Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 23-04-2008, 23:08   #1
 
Hawkeye's Avatar
 
Listy Wojenne

NAJWYŻSZE DOWÓDZTWO
ALIANCKIEGO KORPUSU EKSPEDYCYJNEGO

Żołnierze, Marynarze i Lotnicy Alianckiego Korpusu Ekspedycyjnego!

Macie właśnie wyruszyć na wielką krucjatę, do której dążyliśmy, przez te wiele miesięcy. Oczy świata zwrócone są na was. Nadzieję i modlitwy kochających wolność ludzi maszerują z wami. Razem z naszymi dzielnymi sojusznikami i towarzyszami broni na innych frontach, przyniesiecie zniszczenie niemieckiej maszynie wojenne, eliminację tyranii nazistów nad uciskanymi narodami Europy i bezpieczeństwo dla nas samych w wolnym świecie.

Wasze zadanie nie będzie łatwe. Wasz przeciwnik jest dobrze wyszkolony, dobrze wyposażony i zaprawiony w bojach. Będzie walczył dzielnie.

Ale to jest rok 1944! Wiele się wydarzyło od nazistowskich triumfów 1940-1941. Zjadnoczone narody spowodowały na Niemcach wielkie porażki,
w otwartej walce, twarzą w twarz. Nasza ofensywa powietrzna znacznie zmniejszyła, ich siłę w powietrzu i możliwość toczenia wojny na ziemi.Nasza fronty domowe dały nam ogromną przewagę w broni i amunicji, dały nam do dyspozycji, wielkie rezerwy wyszkolonych do walki ludzi. Losy się odwróciły! Wolni ludzie świata maszerują razem po zwycięstwo!

Mam pełne zaufanie dla waszej odwagi, oddaniu służbie i umiejętnościach walki. Nie zaakceptujemy nic innego niż pełne zwycięstwo!

Powodzenie! I poszukajmy błogosławieństwa Wszechpotężnego Boga dla tego wielkiego i szlachetnego przedsięwzięcia.

Podpisano: Dwight D. Eisenhower




Mamo

Nie chciałbym, abyś się o mnie martwiła. Zadanie jakie przypadło mi w udziale, nie należy do łatwych, ale wiesz równie dobrze jak ja, że ktoś musi to zrobić. Jak pisałem już wiele razy, jestem wśród wspaniałych ludzi i czuję się bezpiecznie. Moim sierżantem jest Timothy Payton z Montany, to bardzo inteligentny człowiek i wspaniały dowódca. To samo mogę powiedzie o podporuczniku Anthonym Pirellim, jest nowojorczykiem z Brooklynu, przed wojną był nauczycielem historii w jednym z tamtejszych liceów, co prawda ma pewne "belfrowskie" przyzwyczajenia, jednakże nie znam kogokolwiek innego, komu powierzyłbym swoje życie.

W obozie krążą plotki, że niedługo wyruszymy do Francji. Wydaje mi się, że wszyscy odczuwamy pewien strach, ale staramy się tego nie okazywać. Udajemy, że wszystko jest dobrze ... Allan Studerbec, ten z którym chodziłem do podstawówki został kapralem! Mam nadzieję, że i mnie niedługo doceni dowództwo. Natychmiast gdy to się stanie wyślę tobie zdjęcie.

Pozdrów wujka Vincenta i powiedz mu, że przywiozę mu z Francji obiecany niemiecki pistolet.

PS. Przysyłam ci moje najnowsze zdjęcie w mundurze

Twój kochający Jimmy



[St.Szeregowy Jim Howson, amunicyjny, 3 Pluton, Kompania C, 506 Pułku Spadochronowego]

Keith

Kłopoty zaczęły się jeszcze w samolocie. Podobnie jak inni znaleźliśmy się pod ciężkim ostrzałem ze wszystkich stron. Najpierw pociski artylerii przeciwlotniczej przeorały kabinę, w której siedzieliśmy. To wtedy przeorało Jimmy'ego Howsona . Pomyślałem sobie wtedy: "całe szczęście, że to nie ja". Kurwa mać! Chłopak miał tylko 19 lat, nawet nie miał szansy wyskoczyć z tego pieprzonego samolotu. Chociaż szczerze powiedziawszy gdyby nie sierżant Pyton, to nikt inny by pewnie nie wyskoczył. Otóż niecałą chwilę później, trafili nasz silnik, który stanął w płomieniach. Wyobraź sobie, że ten idiota pilot , nie zapalił mimo to zielonego światła! Ja byłem pierwszy do skoku, popatrzyłem na sierżanta, który miał nas pilnować. Ten tylko klepnął mnie w ramię i ruszyłem do przodu.

Żałuj, że nie znasz tego uczucia, kiedy przelatujesz przez noc, zbliżając się do ziemi. Wtedy zapomniałem o tej całej strzelaninie, która działa się wokół mnie. Nawet nie zauważyłem, że cały mój zasobnik z bronią urwał się i wylądował cholera wie gdzie.

Nie wiem, kto wymyślił ten idiotyczny pomysł, ale pewnie każdy z chłopaków, chciałby dostać go w swoje ręce. Dzięki temu geniuszowi, gdy wylądowałem na jakimś cholernym polu kukurydzy, to miałem tylko nóż i granat odłamkowy. Jak to napisał Ike, w tym liście, który dostaliśmy przed tą całą akcją? Będziemy świetnie wyposażeni? No to zajebiście wyposażony podniosłem się w górę i ruszyłem na skraj pola, cały czas myśląc, skąd ono się tam wzięło? Dokładnie przeglądałem mapy i w pobliżu nie powinno być niczego takiego, co oznaczyło że się zgubiłem. Wspaniale zaplanowana operacja, nie ma co. Wyobrażałem sobie jakie czekają mnie żarty, kiedy już odnajdę swój oddział.

Kiedy w końcu wyszedłem z tego pola, to znalazłem się na wprost lufy karabinowej celującej mi w głowę. Nie wiem co wtedy myślałem, ale krzyknąłem "Piorun". Gościu opuścił tą swoją giwerę i mogłem mu się przypatrzeć. To był jakiś szeregowiec z 82 Dywizji! To już moje zdziwienie sięgnęło zenitu, ale przynajmniej pomyślałem, że mają jakąś bardziej dokładną mapę i mam szansę szybkiego dołączenia do chłopaków. Niestety, za nim zdążyłem się odezwać, to on mi wylatuje z tekstem, że chyba się zgubił. Mogłem tylko go zmierzyć wzrokiem i rzucić "witaj w klubie". Przynajmniej zobaczyłem swój zasobnik, leżący przy drzewach po drugiej stronie. Jedynym problem był szwab stojący przed nią. Dobrze, że mnie nie usłyszał. Podkradłem się do niego i go kropnąłem.

Nie uwierzysz dlaczego mnie nie usłyszał. Trzymał na muszce sierżanta Pytona i kaprala Hilwiego. Ten drugi zaczął nawijać po niemiecku i tak odwrócił jego uwagę. Zabraliśmy schmaissera tamtego i z mojego zasobnika wyjęliśmy Garanda.

