Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 30-11-2008, 18:25   #1
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 3595 merill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputację
[autorski] Tajemnice Czarnego Lądu

Ulice Londynu były zatłoczone o tej porze, dochodziło południe a ludzi na Victoria Street przybywało. Dorożki i powozy pędziły w tylko sobie znanym kierunku…straganiarze zachwalali swe towary próbując przebić się z ofertą ponad zgiełk ruchu ulicznego. Na zbiegu ulic, pucybut pracował właśnie nad połyskiem obuwia pewnego zacnie wyglądającego dżentelmena, a strażnicy miejscy rozganiali właśnie zbiegowisko powstałe w skutek kłótni dwóch nadpobudliwych kupców.

Edgar stał przy swoim wózku z gazetami… tego dnia miał dużo pracy, sprzedał już prawie cały nakład. W zasadzie nie dziwił się, bo na okładce „London News”, wytłuszczonymi przez zecera literami widniał tytuł:
„David Livingstone zaginął!!!”
„ Królewskie Towarzystwo Geograficzne organizuje ekspedycję poszukiwawczą!!!”



Cały Londyn żył tymi wydarzeniami, każdy zachodził w głowę co też stało się sławnemu podróżnikowi i odkrywcy. Edgar słyszał już wiele hipotez niesionych przez plotki uliczne, ale jego raczej nie obchodziły. Czekał tylko kiedy sprzeda ostatnią gazetę, chciał jak najszybciej napić się piwa, bo majowe słońce doskwierało mu dziś nadmiernie, a nie miał ochoty zbyt szybko wracać do domu na Whitechapel, bo Mary na pewno szykowała dla niego nową porcję wyrzutów i gderania.


*****


Przed eleganckim budynkiem z czerwonej cegły, będącej siedzibą Królewskiego Towarzystwa Geograficznego zebrały się tłumy. Wśród nich wielu było zwykłych gapiów, robotników i mieszkańców miasta spragnionych plotek, ale w tłumie można było także wyłowić eleganckie surduty i cylindry kilku również zainteresowanych dżentelmenów.


Wielkie drzwi do Sali obrad otwarły się i wszedł długo oczekiwany przez całe zgromadzenie Sir Henry Creswicke Rawlison – nowo wybrany Przewodniczący Królewskiego Towarzystwa Geograficznego. Wszyscy zgromadzeni na sali wstali witając gościa. Rada zasiadła dzisiaj w komplecie, wszystkie dwadzieścia pięć miejsc było zajętych. Przybyli nawet, choć to nie było ich obowiązkiem członkowie honorowi, wydarzenia ostatnich dni poruszyły wszystkich.

Przewodniczący poczekał aż szanowna Rada zajmie z powrotem swoje miejsca, a gwar na sali ucichnie. Zaproszeni goście i reporterzy siedzieli w ławach auli czekając na przemówienie Sir Rawlisona.



Postawny, z włosami lekko przyprószonymi siwizną, ale widać jeszcze energiczny mężczyzna rozpoczął mowę.

- Szanowna Rado… zgromadzeni goście. Zapewne Was także zasmuciły tragiczne wieści, jakie tydzień temu dotarły do Londynu, za pośrednictwem Kompanii Wschodniej Afryki. Znany i zasłużony w służbie Nauki i Królowej podróżnik i wielki odkrywca David Livingstone zaginął. – tu przerwał na chwilę, chcąc by jego słowa wywarły pożądany efekt i kontynuował dalej: - Wyruszył kilka lat temu, w głąb Czarnego Lądu, chcąc odkryć źródła najważniejszych rzek tego wielkiego i tajemniczego kontynentu, Nilu i Kongo. Wszystko po to by pomnażać wiedzę ludzką i potęgę Imperium Brytyjskiego. Niestety wszystkie przesłanki wskazują na to, że jego misja została przerwana. Nie mamy pewności, czy nasz szacowny Kolega żyje, ale winniśmy w podzięce za jego dotychczasowe zasługi zorganizować ekspedycję poszukiwawczą, by jeżeli Bóg pozwoli odnaleźć Livingstona, lub co mniemam oby nie nastąpiło, potwierdzić tragiczne wieści o jego losie.

Przerwał na chwilę, naradzając się ze swoim zastępcą, a potem odwrócił się znów do Rady i zgromadzonych widzów i rzekł:

-Koledzy, zgodnie ze statutem zarządzam głosowanie. Kto jest za zorganizowaniem i sfinansowaniem wyprawy poszukiwawczej niech podniesie prawą rękę do góry.

Rozejrzał się po członkach Rady… wszyscy jak jeden trzymali uniesione prawice w górze.

- Zatem postanowione, cieszy mnie jednomyślność i zdecydowanie szanownej Rady. To dobrze rokuje na przyszłość dla naszego Zgromadzenia, abyśmy dalej pracowali w służbie Nauki i Królowej. Przygotowanie ekspedycji i zebranie odpowiednich ludzi zlecam Komitetowi ds. Ekspedycji, niech wyślą listy rekrutacyjne także na Kontynent i za Ocean. Potrzebujemy ludzi odważnych i doświadczonych, bo wyprawa skieruje się na jeszcze nie odkryte tereny i wśród wrogich plemion tubylców. Nich Bóg ma Królową, Livingstona i Nas w swojej opiece. Niniejszym zamykam dzisiejsze obrady.


*****

Londyn, dnia 10 października 1870 roku.
Siedziba Królewskiego Towarzystwa Geograficznego.
Kancelaria Komitetu do spraw Ekspedycji uwijała się jak w ukropie, by zdążyć zweryfikować wszystkie nadesłane zgłoszenia. Sekretarze i kanceliści biegali z teczkami po korytarzach, nadawali i odbierali depesze, przyjmowali gońców. Wszystko po to, by dokładnie prześwietlić legalność i prawdomówność nadesłanych zgłoszeń. Bo chętnych było wielu… różnej narodowości… różnych profesji, członkowie Towarzystwa nie mogli uwierzyć, że aż tylu ludzi zechciało ryzykować życiem by odnaleźć zaginionego naukowca. Odrzucono ogromną ilość zgłoszeń, zdarzali się oszuści, przestępcy, naciągacze i cała masa innej hałastry, chcąca zrobić interes zamiast przysłużyć się Imperium i Królowej.

Wreszcie po kilku tygodniach wytężonej pracy, Komitet zebrał się w pełnym składzie. Przewodniczący sir Robert Whitemoor, wstał zabierając głos.

- Panowie, mam zaszczyt powitać Was na ostatnim naszym zgromadzeniu przed tą jakże intrygującą nas wszystkich wyprawą. Szczególnie chciałbym jednak powitać przewodniczącego Naszego Towarzystwa sir Henry`ego Rawlisona, który jako pomysłodawca projektu, zapewne najmocniej z nasz wszystkich oczekuje na wyniki przeprowadzonej przez nas selekcji Chciałbym dodać, że każdy z nich został uprzednio sprawdzony, pod względem karalności i legalności przysłanych dokumentów. Wybraliśmy osoby, które dysponują odpowiednimi umiejętnościami, doświadczeniem lub w szczególny sposób przysłużą się ekspedycji. Depesze do nich zostały już wysłane, tak by dokładnie w trzeciej dekadzie stycznia, wszyscy stawili się w naszej placówce w Cape Town.

Odwrócił się do swojego asystenta mówiąc:

- Kirby, przedstaw sylwetki wybranych członków ekspedycji.

Młody, szczupły mężczyzna, ubrany w nienagannie skrojony garnitur wstał sięgając po swoje notatki. Rozejrzał się po sali, sprawdzając czy wszyscy są gotowi na przyjęcie tych informacji i odchrząkując zaczął wyczytywać informacje.

- James Lynch, Amerykanin. Były żołnierz i oficer, bohater wielu bitew i potyczek podczas Wojny Domowej w Stanach. Obecnie zajmuje się chwytaniem bandytów, którzy umykają zwykłym stróżom prawa, przynależy do Agencji Pinkertona. Z racji swojego doświadczenia i umiejętności będzie odpowiadał za bezpieczeństwo wyprawy.

- William Easton Eblis, Anglik, drugi syn hrabiego Lonsdale, wnuk księcia Fordyce. Blisko spokrewniony z rodziną królewską, współpracuje z Towarzystwem, zapalony podróżnik, przemierzył Amerykę Północną, na podstawie jego relacji, powstało kilka ciekawych reportaży dotyczących życia Indian Cre. Jego przydział będzie obejmował ochronę wyprawy.

- Chiara Wodehouse, Angielka, córka gubernatora Brytyjskiej Kolonii Przylądkowej. Autorka wielu szkiców i reportaży dotyczących życia tubylczych plemion południowej Afryki. Otrzymała przydział rysownika.

- Mark Patter, Holender. Korespondent „The Times”. Utalentowany dziennikarz, autor głośnego wywiadu z D. Livingstonem, ostatnim jaki ukazał się przed jego zaginięciem. Obecnie wdowiec… przebywa w Egipcie. Przydział reporter wyprawy. Jego obowiązkiem będzie również prowadzenie dziennika ekspedycji.

- doktor James Wilburn, Amerykanin. Lekarz medycyny z dyplomem Harvardu. Długa lista rekomendacji, włączając pochwałę od samego A. Lincolna, za bohaterskie niesienie pomocy rannym na polu bitwy. Otrzymuje przydział lekarza ekspedycji.

- Jonathan Cucumber, z pochodzenia Szkot. Ma za sobą przeszkolenie wojskowe i w marynarce. Potrafi sporządzać bardzo szczegółowe szkice zwierząt i roślin. Otrzymuje przydział do ochrony wyprawy, jak również rysownika.

- Kirk Beyers, Belg. Z wykształcenia lekarz weterynarii, posiada rozległą wiedzę o biologii i zachowaniu zwierząt. Uczestnik wielu ekspedycji mających na celu chwytanie żywych zwierząt kontynentalnych zoo. Otrzymuje przydział naukowy, ze specjalizacją biologia.

- Nadia Lloyd, narodowość angielska. Pół – Afrykanka, podopieczna Williama Cooka, współwłaściciela Cyrku Astleya – głównego sponsora ekspedycji.

- William Cook – współwłaściciel Cyrku Astleya, sponsor ekspedycji ratowniczej. Doświadczony podróżnik i łowca dzikich zwierząt. Kilka lat spędził w Afryce.

- Elizabeth Doullitel, Angielka. Z wykształcenia biolog botanik,, pracuje od kilku lat na londyńskim uniwersytecie. Ma na swoim koncie kilka ciekawych odkryć i przeprowadzonych badań.

Asystent skończył odczytywanie kolejnych portfolio, potem wręczył całość dokumentów Przewodniczącemu Towarzystwa. Głos znów zabrał sir Robert Whitemoor:

- Jak już wcześniej wspominałem, do każdego z nich wysłane zostały już depesze zawiadamiające. Jutro z Dover wypływa do Cape Town HMS „Imperial” z wyposażeniem i prowiantem na wyprawę, a także niezbędnymi materiałami dla profesora Salvatore. Ja także wyruszę tym statkiem by osobiście dopilnować wszystkich spraw na miejscu. Wg. planu powinniśmy zawinąć do stolicy Kraju Przylądkowego tuż po Nowym Roku. Na miejscu zatrudnię pracowników potrzebnych profesorowi do budowy, a sam poczekam w mieście na przybycie wszystkich członków ekspedycji. Nie muszę dodawać, że każdy z nich wysłał już depeszę potwierdzającą uczestnictwo.


