez pracy zawsze jest długi. Ale to nie powód, żeby przesiedzieć cały dzień w domu. Słońce już od dłuższego czasu widniało na niebie, gdy uczesał podsiwiałe już włosy i włożył garnitur od Armani'ego, w którym chodził do pracy. Wziął ze swojej półki fajkę, nabił ją, zapalił i wyszedł z domu. Złapał taksówkę i pojechał na lotnisko. Chciał... nie, musiał jak najszybciej opuścić Ayr.
 

Ostatnio edytowane przez Aveane : 01-04-2008 o 23:00.
Aveane jest offline  
Stary 01-04-2008, 15:12   #3
Moderator
 
Johan Watherman's Avatar
 
Uwe boleśnie zastanawiał się nad cała tą sytuacją. Czy faktycznie stał teraz widząc swego synka. Czy może coś wpędziło jego myśli do ponownego szaleństwa. Wiedział że takie coś jest możliwe. Myślał bardzo szybko, dla wielu ludzi było to tępo piorunujące i niemal nieludzie. Lecz to co mogło wydawać się zaletą, było w rzeczywistości przekleństwem w takich sytuacjach, kiedy to inny ludzie poddani szoku zdarzenia nie mogą dojść do siebie. W przypadku Uwe był to dłużący czas różnych domysłów i katorgi pod gradem rozmyślań.
Jakże cudnie byłoby ich wyrwać z tej mary do naszego świata, jakże wspaniale uciec w tą iluzję.... czemu on to zrobił? On.. mówił że ona, czyżby morderca był inny? Jak... dorwać tego sukinsyna czy czymkolwiek jest, rozerwać na strzępy... nie! Zabić to mało... Czemu? Dlaczego pozwana na to Bóg, czemuż ludzi zachowują się jak zwierzęta? Czemu akurat moje dziecko...
Przerwał lawinę domysłów, bolesnych myśli i wspomnień. Zacisną mocno prawą pięść jakby w niemym geście gniewy przed czymś niewypowiedzianym i nienazwanym. Spojrzał na azjatę spojrzeniem dziki, beznamiętnym i suchym. Jakby zwierzęcia zagnanego w ostatni róg. Właśnie w tych oczach błyskała cała tragedia jego życia i bezkresne pragnienie zemsty, niemoc która powstrzymywała działania.
-Czemu?
W jego głosi zabrzmiał dawny, pewny ton. Słowa wypowiedziane tak szybko, bez zawahania i z pewnością ich prawdziwości. Jednak treść była zgoła odmienna, rozpaczliwa. Uwe padł na kolana bezsilny pod ogromem widoku swej rodziny, pod bólem który czuł wiedząc że jest to stracone. Jeszcze raz zadarł głowę do góry.
-Pokaż co masz do ukazania...
 
__________________
Otium sine litteris mors est et hominis vivi sepultura.
Johan Watherman jest teraz online  
Stary 01-04-2008, 16:53   #4
 
Verax's Avatar
 
-Uczyłaś się już coś na koło?- zapytał stojąc oparty o ścianę akademickiego pokoju Magdy, właśnie podniósł głowę. Jego oczy zaglądające zza prostokątnych oprawek okularów, mętnie wpatrywały się w swoje lustrzane odbicie. Są zielone powiedział do siebie w myślach, jakby właśnie odkrył Amerykę. Przykuły uwagę jeszcze jego włosy znajdujące się w stanie "zmaksymalizowanej entropii"; jak zwykła mawiać profesorka od chemii nieorganicznej; Ma rację, powinienem częściej zaglądać w lustro. Wiedział, że i tak tego nie będzie robił. Spuścił głowę, słuchając dalej kawałka, który niedawno usłyszał w pewnej knajpie:
"Raissa, Raissa, Raisaa... No chodź, chodź ze mną do łóżka, no chodź, będę całował twoje palce, będę dotykał twoje nagie ciało.."
Słowa obijały mu się między uszami, Magda coś mówiła, ale nie docierało to do niego, słyszał jej głos dochodzący z toalety, ale nie sądził, że chciałby usłyszeć jej odpowiedź
-Taaaa, ja też- odpowiedział od niechcenia- skończyłaś już? Idziemy.
Poprawił obwisłą, granatową flanelową koszulę wiszącą na nim niczym na wieszaku, otrzepał przeprane, niegdyś czarne sztruksy i otworzył drzwi...

