Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 27-12-2008, 11:07   #21
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 70426 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
William skłonił głowę witając Haswilhi'ego, asystenta profesora, a potem wsłuchał się w wyjaśnienia, udzielane przez naukowca.
Odpowiedzi profesora były dość uspokajające.
Latający wehikuł został przetestowany i, przynajmniej teoretycznie, nie musieli się obawiać, że coś pójdzie nie tak.
Osiągana prędkość była wspaniała. Podróżując drogą lądową nawet nie mogliby marzyć o zbliżeniu się do takiego tempa, o najrozmaitszych przeszkodach nie wspominając. Z góry był wspaniały widok. Jeśli zaś chodziło o ewentualny przeciwny wiatr... Zawsze mogli wznieść się w górę, by znaleźć się w strumieniu powietrza dążącym w bardziej sprzyjającym kierunku.
W dodatku widać, że mister Samson zna się na obsłudze latającej maszyny i gdyby przypadkiem coś się stało profesorowi, zdoła sprowadzić ich na ziemię w jednym kawałku...

- Dziękuję, profesorze - uprzejmym podziękowaniem i skinieniem głowy zakończył ten fragment rozmowy.

Skupił się na maszynie, którą mieli wznieść się w powietrze, mimo tego bacznie słuchał, o czym toczył się ciąg dalszy wymiany poglądów. I zdecydowanie nie był zachwycony postępowaniem młodziutkiej córki gubernatora. Już na stacji w Cape Town zachowała się nie tak, jak powinna. Teraz też.

- Rozpuszczony dzieciar - pomyślał, gdy Chiara wyrwała się z propozycją zostania matką chrzestną. Co prawda było mu wszystko jedno, która z pań dostąpi tego zaszczytu, ale mimo wszystko...

Są zachowania, które nie przystoiły osobom w tym wieku, a Chiara zdawała się nie mieć o tym pojęcia. Łatwo byłoby wyciągnąć wniosek, że panna Wodehouse ma nieco przewrócone w głowie i jest impulsywna. A w dodatku niezbyt dobrze wychowana.
Podobnie jak jej uroczy psiak.
A to znaczyło, że kiedyś może ich wpakować w kłopoty...
Kolejny minus dla panny Chiary.

Zaś profesor chyba niezbyt przemyślał swoje zachowanie. Niczym Eris jabłko niezgody, tak i on rzucił między trzy panie propozycję zostania matką chrzestną. Jeżeli efekt byłby taki sam... Strach pomyśleć...
Jedyna nadzieja w tym, że pozostałe uczestniczki wyprawy nie poczują się dotknięte i nie wybuchnie kolejna wojna trojańska.
W dodatku zamiast porządnego, francuskiego, szampana signor Salvadore dał jakieś nędzne, włoskie wino musujące...

Świat schodzi na psy...

Stłumił uśmiech.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 27-12-2008 o 12:27.
Kerm jest offline  
Stary 28-12-2008, 12:59   #22
Adr
Dział historyczny
 
Adr's Avatar
 
Reputacja: 16734 Adr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputację
William Cook

Cape Town, dnia 14 stycznia 1870 roku.

W czasie przyjęcia u gubernatora William Cook nie unikał rozmowy z pozostałymi członkami wyprawy i starał się prowadzić konwersację w ten sposób, aby nikt nie poczuł się zignorowany. Jednakże nie nagabywał osób, które nie wykazywały chęci wymiany zdań. Rozmowy dotyczyły legendarnych afrykańskich zwierząt, niezwykłego klimatu Afryki, ale najczęściej rozprawiano na temat przyszłej wyprawy i zaginionego profesora Davida Livingstone.

Nadia wcześnie wyszła z kolacji skarżąc się na ból głowy. William znał ją i dobrze wiedział, że nie przepada za uroczystymi spotkaniami towarzyskimi zwłaszcza w tak licznym gronie nieznajomych. Łatwo domyślił się, że dyskomfort jaki mogła odczuwać Nadia był przyczyną jej szybkiego zniknięcia. Pan Cook nie mógł tak jak ona wyjść w trakcie kolacji. Nie pozwalały mu na to konwenanse i obyczaje, których starał się przestrzegać będąc w wytwornym towarzystwie. We własnym domu jednak mniej przestrzegał reguł dobrego wychowania i częstokroć folgował sobie uważając się za jedynego pana swoich kaprysów.

Kolacja przeciągnęła się do późna. Williamowi szczególnie przypadła do gustu długa rozmowa jaką prowadził z gubernatorem Wodhousem. Obaj mężczyźni z racji podobnego wieku i statusu majątkowego szybko zaczęli sympatyzować ze sobą. Wspominali Afrykę z poprzednich dwu dziesięcioleci i omawiali zmiany jakie zaszły na świecie od tamtego czasu. Temat wydawał się przepastny i niewyczerpany. Nic dziwnego, że William znalazłszy tak dobrego partnera do rozmowy był jednym z ostatnich gości, którzy opuścili jadalnię.

Kiedy pan Cook wrócił z kąpieli do swej sypialni i zerknął na stolik do pisania, przy którym zwykł robić notatki przypomniał sobie o listach. Na stoliku leżały znaczki i przypominały o obietnicy jaką złożył przyjacielowi, że będzie pisał regularnie.



William był jednak tak zmęczony, że listy musiały zaczekać do następnego dnia. Tym bardziej, że zrezygnował nawet z cowieczornej gimnastyki, która była jedyną pozostałością po młodzieńczym zainteresowaniu akrobacją.

„Chyba coraz częściej zaczynam myśleć o wygodzie i czuć się jak starzec” – pomyślał zasypiając.

W śnie wydawało mu się, że Nadia przyszła do jego pokoju i położyła się tuż obok niego. A może to nie był sen?


*****
Cape Town, dnia 15 stycznia 1870 roku.


Następnego ranka William Cook nie czuł się najlepiej. Zawroty głowy i duszności jakie odczuwał po przebudzeniu zaniepokoiły go, ale nie na tyle, aby pozostać w łóżku. Swoje dolegliwości złożył na karb zmęczenia wczorajszym dniem. Orzeźwiająca kąpiel sprawiała że poczuł się znacznie lepiej. Podczas pisania listów do przyjaciół nie odczuwał już żadnych dolegliwości.

Bez kłopotu dotarł na śniadanie. Wysłuchał z uwagą planu wyprawy przedstawionego przez sir Whitemoora. Większość spraw nie było dla niego nowością. Podróż do Kimberly była szeroko omawiana na wczorajszej kolacji. A o przydziale kompanii wojska szczegółowo opowiedział Cookowi sam gubernator. Podał mu zresztą nazwisko oficera, który ma dowodzić to jednostką i rekomendował go jako ciekawego człowieka. Kiedy śniadanie dobiegło końca William załatwił sprawę nie wysłanych listów, które zostały powierzone zaufanemu służącemu.