*****

Kanał La Manch dnia 11 października 1870 roku.

Potężny wojskowy okręt pruł przez wody kanału La Manch. Jego drewniany kadłub, obity warstwami walcowanej blachy dumnie wznosił się ponad fale. Potężne silniki parowe zasilane cały czas tonami węgla kamiennego przez pracujących w kotłowniach robotników, poruszały śrubami mogąc rozpędzić tę dumę brytyjskiej Navy aż do imponującej prędkości 28 węzłów. Póki co nie było potrzeby utrzymywania takiej prędkości. Sir Robert Whitemoor stał na pokładzie, ubrany w ciepły marynarski wełniany sweter i nieprzemakalny płaszcz. Pogoda była paskudna, ale o tej porze roku nikogo to nie dziwiło. Stał oparty o reling wpatrując się w znikające wybrzeże Brytanii, miał poczucie spełnienia i satysfakcji, że to jemu powierzono przygotowanie wyprawy. Miał już dość bezczynnego i próżniaczego siedzenia w kancelarii Towarzystwa i przysłuchiwania się relacjom innych z wspaniałych podróży i wojaży. Teraz los się do niego uśmiechnął i sam być może będzie miał po powrocie coś ciekawego do opowiedzenia.


*****

Cape Town, dnia 14 grudnia 1870 roku.
Posiadłość gubernatora Kraju Przylądkowego sir Wodehousa.

Posiadłość gubernatora Brytyjskiego Kraju Przylądkowego stała na wzgórzu dumnie wznoszącym się ponad port i miasto Kapsztad. Z jej tarasu można było podziwiać malowniczą zatokę, nad którą zbudowano port i założono miasto. Dwa półkoliste półwyspy, niczym ogromne ostrogi czy potężne kleszcze osłaniały port i jego wody od potężnych sztormów, jakie nieraz nawiedzały te okolice. Przystanie portowe pełne były różnego autoramentu statków. Od żaglowych po parowe, od eleganckich jachtów i szkunerów po węglowce i kutry rybackie.


Ulice miasteczka tworzyły swoistą plątaninę szerokich i nowo wybudowanych arterii, skrzyżowanych ze starymi, pamiętającymi początki miasta wąskimi uliczkami. Wszystkie były pełne przechodniów, dorożek, dyliżansów, a te prowadzące do portu także pełne wozów towarowych i pędzonych stad zwierząt. Które w przyportowych jatkach ubijano i peklowane mięsko ładowano już na statki. Do samej przystani dochodziła bocznica kolejowa, którą dowożono co cięższe ładunki z głębi kraju. Linia była jednak cały czas w budowie, także nie stanowiła głównej magistrali transportowej.

Sir Robert Whitemoor spoglądał właśnie na tę przepiękną panoramę miasta z tarasu gubernatorskiej posiadłości. Nieledwie wczoraj HMS „Imperial” dobił do portu w Kapsztadzie. On sam dostał kwaterę w posiadłości, z czego był niezwykle zadowolony, bo kilka tygodni na niewygodnej koji sprawiło, że zatęsknił za normalnym łóżkiem. Gubernator zapowiedział, ze wszyscy członkowie ekspedycji otrzymają lokum w jego pokojach, za co sir Robert byłemu bardzo wdzięczny. Właśnie teraz ogromne części dla profesora Salvatore były ładowane na platformy kolejowe, prowiant i wyposażenie ekspedycji wyruszy wraz z jej członkami w styczniu, póki co czekając w magazynach gubernatora na nabrzeżu.


*****

Kimberley, dnia 17 stycznia 1871 roku.
Obozowisko profesora Piccolo.

Kopalnię od osady oddzielało długie ogrodzenie z kolczastego drutu, z jedną wielką bramą wjazdową i wieżyczkami strażniczymi co kilkadziesiąt metrów. Do terenu kopalni przylegał tor kolejowy. Osada górnicza zamieszkała była przez górników i ich rodziny. Składała się z kilkunastu szeregów podobnych do siebie, długich, drewnianych baraków. W innym większym mieściła się miejscowy garnizon, gdzie stacjonowali żołnierze pilnujący kopalni. Jedyny murowany budynek w osadzie zajmowało Biuro Kopalni, było w zasadzie centrum życia w tej osadzie.

Obozowisko profesora rozłożone zostało poza ogrodzeniem z drutu. Zajmowało dość sporą przestrzeń, wokół pustego placu w jego centrum rozstawione były większe namioty, przeznaczone do bieżących prac i mniejsze w których sypiali robotnicy i czarnoskórzy tragarze. Wśród kręcących się po placu pracowników dało się zauważyć kilku żołnierzy brytyjskich, w charakterystycznych czerwonych mundurach.

Centrum obozowiska zajmowało ogromne rusztowanie, po którym jak w ukropie uwijali się pracownicy, nieustannie dało się słyszeć miarowy stukot młotków i dźwięk piłowanego drewna. Na ziemi, przy wielkim pulpicie, przeglądał plany biały mężczyzna średniego wzrostu, obdarzony czupryna czarnych włosów, teraz trochę potarganych, co nadawało mu wygląd nieco roztargnionego naukowca. To był profesor Salvatore Piccolo, inżynier – konstruktor, autorytet z dziedziny mechaniki. Postawny czarnoskóry mężczyzna, ubrany w nienagannie skrojony garnitur stało obok, z kamienna twarzą przyglądając się naukowcowi.

- Samsonie, za trzy dni wyjeżdżam do Kapsztadu. Wiem, że czasu jeszcze sporo, ale już teraz proszę Cię byś wszystkiego dokładnie dopilnował, możesz nawet robotnikom obiecać premię byle zdążyli na czas, Towarzystwo nie żałuje pieniędzy na nasz projekt. Pozyskali jakiegoś bogatego przedsiębiorcę jako sponsora. Już przekazałem dowódcy garnizonu, by w nocy podwoił warty, ostatnio ponoć kręci się tu jakaś banda, ponoć próbowali dostać się na teren kopalni, lepiej mieć się na baczności. Wrócę 24 stycznia, pociągiem, wraz z członkami ekspedycji i zaopatrzeniem na wyprawę.


*****

Cape Town, dnia 20 stycznia 1871 roku
Posiadłość gubernatora.


Każdy z przyjeżdżających w odwiedziny lub gościnę do posiadłości gubernatora Wodehous`a, zachwalał piękno i wyrafinowanie budowli. Zachwycające kompozycje zieleni na wewnętrznym dziedzińcu zachęcały do spacerów wśród kameralnych alejek. Nie inaczej było i tego dnia.

Od rana służba dwoiła i troiła się by przygotować pokoje dla nowych gości gubernatora. Wśród kamerdynerów i pokojówek chodziły plotki, że maja to być uczestnicy wyprawy poszukiwawczej. Wielu z nich pamiętało postać Livingstone`a, goszczącego kilkakrotnie u zarządcy Kraju Przylądkowego. Wszyscy zapamiętali go jako bardzo ułożonego i mądrego człowieka.

Kucharki w pałacowej kuchni uwijały się jak w ukropie, by przygotować wszystkie dania, zaordynowane przez pana domu na uroczystą kolację.

*****

Wszyscy uczestnicy wyprawy zgromadzili się w ogromnej jadalni pałacu gubernatorskiego. Łącznie z sir Robertem Whitemoorem i profesorem Salvatore. Gospodarz wzniósł kielich w górę:

- Chciałbym wznieść toast, za Was moi Państwo. Za powodzenie wyprawy i Wasz szczęśliwy powrót, miejmy nadzieję z doktorem Livingstonem.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451

Ostatnio edytowane przez merill : 30-11-2008 o 18:33.
merill jest offline  
Stary 01-12-2008, 21:00   #2
Adr
 
Adr's Avatar
 
Reputacja: 7055 Adr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputacjęAdr ma wspaniałą reputację
William Cook

Postawny i brodaty mężczyzna wkroczył do jadalni. Był to William Cook, właściciel Cyrku Astleya. Z dystynkcją zmierzał w kierunku stołu prowadząc pod rękę Nadię Lloyd swą podopieczną i przyjaciółkę.

- Świetnie dziś wyglądasz Nadio. Znów będziesz błyszczeć wśród towarzystwa. – szepnął Wiliam do swej młodszej towarzyszki i delikatnie, porozumiewawczo uścisnął jej dłoń. – Obym tylko nie musiał dziś wyzywać na pojedynek jakiegoś młokosa – dorzucił zagadkowo.

- Dlaczego? - zapytała Nadia.

- Sama wiesz jaka nieznośna bywa młodzież. – zażartował - Gdy któryś z tych wyfraczonych gości obraził Cię krzywym spojrzeniem tylko powiedz, a zaraz wyzwę go na pojedynek. – powiedział z przekąsem i uśmiechnął się. Nadia odwzajemniła uśmiech.

Służba odsunęła krzesła i pomogła usiąść Williamowi i jego towarzyszce. Pan Cook z racji wieku i swego materialnego wkładu w ekspedycję zyskał miejsce w pobliżu gubernatora Wodehous`a i jego córki.





Gubernator wzniósł toast, który został spełniony przez towarzystwo. Po czym nastała chwila ciszy. Pan Cook uważał, że jako sponsor wyprawy powinien zabrać głos i nawiązać konwersację. Poza tym milczenie na tego typu przyjęciach uchodziło za nietaktowne, a całe towarzystwo uznałoby go pewnie za mrukliwego i niewartego uwagi dżentelmena.

- Panie gubernatorze. - odezwał się Pan Cook przypominając o swojej obecności na przyjęciu. - Zwiedzając pańską posiadłość natknąłem się wielokrotnie na herb Cape Town. Mam nadzieję, że motto: Bona Spes bądź jak kto woli “good hope” będzie przyświecać naszej wyprawie. – przemowa kierowana nawet do wielu osób przychodziła mu z łatwością. William lubił przemawiać. Tysiące występów w roli konferansjera prowadzącego przestawienia nauczyło go swobody w operowaniu językiem. Mimo, że mógł sobie pozwolić na wynajęcie profesjonalnego konferansjera, wolał sam kierować wyreżyserowanymi przez siebie spektaklami.

- Przyznam, że bardzo ciekawi mnie etymologia i wyjaśnienie skąd właśnie takie motto i co przedstawia herb. Myślę, że to może być ciekawe również dla innych gości. Wszak warto wiedzieć, jak jest historia i co przedstawia emblemat, który widzimy na kartuszach, obrazach, stołach, krzesłach a nawet sztućcach. Dobra nadzieja otacza nas zewsząd, tak więc bądźmy dobrej nadziei. – dopowiedział.




- Panie gubernatorze - zwrócił się ponownie do gospodarza - a może pańska urocza córka opowie nam coś o tej interesującej historii Cape Town. – zaproponował William przenosząc wzrok z gubernatora na jego córkę. - Chyba miał z tym coś wspólnego z portugalski odkrywca - Bartolomeo Diaz. Ale szczegóły pozostawiam osobie bardziej kompetentnej – zamilkł i oczekiwał na podjęcie konwersacji przez pozostałych gości.
 