***

...Tyle pamiętał, leżąc beznamiętnie niczym kłoda, u stóp niewielkiego drzewa. Najgorsze jednak było to, że był omalże nagi, jedynie w slipach. Ten krępujący fakt przewiercał jego godność na wskroś "Pora wstać" powiedział w myślach, a psychika wzmocniła ten głos powodując ból nie do wytrzymania "Kac jest zły, cholera!" Był bliski puszczenia "pawia", się powstrzymał, otworzył oczy, rozejrzał się po okolicy:
-Gdzie ja jestem?- wyszeptał- cholera to nie park oliwski, wejherowski tym bardziej. Ja pierdole, co się w ogóle wczoraj wydarzyło? Dobra czas, trzeźwo pomyśleć- to zabrzmiało w jego sytuacji ironicznie.
Ledwo zdał sobie z tego sprawę, gdy pierwsze promienie słońca musnęły nagi, gładki tors mężczyzny. Fakt, że był tylko w majtkach przysłonił mu znowu świadomość, ale w tym jakże "magicznym" momencie poczuł, już nie tak dotkliwe, zimno metalu, które skuwało mu ręce.
Zauważył pieska leżącego przy swoim boku, to było przyjemne dla Roberta, wszak choć trochę ciepła i miłe nie rozgadane towarzystwo, które nie przysporzy go o dodatkowy ból głowy. Spojrzał jeszcze raz z ciekawością na bezpańskiego psa.
Wiedział co teraz trzeba zrobić, dobrze, że nie był taki jak wszyscy, inaczej posiedziałby sobie tu jeszcze podziwiając przyrodę i zniesmaczonych spacerowiczów, paląc się ze wstydu. Żegnajcie kajdanki
Skupił się przez chwilę, zamykając oczy,i starając się usunąć kajdanki oraz by stworzyć sobie ubrania.
 

Ostatnio edytowane przez Verax : 03-04-2008 o 16:48.
Verax jest offline  
Stary 01-04-2008, 22:01   #5
 
Hellian's Avatar
 
...kościsty tyłek... – o, to usłyszała wyraźnie i od razu poprawił jej się humor. – Dzięki Ci Święta Dziewico z Paucartambo, Panie Jezusie od Trzęsień Ziemi, choć pól godziny temu mi podpadłeś, i ty święty Heisenbergu, mój ukochany patronie. Działa pieprzona joga dla bogaczy.
Nie, przez Alberta nie rzucę tej roboty. Rzucę ją kiedyś przez te cholerne drewniaki. Nie wierzę, że gejsze w czymś takim chodzą, to nasza rodzima podróba odciska się na moich piętach. – myślała kłaniając się w pas rodzinie limańskich Japończyków. Facet pracował w ministerstwie spraw zagranicznych i utrzymał się nawet za Toledo. Dawał duże napiwki, ale uwielbiał mówić do Carmen po japońsku i głowę by se dała uciąć, że jakieś sprośności, bo jego żona się przy tym czerwieniła i czasem zostawiała Carmen drugi napiwek.
W restauracji ruch był jak zwykle ogromny. Klimatyzowana sala przyciągała prawdziwie florydzkim standardem. „Panie i panowie chcecie zażyć trochę luksusu w Limie, wstąpcie do Matusei.” Lecz dziś Carmen sama miała ochotę cisnąć w początkującego kucharza talerzem, gdy poczuła woń czosnku w daniu seniora Moreyry. Moreyra też dawał duże napiwki, ale tylko, gdy wszystko było tip top.
- Śliczności moje – zamiast tego zwróciła się do chłopaka grzecznie, ale tak by słyszał ją Alberto – ten czosnek jest gorzki, staraj się bardziej.
Prawdziwa suka ze mnie. – pomyślała - Dzieciak, ze swoją pozą macho za bardzo przypomina mi Raula.
W tej robocie dzień mijał szybko. Szybciej niż by chciała. Myślała trochę o wariacie z Europy, który od kilku dni nękał ją w grupie dyskusyjnej zwierzeniami o wyginanych chochlach. Na razie uparcie trzymał się dość spójnej wersji swoich zdolności i nawet miała mu odpowiedzieć; a warto zauważyć, że to byłby pierwszy; kiedy w ostatniej wiadomości poprosił ją o zdjęcie. Ech, matka miała rację, internet to siedlisko zboczeńców.
Na zewnątrz upał dawał się straszliwie we znaki, a w Ate–Vitarte, w sumie dość paskudnym przedmieściu u podnóża gór, było jeszcze kilka stopni goręcej. Thomas spędzał sobotę z ojcem i nie miała do kogo się śpieszyć. Faktycznie mogłaby iść na drinka na co namawiała ją Sandra, druga z kelnerek w "Matusei". Jutro miała przesłuchanie, ale dopiero o dwunastej.
- Dobra na jednego – zgodziła się w końcu – przyjechałam samochodem, a jak go zostawię na noc na Larco to mi klamki ukradną.
Pojechały do „Nieba”.
 
