Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 23-10-2008, 21:15   #1
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 18619 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
Dom Asteriona

Pory roku od dawien dawna wyznaczały sposób życia ludzi na wsi.
Wiosna była czasem odradzania się wszystkiego, czasem porządków, kiedy to, co umarło, ostatecznie odchodziło, by ustąpić miejsca nowemu. Lato to okres wzrostu i wytężonej pracy połączonej z miłym łechtaniem trawiastego podłoża w stopy czy kąpielami w pobliskiej sadzawce. Jesień przynosiła ludziom plony ich wcześniejszej pracy, pozwalała gromadzić zapasy na zbliżające się dni... zimy.


Zima była okresem stagnacji przyrody, kiedy wszystko zapadało w sen, czasem wieczny nawet... dla ludzi jednak był to czas o tyle wyjątkowy, że wtedy właśnie można było snuć wieczorami długie opowieści o dawnych czasach, które im dalsze, tym mniej miały w sobie prawy, za to zaś więcej kolorytu zapierającego dech w płucach słuchaczy.

Jednak zupełnie inne były opowieści Babci Jagódki.

Stara wiedźma, której szósty krzyżyk życia szczególnie dawał popalić w zimowe wieczory łupiąc w kościach oraz skręcając i tak koślawe palce, była istotą niezwykle rezolutną...
...Otóż rezolutnie narzekała.
Czy słońce czy plucha, czy upał czy ziąb, Babcia Jagódka narzekała na wszystko i wszystkich, nieczęsto przy tym obijając kijaszkiem po plecach swoją wychowankę, nawet bez jej winy. Ot starcze przyzwyczajenie...

Choć dzieweczka, którą wiedźma pewnego dnia po prostu przyniosła z lasu, nieraz miała oczy aż rozdęte od magii (pewnie dlatego ktoś ją porzucił, a stara ją przygarnęła), częstokroć budziła współczucie u wieśniaczek, które nie bardzo wiedząc jak się zachować, wciskały małej w rękę jabłko czy inny smakołyk, a następnie przezornie spluwały pod nogi i wrzaskiem odsyłały do czortów, by uchronić się ode złego.
Wszyscy wszak wiedzieli, że Jaśnie Pan Tych Ziem Wspaniałych Cesarz Aleksius II Oświecony zalegalizował nie tylko prostytucję, czy pędzenie bimbru ściągając z tego podatki, lecz także magię i tylko wysokie persony mogły się ubiegać o pozwolenie władania mocą. Wszystkie więc wiejskie czarownice, które nie posiadały mocy z przyzwolenia cesarskiego, a z natury, były wyjętymi spod prawa i należało je jak najszybciej dostarczyć miejscowym władzom...

Jednak prawo prawem, a życie życie, czego przykładem był wcale wygodny żywot Babci Jagódki. Dopóki bowiem wieśniacy dostawali swoje maści, błogosławieństwa, a i niejeden zawdzięczał życie markotnej starowince, dopóty była ona tolerowana, tak jak i dzieweczka, którą przygarnęła.

Mała zamknęła na chwilę wielkie niczym studnie w oczy, które były chyba jedyną ozdobą trójkątnej, kościstej twarzyczki. Z lubością syciła się teraz ciepłem grubego pledu oraz bliskością wiedźmiego, czarnego (bo jakżeby inaczej?) kota Moczymordy. Szybko jednak rozchyliła powieki niemo przywołując starą wiedźmę, by ta wreszcie przysiadła obok i coś jej opowiedziała.

Niewzruszona jednak na takie chwyty za serce Babcia Jagódka z uporem grzebała w palenisku, wyciągając zeń popiół.

- Złe czasy nadchodzą... oj złe... śmierć widzę, strach...
- Babciu, co roku to widzisz.
– odważyła się powiedzieć dziewczynka.
- A milcz ty cholero jedna zawszona, bo cię przywiążę do miedzy i kozła Michalina przyprowadzę. Pamiętasz jak stary cap rzucił się na Michalinównę z wielkim, sterczącym...
- Babciu! Miałaś mi opowiedzieć przecież o wiedźmim powołaniu, jak każe zwyczaj. Dziesiąte to przesilenie zimowe w moim życiu, więc już normalnie uczyć się winnam...
- Ty mnie smarkata wszo powinności nie ucz!
– kilka pniaków przeleciało przez izbę w stronę siennika, jednak dzieweczka nie bardzo się wystraszyła.

Najwyraźniej przyzwyczajona do takich babcinych konwersacji, baczyła tylko na to, by ani ona, ani Moczymorda czym po głowach nie dostali.

Zmachawszy się szybko, wiedźma podniosła się jęcząc i przeklinając wiek swój sędziwy, po czym na koślawych nogach poczłapała do wychowanki - ta ochoczo usunęła sie, by zrobić miejsce. Starucha pacnęła ją jeszcze pięścią po głowie, po czym usiadła obok i wsunąwszy się również pod pled, zaczęła mówić swym skrzekliwym głosem.

- Z czarowaniem to wcale nie jest tak, że robisz czary-mary i masz coś z niczego. Ci, o których mówi się, że potrafią czarować, korzystają po prostu z mocy. Jednak obojętnie czy ktoś używać jej potrafi czy nie, moc jest wokół. W każdym potoku, w każdym zwierzęciu, w każdym obłoku, w każdym źdźble trawy...
- W Moczymordzie też?
- Taa, też. Nie przerywaj mnie, bo ci dupę spiorę!
Jagódka pogroziła dziewczynce palcem – No więc moc jest po prostu siłą naturalną, dzięki której świat jest taki, jaki jest. Nie wszyscy potrafią korzystać z mocy, bo i nie wszystkim jest ona potrzebna. Poza tym... czarowania można się nauczyć, a można też mieć je we krwi – jak my. Na tym polega różnica właśnie. Te ćwoki pałacowe dzięki swoim księgom uczą się znajdować moc w runach, w pergaminach... zaklinać ją w demony lub przedmioty. Są to jednak tylko małe, nic nie znaczące ociupiny żywiołu, którego żaden czek nie jest w stanie opanować. My wiedźmy to wiemy, dlatego nie staramy się kontrolować mocy. Sama przychodzi i odchodzi układając nasze słowa w pieśni...
- Czyli my pieśni nie możemy sobie wymyślać?
- Nosz, oczywiście, ze możemy. Myślisz, czemu śpiewałam przy porodzie Sterkowiny:

„Wsadzał chłop żonce badylca
Lecz ciągle od tylca
Zakradł się inny chłop
Pod pierzynkę zrobił hop
Ucieszył tam szczerze babinę
Toć jej ulżyjmy odrobinę!”

Słowa nie mają znaczenia, chodzi tylko o to, by stworzyć formę na czar, ten zaś ułoży się sam i zrobi to, co mu się podoba. Te krostodupce z pałacu myślą, że jesteśmy głupie i dlatego nie panujemy nad mocą, jednak jakoś żaden z nich nie doszedł do poziomu Piołun - Legendarnej Wiedźmy z Północy, która potrafiła zaśpiewać Pieśń Śmierci, a podobno też i wyśpiewała Pieśń Życia swemu kochankowi...


Dzieweczka o włosach koloru dębowej kory zatrzepotała rzęsami, by strząsnąć z powiek podstępnie ogarniająca ją senność. To było niezwykłe, by Babcia Jagódka o kimkolwiek mówiła z szacunkiem, właściwie nikogo takiego mała nie mogła sobie przypomnieć, pamiętając raczej stek przekleństw, które stara czarownica rzucała pod nogi każdego, kto uważał, że coś więcej znaczy. Tym razem jednak w skrzekliwym głosie nie było ani nuty sarkazmu.

- A co to za pieśni?
- Co to za pieśni?
– powtórzyła z namysłem czarownica – To są... pieśni o ogromnej mocy. Już ci mówiłam, że my wiedźmy jesteśmy jak naczynia. Większość jednak ma objętość... kubka. Ta zaś z nas, która potrafi wyśpiewać Pieśń Śmierci i odebrać w ten sposób słuchaczowi życie jest... beczką. Natomiast studnią można by nazwać wiedźmę, która w ten sposób potrafi wskrzeszać zmarłego. Rozumiesz ptasi odchodzie?
- Mówi się „ptasi móżdżku”!
- Do tego trzeba mieć mózg, a kogoś, kto pomylił rzepak z delioną, nie podejrzewam o to. To jak, rozumie?
- Rozumiem! Jesteśmy kubkami, a... Pani Melissa jest beczką!
- Nie przypominaj mi o tej zawszonej dziwce cesarza, bo mi się żółć zacznie zaraz gęba wylewać. Wszetecznica dała się zniewolić i stała się zabaweczką pańcia naszego oświeconego w zamian za życie w luksusie... Niech jej dupa rośnie wielka i tłusta
Babcia Jagódka splunęła, po czym spojrzała jakoś tak dziwnie na dziewczynkę – Poza tym ty nie jesteś kubkiem...
- Nie?
– wielkie oczy spojrzały ze zdziwieniem na staruszkę.
- Nie, jesteś... a właściwie będziesz kimś więcej. Nie może być kubkiem wszak ktoś, komu ogień nadał imię Alrauna...


... a teraz śpij już smarkata!


***

Alrauna stała pośrodku placu wioski i ze łzami w oczach patrzyła, jak ogień stosu trawi martwe już ciało Babci Jagódki.

„Dlaczego?”

Smród spalonego ciała unosił się w powietrzu, a zwęglone niemal całkiem płaty skóry raz po raz odpadały od osmolonych kości. Stara czarownica, mimo że już od dawna nie mogła rozprostować obolałego krzyża, została sztywno przywiązana grubymi powrozami do wysokiego drzewa, którego gałęzie płonęły teraz, tworząc parasol ognia nad martwym ciałem staruszki.

- Babciu... – wyszeptały drżące wargi.

„ Dlaczego?”