Ostatnio edytowane przez Adr : 02-12-2008 o 12:32.
Adr jest offline  
Stary 01-12-2008, 23:21   #3
 
Solis's Avatar
 
Reputacja: 17 Solis nie jest za bardzo znanySolis nie jest za bardzo znanySolis nie jest za bardzo znanySolis nie jest za bardzo znanySolis nie jest za bardzo znanySolis nie jest za bardzo znany
W nienagannie skrojonym lekkim, acz eleganckim garniturze udostepnionym przez szanownego gospodarza, pana Gubernatora tej jakże odległej od macieży kolonii, czuł się o tylez dziwnie co odświętnie. Uwydatniona masywna sylwetka, szerokie ramiona i twarde dłonie na pewno nie pasowały do tego lśniącego przepychem miejsca. Czuł się nieco jak zuluscy służący, usługujący skrycie ucztującym.


Po dość długiej, lecz przyjemnie orzeźwiającej podróży morskiej kiedy to zbratał się i nawet zaprzyjaźnił z dzielną załogą okrętu, zakrapiając znajomośc morzem dobrej whiskey, rumu i grogu, zejście na ląd okazało się być dośc przykrym doświadczeniem.
Nie żeby Kraj Przylądkowy w czymkolwiek go rozczarował. Piekne , lekko górzyste tereny, klimat jak najbardziej przyzwoity, żadnego upału. Ciągły powiew bryzy od morza, wyczuwalny nawet tak daleko do wybrzeża... Czuł się jednak skrępowany godnym towarzystwem. Arystokraci, uczeni, ludzie majętni - klasa zdecydowanie wyższa społeczeńśtwa. Ciągle nawiedzały go myśli - co warta będzie owa elita w obliczu prawdziwego znoju, konieczności podołania przeszkodom, ryzykowania zdrowiem, życiem, czy co gorsza urodą?


Skupił się na potrawach, degustacji wina. Jak wspaniałym mogło się zdać życie w zbytku. Jego roczny żołd na pewno nie pokryłby tego wystawnego rautu.
Nasyciwszy podstawowe pragnienia, począł obserwować otoczenie. Leniwie , niczym kot zerkał spod półprzymkniętych powiek na prawdziwe ozdoby tej wielkiej sali - kobiety. Szczęśliwe dni w Londynie, kiedy to z niemałym powodzeniem poruszał się wśród bohemy i znajdował co noc partnerkę już minęły. "Może to i lepiej - uniknąłem francy, tedy nie warto podejmować znów ryzyka" - oszukiwał swoją naturę. Bezskutecznie.


Madamme Chiara, czy czarująca panna Nadia powodowały mimowolną pracę jego karku...
Nudnawe przemowy, w jakich celuje etykieta, przerwało słowo na które od razu zareagował.
"Chyba miał z tym coś wspólnego z portugalski odkrywca - Bartolomeo Diaz." Słowa pana Cooka od razu odpędziły senność i leniwe samozadowolenie.


- O tak, prosimy! Historie o wyśmienitych żeglarzach na pewno miłe sa sercu każdego Brytyjczyka. Oby nasza flota panowała na morzach i oceanach, ku chwale Królowej po wsze czasy! - impulsywnie i bez sensu zabrał głos, ściągając na siebie wszystkie spojrzenia. Przyjął je ze spokojem. Gdyby wiedzieli jakim wzrokiem potrafi spojrzeć obity majtek, nie ważący jendak nawet mruknąć swemu bosmanowi... Usmiechnął się najserdeczniej jak potrafił, skłonił głowę na znak, ze już milczy i wlepił oczy w córkę gospodarza, czekając na opowieść.
 

Ostatnio edytowane przez Solis : 01-12-2008 o 23:33. Powód: wytłuszczanie tego i owego, poprawa czytelności
Solis jest offline  
Stary 02-12-2008, 01:23   #4
 
Latilen's Avatar
 
Reputacja: 32 Latilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodze
Un bellissimo canto

Nieświadomie zagryzła zęby na pędzelku. Na kolanach leżał drewniany blat, a na nim rysunek. Właśnie skończyła, ale jakoś nie była z siebie zadowolona.


Czegoś brakowało. Oparła się łokciem na blacie i nawet nie zauważyła, że dotyka wilgotnej farby.

- Panienko? - Anand wszedł do jej pokoju pośpiesznie, mimo to wcześniej zapukał. Chociaż nie miało to znaczenia. Kiedy Chiara malowała, cały świat przestawał dla niej istnieć.

- Panienko Chiaro. - położył jej dłoń na ramieniu, mając nadzieję, że to ją otrzeźwi. Sprawa była nie znosząca zwłoki. Spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem. Anand. Jej opiekun, majordomus, przyjaciel, kompan. A do tego jeszcze księgowy gubernatora. Zapewne jej ojciec by go usynowił, gdyby nie drobny problem. Anand był hindusem bez kasty. A to, że w ogóle żył, zawdzięczał wyłącznie Chiarze.

- Panienko Chiaro, Volta nie chce wpuścić na posesję tragarzy. - jego zmartwiona mina mówiła wyraźnie, że jak się nie pośpieszą, to już Volty dzisiaj karmić nie trzeba będzie.

- Sempre la stessa cosa! - niezadowolona Chiara poderwała się do góry, jak na komendę. I nastąpiła katastrofa. Kartki papieru pofrunęły, woda na pędzle wylała się łukiem dokoła, pędzle wypadły jej z dłoni niszcząc definitywnie sukienkę.

- Che macello! - z ust dziewczyny wyrwało się mocniejsze słowo. Dzięki Bogu, w tym domu niewiele osób mówiło po włosku. Karcące spojrzenie opiekuna podziałało jak zimny prysznic. - Już nic nie mówię.
I rzuciła się wraz z Hindusem zbierać rysunki, ratujące je od niszczącej kałuży wody.

Wśród uratowanych pałętała się kolejna podobizna Ananda, zrobiona z nudów.

I coś, co zmartwiło mężczyznę.


Ta zimna i smutna ulica wyraźnie świadczyła o obecnym stanie psychicznym panny Wodehouse. Zresztą nie dziwił się. Najpierw zniknięcie Livingstona, potem kłótnia z matką (a ponieważ ta jest pełnokrwistą włoszką, doprawdy rozgrywały się sceny iście dantejskie). Pozwolenie na przystąpienie do grupy ratowniczej musiała wybłagać. Była gotowa zgodzić się na wszystko, łącznie ze ślubem zaraz po powrocie. Kiedy już wszystko uzgodniła, pozostało czekanie, którego nieznosiła.

- Panienko... - chciał ją pocieszyć. Powiedzieć cokolwiek, aby się w końcu uśmiechnęła.
- Lascia stare! Nie ma czasu, bo ich połknie w całości! - wyrwała mu rysunki, rzuciła je niedbale na biurko i biegiem ruszyła w stronę drzwi do ogrodu. Chciał krzyknąć, żeby poczekała, ale i tak nigdy nie słuchała.

W ogrodzie rzeczywiście sprawy nie wyglądały zbyt kolorowo. Wściekła Volta zagoniła tragarzy w kąt ogrodzenia i nie chciała dać im uciec. Służba taktownie postanowiła się nie zbliżać. Oni znali możliwości tego bydlęcia. Zresztą wszystkim w tym domu było wiadomym, że Volta słuchała jedynie swej pani.
- Volta, a cuccia! - wrzasnęła Chiara, kiedy tylko wbiegła na trawnik. Wyglądała ślicznie. Cała poplamiona na tęczowo farbą, zdyszana i pozornie zła, choć w oku kryły się ogniki radości. - Volta, noga! Co mówię?!


Volta zamarła w półkroku. Poznała głos, pociągnęła nosem, upewniając się, że to ten zapach i skruszona, ze zwieszonym łbem ruszyła łasić się o nogi Chiary. Ludzie różnie mówili. Bydle, potwór, poczwara. Właściwie Volta była psem, ale wielkim i dzikim, często zachowującym się bardziej jak lwica. Nawet szczekała jakoś tak mrukliwie. Chiara zbeształa ją po włosku i ruszyła w stronę domu. Anand zajmie się przecież resztą.

*****


Bez gderania ubrała się w sukienkę wybraną przez matkę. Teraz pozostał jeszcze problem z Voltą. Co z nią zrobić? Próbowała ją zostawić w ogrodzie, ale po zabawie w kota i myszkę z biednym lokajem, zrezygnowano z tego pomysłu. Nie mogła zostać z Anandem, gdyż ten krzątał się cały czas, a następnie miał towarzyszyć swojej panience na uroczystej kolacji. A zamknięcie bestii w jednym z pokoi groziło nagłym wpadnięciem wściekłego i przerażonego potwora do jadalni.

- Zostanie ze mną. - powiedziała stanowczo Chiara i zanim ktokolwiek zdążył zaprzeczyć, dziewczyna weszła do jadalni przystrojona w swój najpiękniejszy uśmiech. Volta grzecznie podążała za nią krok w krok, zerkając na gości spode łba. Kiedy panienka Wodehouse usiadła przy stole, "lwica" zwinęła się w kulkę (kto by pomyślał, że takie bydle zajmuje tak mało miejsca) i położyła się jej pod nogami.

Pytanie pana Cooka zaskoczyło zupełnie Chiarę. Bywała na uroczystych kolacjach, ale zwykle na tym się kończyło. Właściwie wymaganą zwykle od niej milczenia. Matka zawsze powtarzała "il silenizio e' d'oro". A teraz stała się centrum uwagi. Kiedy spojrzenia większości gości skierowały się na nią, jej policzki przykrył uroczy rumieniec. "Roba da matti! Perche no?" Zaśmiała się serdecznie. "Vabbe'..."

- Signior Cook, historia Kolonii jest tak samo ciekawa, co długa i dość zagmatwana. Może pozostawmy ją sobie na lepsze okazje. Jak choćby wieczorne godziny w zaciszu rozłożonego obozowiska. - uśmiech nie schodził z jej twarzy, a oczy świeciły się radosnym blaskiem. - Natomiast z przyjemnością powiem co nieco o herbie. - zamyśliła się na chwilę, jakby szukając odpowiednich słów. - On jest jak Afryka. Antylopy po obu bokach: z jednej gazela, z drugiej gnu, podkreślają jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny, charakter naszego małego kraju. Lew uświadamia moc i niebezpieczeństwo. - z gracją złożyła palce w kształt pazurów - Oczywiście to również symbol Naszej ukochanej Anglii. Ta postać na górze, to Nadzieja, podtrzymująca naszą wiarę. - założyła kosmyk włosów do tyłu i spojrzała skromnie w talerz. - Niektórzy utożsamiają ją również ze świętą panienką. Ale - Uśmiechnęła się szeroko, spoglądając po gościach - z pewnością państwa zanudzam. - machnęła z gracją drobną dłonią. - Może raczej powiecie państwo, czemu zdecydowaliście się na wyprawę?

Przechyliła lekko głowę z uśmiechem. Czuła się nie na miejscu. Zapewne była najmłodsza. Ale, per carita', wychowała się w Afryce! To był jej drugi dom! Wiedziała, czego chce.
 