Za nim zdążyliśmy się całkowicie ogarnąć to ni z tego ni z owego przylazło dwóch kolejnych szeregowych. Jeden był z 502 Pułku Spadochronowego a drugi Edward House z kompanii Fox. Dobrze go pamiętałem, bo jeszcze w Camp Toccoa przerąbałem z nim w karty całą pensję.

Tym sposobem mieliśmy całe dwa granaty, dwa garandy, trzy pistolety i niemieckiego peeema na 6 osób. Krótki rekonesans wykazał, że jesteśmy jakieś 20 kilometrów na południowy-wschód od St. Merie du Mont miasteczka, które mieliśmy zająć. Z tego miejsca najbliżej było do St. Merie Eglise, a najbliższe miasta, które wskazywała tablica to było Colomby.

I ty mi pisałeś o waszych problemach na froncie włoskim? Nie rozśmieszaj mnie.


[St. szeregowy Flint Kaynes, zwiadowca , kompania C, 506 PIR]

Od: Kapitan Knut H. Raudstein, CO, Kompania C, 506 PIR
Dot: Raport o działaniach w noc 5/6 czerwca 1944 roku.

Większości kompani, podobnie jak całemu batalionowi pierwszemu udało się wylądować na wyznaczonym miejscu o godzinie 1:00. Znaleźliśmy się pod ciężkim ogniem nieprzyjaciela, tracąc sporą część żołnierzy oraz 4 oficerów w ciągu pierwszych 20 minut. Inne bataliony, nie miały przy lądowaniu tyle szczęścia, dlatego staliśmy się łatwym celem dla niemieckich żołnierzy.

Kilka grupek żołnierzy wylądowało w sporej odległości od celu. Jedną z nich była grupa sierżanta Pytona, która znalazła się, aż 30 kilometrów od wyznaczonego nam na tę noc celu [...]

W załączniku wykonana mapa:

 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty

Ostatnio edytowane przez Hawkeye : 30-04-2008 o 12:34.
Hawkeye jest offline  
Stary 25-04-2008, 23:02   #2
 
merill's Avatar
 
*****





6 June 1944
01:00 D-Day


Chłopaki nerwowo spoglądali na siebie w samolocie. Zastanawiałem się czy czują się tak samo jak ja. Patrzyłem jak przypinają karabińczyki do linki… i zastanawiałem się ilu z nich dożyje poranka? Wiedziałem, że nie powinienem o tym myśleć ale nie potrafiłem. To był ciężki lot, obrona przeciwlotnicza pruła do nas ile mogła, a potężne reflektory przeciwlotnicze oślepiały co chwila pilotów naszych maszyn. Zimne czerwcowe, nocne powietrze orzeźwiało… Nagle naszą maszyną wstrząsnął wybuch… a samolotem zatrzęsło od turbulencji… patrzyłem cały czas na lampkę sygnalizującą zrzut. Cały czas była czerwona!!! Nie mogłem dłużej czekać… Wydałem rozkaz do skoku… Jeden po drugim moi chłopcy rzucali się w ciemność nocnego normandzkiego nieba.

Nie potrafię opisać wrażeń skoku bojowego… nie myślisz czy przeżyjesz… nie myślisz o śmigających wokół pociskach czy wybuchach. Słyszysz tylko szum powietrza… i modlisz się.

Wylądowałem za jakąś linią drzew… szybko pozbyłem się spadochronu i kapoku… kiedy sięgałem po zasobnik….. coś głucho zaczęło się przedziera przez krzewy.”Grom” rzuciłem celując w ciemność. ”Błyskawica„ głos kaprala Hilwiego był nadzwyczaj mile widziany. Nie wiedzieliśmy, gdzie w ogóle jesteśmy… na pewno byliśmy daleko od strefy zrzutu… musiałem szybko dostać się do mapy w zasobniku. I wtedy napatoczył się ten cholerny szkop… dosłownie wpadł na nas… kiedy Hilwi zaczął po niemiecku coś nawijać… już oczami wyobraźni widziałem nas martwych…nawet nie zdążyłem sięgnąć do kabury. Nagle wrzeszczący szwab, zamarł w bezruchu by po chwilę zwalić się na ziemię w serii konwulsji. Wysoki cień za Niemcem, odezwał się umówionych hasłem… dobrze, że dość szybko, bo kapral chciał go rozwalić. To był starszy szeregowy Kaynes, wraz z jakimś szeregowcem z 82… zebraliśmy broń. Szybko rzuciłem okiem na mapę, na kursach w Toccoa uczyli nas nawigacji… ale teraz leżąc na wilgotnej ziemi… przykryty pałatką, studiując mapę w kiepskim świetle latarki… miałem duży problem z oznaczeniem pozycji. Wg. tego co mówił Hilwi tej tablicy z nazwą wioski Colomby, byliśmy jakieś 20 kilometrów od miejsca właściwego zrzutu. Za niecałe cztery godziny mieliśmy zająć miasteczko St. Merie du Mont, wraz z kompanią D… a ja miałem dwóch ludzi ze swojej drużyny z kompani C i jednego szeregowca z 82 powietrzno – desantowej. Pomyślałem wtedy: „No stary lepiej być nie mogło”. Najlepszym rozwiązaniem wydawało mi się przedarcie się w stronę Ste. Mere Eglise, przez strefę zrzutu 82, myślałem wtedy, że może znajdę kogoś ze swoich ludzi. A jeśli nie będzie możliwości dojścia do Eglise, to zawsze mogliśmy się przydać w du Mont… ponoć tamtejsze 88 mogły narobić sporo kłopotu chłopakom lądującym na Utah.

Po jakimś czasie napatoczyli się na nas dwóch szeregowych, jeden z 502 pułku chyba i jeden z 506, kompani F od Wintersa. Wedle mapy linia kolejowa powinna nas zaprowadzić do drogi w kierunku du Mont… musieliśmy się strasznie śpieszyć… miałem zadanie do wykonania… a zostało mi czterdzieści procent składu… bo znaleźliśmy jeszcze 3 chłopaków z mojej drużyny: Del Campo, Fouriera i Millera… to od nich dowiedziałem się o śmierci Turnera… ponoć dostał zaplątał się gdzieś w gałęzie i szkopy zdjęły do z Mtg. 42… Wtedy jeszcze do mnie nie docierała ta straszna świadomość… tej nocy górę wzięło podniecenia i determinacja… straszne wspomnienia miały przyjść znacznie później.

Od nich dowiedziałem się, że kompanie E i F ruszyły na du Mont… znaczy, że nie mieliśmy tu czego szukać… drugi batalion czyli moja kompania Charcie i D, koncentrowały się ponoć wokół Eglise i tam ruszyliśmy jak najszybciej.

Jeszcze jedno mnie uderzyło tej nocy… Zapach… normandzkie łąki wydzielają specyficzną woń… ziołowy delikatnie drażniący i orzeźwiający zapach. Zupełnie różny od tego do jakiego byłem przyzwyczajony w Montanie, kiedy rano wstawało się na przepęd i wraz z chłopkami piło się kawę przed świtem… w nozdrzach czułeś słodki i chłodny zapach trawy… zupełnie różny od tego w Normandii… A ta noc dopiero się zaczynała…


*****

Droga Susie.

