Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 26-07-2008, 15:15   #1
 
Terrapodian's Avatar
 
Reputacja: 191 Terrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie coś
[Autorska]Ale to już gdzieś straszyło...

(Przepraszam, że trochę chamsko ograniczyłem na początku wasze postacie, ale takie rozwiązanie wydawało się najbardziej przyjazne. Więcej do czegoś takiego nie dojdzie.)

To była sielankowa scena, jak w każdej typowej amerykańskiej rodzinie. Mężczyzna siedział na kanapie czytając gazetę, gdy dzieci bawiły się niewinnie u jego stóp. Ośmioletni chłopczyk i czteroletnia dziewczynka - zdawali się być w całości pochłonięci przez zabawę. Ale to nie były zwykłe dzieci. One były rudzielcami, podobnie jak ojciec. Wbrew pozorom nie będzie to miało żadnego wpływu na dalszą historię. Ojciec wczytywał się w sportowe doniesienia, gdy telewizor niespodziewanie się włączył. Początkowo był to tylko zaśnieżony obraz. Dzieci wbiły wzrok w odbiornik, a mężczyzna powoli odłożył gazetę na bok. Po chwili w ekranie pojawił się zarys czyjejś twarzy, w końcu ukazał się mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu lat. Wygląd postaci mroził oglądających - twarz ze spiczastą brodą, długie, falujące i szare włosy, zmarszczki na czole oraz te niepokojące blade oczy bez wyrazu.
- Witaj Edmund - rzekł głosem dobywającym się jakby zza pleców. - Długo... bardzo długo się nie widzieliśmy.
Dziewczynka wstała i pociągnęła osłupiałego ojca za nogawkę;
- Tatusiu, kto to?
Edmund wstał i przegonił dzieci do pokoju, po czym wrócił przed telewizor i szepnął;
- Wróciłeś... jak?! Przecież cię zabiłem!
Okropna twarz zaśmiała się.
- Już zabitego nie da się zabić ponownie - odrzekł zimno. - Pamiętasz moją przepowiednię?
- Tą o księdzu, popie i rabinie...?
- Nie, idioto! - krzyknął starzec. - Mówiłem wielokrotnie, że to był żart... chodzi o tą... prawdziwą przepowiednię.
Edmund otworzył szeroko oczy.
- Nie! Nie moje dzieci! One są niewinne... - zaczął szarpać za telewizor. - Weź mnie!
Mężczyzna pokiwał głową z dezaprobatą, po czym uśmiechnął się wskazując rząd spiczastych zębów.
- One należą już do Zakonu - szepnął. - Wprawdzie to rudzielce, ale przynajmniej nie Azjaci.
W tym momencie tapeta na ścianach rozdarła się i zza niej wyszło kilka oślizgłych, szarych humanoidów. Wyglądali jak parodia człowieka - posiadali jedynie zarysy części ciała człowieka, a przy tym poruszali się kiwając na boki. Z kuchni dobiegł pisk dzieci i mężczyzna odskoczył od telewizora. Pobiegł natychmiast do swoich latorośli, lecz jedyne co zobaczył, to monstra wynoszące wierzgające dzieci z powrotem do ścian, gdzie znikały. Potem coś ostrego wbiło się w serce mężczyzny, który osunął się powoli na podłogę przy akompaniamencie demonicznego śmiechu twarzy z telewizora. Skonał w kałuży krwi.

***


Brastferry to małe miasteczko założone w połowie XIX wieku, które przez lata utrzymywało się z pozyskiwania drewna. Z czasem priorytet drewna w gospodarce zaczął spadać, dlatego miasto powoli podupadało. W końcu mało kto tutaj pozostał. Wspaniałe miejsce jako kryjówka, jako miejsce do wypoczynku na łonie natury, jako skarbnica chowająca mroczne tajemnice...
Do miasta dostać się jest trudno. Prowadzi tam kilka dróg, lecz mało kto wie jak nimi dojechać. Najprościej jest przejść przez las, choć to ścieżka dość odpychająca, szczególnie o poranku, w czasie mgieł. Wówczas zdaje się, że drzewa ożywają a pomiędzy nimi czai się groźba. W pobliżu na wzgórzu znajduje się piękny, choć stary, dwór. Emanuje z niego majestat, lecz ludzie nigdy się do niego nie zbliżają nawet w razie potrzeby. Nie wiadomo co powoduje u nich takie zachowanie.

***

11 maja 2006 r.

