Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 24-08-2008, 19:19   #1
 
Maciekafc's Avatar
 
[storytelling] Operacja Overlord.

5 czerwca 1944 r. Południowa Anglia, niedaleko Portsmouth.

Wiadomości z wczoraj potwierdziły się. Kolejny dzień czekania, nudy i stresów.Powoli wykańczaliście siebie. Pogoda była tak zła, że niestety, przeprawa przed kanał La Manche była niemożliwa. Zgodnie z ustaleniami to dzisiaj miał być ten dzień, dzień początku. Deszcz, silny wiatr, burze. Nawet dla was, spadochroniarzy, nie był to przyjemny dzień na skakanie. I tak mieliście większy komfort od pozostałych żołnierzy, innych jednostek. Dla nich kolejny dzień w porcie musi być wielką męczarnią. Nie to co dla was. Dużo, przestronne hangary, wygodne prycze. Jednak to wy zaczynaliście akcje..

Tego popołudnia nadeszły dobre wiadomości. Jutro ma nastąpić chwilowa poprawa pogody. Co prawda 'Ike' nie wydał oficjalnych rozkazów, czy dyrektyw, ale jak nie tej nocy, to kiedy? Generalnie wszystko było przygotowane, już poprzedniej nocy wysiadaliście z samolotów, bo operacja nie mogła się rozpocząć w taką pogodę.

Michael Evans

Jak zawsze już z samego rana byłeś na nogach. Chodziłeś po płycie lotniska zastanawiając się. Deszcz ci nie przeszkadzał, chciałeś mieć to za sobą. Doskonale wiedziałeś, że głupie myślenie o najbliższych wydarzeniach tylko pogorsza twoją sytuację, "Miękniesz stary", właśnie to usłyszałeś wczoraj od swojego kumpla z kompanii Kevina Cole'a. Nie miałeś nawet sił żartować, gdzie podział się ten dowcipniś Evans? Czas cholernie wolno płynął. Opowieści szeregowych cię nie bawiły, miałeś ich po dziurki w nosie, a dowódcy? Ci wyżsi siedzieli u 'Ike'a', a pozostali czekali na rozkazy. Twoja jednostka miała względny spokój, sam im zaleciłeś by odpoczywali, bo niedługo staną przed 'misją swojego życia'. Niektórzy znając cię, jeszcze z Włoch, nie chcieli uwierzyć w te wyniosłe słowa.

Na śniadanie było to co zwykle. Puszka konserwy, kilka kromek chleba, plasterki sera. Ledwo przechodziło ci to przez gardło. Jeszcze ta atmosfera stołówkowa. Cisza... tylko nieliczne jednostki próbowały coś z tym zrobić, ale po chwili milkli. Jeszcze bardziej przygnębiająco zadziałało to na ciebie. Szybko skończyłeś konsumpcję i wyszedłeś ze stołówki. Idąc mijałeś knajpkę oficerską, zwykły bar.. nawet pospiesznie zrobioną sale kinową. Nie chciałeś nigdzie wstępować, szedłeś dalej, przed siebie.

Thomas Stuart Hughie


Tego poranka pozwolono postać dłużej twojemu przydziałowi. Taki gest przed misją, do końca nie rozumiałeś tego posunięcia ze strony przełożonych, ostatnio modnym powiedzeniem wśród dowództwa stało się 'wstawaj, wyśpisz się po śmierci'. Dziwne, że pozwolono dłużej pospać. Ty akurat spałeś. Nie to co inni, którzy oszukiwali samych siebie. Pobudka nastała o 8:30, po niej od razu śniadanie, wasza tura. Jak zwykle usiadłeś z dala od 'obcych'. Akurat w Twoim pułku było kilku Polaków, Czechów, Francuzów, ale na szczęście też Amerykanie. Niestety, przy stole zobaczyłeś tego gnoja Irwina Gasha. Jajko, dwie spalone grzanki, plasterek sera i zimne kakao. Nigdy nie narzekałeś na wojskową kuchnię, zawsze można jeść mniej i gorzej, bądź w ogóle nie jeść. W czasie śniadania kompania dowiedziała się o wstępnych rozkazach. Zdecydowano dać luz, jednak nici z wyjazdu do miasta.
-Macie do dyspozycji bary i kluby na terenie lotniska, jeszcze mieli wyświetlać jakiś film. - skwitował krótko podoficer za was odpowiedzialny.
- No ładnie.- mruknął Irwin - Nie zabawię się przed śmiercią, jeden jedyny raz kurwa.
Miał trochę racji ten gburowaty Irlandczyk. Nie znosiłeś go. Był dobrym strzelcem, ale za to gównianym człowiekiem.
- Ja już tam chciałbym skopać dupę szwabom.- rzuciłeś krótko po przełknięci pokarmu. Nieliczni zaśmiali się. Nastała cisza. Akurat dzisiejszy posiłek z pewnością smakował wszystkim tak samo. Po śniadaniu wróciłeś do hangaru, usiadłeś na łóżku i myślałeś co z sobą począć. Widziałeś, że dzisiaj będzie ciężko coś zrobić, bo wszyscy jacyś inni niż zwykle. Już śniadanie różniło się od pozostałych, bez żywych dyskusji, sprośnych żartów, salw śmiechu.