Wszystko zaczęło się już wiosna. Dzieciaki zaczęły zapadać na tajemniczą gorączkę i nie pomagały nijak babcine pieśni. Jeden po drugim maluchy odchodziły do innych światów... Zaraza przechodziła zaś z gospodarstwa do gospodarstwa, atakując bez ładu czy składu.

Początkowo wieśniacy prosili Babcię Jagódkę o pomoc, kajali się przed nią, potem zaczęło się narzekanie na jej nieudolność, które przeszło w agresję i ani lato minęło, gdy to wiedźma została posądzona o sprowadzenie na wieś choróbska, a „mądre” głowy, którym już dawno czarownica stała kością w gardle, osądziły, że aby uratować pozostałe potomstwo, trzeba spalić na stosie plugawą istotę. Pozorny akt sprawiedliwości szybko przerodził się w bestialstwo. Miiejscowi chłopi dawali upust swej frustracji kopiąc i poniżając staruszkę oraz jej wychowankę. Kiedy dziewczyna zemdlała od zadanych ran, ci sami też sprawiedliwi zbudowali starej wiedźmie stos i w ten sposób dokończyli dzieła.

Odzyskawszy przytomność, Alrauna wyswobodziła się z więzów, którymi ją skrępowano, jako, ze zawsze była giętka i ruchliwa, lecz nie zdążyła już pomóc swej nauczycielce... ta spłonęła żywcem.

- Tam jest!
- Palić wiedźmę!
- Wychędożyć plugastwo ze złego!
- Zabić, wydłubać jej te oczy!


Nie dzieweczka już, lecz panna całkiem nawet urodziwa, na jaką wyrosła wiedźmia chowanica, obejrzała się teraz z przestrachem. Ci sami ludzie, którzy jeszcze niedawno witali się z nią normalnie, prosili o rade lub pomoc, teraz biegli ku niej z wściekłością wymalowana na obliczach, dzierżąc w dłoniach kosy i kamienie.

<<BACH!>>

Jeden z odłamków skalnych trafił młodą wiedźmę wprost w głowę. Zatoczyła się, czując jednocześnie jak lepkość spływa jej na czoło.

- Dostała!
- Dobić dziwkę!
- Niech wie, co to sprawiedliwość!
- Zabić jak psa!


Nagle oczy Alrauny zalśniły srebrzystym blaskiem nabrzmiewając od gromadzącej się mocy, a usta rozchyliły się w nieludzkim śpiewie. Dziewczyna poczuła, jak spada w wodną otchłań, a narwiste fale niosą ją w dal ze swym prądem - wprost ku rozkoszy zapomnienia.



„Pieść Śmierci”

Tańczą, tańczą łabędzie wśród jeziora fal
Śpiew ich jak fala zalewa świat
Delikatna nić śpiewu szybuje w dal
Gdy dopadnie; nad bratem łka brat

Słyszę ich taniec, widzę ich śpiew
Czuję śmierci, zagłady zew...

Wokół mnie trzepot ich skrzydeł białych
Czarne ich szyje w górę się pną
Oto koszmary co sny me skażały
Jestem łabędziem, łabędź jest mną

Ja nie chcę umierać!
Lecz śmierć nie daje mi wybierać...
*

***

Tamtego wieczora wymarli wszyscy, którzy usłyszeli śpiew młodej wiedźmy. Ona sama zaś, odzyskawszy przytomność, zupełnie zapomniała o tym, co się wydarzyło. Przerażona Alrauna w przeświadczeniu, że to jacyś bandyci wymordowali wioskę, spakowała nieco swego marnego dobytku i ukryła się w górach.

Moc jednak nie przechodzi bez echa, Pani Melissa – najpotężniejsza spośród czarownic Cesarstwa wyczuła rywalkę i bezzwłocznie na własną rękę wysłała grupę najemników, aby odnaleźli Pieśniarkę i przyprowadzili do niej, wróżby bowiem już dawno mówiły wiedźmie, że czas jej panowania zakończy się wraz z nowym, mocniejszym strumieniem mocy – albo więc ona wchłonie nową moc, albo zapadnie w niebyt... Szkoda było marnować takiego źródła, a i Cesarz zapewne odzyskałby zainteresowanie wdziękami Melissy, gdyby oddała mu do dyspozycji podobną sobie, jeno znacznie głupsza maszynę śmierci...

Prowadzeni wskazówkami pałacowej wiedźmy wojacy szybko odnaleźli zaszczute dziewczę i krępując w powrozach oraz zatykając usta śmierdzącym gałganem, wrzucili je do żelaznej klatki, zabitej dodatkowo dechami, przez co uwięziona ledwo mogła oddychać. Pocieszeniem w sytuacji mógł być najwyżej fakt, że Alrauna ustrzegła się gwałtu, gdyż wśród prostych wojaków wciąż krążył mit, że tylko dziewice władają magią... Niestety jednak, przez to traktowali ją z jeszcze większą irytacją, nie mając za grosz litości dla drobnego dziewczęcia.

***

Wnioskując na podstawie tych nieśmiałych snopów światła, które czasem przedzierały się przez deski wiezienia, młoda wiedźma zdawała sobie sprawę, że oto mija trzeci dzień podróży. Kolejna doba bólu otarć, pragnienia, głodu, kolejna doba bez swobodnego oddechu czy krztyny światła... A jednak, cos się zmieniło.

Słysząc jakieś obce, nietypowe hałasy, Alrauna przysunęła ucho do ściany swego więzienia.

„Ktoś krzyczy teraz... inny ktoś wykrzykuje rozkazy... wiele głosów... rżenie wystraszonych koni... któryś z nich umiera... szczęk metalu... bitwa. Wiele, bardzo wiele obcych głosów i koni... Aaaa!”

Nagle wiedźma poczuła jak jej klatka spada z wozu, na którym jechała, a deski pękają w zetknięciu z podłożem. Tylko dzięki stalowym wzmocnieniom, nic się nie stało tkwiącej wewnątrz ofierze. Ledwo zdążyła się poruszyć, by sprawdzić czy kości nóg są całe, gdy wtem metalowe drzwiczki do jej klatki otworzyły się, a w blasku zachodzącego słońca Alrauna ujrzała najwspanialszego, najpiękniejszego, najcudowniejszego młodzieńca, jaki stąpał po tej ziemi!




* przeróbka wiersza autorstwa Railie
 
__________________
Co dzieje się z naszymi marzeniami, gdy uświadomimy sobie, że nigdy się nie spełnią?
Stają się naszymi najgorszymi koszmarami.

Ostatnio edytowane przez Mira : 23-10-2008 o 21:33. Powód: kosmetyka
Mira jest offline  
Stary 28-11-2008, 20:55   #2
 
Markus's Avatar
 
Reputacja: 126 Markus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znany



W tej krótkiej chwili, gdy słońce chylące się ku zachodowi roztaczało ostatki swego blasku, najwspanialszy, najpiękniejszy, najcudowniejszy młodzieniec stał się również najbardziej zdziwionym mężczyzną, jaki stąpał po tej ziemi.

Zaiste, scena ta musiała mieć w sobie coś z bajki o królewiczu ratującym piękną księżniczkę. Jedynie białego rumaka brakowało, a zamiast wielkiej, strzelistej wieży książę miał do dyspozycji tylko zniszczoną skrzynię... Nie wspominając już o tym, że zamknięta w kufrze panna niezbyt przypominała bajkową księżniczkę, a jej zniszczonemu odzieniu daleko było do wspaniałych, atłasowych sukni, jakie zwykły nosić dobrze urodzone dziewczęta.

Jednak nic, a już w szczególności tak drobne szczegóły, nie mogło ostudzić zapału Aramila Marivalda, młodego, przystojnego i świeżo mianowanego kapitana przygranicznego patrolu, którego marzeniem było stać się najwspanialszym z legendarnych bohaterów Cesarstwa. Choć życie, jak na złość, nie chciało zapewnić młodzieńcowi stosownych okazji do wykazania umiejętności, ten nie poddawał się i bez wytchnienia szukał swojej szansy.

I szansa się zdarzyła, choć może nie taka, jak w snach młodzieńca, ale zawsze lepsza niż żadna. Patrol, pod dowództwem młodego kapitana, natrafił na ślad sporej grupy osób poruszających się wzdłuż granicy. Właściwie nie byłoby w tym nic szczególnie podejrzanego, gdyby owa „granica” nie stanowiła najnudniejszego i najmniej istotnego fragmentu, dzielącego Cesarstwo Aleksiusa II od sporego kawałka opuszczonej i niezamieszkałej ziemi.

W tej sytuacji, ciekawość i poczucie obowiązku nakazały Aramilowi podążyć tropem dziwnych śladów, równocześnie dając mu nadzieje na zaznanie prawdziwej przygody i stawienie czoła wielkiemu wyzwaniu, którego dobrym przykładem z pewnością nie było dowodzenie niewielkim, przygranicznym patrolem.

Nie pierwszy raz bogowie podarowali Aramilowi więcej niż ten potrzebował. Dali mu okazję do walki, z której nie skorzystał, ponieważ nie chciał mazać swoich rąk krwią prostaków. Zyskał również sposobność pokazania swoich umiejętności, ale młodzieniec nie miał zamiaru pokazywać czegokolwiek, bo sytuacja nie wydawała się godna wykorzystania jego wielkich talentów. A na koniec... Na koniec, dali mu kobietę. Prostą, zwyczajną, przeciętną, zamkniętą w skrzyni kobietę!

Po pierwszej chwili zaskoczenia i zawodu, nadszedł czas na mądrą myśl:

”Gdy się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.” - pomyślał świeżo upieczony wybawca, choć zasłyszane gdzieś powiedzonko wcale nie poprawiło mu humoru.

Silna dłoń ujęła Alraune za ramię i pomogła dziewczynie wydostać się ze skrzyni. Gwałtowna zmiana oświetlenia oślepiła wiedźmę na moment, a nadmiar świeżego powietrza sprawił, że zakręciło jej się w głowie i niechybnie przewróciłaby się, gdyby nie podtrzymał jej stojący obok mężczyzna.