Hellian jest offline  
Stary 02-04-2008, 09:48   #6
 
Nagash Hex's Avatar
 
3 godziny wcześniej

Już czas...
Samuel Koné powoli otworzył oczy. Elektroniczny budzik rozpoczął poranną rutynę silnym alarmem. Jednak dzisiejszy dzień będzie inny... pomyślał rozbawiony. Wstał, wyłączył budzik i zajął się porannymi sprawami. Obojętny obserwator ujrzałby jedynie nieco zaspanego aptekarza szykującego się do pracy. Pomyliłby się... Koné dbał o szczegóły, więc zachowywał się normalnie. Jednak wewnątrz wrzał. Szybko dokończył śniadanie i zbiegł do laboratorium. Wreszcie po tygodniach żmudnej pracy odkrył odpowiednie połączenie zarodka z kroplami. Pani Florence zjawi się w aptece o 10.00... i dostanie swoje lekarstwo. Oczywiście, że wróci. pomyślał przygotowując potrzebne produkty. W końcu niedawno dostała złe lekarstwo. Wszystko gotowe. Fiolka wypełniona najlepszymi kroplami do oczu stała na stole. Sam westchnął głośno:
-Chwila ta zasługuje na uwieńczenie...
powiedział cicho do niewidzialnego towarzysza. Pora zaczynać. Koné powoli dotknął dłońmi fiolkę i rozpoczął swoje czary... Narodziny zarodka alergii trwały 5 minut. Jednak jego efekty pojawią się dopiero kiedy Pani Florence wypije swoją ulubioną zieloną herbatę.
-Oczywiście reakcja nie może być zbyt ostra. Nie chcemy przecież stracić naszego obiektu... przynajmniej na razie.

10.00

Pojawiła się punktualnie. Oczywiście, robiła tak 6 lat. Odkąd założył aptekę. Teraz należało wcisnąć jej zakażone krople i wymyślić jakąś dobrą historyjkę. Może przestrzec przed...

...czym innym by mi ta zgaga wyszła ?
Pytanie klientki wyrwało go z zamyślenia. Uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd białych zębów:
-Otóż to droga pani. Zawsze powtarzam, że lekarz nie powinien przepisywać leków. Dlatego właśnie wybrałem farmacje. Po medycynie można leczyć ludzi, ale czym leczyć wiedzą tylko farmaceuci. A co do problemów ze swędzeniem mam coś idealnego.
Samuel sięgnął pod ladę i podał pani Florence fiolkę z zarodkiem alergii.
-Jest pani pierwszą osobą, która kupi ten lek. Jakoś coraz mniej osób narzeka na podobne objawy. Na szczęście sam biorę ten lek, więc mogę zapewnić, że jest skuteczny. A dodatkowym atutem tego specyfiku jest niska cena. Wszystkie leki powinny być tanie, szczególnie dla starszych ludzi, prawda? To niedobrze, ze państwo nie dba o swoich obywateli. Staram się oczywiście obniżać ceny, ale rozumie pani...
Sam starał się szybko odejść od tematu skuteczności kropel. Cóż miała do niego zaufanie, ale nie warto ryzykować...
 