Już od dwóch dni mamy w obozie przygotowania do wyruszenia w bój. Trwają ostatnie kursy i odprawy, więc piszę teraz do Ciebie, bo nie wiem kiedy potem będę miał okazję. Mamy masę roboty przy przygotowywaniu ludzi do akcji… nikt dokładnie nie wie, kiedy i co gdzie nastąpi nasz chrzest bojowy, ale atmosfera robi się nerwowa.

Proszę Cię o jedno kochanie, nie martw się o mnie. Zobaczysz, za kilka miesięcy znowu będziemy razem… mam przeczucie, ze wojna się szybko skończy. Przykro mi, że nie mogłem być przy Tobie na pogrzebie twojej matki… mam nadzieję, że wiesz jak mocno Cię kocham i wspieram. Proszę Cię posłuchaj mnie i jedź do moich rodziców do Montany… zobaczysz, że tam wśród ciszy i spokoju szybciej ukoisz ból po stracie matki. Moi rodzice już wiedzą, że przyjedziesz. Nie martw się o mnie – naprawdę… dołożę wszelkich starań, żebyśmy się ujrzeli tak szybko, jak tylko to będzie możliwe. Choćbym miał samego Hitlera gołymi rękami udusić kochanie. Mas pozdrowienia od chłopaków z mojej drużyny… nawet zachowywali się przyzwoicie, mają szczęście bo inaczej znowu kazałbym im czyścić latryny. To dobrzy towarzysze i żołnierze… choć czasem trochę narwani… jak ten Turner z Nowego Yorku…

Pozdrawiam Cię mocno, tak bardzo za Tobą tęsknię. Jak tylko będę mógł napiszę znowu. Może następny list wyślę do Ciebie już z Francji?

Całuję, Twój na zawsze Timothy.


*****
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
Stary 30-04-2008, 14:43   #3
 
Hawkeye's Avatar
 
6 Czerwca 1944 rok, Normandia
Nie wiem dla kogo piszę ten dziennik, czy ktokolwiek go kiedyś przeczyta? Czy może zgnije gdzieś ze mną na jakimś francuskim bagnie? Mam nadzieję, prawdziwą nadzieję, że kiedyś uda mi się wrócić do domu. Pierwsze co wtedy zrobię, to spalę ten dziennik w piecu, odetnę się od wszystkiego co przez te kilka godzin widziałem ... zapomnę. Jednak ten czas jeszcze nie nadszedł ...

Wylądowałem daleko od naszego celu na tę noc. Sam ruszyłem w stronę lądowiska. Jakkolwiek bohatersko może to zabrzmieć, nie było w tym nic dziwnego. Po prostu dużo większe szanse miałbym osiągając tamten punkt i znajdując resztę chłopaków, niż włócząc się sam po Normandii, czekając aż jakiś szwab mnie znajdzie i zabije.

Po pół godzinie znalazłem Fouriera i Millera. Mieli dodatkową broń po Turnerze, który zginął zanim dotknął nogami ziemię. Podobno seria z MG42 dosłownie go poszatkowała ... nie wiem, nie widziałem jego ciała, ale uważałem, że można im wierzyć na słowo. Nie byli osobami, które ubarwiały swoje opowieści. W trójkę czułem się bezpieczniej. W końcu odnaleźliśmy linię kolejową i byliśmy "już w domu".

Wybór tej drogi, był jedną z lepszych rzeczy jaką zrobiłem tamtej nocy. Niecałą godzinę później z krzaków wyskoczył na nas sierżant Pyton z 6 osobami ... w tym z trzema jakimiś "podrzutkami". Z mojej rozmowy z Timem wyszło, że nie tylko my mieliśmy kłopoty ...

Szczerze poczułem się dużo lepiej kiedy go zobaczyłem, jakby ciężar został zdjęty z mojego serca, sytuacja nadal wyglądała paskudnie, ale przynajmniej mogłem mu zdać dowództwo ... poza tym uważam Tima, za mojego przyjaciela. Nasza współpraca zawsze układała się bardzo dobrze.

Wracając jednak do meritum, jak mawiał mój ojciec .... tatko, ciekawe czy dzisiaj podobnie jak każdego ranka wciąga flagę amerykańską na maszt naszego domu w Tred Mill w Północnej Karolinie. Pewnie tak, nawet nie domyśla się w jakim niebezpieczeństwie się znalazłem. Cały czas modlę się o to, żeby jeszcze kiedyś go zobaczyć. Staruszek był zawsze dla mnie dobry i chciałem go przeprosić. To prawda, że on mnie zmusił do wstąpienia do wojska, ale miał rację. Trafiłem do elity, gdyby wcieli mnie, pewnie nie miałbym takiej szansy.

Dalszy marsz zajął nam trochę czasu. Około 5 rano wstało słońce, spotkaliśmy wtedy też posterunek 82 powietrzno-desantowej ... chociaż może posterunek, to trochę za dużo powiedziane? Było tam 7 osób pod dowództwem podporucznika. Okazało się, że to kumple naszego podrzutka. Skurczybyk miał szczęście. A dla nas nie mieli najlepszych wieści, wyglądało na to, że Niemcy odcięli nam drogę. Podporucznik powiedział, że możemy ruszyć w stronę Eglise. Zaproponował nam wzmocnienie 3 plutonu kompanii D, którego zadaniem była obrona północnych obrzeży miasta. Oni sami mieli już rozkazy, aby ruszać na południe do miasta. Chcieli jeszcze tylko chwilę zaczekać i zobaczyć czy ktoś się nie przypląta. Trafili na nas ...


[Z dziennika, Plutonowego Eda Del Campo, Kompania C, 506 PIR]

Jessico

Mam trochę czasu, więc piszę do ciebie. Nie wiem, kiedy ponownie uda mi się to zrobić, nie wiem kiedy dotrze do ciebie list, ale to nie ma znaczenia. Obiecałem tobie przed wyjazdem, że będę pisał codziennie i zamierzam dochować swojej obietnicy. Noc była naprawdę ciężka, ale przetrwaliśmy ją. Niestety Turner ... ten, o którym ci pisałem zginął. Trochę dziwnie się czuję, nie mogąc pisać tobie żadnych szczegółów ... musząc ukrywać swoje zadania, ale na wyjaśnienia przyjdzie czas, kiedy wrócimy już z jednostką do Anglii. Pułkownik Sink obiecał nam, że zostaniemy zwolnieni po trzech dniach walk ... mam nadzieję, że to będzie prawda. Wtedy już 10 czerwca napiszę do ciebie kolejny list. Aha kochanie przysyłam ci także naszywkę 82 Dywizji Powietrzno-Desantowej, spotkaliśmy dzisiaj kilku żołnierzy tej formacji, pogadałem z jednym z ich kaprali, który nosił tą naszywkę włożoną w pasek hełmu. Powiedziałem mu, że kolekcjonuję takie rzeczy i udało mi się wymienić ją za paczkę papierosów. Powieś ją obok reszty.

