Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 20-10-2008, 00:35   #1
 
Jonathan's Avatar
 
[FUZION] AXIS OR ALLIES - sesja

Rozdział Pierwszy – Mordercza Pustynia

Jeepy szybko rwały do przodu wzbudzając za sobą silne kłęby pyłu. Jadący w pierwszym z jeepów Sierżant Jacob Rock nie uważał za konieczne utrzymywanie wysokich standardów bezpieczeństwa. W zasadzie to Francuzi wierni rządowi w Vichy, pomijając pierwsze dwa dni po lądowaniu poddawali się, nawet zanim zbliżył się do nich pierwszy Amerykański żołnierz. Jedynie jednostki lądujące na południu miały na tyle szczęścia, że już w pierwszym dniu lądowania miały okazję sobie powojować. Sierżant Rock tęsknił za akcją. Swędziały go naszywki sierżanta, czuł się stworzony do wyższych celów. Za punkt honoru postawił sobie zakończyć wojnę w Europie ze stopniem co najmniej kapitana. Jego ojciec walczył w ubłoconych okopach pierwszej wojny światowej i ze zwykłego szeregowca awansował do stopnia oficera – podporucznika. Jacob nie miał zamiaru być gorszy. Wiedział, że jedynie czynem może okupić swój awans, więc nakazał obu kierowcom gnać co sił, mając nadzieję na jakieś rozsądne zadania w pierwszym punkcie zbornym. Obecnym zadaniem jego oddziału było dołączenie i wzmocnienie kompanii okupującej małe portowe miasteczko Abi-Asent z jeszcze mniejszym portem. Po drodze mieli co prawda dokonać bojowego zwiadu, ale na tej pustyni według Rocka do wykrycia zasadzki w zupełności wystarczy lornetka, której był szczęśliwym posiadaczem. Strużka potu pociekła mu po plecach, kończąc swój żywot na skórzanym fotelu jeepa. Sierżant jeszcze raz spojrzał przez ramię na swój oddziałek. W zasadzie duch walki był na razie silny, chłopcy rwali się do boju lecz na razie stanowili jeszcze nie ochrzczoną w boju drużynę.
Pierwszy z jeepów prowadzony był przez Petera Weira, młodziutkiego mechanika z jakiejś zapadłej dziury w Oklahomie. Ten młodzieniaszek, gdyby nie wojna nie obejrzałby nawet sąsiedniego miasteczka. Zdecydowanie odrobinę przytłaczała go ogromna przestrzeń pustyni.
Na pace, obok zamontowanego na stalowej ramie karabinu maszynowego browning kaliber .30, siedziało twarzami do siebie czterech z jego żołnierzy. Rock był dumny ze swojego pomysłu, bo wydzielił dwie sekcje w swojej drużynie. Cztery osoby zwiadu, cztery osoby wsparcia ogniowego oraz sekcja dowodzenia, również czteroosobowa.
Razem z nim jechali żołnierze z sekcji zwiadu. Pierwszym z nich był starszy szeregowiec Larry Callahan. Jako jedyny z szeregowców z oddziału Rocka miał stopień starszego szeregowego, jak przypuszczał Rock nie z powodu jakichś specjalnych osiągnięć, a raczej dlatego że zgłosił się do armii na ochotnika. Rock nie był tego do końca pewien, ale Larry chyba na swoim bagnecie pieczołowicie porobił drobniutkie ząbki – niezgodne z żadną konwencją, ale dla wroga zabójcze.
Drugi z żołnierzy, Paul Finebaum również w armii znalazł się na ochotnika, ale z racji swojego niepewnego pochodzenia nie dostał awansu. Rock, raczej na sto procent był pewny, że ten Amerykanin urodzony w Monachium nie strzeli mu w plecy, gdy tylko zobaczy pierwszych żołnierzy z Afrika Korps. Dodatkowo Rock był całkiem zadowolony, gdyż jako jeden z nielicznych żołnierzy miał w oddziale kogoś, kto władał biegle niemieckim a również francuskim językiem. A to mógłby być jego atut w drodze do kariery.
Snajper, George Popes, pochodził z bagien wokół Nowego Orleanu, jednak jak sprawdził Rock za pomocą Finebauma nie mówił po francusku. Natomiast był bardzo dobrym strzelcem, co w trakcie szkolenia zaowocowało specjalizacją strzelca wyborowego, i to on w oddziale nosił snajperską wersję karabinu M1903. Według Rocka zapewniał on wsparcie ogniowe sekcji zwiadu lepsze, niż strzelec BAR.
Czwarty ze zwiadowców, James Logan był jak sądził Rock uciekinierem z zakładu zamkniętego. Nawet jego prawdziwe imię i nazwisko nie jest pewne, chodził z twarzą skierowaną do ziemi i raczej unikał ludzi. Nie zdążył się jeszcze zaprzyjaźnić z nikim w oddziale. Podobno chorował na amebę albo coś w tym guście.
Drugi jeep prowadzony był przez byłego policjanta z Bostonu, Ricka O’Briana, który już zasłużył na naganę. Jeszcze na statku Rock zorientował się, że ten rudy Irlandczyk o czerwonej – on twierdził że od wiatru – twarzy przemycił ze sobą swój służbowy pistolet. Trzymał go pod kurtką i sądził, że nikt tego nie spostrzegł. Jakże się mylił, oko sierżanta widziało wszystko.
Na pewno nie zauważył tego zastępca Rocka, kapral John Stump, były żołnierz marines, wydalony ze służby i zdegradowany. Cóż, armia pomimo wielu ochotników potrzebowała jeszcze większej ilości doświadczonych żołnierzy, więc nawet Stump wypełniał tę lukę. Rock przewidywał, że uparty, odrobinę ograniczony i wredny kapral tę wojnę skończy jako kapral, albo jeśli znów obudzą się w nim bandyckie skłonności, to skończy ją jako więzień.
Pozostali czterej żołnierze stanowili wsparcie strzelca BAR, szeregowca Petera Wilsona. Ten ogromny w rozmiarze milczek przed powołaniem do wojska był rzeźnikiem gdzieś w stanie Nowy York. Nie udzielał się towarzysko, ale mało komu o przeszkadzało.
Dwaj inni szeregowcy, Frank Capria i Denzel Grant nosili za Wilsonem ciężkie magazynki z amunicją do Browninga. Ci dwaj zdecydowanie się nie lubili, zwłaszcza, że obaj stanowili – nie licząc Niemca - swoistą mniejszość narodową – Capria był Włochem i bardzo nie lubił być o to pytanym, natomiast Grant był jedynym w tym oddziale czarnym, więc automatycznie zbierał od kaprala najcięższe i najbardziej brudne prace.
Drugą czwórkę uzupełniał sanitariusz, Muriel Todd. Nikt nie wiedział skąd wzięło mu się takie imię, więc wszyscy mówili do niego po prostu po nazwisku. Rock nie wiedział, jak bardzo dobrym medykiem okaże się być Todd, miał nadzieję, że w razie, gdy ktoś zbierze kulkę, Todd stanie na wysokości zadania.
Poza swoim zwykłym wyposażeniem jeepy dodatkowo wiozły prowiant i trochę ciężkiej amunicji dla oddziału w Abi-Asent. Sierżant spojrzał na zegarek na przegubie. Jadąc tym tempem powinni dotrzeć na miejsce za około cztery godziny, co było całkiem niezłym czasem i z pewnością Rock dostanie za to pochwałę od przełożonych. Z jednej z kieszeni munduru wyjął pomiętą paczkę Cameli i włożył sobie jednego papierosa do ust. Odpalił go benzynową zapalniczką i z rozkoszą zaciągnął się dymem papierosa.
Gdzieś w oddali krzyknęła mewa, całkiem zwykłe zdarzenie, zważywszy na to, że jechali niecałe piętnaście kilometrów równolegle do morza.
Nawet jak na tą część Afryki, nie było aż tak gorąco jak się każdy spodziewał.

Rewan
Logan jechał spoglodając z ukosa na pustynie. Analizował w tej chwili czy pustynia da mu jakieś plusy w walce. Samochód lekko podskoczył i metalowe blaszki uderzyły o siebie robiąc dla nich charakterystyczny dźwięk odbicia metalu o metal. Teraz wbił wzrok w podłoge jeepa. Czuł się pusty. Nie bez powodu. Miał 25 letnią luke w pamięci swojego życia. Nie wiedział kim był. Dlatego teraz skupił się na swym zadaniu. Czekał aż coś się wydarzy. Był człowiekiem czynu. Nia należał do większych myślicieli.

Hermes
Ależ gorąc…….Nigdy bym nie pomyślał, że będę narzekał na nadmiar słońca. Do tej pory było go raczej za mało. Czuję jakbym pływał w tym mundurze. A w hełmie mam chyba basen. Oczywiście to strefa walki i nie można podróżować bez niego. Sierżant już przyłapał jednego z nich bez hełmu i gderał. Jeden raz wystarczy.
Właśnie mijało 10 dni odkąd skończyłem 20 lat. Kiepskie miejsce na świętowanie.
Ciekawe jak długo jeszcze będziemy się tak tłuc tym rzęchem bez resorów? Ten, kto wymyślił ten pojazd powinien jeździć nim do końca życia.
Jak do tej pory cisza……może niedługo się cos zmieni? W końcu nie przybyliśmy tu na piknik.
„Ej, Sierżancie. Daleko jeszcze? Muszę się odlać” – no tak. Ten mój lekko chropowaty akcent zawsze mnie wyróżni.

Rock obejrzał się za siebie, spojrzał na szeregowego Finebauma. Zakonotował sobie szybko w pamięci – sprytnym wybiegiem usiłuje zdobyć cenne informacje wywiadowcze dotyczące przemieszczanie się wojsk sprzymierzonych, opóźnia przejazd wojsk. W tej robocie trzeba być zawsze czujnym. Na razie, to może rzeczywiście go tylko pęcherz… Ale co, jeśli będzie tak chciał sikać co 100 m? Wyśle się go do lekarza garnizonu, i w razie nie stwierdzenia chorego pęcherza, najwyżej rozstrzela za szpiegostwo. To by było coś! Wykryty szpieg na samym początku działań wojennych… Ech, każdy może pomarzyć. Szanse na to, że Finebaum jest niemieckim szpiegiem są takie jak to, że w najbliższym uzupełnieniu stanu dokooptują mu do oddziału kolejnego Niemca…
Głośno zaś odparł:
„Tak daleko jak trzeba. Mogłeś się wylać po śniadaniu, teraz poczekaj aż...”
Sierżant momentalnie przerwał. Jeepy właśnie wyjechały zza piaskowego wzniesienia. Rock szybko wykrzyczał komendę: „Stać” Oba jeepy zatrzymały się na drodze, jeden pięć metrów za drugim. Żołnierze jeden przez drugiego zaczęli wyglądać, co też spowodowało tą przerwę w podróży. Rock, jako jedyny miał pełny widok. Stanął w jeepie, przyłożył do oczu lornetkę i uważnie obejrzał całą okolicę.
Pozostali żołnierze widzieli jedynie to, co dostrzec mogli nieuzbrojonym wzrokiem.
W dół wzniesienia, jakieś czterysta metrów od jeepów zwiadu, na poboczu stała zaparkowana ciężarówka, chyba produkcji francuskiej, prawdopodobnie Peugeota. Zakryta plandeką, z daleka wyglądała na porzuconą. Ciężarówka była lekko pochylona na lewy bok, prawdopodobnie z powodu uszkodzonego ogumienia.
Dookoła ciężarówki rozpościerała się pustynia, najbliższe drzewka, które widać było tylko w kierunku morza, były oddalone o jakieś 800-1000 m.
„Z wozów!” – wszyscy posłuszni słowom sierżanta opuścili jeepy. – „Kierowcy zostają, Callahan – do trzydziestki. Dobra. zobaczymy, co tu jest grane. Sekcja zwiadu – Callahan zostaje przy trzydziestce, Popes osłania. BAR, rozstawcie się za nimi. No chłopaki, do przodu!”



REWAN
Hmmm... Wreszcie coś mniej rutynowego. Można by to nazwać rozrywką. Niewiele się ostatnio działo. Długo tego oczekiwałem. Ale zapewne to nic wielkiehgo jak zwykle. Szkoda...
Logan zeskoczył ze swojego jeepa zgodnie z rozkazem i ruszył piaszczystą drogą ku ciężarówce jak mu kazano. Wyciągnął broń i na wszelki wypadek wycelował w strone ciężarówki. Jego wzrok był na niej skoncentrowany bo wiedział, że koło niej raczej nic nie będzie. Przynajmniej tak myślał...


HERMES
Co za durny pomysł. Przecież z tej odeległości z BARa nie da się trafic nawet w stodołę, a co dopiero zapewnić wsparcie. Ktoś tutaj wystawia nas na odstrzał.....
Finebaum westchnął, sprawdził czy garand jest załadowany i odbezpieczony i wyskoczył z jeepa. Ustawił się po lewej od Logana i w takiej odelgłości, żeby jedna seria nie skosiła ich obu.
- Logan, zróbmy to szybko i wracajmy do reszty.

Obaj żołnierze powoli i ostrożnie, z bronią przygotowaną do strzału zbliżali się w kierunku stojącej na poboczu ciężarówki. Im bardziej się zbliżali, tym bardziej się uspokajali. Ciężarówka wyglądała na opuszczoną od dawna, dwie z opon były wyraźnie uszkodzone, co powodowało przekrzywienie na lewy bok. Piasek, lekko przewiewany przez wiatr zdążył już pokryć większość z zakamarków Peugeota. Ciężarówka była zdecydowanie wojskowa, gdzieniegdzie przebijające spod piachu części tablic rejestracyjnych ukazywały francuską flagę. Jeszcze tylko pięćdziesiąt metrów, i będą u celu.
W tej samej sekundzie, w głębi pustyni uniosła się drewniana klapa, która w sprytny sposób pokryta była piaskiem. Z wykopanego okopu wychyliły się dwie głowy okryte czarnymi turbanami. Wraz z nimi w kierunku jeepów skierowała się lufa wielkokalibrowego karabinu maszynowego, rozpoczynając terkot, wzbudzając fontanny piasku oraz wyrzucając w powietrze długie, mosiężne łuski.
Na dźwięk strzałów uniosły się płachty plandeki i z ciężarówki wyskoczy dwie postacie, odziane w czarne burnusy. Wymachując trzymanymi w dłoniach szablami zaczęli biec w kierunku zwiadowców, jednocześnie wydając mrożące krew w żyłach odgłosy okrzyków wojennych.



Rewan
Krok. Trucht. Atak.

To właśnie w tej chwili wyszli z ukrycia wrogowie. Lecz to nie zaskoczyło Logana. Nauczył się, że wszystko może się stać. A takie miejsce nadawało się znakomicie na zasadzkę. Rozległy się odgłosy strzelania. Zagrzmiały one grozą. Pociski trafiały w ziemie i wzniecały piasek ku górze. James wiedział, że jedyne co nie mógł teraz zrobić to zawahać się i dać przeciwnikowi szanse. Jego broń momentalnie znalazła się lufą ku jednemu z ludzi atakujących go , który już szarżował na niego z mieczem w ręku. Rozległ się huk strzałów jego broni w stronę najbliższego przeciwnika. Rozpoczęła się bitwa i chaos.

Lecz pociski nie trafiły...

Hermes
W przypadku Finebauma zadzialal odruch. Przykleknac i wycelowac. Pierwszy strzal oddany na szybko, bez zgania muszki i szczerbinki poszedl obok. Cholera, zaklal. Szybka poprawka, wstrzymanie oddechu......powolne sciagniecie spustu....odrzut....dostal. Przeciwnika az obrocilo. Zanim padl na ziemie byl juz martwy.

Pociski z ciężkiego karabinu maszynowego zastukały w blachy jednego z jeepów, tylko po to, żeby chwilę później przejść dalej, najpierw produkując, jak poprzednio, całkiem wysokie gejzery żółtego piasku, które już sekundę później nabrały koloru czerwonego. Cała sekcja BAR padła na ziemię, pokryta fruwającymi w powietrzu ziarnkami piasku oraz bryzgami krwi. Poza zwiadowcami, jedynie sierżant oraz Callahan zareagowali we właściwy sposób – odpowiadając ogniem. Gejzery piasku, wcale nie mniejsze niż te pełzające wśród jeepów, pojawiły się wokoło stanowiska wrogiego CKM. Jednak nawet ten pierwszy, zwrotny ogień nie zniechęcił atakujących do wystawiania głów z okopu. Kontynuowali ostrzał wiodąc wśród jeepów ścieżki śmierci i zniszczenia. Pozostali żołnierze, zgodnie z tym, co przekazano im podczas szkolenia najpierw padli na ziemię.

Rewan
Logan zaklnął po nie udanych strzałach. Lecz czas leciał dalej i nie mógł dać sobie ani chwili na westchnienia. Wiedział co muszą zrobić. Zaatakować od flanki ckm. I to szybko. Ale najpierw trzeba pozbyć się tych koło ciężarówki. Z tamtąd dopiero zaatakować ckm. Tu nie są bezpieczni na otwartym polu.
-Musimy wziąść ckm od lewej flanki! - przekrzykując strzały oznajmił James. Teraz był czas na kolejne strzały. Pierwszy strzał oddał efektowny odgłos, trafiając w piasek, wzburzając go przy tym. Drugi... Trafony drań dostał w klatkę piersiową, a krew zrobiła plamę na jego ciele, po czym intruz spadł bez życia na ziemię.
Wreszcie

Finebaum, widząc że Logan wyeliminował bezpośrednie zagrożenie zwrócił się w stronę koszącego CKM-u i wypalił raz do strzelca, cicho zaklął pod nosem, gdy jego pocisk przefrunął wysoko ponad głowami schowanych w okopie Tuaregów.

Zarówno Finebaum, jak i Logan nie spodziewali się kolejnego, nieproszonego gościa. Na wysokości kabiny ciężarówki wychyliła się krótka lufa pistoletu maszynowego i zaterkotała krótkim kaszlem. Kilka pocisków gwizdnęło wokół głowy Logana, na jego szczęście mijając go z daleka. CKM dalej prowadził wymianę ognia z grupkami żołnierzy poukrywanych pomiędzy jeepami. Słychać było zawodzenie Caprii – „Sanitariusz! Szybko! Sanitariusz – mamy rannego!” Finabaum kątem oka zobaczył, jak Popes, który otrząsnął się już z pierwszego szoku i wycelował swój karabin w okop, nagle charknął, podskoczył i chwyciwszy się obydwoma dłońmi za gardło padł na twarz, jego karabin wystrzelił raz w powietrze. Do kanonady w końcu dołączył BAR, puszczając krótkie, kontrolowane serie w kierunku gniazda CKM-u.

Rewan
Logan na chwilę zapomniał, że wszystko może się zdarzyć. Widoczni wrogowie pokonani, nie znaczą, że więcej ich być nie może. Karabin maszynowy o mało co go nie trafił. Jedyne co Logan mógł zrobić to paść na ziemię, by następnym razem go nie trafił ponownie. Rzucił się więc przed siebie na ziemię. Ale niestety to działanie opóźniło jego strzały.

Hermes
Finebaum kątem oka zauważył ruch i nawet nie zauważył jak leżał na ziemi. Znowu odruch uratował mu życie. Jednak to szkolenie nie było stratą czasu......Wiedział że musi odpowiedzieć ogniem....ale do kogo? Ckm był schowany, drugi przeciwnik ukryty za kołem ciężarówki......pozostało tylko jedno wyjście. Przyłożył oko do celownika i czekał......

Kanonada nad pustynią spłoszyła kilka sępów obsiadujących jedną z niedalekich palm. Z cichym krakaniem wzbiły się w niebo.
Ciągle trwała wymiana ognia pomiędzy obsługą CKM, a żołnierzami ukrytymi pomiędzy jeepami. CKM na chwilę zamilkł, chyba po to, żeby zmienić taśmę z nabojami i tą chwilę wykorzystał sanitariusz, żeby pobiec zygzakiem w kierunku sekcji BAR, gdzie strzelec samotnie zmieniał magazynek, a Capria próbował zatamować krwawienie murzyna.
Pojedynczy strzał z karabinu wzburzył piasek przy głowie leżącego Finabauma, burząc jego spokój, był to przysłowiowy "strzał znikąd" i Finebaum nie miał pojęcia skąd padł. Trzymał na celowniku kąt pomiędzy błotnikiem a chłodnicą i nie miał na razie zamiaru zmienić zdanie.
Zza kabiny ciężarówki, dobrze ukryty wróg znów wystawił lufę PM i sieknął ogniem w kierunku Logana. Na taką odległość możliwość trafienia była mizerna, jednak Logan nie wiedział, czy dzisiaj świeciła jego szczęśliwa gwiazda. Żołnierz za ciężarówką chyba nie narzekał na brak amunicji, bo wyzbywał się jej w błyskawicznym tempie.

Hermes
Czy można sobie przetrzymać akcję żeby zaczekać np ze strzałem aż się wychyli przeciwnik?
Jeśli tak (a do tego dam radę go trafić jak następnym razem się wychyli) to czekam i strzelam pojedynczymi strzałami w akcji.
Jeśli nie to podrywam się (1 akcja) i biegnę w stronę tyłu ciężarówki (aby być zasłoniętym przed strzelcem z pmem).

Rewan
Logan wiedział, że mnie trafi go strzelając bez dobrego wycelowania. Więc właśnie to zrobił wycelował. Wymierzył spokojnie w nieprzyjaciela. Miał nadzieję porządnie go potem trafić.

Wśród dominujących w okolicy dźwięków kanonady przebiły się, nawet ponad głośne jęczenie ciężko rannego murzyna, wyraźne i bezpośrednie rozkazy dowódcy.
- WEIR! JEDŹ! NA NICH! – i po kilku milisekundach na wzięcie oddechu dodał – GAZEM!!
Pierwszy z jeepów odpalił silnik i kołysząc się na boki oraz wyrzucając potoki piachu spod kół zaczął poruszać się w kierunku okopu z CKM-em. Sierżant Rock poderwał się z piachu i zmieniając magazynek w swoim karabinie zaczął biec pod osłoną samochodu.
Finebaum zerwał się z klęczek i trzymając oburącz swojego Garanda ruszył szybko w kierunku ciężarówki, która miała osłonić go przed ostrzałem nieprzyjaciela.
Z przodu ciężarówki ponownie wynurzyła się lufa pistoletu maszynowego i plunęła ogniem w kierunku Logana, ponownie nie czyniąc mu najmniejszej szkody.

Rewan
Logan musiał zachować spokój. Spokój to podstawa. Właściwie to nawet nie miał zamiaru się denerwować czy wykazywać inne uczucia. Po prostu robił to co musi. Przystawił broń do oka wycelowując w ckm.

Hermes
Zdyszany Finebaum dobiegał do ciężarówki. W tym słońcu nawet tak krotki sprint był zabójczy. Wiedział, ze za ciężarówką będzie bezpieczny. Dobiegł do tylnego kola i schował się za nim.

Jeep, przebijając się przez grząski piach pustyni dotarł niedaleko okopu. Tuaregowie obsługujący CKM porzucili go i sięgnęli po swoje karabiny. Obaj całkowicie schowali się w okopie i wynurzali się jedynie po to, żeby oddać szybki strzał w kierunku plującego ogniem jeepa. Sierżant pod osłoną skomasowanego ognia BAR i Browninga zbliżał się do jeepa stojącego w pobliżu okopu.
Finebaum zwrócił baczną uwagę, czy żołnierz schowany za przednim kołem ciężarówki nie wychyla się z PM-ką. Jednakże cisza i spokój panowała za Peugeotem.

Rewan
Logan chciał zabić tego drania. Za wszelką cene. Po wycelowaniu broni na ciężarówkę musiał już tylko strzelić. Zachowywał spokój. Broń była przy oku. Musiał go zabić, albo chociaż osłonić kompana. Strzalił i usłyszał odgłos strzału, ze swojego karabinu, zaraz potem drugi. Niestety... Oba niecelne. Jeden trafił w ciężarówkę, drugi przeleciał nad nią. Miał dziś zły dzień.

Hermes
Finebaum odruchowo się skulił kiedy pociski padły tak blisko niego. Cholera, co on kombinuje? Spojrzał na Logana ale tamten właśnie poprawiał celownik. No tak, ciamajda.
Klęknął. Jedna ręką sięgnął po "ananasa" czyli granat zawieszony przy pasie. Zębami wyrwał zawleczkę i tak jak na szkoleniu policzył...121...122...123...i wrzucił granat pod ciężarowkę. Niestety, za blisko. Zdążył się tylko schować za kołem. Wybuch aż uniosł ciężarowkę, ale nic poważnego nikomu nie zrobił. To chyba nie jest ich szczęśliwy dzień.

