Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 24-08-2008, 18:05   #1
 
wojto16's Avatar
 
Dar czy Przekleństwo

[MEDIA]http://www.polhotels.com/warsz/Sheraton/functionRoom.jpg[/MEDIA]

Kolejne zebranie właśnie dobiegło końca. Wszyscy akcjonariusze rozeszli się do domów. Sammel nie miał ochoty jeszcze wracać. Siedział przy długim stole, na którym były rozmieszczone starannie uporządkowane dokumenty. W sali konferencyjnej ogólnie panował porządek, który wydawał mu się wręcz nienaturalny. Za oknem panował już mrok rozjaśniany od czasu do czasu światłami samochodów. Siedząc samotnie w nocy popijając whisky czuł się znacznie lepiej niż w najbardziej doborowym towarzystwie. Zapalona lampka rzucała niewiele światła. Wystarczająco żeby nikt nie mógł powiedzieć, że siedzi sam po ciemku. Znieruchomiał słysząc kroki w korytarzu. Nagle lampka zaczęła migać aż wreszcie zgasła całkowicie pozostawiając go w całkowitych ciemnościach. Drzwi otworzyły się wpuszczając do środka chłodny wiatr, co było dziwne w porze lata. To nie był naturalny chłód.
- Wiedziałem, że prędzej czy później się zjawisz. Zaproponowałbym ci drinka, ale zapewne i tak odmówisz.
Osoba stojąca w cieniu spoglądała na niego zimnym wzrokiem niepozostawiającym żadnych złudzeń, co do jej celu. Jeśli ktoś miał by jeszcze jakiekolwiek wątpliwości pistolet trzymany przez nią w ręku i wycelowany prosto w Sammela natychmiast by je rozwiał. Sammelowi wystarczył tylko wzrok dla zrozumienia powagi sytuacji.
- Nie męczy cię już zabijanie bez wyraźnego celu? Sądząc po twojej minie raczej nie. Nim naciśniesz spust kończąc tym samym moją tragikomiczną egzystencję zrób mi małą przysługę i zaspokój moją ciekawość.
Osoba z bronią przyglądała mu się przez chwilę aż wreszcie przemówiła:
- Z tego, co mi wiadomo jesteś świetnym biznesmenem. Wyspecjalizowanym w sprzedawaniu. W tym momencie stajesz się kupcem, który próbuje kupić ode mnie trochę więcej czasu.
Sammel dopił whisky ze szklanki, wstał z krzesła i odstawił ją na pobliską szafkę nie spuszczając wzroku ze swojego nieproszonego gościa.
- Rozgryzłeś mnie. Wprawdzie tylko w niewielkim stopniu, ale zawsze. Kupuje się za pieniądze, których mam pod dostatkiem. W tym przypadku nawet przekazanie całej mojej fortuny nie będzie wystarczającą ceną za ten czas. Budynek jest pusty, był tylko jeden strażnik. Zwróć uwagę, że powiedziałem „był”.
- Był i jest – odpowiedział niewzruszony zabójca – W przeciwieństwie do twojej organizacji ja unikam niepotrzebnych ofiar koncentrując się tylko na jednym celu. W tym przypadku na tobie.
- Cóż mogę powiedzieć. Cieszę się, że nie zabiłeś starego Jeffa. Jeśli chodzi o przypadkowe ofiary nie twierdzę, że moja organizacja nie popełniała żadnych błędów i wszystkie nasze osądy były właściwe. Wracając do spraw kupna to taka moja umiarkowana prośba. Nim zginę chcę wiedzieć, co i jak.
Zabójca celował dalej długo rozmyślając nad prośbą Sammela. Wreszcie przemówił ponownie:
- Masz rację! Nikt nie będzie nam przeszkadzał. Mamy czas na spełnienie twej prośby. Historia twojego upadku zaczęła się w momencie zbrodni dokonanej na terenie posiadłości profesora Charlesa Wilsona gdzie owy profesor został wedle policji zamordowany wraz z kilkoma przestępcami. Po jakimś czasie śledztwo utknęło w martwym punkcie. Policja nie miała ani żadnego dowodu, ani podejrzanego. Był to bodaj 10 lipca tego roku. Dzień pojawienia się kilku magów, którym dane było zmienić świat.


Dar czy Przekleństwo

Rozdział I
Dar


Nowy Jork, 10.07.12 r.


Cmentarz (godz. 0:30)

[MEDIA]http://ewropa.blox.pl/resource/cmentarz.jpg[/MEDIA]

Gęsta mgła unosiła się nad ziemią przysłaniając bujną, wilgotną od rosy trawę porastającą teren cmentarza. Jedynymi obiektami wznoszącymi się powyżej mgły były suche i cienkie drzewa, które sprawiały wrażenie obumarłych od dłuższego czasu. We mgle majaczyły kształty kamiennych nagrobków nadgryzionych zębem czasu. Była to już stara część cmentarza gdzie niewielu miało odwagę się zapuszczać. Szczególnie w nocy. Jak zwykle musiały się trafić wyjątki od reguły. Grupa owych wyjątków tej nocy zgromadziła się w kolejnym miejscu ledwie widocznego w gęstej mgle. Tym miejscem była stara krypta zapomniana zarówno przez ludzi jak i historię. Nie wiadomo, dla kogo była wybudowana ani kto w niej spoczywał. Ktokolwiek to był teraz musiał być bardzo, niezadowolony.
Surowy kamień, z którego krypta została wzniesiona nie dopuszczał ani odrobiny ciepła pozostawiając w jej wnętrzu jedynie chłód zmuszający zęby do szczękania i policzki do zmiany koloru. Takoż właśnie chłód ten oddziaływał na Christinę Kuro i Aleksandra Malkina, dwójkę nekromantów, którzy jeszcze się nie znali, ale mieli zostać połączeni przez los. On niski, chudy z krótkimi, czarnymi włosami i kozią bródką. Ona szczupła, z wyglądu delikatna i piękna japonka. Jedynym, co ich łączyło była przynależność do jednej grupy i profesja. Dzieliła właściwie cała reszta.
Gdy tylko nóż zanurzył się w ciele odurzonej przez narkotyki dziewczynie rytuał został zakończony. Ulatująca z jej ciała energia życiowa trafiała do każdej osoby stojącej w pomieszczeniu rozświetlanym jedynie przez zapalone pochodnie. Każdy obecny poczuł uderzenie powietrza do nosa i ust, tak gwałtowne, że zmuszało go do cofnięcia się o krok. Nagle wszelkie uczucia typu głód bądź zmęczenie zanikały, a na ich miejsce pojawiały się nowe siły. Ten rytuał od niepamiętnych czasów wykonywany był w grupach. Dawno temu wykonała go jedynie trójka potężnych nekromantów. Skończyło się to dla nich poważnymi krwotokami wewnętrznymi i atakami serca. To była jednak epoka prób i błędów w przypadku magii.
Dwójka zakapturzonych kultystów podniosła nieruchome i lekkie ciało dziewczyny, która jeszcze wczoraj była dziewicą. Wedle poglądów głównego kapłana bogowie śmierci nie przyjmują „czystych” ofiar. Członkowie sekty poczęli się rozchodzić. Chłód nikomu już nie przeszkadzał. Po rytuale Christina wyszła na spotkanie głównemu kapłanowi, który stał pod ścianą przyglądając się czynności wynoszenia zwłok. Zaraz po niej podszedł Aleksandr Malkin.
- Christina Kuro. Jak miło, że pani odpowiedziała na moje wezwanie – rzekł kapłan. Ubrany był w długą, czerwoną szatę ocierającą się minimalnie o podłogę i spiczasty kaptur zasłaniający całą głowę z wyciętymi dziurami na oczy. Jego strój przypominał szaty noszone przez członków KKK, ale nikt nie ośmielił zapytać się o związek. Jedynie po głosie kapłana dało się rozpoznać, że już dawno przestał być młodzieniaszkiem.
- Pan Aleksandr też wizytą nie pogardził – ciągnął dalej przemowę – Zapewne interesuje was, po co zostaliście ściągnięci na ten skromny rytuał. Oczywiście pomijając nasz główny cel oczyszczania duszy i ciała. Zostaliście wybrani do pewnej bardzo ważnej misji. Jej celem jest odnalezienie Johna Wilsona przebywającego według naszych informacji w „Akademii im. Św. Jana Chrzciciela w Nowym Jorku”. Ta akademia powstała w 2011 roku i ogólnie wiemy o niej niewiele. Cała sprawę trzeba załatwić subtelnie i po cichu. John Wilson jest w posiadaniu cennych informacji, które muszą nam być dostarczone wraz z jego osobą.
Zbliżył się do niego młody mężczyzna z brązowymi włosami.
- A oto Tom, który doprowadzi was do Akademii. Wyjaśni wam po drodze wszelkie wątpliwości. Ja muszę udać się teraz spa… Znaczy się na medytację.
Gdy odszedł Tom z uśmiechem podał dłoń dwójce wybranych.
- Cześć! Mamy ruszać już teraz. Dostałem coś specjalnie dla was – tutaj wręczył im dwa flakoniki pełne białego proszku – To haszysz, jeśli jeszcze nie poznaliście. Narkotyk został przez nas zmodyfikowany. Zabija ból i zwiększa siły, ale większa dawka może być śmiertelna. Niewielka dawka narkotyku musi być wciągnięta nosem. Czas, po jakim zaczyna działać to jakieś 60 sekund. Liczcie się z tym, że gdy jego działanie się skończy ogarną was niezwykle silne bóle fizyczne, dlatego zażywajcie tylko w ostateczności. Przy okazji możecie się przedstawić, bo nie zapamiętałem waszych nazwisk. Czy macie jakieś pytania w związku z tą sprawą?