__________________
One last song
I want to give this world
Before it's gone
One last song
Nagash Hex jest offline  
Stary 02-04-2008, 17:00   #7
 
Potwór's Avatar
 
Przez kilkanaście lat w bidulu można się przyzwyczaić do wszystkiego, w tym do dziwnych odgłosów nocą, ale to już przerastało ludzkie pojęcie. John przewrócił się na drugi bok i przymknął oczy usilnie starając się ignorować dźwięk kołysanki.

Zaśnij dziecię, zamknij oczy
Bóg miłuje nas.

Nie no tego już za wiele – czas się przewietrzyć - o ile w przypadku gdy spało się na dachu bloku było miejsce gdzie można by bardziej się przewietrzyć. John zebrał swoje rzeczy, szybko bo i nie miał ich wiele i po schodach zszedł w dół - przez chwilę stał przed drzwiami budynku i zastanawiał się w którą stronę pójść - wschód - na przedmieściach znalazł ostatnio odpowiednie miejsce - dość odosobnione, ale nie aż tak by nie dojść tam na piechotę w ciągu 30 minut.

W końcu był na miejscu, cały, zdrowy i biedniejszy o kilkadziesiąt centów gdy wydał klepaki na parę batonów z automatu - jego pierwszy posiłek od dwóch dni - teraz właśnie przeciskał się przez ciasne przejście które jakiś czas wcześniej sam zrobił kawałem pordzewiałej rury mozolnie rozwalając cegły - ale opłacało się, jeśli dodać do tego starą szafę bez tyłu blokującą dziurę i zabite dechami okna miał swoją samotnię w której mógł "czarować" nie obawiając się że za chwilę wpadnie tu jakiś oszalały ćpun czy menel zbierający żelastwo. Przez chwilę wpatrywał się w przestrzeń (jeśli przestrzenią można nazwać stare ściany pokryte odłażącą tapetą i gdzieniegdzie grzybem) wiedział że to co ma zamiar zrobić może nie tyle zaoszczędzić mu kłopotów co jeszcze ich namnożyć ale co tam. Rozsiadł się wygodnie na starym materacu leżącym w kącie, oparł się plecami o ścianę i zamknął oczy - przez chwilę oddychał wolniej, a gdy wprowadził się w coś co z braku lepszego określenia można nazwać transem myślami poszukał w okolicy jaźni Cienia który nękał go już od tygodnia.
- Pokaż mi się! Pora sobie raz na zawsze coś wyjaśnić.
 
Potwór jest offline  
Stary 08-04-2008, 16:39   #8
 
kabasz's Avatar
 
Szkocja, Ayr. Dom Slima McKenzi

Nie trudno było znaleźć dom wynajmowany przez McKenziego. Już w jego gabinecie Erica doskonale wiedziała czego należy się spodziewać po Slimie. Paprocie aż prosiły się o kilka kropel wody, mężczyzna nie miał w zwyczaju dbać o roślinność. Nic więc dziwnego, że gdy ujrzała zaniedbany stary dom z nieprzystrzyżoną ( kilku centymetrową) trawą witającą od strony ulicy. Chwastami wyrastającymi ponad krzaki białej róży i połamanymi gałęziami niczego niewinnej jabłoni, Erica wiedziała od razu do kogo należała ta „posiadłość”. Podeszła bliżej drzewa, czule dotknęła jego korzenia. Przymknęła lekko powieki.

Pojechał taksówką, nie wziął bagaży. Twierdzisz, że wróci. Nigdzie by się nie ruszył bez swego pupila. Hehehe Mogłam się spodziewać starokawalerskich zwyczajów po tym człowieku. Dziękuje, byłaś bardzo pomocna.