*****

Cape Town – Kimberly 15 – 18 stycznia 1870 roku.

Trzy dni podróży minęły bardzo szybko. William rozmawiał z członkami wyprawy i poznawał ich coraz lepiej. Dużo czasu spędzał na pisaniu, które zaczynało mu sprawiać przyjemność. Ciągle roztrząsał w myślach projekt nowego scenariusza dla swojej trupy cyrkowej. Miał kilka bardzo ciekawych pomysłów, ale tak różnorodnych, że nie pasowały do jednego programu. Wiele godzin poświęcał lekturze książek, które zabrał ze sobą.

William w przeciwieństwie do swej przyjaciółki Nadii prawie nie wyglądał za okno. Pan Cook miał ku temu istotne powody. Każdy widok afrykańskich plenerów zbliżał jego myśli do niebezpiecznych obszarów duszy. Do głęboko ukrywanych wspomnień, których nie chciał przywoływać. Właśnie ta niechęć do pozostawiania sam na sam ze swymi myślami pchała go do częstych rozmów z innymi. William za wszelką cenę starł się zajmować jakąkolwiek działalnością. Rozmowy, czytanie, robienie notatek i wszelkie drobne czynności miały nie dopuścić wspomnień.

William Cook podczas podróży pociągiem osobiście doglądał swoich bagaży. Szczególną uwagę przykładał do pewnego niewielkiego kuferka, który był ciągłym przedmiotem jego uwagi. Był to dosyć niezwykły i kunsztownie zdobiony przedmiot.



Postronni mogli brać go za szkatułkę, choć rozmiarem przypominała mały kufer. William nigdy nie otwierał go w obecności osób drugich. Nawet Nadia choć wydawała się zaciekawiona zawartością kuferka i miała bliski kontakt z panem Cookiem nie wiedziała co znajduje się wewnątrz kufra.

*****


Kimberly, dnia 18 stycznia 1870 roku.


Środek transportu przygotowany przez profesora Salvatore prezentował się imponująco. Podekscytowanie udzieliło się wszystkim. Nawet William był zaciekawiony pojazdem latającym. Odczuł też pewien rodzaj dumy, że jego pieniądze nie poszły na zwyczajniejsze cele i nie zmarnowały się.

Sir Whitemoora przedstawił dalsze plany wyprawy, ale w jego słowach coraz więcej nieokreśloności, coraz więcej prawdopodobnych informacji i coraz więcej przypuszczeń niż pewników. Zaczynała się prawdziwa ekspedycja. Jakiś czas potem pojawił się profesor Salvatore i objaśnił szczegóły techniczne pojazdu. Przedstawił również swego czarnego asystenta Samsona, który nie przypadł Williamowi do gustu szczególnie gdy gapił się na Nadię.

„Cóż trzeba będzie porozmawiać na ten temat z panem Piccolo. Może to tylko irracjonalne uprzedzenie jakie żywimy do obcych, a asystent wcale nie ma złych zamiarów. Tak czy inaczej trzeba mieć go na oku i porozmawiać o tym z konstruktorem przy pierwszej nadarzającej się okazji.” – rozmyślał William.

Czworonożny pupil panny Wodehouse kręcił się między członkami wyprawy. Jednak do Williama Cooka nie zbliżał się prawie wcale; zresztą podczas całej dotychczasowej podróży również od niego stronił. Dyrektor cyrku miał olbrzymie doświadczenie w pracy ze zwierzętami, ale w tym wypadku nie ochroniłoby go przed natręctwem psiaka. W tym przypadku William stosował pewien mały flakonik z zapachem, który odstrasza psy, a dla ludzi jest prawie nie wyczuwalny. W ten sposób Cook zapewnił sobie spokój.

William chciał jak najszybciej zająć się swoimi sprawami i niecierpliwością oczekiwał na ochrzczenie pojazdu.
 

Ostatnio edytowane przez Adr : 29-12-2008 o 00:33.
Adr jest offline  
Stary 30-12-2008, 14:38   #23
 
Diriad's Avatar
 
Reputacja: 523 Diriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnie
Reszta przyjęcia upłynęła dość spokojnie. To znaczy – jak inaczej mogły odbywać się takie bankiety? Wszyscy i tak są formalni, a słowa ważą dokładniej niż lichwiarze swoje złoto. Nie żeby Jamesowi to nie pasowało, tego wieczora czuł się bardzo dobrze, choć… ostrożnie. Tak, to dobre słowo.
Nie zwrócił szczególnej uwagi na nowoprzybyłego gościa. Nie było go najwyraźniej na liście uczestników wyprawy, a wszystko wskazywało na to, że przez większość czasu kiedy rozgrywały się wydarzenia związane z panem Jonesem, Wilburn był w innym pomieszczeniu. Tak więc bez zbędnego zdenerwowania poszedł spać, czekając na wyprawę.

* * *

„No, no” – skomentował rano w myślach słowa sir Roberta„Kompania wojska, starcia z tubylcami? Naprawdę jesteśmy niezwykle ważni tu, w Afryce. Ale jak ta agresja ma się do faktu, że kiedy wysiądziemy, nie będziemy mieli tej ochrony, za to – przynajmniej wśród niektórych ludów – niemiłe wspomnienia o jej niedawnym posiadaniu zostaną?”

Kiedy wsiadali do pociągu był świadkiem sceny pomiędzy Chiarą, a pracownikiem kolei. W żadnym stopniu nie dziwił się urzędnikowi, że niechętny jest wprowadzeniu Volty. Kątem oka zauważył pełną ukrywanej dezaprobaty minę sir Ellisa, którą w duchu poparł całym sercem. Bądź co bądź, o ile w mieście przydałaby się osoba, która w przypadku ostateczności mogła w taki sposób zdobywać informacje, to na nic nie przyda się w głębi Czarnego Lądu – nie tak pełnego cywilizacji oraz, rzecz jasna, korupcji.

* * *

Już po kilku godzinach drogi James odkrył, że Afryka jest nie tylko zjawiskowo piękna, ale też przerażająco monotonna – miał jednak nadzieję, że to tylko błędne wrażenie po odwiedzeniu tylko małego skrawka, wyznaczonego co więcej przez linię ułożonych torów.

Spędzał więc wiele czasu na rozmowach, w których chciał nawiązywać – pozytywne, w miarę możliwości – relacje z członkami ekspedycji. Rozmawiał o wyprawie, o tym, co być może czeka ich już niedługo. Dość niechętnie jednak opowiadał o swoich własnych doświadczeniach z wojny. Utrzymywał, że jest to jeden z tematów, o których człowiek chce w miarę możliwości szybko zapomnieć, należy za to patrzeć z nadzieją w przyszłość.