__________________
"Women and cats will do as they please, and men and dogs should relax and get used to the idea."
Robert A. Heinlein

Ostatnio edytowane przez Latilen : 02-12-2008 o 01:54. Powód: Il silenzio e' d'oro ;]
Latilen jest offline  
Stary 02-12-2008, 21:37   #5
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Cape Town, op 14 januari 1871 jaar Cape Town, 14 Stycznia 1871 roku
Hotel "Massado." Hotel "Massado"

Gisteren heb ik bereikt in het Land Cape. Ik ben het beu om te reizen van Libië ... Sun was uitgevoerd zonder ruzies in een kleine camping met Duitse onderzoekers die per se wilde weten het doel van mijn plotselinge vertrek… Wczoraj przybyłem do Cape Town. Jestem zmęczony po podróży z Libii... Nie obyło się bez małej scysji w obozie niemieckich naukowców, z którymi współpracowałem... Koniecznie chcieli znać powód mojego nagłego wyjazdu...

Mark zameldował się w hotelu jednocześnie odbierając depesze na swoje nazwisko. Rzucił rzeczy na łóżko i rozłożył wszystkie dokumenty na stole…
Właśnie po raz kolejny skończył czytanie listu z Towarzystwa w którym oficjalnie potwierdza ono jego przydzielenie do wyprawy w charakterze reportera prowadzącego dziennik ekspedycji. Dla Pattera to była szansa na naprawdę niezły materiał… Otrzymał również listę pozostałych członków ekspedycji… teraz wystarczyło tylko przeczytać depesze i zobaczyć co inni wiedzą o tych ludziach. Część z nich to Amerykanie i tu musiał polegać na Harissonie, o reszcie trochę mogli pokopać zaprzyjaźnieni dziennikarze… „Co my tu mamy?” – pomyślał segregując papiery – „Zaiste interesujący ludzie”. Zabrał się za przepisywanie i segregowanie informacji. Wyłonił się ciekawy obraz:
# James Lynch, Amerykanin. Agencja Pinkertona wypowiada się o nim w samych superlatywach, ale nie chce zdradzić żadnych bliższych szczegółów.
# William Easton Eblis, Anglik, drugi syn hrabiego Lonsdale, wnuk księcia Fordyce. 34 latni kawaler, właściciel majątku Inglehurst Place; dzieli swój czas między posiadłością a rozlicznymi podróżami
# Chiara Wodehouse, Angielka, córka gubernatora Brytyjskiej Kolonii Przylądkowej. Ma obecnie 20 lat. Jest jedyną córką Sir Philipha Edmonda Wodehouse'a i jego włoskiej małżonki Adeliny Patti. Ma starszego brata Edmonda Roberta. Urodziła się w Indiach, kiedy jej ojciec był gubernatorem Bombaju. Nigdy nie była w Angli, a przynajmniej tak twierdzą w „the Times” – ciekawe jakie ma wyobrażenie o kraju swego Ojca?
# dr James Wilburn, Amerykanin. Lekarz z dyplomem Harvardu. Ma 32 lata, służył pomocą w Wojnie Secesyjnej… Weinig, maar aan het begin ...
# Jonathan Cucumber, z pochodzenia Szkot. De grote onbekende … Wielka niewiadoma...
# Kirk Beyers, Belg; pochodzi z dobrze sytuowanej rodziny z Antwerpii, studia w Amsterdamie. Od kilku lat pracuje dla zoo w rodzinnym mieście, gdzie zyskał uznanie w organizacji i bezpośrednim udziale w wyprawach do północnej Afryki (Maroko, Algieria) mających na celu pozyskanie egzotycznych zwierząt dla paru ogrodów zoologicznych. Podróżnik amator, z wykształcenia weterynarz… Het lijkt mij dat ik een ontmoeting heb gehad met hem in tenminste de naam lijkt, komen mij bekend voor. Wydaje mi się, ze kiedyś się spotkaliśmy, przynajmniej nazwisko wydaje mi się dziwnie znajome.
# Nadia Lloyd, narodowość angielska. Pół – Afrykanka, podopieczna Williama Cooka – głównego sponsora ekspedycji. Nadia jest jedną z niezaprzeczalnych gwiazd Cyrku Astleya. Akrobatka, treserka i aktorka, na której przedstawieniach zawsze jest komplet widzów. Tańczy w skąpych strojach, spaceruje wśród krwiożerczych zwierząt, wyczynia niesamowite i zapierające dech akrobacje z gracją motyla. Krążą plotki, że z racji swojego pochodzenia jest czarownicą, która potrafi nie tylko omotać mężczyznę, ale i sprawić, by każde zwierzę było posłuszne jej rozkazom. (notatka Sterna – „zdobądź jej autograf!!” mówiła wszystko)
# William Cook – właściciel Cyrku Astleya, reżyser i artysta; w młodości utalentowany żongler, akrobata i treser. Sporo podróżował po Afryce (spędził na Czarnym Lądzie kilka lat). Z czasem osiadł w Londynie i zajął się pisaniem scenariuszy, reżyserią przedstawień cyrkowych na wzór spektakli teatralnych. Popisy cyrkowe były osadzone w spójnym porządku fabularnym, co było nowością w tego rodzaju przedstawieniach. Z pomocą swej utalentowanej podopiecznej Nadii Lloyd doprowadzili do reformy cyrku, która przyniosła mu rozgłos, sławę i pieniądze – wyłożył pieniądze na wyprawę poszukiwawczą Livingstone'a. Powody zaangażowania w wyprawę są ciągłym przedmiotem spekulacji i plotek. Dodatkowo jest jeszcze jego związek z Nadią. (intrigerende !!! intrygujące!!!)
# Elizabeth Doullitel, Angielka. Z wykształcenia biolog botanik, pracuje od kilku lat na londyńskim uniwersytecie. Ma na swoim koncie kilka ciekawych odkryć i badań.

Reporter poskładał dokumenty. Materiał do dziennika wymagał na pewno jeszcze poprawek, ale… był zaintrygowany. Tak, to dobre słowo…
Wrzucił depesze do kosza i wyszedł na balkon, miał jeszcze kilka dni do wyznaczonej daty i postanowił je dobrze wykorzystać…

=====

Cape Town, op 17 januari 1871 jaar Cape Town, 17 Stycznia 1871 roku
Gevoel van de steden. - Postkaart uit Cape Town. Miejska Impresja - Pocztówka z Cape Town.




“The fairest Cape we ever saw in the whole circumference of the earth," ("Miejsce, które naprawdę zasługuje na miano przylądka - na całej Ziemi") powiedział sir Francis Drake kiedy wpłynął do Zatoki Stołowej w 1580 roku. Słowa wielkiego podróżnika i nawigatora wyryto na pamiątkowym głazie umieszczonym koło portu. Byłem skłonny zgodzić się z nimi. Miejsce to nazywano wieloma nazwami: Przylądkiem Sztormów nazwali je Hiszpanie, którzy zawsze trafiali tutaj na przeciwne wiatry; Przylądkiem Dobrej Nadziei, przez tych, którzy przetrwali sztormy i wpłynęli na spokojne wody; nazywany też po prostu Przylądkiem, aby podkreślić jego unikalność.

Unikalność płynącą z charakteru tego miejsca. Miejsca leżącego w Afryce, jednak bardzo europejskiego… Afrykańska kultura została wzbogacona o wpływy holenderskie, brytyjskie i malajskie, odzwierciedla istniejący tu wyjątkowy konglomerat kultur.

Miejsce o bardzo zróżnicowanym klimacie – przyjemnym, śródziemnomorskim przez większą cześć roku i naprawdę sztormowym w pozostałym okresie. Wreszcie miejsca o bardzo zróżnicowanej rzeźbie terenu. Piękne plaże, zwłaszcza Llandundo, odległe są zaledwie o kilka godzin spaceru od królującego nad miastem wzniesienia – Góry Stołowej

zawdzięczającej swoją nazwę płasko ściętemu wierzchołkowi. Ten poszarpany łańcuch górski, rozciągający się od Zatoki Stołowej do Cape Point, wyrasta z morza na wysokość 1087 m, przytłaczając cała okolicę i miasto znajdujące się u jego stóp. Ogromna frontowa ściana Góry Stołowej wraz z otaczającymi ją zboczami i wąwozami jest prawdziwym cudem natury. Jeden ze spacerów koniecznie trzeba odbyć na ograniczający miasto od wschodu Czarci Szczyt, z którego rozpościera się zapierający dech w piersiach widok na Cape Town, port oraz przede wszystkim Ocean. Równie przyjemną choć trochę dłuższą i trudniejszą jest wycieczka na zachodni szczyt ograniczający miast nazwany Głową Lwa. Trudy wycieczki sowicie wynagrodzi nam przepiękny widok na wodospad Wambete.


Krótszą wycieczkę poza miasto można odbyć na Wzgórze Sygnałów, z którego roztacza się piękna panorama miasta i portu.
W samym mieście godnym zobaczenia jest oczywiście Port w Zatoce Stołowej oraz Bulwar Wiktorii i Alfreda oddzielający centrum miasta od Oceanu Atlantyckiego. Liczne targowiska oraz barwne stragany usytuowane w przecznicach Adderley Street i Pasażu św. Jerzego są atrakcją samą w sobie, dodając krajobrazowi miasta afrykańskiego kolorytu.
Pasaż św. Jerzego zamyka późnogotycka katedra pod wezwaniem tegoż świętego.

W samym centrum, czyli na Greenmarket Square koniecznie należy odwiedzić „Old Townhouse” – doskonałą francuską restaurację mieszczącą się w starym Ratuszu. Nowy budynek ratusza znajduje się przy Kloof Street.

Wypocząć można w jednym z wielu hoteli, a koniecznie trzeba spędzić czas na wspaniałych piaszczystych plażach lub na organizowanych przejażdżkach po okolicy lub po Zatoce Stołowej, zwłaszcza rejs o zachodzie słońca wzdłuż wybrzeży Clifton dostarcza niezatartych wrażeń.


Warte uwagi są również winnice Franschhoek i Stellenbosch oraz Groot Constantia.


Mark odłożył ołówek i spojrzał w hotelowe okno, Zapadał wieczór, ale postanowiłem jeszcze wyjść na krótki spacer. Artykuł będzie mógł przetelegrafować jutro do Londynu... i Paryża.

=====

Cape Town, op 18 januari 1871 jaar Cape Town, 18 Stycznia 1871 roku
Bijna te laat ... Prawie spóźniony...

Podczas przedobiedniego spaceru, będąc w porcie, Patter zauważył sylwetkę HMS “Imperial”

Statek ciężko było pomylić z inną jednostką… Cóż znaczyło to, że Mark spóźnił się na powitanie pozostałych uczestników wyprawy, jakie planował po przypłynięciu statku. Teraz jednak, w tej sytuacji, nie zamierzał ich szukać po licznych hotelach, a tym bardziej w willi gubernatora… Byłby to wielki nietakt… Uznał, że spotka się z nimi bezpośrednio na przyjęciu – skoro już Towarzystwo rozgłosiło wszem i wobec, że jest Holendrem…

=====

Cape Town, op 20 januari 1871 jaar Cape Town, 20 Stycznia 1871 roku
Gouverneur landgoed. Willa Gubernatora

- Ik wil een toast voor jou, mijn land. Met het succes van uw reis en blij om terug te keren, hopelijk met dr. Livingstone. - Chciałbym wznieść toast, za Was moi Państwo. Za powodzenie wyprawy i Wasz szczęśliwy powrót, miejmy nadzieję z doktorem Livingstonem.