Mieszkanie Orrina Evansa (godz. 0:25)

[MEDIA]http://www.muratordom.pl/zdjecia/obrazki/mieszkanie_staronowe_1.jpg[/MEDIA]

Tego dnia Orrin Evans miał sen. Oczywiście nie byłoby to nic wartego wzmianki gdyby był to zwykły sen. Siedział na kanapie patrząc na drugiego siebie siedzącego przy stole naprzeciwko. Ten drugi odwrócił się w jego kierunku z pogardliwym uśmiechem. Wówczas przyszło mu do głowy, że tym kimś musiał być Oberon. Oberon wstał z krzesła i chwiejnym krokiem zbliżył się do telewizora. Na ekranie telewizora widać było sporą grupkę mężczyzn bijących kogoś metalowymi pałkami. Przed nimi stała niewzruszona prezenterka chłodno komentująca to, co się dzieje na ekranie. Do uszu Orrina nie dochodziło żadne jej słowo. Oberon przysiadł się do niego zajadając coś, co przypominało kanapkę. Nagle obok prezenterki pojawił się azjata w czarnym garniturze i okularach przeciwsłonecznych. Prezenterka wyraźnie o coś go pytała. Napisy przelatujące w dolnej części ekranu na czerwonym pasku głosiły: „znajdź mnie. Akademia im. św. Jana Chrzciciela”.
Usłyszał westchnięcie Oberona siedzącego obok:
- Jak trzeba to trzeba. Coś mi się widzi Orri, że to poważna sprawa. Myślę, że warto się pofatygować.
Drzwi wyleciały z futryn niczym w tandetnym filmie akcji i roztrzaskały się o przeciwległą ścianę. Orrin ujrzał kilku uzbrojonych komandosów, którzy wbiegają do jego mieszkania. Stanęli w jednym szeregu celując prosto w niego. Orrin błyskawicznie zerwał się z kanapy i nagle upadł na kolana czując na plecach niewidzialny ciężar. Ledwie dźwignął się z podłogi i poczuł jak strach dodaje mu sił. Rozpędził się i wyskoczył przez okno lądując prosto w ciemnym zaułku. Nad sobą widział znajomego azjatę celującego z pistoletu prosto w jego twarz. Wtedy usłyszał dzwoniący telefon.

Leżał z powrotem w łóżku i był w swoim mieszkaniu. Zdał sobie sprawę, że to był tylko sen i rad był z tego faktu. Mieszkanie zostało mu załatwione przez Ryana Palovera. Mieszkał tutaj pod fałszywym nazwiskiem Dan Ketch. Mieszkanie było bardzo schludne i przestronne. W oczy rzucała się bardzo duża ilość roślin. Wraz z mieszkaniem otrzymał wszelkie niezbędne do życia meble i urządzenia takie jak radio, telewizor czy mikrofalówka. Często był wzywany do pomocy przy nagłych przypadkach, więc bywał w nim stosunkowo rzadko. Miało to swoje pozytywne strony jak to, że wciąż pozostawało czyste jak w dnie przeprowadzki.
Spojrzał na właśnie przeczytaną książkę Charlesa Wilsona. Jego wiedza na temat świata magów szczerze go zaskakiwała. W wiadomościach mówiono o tym, że został zamordowany na terenie swojej posiadłości wraz z kilkoma przestępcami. Coś zaczęło mu to pachnieć knowaniami Inkwizycji. Wstał z łóżka i odebrał wreszcie zbawczy telefon.
- Słucham?
- Cześć, Orrin. Tutaj Ryan z tej strony. Dzwonię, aby zawiadomić cię o pewnej delikatnej i niecierpiącej zwłoki sprawie. Udało nam się odnaleźć nowa kryjówkę Sekty. Znajduje się ona na miejskim cmentarzu. Teraz zbieramy ludzi. Dowództwo uznała, że ta organizacja nie racji bytu podobnie jak Inkwizycja. Pośpiesz się nim ominie cię najlepsza akcja. Na razie!

Ryan odłożył słuchawkę.


Bar „Czerwona Latarnia” (godz. 0:30)

[MEDIA]http://www.zielona.cieszyn.pl/zielona/foty/Galeria/nasz%20bar.jpg[/MEDIA]

Przy długiej i szerokie ladzie siedział Enrico Giuliani. Z butelki o brązowawym odcieniu popijał od czasu do czasu piwo wpatrując się jednocześnie w półki udekorowane licznymi i wielokolorowymi drinkami. Głośna muzyka techno przygrywała z szafy grającej krzepiąc jego uszy i szkodząc uszom większości obecnych tu gości. Właśnie kończył pić już piąte piwo tego wieczoru. W barze przebywał jeszcze spory tłum ludzi najróżniejszej pozycji społecznej i etnicznej. Takie miejsce zdawało się być idealne dla takich ludzi jak on. Gdyby jednak się ujawnił byłby znany jako dziwadło. Trudno było jednocześnie stwierdzić, co ludzie by powiedzieli o jego darze.
- Chyba masz już dość – stwierdził Denton Custer – O tak późnej godzinie powinieneś już być w domu.
Denton towarzyszył Enrico żeby pilnować by nie upił się i nie zaczął znowu szaleć. Dopiwszy swoje piwo Enrico wstał i opuścił bar wraz z Dentonem. Ulica była właściwie opustoszała z wyjątkiem kilku osób przemykających w ciemności. Nagle silny, gorący podmuch cisnął Enrico prosto na samochód. Silne zderzenie zakończyło się zaledwie dużym siniakiem, co można było uznać za szczęście. Enrico z pomocą rąk stanął na nogach i spojrzał za siebie. Bar, z którego właśnie wyszedł był cały w ogniu. Huk eksplozji tymczasowo go ogłuszył, więc nie słyszał krzyków ludzi, którzy mieli nieszczęście przeżyć tę eksplozję. Większość ocalałych została albo przygnieciona przez walące się i płonące fundamenty albo zmuszona była szukać własnych kończyn. Ujrzał Dentona, który miał nieco mniej szczęścia i wylądował po drugiej stronie ulicy.
Z wnętrza baru wybiegł mężczyzna pokryty żywym ogniem. Z krzykiem biegł w zachodnim kierunku ulicy, ale nie przebiegł daleko. Seria otrzymana z karabinu maszynowego rzuciła go na ziemię. Nie poruszył się ani nie wydawał z siebie najmniejszego dźwięku. Zaraz pojawili się też ci, którzy uśmiercili płonącego. Było to kilka osób ubranych w stroje komandosów i uzbrojonych w karabiny. Enrico nie mógł stąd słyszeć ich dowódcy, ale złowił ruch jego warg układających się w słowo „zabić”.
 

Ostatnio edytowane przez wojto16 : 31-08-2008 o 14:04.
wojto16 jest offline  
Stary 24-08-2008, 20:34   #2
 
Mijikai's Avatar
 
Czerwona Latarnia, to było coś. Tu czuł się jak u siebie. No, może bez przesady, ale atmosfera tu panująca zawsze dodawała mu otuchy. Młodzieniec w czarnej koszuli, niebieskiej ekstrawaganckiej kamizelce i równie niebieskiej baseball'ówce siedział z zamkniętymi oczami przy ladzie. Ciężkie i miarowe beat’y szturmowały raz po raz jego bębenki, a on nic sobie z tego nie robiąc kiwał się w przód i w tył. W barze zaczynało być tłoczno – szczególnie nie lubił kiedy wpieprzali się kolorowi. Ze skośnymi można było jeszcze wytrzymać bo znali swoje miejsce, ale czarnuch od razu myślał, że jest nie wiadomo kim. To nie było fair ! Wszyscy wiedzieli, że tylko Enrico jest nie wiadomo kim. Czuł jak przez szyjkę od butelki piwo człapało mętnie w kierunku jego przełyku niczym student około pierwszej w nocy. Ile ich już opróżnił ? Ha…! A kto by to liczył, eee… Poczuł rękę opadającą na ramię – ktoś jednak liczył – zapomniał, że zabrał ze sobą przyjaciela – Custera. A co to za przyjaciel, szajse-kurna ?! Pewnie chciał się dobrać do jego piwa.

- Chyba masz już dość – stwierdził Denton Custer – O tak późnej godzinie powinieneś już być w domu.