Michał Stoczyński
- Proszę pana, to tutaj - czyjaś ręka potrząsnęła tobą wyrywając ze snu.
Obudziłeś się znów w rzeczywistym świecie. Znajdowałeś się w samochodzie, a obok, za kierownicą, siedział młody chłopak. Deszcz dudnił o karoserię i rozmywał widok przez przednią szybę. Dopiero po chwili dotarło do ciebie, dlaczego tu jesteś. Kwestia tajemniczej historii tutejszego miasteczka. Wreszcie jakieś oderwanie od szarej, polskiej rzeczywistości. Redakcja wysłała cię tu, gdyż zamierzali napisać o czymś, co ludzie z łatwością kupią - historia szkockiego miasta Brastferry położonego na skraju ponurego lasu musi się sprzedać. A kto zna języki, kto ma tendencję do mieszania się w tajemnicze zdarzenia? Ufundowali bilet lotniczy i transport do celu. Najgorsze, że namiary jakie otrzymałeś prowadziły w sam głąb tego lasu, a kierowca nie zamierzał chyba pomagać. Wyglądał raczej jak ktoś, kto musi natychmiast wynieść się z tego miejsca.
- Zrobimy postój, może pan się przewietrzyć - rzekł szybko.
Bez jakiejkolwiek zgody odjechał pospiesznie chwilę po tym jak wysiadłeś. Chyba nawet drzwi do samochodu zostały otwarte.
Według mapy wioska znajdowała się w dole doliny. Wystarczyło tylko przejść jakąś leśną ścieżką. No właśnie, którą? Las otaczający drogę od obu stron wyglądał na zbity i dziewiczy. W pobliżu, po prawej stronie znajdowały się trzy ścieżki, zupełnie do siebie podobne. Gdzie prowadziła jedna - nie trudno było nie zauważyć. Znad drzew wystawała część starego budynku, wyglądającego na zbudowany z kamienia. Kto chciał mieszkać na takim pustkowiu. Dom znajdował się na wzgórzu i wyglądał na opuszczony choć zadbany.
Dwie pozostałe ścieżki prowadziły dość stromo w dół i nie dało się powiedzieć co znajduje się dalej. Potem prowadziły w przeciwległe kierunki. Otoczone przez krzaki wyglądały na niezbyt gościnne.
Stałeś... mokłeś...
Tuż obok samochód przejechał z dużą prędkością. Po chwili rozległ się pisk opon i głuche uderzenie. Zwiastun, że ów samochód prawdopodobnie dalej nie pojedzie.

Grainne Livingstone


Szosa. Pusta szosa. Jedynie pracujący silnik, wycieraczki i deszcz bębniący o szybę dają poczucie, że czas nie stanął w miejscu. Życie wędrowca-samotnika jest cudowne w takiej chwili. Lecz w głębi duszy czułaś niepokój. Coś jest nie tak, coś kieruje się w nie tą stronę jak powinno. Samochód przyspiesza, choć nie przypominasz sobie, abyś mocniej dociskała pedał gazu. Minęłaś jakiś dwór w oddali i samotnego człowieka na ulicy. Serce dudni jak oszalałe...
Schodzisz do swojej piwnicy. Znasz to miejsce bardzo dobrze, więc zwykle nie boisz się. Tym razem czujesz na swoich plecach czyjąś obecność. Z każdym schodkiem to wrażenie się potęguje. W końcu słyszysz równy, głęboki oddech i pospiesznie wypowiadane słowa. Piwnica. Widzisz na środku dużą miednicę w której leżą fragmenty ludzkiego ciała. Wszystko zachlapane jest krwią, choć zawsze starałaś się zachować czystość. Ktoś inny musiał to uczynić i ten ktoś stał właśnie pod ścianą odwrócony do ciebie tyłem. Była to postać naga, zgarbiona ze skórą pokrytą liszajami. Odwróciła się i uległaś wrażeniu, że to paskudne odbicie Britney Spears, choć gwiazda muzyki pop nie ma tak krwiożerczego spojrzenia. Monstrum trzymało w łapach głowę jakiegoś nieszczęśnika i powoli zlizywało ściekającą krew. Potem ugryzło czaszkę, a wraz z głośnym chrupnięciem obudziłaś się w aucie.
Przed maskę wyskakuje jeleń. Natychmiastowy hamulec, choć i tak bez sensu. Samochód uderza w zwierze z ogromną siłą, a rogacz przelatuje przez maskę, po czym wpada na przednią szybę. Szczęśliwie, ta mimo pogruchotania, zapobiega wpadnięciu jelenia do auta. Potem znów coś potrąciłaś i teraz ofiara została przez samochód dosłownie przejechana. To kolejny jeleń.. Zaraz... jeleń? To brzmi najbardziej racjonalnie, ale przecież zwierzęta nie noszą habitów. Czyli był to ksiądz? Szalony fan "furry"?
Pojazd jedzie dalej slalomem, aż wpada na pobocze prosto w drzewa. Budzisz się po chwili w siedzeniu. Głowa boli, a obrazy zamazują się. Z nosa czujesz cieknącą krew, a wargi są prawdopodobnie rozbite, lecz ogólnie nie odczuwasz żadnych poważniejszych ran. Ktoś chyba przyszedł zobaczyć wypadek. Nie potrafisz powiedzieć, czy to realna osoba, czy przewidzenie. Gorzej z identyfikacją tego, w co właśnie wjechałaś po raz drugi. Jeleń czy człowiek?