Reporter razem z pozostałymi wzniosł toast. Zaraz po nim odszedł od towarzystwa, stając trochę z boku, koło okna. Udając wycieranie nosa dał sobie chwilę czasu na obejrzenie pozostałych zgromadzonych uczestników wyprawy. Doprawdy intrygujące...
 

Ostatnio edytowane przez Aschaar : 07-12-2008 o 12:06. Powód: formatowanie, przejrzystość tekstu... literówki
Aschaar jest offline  
Stary 03-12-2008, 16:13   #6
 
Gob1in's Avatar
 
Reputacja: 18624 Gob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputację

Ze zgromadzonego na sterburcie kursującego między Rotterdamem a Londynem brytyjskiego statku pasażerskiego Shining Star tłumu kobiet i mężczyzn co chwilę dochodziły wybuchy śmiechu. Śmiały się głównie kobiety, których stłumione chichoty było słychać nawet pomiędzy żartami rzucanymi przez otoczonego przez grupkę, opartego o barierkę eleganckiego mężczyznę po trzydziestce. Widać było, że coraz bardziej niechętne spojrzenia i nieudolnie maskowane wymuszoną grzecznością wypowiedzi męskiej części towarzystwa, nie robiły na nim wrażenia. A przynajmniej nie dawał tego po sobie poznać.

- I twierdzi pan, panie doktorze - pytała zaciekawiona młoda Francuzka - że te dzikusy polują na lwy tylko za pomocą dzid i łuków?
- Tak, to w gruncie rzeczy prawda - odparł mężczyzna, którego kruczoczarne wąsy i bródka w szpic wraz z niesfornymi kosmykami wymykającymi się na czoło spod niedużego, wywiniętego ronda melonika tworzyły zabójczą mieszankę, za którą wiele kobiet przepadało - Jednak oni od dzieciństwa są ćwiczeni w polowaniu za pomocą tychże utensyliów - wyjaśnił. - Dwa lata temu byłem naocznym świadkiem, jak jeden z naszych beduińskich przewodników powalił oszalałą z głodu lwicę, mając w ręku jedynie długi nóż...
- To niesłychane! Niemożliwe! - przerwał, słysząc podniesione, niedowierzające „ochy” i „achy” wpatrzonych w siebie dam, kręcąc wąsa i uśmiechając nieznacznie.
- Tak, Bóg mi świadkiem, że to prawda - w oczach doktora Beyersa widać było graniczącą z naiwnością szczerość, potwierdzającą jego szokujące słowa.
- Zresztą, polowanie z patykiem na głodne i dzikie bestie to i tak bezpieczny sposób spędzania czasu, biorąc pod uwagę spotkanie z teściową... - salwa śmiechu zagłuszyła dalsze słowa - tym bardziej, że muszą piękne panie wiedzieć - tu rozejrzał się wokoło, robiąc krótką, potęgującą nastrój i ciekawość przerwę - że mężczyźni z pustynnych plemion, nie wiedzieć czemu, mają zwyczaj brać sobie po kilka żon, więc ich szanse na spokojne życie przy domowym ognisku dramatycznie maleją - tym razem wybuch wesołości spłoszył nawet kilka towarzyszących statkom morskich ptaków, które siedziały na relingach pokładu znajdującego się powyżej. Dystyngowane zwykle damy, miast przystojącej im powagi i powściągliwości, przyciskały jedwabne, wyszywane chusteczki do oczu, starając się powstrzymać wymuszone śmiechem łzy, mogące być prawdziwą katastrofą dla ich starannego makijażu. Towarzyszący im, coraz bardziej ponurzy mężczyźni w garniturach i surdutach, ściskający w rękach gałki zdobionych lasek i ramiona swoich roześmianych żon, zagryzali ze złości końcówki wąsów. Tak, wiele daliby za to, żeby ten cholerny doktorek przestał opowiadać durne historyjki.

Jakby nazauważający zwiększającego się rozdrażnienia dżentelmenów, doktor zaproponował:
- Ale nie przystoi opowiadać o Afryce bez lampki marokańskiego wina, a skądinąd wiem, że nasz kochany kapitan Clarks, który zwiedził chyba z pół świata, ma w swojej prywatnej kolekcji butelkę, czy dwie tego szlachetnego trunku o niepowtarzalnym bukiecie. Wierzcie mi, drogie panie i panowie, w smaku tego wina czuć dzikość i żar gorącego Czarnego Lądu.
- Zatem chodźmy do kapitana - jestem pewien, że taki dżentelmen jak on, nie odmówi tylu pięknym damom - puścił oko do najbliżej stojącej młodej kobiety, dziewczyny właściwie, której kwiatowy zapach perfum kusił i zniewalał. Po chwili rozgadane towarzystwo zniknęło we wnętrzu przeznaczonego dla pierwszej klasy pokładu liniowca.
- A czy zdają sobie panie sprawę, że lwy mają kły długie jak dłoń? Nie, nie takie, jak ta śliczna rączka, miła damo, mam na myśli męską dłoń... - dało się słyszeć jeszcze.

* * *


Kirk Beyers mimo, iż podróżował statkiem już wiele razy i niestraszna była mu choroba morska, to nigdy nie płynął tak długo. Minęło już ponad cztery tygodnie, od kiedy wyposażona w cztery maszty i bez mała 31 żagli brytyjska barka Alice A.Leigh wypłynęła z portu w Lizbonie i skierowała się na południe, do Cape Town, mając na swym pokładzie ładunek broni, mundurów i konserw dla wojsk Jej Królewskiej Mości Królowej Wiktorii stacjonujących w Kaapstad, jak miasto nazywali osadnicy niderlandzcy. Była to podróż zdecydowanie za długa, jak na jego możliwości i Belg miał kłopoty z utrzymaniem śniadania na miejscu.

Z drugiej strony nie mógł narzekać na warunki, w jakich podróżował. Fakt, że tej krypie daleko było do luksusu okrętów pasażerskich, ba - przeznaczony do przewożenia w pierwszej kolejności ładunku, a dopiero później załogi okręt nie dysponował żadnymi wygodami. Dobrze, że ostatnio kapitan przystosował jedno z pomieszczeń gospodarczych na dwie ciasne kajuty pasażerskie.


Kirk opierał się o metalową barierkę dzielącą go od wzbudzonego oceanu. Przed chwilą oddał hołd Neptunowi i teraz, z ziemiście szarą twarzą trwał po prostu w możliwym w tych warunkach bezruchu. Możliwym, to znaczy trzymając się kurczowo relingu, by kolejny przechył statku nie spowodował bolesnego upadku na pokład. Według kapitana była to normalna pogoda o
tej porze roku w tych stronach. Jeżeli to była "normalna" pogoda, to Belg wolał nie przepływać tędy, kiedy pogoda będzie "zła".

* * *

Ponowne torsje zmusiły go do przytulenia się do metalowej poręczy. Po kilku minutach atak minął, jednak Beyers wolał przebywać na zewnątrz, nie bacząc na ryzyko doszczętnego przemoknięcia, niż w klaustrofobicznie ciasnej i dusznej zaimprowizowanej kajucie.

Wrócił tam dopiero po otrzymanej od jakiegoś marynarza informacji, że za jakieś cztery godziny powinni być u celu. Był przemęczony podróżą, więc miał nadzieję odpocząć nieco przed dotarciem do portu. Zanim się położył, przeczytał raz jeszcze list przesłany do zarządu ogrodu zoologicznego w Antwerpii, gdzie pracował od kilku lat. Lakowana koperta, spoczywająca na listach otrzymanych od Anny, jak i kopercie z referancjami i życzeniami rychłego powrotu od Thomasa Peetersa, ozdobiona delikatną, ledwie zauważalną, misternie wytłaczaną siatką południków i równoleżników była już nieco sfatygowana, jednak nadal chroniła swą zawartość - oficjalną prośbę Londyńskiego Królewskiego Towarzystwa Geograficznego o udział w wyprawie mającej na celu odnalezienie słynnego podróżnika, Davida Livingstona. Po prawdzie, uprzednio wysłał swoje zgłoszenie, gdy tylko dowiedział się o planach wyprawy, jednak nie liczył zbytnio na odzew. A tu proszę. Uśmiechnął się, co poprawiło nieco jego mizerny wygląd. "Już niedługo zacznie się przygoda!" - pomyślał - "A może już się zaczęła?" - dodał po chwili mając na myśli ciężką podróż.



* * *

Posiadłość gubernatora była wspaniała. Mimo, że rodzina Beyers nie należała do biednych, nienachalny przepych posiadłości zrobił na Kirku wrażenie. Mówiąc krótko - poczuł się jak arystokrata, a nie weterynarz.

Przemiła w wcale ładna czarnoskóra służąca poprowadziła go do przeznaczonego mu apartamentu. Młody, może czternastoletni chłopak ubrany w kontrastującą z kolorem skóry białą koszulę odebrał z dorożki jego bagaż i, trzymając się kilka kroków za objaśniajacą gościowi co i gdzie się znajduje pokojówką, ruszył za nimi.
Na miejscu doktor podziękował im i z nieukrywaną przyjemnością rozejrzał się po pokoju. Salon, sypialnia i osobna łazienka pachniały czystością i świeżością. Z zacienionego salonu można było wyjść na zalany słońcem balkon przystrojony doniczkami z cieszącymi oczy kolorowymi roślinami. Nawet z pozbawionego szyb i chronionego okiennicami w razie złej pogody okna widać było przytulone do zatoki Cape Town, którego kolorowa mozaika widocznych z góry dachów przypominała raczej jedno ze śródziemnomorskich miast Grecji lub Włoch, niż afrykański styl architektoniczny z widocznymi wpływami arabskimi, jaki oglądał w Północnej Afryce. Wzruszył ramionami - w końcu była to kolonia brytyjska.

Stylowe meble, sofa i miękko wyściełane łóżko kusiły obiecując wygodę i regenerujący sen, jednak Belg pamiętał doskonale, o czym przypomniała mu grzecznie czarnoskóra dziewczyna, że za pół godziny zacznie się kolacja. A spóźnić się byłoby ogromnym nietaktem, na jaki chyba żaden z gości nie mógł sobie pozwolić.
- Później, później... - z westchnieniem obiecał sobie i raźno podążył do pachnącej kwiatami łazienki, w której z dużej, drewnianej balii parowała gorąca, widać przyniesiona całkiem niedawno, woda.

