Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 04-04-2009, 13:31   #1
 
Szarlej's Avatar
 
Skrzydlaci

Egzekucja była na wolnym powietrzu, polanie za miastem. Spory tłumek zgromadził się by obserwować ceremonie. Strażnicy pilnujący porządku patrzyli nieprzychylnie, z zazdrością na Gwardie Jedynego, która patrzyła spod oka na mała grupkę Posłańców stojących niedaleko Gabriela. Sam marszałek polny stał na podwyższeniu po prawej stronie Pistis. Ogorzałą od słońca twarz wojskowego okalały czarne włosy, krucze skrzydła miał złożone z tyłu. Mierzył dobrze ponad dwa metry, nie był barczysty, po prostu dobrze zbudowany. Przez czarny strój, służbowy wykonany z utwardzanej skóry musiało mu być niemiłosiernie gorąco. Prawą rękę trzymał na głowicy miecz.
Obok niego siedziała sama namiestniczka. Długie lekko kręcone włosy musiała mieć niedawno układane, prosta białą suknia podkreślała skromność Pierwszej Kapłanki. Wstała, ledwo sięgała Gabrielowi do ramienia, spojrzała na pierwszą z Was.

-Asael zostajesz uznana winną zabicia piątki Posłańców i opóźnienie transportu żywności. Mocą nadaną mi przez Jedynego skazuje ciebie Asael na pozbawienie skrzydeł i zesłanie na ziemię.
Ruda dziewczyna pobladła, jednak trzymała się dzielnie, niejedna kobieta zemdlałaby, ba niejeden mężczyzna by zemdlał.
Pistis zamilkła, Gabriel wzniósł dłoń. Z zwartych szeregów gwardii wyszło trzech mężczyzn. Cała trójka miała pancerze wypolerowane na błysk, jak lustro. Każdy z mieczem przy pasie. Jeden z nich, porucznik sądząc po srebrnym księżycu namalowanym na naramienniku, niósł nóż. Nóż był dość długi i lekko zakrzywiony, wiedzieliście co to jest nóż służący do egzekucji, ciało po cięciu nim momentalnie się zasklepiało co miało uniemożliwić wykrwawienie się ofiary. Podeszli do kobiety, dwóch strażników pilnujących ją do tej pory odstąpiło. Dwaj rośli gwardziści zmusili dziewczynę do klęknięcia i ją przytrzymali, porucznik przyłożył nóż do prawego skrzydła, drugą ręką unieruchomił skrzydło. Ciął, dziewczyna starał się nie krzyczeć co jej z początku nie wychodziło. Krzyk wstrząsnął polaną, nie ludzki krzyk, krzyk zarzynanego zwierzęcia.
Skrzydła opadły na trawę, gwardziści puścili Asael, ta jednak została na klęczkach, nie krzyczała już, tylko szlochała. Gwardziści stanęli nieopodal Was.

Tłum zamarł w bezruchu, Pistis znów się odezwała, jej głos nie zdradzał żadnych emocji.¬¬¬
-Diraelu Espello zostajesz uznany winnym szpiegostwu, działaniu na szkodę państwa i kradzieży dokumentów wagi państwowej. Mocą nadaną mi przez Jedynego skazuje ciebie Diraelu Espello na pozbawienie skrzydeł i zesłanie na ziemię.
Młody mężczyzna popatrzyła na więżące go kajdany, popatrzył na dwóch strażników, którzy go pilnowali, popatrzył na lśniące zbroje gwardzistów. Były idealne, były jak lustra! Na jego twarzy zagościł mimowolnie uśmiech, który szybko zgasł. Gabriel podniósł rękę i z oddziału Posłańców karnym krokiem wyszła trójka żołnierzy. Każdy na plecach miał karabin a przy boku pistolet i miecz. Dwóch z nich podeszło do Diraela i brutalnie powaliło go na kolana. Skrzydlaty beznadziei wpatrywał się w oksydowane, czarne zbroje. Trzeci, rosły skrzydlaty o skrzydłach koloru stali podszedł do porucznika Gwardii i przyjął od niego nóż. Po chwili ciszę na polanie znów przerwał krzyk, mężczyzna nie był jednak tak wytrzymały jak jego poprzedniczka, zemdlał i gdyby nie Posłańcy upadłby. Gdy żołnierze skończyli nieprzytomny mężczyzna upadł na trawę.
Czarnowłosa piękność stojąca nie daleko, szarpnęła się, prawie wyrywając się strażnikom, patrzyła z przerażeniem na upadającego Diraela. Gabriel uśmiechnął się z tryumfem. Posłańcy karnie odeszli, oddając uprzednio ostrze gwardzistom. Pistis znów się odezwała, znów jej głos nie zdradzał żadnych emocji.

- Ebriel Selini zostajesz uznana winną szpiegostwu, działaniu na szkodę państwa i kradzieży dokumentów wagi państwowej. Mocą nadaną mi przez Jedynego skazuje ciebie Ebriel Selini na pozbawienie skrzydeł i zesłanie na ziemię.
Dziewczyna, którą tak poruszyła egzekucja jej poprzednika znów się szarpnęła, znów bezskutecznie, dwóch strażników trzymało mocno. Puścili tylko na chwilę, ale szybko zostali zastąpieni przez Gwardzistów. Proces został powtórzony po raz trzeci, dziewczyna jednak była zadziwiająco twarda, nie krzyknęła ani razu. Blada jak śmierć próbowała powstać gdy gwardziści skończyli, spojrzała tęsknie na białe skrzydła leżące nieopodal, skrzydła, które jeszcze niedawno były jej częścią. W końcu stanęła chwiejnie.

- Kurcie zostajesz uznany winnym działalności mającej na celu obalenie władzy, licznym zabójstwom, działaniu na szkodę państwa i terroryzmowi. Mocą nadaną mi przez Jedynego skazuje ciebie Kurcie na pozbawienie skrzydeł i zesłanie na ziemię.
Niski, dobrze zbudowany mężczyzna stał dumnie wyprostowany w oczekiwaniu na gwardzistów. Lekko blada twarz zdradzała dobrze skrywane przerażenie. Gwardziści nie nadeszli, zamiast nich z podwyższenie zszedł sam Gabriel za nim podążała trójka Posłańców. Podeszli do Kurta. Dwóch silnymi kopnięciami w zgięcie kolan posłało go na ziemie i przytrzymało, trzeci wydobył nóż. Nóż był masywny i ciężki, ząbkowane, pordzewiałe ostrze nie wyglądało przyjemnie. Gabriel chwycił nóż za rękojeść i podszedł do Kurta. Cichy szept mógł usłyszeć tylko on.
-Było trzeba się chłopczyku w to nie bawić a jak już zacząłeś było trzeba wydać wszystkich. Warto sprawiać sobie taki ból za jakieś robaki? Trafisz teraz do tych, których tak broniłeś i przekonasz się jacy są. Dowiesz się, że nie było warto.
Nie czekał czy skazaniec odpowie, zaczął powoli ciąć. Kurt trzymał się długo, długo ale nie do końca, po raz trzeci polanę przeszył krzyk bólu.
Gabriel ze swoimi podwładnymi wycofali się, pozostawiając zwiniętego w kłębek Kurta samemu sobie.

-Bartelu King zostajesz uznany winnym zaniedbania obowiązków służbowych, działania na szkodę skrzydlatych i podburzanie ziemian do powstania. Mocą nadaną mi przez Jedynego, skazuję ciebie Bartelu King na pozbawienie skrzydeł i zesłanie na ziemię.
Dobrze zbudowany mężczyzna odcinał się swoją posturą od innych. Dwóch strażników pchnięciem dało mu do zrozumienia, że ma klęknąć, Bartel ukląkł wiedział, że opór nic nie da. Chciał chyba coś powiedzieć ale nie mógł wydobyć ani słowa. Tym razem to strażnicy wykonywali wyrok. Jeden z nich, sędziwy kapitan Natanael odebrał od gwardzistów rytualny nóż. Podszedł do mężczyzny.
-Zrobię to szybko.
Tak też zrobił. Zaciśnięte szczęki mężczyzny i nienaturalna bladość świadczyły o ogromnym bólu, nie krzyknął jednak, nie przystoi krzyczeć żołnierzowi. Po wszystkim stał, o dziwo nawet się nie chwiał. Skute kajdanami ręce trzymał przed sobą.
Pistis znów przemówiła jej głos tym razem przepełniała odraza.