Może Custer miał rację ? Skoro ten różowy słoń, który przejechał przed chwilą przez środek baru na rowerze, też zapewniał go, że jest wstawiony, prawdopodobnie po prostu oboje mieli rację.

- Hahheehehe… - zaśmiał się pijacko Giuliani – Słyszeliście tego ważniaka ? A co ty taka gruba ryba, oddawaj browca, bo dostaniesz w tej owłosiony ryj. Lubie Cie stary, ale bez przesa… Eee, gdzie idziemy…?

Wyszli przed budynek, a Enrico został orzeźwiony podmuchem chłodnego powietrza oraz wypiął pierś dumnie, aby pokazać, że jak najbardziej jest trzeźwy, co wcale nie upoważniało go do wmawiania sobie, że naprawdę, gdyby tylko chciał, umiał by znaleźć swój nos na twarzy za pierwszym podejściem.

Po chwili rozpoczęli ( zapowiadającą się mozolnie ) wędrówkę w stronę domu. Nie dane było im ujść kilku kroków, a Enrico z jednej strony został popchnięty przez gorące powietrze i rąbnął bezpardonowo w samochód.

- Palant ! – wrzasnął rezonersko zanim wyrżnął w chodnik.

Usłyszał pisk opon i po kilku próbach zakończonych fiaskiem wstał na obie nogi. Słaniał się przez chwilę, lecz obrócił się na pięcie, by spojrzeć na sprawców całego zajścia. Zamiast nich jednak ujrzał płonący bar i zorientował się, że jest częściowo ogłuszony, gdy uświadomił sobie, że płonący człowiek, biegający z oszalałą prędkością i seria, która kończy jego harce na ulicy z reguły wydają jakieś dźwięki. Poszukał wzrokiem swojego brodatego ochroniarza. Leżał po drugiej stronie ulicy. Kompletnie absurdalnym wydało się magowi w takiej chwili rozglądać się przy przechodzeniu przez ulicę, ale zrobił to – po lewej nic nie jedzie, po prawej grupa komandosów z bronią maszynową, po lewej nic nie jedzie – wszystko było w porządku. Giuliani uśmiechnął się do swego starego przyjaciela, który wyglądał żałośnie leżąc tak bez ruchu.

- Denton, staruuuszkuuu, co ty zrobiłeś tym wszystkim luuudziom, hę…? – z otwartymi ramionami zbliżał się do swego przybocznego, gdy nagle wszystko w zamglonym umyśle Giulianiego zaczęło się układać w logiczną całość – „komandosi” ?! „Płonący bar” ?!

Nagle Denton stał się równie ważny co wspomnienia gier w karty z nie żyjącym pradziadkiem. Enrico stanął w pół kroku i spojrzał jeszcze raz na prawo – grupa komandosów nie okazała się pijacką halucynacją, tak jak różowy słoń, co gorsza widział ich przywódcę, który poruszył ledwie ustami, a Giuliani już znalazł się w biegu. Pora, żeby zacząć uciekać, następuje w okolicy przemiany „za” w „za-bić”. Fascynujące było jak szybko umiał wyparować alkohol z krwi w obliczu bezpośredniego zagrożenia. Doświadczony tchórz taki jak Enrico chciał dotrzeć jedynie do najbliższej przecznicy, by przeciwnicy stracili go z oczu, bowiem nie dbał „dokąd”, dopóki „przed kim” stanowiło taki ciekawy problem.
 
__________________
Młot na czarownice.

Ostatnio edytowane przez Mijikai : 24-08-2008 o 20:36.
Mijikai jest offline  
Stary 24-08-2008, 22:52   #3
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Orrin leżał w łóżku rzucając się przez sen. Jego długie, czarne włosy opadały na spoconą twarz, a właściwie przykleiły się do niej. Gdyby nie one widać by było wyraźnie miny zmieniające się jak w kalejdoskopie. Raz panował na niej bezgraniczny spokój, zaś chwilę później malował się na niej strach i zaskoczenie.
Nagle usiadł i budząc się z koszmaru oddychał głęboko, lecz szybko zacisnął zęby, odbierając telefon. Zdał sobie sprawę, że to właśnie on wybudził go ze snu, więc podniósł się.
-Słucham?-odebrał, przyjmując swój zwyczajowy, spokojny ton.
-Cześć, Orrin. Tutaj Ryan z tej strony-odezwał się znajomy głos Ryana, od którego Evan bezwiednie uśmiechnął się.
-Czołem Ryan, co skłania cię do dzwonienia o tej porze?-zapytał, siadając na łóżku, gdzie podciągnął prawą nogę, kładąc ją na pościeli.
-Dzwonię, aby zawiadomić cię o pewnej delikatnej i niecierpiącej zwłoki sprawie. Udało nam się odnaleźć nową kryjówkę Sekty. Znajduje się ona na miejskim cmentarzu. Teraz zbieramy ludzi. Dowództwo uznała, że ta organizacja nie racji bytu podobnie jak Inkwizycja. Pośpiesz się nim ominie cię najlepsza akcja-wyrzucił z siebie.
-W takim razie spotkamy się na miejscu. Do zobaczenia-odparł.
-Na razie!-zakończył kumpel, odkładając słuchawkę, co zrobił również Orrin. Szybko wstał, patrząc na książkę Wilsona podczas słania łóżka i zdejmowania piżamy.
Szkoda, że umarł-przemknęło mu przez myśl, jednakże teraz jego uwaga zaprzątnięta była czym innym. Snem. Rzadko który był tak składny oraz sensowny. Ponadto podświadomie wiedział, że jest on ważny, jednakże za cały skarb Chin nie wiedziałby czemu tak uważa. Nadświadomość mu to mówiła. A może to podświadomość? Nawet tego nie wiedział.
Szybkim krokiem ruszył ku łazience, po czym wszedł pod prysznic, puszczając wodę.
Zawsze uważał, że analiza jest ważna. Na początku snu siedział w kanapie, zaś naprzeciwko niego stał on sam, jednakże pod postacią Oberona, który z pogardliwym uśmieszkiem skierował się ku niemu.
Tymczasem w telewizji grupa ludzi tłukła kogoś metalowymi kijami, zaś prezenterka rozmawiała z dziwnie znajomym, paskudnym azjatą w równie paskudnym garniturku. Na myśl o nim wszystkie mięśnie ciała Orrina napięły się gwałtownie.
-Znowu on-warknął do siebie.
Prezenterka pytała o coś tego parszywca, jednakże nie słyszał ani słowa.
W tym samym czasie Oberon, siedzący już przy nim jadł kanapkę, ale nie to zwróciło uwagę Orrina, lecz napis u dołu ekranu.
„Znajdź mnie. Akademia im. św. Jana Chrzciciela”, głosił napis.
-Jak trzeba to trzeba. Coś mi się widzi Orri, że to poważna sprawa. Myślę, że warto się pofatygować-powiedział po westchnięciu Oberon.
Teraz Orrin zastanawiał się od kiedy to Oberon był taki troskliwy o dobro innych.
Po przerwie podjął próbę analizy dalszej części jego koszmaru.
Do mieszkania wkroczyli komandosi, którzy stali w rzędzie, celując w niego. Kiedy się podniósł, poczuł ciężar na plecach, od którego upadł na kolana, jednakże zerwał się i wyskoczył przez okno. Tam jednak wpadł z deszczu pod rynnę, gdyż wprost pod lufę parszywca. Wtedy właśnie wybawił go Ryan, lecz już w rzeczywistości.
Orrin wyszedł spod prysznica, wycierając się, po czym wyszedł z łazienki, ubierając się. Szybko naciągnął na siebie ciemne jeansy oraz czarne buty. Spojrzał na zegarek. 24:45. Pospiesznie założył czarną koszulę z podwiniętymi mankietami oraz skórzaną kurtkę. O czymś zapomniał. Rozejrzał się i nagle zorientował się. Podbiegł do łóżka i wyciągnął czarnego dwie czarne bronie. Pierwszą z nich był czarny Desert Eagle.

http://www.surplusandadventure.com/i...rt_eagle_s.jpg

Drugą zaś Magnum Crosman.

http://www.militaria.pl/upload/wysiw...ali_sale_w.jpg

Obie schował pod kurtką, po czym zabrał dwa magazynki do Desert Eagle'a oraz amunicję zarówno do niego jak i Crosmana.
-Chyba wolałbym coś mniejszego-mruknął, zabierając dowód z fałszywym nazwiskiem, Dan Ketch. Orrin uśmiechnął się, myśląc czego to Ryan nie potrafi zrobić za pomogą maszyn, a następnie pospiesznie wyszedł, zamykając drzwi na klucz, który wsunął w szparę pod drzwiami i zdecydowanym ruchem pchnął klucz. Ruszył w stronę cmentarza miejskiego, gdzie miał nadzieję spotkać całą wesołą gromadkę.
 