Po piętnastu minutach był przyjemnie odświeżony i gotowy do udania się na uroczystą kolację z gospodarzem i uczestnikami wyprawy. Założył czyste ubranie - elegancki, dopasowany garnitur, świeżą koszulę i, uprzednio przez siebie wyczyszczone i wypastowane, buty. Mógł co prawda zawołać kogoś z licznej służby, gotowej na każde skinienie gości gubernatora, jednak nie był przyzwyczajony, by ktoś mu usługiwał. Wyciągnął z kieszeni kamizelki złoty zegarek i sprawdził godzinę. Jeszcze pięć minut.
"Dobrze, można się zbierać. Czas poznać dostojnego gospodarza, jaki i ludzi, z kórymi przyjdzie spędzić najbliższy czas."
Otworzył jeszcze dekielek po odwrotnej stronie koperty zegarka. Poza misternym grawerem głoszącym, że jest to zegarek wykonany przez firmę rzemieślniczą J.Barth & Fils z Genewy, znajdowało się tam schowane malutkie zdjęcie, będące portretem jego małżonki.
"Życz mi szczęścia, Anno" - powiedział szeptem.


* * *

Z początku przyjęcia, nie znając charakterów i manier uczestników, poza wzniesionym wspólnie toastem za pomyślność przedsięwzięcia i szczerymi komplementami dla jego gustu w doborze wina i dań do kolacji, nie odzywał się zbyt wiele. Za to z nieudawaną przyjemnością kontemplował urodę obecnych podczas wieczoru dam, szczególnie będąc zaintrygowany niespotykanym zbyt często w Europie wyglądem panny Lloyd. Podczas swoich wypraw widział afrykańskie kobiety, jednak żadna z nich nie łączyła tej wynikającej z pochodzenia drapieżności wyglądu z europejskimi manierami. Co się tyczyło wszystkich obecnych pań, zdziwił się, gdy gubernator poinformował o ich uczestnictwie w tak niebezpiecznej wyprawie. Świadczyło to, że te damy mają silniejsze charaktery, niż można by sądzić po wyglądzie.
Z ciekawością chłonął wszelkie informacje, które padały podczas rozmów przy stole.
 
__________________
I used to be an adventurer like you, but then I took an arrow to the knee...
Gob1in jest offline  
Stary 04-12-2008, 19:28   #7
 
Milly's Avatar
 
Reputacja: 1041 Milly ma z czego być dumnyMilly ma z czego być dumnyMilly ma z czego być dumnyMilly ma z czego być dumnyMilly ma z czego być dumnyMilly ma z czego być dumnyMilly ma z czego być dumnyMilly ma z czego być dumnyMilly ma z czego być dumnyMilly ma z czego być dumnyMilly ma z czego być dumny
20 stycznia 1871, Cape Town - przyjęcie w posiadłości Gubernatora Wodehousa (wieczór)

- Przyjęcie? - ciemnoskóra kobieta uniosła brwi w geście zdziwienia. - Przecież mieliśmy wyruszyć z misją poszukiwawczą, wyruszyć niezwłocznie! A nie zabawiać się na przyjęciach! Och William... Nie wiem czy potrafię wytrzymać jeszcze choćby dzień!


Mężczyzna, który przyniósł jej wiadomość o zbliżającej się wieczornej uroczystości uśmiechnął się i raz jeszcze cierpliwie wytłumaczył, że większość uczestników wyprawy dopiero dziś przybyła do Cape Town (podobnie zresztą jak oni) dlatego nikt nie może oczekiwać, że wyruszą natychmiast po wyczerpującej podróży. Poza tym takie przyjęcie to świetny moment do zapoznania się ze sobą i omówienia szeregu ważnych kwestii, które należy załatwić przed wyprawą. Ich gospodarz chce ugościć ich jak najwytworniej i nie wypada, by Nadii zabrakło tego wieczora wśród jego gości. William uścisnął dłonie swej przyjaciółki dodając jej otuchy i pozostawił ją samą w pokoju, by mogła się przygotować.


Nadia usiadła rozczarowana przy niewielkim stoliku i oparła głowę na dłoniach. Wiedziała dobrze, że Will ma słuszność i że wielkim nietaktem byłoby opuszczenie przyjęcia. Mimo wszystko jednak humor w jednej chwili zupełnie ją opuścił. Poczuła się wyczerpana i bardzo zmęczona, gdyby tylko mogła zaszyłaby się na cały dzień w łóżku i wstała dopiero wtedy, gdy będzie trzeba wyruszyć dalej.


Od kiedy William powiedział jej, że wyruszają razem do Afryki, radość i zachwyt nie opuszczały jej ani na chwilę. Jak tylko wsiedli na statek, zachowywała się jak mała dziewczynka wyczekująca ogromnej niespodzianki. Oto właśnie spełniało się jej marzenie. Czyż to nie zabawne, że wiele lat temu, wtedy kiedy poznała Willa, na własną rękę próbowała przedostać się na taki statek? A teraz dzięki niemu może odbyć podróż, o której od tak dawna marzyła! Na pokładzie najczęściej można ją było znaleźć na dziobie, gdy wpatrywała się w horyzont z nadzieją, że ujrzy wreszcie ukochany ląd. Siedziała tam i zastanawiała się jaki też będzie ten kraj, z którego pochodziła. Czuła jego zew, czuła jak przyzywa ją do siebie i zniewala. Jeśli nie na dziobie, można ją było znaleźć w towarzystwie Williama, któremu nieustannie wciąż opowiadała o wszystkim, co czytała na temat Czarnego Lądu. Istniał dla niej tylko ten jeden temat i każda rozmowa prędzej czy później musiała zahaczyć o Afrykę, o to co czeka ich w przyszłości. W każdej wolnej chwili Nadia zagłębiała się w swoje mapy, które pieczołowicie przechowywała i które stanowiły jej wielki skarb. Wodziła palcem wzdłuż rzek, miast, przebiegała pustynie i wyobrażała sobie jak też musi tam być. Pokazywała Willowi gdzie będą schodzić na ląd i gdzie być może się udadzą. Podróż dłużyła jej się niemiłosiernie, wiedziała jednak, że każde bicie serca przybliża ją do domu.





Apogeum szczęścia osiągnęła Nadia w momencie, gdy ujrzała Czarny Ląd, gdy stanęła na piaszczystej ziemi, gdy znalazła się w Cape Town. Tu wszystko było cudowne, fascynujące, piękne, niesamowite i takie afrykańskie! Serce waliło dziewczynie jak szalone, próbowało wyskoczyć z piersi i samo pofrunąć do źródeł Nilu. Musiało przecież znać drogę! Nadia zachowywała się momentami jak szalona i dopiero delikatne uwagi Williama sprowadziły ją na ziemię. Musiała ograniczyć swoje pragnienia zwiedzenia całego Kapsztadu i rychłego ruszenia dalej.


- Zdążysz się jeszcze nacieszyć tą swoją Afryką! - mówił Will i ze śmiechem patrzył na ogromne zniecierpliwienie swojej młodej towarzyszki.


Ileż ją to kosztowało, by uspokoić swoją naturę, by opanować się i ze spokojem czekać na dalszy rozwój wypadków. Choć rezydencja gubernatora Wodehousa bardzo jej się podobała i robiła imponujące wrażenie, to jednak coś ciągnęło ją głębiej, głębiej, głęboko w głąb lądu, do samego serca Afryki. Nie mogła sobie znaleźć miejsca w wytwornym pokoiku, który został przygotowany specjalnie z myślą o niej. Na dodatek wieść o zbliżającym się przyjęciu dobiła Nadię całkowicie. Jakże strasznie nie lubiła tych wszystkich oficjalnych spotkań! Wyfrakowanych mężczyzn, wypięknionych kobiet! Wszyscy tacy uroczyści, tacy poważni, powściągliwi, dobrze wychowani i wykwintni. Te wszystkie spojrzenia, szepty, upokorzenia... Na dodatek nie przewidując żadnych oficjalnych spotkań i imprez, przygotowując się jedynie na podróż do dzikiej Afryki, Nadia nie wzięła ze sobą żadnych ładniejszych strojów, prócz codziennych sukienek na czas podróży. Na wyprawie i tak żadne suknie nie będą jej potrzebne. Lecz teraz... była pewna, że podczas przyjęcia ktoś znowu pomyli ją ze służącą! Nadia zerwała się ze swojego miejsca i cisnęła jedną z ozdobnych poduszek na piękne łoże z baldachimem. Była wściekła!


Lecz co to? Na łóżku leżało tajemnicze pudło, którego wcześniej tu nie było. Pakunek nie należał do jej bagażu, zatem kto je przyniósł i co zawierało? Panna Lloyd podeszła bliżej, rozwiązała ozdobną kokardę i zajrzała do środka. Jej oczy zrobiły się okrągłe, a z piersi wyrwało jej się zduszone „och!”. Złość szybko ustąpiła miejsca czułości i ciepłemu uśmiechowi, który towarzyszył jej, gdy wyjmowała z pudła piękną sukienkę. Była niemal pewna, że będzie pasować na nią jak ulał!


- Ech, Williamie, mój ty czarodzieju! Minąłeś się chyba z powołaniem zostając akrobatą. Byłbyś z pewnością najlepszym magikiem na świecie! Już ty wiesz jak mnie zaczarować... - mówiła do siebie układając sukienkę na łóżku i biegnąc czym prędzej do łazienki. Musiała jeszcze wziąć kąpiel, uczesać się i przygotować, a czasu coraz mniej!


Wreszcie, gdy wybiła odpowiednia godzina, Nadia zeszła do dolnego holu, gdzie czekał już na nią pan Cook. Uśmiechnęła się czarująco i obróciła z gracją ukazując w pełni piękno sukienki, która istotnie leżała na niej idealnie.





- Świetnie dziś wyglądasz Nadio. Znów będziesz błyszczeć wśród towarzystwa. – szepnął Wiliam do swej młodszej towarzyszki i delikatnie, porozumiewawczo uścisnął jej dłoń. – Obym tylko nie musiał dziś wyzywać na pojedynek jakiegoś młokosa – dorzucił zagadkowo.

- Dlaczego? - zapytała Nadia.

- Sama wiesz jaka nieznośna bywa młodzież. – zażartował - Gdy któryś z tych wyfraczonych gości obraził Cię krzywym spojrzeniem tylko powiedz, a zaraz wyzwę go na pojedynek. – powiedział z przekąsem i uśmiechnął się. Nadia odwzajemniła uśmiech.


- Dziękuję Ci...


- Za co? - zapytał udając zdziwienie.


- Ty już dobrze wiesz za co! - rzuciła ze śmiechem, nim weszli do jadalni.


Przyjęcie, przynajmniej na początku, okazało się nudne, sztywne i napompowane sztuczną grzecznością i etykietą. Było tu dokładnie to wszystko, czego Nadia nie znosiła. Unikała spojrzeń innych, lecz gdy tylko zauważyła, że ktoś patrzy na nią, przybierała swoją „dumną minę”, coraz bardziej oschłą i nieprzystępną. Jedynie uśmiech Williama mógł sprawić, że rozluźniała się nieco. Była jednak mocno przewrażliwiona, a złe doświadczenia wyniesione z nielicznych przyjęć i bankietów wydawanych w Londynie sprawiły, że w każdym spojrzeniu i każdej postaci widziała kpiącego i wyniosłego wroga. Czuła się okropnie i wkrótce rozbolała ją głowa.