* * *

W końcu droga dobiegła końca.
Wszyscy cali, zdrowi i bez problemów dotarli do obozu profesora Salvatore’a. Nawet Volta jakoś się przemogła i zaczęła być spokojniejsza przy pannie Chiarze.

Przed ich oczami, zupełnie nagle wyrósł wielki powietrzny statek. W tym momencie James uświadomił sobie, że widział po drodze coś podobnego w powietrzu, gdzieś w oddali… Był dotychczas pewien, że mu się wydawało, ale może to jednak była ta maszyna?

- Wspaniale! – podsumował Wilburn przemówienie sir Roberta nie ukrywając zadowolenia.
- A jeszcze wspanialsza jest pańska machina. – zwrócił się do profesora. – Czy to możliwe, żebym będąc w drodze, z pociągu widział ją w powietrzu? Zdawało mi się, że zauważyłem coś podobnego, jednak z braku pojęcia co to może być, zbanalizowałem, gdyż właśnie przechodziłem do wagonu restauracyjnego.

A potem zaczęły się chrzciny statku – powietrznego, ale statku.

Czy Jamesowi się wydawało, czy żadna z pozostałych pań nie chciała odbierać Chiarze zaszczytu nadania imienia?
 
__________________
Et tant pis si on me dit que c'est de la folie - a partir d'aujourd'hui, je veux une autre vie!
Et tant pis si on me dit que c'est une hérésie - pour moi, la vraie vie, c'est celle que l'on choisit!
Diriad jest offline  
Stary 31-12-2008, 23:14   #24
 
Gob1in's Avatar
 
Reputacja: 22147 Gob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputację
Cape Town, 20 Stycznia 1871 roku

Poranne słońce wdzierające się do pokoju obudziło go. Zaspany otworzył oczy jakby dziwiąc się, co on robi w tym miejscu. Po chwili jego budzący się do życia umysł przypomniał mu wydarzenia ostatnich dni i, niczym zwieńczenie całości oraz ostateczne potwierdzenie tychże wydarzeń, wczorajszą kolację w posiadłości gubernatora.
- To nie sen, doktorze - Afryka czeka... - mruknął do siebie.
Poleżał jeszcze kilka minut w wygodnym łóżku hołdując lenistwu. Jak przypuszczał już niedługo może za tym zatęsknić.

Wstał wreszcie, ponaglany krzątaniną służby na korytarzu. Ubrał się i uszykował bagaże. Ubrania, przybory toaletowe, piśmiennicze i gruby, oprawiony w skórę zeszyt, który miał stać się dziennikiem.
Z jednej z walizek wydobył wykonane z lakierowanego orzechowego drewna pudełko. Mały, mosiężny zamek nie był zamknięty, więc zapadka ustąpiła ukazując wnętrze.

Kirk wydobył rewolwer wyprodukowany w fabryce Remingtona w Nowym Jorku. Skrzywił się nieco, gdyż nie był zwolennikiem broni. Potrafił strzelać, aczkolwiek czynił to niechętnie. Tym niemniej Afryka wręcz pożerała nierozważnych podróżników. To jest dziki kraj, więc trzeba być przygotowanym na wszystko. Sprawdził stan broni. Praktycznie nie używana, więc wszystko chodziło bez zacięć. Zaletą modelu Army z 1858 roku był wyjmowalny bębenek mieszczący 6 pocisków. Znacznie poprawiało to czas ładowania rewolweru w porównaniu do modeli ładowanych przez lufę.


Wszystkie te nowinki techniczne w zakresie uzbrojenia nie sprawiały jednak, że łatwiej przychodziło mu mierzyć do kogokolwiek. Tak po prawdzie, to nigdy nie zabił człowieka. I miał nadzieję, że nigdy nie będzie musiał. Był w końcu lekarzem, a nie żołnierzem. Westchnął i zamknął pudło. Był gotów do wyjazdu. Wychodząc z pokoju zostawił list na szafce nocnej, a w nim kilka słów do Anny. Był pewien, że służba gubernatora znajdzie go i wyśle zgodnie z adresem na kopercie.


* * *


Śniadanie było niewiele mniej uroczyste, niż kolacja poprzedniego wieczoru. Co prawda niektórzy uczestnicy byli jakby bardziej skryci, niż poprzednio.
"Chociażby taka panna Lloyd..." - spojrzał w zamyśleniu na milczącą dziewczynę. "Cóż, w końcu bardzo ciekawe towarzystwo się tutaj zebrało. Nie ma chyba możliwości, żeby wszyscy się polubili. W Bogu nadzieja, że obędzie się bez większych kłótni..."

* * *

Afryka, 20-23 stycznia 1871 roku

W czasie trwającej na stacji kolejowej awantury panny Chiary z jej bydlęciem... "O, przepraszam, psiakiem" - poprawił się, trzymał się z boku, jednak nie mógł powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu.
"Doprawdy urocza scena" - prawie parsknął śmiechem - "Włoski temperament przeciwko dzikiej naturze zwierzęcia" - ocenił. "I jako, że obie są kobietami, doprawdy nie wiem, która zwycięży..." - dodał, po czym odwrócił się i puścił kłąb dymu z trzymanej w ustach fajki, próbując zachować powagę. Prawdziwy nastrój Belga zdradzały wesołe iskierki w oczach.

Dalsza podróż była równie ciekawa, co podróżujące towarzystwo. Przez niedużą lornetkę, użyczoną przez jednego z pracowników pociągu, obserwował przewijający się za oknem krajobraz. Ze zrozumiałych względów szczególnie zainteresowany był fauną, jednak chłonął wszelkie charakterystyczne symbole przyrody południowej Afryki. Nie rozumiał pojawiającego się znużenia u większej części uczestników wyprawy. "Przecież to fascynujące" - myślał, dziwiąc się, że nie podzielają jego entuzjazmu.


Chociaż jedną rzecz rozumiał. Mimo dużej wygody zapewnianej przez bardziej niż przyzwoicie wyposażone przedziały bolało go... no... siedzenie. Niezbyt pomagało przechadzanie się po korytarzu, z czego korzystał często nie chcąc dymem z palonej fajki urazić żadnej damy, czy dżentelmena. Pomagało to również, poza rozprostowaniem kości, poznać innych towarzyszy podróży. Palenie to naprawdę towarzyska czynność.