W tym czasie w pobliże Tuaregów ostrzeliwujących się z okopu pod gradowym ostrzałem broni maszynowej dobiegł sierżant Rock. Celnie rzucony granat zakończył epopeję bojową Tuareskich sił specjalnych. Dla pewności Sierżant z Callahanem doskoczyli jeszcze okopu i wystrzelili kilkukrotnie w leżące ciała, tak by się upewnić, czy rzeczywiście przeciwnicy już zginęli.
Odpowiadając na rzucony (mniej-niż-więcej) w jego kierunku granat żołnierz ukryty za ciężarówką puścił serię z PM-u pomiędzy kołami Peugeota. Kule bezskutecznie popukały w tylni most i osłonę koła, jedynie przyśpieszając odrobinę bicie serca Finebauma.

Rewan
Logan ponownie zaczął strzelać. Ale miał dziś pecha. Nie mógł ich trafić. Pierwszy niecelny. Drugi to samo. Usłyszał dźwięk sygnalizujący braku amunicji.

Hermes
Teraz się uda......
Złapał drugi z granatów, wyrwał zaleczkę i szybko rzucił na drugą stronę ciężarówki. Tym razem "ananas" trafił. Paul schował się szybko i zaraz potem usłyszał wybuch. To powinno załatwić sprawę...pomyślał.

Gdy cisza zapanowała nad pobojowiskiem wszyscy zorientowali się, że bitwa, która według nich trwała kilkanaście dni w rzeczywistości rozegrała się w niecałe kilka minut. Żołnierze – ci, którzy dali radę – wstali i otrzepali mundury z piasku, część z nich momentalnie sięgnęła po papierosy. Sierżant odwrócił na plecy ciało szeregowego Popesa. Ciężka postrzał w gardło niemalże oddzielił głowę od reszty ciała. Rock litościwie przykrył jego twarz własną chustką, która momentalnie nasiąkła krwią zabitego.
Todd w dalszym ciągu klęczał nad ciałem szeregowego Granta. Pomimo szybko udzielonej pomocy w ciele murzyna było zbyt wiele dziur by jego dusza nie przeniosła się na drugi świat. Muriel Todd miał minę, jakby właśnie miał zamiar zwrócić ostatni posiłek.
- Żołnierze – krzyknął Rock – dobra robota, dokopaliśmy tym skur**nom po jajach! Wilson, Capria, weźcie ciała naszych na drugiego jeepa. Potem możecie wykorzystać ich okop do pochowania wrogich trupów. Logan, Finebaum, sprawdźcie, czy nie mają nieśmiertelników lub jakichś danych dla wywiadu. Weir, zobacz czy da się uruchomić tego rzęcha na poboczu. Uzupełnić amunicję.
Sam sierżant po chwili podszedł do ułożonych na jeepie ciał dwóch żołnierzy i oderwał ich nieśmiertelniki. Zapalił papierosa i zdjął hełm. Stał tak przy nich przez chwilę, wyglądając jakby się modlił.

Hermes
-Logan, zajmij się tymi w okopie. Ja sprawdzę tych koło ciężarówki - nie czekając na odpowiedz Finebaum pomaszerował w swoją stronę. Na początek nie zaglądał za ciężarówkę bo po wybuchu granatu pewnie nie było tam za miło. Nie miał ochoty oglądać masakry.
Podszedł do obu szaleńców z szablami i przeszukał ich. Broń, może jakieś dokumenty.....nieśmiertelniki? Coś musiało wskazywać czy byli żołnierzami czy zwykłymi bandytami.....ale bandyci chyba nie mają ckmów. No chyba, że......

Finebaum szybko, pokonując obrzydzenie przeszukał oba trupy. Żadnych dokumentów, nie mieli nawet kieszeni, które można by przeszukać. Żadnych nieśmiertelników. U jednego z nich na szyi zwisał jedynie ozdobny, brązowy naszyjnik z kolorowymi kamykami. Finebaum odsłonił twarze, które poprzednio były ukryte. Arabowie, mieszkańcy pustyni. Obaj na policzkach wytatuowane mieli jakieś kropki niebieskim kolorem.

Hermes
-Głuchy czy coś....Logan, halo....ja chce stąd szybko spadać.
No i czekało go najgorsze.....przeszedł za ciężarówkę. To co tam zobaczył spowodowało, że miał cohotę zwrócić posiłek. A już na pewno nie będzie w stanie jeść do wieczora. Przypomniałmu się, jak na szkoleniu w Stanach jeden z rekrutów upuścił granat ze zdjętą zawleczką. Widok był podobny. Z wielkim obrzydzeniem sprzawdził czy broń przeciwnika nadaje się do czegoś ale zrezygnował z obszukania zwłok. Potem skierował się do jeepa.

Rewan
Logan nie ruszył się od razu zapalając papierosa. Wsadził go do ust i ruszył do okopu. Spojrzał na ciała. Widok nie był przyjemny, nawet w najmniejszym stopniu, lecz to nie przeszkadzało mu. Zdawało mu się nawet, że wielokrotnie widział ciała. Wskoczył do okopu i zaczął niedbale przekręcać zwłoki w poszukiwaniu czegokolwiek. Palił przy tym papierosa.

Finebaum podniósł krótki pistolet maszynowy z kolbą, którym posługiwał się zabity. Już na pierwszy rzut oka widać było, że się do niczego nie nadawał, lufa i zamek były uszkodzone wybuchem granatu. Ten pokiereszowany żołnierz nie był na pewno Tuaregiem, wśród flaków widać było wyraźnie biały kolor skóry. No i w przeciwieństwie do pozostałych miał na sobie coś, co przed wybuchem granatu przypominało oliwkowy mundur. Mimo to, Finebaum nie był skory do sprawdzenia, co zwłoki mają na sobie.
Logan strzepnął papierosa i ponownie zabrał się za przeszukiwanie zwłok. Poza bronią białą kiepskiej jakości i CKM-em, obaj Tuaregowie nie mieli przy sobie żadnych przedmiotów, chociażby manierek z wodą. CKM, był wystarczająco uszkodzony, żeby można go było bezpiecznie zostawić, Logan wychodząc z okopu zabrał ze sobą stalowy pojemnik z wielkokalibrową amunicją. Wilson i Capria zaczęli zrzucać ciała pozostałych przeciwników do okopu, Capria wyjął saperkę i zaczął zasypywać okop piaskiem.

Hermes
-Sierżancie. Ten za ciężarówką to najprawdopodbniej Niemiec - mówiąc to Finebaum rzucił u stóp Rocka peemkę zabraną trupowi - Chętnie bym go przesłuchał, ale.....

Pokiwał głową i poszedł w kierunku zwłok kolegów. Co dziwne, mimo że nie byli ze sobą zżyci, zmartiwła go ich śmeirć. No cóż, przynajmniej była szybka. Obszukał szybko Popes'a szukając listu do rodziny lub czegoś podobnego. Wyśle go przy najbliższej okazji. Przy okazji wział kilka ładowników do Springfieldai poupychał po kieszeniach, a także zarekwirował sam karabin. Mógł się jeszcze przydać, a biednemu George'owi nie był potrzebny. Podszedł do pierwszego jeepa i czekał.....

Rewan
Logan wyszedł z okopu i skierował się do ciał kolegów. Wolnym krokiem doszedł do nich i stanął nad pierwszym. Uklęknął przy nim. Zamknął otwarte oczy i sięgnął po nieśmiertelnik. Urwał jego część i wrzucił do jeepa. Kolejno podszedł do każdego i to samo zrobił. Na końcu podszedł do jeepa i usiadł na nim. Patrzył w nieskończoną postynie brązowego piasku. Widok był jakby zamazany od upału.

Finebaum schował do kieszeni list Popesa, z drobną plamą krwi w rogu. Dobrze byłoby go przepisać – pomyślał – lepiej, żeby rodzina nie dostała go w krwi syna.
Kilkanaście minut później mogiła przeciwników była już skończona. Sierżant wziął CKM i wetknął go w piach, lufą do dołu. Wyglądał tak, jak koślawy krzyż, poznaczony piętnem czasu i korozji. Ciekawe, czy dotrwa w tym miejscu do końca wojny.
Sierżant zarządził odjazd. Ponieważ Weir stwierdził brak paliwa i uszkodzone opony w Peugeocie, zostawili ciężarówkę na poboczu, tak jak stała. Nie zniszczyli jej, postanawiając ewentualnie wrócić w celu naprawy. Podczas pierwszych dni po desancie każdy srodek transportu był wart swojej wagi w złocie.
Jeepy ruszyły ponownie, ciągnąc za sobą tuman kurzu, żołnierze jechali w milczeniu, od czasu tylko do czasu spoglądając na ciała zabitych. To przecież mógł być każdy z nich.

Jakieś pół godziny później – jeepy teraz posuwały się zdecydowanie wolniej – Sierżant nie gnał już na złamanie karku - jeepy wyjechały zza piaskowego wzniesienia. Rock szybko wykrzyczał komendę: „Stać”. Oba jeepy zatrzymały się na drodze, jeden pięć metrów za drugim. Żołnierze jeden przez drugiego zaczęli wyglądać, co też spowodowało tą kolejną już przerwę w podróży. Rock ponownie jako jedyny miał pełny widok, mimo tego, że FInebaum miał lunetkę w karabinie Popesa. Rock stanął w jeepie, przyłożył do oczu lornetkę i uważnie obejrzał całą okolicę.
Pozostali żołnierze widzieli jedynie to, co dostrzec mogli nieuzbrojonym wzrokiem.
W dół wzniesienia, jakieś czterysta metrów od jeepów zwiadu, na poboczu stała zaparkowana ciężarówka. Nie miała postawionej budy, lecz była zaraz ponad burtami zakryta plandeką, z daleka wyglądała na porzuconą. Ciężarówka była lekko pochylona na prawy bok, prawdopodobnie z powodu uszkodzonego ogumienia. Jedno koło było nawet odkręcone i leżało na drodze.
Dookoła ciężarówki rozpościerała się pustynia, najbliższe drzewka, które widać było tylko w kierunku morza, były oddalone o jakieś 800-1000 m.
„Z wozów!” – wszyscy posłuszni słowom sierżanta opuścili jeepy. – „Tym razem uważniej. Sekcja zwiadu – do przodu. Jak coś się ruszy na pustyni – pruć ile wlezie.”

Hermes
-Szefie - schodząc z jeepa zaczął Finebaum - czy tym razem będzie jakieś wsparcie czy znowu mamy odwalić sami brudną robotę?
Nie czekając na odpowiedź, zajrzał do jeepa, złapał dwa granaty i przypiął je na miejscu zużytych. Sprawdził czy Garand jest załadowany i odbezpieczony. Zarzucił go na plecy a w rękę wział Springfielda. Nigdy za dużo siły ognia.
- Logan, osłaniaj mnie. Ja pierwszy, Ty 10 metrów za mną. Zrozumiano?
Ruszył truchtem nie wprost na ciężarówkę tylko łukiem tak, aby widzieć co się znajduje za nią zanim wejdzie w zasieg ognia.

Rewan
James zeskoczył z jeepa i z cichym uderzeniem spadł na ziemię. Wzburzony piasek zrobił "falę uderzeniową", która poniosła piasek w każdą stronę od nóg Logana. Szybko sprawdził czy broń jest załadowana, po czym zarzucił ją na plecy. Spojrzał na trupy czy czasami nie mają thompsona lub broni podobnej. Przydałaby mu się taka. (Jeżeli była zabrał ją, jeżeli nie to nie). Spojrzał na Finebauma i po jego "rozkazie" powiedział:
-Od kiedy to ty wydajesz rozkazy, młodziaku? Ale jak cię tak ciągnie do tego to leć pierwszy. Tylko uważaj bo nie chcę mi się zbierać twoich zwłok. - Logan chciał wyraźnie zniechęcić zapaleńca. Przeżył już trochę i posiadał znajomości taktyczne. A ten młodziak próbował się rządzić, chodź gówno wie. On musiał się jeszcze wiele nauczyć, a jeżeli tak będzie postępować, to tego nie osiągnie...

Sierżant nie raczył nawet odpowiedzieć na pytanie Finebauma. Obserwował ich marsz przez lornetkę, stale gotowy, by dać natychmiastowy rozkaz do ataku.
Logan nie znalazł żadnej dodatkowej broni.
Obaj zwiadowcy wolno i ostrożnie zbliżali się do ciężarówki. Im bliżej byli, tym więcej byli w stanie powiedzieć na temat tego dziwnego Deja vu. Ciężarówka stała na lewarku, przy odkręconym kole na ziemi leżał klucz i stalowa rurka. Ktoś widocznie zaczął zmieniać koło, ale gdzie się teraz ukrył, nie wiadomo. Może ciężarówka została porzucona?
Żołnierze zbliżyli się do samochodu na odległość poniżej 50 metrów.

Hermes
Finebaum zatrzymał się i przyklęknął. Tu Springfield nie będzie potrzebny. Odłożył go delikatnie na ziemię i zdjął z ramienia Garanda. Szybko pokazał na migi Loganowi, żeby ten został a sam ruszył powoli dookoła ciężarówki starając się ja obejść w takiej właśnie odłegłości z Garandem przy ramieniu. Serce próbowało chyba mu wyskoczyć z piersi. Znowu sami.

Rewan
Logan spojrzał na młodziaka. Pokazywał mu, że ma zostać, lecz chyba sobie z przodu sam nie poradzi. Logan przejął inicjatywe. W końcu nie chciał stracić kolegi. Klepnął go w ramię pokazując by ten szedł za nim... Nie miał zamiaru wpaść w tę samą pułapkę. Nie czekając na reakcję młodziaka ruszył w bok. Szedł tam, gdzie poprzednio był ckm. Chciał ich zaflankować.

Gdy żołnierze ruszyli do przodu, przepychając się jeden przez drugiego, za ciężarówką odezwał się ciężki, chrapiący głos czystą angielszczyzną:
„No, chłopaczki, nie ruszać się, bo celujemy wam prosto pod te piękne garnki na głowach. Chcę widzieć te lufy pięknie skierowane w górę.”

Rewan
Logan spojrzał w kierunku ciężarówki. Chwilę jeszcze stał jak wryty przeklinając Finebauma za jego rządze wyższości, jednak po chwili wyprostował się a lufe skierował ku górze. Marna była z nich para zwiadowców...
-Kim jesteście? - zapytał w odpowiedzi Logan.

Hermes
Finebaum szybciej otrząsnął się z zaskoczenia. Chwycił broń lewą ręką i zgodnie z rozkazem skierował w górę.
-Gdybyście chcieli nas zastrzelić to mieliście już okazję. Czemu ma służyć ta maskarada?
Był wściekły na partnera. Powinni się wspierać a tymczasem wyszło na to, że rywalizują. Niepotrzebnie zresztą. Przyrzekł sobie, że jeśli z tego wyjdą cało, to nie będzie się nigdzie pchał na ochotnika. Skoro Logan chce być taki mądry to niech odwala całą brudną robotę.

„Ślicznie. Więc może na początek przypomnimy sobie, kto tu zadaje pytania. Czy to wy nas ostrzelaliście pół godziny temu, a teraz wróciliście zobaczyć, czy ktoś przeżył? A poza tym dlaczego jesteście przebrani w Amerykańskie mundury?”
Zza ciężarówki wyszły dwie osoby. Pierwszym był mężczyzna z chrapliwym głosem, Zdecydowanie Amerykanin, lat czterdziestu z okładem, ubrany w tropikalny, biały garnitur i z czarną Fedorą na głowie. Uzbrojony był, poza parą sumiastych wąsów i nożem bowie widocznym w pochwie na pasku, w pistolet colta, uroczo wycelowany w głowę Logana.
Druga lufa należała do zdezelowanego karabinu Lebel, trzymanego przez kobietę. Dziwne to było zestawienie – karabin w rękach siostry czerwonego krzyża. Dziewczyna miała ze dwadzieścia kilka lat, spod czepka wystawały jej kosmyki ogniście rudych włosów. Cała twarz bladziutkiego koloru usiana była grupami piegów.

Hermes
Paulowi wyraźnie ulżyło. Skinął głową kobiecie.
-Pytania zadaje ten, kto ma przewagę. Na wydmie stoją dwa kmy wycelowane w ciężarówkę. Plus moździeż na transporterze. Można prosić o opuszczenie tej broni? Nie potrzeba nam przypadkowych wystrzałów. A odpowiadając na Pańkie pytanie....Nie to nie my Was ostrzelaliśmy. Pół godziny temu byliśmy daleko stąd. A w jakie, według Pana, mundury mielibyśmy być ubrani?
Zastanawiał się czy sierżant to widzi. I czy nie zrozumie źle tego, co się tu dzieje.

"Ale w waszym przypadku, to ta przyszła przewaga nie ma już większego znaczenia, prawda? Bo wy byście już nie żyli." Odrobinę opuścił lufę pistoletu.
"Zaraz, zaraz, czy to znaczy że zaatakowaliśmy Francuzów? Byliśmy ponad dwa tygodnie w podróży i nie mieliśmy żadnych wiadomości ze świata. Hej. to rewelacyjnie. Audrey, to są nasi. Właśnie przyszli nas wyzwolić."
Audrey opuściła karabin i odezwała się, również po angielsku, ale z dziwnym akcentem.
"To może by tak zaczęli od tego, żeby pomóc nam dotrzeć na miejsce? Wieziemy trochę gratów Sama oraz zaopatrzenie dla szpitala przy misji. Z pół godziny temu ostrzelali nas jacyś bandyci, chcieli podejść bliżej, ale jak jednego odstrzeliłam, to zmienili zdanie. Przy okazji, jesteśmy unieruchomieni, bo mamy tylko jeden zapas, a dwie uszkodzone dętki."

Hermes
-Szeregowy Finebaum, 1 Dywizja, madam. To jest szeregowy Logan. My też trafiliśmy po drodze na bandytów. Logan, ściagnij tu resztę oddziału a ja zobaczę co się da zrobić z tą ciężarówką.
Przyjrzał się pielęgniarce i starał się rozpoznać akcent.
Obszedł dookoła pojazd rozglądajac się za czymś co nie pasowałoby do opowieści Amerykanina.
-Duzo macie tego sprzętu? - spytał mężczyznę.

Rewan
Ciekawe czy cwaniak cokolwiek wie o mechanice...
Logana wkurzał ten młodziak. Był zbyt pewny siebie i... lubił wydawać rozkazy. Jednak Logan nie miał najmniejszej ochoty pogadać z tymi dwoma, więc obróciwszy się na pięcie ruszył do swoich.

*

Gdy do nich dotarł powiedział:
-Natrafiliśmy na naszych... Wieźli jakiś transport ale mają uszkodzone ciężarówki. Finebaum został z nimi.

Amerykanin przez chwilę rozważał odpowiedź, by w końcu wypluć słowa, wraz z kawałkiem przeżuwanego tytoniu:
„Trochę złomu, bo złom tutaj zawsze jest w cenie, no i zaopatrzenie dla szpitala – kilkanaście skrzynek konserw i trochę leków.” Spojrzał spode łba na Finebauma: „A w zasadzie to skąd u ciebie taki akcent?”
Gdy tylko Rock zorientował się, że tym razem nie zagraża im niebezpieczeństwo rozkazał podjechać jeepami do uszkodzonej ciężarówki.

Hermes
-Złomu? Można spojrzeć? - Finebaum spojrzał na mężczyznę - Akcent.....O jedzie mój dowódca. Proszę z nim porozmawiać o ewentualnym transporcie.
Odwrócił się i wdrapał się na ciężarówkę w celu spojrzenia co jest na pace.

Rewan
Logan wskoczył na jeep wciąż trzymając w rękach karabin. Zasiadł na siedzeniu i patrzył przed przód jeepa. Ruszyli.

*

Gdy dotarli James zeskoczył z jeepa i podszedł do ciężarówki tamtych. Spojrzał na nią badawczym spojrzeniem.

Jeepy szybko dotarły na miejsce, jeden zajął miejsce przed ciężarówką, drugi za nią. Logan spojrzał na ciężarówką badawczym wzrokiem. Na pace stał Finabaum i zaglądał w różne miejsca pod nisko rozpostartą plandeką.
Pierwszą część ładunku stanowiło kilkanaście skrzynek, z napisów na deskach wnosząc zawierających konserwy mięsne produkcji angielskiej. Dalej stało kilka malutkich, stalowych skrzynek pomalowanych na biało i z czerwonymi krzyżami na wierzchu. „Bandaże”, „Opatrunki”, „Leki” mówiły napisy na bokach.
Zdecydowanie najciekawszą częścią ładunku była ostatnia część. Tuż przed kabiną kierowcy leżało kilka odkręconych stalowych szyn kolejowych, całe mnóstwo pomniejszego śmiecia metali kolorowych, dwie bele miedzianego drutu telegraficznego oraz kilka starych dzwonów z brązu.
Sierżant właśnie wrócił z krótkiej rozmowy na osobności z Teksańczykiem.
- Weir, Logan, Finabaum, pojedźcie szybko do poprzedniej ciężarówki, sprawdźcie, czy uda się wam zabrać opony.
Siostra Audrey odłożyła karabin do szoferki, sprawnie skręciła w palcach papierosa, odpaliła go benzynową zapalniczką i zaciągnęła się głęboko chmurą gęstego dymu. Praktycznie oczy większości żołnierzy śledziły tylko jej ruchy.

Rewan
Logan posłusznie odpowiedział sierżantowi:
-Tak jest!
Poszedł jako pierwszy i wskoczył do jeepa. Zasiadł z tyłu, przy ckm. Chciał jakby co być gotowy i użyć go. Powiedział do kolegów:
-Kto poprowadzi?

Hermes
-Tak jest, sir- Finebaum zasalutował.
Przeszedł w miejsce gdzie zostawił Springfielda i podniósł go. Odciągnął zamek i sprawdził czy dostało się dużo piachu. Wskoczył na siedzenie pasażera jeepa nie przejmując się pytaniem Logana. Rozejrzał się tylko za Weirem. Nie miał ochoty prowadzić. Czekało ich pół godziny nudnej jazdy.

Za kierownicę zasiadł Weir, rozwiewając wątpliwości Logana. Przycisnął pedał gazu i szybko ruszyli w drogę powrotną. Wbrew przewidywaniom Finebauma już po dziesięciu minutach jazdy byli z powrotem przy ciężarówce – Weir nie oszczędzał silnika, ani pedału gazu.
Szybko i sprawnie podłożyli lewarek pod oś ciężarówki i zdjęli koła, które nie były podziurawione pociskami. Szybko załadowali je z powrotem na jeepa.
Spojrzenie na pobojowisko przypomniało im niedawną potyczkę i śmierć kolegów. Granta, który zginął od kul CKM-u i Popesa, który zginął od pojedynczego strzału w krtań.

Rewan
-Trzeba się streszczać. Nie chcemy chyba, by jacyś ich koledzy zastali nas tutaj... - Logan powiedział to oschle, swym dziwnym tonem.
Po tych zdaniach wskoczył ponownie na swoje miejsce i spojrzał po polu. Nie zbyt dobrze walczył tutaj. Nie chciał by to się powtórzyło. Miał nadzieję, iż tak się właśnie nie stanie. I chciał wreszcie dotrzeć na miejsce. Piasek był nadzwyczaj nudny. Co było do przewidzenia.

Hermes
Finebaum cała drogę myślał o tym jak głupio byłoby zginąć na tej pustyni. I to nie zostać zastrzelonym przez Niemców, tylko wypaśc z jeepa przy tej prędkości.
-Wier, ja też chcę szybko dotrzeć na miejsce, ale zauważ, że powinniśmy jeszcze wrócić. A Ty nas chcesz pozabijać.
Jako, że kierowca nic sobie nie robił z takiego gadania, Paul przestał dogadywać i skupił się na próbach utrzymania prosto w tym niewygodnym siedzeniu.
Odczuł pewną ulgę gdy dojechali na miejsce. Wrzucił broń do jeepa, podwinął rękawy i zabrał się wraz z resztą za odkręcanie kół. Wzięli na zapas dwa. Zapas mógł się przydać.
-Ruszajmy - powiedział do reszty.

Cała wyprawa, łącznie ze zdjęciem opon oraz umieszczeniem ich w jeepie potrwała ledwie trzy kwadranse. Gdy wrócili sierżant nakazał Capri oraz Wilsonowi zamontować dobre koła w ciężarówce. Zrobił to najprawdopodobniej tylko dlatego, żeby się w końcu oderwali od wodzenia oczami za siostrą Audrey. Pomimo tego, że kółka pochodziły z innej ciężarówki, po odrobinie wysiłku były gotowe do użytku, i musiały wystarczyć na dojazd do miasteczka.
- Dobra – zarządził Rock – Odjazd! Finebaum i Logan włażą na pakę ciężarówki pilnować naszych nieboszczyków, pierwszy jedzie jeep, druga ciężarówka, jeep zamyka. Uważnie na boki, jakby co to strzelać bez rozkazu.

Rewan
Logan szybko wsiadł na pakę ciężarówki po czym usiadł gotowy do szybkiego wstania jak będzie trzeba. Broń trzymając nadal położył na kolanach i spojrzał na pustynie. Pewne było jedno: Nie przypadła mu do gustu pustynia.