Mathieu Boule


Nagle otworzyłeś oczy. "Ufff..żyję." Odetchnąłeś z ulgą. Głupie sny. Dzisiejszy był z serii 'wykonuj wszystko, co rozkaże dowódca'. Skończyło się na dwóch trafieniach w klatkę piersiową. Drwiłeś ze snów, chociaż może w nich jest troszkę prawdziwej wojny, a twoje posunięcia nie będą wiele różniły się od rzeczywistych? Może to przestroga? Szybka poranna toaleta. Zawsze była szybka, warunki były tak skrajne, że ów obowiązek załatwiałeś najszybciej jak się da. Jak co ranek, przed śniadaniem chodziłeś do klubu oficerskiego. Oficerski, tylko z nazwy, bowiem w środku zawsze było więcej szeregowych i podporuczników, niż rzeczywiście oficerów. Tym razem było prawie pusto. Nowość. Nikt nie leży na stole na stosie kart i przewróconą butelką pod krzesłem. Również zapach był inny. Ten sam był tylko barman, z którym się zakolegowałeś. Powitał się machnięciem ręki i uśmiechem.
- Sam byłem zaskoczony tym, co zobaczyłem z samego rana. To co, kolejka na dzień dobry?
Skinąłeś głową.
Terry, tak się nazywał znajomy barman, sięgnął po twój ulubiony trunek i nalewając zaczął gadać, lubił to:
- Dzisiaj pierwszym moim gościem był ten frajer, Dowson. Zakazał sprzedawania alkoholu. Miał informacje z pierwszej ręki, podobno dziś w nocy ruszamy. Masz.
- Nareszcie. Na samą myśl się gotuję. To czekanie jest gorsze od strzelania do faszystów- przechyliłeś kieliszek.
Zakumplowałeś się z Terrym pewnego wieczora. Kiedy jeden z już mocno podpitych żołnierzy chciał dolewki, a Terry odmawiał mu. Zniszczone zostało pół barku, ale dzięki twojej reakcji, tylko pół. Dwa szybkie sierpowe autentycznie wybiły z głowy plany dalszego picia. Akurat ciebie nie dziwiło czemu Terremu powierzono opiekę nad klubem. Sumienny, odważny chłopak ze Stanów, który sam zaciągnął się do armii. Lubiłeś go za otwartość, poczucie humoru i podobne poglądy polityczne. A najlepsze było to, że zawsze był w jednym miejscu, chętny do rozmowy i pomocy.
- Powtórka?- zaśmiał się barman.
- Nie.. chyba czas iść na dejeuner. Kto wie czy nie będzie to moje ostatnie śniadanie w życiu. Dzięki Terry, wpadnę później. Przynieść Ci coś?
- I tak przyjdziesz do mnie jeść.. leć już.
Dobrze jest zacząć dzień od rozmowy z przyjacielem i kolejki whisky. Śniadanie. Ohydne posiłki w tej Anglii serwują. Terry miał rację. Zawsze gdy podawali spalone grzanki, niedogotowane ziemniaki czy zimną jajecznicę chodziłeś jeść na zaplecze klubu. Dzisiaj było lepiej niż zwykle, ostatnie śniadanie to i kucharze się postarali. Szklanka mleka, kilka kromek, i jak zawsze dużo sera białego. Jadłeś go z cukrem. Wtedy jakoś smakował. Posiłki zawsze były wydawane między określonymi godzinami. Teraz byłeś wcześniej niż zawsze. Było trochę pustawo. Przysiadłeś się do Jerrego.
- Kogo to moje oczy widzą? Szczęściarz Mat? Jeszcze żyjesz! Siadaj.
Nigdy nie lubiłeś tego zarozumialca. Jednak był lepszy niż reszta.
- Czołem Jerry. Słyszałeś jakieś rozkazy, co mamy dzisiaj robić? - mówiłeś do niego rozsmarowując ser na kromce razowego chleba. "Zaraz pewnie powie jakąś chałe
- Właśnie nikogo nie spotkałem. Trochę się dziwię, ostatni dzień i taka swawola. Inaczej to sobie wyobrażałem.
- Na pewno?
- Jasne stary, nie napinaj się.
"Kretyn" - pomyślałeś, i ugryzłeś kęs kromki. Następne zjadałeś już w milczeniu. "Jakiś nieswój ten Jerry". Zjadłeś, wstałeś, wyszedłeś. Jerry tylko machnął ci na pożegnanie. Szedłeś na skróty przez pasy startowe, zmierzałeś do klubu, jakoś trzeba było zagospodarować czas. Przed barakami niższych oficerów widziałeś już czekających spadochroniarzy. "Dopiero ranek, a oni już siedzą", parsknąłeś.



Nie wiedziałeś, która to kompania, było ich tutaj bardzo dużo. Jedno z trzech lotnisk na których stacjonowali spadochroniarze. Akurat na tym, byli tylko żołnierze ze sto pierwszej. Pewnie wykonywali rozkazy..
 