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 28-08-2008, 17:34   #4
 
Idylla's Avatar
 
Zatrzymała się przy starym grobie. Niezgrabnie wyryty napis świadczył o latach w jakich był tworzony. W czasach kiedy na czarownice palono na stosie, tylko dlatego, że krzywo spojrzała na kotkę sąsiadów. Był to trudny okres w dziejach magii. Christina wiedziała o nich jedynie z książek, jakie czytała dla zabicia czasu. W Japonii zawsze szanowano ludzi obdarzonych magicznymi zdolnościami. Patrzono na nich jak na bogów, którzy pod wpływem dobrej woli pomagali ludziom, czyniąc dobro lub zło. Ubłagani modlitwą czy darami, zstępowali na ziemię pod postaciami zwierząt, bądź niezwykle rzadko ludzi i pomagali chorym i umierającym.
Spacerowała między nagrobkami, każdy dotykając i wyczuwając smutek, złość lub niemoc. Słabości dnia codziennego w tym krótkim żywocie ludzkim. Ona syciła się nimi. Zabierała cząstkę tego strachu, tego cudownego uczucia bezradności, cześć tych niezwykłych pokładów radości, drzemiących w martwym ciele zakopanym kilka metrów pod ziemią. Zatrzymywała się na dłużej przy grobach dzieci, odczytując nazwiska, bardziej lub mniej zamazane przez upływający czas, miliony kropel deszczu, gęstą mgłę albo mech porastający niektóre nagrobki.
Mali ludzie, którym nie dane było poznać świat o tej bolesnej strony. W radosną nigdy nie wierzyła, choć wiele razy widziała dowody na jej istnienie.
Ubrana w białą bluzkę i spodnie, okryta czarnym jak nocne niebo płaszczu wyróżniała się na tle księżyca, i uniknęła we mgle, białej jak mleko.
Rytuał dobiegł końca. Zyskała nowe siły. Nie potrzebowała żywic się cząstkami, jakie znalazła na cmentarzu. Jednak one były tak kuszące. Tak słodko pachnące. Tak intensywne, że nie sposób było im odmówić. Obserwowała kapłana przyglądającego ceremonii, wyraźnie znudzonego. Zgarbiona postawa, niedbale opierający się o ścianę, patrzył na poczynania przewodzącemu. Wraz z ostatnim pchnięciem noża wyprostował się. Gdy krypta wypełniona bezmiernym chłodem zaczęła pustoszeć, gdyż ludzie dostając to, czego chcieli usuwali się stamtąd jak najdalej.
Ona podeszła do kapłana i skłoniła się ostrożnie. Spodziewając się ataku od tył. Nie wiedziała, kim był człowiek, który również zbliżał się do zakapturzonego człowieka, ale nie ufała mu. Instynkt nie pozwolił odpoczywać zmysłom, nawet na chwilę. Zawsze czujna. Opanowana, wyprzedzała przeciwnika o krok. Przynajmniej miała zasadniczą przewagę. Kto posądzi kobietę o nekromancję? Zwłaszcza na takim poziomie jak ona? Może nie dorównywała mistrzom, ale jak na początkującego była chwalona i uwielbiana przez kapłanki świątyń. Głupiutkie dziewczyny nie sądziły, że będzie w stanie je zabić. Sądziły, że ratuje im życie. Gdy człowiek umierał pod jej opieką, tłumaczyły to wolą bogów. Naiwne i takie słabe. Kiedyś i im przyjdzie zginać. Christina za dobrze znała swojego brata i innych nekromantów ze swojego kraju. Ale po co wspominać o czymś co nie ma już znaczenie? Przecież to strata czasu...
Wysłuchała spokojnie kapłana. Przyjęła misję bez najmniejszego słowa sprzeciwu. Jedynie skłoniła się, nadal obserwując poczynania drugiego nekromanty.
Mężczyzna, który miał ich zaprowadzić na miejsce, ten sam który podał im fiolki i zapytał jak mają na imię, nie wydawał się niebezpieczny, ale lepiej uważać na niego.
-Zatrzymaj proszę ten "haszysz". Dziękuję za pomoc i szczere chęci, lecz nie przywykłam do stosowania takich "wspomagaczy". Wybacz - odparła spokojnie i znów lekko się skłoniła, by nie urazić mężczyzny. Wiedziała, że niegrzecznie jest odmawiać, lecz przyjmowanie specyfików ułatwiających walkę i pozostawiających tak kłopotliwe efekty uboczne było wbrew zasadom, jakie wpajano jej od dzieciństwa. – Nazywam się Christina Kuro. Pochodzę z Japonii, miło mi cię poznać, Tom-kun.
 
Idylla jest offline  
Stary 28-08-2008, 23:05   #5
 
Hanibal's Avatar
 
Taksówka zatrzymała się przed główną bramą cmentarza.
- Jedenaście dolarów i siedem … no dobra jedenaście dolarów. Z wizytą u zmarłych, o tej godzinie?
- Proszę. Nie na cmentarz, mieszkam sto metrów stąd. Chciałem aby pan tutaj zaparkował ponieważ odgłos samochodu mógłby obudzić moją żonę. Życzę spokojnej nocy.
- Nawzajem.- odpowiedział kierowca i ruszył w drogę powrotną do centrum.
- Zawszeni taksiarze
- mruknął Aleksandr gdy tylko samochód zniknął za rogiem –niedługo zapytają czy może iść ze mną? - Pokręcił z dezaprobatą głową a następie ruszył w kierunku zardzewiałej furtki.
Nie potykał się, nie błądził we mgle. Chodził tędy często. Obszedł kilka wysuszonych drzew i tym samym znalazł się w najstarszej części cmentarza. Sam nazywał go nekropolią jednak większości ta nazwa się źle kojarzyła, gorzej niż cmentarz, prawie tak źle jak uroczysko.
Idąc wąską ścieżką mijał dziesiątki jak nie setki grobów. Widać było, że o większości z nich świat już zapomniał. Dziewięćdziesiąt procent było pozapadanych i porośniętych mchem, te które ktoś czasami odwiedzał były co najmniej brudne. Jednak on o tym nie myślał, nie zastanawiał się nad tym, że każdy nagrobek oznacza życie, które ktoś kiedyś utracił, w końcu przyszedł tu po coś innego.
Po paru minutach doszedł do drzwi od krypty.
- Kto idzie? - usłyszał gardłowy głos, pierwszą myślą była odpowiedź „twoja stara” jednak po chwili zreflektował się i odpowiedział:
- To ja, wpuście mnie.
- A Sasza, właź, prawie wszyscy już są.

Wnętrze krypty. Zimno, ciemno, Aleksandr żałował, że nie ubrał się cieplej. Stanął w rogu pomieszczenia, skinieniem głowy przywitał się z osobami, które znał bliżej i czekał.
Śmierć dziewczyny nie zrobiła na nim wrażenia, widywał takie sceny regularnie. Od razu poczuł przypływ energii, zachwiał się ale udało mu się utrzymać równowagę. Otrząsnął się z chwilowego szoku, świadomość wracała, czuł się znacznie lepiej.
Ludzie zaczęli się rozchodzić, ruszył w kierunku głównego kapłana, prosił on o pozostanie po rytuale. Rozmawiał z kimś, z Azjatką. Cing, Ciang, Ciąg- portfel wsiąkł.- pomyślał.
Szefowi nie mógł się sprzeciwić, ale pracować z … - spojrzał na dziewczynę – tak, orientalna uroda ma jednak w sobie to coś.
Mężczyzna, który przedstawił się jako Tom był nadspodziewanie grzeczny, co mogło dziwić ponieważ większość członków stowarzyszenia zdecydowanie wolała zimniejsze powitania. Aleksandr przyjął fiolkę i pieczołowicie schował w wewnętrznej kieszeni kurtki. Poczekał aż Azjatka się przedstawi a następnie powiedział:
- Jestem Aleksandr Władimirowicz Malkin, ale możecie mówić do mnie „Sasza.”
 
__________________
War...War never changes

Ostatnio edytowane przez Hanibal : 29-08-2008 o 10:54.
Hanibal jest offline  
Stary 31-08-2008, 19:44   #6
 
wojto16's Avatar
 
Cmentarz, krypta

Tom odebrał flakonik Christinie i schował z powrotem do kieszeni.
- Rozumiem i popieram twoją decyzję. Mnie również nie podoba się konieczność zażywania tego gówna. Konieczność w nagłych wypadkach oczywiście. Właściwie to mogłabyś to zatrzymać na specjalne okoliczności. Nic cię to nie kosztuje, ale twoja wola i twój wybór. Rad jestem ze spotkania z tobą Chritino i z tobą Aleksandrze. Mi mówcie po prostu Tom. Z pewnych przyczyn, których zdradzić nie mogę wolę by moje nazwisko póki, co pozostało tajemnicą. Jeśli dobrze zrozumiałem nie macie żadnych pytań dotyczących zadania ani powodu, dla którego zostaliście wybrani? Na pierwszy rzut oka wyglądacie na takich, co wpierw strzelają, potem pytają. W takim razie chodźmy.