Całuję Jack


P.S Przyślij mi papierosy. Z przydziału dostajemy mało, ledwo starcza mi na własne potrzeby, a to jest całkiem niezła "waluta"


[szeregowy Jack Miller,kompania C, 506 PIR]

Keith

[...] Zostałem wysłany przez sierżanta na patrol. Zajęło mi to niecałe pół godziny. Właściwie nawet nie wiele przeszedłem. Po prostu spotkałem po drodze kolejnych żołnierzy 82, którzy powtarzali mi to samo. Przerzucają ich do walki o most niedaleko jakieś farmy, której nazwy nie potrafię wymówić. Leżała ona niecałe 4 kilometry od miasta, które zdobyli bez żadnego wystrzału o 4:30 rano, a mimo, że walczył tam już cały jeden batalion, nie mogli go zdobyć. Wyglądało na to, że mieli naprawdę dużo kłopoty. Co mogłem zrobić? Podpytałem ich jeszcze, co właściwie się dzieje. Nikt za bardzo nie wiedział, oprócz tego, że jest jeden wielki burdel. W każdym razie nie mogliśmy iść więcej wzdłuż torów kolejowych, bo prawie z pewnością wpadlibyśmy na Niemców. Tego moi rozmówcy, jak i ja sam, byliśmy pewni. Wpadniemy na oddział szkopów i koniec. Nasza wojna byłaby naprawdę krótka. W każdym razie była za 5:45 kiedy dotarłem z powrotem do kumpli i krótko wyłożyłem sierżantowi całą sytuację. Del Campo zasugerował, że możemy cofnąć się do St. Marie - Eglise i stamtąd najwyżej spróbować przedrzeć się do naszych. Kapral Hilwi stwierdził, że skoro już tu jesteśmy, to możemy walczyć ze szkopami razem z 82, a nie biegać po całej Francji szukając naszego oddziału, który już pewnie zajął wyznaczone nam cele.

Ja nie wyrywałem się, wcześnie nauczyłem się, że najlepiej milczeć, chociaż szczerze powiedziawszy, zgadzałem się z kapralem. Miałem ochotę sprzątnąć jeszcze paru szkopów, za Turnera i innych, którzy polegli tego dnia. Byłem strasznie nabuzowany adrenaliną ...


[St. szeregowy Flint Kaynes, zwiadowca , kompania C, 506 PIR]
 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty
Hawkeye jest offline  
Stary 04-05-2008, 15:46   #4
 
merill's Avatar
 
6 lipca 2004r.


Lśniący nowością drogowskaz do Eglise w niczym nie przypominał tego starego odrapanego, który zauważyliśmy 60 lat wcześniej. Ta noc naznaczyła nas na całe życie. Wylądowaliśmy daleko od strefy zrzutu… próbowaliśmy się przedrzeć do du Mont, ale spotkany po drodze posterunek 82 nam to wyperswadował. Szkopy silnie obsadziły drogi do du Mont – ponoć 2 batalion już tam walczył. Chłopakom też się nie uśmiechało przedzierać się przez nieznaną okolicę w środku nocy… Wszyscy się bali… ja też.

Dopiero później się dowiedziałem, że straty wynosiły około sześćdziesiąt procent stanu ludzkiego… zła pogoda i silna obrona przeciwlotnicza zrobiły swoje już podczas lądowania. Dezorientacja i silne garnizony Niemców także ciężko przygniotły niektóre oddziały. Można powiedzieć, że mieliśmy paradoksalnie dużo szczęścia, że zrzuciło nas tak daleko od strefy zrzutu. Nigdy nie zapomnę tego ich wyczekiwania w oczach, kiedy patrzyli na mnie… czy zdecyduję iść do du Mont, czy jednak wesprzemy kompanię D na północy Eglise? Hiwie… Howson – zginął kilka miesięcy później w Bastonge… Kaynes… - dochrapał się potem sierżanta, po Eindhoven…Del Campo… Fourier… i Miller… dopiero wtedy poczułem tak naprawdę pierwszy raz, co to znaczy dowodzić. Byłem za nich odpowiedzialny… to ode mnie zależało, czy chłopaki wyjdą cało z tego bałaganu… każda moja decyzja mogła być okupiona ich życiem lub śmiercią. I to wcale mi nie pomagało… Wydałem rozkaz marszu do Eglise.
Wydawało mi się, że odetchnęli z ulgą.

Wtedy w nocy nie mieliśmy jak podziwiać okolicy. Wtedy każda minuta była na wagę złota… Szybki rzut oka na mapę i ruszyliśmy. Mam ją do dziś… jest już stara i pożółkła … ale dla mnie ma niesamowitą wartość. Wtedy to była nasza Wyrocznia i Dekalog w jednym.


Susie przez te całe lata sztorcowała mnie za trzymanie tych starych gratów. Naszywki… stare mapy i gazety… pagony i inne pamiątki… każda z nich coś znaczyła… coś przypominała. Talia do gry należała do Turnera – biedak nie zdążył nawet dotknąć ziemi stopami a już był martwy. Zegarek to pamiątka po Zanettim – znaleźliśmy go dopiero trzeciego dnia inwazji… niestety w Carentan nie miał tyle szczęścia. Te drobiazgi mają dla mnie ogromną wartość.

Ścieżka obrośnięta solidnym żywopłotem wydawała się nie zmienić od tamtego czasu… to tutaj zasadziliśmy się na północy miasteczka Eglise, obsadzając lewą flankę 3 plutonu kompanii D. Mieliśmy zatrzymywać szkopów tak długo jak się da, zabezpieczając działania 1 i 2 plutonu… brakowało ludzi… każdy z chłopaków trzymał w łapach co się dało. Niektórzy mieli szczęście i odnaleźli swoje zasobniki… inni mieli tylko broń osobistą a niektórzy broń zdobytą na zabitych szwabach. Okopaliśmy się wzdłuż drogi… mając oko na tę część prowadzącą ku wybrzeżu. Było około 5 nad ranem, kiedy zajmowaliśmy pozycje wzdłuż drogi… czekając na wroga.


To czekanie było najgorsze… zawsze. Kiedy zaczynała się walka… nie było już czasu na stres czy nerwy… ale kiedy siedziałeś w okopie z karabinem w dłoni i wiedziałeś, że mają przyjść to się denerwowałeś. Dlatego zawsze dawałem chłopakom coś do roboty… tylko po to by zająć czymś ich myśli… by nie myśleli… bo nadmiar myślenia powodował strach.


[ z dziennika Timothego Pytona, wycieczka do Francji w sześćdziesiątą rocznicę Inwazji]
Droga Susie.

Przepraszam, że piszę dopiero teraz. Dopiero teraz po 6 dniach walki i maszerowania mam chwilę czasu by napisać parę słów. Nie wiem co się u Ciebie dzieje… teraz nie dostajemy żadnej poczty. Zresztą nie ma się co dziwić… co chwila zmieniamy miejsce zakwaterowania… mamy cały czas masę roboty. Inwazja się powiodła… mimo ciężkich walk na plażach… piechocie udało się zdobyć przyczółki w Normandii, a my cały czas zabezpieczamy pozycje… by mogli się jeszcze bardziej umocnić.