Maciekafc jest offline  
Stary 25-08-2008, 20:20   #2
Kapitan Sci-Fi
 
Col Frost's Avatar
 
Szedłem przed siebie pogrążony w myślach, gdy nagle usłyszałem krzyk:
- Hej, sierżancie!
"No tak, znowu on" pomyślałem, a po chwili powiedziałem na głos:
- Co jest Mills?
Szeregowy Jim Mills był najmłodszy w całej kompanii, co odzwierciedlało jego dziecinne zachowanie. Rany, pożartować to ja lubię i to nawet bardzo, ale przy tym facecie jestem spokojniejszy od starej pani Vinestone. Stale głośny, podniecony zbliżającą się inwazją. W sumie wszyscy się nią przejmowali, ale każdy zachowywał swoje myśli dla siebie, nie tak jak on, opowiadając każdemu kogo spotka to co akurat wpadło mu do głowy.
- Wie pan może coś nowego o tym, kiedy wyruszamy? Chciałbym już wyruszyć. Palce mnie świerzbią, żeby nacisnąć spust i powystrzelać paru Niemców. Jak to ich nazywacie?
- Jerry's. I nie wiem dlaczego, więc mnie o to nie pytaj. - odpowiedziałem znudzonym tonem. - O dacie inwazji nie wiem więcej od ciebie, a podejrzewam, że możesz nawet wiedzieć więcej ode mnie. Uspokój się chłopcze, nikomu nie pomożesz latając po całym obozie, gadając o tej operacji. Tylko wszystkich denerwujesz, a zdenerwowanie to ostatnie co jest nam teraz potrzebne, zrozumiałeś? Na odprawie u majora wszystkiego się dowiesz. Trochę cierpliwości.
- Tak wiem, po prostu sam się denerwuję i...
Rozmowa trwała dość długo, a ja od pierwszej do ostatniej minuty miałem jej serdecznie dosyć. W końcu udało mi się spławić Miils'a, polecając mu obejrzenie filmu na uspokojenie.
Przechadzając się dalej słyszałem strzępy rozmów mijanych przeze mnie ludzi. Po tych krótkich fragmentach można się było zorientować o czym rozmawiają. Jak się można było łatwo domyślić nie tylko Millsa interesuje kiedy nadejdzie godzina H. Wczoraj wszyscy mówili, że będzie dzisiaj, dziś już są przekonani, że to jutro. Tymczasem inwazja jest przekładana. "Ech, mógłbym wyruszyć nawet w tej chwili, ale niech już się zakończą te wszystkie domysły. Czy Ike nie zdaje sobie sprawy, że to oczekiwanie dobija bardziej niż oczekujący na nas Niemcy? Cholerny Jankes."
Byłem wściekły. Wiedziałem doskonale, że Eisenhower czeka na poprawę pogody i, że to dlatego nie wyruszyliśmy wczoraj. Ale musiałem kogoś winić. Tym bardziej, że to Amerykanin.

O godz. 14.00 miałem się zameldować w namiocie majora Howarda. Zapukałem w prowizoryczne drewniane drzwi i po usłyszeniu pozwolenia, wszedłem do środka.
- Sierżant Evans melduje się, sir - zasalutowałem.
W środku prócz majora znajdowali się także wszyscy oficerowie z kompani. Ja dołączyłem jako szef kompani.
- A witam Evans. Usiądźcie. - przywitał mnie Howard, po czym zwrócił się do wszystkich. - Znacie nasz cel. Znają go też nasi chłopcy. Wraz z plutonem z kompanii B mamy zająć jeden z mostów na rzece Orne. Nie mówiłem wam tego jeszcze, ale ten most nazwano mostem Pegaz. Bardzo ciekawa nazwa, ale raczej wiecie skąd się wzięła.
Było to najzupełniej jasne, w końcu pegaz widnieje na naszych mundurach.
- Nastąpiła jednak mała zmiana planów. Dowiedziałem się, że nie mamy co liczyć na wsparcie innych jednostek z naszej dywizji. Musimy utrzymać most do czasu przybycia posiłków z plaży Sword. Według planów powinni dotrzeć do nas już pierwszego dnia, i to przed południem, ale jeśli coś pójdzie nie tak... Możemy utknąć na tym moście nawet przez parę dni. W każdym razie chciałem was o tym poinformować panowie. Musimy postarać się o dobre morale naszych żołnierzy, a to w głównej mierze wasza działka. Nie możemy pozwolić sobie na stratę tego mostu, gdy już wpadnie w nasze ręce. Dziękuję panowie.
W godzinach wieczornych odbyła się jeszcze odprawa majora, z całą kompanią. Dowódca nie przekazał żołnierzom informacji o posiłkach, zagrzał ich jednak na tyle skutecznie do walki, że gdy skończył przemowę nagrodzono go gromkimi brawami, wśród których można było usłyszeć sporo antyhitlerowskich haseł. Najważniejszą informacją było jednak to, że operacja powinna rozpocząć się dziś w nocy, czyli już bez dodatkowych opóźnień.
"A więc i tej nocy nikt nie zmruży oka." pomyślałem.
 