Na zewnątrz wciąż panował ten sam zmrok i ta sama mgła, która przywitała przybyłych. Niestrzyżona od dawien dawna bujna trawa swoją wilgocią znaczyła buty przechodzących. Gdzieś w oddali zaszeleścił krzak, a gdzie indziej przemknął ledwie dostrzegalny cień. Z pozoru nie było to nic niezwykłego i wartego uwagi. Jak zwykle dała o sobie znać stara prawda, że pozory mylą. Dwójka nekromantów zewsząd słyszała nakładające się na siebie szepty pochowanych zmarłych. Trudno było je od siebie odróżnić i wyodrębnić. Były to zarówno krzyki, lamenty, spokojne głosy i śmiech. Im więcej grobów ich otaczało tym bardziej się nasilały. Próbowali zatkać uszy by zatamować dopływ dźwięków do uszu, ale na niewiele się to zdało. Wreszcie ujrzeli bramę główną, ale nie przeszli przez nią tylko skręcili ze ścieżki w lewo. Tam wznosił się stary, kamienny mur okalający cały teren cmentarza. Mur w jednym miejscu opadał wzdłuż wzgórza to wznosił się przy następnym. Tom wskazał palcem część muru wznoszącą się na jednym ze wzgórz gdzie był niższy.
- Myślę, że lepiej przeskoczyć przez ten mur niż wychodzić przez bramę. W tamtym miejscu zaparkowałem swój samochód. Na tym odludziu są małe szanse żeby ktoś nas zauważył, ale lepiej nie ryzykować. Jeżeli ktoś zauważy nas przechodzących przez mur zapewne pomyśli sobie „znowu jakieś gnojki łażą po grobach w nocy”.

Aleksandr i Christina przystanęli nagle słysząc słowo „Uwaga” tak wyraźnie jakby ktoś krzyknął im do ucha. Nie zauważyli nikogo, kto mógłby to zrobić. Ich podejrzenia padły na jakiegoś ducha panoszącego się po cmentarzu. Fakt, że słyszeli go tak wyraźnie oznaczał, iż zwracał się wprost do nich. Tom dostrzegł zakłopotanie na ich twarzach.
- Co się stało? Coś słyszeliście?
- Nie ruszaj się! Trzymaj ręce w górze tak bym je widział
– usłyszał odpowiedź, ale nie z ust, których się spodziewał.
Komandos pojawił się niczym duch celując wprost w nich z karabinu maszynowego. Cała trójka odwróciła się w jego stronę i zgodnie z poleceniem podniosła ręce do góry.
- Natychmiast gadać, kim jesteście, jeśli nie chcecie dźwigać w sobie kilograma ołowiu!
- My tylko przyszliśmy odwiedzić grób moich rodziców
– zaczął się nerwowo tłumaczyć Tom.
- Przestań ściemniać i powiedz wreszcie prawdę!
Za plecami komandosa w cieniu przemykało kilkoro osób również wyglądających na komandosów. Ku przerażeniu całej trójki te osoby skradały się w kierunku krypty pełniącej funkcję tymczasowej kryjówki Sekty.

Cmentarz, przed bramą (dwie minuty wcześniej)

Przyczajeni partyzanci czekali przed bramą na pozostałych wezwanych do akcji. Każdy z nich miał na sobie strój typowy dla komandosów i kamizelkę kuloodporną. W dłoniach trzymali naładowane karabiny. Ujrzeli światła samochodu nadjeżdżającego pobliską ulicą, który zatrzymał się w przeciwległym zaułku. Kierowca wysiadł i szybko do nich podbiegł.
- Witaj, Orrin – powiedział z uśmiechem Ryan Palover – Cieszę się, że przybyłeś w takim pośpiechu. Teraz oddział jest w komplecie, więc możemy przystąpić do działania. Najpierw przypomnę sytuację. Przy bramie znajdujemy się w składzie sześciu osób. Łącznie było nas dziesięciu, ale czterej zostali wysłani na zwiad. Teraz Peter obserwuje teren za bramą. Musimy być pewni, że nikt podejrzany nie opuści cmentarza. Musimy dostać się do krypty w starej części cmentarza gdzie…
- Ryan! Chyba mamy podejrzanych – przerwał mu mężczyzna nazwany Peterem.
Wszyscy zbliżyli się do bramy i spojrzeli w kierunku wskazanym przez Petera. W prawą stronę od bramy zmierzało kilku przechodniów, którzy widocznie nie zauważyli partyzantów.
- Wydaje się, że już stąd odchodzą, ale nie wychodzą przez bramę. Dość dziwne zachowanie. Według mnie znowu jakieś gnojki łażą po grobach w nocy – ciągnął dalej Peter. Wszyscy spojrzeli na Ryana, który patrzył się tam gdzie odeszli podejrzani. W końcu odezwał się:
- Czy tam znajduje się rewir patrolowany przez Jamesa?
- Tak.

Palover szybko wyciągnął krótkofalówkę i uruchomił ją, czemu towarzyszyła seria trzasków. Owa seria nie ustała tylko wciąż rozbrzmiewała w uszach zebranych zagłuszona nieco głosem to Ryana, to Jamesa.
- James?
- Odbiór.
- Ryan z tej strony. W twoim rewirze właśnie znajdują się 3 podejrzane osoby. Masz rozkaz natychmiastowego ich zatrzymania i dokładnego sprawdzenia. Jeśli w trakcie rozmowy rozbudzą w tobie jakieś większe podejrzenia od razu ich zastrzel. Lepiej unikać niepotrzebnego ryzyka.
- Zrozumiano. Bez odbioru.

Po przerwaniu połączenia wydał kolejny rozkaz:
- Zawiadomcie wszystkich pozostałych zwiadowców żeby dołączyli do oddziału. Dość już zwlekaliśmy. Jeśli dalej będziemy się do tego zabierać jak pies do jeża nikogo tam nie zastaniemy. Przystępujemy do szturmu.
Orrinowi podano strój komandosa i karabin maszynowy. Szybko założył strój i chwycił karabin w ręce, po czym wbiegł przez bramę na teren cmentarza. Biegł wraz z innymi lekko schylony trzymając przed sobą karabin gotowy do strzału. Gdzieś z boku zamajaczyła mu sylwetka partyzanta, który prawdopodobnie zatrzymał tamtą trójkę.

W trakcie biegu dołączali do nich kolejni partyzanci. Wreszcie dotarli do krypty w niemal pełnym składzie. Dwóch partyzantów przylgnęło do ścian przy wejście, zajrzeli do środka i powiedzieli cicho:
- Czysto!
Następnie zbiegli po schodach na dół. Nim Orrin dotarł na dół usłyszał przeciągły terkot karabinu. Na miejscu ujrzał leżącego nieruchomo na podłodze zakapturzonego mężczyznę. Cały oddział zamierzał już przejść do następnego pomieszczenia, gdy nagle jeden z partyzantów na przedzie upadł. Wszyscy momentalnie rzucili się do ścian przylegając do nich. Postrzelony komandos od turlał się na bok. Wyglądało na to, że pocisk zatrzymał się na kamizelce.
- Odejdźcie stąd cholerni fanatycy i pozwólcie nam egzystować w spokoju. Jeśli nie odejdziecie spadnie na was gniew bóstw śmierci – usłyszeli starczy i nieco ochrypły głos.
Jeden z partyzantów wyjrzał zza rogu i szybko cofnął głowę.
- Na oko jest ich tam dziesięciu. Nie wiem ilu jest uzbrojonych, ale nie mają tam za wiele potencjalnych kryjówek.
- To co? Robimy im na złość?
– zapytał się Ryan.

Przed barem „Czerwona Latarnia”

Swój szalony bieg Enrico niemal przepłacił życiem. Ogarniający go strach wymuszał na jego ciele wysiłek ponad siły. Enrico bał się za bardzo by przejmować się takimi przyziemnymi drobiazgami. W jego lewym ramieniu poczuł nagłe, bolesne szarpnięcie, po czym potknął się upadając na chodnik. Strach, który okazał się dla niego zgubnym tuż przed chwilą teraz okazał się być błogosławieństwem. Dwóch komandosów podbiegło do niego. Jeden z nich kopnął go dwa razy w żebra. Nie widząc żadnej reakcji (Enrico był zmuszony mocno zacisnąć zęby) stwierdził:
- Wydaje mi się, że to trup. Trzeba mu oddać honor, że nieźle zasuwał. Jednak trochę zbyt wolno niż było niezbędne by ujść z życiem.
- Bez wątpienia nie był to zwykły człowiek. Cóż, wypadki się zdarzają
– odezwał się drugi. Nagle rozbrzmiała jakaś skoczna melodyjka służąca za dzwonek w komórce. Jeden z komandosów odebrał ją.
- Hej, Mobius. Nie. Poszło jak z płatka. Raczej nie przejadą obojętnie obok takiej masakry. Mam nadzieję, że ci to pomoże w realizacji twojego planu. W porządku. Na razie.
Gdy schował komórkę do kieszeni w oddali rozbrzmiały policyjne syreny, które zdawały się być coraz bliżej. Komandosi szybko oddalili się nie zatrzymani przez nikogo. Dopiero usłyszawszy warkot odjeżdżającego samochodu Enrico wstał. Krótkie oględziny rany postrzałowej uświadomiły go, że kula przeszła na wylot. Wtedy właśnie nadjechała policja wraz z pogotowiem. Z radiowozu wysiadła dwójka policjantów.
- O, cholera! Co tu się stało? Ej, ty – policjant zawołał w kierunku Enrico podbiegając do niego. Dostrzegł jego ranę postrzałową.
- Proszę ze mną. W samochodzie mamy apteczkę. Będziemy zmuszeni pana przesłuchać.
Enrico kierując się za policjantem dostrzegł rannego Dentona wnoszonego na noszach do karetki.