-Achrolu zostajesz uznany winnym, ośmiu morderstwom i herezji. Mocą nadaną mi przez Jedynego skazuję Ciebie Achrolu na pozbawienie skrzydeł i zesłanie na ziemię.
Czarno włosy mężczyzna z straszną blizną biegnącą od lewego ucha do kącika ust. Dwaj gwardziści zastąpili strażników, trzeci przystąpił do cięcia. Jasna twarz mężczyzny jeszcze bardziej pobladła, zaczął krzyczeć, nie, on śpiewał? Na polanie rozległ się śpiew hymnu sławiącego Jedynego, Achrol śpiewał raz ciszej raz głośniej, zależnie od „pracy” porucznika. Gdy Gwardziści skończyli, mężczyzna dalej klęczał i śpiewał. Gabriel podniósł dłoń, do skrzydlatego doskoczył strażnik i z rozmachem uderzył go twarz. Achrol padł, krew popłynęła z rozciętej wargi.
-Zabrać ich.
Głos Gabriela był zimny, przepełniony nienawiścią. Każdego z Was dwaj strażnicy chwycili pod ramiona (w przypadku Diraela za ręce i nogi) i pociągnęli Was (ewentualnie ponieśli) w stronę pojazdu wektorowego. Był on naprawdę spory, służył do transportu żywności (rozmiary małej ciężarówki). Strażnicy rzucili Was do paki. Na chwilę zostaliście sami. Paka była naprawdę spora, mieściliście się tu bez problemu. Gdyby tylko było gdzie usiąść... I gdyby nie te cholerne kajdany na nogach i rękach... Do pojazdu weszła trójka Posłańców, tylko oni mogli przebywać na ziemi. Każdy z nich trzymał w ręku pistolet wymierzony w Was.
-Pod ścianę.
Rozkaz został wydany przez anioła o stalowych skrzydłach, który wcześniej dokonywał egzekucji na Diraelu. Byliście za wolni, a może Posłańcy chcieli pokazać swoją wyższość? W każdym bądź razie jeden z nich kopnął swym ciężkim, okutym butem Kurta w twarz. Skrzydlaty chwycił się za złamany nos i poleciał do tyłu. Szybko cofnęliście się pod ścianę. Bartel i Ebriel odciągnęli nieprzytomnego Diraela, dziewczyna skinięciem głowy podziękowała Kingowi za pomoc. Wystartowaliście...


Dla niektórych z Was lot trwały minuty dla innych godziny. W końcu Dirael się ocknął i patrzył na wszystko szeroko otwartymi z przerażenia oczami. Niektórzy z Was myśleli o ucieczce, ale kajdany i wycelowane w Was pistolety skutecznie odstraszały. W końcu wylądowaliście, jeden z Posłańców szarpnięciem otworzył drzwi. Pozostał dwójka wymownym ruchem pistoletów kazała Wam wyjść. Powoli, chwiejnym krokiem wyszliście. Byliście na sporej wielkości polanie, chyba w środku lasu sądząc po drzewach. Zielona trawa sięgała Wam do kolan. Słońce stało w zenicie i grzało niemiłosiernie. Las żył swoim życiem, po bucie rannego Kurta przebiegł jakiś gryzoń, śpiew ptaków wydawałby się taki piękny gdyby nie ta sytuacja.

Posłaniec o stalowych skrzydłach rzucił Wam sześć złożonych i związanych ze sobą brązowych kurtek.
-Obyście tu sczeźli!
Tak brzmiały ostatnie słowa jakie słyszeliście od skrzydlatego. Cała trójka wsiadła do środka i wystartowała. Pojazd wystartował powoli się oddalając. Spojrzeliście po sobie, byliście teraz skazani na siebie, na innych zbrodniarzy, zabójców, szpiegów i terrorystów. Jedna rzecz Was łączyła, chęć przeżycia.
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]
Szarlej jest offline  
Stary 04-04-2009, 19:33   #2
 
Almena's Avatar
 
Myślała jakby nie swoimi myślami. Żałowała tylko, że kogoś innego nie bolało jej bólem. Chciało się jej spać. Koszmarnie chciało jej się spać. Właściwie tylko to. Wszyscy patrzyli na nią z drwiną i wrogością, jak na rzecz zbędną, która przyniosła więcej szkody niż pożytku, która nikomu już na nic nie była potrzebna.
„Niedobrze” – pomyślała z ironią, kiedy ujrzała jednego ze skrzydlatych ściskającego spory nóż.
Jednego nauczyła się w akademii wojennej – że ból nie jest fajny. Jest cholernie nie fajny.
„Ale każdy ból mija”.
A wszyscy będą się na nią gapić, z politowaniem, nieposzanowaniem, beztroską, rządni blasku strachu i łez w jej oczach.
„Bardzo niedobrze...”
Droga uciekała spod jego stóp jakby wiła się, plątała w supły. Czuła się jakoś dziwnie, jakby mogła w każdej chwili zawrócić i odejść, jakby świadomie dążyła ku swojemu unicestwieniu. Spojrzała w górę. Niebo uginało się do niej, słonce wyciągało swe promienie, głaszcząc po włosach, twarzy, szyi i ramionach, jakby chciało powiedzieć: „nie bój się, jestem z tobą”. Zaczęła zastanawiać się, wspominać, podziwiać. Zdała sobie sprawę że to niebo widziała codziennie przez dwadzieścia pięć lat, a jednak za każdym razem oglądała je tak krótko i niedokładnie, że ogarnął ją teraz wstyd. Stwierdziła, iż tak naprawdę mało wiedziała o tym co go otaczało. Zaczęła się przyglądać błękitowi, chmurom, dwóm niewyraźnym sylwetkom ptaków szybującym wysoko. Nie potrafiła zrozumieć, ale czuła się jakby sekundę temu się urodziła i oglądała to wszystko po raz pierwszy. Zapragnęła zatrzymać się na środku placu i do końca dnia oglądać jasne niebo, chmury, potem zachód słońca, gwiazdy i znów wschód. Pokochała nagle wiatr we włosach, zapach suchego, ciepłego powietrza. Wspomniała ciepły deszcz, delikatne kropelki rozbijające się łagodnie o skórę. Pojęła, że z tym światem łączyła ją silna więź, i to właśnie świat ją kontrolował.
„To musi być prawda... Zaświaty muszą istnieć... Tam nie ma bólu ani chorób...”
Kiedy o tym myślała serce zaczęło jej mocniej bić. Miała różne wizje życia po śmierci. Tworzyła je na poczekaniu. Jako wojowniczka nigdy nie rozmyślała nad tym co ją czeka, gdy już zginie. Wojownikom kazano zapomnieć o takich myślach. Mieli wyraźnie wyznaczoną granicę – tylko do tego chwalebnego momentu kiedy to mieli umrzeć od cudzego ostrza.