* * *


Za to na miejscu czekała nagroda.
Gdy już minęli obóz pełen pracujących czarnych i białych ludzi, zajmujących się pakunkami, kopiących, budujących jakieś dziwaczne konstrukcje, których znaczenia nawet nie próbował się domyślać ujrzeli TO.
- Prawdziwy okręt napowietrzny! - wyrwało mu się.
- Fantastyczne! - dodał to, co zapewne myśleli wszyscy zgromadzeni.
Nie myślał o tym, że zapewne czeka ich kolejna przeprawa z bestią temperamentnej damy. Nie myślał o tym, czy w ogóle takie przedsięwzięcie jest bezpieczne. Ani nawet o tym, że przyjechali tutaj, by odnaleźć zaginionego odkrywcę. Myślał o tym, że będzie LATAĆ!
- Oszałamiające! Wspaniałe! Niewyobrażalne! - powtarzał w kółko, z nieukrywanym zachwytem oglądając sterowiec.
 
__________________
I used to be an adventurer like you, but then I took an arrow to the knee...
Gob1in jest offline  
Stary 04-01-2009, 21:42   #25
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 3596 merill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputację
Obozowisko profesora Salvatore, 23 stycznia 1871 roku.

- Czy któraś z obecnych dam zechciałaby zrobić nam tę przyjemność i przejść do historii i naszych wspomnień, przez pełnienie honorów przy nadaniu dla latającego statku nazwy?

Profesor Salvatore był wyraźnie podekscytowany, czemu nikt się nie dziwił, w końcu poświęcił wiele pracy tej latającej machinie – bo było marzenie jego życia.

- Jako najmłodsza muszę jakoś zaskarbić sobie państwa przychylność, bo z pewnością jeszcze nie raz się będziecie mieli mnie dość. Chyba, że któraś z pań woli przejąć pałeczkę?

Najmłodsza uczestniczka wyprawy, panna Wodehouse wyrwała się pierwsza. Sądząc po rumieńcach na jej twarzy, bardzo chciała zostać matką chrzestną powietrznego okrętu. Pani Duolitel i Nadia, nie wyraziły sprzeciwu. Sir Robert kiwnął z przyzwoleniem głową:

- Proszę bardzo panno Chiaro, niech pani uczyni ten zaszczyt profesorowi.

Córka gubernatora wzięła butelkę francuskiego trunku i podeszła do przodu gondoli… biorąc go, słusznie zresztą, za rufę podniebnego statku.

Stanęła przed nim, zadarła głowę ku górze, by jeszcze lepiej ocenić ogromne gabaryty statku.
Chwileczkę zastanowiła się nad nazwą, wreszcie wzniosła zieloną butelkę do góry i powiedziała głośno:

- Ja ciebie chrzczę mianem „Dedalusa”, byśmy jak ten mityczny wynalazca szczęśliwie dotarli na twoich skrzydłach do domu.

Szkło rozprysło się od uderzenia, a złotawy płyn spłynął odeskowaniu pokładu.

*****

Sir Robert porozmawiał chwilę z profesorem. Musieli wyjaśnić kwestię załogi okrętu. Nie mogli zabrać zbyt dużo ludzi, nie było by miejsca na niezbędny ekwipunek. Ostatecznie doszli z Salvatore do wniosku, że zabiorą ze sobą tylko Samsona, a w razie potrzeby i jakiejś niezbędnej sytuacji, pomogą członkowie ekspedycji. Męska część rzecz jasna.

Kiedy wreszcie doszli do porozumienia w kwestii załogi, tragarze kończyli załadunek niezbędnych dla wyprawy urządzeń i zaopatrzenia. Kilka beczek słodkiej wody, paczki z suszonym mięsem i sucharami, kilka koszy owoców i warzyw, paczki z herbatą i kawą, kilka butelek mocniejszych trunków, apteczka, obficie wyposażona w chininę, kilkanaście paczek z amunicją, skrzynia z mikroskopem i przyrządami pani biolog, artykuły piśmiennicze i bloki do szkicowania dla panny Wodehouse, dwa duże składane namioty, koce, moskitiery. Słowem wszystko co było potrzebne by przeżyć w niesprzyjających warunkach dzikich afrykańskich ostępów.

*****


Ostateczne przygotowania zajęły około godziny. W tym czasie członkowie ekspedycji czynili ostateczne przygotowania. Nagle od strony miasteczka nadjechał powóz, wiozący chyba oficera i kilku żołnierzy, czerwone kurtki wyraźnie odcinały się od krajobrazu. Można było z daleka poznać pasażerów pojazdu. Po chwili byli już w obozowisku. Żołnierze z bronią w rękach ruszyli za oficerem zmierzającym wprost do Sir Roberta.

Odprowadził Anglika na stronę i uważając na osoby postronne powiedział:

- Mamy powody przypuszczać, że jeden z członków pańskiej ekspedycji, Jonathan Cucumber to poszukiwany morderca, to jego fałszywe nazwisko. Jest podejrzewany o zabicie Hrabiego Fairfaxa…

- Jak mocne są pańskie dowody? Skąd wiecie, że to on?

- Dostaliśmy dziś rano telegraf, tuż po waszym przyjeździe… ktoś w Cape Town go rozpoznał. To poważna sprawa…musimy go natychmiast zatrzymać.

- Dobrze w takim razie nie przeszkadzam.

Szkot właśnie pakował swój szkicownik, kiedy oficer z żołnierzami zatrzymali go. Szybko i sprawnie skuli go kajdanami i wyprowadzili w kierunku powozu.

Pozostali członkowie ekspedycji stali jak wryci, obserwując ze zdziwieniem całą tę nieprzyjemną sytuację. Dopiero wyjaśnienia Sir Roberta uspokoiły nastroje. Nikt się nie spodziewał, że wśród nich znajduje się przestępca… pozory potrafią mylić.

Profesor Salvatore przerwał tę dramatyczną chwilę swoim ciepłymi i radosnymi słowami:

- Drodzy państwo „Dedalus” – tu skłonił się Chiarzeczeka. Czeka nas wyprawa wszechczasó, proszę zająć miejsca. Wyruszamy, zaraz ujrzycie jak piękna jest Afryka z lotu ptaka.


*****

Statek powietrzny unosił się na cumach pół metra nad ziemią, kiedy wszyscy wchodzili po chybotliwym trapie. Pracownicy i czarni tragarze stali wokół okrętu na ziemi, wreszcie rzucili potężne liny trzymające „Dedalusa” na uwięzi. Gorące powietrze wypełniające jego cylindryczną czaszę porwało sterowiec do góry…przez chwilę silne turbulencje wstrząsały całą konstrukcją, ale po kilku sekundach strachu… statek już prosto i dumnie wznosił się do góry… nabierając prędkości.


Obozowisko w dole malało coraz bardziej… a ludzie zamieniali się malutkie punkciki. Horyzont był czysty … krajobraz malowniczo roztaczał się pod nimi. Każdy z członków wyprawy stał oparty o barierkę pokładu podziwiając widok, jaki widziało niewielu śmiertelników.