Komisariat policji

Enrico siedząc na krześle spoglądał na swoje zabandażowane ramię. Powiedziano mu, ze jego rana nie jest zbyt poważna, choć może mieć przez jakiś czas problemy z korzystaniem z lewej ręki. Teraz znajdował się w pokoju przesłuchań. Nie wyróżniał się od tych, które nieraz widywał w filmach sensacyjnych. Był to dość mały pokój wymalowany jednolitą czernią. Na środku stał drewniany stół, przy którym znajdowały się dwa krzesła. Jedno dla przesłuchiwanego i jedno dla przesłuchującego. Na stoliku stała zapalona czerwona lampka, która rozpraszała ciemności. Na ścianie znajdowało się sporej wielkości lustro weneckie. Enrico dobrze wiedział (również z filmów sensacyjnych), ze jest przez nie obserwowany. Drzwi do pokoju otworzyły się i wkroczył czarnoskóry policjant. Usiadł na drugim krześle na wprost Enrico.
- Jestem oficer James Dean. Z tego, co nam wiadomo pan jest Enrico Giuliani. Cóż, Enrico. Znalazłeś się w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwym czasie. Dlatego właśnie zostałeś tutaj wprowadzony. Byłeś świadkiem tajemniczej masakry, która odbyła się w barze „Czerwona Latarnia”. Chcemy żebyś opowiedział nam wszystko ze szczegółami to, co się wydarzyło.
 
wojto16 jest offline  
Stary 05-09-2008, 23:30   #7
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Orrin wyszedł szybko z mieszkania, wyjmując z kieszeni kluczyki, którymi zaczął się bawić, podrzucając, zaś gdy zszedł na dół, otworzył drzwi samochodu. Pospiesznie wszedł do niego i ruszył równocześnie z trzaskiem zamykanych drzwi.
Coś go niepokoiło. Jedynka. Nie wiedział jednak co do jest. Dziwne przeczucie, że powinien pojechać do Ryana, ale nie na cmentarz. Dwójka.
Niby czemu? Nekromanci to podłe pasożyty, które muszą być zniszczone-skrzywił się, gdy pomyślał o tej paskudnej profesji. Trójka. Nie mniej jednak prześladowało go jeszcze jedno. Wizja padalca w swoim mieszkaniu. Nic tak bardzo go nie irytowało jak ta irytująca karykatura człowieka. Czwórka. Irytował go o niebo bardziej niż Nekromanci. Chętnie rozszarpałby go na strzępy. Inkwizytor zasrany. Nie mógł już się doczekać kiedy zarząd partyzantów wyda rozkaz ruszenia na Inkwizycję. Piątka. Spojrzał w lusterka boczne i tylne, po czym z satysfakcją stwierdził, że na drodze jest sam, zaś przed nim dosyć długa prosta. Szóstka. Zerknął na cyfrowy prędkościomierz, który wskazywały 202 km/h. Uśmiechnął się sam do siebie, jadąc przez jakiś czas z podobną prędkością, a następnie zaczął hamować silnikiem na tyle wcześnie, że gdy dojeżdżał do cmentarza, na szybkościomierzu widniała liczba 27 km/h, lecz nie musiał nawet używać hamulca, by się zatrzymać. Wyłączył światła i wysiadł, chowając kluczyki.
-Witaj, Orrin-rzekł Ryan.
-Cześć Ryan-uśmiechnął się Orrin.
-Cieszę się, że przybyłeś w takim pośpiechu. Teraz oddział jest w komplecie, więc możemy przystąpić do działania...
-No nie całkiem. Nie ma Kath-mruknął Evan.
-Najpierw przypomnę sytuację. Przy bramie znajdujemy się w składzie sześciu osób. Łącznie było nas dziesięciu, ale czterej zostali wysłani na zwiad. Teraz Peter obserwuje teren za bramą. Musimy być pewni, że nikt podejrzany nie opuści cmentarza. Musimy dostać się do krypty w starej części cmentarza gdzie…-mówił Ryan, gdy przerwał mu pewien mężczyzna.
-Ryan! Chyba mamy podejrzanych-odezwał się Peter, zaś Evans wyją szybko swojego Desert Eagle'a.
-Wydaje się, że już stąd odchodzą, ale nie wychodzą przez bramę. Dość dziwne zachowanie. Według mnie znowu jakieś gnojki łażą po grobach w nocy-ciągnął partyzant, zaś Mag skrzywił się.
-A mnie się to nie podoba. Dość dziwny zbieg okoliczności, że na tym samym cmentarzu, na którym odbywa się rytuał, w tą samą noc, dokładnie o tej samej porze kręcą się trzy osoby. Wątpię, żeby nie miały nic wspólnego z Nekromantami. Przydałaby się Kath, Ryan, ona zna myślenie tych pasożytów-mruknął Orrin nie spuszczając wzroku ze wskazanego miejsca.
-Czy tam znajduje się rewir patrolowany przez Jamesa?-zapytał Ryan Petera.
-Tak-odrzekł tamten, zaś kumpel Orrina wyjął z kieszeni krótkofalówkę i skontaktował się z Jamesem.
-Jestem przekonany, że to Nekromanci. Tych czuję na kilometr, a James zapewne nie ma ametystów?-odezwał się, lecz było to pytanie retoryczne, podczas zakładania stroju komandosa. Szybko sprawdził karabin, a kiedy stwierdził, że jest w porządku, skinął głową.
Zmierzali w stronę krypty, a po drodze dołączyli kolejni partyzanci. W oddali zamajaczył James, zaś Orrin pokręcił głową, zbliżając sie do krypty.
-Ryan, wyślij do Jamesa kilku ludzi. Mówię ci, to są Nekromanci!-powiedział zduszonym szeptem, lecz zdążyli już dojść do wejścia.
-Czysto-powiedział jeden z partyzantów i cała grupa zbiegła po schodach, lecz nie zdążył dotrzeć na dół, gdy usłyszał karabinowy wystrzał. Nagle jeden z partyzantów upadł, zaś wszyscy usunęli się pod ściany. Człowiek, który oberwał również natychmiast się odtoczył. Najwidoczniej nie został zraniony.
-Odejdźcie stąd cholerni fanatycy i pozwólcie nam egzystować w spokoju. Jeśli nie odejdziecie spadnie na was gniew bóstw śmierci-odezwał się głos starca. Na te słowa Orrin stanął jak wryty. Nekromanta nieświadomie wypowiedział coś, co zmusiło go do zastanowienia.
-Na oko jest ich tam dziesięciu. Nie wiem ilu jest uzbrojonych, ale nie mają tam za wiele potencjalnych kryjówek-odezwał się jeden z partyzantów.
-To co? Robimy im na złość?-zapytał Ryan, ale Orrin już myślał nad czymś innym.
-Połowa gotowa na wejście, połowa osłania tyły. Na zewnątrz są trzej Nekromanci-powiedział po zastanowieniu, lecz nie przestawał myśleć.
-Ryan, oni myślą, że należymy do Inkwizycji. To niby i dobrze, ponieważ nikt nie będzie obwiniał partyzantów, ale zastanów się. Partyzanci walczą z Inkwizycją, ale kiedy postrzegani są przez innych Magów jako Inkwizycję, to znaczy, że upodabniamy się do tych, z którymi walczymy. To nie jest dobrze. Możesz uznawać, że przestraszyłem się ich boga śmierci, nie obchodzi mnie to. Ja nie upodobnię się do tego parszywego azjaty, rozumiesz?! Nie będę taki sam jak on! Nienawidzę większości Nekromantów, ale znienawidziłbym siebie o niebo bardziej, gdybym stał się taki jaka jest Inkwizycja. Nie zostałoby mi nic innego jak kulka w łeb. Sam dobrze wiesz, że nie łatwo jest mnie przekonać, nawet solidnymi argumentami, a jak ja to mówią, to coś musi w tym być. Nikt mnie jeszcze nie przekonał do niczego w tak krótkim czasie-wyszeptał poważnie do Ryana.
-Zarządzaj odwrót. Musi się obyć bez ofiar. Mogę was wszystkich stąd zabrać w kilka sekund po tym, jak wsiądziemy do samochodu. Trzech biegnie do schodów, reszta osłania, trzech do schodów, reszta osłania. Trójka na schodach osłania nasz odwrót, zaś druga trójka pilnuje wejścia do krypty. Kiedy będziemy na schodach, czwórka osłania tyły, by Nekromanci nie wystrzelali nas jak kaczki, a reszta patrzy gdzie James i Nekromanci. Zamykamy kryptę, wsiadamy do samochodu i znikamy stąd. Pasuje?-zapytał Ryana oczekując na jego decyzję.
 
