Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 08-11-2008, 03:28   #1
 
[Demo GT] Sezon 1 - Sędzia

[size="3"][font="Courier New"]
PILOT

[
 

Ostatnio edytowane przez Niles Elmwood : 08-01-2009 o 07:24.
Niles Elmwood jest offline  
Stary 09-11-2008, 20:54   #2
 
Latilen's Avatar
 


EPIZOD 1

DRUGA SPRAWA JANE DOE
Lipiec 2017 Dover, Delaware, USA


W pokoju przesłuchań mężczyzna w białym uniformie, spode łba obserwował ruchy kobiety. Powoli wyciągnęła papierosa z paczki i bawiła się nim chwilę w palcach. Postukała w kartonowe pudełko. W końcu fajka powędrowała do kącika jej ust.

Ogolona głowa mężczyzny i ubranie wskazywały na więźnia. Wysokie czoło, i pociągła niewzruszona niczym maska-twarz, z głęboko osadzonymi małymi czarnymi oczami, które zimne jak stal i zawieszone w przestrzeni ponad stolikiem, milcząco nadawały postaci wyrazu stoickiego spokoju. Mężczyzna nie przekroczył jeszcze czterdziestki. Nie wysoki i raczej chudy, jak szczupły, lecz jego żylaste ręce i umięśniony kark wyprowadzały z błędu, po pierwszym wrażeniu słabeusza.

- Myślałem, że tutaj się nie pali... - zauważył cynicznie z silnym rosyjskim akcentem, wsparty splecionymi, zadbanymi dłońmi na blacie, przenosząc wzrok na tabliczkę z przekreślonym symbolem papierosa.

Pomieszczenie było niewielkie, kwadratowe, z lustrem wypełniającym całą powierzchnię jednej z żółtawych czterech ścian. Podwieszony biały sufit i rażący blask fluorescencyjnych lamp. Na środku, metalowy stół z dwoma taboretami, to całość jego umeblowania.

- Myślenie zostaw nam, Skoliakov. – odpowiedziała, niedbale zapalając w końcu papierosa starą, żłobioną zapalniczką. Zmęczonym, obojętnym wzrokiem omiotła postać Ruska. Wypuściła kłąb dymu w jego stronę.

- Wystarczy jak skupisz się na Angliku... - dodała przerywając chwilę milczenia, z jednoczesnym gestem strzepnięcia popiołu na ziemię. Powtórzyła to piąty raz w ciągu ostatniej godziny i nie żeby jej to jakoś przeszkadzało. Mogła tu siedzieć i przez kolejny rok. On nie miał aż tyle.

- Twój czas ucieka, Skoliakov. – powiedziała obojętny tonem. Zaciągnęła się duszącym, ależ jak przyjemnym dymem. Młody powiedział, żeby nie paliła w sali przesłuchań, bo jeszcze niechcący udusi podejrzanego gryzącym dymem. Szczerze mówiąc, mało ją to interesowało.
- Anglik. – rzuciła lakonicznie odchylając się na krześle do tyłu.

Skoliakov pochylił ogoloną głowę nad stolikiem i wycedził przez zaciśnięte zęby:

- Już mówiłem, tyle razy mówiłem, temu waszemu smarkaczowi... - urwał nie kończąc zdania, gdyż Jane kopnęła nagle w stół i metalowa krawędź wbiła się z umiarkowanym naciskiem w brzuch przesłuchiwanego na wysokości przepony.

- Nie mam pojęcia, gdzie on jest... – mięśnie szczęki drgały mu wściekle, a z oczu leciały niewypowiedziane przekleństwa.

Kobieta uśmiechnęła się ironicznie pod nosem.

- Taaaaak... - westchnęła przeciągle, gasząc niedopałek w puszce sody. Lubiła ten cichy syk, który następował w momencie zetknięcia się żaru z powierzchnią bombelkowego płynu.

Wyciągnęła z paczki jeszcze jednego papierosa, który od razu powędrował do jej ust. Pochyliła się nad stolikiem i splotła dłonie na wysokości twarzy. Wbiła swój zimny wzrok w oczy Skoliakova.

- Wiesz co to znaczy przekonać kogoś? – nie czekając na odpowiedź zaczęła monotonnie wypowiadać kolejne słowa – To znaczy nagiąć kogoś do swojego zdania. Wyobraź sobie jak trudne to się okazuje, kiedy chodzi o grupę pokrzywionych indywidualistów. Któż inny zostaje Sędzią? Trzeba być bardzo pokrzywdzonym przez los, żeby zdecydować się na pracę, w której każdego dnia ktoś taki jak ty, może ci odstrzelić łeb. – Zapaliła papieros po czym postawiła go na filtrze na środku stołu. – Mi się to udało. Przekonałam Sekcję, że możesz się przydać. A oni postanowili się zastanowić, czy warto oszczędzić ci życie. Kiedy fajka zgaśnie, moja oferta przestanie być aktualna.