Hermes
~No tak, znowu my na ochotnika. Chyba sierżant nas nie lubi - pomyślał Finebaum. Ale odpowiedział tylko:
-Jawohl, Feldfebel - zasalutował i poszedł w kierunku ciężarówki niosąc w ręku Sprignfielda. Wrzucił go na pakę i sam też na nią wskoczył.

Konwój sprawnie i szybko ruszył w drogę. Stale zbliżali się do miasta, czuć to było po wzbierającym wietrze, który odrobinę ochłodził spocone plecy żołnierzy. To był wiatr z pełnego, głębokiego oceanu, droga powinna ich niedługo doprowadzić do pierwszego planowanego postoju. Droga, która była piaszczysta i drogą się dało ją nazwać jedynie dlatego, że był to względnie ubity kawałek pustyni prowadzący w jednym kierunku, powoli coraz bardziej zaczęła przypominać drogę. Widocznie uczęszczało nią na tych odcinkach więcej ludzi, niż przez długość poprzednio pokonaną.
W oddali zamajaczyło skrzyżowanie, droga którą podążali łączyła się z miejscowym odpowiednikiem autostrady – dwukierunkowa droga z bitą powierzchnią.
Jednak znów zwolnili trochę prędkość. Tą drugą drogą, w kierunku zbieżnym do tego, w którym obecnie się udawali podążały na pełnym gazie dwa motocykle, jeden za drugim, płosząc jazgotem wszystkie mewy dookoła oraz wzbijając tabuny pyłu za sobą.

Hermes
Finebaum właśnie pił wodę w manierki, gdy zauważył chmurę piachu nad druga odnogą drogi. Jak wszyscy był zainetersowany, kto pędzi na złamanie karku. Niemcy? Amerykanie?
Odstawił manierkę na podłogę i podniósł Springfielda do oka. Spojrzał przez lunetkę i w miare możliwości starał się rozpoznać te maszyny. Jesli to Niemcy to czekała ich niespodzianka......

Rewan
Logan polił papierosa. Oglądał jak ciężarówka wzbija w powietrze piasek, robiąc kurz. Chwilę potem jego wzrok powędrował na Jeepa jadącego za nimi i ujrzał znudzonych podróżą żołnierzy. Pewnie marzyli teraz o tej kobiecie. Głupcy jednak nigdy się z nią nie prześpią. James o tym wiedział. Po chwili jednak ujrzał kurz na innej drodze.
Miła odmiana.
Na jego twarzy pojawił się cień uśmechu. Po chwili zorientował się, że są to motocykle. A młodziak już przystawiał do oka lunete. Czekał co powie.

Finebaum przez dłuższą chwilę przyglądał się sunącym motocyklom. Trochę trudno było je rozpoznać w takim pędzie i wśród pyłu, ale zdecydowanie nie byli to jego ziomkowie.

Motocykliści zdecydowanie również widzieli konwój i za wszelką cenę chcieli dojechać do skrzyżowania przed nimi. Oczywiście wynik wyścigu był przesądzony – motocykle dotarły jako pierwsze i zatrzymały się, blokując przejazd na drogę.

Gdy motocykliści zeszli ze swoich stalowych rumaków można było jasno stwierdzić, że to amerykańscy żołnierze. Białe hełmy i pasy mówiły same za siebie – żandarmeria.

Jeden z żandarmów wyjął zza paska odblaskowy lizak i szerokimi ruchami zaczął dawać znaki do zatrzymania się. Sierżant stanął w jeepie i dał ręką znak stop. Konwój zatrzymał się.

Hermes
Finebaum zeskoczył z ciężarówki jak tylko konwój stanął. Miał dosyć jazdy tą rozklekotaną ciężarówką. Już jeep był wygodniejszy. Podszedł do pierwszego jeepa, żeby posłuchać czego chcą żandarmi.

Rewan
Niezdyscyplinowany głupek.
Logan od razu pomyślał tak, jak zobaczył że Finebaum znowu się gdzieś pcha. Powinien zostać w wozie jednak nie ten musiał iść. Logan postanowił zostać, ponieważ wiedział iż i tak się dowie o co im chodziło, a nawet jeżeli się tego nie dowie, to mu nie zaszkodzi. To co powinien wiedzieć dowie się od dowódcy. Tak więc wstał tylko, by rozprostować nogi.

Nawet wyostrzony słuch Finebauma nie pozwolił na dosłyszenie, o czym rozmawiali z sierżantem. Zdecydowanie natomiast sierżant postanowił podporządkować się ich rozkazom.
- Weir, Stump, Wilson, warta! Reszta ma piętnaście minut wolnego.
Sam sierżant usiadł na masce pierwszego z jeepów i odpalił papierosa. Z szoferki wysiedli również zaciekawieni cywile. Audrey skręciła sobie papierosa, Sam z kieszeni marynarki wyjął cygaro, i po odcięciu końcówki, zapalił je.
Żandarmi wrócili do swoich motorów, jeden z nich oparł się o swoją maszynę, drugi od razu odpalił silnik i z rykiem wysokich obrotów ruszył w dalszą drogę.
Dwie minuty później skrzyżowanie minęła kolejna para jeźdźców na motocyklach.

Rewan
Logan zeskoczył z ciężarówki i z lekkim ugięciem kolan upadł na ziemię. Wyprostował je i zrzucił papierosa na ziemi, po czym przydepnął go by zgasł. Obejrzał się po okolicy jednak nic ciekawego nie zauważył. Położył karabin opierając go o ciężarówke. Sam się oparł o nią i wpatrywał w dal. Czekał aż ruszą a rozprostowanie kości mu się przyda.

Hermes
Finebaum zaciekawiony podszedł do żandarma. Nie interesował go sam żołnierz ale jego potężny motocykl. Obszedł go dookoła, przyglądając się z zainteresowaniem. Wyciągnął paczkę Lucky Strików, którą zawsze miał przy sobie, mimo że nie palił. Tutaj papierosy były środkiem płatniczym.
-Może jednego, kapralu? - poczęstował żandarma.

Żandarm z chęcią wyciągnął rękę i szybko odpalił papierosa, mocno zaciągając się dymem.
- Ale i tak nic ci nie powiem. Musiałbym cię potem zastrzelić. – wyznał z lekkim uśmiechem – Ale spokojnie, zaraz zobaczysz.
I rzeczywiście w polu widzenia pojawił się dość szybko jadący konwój. Otwierał go M3A1, strasząc obsadzonym stanowiskiem Browninga .50, zaraz za nim jechał jeep z żandarmerią. Na uwagę zasłużyły kolejne samochody – cywilny samochód z dwoma chorągiewkami na błotnikach, oraz francuska półciężarówka wypełniona żołnierzami w białych kepi. Zaraz za nimi jechał kolejny jeep żandarmerii, konwój zamykali kolejni dwaj motocykliści.
Fineabaum odkręcił lunetkę od springfielda, i właśnie obserwował szczegóły konwoju. Cywilne samochód oznaczony był dwoma chorągiewkami – jedna to była flaga francuska ze znakami Vichy, druga to dwie gwiazdki na czerwonym tle. Generał, jak nic.

Hermes
-Ech, kapralu, czemu taka niewiara w ludzi - uśmeichnął się Finebaum nie odrywając oczu od konwoju - Zaraz zabić. A komu byśmy niby mieli to powiedzieć. Piaskowi? Zresztą....ja nic nie widziałem. Miłego dnia, kapralu.
Paul podszedł do sierżanta.
-Daleko jeszcze mamy? Nie jest tam zbyt wygodnie, sir. - wskazał na ciężarówkę.

Rewan
Nie zaciekawiły go konwoje. Nie obchodziło go to. Generał niech sobie będzie gdzie chce, ma go gdzieś. Tak naprawdę jest on nikim. Nigdy nie walczył i nie wie co to walka. Logan odepchnął się od ciężarówki i po chwili stał na równych nogach. Zauważył iż Finebaum podchodzi do Sierżanta. Nie chciał stać w jednym miejscu więc też podszedł. Gdy Finebaum coś powiedział odparł:
-A kto ci powiedział, że wojna jest wygodna. Ciesz się, że w ciężarówce jesteś i możesz odpocząć. To nie jest najgorsze co może nas spotkać. Uwierz mi.

Sierżant przytaknął głową.
- Właśnie, Logan dobrze powiedział. Myślisz że jest ci mniej wygodnie niż Popesowi i Grantowi? Pomyśl sobie, jak bardzo niewygodnie musi być im. I pamiętaj, że musisz się przyzwyczaić do jednej niewygody niż skazać się na inną – taką jak leżenie dziewięć stóp pod ziemią.
- Poza tym, czas ruszać, więc zbierajcie obaj dupy w troki i to szybko! Nie mamy czasu na pogaduszki. JUŻ!
Żołnierze, posłuszni jego słowom szybko wsiedli na powrót do swoich pojazdów. Zanim byli gotowi do odjazdu żandarmi już zniknęli. Konwój ponownie rozpoczął swoją żmudną drogę do Abi-Asent.
Około pół godziny później oczom żołnierzy ukazały się pierwsze dachy miasteczka, rzecz jasna najwyższe wieże należały do meczetu. Miasteczko było prawdopodobnie starsze, niż jakiekolwiek budowle zbudowane przez białego człowieka w Ameryce, no może poza tymi po Wikingach. Większość budynków zbudowanych było z glinianych cegieł, najnowsze budynki odznaczały się tym, że nie były zbudowane z cegieł, a po prostu lepione z gliny, na pewno bez szans na przetrwanie dłużej niż kilkadziesiąt lat.
Miasteczko zdecydowanie dni świetności miało dawno za sobą. Kiedyś całe okolone było dwu i półmetrowym glinianym murem, teraz w wielu miejscach w murze świeciły dziury, obecnie pracowicie naprawiane przez Amerykańskich żołnierzy.
Im bliżej morza, tym chłodniej, tutaj widać było ocean i zrobiło się dużo chłodniej, czuć było nawet świeży powiew wiatru od wody. Kilka pojedynczych masztów dhow widać było w okolicach portu. Zdecydowanie górowała nad nimi stalowa kanonierka z gwieździstą banderą.

Rewan
Logan rozglądał się po zakontkach miasta jakby czegoś szukał. I rzeczywiście tak było. Obserwował miasto by zapamiętać mniej więcej drogę, oraz szukał dobrych miejsc do ukrycia się, ewentualnego ostrzału. Lubił byc przygotowanym na wszystkie ewentualności. Jednak na nic tak nie czekał jak na dojechanie do celu. Miał ochotę skopać szwabom tyłki.

Hermes
-Im już nie jest niewygodnie - rzucił Finebaum na odchodne.
-A narzekać będę jak mi się będzie chciało - mruknął już siedząc na ciężarówce.
Korzystając z względnej wygody ciężarówki rozłożył oba karabiny na częsci i sprawdził czy piasek nie dostał się do mechanizmów. Oczyścił broń i załadował ponownie. Właśnie w tym momencie ich oczom ukazało się miasteczko. Najwyższy czas, zgłodniał.

Po szybkim sprawdzeniu dokumentów sierżanta oraz cywilów na rogatkach miasta, konwój wjechał do środka. Po ulicach krążył ciągły tłum ludzi w burnusach, Logan zaczął się zastanawiać, za iloma faktycznie kryją się arabowie. Całe miasto w ogóle było tragiczne do zdobywania w walkach ulicznych, pełne wąskich zaułków, krętych uliczek, wysokich dachów i niewiarygodnych zakrętów. W kilku miejscach miasta amerykanie poustawiali posterunki z karabinami maszynowymi. Widać było jasno, które budynki zajęli żołnierze, gdyż w oknach poukładano worki z piaskiem. Jedno było pewne, o ile worków mogło zabraknąć, o tyle tego drugiego – nigdy.
Przy szpitalu drogi wojaków i cywili rozeszły się. Okazało się, że obok otwarty został szpital wojskowy. Logan i Finebaum mieli okazję zobaczyć go od środka, gdy na użyczonych noszach wnosili do środka ciała. W salce, gdzie lekarz polecił położyć im nieboszczyków leżał już cały, długi rząd ciał przykrytych zielonymi płachtami, niewesoła perspektywa.
Sierżant doprowadził, po kilku pomyłkach, żołnierzy do kwatery, którą mieli zająć.
Był to piętrowy, kwadratowy budynek, wybrany dlatego, że nie stykał się ścianami z innymi. poprzednio był tam pewnie jakiś sklep, cała dolna kondygnacja była w zasadzie jednym pomieszczeniem, na piętro prowadziły kręte schody. Piętro podzielone było na cztery pomieszczenia, jedno było toaletą, jedno kuchnią, dodatkowo była sypialnia z łóżkiem oraz gabinet z biurkiem. Oraz, jak to u arabów bywało mnóstwem pyłu, syfu i brudu. Komu by się chciało sprzątać w taką pogodę?
Sierżant rozkazał kierowcom odprowadzić jeepy na bazę zaopatrzeniową. Pozostali żołnierze pod czujnym okiem kaprala zajęli się ubezpieczaniem budynku. Jednym słowem dwóch kopało, a pozostali sypali piasek w worki i je układali we wskazanych miejscach.
Po jakimś czasie sierżant wrócił z dwoma żołnierzem z uzupełnień. Istni Flip i Flap – jeden był postawny i miał na pewno więcej lat niż każdy z nich z pozostałych żołnierzy z osobna, i kilku razem, drugi był chudziutki i młodziutki.
- Na początek możecie pomóc innym w sypaniu piachu – powiedział szorstko do szeregowców Kovalskyego i von Manheima. - Kierowcy zaraz przywiozą zupę, jedzenie i hamaki.

Hermes
Finebaum miał już dosyc pustyni, słońca i tego cholernego piasku. Nie był przyzwyczajony do takich temperatur. Rozkaz jak rozkaz. Trzeba było wykonać. Rozebrał się od pasa w górę i złapał za łopatę.
-Ja będę kopac a wy układajcie worki.
Kiedy sierżant wszedł wszyscy na chwilę przerwali pracę przyglądając się nowemu.
~Oj będzie miał tutaj przerąbane. Już mu współczuję - pomyślał Paul.

Cohen
Von Manheim spojrzał krzywo na sierżanta, ale zdjął koszulę, zostając w podkoszulce, powiesił ją na najbliższym parapecie, wziął łopatę.
- Ty tam, chłopcze, weź jeden z tych worków i chodź tutaj. Z tonu sierżanta wnioskuję, że napełnienie ich piachem i wykorzystanie w celach defensywnych jest aktualnie zadaniem priorytetowym. - odezwał się donośnym głosem w bezbłędnej angielszczyźnie, choć z lekkim, jakby chropowatym, akcentem, do jednego z żołnierzy. Gdy ten wymienił zdumione spojrzenia z kolegami, uśmiechnąl się chłodno.
- Rusz tu dupę z tym worem. - powtórzył tym samym tonem. Zdumiony młodzik posłusznie podszedł z żądaną rzeczą.
Friedrich wbił łopatę w ziemię i wsypał do worka pierwszą partię piasku.

Wieszkto
Jimmy Kovalsky nie czekał długo.
- Tak jest panie sierżancie!
Odłożył karabin oraz plecak z ekwipunkiem przy ścianie budynku. Złapał najbliższy worek i podszedł do Finebauma.
- Gdzie układać worki? - Rozglądał się śmiało, z ciekawością dookoła.

Hermes
-Jak dla mnie to możesz nawet na głowie, Nowy. Popatrz jak robią to pozostali, tylko ruszaj się szybko - Finebaum nie miał ochoty być miły dla kogokowiek. Był już zmęczony dzisiejszym dniem. Chciał się nażreć i iść spać.
Zaciekawił go ten drugi rekrut. Czyżby rodak?

Pogrążony w zadumie sierżant oddalił się od żołnierzy. Cholera! - pomyślał - Szanse na to, że Finebaum jest niemieckim szpiegiem powinny być miej więcej takie jak to, że w uzupełnieniu stanu dokooptują mi do oddziału kolejnego Niemca. Będę musiał mu się lepiej przyjrzeć. Zresztą temu starszemu Szkopowi również. Do licha, u nas jest demokracja, a ten wyjeżdża ze swoim „von”. Trzeba go będzie trochę utemperować. Zaraz, zaraz, a przeciwko jakim wojskom walczył w I wojnie światowej? Zeznał, że przeciwko ruskim, ale kto go wie? Może mój tatuś go kiedyś brał na muszkę? – stropiony odpalił papierosa na polepszenie humoru.
Żołnierze pracowali wytrwale umacniając budynek. Worki z piaskiem wypełniły wszystkie okna i wzmocniły drzwi. Budynek zaczął w miarę przypominać coś na kształt słowa „umocniony punkt o znaczeniu militarnym”.
Żołnierze cały czas pracowali pod obserwacją czujnych oczu ciekawych, a raczej ciekawskich krajowców. Wypełnili brzegi placyku, a z czasem, gdy zaczęli się troszkę ośmielać, zaczęli podchodzić coraz bliżej.
Jeden, widać najbardziej odważny zagadnął, tak ogólnie do żołnierzy, czekając na reakcję.
- Eee… wielka Efendi! Do sprzedania papierosy? Piwo? Alkohol? Dziewczynki? Kupić złoto?

Wieszkto
- Wielka...? E ... to chyba nie do mnie... - Kid spojrzał z zaciekawieniem jednocześnie starając się zebrać resztki sił. Dygotał cały ze zmęczenia i pocił się obficie. Pod pozorem sznurowania buta uspokajał oddech prubójąc zorientować się w relacjach w oddziale... "Nie zbyt lubią tu nowych trzeba będzie wykazać się w boju by zdobyć uznanie"

Hermes
-Kapralu, dużo jeszcze tych worków? Zjedlibyśmy coś. I możeby tych brudasów przepędzić. Będą się szwędać jak ostatnio - Finebaum był zbyt zmęczony na takie zabawy. Ten dzień był zbyt długi i zbyt gorący żeby myśleć o czymś innym niż odpoczynek. Nawet na piwo nie miał zbytniej ochoty. No chyba, że zimne.....

Rewan
Logan zapalił kolejnego ćmika, po długiej podróży i po chwili siłował się z workami z piaskiem. Jednak był stosunkowo silny i w porównaniu do innych mocno się nie zmęczył. Po jakimś czasie przyszedł sierżant z nowymi. Kolejni, którzy pewnie szybko zginą. Nie odezwał się do żadnego z początku. Gdy von Manheim się odezwał, Logan odparł:
-Wiesz gdzie ty jesteś? W wojsku. To nie wakacje. Więc zamknij się i do roboty.

*

Po jakimś czasie ktoś zaczął do nich mówić. Nie reagował na to. W takich krajach mogą kupować, albo sprzedawać ścierwa. On chciał kupić coś porządnego do picia.
Pracował dalej, by ukończyć szybko prace.

COHEN
Usłyszawszy słowa jednego z żołnierzy, Friedrich wbił łopatę w ziemię, podszedł do niego i chwycił go za koszulę i warknął mu prosto w twarz:
- Posłuchaj gnoju, weterana to ty możesz udawać przed, co najwyżej, ladacznicą. Byłem w wojsku i walczyłem na wojnie zanim się urodziłeś. Wapię, czy wiesz o niej choć ułamek tego, co ja, pomijając to, co przeczytałeś w książkach. Zakładając, że potrafisz czytać, w co także wątpię. Siedzę w tym cholernym okopie z takimi śmieciami jak ty tylko z jednego powodu: byłem dla waszego, jakoby świetnego, sztabu głównego zbyt kompetentny. A idiotom w urzędzie werbunkowym wystarczył sam fakt, że miałem wyższy stopień od nich, więc tak mnie urządzili.
Wykształciłem połowę oficerów tej twojej wspaniałej armii. Lepszą połowę.
Dlatego jeśli chcesz ze mną rozmawiać, odnoś się do mnie z należnym mi szacunkiem. - puścił szeregowca i wrocił do przerwanej pracy. Po chwili, nadal w ciszy, jaka zapadła po jego monologu, rozejrzał się po osłupiałych żołnierzach.
- No, do roboty, słyszeliście co powiedział pan feldmarszałek. - rzekł, uśmiechając się krzywo. Tu i ówdzie rozległ się cichy śmiech, po czym oddział wrócił do pracy.

REWAN
Roześmiał się. Cicho i na chwilę.
-Teraz ty posłuchaj gnojku. Póki co jesteś równy nam ćwoku. Walczysz z nami, a nie rządzisz. Gdybyś się na takowego nadawał zostałbyś wybrany. Ale najwyraźniej się nie nadajesz. I wyjaśnijmy sobie coś. Nie będziesz więcej tykał moich ubrań, rozumiesz? - Ten kto się zjawił pośród nich był idiotą. Znał prawdziwych żołnierzy i wie jak się zachowuje. Nie... Nie wiedział kim byli ci żołnierze... Nie wiedział.

Nie czekając na odpowiedź wykonał cios zaciśniętą ręką pomiędzy oczy tego osobnika. Musiał dać mu ostrzeżenie.

WIESZKTO
Kid obserwował całe zajście. Szybko tracił dobry humor. "Znów to samo... Zabawa w KTO JEST WIĘKSZYM TWARDZIELEM? Nic dobrego z tego nie wyniknie. Gdzie jest oficer trzymający dyscyplinę w oddziale?" - myśli przelatywały jedna za drugą.
- Widziałem już coś takiego na szkoleniu najpierw będą się obrażać, później rywalizować, a na koniec zginą obaj rozerwani granatem podczas przepychanki w okopie... - wymruczał i oddalił się nieznacznie od zaczynającej się bójki...

COHEN
Mężczyna odskoczył, przyjmując cios na otwartą dłoń i zacisnął ją na pięści atakującego. Chuchrem, widać, nie był.
- Typowe to dla was, Amerykanów, myśleć pięściami, a nie głową. Może to i lepiej, w rękach przynajmniej coś masz. - powiedział z pogardą. Puścił go i zajął się pracą.

HERMES
-Scheise - zaklął pod nosem Finebaum. Trzymał w rękach łopatę gotowy przylać każdemu i w ten sposób ich uspokoić.
-Już się panienki zapoznały? Myślałem, że mamy z kim walczyć. Nie ze sobą. Weźmy się do roboty to szybciej skończymy. I będziecie mogli sobie robić co chcecie. Kapralu, zróbcie coś a nie śmiejecie się. Chyba wystarczy tej rozrywki.
Obserwował jeszcze chwilę zwaśnionych i wrócił do pracy.

Trzy głośne strzały w powietrze sprawiły, że w koło zapadła nagle grobowa cisza. Krajowcy skupili się razem w jednej kupie, a potem po cichu rozpływali się, jeden za drugim. W zasadzie, to nie rozeszli się, a po prostu gdzieś wymiękli, jeden wszedł do sklepu, inny cofnął się o dwa kroki, jeszcze inny pochylił się. Rezultat był taki, że po chwili na placu pozostali sami żołnierze.

Kapral Stump w swojej ciężkiej łapie trzymał jeszcze dymiącego z rury colta, mówiąc wymachiwał nim na wszystkie strony, większość żołnierzy odruchowo pochylała głowy, gdy ciągnący swą tyradę kapral przesuwał lufą w okolicach ich kierunku.

- Dość zabawy! Callahan, O'Brian, Wilson! Bagnet na broń! Odprowadzić tych dwóch twardzieli do paki. Po cztery dni każdy.
Posiedzicie dziewczynki o chlebku i wodzie to się wam może odechce głupot!

Kovalsky i Finebaum na wartę, reszta idzie jeść.

Hermes
Cholera, jak zawsze ja - mruknął pod nosem Finebaum.
Założył podkoszulkę i bluzę mundurową i podwinął jej rękawy. Założył pas z amunicyjny, podniósł Garanda i sprawdził czy jest załadowany. SPrzawdził czy wygląda schludnie, żeby sierżant z kapralem nie mieli się do czego już dziś przyczepić. Mundur po całym dniu jazdy wyglądał okropnie. Na szczęście każdy z dziś jadących miał taki sam problem. Popatrzył na Kovalskego.
-To chodź Młody. Przyzwyczaj się, że jak jest gówniana robota to wykonuje ją sekcja zwiadu. A pewnie do niej dostaniesz przydział, sądząc po tym że mamy razem stać na warcie. Jestem Paul Finebaum - powiedział i wyciagnął rękę.

Wieszkto
- Yes SIR! - Kid szybko podbiegł do swoich rzeczy. Uzbroił się ponownie, sprawdził radio i plecak z ekwipunkiem, założył hełm i podbiegł do Finbauma.
- Jestem Jim Kovalsky ale wszyscy do mnie mówią Kid. - podał rękę Paulowi.
- Często tu takie zadymy? Widziałeś już jakiegoś Fryca? Skąd jesteś bo ja z Chicago.? - chłopak szybko zasypał pytaniami swojego współrozmówce. W czasie rozmowy mimowolnie ciągle sprawdzał rękoma czy ma wszystko z ekwipunku jakby bał się czegoś zgubić.