Tęsknie za Tobą strasznie… mam nadzieję, że jesteś już w Delano u moich rodziców… bo na ten adres mam zamiar wysłać ten list. Zobaczysz, że będzie Ci u nich dobrze… niedaleko w Newton jest szkoła podstawowa… może tam znajdziesz pracę? Byłabyś świetną nauczycielką wiesz? Nie będę się rozpisywał, bo dziś wieczorem znów wyruszamy… obiecuję Ci, że następnym razem napiszę więcej. Tęsknie i kocham Cię mocno.



Całuję Tim.

PS. Polubicie się z moją siostrą… ona też chce zostać nauczycielką.
Mamo.

To pierwszy list jaki do Ciebie piszę po Inwazji. Nic mi nie jest i czuję się dobrze… także nie musisz się już martwić. Tak wiem… Ty się będziesz martwić dopóki nie wrócę… ale mogłabyś się martwić troszkę mniej? Spodziewajcie się Susie około wtorku… zobaczysz to cudowna dziewczyna. Cieszę się, że może u was zamieszkać do póki nie wrócę. Nie chciałem, by została sama po śmierci matki… u was szybciej się otrząśnie po tej tragedii.

Jak tam na ranczo? Pozdrów ojca, powiedz mu, że nie przyniosę mu wstydu. Wiem, że byłaś na niego wściekła za to, że mnie namówił na zgłoszenie się na ochotnika… ale musiałem mamo. Pewnie staruszek ma teraz dużo pracy? Wszystkie klacze się już oźrebiły? Wiem jak tato liczy na potomka po Pensacoli? To będzie pewnie duma w jego hodowli… Tak bardzo chciałbym teraz być z Wami.

Pozdrawiam Wasz Timothy.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
Stary 13-05-2008, 21:02   #5
 
Hawkeye's Avatar
 
6 Czerwca 1944, Niedaleko St. Mare-Eglise

Stało się. Nie było więcej odwrotu, nie było dłużej możliwości unikania walki. Siedziałem w okopie razem z moimi kumplami: Miller, Fourier, Kaynes, Hilwe i Pyton. Porucznik, który dowodził plutonem ucieszył się na nasz widok. Razem z nami udało im się uzbierać pełny stan plutonu - 36 ludzi. Szczęściarze, stracili tylko 6 ludzi. Chociaż, zadanie jakie im ... jakie nam przypadło z tej okazji, do najłatwiejszych nie należało. Pamiętam, że przestałem wtedy myśleć o śmierci, miałem tego dość. Powiedziałem sobie koniec, będzie co ma być. Jeżeli Bóg wezwie mnie do siebie dzisiaj, to pójdę z radością, a jeżeli nie, to przecież nic mi się nie może stać.

Właśnie odnalazłem ponownie religie. Moi rodzice byli katolikami, ale ja odszedłem od wiary. Przestałem chodzić do kościoła, miałem wątpliwości. A tutaj na tych francuskich polach, niedaleko tych francuskich bagien. W nowo powstającym dniu ... nawróciłem się. Wszystko stało się jasne, kiedy tylko poddałem się woli Boga, strach i rozpacz gdzieś znikły, skądś ... naszły mnie nowe siły. Przyszła do mnie odwaga ... "I chociażbym kroczył ciemną aleją śmierci, zła się nie ulęknę, ale bowiem ty, jesteś przy mnie".

Popatrzyłem w lewo na 12 hełmów. Ludzie, z którymi przeszedłem szkolenie i ci z 3 plutonu, którzy zostali wyznaczeni do pomocy nam. Fourier opierał się na LKMie - Browning M1918A - nasz strzelec, a ładowniczy i amunicyjny z 82 ... chłopaki z Vermontu i Alaski ... Albert i Mike, młodzi, pełni zapału, pewni siebie. Zaraz za nimi swoją broń ściskał kapral - strzelec wyborowy - Kevin Dewett, cały czas przeżuwał jakąś cholerną gumę, kolejny pieprzony nowojorczyk, dogadaliby się pewnie z Turnerem, gdyby tylko ten żył. Była 6:45, kiedy z oddali usłyszeliśmy działa okrętów. Rozpoczęła się inwazja, już niedługo mieliśmy zostać zmienieni ... taką miałem nadzieję


[Z dziennika Plutonowego Eda Del Campo, Kompania C, 506 PIR]

Pierwsza fala natarcia nadeszła ze strony północnej, północno-wschodniej i północno-zachodniej, o godzinie 6:55 rano. Atak został poprzedzony ostrzałem moździerzowym. Do pierwszego ataku użyto 3 plutonów 1 kompanii 1058 Pułku Grenadierów. Środek, który oprócz dowództwa plutonu był zabezpieczony przez drużynę moździerzy został zaatakowany najsłabiej, jednakże Niemcom udało się zdobyć małą kapliczkę, skąd prowadzili skuteczny ogień, zabijając jednego i raniąc 3, żołnierzy, z czego dwóch zostało później skutecznie ewakuowanych, a jeden zmarł z ran czekając na transport. Niemieckie straty wyniosły w tym miejscu potwierdzonych: 4 zabitych i dwóch wziętych do niewoli.

Również na lewej flance Niemiecki atak nie przybrał takiej intensywności. Po nieudanej próbie przedostania się przez otwarte pola, żołnierze wroga zajęli ruiny zabudowań rolniczych. Nasze straty wyniosły tutaj: 3 zabitych i 2 rannych. Rannych udało się ewakuować, jednym z nich był dowódca drużyny, od tego momentu Plutonowy Steven Xerez przejął jego obowiązki. Straty niemieckie wyniosły: 7 zabitych i jednego wziętego do niewoli.

Najbardziej intensywny atak nadszedł od strony prawej flanki, bronionej przez drużynę dowodzoną przez sierżanta Timothy'ego Pytona, a składająca się po połowie z żołnierzy 101 i 82 Dywizji Powietrznodesantowej. Zajęli oni okopy oraz ruiny jednej z farm. Atak przeprowadzony przez pełny pluton i wspomagany przez elementy pozostałych dwóch, został przeprowadzony z dwóch stron: środkiem, z małego lasku oraz z prawej przecinając wyschnięty wtedy kanał i wykorzystując do osłony ruiny budynków mieszkalnych i administracyjnych znajdujących się po prawej stronie pozycji drużyny [...]