W czasie, gdy Alrauna dochodziła do siebie, coraz więcej bodźców docierało do zmęczonego długimi uwięzieniem umysłu. Nareszcie mogła poczuć ciepłe promienie słońca na swojej skórze i lekki wiatr muskający twarz. Na wszystkich Świętych, cóż za wspaniała odmiana! Dziewczyna wzięła głęboki wdech, rozkoszując się dostatkiem świeżego powietrza, i wtedy wyczuła ten dziwny zapach... Zapach krwi. Dopiero, gdy oczy przyzwyczaiły się do nowego oświetlenia, dziewczyna mogła rozejrzeć się dookoła, a to, co zobaczyła, wcale nie było przyjemnym widokiem.

Pierwszy raz w swoim życiu, Alrauna widziała prawdziwe pobojowisko, pełne martwych ludzi, krwi i najprawdziwszych żołnierzy, najpewniej należących do Cesarskiej Armii. Twarze poległych, całe umazane posoką i zastygłe w przerażeniu, budziły lęk w sercu dziewczyny, która, choć bardzo chciała, to jednak nie potrafiła odwrócić spojrzenia od tych okropnych scen. Świeże wspomnienia, ciało Babci Jagódki, płomienie, stos, wykrzywione z nienawiści gęby motłochu... Wszystkie te sceny przelatywały przed oczami dziewczyny i powoli spływały wraz ze łzami, znacząc wyraźne ślady na brudnych policzkach.

Oszołomiona i przestraszona Alrauna nie zareagowała nawet, gdy ktoś rozciął krępujące ją więzy i okrył jej ciało grubym płaszczem, choć odruchowo wzdrygnęła się, czując czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Przez łzy ledwo dostrzegła twarz starszego mężczyzny, który, niezbyt wiedząc co powinien zrobić, uśmiechem próbował dodać dziewczynie otuchy. Obok stał jeszcze młodzieniec, chyba ten, który pomógł jej wydostać się ze skrzyni.

- Nic ci nie jest? Słyszysz mnie? Gadrir, do jasnej cholery, co się z nią dzieje?- dopytywał młodszy z mężczyzn.
- Toć ona głupia jest... albo i głucha. Widać po gębie.- odpowiedział mu ten drugi, nazwany Gadrirem, choć uśmiech nawet na moment nie zniknął z jego twarzy.
- Lepiej byś milczał, stary koźle, zamiast głupoty prawić. Idź zająć się czymś pożytecznym, choćby ludzi przygotować do wymarszu.- zarządził młodzik- I wody z ziołami każ przynieść, byle szybko!
- Tak jest, panie, ino więźniów chwyciliśmy i myślał ja, że zechcesz ich wybadać.
- Więźniów też przyprowadź, ale spiesz się, bo nam dnia nie starczy!

Tymczasem, gdy dwaj mężczyźni rozmawiali, Alrauna powoli dochodziła do siebie. Wciąż przez jej głowę pędził tabun najróżniejszych myśli, ale zaczynała odzyskiwać panowanie nad swoim ciałem. Wierzchem dłoni otarła łzy i ostrożnie, ponieważ wciąż nie ufała zdrętwiałym nogom, usiadła na niedawnym „więzieniu”, próbując dyskretnie przyjrzeć się swoim wybawcom. Niefortunnie zrobiła to w tym samym momencie, gdy Aramil zakończył rozmowę ze swoim zastępcą i ponownie skoncentrował uwagę na dziewczynie.

Ich spojrzenia spotkały się, ale młoda wiedźma, onieśmielona widokiem przystojnego i bogatego odzianego młodzieńca, niemal natychmiast spuściła oczy. W Cesarstwie nie było przyjęte, by wpatrywać się w twarz „lepiej urodzonych”, chyba że chciało się dostać po gębie, albo zostać wychłostanym. Aramil natomiast, zupełnie nie miał takich problemów. Z uwagą i bez najmniejszego skrępowania przyglądał się dziewczynie, oceniając jej wygląd i odruchowo porównując Alraune do dam, jakie nieustannie widywał na dworze swojego ojca.

”Policzki zbyt wydatne, usta mogłyby być nieco mniejsze, włosy... bogowie... żadna dwórka, nawet zamurowana w ciasnym lochu i przykuta do ściany, nie dopuściłaby do takiego nieładu na własnej głowie! Szyja za chuda, ramiona... no dobra, powiedzmy, że całkiem dobre, choć w sumie zbyt kościste. Zresztą, jak cała reszta, ale pewnie ją głodzili, więc co się dziwić. A te spracowane dłonie?! To jak skromnie spuszcza wzrok?! Dlaczego musiałem trafić na wiejską dziewczynę, a nie na egzotyczną piękność z odległych krain? Dlaczego?! Tyle wysiłku, żeby uratować prostaczkę, chłopkę z zawszonej dziury!”

Zawiedziony Aramil westchnął jedynie i przeniósł wzrok na krzątających się dookoła żołnierzy. Zdawało się, że całkiem zapomniał o wybawionej przez siebie kobiecie, jakby ta nagle rozpłynęła się w powietrzu, choć wciąż siedziała tuż obok niego, niemal na wyciągnięcie ręki. Pomiędzy Alrauną, a Marivaldem zapadło dziwne milczenie. Teoretycznie, młodzieniec powinien przepytać dziewczynę, dowiedzieć się czemu ją porwano i kim są, albo raczej byli, jej porywacze, dokąd chcieli ją zabrać... ale kapitan nie miał na to najmniejszej ochoty.

Bogowie raczą wiedzieć, jak długo trwałaby ta cisza, gdyby ponownie nie zjawił się Gadrir w asyście kilu żołnierzy i trójki skrępowanych więźniów. Stary żołnierz stanął pomiędzy swoim kapitanem, a Alrauną, obojga mierząc uważnym spojrzeniem spod krzaczastych, ciemnych brwi. Zbyt dobrze znał przełożonego, by nie zauważyć, że młodzieniec ma parszywy humor i lepiej obchodzić się z nim ostrożnie. Na dobry początek, zgodnie z poleceniem, Gadrir podał dziewczynie kubek z wodą i dodatkiem wzmacniających ziół, a dopiero później odwrócił się do przełożonego i przemówił, starając się ostrożnie dobierać słowa.

- Panie kapitanie...- zaczął niezdarnie-... tylko tych trzech uchowało się z potyczki. Trupy udawali i cud, że ich nasi nie stratowali. A po walce próbowali się cichcem wymknąć w kierunku gór, ale drugiego cudu już im z wyżyn poskąpiono. Tu nie ma się gdzie kryć, to któryś z naszych szybko ich obaczył. A dalej, jakeśmy ich dognali, to te szczeniaki od razu o łaskę skomleć zaczęły, więc ich na arkana wzięli i przyprowadziliśmy te nasze zbłąkane owieczki.
- Dobrze zrobiłeś, Gadrir.
- pochwalił zastępcę Aramil- Wypytywałeś ich już?
- Nie, nie, nie, wiedziałem, że kapitan sam będzie chciał.


W odpowiedzi Marivald skinął jedynie głową i dokładniej przyjrzał się więźniom. Rzeczywiście wyglądali na zbite i przestraszone szczeniaki. Wydawali się młodzi, pewnie niewiele starsi od Aramila, ale porośnięte kilkudniową szczeciną szczęki, szerokie bary i wielkie dłonie, sugerowały ludzi przyzwyczajonych do ciężkiej pracy i niewygód. Nie to, co młody kapitan, który nigdy nie zajmował się niczym bardziej męczącym, niż nauka fechtunku i kilka niezbyt ciężkich ćwiczeń koniecznych dla zachowania zdrowego ciała. Jedynie ubrania zdawały się nie pasować do całej reszty. Oceniani jedynie po strojach mogliby zostać uznani za zwyczajnych kupców, ale jak na takich zbyt biegle władali orężem. Niedawna potyczka i trupy kilku żołnierzy Cesarskiej Armii, były dostatecznym dowodem umiejętności tych ludzi. Więc kim naprawdę byli i czego chcieli od tej dziewczyny?

- Poznajesz któregoś? I w ogóle, jak ty masz na imię?

Pytanie Aramila, ku zdumieniu Alrauny, musiała być skierowane właśnie do niej. Dziewczyna przez dłuższą chwilę siedziała onieśmielona faktem, że ktoś tak bogato i całkowicie niepraktycznie odziany pytał o jej imię. Już sama obecność młodzieńca, na którego przemykający w pobliżu żołnierze spoglądali z mieszaniną zawiści, szacunku i strachu, sprawiała, że czuła się nieswojo i niepewnie. Kim on był? Znanym rycerzem? Księciem? Synem generała? A może jednym z tych strasznych urzędników, którzy zajmowali się odbieraniem chłopom ich dorobku?

- Alrauna.- odparła w końcu, ściszając głos do niemal niesłyszalnego szeptu.
- Słucham? Mówże głośniej dziewczyno i przestań gapić się w ziemie, tylko spójrz na nich i powiedz, czy znasz któregoś.
- Alrauna.- powtórzyła nieco pewniej.
- Świetnie, mamy już jakiś sukces!- kpina w głosie młodzieńca była aż nadto wyraźna- Ja jestem Aramil Marivald, syn... zresztą, nieważne... W każdym razie, ja tu dowodzę i oczekuje, że będziesz jasno, szybko i głośno opowiadać na moje pytania. Skoro to już sobie wyjaśniliśmy, to powiesz nam łaskawie, Alrauno, czy znasz tych ludzi? A może wolisz, żebym kolejny raz powtórzył swoje pytanie?

Dziewczyna zaczerwieniła się nieco, choć przebywanie w pobliżu Babci Jagódki nauczyło ją jak znosić podobne docinki, i spojrzała na trójkę więźniów. Niejasno przypominała sobie, że widziała ich twarze w tłumie tych bandytów, którzy zamykali ją w skrzyni, ale czy na pewno? Wszystko działo się tak szybko... Nie była pewna, więc pokręciła jedynie przecząco głową, co Marivald skwitował kolejnym westchnieniem.