Nie pamiętała nawet momentu, kiedy upadla na kolana.
- Asael...
Jej imię. Otrzeźwiona, podniosła głowę.
- ...zostajesz uznana winną zabicia piątki Posłańców i opóźnienie transportu żywności...
Skrzywiła się drwiąco.
”Co do opóźniania transportu żywności to dam ci radę, kobieto – przejdź na dietę!!! Wałki ci się wylewają...!”
Kiedy skrzydlaci w błyszczących zbrojach podeszli i Asael zobaczyła nóż, spuściła głowę, zamknęła oczy.
„Nie chcę na was patrzeć i nie chce żebyście widzieli...”
Ból był tak porażający, że niemal straciła przytomność. Krzyczała niemal odruchowo.
„Gah, z tymi łzami!... Boli jak ciężka cholera...! To nic... To niemal łzy szczęścia...”
Przełykała łzy starając się już nie krzyczeć.
„Nawet nie wiedziałam, że potrafię wydawać takie odgłosy! – była pod wielkim, paradoksalnym wrażeniem własnych wrzasków. – Cóż, w końcu jesteśmy tylko zwierzętami z umysłami, które stworzyły dusze... prawda?”
Wstydziła się swoich krzyków, choć wiedziała, że nie byłaby w stanie milczeć przytłoczona takim bólem. W krzykach było z czasem więcej protestu i rozpaczy po nieodwracalnej stracie, niż bólu. Myślała, że umiera. Tak się czuła. Akurat Gabriel się nawinął, podszedł do Kurta i demonstrował mu wyższość lalusiów w błyszczących zbrojach nad szarymi wojownikami. Tym bardziej, z większą satysfakcją Asael odkaszlnęła i splunęła czerwoną pianą na wypolerowane buciki Gabriela.
„Będziesz miał polerowania, synu sroki!” – pomyślała mściwie.
Podniosła z trudem głowę, spoglądając mu w oczy.
- Jeśli człowiekowi utnie się nogę, nie znaczy to, że przestaje on być człowiekiem...! Jeśli kotu odetnie się ogon, nie znaczy to, że to zwierze nie jest już kotem! A jeśli skrzydlatemu utniecie skrzydła, nie znaczy to, że zdołaliście zmienić i obezwładnić jego duszę! – syknęła.
Trąciła powoli przytomność z bólu i utraty krwi. Słyszała kolejne wygłaszane zarzuty.
„Chyba już lubię tego Kurta...” – pomyślała z zadowoleniem.
Podniosła znów głowę, spoglądając na ostatniego.
„Achrol...? Dziwaczne imię... ale jaki on śliczny...! – zapatrzyła się na czarnowłosego. – Czarne włosy... i ta blizna!...”
Achrol zaczął... śpiewać? Asael otworzyła szerzej oczy. Mina Gabriela była dla niej jak okład na rany. Uśmiechnęła się złośliwie, zamknęła oczy i spuściła głowę, nucąc cicho, wspomagając Achrola. Czarnowłosy zamilkł, trzaśnięty w twarz. Asael otworzyła szeroko oczy, niczym oparzona, i szarpnęła się lekko, odruchowo, gniewnie, jakby próbowała wstać.

Ból i utrata krwi osłabiły ja na tyle, że nie do końca wiedziała co działo się wokół. Pamiętała pojazd wektorowy, pamiętała że ktoś uderzył Kurta i że była za to wściekła, a potem chyba zemdlała. Albo i nie.
„Hm. Chyba jestem najbardziej niewinna z całej gromadki... – pomyślała, przysłuchując się przemowom przy kolejnych egzekucjach. – Jasne. Każdy zbrodniarz twierdzi, że jest niewinny! Jestem winna. Zabiłam. Cieszę się z tego. Nie żałuję tego i zawsze będę próbowała zabić w podobnej sytuacji. Grunt to żyć i umierać w zgodzie z własnymi przekonaniami. Gdziekolwiek mnie wyślą, do piekła, na ziemię, czy pod ziemię, zabieram tam tylko tyle, ile może udźwignąć moja dusza...”
Ocknęła się na dobre kiedy dotarli na miejsce. Wyrzucona z pojazdu poturlała się po ziemi i odezwały się świeże rany, nie miała siły wstać. Ktoś rzucił im pakunek, jakieś kurtki? Wstała mozolnie, wciąż jeszcze kręciło się jej w głowie.
- Obyście tu sczeźli!
- Obyście tam sczeźli!!! – krzyknęła za nimi Asael, żegnając oddalający się statek żwawym gestem kozakiewicza.

Pojazd odleciał.
- I dobrze – fuknęła Asael.
Rozejrzała się wokół.
- Ładne to piekło – zauważyła.
Jak dla niej bosko. Jest trawa, jest niebo, jest słońce. Są zwierzęta [czyli jest żarcie...]. Asael doczłapała chwiejnie do stosu kurtek, wyszarpnęła pierwszą lepszą i zarzuciła ją na siebie. Rozejrzawszy się po towarzyszach, rozejrzała się po okolicy. Znalazła sobie czyste, suche, nie wyboiste miejsce porośnięte miękką, wysoką trawą. Usiadła po turecku, następnie ułożyła się na brzuchu, odetchnąwszy z ulgą. Miękka trawa. Jest dobrze. Leżała chwilę, grzejąc się, rozmyślając, kiwając powoli nogami.
- Dobra wiadomość jest taka, że połowa z nas potrafi zabijać – uśmiechnęła się do towarzyszy. – I że wszyscy mamy dość tych srok tam u góry.
Zerknęła na Achrola.
- Winszuję – mrugnęła. – To z hymnem było mocne – powiedziała ze szczerym uznaniem.
Z Diraelem było cienkawo, ale nim miał się kto zająć. Coś łączyło go z Ebriel, sądząc po łączących ich zarzutach i jej reakcji na jego wrzaski bólu. Kurt oberwał chyba najbardziej. Gość ogólnie kiepsko wyglądał. Asael podniosła się na łokciach, obserwując go ze zmartwieniem.
- W porządku, Kurt? – spytała z wahaniem. – Nie znam się na leczeniu, ale gdybyś potrzebował czegoś, na przykład drugiej kurtki, daj znać – zaproponowała przyjaźnie. – Od utraty krwi można się nieźle wyziębić.
Póki co leżała spokojnie na trawie, rozmyślając dłuższą chwilę.
- Jaki jest plan na przyszłość? Szukamy cywilizacji? Jakiejś małej na początek, hm?
 
__________________
- Heh... Ja jestem klopotami. Jak klopofy nie podoszają za mną, pszede mnom albo pszy mnie to cos sie dzieje ztecytowanie nienafuralnego ~Dirith po walce i utracie części uzębienia. "Nie ma co, żeby próbować ukryć się przed drowem w ciemnej jaskini to trzeba mieć po prostu poczucie humoru"-Dirith.
Almena jest offline  
Stary 04-04-2009, 20:26   #3
 
Faurin's Avatar
 
Powiew. Ten delikatny powiew powietrza był tak kojący i relaksujący. Był magiczny, niezwyciężony. Słońce jaśniutko świeciło. Było... było cudnie! Ptaki ćwierkały tak radośnie. Chce się żyć! Chce się... chce się latać wraz z nimi. Dosięgnąć po raz ostatni tych chmur. Chociaż jeszcze ten jedyny raz.
Wprowadzili go. Wprowadzili na sam środek polany zaraz za miastem. To bestialskie ukaranie przyciągnęło już sporo gawiedzi. Co oni w tym widzieli? Cierpienie współbrata tak ich radowało? Dawało im siłę? A może... może są tu od tak, dla zabawy.
Achrol stał na końcu tej linii skazańców. Stał i wyczekiwał na wyrok. Na to co co jest niesprawiedliwe. Wiedział jednak że jest z nim bóg.
Jedyny. On go tu doprowadził i powinien stąd oswobodzić. Powinien pomóc swojemu słudze. Powinien... przyjść? Przecież tak mu służył. Z takim zapałem karał tych bluźnierców. I co? Tak ma skończyć? Tak ma zakończyć swój skrzydlaty żywot?
Ktoś krzyczał, ktoś zemdlał. Archol miał to gdzieś. Miał ich gdzieś. Co oni go obchodzili? Oni, którzy są z nim tutaj są nikim i nikim dla niego pozostaną!
Przyszła i kolej na niego. Spojrzał im wszystkim w oczy. Spojrzał Gabrielowi. Spojrzał w oczy każdemu z gwardzistów którzy go otaczali. Uśmiechnął się. Ironicznie. Niech robią co chcą! Niech robią co do nich należy, ale i tak on tu wróci. Wróci a wtedy niech oni się lękają gniewu jego i jego Pana.
Ból przeszył go na wskroś. Był okrutnie bolesny ale Achrol poczuł że Jedyny da mu siłę by wytrwać.
Zaczął śpiewać. Śpiewać tak jak potrafił by uwielbić boga. Śpiewał do końca tej egzekucji. Byle by wytrwać! Byle by wytrwać!!!
Wytrwał. Poczuł jednak że czegoś mu brak. Czegoś mu brakuje. Takie samo uczucie jak wyleciał mu ząb u czuł że go nie ma. Takie same tylko... zdwojone stokrotnie.
Upadł. Upadł po tym jak ktoś go uderzył w twarz. Uderzył go tak mocno że krew trysnęła mu z warg. Leżąc płasko na ziemi wytarł brudną już ręką usta. Nie dane było mu długo tak leżeć. Został bestialsko podniesiony przez bestie. Poprowadzono ich do pojazdu który służył do podróży na "dół".
Co ich tam czeka? Czy jest tam aż tak strasznie? Jak przeżyją? A może wysyłają ich na pewną śmierć? Achrol nigdy, ale to nigdy nie słyszał żeby ktokolwiek prócz Posłańców wrócił z "dołu" z powrotem. Będę pierwszy.
"Będę pierwszy!"
Lecieli już. Szybko dotarli na miejsce. Za szybko. Gdy tylko drzwi się otworzyły ktoś wypchnął go na dół. Upadł. Upadł nie czując bólu. Było tu... miękko. Trawa! Wysoka i mięciutka trawa. Słońce! Chmury! Drzewa! Tu nie jest tak źle.
Rzucili im jakieś kurtki i słowo pożegnania. Ruda i młoda kobieta dzieląca taki sam los co on odkrzyknęła coś do nich. Nie wiedział co. Nie słuchał ich. Kurtkę leżącą na trawie olał. Nie ubierał się w "takie coś". Ubolewał nad tym że zabrano mu jego czarną szatę i miecz. Brakowało mu tych dwóch rzeczy.
Nagle odezwała się ruda.
"Jak ona miała? Asael...?"
- Dobra wiadomość jest taka, że połowa z nas potrafi zabijać. I że wszyscy mamy dość tych srok tam u góry.
"Czy oni myślą że będę z nimi przebywał? Czy oni tak naprawdę myślą?"
Byle się do niego nie zwracała! Byle tylko nic do niego nie powiedziała. Powiedziała.
"Co ciebie obchodzi czy coś śpiewałem czy nie? Co ciebie to obchodzi?! Echhh... dziwni oni są!"
Wgramolił się na pagórek. Tak to długo trwało! Ile by zaoszczędził gdyby miał skrzydła! Westchnął.
Na górze chciał rozejrzeć się po okolicy. Czy coś tam widać. Nic. Pustka. Tylko trawa i las. I to piękne słońce.
Znowu się odezwała Asael leżąc na trawie.
"Czy ona nie może się uciszyć?!"
- Jaki jest plan na przyszłość? Szukamy cywilizacji? Jakiejś małej na początek, hm?
Prychnął. Wystarczająco głośno by mogła dosłyszeć.
"Dlaczego oni sądzą że z nimi będę łaził? Może myślą że w kupie raźniej?! Toć to bzdura! Bujda i łgarstwo!"
Chciał już odejść. Chciał ruszyć w swoją stronę. Chciał odnaleźć coś bądź kogoś kto by mu pomógł wrócić tam na "górę". Został.
Został i spojrzał na całą tą "ekipę".
"Może nie będzie tak źle? Może nie są oni aż tak źli? Czas pokarze!"
 