[Z raportu Porucznika Hammonda Heada, dowodzącego 3 plutonem, kompanii D]


St. Mere - Eglise, zdjęcie z lotu ptaka, rok 1944
 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty
Hawkeye jest offline  
Stary 30-05-2008, 21:29   #6
 
merill's Avatar
 
Kanonada artyleryjska z potężnych dział okrętowych osłaniających Inwazję zabrzmiała punktualnie o 6:45… to znaczyło, że w stronę plaż Utah, Omaha, Gold, Juno i Sword płynęły teraz barki wypełnione żołnierzami. Ta myśl wtedy zaprzątnęła mnie przez chwilę…pamiętam, że zadałem sobie pytanie: „Czy bym się z nimi zamienił?”. Teraz z perspektywy czasu wiem, że my mimo wielkich strat przy lądowaniu i ciężkich walkach z przeważającymi siłami wroga nie byliśmy a aż tak parszywej sytuacji. Rozmawiałem z wieloma, którzy przeżyli piekło desantu… i myślę, że jedynie Bastonge, mogłoby się z tym równać…

Dokładnie o 6:55 na nasze pozycje szkopy przypuściły atak. Porucznik Head, dowodzący kompanią D, wysłał nas na prawą flankę… zasadziliśmy się w ruinach starej farmy i okopów na małym wzgórzu tuż obok… na linii zarośli. Fouriera z LKM-mem wraz z obsługą z 82 (amunicyjnym Albertem i ładowniczym Mikiem – do dziś pamiętam tylko ich imiona) wysłałem na najwyższy punkt wzgórza, stamtąd miał doskonałe pokrycie ogniem całego przedpola naszej prawej linii obrony. Kaprala z 82 z karabinem wyborowym usadziłem w ruinach tego, co kiedyś pewnie było dobrze prosperującym młynem, miał stamtąd dobre pokrycie terenu… a z jego umiejętnościami mógł nieźle namieszać szkopom.

Reszta chłopaków rozlokowałem w okopie rozciągając nieco linię obrony… ale przy takiej ilości żołnierzy nie miałem wyjścia… i tak byłem w lepszej sytuacji, niż większość dowódców z tamtej strasznej nocy… miałem do dyspozycji całą prawie że drużynę – 12 chłopa.

Szkopy uderzyły na nas w liczbie plutonu, choć teraz jak o tym myślę, to chyba byli jeszcze wspomagani przez drużyny z innych pododdziałów bo było ich mnóstwo. Zaatakowali z dwóch stron, poprzedzając atak ostrzałem moździerzowym, od strony małego lasku uderzali wprost na nasze pozycje – na linię okopów. Drugie uderzenie przyszło od strony pozycji Fouriera i LKM, Niemcy wykorzystali za osłonę ruiny budynków mieszkalnych i administracyjnych podchodzących bardzo blisko pozycji chłopaków z Browningiem. Na szczęście strzec wyborowy z 82 spisał się nieźle, a do pomocy podesłałem im Del Campo – powiem szczerze, że zaskoczył mnie. Jeśli się bałem o któregokolwiek z oddziału to o niego, przed Zrzutem i w samolocie trząsł się ze strachu jak galareta, ale gdy wysyłałem go na pozycje Fouriera jego opanowanie i spokój zaskoczyły mnie.

Wraz z rozpoczęciem walki zaczął się najtrudniejszy sprawdzian moich umiejętności. Umiejętności odnajdywania się na polu walki… elastyczności w podejmowaniu decyzji… kiedy zaczyna się ostrzał… nad głową przelatują kule… trzeba wiedzieć co robić. Sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie… nie raz jeszcze miało się okazać, że wytyczne i rozkazy wydane przez górę, tak naprawdę nie można było wykonać. Bo Niemcy przyszli z prawej flanki a nie jak się spodziewano z lewej? Czy mieli większe wsparcie artyleryjskie niż się spodziewał sztab? byli bardziej liczniejsi? … itd. Wtedy musisz mieć głowę na karku… a wszystko pot by Ci których masz pod opieka przetrwali… nie znaczy to, że masz się zawahać przed posłaniem ich w rejon najzaciętszej walki… nie możesz się zawahać…ale musisz kalkulować i wybrać najlepsze rozwiązana… a to jest najtrudniejsze. Jeszcze wiele nocy nim zasnę będą mnie nachodzić myśli… czy wtedy zrobiłem dobrze? A może trzeba było zrobić inaczej…? Taka dola dowódcy…



[ z dziennika Thimothyego Paytona, kompania C 506 PIR]
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
Stary 09-07-2008, 10:23   #7
 
Hawkeye's Avatar
 
6 Czerwca 1944 Rok, St. Mare-Eglise

Co to była za walka. Słońce stało wysoko gdy na nasze pozycje z furią spadli żołnierze Niemieccy. Wszystko co przeszedłem do tej pory zbladło, gdy tyle kul zaczęło latać naokoło naszych głów. Pierwszym odruchem była chęć ucieczki, ale w tym wypadku mogła okazać się ona śmiertelna, drugi impuls aby pochylić się w rowie i nie wstawać był bardzo kuszący, ale tym sposobem mógłbym skazać na śmierć moich towarzyszy, którzy stali z boku. Nie przepuszczałem, że w ciągu paru sekund da się przeprowadzić tyle kalkulacji, co więcej nie spodziewałem się, że będę mógł to zrobić z takim wewnętrznym spokojem. Podniosłem się i nacisnąłem spust swojego Thompsona posyłając w stronę atakujących nas szkopów, grad małych, acz śmiertelnych kul.

W pewnym momencie Tim krzyknął do mnie żebym wzmocnił pozycję Fouriera, podniosłem się z ziemi i biegiem ruszyłem w stronę wzgórza, z którego chłopaki grzali z LKMa. Wydaje mi się, że pobiłem wtedy wszystkie życiowe rekordy w biegu, a kule świszczały nad moją głową. Nie chciałem się zatrzymywać, zresztą nie było nawet za bardzo gdzie. Od jednego drzewa do drugiego, od jednej ruiny zabudowania do drugiej i nigdzie się nie zatrzymywałem.

Kiedy przeskoczyłem worki z piaskiem, ułożone resztki drzwi, jakiś szaf i innych śmieci, które służyły chłopakom za ochronę powitał mnie szeroki uśmiech Fouriera, który pruł z Browninga. Pamiętam, że nie przerywając strzelać, powiedział że dobrze, że do nich wpadłem, bo impreza dopiero się rozkręca. Cholerny żartowniś. Klęcząc i strzelając z mojej broni odpowiedziałem mu, że powinien występować w klubach, bo można na tym nieźle zarobić. Może wydawać się to beztroską, ale w końcu trzeba było radzić sobie z tym stresem, zresztą przez cały czas gdy tam byłem, zawsze gdy latały kule, nie byłem pewien czy z tego wyjdę, miałem to złe uczucie, ale starałem się o tym nie myśleć i robić swoje ... dla siebie i dla moich kolegów.