Billy Andrew Pritcher
Szkocja przywitała cię zimnym powietrzem i burzą. To nie miejsce dla takich twardzieli jak ty. W Ameryce przyzwyczaiłeś się do ogromnych połaci lasu oraz pustkowi, lecz zawsze było coś do roboty. Tutaj panowała taka anemiczna atmosfera. Sytuacja zmieniła się, gdy zatrzymałeś się w przydrożnym barze. Niby miejsce jak co dzień, lecz ludzie wyglądali wyjątkowo podejrzanie. Kelner oprócz obiadu przyniósł wiadomość zaadresowaną do ciebie. Nie było mowy o pomyłce - "Szeryf Billy Andrew Pritcher". Dodatkowo na kopercie widniał adres baru i dokładny termin dostarczenia co do minuty. W środku, na skrawku pożółkłego papieru z kilkoma wyraźnymi plamami krwi, ktoś napisał lakoniczną wiadomość piękną, starą kaligrafią;

Mój stary przyjacielu. Mam nadzieję, że nie dziwisz się czemu pisze. Wszystko idzie zgodnie z planem. Historia zatacza koło. Odwiedź naszego mentora. Pytaj o Brastferry. Jego siedziba to ostatni dom po lewej. Wszyscy będą wiedzieć. Grudzień 1942 r.

No właśnie... co z tą datą? Jaki przyjaciel mógł wówczas o nim wiedzieć. To musi być cholerny żart. Ktoś się bawi twoim kosztem. To nieprawdopodobne.
Tak się złożyło, że przejeżdżałeś drogą prowadzącą niedaleko Brastferry, choć zdałeś sobie z tego sprawę dopiero po chwili. Ulica otoczona przez las była pusta. Na lekkim zakręcie zauważyłeś samochód, który z dużą siłą musiał uderzyć w drzewa. Obok leżał potrącony ksiądz, choć nie nosił żadnych drastycznych śladów po wypadku. Oprócz tego, że był martwy. Zatrzymasz się, czy jedziesz dalej?

Dwayne O'Grady
- Obudź się Dwayne - chrapliwy głos odezwał się w twojej głowie. - Obudź się.
Coś kazało ci wstać z łóżka i ubrać się. Następnie zabrać broń oraz wyjść na zewnątrz. Dopiero pod wpływem rześkiego powietrza zyskałeś zdolność racjonalnego myślenia. Po drugiej stronie ulicy zauważyłeś blisko dwumetrową postać, przebraną za sowę. Kostium był genialnie zrobiony, lecz wyraźnie widać było przerwy między jego częściami.
- Osiemnastego maja świat się skończy - oznajmiła ponuro postać. - Możesz temu zapobiec.
Widząc twoje zaskoczenie dodała;
- Musisz nauczyć się kontrolować... CZAS.
Potem surrealistyczna sowa spojrzała w niebo, a dom, w którym wynająłeś mieszkanie na jakiś czas, za twymi plecami eksplodował rozrzucając kawałki dookoła.
- Jak widzisz, cudem uszedłeś z życiem. Czy teraz wiesz o czym mówię?
Nie powiedziałeś ani słowa, nawet gdy chciałeś je wypowiedzieć. Głos zamarł w gardle. Dom obok eksplodował jeszcze głośniej, niszcząc pojazdy znajdujące się obok.
- A teraz wiesz? - spytała sowa.
Po chwili odetchnęła i dodała swoim niepokojącym głosem;
- IRA przesyła pozdrowienia...



Obudziłeś się w lesie, choć naprawdę nie wiedziałeś co tu robisz. To chyba wciąż była Szkocja, przecież były te mgły... Gdzieś w oddali słychać było samochody i czyjeś głosy. Może to jednak zmysły płatają figle. W pobliżu znajdował się ten dom, czy raczej dwór. Był to raczej jego tył niż front.



Ktoś musiał tutaj mieszkać. Inaczej po co te ławki i zadbany ogród.

Frieddie O'Connell
Twoją obecność na statku zauważono dość szybko. Załoga nie przypominała sobie, abyś należał do ekipy. Na lądzie napotkałeś na serię nieprzyjemności. Brak biletu, dokumentów. Straż celna mówiła coś o więzieniu, groziła sądem. Nie doszło do niczego takiego. Gdy siedziałeś w swojej celi, przyszedł młody policjant. Wziął cię za ramię, rozkuł kajdanki i szepnął do ucha;
- Znikamy stąd, bądź cicho.
Następnie wsadził ciebie i twoje rzeczy do radiowozu policyjnego i odjechaliście spod komisariatu. Podczas godzinnej jazdy policjant się nie odzywał. Dopiero po chwili rzekł;
- Nie powinieneś był wracać. Mogłeś zostać tam gdzie byłeś.
Droga powoli zwężała się, a kierowca zjechał w jakąś mało uczęszczaną ulicę. Prowadziła przez dość ponury las. W tym momencie przed samochód wyskoczył ksiądz. Zdołał krzyknąć i zasłonić twarz rękami. Uderzenie było tak silne, że przeleciał nad samochodem, po czym łupnął na asfalt. Mimo to policjant się nie zatrzymywał. Przyspieszył, po chwili dopiero stanął. Był tam dwór na wzgórzu, do którego prowadziła leśna ścieżka. Wysiadł i to samo kazał zrobić tobie. Maska samochodu oraz zderzak były wgniecione, ale nie przejął się tym zbytnio. Wskazał na budynek i powiedział;
- Musisz tam iść, znajdziesz tam odpowiedź na wszelkie pytania.
Po tych tajemniczych słowach wsiadł ponownie do auta i odjechał.
 