__________________
Nobody know who I realy am...
Faurin jest offline  
Stary 05-04-2009, 03:19   #4
 
Diriad's Avatar
 
Diriael przestał już usiłować wyrwać się ze stalowego uścisku żołnierzy Gabriela. Nie miało to najmniejszego sensu, zwłaszcza, że nawet gdyby udało mu się uwolnić, daleko by nie uciekł… Czy też może uciekł, ale nie na długo – bo nie zniósłby siedzenia bezczynnie gdzieś w ukryciu uważając przy każdym spotkaniu z istotą żyjącą. Tak więc szedł wolno na spotkanie z nieznanym, czy też – bardziej dobitnie – na egzekucję.

„Ciekawe czy wina wszystkich jest tak zniekształcana? Czy ta obca czwórka to wyrzutki społeczeństwa, czy może zwykli skrzydlaci, którzy akurat podpasowali pod któryś z przepisów prawa karnego?” – zastanawiał się kiedy Pistis wygłosiła jego akt oskarżenia. Więcej nie zdążył pomyśleć, gdyż gwardziści prawie że rzucili go na ziemię.
Gdyby nie był tak wyczerpany!
Gdyby nadarzyła się okazja!
I… gdyby to miało jakikolwiek sens…
Wtedy spróbowałby jeszcze. Albo wykorzystać wypolerowane na błysk zbroje gwardzistów, albo przynajmniej dać im poznać, co znaczy stracić skrzydła… Jednak w jego stanie nie mogło go to do niczego doprowadzić – poza tym, jeśli jeszcze tu wróci, to znaczy: kiedy już tu wróci, Gabriel niech nie zna jego możliwości. W Podniebnym Świecie chyba tylko członkowie Quantum byli ich świadomi i najlepiej, żeby na razie tak pozostało.

A swoją drogą…

- Aaaaa!

Następnej klatki filmu już nie było.

* * *

Otworzył oczy w pomieszczeniu przypominającym… Najbardziej chyba wnętrze stalowego pudełka do butów, odpowiednio większych rozmiarów. Obok Diriaela siedzieli pozostali skazani, wszyscy wyglądający jak sto nieszczęść, pozbawieni części, która jeszcze przed chwilą była równie integralną częścią ich ciał jak nogi, czy ręce.
Kiedy inni spostrzegli, że się obudził, lekko skinął im głową na znak, że wszystko w porządku.

A obok siedzieli wartownicy, którym o dziwo jeszcze nie znudziło się trzymanie pistoletów w wyciągniętych rękach.

„Może rzeczywiście oni niebezpieczni?” – przeszło mu przez myśl. – „Choć z drugiej strony, ci żołnierze na pewno nie wiedzą więcej niż to, czego dowiedzieli się z aktu oskarżenia. O ile w ogóle go słuchali.”

Strażnicy nie wyglądali na morderczych żołnierzy – może z wyjątkiem jednego. Raczej na niekoniecznie rozgarniętych facetów, którzy robią to, co im kazano.
Przeciągnął wzrokiem jeszcze raz po każdym z nich, aż jego spojrzenie spotkało się z jednym z gwardzistów. Spojrzał na jego skrzydła, potem jeszcze raz w jego oczy. Tamten wydawał się być bardziej zmieszany niż w jakimkolwiek innym stanie. Wtedy Diriaelowi wpadł do głowy pomysł…

„Powinno działać… Ba, musi działać!”

Jeszcze raz spojrzał strażnikowi w oczy. A potem wrócił do rozmyślań.

* * *

- I obyście tu sczeźli!
- I obyście tam sczeźli! – odkrzyknęła Asael. Diriael otworzył na to szerzej oczy, lecz nawet w myślach nie skomentował tego rozlegle.

„No… Można i tak.” – nie wydawało mu się to szczególnie kobiece.

Mężczyzna wstał ostrożnie. Cały nie był już tak obolały jak wcześniej, za to plecy bolały go niemiłosiernie. Zawsze dobrym sposobem na uśmierzenie takiego bólu było rozprostowanie skrz… No, tak. Plecy bolały go niemiłosiernie.

- Jaki jest plan na przyszłość? Szukamy cywilizacji? Jakiejś małej na początek, hm?

- Zdecydowanie najlepiej małej. Potrzebujemy jakiegoś jedzenia, ekwipunku… Czegokolwiek. Choć nie wiem jak wy, ale ja nie znam się na tutejszej… okolicy.

Rozejrzał się dookoła. Lasy, łąki, błękitne niebo… Gdyby znaleźć się tutaj w innych okolicznościach mogłoby być naprawdę przyjemnie.

- Hej, Ebriel? Ebriel! – zawołał. – Wcześniej nie było okazji, żeby pogadać. Jesteś mi chyba winna wytłumaczenie – coś ty takiego zepsuła w tym całym wyzwaniu? Co żeś zrobiła, że nagle znikąd pojawiły się straże? Gratuluję wyczynu, nie ma co.

W mężczyźnie wzbierała mieszanka zniecierpliwienia i zdenerwowania. Przez tą dziewczynę stracił skrzydła, stracił (i to nie na jej korzyść, lecz na korzyść Samuela!) tytuł, stracił Podniebny Świat!

Wdech. Wydech. OK., nie da się z tym nic zrobić. Trzeba się zebrać do kupy i poradzić tu, gdzie się jest.

„No, cóż… Przynajmniej to nowe wyzwanie.”

Da radę.
 