Podeszła do drzwi frontowych, rozejrzała się wkoło sprawdzając czy nikt ją nie obserwuje. Przyłożyła palec wskazujący do zamka od drzwi. Z jego koniuszka wyrosła mała roślinna. Pnącze zwinnie przecisnęło się przez dziurkę od klucza. Kobieta przekręciła palec, rozległ się dźwięk przekręconego zamka. Weszła szybko do środka. Miała zamiar poczekać na Slima, w końcu mężczyzna zamierzał wrócić do domu.


Lima, w drodze do Nieba

- Mam dość tej roboty. Dzisiaj jeden klient próbował wymusić na mnie randkę. Był nawet uroczy, ale wyobrażasz sobie jaki tupet. Podeszłam do stolika, przyniosłam zamówienie. On po kilku minutach wezwał mnie ponownie do stolika wyzwał od niechluj, że niby sztućce nie umyte, sushi nie świeże a talerze brudne. I on nie wyobrażał sobie tak marnych standardów za takie pieniądze jakie płaci. Po czym z bezczelnym uśmiechem dodał iż zapomni o wszystkich niedogodnościach jeśli dam mu swój numer telefonu ! Aż miałam ochotę wbić mu widelec w tyłek. Bogaty dupek, który myśli iż można pomiatać człowiekiem tylko dlatego, że ma taki kaprys.

To by wyjaśniało palącą chęć Sandry do spędzenia przyjemnego wieczoru, z dala od codzienności. Wściekła na klienta kobieta przymknęła powieki. Kilka minut później były już na miejscu. Lokal wypełniony był po brzegi, grupka młodych ludzi dawała popis swych umiejętności wokalnych. Grali całkiem przyjemnie.
- Wezmę „Mexican Itch”
Sandra z szerokim uśmiechem zamówiła pierwszego drinka.
Gdy barman podał jej sól, tequila i limonkę, kobieta bez wahania polizała sól, duszkiem wypiła tequile i przegryzła limonką.
- Jak ja nienawidzę tej roboty.

Dom państwa Schmit. Przedmieścia Berlina. Dzień tragedii

Azjata wbił z niedowierzaniem wzrok w Uwe.
- POKAŻ CO MASZ DO POKAZANIA ?!

Powtórzył z niedowierzaniem. Głos Azjaty zmienił się nie do poznania.

- Ani jednej zwyczajnie ludzkiej emocji ?! Żadnych pytań, dociekliwości, żadnych niepewności ? Straciłeś całą rodzinę teraz zjawiam się ja a ty pragniesz być tylko na łasce moich informacji ?! Popełniłem błąd. Teraz to oczywiste, nie mam zamiaru narażać swojej skóry dla kogoś kto jest martwy od środka.

Azjata odsunął dłoń od głowy Anny. Zrezygnowanym gestem machnął ręką w powietrzu. Wyglądał jakby trafił w niego piorun. Co mogło go tak rozjuszyć ? Czy aby tylko zachowanie Uwe. Z szaleństwem w oczach podszedł do Niemca. Pstryknął palcami tuż obok jego twarzy.

- Może to wskrzesi w tobie choć odrobinę chęci walki.

Wnętrze domu zmieniło się całkowicie. Na ścianach było pełno krwi, z podłogi wyrastały długie pnącza, tuż obok Uwe leżał oderwany płat skóry przedramienia jego syna. Z kuchni dobiegał krzyk dziecka, krzyczał coraz głośniej:
- MAMO!

Chwilę później wszystko umilkło, z kuchni wyszła blond włosa młoda kobieta, nie przypominała kogoś kto mógłby z takim okrucieństwem dokonać takiego mordu.

- Ona nie odczuwa emocji. Przestała być człowiekiem dawno temu. Ja wiem jak ją powstrzymać, ale do tego potrzebne jest serce. Ty najwyraźniej utraciłeś je już dawno.

Dźwięk budzika obudził Uwe. Z nosa ciekła mu krew.

Park Miejski.