Terrapodian jest offline  
Stary 27-07-2008, 14:51   #2
Lady Redone
 
Redone's Avatar
 
Reputacja: 2671 Redone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputację
Grainne sunęła mokra drogą przed siebie. Deszcz i szum wycieraczek uspokajały i usypiały. Nie miała włączonego radio, wolała wsłuchiwać się w krople dudniące o szybę. Tylko dlaczego nagle zaczęła jechać szybciej? Przecież nigdzie się jej nie spieszyło, miała mnóstwo czasu. I czekało mnóstwo przeżyć na jej drodze wartych opisania.

"Piwnica? Jak to? Tak, to na pewno moja piwnica." Dziewczyna schodziła po schodach i czuła dreszcze na karku. Postać. Brzydka w swoim pięknie i piękna w swojej brzydocie. Czego tu chciała? Kto pozwolił jej wejść. I czemu zrobiła taki bałagan? Miała ochotę ją zabić, ale zamiast tego zabiła coś innego.

JELEŃ!

Impuls zbyt późno został przetworzony w mózgu i panna Livingstone nie zdołała uniknąć uderzenia. Sieć pęknięć na szybie dodatkowo ograniczyła widoczność. Dziewczyna chciała zapanować nad pojazdem, lecz jej wysiłki poszły na marne.

ZNOWU!

Jeleń? KSIĄDZ??? Co to kurcze ma być? Ten teren jest jakiś nawiedzony. Bo kto się paęta w taki deszcz po pustkowiu, przecież tu nic nie ma. Chyba, że ksiądz (lub jeleń) mieszka w tym dworku. Jednak księża zazwyczaj nie mieszkają w dworkach.

DRZEWO!

Więcej jej mózg nie zdążył zarejestrować. Grainne miała bliskie spotkanie z naturą, i niestety jest 1:0 dla drzewa. Po odzyskaniu świadomości poczuła ból. Ostry ból, który chyba szybko nie przejdzie. Spojrzała na drzewo z wyrzutem i rzuciła jakieś przekleństwo. Rozejrzała się jeszcze oszołomiona i wydawało się że zobaczyła jakąś postać. Jej mózg twierdził, ze należy się wydostać z samochodu, ale mięśnie były innego zdania. Niemniej jednak spróbowała wydostać się z samochodu, może ta osoba będzie w stanie jej pomóc.
 
__________________
Courage doesn't always roar. Sometimes courage is the quiet voice at the end of the day saying, "I will try again tomorrow.” - Mary Anne Radmacher
Redone jest offline  
Stary 27-07-2008, 21:02   #3
 
michau's Avatar
 
Reputacja: 35 michau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodze
Naczelny z reguły się nie myli. Jeśli stwierdzi, że to, co wczoraj napisałeś po pięciu godzinach siedzenia przy laptopie i przesłałeś mu dwie minuty przed północą, zasługuje na opublikowanie, jako efekt rzekomo półtora miesięcznej pracy nad sprawą, to nie masz prawa odmówić. No chyba, że jesteś nienormalny i nie liczą się dla ciebie pieniądze, czy chęć utrzymania się w branży i nie stracenia pracy.

***


*

- How far are we going to go through this path without making any stops?- asked Michal.
- For about ten minutes, sir. I will stop immediately when I see a path we are aiming so that you can get off the car- the driver replied.
- That's alright. Thank you.
A really dull conversation made him angry. When they stopped, he got off the car and walked toward the nearest tree to have a piss. He didn't even realise that the car had just gone.
- You fuckin' jerk !!- the only words he was able to shout toward the disappearing driver.



pl.
- Jak długo jeszcze będziemy się wlekli tą drogą bez robienia żadnego postoju?- zapytał Michał
- Przez jakieś dziesięć minut, proszę pana. Kiedy zobaczę ścieżkę, w kierunku której zmierzamy, natychmiast się zatrzymam- odpowiedział kierowca.
- W porządku, dzięki.
Rozmowa z kierowcą tylko go wkurzyła. Kiedy się zatrzymali, wysiadł z wozu i podszedł do najbliższego drzewa żeby się odlać. Nie zdążył nawet zauważyć, że samochód właśnie odjechał
- Ty pierdolony cymbale!!- to ostatnie, co zdążył wykrzyknąć w kierunku znikającego kierowcy.