__________________
Et tant pis si on me dit que c'est de la folie - a partir d'aujourd'hui, je veux une autre vie!
Et tant pis si on me dit que c'est une hérésie - pour moi, la vraie vie, c'est celle que l'on choisit!
Diriad jest offline  
Stary 05-04-2009, 16:15   #5
 
Baczy's Avatar
 
"Co ja robię? Jak mogłem się w to wszystko wpakować?"
Czy to Szatan kierował jego ciałem przez ostatnie kilka lat, żeby zniszczyć mu życie? Czy może Stwórca wybrał go na męczennika, który po śmierci zostanie nagrodzony za wszelakie cierpienia, jakie musiał znosić? Właściwie, to nie było ważne, Kurt już podjął decyzję. Zabrnął w tym wszystkim za daleko, żeby wycofać się i zostawić swoich przyjaciół samych sobie. To było jedyne co mógł zrobić, by ich chronić oraz by im podziękować za wszystko, co dla niego zrobili, za to kim dla niego byli.
"Zupełnie jak w tym filmie, koleś musiał odejść od tych, których kochał, żeby zapewnić im bezpieczeństwo. Opuścić, tych, których się kocha, z miłości do nich. Kurna, a kiedyś myślałem że to tylko głupi film."
Kurt miał sporo czasu, żeby zaakceptować wyrok, w końcu wiedział o nim będąc jeszcze na wolności.. Jednak nie było to łatwe, zostawić wszystko w tyle. Wszystko, oprócz wspomnień. Tak, najważniejszego go nie pozbędą. Będzie pamiętał zarówno chwile spędzone z Emmą i resztą przyjaciół, jak i rozmowę z Gabrielem, jego łgarstwa i sekret, który przed nim taił. Kurt wiedział, że Marszałek kontrolował Zgromadzenie, trzeba by tylko ustalić, w jakim stopniu. Ale to już nie będzie jego zadanie, już nie.
Niski mężczyzna wpatrywał się tępo w podest, na którym znajdowali się przedstawiciele władz, zamyślony i po części już odcięty od tego świata. Zobaczył ruch na podwyższeniu, spojrzał nieco wyżej. To namiestniczka wstała, by skazać pierwszego z szóstki przestępców. Kurt rozejrzał się dyskretnie, na polanie poza miastem, gdzie miało miejsce całe przedstawienie, zebrało się wielu gapiów. Po części, było to zrozumiałe. Skrzydlaci, jak każde inteligentne stworzenie, są ciekawscy. A obecnie miała miejsce egzekucja aż 6 osób. Ciekawe, czy takie wydarzenie miało miejsce w przeszłości.
Kurt szukał znajomych twarzy pośród tłumu, na szczęście nikogo takiego nie wypatrzył. Dobrze, że się go posłuchali. Przynajmniej tego bólu im oszczędzi.
Wtem rudowłosa kobieta zaczęła krzyczeć. Chłopak spojrzał w jej kierunku. Zaczęło się. Pierwsze skrzydło opadło na ziemię, a klęcząca kobieta wyła wniebogłosy. Sam widok nie był przyjemny, nie mówiąc już o perspektywie podzielenia losu tej biedaczki. Ale teraz już nie ma innego wyjścia, nie może się wycofać, nawet jakby chciał. Ale nie chciał, wiedział, że nie może.
Egzekucje trwały dalej. Pośród skazanych była jakaś para, facet zemdlał już na początku zabiegu- "No nie, ja nie mogę zemdleć, jak by to wyglądało…"- a kobieta zachowywała się w jednoznaczny sposób. Była jedyną osobą na placu, którą poruszył widok egzekucji tego mężczyzny. Mimo tak emocjonalnej reakcji na czyjąś krzywdę, była twarda. Gdy jej odcinali skrzydła, nawet nie pisnęła.
"Widać, kto jest dominującym osobnikiem w związku…" – przeszło przez myśl Kurta, gdy tylko Gwardziści skończyli swoją robotę. To chyba ta "lepsza" część chłopaka, ta, która cieszyła się z "dobrego uczynku", jaki popełnił i nie przejmowała się karą. Najbardziej bolesną i poniżającą dla Skrzydlatego karą, która na zawsze zmieni jego życie, jeśli jeszcze można będzie tak nazwać egzystencję skazańca na Ziemi, wśród zacofanych i zabobonnych ludzi. Beztroska ta "lepsza" część, nie ma co…
Przyszła kolej na Kurta. Spojrzał w oczy Pistis, a ta zaczęła swoje oficjalne przemówienie:
- Kurcie zostajesz uznany winnym działalności mającej na celu obalenie władzy, licznym zabójstwom, działaniu na szkodę państwa i terroryzmowi. Mocą nadaną mi przez Jedynego skazuje ciebie Kurcie na pozbawienie skrzydeł i zesłanie na ziemię.
Mężczyzna stał wyprostowany, z zawziętym, buntowniczym wyrazem twarzy. Nie mógł dać im satysfakcji, nie mógł okazać ani strachu, ani bólu. Nie przy Gabrielu. Gdy Marszałek, wraz z 3 osobową obstawą, ruszył w stronę skazańca, ten już wiedział, jak to się skończy. Chciałby się mylić, ale niestety, nie mogło być inaczej. Dwóch osiłków powaliło Kurta na kolana i przytrzymało, żeby pokazać wszystkim swoją wyższość. Gabriel wziął od trzeciego z nich duży, myśliwski nóż. Najgorsze jednak było to, że ostrze było pokryte osadem czerwonawej rdzy. Tego, szczerze mówiąc Kurt się nie spodziewał. Ale to tylko podsyciło nienawiść Marszałka.
-Było trzeba się chłopczyku w to nie bawić a jak już zacząłeś było trzeba wydać wszystkich. Warto sprawiać sobie taki ból za jakieś robaki? Trafisz teraz do tych, których tak broniłeś i przekonasz się jacy są. Dowiesz się, że nie było warto.- wyszeptał Kurtowi kat do ucha.
- Pies Cię…
Straszliwy ból przeszył mężczyznę. Nie był w stanie dokończyć zdania, starał się tylko nie krzyczeć. W końcu tylko tego chciał Gabriel, wiedział, że na nic więcej liczyć nie może. Cierpienie przedłużało się niemiłosiernie, ciało było powolutku rozrywane przez tępą broń, aż wreszcie skrzydło odpadło. Kurt już uśmiechnął się w duchu, że udało mu się popsuć plany Gabriela, gdy nóż zaczął piłować i rwać drugie skrzydło. O, zgrozo, przecież to było dopiero pierwsze. Wygnaniec starał się ze wszystkich sił powstrzymać krzyk, całe jego ciało drżało z wysiłku, na czole pojawiły się krople potu. Mimo całego wysiłku, nie udało mu się powstrzymać wrzasku, jaki wreszcie mógł wypłynąć z jego ust. Dziwne, ale krzyk wcale, a to wcale nie przyniósł nawet odrobiny ukojenia. Po co więc krzyczeć?
"Zero praktycznego podejścia. No naprawdę, Kurt, powinieneś się wstydzić."- zaszydziła "lepsza" część Skrzydlatego. Zignorował ją, kuląc się i opanowując drżenie koniczyn.
Leżał tak, powoli uspokajając się i starając przyzwyczaić nie tyle do bólu pleców, ale do pustki, jaką czół po utracie szarych, smukłych skrzydeł. Dalej miały miejsca jeszcze dwie egzekucje, obie niezwykłe. Kurt nie widział, jak wyglądali Ci dwaj mężczyźni, leżał na boku, plecami do nich. Pierwszy nie wydał z siebie żadnego odgłosu, można by wręcz pomyśleć, że zaniechano egzekucji. Ostatni zaś zamiast krzyczeć… śpiewał. Była to jakaś pieśń modlitewna. Pewnie koleś myślał, że Stwórca tak sobie zejdzie do niego i weźmie do siebie, w zamian za te… ile? Dziewięć? Czy może osiem?… morderstw. Albo to jakiś fanatyk, albo po prostu nie wytrzymał napięcia. Tak czy siak, śpiewał dzielnie, nawet po zakończeniu egzekucji. Kurt zdążył podnieść się na klęczki, by zobaczyć, jak jeden ze strażników ucisza Achrola w niezbyt humanitarny, aczkolwiek skuteczny sposób. Następnie, na rozkaz Gabriela, strażnicy zawlekli wszystkich do pojazdu, którym mieli zostać przetransportowani na Ziemię. Skazaniec po raz ostatni spojrzał w oczy swojego oprawcy. Chyba zaczynał nienawidzić Gabriela tak mocno, jak on nienawidził Kurta. W sumie, to było do przewidzenia, tak to bywa, gdy spotka się dwóch dumnych Skrzydlatych o innych poglądach…

***

Do paki pojazdu weszło trzech Posłańców celujących do wygnańców z pistoletów. ]
-Pod ścianę.- rozkazał jeden z nich. Kurt wgramolił się na czworaka do pojazdu, nie zdążył jednak nawet się podnieść, a już oberwał kopniaka w twarz. Chrzęść cicho chrupnęła, przekrzywiając część nosa na bok. Skrzydlaty szybko wstał i podszedł chwiejnie do wskazanej ściany, starając się naprostować chrzęść. Gdy tylko ruszyli z miejsca, pozwolono im zająć dogodne miejsca. Cóż nie było wielkiego wyboru, wszędzie tylko podłoga i podłoga… Kurt, ciągle trzymając się za nos, z trudem położył się na brzuchu przy jednej ze ścian. Rany na plecach powoli przestawały krwawić, ale minie trochę czasu, zanim się zabliźnią. Głowę położył na boku, zwróconą tyłem do reszty. Póki co, chciał się odciąć od rzeczywistości, pogrążyć we wspomnieniach. W końcu, pewnie już nigdy nie będzie tak blisko Powietrznego Świata, tak blisko Domu.