Robert poczuł jak ucisk metalu powoli znika z jego dłoni a ciało chłopaka pokryło się przyjemnym w dotyku materiałem. Wszystko poszło według planu, kajdanki zniknęły, powoli uformowało się na nim nowe ubranie. Pies odskoczył zdziwiony niespodziewanym widokiem począł szczekać wniebogłosy. Robert z ulgą otworzył oczy jednak widok ,który ujrzał nie był do końca jego wymarzonym. Stworzone przez niego ubranie było niczym innym jak habitem. Młodzieniec stał koło oskubanego drzewa ubrany w sutannę sięgającą mu do kostek. Nie tego się spodziewał jednak na bezrybiu i rak ryba.

Pocieszające było to, że jak wstał poznał od razu miejsce w którym przyszło mu się obudzić. To park nie daleko jego uczelni. Bawili się tu nie raz ze znajomymi. Oddalony niecałe dwa kilometry od akademika mógł spokojnie dojść ten kawałek do mieszkania. Co prawda wymagałoby to małego spaceru w stroju księdza jednak była wczesna pora i na pewno zbyt dużo ludzi jeszcze nie krążyło po mieście.

Lyon Apteka Koné

- Ma pan całkowitą rację, jeszcze trochę i nie będę mogła bagietki kupić. Teraz wszystko coraz droższe a do emerytury nic nie dołożą. A ja tyle lat ciężko pracowałam, imałam się przeróżnych zajęć. Zdrowie traciłam a teraz ciężkie pieniądze muszę na te leki wydawać, toż to nieludzkie. Jednak co zrobić, dobrze że chociaż pan zawsze dopomoże panie Koné.

Pani Florence drążącą dłonią położyła na ladzie kilka euro, nie czekając na wydanie reszty wzięła do ręki flakonik i schowała go do torebki.

- Oj nie mówiłam panu kochany Samuelu. Moja wnuczka Alice przyjeżdża dzisiaj. Powiedziała, że stęskniła się za mną. Upiekę trochę babeczek kokosowych, które tak uwielbia. Na pewno się ucieszy.

Samuel nie kojarzył, żadnej wnuczki pani Florence o imieniu Alice. Albo pamięć kobiety płatała jej figla albo nie wspomniała jeszcze ani słowem Samuelowi o tej dziewczynie. Do apteki weszło kilku klientów...

Miami, Noc. „Bezpieczna” kryjówka

John miał trudności z przyzwaniem cienia dobrych kilkadziesiąt minut. Każda próba kontaktu kończyła się tak samo - kompletną ciszą. Może z powodu głodu jaki odczuwał, może z faktu iż przez ostatnich kilka dni nie zaznał odpoczynku ? Nigdy jak dotąd nie miał większych trudności z utworzeniem kontaktu. Teraz zaś stawało się to powoli niemożliwe.

- Debil próbuje pogadać z „Kołysanką”. Na nasze nieszczęście coś mu mała nie idzie nawiązanie tego pieprzonego połączenia. Nie mówiłem, że to idiota ? Nawet nie potrafi skoncentrować się na duszy byle młokosa. Nie pozostaje nam nic innego jak czekać, aż jaśnie Pan Pierdołowaty odwali swoją część roboty.

- Spokojnie, jest głodny i zmęczony. Ono nie dawało mu spokoju cały ten tydzień nie spodziewaj się teraz, że John będzie w pełni sił witalnych. To przecież tylko człowiek. Trochę cierpliwości nie zaszkodzi Lowrence.

Cisza jaką od kilkudziesięciu minut trwała w kryjówce Johna stawała się powoli nie do zniesienia. Za plecami chłopaka na ceglanej ścianie powoli wychodził krwawy napis

Dzień się skończył.
Śpi już słońce,
śpią jeziora, góry, las
Zaśnij dziecię, zamknij oczy
Bóg miłuje nas.

Krople krwi spadały na głowę młodzieńca.