- Profesor mówi, że teraz wzniesiemy się na wysokość około 3500 tysiąca stóp… tak na próbę, potem będziemy podróżować na wysokości około 340 stóp, będziemy mogli podziwiać to co się znajduje pod nami. Prawdopodobnie przed wieczorem, jeśli znajdziemy bezpieczne miejsce to wylądujemy gdzieś, na otwartej przestrzeni, by przenocować. Jeśli któryś z panów miałby ochotę, to polowanie z pewnością się nam przyda, w końcu nie każdy miał okazję polować z powietrza? A świeże mięso na wieczorny posiłek będzie zdecydowanie na miejscu? Zatem podziwiajcie, kto powinien niech notuje i szkicuje. W końcu to wyprawa badawcza… służymy wiedzy i nauce Drodzy Państwo. O Królowej nie wspominając.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451

Ostatnio edytowane przez merill : 03-02-2009 o 20:49.
merill jest offline  
Stary 07-01-2009, 12:30   #26
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 70426 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Szampan pieniącą się strugą spłynął po powłoce latającej machiny, która w tym momencie uzyskała imię. "Dedalus" był gotów do lotu.
Na szczęście dostał imię po mniej znanym, ale bardziej rozważnym z mitycznych lotników. Może im też uda się szczęśliwie dotrzeć do celu i nie przypalą sobie skrzydełek...
William spojrzał jeszcze raz na matkę chrzestną ich powietrznego statku. Znał, niestety, osoby tego typu. Bez wątpienia dziewczyna miała rację - pewnie jeszcze nie raz będą mieli jej dosyć.


Nie miał zamiaru plątać się pod nogami ludzi wnoszących bagaże i zapasy na pokład "Dedalusa". Dopilnował tylko, by jego rzeczy znalazły się na pokładzie, a potem jeszcze raz postanowił przyjrzeć się statkowi powietrznemu z bliska.
Zastanawiał się, w jaki sposób profesor ma zamiar lądować i wznosić się kilka razy... W balonach było to proste. Zrzucało się balast i balon leciał do góry, a po jakimś czasie sam spadał. Chyba, że wcześniej wypuściło się powietrze bądź wodór. Ale balony to były 'jednorazówki'. Aby znów wystartować trzeba było ponownie napełnić powłokę, co w przypadku ogromu "Dedalusa" mogło być trudne do zrealizowania.
Nie ulegało jednak wątpliwości, że Salvatore rozwiązał ten problem.
Trudno było sobie wyobrazić, by "Dedalus" nie lądował w ogóle, a pasażerowie mieli być spuszczani gigantyczną windą lub zrzucani na spadochronach...


Powiew wiatru przyniósł do uszu Williama fragment rozmowy. Było jasne, że "Dedalus", mimo swego ogromu, nie mógł unieść zbyt wiele ładunku. Czy jednak zamiast zmniejszać drastycznie ilość załogi nie lepiej byłoby zostawić pieska panny Chiary? Różnica wagowa z pewnością nie byłaby duża...
Oczywiście podczas podróży członkowie ekspedycji mogli pomagać w obsłudze, ale w czasie drogi powrotnej nie będzie ich na pokładzie. Co stanie się zatem w przypadku owej 'niezbędnej sytuacji'?
Fakt, że jego bezpośrednio nie miało to dotyczyć nie oznaczało, że problem ten nagle przestał istnieć.
Ale, przynajmniej teoretycznie, Salvatore wiedział, co robi.


Pełne emocji przygotowania do startu zakłócił nieprzyjemny zgrzyt w postaci pojawienia się grupy żołnierzy, pełniących najwyraźniej rolę żandarmów. Szybko okazało się, co było niemiłym celem ich wizyty. Aresztowanie Jonathana Cucumbera odbyło się bardzo szybko i sprawnie. Sam 'zainteresowany' nie stawiał najmniejszego oporu. Albo był tak zaskoczony, albo uznał, że nie ma sensu się opierać...
William odprowadził wzrokiem żołnierzy otaczających aresztanta, a potem, podobnie jak uczynili to inni, zwrócił się w stronę sir Roberta. Był pewien, że szef wyprawy udzieli im nieco wyjaśnień.

Morderca hrabiego Fairfaxa...
William słyszał o tej sprawie. Trudno było nie słyszeć. Jakby nie było hrabia był ważną osobistością i prasa rozpisywała się o tym zdarzeniu.
Chodziły plotki, że nie był to wcale mord rabunkowy.
Trudno było się dziwić, że coś takiego sugerowano. Nazwanie hrabiego 'wredną świnią' stanowiło obrazę dla tych biednych zwierząt. Najwyraźniej marynarz, który zniknął z pokładu statku po śmierci hrabiego i którego rzecz jasna podejrzewano o dokonanie tego czynu, miał do hrabiego jakieś osobiste pretensje.
Uwiedziona żona, córka, narzeczona... Zrujnowany ojciec... Rozjechany przez powóz syn... Powodów mogło być wiele.

- Ciekawe, co go skłoniło do zgłoszenia się do tej wyprawy - powiedział półgłosem. - Czy był taki bezczelny i sądził, że nikt go nie będzie szukać w tak znamienitym gronie, czy też był aż tak zdesperowany.

Na to pytanie raczej nie mogli uzyskać odpowiedzi.
William osobiście sądził, że była to krańcowa głupota. W końcu świat aż tak się nie skurczył, by Cucumber nie mógł się zaszyć gdzieś na jego krańcu, zmienić tożsamość i rozpocząć nowe życie. W Ameryce Północnej czy tym bardziej Południowej nikt by go o nic nie wypytywał.
A może udział w tej ekspedycji miał być swoistą odskocznią. Może Szkot, jeśli w ogóle był tej narodowości, miał zamiar odłączyć się od wyprawy i rozpłynąć gdzieś w bezkresach Afryki...
Najwyraźniej jednak Cucumber nie był z gruntu złym człowiekiem. Albo też Volta, która traktowała Szkota tak samo, jak innych, nie znała się wcale na ludziach...

W każdym razie zanim rozpoczęła się wyprawa 'odpadli' dwaj jej członkowie. A to był średnio pomyślny prognostyk.


Głos Salvatore'a oderwał zwrócił myśli wszystkich ku innej sprawie.

- Czeka nas wyprawa wszech czasów - oznajmił profesor.

- Jeśli nam się powiedzie - uśmiechnął się William - to nasza podróż będzie równie znana, jak wyprawa po złote runo, a nasze imiona znajdą się na ustach wszystkich.

W tym ostatnim zdaniu było nieco mniej entuzjazmu. Najwyraźniej Williamowi nie zależało aż tak na rozgłosie.
 