- No to klops- Michał lubił mówić sam do siebie w momentach kiedy był wkurzony. Nie ukrywał zdziwienia, kiedy zauważył, że kierowca odjechał zostawiając go lesie, w nieznanym mu miejscu. Miał go przecież dowieść do wioski, na miejsce, do celu ! Zamiast tego stał teraz sam w strugach deszczu, zszokowany.
- Pierdolony Angluch! Nie cierpię tych parszywych śmierdzieli. No co za ...- przerwał. Między drzewami mignęła mu jakby postać. Nie ważne, pomyślał. Przecież te lasy są tak opustoszałe, że nie zdziwię się, jeśli zauważę tu jakiegoś pustelnika, który żyje tu od stuleci, buhaha- ryknął Pan Dziwny Śmiech w głowie Michała.
Michał rozejrzał się dookoła. Tylko drzewa i deszcz. Deszcz, w przeciwieństwie do tego pierwszego, padał bardzo intensywnie. Michał dostrzegł trzy ścieżki, dość typowe jak na leśne drogi, pokryte teraz wodą, co powodowało, że powoli zamieniały się w błotnistą breję. Dwie wyraźnie prowadziły w dół. Cholera wie gdzie, pomyślał Michał. Spojrzał w górę. Nie wiedząc czemu akurat w górę, skoro z góry lał właśnie deszcz i skoro Góra, to znaczy redaktor naczelny, wysłał go właśnie w sam środek jakiegoś dziewiczego lasu w Szkocji. Michał dostrzegł dach budynku. Może jednak kierowca dotrzymał słowa i dowiózł go do wioski, pomyślał? Michał ruszył w kierunku błotnistej ścieżki, która jako jedyna prowadziła w górę, prawdopodobnie w kierunku domu, którego dach zobaczył z nad wystających konarów drzew.

Wbrew pierwotnym założeniom, dotarł do zabudowania po około czterdziestu minutach . Nie wiedział, jak to możliwe, skoro dach budynku wydawał się być tuż nad drzewami, przed którymi stał czterdzieści minut temu; gdy spojrzał na zegarek, tyle czasu właśnie upłynęło od momentu, gdy wyruszył z miejsca, gdzie zostawił go kierowca.
Michał stał mokry wpatrując się w budynek.Nie miał innych planów-podszedł do drzwi. Postanowił zapukać.
 
__________________
Fortune is fickle.
"Do not follow the Dark Side"

Ostatnio edytowane przez michau : 27-07-2008 o 23:22.
michau jest offline  
Stary 28-07-2008, 18:33   #4
 
Kroni.PJ's Avatar
 
Reputacja: 13 Kroni.PJ nie jest za bardzo znanyKroni.PJ nie jest za bardzo znany
Arrow

Dwayne, stał naprzeciwko owego domu. Po pewnym czasie doszło do niego, że "to nie przecież wciąż tylko Szkocja" tylko "kurwa to Szkocja". Przecież jeszcze kilka chwil temu był w Anglii. Kilka chwil temu?
Może nie zupełnie, może ten wypadek (wypadek w postaci surrealistycznej sowy robiącej "wielkie bum" w jego dzielnicy) znowu wprowadził go w stan śpiączki i znowu bracia z IRA go wyratowali.
-Hm... - Dwayne często w sytuacji kiedy nie wiedział co się dzieje wydawał z siebie krótkie i piskliwe hm.
Stał chwilę rozglądając się, a raczej kręcąc oczami we wszystkie strony, gdy nagle zorientował się, że pada na niego deszcz. Zaczął chodzić, w kółko jakby uciekając przed wrednymi kroplami, które nie dawały mu spokoju, w końcu dając za wygraną zatrzymał się i zaczął rozmyślać.
-"Pozdrowienia od IRA" - czyli o nim myślą i pamiętają.
-Eksplozje - czyli chcą żeby im pomógł. Tak na pewno właśnie tego chcą.
W momencie kiedy O'Grady zaczynał się rozpływać przypominając sobie wszystkie bohaterskie wyczyny jego osoby usłyszał gdzieś w oddali samochody i głosy. Cóż po jednym "Hm..." i chwili nasłuchiwania wrócił do marzeń.
Stał i moknął z miną najszczęśliwszego człowieka na świecie, lecz nagle gdzieś, całkiem blisko, rozległ się dźwięk pukania. Pierwsza myśl Irlandczyka wskazywała na to, że jakiś debil (najprawdopodobniej papista) puka w środku budynku, potem doszło do niego, że jeśli on jest na tyłach to musi być też przód i to zapewne we frontowe drzwi ktoś wali pięścią.
Dwayne z miną oburzonego właściciela posiadłości poszedł w stronę znienawidzonego dobijającego się chama-papisty.
 
__________________
...I'm still alive...Once upon the time...Footsteps in the hall...
Kroni.PJ jest offline  
Stary 28-07-2008, 19:42   #5
 
Piguła's Avatar
 
Reputacja: 0 Piguła nie jest zbyt sławny w tych okolicachPiguła nie jest zbyt sławny w tych okolicach
Freddie przez chwilę stał zastanawiając się, co w ogóle się stało. Z jednej z kieszeń płaszcza wyjął wymiętoszoną paczkę papierosów, wyciągnął jednego i zapalił go.
"Dlaczego ten szczyl zabrał mnie z więzienia? Jakim prawem mu rozkazywał, to ja jestem starszy! Zauważyłeś przyjacielu, że był blady? O czym ten dzieciak gadał? Czy znajdę tu whiskey?"
Przez kilka minut O'Connell zaciągał się i wypuszczał chmury dymu papierosowego. Potem wyrzucił "peta" wypalonego do samego filtru i zaczął oklepywać się po płaszczu, w poszukiwaniu butelki. Znalazł ją w wielkiej, wewnętrznej kieszeni. Uśmiechnął się do niej, odkręcił ją i napił się.
Po tym wszystkim spojrzał na dwór. "Tu na pewno jedzą krewetki, piją czerwone wino i są bladzi..."
Wziął głęboki oddech i... pchnął drzwi.
 