Hermes
-Uspokój się Mały - Paul uśmichnął się - Nie tak nerwowo. Jestem......to długa historia. Zadymy cały czas tu są jakieś. Widziałem Niemca - zaakcentował to ostatnie słowo - Po drodze tutaj o mały włos nie wpadliśmy w pułapkę. Ale na szczęście wyszliśmy z tego mniej więcej cało.
Spojrzał na Kida krytycznym okiem.
-Po co targasz to całe żelastwo. Stoimy na warcie, nie idziemy nigdzie. Radio zostaw z resztą ekwipunku. Palisz?

Rewan
Logan szybkim ruchem wyszarpnął pięść z uchwytu nowego, i złapał go za nadgarstek wykręcając mu rękę, tak że Friedrich znalazł się plecami do niego. Wolną rękę położył na jego plecach i zaprowadził go do ściany by nie mógł się ruszać. Jak widać Logan nie pozostawał dłużny zbyt długo. Szybko powiedział ostrym głosem:

-Wielu takich jak ty szybko traci życie. Nie cwaniakuj tutaj.

Huk strzałów poniósł się w powietrzu.

Dość zabawy! Callahan, O'Brian, Wilson! Bagnet na broń! Odprowadzić tych dwóch twardzieli do paki. Po cztery dni każdy.
Posiedzicie dziewczynki o chlebku i wodzie to się wam może odechce głupot!

Logan usłyszał Stumpa. Nie musiał go widzieć by rozpoznać. Nie odwracając wzroku od kompana, puścił jego rękę odchodząc dwa kroki w tył. Dopiero wtedy zwrócił głowę w stronę strażników.

Wieszkto
Jimmy spojrzał na papierosa. Nie palił ale przecież nie może być gorszy od kolegów z oddziału. Wział jednego zaciagnął się i zaczął zanosić się kaszlem.
- Dobry bardzo dobry! khue, khue, khue... Ok odniose ekwipunek i zaraz wracam khue khue khue... - Rzucił plecak z radiem przy ekwipunku pozostałych żołnierzy przy okazji pozbywając się papierosa...

Hermes
-Ja sam nie palę. Paskudny nałóg - zaśmiał się Paul - Ale zawsze mam przy sobie paczkę albo dwie. To taka waluta wymianialna w rejonie.
~Ciekawe co będzie z nami dalej. Przecież jedna potyczka i już nie ma dwóch z nas. Co dopiero pomyśleć o prawdziwych walkach - pomyslał.

Więźniowie prowadzeni pod ostrzami bagnetów przyciągali uwagę wszystkich mieszkańców. Ludzie przystawali na ulicy, wyglądali ze sklepów, wyciągali szyje ze wszystkich pięter domów, by tylko zobaczyć przedstawienie. Jak w ZOO. Szkoda tylko, że nie rzucali w prowadzonych skórkami od bananów oraz ekskrementami.
Wreszcie dotarli do celu, przez chwilę czekali pod bramą starego posterunku francuskiej policji, tak by Callahan zdążył załatwić sprawy związane z papierkami. Więźniów przejęli żandarmi w białych hełmach. Lekko poszturchując więźniów zaprowadzili ich do ogólnej celi, solidnej żelaznej klatce w piwnicy, do której z powodzeniem zmieściłyby się dwa Shermany. Jedyne światło w pomieszczeniu, nie licząc dwóch malutkich, zakratowanych okienek na poziomie ulicy dawała pojedyncza żarówka niedawno zamontowana na suficie. Jeśli tak obecnie wyglądał standard więzienia, to ciekawe jak musiało wyglądać tu wcześniej. Prycze również wyglądały na świeżo wstawione. Tak samo jak więźniowie. Wszyscy obecni byli w mundurach, w większości piechoty.
By obejrzeć nowoprzybyłych większość więźniów podniosła się z zajmowanych prycz oraz miejsc pod ścianą. Nikt nie zatrzymał wzroku dłużej na Loganie, wciąż wpatrującym się w podłogę. Za to zainteresowali się wyraźnie od wszystkich starszym Fredrichem. Jeden z więźniów, głośno wypowiedział uwagę – „Ja o nim słyszałem, to Szkop.” Po czym patrząc Friedrichowi prosto w oczy zagadnął, spokojnym głosem:
- „Hitler Kaput! No, Szkop, kopsnij fajkę.”

Capria z karabinem na ramieniu podszedł do wartowników.
- Idźcie coś zjeść, bo wam do końca wystygnie, ja was na razie zmienię. I tak nic ciekawego się nie będzie działo, a po takim dniu, to się jeść chce. No, dalej, dalej.
Zdjął karabin z ramienia i oparł go o udo, usiłując znaleźć wygodne miejsce do siedzenia.

Cohen
- Szkop nie pali fajek, ferstehst? - odparł chłodno Friedrich, krzywiąc się nieznacznie, ale chyba ze względu na dźwięk kaleczonej mowy ojczystej, niż przytyk do narodowości.

Podszedł do najbliższej, wolnej, pryczy przy oknie i wyciągnął się na niej, poprawiwszy wpierw mundur. Po chwili leżenia w bezruchu wyciągnąl z kieszeni mały tomik, otworzył go na losowo otwartej stronie i pogrążył się w lekturze.

Żołnierz, który poprzednio zaczepił Fredricha znów do niego podszedł.
- Co czytasz Szkop? Main Kampf? Nie chcesz się podzielić papierosami z prostymi żołnierzami? Nie bądź Szkot, kopsnij ramkę.

Cohen
Friedrich wstał i schował książkę.
- O co ci chodzi, "prosty żołnierzu"? O papierosy? Nie mam. O to, że jestem Niemcem? Jestem. Ale wiesz z kim toczysz wojnę? Z nazistami. Nie każdy Niemiec to nazista. No, wyrzuć z siebie, co cię dręczy, bo chyba jakiś czas tu spędzimy.

Wieszkto
Dzieciakowi jakim wciąż był Jimmy nie trzeba było długo powtarzać. Odsalutował i ruszył na posiłek jakby to był obiad u mamy. Cieszył się z chwili czasu dla siebie. Wyjął menażkę z plecaka i pognał za zapachem jedzenia....

Hermes
~No i pobiegł. Strasznie narwany dzieciak - pomyślał Finebaum.
-Dzięki, że ktoś wreszcie o nas pomyślał. Padam z głodu - wyszczerzył zęby do Caprii i zarzucił karabin na ramię. Rzeczywiście był głodny. Pomaszerował w stronę pokoju robiącego za jadalnie.
~Ciekawe czy znowy to gówno z puszki czy wreszcie coś normalnego.

Gdy Paul doszedł do Sali głównej Jimmy już z wilczym apetytem pałaszował swoją porcję jedzenia. Łyżka co chwilę skrobała w ścianki i dno menażki, do akompaniamentu z licznymi siorbnięciami i dość głośnym przełykaniem. Jedzenie było jeszcze ciepłe, co przy obecnych temperaturach nie powinno przesadnie dziwić. Niestety aprowizacja jeszcze widocznie nie zdążyła rozwinąć swoich skrzydeł, i zamiast smacznego i świeżego drobiu lub rybki z menażki znów wyglądały pulpety wołowe w sosie „nie chcesz wiedzieć”.
Z górnego piętra zszedł kapral, przekładając z ręki do ręki jakieś papiery. Spojrzał po obecnych, mankietem rękawy obtarł nos i odchrząknąwszy zaczął:
- Trochę nowych zadań nas czeka. Nie ma tu miejsca dla dekowników i obiboków. DO końca tygodnia mamy skończyć umocnienie budynku. Jeśli jeszcze ktoś myśli, że wymiga się od roboty aresztem, to się grubo myli. Będzie robił dwa razy więcej. Chwilowo brak nam pełnej obsady. Wartownik przed wejściem, trzy zmiany w ciągu dnia, jeden na dzień do obsługi kuchni i zaopatrzenia. Póki nie skończymy z umocnieniami patrolujemy z małym nasileniem, dwóch patrolowych po dwie godziny sześć razy dziennie. Callahan i O’Brian ustalą grafik zmian. Kto podpadnie – czyści kible. – Obrócił się na chwilę do Jimmego – A ty młody, jak już zjesz, to zainstaluj radio w biurze na piętrze. Callahan, przejmujesz oddział. Rozejść się.
Kapral wyszedł z budynku. Nad przekazanymi kartkami skupili się Callahan i Rudzielec.

Tymczasem w pierdlu...

- Co mnie dręczy? – z drwiącym uśmiechem obrócił się w kierunku kolegów, nie spuszczając jednego oka z Fredricha. – Męczy mnie twój kwadratowy szkopski łeb. Ot co mnie męczy. Masz coś żeby nam dać na prezent? Kolega ma dzisiaj urodziny.

Cohen
Dlaczego mnie to nie dziwi... No dobrze, jeśli się już wypłakałeś, daj mi spokój, z łaski swojej. I panuj nad językiem, człowieku, bo możesz w końcu kogoś zdenerwować. A potem będziesz żałował. - oparł się o ścianę i wrócił do lektury.

Szybki ruch ręką wytrącił z ręki Fredrichowi książkę, która uderzyła głośno grzbietem o podłogę.
- Umyj uszy! Prezent! Już!

Hermes
-Super. Pycha jedzonko, Młody? - Finebaum aż się skrzywił na widok tego samego żarcia - Obrzydliwstwo.
Co było robić. Pokręcił głową, ale odstawił karabin pod ścianę i zabrał się za jedzenie.
-Callahan, daj mi pozwiedzać jak będziesz układał grafik. Wziałbym Młodego.

Wieszkto
Jimmy nie przerywając jedzenia zdołał wykrztusić:
- Yes, Sir radio *ekhm*stacja będzie gotowa! - *khue khue khue* zaniósł się kaszlem i szybko dostał wypieków na twarzy. Po chwili gdy zdołał przywrócić oddech kiwnął z uznaniem do Finbauma.
- Tu przynajmniej posiłki są na czas... - uśmiechnął się od ucha do ucha przełykając kolejne porcje pulpetów. Po posiłku złapał za radiostacje i zabrał się za wykonywanie rozkazu...

- Ok. – Callahan wzruszył ramionami. – Jak Młody skończy montować radiostację, zabierzesz go na pierwszy, dwugodzinny patrol. Przy okazji spróbujcie znaleźć jakieś mapy, a w międzyczasie szkicujcie swoją marszrutę. Musimy dowiedzieć się więcej o tym mieście.
Po około pół godzinie Jimmy zszedł schodami na dół. Był zbyt ambitny, żeby prosić kogoś o pomoc, ale faktycznie ledwo dał sobie radę z zamontowaniem zewnętrznej anteny za oknem pokoju. Zdjął kurtkę, pot przykleił mu oliwkową koszulkę pleców. Dopiero bez kurtki widać było wyraźnie jego patykowatość i chudość.

Hermes
-Ej, Głodomór. Idziemy na patrol - Finebaum krzyknął do Jimmiego -Ruszaj sie.
Zarzucił Garanda na ramię i poczekał, aż Młody sie ubierze.
-A właśnie. Co z chłopakami z aresztu? Teraz ich wyciągamy czy rano? Przyda się każda para rąk do roboty.

Callhan ponownie wzruszył ramionami.
- Rano, niech trochę przemarzną. Kapral dał cztery dni, sierżant na pewno każe ich wyciągnąć i po prostu polecieć po żołdzie. Przy okazji – dobra wiadomość dla nas wszystkich, od żandarmów usłyszałem wiadomość, że dowództwo frontu ma wkrótce wydać rozkaz o wypłacaniu nam wszystkim dodatku bojowego do żołdu, mimo tego że Francuzi raczej się tylko poddają. Zawszę kilka dolców więcej w kieszeni.

Wieszkto
- Taaa jessst.. - Jimmy wykonywał polecenia machinalnie. Obsługa radiostacji to jedno ale alpinistyka z anteną za oknem to inna sprawa. Po zakończeniu roboty mimo wszystko miał satysfakcje. Odpoczął chwilę napił się wody z manierki i zebrał ekwipunek. Hełm, karabin, amunicja, aktówka i ołówek do kreślenia do tego zestaw pierwszej pomocy. Było zbyt gorąco a chłopak był zbyt zmęczony by wziąc cokolwiek więcej na plecy...
- Dokąd idziemy?....

Hermes
-Na ramięęęę broń! - krzyknął Finebaum - hehe.....chodź pospacerujemy
Wyszedł, rozejrzał się którędy do dowództwa i ruszył w tamtym kierunku.
-Najpierw mapy, a potem......potem sie rozejrzymy co i jak w mieście. Będziemy tu troszkę więc przydałoby sie dowiedzieć gdzie są panie no i coś do picia. Oprócz wody.....
Szedł rozglądając się po okolicy. Nie spieszył się. Dwie godziny wystarcza na taką dziurę.

Wieszkto
Kid rozglądał się zaciekawiony. Miasteczko było dla niego egzotyczne, cały ten gwar obych języków przyprawiał go o zawroty głowy. Wydawało mu się że jest na wielkiej plaży tylko za cholere nie mógł znaleźć morza...
- Daleko wylądowaliśmy od domu... Nawet przyjemnie tutaj gdyby nie ten upał. I dziewczyny opalone hehe... - starał się wyglądać na odprężonego ale czuł się nieswojo pośród tych obcych ludzi. "jak rozpoznać Niemca?"

Cohen
Friedrich obrzucił chłodnym spojrzeniem całą celę. Większość osadzonych obserwowała zajście z zainteresowaniem.
- Podnieś tę książkę, człowieku, zanim stracę cierpliwość. - warknął do prowokatora.

- Cierpliwość? Ja mam u siebie w celi tolerować szkopa, który nie chce dać prezentu mojemu koledze?
- Jock, - odezwał się głos z tyłu – Czy szkop ci właśnie nie groził?
Jock nadepnął na książkę, której grzbiet wydał trzaskający dźwięk rozrywając zszycie.
- Ooops. Przeepraaszaam Paanaa Szkoopaa… Niechcący…

Miasteczko okazało się większe niż wyglądało na pierwszy rzut oka. Może po zmroku dałoby się obejść je w dwie godziny, korzystając z głównych arterii, ale w dzień panował na ulicach zbyt duży ruch, żeby nawet o tym pomyśleć. Dowództwo w Abi-Asent zajęło budynek po-francuskiego kapitanatu portu. Pojedynczy, murowany budynek był już wcześniej umocniony, teraz powoli zmieniał się w twierdzę nie do zdobycia. Niestety prośba o mapy nie przeszła nawet przez pierwszych strażników. Odesłani z kwitkiem przyjrzeli się dokładniej portowi – kilka rybackich dhow z opuszczonymi żaglami stało przycumowanych do nadbrzeża, wejście do portu blokowała amerykańska kanonierka. Jak zauważył Paul, port mógł bez przeszkód przyjmować nawet większe jednostki, więc nic dziwnego, że miasteczko było takie ważne. Dobrze, że może przeciwnicy jeszcze o tym nie wiedzieli. Z jednej strony o port oparty był targ rybny, przechodzący później w dzielnicę biedoty, z drugiej o rzędy magazynów, w większości pustych, z których część wydzielono i zamieniono na bazę zaopatrzeniową. Za nimi ulokowana była ta lepsza dzielnica, a pomiędzy tymi dwoma punktami, z kapitanatem rozdzielającym miasteczko na dwie połowy, targ i dzielnica kupiecko-mieszkalno-rzemieślnicza. Szpital był ulokowany na skraju miasta, a w jego pobliżu, już za murem stał kościół wraz z misją. Większość mieszkańców ubranych była w burnusy, w większości czarne, częściowo w niebieskie, od wielkiego dzwonu można było zobaczyć europejczyka. Miasteczko patrolowali żołnierze Stanów Zjednoczonych. Większość kobiet była od stóp do głów ubrana w kwefy, lecz część z nich ubiorem, a raczej jego skąpością w niczym nie ustępowała Europejkom. Białe zęby współgrały z ciemną skórą i złotą biżuterią.

WIESZKTO
Kurcze spore to miasteczko... Dużo ludzi... I port jest... - Kid myślał na głos a raczej jakby powtarzał sobie to co widzi bo ciężko było zebrać myśli w tym upale. Wyjał szkicownik z aktówki i zaczął rysować mapę sytuacyjną.

COHEN
- Zrób, co powiedziałem. Potem może cię wysłucham.- przez cały czas uważnie obserwował wszystkich w celi i na wszelki wypadek cofnął się pod ścianę. Lepiej mieć za plecami ją, niż kolejnego przeciwnika.

Więzienie:
Kolejne osoby ustawiły się w półkolu za prowodyrem zajścia. Jock, uśmiechając się szyderczo ciągnął:
- Noo? I co Szkooopku? Uciekaamy, coo? Zajączkiem podszyte portki? No to co, nie chcesz dać mojemu koledze prezentu, to może chociaż zaśpiewasz? No – tak jak to wy szkopy potraficie – jololololidi? No, Dalej!

Jimmy zaczął szkicować mapę sytuacyjną. Po kilku minutach, stwierdził, że przypominała mu trochę mapki zamieszczane w pulpach z historiami o Indianach. Zmiął kartkę w ręku i pomiętą schował do kieszeni. – Trzeba będzie coś innego wymyśleć.

REWAN
Od początku Logan siedział oparty o ścianę, a ręce oparte miał na zgiętych kolanach. Dłonie bezwładnie były rozluźnione a oczy skierowane na ziemię. Nudziło mu się tu nie miłościwie i nie wiedział co tu robić. Dopiero później przyszło mu oglądać scenę. Friedrich był poniżany przez innych więźniów tylko dla tego, że był Niemcem. Z początku przyglądał się sytuacji bez namiętności. Zastanawiał się czy mu pomóc. W końcu był jego kompanem. Z drugiej jednak strony był idiotą.
Idiota czy nie, jest teraz kompanem i będą razem walczyć. - pomyślał.
-Zostaw go.

WIESZKTO
- Jakieś sugestie panie Finebaum? - zniechęcony chłopak schował aktówkę patrząc badawczo na weterana.
- Obawiam się że te uliczki są tak zakręcone, że za przeproszeniem gówno nie mape da się naszkicować. Co robimy?... - rozejrzał się bezradnie...

COHEN
- Tobie idzie całkiem nieźle, pośpiewaj sam. Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje... - obrzucił wyniosłym spojrzeniem gęby więźniów. - Ale w waszym przypadku chyba się nie sprawdzi. - mruknął.

Jock zupełnie zignorował słowa Fredricha i zwrócił się w stronę Logana, który odezwał się po raz pierwszy od wejścia do klatki.
- Ho, Ho. Serdeczny druh szkopa, jak Babcię kocham… Zaraz, zaraz… - ustawił się tak, by jednocześnie mówić do Logana i Fredricha – A może wy trafiliście do mamra za pedalstwo?

HERMES
-Panie Finebaum? Młody bo oberwiesz - zaśmiał się Paul - Nie rysuj tego gówna. Poczekajmy na to jakie mapy dostaniemy. Wtedy możesz się pobawić kredkami. Chodźmy.....
Ruszył powolnym krokiem w kierunku dowództwa.
Wokół panowała atmosfera znudzenia......to słońce dobijało wszystkich. Miejmy nadzieję, że Szkopów też.

COHEN
- Jeśli na podstawie kilku słów, które wypowiedział mój rzekomy przyjaciel uznajesz nas za pedałów, to kimże jesteś ty ze swoim kolegą, o którego urodziny tak bardzo cię obchodzą? Belka we własnym oku... - uśmiechnął się lekko.

WIESZKTO
- Nie bawię się kredkami tylko staram się naszkicować cokolwiek z tej kupy piachu tak jak od nas oczekiwano. To jak mam do Pana mówić szeregowy?... - Jimmy'emu szybko psuł się humor....

- No, Szkop. Teraz to mnie obraziłeś. Na kolana i przeproś! Albo tak cię przeżegnamy, że cię sam Adolf nie pozna!

COHEN
~ Cholera, kolejny jankeski debil z rozbuchanym ego. Z więzień biorą tych żołnierzy od siedmiu boleści czy co? Sami sobie rozpieprzą armię od środka. Zero dyscypliny, zero ładu, ignorancja, głupota... Jakim cudem wygrywamy tę wojnę? ~
- Odpieprz się wreszcie, człowieku. A jeśli czujesz się obrażony, w co wątpię, bo takie menty jak ty nie mają godności, którą można by urazić, to miej przynajmniej odwagę załatwić to jak mężczyzna, jeden na jeden. Nec hercules contra plures, lincz to żadna filozofia nawet dla ciebie.

Jock odplunął na bok, przez zaciśnięte zęby warknął:
- Brać go!
Fredrich uchylił się przed pierwszym lewym sierpem Jocka, lecz nagle ktoś zarzucił mu na głowę ciężki koc, skutecznie ograniczając wizję oraz możliwość walki. Szybkie kopnięcie powaliło go na kolana, na głowę spadł pierwszy cios. Wszystkie gwiazdy, jak na gwiaździstym sztandarze zawirowały przed oczami Fredricha.
Na oczach Logana ustawienia w kółko wokół klęczącego Fredricha żołnierze zaczęli kolejno wymierzać mu kopniaki w głowę.

Rewan
Hmm... Chyba tego mi tak od pewnego czasu brakowało porządnie. Bójki... Już dawno tego nie robiłem. Tylko czemu ze swoimi?
Podbiegł do pierwszego lepszego oprawcy walnął go pięścią w kark. Włączył się w bójkę.

Logan szeroko stawiając nogi podbiegł do walczących.
Nie miał żadnych obiekcji przed zaatakowaniem przeciwników z tyłu. Jednego z więźniów chwycił obydwoma rękami za kurtkę mundurową i cisnął nim w kieruku prycz pod ścianą.
Zajmujący pryczę grubas ledwo zdążył odskoczyć. Deski poddały się z głośnym trzaskiem, nieprzytomny więzień legł wśród połamanych części pryczy. Górne piętra zaczęły się niebezpiecznie kołysać, więc zajmujący je więźniowie szybko zaczęli zeskakiwać na ziemię.

Hermes
-Dobra, Kid. Chodźmy, bo tracimy tylko czas - Finebaum był przez chwilę jakby nieobecny myślami.
-Młody, już niedal....- przerwał i zasalutował przechodzącemu oficerowi.
Ruszył szybkim krokiem w kierunku warty przed budynkiem dowództwa. Stojący na straży żołnierze spoglądali na nich znudzeni. Widać warta nie obfitowała w wydarzenia.
-Którędy do kwatermistrza? - rzucił Finebaum.

Żołnierze warty szybko zlustrowali Paula i Kida.
- Hej, czy to nie wy byliście tutaj pół godziny temu pytając o mapy?

Wieszkto
Jimmy powlókł się za Finebaumem. Był zniechęcony - nie udało im się wykonać żadnego z zadań, które im powierzono. Rozglądał się jak poprzednio gdy dotarli do wartowników. Zostawił sprawy załatwiania dokumentów starszemu wiekiem bo wiedział że gołowąsa na pewno nikt nie będzie słuchać...

Rewan
Logan twardym krokiem podszedł do tego, który rozpoczął zaczepki i wziął go za szmaty. Zmierzył go mroźnym wzrokiem i rzucił w niego:
-On jest po stronie aliantów, za to nie wiem po czyjej stronie jesteście wy? Atakując naszych, stajecie się członkami Szwabów. Więc odpierdol się od tych, którzy chcą być po naszej stronie.
Później go puścił i spojrzał na reakcję trzeciego. Wolał już stąd wyjść. Nienawidził bezczynności.

Puszczenie "szmat" Jocka było ze strony Logana błędem. Z okrzykiem:
"Odpierdol się od tego"
Uderzył swoim czołem w nasadę nosu Logana. Logan krwawiąc z obu dziurek przewrócił się nieprzytomny na ziemię.

Czy już się znudzili oglądanym widowiskiem, czy też rzeczywiście dopiero w takim momencie, zaalarmowani okrzykami i odgłosami uderzeń do klatki wbiegli żandarmi, swymi drewnianymi, krótkimi pałkami w kilkanaście sekund przywrócili spokój i opanowali sytuację.

Dowódca rozkazał dwóm więźniom, nieuczestniczącym w rozróbie, przeniesienie rannych - czyli Logana i Fredricha - do punktu opatrunkowego.

***
Pewnego rodzaju zamieszanie powstało przed kwaterą sztabu.
Paul stał z wpół otwartymi ustami, zastanawiając się, jak to możliwe, że zapomniał, że już tutaj byli? Widać pustynia i upał robią swoje...

Na szczęście sytuację rozładowało pojawienie się Callahana z Wilsonem.
- Chłopaki, mamy was pilnie zmienić, wrzućcie piąty bieg i pędem do sierżanta. Ma kilka pytań i chyba jakieś zadanko...

Wieszkto
Kid odetchnął z ulgą. Nie lubił beczynności a tak przyjął spacer po mieście. Kiwnął głową na znak, że rozumie i lekko wyprzedził Finebauma.
- Nareszcie coś dla nas może będzie można się wykazać... - wymruczał pod nosem truchtając w kierunku sierżanta.