Kerm jest offline  
Stary 08-01-2009, 00:45   #27
 
Diriad's Avatar
 
Reputacja: 523 Diriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnieDiriad jest jak niezastąpione światło przewodnie
Ku radości większości członków wyprawy i wszystkich obecnych pracowników Piccolo, odbył się polowy chrzest „Dedalusa”.

Ale zaraz…
Czy Jamesowi tylko się wydawało? Czy tylko on zwrócił na to uwagę?
Jeszcze chwilę temu rękę dałby sobie uciąć za to, że profesor Salvatore polecił nadać maszynie imię „Ikarus”
Chwila bezowocnego zastanowienia przekonała go, że nie warto dłużej roztrząsać tego tematu. Może jeszcze kiedyś będą mieli okazję o tym porozmawiać? Bądź co bądź zapowiadało się na to, iż będą ze sobą spędzali całe dnie przez najbliższy okres czasu. Dwanaście osób, które łączył wspólny cel odnalezienia doktora Livingstone’a. Jak na razie – tylko ten cel. Choć, będąc całkiem szczerym, także i to stwierdzenie nie było do końca prawdziwe. Celem wyprawy było co prawda odnalezienie doktora, jednak każdy z osobna miał swoje inne bardziej lub mniej znaczące powody, dla których podjął się trudów ekspedycji. Doktor Wilburn sam rozumiał to doskonale i nie miał do nikogo pretensji. Tak właśnie funkcjonowała natura ludzka.

Po ceremonii wszyscy rozeszli się, przygotowując swoje rzeczy – bądź zwierzęta – do lotu. Równie niezbędne było oczywiście nastawienie samego siebie tak, by nie mieć w sobie zastrzeżeń co do pewności maszyny – niektórym przychodziło to łatwiej, a, jak wynikało z obserwacji doktora, innym nieco trudniej.

Jednak już niedługo potem miało miejsce wydarzenie, które znów zgromadziło wszystkich podróżników w jednym miejscu. Do obozu przyjechał powóz wiozący umundurowanych dżentelmenów – służby wojskowe, jak łatwo było się domyślić nawet tym, którzy nie byli rodowitymi Anglikami.
James, zszokowany tym widokiem, odprowadził wzrokiem sir Roberta.

„Żołnierze? Co oni tutaj robią? To musi być coś nagłego, skoro przyjechali teraz, a nie udali się razem z nami do obozu kiedy przyjechaliśmy pociągiem.” – myślał James bardzo zaaferowany sprawą.

Sir Wodehouse wrócił do towarzystwa. Obdarzył każdego z uczestników długim spojrzeniem, lecz doktorowi wydawało się, że pominął stojącego tuż obok niego Jonathana.
Zaraz też okazało się dlaczego. Żołnierze sztywnym krokiem podeszli do niego i bezceremonialnie skuli go i odprowadzili do powozu.
James miał wrażenie, że przez całą tą sytuację serce waliło mu jak młotem.

Ciszę przerwał profesor Piccolo, zapraszając do „Dedalusa” jak gdyby nic się nie stało.

Na dźwięk tej nazwy James odruchowo przypomniał sobie o sprawie z nazwą statku i swoich przemyśleniach z nią związanych.
A więc jednak nie będą spędzać tyle czasu w dwunastkę…Zostało jedenaście osób.
Czy teraz już wszyscy byli tymi, za których Wilburn ich uważał?
Towarzystwo Geograficzne musiałoby być wyjątkowo pechowe, aby więcej z nich było kimś innym niż ci, za kogo się podawali…

* * *

- Ha, możliwe nawet, że po tym, co właśnie się wydarzyło, wyprawa będzie sławna niezależnie od jej przebiegu. – i zaraz James spróbował choć trochę rozluźnić atmosferę, mówiąc z uśmiechem – Ale żeby dorównać opowieściom o złotym runie, musimy się jeszcze trochę przyłożyć. A więc, damy przodem!

Ukłonił się przy tym elegancko przed chwiejnym trapem, który zdawał się odstawać od dworskich manier.

* * *

Lecieli już jakiś czas. Rzeczywiście, w porównaniu podróżą pociągiem widoki były wspaniałe. Ba! Byłyby równie oszałamiające porównane z jakimkolwiek innym doświadczeniem Jamesa.

Na pokładzie starał się też prowadzić życie towarzyskie. Zobaczył, że przy burcie – jeśli można użyć takiego określenia w odniesieniu do statku powietrznego – siedzi Mark Patter i skrzętnie notuje coś w dzienniku. Oczywiście, od razu widać było, że bez reszty poświęca się swojej funkcji reportera. Podszedł do niego i oparł się o reling.

- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam zbyt bardzo? Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę. To fascynujące lecieć w powietrzu, a jakby tego było mało, robić to nad tak znakomitymi ziemiami… - dotknął dziennika spoczywającego w rękach Marka. A więc to jest zeszyt, w którym znajdą się wszystkie najpoczytniejsze artykuły najbliższych lat? Ta wyprawa daje panu materiał na doprawdy wspaniałe prace.
 
__________________
Et tant pis si on me dit que c'est de la folie - a partir d'aujourd'hui, je veux une autre vie!
Et tant pis si on me dit que c'est une hérésie - pour moi, la vraie vie, c'est celle que l'on choisit!
Diriad jest offline  
Stary 09-01-2009, 15:22   #28
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 70426 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Wejście na pokład "Dedalusa" nie różniło się niczym od wejścia na pokład jakiegokolwiek zwykłego statku. Wąski, chybotliwy trap. Nic nie świadczyło o tym, że wykonują właśnie wielki krok na drodze podboju ziemskiej atmosfery. Ale bez wątpienia tak właśnie było...


Start pozostawiał wiele do życzenia.
Miast majestatycznie unieść się do góry "Dedalus" wykonał kilka szarpnięć i podskoków, kołysząc się przy tym tak, że Williamowi przypomniała się natychmiast „Sea Witch” opływająca Horn.
Ale bez wątpienia kołysanie ich powietrznego statku trwało o wiele krócej.
A potem to już była tylko czysta przyjemność...


Podobnie jak inni uczestnicy wyprawy William stanął w takim miejscu, by móc swobodnie obserwować oddalającą się ziemię. I malejący cień "Dedalusa".
Widok był fantastyczny.


Czegoś takiego nie widzi się nawet ze szczytu góry. Malejące powoli domy, wielością zbliżające się do klocków, jakimi bawią się dzieci. Drogi, zamieniające się w rozłożone na kolorowym tle wstążeczki. Pociąg, upodabniający się do pełznącej, buchającej dymem gąsienicy. Ludzie... O ludziach w zasadzie można było zapomnieć, jeśli nie miało się w rękach solidnej lunety.
Można to było obserwować godzinami.
A gdyby komuś znudziły się owe widoki, a nie miałby ochoty na rozmowy, to zawsze mógłby porównać swoje wrażenia z tym, co przeżyli doktor Fergusson i jego towarzysze.