***

Pojazd powoli opadł na ziemię, a jeden z Posłańców otworzył drzwi. Popędzani przez strażników, wyszli na pokaźnych rozmiarów polanę otoczoną drzewami. Pogoda tutaj była równie ładna, co na górze. Radosne słońce i piękny krajobraz powodowały, że "lepsza" część Kurta zaczęła się ślinić z zachwytu i wysławiać Gabriela za wysłanie ich do "Tej cholernej enklawy ciszy i spokoju." Przebiegający po stopie Skrzydlatego… -"Co to, szczur polny?"- żywy coś świadczył, że można tu przetrwać i mieć siły by beztrosko biegać po butach nowo przybyłych. Skoro on tu żyje, to i Kurt da radę. W końcu zbytnio się od niego nie różnił…
Dowódca Posłańców rzucił im kilka zwiniętych kurtek, dodając od siebie:
- Obyście tu sczeźli!
- Obyście tam sczeźli!!!- odkrzyknęła natychmiast rudowłosa kobieta. Kurt spojrzał na nią, na jej włosy. Piękny kolor, trzeba przyznać. Chociaż, jakby ich było trochę za dużo… A ten temperament, zupełnie jak…
"Eh, chyba nigdy nie zapomnę…"
- I dobrze.– ponownie odezwała się Asael. Strasznie rozgadana…- Ładne to piekło – stwierdziła po krótkich oględzinach okolicy.
Zarzuciła na siebie jedną z kurtek- "Słońce tak grzeje, a ta jeszcze kurtkę zarzuca?"- ułożyła się wygodnie na trawie i ponownie przemówiła obojętnym tonem, jakby nie zdawała sobie sprawy z dzisiejszej egzekucji:
- Dobra wiadomość jest taka, że połowa z nas potrafi zabijać – jej usta wykrzywił uśmieszek– I że wszyscy mamy dość tych srok tam u góry.
"I niby co w tym dobrego? Że możemy się nawzajem pozabijać i oszczędzić sobie błąkania się po tym lesie?"- pomyślał Skrzydlaty, postanowił jednak zachować to dla siebie, takich gaduł lepiej nie nastawiać przeciwko sobie…
Kurt zostawił resztę samych sobie, musiał doprowadzić się do stanu przypominającego stan użytkowania. Koszula, w połowie zlepiona krwią, spory ślad z przodu, po krwotoku z nosa, no i plecy, właściwie całe czerwone od łopatek w dół. No cóż, póki nie znajdą żadnej rzeczki czy jeziora, nie ma co marzyć o praniu, ani o kąpieli. Odruchowo dotknął się w lewe ucho. Ah, jak dobrze, że Gabriel nie widział, jak wiele znaczy dla niego ten kolczyk… Na wspomnienie o tej pamiątce, przypomniał sobie o drugiej. Tatuaż. Kurt spojrzał na miejsce nad lewą dłonią i zasłonił je drugą. Nie przywykł do noszenia go tak otwarcie, i raczej długo się to nie zmieni. Mężczyzna zdjął powoli koszulę, starając się jak najdelikatniej odczepić materiał zlepiony krwią ze świeżymi ranami, by ponownie ich nie podrażnić. Następnie oderwał prawy rękaw i tak pozyskany podłużny skrawek materiału zawiązał powyżej nadgarstka, ukrywając tatuaż przed ciekawskimi oczami.
- W porządku, Kurt? –odezwała się zupełnie niespodziewanie Asael. Skrzydlaty spojrzał na nią, nieco zdziwiony tą troskliwością – Nie znam się na leczeniu, ale gdybyś potrzebował czegoś, na przykład drugiej kurtki, daj znać Od utraty krwi można się nieźle wyziębić.- dodała pouczającym tonem.
- Dzięki, jak na razie dam sobie radę bez dodatkowej kurtki- odpowiedział uśmiechając się lekko, żeby nie wyjść na gbura. Dopiero gdy wziął kurtkę ze stosu zorientował się, jak musiał wyglądać jego uśmiech. Nos nie dosyć, że pewnie nienaturalnie przekrzywiony to jeszcze pokrwawiony, tak jak usta i broda. Uroczy uśmieszek, nie ma co…
- Jaki jest plan na przyszłość? Szukamy cywilizacji? Jakiejś małej na początek, hm?- po raz któryś odezwała się Ruda.
- Zdecydowanie najlepiej małej. Potrzebujemy jakiegoś jedzenia, ekwipunku… Czegokolwiek. Choć nie wiem jak wy, ale ja nie znam się na tutejszej… okolicy.- odezwał się Dirael Jakiśtam, Facet, Który Zemdlał.
- Ekwipunku? Mówisz, jak jakiś poszukiwacz przygód z tych różnych gier RPG, nie wiem czy kiedyś grałeś… - zakpił Kurt- I co, chcesz walczyć ze złymi Smokami i ratować piękne księżniczki? Nie wiemy nawet jak zareagują ludzie. Ale z drugiej strony, nie mamy wyboru, nie będziemy przecież żyć w lesie…- zakończył wzdychając. Nie chciał po sobie tego pokazać, ale bał się spotkania z ludźmi. A dokładniej bał się, że Gabriel ma rację, że ludzie okażą się niegodni jakiejkolwiek pomocy. Ale przecież, nie dla nich to zrobił. A przynajmniej, nie tylko dla nich. Położył się na brzuchu, obok Asael. Koszulę i kurtkę położył obok, w końcu słońce przypiekało dość mocno. Zamknął oczy i położył głowę na boku, twarzą do rudowłosej kobiety. Było to raczej podświadome, po tym, jak cały jego świat został wysoko w chmurach, niedostępny, dobrze było czuć, że nie jest się samym. To dawało siłę do walki zwszelkimi przeciwnościami.
- Hej, Ebriel? Ebriel! – krzyknął Dirael do "swojej kobiety" – Wcześniej nie było okazji, żeby pogadać. Jesteś mi chyba winna wytłumaczenie – coś ty takiego zepsuła w tym całym wyzwaniu? Co żeś zrobiła, że nagle znikąd pojawiły się straże? Gratuluję wyczynu, nie ma co.
"Ledwie wylądowaliśmy, a ten już na nią naskakuje. Jeśli jest taką twardą babką, na jaką wyglądała podczas egzekucji, powinna mu dać w mordę, a potem na niego nakrzyczeć."- "lepsza" cząstka Kurta miała dzisiaj wyjątkowo dobry humor…
 
__________________
– ...jestem prawie całkowicie przekonany, że Bóg umarł.
– Nie wiedziałem, że chorował.
Baczy jest offline  
Stary 06-04-2009, 01:44   #6
 
xDorota's Avatar
 
To z pewnością nie był jej najlepszy dzień. Wzdrygnęła się na myśl, co ją czekało. „Przetrzymam to. Będzie ciężko, ale jakoś dam radę.” – pomyślała. Oprócz niej kilku innych skrzydlatych też czekało na wyrok. Dostrzegła wśród nich Diriaela – „więc jego też złapali” – zasmuciła się. Pierwszy raz ich zadanie skończyło się tak tragicznie. Zwykle kończyło się na wyczerpaniu, siniakach, czasem złamaniach, ale nigdy nie podejrzewałaby, że doprowadzi to do wygnania, do pozbawienia jej najcenniejszej części ciała – skrzydeł, z których była taka dumna. Nigdy nie zdawała sobie sprawy, ze tak wiele dla niej znaczą. Dopiero teraz, gdy miała je stracić dotarło do niej jak są dla niej ważne. Kiedy włamywała się do pałacu Pistis nie podejrzewała, że to może się tak skończyć. Owszem, zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa i konsekwencji, gdyby ją złapali, ale nigdy nie brała takiej możliwości pod uwagę. Przez głowę jej nie przeszło, że coś mogłoby nie udać. Przecież jej się zawsze udawało…” To musi być jakiś koszmar. Pewnie zaraz się obudzę.” Ale rzeczywistość wcale nie chciała okazać się snem. Z każdą chwilą, minutą, godziną docierało do niej, że to się dzieje naprawdę.