Col Frost jest offline  
Stary 26-08-2008, 23:08   #3
 
Antari's Avatar
 
Dzisiejszej pobudki miało nie być. Wczoraj mieliśmy już lecieć. Jednak dowództwo przesunęło atak na jutro, znowu. Gdy obudziłem się, pierwsze co zawsze robiłem to rzucenie wzrokiem na zegarek. Ten, o dziwo wskazywał godzinę 8:30, a nie jak zwykle 5:00. Dzisiejszy dzień był bardzo niespokojny. Każdy chodził drętwy. Nikt nie śmiał się ani żartował, jak to zwykle było w zwyczaju. Okazało się, że jako jeden z niewielu tak naprawdę spałem. Trzeba było ogarnąć się i szybko pędzić na śniadanie. Na stołówce jak zwykle starałem się usiąść jak najdalej od nieamerykanów. Popatrzyłem na nich z lekką odrazą."Cholerni obcokrajowcy. Wszędzie się wepchną." Nie żebym ich nie lubił, o nie. Po prostu... nie przepadałem za nimi. I jeszcze ten cholerny Irlandczyk, Irwin Gash. Gdy sierżant oznajmił, że nasz pułk nie ma wyjazdu do miasta, ten idiota, zaczął gadać jakieś pierdoły. Chciałem powiedzieć coś typu. - Zamknij się, Irwin. Ale dałem na wstrzymanie. Rzekłem tylko - Ja już tam chciałbym skopać dupę szwabom." I nie mijało to się z prawdą. Dobrze, że chociaż żarcie było "w miarę" dobre. Po posiłku mieliśmy musztrę na lotnisku. "Cholera, akurat nasz pułk!" Wszystko toczyło się bardzo powoli. Na dodatek, każdy miał minę jakby zamiast oficera porządkowego widział jakąś zjawę. Po wszystkim, postanowiłem trochę przejść się po lotnisku. Nie miałem nic do roboty, do baru mnie nie ciągnęło, przynajmniej na razie. A filmu nie miałem ochoty oglądać. "Cholerna godzina H, mogłaby się już zacząć. Mam dość czekania, trzeba działać!"

Wkrótce wróciłem do koszar. Nie zastałem nikogo, oprócz jednego kolegi, Jamesa Vertox. Oczywiście, był Amerykaninem. - Nie w barze? - spytałem. Na jego twarzy pojawił się grymas. - Nie. Mam ochotę na odrobinę ciszy i, być może, jest to ostatnia chwila, by ciszą się nacieszyć. - Ale chyba mogę pograć na swoich organkach? - spytałem, choć znałem już odpowiedź. - Jasne, proszę bardzo. Spędźmy ostatnie chwile spokoju razem. Więc zacząłem grać. Najpierw cicho, potem trochę głośniej. James położył się na swojej pryczy i nucił do melodii. Dopiero, gdy skończyłem odezwał się. - Hej, Tommy. A może posłuchamy radia? - odłożyłem harmonijkę. - Ok Jam, puszczaj! James Vertox schylił się i zza pryczy wyciągnął, średniej wielkości pudło, nazywane radiem. Włączył je i zaczął szukać fal. W końcu znalazł coś. Żeński głos, śpiewający o klifach Dover. - To Vera Lynn! - rzekł zaskoczony James. - Jedna z niewielu Angolek, które toleruję. - Czemu nie lubisz Brytoli? Są naprawdę fajni! próbował mnie przekonać. Ale we mnie drzemał ten amerykański izolacjonizm z lat trzydziestych. Próbowałem być milszy dla obcokrajowców, ale ten cholerny Irwin Gash wszystko mi uniemożliwiał. Utożsamiałem każdego cudzoziemca z nim.
 

Ostatnio edytowane przez Antari : 29-08-2008 o 20:09. Powód: literówki i ortografia
Antari jest offline  
Stary 28-08-2008, 17:35   #4
 