Tylko jedna osoba przykuła uwagę Nadii i zyskała jej pierwszą, przychylną opinię. Panna Chiara Wodehouse, a szczególnie jej ogromny towarzysz, który kroczył za nią i wiernie legł u jej stóp. Widok ten wywołał szczery uśmiech na twarzy Nadii, a także nieodparte pragnienie, by zapoznać się bliżej z... psiskiem. Panna Wodehouse co prawda zyskała uznanie w oczach Nadii, lecz to zdecydowanie zwierzęta stały w kręgu zainteresowań ciemnoskórej dziewczyny znacznie wyżej niż ludzie. Rozumiała je lepiej niż inni, a i one zdawały się rozumieć ją bardziej, niż jakikolwiek człowiek na ziemi. Zamiast więc skupić się na „przemiłej konwersacji” podczas przyjęcia, Nadia wybiegła myślami gdzieś daleko, obserwując raczej wielkiego psa, niż innych biesiadników przy stole. Czekała, aż wieczór uprzyjemni jej cokolwiek, co mogło leżeć w jej guście...
 
Milly jest offline  
Stary 04-12-2008, 22:29   #8
 
Diriad's Avatar
 
Reputacja: 52 Diriad jest na bardzo dobrej drodzeDiriad jest na bardzo dobrej drodzeDiriad jest na bardzo dobrej drodzeDiriad jest na bardzo dobrej drodzeDiriad jest na bardzo dobrej drodzeDiriad jest na bardzo dobrej drodzeDiriad jest na bardzo dobrej drodzeDiriad jest na bardzo dobrej drodzeDiriad jest na bardzo dobrej drodzeDiriad jest na bardzo dobrej drodzeDiriad jest na bardzo dobrej drodze
Woda…
Woda, woda…
I jeszcze więcej wody…
Ale na powierzchni coś widać! Co to może być, ależ to...
…to piana na wodzie.
A obok woda.
Woda…




James mógł się domyślić już wcześniej, że na horyzoncie nie dostrzeże nic poza kolejnymi błękitnymi falami. Nie był jednak przyzwyczajony do żeglugi – dotychczas pływał tylko rzekami Stanów Zjednoczonych, nigdy na otwartej Wielkiej Wodzie. Męczyło go to uczucie zawieszenia w pustce, przez co większość czasu spędzał w zamkniętych pomieszczeniach statku. Nie było to jednak żadne cierpienie – wnętrze okrętu naprawdę robiło wrażenie. Ponad dwa miliony franków wydane na budowę ‘Imperatrice Eugene’ wyraźnie nie były wyrzucone w błoto, czy też, bardziej adekwatnie, do oceanu.
Doktor wrócił do swojej kajuty i usiadł przy biurku. Znów zabrał się za studiowanie medycznych podręczników i znów przejrzał dokładnie zawartość walizki ze sprzętem. Powtarzał to co jakiś czas, jak gdyby miał szansę wrócić na chwilę do domu i uzupełnić medykamenty.
Dużo czasu spędzał też we wspólnych pomieszczeniach, gdzie prowadził długie rozmowy z innymi pasażerami. Statek był tak ogromny, że mimo tego, iż każdego dnia poznawał przynajmniej kilka osób, i tak poruszał się po nim prawie wyłącznie wśród nieznajomych.
I tak płynął okręt.
I tak płynął czas.

* * *

I dalej woda?

Nie, tym razem „znowu woda”. Do tego po horyzont sięgała tylko z jednej strony, po drugiej natomiast często widać było wybrzeże Afryki. To sprawiało, że teraz, w drodze z St. Nazaire do docelowego Kapsztadu James więcej czasu spędzał na zewnątrz. Starał się jednak pozostawać w cieniu, gdyż słońce – na tej szerokości prawdopodobnie podrównikowe – dawało się mu mocno we znaki.

Siedział tak także tym razem. W cieniu żagli dawał sobie chwilę wytchnienia po ostatniej dyskusji z jakimiś Francuzami.
Przed oczami przewinął mu się jakiś mężczyzna, którego mógłby przysiąc, że widział już wcześniej. I niby nie było w tym nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt, że na statku mijał od kilku dni wciąż te same osoby – jednak tę twarz zapamiętał jeszcze z rejsu do Francji. Jeśli się nie mylił, mieli taką samą trasę podróży; a to zawsze dobry powód, by kogoś poznać, zagadać… Co więcej, prawdopodobnie nie był to Francuz.
Podszedł do mężczyzny i zaczął – dla bezpieczeństwa po francusku:

- Bonjour! Proszę wybaczyć jeśli przeszkadzam – ale wydaje mi się, że widziałem pana już wcześniej, na Imperatrice Eugenie w drodze do St. Nazaire – n’est-ce pas?

- Oui, c'est vrai - odpowiedział krótko Lynch z dobrze słyszalnym akcentem amerykańskim.

Wilburn uśmiechnął się i wrócił do ojczystego języka:
- A więc wygląda na to, że obaj jesteśmy Amerykanami. To fascynujące, jak dwóch rodaków może spotkać się będąc dokładnie w tym samym momencie, w tym samym miejscu na drugim krańcu świata. Pozwoli pan, że się przedstawię – doktor James Wilburn.

Mężczyzna uścisnął wyciągniętą dłoń.
- Mnie też miło spotkać rodaka. Nazywam się James Lynch.

- James Lynch… James Lynch... – doktor był pewien, że kojarzy skądś to nazwisko. I nagle uderzyła go myśl, która wyjaśniła wszystko – „Zajmuje się chwytaniem bandytów, którzy umykają zwykłym stróżom prawa, przynależy do Agencji Pinkertona” – wyrecytował formułę ze spisu uczestników wyprawy, którą dołączono do potwierdzenia jego zgłoszenia.
Przerwał na chwilę i dodał:
- „Będzie odpowiadał za bezpieczeństwo wyprawy.”

Jim uśmiechnął się lekko
- Zakładam w takim razie, że i pan jest uczestnikiem tego wielkiego spacerku.

- No cóż, trafiło się.

Przez pozostałą część rejsu James często rozmawiał ze swoim imiennikiem. Poczuł do niego nawet sympatię, co dobrze wróżyło na wyprawę. Dzięki tej miłej odmianie reszta podróży minęła jak mgnienie oka.

* * *

Po przyjeździe do rezydencji gubernatora doktor Wilburn miał dokładnie tyle czasu, ile potrzebował, by wypocząć i przygotować się do wieczornego przyjęcia, a także po części do dalszej wyprawy. Wprawiło go to w znakomity nastrój.




„Rozumiem już, dlaczego to miejsce nazywają Przylądkiem Dobrej Nadziei” – podsumował w myślach James, kiedy schodził po marmurowych schodach na bankiet.

Na sali znajdowali się już prawie wszyscy. Większość osób zdążył rozpoznać od przybycia do Kapsztadu, a kilka innych nadal pozostawało dla niego zagadką. James usiadł na jednym z bogato obitych krzeseł i wziął z tacy kelnera kieliszek aromatycznego, czerwonego wina. Przyglądał się chwilę otoczeniu, aż gubernator wzniósł toast za uczestników wyprawy. Mężczyzna zaraz wstał i uniósł swój kieliszek.

- Niech więc się nam wszystkim szczęści!

Wypił łyk trunku. Tak jak mu to zapowiadano, wino było wyśmienite. Zupełnie niepodobne do tego, które do tej pory pił. Jednak gdy spojrzało się w niebo, jasnym było, że żadne inne słońce – amerykańskie, czy jeszcze inne – nie jest wstanie zrobić z owocami winorośli tego, co to tutejsze.
Podczas następującej po toaście rozmowy, James z zaangażowaniem słuchał, jak panna Wodehouse opowiada o herbie Kapsztadu. Wydawało się, że mówiła to już setki razy, a nadal była zafascynowana własnymi słowami i odkrywała je na nowo.

- Jeśli rzeczywiście myśli panienka, że takie opowieści nas nudzą, jestem zmuszony wyprowadzić ją z błędu. Co zaś dotyczy powodów, dla których jestem tutaj… - doktor zawiesił głos i zastanawiał się chwilę. – Nie rozważałem tego nigdy w kategorii „chcieć, bądź nie chcieć” jechać na wyprawę. Praktycznie już w momencie, kiedy usłyszałem o całej sprawie, poczułem, że coś mi mówi, żebym tutaj był. Może to pragnienie przeżycia przygody, która niesie ze sobą naprawdę szlachetny cel? A może to sama Afryka zadziałała na mnie przez cały ocean? Tego oddziaływania na obcych panienka poznać nie może, jako – jak mniemam – wychowana na Czarnym Lądzie. Tak czy inaczej, jestem tutaj i mam szczerą nadzieję, że będę na wyprawie jak największą pomocą.
 
__________________
Et tant pis si on me dit que c'est de la folie - a partir d'aujourd'hui, je veux une autre vie!
Et tant pis si on me dit que c'est une hérésie - pour moi, la vraie vie, c'est celle que l'on choisit!
Diriad jest offline  
Stary 06-12-2008, 10:46   #9
 
Hawkeye's Avatar
 
Reputacja: 6243 Hawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputację
James nie lubił takich imprez. Patrząc na niektóre osoby, zachowujące się jak ryba w wodzie, był zdziwiony. Człowiek, który potrafił poprowadzić szarżę całego pułku czy brygady, nie czuł się swobodnie podczas takich rautów. Gdy był młody, nie mógł liczyć na spotkanie z jakimiś szlachcicami, czy nawet po prostu bogaczami. Podczas wojny secesyjnej nie miał na to czasu ... zresztą nigdy tego nie polubił i nie miał zamiaru bawić się w jakieś gierki. Był człowiekiem czynu, a nie siedzenia na tyłku i jakimś podszeptom.

Jednym uchem słuchał o czym rozmawiali najbliżsi jego gości, co nie przeszkadzało mu obserwować zachowań innych. Wiele więcej można było dowiedzieć się o człowieku po jego gestach, niż po tym co mówi. Chociaż i tak czekał na jakieś oficjalne zakończenie, żeby mógł się ulotnić.

Teraz wydawało mu się, że jego szef go po prostu wystawił, miał nadzieję, jednak że ta wyprawa zacznie się jak najszybciej. Trochę jednak żałował wolności jaką dawała praca w pojedynkę w ściganiu bandytów. To było piękne ... uśmiechnął się lekko do swoich myśli i pociągnął łyk napoju. Wszystko to robił lewą ręką, prawa po latach przyzwyczajenia znajdowała się blisko kabury ... bez tych swoich pistoletów czuł się nagi, po tylu latach, właściwie broń przyrosła do niego.

W końcu rozmowy przy stole znudziły go na tyle, że po krótkim "przepraszam" podniósł się ze swojego miejsca i przeszedł przez salę, na ogromny balkon. Świeże afrykańskie powietrze ... podobne, a jednocześnie inne od amerykańskiego i tak dawało zbawienie, od tego co działo się w środku. Teraz mógł spokojnie obserwować wszystko to co działo się w sali, wcale w tym nie uczestnicząc. Był pewien, że nie jest to impreza w jego guście i nic raczej tego nie zmieni.