- To może wy zechcecie powiedzieć, czemu uprowadziliście tę dziewczynę?
- Dla zabawy, panie. Od dawna nie mieliśmy żadnej kobiety, więc skorzystaliśmy, że się napatoczyła, gdzieś po drodze. - odpowiedział najodważniejszy z trójki więźniów, choć najwyraźniej niezbyt dobrze sobie radził z wymyślaniem wymówek.
- Czyli kobiety wam trzeba, tak? To czemu od razu tak nie gadaliście, tylko moich ludzi niepotrzebnie w bezsensowną walkę wciągnęliście? Chcecie kobiet? To my wam damy piękne, jędrne dziewczęta, które zapewnią wam doznania, jakich do końca życia nie zapomnicie!

Więźniowie z niedowierzaniem i nieufnością wpatrywali się w przyjaźnie uśmiechniętą twarz Aramila. Nawet do ich niewielkich móżdżków powoli docierał fakt, że coś tu jest nie tak, jak być powinno. Gdzie bicie, darcie pasów, wyrywanie zębów i cała reszta normalnych sposobów przesłuchiwania?

- Widzicie, zgodnie z ostatnimi rozkazami mam obowiązek odtransportować wszystkich schwytanych na granicy więźniów do Jergot...- spokojnie kontynuował Marivald-... i przekazać ich w ręce Sióstr Miłosiernego Serca.

Młody kapitan mógł się spodziewać różnych reakcji, od błagania, przez krzyki i przekleństwa, aż po bezsensowne próby ucieczki, a jednak nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego więźniowie spuścili jedynie oczy, jak dzieci przyłapane na podkradaniu ciastek, i trwali w milczeniu, niczym zaklęci. Nikt, na miejscu Aramila i Gadrira, nie mógłby uwierzyć w to, co wskazywałyby jego oczy. Przecież każdy mieszkaniec Cesarstwa wiedział, że „Siostrzyczki”, jak czasem nazywano je w pewnych kręgach, zajmowały się szeroko pojętymi zdrajcami i heretykami, których jednako traktowano w państwie, gdzie cesarz uznawany był za boga, a ustanowione przez niego prawo powszechnie uchodziło za niemal największą świętość. Nadrzędnym celem Sióstr Miłosiernego Serca było zapewnienie zbawienia nawet najgorszemu łajdakowi, a osiągały to poprzez „przeniesienie części cierpienia, jakie po śmierci doznałaby potępiona dusza, na materialne ciało grzesznika, dzięki czemu przed śmiercią może on odkupić część ze swych win”. Po oddarciu z całej teologiczno-filozoficznej otoczki, działalność Sióstr Miłosiernego Serca w praktyce sprowadzała się do torturowania więźniów, oczywiście w imię ich przyszłego zbawienia. Wszystkie Siostry powszechnie uważano za miłe, sympatyczne kobiety, prowadzące domy dla sierot i zajmujące się bezdomnymi, a równocześnie taktownie zapominano o ich drugiej działalności.

Początkowo młody kapitan nie miał zamiaru spełnić swojej groźby, ale, gdy cisza zaczęła się robić dziwnie nieprzyjemna, Aramil ostatecznie stracił cierpliwość i odezwał się jedynie pozornie spokojnym głosem:

- Nie chcecie mówić, to nie mówcie. W Jergot prędzej, czy później z pewnością wyciągną z was każdy, nawet najdrobniejszy grzeszek, jaki popełniliście od swoich narodzin. A co do ciebie.- młodzieniec oskarżycielsko wycelował wskazujący palec w Alraune, jakby to ona była wszystkiemu winna- O cokolwiek chodzi w tej idiotycznej sprawie, ty też jesteś w nią zamieszana, więc pojedziesz z nami. Siostry z pewnością zechcą z tobą porozmawiać i wybadać, jaki był twój udział w tym wszystkim. I nawet nie próbuj dyskutować! Gadrir będziesz za nią odpowiedzialny. Jeżeli ucieknie gdzieś po drodze, to ty za to odpowiesz!

Zastępca dowódcy zdążył jedynie wymamrotać ciche „Tak jest, panie.”, nim Aramil zniknął pośród krzątających się dookoła żołnierzy. Wcale nie był zadowolony i w pełni było to widać po jego twarzy, ale najwyraźniej nie miał zamiaru się uskarżać. Gestem ręki odprawił więźniów i pilnujących ich strażników, poczym odwrócił się do Alrauny mierząc ją zadziwiająco łagodnym spojrzeniem.

- Dalej sikorko, w drogę nam czas, póki jeszcze widno. Później zatrzymamy się gdzie, to dam ci coś do zjedzenia. No i rozchmurz się. Wszystko się ułoży, tych nicponi powieszą, a ty wrócisz do rodziców.

Choć żołnierz najwyraźniej chciał dobrze, to jego słowa wcale nie dodały dziewczynie otuchy. Wręcz przeciwnie, jedynie przygnębiły ją jeszcze bardziej, ale Alrauna nie miała innego wyboru, jak ruszyć za Gadrirem i bezwiednie poddać się losowi...

***





... który na razie wcale nie był tak niesprawiedliwy, jak mogło się zdawać. Księżyc lśnił wysoko nad horyzontem, swym blaskiem dając znak, że nadeszła noc. Alrauna siedziała na przyjemnie miękkiej trawie, który była cudowną odmianą po jeździe na koniu Gadrira. Stary wojak posadził ją w siodle przed sobą, jakby bał się, że gdyby pozwolił jej jechać samodzielnie, to uciekłaby przy najbliższej okazji. Tylko dokąd miałaby pójść?

Teraz jednak, Alrauna zajadała, a właściwie pożerała, niczym wygłodniały wilk, swój pierwszy od wielu dni posiłek. Przyjemne ciepło ogniska, przy którym siedziała wraz z Gadrirem i kilkoma innymi żołnierzami, rozgrzewało jej zmarznięte członki, a niewybredne żarty mężczyzn nieco poprawiały jej humor. Poczucie bezsilności i strach odeszły gdzieś na drugi plan, ustępując miejsca senności i zmęczeniu. Powieki dziewczyny same opadały i Alrauna niezbyt przytomnie osunęła się na ramię Gadrira.

***




”Miasto Siedmiu Niebios”



Najnowocześniejsze i najwspanialsze miasto Cesarstwa, jak zwykle tryskało życiem. Hałas i ruch zdawały się stałym elementem tego miejsca, nawet gdy nadchodził wieczór i dzień zbliżał się ku końcowi. Jednak nie tym razem... Bowiem oto zbliżały się piętnaste urodziny jednego z trojki synów Aleksiusa II i wokoło Katedry Oświecenia nie widać było żywej duszy, gdyż żołnierze dokładnie odcięli cały teren. Tylko szczególni goście mogli zbliżyć się do świętego przybytku, gdzie trwały gorączkowe przygotowania do należytego uczczenia urodzin syna Cesarza. W tym wyjątkowym dniu, Miasto Siedmiu Niebios zdawało się nadzwyczaj spokojne i ciche, choć były to tylko pozory...

Melissa krążyła po pokoju, wściekła niczym osa, ale znacznie bardziej niebezpieczna. Nawet najdrobniejszy ruch zdradzał furię wiedźmy, a chyba każdy wie, że nie ma nic gorszego ponad zawiść wzgardzonej kobiety. Ta przeklęta dziwka, Avieris, nazwała ją starą, grubą jędzą i to w obecności Aleksiusa! Przeklęta kurwa, zdzira, jedna z setek, cesarskich kurtyzan, ośmieliła się tak odezwać do niej, Melissy, najpotężniejszej kobiety w całym Cesarstwie! A Cesarz?! Ten stary dureń nie dość, że nie skazał tej suki na śmierć, to jeszcze zaśmiał się! Owszem, zasłonił usta dłonią, ale wystarczyło spojrzeć w jego oczy. Śmiał się... Śmiał się!

Brzdęknęły srebrne ozdoby i wspaniała suknia zsunęła się po jedwabiście gładkiej skórze. Całkiem naga Melissa stanęła przed jedną ze ścian jej prywatnej komnaty, której powierzchnie w całości zajmowało idealne, pozbawione jakiejkolwiek skazy lustro. Na specjalne życzenie wiedźmy, w kryształową tafle zaklęto duchy, których obecność nadawała zwierciadłu magiczne właściwości. Mianowicie, sprawiała, że odbijała się w nim najszczersza prawda, pozbawiona jakiejkolwiek, choćby najmniejszej obłudy.

- Czy ja naprawdę jestem gruba?- spytała samą siebie, równocześnie odwracając się bokiem i przyglądając swojemu ciału.

Melissa bez wątpienia była piękna. Może nie najpiękniejsza w całym Cesarstwie, ale i tak wiele kobiet mogłoby jej pozazdrościć. Więc dlaczego Aleksius ją odtrącał? Przecież zawsze była jego ulubienicą. A teraz wszystko zaczynało się walić. Melissa czuła, że sytuacja wymyka się jej z rąk, a przecież to był dopiero początek. Skoro takie psy, jak Avieris, rzucają się do gardła, to niechybny znak, że trzeba działać szybko i stanowczo. Cesarska Wiedźma musiała udać się na uroczyste przyjęcie na część drugiego z synów Aleksiusa, który właśnie wkraczał w wiek męski, i to właśnie na tym balu przypomni Avieris i wszystkim jej podobnym, gdzie jest ich miejsce. Ale najpierw długa, relaksująca kąpiel.