- Jak sobie nie przypomnisz, to przestaniesz być użyteczny. - dodała ciepłym tonem pełnym sarkazmu, a na jej usta wypłynął uśmiech, który nie zwiastował niczego dobrego.

- Zastanów się dobrze Skoliakov. – rzuciła w powietrze i spojrzała przenikliwym wzrokiem w lustro, jakby chciała porozumieć się z kimś po tamtej stronie. Sędzia nie powinien kłamać na przesłuchaniu? Wyrok śmierci na Rusku zapadł kilka godzin wcześniej. Nie dziwiło jej to. Jego bomba chemiczna zabiła 40 osób i raniła drugie tyle. Zaatakował budynek Poczty Głównej. Za dużo listów do niego nie dotarło czy jak?

- Bladź... - zaklął przesłuchiwany zdradzając pierwsze oznaki podenerwowania - nie masz prawa...

Kobieta prychnęła pod nosem i uśmiechnęła się szeroko. Zabawny był.
- Twój problem polega właśnie na tym, że mam. – wzruszyła ramionami. – Dowodów jest tyle, że mógłbyś załatwić czapę dla połowy komórki Armii Uwolnienia Ziemi w tym stanie.

Zapadła cisza. Oboje przyglądali się papierosowi, który stawał się coraz krótszy. Kobieta zaczęła bawić się kubkiem z wodą sodową, a płyn chlupał obijając się o ścianki. Skoliakov oblizał spierzchnięte usta.

- Do wody mam chyba prawo?

Jane spojrzała beznamiętnym wzrokiem na mężczyznę. Nie pochwalała niehumanitarnego traktowania więźniów. Czasem jednak można dopuścić do pewnego odstępstwa. Jeśli złapią tego pokręconego guru grupy anarchistycznej, wszystkim będzie lepiej. A Rusek musi zrozumieć, gdzie się znajduje i dlatego właśnie jest przesłuchiwany bez przerwy od dziesięciu godzin. Przez ten czas nie dostał wody. Nie pozwolono mu skorzystać z ubikacji. Światło jarzy się jaśniej niż zwykle. Jego żołądek już pewnie domaga się o swoje. Jane słyszała, że nocy też nie miał najprzyjemniejszej. Twardy jest jak wszyscy Rosjanie, ale każdego można złamać.

- Więc jak to jest do końca z tym Anglikiem? - podjęła, jak gdyby nigdy nic.

Skoliakov wydął wargi w ledwie zauważalnym półuśmiechu, który bardziej przypominał grymas zniesmaczenia.

- Paszła w pizdu, suka...

- Czyli? - podjęła tonem zawieszenia Jane z podniesioną brwią, jakby nie usłyszała obelgi.

Papieros kończył swój żywot. Wydał ostatnie dymne tchnienie i rozsypał się w proch. Na środku stolika stał samotny filtr. Jane wstała i zabrała z oparcia krzesła swoją skórzaną kurtkę.

- Doprawdy nie spotkałam jeszcze nikogo, kto by tak nie szanował własnego życia. – minęła stolik i ruszyła w stronę drzwi i właśnie miała złapać za klamkę, gdy...
- Czekaj! – w głosie Ruska zabrzmiała nuta paniki. Czyżby rzeczywiście jej uwierzył? Stanęła nad nim, ale on nadal nie mógł się zdecydować.

- Czterdzieści dwadzieścia Nashville... - nie wytrzymał pod wyczekującym spojrzeniem.

- Sprawdzę. – wzruszyła ramionami i podeszła do drzwi, ale zatrzymała się jakby nagle sobie coś przypomniała. Po chwili zrobiła w tył zwrot i z znienacka z zadziwiającą szybkością ruchów i siłą, uderzyła jego czołem w blat stołu, zostawiając go zdezorientowanego, w rosnącej, czerwonej kałuży z krwawiącego nosa i szepnęła mu do ucha:

- Dla Ciebie, Pani Suko, skurwysynie.
 
__________________
"Women and cats will do as they please, and men and dogs should relax and get used to the idea."
Robert A. Heinlein

Ostatnio edytowane przez Latilen : 13-11-2008 o 22:44.
Latilen jest offline  
Stary 16-11-2008, 19:38   #3
 
[size="3"][font="Courier New"] Epizod 2
 

Ostatnio edytowane przez Niles Elmwood : 08-01-2009 o 07:25.
Niles Elmwood jest offline  
Stary 22-11-2008, 17:09   #4
 
Latilen's Avatar
 
EPIZOD 3

Jane zwinnie wylądowała na ugiętych nogach, prawą ręka opierając się na miękkim dywanie soczystego trawnika. Jej wzrok padł na czarne kartonowe zapałki, leżące w zielonej kępie trawy. Odruchowo uchwyciła przedmiot w chusteczkę i wcisnąwszy do kieszeni kurtki, wybiegła na ulicę. Sprintem przebiegła do najbliższego skrzyżowania i zatrzymała się rozglądając we wszystkich kierunkach. Ktokolwiek rozwalił "Wonderkid'a" przepadł jak kamień w wodę. Musiał mieć samochód. Albo cholernie szybko biegać. Kurwa! Trzeba było od razu skakać!