Hermes
Finebaum zaklął pod nosem.
-Chyba za długo na słońcu. Ale jestem otępiały. Ruszmy się.
Pomaszerował w kierunku kwatery.

Sierżant już na nich czekał. Palił papierosa na rogu ulic, najwidoczniej obserwujac wartownika.
Zwrócił się w stronę na dchodzących, odsalutował i od razu zaczął mówić:
- Co wam zajęło tak długo szeregowi? Skręciliście na kebab, czy co? Dobra, do rzeczy - po pierwsze - tutaj są papiery - w ręce Finebauma złożył plik kilku lekko poplamionych kartek. - Z punktu zaopatrzenia pobierzecie jeepa z radiem, odbierzecie tych dwóch durni z więzienia, a potem czeka was wycieczka za miasto. Tylko nie zapomnijcie zabrać ich klamotów. Powiedzcie im, że porozmawiam z nimi po powrocie. Na czas zwiadu dowództwo obejmuje szeregowy Finebaum.

- Więc, - Rock ciągnął gasząc uważnie papierosa czubkiem buta w kopczyku piachu. - udacie się na miejsce zasadzki i pobawicie się w rabusiów grobów. Chcę mieć identyfikator lub jakąś naszywkę z munduru tego szwaba. Intel twierdzi, że w rejonie operacji Torch nie ma sił niemieckich, wcale. Więc jeśli - zwrócił się do Paula - kropnąłeś niemca, to koniecznie musimy to potwierdzić. Jakieś pytania, wątpliwości?

Hermes
-Nie, sir - Paul zasalutował, skinął na Młodego i odmaszerował.
-Dobra. Bierz swoje rzeczy. I skołuj jakieś żarcie.
Finebaum zastanowił się przez chwilę. Co jeszcze będzie potrzebne.....? Pomyśli się u kwatermistrza.
Zebrał swój plecak. Sprawdził Garanda i zarzucił go na ramię. Odczepił lunete ze Springfielda i schował do chlebaka. Coś mu mówiło, że się przyda.
-No jesteś. Idziemy. Nie mam ochoty jeździć po ciemku. A właśnie. Dobrze prowadzisz?

Wieszkto
Jimmy był w swoim żywiole. Zrobił co mu kazano zebrał graty do kupy udało mu się zdobyć prowiant - nie dużo ale zawsze coś.
- Kiedyś jeździłem traktorem jak nie będzie korków powinienem dać radę - uśmiechnął się pod nosem. Następnie spojrzał na swego garanda.
- Kurde przydałyby się thompsony bo tym to za dużo Niemców nie zabijemy...

Hermes
-Nie kombinuj Młody. To tylko zwiad. Jak wszystko pójdzie gładko to nawet nie wystrzelimy. A teraz bierzemy dupę w troki bo szkoda czasu.
Zarzucił karabin na ramię, na niego plecak i ruszył w kierunku kwatermistrzostwa.

Po krótkiej rozmowie popartej odpowiednią ilością przekazanych papierków, Jimmy i Paul stanęli przed wydanym im jeepem. Na pierwszy rzut oka nie różnił się niczym od jeepów, którymi przyjechali do tej pustynnej dziury.
W zasadzie, Jimmy na wszelki wypadek sprawdził, czy pod siedzeniem, gdzie podróżował jest jeszcze przyklejona jego balonówka. To był inny jeep.
Wszystkie swoje graty wrzucili byle jak na tył samochodu. Jimmy przełykając ślinę usiadł za kierownicą.
Wcisnął rozrusznik. Jak na razie wszystko w porządku. Zaraz, zaraz jak to było z tymi pedałami? Lewy do przodu, prawy do tyłu, a środkowy zrzucał obornik?
Sinik zawył, samochód ruszył do przodu wznosząć słup piachu do góry, jedynie po to, żeby dwa metry dalej uderzyć zderzakiem w bok glinianego budynku. Jimmy przeklął cicho, gdy silnik mu, krótko mówiąc zdechł.

Hermes
-Wysiadaj! - przez zaciśnięte zęby wysyczał Paul - Ja będę prowadził. Podziwiaj widoki. A następnym razem jak czegoś nie jesteś pewien to powiedz.
Zamienili się miejscami. Wsteczny, gaz.....tumany piasku.....jedynka, gaz....ostro do przodu......Do aresztu.
-Młody, mam nadzieję, że na radiu się znasz? I zapisałeś częstotliwości i hasła?

Wieszkto
- Ależ ja świetnie prowadze tylko że to się trochę różni od traktora! Spokojna głowa radio i wszelkie sprawy związane z łącznością biorę na siebie.- Jimmy starał się zachować twarz.

Hermes
-Młody, pamiętaj że jesteśmy zespołem. Nie każdy musi umieć wszystko. Ale nie możesz brać na siebie czegoś, czemu nie dasz rady. Bo od Ciebie zależy ktoś inny. Rozumiemy się?
Finebaum zahamował przed budynkiem aresztu. Wyskoczył z jeepa i zarzucił Garanda na ramię.
-Poczekaj w jeepie. Jak ktoś go nie będzie pilnował to nie zostanie po nim ślad. Zaraz wrócę z resztą.
Złapał papiery od sierżanta i otworzył drzwi.

Wieszkto
Jimmy został w jeepie jak mu kazano. Wykorzystał chwile by sprawdzić baterie w radiostacji oraz przejrzeć czy cały ekwipunek jest kompletny. Był podekscytowany, miał nadzieje że mimo wpadki z jeepem zdobędzie zaufanie kolegów z oddziału. Był dobrym radiotelegrafistą i wiedział o tym. Do zwiadu też nie wzięli go przez przypadek. Pokaże im co potrafi!

Bez zbędnych pytań i niepotrzebnych ceregieli kapral MP zarządzajacy zmianą w areszcie przystawił właściwą pieczątkę. Rzucił Paulowi papiery przez długość biurka ze słowami:
- Dobra, są twoi. Już ich prowadzą z lazaretu.

Faktycznie, przyprowadzeni żołnierze nie wyglądali dobrze. Fredrich miał tak opuchniętą głowę, że czapka nie wchodziła mu nawet na czubek głowy. Co do Logana, to trudno było powiedzieć, jakie obrażenia odniósł, gdyż jak zwykle trzymał głowę pochyloną w kierunku ziemi. Bez słowa wsiedli do jeepa, Logan jak zwykle małomówny, Fredrich z kolei zdecydowanie nie miał ochoty na jakąkolwiek rozmowę, zwłaszcza taką dotyczącą opuchliny. Obaj żołnierze usadowili się na tylnich siedzeniach, zajmując się przysposobieniem broni.

Hermes
-Zanim ruszymy wyjaśnijmy sobie jedno. Żadnych, powtarzam żadnych rozrób bo własnoręcznie wam łby porozbijam. Zrozumiano? Możecie się nie lubić, nienawidzić, gówno mnie to obchodzi. Ale ma być spokój.
Finebaum poczekał na potwierdzenie ze strony reszty i ruszył w kierunku bazy.
-Macie wszystko? - rzucił do siedzących z tyłu.

Cohen
Pobyt w polowym szpitalu nie należał do najprzyjemniejszych. Ale Friedrich miał przynajmniej spokój.
Po kilku dniach pojawił się podoficer żandarmerii, przynosząc zwolnienie i wyganiając na zewnątrz.
Na dworzu Friedrich zobaczył jeepa, a w nim dwóch żołnierzy, których rozpoznał z pamiętnego piewszego dnia.

Rozwalił się na tylnym siedzeniu, rzeczy układając na kupę w jednym miejscu. Zorganizował sobie na prędko chłodny okład, mimo że wiedział, iż i tak zaraz wyschnie na wiór. W międzyczasie kierowca strasznie się sobą przejął. Von Manheim zbył go pogardliwym milczeniem. Jego opinia o jankesach, i tak niezbyt pochlebna, obniżyła się jeszcze bardziej.
Zajął się czyszczeniem zaniedbanego przez dni aresztu karabinu. W czasie jazdy przetarł też lunetę i przymocował ją do broni. Sprawdził ilość nabojów.

Ciosy w głowę poważnie osłabiły Fredricha. Podczas jazdy powoli zaczęły do niego docierać fakty: w więzieniu spędził raptem kilka godzin a nie, jak mu się wydawało kilka dni, natomiast w kierowcy, którego początkowo wziął za jankesa, rozpoznał swojego rodaka, Paula Finabauma.
Dobrze, że chociaż broń jest w porządku.

Wieszkto
- Tak jest! - Jimmy nie zastanawiał się długo. Nie było sensu się wychylać należało robić swoje. Czekał na początek misji obserwując pobitych kompanów. Rozumu starczyło mu by nie pytać o nic...

Jechali powoli przez miasto, milcząc. Pomimo jeszcze wczesnej godziny zauważalnie zmieniła się temperatura. Z piekielnego gorąca zmieniła się na zwykłe ciepło. Była to przyjemna odmiana po strużkach potu cieknących po plecach.

Przez ulice jechali bardzo wolno, co chwila przystając. Jakby więcej ludzi na ulicach, większy ruch, wózki, wielbłądy a pomiędzy nimi wojskowe jeepy.

Nudy. Logan oparł się stalowy pręt i zasnął.

Hermes
-Cholera - Finebauma wkurzał ten ruch. Jechał cały czas trzymając klakson.
~Tutaj się inaczej chyba nie da jechać.
-Z drogi!!! - krzyknął na właściciela dwókółki, który zatrzymał się na środku ulicy.
Chciał już wyjechać z miasta. Na pustyni będzie lepiej.

Pomimo ciężkiego ruchu, klakson był właściwym narzędziem do negocjacji z ruchem drogowym.

Po około pół godzinie udało im się wyjechać poza mur miasta. Żołnierze stojący na warcie i nadzorujący ruch ledwo spojrzeli na papiery. Zbyt zajęci byli obsługiwaniem ruchu wjazdowego do miasta.

Tuż za murem Paul zdecydował się przejechać kawałek drogi pustynią, gdyż droga na całej szerokości zawalona była ludźmi chcącymi dostać się do miasta.

Fredricha strasznie rozbolała głowa od tego ciągłego harmidru i dźwięków klasonu. Poza miastem troszkę się polepszyło.

Hermes
Po godzinie jazdy Paul miał dość. Zahamował i zjechał na coś co miało być poboczem.

-Muszę odpocząć. Młody daj mi się napić.

Wziął podaną mu manierkę i pociągnał pożądny łyk.

-Od razu lepiej. Trzymacie się tam z tyłu? - spytał oglądając się za siebie.
Odpowiedziały mu tylko ciche pomruki niezadowolenia. A niech przysypiają.

-No, Młody. Czas na lekcję. Zamiana - zaczekał aż Kid usiadzie za kierownicą i sam wskoczył na miejsce obok. Ten kto wymyślił ten samochód powinien nim jeździć do końca życia. Zero resorów ani wygód. Ile jeszcze przyjdzie nam spędzić w tym czymś......

-OK. Sprzęgło, jedynka. Dobrze. A teraz jednocześnie puść sprzęgło i wciskaj gaz........

Wieszkto
Jimmy z marsową miną usiadł za kierownice. Nie był pewien czy chce uczyć się przy wszystkich chłopcach z oddziału. Nie mógł jednocześnie wyjść na tchórza więc postanowił robić co mu kazano. W końcu jeden kierowca więcej w oddziale może kiedyś wyciągnąć wszystkich z poważniejszych tarapatów. Przełknął głośno ślinę dodał gazu i popuszczał sprzęgło...

Z początku z problemami, później coraz lepiej, Jimmy prowadził jeepa. Najlepiej zaczęło mu iść, gdy tylko uświadomił sobie, że odpada mu kontrolowanie zrzutu obornika i stwierdził, że w zasadzie to dużo łatwiejsze od traktora.

No, i tylko sześć biegów, w traktorze miał siedemnaście.

Wesoło mknęli po drodze, nie niepokojeni przez patrole. Zdecydowanie temperatura zmieniła się na znośną i dodatkowo ustał wiatr. Gdy poprzednio jechali do miasta nie było tak dużego ruchu.

- Ciekawe - pomyślał Friedrich - pewnie krajowcy podróżują tylko w takich porach dnia kiedy nie jest tak cholernie gorąco. Jeśli tak będzie codziennie, to nawet na tej pustyni da się przeżyć.

Hermes
Finebaum, początkowo spięty, rozluźnił się po pierwszym kwadransie jazdy z Młodym. Widać było, że nie najgorzej szło chłopakowi. Paul postanowił odpocząć chwilkę. O ile w ogóle w tym hałaśliwym i niewygodnym jeepie da się zasnąć. Nie zazdrościł tym z tyłu. Tam dopiero musiało rzucać.

-Młody! Nieźle! - starał się przekrzyczeć zgrzytanie skrzyni biegów i ryk silnika na dużych obrotach.

Wieszkto
- Dziękuję panie Finebaum staram się... - Jimmy z każdą minutą czuł się pewniej prowadząc jeepa. Starał się jechać prosto bez kombinowania ewentualnie omijając co większe doły. Przestał zwradcać uwagę na pogodę jazda samochodem pochłonęła go całkowicie...
- Daleko jedziemy??...

Hermes
- Młody, nie panie Finebaum. Juz mówiłem. Jestem Paul. Jak zmęczy Cię droga to powiedz. Zaminimy sie wtedy. A jedziemy dosyć daleko. Przed nami parę godzin drogi - Odwrócił się do tyłu - Musimy wrócić się na meijsce zasadzki. Trzeba sprawdzić czy ten facet którego załatwiliśmy to Niemiec.

Po kilku godzinach spokojnej jazdy żołnierze dotarli na miejsce zasadzki. Paul kazał zaparkować jeepa trochę przed miejscem zdarzenia, tak by móc się rozejrzeć po okolicy i ewentualnie ubezpieczyć się od kolejnej zasadzki.
Paul bardzo żałował, że nie miał lornetki, bardzo by mu się teraz przydała.
Poprosił swojego rodaka o odpięcie lunety ze snajperki. Wziął do ręki precyzyjny element i zlustrował okolicę.
Wszystko wyglądało spokojnie, ale przecież poprzednim razem też wyglądało spokojnie.
Jedna rzecz nie dawała Paulowi spokoju - z tego co pamiętał w miejscu pochówku ciał ustawili prowizoryczny krzyż z pogiętego ckm-u.
Przez lunetkę wyglądało to tak, jakby ktoś ten "krzyż" wyjął i chyba ...chyba rozkopał grób?

Cohen
- To może być zwykły przypadek. Ckm mógł się po prostu przewrócić. - powiedział, gdy Finebaum zrelacjonował im, co zobaczył.
Odebrał od niego lunetę i zamontował ją do karabinu.
- Finebaum i ty, jankesie, idźcie to sprawdzić, będę was osłaniał. Dzieciak zostanie ze mną. Nie wyłączaj silnika. - mruknął do Kida. Odbiezpieczył i załadował broń.

Hermes
- Hmmmm.....A może jednak JA tu dowodzę? Zrozumiano? - Paul zaczekał na reakcję pozostałych - Sprawdzić broń. Logan, idziemy. A Ty- powiedział do Friedricha - nie spudłuj.
Czy to deja vu? Sytuacja się powtarza. Znowu spacerują do tej ciężarówki. Miejmy nadzieję, że nie będzie całkiem tak samo.

Cohen
A więc jednak można nie być Amerykaninem, a mieć ich kompleksy. Trudno. Friedrich westchnął ciężko i odpowiedział spokojnie Finebaumowi:
- Posłuchaj chłopcze, tak się składa, że już walczyłem w tej wojnie i nie mam ochoty znowu wracać do Stanów z medalem za to, że jako jedyny przeżyłem. Nie rób więc z siebie generała. To zmniejsza szanse na przeżycie wszystkich z nas.
Gdy obaj już odchodzili, oparł kolbę o ramię i zaczął uważnie lustrować okolice ciężarówki. Wszelkie dziwne górki (albo dołki), łachy piachu, ślady.

Wieszkto
Kid niewiele się odzywał. Pierwsza akcja po lądowaniu powodowała dodatkowe zdenerwowanie. Nie podobały mu się kłótnie w oddziale. Finbauma mianowali dowódcą i nikt nie powinien podważać jego autorytetu na polu bitwy póki się sprawdza. Nawet jeśli jest się doświadczonym weteranem. Co innego wskazówki, a co innego jawna reprymenda. To nie mogło doprowadzić do niczego dobrego. Ustawił samochód tyłem do kierunku, w którym mieli udać się koledzy. Wrzucił luz i wysiadł z szoferki. Odbezpieczył broń sprawdził magazynki i obserwował rozwój sytuacji...

Ostrożnie, krok po kroku, ubezpieczajac się nawzajem Paul i Logan zbliżali się do ciężarówki. Wyglądała dokładnie tak samo, jak ją zostawili, nic nie wskazywało na to, że ktoś się w niej schował, czy też w ogóle cokolwiek przy niej majstrował.
Zdecydowanie jednak ktoś "ruszył" grób.
Pogięty ckm leżał z boku, widać nikt się nim nie zainteresował. Grób był rozkopany, wszędzie dookoła niego usypane zostały pryzmy piachu pochodzącego z grobu.

Hermes
-Logan, sprawdź ciężarówkę - mruknął Finebaum.
Sam ujął mocniej Garanda i wolno podszedł do grobu. Zajrzał do środa i spróbował zorientować się czego ktoś mógł tu szukać.

Obejrzał się na resztę i pomachał ręką, żeby podjechali.

Logan z wyciągniętym karabinem podszedł do ciężarówki, spojrzał do szoferki, pod koła i na pakę. Podszedł do Paula i potrząśnięciem głowy dał mu znać, że na ciężarówce wszystko w porządku.

Paul podszedł do krawędzi grobu. Ktoś, kto rozkopał grób, sądząc po śladach nie używał saperki. Pojedyncze, jeden tuż przy następnym znaki pozostałe po wygarnieciu piachu przypominały rowki nawadniajace. Paul widział kiedyś takie znaki, gdy będąc dzieckiem widział mrowisko rozgrzebane pazurami przez mrówkojada. Ale przecież nie ma takich dużych mrówkojadów i nie występują one w afryce...
To musieli być ludzie. Zabrali ciała Tuaregów, został tylko ten, którego Paul rozkwasił granatem. Na wpół przysypane piachem plecy ukazywały szkarłatne plamy po zaschłej krwi.

Wieszkto
Jimmy dostrzegł sygnały Paula. Schował karabin do samochodu i wskoczył do szoferki. Poczekał aż jego kompan załaduje się na samochód i ruszył w stronę ciężarówki.
- Ciekawe czy znaleźli szkopa...?

Hermes
-Cholera..... - Finebaum miał dosyć tego widoku już poprzednio. Wyciąganie trupa bardzo mu się nie podobało. Ale cóż. Nie mógł wymagac od kogoś wiecej niż od siebie. Podał karabin Loganowi i wskoczył do grobu.
~Pewnie trzeba będzie użyć saperki, żęby go wyciągnąć - pomyslał.
Męczył się przez chwilę próbując odwrócić trupa, ale jedynym efektem jego pracy był osuwający się piach.
- Podaj mi swoją saperkę - powiedział do Logana.

Logan nie ociągając się podał Paulowi swoją saperkę, przy jej pomocy Paul zaczął systematycznie odkopywać ciało. Po kilku minutach tej iście syzyfowej pracy, pojawiły się widoczne efekty. Paul oddał saperkę Loganowi, otał pot z czoła i odwrócił trupa "twarzą" do wierzchu.
- Ale pasztet...

Buty na nogach wyglądały dokłądnie tak samo jak buty jakiejkolwiek armii w tej wojnie. Spodnie w kolorze pustyni, brak pasa, koszula z krótkim rękawem w kolorze pustyni, brak dystynkcji i epoletów, na szyi brak nieśmiertelnika. Całość poorana odłamkami i doprawiona kechupem.
Szkoda, że nie można się go spytać czy szprechen sie deutche?

Wieszkto
- Hmm - Jimmy zatrzymał samochód złapał karabin i podszedł do kolegów.
- Niemiec?... Słyszałem że oni sobie robią jakieś tatuaże czy coś...? - starał się wyglądać poważnie mimo że nie bardzo wiedział o czym mówi.

Hermes
-Nie chrzań, Młody - Finebaum był zbyt zniesmaczony widokiem tych resztek, żeby być miłym - Łap za radio i spróbuj wywołać Rocka. Zobaczymy co on na to. Pomóż mi wyjśc stąd - zwrócił się do Logana.

Wieszkto
- Tak jest! - Kid skrzywił się gdy go skarcono. Chciał dobrze a wyszło jak zwykle. Szybko wskoczył na tył jeepa i zaczał rozkładać radio. Po chwili był gotów. Sprawdził częstotliwość i wymruczał do słuchawki:
- Radosna kompania do smutnego sierżanta over... - miał nadzieje że nie pomylił tych durnych kryptonimów które podano mu po desancie.
- Radosna kompania do smutnego sierżanta słyszycie nas?...

Kid kilkukrotnie powtórzył kod wywoławczy, za każdym razem coraz bardziej się pocąc.

- Radosna kompania do smutnego sierżanta no odezwijcie się, no...

Niestety poza ogromną liczbą zakłóceń fal radiowych nie słychać było niczego. Kid cały zaczerwienił się na twarzy.
cholerka, czyżbym znowy skrewił sprawę?

Na wszelki wypadek przeszukała inne fale radiowe. Gdy przesuwał gałkę długości fal radiowych biały szum nasilał się. Nic na częstotliwościach zastrzeżonych, nic na wojskowych, nic na ogólnych...

Kid szybko przestawił radio na odbiór cywilny. Co jak co, ale Kair powinno być słychać.
Kid dwukrotnie sprawdził czy wybrał właściwą falę. Fala była dobra, tylko...

Tylko Brytyjskiego radia w Kairze nie było słychać... ani żadnego innego...

Wieszkto
Chłopak zastanowił się chwilę. Przypomniał sobie szkolenie. Wykonał kilka uspokajających oddechów i ponownie zaczął systematycznie sprawdzać sprzęt. Zasilacz - chyba działa bo są szumy w głośniku, słuchawka - podpięta właściwie, antena - hmm podłączona, częstotliwości - zgadzają się...
- Kurde czego ten szajs nie działa... Panie Paul mamy problem radio nie może złapać sygnału. Cisza nawet tam gdzie zawsze coś nadają!... - spojrzał pytająco na Finbauma...

Hermes
Finebaum miał dosyć. Pułapki, Tuaregowie, Niemcy, popsute radia......za wiele jak na jego siły. Wiedział, że będzie ciężko, ale.....

-Młody, zostaw to. One nigdy nie działają kiedy trzeba. 15 minut odpoczynku i wracamy. Juz mnie dupa boli od tego siedzenia.

Zajrzał jeszcze raz do grobu i spoglądał dłuższą chwilę na trupa.

-Friedrich, Logan, zakopcie go. I ustawcie ckm spowrotem.

Usiadł w cieniu ciężarówki i wyciągnął manierkę.

Wieszkto
Jimmy spojrzał na kolegów. Był zniechęcony - wszystkiego czego się tkneli nie udawało się. Zrezygnowany złożył radio i napił się łyk wody. Miał dość tej cholernej pustyni mimo że był tu tak krótko. Rozejrzał się na spokojnie wokół.
- W sumie co za różnica czy to Niemiec czy nie? Strzelał do naszych więc wróg...

Gdy Friedrich i Logan zaczęli ponownie zasypywać grób, Jimmy jeszcze raz sprawdził radio. Radio było według niego w porządku, nie rozumiał dlaczego nie był w stanie złapać żadnej fali.

Rozebranych do spodni żołnierzy pracowicie machających łopatami owiał przyjemny, zimny wietrzyk. Od razu lepiej im zaczęła isć robota.

Paul rozejrzał się jeszcze raz dookoła. Dziwne. Temperatura stale spadała, a teraz jeszcze ten wietrzyk, zupełnie nie jak na pustyni. Na horyzoncie, w kierunku południowego wschodu coś mu zamajaczyło, ale wiedział, że aż z takiej odległości bez porządnej lornetki, nawet przez lunetę snajperki za dużo nie zobaczy.

Hermes
Finebaum w pierwszej chwili wziął to za majak. Tyle czasu bez pożądnego odpoczynku musiało mu zaszkodzić. Ale po jakimś czasie.......co to mogło być. Wstał wyraźnie zainteresowany. Musiał miec dziwny wyraz twarzy, bo reszta zaprzestała swoich czynności.

-Zakopcie to szybciej. Może trzeba będzie się zbierać - wskazał na horyzont - Może to nasi, może Niemcy a może burza piaskowa. A może przywidzenie. Tak czy inaczej nie chce tu stać dłuzej niż to potrzebne. Młody, skończ się bawić tym radiem. Nie działa to nie działa. Rozjerzyj się lepiej czy ci, co tu byli nie zostawili czegoś może.