Lustro skrywało jednak jeszcze jedną tajemnicę, o której nie wiedziała nawet jego właścicielka. Opasły, łysy mężczyzna, który siedział w specjalnym pokoju ukrytym po drugiej stronie zwierciadła, ociężale podniósł się ze swego miejsca i przeszedł do drugiego z tajnych pomieszczeń. Rozsiadł się w kolejnym fotelu i znów oddał się swojemu jakże przyjemnemu obowiązkowi. W końcu dostał polecenie, by ze szczegółami informować o każdym kroku Cesarskiej Wiedźmy, a z tego zadania miał zamiar wywiązać się perfekcyjnie. Szczególnie, że jego pani nie należała do osób nazbyt łagodnie obchodzących się ze swoimi sługami.

***



"Dies irae"



Ciemne, wzburzone fale uderzały o ląd powoli, ale wytrwale rzeźbiąc jego kamienny brzeg. Rinvald zawsze podziwiał charakteryzujący naturę upór w dążeniu do celu. Siebie uważał za co najmniej równie wytrwałego i cierpliwego, jednak nigdy nie potrafił pojąć, jak to jest, że przyroda zawsze ostatecznie zwycięża. Teraz bez strachu stał na samej krawędzi i z podziwem spoglądał w dół na pieniące się fale.

Był młody, cholernie młody... zasadniczo miał dopiero trzynaście lat. A jednak większość osób, z tych nielicznych, którzy go znali osobiście, uważała go za wiele starszego i zbyt poważnego, jak na tak niedojrzały wiek. Tyle, że Rinvald miał w dupie ich zdanie. Wiedział kim jest i miał jasno wyznaczony cel. Oczywiście znał też cenę, ale ona liczyła się równie bardzo, co inni ludzi i ich przekonania.

- Zaczynajcie.- cichy szept rozległ się za plecami chłopaka, choć ten wiedziała, że nikogo tam nie ma.

Magia... Przeklęta, po stokroć przeklęta magia! Jedyna niewiadoma w jego planach i jedyne, co umożliwiało mu ich realizacje. Zabawne. W końcu, czyż nie była ona przeżytkiem, który miał umrzeć wraz z nadejściem nowego porządku, a zarazem, czymś koniecznym do wprowadzenia niezbędnych zmian? Tak właśnie określił to ten chłopak, który wskazał mu właściwą drogę... jedyną drogę. Ten, który go przebudził.

Po ciele Rinvlada przeszedł dreszcz, jednak nie z zimna, lecz wręcz odwrotnie... z gorąca. Trzynastolatek dotknął ręką czoła i natychmiast cofnął dłoń. Było dokładnie tak, jak się spodziewał. Był rozpalony tak bardzo, że pewnie tylko zimny wiatr bijący od morza utrzymywał go przytomnym. Wyschnięte gardło piekło okropnie, a cały krajobraz rozmazywał się i wirował, jak w szalony tańcu. Nim Rinvald stracił przytomność, zdołał wyszeptać jedynie dwa słowa.

- Dies irae...

Bezwładne, pokonane przez chorobę ciało chłopca runęło na spotkanie spienionych fal. Jeden z wielu, którzy skończyli swój żywot w ten sposób. A jednak Rinvald był na swój sposób wyjątkowy, choć o tym wszyscy mieli się dopiero przekonać.

***

- Hej, księżniczko! Jeszcze nie czas na sen.

Czyjś nieco podpity głos brutalnie wyrwał Alraune z jej sennych marzeń. Dziewczyna usiadła na nowo, dłońmi przecierając zaspane oczy i spojrzała na Gadrira, który tak bezpardonowo przerwał jej drzemkę. Księżyc tkwił wciąż w tym samym miejscu i w jego blasku uśmiech starego żołnierza wyglądał dość złowieszczo. W taki sposób mógłby się uśmiechać wilk do owcy, tuż przed tym, jak rzuciłby się na nią z kłami. Nie dając Alraunie szans na dobudzenie, Gadrir wcisnął w ręce dziewczyny jakąś tace z jedzeniem, chichocząc przy tym, jak dziecko zadowolone ze splatanego właśnie psikusa.

- Masz, zanieść to dowódcy.- rozkazał, równocześnie wskazując właściwy kierunek- Ino postaraj się być miła i podziękuj, wszak to mu zawdzięczasz ratunek. No, idź już i nie zgub niczego po drodze.- dodał, żartobliwie grożąc dziewczynie palcem.
 
Markus jest offline  
Stary 27-01-2009, 01:34   #3
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 18619 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
Brutalnie wybudzona ze snu, Alrauna nie bardzo wiedziała, co się dzieje. Coś wciśnięto jej w ręce i popchnięto w kierunku namiotu dowódcy. Jak on miał na imię? Nie pamiętała. Wielu rzeczy nie pamiętała - oto jaka była cena jej wiedźmiego brzemienia. Stanowiła tylko kanał między naturą a pragnieniami. Była tylko naczyniem dla Matki, tkaczką zakazanych pieśni...

Dopiero kiedy stanęła przed powleczonym czerwonym suknem namiotem Aramila, a dwóch strażników zachichotało rubasznie na jej widok, domyśliła się, dlaczego to właśnie jej przydzielono wręczenie tacy z pożywieniem. W obozie nie było kobiet, a w dzikich ostępach trudno o zamtuz, zatem ona... teraz... Przełknęła pospiesznie ślinę.

- No dzierlatko, na co czekasz? Wchodź, bo ostygnie. – pogonił ja pierwszy strażnik.
- Oj no, wygląda na gorącą... – zaśmiał się na to drugi i mężczyźni zanieśli się sprośnym chichotem.

Alrauna wolną ręką przygładziła niemal odruchowo sterczące na wszystkie strony, kasztanowe włosy i już miała wejść, gdy piękna twarz jej księcia z bajki sama wychyliła się z namiotu.

- Co to za śmiechy?! Na wesołków może was najmę a nie do woja, co? – zrugał strażników, którzy od razu wyprostowali się i stężeli na gębie.

Dowódca jeszcze chwile patrzył na nich groźnie, jakby zastanawiając się nad profilaktycznym wypłaceniem im kilku bacików, lecz jego wzrok przekuła dziewczyna w potarganych włosach i wysłużonej sukience – zbyt dużej na tak drobną istotkę, przez co nagie ramię dziewczęcia odcinało się swą bielą od mroku nocy i jakby zapraszało, aby...

- A ty tu po co? – zapytał ją burkliwie mość Marivald, czując wzrastającą furię jeszcze na gapiostwo niewiasty, która tak się weń zapatrzyła, że zapomniała spuścić wzroku, jako wypadało osobie jej pokroju.
- Ja... przyniosłam wam kolację... panie.
- Kolacje powiadasz?
– w oku Aramila pojawiła się ironia – No to wejdź... z tą kolacją.

Kiedy płachta materiału przysłaniająca wejście, opadła za nimi, dziewczyna stanęła na środku oniemiała przepychem i doskonałością tego tymczasowego przecież schronienia. Ogromny, dobrze oheblowany stół z pozłacanym świecznikiem, dobrze utrzymana broń przeróżnej wielkości, skrzynie zdobione, gobeliny, no i... ogromne łoże ze skór wilka.
Widząc gdzie błądzi jej wzrok, Aramil uśmiechnął się półgębkiem.

- Postaw tacę na stole i siadaj. – rozkazał, po czym wrócił do uprzedniej czynności, czyli przyglądaniu się jakiejś misternie zrobionej mapie.

Starając się nie zaszurać krzesłem ani nawet nie wydać z siebie żadnego dźwięku, wiedźma usiadła naprzeciwko mężczyzny i wpatrywała się weń jak zaklęta. Piękny książę w pięknym otoczeniu. Wszystko tutaj było takie czyste, schludne i misternie wykonane... nawet rysy jej „księcia”. Nie myślała, że będzie miała okazje w życiu zobaczyć taką doskonałość, a tej nocy być może będzie jeszcze dzielić łoże z tym uosobieniem piękna. Cóż za zaszczyt...

Zupełnie ignorując pełne uwielbienia westchnienia dziewczyny, dowódca, nawet nie podnosząc wzroku, sięgnął do karafki z winem i nalał sobie do kielicha. Akurat przykładał jego brzeg do warg, gdy oblicze Alrauny zmieniło się. Jej oczy stały się jeszcze większe, rozdęte od magii, która nagle napełniła jej ciało. Słyszała syk dochodzący z naczynia, syk żmijowego jadu.

- Nie!
– krzyknęła i wskoczyła na stół zgrabnie niczym górska kozica.

Uderzyła Aramila w dłoń tak, że wytrąciła zeń kielich, który potoczył się z brzdękiem po podłodze, zostawiając na spodniach mężczyzny oraz jego zamorskim dywanie czerwony ślad.

- Nie pij. Zatrute! – bez śladu wstydu wiedźma pochyliła się nad nim i spojrzała głęboko w oczy, jakby tam miał znaleźć odpowiedź na wszystkie pytania.

 
__________________
Co dzieje się z naszymi marzeniami, gdy uświadomimy sobie, że nigdy się nie spełnią?
Stają się naszymi najgorszymi koszmarami.

Ostatnio edytowane przez Mira : 27-01-2009 o 01:58.
Mira jest offline  
Stary 20-03-2009, 19:28   #4
 
Markus's Avatar
 
Reputacja: 126 Markus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znanyMarkus wkrótce będzie znany



Ostatnia kropla wina wahała się na krawędzi kielicha, więżąc w karmazynowym wnętrzu migotliwy blask świec... To była ta chwila, ten moment...

Jej oczy były niesamowite i zarazem nieludzkie, przepełnione tą dziwną siłą, którą Aramil czuł i dostrzegał, ale nie potrafił zrozumieć. Mocą wypełniającą wszystko dookoła, ale wciąż pozostającą nieujarzmioną, pełną potencjału tworzenia i niszczenia. W tych oczach mężczyzna widział swoje odbicie, ale też odbicie całego świata, każdej rośliny i zwierzęcia, każdego podmuchu wiatru, każdej kropli deszczu... Ale czy to było prawdziwe? Czy cokolwiek mogło być zwierciadłem dla całego świata, tak jak górskie jeziora są zwierciadłem nieba?