- KURWA! – wrzasnęła kopiąc wściekle w znak stopu. – KURWA!!! KURWA!!! KURWA!!!
Przestała walić nogą w aluminium tak samo nagle, jak zaczęła. Oparła czoło o dygoczący jeszcze przedmiot użytku publicznego.
- Kurwa.
Furia powoli mijała. Nienawidziła, kiedy ktoś okazywał się od niej sprytniejszy.
Przypomniała sobie, że jeszcze nie jest za późno, żeby dorwać tego... Zabrakło jej odpowiednio mocnego przekleństwa. Zupełnie jak tamtego dnia na pustyni. Szczęki same jej się zacisnęły. Całą wściekłość włożyła w sprint z powrotem na miejsce zabójstwa.

W tym czasie przed domem staruszki, z piskiem opon zajechały liczne jednostki policyjnych służb bezpieczeństwa, ambulans i dwa wozy strażackie.

- Zablokować wszystko w promilu dziesięciu przecznic! - krzyknęła zdyszana do komunikatora, podpierając się wolną ręką nad kolanem.
- Powtarzam, podejrzany Peter Berkeley jest uzbrojony!

Wyprostowała się i rzuciła okiem na służby porządkowe. Wszyscy oficerowie, niezależnie medyk czy strażak, mieli na sobie kamizelki kuloodporne. W bardziej lub mniej rzucających się kolorach. Przelotnie powiodła spojrzeniem po pobliskich domach. Wszystkie drzwi zamknięte, okna zasłonięte szczelnie grubymi kotarami, dzieci zabrane z podwórek. Nawet psy ucichły. Gdzieniegdzie, co jakiś czas, firanki unosiły się lekko i nieśmiało.

Starała się zapalić papierosa, ale ręce jej się trzęsły. Z wysiłku. Na pewno z wysiłku. Machnęła nadbiegającym technikom sędziowską blachą. Zapalniczka w końcu zintegrowała się z dłonią.

- Poddasze. - powiedziała - Raport na wczoraj... - dodała wypuściwszy dym nosem.

Usiadła na wysokim żółtym krawężniku. Noga pulsowała od tępego bólu. Sznurówki w jej lewym wojskowym bucie luźno zwisały pod wpływem grawitacji. Jane przyglądała się im chwilę. Tego też nie zauważyła. Jeszcze trochę i nie zauważy, jak jej łeb odstrzelą. Zasznurowała but za mocno, więc ponownie musiała siłować się z dwoma kawałkami sznurka. Poziom wściekłości podniósł się, a wraz z nim sztywność palców.
Westchnęła głęboko, zamykając oczy. „Spróbuję za chwilę.” Wsadziła ręce do kieszeni, gdzie natknęła się na małe zawiniątko. „A tak.” Wyciągnęła je i dokładnie przyjrzała się znalezionym zapałkom.


- Victoria - mruknęła pod nosem, oglądając reklamowy kartonik nocnego klubu. Miała tylko nadzieję, że to nie klub wyłącznie dla panów. Wtedy wejście incognito odpada. A nie miała zamiaru puścić Andersona samego w paszczę lwa.

Zagryzając filtr zębami, przyjrzała się trzymanej w drugiej dłoni fotografii Anglika.


Dłoń zacisnęła się bezwiednie, zniekształcając twarz mężczyzny.
"Wpakowałabym mu kulkę między oczy. Nie, najpierw kilka w nogi, może pozbawiłabym ucha? I oczywiście przestawiłabym nos. Albo nie. Przestrzelę mu wątrobę i będę patrzeć, jak się wykrwawia."
Zdusiła wściekle papierosa na krawężniku i ruszyła w stronę samochodu, który teraz ona będzie zmuszona prowadzić. Nie znosiła samochodów. Tylko plecy później bolą. Przynajmniej WonderKid już nie będzie jej wkurzał tą swoją ostrożną jazdą.