Przedmieścia Nagoji. Dom rodziny Nakada

Hayato Hamaru należał do ludzi, którzy mówili niewiele. Był cichy, melancholijny nigdy nie zwierzał się z swych uczuć. Szczególnie milczący był w towarzystwie swej najstarszej wnuczki Seiko. Nie wytworzył z nią tak potrzebnej więzi emocjonalnej. Widywali się rzadko a jeszcze rzadziej odzywał się on w jej towarzystwie. Nauczona szacunku, nie skarżyła się. Każdemu z rodziny należy się szacunek. Nic więc dziwnego, że gdy weszła do domu rodzinnego i zastała tylko samego dziadka poczuła się nieswojo. Na dodatek Deiko musiał coś jeszcze załatwić na mieście, nawet nie wszedł do domu. Powiedział tylko, że nie będzie go kilka godzin a pozostali członkowie rodziny przyjdą dopiero po południu. Wizja samotnie spędzonego przedpołudnia z mężczyzną o którym wiedziała tylko tyle, że łączą ją więzy krwi przyprawiała o lekkie zakłopotanie.

- Dzień dobry Seiko.

Hayato ukłonił się w geście przywitania.

- Gdzie jest Deiko ? Przyszłaś sama ? Zresztą nie ma to już najmniejszego znaczenia. Ona nigdy się nie myliła co do mnie. Jest dokładnie tak jak przepowiedziała.

W dniu twojej śmierci, odwiedzi cię pierwsza z drugiego pokolenia. Nurtować ją będzie to samo pytanie, jakie ty zadajesz mi teraz. Tak, też będzie posiadała dar.

Wzruszony Hayato głośno przywołał z pamięci słowa ,które usłyszał jeszcze jak był małym dzieckiem.

- Och Mimi, ona nigdy się nie myliła co do mnie.

W oczach staruszka pojawiły się łzy. Najwidoczniej to co sobie przypominał przywoływało bolesne wspomnienia.

- Napijesz się ze mną herbaty Seiko ? Jestem pewny, że masz wiele pytań. Postaram się na wszystkie odpowiedzieć. Pragnę po raz ostatni napić się herbaty. W końcu dziś umrę.
 
__________________
The world doesn't need anything from you, but you need to give the world something. That's way you are alive.

Ostatnio edytowane przez kabasz : 10-04-2008 o 21:27.
kabasz jest offline  
Stary 08-04-2008, 18:01   #9
Moderator
 
Johan Watherman's Avatar
 
Uwe wytarł krew z nosa, przesunął się i zwalił na ziemię, spojrzał na zegarek. Podniósł się leniwe, założył swoje okulary. Nie musiał ich nosić, tylko do czytania, lecz od dzieciństwa był przyzwyczajony do ich stałego noszenia. Usiadł na łożu zrezygnowany, dobity, teraz już nawet nie umiał płakać.
Straciłeś okazje, straciłeś. Czemu? Czemu wszystko, czemu ból, czemu zamordowano, czemu ten człowiek...
Żadnych więcej myśli, wyjął spod łóżka pudełko, a z niego pistolet. Pewną dłonią dobył broni i wymierzył w siebie. I pojawiło się wahanie, drżącą ręka nacisnęła spust, lecz bron była nie naładowana. Odłożył pistolet wstał, spojrzał na ścianę.
Nie. Zabije, lecz nie siebie. Dorwę sprawcę. Sen? Odruch szaleństwa? Nieważne, ważne że wiem, zabije. Mój synek, mój, jak mógł, mogła...
Uderzył pięścią w ścianę, bolało. Czy to miało jakieś znaczenie? Fizyczny ból przyćmił psychiczne cierpienie. Lecz niestety na krótko, a ból wspomnień które zostały przypomniane z taką siła jak nigdy.
Uspokój się, weź wdech, idź do kuchni, napij się kawy...
Stał jeszcze chwilę poczym ruszył do kuchni, zrobił sobie kawę. Drżącą ręka podniósł filiżankę która gwałtownie spadła na ziemię rozbijając się w setki kawałeczków w plamie napoju. Uwe tylko splunął i poszedł do pokoju, ponownie zadał na łóżku. To wszystko nie trwało więcej niż kilkanaście minut.
Czemu?
Ukrył twarz w dłoniach, zapłakał. Tysiące uczyć przebiegło w jego jaźni, po chwili nie zostało nic.
Jeśli był to człowiek, nie senna mara. Cholera, nie! Lecz czemu? Raz wykorzystać przekleństwo dla swej korzyści, dla pamięci syna...
Zerknął słabym głosem:
-Jeśli był w moim umyśle jeśli zostawił tam coś swojego by móc dalej wejść, być może go ściągnę, na mych warunkach.
Sam nie wierzył w co mówił, miast rozpaczy pojawił się gniew i wściekłość, tłumione w sercu gdyż po takich cierpieniach twarz człowieka ujawnia naprawę mało emocji. Położył się, zamknął oczy, skupił się, dla skupienia zaczął liczyć.
-Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden...
Chciał wejść w głąb swej jaźni, znaleźć jakiś okruch, jeśli był to człowiek, i wykorzystać go. Ni było strachu, była tylko ponownie rozbudzona nadzieja.
 