To była ta chwila... i minęła, wraz z ostatnią kroplą wina spadającą na puszysty dywan.

Świat jest zorganizowany według pewnych zasad, których niedobrze jest nie przestrzegać. Jedna z nich mówi, że gdy z namiotu dowódcy dobiegają kobiece krzyki, wcale nie jest konieczne, a czasem jest wręcz niewskazane, by żołnierz zaglądał do środka. Jednak, jeżeli krzyki te zawierają pewne słowa, to strażnik powinien reagować natychmiast. Na nieszczęście Alrauny, „Zatrute!” należy do tych właśnie słów.

Szorstkie ręce schwytały dziewczynę za chude ramiona i gwałtownym szarpnięciem ściągnęły ją ze stołu. Żołnierze nie byli delikatni, a wiedźma, próbująca wyrwać się z bolesnego uścisku, wcale nie poprawiała swojego położenia. Jeden z mężczyzn złapał Alraunę za włosy i szarpnięciem odchylił jej głowę, podczas gdy drugi postarał się, by ręce kobiety tkwiły nieruchomo za plecami. Być może chcieli zrobić coś jeszcze, ale właśnie wtedy Aramil ocknął się z początkowego osłupienia.

- Czyście oszaleli?!

Szamotanina ustała, a dwaj żołnierze patrzyli na dowódcę z cielęcym niezrozumieniem, choć już wyczuwali, że zaraz grad obelg posypie się na ich biedne głowy.

- Na wszystkie kurwy Cesarstwa, wynoście się, ale to już! – wykrzyknął Marivald.

Obaj strażnicy, choć nic nie rozumieli z zaistniałej sytuacji, wiedzieli jaka kara grozi za zignorowanie rozkazów. Ręce przytrzymujące dziewczynę szybko rozluźniły uchwyt i już po chwili po żołnierzach nie było żadnego śladu.

Aramil podniósł się ze swojego miejsca i podszedł do leżącego nieopodal kielicha. Dłoń mężczyzny ostrożnie ujęła naczynie, jakby było to coś śmiertelnie niebezpiecznego, i uniosła je na wysokość oczu. Młodzieniec uważnie obejrzał przedmiot, jakby widział go pierwszy raz, poczym przeniósł ciekawskie spojrzenie na Alraunę. Sytuacja była zaskakująca, młody arystokrata nie często miał okazję widywać wiedźmę. Umiejętność przelewania mocy w pieśni nie była często spotykana, a i tak tylko jedna kobieta potrafiła zrobić z tego talentu jakkolwiek użyteczne narzędzie – a tą kobietą była Melissa.

Gdy Aramil w końcu przemówił, jego głos brzmiał zupełnie inaczej niż wcześniej... Brzmiała w nim troska, ale od kiedy szlachetnie urodzeni dbali o zwyczajnych ludzi?

- Nie zrobili ci krzywdy?
- Nie... panie
– odparła Alrauna, pokornie spuszczając wzrok.

Ku jej wielkiemu zdziwieniu, Aramil podszedł do niej sprężystym krokiem, a jego dłoń delikatnie, ale stanowczo, zmusiła ją do podniesienia głowy i spojrzenia mężczyźnie prosto w oczy.

- Nigdy nie byłaś w żadnym większym mieście, prawda?
- Nie, nie byłam panie
– odpowiedziała z pewnym ociąganiem. Nie była głupia, wiedziała dokąd zmierza ta rozmowa, ale... nie potrafiła skłamać patrząc w tę niesamowite oczy.
- Nie masz więc pozwolenia na korzystanie z... ze swojego talentu?
- Nie
– odparła, z każdą kolejną lakoniczną wypowiedzią, czując się coraz głupiej.

Aramil odstąpił od dziewczyny i podszedł do mapy. Wpatrując się z uwagą w starannie wyrysowane linie starał się pojąć sytuacje. Ktoś próbował go otruć, w jego rękach znalazła się najprawdziwsza wiedźma, a on tkwił na środku długiego pasa praktycznie niezamieszkałej ziemi, z odziałem ludzi, co do których lojalności nie był do końca pewien. Nie miał zbyt dużego wyboru, ale z całą pewnością był ktoś komu mógł zaufać. A w tym przypadku, tym kimś był Gadrir – on jeden wart był pokładanego w nim zaufania. Kilka kroków, gwałtowne rozsunięcie kotary i stanowczy rozkaz dla stojących przed wejściem strażników. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Wkrótce stary wojak ostrożnie wsunął się do namiotu i stanął wyprostowany przed dowódcą.

- Wzywałeś mnie kapitanie?
- Tak, Gadrir. Mamy poważny problem, który musimy omówić, ale wpierw...
– twarz młodzieńca odwróciła się w kierunku Alrauny – Zaczekaj na zewnątrz dopóki cię nie wezwę.

Kobieta posłusznie wyszła z namiotu i zatrzymała się nieopodal. Dwójka wartowników stojących przed wejściem wpatrywała się w nią niezbyt przyjaznymi spojrzeniami, ale na szczęście żaden z nich nie podszedł do niej, ani nawet się nie odezwał. Stała więc milcząc i oczekując na dalszy rozwój wypadków. Dla zabicia czasu i uśmierzenia zdenerwowania, wpatrywała się w nocne, usiane gwiazdami niebo, starając się przypomnieć sobie nazwy poszczególnych świetlistych punktów. Kiedyś jakiś uczony zatrzymał się w ich wiosce i starał się nauczyć miejscowe dzieci nazw gwiazd. Któregoś dnia Alrauna przysłuchiwała się jego lekcjom, a teraz z zadowoleniem zauważyła, że wciąż jeszcze coś z nich pamięta.

Nagle z namiotu dowódcy wyszedł pobladły Gadrir, niosąc nienaruszone jedzenie kapitana i naczynie z winem. Odszukał wiedźmę wzrokiem, poczym wskazując na namiot za plecami, rozkazał jej wejść do środka. Po tym geście pośpiesznie się oddalił, nie wypowiadając ani jednego słowa. A jednak, nim mężczyzna odszedł, Alrauna dostrzegła w jego oczach, coś czego nie spodziewałaby się tam dostrzec – strach.

Z ociąganiem kobieta z powrotem weszła do namiotu, by dostrzec Aramila. Arystokrata siedział w niedbałej pozie na starannie wyrzeźbionym fotelu. Rozluźniony i uśmiechnięty sprawiał wrażenie, jakby nie zdawał sobie sprawy, że nie tak dawno temu ktoś starał się go zabić. Wskazał wiedźmie miejsce naprzeciw siebie, a gdy Alrauna usiadła, pochylił się w jej kierunku i spokojnie powiedział:

- Jesteś wyjątkową kobietą Alrauno. Niewiele osób włada takimi mocami, jak twoje, ale jest to niebezpieczny dar. Wiesz o tym, prawda? Nie mogę pozwolić biegać ci ot tak, szczególnie, że ktoś próbował cię porwać, zapewne ze względu na twój talent. Muszą o tobie dowiedzieć się, jak najwięcej, może dzięki temu wymyśle, jak mógłbym ci pomóc. Opowiedz mi o sobie, o swoim życiu, nauce i wszystkim innym.

***

- Co się stało, Gadrir? Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha.

Nagłe pojawienie Edriusa sprawiło, że żołnierz niemal podskoczył, choć spodziewał się zastać czarnoksiężnika w tym właśnie miejscu. Edrius był przywódcą tej grupki uzdolnionych magicznie osób, które dołączono do oddziału na wyraźne życzenie ojca Marivalda. Podczas, gdy normalni żołnierze ochraniali dowódcę przed pocięciem na plasterki przez różne ostre przedmioty, Edrius i jego ludzie pilnowali, by nikt nie zabił Aramila z użyciem jakiś magicznych sztuczek.

- Ktoś próbował otruć kapitana – wyjaśnił pospiesznie Gadrir.

Edrius nie wyglądał na szczególnie zaskoczonego. Ludzi z pozycją Aramila często próbowano się pozbyć i używano ku temu metod gorszych, niż trucizna.

- Rozumiem, że się nie udało? – spytał z pozorną obojętnością Edrius.
- Całe szczęście, nie. Inaczej pan, by nas...Gadrir w wymownym geście przejechał kciukiem po szyi.
- Tak, oczywiście masz rację. Ale pewnie już znaleźliście truciciela?
- No, nie, nie do końca...
Gadrir nie był dość spostrzegawczy, by dostrzec krótki, pełen wyższości uśmiech, jaki przez moment gościł na twarzy maga.
- Nie poradzicie sobie z tym sami, więc mam wam w tym pomóc, tak Gadrir?
- Nie! Poradzimy sobie sami
– odburknął stary żołnierz, nieco urażony pytaniem – Tyle, że ja się martwię o kapitana. Kazałem podwoić straż wokoło niego, ale tam tego...
- Wykrztuś to z siebie człowieku
– w głosie Edriusa słychać było irytację.
- Tyle, że kazał o tym nikomu nie mówić.
- Gadrir, oboje przysięgaliśmy bronić go najlepiej, jak tylko potrafimy. Nie będę mógł ci pomóc, jeżeli nie powiesz o co chodzi.
- To przez tę kobietę.
- Tę, którą odbiliśmy ostatnio? Co z nią?
– choć ton głosu tego nie zdradzał, to twarz Edriusa ukazywała z jak wyraźną ulgą przyjął zmianę tematu.
- Wyczuła truciznę... ot tak... spojrzeniem.
- Wyjątkowy dar, ale to nie powód do obaw. Gdyby miała złe zamiary, to nie ostrzegłaby...[/i] – Edrius nie zdążył dokończyć, uciszony nerwowym ruchem ręki Gadrira.
- Ale ona jest...
Gadrir ściszył głos do ledwo słyszalnego szeptu. – ... wiedźmą.