* * *



Dwie godziny później w pokoju doverowskiej sekcji, Jane przeglądała za biurkiem raport z sekcji zwłok Anthony'go.
Koło niej stała nieruszona kawa, która jeszcze trochę i temperaturą dosięgnie zera. Zresztą było jej wszystko jedno. Nie miała ochoty nic pić, a od dłuższego czasu nie zdarzało jej się nawet spać.
Jak zwykle wydrukowała raport. W tym względzie przypominała podstarzałych sędziów, bo ci w jej wieku godzinami gapili się w ekrany, mówiąc, że to wygodniej, szybciej i sprawniej. Z kolei ona zabierała wydruki i wychodziła w poszukiwaniu ciszy. Przynajmniej oczu tak nie psuła.

Raport zapewne powinien był jej trochę ulżyć. Nie przywiązała się do Dzieciaka, ale mimo wszystko pracowali razem. Nie lubiła, kiedy wokół niej nagle robiło się luźniej.

Cytat:
.. oznaki szybko postępującego złośliwego raka kości.
Pewnie po tym wybuchu, o którym Wonderkid jej opowiadał. Kilka lat temu, jak jeszcze nie puszczał maminej spódnicy, mieli w tej swojej zapyziałej Kaliforii ataki bronią chemiczną. Nie mówił dokładnie, a ona nie pytała. Każdy wiedział jakie skutki mają takie działania. Wystarczyło przyjrzeć się tym, którzy się pochorowali.
"Na własnej skórze znał efekty takiej bomby, i dalej się tak szeroko, skurczybyk, uśmiechał? Jak można się cieszyć, skoro zna się datę swojego zgonu? A może właśnie dlatego powinno się korzystać z tych... Nie, to jakiś stek filozoficznych bzdur."

Cytat:
... zastrzelony z odległości 2 metrów.
Kula z niezarejestrowanego pistoletu typu Cobra.
Jane podrapała się ołówkiem po głowie. "Skurwysyn. Używa babskiego pistoletu." Inna sprawa, że Cobra świetnie układa się w dłoni, nie ma zbyt wielkiego odrzutu po strzale, a jej niewielki rozmiar pozwala na umieszczenie chociażby w cholewie buta, albo tuż nad nim, jak zwykła to robić Jane ze swoim.

Rzuciła raport z sekcji na stos papierów koło kawy. Wyłożyła buty na stolik i odchyliła się na krześle. Balansowanie tylko na dwóch nogach mebla sprawiało jej przyjemność. Zapaliła papierosa. Sumienie gryzło ją, chowając się przed rozsądkiem gdzieś w okolicach potylicy. To się pewnie nazywa migrena. Dlaczego się tak przejmowała? Nie pierwszy raz ktoś umiera w jej pobliżu. Tylko skąd to uczucie zmęczenia?

Dlatego, że to BYŁ jeszcze dzieciak. Co więcej bezczelny młokos, który miał gdzieś jej polecenia. Zupełnie jakby siebie widziała. Może dlatego ją tak irytował?

Z wcześniejszych bazgrołów wyczytała jeszcze, że babcia znajdowała się prawie od miesiąca w szpitalu, a potem mieli ją skierować do Domu Spokojnej Starości. Nie pozazdrościć. Wynajmowała poddasze za nędzne grosze, pomoc przy zakupach i drobną opiekę, żeby jednak nie wylądować w miejscu, gdzie pilnują cię, żebyś sikał co pięć godzin i karmią cię świństwem, które nazywają jedzeniem. Zresztą teraz, żeby nie trafić na syf, to trzeba mieć własną szklarnię, a to i tak niczego nie gwarantuje.

Na poddaszu dominowały włosy i poobgryzane paznokcie Anglika.

"Nie dość, że morderca to jeszcze fleja. Fantastycznie."

Na zapałkach żadnych odcisków.
"Chodzi w rękawiczkach, czy jak? Chociaż szybciej to laboratorium znowu coś schrzaniło."

Westchnęła głęboko i wrzuciła wypalonego papierosa do popielniczki. Jeszcze chwila i pety się z niej wysypią, bo już teraz tworzyły jakąś strasznie skomplikowaną piramidę.
Podparła łokciem głowę i zapatrzyła się w ścianę naprzeciwko. Czuła się gorzej niż zwykle. Gdzieś musiała zrobić błąd. Tylko gdzie? Gdyby ona poszła od tyłu, dzieciak jeszcze by żył? Gdybanie nic nie da. Należało zabrać się za robotę.

"Gdzie ten Anderson?"

Rozmasowała posiniaczoną nogę.
Włączyła monitor i niechętnie otworzyła program, w którym zwykła tworzyć raporty. Nic szczególnego, zwykły edytor tekstu. Tym razem będzie to RAPORT ZE ZDARZENIA. Westchnęła i z tlącym się papierosem w zębach, przysunęła się do blatu. Poszukiwania klawiatury w stercie papierzysk i śmieci zakończyły się sukcesem.

"No to od czego należało zacząć?"
 