Wrzucił swojego Garanda do jeepa i podszedł do rzeczy Friedricha. Szybciej będzie to widoczne przez lunetkę niż gołym okiem. Wdrapał się na kabinę ciężarówki wychodząc z założenia, że z góry lepiej widać, przyłożył oko do lunetki i czekał.......
~Czy to się zbliża? – pomyślał

~Czy to się zbliża? - pomyślał Paul.
~A załóż się o swój tyłek, że tak.
~Nasi nie, bo by coś podali, że będzie armia podchodzić... Szkopy? Ale to tuman kurzu taki, że to chyba Rommel i wszystkie oddziały Mussoliniego razem wzięte, a kto by się troszczył o taką dziurę? No chyba że już wiedzą o porcie...
~A może burza piaskowa? Hm, wszyscy miejscowi kierowali się do miasta, w radiu tylko zakłócenia, no i ta dziwna pogoda...

Hermes
-Verdammt - zaklął Paul - Zbieramy się NATYCHMIAST. Ja prowadzę. Nie ociagaćsię. Musimy zdązyć przed burzą do miasta.

Nie czekając na reakcję innych wsiadł za kierownicę.

- No to czeka nas rajd przez pustynię - uśmiechnął się do pozostałych kiedy już wsiedli, tylko po to, żeby ukryć swoje zdenerwowanie - Trzymajcie się! - krzyknął i wcisnął pedał gazu.

Wieszkto
Kid ledwo zdążył wrócić do samochodu. Skulił się na pace z karabinem na kolanach i radiem pod nogami. Rozglądał się nerwowo w kierunku zapowiadanej burzy. Nie znał się na pogodzie musiał wierzyć na słowo i wcale nie podobało mu się to co mówili starsi koledzy.
- Cholera byle do miasta...

Paul, trzymając się drogi dociskał pedał gazu najbardziej, jak tylko był w stanie. Pozostali pasażerowie jeepa musieli bardzo dużo uwagi i wysiłku poświęcać na to, aby pozostać wewnątrz pojazdu, który na nierównej pustynnej drodze stale podskakiwał, trząsł się i telepał.

Burza piaskowa szybko zbliżała się w ich kierunku. Widać było tuman kurzu i piasku unoszony silnymi podmuchami wiatru na kilka metrów do góry.

Rozpoczęła się walka z czasem i odległością. Burza zmierzała z południowego wschodu, natomiast jeep jechał drogą prosto na północ. Żołnierze do końca nie wiedzieli, czy uda im się dotrzeć do miasta przed atakiem burzy oraz jak zachowa się burza po dotarciu do oceanu.

Paul żałował, że nie kazał zabrać plandeki z ciężarówki, mogła im się teraz przydać.

Hermes
Z Paula kiepski był rajdowiec, ale przynajmniej nie rozbił jeepa......narazie......Musiał się skoncentrować.
- Młody, zerknij na mapie czy w pobliżu nie masz jakiś osad, żeby można się było schować przed tą burzą - krzyczał poprzeż ryk silnika pracującego na wysokich obrotach - A reszta nie zobaczy ile mamy bandaży. Mogą się przydać jako maski.

Wieszkto
Kid mocował się jakiś czas z kapownikiem. W końcu udało mu się zerknąć na mapy.
- Hmm co my tu mamy... - patrzył z nadzieją że znajdzie jakąś osadę lub punkt zbiorczy...

Kid przejrzał mapę. Zgodnie z tym, co widzieli pokonując tą samą trasę dwukrotnie, na mapie nie było niczego. Najbliższym punktem, gdzie mogli szukać schronienia było miasteczko. Jedyny ratunek w ciężkiej stopie Paula.

Na kolejnym z zakrętów jeep prawie wypadł z drogi, kilka pomniejszych fantów, jakaś saperka oraz jeden z kanistrów z benzyną wypadły z paki.

Paul wyrównał szybko pojazd i docisnął gazu wyprowadzając wóz z zakrętu.

Wieszkto
- O matko Boska! Nic tu nie ma az do miasteczka!!! - Jimmy staral sie przekrzyczec ryk samochodu. Szybko zwinal mape i staral sie utrzymac w jeepie.

Hermes
-Cholera, można się było tego spodziewać.
Paul sprawdził poziom paliwa i szybko w myślach obliczył, czy starczy im do bazy. Bo jeśli się zatrzymywac i dolewać to lepiej teraz niż podczas burzy.

Na razie, patrząc na zegar paliwa Paul stwierdził, że na pewno nie będzie konieczności skorzystania z dodatkowego paliwa, na razie spalili zaledwie jedną ósmą część zbiornika.

Paul stale dociskał gaz, starając się utrzymać najwyższą możliwą prędkość. Wystarczył jednak rzut oka w lusterka, by przekonać się, że tę walkę ciągle przegrywają. Kłęby piachu pchane wiatrem doganiały ich, po kilkunastu minutach zdało się, że nieuchronnie czeka ich spotkanie z burzą piaskową. Piasek zaczął się już podnosić z miejsc których jeszcze nie minęli, od uderzenia burzy dzieliła ich najwyżej minuta-dwie.

Wieszkto
Kid starał się jak najlepiej zabezpieczyć radiostacje. Nie było to łatwe przy tak szybkiej jeździe alezawinał całość w jakiś podkoszulek znaleziony w wozie...
- Nie zdążymy....

Piach, kłębiący się za jeepem na sekundę cofnął się, ale tylko po to, żeby ponowić atak ze zdwojoną siłą.

Jeep został pochłonięty przez burzę. Niewyobrażalna siła uniosła samochód na kilka metrów do góry i z całej siły uderzyła nim o ziemię. Żołnierze wypadli na zewnątrz, rozsypując się jak gruszki z koszyka. Każdy z nich przyległ do ziemi, osłaniając głowę przed szaleńczymi uderzeniami wichru z piachem.

O dziwo, poza tym pierwszym silnym uderzeniem burza nie była tak sroga, jak się mogło wydawać, widocznie w drodze do oceanu traciła impet.

Na pierwszy rzut oka nic się nikomu nie stało, ale jeep leżał w wydmie, z tylnymi kołami sterczącymi wysoko w powietrze i zakopaną maską.

Piach cały czas krążył w powietrzu, powodując że widoczność spadła do dwóch-trzech metrów. Resztki rozbitego radia poniewierały się po pustyni.

Cohen
Friedrich wygrzebał się z piachu, otrzepał i rozejrzał. Wyglądało na to, żę wszyscy przeżyli, ale radio szlag trafił. Jeep też nie wyglądał najlepiej. Wiatr nadal mocno zawiewał, a niesiony przezeń piach wdzierał się wszędzie. Von Manheim nacisnął mocniej czapkę na głowę i postawił kołnierz kurtki.
- Wstawajcie, trzeba odwrócić jeepa i sprawdzić czy jeszcze do czegoś się nadaje. Musimy jak najszybciej wrócić do miasta. - rzucił do towarzyszy, po czym sam ruszył zebrać swoje rzeczy, a potem do pojazdu.

Wieszkto
Jimmy bezradnie patrzył na radiostacje. Zebrał resztki tego co znalazł.
- To nie moja wina! zabezpieczyłem ją przecież widzieliście! - chłopak bardzo się przejął stratą sprzętu...

- Hmmmm.....A może jednak JA tu dowodzę? Zrozumiano? - wypluwając piach z ust warknął Paul . - Wszyscy wstawać, trzeba odwrócić jeepa i sprawdzić czy się jeszcze do czegoś się nadaje. Musimy jak najszybciej wrócić do miasta.

Wspólnym wysiłkiem i za pomocą saperek udało im się wydobyć jeepa z pryzmy piachu. Pojazd stał w miarę prosto, Paul usiadł za kierownicą. Na pakę załadowali wszystko, co się nadawało, łącznie z resztkami radia.

Jeep lekko krztusząc się ruszył do przodu, wśród chmury pyłu i piachu. Widoczność spadła do około 5-10 metrów, więc szybkość z jaką się mogli poruszać to było zaledwie kilka mil na godzinę.

- Żeby tylko trafić w miasto - zauważył Fredrich.

Wieszkto
- Musi się udać! - Kid zaczął przeszukiwać chlebak.
- Miałem tu gdzieś mapki ze sztabu byleby tylko jakoś określić naszą pozycje... yyy albo miałem mieć! Cholera wiedziałem że o czymś zapomnieliśmy! Teraz to chyba po gwiazdach będziemy szukać sztabu - z nadzieją zerknął w niebo ale szybko uświadomił sobie że to raczej niewykonalne w tej chwili....

Po przejechaniu kilkuset metrów silnik jeepa zakrztusił się mocniej niż zwykle i po kilku nieudanych próbach podjęcia normalnej pracy zdechł.

Żołnierze wysiedli z jeepa i otrzepali z mundurów piasek, który zdążył na nich osiąść. Paul podniósł maskę samochodu i przez chwilę przeglądał silnik.

Paul poluzował chustę, którą zawiązał sobie na twarzy, tak by piach go nie dusił.
- Dupa blada. gaźnik się zapchał.

Wieszkto
Kid bezskutecznie próbował pozbyć się piasku,
- Niech to szlag co jeszcze może się wydarzyć... - wymruczał pod nosem.
- Panie Finbaum za pozwoleniem może ja zerkne na ten silnik. - zaczął przepychać się w stronę maski,
- Chyba nie pozostaje nam nic innego jak po prostu go przeczyścić? Może wystarczy wyjąć filtr i przedmuchać albo przelać wodą z menażki? Wiem to rzeźba w gównie ale może wóz pojedzie jeszcze kawałek?

Hermes
-Rób co chcesz, byle działało - Paul otrząsnął się z piasku - I pospiesz się.
Finebaum źle się czuł. Przez jego głupotę stracili dużo czasu i radio.
-Logan, Friedrich. Sprzawdzcie resztę ekwipunku. Może nas czekać spacer - starał się przekrzyczeć wiatr.

Kid podniósł maskę jeepa i zaczął grzebać w jego wnętrznościach. Po chwili grzebania poddał się. Zamknął maskę.

- Panie Finebaum, bez warsztatu nie dam rady. Żeby chociaż przestało tak wiać piachem, to może coś tam by się udało, ale tak, to... szkoda słów.

Logan i Friedrich zrobili szybki przegląd ekwipunku, przygotowali wszystko co tylko byli w stanie unieść.

Paul przeklinając w myślach myślał co dalej zrobić.
Czeka ich spacer w burzy piaskowej. Ale czy zostawić jeepa na środku pustyni? Może uda się go popchnąć... Ale to taki szmat drogi...

Hermes
-Kid, za kierownicę. Spróbujemy na pych - Finebaum miał już dość pustyni a to dopiero początek.
Oczy już dawno załazawiły mu się. Zapamiętać - gogle to podstawa. Zakaszlał mocno i wraz z pozostałymi dwoma stanął za jeepem.
- Miejmy nadzieję, że ten cud techniki rzeczywiście jest taki wytrzymały jak o nim mówią.

Już po kilku krokach okazało się, że wybór najlżejszego na kierowcę okazał się trafny. Jeep w normalnych warunkach pewnie zaskoczyłby od razu jak skowronek, ale w realiach burzy piaskowej, nawet nie tak zabójczo groźnej, gdy nie widać było wyraźnie, czy za kilka metrów nie będzie trochę pod górkę, a koła co i rusz boksowały na piasku.

Po kilkunastu ponawianych próbach odpalenia jeepa "na pych" żołnierze zrezygnowali.

Do przepoconych koszulek szybko przylegał krążący w powietrzu piach, ziarnka piasku zlepiające włosy doprowadzały powoli do szaleństwa.

Hermes
-Cholera, zostawcie to. Zostajemy tutaj. Znajdżcie coś, żeby się przykryć. Może jest w jeepie jakaś płachta albo chociaż peleryna?
Paul sam podszedł do samochodu, żeby rozejrzeć się co tam w ogóle może być.
-Spróbujmy się schować za jeepem, chociaż to kiepska ochrona.

Żołnierze zaimprowizowali osłonę przed burzą, na karabinach osadzając rozpięte mundury wraz ze wszystkimi resztkami brezentu i szmat, jakie znaleźli w jeepie. Stanowiło to byle jaką, ale w końcu jakąś osłonę.

Tak schronieni czekali na ustanie podmuchów burzy.

Kid wtulony w stal burty jeepa rozmyślał, jak długo może potrwać taka burza i czy ich przez przypadek nie zasypie.

Wieszkto
- Panie Finebaum ile to jeszcze potrwa? - dzieciak kulił się i trzeba przyznać że bał się żywiołu na pustyni.
- Czy to możliwe że ktoś nas tu rychło znajdzie? Ciekawe jak daleko jesteśmy od bazy...? Szkoda tego radia można by wezwać pomoc, może byśmy je naprawili...?- pytania nasuwały się jedno po drugim....

Hermes
-A co chcesz naprawiać? W tym pyle? Relaksuj się lepiej, ostatnia szansa - Paul tracił cierpliwość - Uspokój się i wszystko będzie ok.
Jakoś sam nie mógł się zmusić do takiego myślenia. Trzeba będzie wymyślić coś, żeby się stąs wydostać.

Około dwie godziny później burza zaczęła się trochę przerzedzać, a jakieś trzy godziny później zrobiło się na tyle przejrzyście, że żołnierze mogli opuścić tymczasowe schronienie.

Piasek w tym czasie zdołał zasypać jeepa do połowy, bardzo dużo piachu osadziło się w jego środku.

Żołnierze zaczęli odkopywać jeepa oraz opróżniać jego wnętrze z piasku. Kid zaczął grzebać w silniku. Wyglądało na to, że oprócz gaźnika przydałoby się przeczyścić jeszcze co najmniej kilka części, a na to nie miał ani wody, ani sposobności. Postanowił skupić się na gaźniku, i po jakimś czasie dmuchania, chuchania i polewania wodą uznał, że część nadaje się do czasowego użytku. Szkoda że nie miał ze sobą narzędzi, ponad te, które znalazł w skrzynce narzędziowej pojazdu.

Paul usiadł za kierownicę, i poprawiając się w zapiaszczonym fotelu spróbował odpalić jeepa. Ten, z lekkim charkotem przy drugiej próbie odpalił. Jeep ruszył swoją drogą, kierując się w stronę miasta.

Wieszkto
Na dźwięk silnika Kid uśmiechnął się wyraźnie. Rozejrzał się dumnie po kolegach z oddziału.
- I co? jednak przydałem się do czegoś! - siedział na pace zadowolony z siebie i nawet brak wody i strata radia nie były w stanie popsuć mu humoru.

Hermes
-Dobra robota Młody - Paul usmiechnął się - Może wreszcie coś pójdzie nam dobrze. Jak jeszcze któryś z Was powie mi, że zachomikował gdzieś trochę wody to będę w siódmym niebie.

Paul z wdzięcznością przyjął podaną manierkę. Podniósł do góry odkręconą buteleczkę i skropił resztką wody spierzchnięte i wysuszone usta. Woda, w rzeczywistości ciepła, o metalicznym posmaku i zatęchłym zapachu smakowała jak woda z najlepszego krystalicznie czystego źródła w wysokich górach Apallachów.

Jeep ruszył w kierunku, który Paul wytypował jako powrotny. Gdy tylko żołnierze ujrzeli w oddali ocean, wiedzieli już, że jadą w dobrym kierunku.

Widok miasteczka przywitali z prawdziwą ulgą, nie umknęły jednak ich uwadze zniszczenia poczynione przez rozszalały żywioł.

Co do pogody, to znowu się zmieniła. Powietrze zrobiło się wilgotne, wiatr zmienił kierunek na zachodni. Na zachodzie, w głębi oceanu widać było ciemne, sztormowe chmury.
Czyżby miało teraz dla odmiany padać?
Co będzie następne? Deszcz żab? Trzęsienie ziemi?

Hermes
Paul resztę wody wylał sobie na głowę.
~Jak przyjemnie - pomyślał

Widok miasteczka był jak widok ziemi widzianej przez rozbitków na tratwie. Taki sam zachwyt. I ulga. Prawie w domu.
Czas się stawić przed sierżantem.
-No to prawie na miejscu. Kto jest za tym, żeby spać przez tydzień? - powiedział to chociaż wiedział, że to niemożliwe.

Żołnierze udali się najpierw do punktu zaopatrzenia, by zdać jeepa. Po drodze minęli wielu cywili naprawiających swoje domy, jak również amerykańskich żołnierzy pośpiesznie naprawiających uszkodzone przez burzę piaskową umocnienia. Sierżant-zaopatrzeniowiec pokręcił trochę nosem na zniszczone radio oraz mocno uszkodzonego jeepa, ale ostatecznie sam był też świadkiem szalejącego żywiołu, więc bez większych utrudnień spisał i zaakceptował protokoły straty.

Sekcja zwiadu, kompletnie zmęczona i przeorana ciężkim dnie powróciła do zajmowanego przez drużynę domu. Jedynymi większymi uszkodzeniami wydawały się dziury w dachu, jeden z żołnierzy, z dołu sądząc Capria trzymając się belek poszycia próbował ponaprawiać poprzesuwane i pourywane gliniane dachówki.

Żołnierze weszli do kwatery i momentalnie zrzucili swoje plecaki, od kranika beczki z wodą pitną ociągnął ich władczy głos sierżanta.

- Baaaczność!

Żołnierze zwrócili się ku sierżantowi, mniej lub więcej przyjmując postawę zasadniczą.

- Więc, - ciągnął, cedząc przez żeby sierżant - najpierw szeregowy Manheim.
Stanął przed Friedrichem i z odległości kilkudziesięciu centymetrów od jego twarzy zaczął mówić:
- Wiem, że w armii kajsera było inaczej, ale do naszej armii musisz się przyzwyczaić. Tutaj króluje praca zespołowa, dyscyplina i wzajemne wspieranie kolegów. Podobne wybryki, jak ostatnio nie będą tolerowane. Zamiast paki będą dodatkowe służby i potrącenie wypłaty. To - tutaj, natomiast na froncie będzie sąd polowy i kula w łeb pod parkanem. W armii niemieckiej stawiają na indywidualizm, każdy szeregowy może zostać sierżantem, każdy sierżant oficerem, każdy oficer generałem. U nas sprawa jest jasna, jesteś trybikiem maszyny wojennej i jeśli nie ciągniesz, giniesz. Co do skuteczności metody walki armii niemieckiej i amerykańskiej, to chyba ostatnia wojna coś ci wyjaśniła. A teraz to też tylko kwestia czasu, kiedy będziemy się przechadzać w Berlinie i Hamburgu. Przemyśl to sobie.

Sierżant mówiąc to, stąpał kilka kroków w lewo, kilka kroków w prawo, wyraźnie widać było, że jest "nie w sosie". Kończąc mowę stanął przed Paulem.

- Teraz szeregowy Finebaum. Melduj.

Wieszkto
Kovalsky stał wyprostowany jak struna. Był potwornie zmęczony ale bał się choćby oddychać by nie skupić na sobie gniewu sierżanta. Stracił sprzęt na szczęście jakoś udało się z kwatermistrzem więc nie miał zamiaru zadzierać z sierżantem. Patrzył na Paula Finebauma i modlił się w duchu by tak przedstawił ich wyprawę aby wydawała się sukcesem a nie kompletnie niepotrzebną wycieczką....

Hermes
Paul był zbyt zmęczony, żeby silić się na poetyckość wypowiedzi.
-Sierżancie, niestety zastaliśmy grób rozkopany i ani śladu pogrzebanych tam Beduinów. A ten Niemiec.......Bez żadnych odznak, dokumentów, nic. Tak jakby ktoś celowo chciał ukryć przed nami jego tożsamość. Tylko po co?
Tutaj urwał i czekał na reakcję Rocka.
-Szefie, możemy iść się obmyć? Trafiliśmy na tę cholerną burzę podczas powrotu. Już myślałem, że będziemy wracać pieszo. Na szczęscie Młody dobrze sobie radzi z mechaniką.
Starał się trzymać na baczność, ale nie miał siły nawet na to.

- Niedobrze. Bardzo niedobrze. Zawaliłeś sprawę. Trzeba było chociaż trupa przywieźć. Może on byłby nam w stanie coś powiedzieć.

- Zróbcie coś ze sobą, bo wyglądacie jak ostatnie nieszczęście. Do końca dnia macie wolne, jutro też. Odpocznijcie, we wtorek rano idziecie na patrol. Według rozkazu będziecie chodzić czwórkami.

Wieszkto
Jimmy uśmiechnął gdy pochwalano go przy przełożonym. Poczuł się wreszcie częścią zespołu - Ci dorośli mężczyźni zobaczyli że może być przydatny że nie jest tutaj z przypadku a dla niego bardzo się to liczyło. Z ulgą przyjął zezwolenie na wypoczynek. Chciał tylko pić i spać przez najbliższe wolne dni.

Po komendzie spocznij poszedł do łaźni zmyć z siebie wszendobylski kurz a następnie udał się w kierunku pryczy. Zapadając w sen rozmyślał o tej całej Afryce - nie przypuszczał że będzie tak ciężko - nie spotkał żadnego wroga a już ledwo uszedł z życiem. Miał bić fryców a w oddziale miał Niemców od których zależało czy z całej tej przygody wyjdzie w 1 kawałku. Powoli zaczynało do niego docierać że życie ma wiele odcieni szarości i nic nie jest takie proste jak się wydaje...

Hermes
-Rozłożyć, sprawdzić i wyczyścić broń od razu. Żeby mi żaden nie poszedł się myć zanim jego broń nie będzie lśniła

Sam był zbyt zmęczony, żeby pamiętać o prawidłowym zasalutowaniu sierżantowi, więc tylko machnął ręką w czymś, co miało ten salut przypominać. Powłócząc nogami poszedł w kierunku swojej przyczy. Wprawnymi, raczej automatycznymi, ruchami rozłożył Garanda i zabrał się za jego oczyszczanie z piasku. Dobrze, że nie spotkali żadnych problemów podczas powrotu, bo ten karabin nie miał prawa wystrzelić. Dobrze, że jednym z punktów szkolenia był punkt "Jak doczyścić coś, co wygląda na niemożliwe do oczyszczenia". Troche to trwało, ale wreszcie karabin.....no może nie lśnił, ale nadawał się do użytku.

Teraz pozostawało doczyścić siebie.

Do pokoju w którym w najlepsze odpoczywali sobie żołnierze wszedł gruby kapral.

Stanął przy wejściu rozejrzał się po leżących, zdjął swój hełm i niedbale rzucił go na najbliższą wolną pryczę.

- Spokojnie, można nie salutować, to tylko przyszły wasze pieniążki. - to mówiąc usiadł z ciężkim skrzypnięciem na pryczy i umieścił sobie na kolanach teczkę. Otworzył ją i ze środka wyciągnął kilkanaście zaklejonych kartek papieru - Pierwszy prawdziwy żołd.

Kapral założył na nos okulary w drucianej oprawce, poślinił końcówkę ołówka i przygotował sobie listę wypłat.

- Stump.

Stump od razu wyrwał z ręki kaprala zaklejoną kartkę i rozerwał ją by dostać się do zielonych pieniążków.

- Hola, hola, najpierw trzeba podpisać, o tu. I jeszcze tutaj.

Kilka minut później żołd był już rozdany. Kapral spakował swoje akcesoria, na głowę wcisnął z powrotem hełm i jedynie na odchodnym puścił oko.

- No, tylko nie wydajcie wszystkiego od razu...

Żołnierze spojrzeli po swoich kopertach, jedynie ta kaprala wydawała się mieć inną zawartość. Friedrich siedział na swojej pryczy, próbując czytać podniszczoną książkę. Ani on, ani Logan nie dostali wypłaty.

Callahan przeglądając swoją kopertę wyraźnie o czymś intensywnie myślał, czym nie omieszkał się podzielić z innymi żołnierzami.

- Słuchajcie, dwóch z nas już zginęło, a to dopiero początek walki. Może zrobimy taki mały fundusz? Będziemy wpłacać po dolcu z każdej wypłaty, a połowa puli będzie wypłacana, jeśli ktoś zginie. Ci, którzy przeżyją podzielą resztę puli. Co wy na to?

Wieszkto
- Chyba lepiej jakby ta pula była wypłacana rodzinie tego zabitego a nie tym co przeżyli? - Jimmy raptownie usiadł na pryczy. Patrzył na pierwsze zarobione pieniądze w tej wojnie, ileż to harował w stanach by uzbierać choćby połowę tego a tu płacili całkiem nieźle. Przydałoby się wysłać to do rodziny im przyda się bardziej niż jemu...

- Ale to właśnie mam na myśli - połowa idzie dla tych co zginęli, czyli dla ich rodzin, a druga połowa stale zostaje "w grze", jako zachęta żeby przeżyć. Każdego miesiąca pula będzie rosła dla wygrywających o 16 dolarów.