Idylla's Avatar
 
Te sny mnie wykończą! Najpierw padam od kul w plecy, potem dostaję w klatkę piersiową, znowu w plecy, raz nawet od noża. Tak mi się przynajmniej wydaje. We śnie raczej jest niemożliwe, żeby sprawdzić, przez jaką broń wyzionąłeś ducha. Zwłaszcza w koszmarze, kiedy twoim jedynym celem jest wybudzenie się i przekonanie, że to tylko przypadkowe obrazy, które miałeś okazję oglądać na polu walki. Tak przynajmniej to sobie wyobrażam. Bo przysięgam, widziałem wiele razy jak tak właśnie ginęli Niemcy (muszę się pozbyć tego braku uprzedzeń wobec nich, bo mnie wezmą kiedyś za szpiega, potem tylko krok, a już będę zakopany w jakimś bezimiennym grobie, żeby czasem dzieci nie poznały zbyt wiele prawdy o błędach "tej dobrej strony". Nie cierpię przemocy, a przesłuchania w alianckim wykonaniu nie wiele różniły się od faszystowskich. W jaki sposób by nie barwili prawdy i nie zasłaniali się wyższymi celami, ja dobrze wiem, jak jest i tego się trzymam). A jeżeli to jest jakaś rychła przepowiednia mojej śmierci? A jak mnie zabiją na tej głupiej misji? Po co komu drugi front? Po co w ogóle wojna? No dobrze, czas na poranną toaletę. Nie wiele zostało czasu na przygotowanie się, więc trzeba się ruszać, potem wstąpię do baru. Na pewno podadzą coś obrzydliwego, jak zawsze. Jak ja czasami tęsknię za domowymi obiadami. Może nie były to wykwintne dania, ale zawsze było coś smacznego, co nie drażniło podniebienia samym swoim wyglądem. Precz złe obrazy mojego dzisiejszego śniadania. Wiem doskonale, że nie będzie to gorsze od tego co sterowali na tym statku, którym przemycili mnie do zjednoczonych stanów. Ja i mój przeklęty pech! Chętnie bym się go pozbył o obdarował któraś ze stron. Może Rzeszę? Nie warto, oni i tak w końcu popuszczą. Związek Radziecki? Po co oni komu? Więksi manipulatory niż trzech Hitlerów na raz. Brytyjczyków? Im to nawet nie jest pech potrzebny. Bez niego są zdolni przegrać wojnę nie kiwając nawet palcem. O, przepraszam. Tak było jeszcze kilka lat temu. Teraz się wszystko zmieniło. Wiele się zmieniło, tylko nie moja przynależność do armii. Niech to!
Bar?
Ale kiedy ja?
Pewnie znowu się tak zamyśliłem, że zapomniałem gdzie idę. Ale żebym aż tak się zapomniał? Pierwszy raz mi się to zdarza. O, Terry. Pewnie znowu opowie coś ciekawego. Pospieramy się o jakiegoś generała, potem przyzna mi rację (jak zawsze zresztą), a potem... W sumie to nie wiem co potem. Zawsze dochodziłem do tego momentu i nie było żadnego potem. On ciągnął rozmowę, ja się dawałem w nią wciągnąć i tak nam kilkanaście minut mijało. Bar był prawie pusty. Zaspałem? Spóźniłem się? Wylecieli beze mnie... Nadzieja jest taka zgubna. Już po pierwszych słowach Terry'ego przekonałem się, że to nieprawda. Może kiedyś mi szczęście dopisze. Po krótkiej rozmowie z barmanem o tym... Dowsonie. Wbrew temu co powiedziałem, nie tak do końca się paliłem. W każdym razie akcja jest lepsza niż bezczynne czekanie. Wyślą czy nie wyślą? Będę miał proroczy sen, czy przeżyję? Zabiją mnie? Padnę od kuli? Będę do końca życia jeździł na wózku bez nóg? To było okropne. I jak powiedziałem. Nudy są gorsze od strzelania do faszystów.
I co moje piękne, umęczone trudami walki oczy widzą? Przepyszne śniadanko. Nie będę musiał jeść znowu w towarzystwie mioteł i wiader, rondli jeżeli zechcą mnie za towarzysza. Już zabierałem się za jedzenie, kiedy usłyszałem Jerry'ego. Nie, tylko nie on - jęknąłem w duchu, najwyraźniej za cicho, bo nie usłyszał. Niech go!
Podniecony zbliżającą się akcją, trajkotał chyba z dobrą godzinę. Nie patrzyłem na zegarek, więc nie wiem. Ale ze strzelania zawsze byłem dobry, więc pewnie miałem rację. Założę się, że to trwało godzinę. A zresztą, kogo to obchodzi?
No może trochę przesadzam, bo dzisiaj zachowuje się jakoś dziwnie. Za dziwnie. Zwłaszcza, że mówimy o tym samym Jerrym. No i zacząłem się przejmować tym dziwakiem. Dziwniejszym nawet ode mnie. No może tylko bardziej denerwującym. O wiele bardziej denerwującym. Zjadłem i wręcz uciekłem ze stołówki.
Podczas wycieczki do hangaru trafiłem na grupę spadochroniarzy. Ciekawe z której kompanii. Pewnie nie dawno przybyli. Za długo spałem i ominęło mnie najlepsze.
- Ile bym dał, żeby zobaczyć ich miny, kiedy dowiedzieli się, że akcję odwołano. Zawsze jestem niedoinformowany. Pewnie dlatego co noc mi się śnią koszmaru. Co za... A ty tu czego? - zawróciłem się do żołnierza stojącego przede mną. Dowson we własnej osobie. Co go sprowadza w moje skromne progi?
Rozejrzałem się na wszelki wypadek. Nie, to nie ja jestem nie na swoim terenie, więc pytanie jest jak najbardziej na miejscu.
- Mogę wiedzieć czemu stoisz mi na drodze? - zapytałem uprzejmie, mając płonną nadzieję, że tak po prostu sobie uciekanie.
- Spacerowałem sobie i postanowiłem, że ciekawie by było na ciebie wpaść. Matoł! - skwitował. Nim zdążyłem się odezwać, już mnie minął i tyle go wiedziałem. Plecy się nie liczą. To że jest większy ode mnie też. I że wszczynanie bójki teraz nie jest zbyt dobrym pomysłem. Tak, nie zbyt dobrym. Ale jak tego nie zrobię, to sobie pomyśli, że jestem słabeusz (bo jestem. Zawsze obrywam. Od wszystkich niepijanych kumpli. Co za świat). I wcale nie wyolbrzymiam sprawy. Akcja w barze Terry'ego to wypadek podczas jednego z gorszych dni...
Pospaceruję jeszcze, póki dzień młody. Gdzie by tu zawitać...?
Chłopaki nie są chyba w nastroju do jakiś dyskusji, w którego mógłbym ich wciągnąć. Wszyscy jacyś tacy ponurzy są i zamyśleni. Przejmują się akcją. Nie oni jedni, mi też zaczyna coś się niemrawo robić. I to raczej nie jest niestrawność. Pospaceruję trochę samotnie. Nie będę się naprzykrzał. Może mnie nikt nie zauważy, kogo towarzystwo nie jest mi mile widziane. Byle tylko nie spotkać po drodze jakiegoś awanturnika, który tylko czeka, żeby go sprowokować. Wszyscy są bojowo nastawni, więc co im szkodzi zaczepić Francuza. Naród tych, którzy oddali własny kraj. W ogóle po ja tutaj jestem? Kilka razy mnie o to pytali. I szczerze, mnie to też zastanawiało, ale nijak nie znałem odpowiedzi. A opowiedzieć im o moim cudownym pojawieniu się w niewłaściwej ciężarówce, będzie chyba przegięciem.
Usłyszałem śmiech. Chłopaki siedzieli w kącie w hangarze i żartowali. To chyba wyjątki. Przecież wszyscy tutaj się zamartwiali, czekali na nieuniknione, podniecali się ideą zaistnienia jaklo bohaterowie, wyobrażeniami śmierci. Wielu z nich już dawno pożałowało, że zdecydowało się uczestniczyć w wojnie. Niby wiedzieli, że nie mieli wyboru, ale chyba nawet dla nich było jasne, że jeszcze 1940 - 1941 aż palili się do walki. Chcieli skopać tyłki faszystom i nic nie mogło ich powstrzymać. Mnie się to niestety nie tyczyło, a wylądowałem w jednej kompanii z nimi.
Nie przysłuchiwałem się dłużej. Nie poprawiały mi humoru i śmiechy i przechwałki. Martwiłem się o własny tyłek i póki co to było dla mnie najważniejsze, a nie ilość zabitych na koncie.
Nim się obejrzałem był już wieczór. Ostatecznie podjęto decyzję o przeprowadzeniu akcji. Porucznik Richard Winters (nasz dowódca) zapoznał nasz ze szczegółami misji. Mówił oszczędnie i z rezerwą.
- Jutro czeka nas akcja. Wylądujemy na plaży Utah. Naszym zadaniem będzie unieszkodliwienie baterii wrogiej armii. Wylądujemy tam jako pierwsi, więc na nas skupi się atak nieprzyjaciela. Musimy go przełamać i wykonać misję. Powinniśmy się nimi zając do południa, zważając na przewidywany termin, w jaki ma odbywać się cała operacja. Wyruszamy skoro świt. Rozejść się i wyspać. Jutro musicie być w pełni sił.
Świeże powietrze za mnie dobrze działało. Nawet jeżeli w pobliżu pojawił się swąd palonych papierosów. Co z tego, że jestem palaczem? Przecież może mi się ten zapach nie podobać. Na niebie widziałem słabo świecące gwiazdy. Albo to przez pogodę je słabo widać, albo ja straciłem poczucie czasu i myślę, że jest noc. Zegar w barze się pewnie ze mną nie zgodzi. Zgadza się ze mną tylko wtedy, kiedy przychodzi do odmierzania czasu, kiedy w grę wchodzi kolejna misja. To będzie trudna noc i wszyscy dobrze o tym wiemy. Może uda mi się zmrużyć oczy, choć na chwilę, a jeżeli nie to przynajmniej nie będę musiał prowadzić rozmów z Jerrym, który zbliża się tutaj niebezpiecznie szybko.
- Hej! Też jesteś...
Już mnie nie było. Nie interesowały mnie jego wrzaski i zdezorientowana mina. Byle najdalej od tego gościa.
 