__________________
"Women and cats will do as they please, and men and dogs should relax and get used to the idea."
Robert A. Heinlein
Latilen jest offline  
Stary 30-11-2008, 03:15   #5
 
[size="3"][font="Courier New"]
EPIZOD 4
 

Ostatnio edytowane przez Niles Elmwood : 08-01-2009 o 07:25.
Niles Elmwood jest offline  
Stary 07-12-2008, 13:20   #6
 
Latilen's Avatar
 
EPIZOD 5

Jane siedziała przy niewygodnym plastikowym stoliku, w takim samym małym obliczonym na "kupno na wynos" standardzie siedzenia Starbucks, popijając gorącą kawę z plastikowego kubka. Przez matową, calową, kuloodporną szybę obserwowała szarą ulicę, po której od czasu do czasu przejechała stara hybryda, rzadziej nowy EV-ies. Co prawda cena benzyny jest niebotyczna, to na czysto elektryczne auto za gotówkę stać nielicznych. Ludzie, wrócili do bardziej prymitywnych środków lokomocji, to jest roweru i wygodnych butów.
Należała właśnie do nielicznych, którzy zarabiali wystarczająco, aby utrzymać dawny standard "american dream". Pensja Sędziego, zależna od stażu, wystarczała nawet tym bardzo rozrzutnym. Podobno miało to przeciwdziałać łapówkarstwu, albo osłodzić perspektywę szybkiego zejścia z tego świata.

Pociągnęła z dymiącego kubeczka czarną zawiesinę kofeiny wracając myślami do wydarzeń sprzed godziny. Po zawiadomieniu naczelnika więzienia o niespodziewanej śmierci Skoliakova, zażądała od niego wewnętrznego śledztwa, a wydziałowi technicznemu zleciła bezzwłoczną sekcję zwłok. Następnie korzystając z komunikatora umówiła się z oficerem wydziału ds. narkotyków Tyron'em Connroy'em, na kawę na rogu 78TH i Belmont. Nie zanosiło się na randkę. Mężczyzna, który właśnie przysiadł się do stolika wyglądałby delikatnie mówiąc niestosownie do okazji. Murzyn, którego wiek ciężki był do określenia, za sprawą ciemnych okularów w połamanej oprawce, poszarpanemu zarostowi i przetłuszczonych dredów.
W pierwszym momencie Jane chciała bezceremonialnie spławić bezdomnego narkomana, jednak chwila zastanowienia powstrzymała ją w zamiarach. Właściwie o Tyron'nie, nie wiedziała nic poza tym, że był czarnoskórym tajniakiem.

- Witam - uśmiechnął się murzyn odsłaniając okulary i rząd białych zębów. Ukradkiem wysunął spod brudnej bluzy identyfikator przewieszony na czarnym rzemyku.
"Szczyt klasy."
- Co wiesz o tym miejscu? - Jane zapytała bez ceregieli odsłaniając dłoń, pod którą na blacie stolika leżały czarne zapałki.
- Night Club - odpowiedział - A raczej Day Club, odkąd mamy godzinę policyjną, jednak nieoficjalnie prawdziwy Night Club. Szukasz rozrywki? - zakpił tajniak.
- Powiedzmy. - przynajmniej miał chłopak poczucie humoru.

Spotkania antynarkotykowych, tych z obyczajówki i sędziów zawsze opływały złośliwością. Zbyt często wchodzili sobie w kompetencje, żeby się lubić. Szczerze mówiąc zdziwiła się, że Tyron w ogóle zechciał się zjawić.

- Siedź przy barze, poczekaj do zamknięcia, a później do pustej szklanki wrzuć sto baksów. Jak zapytają czy chcesz resztę, to powiedz od niechcenia, że nie możesz się doczekać i pójdź do ubikacji. Reszty możesz się domyślić.

100 baksów. Natychmiast przeliczyła to na paczki papierosów: 20. Nieźle sobie liczą za jeden wieczór. Przeciętny robotnik nie wyda dwudniowego zarobku na kilka godzin bujania się na parkiecie. Woli kupić skrzynkę wódy i schlać się z kumplami. Sama śmietanka towarzyska musi się zbierać.

- Macie tam swoich? - wtrąciła Sędzia.
Murzyn zamiast odpowiedzieć wstał od stolika i rzucił od niechcenia.
- Coś jeszcze?
To tyle jeśli chodzi o współpracę.
- Nie. Dzięki. - "I fajnie śmierdziało" dodała w myślach, nie patrząc na odchodzącego lumpa.