Cóż przynajmniej w tym miejscu, miał piękny widok na ogród. Żałował, że nie może w tej chwili zejść i usiąść gdzieś w cieniu wielkiego drzewa ... ehh wspomnienia.
 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty

Ostatnio edytowane przez Hawkeye : 06-12-2008 o 11:14.
Hawkeye jest offline  
Stary 07-12-2008, 21:17   #10
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 6995 Kelly ma wyłączoną reputację
Cape Town, dnia 20 stycznia 1871 roku rano

Zazwyczaj w obecności gubernatorów ubierał swój ulubiony szary smoking. Niestety, teraz nie miał ani smokingu, ani nawet stylowych binokli zakładanych przy takich okazjach na całkiem zdrowe oczy.
- Że też miałem takiego pecha – zastanawiał się. No, może nie był to zupełny pech, gdyż figurkę sprzed kilku wieków, którą tak bardzo pożąda John Winter Jones, od pięciu lat dyrektor the British Museum, trzymał w garści. Ledwo udało mu się dokonać transakcji w Zanzibarze u pana Johanna Schmidta, gdy natychmiast musiał zwijać manatki. Uciekając statkiem udało mu się uratować tylko figurkę oraz parę rzeczy osobistych. Niestety, smoking do nich nie należał.

Gubernator Wodehouse nalegał, a przynajmniej jego sekretarz, który odszukał Jonesa w tanim hoteliku, sprawiał takie wrażenie:
- Panie profesorze, jego ekscelencja chętnie pana przyjmie bez względu na strój. Proszę to po prostu potraktować, jako nieoficjalne spotkanie z pasjonatem sztuki dawnej.


Raczej profesorem to on był średnio umocowanym. Wprawdzie University College London nadał mu profesurę niecałe pół roku temu, za opublikowanie pracy na temat afrykańskiej sztuki, ale akurat Edgar nie oceniał jej zbyt wysoko. Co innego, gdyby to było rodzinne Princetown. Mimo to właśnie ta praca narobiła nieco szumu w londyńskiej naukowej socjety i spowodowała wyjazd do Zanzibaru po ową cenna figurkę miejscowej bogini płodności. Według Edgara, kształt figurki oraz materiał dowodziły, że zamieszkujące tereny zachodnie Yaruba pochodziły w rzeczywistości ze wschodu. Figurka wykonana była z gatunku drzewa rosnącego tylko w Tanganice i Zanzibarze, natomiast sam kształt był charakterystyczny dla Yaruba. Rzecz jasna, argumentów było więcej, ale naukowa konserwa brytyjskich uczelni nie mogła ścierpieć Amerykanina rzucającego wyzwanie dotychczasowej nauce. Oczywiście, gdyby to był poddany Jej Królewskiej Mości, pigułka byłaby znacznie łatwiejsza do przełknięcia, a tak … Szczęśliwie dyrektor John Winter Jones zdecydował się pomoc Amerykaninowi o nazwisku identycznym jak jego i postanowił sfinansować wyjazd Edgara do Afryki. Figurkę udało się zdobyć przy pomocy poznanego kiedyś w Zanzibarze kupca niemieckiego, ale potem wyskoczyła drobna afera z sułtanem, która oznaczała gwałtowną potrzebę wyjazdu z tego kraju.

***

- Witam, profesorze – nienagannie ubrany gubernator Wodehouse wyciągnął rękę na powitanie nie zważając na nieco roboczy strój Jonesa. – Jeżeli się orientuję, panowie się znają – wskazał na sir Roberta Whitemoora.
- Doktorze, jeśli łaska. Tytuł profesora nie został jeszcze zatwierdzony przez mój macierzysty uniwersytet. Natomiast jeżeli chodzi o sir Roberta. Tak, spotkaliśmy się w Londynie – obydwaj naukowcy przywitali się dosyć obojętnie. Niewątpliwie, badawcze spojrzenia wskazywały, że nawet, jeżeli widzieli się raz czy drugi, nie mieli ze sobą większej styczności, ani nie posiadali na swój temat jakiejś wyrobionej opinii.
- Jestem zaskoczony, że panowie słyszeli o moim przyjedzie. Panie doktorze Jones, proszę nie być taki skromny. Profesura w wieku 35 lat. Gazety pisały o pana próbach poszukiwania w Azji Mniejszej w zeszłym roku z Heinrichem Schliemannem. Wcześniej zaś prowadził pan badania w Johannesburgu, a także na wschodnim wybrzeżu.
- Tak, ale co do Schliemanna, nie jestem specjalistą od Azji. Uważam, ze Heinrich poradzi sobie sam doskonale, tym bardziej, że od czasu ślubu nabrał nowego zapału do przekopywania Hirsaliku. Zawsze twierdził, że tam coś musi być, a teraz, jak słyszałem, wreszcie władze tureckie udzieliły mu pozwolenia, możliwe wiec, że jego archeologiczny nos nie kłamał.
- Możliwe, słyszałem więc nieco o panu. Wczoraj gościłem kapitana Stephorna i opowiedział mi nieco o pańskich przygodach w Zanzibarze. Natomiast jakiś czas temu otrzymałem list od dyrektora Jonesa z British Museum z prośbą pomoc panu oraz zawiadomieniem, że realizuje pan misję z jego polecenia. Proszę się więc nie dziwić, że usłyszawszy od kapitana, kogo miał na pokładzie, postanowiłem pana zaprosić. Tym bardziej, że mam dla pana pewną propozycję. Myślę, że w pańskim stylu.
- Tak
– kiwnął głową sir Robert. – Kapitan wspomniał, że miał pan jakąś przygodę z sułtanem Sayyid Majid bin Saidem.
- Jak panowie się orientują, sułtan Zanzibaru nosi dumny tytuł, ale to jego główny element monarszej pompy. Niestety, akurat przypadkiem spotkał mnie w towarzystwie pewnej damy i potem wysłał po nią swoja straż. Nie wydawało mi się właściwe pozwolić im na to, stąd ów mały spór …
- … w wyniku którego musiał pan uciekać, skoro sułtan chciał pana zabić.
- Nie przesadzajmy z tym zabiciem.
- Ponoć chciał panu obciąć głowę.
- Nie chodziło o głowę
– wyjaśnił dosyć oględnie Jones.
- Jednak mam dla pana nowinę – włączył się gubernator. – Świeża, bo dopiero teraz statek pocztowy z nią dotarł. Zanzibar ma nowego sułtana. Sayyid Barghash bin Said zastąpił swojego ojca. Nie znane są jeszcze szczegóły, ale tym niemniej, prawdopodobnie obecny władca nie miałby do pana pretensji, ale ja nie o tym chciałem mówić.
- Wspomniał pan o propozycji. Świetne wino. Greckie?
- Tak, uwielbiam trunek z Chios, a co do propozycji, to wiem, że wyruszył pan po figurkę bogini.
- Owszem.
- Wspomniano mi o tym w liście
– gubernator podał pismo od Johna Wintera Jonesa – prosząc, żebym przekazał panu tą informację oraz, jak wspomniałem, pomógł, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Tak się składa, że jest organizowana wyprawa w głąb Czarnego Lądu. Chciałbym, żeby wziął pan w niej udział.
- Muszę dostarczyć ten drobiazg do Londynu, sir
– uśmiechnął się Jones radośnie wcinający tosta.


- Wiem i dlatego mam propozycje, ze jeden z moich sekretarzy wyrusza niedługo do Londynu z pocztą dyplomatyczna. Jestem w stanie przyjąć od pana depozyt i przekazać ją do the British Museum. Zresztą, jak widzi pan, profesorze, list, który panu pokazałem, wspomina o takiej możliwości, jeżeli by istniała taka potrzeba.
- A gdzie kieruje się ta wyprawa?
- Ta, którą panu proponuję? Właśnie nie wiadomo. Przecież nie jest panu obce nazwisko doktora Davida Livingstone’a
Jones skinął. – Wiadomo tez panu zapewne, że doktor nie wrócił ze swojej wyprawy.
- Tak. Nie poznałem osobiście doktora Livingstone’a, ale czytałem relacje o jego wyprawach i odkryciach.
- Właśnie. Strata niepowetowana dla brytyjskiej i światowej nauki. Dlatego organizowana jest wyprawa. Liczna, dobrze wyposażona, międzynarodowa. Potrzebujemy do niej specjalistów z bardzo różnych dziedzin. Tam, gdzie dotrze ekspedycja, może czekać wiele niespodzianek. Jest możliwe, że nie odnajdziecie poszukiwanego, ale dokonacie istotnych odkryć. Dla archeologa może być to nowatorskie pole dla szeregu odkryć
.

Mężczyźni pogrążyli się w rozmowie, oglądali listy, mapy. Wreszcie Jones podał rękę obydwu mężczyznom i skinął głową.
- Dobrze – uśmiechnął się. – Rzeczywiście, narobiliście mi panowie szalonego apetytu. Przyznaję, że po tej rozmowie, sam wyraziłbym chęć udziału w tej ekspedycji.

Cape Town, dnia 20 stycznia 1871 roku wieczór

Dobra kąpiel, nowy smoking, znakomite wino z Chios. Nie było co narzekać. Udowodnienie tym pawianom z elity naukowej Brytanii mogło poczekać, że nauka nie stanowi takiej oczywistości, jaka im się dotychczas wydawała. Szykowała się kolejna wyprawa i niepowetowaną stratą byłoby niewzięcie w niej udziału. Przedtem zaś miał spotkać się towarzyszami swojej drogi. Jedną osobę poznał swego czasu w Londynie. Doktor Elizabeth Doullitel pracowała na tej samej uczelni, choć na innym wydziale. Zresztą, był to chyba jedyny uniwersytet w Anglii, którego pracownikiem naukowym mogła być kobieta. Wśród studentów wprawdzie zdarzały się nieliczne panie, ale raczej na zasadzie wyjątku niż reguły. Tym bardziej świadczyło to o niezwyklej inteligencji i sile charakteru pani Doullitel, która przebojem weszła na naukowe salony ściśle męskiego świata. Dość mocno kojarzy mu się także sir William Ellis, którego nazwisko wymieniała swego czasu prasa w Stanach Zjednoczonych, jako zasłużonego, choć młodego pasjonata podróży i znawcę Indian. Pozostałe nazwiska niewiele mu mówiły, choć zdziwił się, że wśród członków wyprawy znajdują się aż trzy kobiety, miedzy innymi lady Wodehouse. Zapewne, wbrew swoim zapewnieniom, gubernator miał nadzieję, że wyprawa będzie tyleż ciekawa, co bezpieczna. Inaczej chyba by nie naradzał swojej córki? Zresztą, jeżeli panna Wodehouse planowała wziąć udział w wyprawie, a ojciec jej pozwolił, to albo w tym domu panowały nadzwyczaj dziwne stosunki, gdzie córka jeździ swojemu tatusiowi po głowie, jak chce, albo także była kobietą wyjątkową. Natomiast Nadia Lloyd. Tłumaczka? Ewentualnie kaprys Williama Cooka, sponsora ekspedycji, który wykładając pieniądze mógł wziąć swoja ulubienicę lub kochankę? Edgar nie widział problemu, zwłaszcza jeżeli dziewczyna byłaby miła oraz całkiem ładna.

Rozmyślał właśnie tak, prowadzony przez lokaja na salon, gdzie już od dłuższego czasu bawili pozostali uczestnicy wyprawy.


- Szanowni państwo – zapowiedział kamerdyner – doktor archeologii Edgar Jones ze Stanów Zjednoczonych, profesor University College London.
 

Ostatnio edytowane przez Kelly : 07-12-2008 o 21:48.
Kelly jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:18.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166