Piguła jest offline  
Stary 29-07-2008, 10:59   #6
 
Medivh's Avatar
 
Reputacja: 12 Medivh nie jest za bardzo znany
Billy Jechał motorem już jakąś godzinę. "Przydałoby się gdzieś zatrzymać...o może tutaj." zatrzymał się przy przydrożnym barze. Może nie był to lokal jakiejś większej klasy no ale cóż. Zatrzymał się. Wyjął kluczyki ze stacyjki. Powstał. Wszedł do środka."Jezu, jacy wszyscy tu są drętwi"

-Dzień dobry -Rzucił obojętnie w przestrzeń. podszedł do lady .- Poproszę herbatę -BIlly rozejrzał się za wolnym stolikiem.- Tu cię mam - powiedział cicho pod nosem w strone pustego stolika przy oknie. po niecałej minucie biały jak papier kelner przyniósł herbatę i kopertę

- Pana herbata -Powiedział

- Ale ja...- Urwał widząc że kelner odchodzi nie słuchając co ma do powiedzenia. "Następnym razem jak ten gościu mnie oleje to pokaże mu co mam do powiedzenia na ten temat" Obrażony spojrzał na list. "Co do ??" List był zaadresowany do niego z dokładną datą godzina i miejscem. jakimś cudem mimo tego że przejeżdżał tu przypadkiem ktoś wiedizał o tym że tu będzie. Otworzył kopertę.

Mój stary przyjacielu. Mam nadzieję, że nie dziwisz się czemu pisze "Nie no wcale !!". Wszystko idzie zgodnie z planem "Jakim planem ?!". Historia zatacza koło. Odwiedź naszego mentora "Kogo?". Pytaj o Brastferry. Jego siedziba to ostatni dom po lewej "po lewej od czego ?". Wszyscy będą wiedzieć "Jacy wszyscy?" .Grudzień 1942 r.

Billy się trochę zmieszał. Co to miało znaczyć? "No nic. Pewnie sobie żarty ze mnie ktoś robi." Dopił herbatę, zapłacił i wyszedł. Odpalił motor i pojechał.

Jechał już jakiś czas kiedy spostrzegł samochód wbity w drzewo i martwe ciało w szacie księdza. "Ksiądz?...to pewnie część żartu" pojechał dalej. zajechał 10 metrów dalej. "A może ktoś tam naprawdę ma kłopoty?...nie udzielenie pomocy to w sumie przestępstwo...hmm..."
- robię się miękki na starość - zawrócił i podjechał do ciała. wyjął rewolwer i odbezpieczył go. Podszeł do ciała i nogą przewrócił na plecy...
 
__________________
..::// "Release Your ANGER ! Come to THE DARK SIDE !" \\::...
Medivh jest offline  
Stary 29-07-2008, 21:18   #7
 
Terrapodian's Avatar
 
Reputacja: 191 Terrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie coś
Dla sprecyzowania czasu - późniejsze popołudnie.

Panna Livingstone zdołała wygrzebać się z samochodu i, mimo wypadku, czuła wewnętrzną ulgę, że jej obrażenia nie były zbyt poważne. Pojazd już raczej nigdzie nie pojedzie, choć nie można mówić o makabrycznej destrukcji. Brakowało śladów krwi, a maska oraz przednia szyba nosiły jedynie ślady uderzenia w coś żywego. W pobliżu rzeczywiście ktoś stał, więc zmysły nie kłamały - starszy mężczyzna ubrany niczym kowboj, z rewolwerem w ręku, który pochylał się nad... No właśnie... zwłokami owego księdza, którego potrąciłaś. Mężczyzna badał zwłoki, próbując dojść szczegółów dotyczących śmierci. Lecz w takim razie gdzie jest jeleń?

Billy Preacher spoglądał z góry na księdza, który był martwy. Po przewróceniu ciała na plecy, ten człowiek wciąż był martwy, choć na takiego nie wyglądał. Przede wszystkim miał około trzydziestu lat, był łysy, miał lekki zarost i gęste brwi. Nie nosił śladów brutalnego uderzenia, a ty jako szeryf, widziałeś kilka okropnych wypadków samochodowych, w których ofiary nie przypominały zdjęć w ich dowodzie osobistym. Sutanna księdza nie miała żadnych ciekawych elementów, choć może coś kryje się w kieszeniach oraz rękawach. Kątem oka dojrzałeś jak z samochodu wychodzi dość ładna kobieta. Krew ciekła jej z nosa i zalewała połowę twarzy, a wzrok miała rozbiegany. Widać było, że wzdrygnęła się natykając na ciebie lub trupa.