Mocha okazała się niepijaną lurą. Jak można robić coś takiego z kawą? Nigdy więcej nie przyjdzie do tego Starbucks'a. "Do trzech razy sztuka" pomyślała odsuwając od siebie kolejną, niewypitą tego dnia kawę. Czuła jak organizm pozbawiony snu zaczyna dopominać się o swoje.
Doszła do momentu: "połóż się na łóżku, zamknij oczy, a kiedy je otworzysz, minie 6 godzin i wcale tego nie odczujesz". To się już nazywa przemęczenie. Stan półsnu. Wszystko cholernie boli, a podniesienie ręki wymaga nieludzkiego wysiłku woli. Gdyby nie cierpiała na tą kurewską bezsenność, to być może jeszcze miała trochę energii. Chociaż dzisiejszy dzień można nazwać "pełnym wrażeń". Westchnęła. Skoro nie kawa, to zostaje już tylko zimna woda. Na razie miała wrażenie, że ktoś jej przeciął kabelek od zasilania. W takim stanie, nawet jeśli pojedzie do Victorii, niewiele wskóra.

Mijając stoliki zajęte głównie przez młodzież i starszych panów, którzy jak widać na emeryturze poza grą w karty, nie mają już nic w życiu do roboty, weszła do damskiej toalety.
Omiotła dające wiele do życzenia kabiny spojrzeniem w stylu "W takich warunkach to nawet ja sikać nie będę" i odkręcając kran, zmoczyła twarz zimną wodą, oparła się dłońmi na umywalce. W przybrudzonym lustrze dostrzegła swoje zmęczone, obojętne odbicie. Ciekawe, która Jane to Jane prawdziwa?


Huk eksplozji wypełnił jej głowę niesamowitym piskiem. Pulsujący obraz łazienki zawdzięczany był migającym bateryjnym światłom awaryjnym, jak i zawrotom głowy, która rozbiła się czołem o lustro. Spod szczeliny między posadzką a metalowymi drzwiami, ze środka kawiarni wdarła się do łazienki zrolowana chmura czarnego dywanu pyłu i dymu. Jane, której oberwana umywalka spadła na buta, z ulgą doceniła metalowe blachy czubów swoich wojskowych trepów. Lodowaty strumień fontanny z połamanych rur działał jak zimny prysznic.

"Kurwa."

Jane naciągnęła sobie koszulkę na twarz i z trudem odciągnęła pogięte drzwi. Nadal częściowo ogłuszona, jak w zwolnionym tempie kroczyła wśród kłębów dymu i iskier, potykając się o resztki stolików, gruz i szkło, a wszystko pokryte czerwonoczarną mazią strzępów ludzkiego mięsa. Jakby z bardzo daleka, do jej uszu doszło wycie alarmów samochodowych aktywowanych eksplozją, jak i stłumiony ryk zbliżających się syren. Z przerażeniem stwierdziła, że jest jedyną osobą stojącą pośrodku pobojowiska. Opadający pył wdzierał się przez koszulkę do ust i oczu, utrudniając oddychanie i znacznie ograniczając pole widzenia. Zdawała się słyszeć jęki i krzyki, lecz nie była pewna czy dochodziły one z czarnej dziury w budynku jaka pozostała z miejsca po Starbucks, z dymiącej się ulicy, czy może z wewnątrz jej głowy. I ten fetor spalonego ludzkiego ciała. Jeszcze chwila i zwymiotuje. Z trudem wyszła przez wyrwę w murze na pokryty drobinami szkła i kamieni chodnik.
Eksplozja w budynku na zewnątrz ulicy zebrała również dość pokaźne żniwo. Dziesiątki przechodniów leżało na ziemi, z których tylko nieliczni próbowali podnieść się o własnych siłach. Z aut zaparkowanych przez kawiarnią zostały pogięte jak aluminiowe puszki blachy, a jedno z nich oderwane podmuchem wybuchu przeleciało kilkanaście stóp, by wylądować dachem na środku jezdni. Całe szczęście niewielki ruch uliczny zapobiegł dalszym ofiarom.

Krztusząc się dymem, oparta ręką na murze powoli szła wzdłuż chodnika. Z każdą chwilą nogi miała coraz miększe. Potknęła się i zjechała plecami wsparta o ścianę, do pozycji siedzącej. Ten pisk zaczynał ją naprawdę wkurwiać. Mijał powoli, ale nadal czuła jakby od świata zewnętrznego dzieliła ją kuloodporna szyba. Chłodne powietrze pozwoliło wziąć kilka głębszych wdechów. Sięgnęła po papierosy.
Zaczynała całą tę sytuację brać coraz bardziej do siebie. Najpierw młody na poddaszu, a teraz bomba w kawiarni. Bardzo nie lubiła zbiegów okoliczności. Miała tylko nadzieję, że nie dobrali się do skóry Andersonowi, bo będzie musiała czekać na przyznanie kolejnego partnera, a to zwykle trwa.

"Kurwa."

Wraz z ustającym piskiem w uszach, zaczęła rejestrować nasilające się, otaczające ja dźwięki. Uderzył ją przeraźliwy płacz i wycie ludzkich gardeł. Krzyk rozpaczy, bólu i wściekłości wymieszany z jękiem rannych i umierających. Po chwili całe zastępy ratunkowe miały pełne ręce roboty.