[Z dziennika Plutonowego Eda Del Campo, Kompania C, 506 PIR]


Żołnierz 101 Dywizji-Powietrznodesantowej z Thompsonem

Keith

[...] ten atak to było COŚ. Wiem, wiem pisałeś mi o swoich walkach w Afryce i na froncie Włoskim. Myślę, że teraz należą ci się przeprosiny, pisałem co ja nie zrobię gdy Niemcy zaczną do mnie walić, ale nie spodziewałem się, że to wygląda tak ... strasznie. Pamiętam trening z żywą amunicją gdy przeczołgiwaliśmy się pod drutem kolczastym, teraz tamto wydaje się jak nasze wspólne zabawy w dzieciństwie. Tak wiem, że pisałeś już kiedyś o tym i jeszcze raz napiszę, że przepraszam ciebie. Wracając jednak do tego co wydarzyło się na przedmieściach tego miasteczka. Szkopy miały od nas znaczną przewagę, pewnie z 4 do 1 chociaż nie jestem tego pewien. Próbowali wykorzystać drzewa i osłonę budynku aby podejść nas z dwóch stron i zniszczyć. Stare, ale sprawdzona taktyka. Waliliśmy jak oszalali nie chcąc ich do tego dopuścić. Bardzo nam w tym pomagał LKM, oczywiście do momentu w, którym nie wstrzelał się w nich moździerz. Jeden z pocisków walnął bardzo blisko nich, uciszając ich na parę minut, po których znów odezwał się ich ogień ratując nam tyłki. Po tym wydarzeniu strzelec wyborowy zaczął poszukiwać moździerzy i chyba znalazł i ściągnął wszystkie, a może skończyła im się amunicja, albo nie chcieli trafić w swoich kumpli. Chyba nigdy się tego nie dowiem. W każdym razie, kiedy nasze wsparcie milczało, oni podeszli strasznie blisko naszych pozycji, ale w końcu udało nam się zmusić ich do odwrotu. Nad tym polem walki zapadła cisza.

[St. szeregowy Flint Kaynes, zwiadowca, Kompania C, 506 PIR]


II Wojenny okop

W ataku na pozycje sierżanta Pytona zostało naliczonych 7 martwych Niemców, strzelec wyborowy zaliczył również 5 innych prawdopodobnych trafień. Niemcy mieli również nieznaną liczbę rannych, choć szacowaną przez naszych żołnierzy na około 5-8. Nasze straty wynosiły 3 zabitych. Jeden z operatorów LKMu zginął od wybuchu pocisku moździerzowego, pozostałych dwóch zginęło od kul atakujących okop Niemców. Wszyscy należeli do 82 Dywizji Powietrzno-Desantowej. Oprócz tych mieliśmy również dwóch rannych: szeregowy Micheal Fourier został ranny w głowę i nieprzytomny został ewakuowany, drugim rannym był Jack Miller, otrzymał postrzał w ramię, ale po założeniu opatrunku, odmówił ewakuacji i wrócił do swoich towarzyszy [...]

[Z raportu porucznika Hammonda Heada, 3 Pluton, Kompania D, 82 Dywizja Powietrzno-Desantowa]


Żołnierze ranni w Normandii
 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty
Hawkeye jest offline  
Stary 23-07-2008, 22:41   #8
 
merill's Avatar
 
Nic i nikt nie jest wstanie w czasie szkolenia oddać tego co czuje człowiek podczas pierwszej walki. Na nic sadystyczni instruktorzy, na nic codzienne biegi na Curahee, na nic czołganie wśród świńskich flaków pod ostrzałem prawdziwej amunicji. Nigdy nie zapomnę tego podniecenia zmieszanego z potężną dawką strachu. Adrenalina bijąca w skronie i zmęczone oczy od wypatrywania wrogiego natarcia. Spocone dłonie przyklejone do rękojeści Thomsona.

Ukształtowanie terenu Normandii, było bardzo parszywe dla atakujących. Żywopłoty, kamienne murki, wąskie dróżki, często bardzo słabo utwardzone, liczne drzewa i zarośla, chłopskie zagrody to wszystko świetnie nadawało zięby zająć pozycję i solidnie okopać. Sęk w tym, że to właśnie my byliśmy wbrew pozorom na pozycji atakującego. I te wszystkie przeszkody terenowe stanowiły dla szkopów doskonałe wsparcie natarcia. Nagle wyleźli ze wszystkich stron, jak wielkie czarne mrówki, było ich kilka razy więcej niż nas. Chowali się wszędzie, za drzewami, za resztkami zniszczonych budynków.

Fourier z Browningiem był naszym aniołem stróżem, gdyby nie on nigdy byśmy się nie utrzymali, cekaem przygniótł Niemców do ziemi i sprawił, że furia ich ataku okrzepła, a my mieliśmy więcej czasu na skoordynowanie obrony. Wysłałem do Fouriera, Del Campo do osłony ckm, musieliśmy utrzymać pozycję za wszelką cenę. Trzeba powiedzieć że Campo spisał się znakomicie, później chłopaki mówili o nim w oddziale, że ma: ”jaja z żelaza i mózg z kisielu”, ale rozkaz wykonał znakomicie. To dzięki niemu ckm odezwał się po morderczym ostrzale z moździerza, zastąpił zabitych amunicyjnych z 82.

Szkoda chłopaków z 82, z naszych nikt nie zginął, a Miller zapytany o wysłanie go do szpitala, powiedział, że możemy się sami wysłać do diabła, bo on się nigdzie nie wybiera. Trzeba przyznać, że niezły z niego był twardziel. Pamiętam ciszę jaka zapadła kiedy nieśli na noszach zabitych, to było niesamowite, powaga, spokój, żal… nawet działa okrętowe zalewające morderczym ogniem umocnienia na plażach, wydawały się być ledwie słyszalne. Taki los jak tych z 82 mógł podczas tej potyczki przydarzyć się każdemu z nas… mieliśmy po prostu więcej cholernego szczęścia.




Cmentarz żołnierzy alianckich poległych 6 czerwca w Normandii.

[z pamiętnika Thimothego Pytona, kompania C, 506 PIR]
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
Stary 04-08-2008, 20:15   #9
 
Hawkeye's Avatar
 
Keith
[...]
Siedzieliśmy w tych gruzach, okopach, odgłosy strzałów dochodzące od strony atakowanych plaż najpierw zelżały a potem całkowicie ucichły. Nie wiedzieliśmy czy udało się im przedrzeć, ale mieliśmy cholerną nadzieję, że tak się stało. W końcu liczyliśmy na ich pomoc. Pamiętam, że w ciszy jaka zapadła, słyszałem ćwierkanie ptaków, oczywiście dopiero kiedy przestało mi dzwonić w uszach. Pomyślałem, że to strasznie zabawne, my się tutaj zabijamy, a gdzieś na drzewach siedzą sobie ptaszki i ćwierkają w najlepsze, pewnie byliśmy dla nich tylko dodatkową atrakcją. Do momentu śmierci żołnierzy 82 i ewakuacji Fouriera, nie widziałem aby komuś z naszych stała się krzywda. Jasne słyszałem jak mówili o śmierci Turnera, ale jednak to było coś innego. Do tego momentu byłem przekonany, że mi nic złego nie może się stać, ale takie myślenie szybko upada kiedy stojący obok ciebie facet pada z miazgą zamiast twarzy. Wstydzę się swoich myśli, ale niestety nigdy nie brzmią one: "biedny skurwysyn", to przychodzi dopiero później, kiedy masz czasy, aby przemyśleć to sobie jeszcze raz, aby odegrać całą scenę w głowie ponownie, chociaż nawet byś nie chciał tego robić, wiesz że będzie to do ciebie powracać, ale w momencie, gdy jego ciało uderza o ziemię obok twoich nóg, mówisz sobie: "Dobrze, że to nie ja". Po strasznych 30 minutach zacząłem się uspokajać, cały czas słyszeliśmy Niemców, ale nie mogliśmy im z naszej pozycji zaszkodzić, a oni do nas nie strzelali. Było nas również za mało aby atakować, broniliśmy się przed nimi. W końcu wyjąłem żelazne racje, widziałem, że reszta chłopaków robiła to samo, oparłem się o brzeg okopu i w ciszy zacząłem zajadać ... był to jeden z najlepszych posiłków w moim życiu

[St. szeregowy Flint Kaynes, zwiadowca, kompania C, 506 PIR]


Żołnierze amerykańscy podczas posiłku składającego się z "żelaznych racji" K.