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 07-09-2008, 19:11   #8
 
Idylla's Avatar
 
Christina nie uciekała się do takich sztuczek. Polegała na swoich umiejętnościach. Wiedziała na ile ją stać, jakie są jej granice i jak wiele może znieść. Ta wiedza wydawała się jej wystarczająca. Nie zamierzała się wspomagać żadnymi specyfikami, nawet w "specjalnych" okolicznościach. Uważała je za marną wymówkę ludzi doprowadzonych na skraj załamania i zagonionych w pułapkę bez wyjścia. Nie byli w stanie go znaleźć, więc wybierali najłatwiejszą drogę do celu. Christina nie popierała takich praktyk, toteż natychmiast, bez większego namysłu odmówiła.
Tom był niezwykle tajemniczy. "Ostrożności nigdy za wiele" pomyślała i poszła śladami mężczyzny. Nie interesowały ją wszystkie szczegóły. Chciała jedynie wiedzieć co ma dokładnie zrobić, kogo odnaleźć, za kogo ma się podawać, czy jej partner w tym zadaniu jest wystarczającym wsparciem, czy powinna polegać jedynie na sobie, jak robiła do tej pory. Planowała przetestować jego umiejętności. Krótka walka, przywołanie umarłych, zapoznanie się bliżej z opanowanymi przez niego technikami. Na to jednak przyjdzie czas.
Wyznaczono jej misję i zamierzała ją wykonać. W razie problemów wycofałaby się natychmiast. Nie zamierzała ryzykować życia.
Wyszli na cmentarz. Po raz kolejny uderzyła ją fala pokusy. Była już nasycona. Silna i gotowa do walki, ale nie potrafiła zignorować tych wszystkich dusz emanujących emocjami. Kochała nocne spacery po uświęconym miejscu, gdzie spoczywali ludzi, których życie skończyło się na sto różnych sposobów, jeden tragiczniejszy od drugiego. Fascynowała ją śmierć. Jej przyczyny. Powody popełnienia samobójstwa. Dobiegające zewsząd szepty i krzyki, mieszające się jedno ze śmiechem i lamentem nieżyjących przyprawiały ją o ból głowy. Zatkała uszy, ale dźwięki wciąż napływały do uszu. Wkrawały się poprzez palce do zmęczonego ciągłym szmerem umysłu. Zdawało jej się, że do tego przywykła, jednak to nadal było nie do zniesienia.
"Ojciec wiele razy wysyłał mnie na stare cmentarze, przepełnione grobami. Kazał tam spędzać całą noc. Nie wolno mi było go opuszczać. A mimo to nadal sprawiają mi ból te ciągłe hałasy." Christina nie zamierzała się przyznawać do słabości. Nie tego była uczona. Odetchnęła głęboko. "Wspomnienia w niczym nie pomogą."
Pogrążona w myślach szła za Tomem u boku Aleksandra. Nie był on pierwszym nekromantom z jakim przyszło jej pracować. Pojawiło się przed nim wielu, nigdy jednak nikt spoza Japonii. Zawsze był u jej boku brat. Razem walczyli i świetnie się uzupełniali, trzeci w zespole był jedynie dodatkiem. Porzuciła jednak wspomnienia na rzecz rzeczywistości. Wyczuwała majaczące wokół niej niebezpieczeństwo. Instynkt podpowiadał jej, że zagrożenie jest w pobliżu.
Widzieli mur, przez który mieli przejść. Już zamierzali się na niego wspiąć, kiedy wyczuła jakiś ruch. Śmiertelnik.
Zamierzała się zatrzymać w celu zbadania terenu. Wiedziała, że coś było nie w porządku. Cmentarz nadal otulała gęsta mgła wypełniając każdy jego zakamarek na wysokości kilkudziesięciu metrów. Ledwie dostrzegała trawę. Nagrobki bliżej bramy, którą chwilę wcześniej mijali znikały pod tą grubą warstwą. Widziała jedynie te oddalone dwa, może trzy większe kroki od niej.
- Niebezpieczeństwo. - zdążyła wyszeptać, gdy do jej uszu dotarł jakiś krzyk. Nie widziała jego źródła. Nie dostrzegła też innego człowieka. Rozejrzała się ostrożnie. Minimalnie skręcała głowę to w prawo, to w lewo. Nie wykonała pełnego obrotu. Złapana w pułapkę nie miałaby wiele swobody. Za plecami miała Tom. On był jej ubezpieczeniem. Padnie najpierw on. Christina będzie wtedy miała szansę uciec, a przynajmniej schronić się i przywoła umarłego.
Zapewne jakiś duch dostrzegł obcego, ale ostrzegł ich za późno. Komandos już mierzył do nich, gotowy strzelać, gdy napotka choć minimalny opór. Nie wykonywała gwałtownych ruchów, by nie sprowokować mężczyzny. Tom próbował mu wytłumaczyć, że są jedynie krewnymi odwiedzającymi groby. Christiny nie interesował fakt, jak zabawna jest ta sytuacja, zwłaszcza, że żadne z nich nie jest do siebie w ogóle podobne.
Wbrew pozorom mężczyzna nie był głupi. Raczej nie roztropny i impulsywny. Wszak atakować nekromantę na jego własnym terenie. Cmentarz był samą w sobie bronią maga parającego się ożywianiem umarłych i na co dzień igrającego ze śmiercią. Wystarczyło jedynie kilka oszczędnych, prawie nie zauważalnych ruchów i nieumarły powstałby z grobu. Zasłonił jej ucieczkę. Przyjął na siebie kulę, a nawet zaatakował. Wystarczyło jedynie zyskać minimalną ilość czasu. Z tym jednym komandosem by sobie poradziła bez problemu. Wystarczyłoby to na ucieczkę i znalezienie bezpiecznej kryjówki przed resztą jego kolegów.
Należało udawać niewinną i zdezorientowaną. Drobna i niepozorna budowa ciała działały na jej korzyść. Jeżeli Aleksander albo Tom nie wejdą jej w drogę, zabije tego komandosa. Nie była jednak pewna, czy oni nie zrozumieją źle jej następnego ruchu, albo nie zepsują planu, który właśnie ułożyła w głowie. Ignorując ich zupełnie, przystąpiła do działania.
- Przepraszam nieznajomy. - skłoniła się wciąż uśmiechając. - Jestem zagubiona. Przyszłam na cmentarz poszukując zmarłych krewnych. Przyjechali do Ameryki i umierali wolno. Lekarz nie powiedział, jaka to choroba. - posmutniała. Celowo tworzyła niepoprawne zdania. Należało przecież wyglądać wiarygodnie.
- Powiedział mi ktoś, że cmentarz był blisko, to pochowali. Szukam ich, ale przez mgłę, trudno widać. - nie wiedziała, czy wywarła spodziewany efekt. Czuła jednak, że ciało, które właśnie ożywiała było gotowe. Jeszcze chwila i komandos dołączy do wyśmienitego towarzystwa duchów.
 
Idylla jest offline  
Stary 07-09-2008, 20:38   #9
 
Hanibal's Avatar
 
Tom wziął flakonik i z powrotem schował go do kieszeni, przyznał, że na temat haszyszu ma podobne zdanie do Christiny. Za to Aleksandr nie miał zamiaru oddawać swojej „działki”, uważał, że w kryzysowych sytuacjach proszek ten może być przysłowiowym „asem w rękawie”.

Nie zwlekając dłużej ruszyli w kierunku wyjścia. Aleksandr słyszał głosy. Głosy zmarłych, które mu zawsze towarzyszą gdy tylko zbliży się do cmentarza. Nigdy się nie oswoił z tymi głosami, często zatykał uszy gdy je słyszał. Nie pomagało, starał się skoncentrować na zbliżającej się misji lecz głosy nie pozwalały się skupić.
Po dotarciu do miejsca, z którego można było dojrzeć główną bramę okazało się, że Tom ma inną koncepcję na wydostanie się z cmentarza. Nadal podążali za nim, po chwili znaleźli się przy kamiennej ścianie cmentarza. Tom powiedział, że bezpieczniej będzie wyjść tędy, Aleksandr uznał to za dobry pomysł, już chciał ruszyć, gdy nagle…
- Uwaga!- usłyszał. Głos był tak wyraźny jakby ktoś stał obok niego i krzyczał.
- Co się stało? Coś słyszeliście?- zapytał Tom.
- Nie ruszaj się! Trzymaj ręce w górze tak bym je widział – krzyknął komandos, który ni stąd ni zowąd pojawił się na ich drodze.
O cholera, obława.- pomyślał Aleksandr, po czym posłusznie podniósł ręce do góry.
- Natychmiast gadać, kim jesteście, jeśli nie chcecie dźwigać w sobie kilograma ołowiu!
- My tylko przyszliśmy odwiedzić grób moich rodziców – zaczął się nerwowo tłumaczyć Tom.
- Przestań ściemniać i powiedz wreszcie prawdę!
Aleksandr spostrzegł grupę komandosów zmierzających w stronę...krypty!
Dać im trochę czasu, tak, tak, albo chociaż samemu nie dać się złapać.- powtarzał sobie w myślach.