To wygląda jak regularna wojna. Czuła się jak na froncie. Umierający młodzi ludzie w imię polityki. Tylko, że tutaj nikt nie mógł pogodzić się ze śmiercią, ani na nią przygotować. Chyba tylko żywe bomby...
Zaciągnęła się papierosem. Jej myśli zaczynają być strasznie wzniosłe, a czas ucieka. Zgasiła fajkę i stwierdziła, że wygląda jak górnik albo pomocnik na budowie. Wspaniale. Zrobi furorę w Victorii. Adrenalina powoli opadła. Jane podtrzymując się ściany, wstała.
Ze zdziwieniem stwierdziła, że poza rozciętym lekko czołem nie odniosła żadnych widocznych obrażeń. Głowa co prawda pulsowała tępym bólem, lecz wiedziała, że to nie wstrząśnienie mózgu. Nie miała mdłości, wszystko pamiętała a ogólne drżenie ciała, wiedziała że zawdzięcza jedynie lodowatemu prysznicowi, który zmoczył ją do suchej nitki.

Wybuch bomby to nic nowego. To było wpisane w życie sapera. Miał w sobie coś magicznego, trochę mistycznego. Gorzej, że potem trzeba pobierać to, co zostało.
Nie wierzyła w cuda, ale trudno sobie wyobrazić większy zbieg okoliczności. Gdyby nie poszła do tej obskurnej łazienki, to... nie, lepiej nie myśleć. Wszystko dzięki tym drzwiom. A może dzięki bezsenności? Ironia losu.

Kilka aut dalej stal nienaruszony, nie licząc cienkiej warstwy osiadłego pyłu, jej czarny niegdyś motor. Nie dość, że musi nadłożyć drogi i zajechać pod mieszkanie - szykował się długi prysznic - to jeszcze myjnia. Dzisiejszy dzień nie należał do tych udanych.
 
__________________
"Women and cats will do as they please, and men and dogs should relax and get used to the idea."
Robert A. Heinlein
Latilen jest offline  
Stary 14-12-2008, 15:56   #7
 
[size="3"][font="Courier New"]
EPIZOD 6
 

Ostatnio edytowane przez Niles Elmwood : 08-01-2009 o 07:26.
Niles Elmwood jest offline  
Stary 22-12-2008, 02:59   #8
 
Latilen's Avatar
 
EPIZOD 7

Klub "Victoria" znajdował się w dzielnicy irlandzkiej. Czarny szyld ozdobiony zieloną trójlistną koniczyną zapraszał do wejścia.
Jane odetchnęła z ulgą widząc raczej rockowy wystrój miejsca, do którego jej codzienny strój pasował jak ulał. W środku nie wyróżniała się niczym wśród pogrążonych w rozmowach i śpiewie grupkach ludzi rozsianych po lokalu przy stołach i na kanapach. Opuściła kosmyki gęstych włosów na czoło, zasłaniając świeży ślad niewielkiego rozcięcia.

Po czym usiadła przy pustym barze i chwilę kontemplowała alkohole stojące na półce. Nie miała zwyczaju pić. Nie lubiła alkoholu. Czasem piwo. Za to paliła jak smok. Dlatego też wychodziła z założenia, że jedno uzależnienie wystarczy. Tylko, że nie może tutaj tak siedzieć o suchej gębie. Zamówiła jedno, duże piwo. Poklepała się po kieszeniach i poprosiła barmana jeszcze o ogień. Rzucił jej po barze znajome czarne zapałki, które sunąc się po długim blacie zatrzymały się o oszroniony kufel Guinessa. Właściwie mogłaby się już nie odzywać. Była zmęczona, a alkohol jeszcze nie uderzył do głowy. Nieopatrznie założyła włosy za ucho i odsłoniła, świeżą ranę. Oczywiście nie umknęło to uwadze barmana. Zaczynała żałować, że niektóre rzeczy robiła instynktownie.

- Nie jestem taka grzeczna, na jaką wyglądam.

Czasem to, co mogłoby być prawdą, łatwiej zaakceptować, niż to co niż w rzeczywistości jest. Na jego usta wpełzł cyniczny uśmieszek i na tym zakończyli wymianę zdań.