Jessico

Nie martw się o mnie kochanie, wiem, że słyszałaś, że byłem ranny. To prawda i przepraszam, że wcześniej o tym nie napisałem, ale nie uznałem tego za ważne. Tamtego dnia widziałem dużo gorszy los, który spotkał moich kolegów, a mój postrzał w ramię, który mnie tak naprawdę nawet bardzo nie bolał, nie wydawał się, aż tak ważny. Chciałem zostać z nimi, nie wiem dlaczego, ale czułem, że mogę coś zmienić, że lepiej mi będzie na tym polu razem z nimi. Może uznasz to za nierozsądne ... nie umiem tego wytłumaczyć, ale po prostu musiałem tam zostać, mam nadzieję, że zdołasz mi to wybaczyć. Na swoją obronę muszę powiedzieć, że była to jedna z najspokojniejszych godzin w moim życiu, siedziałem z zamkniętymi oczami, ale nie spałem, całkowicie się wyłączyłem wsłuchiwałem się w czerwcowy poranek i zajadałem czekoladę, którą dano nam zanim weszliśmy do samolotów ... to było wspaniałe


[Szeregowy Jack Miller, kompania C, 506 PIR]


Paczka śniadaniowa racji typu K

Niemcy dokonali przegrupowania i po około godzinie zaatakowali nasze pozycje ponownie, w sile całej kompanii. Tym razem najcięższy atak nastąpił na środek naszych pozycji. Około dwa plutony wroga wykorzystując wcześniej zdobytą kapliczkę, próbowali przełamać naszą obronę. Do ataku wykorzystali nawet jeden transporter opancerzony, ale udało się go zniszczyć. W końcu udało nam się odeprzeć wroga, przy stratach wynoszących 4 zabitych i 2 lekko rannych. Niemcy stracili 7 zabitych i 3 wziętych do niewoli. Musieliśmy niestety skrócić naszą linię obrony ...

Na lewej flance atak ponownie nie był intensywny. Żołnierzom bez problemu udało się pokonać wroga, a nawet wyprzeć ich ze wcześniej zdobytych pozycji. Straty po naszej stronie wynosiły 2 zabitych i 1 rannego. Straty Niemiecki wynosiły 5 zabitych i 4 wziętych do niewoli.

Niemcy zrezygnowali z ataku na prawą flankę, tutaj siła na oko trzech drużyn, zajęła wcześniejsze pozycje wyjściowe i zasypała drużynę sierżanta Pythona ogniem, wyglądało to raczej jak próba obrony swoich pozycji, niż atak.

[Z raportu porucznika Hammonda Heada, 3 Pluton, Kompania D, 82 Dywizja Powietrzno-Desantowa]


Torba US Army.
 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty
Hawkeye jest offline  
Stary 19-09-2008, 11:57   #10
 
merill's Avatar
 
Kochana Susie

Piszę do Ciebie teraz, mam bardzo mało czasu, więc wykorzystuję każdą wolną chwilę. Przepraszam, za niechlujności pisma, ale na skrzynkach od amunicji nie piszę się specjalnie wygodnie. Nie wiem kiedy dotrze do Ciebie ten list, front cały czas jest płynny, na niektórych odcinakach trwają zacięte walki, poczta funkcjonuje więc bardzo kiepsko.

My mamy chwilę wytchnienia, nie martw się o mnie, wszystko ze mną w porządku. Obiecałem Ci przecież, że będę na siebie uważał, a dla Ciebie zrobię wszystko kochanie. Chłopaki właśnie jędzą, ale ja jakoś nie mam apetytu, kiwają do mnie, że mam Cię pozdrowić i poprzestanę na tym, bo za resztę, będę musiał im poobcinać przepustki w najbliższej nadającej się do tego okazji.

Mam nadzieję, że dobrze się czujesz, póki co nie dostałem od Ciebie żadnego listu, ale to pewnie wina poczty. Ten wysyłam już na adres moich rodziców, bo pewnie tam już będziesz kiedy dojedzie do Stanów.

Całuję Cię mocno i tęsknię, jeszcze raz Ci powtarzam, nie martw się o mnie kochanie. Obiecałem Ci że wrócę cały i zdrów i słowa dotrzymam.

Twój kochający Tim.

[ z pamiętnika Thimothego Pytona, kompania C, 506 PIR]

Chłopaki otwarły swoje racje żywnościowe, wykorzystując chwilę czasu na regenerację sił. To pierwszy moment wytchnienia po serii niemieckich natarć, nic dziwnego, że wykorzystują go najlepiej jak potrafią. Przysiadłem obok skrzynek z amunicją co cekaemu, osłonięty pniem drzewa od linii niemieckich i napisałem kilka słów do Susane. Tylko to miałem wtedy w głowie, dać najdroższej osobie w moim życiu znak że żyję. To było absurdalne, bo poczta i tak dochodziła z niesamowitym opóźnieniem, ale jednak wewnętrzna potrzeba była silniejsza.

Kiedy skończyłem pisać, wrócił Miller, był lekko ranny w ramię, ale na własne życzenie wrócił do oddziału. Pamiętam, ze wtedy byłem mu za to bardzo wdzięczny, nie wiem czy sam bym podołał, spraw było dużo i jednemu człowiekowi ciężko było wszystko ogarnąć, a kapral Miller był świetny w pamiętaniu o małych sprawach, a szczegóły nieraz ratują życie.

Trwały wtedy zacięte walki na środku naszych linii i na lewej flance, nas szkopy przygwoździły wtedy ogniem z cekaemów, bo moździerzem poprzednio zajął się strzelec wyborowy. Chyba chcieli nas zatrzymać na miejscach, byśmy nie kontratakowali. Nie oszczędzali amunicji, kazałem pozostać wszystkim na miejscach, nie wychylać się. Musieliśmy przeczekać te nawałnicę ołowiu, a potem z częścią oddziału ruszyliśmy ostrożnie, czołgając się i kryjąc by zajść Niemców z boku. Nie mogliśmy dopuścić by dostali posiłki czy wsparcie, wtedy byliśmy zbyt słabi by bronić się w nieskończoność, jedynym wyjściem był atak.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:51.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172