Ostatnio edytowane przez Idylla : 01-09-2008 o 11:59. Powód: Błędy
Idylla jest offline  
Stary 05-09-2008, 23:55   #5
 
Antari's Avatar
 
W końcu reszta plutonu wróciła do koszar. Kazano nam wyłączyć "szczekaczkę", gdyż większość żołnierz albo była pijana albo zmęczona długimi seansami. Próbowałem grać na harmonijce, lecz i to przeszkadzało tej bandzie. - Pójdę do porucznika Greena. - wyjaśniłem Jamesowi. - Może wie, kiedy wyruszamy. James pokiwał głową, lecz ledwo wyszedłem z koszar, a usłyszałem za sobą jego wołanie. - Poczekaj, idę z tobą. Mam dość tych wrzasków i chętnie się przejdę. Pomimo zdenerwowania misją, on też chciał się stąd wyrwać, zacząć działać. Szliśmy w milczeniu. Biuro porucznika Harry'ego Greena wkrótce stanęło nam przed oczami. Jednak kiedy zapukaliśmy i weszliśmy w środku zastaliśmy tylko jego asystenta. - Porucznik wyszedł na chwilę, zaraz wróci. - To sobie poczekamy. - rzekłem do Jamesa. Rzeczywiście, porucznik zjawił się dopiero po pół godzinie. Gdy wszedł do środka na jego minie pojawił się grymas wściekłości. - Panowie! Do jasnej cholery, szukam was od kwadransa, a wy sobie tu siedzicie?! - Panie poruczniku, czyżbyśmy wyjeżdżali? - Tak, do diabła, byłym w waszych koszarach, aby to oznajmić! Dziś w nocy wylatujemy, więc spadajcie do łóżek spać ile się da! Wyszliśmy więc, jak rozkazał dowódca, uprzednio salutując. Szybkim krokiem doszliśmy do koszar i położyli na pryczach. Wkrótce zgaszono światła. Zasnęliśmy, myśląc o zbliżającym się "wyjeździe".
 
__________________
En Taro Tassadar!
Antari jest offline  
Stary 23-09-2008, 23:08   #6
 
Maciekafc's Avatar
 
Michael Evans

Powróciłeś do swojego hangaru. Większość już spała, trzeba było chwytać resztki snu, bo przez najbliższe dni nie będzie go za wiele. Tobie nie chciało się spać. Usiadłeś na pryczy aby wszystko jakoś poukładać w głowie. Jeszcze raz przejrzałeś cały sprzęt, wyglądało na to, że wszystko było zapakowane i przygotowane na misję. Strasznie niecierpliwiłeś się, a do umownej godziny wylotu zostało jeszcze dużo czasu.