***

Aramil odchylił się do tyłu i odruchowo spojrzał na mapę. Opowieść Alrauny brzmiała przekonywująco, a młody kapitan szczycił się tym, że z łatwością potrafi przejrzeć kłamstwo. W tym jednak przypadku, kobieta powiedziała prawdę, a to oznaczało, że Marivald słusznie ocenił kłopoty, w które się wpakował. Jednak ojciec uczył go, że wszystko można przekuć na swoją korzyść – trzeba tylko wiedzieć, jak tego dokonać. Nie wspominając o tym, że młody kapitan nareszcie miał okazję wykazać się w czymś innym, niż pilnowaniem granicy Cesarstwa. Wystarczyłoby odpowiednio rozegrać karty.

Przystojny młodzieniec wyciągnął dłoń i palcem wskazał na mapie niewielką, czerwoną kropkę.

- Wygląda na to, że mamy poważny problem, co z tobą zrobić. Nie martw się jednak, nie zabiorę cię do Jergot. Udamy się tutaj – mężczyzna postukał w mapę. – To niewielka wieś, dość odległa od większości zamieszkałych terenów. Mot... Ludzie są tam dzicy i nieokrzesani, ale nic nam nie zrobią. Uzupełnimy u nich zapasy i wyru...

Płachta prowadząca do namiotu kapitana nagle została rozsunięta, a do środka wkroczyło pięciu mężczyzn. Trzech żołnierzy, Gadrir i czwarty, nieznany wiedźmie człowiek, o pociągłej twarzy, której kształt dodatkowo podkreślała starannie przycięta kozia bródka.

- Edriusie, co ma oznaczać to najście? - w głosie Aramila słychać było rosnącą z każdą chwilą irytację.
- Wybacz panie, ale wykonuje jedynie swoje obowiązki. Twój ojciec nakazał mi cię chronić za wszelką cenę, a mam powody, by przypuszczać, że nie myślisz w pełni... racjonalnie.

Przez chwilę panowała całkowita cisza, jakby przed chwilą wypowiedziane słowa zamroziły czas. Aramil wolno podniósł się ze swojego miejsca i, ominąwszy stół, podszedł do mężczyzn, który ośmielił się do niego odezwać w tak bezczelny sposób. Edrius natychmiast zgiął się w głębokim ukłonie, ale nie zrobił nic ponad to.

- Zechcesz powtórzyć, to co przed chwilą powiedziałeś – głos kapitana brzmiał zadziwiająco spokojnie, niemal przyjaźnie.
- Ośmielam się twierdzić panie, że dostałeś się pod wpływ uroku, rzuconego przez tą wiedźmę. W tym stanie nie panujesz nad swoimi czynami i stanowisz poważne zagrożenie dla samego siebie. Sytuacja ta, mój panie, wymusza odizolowanie cię od wiedźmy, aż do czasu, gdy dotrzemy do Jergot. Oczywiście wszystko to tylko dla twojego dobra i bezpieczeństwa
Edrius nie dał się przestraszyć, mówił spokojnie, jak prowadzący wykład nauczyciel.

Właśnie wtedy Aramil gwałtownie złapał mężczyznę za włosy, szarpnięciem zmusił do wyprostowania się i spojrzenia prosto w swoje jasne oczy.

- Chyba zapomniałeś z kim rozmawiasz! Myślisz, że jakieś nędzne sztuczki są wstanie nagiąć moją wolę? I jakim niby prawem ośmielasz się mówić mi, co mam robić i z kim się zadawać?!
- Panie, błagam, twój ojciec kazał nam cię chronić!
– tym razem odwaga opuściła Edriusa, a z jego głosu znikła poprzednia pewność.
- Wybacz panie, ale to dla twojego dobra. Proszę, pozwól nam wykonywać nasze obowiązki
Gadrir postąpił krok w kierunku kapitana, nie dało się jednak nie zauważyć jego dłoni, zaciśniętej na rękojeści miecza.

Marivald rzucił krótkie spojrzenie na Alraunę, a później na pobliski stojak z bronią. Wiedział, że ci dwaj przeklęci nadgorliwcy, rzeczywiście chcą jedynie zapewnić mu bezpieczeństwo, ale nie mógł dopuścić, by pokrzyżowali mu plany. Młodzieniec spojrzał w oczy swojego zastępcy, a następnie na jego miecz.

- Wynoście się stąd Gadrir, albo wszyscy zapłacicie życiem za swoje czyny.
- Wybacz, wasza wysokość, ale nie możemy. Widzimy tylko jeden sposób, by wypełnić rozkazy twojego ojca i zapewnić ci bezpieczeństwo, zarówno przed tobą samym, jak i zdrajcami, czającymi się w naszych szeregach. Jeżeli ceną ma być nasze życie, z chęcią ją zapłacimy
– głos starego żołnierza pozostał stanowczy.

”Twoje głupie zaślepienie nie pozostawia mi wyboru. Dziś otrzymasz zapłatę za wszystkie lata lojalnej służby” – pomyślał Aramil. Podjął już decyzję, teraz pozostało wprowadzić ją w życie.
 
Markus jest offline  
Stary 19-04-2009, 01:58   #5
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 18619 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
Opasły, łysy mężczyzna głębiej zanurzył się w fotelu z przyjemnością słuchając cichego nucenia Melissy, która akurat szykowała się do snu, rozczesując długie włosy i uprzyjemniając sobie czas cichą melodią własnego głosu. A głos miała naprawdę piękny, taki kojący i uspakajający. Mężczyzna zwany Rozkulcem z uwagi na swój talent do radzenia sobie z wszelkiego rodzaju kajdanami, ziewnął sennie. Gdyby tak zdrzemnąć się na chwilkę? Tylko na minutkę... Nikt by się nie dowiedział, a Cesarska Wiedźma i tak przecież szykowała się już do udania na spoczynek. Właśnie, sen... upragnione królestwo wyobraźni wciągnęło go tak szybko, ze nawet nie zdążył się tym faktem zaniepokoić.

Melissa odłożyła szczotkę i skończyła tkać Pieśń Snu. Tylko ona miała na tyle mocy, by bez słów uaktywnić czar. Na jej pięknym obliczu wykwitł lekki uśmiech. Lubiła zagadki, lubiła brać udział w grze jako figura i popychać inne pionki wedle własnego pomysłu. Ktokolwiek był zleceniodawcą tego spaślaka zza lustra, wciąż żył w ułudzie, że oto może podglądać najwspanialszą czarownicę królestwa. Zapewne nawet nie domyślał się, że role już dawno zostały odwrócone. A teraz jeszcze mały liścik wciśnięty w kieszeń jej sukni, zanim jeszcze pokojówka ubrała rano Melissę.

Cytat:
Pani
Przyjdę, kiedy światło w komnacie bibliotekarza zgaśnie. Uśpij uszy zza lustra.
Miłego dnia
A.
Ów „A.” Nie tylko wiedział o tym, że okno komnaty wychodzi akuratnie na pomieszczenie, w którym Bibliotekarz zwykł zagłębiać się w lekturę, ale jakimś cudem był powiadomiony o ukrytym nadzorze Cesarskiej Wiedźmy. Już sam ten fakt interesował Melissę, bowiem nikogo o tym fakcie nie informowała – nawet samego Aleksius II Oświeconego. Wyglądało więc na to, że jest jeszcze jeden, warty uwagi gracz na zamku, a skoro miała pozostać królówką, musiała wiedzieć o wszystkich i wszystkim. Wiedza to pierwszy warunek udanej manipulacji.

Światło w pomieszczeniu Bibliotekarza zgasło kilkanaście uderzeń serca temu, kiedy wreszcie u wejścia rozległo się ciche, dyskretne pukanie. Oho, czas zacząć rozgrywkę. Melissa powabnie uniosła się ze swego miejsca i przygładziwszy suknie, podeszła do drzwi.

- Kto tam? – zapytała psotnie, lecz odpowiedziała jej tylko cisza.

Ciekawość była jednak zbyt wielka, by jej nie ulec. Czarownica uchyliła odrzwia i... zamarła zdziwiona. Nikogo nie było ani przed jej komnatą, ani w prostym, długim korytarzu. Gdyby ktoś miał uciec, to nie tylko usłyszałaby jego kroki, ale i zobaczyła kontur sylwetki, a tak... nic. Spojrzała podejrzliwie na sufit – tu również nic. Spojrzała na ziemię... pod jej stopami leżała gałązka bluszczu.


Cóż to miało znaczyć? Czyżby jakiś tajemniczy wielbiciel? Melissa podniosła roślinę z posadzki, obejrzała i nie dostrzegając niczego specjalnego, wróciła do komnaty, zamykając za sobą drzwi.

- Czy to nie boski żart, aby nadać imię uspokajającego ziela osóbce, która potrafi tkać intrygi trujące niby bluszcz? – usłyszała niedaleko dziwny, skrzeczący głosik.


„Ale gdzie... Na oknie! Ale co to jest?!”

Na parapecie komnaty siedział mały chochlik wielkości kota i gapił się bezczelnie w dekolt sukni Wiedźmy. Widząc, że wreszcie go dostrzegła, pomacha ł radośnie rączką do niej.

- Cześcik. Jestem Apli-papli-bite-blau i jestem tu po to, by ubić z tobą mały interesik, piękna pani.

Uśmiech, który rozciągnął kąciki człowieczka był podstępny i zły. Dopiero teraz Melissa zrozumiała, że jej gość nie jest zwykłym duszkiem lasu, lecz prawdziwym demonem.


***


Atmosfera była tak napięta, że byle szpilka mogłaby spowodować decydujące rozdarcie, które zasklepić mogła tylko przelana krew. Nim jednak Aramil wykonał swój ruch, poczuł na ramieniu nieśmiały dotyk. Spojrzał w twarz Alrauny spodziewając się łez czy strachu, lecz jedyne co ujrzał to wielkie niczym monety źrenice. Magia znów napełniła swoje naczynie.

- ZŁO – dziewczyna wskazała wyjście z namiotu, a jakby na komendę z obozowiska podniosły się głosy i rżenie koni.