__________________
Otium sine litteris mors est et hominis vivi sepultura.

Ostatnio edytowane przez Johan Watherman : 08-04-2008 o 20:11.
Johan Watherman jest teraz online  
Stary 08-04-2008, 20:07   #10
 
Aveane's Avatar
 
Taksówkarz podwiózł go na dworzec autobusowy. Ta jazda nie była droga, dworzec był blisko, ale Slim nie miał czasu na spacery. Nie dzisiaj.

Nie musiał długo czekać na autobus do Glasgow - podjechał po 20 minutach. W środku panował tłok, ale ktoś ustąpił mu miejsca.
- Nie jestem aż taki stary - pomyślał, ale skorzystał z wolnego miejsca i z uśmiechem podziękował młodej dziewczynie. - Ładna jest, niczego sobie.
Po drodze wysłał SMS'a do Garry'ego, kumpla z byłej pracy, o treści: "Cześć, Garry. Mógłbyś zaopiekować się moim kotem niedługo? Wyjeżdżam i raczej nie będę mógł go ze sobą wziąć. Byłbym Ci wdzięczny. Odpisz szybko". - Oby mógł - pomyślał spokojnie. - A ten chłopak mógłby się przestać tak gapić. Nigdy nie widział dorosłego faceta z Sony Ericssonem w300i? Zajmij się sobą, kluczfoku! - Slim uwielbiał tworzyć nowe słowa.

Niedługo potem wysiadł na przystanku przy Glasgow International Airport. Na lotnisku, jak zwykle zresztą, czuł się jak sardynka w puszcze. Brakowało tylko sosu pomidorowego. Kolejki też były gigantyczne. Po prawdzie McKenzie nie miał zamiaru czekać. Wepchnął się na początek kolejki, nikt nawet tego nie zauważył. No, może ktoś zauważył, ale nie był tym zbytnio zainteresowany.
- Dzień dobry. Poproszę bilet lotniczy na lotnisko najbliżej miasta Huelva w Hiszpanii.
- A gdzie jest to miasto?
- spytała lekko zdezorientowana kobieta.
- Południowa Andaluzja - Slim wydawał się być bardziej zdezorientowany niż kobieta sprzedająca bilety.
- Aha, przepraszam. Najbliższe miasto to... - jej ton od początku zdania stał się już o wiele bardziej oficjalny - Malaga.
- Najbliższy odlot?
- Jutro, o 16:45. Kupuje pan?
- Tak, jeden poproszę.

Uiścił opłatę w wysokości 220 euro i pojechał do domu.
W drodze powrotnej znów to samo: autobus, chłopak czyhający na zarobek na starszym panu, taksówka. - Że też samo kupienie biletu jest takie drogie. Dobrze, że w muzeum dobrze płacili, przynajmniej mogę sobie na to pozwolić. - Rzeczywiście, do biednych to on nie należał. Nawet nie do przeciętnych. Miał na koncie niezłą sumkę.

- Nareszcie w domu - szepnął wychodząc z taksówki i kierując się w stronę domu. Uderzyła go jakaś myśl, coś było nie tak. - Czemu te drzwi są uchylone? Zamknąłem je!
Szybko wszedł do domu. Nie wiedział, co kierowało jego zachowaniem: odwaga czy głupota. W każdym bądź razie zrobił to, co zrobił.
- Gdzie jesteś, złodzieju? - zawołał na cały dom.
 

Ostatnio edytowane przez Aveane : 09-04-2008 o 21:34.
Aveane jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:04.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172