Znajdowaliście się na zakręcie tej drogi przez las. Deszcz przestał padać, choć gęste chmury wciąż się utrzymywały. Jedynym elementem burzącym tą scenę, był martwy ksiądz, który w żaden sposób nie chciał ożyć i zaprzeczyć swojej śmierci. W każdej chwili mógł tędy przejeżdżać samochód, co dla Grainne nie byłoby komfortowym wyjściem z sytuacji.

***



Każdy wchodzący pod dwór natykał się na ten ogród. Był zadbany, choć zdawał się być nieco zdziczały. Być może to efekt natłoku licznych gatunków roślin. Jedno z odnóży prowadziła za dom, a drugie w stronę pięknej fontanny



W tym ogrodzie było coś... magicznego. Chciało się w nim zostać już na zawsze...

***


Freddie O'Connell pchnął drzwi bohatersko, które otworzyły się z głośnym skrzypnięciem, a następnie zamknęły. Od wewnątrz uderzył cię zapach starych, drewnianych mebli. Przedsionek zapowiadał charakter domu - był stary i prawie pusty. Na przeciw wejścia znajdowały się jeszcze jedne drzwi, które musiały prowadzić do gościnnej części domu. Nad nimi wisiał duży krucyfiks, lecz bez postaci Jezusa. W rogach stały zadbane zbroje płytowe z halabardami w rękach. Na wieszaku wisiał szary płaszcz zimowy, zapewne nie używany. Po chwili usłyszał uderzenia w drzwi.

To pukał Michał Stoczyński, który właśnie co znalazł się przed dworem. Nikt początkowo mu nie otwierał. Po chwili w pobliżu zjawił się Dwayne O'Grady, który z podejrzliwością obserwował pukającego. Wtedy drzwi się otworzyły...

Stary Freddie słyszał pukanie. Nawet przez pewien czas chciał otworzyć, lecz nie był pewien reakcji właściciela. W sumie takie wtargnięcie może zostać źle odebrane, więc wolał pozostać w ukryciu. Wówczas pojawił się przed nim tajemniczy jegomość. Był starszy od ciebie lecz bardziej zadbany. Blady, z czarnymi, choć siwiejącymi włosami i monoklem zwisającym z kieszeni fraku. Nos i policzki kościste, a oczy brązowe badały twoją osobę. Ubrany był jak każdy lokaj w starym domu. W lewej ręce trzymał kilka świeżo ściętych róż.
- Nie zapukał pan - rzekł głębokim głosem. - Nie uczono pana zasad życia w społeczeństwie? A co gdybym miał w tym momencie strzelbę?
Po tym wykładzie skierował się i otworzył drzwi. Na zewnątrz stali dwaj mężczyźni - jeden szczupły i wysoki, a drugi ubrany w garnitur, z melonikiem w ręku.

W drzwiach ukazał się najbardziej stereotypowy lokal, jakiego mogliście sobie wyobrazić (opis wyżej). Nawet kulał wyraźnie na lewą nogę. Spojrzał na was podejrzliwie, po czym rzekł;
- Witajcie przybysze - skłonił się. - To miło, że zawitaliście do tego starego domostwa, aby odwiedzić lorda, którego sługą jestem.
Zrobił pauzę, zaczerpnął powietrze i dokończył;
- Nasz dom zawsze jest otwarty, a mój pan samotny i rad jest z gości... Lecz nim was wpuszczę, muszę poznać powody dla których tu przybyliście...
W środku dojrzeliście jeszcze kolejnego starszego mężczyznę, który był tutaj raczej przybyszem.
 

Ostatnio edytowane przez Terrapodian : 29-07-2008 o 22:03.
Terrapodian jest offline  
Stary 29-07-2008, 22:28   #8
 
michau's Avatar
 
Reputacja: 35 michau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodzemichau jest na bardzo dobrej drodze
Michał usłyszał chlapnięcie wody. W momencie gdy pukał do drzwi, zauważył kątem oka postać mężczyzny stojącego kilka metrów za nim. Prawdopodobnie to on spowodował owe chlupnięcie, wpadając w kałużę wody. Mężczyzna, tak jak on sam, przemoknięty był do suchej nitki. Na głowie miał charakterystyczny melonik, z rantów którego spływała teraz ciurkiem woda. Mężczyzna zbliżył się w kierunku drzwi i Michała. Michał miał właśnie zamiar coś powiedzieć gdy drzwi, przed którymi stali, otworzyły się powoli.

W drzwiach ukazał się najbardziej stereotypowy lokal, jakiego Michał mógł sobie wyobrazić . Nawet kulał wyraźnie na lewą nogę. Spojrzał na mężczyzn podejrzliwie, po czym rzekł;
- Witajcie przybysze - skłonił się. - To miło, że zawitaliście do tego starego domostwa, aby odwiedzić lorda, którego sługą jestem.
Zrobił pauzę, zaczerpnął powietrze i dokończył;
- Nasz dom zawsze jest otwarty, a mój pan samotny i rad jest z gości... Lecz nim was wpuszczę, muszę poznać powody dla których tu przybyliście...
W środku dojrzeliście jeszcze kolejnego starszego mężczyznę, który był tutaj raczej przybyszem.