***

Spojrzałeś na zegarek - 9 pm.. nagle jeden ogromny zgrzyt jakby obudził wszystkich. Drzwi hangaru otwierały się robiąc przy tym straszy hałas, nie zazdrościłeś śpiącym. Instynktownie zasłoniłeś ręką oczy. Wszystkie światła w hali zostały zapalone jednocześnie. "Boże.. co oni chcą z nami zrobić."Porządnie westchnąłeś. Dla ludzi nieprzyzwyczajonych te niespodzianki mogły spowodować zawały serca. Do hangaru weszło z tuzin poruczników i oficerów. Stali oni teraz w szeregu, majestyczna chwila. Większość żołnierzy już przecierała oczy stojąc, jednak postawa odbiegała znacząco od zasadniczej. Ty stałeś wyprężony salutując.
- Baczność!- zagrzmiał jeden z przełożonych - Nadszedł czas.. za dziesięć minut z pełnym wyposażeniem na płycie lotniska - wykonać!
W jednej sekundzie wszyscy odwrócili się na pięcie i wyszli z hali.
- No kurwa! Śniła mi się ta cycata blondynka Candy!- krzyknął z głębi pomieszczenia Hardring. Nikt więcej nic już nie mówił, nastał jeden wielki bałagan. Spora część tych nieszczęśników była niespakowana, dobrze, że drzemali w mundurach. Nie chciałeś przeszkadzać, spokojnym krokiem wyszedłeś z hangaru dźwigając toboły potrzebnych rzeczy.

Poza hangarem sytuacja nie wyglądała lepiej. Jeden wielki..
-Ale burdel, nie Evans? - niski głos odezwał się zza pleców, nie miałeś pojęcia kto to był.
- Wyjąłeś mi to z ust... - odpowiedziałeś szybciej niż spojrzałeś na twarz rozmówcy, tym razem był to Johny Delgado. Spoglądaliście po sobie, każdy z was patrzył czy niczego nie zapomniał.
- Szlag, nie odebrałem ładownic wczoraj.
Niestety, nie mogłeś powstrzymać się przed szczerym uśmiechem. Jak to niektórzy potrafią rozładować napięcie nawet w takich chwilach.
- Leć do McGoffreya.

9:30 pm. Coraz więcej ludzi wychodzi z hangarów, najśmieszniejsze jest to, że wszyscy wyglądają tak samo..Mechanicy gruntownie sprawdzają samoloty, a dowódcy wokoło dostają białej gorączki. W powietrzu czuje się jednak te atmosferę kolejnych wydarzeń, niepokój, strach..Ile razy przez to przechodziłeś? Dużo.

9:45 pm. Szeregi żołnierzy stojących przy samolotach, znakomicie to wygląda. Zadziwiająca prędkość przygotowań. Takie rzeczy dzieją się tylko w wojsku.



- Trochę źle trafiliśmy Evans. Ten knur, Cole, pewnie się do czegoś zaraz przyczepi.- szeptał do Ciebie ten kretyn Richard.
Gdzie masz granaty? No gdzie! Kurwa, czy wy nic nie potraficie zrobić dobrze?
Pokiwałeś ze zdumieniem głową. Thomas Richard ma rację, będzie gorąco...

Thomas Stuart Hughie

Nie spieszyło Ci się. Nie spojrzałeś na zegarek, ale powoli ściemniało się. Nie byłeś spakowany, jednak uważałeś to za kwestię kilkunastu minut. Oczywiście chodziło o rzeczy osobiste, bo broń, spadochron i amunicja już od wczoraj leżały w jednym miejscu. Usiadłeś na pryczy i leniwie spojrzałeś na resztę kompanów. Połowa spała, reszta leżała korzystając z ostatnich chwil spokoju, słyszałeś też szepty rozmów kilku żołnierzy. Rozłożyłeś się na łóżku, założyłeś ręce za głowę i zacząłeś rozmyślać o dniu jutrzejszym. Z jednej strony bałeś, okropnie bałeś się śmierci, ale chyba chęć zabijania szkopów była mocniejsza niż obawy przed końcem....zasnąłeś.

***

Zimno.. przeraźliwie zimno. Siedziałeś skulony w okopie, nad Tobą świstały kule, grad kul. Bałeś się wyjść, nawet spojrzeć na pole walki. W okopie siedziałeś sam, jednak z lewej szedł jakiś żołnierz. Szybko, a zarazem nisko, dłonią trzymał hełm, a w drugiej ręce dzierżył M1. Patrzyłeś na niego i modliłeś się aby dotarł tutaj jak najszybciej, we dwóch można coś poradzić - samemu? Nie. Z nadziejami patrzyłeś w stronę tego nieszczęsnego piechura. Kule latały nad głową lub wbijały się w zwały wykopanej ziemi. Prócz świstu pocisków karabinowych, wielki huk robiły moździerze i granaty ręczne, przy każdym wybuchu przytrzymywałeś hełm na głowie, jednak wszystko działo się daleko od Twojego stanowiska. Zostałeś sam. Twoja drużyna poległa, nie było mowy o wykonaniu zadania. Tkwiłeś dobre poł kilometra od celu. Zajęcie jednego z bunkrów i obsadzenie go swoimi jednostkami. Niemcy lekko mówiąc wybili Wam to z głowy. Żołnierz biegł szybko, był coraz bliżej, jednak wydawało Ci się, że jest to wieczność.. patrzyłeś za nadzieją, z taką samą nadzieją jak chwilkę temu, gdy jeszcze bieg, a nie jak teraz leżał w kałuży krwi. Tak, widziałeś. Prosto w szyję, tętnica.. krew jeszcze leci. W jednej chwili cały ogień ucichł.. zacząłeś krzyczeć, jak najmocniej umiałeś, krzyczałeś jednak dalej było cicho. Po otworzeniu oczu ujrzałeś, że cały okop jest wypełniony żołnierzami SS, jak na rozkaz wszyscy zaczęli iść w Twoim kierunku...