Wieszkto
- Podział puli po powrocie do domu? Czy trzeba kogoś zachęcać żeby przeżył? - Kid nie wydawał się zachwycony ale wyjął odpowiednią część żołdu i położył na stole.
- Mój wkład... oby nie musiał szybko się przydać...

Pozostali żołnierze idąc za przykładem Kida dorzucili swoje pieniążki do kupki leżącej na stole.
Callahan podniósł je, kilka razy postukał, żeby wyrównać banknoty i śliniąc palec wskazujący powoli zaczął liczyć.

- Jedna uwaga, ja mam takie parszywe przeczucie, że nie dożyję końca wojny. Ktoś zaufany musi te pieniądze nosić, ja proponuję, żeby był to O'Brian. jakieś sprzeciwy? Nie, to dobrze. Łap rudzielcu! - rzucił mu zwitek banknotów, który Irlandczyk chwycił jedną ręką i schował za pazuchą z lewej strony.

O'Brian pogłaskał wybrzuszenie kurtki z prawej strony.

- Możecie być pewni, że tutaj będzie bezpieczne. No nic, ja też mam nadzieję, że szybko ich nie użyję.

Capria przeczesał włosy ręką i zapalił papierosa.

- Wiecie, sierżant, jak tylko wrócił ze sztabu chodzi jakby mu ktoś gniazdo szerszeni w tyłek wsadził. Ciekawe na kim się to skupi... Ktoś chce
papieroska?

Szeroko zawinął ręką, kierując wśród obecnych paczkę z camelami bez filtra.

Wieszkto
Kid widząc że mężczyźni kolejno sięgają po papierosa sam również wyciągnął rękę. Zapalił papierosa i natychmiast zaczął kaszleć. Jak zwykle chęć zaimponowania kolegom wpędziła go w kłopoty. Odrzucił ze złością papierosa.

- A skąd mam wiedzieć?! Pewnie znów wyśle nas na wycieczkę po pustyni w poszukiwaniu niczego!

Na słowa Kida żołnierze roześmiali się. Widać miał zadatki na oddziałowego dowcipnisia. Gdy Kid jeszcze kilkakrotnie kaszlnął, zorientował się, że śmiech żołnierzy bardzo szybko ucichł. Chyba ktoś stał za jego plecami.
Ciekawe kto. Kid szybko się odwrócił.

- O, dzień dobry sierżancie... - Kid odruchowo przyjął pozycję zasadniczą.

Sierżant zgromił Kida spojrzeniem, ale ani słowem nie skomentował tego, co siłą rzeczy musiał usłyszeć.

- Mamy nowe rozkazy. Od razu mamy zając się patrolowaniem miasteczka. Patrole będą dwuosobowe, w razie potrzeby zwiększymy je do czterech żołnierzy. Aby zwiększyć ewentualną siłę ognia patrolu, jeden z żołnierzy dostanie zamiast garanda thompsona.

Sierżant nie mógł długo wytrzymać widząc zakopcony dymem pokój. Sięgnął do kieszeni munduru i odpalił papierosa. Kid, jako stojący najbliżej zauważył, że sierżant zamiast cameli palił marlboro.

- W miasteczku ujawniła się siatka niemieckich agentów. Pewnie jeszcze nie wiecie, ale siły Vichy w Afryce skapitulowały, poszczególne francuskie jednostki będą przechodzić w nowoformowane siły wolnej Francji. Wczoraj w nocy zaobserwowano U-boota, który krąży gdzieś w pobliżu. Do naszego portu zostaną skierowane dwie kanadyjskie korwety i zapolują na tego nieproszonego gościa. Sęk w tym, że U-boot nadawał i odbierał meldunki z Abi-Asent. Na razie czekamy na specjalistów od radiolokacji.


- Do czasu namierzenia radiostacji jest zakaz opuszczania i wjazdu do miasta, oprócz portu. Godzina policyjna jest ustalona na 20.00. Każdy po tym czasie bez przepustki ląduje w więzieniu. Dostaniecie na wszelki wypadek kajdanki. Zaczynacie od zaraz. Szeregowi Kovalsky i Finebaum ruszają jako pierwsi.

Wieszkto
Już miał powiedzieć: A nie mówiłem ale ugryzł się w język aby nie podpaść bardziej, Thompson - upragniona broń Kovalskiego była w zasięgu ręki. Wyprostował się i odmeldował.
- Tak jest panie sierżancie, idę pobrać broń... - ruszył pędem po karabin zanim ktokolwiek go zatrzymał. Po pomyślnym poraniu Thopmpsona oraz amunicji wrócił do kolegów dumny z nowej zabawki.
- Panie Finbaum jestem gotowy...

- Młody, nie panie Finebaum. Ile razy mam ci powtarzać? Już mówiłem. Jestem Paul

Kid jak zwykle pominął uwagę Paula mimo uszu, zbyt zajęty badaniem stanu technicznego nowej zabawki. Był inny niż te gangsterskie wersje, jakie widział w kinie, ale na potrzeby Afryki był na pewno w sam raz.

Żołnierze wyszli poza swoją bazę i zaczęli swój patrol. Pogoda dalej była bardzo kiepska, niebo całe było zachmurzone.

Pojedynczy grzmot przetoczył się przez niebo. Paul wystawił swoją dłoń i ze zdziwieniem obserwował kroplę deszczu która spadła mu na palce. Paul spojrzał do góry. Wyglądało na to, że tam, w górze było wielu kumpli tej kropli, którzy aż palili się do ekspresowej podróży na ziemię.

- Vardamt, - zaklął Paul - Młody chodu, zaraz lunie.

Wieszkto
Ostatnie czego chciał Kid to aby deszcz popsuł mu nową zabawkę. Skoczył w stronę pierwszej lepszej zasłony gdzie zamierzał przeczekać burzę.

- Tutaj! poczekajmy aż przejdzie! - chłopar rozejrzał się do okoła bystrym okiem oceniając sytuację.

Hermes
Paul zawsze lubił deszcz. Przynajmniej jako mały chłopak. Wszystkie kałuże były jego.
Ale dziś......dziś to co innego. Młody miał rację. Nie ma co moknąć. Podbiegł szybko za chłopakiem i wcisnął się pod dach.
-Chcesz papieroska? - spytał z uśmiechem.

Kid wyciągnął rękę po papierosa. W tym samym momencie przypomniał sobie, jak ostatnio zaczął kaszleć po papierosie.

- Nie, Panie Finebaum, dziękuję, nie palę- pokręcił odmownie głową.

Żołnierze przez chwilę stali ukryci pod okapem, obserwując krople wody podążające na ziemię. Po kilku minutach uciążliwego urwania chmury, deszcz tak jakby się ustabilizował. Ziemia pokryta lekką warstwą wody zmieniła się w piaskowe błotnisko. Środkiem ulic zaczęły zbierać się i płynąć drobne strumyczki wody wypłukujące piasek. Nie było tego widać na pierwszy rzut oka, ale drogi w Abi-Asent były brukowane.

Hermes
~Wszawa pogoda. Albo gorąco, albo urwanie chmury. Nie ma czegoś pomiędzy? - pomyślał Paul.
-Chodź Młody, idziemy dalej. I zacznij się rozglądać a nie bawić.

Wieszkto
Kid z niechęcią przewiesił karabin przez ramie. Lubił tą broń i cieszył się jakby dostał prezent na dzień dziecka. Rozejrzał się po otoczeniu i powoli ruszył kontynuując przerwany marsz przez deszcz.

Deszcz prawdopodobnie wystraszył większość zwykle kręcących się po mieście osób. Sporadycznie ktoś przemykał od dachu do dachu, szukając ukrycia przed rzęsistym deszczem.

Żołnierze jeszcze chwilkę pokręcili się w okolicach portu, ostatecznie Paul zdecydował:

[i]- Dobra, Młody, wracamy do bazy, myślę że sierżant zrozumie, a jak nie to powiemy, że to po płaszcze przeciwdeszczowe.[u]

Kid z ulgą kiwnął głową. Bał się, że świeżo odebrany pistolet maszynowy będzie do remontu po pierwszym wyjściu, a i tak zanosiło się na to, że większość czasu po powrocie spędzi na czyszczeniu thompsona.

Na szczęście dla zmokniętych kur ubranych w uniformy U.S. Army sierżant był akurat zajęty robotą papierkową i nie zwrócił uwagi na przedwczesny powrót patrolu.

Po wysuszeniu się i ogrzaniu przy naprędce rozpalonym ogniu żołnierze zajęli się czyszczeniem broni.

Deszcz w trakcie nocy cały czas się utrzymywał, nad ranem lekko zelżał, pozostawiając stale zacinającą mżawkę.

Nad ranem patrol znowu upuścił bazę, i wyruszył by patrolować miasto.

Po około godzinie dreptania w różne zakątki i poznawania zaułków miasta żołnierze trafili na zbiegowisko. Tłumek ludzi w burnusach otaczało półkolem róg ulicy i głośno komentowali coś po swojemu, żywo gestykulując.

Wieszkto
Kid spojrzał wyczekująco na Finebauma. Wział thompsona w dłonie przygotowany na każdą ewentualność. Nie znał tutejszego języka więc p[o prostu zaczął się rozglądać oceniając sytuację.

- Podchodzimy obaj ja ubezpieczam... - lubił szybkie decyzje a jego kompan tym razem reagował zbyt wolno.

Paul nie czekając na Kida przepchnął się przez pierwszy szereg stojących, ramionami odpychając kolejne, ubrane w burnusy postacie.

Oczom żołnierzy ukazali się stojący obok siebie amerykański żandarm i francuski policjant, pochyleni nad rozpostartą na drodze dużą, brezentową płachtą. Nie widać było, co ona skrywa, ale powoli wymywane spod niej przez nieustannie siąpiący deszcz ciemno-szkarłatne zacieki mówiły same za siebie.

Francuski flic poprawił kaptur przeciwdeszczowej peleryny i dźgnął czubkiem pałki w pierś jednego ze zbyt blisko stojących arabów.

Wieszkto
Kid kolejny raz przeklnął pogodę ale pozostawał czujny. Rozglądał się w koło powoli krocząc za Paulem. Widząc francuza starał sobie przypomnieć cokolwiek po francusku ale nie miał szans.

- BON ŻUR! - krzyknął z daleka jedyne co przyszło mu na myśl...

Amerykański żandarm z uśmiechem skierował się w kierunku Kida.

- No, mam dzisiaj szczęśliwy dzień! A już myślałem, że będę tydzień czekał na tłumacza. Dobrze znasz francuski?

Również i żandarm zwrócił się w kierunku Kida.

- Bon Jour. Je suis le gendarm premiere classe Jean Barenaux. Je trouve le trupe on la rue - ici. C'est un american soldat. Je ne sais pas que il a e tue. Est-ce que c'ile une homme ou une animale. C'est la macabre.

I po chwili znów pchnął kolejnego z arabów pałką w pierś.

- Merde! Va-toi!

Oczywiście Kid nic nie rozumiał z całej tej przemowy, już raczej z żywej gestykulacji żandarma widać było, że to on znalazł osobę przykrytą obecnie płachtą. I na szczęście słowa "amerykański żołnierz" brzmiały bardzo podobnie do tych w angielskim.

Wieszkto
- Sir ale troche wolniej z ta cala palanina. Prosze sprubowac kaleczyc troche po mojemy co tu wlasciwie zaszlo. - Kid staral odnalesc sie w calej sytuacji. Domyslal sie ze Francuz znalaz zwloki ale kompletnie nie wiedzial co robi tu ten caly tlum.

- Jak to sie stalo? - powiedzial wskazujac na zwloki.
- Panie Finbaum prosze zaprowadzic tutaj lad w czasie gdy ja sprubuje zajac sie dochodzeniem. - dzieciak cale zycie czekal by to wreszcie on gral pierwsze skrzypce.

Żandarm odetchnął ciężko, gdy się zorientował, że w dalszym ciągu go nikt nie rozumie.

Zaczął ponownie mówić, tym razem wolno i wyraźnie akcentując każdą głoskę.

- Je trouve le trupe on la rue - ici. C'est un american soldat. Je ne sais pas que il a e tue. Est-ce que c'ile une homme ou une animale. C'est la macabre. Et ici - c'est sont les arabienne visiteours. - wskazał na gapiów.

Paul, próbujący zaprowadzić jakikolwiek porządek wśród zgromadzonego na deszczu tłumku zaczął szybko mówić, tłumacząc słowa żandarma.

- On mówi, że to on znalazł trupa na ulicy, i że to amerykański żołnierz. On nie wie, co go zabiło, czy człowiek, czy zwierzę, ale to bardzo makabryczne. A ci wszyscy - po prostu przyszli sobie popatrzeć. Mów, co chcesz od tego żabojada, ja się postaram tłumaczyć na bieżąco. A tak przy okazji Młody, potrzymaj na chwilę mój karabin i daj mi thompsona.

Wieszkto
Kid skrzywił się.
- Skąd znasz francuski? Trzeba było sobie wziąć thompsona z magazynu a poza tym do rozpędzania tłumu lepszy jest grant. - mimo to podał mu swoją broń a sam podszedł obejrzeć zwłoki. Przyjrzał się dokładnie ułożeniu ciała, ranom, ewentualnym znakom szczególnym oraz otoczeniu.
- Zapytaj kiedy go znalazł i czy widział coś interesującego...

- Od dziecka miałem talent do języków. A granat to za dużo. Thompson wystarczy.

Mówiąc te słowa Paul odbezpieczył peemkę i oparł drewnianą kolbę o biodro, celując lufą w niebo.

RATATATATATATATATATATATATATA!!!

Huk serii magazynka czterdziestek-piątek wystrzelonych z thompsona odbił się echem wśród glinianych ścian domów. Flic i żandarm zrobili popisowe "padnij" z rękami na głowach, chlupocząc głośno na boki.

Plusem tego zachowania było to, że zniknęli gapie. Paul wyjął magazynek i schował go do kieszeni munduru pod przeciwdeszczową peleryną.

- Grunt, że zadziałało... - Przez rozwiewający się dym podsumował wstający żandarm.

Kid małym palcem podłubał w uchu, lekko ogłuszony nagłym hukiem.
Kid podniósł płachtę, by przyjrzeć się dokładnie ułożeniu ciała, ranom, ewentualnym znakom szczególnym oraz otoczeniu.

Kid zdołał zobaczyć na pierwszy raz tylko i wyłącznie ułożeniu prawgo ramienia zabitego. Zakrwawione ramię leżało oderwane na ziemi z ciągnącymi się resztkami ścięgien.

Kid zgiął się pod murem i głośno zwrócił śniadanie.

Wieszkto
Po opróżnieniu zawartości żołądka Jimmy otarł usta rękawem. Nie był przygotowany na taki widok a do tego zezłościło go zmarnowanie magazynka do bądź co bądź jego thompsona. Uspokoił się przez chwilę oglądając uliczkę. Następnie spokojnie jeszcze raz podszedł do zwłok by przyjrzeć się dokładniej i dokonać oględzin.

- Kur.. panie Finebaum widziałeś kiedyś coś takiego...?

Paul szybko zerknął na leżące pod plandeką ciało. Zdążył jedynie powiedzieć urwane:

- O kur...ble...blee

I poszedł w ślady Kida, dodając do resztek jego śniadania swoje, w którym widać było wyraźnie resztki nieprzetrawionej do końca jajecznicy z proszku.

Paul odplunął resztką kwasu, zaczerpniętą wodą z kałuży przetarł usta.

- Kiedyś, jeszcze jak mieszkaliśmy z rodzicami w Europie, widziałem coś takiego. Wuj zrobił na święto kaszanki. Ale wtedy to była krowa.
- Podobny do tego szkopa pojechanego granatem, tylko trzy razy gorzej.

Żołnierz leży na plecach, ma oderwane całkowicie prawe ramię. Liczne rany cięte i kłute na całym ciele, rozchlapane od ucha od ucha gardło. Rozerwana klatka piersiowa i brzuch, zmasakrowana twarz. Resztki organów wewnętrznych walają się wokół trupa. Widać amerykański polowy mundur, nie można odczytać dystynkcji, ale ma na kołnierzu znaczki piechoty w wersji oficerskiej. Nawet nie wyciągnął broni. Colt cały czas spoczywa w kaburze.

Wieszkto
- Cholera. Może on też dostał granatem? Ale chyba nie bo przecież każdy by zauważył. Wygląda na oficera piechoty więc trzeba będzie zgłosić w sztabie niech sprawdzą kogo brakuje... - Kid szukał nieśmiertelników.

- Jeśli nie granat to co? Zwierze? Psychopatyczny zabójca? Było coś podobnego w komiksach o Kapitanie Ameryce... - Jimmy mówił poważnie jakby rzeczywiście wierzył w to co piszą w komiksach.

- Spójrz ma pistolet znaczy że nie spodziewał się ataku a coś co go zabiło musiało podejść naprawdę blisko by go zaskoczyć i zadać takie rany? Co o tym myślisz? Zabieramy ciało do sztabu?

Kid przykucnął przy zwłokach i sprawdził szyję denata. Niestety nieśmiertelnik wraz z łańcuszkiem najwidoczniej zerwano razem z częścią gardła. Przełamując nawracającą falę mdłości Kid poszurał dłonią w okolicach ciała. Pomiędzy kamieniami drogi wymacał resztkę łańcuszka i blaszkę identyfikacyjną. W tym czasie swoje przemyślenia podał Paul:

- Na granat to nie wygląda. Podobnie, ale to nie to. Nie wiem co na ten temat mądrego powiedzą twoje komiksy, ale ja uważam, że zabili go dywersanci, i dopiero jak zginął to go poszarpali, żeby zastraszyć żołnierzy.

- Ciało to raczej do szpitala trzeba by zabrać, ale to raczej wezwijmy pielęgniarzy, bo my nawet nie mamy noszy, nie mówiąc o ambulansie."

Kid podniósł blaszkę do oczu, przetarł ją palcem:

- 019282736, David Niven. Trzeba dać znać do sztabu - może z takimi wiadomościami nas wpuszczą? Jak Pan sądzi?

- Na pewno, ale nie mów do mnie Pan, tyle razy Ci powtarzam...

Wieszkto
- To jak panie Finebaum zostawiamy żabojada na czatach i idziemy zawiadomić szpital i sztab? Czy rozdzielamy się i jeden czeka tu do przyjścia sanitariuszy? - Kid jak zawsze szukał oparcia wśród starszych.

- Swoją drogą ciekawe kto go tak załatwił. Jacy dywersanci mogą być tak okrutni by maltretować zmarłego. Trzeba by się zając wytropieniem tych skur... Ciekawe co na to w sztabie?

Finebaum zapalił papierosa.

- Francuz popilnuje trupa, bo mu na pewno nie ucieknie. A pewnie potrafi coś powiedzieć tutejszym. Śnieżynka [żandarm - MP ma białe hełmy] pójdzie powiadomić szpital - bo to przecież dość daleko, a my we dwóch pójdziemy do sztabu.

- Pamiętaj, że naziści są gotowi do wszystkiego. Amerykanie nie znają ich tak dobrze, ale pamiętaj, że jak się dostaniesz do niewoli, to na konwencję Genewską lepiej nie licz. Zresztą, jak osobiście dorwałbym tego, co mu to zrobił, to najpierw bym strzelał, potem strzelał, a pytania zachował na koniec.

- Jesteś jeszcze Młody, więc ci wyjaśnię: gówno zawsze płynie z góry na dół. Więc: dowódca zjedzie majora, major kapitana, kapitan porucznika, porucznik podporucznika, podporucznik sierżanta, a i tak to wszystko gówno, bo pewnie i tak to nas obarczą chodzeniem, przynieś, podaj itd. - bo będziemy już wiedzieli o co chodzi i będziemy pod ręką.

Wieszkto
- Zatem szkoda czasu. Powiedz Francuzowi żeby go pilnował i odganiał gapiów. A my żwawo do sztabu. - Kid wziął nieśmiertelnik zabitego i ruszył do koszar.

Hermes
-Młody, dwie sprawy. Oddaj mój karabin a weź swój. A po drugie, patrz jak to jest. Jak wysiadaliśmy ze statku, kwatermistrz wydawał przydział fajek. Nie chciałem swoich, bo nie palę. A on mi na to, że zacznę niedługo..... No i miał rację. Aż nie chcę na to patrzeć. - Paul odszedł kawałek ale po chwili coś sobie chyba przypomniał.
Zawahał się ale wrócił do trupa i starając się nie patrzeć zdjął pas z pistoletem z trupa. Niedobrze mu się robiło na samą myśl o tym, ale wydawało mu się, że pozostawienie broni na miejscu to nienajlepszy pomysł. Obejrzał zapiętą kaburę i ruszył w kierunku sztabu.
~Cholerna Afryka.......- pomyślał.

Tym razem wartownicy bez trudu przepuścili żołnierzy do budynku sztabu.
Szybko przesłuchani przez sierżanta siedzącego z dwoma żandarmami przy biurku tuż za drzwiami wejściowymi zostali skierowani do właściwego pomieszczenia. Tam siedząc na niewygodnych zydelkach i ściskając w dłoniach małe papierki - przepustki wypisane przez sierżanta obserwowali złożone na biurku dowody. Chwilę później do pokoju wszedł wysoki mężczyzna w mundurze marynarki wojennej. Naszywki na rękawie odpowiadały stopniowi Leutnant Commander. Usiadł za biurkiem z zapalonym papierosem w ustach, co chwila wypuszczając kłąb dymu w kierunku sufitu.
Powoli obejrzał wszystkie dowody, wyjął z kabury broń, rozładował magazynek, sprawdził komorę nabojową i powąchał lufę.
- Nazywam się Grant. - Odłożył broń z powrotem na biurko - Nie strzelał.
Głęboko westchnął.
- Więc co macie do powiedzenia?

WIeszkto
Młodemu język utknął w gardle. Rozpoznał oficera wysokiego szczebla i czuł się nie na miejscu. Popatrzył błagalnie na Finebauma że to jednak on zda raport.

- No bo my znaleźliśmy zwłoki naszego... Davida Nivena... - to jedyne co udało mu się wyjąkać w czasie podawania nieśmiertelnika.

Hermes
-Nie strzelał - powtórzył Paul - Nawet go nie wyciągnął, sir.
Stał na baczność od momentu wejścia oficera do pokoju. W końcu nie było komendy spocznij.
~Podpułkownik. Ciekawe czemu aż tak wysoko to zaszło. Może ten Niven był kimś ważnym? - pomyślał.
-Panie pułkowniku, kiepscy z nas detektywi, ale to wyglądało jakby się ktoś nad nim znęcał. Tylko po co?

- Dobra. Na początku musicie troszeczkę się uspokoić. Jak się nie uspokoicie, to nie będziecie dla mnie przydatni. Więc na początek - usiądźcie spokojnie. - Grant wskazał zydelki.

- Nie ma w tej chwili potrzeby stać na baczność, jesteśmy na wojnie, a nie na defiladzie. Dalej, nie jestem podpułkownikiem, mój stopień to odpowiednik lądowego kapitana.

- Zacznijmy od początku - Kto go znalazł - Wy? i gdzie? Mówisz, że ktoś się znęcał - na znęcanie trzeba mieć czas - jak t wyglądało? Nie wyciągnął broni - więc raczej zginął na miejscu. Jakieś detale? Coś szczególnego znaleźliście na miejscu morderstwa? Czy deszcz zmył ślady, czy coś było widać?

Wieszkto
Kid usiadł na miejscu które mu wskazano. Odetchnął spokojnie przełożony wyglądał na wartościowego człowieka co dodało mu pewności siebie. Powoli po krótce streścił mu wszystko to co wydarzyło się na ulicy od ich przybycia.

- Ślady, nawet jeśli nie rozmył ich deszcz, zostały zadeptane przez tłum, który oglądał ciało... - zakończył wypowiedź.

Hermes
- I nie myśmy go znaleźli. Tylko jakiś żabojad-policjant razem z naszym MP. Jak odchodziliśmy to policjant pilnował miejsca zbrodni a żandarm poszedł po łapiduchów - Paul ściągnął hełm i usiadł. Podrapał się w głowę - Panie Kapitanie, wiem że na znęcanie się trzeba mieć czas. Ale co w takim razie by spowodowało takie obrażenia? Przecież nie granat, słychać by było. My nie jesteśmy detektywami. Kto inny powinien się tym zająć, bo jak się nie zgłosimy po patrolu to się nasz sierżant poważnie zezłości - Finebaum wyszczerzył zęby - A jak się zezłości to, za przeproszeniem, nawet to, że trupa znaleźlismy nie wystarczy za wymówkę.
Zaciekawiony rozglądał się po pokoju.

Pokój widocznie został zaadaptowany do swojej obecnej funkcji z pokoju map morskich. Pod dwoma ścianami, w dużych, drewnianych skrzynkach stały wysokie, zwinięte mapy. Na środek pokoju zostało wstawione biurko, za którym siedział Grant. Wystroju dopełniały dwa zydelki oraz trochę papierów i pełna popielniczka na biurku. Szyby w oknach zostały zapobiegawczo oklejone papierowymi paskami, od zewnętrznej strony chroniły je płócienne rolety, przepuszczając do środka jedynie tyle światła, ile to konieczne.
Grant oddawał się w dalszym ciągu paleniu.