- Witam- rzucił krótko Michał.- Dziękuję za powitanie- wydukał po angielsku, przetwarzając w myślach wszystko co powiedział lokaj, bo jego szkocki akcent, i wyrafinowana forma, mogłaby zaskoczyć rodowitego Szkota.
Im dalej na północ, tym gorzej- pomyślał Michał z niechęcią. Szkocki i jego lokalne warianty.
- Nazywam się Michał- przedstawił się i spojrzał na mężczyznę obok, po czym znów na lokaja i faceta, który stał w głębi domu, i dokończył- miałem pewną nieprzyjemność, która zmusiła mnie do tego, że trafiłem tutaj. Mój kierowca, który miał mnie zawieść do miasta Brastferry, zostawił mnie na środku jezdni i odjechał. Dostrzegłem ten dom, więc pomyślałem, że zwrócę się do kogoś o pomoc, bo mój telefon komórkowy i torba zostały w aucie. Mam nadzieję, że to niedaleko stąd?

Lokaj spojrzał na obu mężczyzn z tym samym spokojem, z którym ich przywitał. Michał miał nadzieję, że będzie chociaż mógł zadzwonić stąd po taksówkę, aby móc dostać się w końcu do Brastferry jeszcze tego wieczoru.
 
__________________
Fortune is fickle.
"Do not follow the Dark Side"
michau jest offline  
Stary 29-07-2008, 22:47   #9
 
Kroni.PJ's Avatar
 
Reputacja: 13 Kroni.PJ nie jest za bardzo znanyKroni.PJ nie jest za bardzo znany
-Hm...
Co za palant śmiał pytać Dwayne'ego o powód przybycia. O'Grady włożył rękę za marynarkę wyciągnął broń wycelował w lokaja po czym bardzo szybko schował ją i uśmiechnął się nerwowo, jakby próbując zatuszować wybuch agresji:
-Ten typ przecież nie musi wiedzieć kim jestem i może się nie przestraszyć na samą myśl o spotkaniu z takim bohaterem jak ja. - pomyślał Irlandczyk, po czym szybko złapał się na swoim akcie tchórzostwa i pośpiesznie dodał w myślach lekko poruszając przy tym ustami:
-Nie zrobię z niego trupa tak na przywitanie.
-O'Grady - rzucił prawie nonszalancko - Nagle pojawiłem się gdzieś tutaj. W sumie to chyba przez sowę. - były członek IRA nie zorientował się jak głupia była jego odpowiedź gdyż zaczął oglądać ogród, w którym stał, a także ludzi, wśród których stał.
-Jeden, na pewno papista (katolik), lowelas i gejowaty metroseksualista nie wzbudził w Dwayne'm specjalnych emocji (poza tym, że był papistą, a tych z reguły się nienawidzi).
-Drugi niezadbany staruch. Jeden z tych twardzieli. Pewnie też Irlandczyk i prawdopodobnie też protestant. Wydał się O'Grady'emu całkiem w porządku, w każdym razie na pewno można było się z nim napić i opowiedzieć mu kilka ciekawych zmyślonych historyjek.
To krótkim, i nad wyraz niedyskretnym zmierzeniu dwóch mężczyzn, Dwayne zaczął oglądać wnętrze budynku znad ramienia lokaja...
 
__________________
...I'm still alive...Once upon the time...Footsteps in the hall...

Ostatnio edytowane przez Kroni.PJ : 30-07-2008 o 10:18.
Kroni.PJ jest offline  
Stary 29-07-2008, 23:04   #10
 
Piguła's Avatar
 
Reputacja: 0 Piguła nie jest zbyt sławny w tych okolicachPiguła nie jest zbyt sławny w tych okolicach
Wszedłszy do domu, Freddie od razu zwrócił uwagę na krucyfiks. Zawsze zastanawiało go, czemu tyle ludzi myśli, że Jezus był mesjaszem... nieważne. Ważniejsze było to, że ktoś zaczął walić do drzwi. Czy ludzie nie mogą po prostu wejść do środka? Przecież i tak nikogo tu nie ma.
Pewność Freddiego została zakłócona nagłym pojawieniem się lokaja. "O BOŻE! ON JEST BLADY!" Służący coś do niego powiedział, Freddie nie zwrócił na to uwagi, wciąż spoglądał na bladą twarz mężczyzny. Po pewnym czasie wyjął papierosa i wsadził go sobie pomiędzy wargi dla dodania otuchy. Przybrał bardzo groźną (najgroźniejszą, na jaką było go stać) i wyrzucił z siebie:
- Zamknij bladą mordę, krewetko! Otwórz lepiej drzwi i wyczyść mi buty! - wykrzyknął lekko zadowolony z tego, że udało mu się zabrzmieć tak groźnie.
Gdy drzwi się uchyliły Freddie zobaczył dwóch, już na szczęście nie bladych, ludzi. Jeden z nich wyciągnął pistolet, zapewne też nie lubił bladych. Uśmiechnąwszy się w duchu Freddie zapalił papierosa i wydmuchnął chmurę dymu wprost na kamerdynera.
 
Piguła jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 12:45.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166