Kończąca się ludowa celtycka melodia ustąpiła miejsca teledyskowi, który pojawił się na większości podwieszonych ekranów. Faktem było, że oprócz zamiłowania do przeszłości i staroci z lat dziewięćdziesiątych, tak właściciele jak i bywalcy klubu mieli swoje korzenie głęboko wypisane na czołach. Z nostalgicznym błyskiem oczu, zasłuchani w muzykę, dolewali do dużych kufli z pękatych, ociekających pianą dzbanków piwa.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=lyp5we2ySDo[/MEDIA]

Gdzie się nie obrócić zgliszcza i wojna. Nigdy nie nasyceni. Doprawdy, niektórzy mają walkę we krwi. Tak jak ona. Możliwe, że nie urodziła się buntownikiem. A możliwe, że to tylko zbieg okoliczności. Ale z pewnością staje się sposobem na życie.
Teraz leciała jak pies za tropem, żeby dorwać Anglika. Przecież nie dlatego, że chce się zemścić za dzieciaka. Taką miała pracę. Zresztą Anglik ważył się zastrzelić Sędziego. Czyli chciała go dorwać dla ideałów? Dla zasady? Dla rzeczy, którymi gardzi, ale jednocześnie broni, bo nic więcej nie umie? Nie zna?

Właśnie dlatego nie lubiła alkoholu. Przez niego ludzie głupieli do reszty i zanurzali się w smutku.

Siedząc wygodnie na wysokim stołku sącząc ciemny płyn oglądała zawieszone na ścianie gablotki ze zdjęciami.


Nikt tak nie kocha przeszłości jak Irlandczycy. Znów wróciła myślami do Anglika, a prawie zdążyła zapomnieć, po co właściwie tu przyszła. Szkoda, że nie mają rzutek. Zrobiłaby z jego zdjęcia tarczę. Z namaszczeniem zdusiła w popielniczce kolejnego papierosa. Dobrze, że znalazła tę zapasową paczkę.

Wraz ze zbliżająca się godziną policyjną miejsce zaczęło się przerzedzać pustoszejąc w oczach.

- Ostatniego? - zapytał młody barman.
- Nie tutaj - ziewnęła Jane wrzucając do pustej szklanki banknot stu-dolarowy.
- Wydać resztę? - chłopak schował pieniądze w otwartej kasie czekając na odpowiedź.
- Nie mogę się doczekać - rzuciła Jane przez ramię wolnym krokiem kierując się w kierunku toalet. Mimowolnie ciarki jej przeszły po plecach na widok znaczka damskiej ubikacji, na wspomnienie poprzedniej wizyty w Sturbucks. Rzeczywiście więcej do niego nie pójdzie, bo niewiele z niego zostało.
W pierwszej kabinie zamknęły się jakieś dziewczyny. Młode i głupie. Tak jej się nasunęło. Podniecone, szeptały tak głośno, że słychać je na końcu korytarza. I co zrobią jakby policja nalot zrobiła?

Po około kwadransie usłyszała odległy alarm syren wojskowych. Godzina policyjna.

Wyszła na korytarz. Większość świateł w lokalu była pogaszona, metalowe okiennice szczelnie zasunięte, a nieliczne postacie wężykiem znikały w drzwiach za barem. Barman na jej widok skinięciem ręki przywołał ją do siebie.

- Witamy w Victorii - uśmiechnął się uwodzicielsko.

Za ścianą baru było zwyczajne zaplecze ze sporych rozmiarów chłodnią. Temperatura nieznacznie tylko obniżona od tej pokojowej, obliczona była na chłodzenie napojów alkoholowych. Przechodząc długim korytarzem, pośród beczek i skrzynek piwa, wódki i wszelakich likierów, grupka zatrzymała się na końcu pod zastawioną skrzynkami ścianą. Dwóch młodych mężczyzn pewnymi ruchami odsunęło, jak się okazało tworzącą połączoną całość, stertę drewnianych pojemników. Ich oczom ukazały się solidne schronowe drzwi. Widok takich iście bunkrowych wrót nikogo specjalnie nie dziwił. Od wielu lat każdy w piwnicy posiadał podobne, wiodące do zbrojonych, przeciwatomowych schronów.

Po drugiej stronie czekał mężczyzna, który zapraszającym gestem wpuścił wszystkich do środka. Znajdowali się w sporym przedsionku naprzeciw kolejnym identycznych drzwi. Kiedy te, którymi przyszli miękko zatrzasnęły się za nimi, przewodnik wystukując kod na wyświetlaczu wmontowanym w jedną ze ścian sprawił, że te przed nimi odsunęły się niemal bezgłośnie, a ciszę przedsionka wypełnił pulsującym rytm nagłośnienia. Dziewczyny obok Jane w towarzystwie chłopaka aż zapiszczały z radości automatycznie dostając tanecznych ruchów.
 
__________________
"Women and cats will do as they please, and men and dogs should relax and get used to the idea."
Robert A. Heinlein
Latilen jest offline  
Stary 29-12-2008, 06:56   #9
 
[size="3"][font="Courier New"]
EPIZOD 8
 

Ostatnio edytowane przez Niles Elmwood : 08-01-2009 o 07:26.
Niles Elmwood jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:36.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172