***

Zaprowadzono ich na polanę, gdzie miała być dokonana egzekucja. Na początek wywołano jakąś rudą skrzydlatą. Gdy powietrze przeciął jej ostry, pełen bólu krzyk Ebriel zacisnęła zęby. Chwilę później na środek wyprowadzono Diriaela. Ebriel wstrzymała oddech. Kiedy jedyną znaną jej twarz wśród tłumu nic nieznaczących nieznajomych, wykrzywił grymas niemierzalnego bólu, a usta ułożyły się do wydobytego gdzieś z wnętrzności dźwięku, szarpnęła się gwałtownie, próbując wyswobodzić się z uścisku strażników. Nie udało jednak jej się wyrwać. Mogła tylko stać i patrzeć jak Diriael pada na ziemię. To straszne, nic nie móc zrobić w takiej chwili. A Gabriel się uśmiechnął! „Jak on może uśmiechać się, gdy ktoś cierpi katusze!” Zapałała do niego nienawiścią. Zaraz potem usłyszała własne imię. „Moja kolej…” szarpnęła się raz jeszcze – ale strażnicy trzymali ją zbyt mocno. Pchnięto ją na kolana. Przygotowała się na ból, ale to co poczuła było nieporównywalnie gorsze niż oczekiwała. Miała wrażenie, jakby ktoś zadawał jej rany rozpalonym do czerwoności ostrzem. Zbladła, ale zacisnęła zęby myśląc: „Nie dam im tej satysfakcji!” Te kilkadziesiąt sekund ciągnęło się w nieskończoność. Kiedy już myślała, że dłużej nie da rady – skończyli. Chwiejnie stanęła na nogi, robiąc to bardziej automatycznie, niż świadomie. „Straciłam je na zawsze…” – pomyślała wlepiając wzrok w leżące obok skrzydła, które przed chwilą były jej częścią. „Już nigdy nie będzie tak jak przedtem…” Rany piekły niemiłosiernie, ale ona nie zwracała na to uwagi. Otępiała stała wpatrując się w przestrzeń, ale nic nie widząc. Dźwięki docierały do niej jak przez mgłę. Chyba ktoś krzyczał. Całe jej życie padło w gruzy…

***

Otrząsnęła się dopiero gdy strażnicy chwycili ja mocniej i pociągnęli w stronę pojazdu wektorowego. Po raz ostatni zerknęła przez ramię na krajobraz. „Więc już nigdy nie zobaczę Powietrznego Świata?”- pomyślała przygnębiona. „Swoją drogą ciekawe jak jest na Ziemi…” Nie widziała czego się spodziewać. „Musi tam być strasznie, skoro nas tam wysyłają.” Kazali im się ustawić pod ścianą. Diriael nie odzyskał jeszcze przytomności, więc odciągnęła go. Z pomocą jej przyszedł mężczyzna żołnierskiej postury. Skinięciem głowy mu podziękowała. Na pierwszy rzut oka wydawał się całkiem porządnym facetem.

***

Lot wlókł się niemiłosiernie… Ebriel zaczęła rozmyślać nad tym co się ostatni zdarzyło. Nad tym co utraciła… „Co dalej z nami będzie? Co to w ogóle za typy są? Za co dokładnie wylądowali tutaj?” Pytania z każdą chwilą dwoiły i troiły się w głowie. Diriael w końcu się obudził, ale cała podróż i tak upłynęła w milczeniu. Gdy wylądowali – Posłańcy wygonili ich na zewnątrz i rzucając im kurtki krzyknęli:

-Obyście tu sczeźli!
- Obyście tam sczeźli!!!
– od razu odkrzyknęła im rudowłosa kobieta.

Pierwsze wrażenie jakie wywarła na Ebriel Ziemia – to było zdumienie i zachwycenie swoim pięknem. Zdecydowanie nie tego się spodziewała. Myślała, że w najlepszym wypadku trafią na coś w rodzaju pustyni, szarej i odpychającej. A tutaj było PIĘKNIE! Trawa, drzewa, słońce, nawet zwierzęta. „Nie jest źle. Nawet powiedziałabym, że jest dobrze. Gdybym tylko miała skrzydła…”

- Ładne to piekło – znów odezwała się kobieta. Za chwilę dodała:

- Dobra wiadomość jest taka, że połowa z nas potrafi zabijać. I że wszyscy mamy dość tych srok tam u góry

„Gdym chociaż miała swój miecz…” pomyślała z żalem Ebriel. „Przecież gołymi rękami nie upoluję ptaka… na dodatek bez skrzydeł…”

Jaki jest plan na przyszłość? Szukamy cywilizacji? Jakiejś małej na początek, hm? – rozgadała się dziewczyna.

„Przynajmniej myśli… Nie możemy w końcu tu tak bezczynnie stać.”

- Zdecydowanie najlepiej małej. Potrzebujemy jakiegoś jedzenia, ekwipunku… Czegokolwiek. Choć nie wiem jak wy, ale ja nie znam się na tutejszej… okolicy. – odparł jej Diriael, po czym zwrócił się do Ebriel:

- Hej, Ebriel? Ebriel! Wcześniej nie było okazji, żeby pogadać. Jesteś mi chyba winna wytłumaczenie – coś ty takiego zepsuła w tym całym wyzwaniu? Co żeś zrobiła, że nagle znikąd pojawiły się straże? Gratuluję wyczynu, nie ma co.

„Faceci! Coś popsują i od razu na kobietę zwalą! Od razu widać, że już mu lepiej!”

- Chciałeś powiedzieć – co TY zepsułeś! Ja nie zbudziłam nawet śpiącej myszy! Ledwo się ocknął, a już z pretensjami!
 
xDorota jest offline  
Stary 07-04-2009, 20:46   #7
 
Almena's Avatar
 
„Śliczny gość coś mało rozmowny...” – pomyślała ze spokojem.
Położyła się znów, wyrwała dłuższe źdźbło i przygryzła koniec, merdając nim niby z nudów, wciąż wpatrzona w niebo, zamyślona.
„Daj się gościowi wyszaleć, sam wróci” – pocieszyła się.
- Szkoda... – mruknęła do siebie, ale dość głośno. – Szkoda by było udowadniać srokom, że nie mylili się co do nas...
Wstała, otrzepując się, poprawiając ubranko i paskudną kurtkę.
- W końcu po to zostawili nas tu wszystkich razem. Żebyśmy oszczędzili im kłopotu i powyrzynali się nawzajem.
„Hm... krzywo się gapią. Pewnie myślą, że jestem mało kobieca...”
Jasne. Czy zabijanie jest kobiece? Czy walka mieczem to szczyt kobiecości? Asael spędzała życie w samotności. Miała kochanka, nie planowała męża ani dzieci. Więc nie widziała konieczności aby być bardziej kobiecą, niż było jej z tym wygodnie. Wolała być wojowniczką mieczem i spodniach a nie koronkowej spódnicy, ale żywą wojowniczka zdolną do samoobrony, a nie piękną lalką cizią, bezbronną i zgwałconą na pierwszym zakręcie.
Ku jej miłemu zdumieniu Kurt dołączył do niej, układając się na trawie obok.
- Milo, że się przyłączyłeś – przyznała.
Ebriel i Direal zaczęli malowniczą dyskusję.
- Szkoda, że nie mamy popcornu... – uśmiechnęła się z rozbawieniem do Kurta.
Dyskretnie rzuciła okiem w kierunku Kurta właśnie.
- Umiesz przyzywać broń? Czułabym się lepiej wiedząc, że nie jestem jedną z nielicznych uzbrojonych osób w tej grupie... Przyzywanie broni to łatwizna. Chętnie cię nauczę tej sztuki.
Zerknęła na pozostałych.
- Każdego z was, oczywiście, się to tyczy.
Wstała, przeciągając się.
- Przepraszam na moment, pora się rozejrzeć – skierowała z uśmiechem do Kurta.
Wyciągnęła dłoń ku niebu, szepcząc:
- Let your wind guide me!!!
Odpowiedział jej wysoki pisk z chmur. Na niebie pojawiła się sylwetka szybującego, pięknego ptaka!