Ale na to był jeszcze czas...



- Jeśli któryś z panów miałby ochotę, to polowanie z pewnością się nam przyda, w końcu nie każdy miał okazję polować z powietrza...

Zabrzmiało to nieco dziwnie. Dopóki nie znaleźli miejsca na obozowisko nie było sensu strzelania do czegokolwiek. Przypominałoby to modne ostatnio w Ameryce strzelanie do bizonów z okien pociągu. Bezmyślne wybijanie zwierzyny, której nie można zabrać. Chyba, że "Dedalus" może się zatrzymać i opuścić na ziemię w każdej chwili. A potem bez problemu wystartować... Ponieważ tych informacji mógł udzielić tylko profesor, albo jego asystent, to trzeba było nieco poczekać, aż "Dedalus" ponownie wróci na wysokość trzystu stóp i jeden z tych panów będzie miał czas.




Polować było na co...
Zwierzęta, zaniepokojone nieco przemykającym się po ziemi cieniem, podnosiły głowy, a potem opuszczały je spokojnie. Stadko słoni nawet nie zareagowało na przelatującego nad ich głowami "Dedalusa".


Ale to nie była zwierzyna, na którą warto by było zapolować w tym momencie.
Za dużo mięsa, które tylko by się zmarnowało. Kłów, ze względu na wagę, nie mogli zabrać. Poza tym nie sposób było ścigać ich statkiem powietrznym uciekającego zwierzęcia, a nikt nie mógł zagwarantować, że pierwsza kula położy takiego olbrzyma trupem.
Zabicie słoniątka byłoby prawdopodobnie równoznaczne z koniecznością zabicia jego matki, która nieprędko zechciałaby opuścić swego potomka.



Antylopy...


Jedna taka sztuka byłaby w sam raz dla wszystkich. A jeśli uwzględni się fakt, że na pokładzie znajduje się Volta...
Zostałyby same rogi, uśmiechnął się.

- Panie, panowie - powiedział. - Idealna okazja. Kto ma ochotę zapisać się w dzienniku wyprawy jako pierwszy powietrzny myśliwy?
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 09-01-2009 o 15:24.
Kerm jest offline  
Stary 09-01-2009, 20:03   #29
 
Hawkeye's Avatar
 
Reputacja: 6244 Hawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputację
"Ta wyprawa może okazać się trudniejsza niż myślałem" przeleciało przez głowę Amerykanina gdy znajdował się już na pokładzie powietrznego statku. Nie przeszkadzało mu to latania, miał okazję podróżować kiedyś w balonie. To urządzenie było oczywiście dużo lepiej zaprojektowane, ale jakoś nie straszyło Lyncha, w sumie co ma się stać to się stanie.

Bardziej obawiał się całej tej "śmietanki towarzyskiej". Wyglądało na to, że to towarzystwo będzie bardziej sztywne niż umarlaki z cmentarnego wzgórza Dodge. Były wojskowy stał przy relingu i palił papierosa. Nie miał ochoty tłumaczyć teraz komukolwiek zasad bezpieczeństwa, nauczą się sami, obawiał się tylko, że mogą mieć jakieś zastrzeżenia. Ten angielski "panicz" wyglądał na takiego, co lubi sobie porządzić. James nie lubił takich ludzi, patrzył na każdego, jakby był od nich lepszy, a pewnie nie potrafiłby znaleźć swojej dupy, nawet jakby dać mu atlas.

Statek wznosił się w górę, co było całkiem ciekawym przeżyciem. W pewnym momencie wygłosił mowę współpracownik profesora. Słysząc słowa o królowej James zaśmiał się krótko

-Monarchia to przeżytek mój drogi, relikt dawnych czasów. Nie służę żadnej królowej, a pracuję tylko nad zapewnieniem bezpieczeństwa dla tej wyprawy. Tak żeby wszyscy mogli wrócić do swoich domów, siedzieć w fotelu patrzyć na kominek i opowiadać swoim dzieciom jaka była to wspaniała przygoda - po tych słowach uśmiechnął się szeroko i ruszył na środek okrętu. Nie miał zamiaru polować, nie bawiło go to, a być może ktoś będzie chciał sobie poprawić samoocenę trafiając jakieś zwierzątko. Wątpił aby ktoś się przy tym zabił, a to znaczyło, że nie był na razie potrzebny.

Usiadł pod czymś, co pewnie miało służyć za maszt, oparł się o niego plecami i naciągnął kapelusz na oczy, nie żeby spać, ale po prostu nie miał ochoty na rozmowę.
 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty
Hawkeye jest offline  
Stary 14-01-2009, 10:54   #30
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Hoogleraar Salvatore kamp, 20 januari 1871.
Obozowisko profesora Salvatore, 20 stycznia 1871 roku.


Sprawa chrztu dla okrętu powietrznego została rozwiązana dość sprawnie. Tylko panna Chiara miała na to ochotę. Panią doktor Doullitel bardziej zachwyciły strelicje królewskie, jakie bujnie zarastały brzegi pobliskiego zbiornika wodnego.

Mark już wcześniej zainteresował się tymi pięknymi kwiatami i kiedy pani doktor dołączyła do niego poinstruowała go ze znawstwem:
- Zapewne wie pan, że Strelicja królewska (nazwa łacińska Strelitzia reginae) – to gatunek dużej, ozdobnej rośliny z rodziny strelicjowatych o oryginalnej, grzbiecistej budowie i kontrastowych kolorach kwiatów: pomarańczowym i niebieskim, przypominających ubarwienie ptaków rajskich, stąd wzięła się jej angielska nazwa – Bird of Paradise. Tutaj możemy obserwować ją w jej naturalnym środowisku, gdzie występuje nad brzegami rzek i na obszarach przybrzeżnych. Strelicja swą botaniczną nazwę otrzymała na cześć Charlotty Mecklenburg-Strelitz, żony króla Anglii Jerzego III.