***

Obudził Cię krzyk:
- Zamknąć się, słuchać, baczność!
- No już śmiecie!
Jak na komendę, bo byłą to komenda, wstałeś z łóżka do postawy zasadniczej. Resztki snu nie spełzły z Twych powiek, analizowałeś wydarzenia senne, generalnie w dupie miałeś gadanie dowódców..
- 9:45 pm. wszyscy na płycie lotniska, macie 20 minut łajzy.. spocznij.
Kilku wyższych stopniem wszyło z hangaru.
-Skurwysyny...nic nie można zrobić, chcą nas pozabijać kurwa. Co oni sobie myślą...
- Ej, Billy przestań pieprzyć. Weź się w garść
Nie lubiłeś Billego, był Szkotem, straszny malkontent i tchórz.
- Kurwa, nie chcę umierać, a na pewno nie od jakiś Niemców, z rozkazów kurwa Anglików..
Zignorowałeś go i jego gadanine. Spojrzałeś na zegarek.. jeszcze 15 minut.

Mathieu Boule

Jerry wołał za Tobą, przyspieszyłeś kroku. Nie miałeś ochoty na rozmowę z tym palanetem. Jeden z nielicznych, któremu miałeś ochotę przywalić w tę paskudną twarz.
- Ej Mat, ale poczekaj no.. przypomniałem sobie coś!
"W dupie mam twoje coś- odpowiedziałeś sobie w myślach. Rozkazy zostały wydane, w sumie położenie się spać nie byłoby takim głupim pomysłem. Nie wiadomo jak przywita nas Herman. Szedłeś przez płytę lotniska, szedłeś do swojego hangaru "a nie.. może do baru jeszcze wstąpię? ". Byłeś świadkiem ciekawej sceny. Kilku przydupasów pakowało do 'Skytroopera' manekiny ze spadochronami. Jednak to dowództwo nie było takie głupie. Chociaż z drugiej strony brakuje wykwalifikowanych pilotów do transportowania żywych ludzi.. No nic, szedłeś dalej. Wybrałeś jednak klub.
" No czas na pożegnanie z tym miejscem, dużo fajnych rzeczy się tutaj działo..a co to?
Drzwi były zamknięte, a na nich karteczka o treści "Następne trunki pijemy we Francji..'
" Pewnie połowa tych głupców już nie zdoła"
Nic.. trzeba wracać. Na szczęście Twója hala mieściła się rzut beretem. Wielkie 'wrota' były uchylone, czyżby coś się działo. Postanowiłeś ciuchutko 'wkraść' się do środka..
- O! Kogo my tu mamy? - zaśmiał się jeden, nieznany Ci dowódca
- Szeregowy Boule..No żołnierze, to widocznie znaleźliśmy ochotnika do pakowania rzeczy na samoloty. Pięknie.
"Kurwa"
- Tak jak mówiliśmy, za godzinę w pełnym oporządzeniu przy samolotach! Spocznij!
Ten, który mówił był to David Hering - totalny idiota. Od tej władzy poprzewracało mu się w głowie, a i tak ów stopień dostał przypadkiem.
- No to co Boule? Pakujesz się w trymigach i nosisz pudła..- mrugnął jednym okiem i wyszedł z hali.
"Kurwa"
Po wyjściu sztabu, koledzy patrzyli na Ciebie z lekką pobłażliwością, jednak widać było, że dziękują Ci za spóźnienie. Dobrze, że pomyślałeś o tym wcześniej i mało zostało do zrobienia. Szybkim ruchem zerwałeś zdjęcie rodziny z szarki, wyjąłeś przybory do golenia, lornetkę. Wszystko skrzętnie pochowałeś i wyszedłeś z bagażami.

Przed hangarem stał jeden z transporterów, a koło niego pudła z zaopatrzeniem. Amunicja, broń, odzież i wszelkie tego typu rzeczy. Właśnie złapałeś się za skrzynkę z napisem 'prezerwatywy i bielizna'. Nawet w takim stanie wywołało to u Ciebie uśmiech. Skrzynka za skrzynką, szło Ci całkiem nieźle, jednak trochę to trwało. Coraz więcej żołnierzy wychodziło ze swoich tymczasowych mieszkanek. Tak, skończone. W krótkich przerwach widziałeś, że nie tylko Ty podpadłeś tej bandzie kretynów, inni też ładowali zapasy na samoloty. Po co? Zanim wyznaczą strefy zrzutów, wylądujemy, odnajdziemy się, to minie kupa czasu...

Odszedłeś od transportera, czas zbliżał się nieubłaganie szybko, powędrowałeś pod wyznaczone miejsce. Było tutaj trochę luźniej, pewnie Haring opieprza inną grupę. Twoi kumple rozładowywali napięcie związane ze zbliżającą się misją, malowali sobie twarze..
 
Maciekafc jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:35.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172