- Co tam się do diabła dzieje?! – krzyknął zaniepokojony nagłym poruszeniem Gadrir.

- Alrauno
, o czym ty mówisz? Aramil czuł jak przechodzi go dreszcz niepokoju -Gadrir sprawdź do jasnej cholery, co to za zamieszanie! I ucisz ich wszystkich, nim ja to zrobię!

Opuściwszy namiot dowódcy, Gadrir splunął na ziemię. Co ten młokos mógł wiedzieć? Dziewka w obozie wojskowym to zawsze utrapienie, a wiedźma... wiedźma to jakby proszenie się o klątwę wszelkich bogów. Skąd w głowie panicza pomysł żeby pozostawić przy życiu to wielkookie ciele? Przecież widać, że to krztyny rozumu w głowie nie ma, magia całkowicie jej wszystko pomieszała. Tfu! Plugastwo!
Widząc jednak poruszenie wśród zastępów, a także słysząc zbliżające się tętno kopyt, przyspieszył kroku.

Tymczasem w namiocie, atmosfera bynajmniej nie zelżała. Pozostali wojacy wpatrywali się nieufnie w wątłą niewiastę.

- Zło dopomina się tego co doń nie należy. Ty.... - spojrzała na Aramila, jakby zobaczyła go po raz pierwszy - Ty dokonasz wyboru.

- Edrius, rozumiesz o czym ona mówi? To jakiś trans, czy coś w tym rodzaju?

- Alrauno słyszysz mnie?
- głos Aramila brzmiał nadzwyczaj łagodnie - Co się dzieje?

Aramil postąpi kilka kroków w kierunku kobiety, ale drogę zastąpi mu Edrius

- Panie, mówiłem ci, że ta wiedźma knuje coś przeciw tobie! To na pewno jej sprawka, a teraz próbuje cię omamić. Zaklinam cię panie, nie zbliżaj się do niej. Wiedźmie mamrotanie. Fuj! - splunął z niesmakiem - Złe to tu jest tylko jej wieszczenie. Nic tylko uciszyć plugawe stworzenie, już ja jej...

Edrius pogroził dziewczynie bronią, lecz ta bynajmniej się nie zlękła. Chyba nawet tego nie zauważyła.

- Tyś jest książę prawdziwej krwi. - mówiła swoje - Tyś zbłądził pośród dymu i luster ojca swego.

- No ja ją zaraz...

- Ocalenie jednak puka do twych drzwi. Stracisz wszystko, lecz zyskasz więcej. Już za chwilę...


- Edrius tknij ją, a osobiście urwę ci ręce. Uratowała mi życie, więc wysłucham jej do końca.

- Ależ to wiedźma! Zgodnie ze słowami Cesarza...

- Znam prawo mojego ojca, Edrius! Lecz jego tu nie ma, a ja jestem. Odstąp od niej i lepiej zajmij się czymś pożytecznym. Jeżeli ona mówi prawdę, to lepiej żebyś był gotowy na to, co zaraz się wydarzy.

Nagle dziewczyna kucnęła i zaskomliła jak pies.

- Zimno. Zimne oczy stali. Nie ma litości, nie ma szacunku dla życia. Tylko zniszczenie.


W tej chwili do namiotu wpadł strażnik i nie bacząc na to, że połowa tu obecnych gotowa była wypruć mu flaki tylko za samo wtargnięcie, krzyknął:

- Panie, wojsko! Jazda konna. odcięli nas od strony gościńca nie wiadomo jakim cudem. Chcą dziewczyny!

- Ilu? Czyje barwy noszą?
- Aramil nawet nie starał się ukryć swojego zaskoczenia.

- Trzy oddziały jazdy. Nie sposób poznać komu służą. - odparł natychmiast żołnierz.

- Żadnych flag? Symboli? Czegokolwiek?

- Nie panie.


Edrius, nieskończenie uparty Edrius wycelował palec w Alraunę.

- To jej sprawka! To ona i jej plugawa magia jest powodem tego wszystkiego!

- Dość tego gadania Edrius. Dopilnuj, by ludzie byli gotowi do drogi.

- Będziemy uciekać? Przecież jesteśmy odcięci
- dopytywał Edrius.

- Jeszcze nie wiem, co zrobimy, ale nie będziemy tu stać i czekać na ich ruch. Niech wszyscy będą gotowi. I wezwij mi tu Gadrira.

Czekając na przybycie zastępcy, Aramil podszedł do Alrauny i przykucnął obok niej, delikatnie chwytając ją za ramiona.

- Powiedz mi, co widzisz. Powiedz mi wszystko.

- Rzekł raz lisek do zająca... Giń głupcze! I zginął głupiec, który za rogiem pląsał przed oczami wielkiej damy. Ona jednak tylko ziewnęła, bo królowa nie czuje nic poza szachownicy polem. Lecz był jeszcze mały książę. Mały książę, który odnalazł różę, choć nie wiedział jeszcze, że jest piękna.
- nagle Alrauna jakby oprzytomniała - Musisz uciekać panie. Już, teraz!

Aramil na chwilę zaniemówił, zaskoczony słowami dziewczyny. On miał być tym małym księciem, a ona różą? Chciałby mieć więcej czasu na zastanowienie, ale tego czasu mu nie dano. Do namiotu wpadł zdyszany Gadrir.

- Panie, jeźdźcy zbliżają się. Wysłali posłańca. Jeżeli oddamy im dziewczynę, to pozwolą nam odejść.

Młody kapitan spojrzał na zastępcę, później na Alraunę. Przez chwilę jego spojrzenie wydawało się nieobecne, ale gdy w końcu się odezwał, jego głos brzmiał pewnie i stanowczo.

- Nie mogę uciec Alrauno, jestem synem Cesarza i nikomu nie ustąpię pola bez walki. Gadrir przygotuj ludzi do obrony. Ci głupcy, którzy ośmielają się występować przeciw Cesarskiej Armii, zasmakują naszej stali.

Gadrir
nie wahał się ani przez chwilę, przyłożył zaciśniętą pięść do piersi na wysokości serca, złożył ukłon przed kapitanem i pośpiesznie opuścił namiot. Zaraz za nim podążyła większość żołnierzy, którzy byli w środku. Dopiero wtedy Aramil spojrzał na Alraunę, spodziewając się, że prosta dziewczyna nie zrozumie jego decyzji. Nie było teraz czasu na wyjaśnienia, więc mężczyzna powiedział jedynie.

- Ukryj się gdzieś. Pod osłoną nocy powinnaś pozostać niezauważona, podczas gdy my odciągniemy ich uwagę.

Dziewczyna podniosła się z klęczek i tylko pokręciła przecząco głową. Ta mała istota tylko schwyciła go drobną rączką za łokieć, chcąc zapewne okazać wsparcie. Dziwne, ale wcale nie zezłościł się na taką zuchwałość.

- Panie, atakują!
- Kontratak!


***


Jak to się mogło stać?
Piętno porażki bolało dużo bardziej niż złamana ręka.
Na bogów! Jak to się mogło stać?!

Aramil biegł przez las, prowadzony przez drobną, zwinną niczym kozica dziewczynę. To przez nią się wszystko zaczęło. Gdyby ją wydali tamtemu wojsku, nie byłoby rzezi w obozie. Niestety, zgubiła ich pewność, że wojsko cesarskie coś znaczy. Pewnie by znaczyło w obliczu nawet przeważającej liczby wroga, lecz... Jedno działo przesądziło o losie bitwy. Jeden cholerny wynalazek i jego tęczowa wiązka, zaprzepaściły wszystko. Skąd najemnicy mieli broń zagłady, o której słyszano tylko legendy?

Następca tronu nie wiedział. To teraz nie miało znaczenia. Dziesiątki jego ludzi poległo. Umierali na jego oczach i on także miał polec wraz z nimi. To wtedy Alrauna chwyciła go za rękę i zaczęła śpiewać.

Przypływ, odpływ, fala za falą
Wieczną mantrę morze nuci
Przypływ, odpływ, oddech czasu
Co odeszło kiedyś wróci

Jesteś, jestem. Ślady na piasku
Trwają po nas tylko chwilę
Mijasz, mijam. Przypływ, odpływ
Tylko tyle i aż tyle...


Świat wokół zamarł, nawet ludzie z okrzykiem śmierci na ustach znieruchomieli. Marivald z przerażeniem dostrzegł niedaleko sylwetkę Edriusa, który w bohaterskim poświęceniu rzucił się w kierunku działa, a tęczowa wiązka laseru już zmierzała ku niemu, by przebić jego ciało i zgasić iskierkę życia.

- Chodźmy, książę. Alrauna pociągnęła mężczyznę za połać płaszcza.

- Nie, ja... muszę ocalić Edriusa!

- Za późno. Kostucha już spojrzała mu w oczy. Chodźmy, zanim nas dostrzeże. Och!


Dziewczyna pociągnęła Aramila na dół i gestem dłoni nakazała milczenie.

- Wyczuwa nas... szuka...

Kto ich szukał? Mężczyzna rozejrzał się uważnie i faktycznie, dostrzegł obca postać miedzy ludźmi swoimi i wroga – kobietę w czarnej sukni, która, niby ślepa, błądziła po polu bitwy.


Kiedy zjawa zwróciła się w kierunku działa wroga, któremu zawdzięczała tak wiele nowych kwiatów w swym ogrodzie, Alrauna z siłą niezwykłą, jak na tak szczupłą istotę, pociągnęła Aramila za ramię.

- Teraz, w nogi...

... i udało im się. Ocalili życie, a nawet zgubili pościg zagłębiając się w dziką puszczę.
Mieli szczęście, a jednak żadne z nich się nie radowało.
 
__________________
Co dzieje się z naszymi marzeniami, gdy uświadomimy sobie, że nigdy się nie spełnią?
Stają się naszymi najgorszymi koszmarami.

Ostatnio edytowane przez Mira : 19-04-2009 o 11:20.
Mira jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 06:34.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166