Mark
zanotował to szybko stwierdzając, że później musi jeszcze wykonać jakieś szkice. Oboje podeszli bliżej, aby przyjrzeć się roślinom i ceremonia chrztu odbyła się w zasadzie bez nich… Jednak chyba nikomu to nie przeszkadzało… Statek ochrzczono, kiedy dziennikarz i pani biolog zajęci byli kwiatami – Mark pominął w notatkach cześć o „rozrośniętym systemie korzeniowym i tworzonych przez roślinę bardzo dużej ilości odrostów kłączy” a także o warunkach glebowych najlepiej sprzyjającym rozrostowi kłączy tej byliny.
Za interesujące uznał natomiast informacje o gatunkach pokrewnych:
- Do rodzaju „Strelizia” należą jeszcze trzy gatunki o podobnej budowie kwiatostanu. Są one jednak tak duże, że nawet w ogrodach botanicznych rzadko się je spotyka. Niektóre osiągają 10 metrów wysokości i bywają brane za palmy. W rzeczywistości są bylinami, a to, co wygląda na pień, to ściśle do siebie przylegające ogonki liściowe. Warto wiedzieć, że strelicje są bliskimi krewniaczkami banana jadalnego! Nierzadko mylone są z nimi duże okazy strelicji białej (dla laika widoczną różnicę stanowią jedynie kwiaty). O! – proszę spojrzec tam! – zaintrygowana wskazała roślinę w nadbrzeżnym gąszczu – Sterlicja Biała! czyli najbliższy kuzyn bananowca, oczywiście wśród strelicji. Często nazywana również martwym bananowcem, z racji niejadalnych owoców…
Wracając jednak do Sterlicji, kontynuowała pani biolog:
- Strelicja królewska nie tworzy wysokich łodyg, a jej osiągające ponad metr długości długoogonkowe liście wyrastają z podziemnych kłączy. Istnieje kilka odmian tej rośliny (czasami opisywanych, jako oddzielne gatunki). Jako roślina doniczkowa najczęściej sprzedawana jest strelicja królewska, odmiana Humilis, osiągająca najwyżej metr wysokości. Oprócz kwiatów ozdobą strelicji są piękne, sztywne stalowo-szare liście, na długich, grubych ogonkach. Liście niektórych odmian mają bardzo ładne wyraźne żyłkowanie. Rośliny te kwitną od lutego do końca wiosny, w sprzyjających warunkach od września do końca kwietnia. – Mark skrzętnie zanotował kolejne opinie pani biolog.

Rozmowa o Strelicji i bananach została przerwana przez pojawienie się żołnierzy i zamieszanie związane z aresztowaniem Jonathana Cucumbra. W dość nerwowej atmosferze podjęto ostatnie ustalenia i załadowano bagaże na pokład. Patter nie miał wcześniej okazji latać zajął się, więc czymkolwiek byle nie myśleć o lataniu, znaczy o tym, że unosi się w powietrzu. Dokończył szkice Sterlicji i przejrzał notatki…
Wymiana poglądów dotycząca monarchii, jaką przeprowadził pan Lynch z profesorem Salvatore wzbudziła w Marku mieszane uczucia. Oczywiście system imperialny nie był doskonały, ale z drugiej strony – wyprawa była realizowana przez Anglików i znaczną jej część stanowili „wierni poddani Jej Królewskiej Mości”… tak otwarte lekceważenie było co najmniej nie na miejscu…


Pod wpływem impulsu napisał:
Persoonlijke noot. Notatka osobista.

Wondering. Nee. Ontstellend. Altijd leek me dat een goed beheerde en zeer gewaardeerd Engels samenleving te restrictief is, in plaats van te kijken zoiets zou kunnen hebben! Hoe kan ik worden toegestaan karygodnego verwaarlozing, die was om moordenaars op zoek naar een onderzoek expeditie en redding ... Natuurlijk zijn er omissies, maar ...
Wie anders is niet de een voor wie te geven? Over sommige mensen weten niet praktisch niets ... Ja ... Ik zag sommige mensen ... ergens ... en zodra ik kan bevestigen dat Cook koken, maar de andere ... Voor zeker is het niet een comfortabele situatie ... om te weten dat u kunt "wakker" met een mes in zijn rug. Ja, natuurlijk, iemand zorgen over de veiligheid van reizen, maar als hij niet de grootste bedreiging? Mr Lynch gaan harde en eenzaam - anderen kunnen hebben kunnen halen om ...

Zastanawiające. Nie. Przerażające. Zawsze wydawało mi się, że poukładane angielskie towarzystwo raczej będzie zbyt restrykcyjne, niż aby mogło przeoczyć coś takiego!!! Jak można było dopuścić do karygodnego zaniedbania, jakim było dopuszczenie poszukiwanego mordercy do wyprawy badawczej i ratunkowej… Oczywiście zdarzają się przeoczenia, ale…
Kto jeszcze nie jest tym, za kogo się podaje? O niektórych osobach praktycznie nic nie wiadomo… Owszem… niektóre osoby widziałem… gdzieś… kiedyś i mógłbym potwierdzić, że Cook to Cook, ale pozostali… Na pewno nie jest to komfortowa sytuacja… wiedzieć, że można „obudzić się” z nożem w plecach. Tak, oczywiście ktoś dba o bezpieczeństwo wyprawy, ale czy sam nie jest jej największym zagrożeniem? Pan Lynch udający twardego i samotnika – może inni byli w stanie złapać się na jego…



- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam zbyt bardzo? Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę. To fascynujące lecieć w powietrzu, a jakby tego było mało, robić to nad tak znakomitymi ziemiami… - doktor Wilburn - kolejna enigmatyczna persona tej wyprawy - przerwał rozmyślania Pattera i dotknął dziennika spoczywającego w rękach dziennikarza. – A więc to jest zeszyt, w którym znajdą się wszystkie najpoczytniejsze artykuły najbliższych lat? Ta wyprawa daje panu materiał na doprawdy wspaniałe prace.
- Owszem. – Mark uśmiechnął się – O tym czy najpoczytniejsze zdecydują już sami czytelnicy – o ile będą mieli możliwość zapoznania się nimi...

Rozmowa potoczyła się gładko, choć doktor Wilburn zdecydowanie wolał rozmawiać o dziennikarstwie, jako takim i artykułach Marka niż opowiedzieć coś o sobie. Mark nie naciskał – wykonał tylko kilka podejść, ale w końcu uznał, że odłoży sobie sprawę na później – kiedy sam będzie spokojniejszy… latanie jednak nie będzie jego ulubioną rozrywką… „Ceniony lekarz, bohater wojny…” – dziennikarz przypomniał sobie szczątkowe informacje jakie posiadał… Mężczyzna z zainteresowaniem wypytywał o podróże Pattera, stwierdził, że sam lubi czytać reportaże z podróży… „Ciekawe co jego skłoniło do odbycia tej wyprawy” – pomyślał Mark starając się nie patrzeć w dół, pomimo tego, że stał przy relingu. Lecieli już, co prawda, na niższej wysokości niż ta początkowa, na którą wzniósł się statek profesora Salvatore, ale i tak było to za wysoko dla Pattera„nie wygląda, a i, z rozmowy nie wynika, aby kochał podróże, czy często podróżował… Czyżby pierwsza tak duża wyprawa? Czyżby wyjazd ze Stanów był spowodowany również jakimiś perturbacjami?”
 

Ostatnio edytowane przez Aschaar : 14-01-2009 o 11:00. Powód: formatkowanie tekstu
Aschaar jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:09.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169