- Sierżantem się nie martwcie. Ja to załatwię. A tymczasem mam dla was małą robótkę. Pewnie żandarm już wrócił po ciało z ambulansem, więc pójdziecie do szpitala po raport z sekcji zwłok. Ciekawe, co powie specjalista na temat zadanych ran.

Grant pochylił się nad biurkiem i wypisał szybko mały papierek.

- No. to was autoryzuje do odbioru raportu. Szybko, w drogę!

Wieszkto
Jimmy wstał. Zasalutował jak go uczono po czym odebrał papiery. Spojrzał nie pewnie na kolegę. Nie lubił szpitali a chłopaki w oddziale mówili że odwiedziny u łapiduchów przynoszą pecha. Jednak z drugiej strony narszcie coś zaczynało się dziać. Do tej pory nie widział szkopa jeśli to oni za tym stali miał szanse wreszcie ich poznać. Popatrzył kątem oka na swojego thompsona i uśmiechnął się pod nosem.

- W takim razie nie traćmy czasu...

Hermes
Finebaum zawahał się przez chwilę.
- Panie Kapitanie, czy moglibyśmy dostać jakiegoś jeepa? Będzie szybciej to wszystko załatwiać, bo coś mi mówi, że na tym się nie skończy..... - zawiesił głos w oczekiwaniu na odpowiedź oficera.

Grant zgasił papierosa w jednej z przepełnionych popielniczek, tylko po to, żeby z paczki wyjętej z jednej z szuflad wyjąć kolejnego. Powoli pykając wypełnił w milczeniu kolejne pisemka, i podając je Finebaumowi rzekł:

- Dobrze kombinujesz, może jeszcze będą z ciebie ludzie, oczywiście jeśli nie dasz się zabić. Oprócz jeepa pobierzcie jeszcze radio, może trochę kiepsko działać przy takiej pogodzie, ale może się przydać, żebyście nie latali w kółko tam i z powrotem.

Grant podał Kidowi małą karteczkę.

- A to synu są kody wywoławcze, zapamiętaj je i zniszcz karteczkę.

Hermes
- Tak jest, sir - Paul uśmiechnął się krzywo do kapitana - Postaram się nie dać się zabić. Sir - dodał po chwili ciszy, wyprężył się na baczność i już go nie było w pokoju. Nie miał ochoty czekać, aż się oficer rozmyśli.
- Młody, szybciej, szkoda czasu. Wreszcie jest coś do zrobienia - załatw radio a ja wezmę jeepa i spotykamy się przed wejściem do budynku.

Pobiegł w strone parku maszyn.

Wieszkto
- Yes sir!

Nareszcie chłopak dostał to do czego go szkolono. Spojrzał na kody okiem fachowca i natychmiast zapamiętał je. Był wzrokowcem jak każdy facet ale techniki szybkiego uczenia pobierał jeszcze w Stanach na kursach dla radiotelegrafistów. Następnie podarł kartke na drobne kawałki i... zjadł je. Nie palił więc ten pomysł wydał mu się przedni - przynajmniej miał pewność że albo on albo nikt nie użyje właściwego szyfru.
Po dokonaniu skomplikowanej operacji spojrzał wyczekująco na Finebauma.

- Ruszajmy czas nagli...

Paul przy wejściu do parku maszynowego spotkał grubawego sierżanta, który cały czas żuł gumę. Stał tuż przy wyjściu, chroniąc się przed deszczem w bramie wjazdowej, oparty o budkę wartowników. Bez słowa wyciągnął rękę i podjął podany mu kwit. Przeczytał go szybko, zmrużył oczy, wypluwszy balonówkę na ziemię rzekł:

- Przykro mi szeregowy, ale akurat nie mam żadnego wolnego wozu. Możesz spróbować przyjść bliżej wieczora, może się coś zwolni. Wszystko jest albo zajęte albo w naprawie.

Wyciągnął rękę z kwitem, zwracając go.

W tym samym czasie Kid podjął radio wydane mu w kwatermistrzostwie.

- To, uch, dość stary model - powiedział Kid unosząc pudło - Mam wrażenie że pamiętał jeszcze Wielką Wojnę.

Kwatermistrz spokojnie odpowiedział, nie zmieniając wcale wyrazu twarzy:

- Pracujemy na takim sprzęcie, na jakim możemy. Najlepsze radia poszły do wartowników i zwiadu. Co zostało - sam widzisz. Sprawdź jak tylko wyjdziesz, czy wszystkie lampy się palą - jakby co, to dam ci kilka gratis, tak na wszelki wypadek.

Wieszkto
Jimmy nauczony doświadczeniem z burzy wiedział że każda część zapasowa może być na wagę złota. Od razu przyjął dodatkowe lampy naginając prawdę że te które dostał jako pierwsze są nie w pełni wartościowe.

Wziął radio na placy i zgarbiony wyszedł przed budynek. Tam miał zajechać po niego Finebuam. Jednak czas mijał a kompan nie pojawiał się. Po chwili Kid zobaczył kolegę maszerującego na piechotę w jego kierunku.

- O rany panie Finebaum myślałem że to mnie się nie poszczęściło dostając tego rzęcha zamiast radia ale widzę że u Pana klapa na całej linii... To żelastwo jest ciężkie jak mam to targać musimy mieć jakikolwiek środek transportu bo za pięć minut będę mokry jak po kąpieli w basenie...

Paul spojrzał się na Kida w sposób, który sprawił, że Kid zamilknął. Jedynie w duszy i po cichu żałował, że starszy kolega nie wykazał się większym uporem lub pomysłowością w organizowaniu transportu.

Nie minęło nawet te przewidziane pięć minut, a Kid był mokry niczym po kąpieli w basenie. By choć trochę okryć szerokie pudło przed padającym deszczem użyczył mu część swojej peleryny, skutkiem czego lało mu się za kołnierz. Kid kichnął poddenerwowany, to byłby pech, złapać katar w tropiku.

Przez chwilę rozważył, czy nie wykorzystać radia i połączenia z Grantem by dostać upragnionego jeepa, ale szybko rozwiał tę możliwość, wiedząc że jedynie by wkurwił dowódcę.

Wieszkto
Kid szedł noga za nogą. Miał dość. Wszystko było nie tak jak oczekiwał. Wojna miała być wspaniała przygodą. Miał dostać fajne gadżety a targał pudło pamiętające poprzednią wojnę i zdzierał zelówki zamiast pędzić samochodem.
- Kurwa... - to jedno z niewielu słów jakie dobrze znał po polsku.

Kid zezował za złością na Finebauma. On załatwił chociaż działające radio. Dobrze że szli do szpitala. Może by coś dostał na katar.

Znając drogę do szpitala doszli tam w miarę szybko, bo bez błądzenia. Kid musiał się kilka razy zatrzymać, żeby odpocząć, ale nie chciał proponować starszemu koledze noszenia "jego" radia. Zaciął zęby i niósł je cały czas sam.

Mijając ogromne kałuże, które powstały przed wejściem do szpitala, weszli do środka. Po okazaniu wartownikowi dokumentów dotarli do znanego im już lekarza. Ten przejrzał dokumenty i sięgnął po swoje.

- Jestem doktor Harry Briggs. Wypiszę wam krótką informację z sekcji, ale między nami - nie wygląda to najlepiej. Żołnierz zginął od pierwszego ciosu - w gardło. Według mnie, rany zadało zwierzę - pazurami. Co to za zwierzę - nie wiem - u mnie w Pittsburghu w zoo takiego nie było. W podręcznikach biologii też nie.

Doktor odpalił papierosa, po sekundzie zreflektował się i wysunął pudełko w kierunku żołnierzy, częstując ich.

- Albo ktoś bardzo udanie podszywał się pod zwierzę, bo rany nie wyglądają na losowe. Dostał dokładnie w gardło, a potem po tętnicach. Dość fachowo go też wybebeszono. Przy okazji - nie było tam więcej kawałków? Brakuje mu serca i wątroby.

Wieszkto
Kid skrzywił się. Targał to cholerne radio do szpitala a tu konował jaja sobie robi.

- Jakie zwierze? Sir to było w środku miasta jakby tu latały jakieś niedźwiedzie, dzikie koty czy inne zwierzęta wszyscy by je zauważyli. To był zamach sir i wszyscy o tym wiemy. Trzeba tylko znaleźć tego psychola który skasował naszego...

- Znalezienie tego psychola nie powinno być trudne - szukacie kogoś kto ma co najmniej dwa metry wzrostu i z łatwością posługuje się bronią o kształcie czterech piętnastocentymetrowych noży lub sztyletów na każdej dłoni. Zaraz, - zreflektował się lekarz, przeczesał włosy palcami - Chyba widziałem kiedyś coś takiego w muzeum, kiedy byłem na wycieczce w British Museum w Londynie, na wystawie egiptologii. Chyba wtedy kapłani stosowali to do składania ofiar. Jaka szkoda, że nie pamiętam dobrze.

Wieszkto
- Eeee... - Jimmy został zbity z tropu.
- Naczy co? Jakiś kapłan popełnił rytualne morderstwo? - spojrzał pytająco na Finebauma.

-Niee. - Lekarz przecząco pokiwał głową - Chodzi mi o to, że widziałem tam broń, która może być podobna do tej, którą zabito tego żołnierza. Nie wiem, nie znam się, ale może w tych rejonach dalej używają takich egzotycznych broni?

Wypuścił dym papierosowy w kierunku sufitu.

- A brak wątroby i serca też o niczym nie przesądza. Może nie wszystko zebrali - a te się gdzieś potoczyły, poza tym - przecież tutaj jest od licha i jeszcze trochę bezpańskich psów i kotów.

Wieszkto
Kovalsky podrapał się po głowie. Zastanawiał się czy powinien dzwonić do przełożonego i powiadomić go o hipotetycznym podejrzanym. Bał się wychylać bo ponoć nadgorliwość jest gorsza od faszyzmy a oni w sumie nie mieli niczego.

- Jakieś pomysły panie Finebaum? Nie bardzo nam idzie z tym śledztwem....
 
__________________
Make love, zabijanie zostaw profesjonalistom.

Jeśli oni mają na sprzączkach napisane "Gott mit uns", to kto jest po naszej stronie?
Jonathan jest offline  
Stary 22-10-2008, 14:07   #2
 
Jonathan's Avatar
 
Paul nerwowo otworzył nową paczkę papierosów i szybko odpalił kolejnego papierosa.

- Słuchaj Młody, na razie nam nie bardzo idzie, ale pamiętaj, że nie jesteśmy śledczymi, i że na razie wyciąganie wniosków pozostawmy tym, którzy mają brąz na kołnierzu. Pójdziemy zanieść raport koronera do Granta i zobaczymy co nam dalej zleci, może uda nam się wrócić z powrotem do naszego oddziału. Już powoli zaczynam tęsknic za gderaniem sierżanta. - Zażartował, by odrobinę rozluźnić napiętą atmosferę.

- Pokaż to radio Młody, we dwóch będzie nam lżej nieść tego grata.

Kid z kiwnięciem głowy i entuzjastycznym uśmiechem powitał pomoc Paula.
Bez przeszkód, pomijając hektolitry wody, które przetoczyły się im po płaszczach, dotarli z powrotem do biura Granta. Ten ponownie biedził się nad jakimiś papierami, poznaczonymi czerwonymi pieczątkami różnego kształtu.

Gdy zobaczył nowoprzybyłych odłożył papiery treścią do biurka i z ciekawością skierował się do szeregowców.

- No, dość długo was nie było... - Podjął raport i zaczął go na bieżąco przeglądać - Coś się wam udało ciekawego ustalić?
 
__________________
Make love, zabijanie zostaw profesjonalistom.

Jeśli oni mają na sprzączkach napisane "Gott mit uns", to kto jest po naszej stronie?
Jonathan jest offline  
Stary 30-10-2008, 14:54   #3
 
WieszKto's Avatar
 
Jim "Kid" Kovalsky

Kid stał wyprostowany patrząc z satysfakcją jak krople deszczu kapią z jego płaszcza na podłoge paskudząc pomieszczenie Granta. Odczekał chwilę i ponieważ nie doczekał się przemowy Paula postanowił zaryzykować.

Podszedł kilka kroków do biurka i położył na nim raport lekarza.

- Panie kapitanie melduje że koroner przybył na miejsce i zbadał zwłoki. Wygląda na to że mamy doczynienia z rytualnym morderstwem pozorowanym na napad jakiegoś ogromnego zwierza. Rany zadane podobno jakimiś specjalnymi ostrzami są podobne do ran zadanych szponami zwierzęcia. Może jakiś pustynny wilkołak? A może szkopy mają jakiegoś mutanta co zabija naszych? Widziałem takiego w komiksie z kapitanem Ameryką sir!

Stał oczekując na reakcję powoli uświadamiając sobie jakiego idiote z siebie robi. "Przecież kapitan na pewno nie czytał tego komiksu..."
 

Ostatnio edytowane przez WieszKto : 30-10-2008 o 19:31.
WieszKto jest offline  
Stary 30-10-2008, 18:58   #4
 
Jonathan's Avatar
 
Grant przeglądał raport koronera, ze szczególną uwagą przyglądając się załączonym zdjęciom.

- Ale jatka… - Grant złożył dokumenty do kupy i kilkakrotnie stuknął teczką w biurko, tak by papierki się równo poukładały. Zwrócił się w stronę Kida – Nie chłopcze, takie istoty jak wilkołaki, mutanty i mumie istnieją jedynie w twoich komiksach i na ekranach kin. Szukamy człowieka. Nawet niekoniecznie tego – czy tych, którzy wykonali wyrok. Szukamy człowieka, który to zaplanował i zlecił.

Grant, swoim zwyczajem znów puścił kilka gęstych dymków w powietrze i przespacerował się w kierunku okna. Stanął tyłem do żołnierzy i z jedną ręką zatkniętą za pas z bronią, drugą pomanipulował przy żaluzjach, tak by zerknąć na ulicę.

- Wcześniej jeszcze ktoś zginął. Ale to nie była nasza sprawa, bo zginęli krajowcy. Tak, czy siak trzeba to zbadać. Sprawy mogą być podobne, może znajdziecie jakieś ślady, lub ustalicie coś ciekawego. Sprawę prowadził jakiś francuski policjant, Jean Tradeaux. Odnajdźcie go i zobaczcie, co wie. Poszukajcie też, może ktoś coś wie o dziwnej broni.

Odwrócił się z powrotem do żołnierzy.

- I najważniejsze. Na pewno zastanawiacie się, dlaczego się zdecydowałem, byście robili za śledczych. Więc, – Silnie zaakcentował pierwsze słowo – Podejrzewam, że wróg zna naszych śledczych. Potrzebuję nowych twarzy, które zginą w tłumie innych mundurowych. Wy się nadajecie wprost rewelacyjnie. Wiem, że nie jesteście ani policjantami, ani komandosami. Nie oczekuję od was, byście upolowali tych ludzi, ja chcę, byście wrócili cali, zdrowi i wskazali szczurzą dziurę, w której tamci się schowali.

- Nasi ludzie zrobią resztę.
 
__________________
Make love, zabijanie zostaw profesjonalistom.

Jeśli oni mają na sprzączkach napisane "Gott mit uns", to kto jest po naszej stronie?
Jonathan jest offline  
Stary 30-10-2008, 19:36   #5
 
WieszKto's Avatar
 
Jim "Kid" Kovalsky

Chłopak stał na baczność słuchając słów kapitana. "Jak to wilkołaki nieistnieją a może kapitan Ameryka też? Wszyscy wiedzą że jest w jednym z tajnych oddziałów gdzieś pewnie w Rzeszy...

Gdy Grant skończył wykład chłopak stał dalej zbity z tropu. "Czyli co będziemy łazić po mieście robiąc tą durną robotę śledczysz i nawet nie dostaniemy brązowych blach przy kołnierzykach? Zerknął na Finebauma poszukując jakiś wskazówek.

- Panie kapitanie czy moglibyśmy chociaż dostać papiery na jeepa bo jak tak będziemy z buta maszerować po mieście nasze dochodzenie znacznie się wydłuży... - zagadał by zyskać na czasie...
 
WieszKto jest offline  
Stary 02-11-2008, 21:27   #6
 
Jonathan's Avatar
 
Grant ze zdziwieniem uniósł brwi.

- Jak to, przecież już jedną asygnatę na jeepa dostaliście? - skierował zakrzywiony, oskarżycielsko wyciągnięty w stronę Finebauma paluch - Gadaj człowieku, co się stało z poprzednim samochodem? Mam nadzieję, że go nie rozbiliście?

Paul, blednąc coraz bardziej na twarzy, z coraz to rosnącym zaangażowaniem oglądał czubki swoich butów. Lekko nerwowo się jąkając mruknął:

- Więc, Sir, Nie wydano go, nam... powiedzieli, że nie mają żadnych dostępnych.

Paul szurnął nogą, sam nie wiedząc, jak się usprawiedliwić. Grant pokiwał głową, podszedł do biurka i podniósł słuchawkę telefonu.

- Grant. Połączcie mnie z bazą zaopatrzeniową.- Chwile oczekiwania na połączenie zakłócały jedynie głośne odgłosy przełykania śliny obu szeregowców. Po chwili rozmowa została wznowiona.

- Tu Grant. Nie wydaliście jeepa moim ludziom. Zamknij ryj! - syknął poirytowany - Taak. Właśnie ten Grant. Rusz więc swoje tłuste dupsko i podstaw jeepa pod kapitanat. Ma byc za pięc minut. I żadnej tandety, bo mnie popamiętasz do końca życia.

Zwracając się z powrotem do żołnierzy Grant miał z powrotem normalny ton i barwę głosu, nic nie przypominało o wybuchu wściekłości, którego byli przed chwilą świadkami.

- Jeep będzie na was za chwilę czekał. Na przyszłość - więcej stanowczości. Czasami wystarczy głośno krzyczeć, żeby dostać to, co się chce. Dobra, odmaszerować.

Grant niedbale odsalutował żołnierzom i wrócił za biurko, do przekładania swoich papierków.

Żołnierze wyszli z biura ocierając pot pomieszany z deszczem. Ostatnie porażki wyraźnie źle odbiły się na poczuciu Paula. Finebaum całą drogę milczał, nawet wtedy, kiedy odkryli stojący przed budynkiem samochód zaopatrzony w brezentową plandekę. Gdy dziękując stworzycielowi za to, że ochronił ich odrobinę przed deszczem odkryli paczki na tylnym siedzeniu zdziwili się jeszcze bardziej. Paul szybko przejrzał pakunki.

- Dwa kartony papierosów, to rozumiem - będzie po sztuce na głowę. Ale co my zrobimy z pojedynczą butelką whisky?
 
__________________
Make love, zabijanie zostaw profesjonalistom.

Jeśli oni mają na sprzączkach napisane "Gott mit uns", to kto jest po naszej stronie?
Jonathan jest offline  
Stary 05-11-2008, 20:59   #7
 
WieszKto's Avatar
 
Jim "Kid" Kovalsky

- Proponuję zachować na zimne wieczory na pustyni... Tylko czekać aż wyślą nas na pustkowie w poszukiwaniu tego mutanta. Ja tam myślę że on wyłazi w nocy do miasta na żer bo pewnie głodny jest. Szkopy jak go hodowali to pewnie głodzili żeby łapał naszych. Wiesz to się nazywa motywacja, czytałem o tym na ulotce... - Kid jak zawsze gadał jak najęty. Załatwienie samochodu znacznie poprawiło mu humor a do tego papierosy. Wiedział że tu to jakby dodatkowe pieniądze więc ciekawe ile za nie dostanie gumy do żucia. Tylko kto by się chciał tu wymienić?

Jimmy zasiadł w szoferce na miejscu pasażera czekając aż Paul dowiezie go do komisariatu. Zamierzali znaleźć żandarma i przepytać go na okoliczność poprzednich wydarzeń. Szukali przede wszystkim potwierdzenia seryjności morderstw i jakiegoś punktu zaczepienia by móc rozpocząć konkretne śledztwo.

- Mam nadzieję że znajdziemy tego Jean'a Tradeaux'a...?
 
WieszKto jest offline  
Stary 08-11-2008, 23:02   #8
 
Jonathan's Avatar
 
Pomimo deszczu dość szybko udało im się dojechać do starego budynku francuskiej policji, postawionego pewnie pod koniec zeszłego wieku w stylu kolonialnym, z dużych bloków piaskowca. Dwa zakratowane okienka na poziomie gruntu przepuszczały odrobinę światła sączącego się z cel.

Na maszcie umocowanym na szczycie zadaszenia nad wejściem królowała flaga Stanów Zjednoczonych. W zwykłe dni pewnie powiewałaby z łopotem, dodając ducha tym wszystkim, którzy widzą w niej obietnicę wyzwolenia, wolności oraz demokracji.

Obecnie flaga wisiała do dołu, wyglądając jak pierwsza lepsza szmata od wycierania podłogi, którą ktoś wywiesił na sznurku żeby wyschła.

Gdy Paul i Kid weszli do środka spotkali się ze znanymi im już amerykańskimi żandarmami. Nogi trzymali na biurku, żuli gumę, palili papierosy, żarli suszoną kiełbasę i krakersy oraz popijali to wszystko coca-colą i amerykańskim piwem.
Na środku stołu stał do góry dnem biały kask, w którym widać było uzbieraną całkiem spora sumkę w większości w zielonych banknotach. Jedynie gdzieś od spodu przewijały się miejscowe franki.

Żandarmi rzucili okiem na nowoprzybyłych, nie odrywając oczu od trzymanych w rękach kart.

- Mam nadzieję, że macie ze sobą żołd? - bystro wypalił jeden z siedzących.
 
__________________
Make love, zabijanie zostaw profesjonalistom.

Jeśli oni mają na sprzączkach napisane "Gott mit uns", to kto jest po naszej stronie?
Jonathan jest offline  
Stary 09-11-2008, 17:32   #9
 
WieszKto's Avatar
 
Jimmy Kid Kovalsky

Widoki podczas jazdy ciężarówką nie nastroiły Kida zbyt entuzjastycznie. Deszcz, tak bardzo oczekiwany, gdy jest się na pustyni, szybko z powszedniał. Mimo wszystko widok grających żołnierzy poprawił mu humor. Była szansa że ktoś wreszcie odpowie na ich pytania i może znajdą tego żabojada, który miał jakoś wprowadzić ich w śledztwo.

Chłopak szybko podszedł do stołu.

- Mam coś lepszego niż żołd. - rzucił na stół paczkę papierosów przed chwilą otrzymaną przez Finebauma. Puścił oko kompanowi i ponownie zajął się hazardem. Grał już w Texas Hold On więc ufał że powinien sobie poradzić w każdą odmianę pokera.

- To jak zagramy? Rozumiem że zasady jak wszędzie? Wygrywa żołądź potem serce, dzwonek i wino? - Kovalskiemu w ogóle nie przyszło do głowy, że ktoś może nie chcieć z nim grac.

- Chyba Pik, Kier, Karo i Trefl? Dobra mlody cygarety na stół i pokaż co potrafisz... - jeden z zandarmów usmiechnął sie pobłażliwie.
Jeden z MP rozdal karty....
 

Ostatnio edytowane przez WieszKto : 11-11-2008 o 10:36.
WieszKto jest offline  
Stary 10-11-2008, 15:08   #10
 
Jonathan's Avatar
 
Paul nigdy nie był entuzjastą tego rodzaju sportu. Dla niego szczytem hazardu były szachy lub bierki rozgrywane z wujkiem Henrichem w dżdżyste popołudnia. Stawki wtedy były zdecydowanie niższe, bo grał z wujem na centy, a i tak zwykle wujek dawał mu wygrywać. Usiadł z boku na jednej wolnej pryczy i zaczął się przypatrywać graczom.

Żandarmi z pomrukiem aprobaty dopuścili Kida do stołu. Każdy z nich posunął się odrobinę, zostawiając trochę miejsca dla kościstego chudzielca. Widać było, że grających bardzo interesowała nie tyle pierwsza paczka pokazana przez Kida, lecz widoczny kształt reszty kartonu papierosów, rysujący się w plecaku.

Jeden z żandarmów podniósł się i górując nad stołem szybko przetasował karty. Rozdał wszystkim z siedzących, niektórzy, tak jak Kid, od razu podnieśli karty, inni jedynie unieśli rogi kart. Kid zasępił się, gdy tylko zobaczył swoje karty, które w żaden sposób nie pasowały do tych leżących na stole. Postanowił jednak licytować. Kolejne karty zaczęły krążyć po stole.
Kid po dwóch kolejkach spasował, bał się licytować zbyt wysoko.
 
__________________
Make love, zabijanie zostaw profesjonalistom.

Jeśli oni mają na sprzączkach napisane "Gott mit uns", to kto jest po naszej stronie?
Jonathan jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:34.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172