Miał już gotowy plan działania jednak nie zdążył wprowadzić go w życie, pierwsza zadziałała Christina. Zorientował się co zamierza zrobić, stał w pogotowiu. Zdecydowała się ratować ich sama więc nie widział potrzeby w robieniu czegoś szczególnego. Gdy skończyła przemawiać wiedział, że zaraz uderzy. Zdecydował się zdezorientować komandosa, chwycił się za serce, przywołał na twarz grymas bólu i powiedział:
- Aaa, moje serce.- po czy przewrócił się, po drodze potrącając Toma.
Jakie to było żałosne.- pomyślał.
 
__________________
War...War never changes
Hanibal jest offline  
Stary 13-09-2008, 00:25   #10
 
Mijikai's Avatar
 
Na czoło Enrico zaczęły już występować perliste kropelki potu, oddech stał się przyspieszony i nieregularny, ale co to było za zmartwienie, gdy przed chwilą uciekło się napastnikom. "Ha, ha, będzie się czym pochwalić !" - pomyślał ucieknąwszy już prawie zagrożeniu. Wspomnienia jednak miały to do siebie, że trzeba było znaleźć bezpieczny kąt i tam je w spokoju opowiedzieć słuchaczom. Dopóki był w zasięgu broni palnej - te myśli wydawały się tyle adekwatne do sytuacji, co absurdalne. Giuliani rozpromienił się, był już "w domu", poza zasięgiem. Komandosi... " Co to za trzask ? " - trwoga na nowo zawitała do jego rozumu. Za późno. Celny strzał rozorał ramię maga, a ten jakby jeszcze nie czując bólu przeszedł jeszcze kilka kroków i potykając się upadł na wznak. "Kroki...?" - myśl przebiegła przez głowę, po czym razem z rezydującym tam rozumem udała się na metaforyczne wakacje. Ze strachu. Dwóch komandosów, którzy przybiegli i kopnęli Enrico, mogliby równie dobrze kopać truchło, więc całkiem słusznie jeden z nich zauważył:

- Wydaje mi się, że to trup. Trzeba mu oddać honor, że nieźle zasuwał. Jednak trochę zbyt wolno niż było niezbędne by ujść z życiem.

- Bez wątpienia nie był to zwykły człowiek. Cóż, wypadki się zdarzają – odezwał się drugi.


Po chwili odezwała się melodia, która okazała się być dzwonkiem telefonicznym. Enrico, którego świadomość, była już na miejscu prawie zdobył się na pobłażliwy uśmiech. " C-c-co-country...? Kto w dzisiejszych czasach słucha country ? " Pulsujący ból po raz kolejny przeszył go do szpiku kości. "Klik ! " Po chwili jeden z uzbrojonych ludzi odebrał rozmowę i zwrócił się do tajemniczego Mobiusa. Mówił również też o jakimś planie, a Giuliani zaciekawiony nadstawił ucho, ale zamiast kontynuacji rozmowy usłyszał syreny policyjne. "Gliny - gliny ? Kto by pomyślał, że ucieszę się z ich przyjazdu..." Napastnicy oddalili się szybko do samochodu, a pisk i warkot powiedziały magowi, że odjechali swoimi samochodami. Z jękiem, bardziej wynikającym z samej sytuacji niż dokuczliwego bólu Enrico powstał i z miną mędrca spojrzał na ranę - no, no, wydawało się, że kula nie miała dość i uznała jego ramię jedynie za lokum przejściowe, po czym wyszła z drugiej strony. Kiedy samochód policyjny oraz ambulans zatrzymały się przy zgliszczach " Czerwonej Latarni " Enrico patrzył się na płonący budynek, a potem zwrócił głowę w ich stronę i ponuro mruknął:

- A tak mi się tam podobało. Było nudno.

Policjant, czy wziął pod uwagę jego komentarz, czarodziej nie był pewien, ale zauważył, że ten należał do tych rozentuzjazmowanych nawet kradzieżą kieszonkową. Ów funkcjonariusz ryknął:

- O, cholera! Co tu się stało? Ej, ty - wymierzył paluchem w Giulianiego.

- Co jest...? - burknął mag grzebiąc w ranie z miną zimnego skurwiela, chociaż paliło go jak cholera i gdyby tylko pozwalała mu godność, latałby pewnie w kółko, błagając o pomoc.


Glina zaraz znalazł się przy nim i zaprosił do karetki, a mag w duszy przyjął z ulgą ten gest i udał się do samochodu skwapliwie. Nagle mu zaświtało, gdzie był Denton ? Była to jedyna osoba, z którą mógł się pozytywnie nudzić, cichy, małomówny ochroniarz zawsze przytakiwał albo wiedział kiedy Enrico ma już dość, tym razem podjął najtrafniejszą decyzję w swoim życiu. Gdyby nie on Giuliani zanieczyszczał by w tej chwili atmosferę ziemską, bądź był powodem dziur ozonowych - był bardziej niż pewien, że niektórzy ludzie w środku na skutek gorąca po prostu wyparowali. Po chwili jego niepokoje zostały rozwiane, gdyż widział jak Custer niesiony jest do karetki.

***

Jak mogli, jak mogli wciągnąć go w jakieś przeklęte przesłuchanie...?! Siedział teraz z zabandażowanym ramieniem na malutkim krzesełku, w klaustrofobicznym pokoiku, gdzie za oknem siedział tłum podglądaczy. Wiedząc jakie świństwa mogą robić wobec niego ludzie po drugiej stronie lustra weneckiego, on zdobył się na jeszcze większe świństwo i po prostu ich ignorował. Prawdopodobnie 100% urzędników i funkcjonariuszy z komendy chciało mu zrobić na złość - takie już były rządy federalistów. Bezpodstwna agresja wobec innych ludzi - oczywiście mag nie pozostawał dłużny i darzył ich taką samą agresją oraz co rusz się rozglądał, był pewien, że było tu ukrytych sporo kamer. Niektórzy sądziliby, że to paranoja. Myliliby się. Paranoicy tylko myślą, że wszyscy chcą ich dopaść. Giuliani to wiedział. Dlatego też nieufnie obrzucił wzrokiem wchodzącego do sali czarnoskórego policjanta. Tamten rzekł:

- Jestem oficer James Dean. Z tego, co nam wiadomo pan jest Enrico Giuliani. Cóż, Enrico. Znalazłeś się w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwym czasie. Dlatego właśnie zostałeś tutaj wprowadzony. Byłeś świadkiem tajemniczej masakry, która odbyła się w barze „Czerwona Latarnia”. Chcemy żebyś opowiedział nam wszystko ze szczegółami to, co się wydarzyło.

Zanim mag zaczął mówić rzucił kilka kąśliwych, uwag o powrocie niewolnictwa i przeklętych jankesach, bardziej zachaczających o mamrotanie pod nosem, niż gadanie na głos, ale miał nadzieję, że uda mu się obrazić inspektora. Było to coś w stylu dania upustu ogólnemu niezadowoleniu z powodu ostatnich kilku godzin ( a może była to tylko godzina lub dwie ? ). Malkonent był bowiem z Enrica straszny.

- Chwila, Bambo - zaatakował Enrico głosem przypominającym rozgorycznie pomieszane z drwiną - Gdzie mój kumpel Custer, najpierw to ty mi odpowiedz na kilka pytań ! Coś taki szybki, hę ? Jestem jego, no, pracodawcą i mogę wiedzieć, czy staruszek jeszcze zipie, co ? A poza tym ja nic nie widziałem, jedynie przechodziłem obok z Dentonem i nagle Ci terroryści - Enrico specjalnie używał dyplomatycznych słów, wiedział, że Ci mogli nie być zwykłymi bojownikami - wywalili "Latarnie" w kosmos, stary, jak mnie rzuciło to nie zapomnę do końca życia, trzasłem w tego rzęcha, co nim te matkisyny przyjechały i tyle, a próbowałem uciekać i sam widzisz, nie ? Poza tym to ja nie wiem nic. Nic szczególnego z moich zeznań wam nie przybyło, nie ? No, to powiem tyle, że mogliście się tego spodziewać. Figa.

Giuliani parsknął śmiechem i na koniec jęknął z bólu masując ranę z grymasem złości na twarzy. Zataił informacje o treści telefonu. " Co Ci frajerzy myślą, że są sprytniejsi odemnie ? No to im pokażę, że ku*** nie są i tyle. "
 
__________________
Młot na czarownice.
Mijikai jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:22.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172