 
__________________
- Heh... Ja jestem klopotami. Jak klopofy nie podoszają za mną, pszede mnom albo pszy mnie to cos sie dzieje ztecytowanie nienafuralnego ~Dirith po walce i utracie części uzębienia. "Nie ma co, żeby próbować ukryć się przed drowem w ciemnej jaskini to trzeba mieć po prostu poczucie humoru"-Dirith.
Almena jest offline  
Stary 07-04-2009, 23:08   #8
 
Fabiano's Avatar
 
Już siedząc w celi wiedział co go czeka. Jasno dał mu to do zrozumienia Natanael, kapitan jego jednostki. Z bólem na twarzy wyjaśnił co mu grozi i jak będzie przebiegała egzekucja. Miał więc wiele czasu na zrozumienie i pokorę. Wyznał grzechy Jedynemu. Za jedne żałował za inne nie. Wiedział też, że właśnie za te, których nie żałuje będzie najwyższa kara. Kara ścięcie. Ścięcia skrzydeł.

Wyrok jak i całe przedstawienie przebiegło wedle planu, który mu nakreślił kapitan. Zdziwienie jednak przyszło gdy to sam dowódca Straży ściął mu skrzydła. Na szczęście szybkim i precyzyjnym ruchem dzięki czemu zdołał zatrzymać krzyk wydobywający się z gardła. To była forma przysługi. Przysługi, której Bartel miał nigdy nie spłacić.

Był ledwo tomny. Szkolenie i siła woli trzymały go przed upadkiem. To też cała podróż na ziemię zdawała się jednym wielkim majakiem. Pełniejsze postrzeganie rzeczywistości wróciło gdy dostał zastrzyk świeżego powietrza gdy drzwi transportera się otworzyły. To co zobaczył za drzwiami nie zdziwiło go. Nowy świat przed nimi. Jakże odmienny od tego jaki wszyscy znali.

Po odlocie strażników wziął kurtkę z ziemi. Rozejrzał się. Zapach ziemi. To coś co dawno chodziło mu po głowie. Jakże tu inaczej niż na górze.
Dziwnie czuł się tylko lekko osłabiony. Bolało go co prawda. Nawet bardzo bolało. Lecz nie było już tego zmęczenie, tego stanu zamroczenia jaki czuł zaledwie kilka chwil wcześniej. Pomacał plecy w poszukiwaniu ran. Blizny. Tylko blizny. Liczył na to, że broczy mu krew.
"Jak... rozejrzał się... jak u tego czarnego kolesia. Kurtka się zwał czy jakoś podobnie."

Bartel King stał wyprostowany przodem do wszystkich i patrzył w stronę gdzie słońce będzie zachodziło. Twarz miał oświetloną promieniami południowego słońca. Widać było lekki zarost, czarne krótko przystrzyżone włosy i piwne oczy. Niespokojne, szukające czegoś, rozmarzone. Prawe, dobrze umięśnione ramie dalej macało blizny z niedowierzaniem; w lewej trzymał kurtkę. Koszula powiewała na lekkim wietrze. Szeroki tors mogły być dobrą podporą dla wielu dam.

"Co teraz?" - rozmyślał, zdając się w ogóle nie zwracając uwagi na resztę skazańców. Zastanawiał się czy nie obrać kierunku i po prostu tam podążać. Miał przed oczami wyobraźni pewną wioskę. Wioskę drwali. I wszystkie drogi tam się schodziły. Przynajmniej tak uważał Bartel. Zwała się Tals. Spotkanie z ziemianami mogło być niebezpieczne. Byli w większości brutalni, agresywni i niebezpieczni. Tak przynajmniej opisywali ich Posłańcy. Gabriel dodawał, że są jeszcze obrzydliwi i śmierdzący. Jednak Bartel miał lekko odmienne zdanie. Przynajmniej częściowo. I wiedział, że jego podróż ma swój koniec właśnie w tej wiosce.

Miał już ruszyć nie zwracając uwagi na pozostałych. W końcu brak skrzydeł nie czynił go niewolnikiem. Gdy nagle ruda panienka ni to szepcząc nie to krzycząc powiedziała coś w innym języku, uczona zdaje się, i nagle z chmur (a przed sekundą było jeszcze bezchmurne niebo) doszedł go pisk.

Bartel będzie chwilkę czekał na rozwój wydarzeń. Ma zamiar przysłuchać się trochę gawiedzi, może coś ciekawego mają do powiedzenia. Jak nie, to ruszy oznajmiając tylko że idzie.
 
__________________
gg: 3947533

Fabiano jest offline  
Stary 08-04-2009, 18:28   #9
 
Faurin's Avatar
 
Zbliżył się powoli do nich. Nie miał zamiaru się do nich odzywać. Nie miał zamiaru odpowiadać na żadne pytania. Nie miał...
Uwagę Achrola przykuł Diriael i Ebriel. Ten pierwszy zaczął naskakiwać na czarnowłosą oskarżając ją o... o co w ogóle? Achrola nie interesowało to jak i wszystko co go dookoła otaczało. Jednak...
"Co to za facet zrzucający wszystko na kobietę! Czego to teraz skrzydlaci nie zrobią"
Achrol westchnął. Westchnął z tęsknoty. Tęsknij bardzo. Za swym przyjacielem którego to już dawno opuścił i prawie go nie pamięta, za jego ojcem- kowalem, który to nauczył go podstaw fechtunku oraz dał mu dach nad głową, tęsknił za "swoim" światem. Najbardziej jednak tęsknił za swymi skrzydłami. Czuł się bez nich okropnie. Czuł się tak jak nagi człowiek stojący pośrodku targowiska i wyśmiewany przez wszystkich.
Ebriel jednak nie pozostała dłużna i odpowiedziała Diriaelowi bardzo porządnie i dobitnie.
"Tak trzymać! Niech wie że kobiety mimo że delikatniejsze są równe mocne co faceci! I w języku i... i w walce?"
To pytanie Achrol sam postawił sobie patrząc na Asael i podsłuchując przypadkowo co mówi do Kurta o przyzywaniu broni.
"Ona chce nas czegoś uczyć? Niech sobie ich uczy ale mnie nikt nic nie będzie! Niedoczekanie!"
Chciał właśnie odpowiedzieć co o tym myśli. Chciał po raz pierwszy się do nich odezwać. Nie mógł. Nie mógł gdyż Asael właśnie wstała oznajmiając że należałoby się rozejrzeć.
"A co ja niby przed chwilą zrobiłem wlekąc się na ten pagórek?!"
Znowu chciał coś odpowiedzieć jednak widząc co ona robi oniemiał. Zatkało go mimo że nic wcześniej nie mówił. Wyciągnęła bowiem ona rękę ku górze i wyszeptała jakieś słowa. Achrol był za daleko by dosłyszeć jakie ale od razu stwierdził że będąc nawet tuż przy niej nic by nie zrozumiał gdyż był to nieznany dla niego język. Brzmiał on pięknie. Nie to jednak było najważniejsze. Na niebie z chmur wydobył się dziwny pisk. Chwilę potem pojawił się ptak. Ptak nieznany Achrolowi. Ptak piękny i niesamowity.
Otworzył aż usta ze zdziwienia i obserwował majestatyczny lot ptaka. Nie minęła chwila a coś przeszyło umysł Achrola. Zrozumiał że musi wyglądać teraz głupio patrząc jak jakiś kretyn w ptaszysko z otwarta buzią. Zamknął ją czym prędzej i próbował odwrócić wzrok. Spadł on na Asael.
"Jak ona to zrobiła?"
Uśmiechnął się. Szczerze.
- Piękny ptak. Mam do ciebie małą prośbę, ru... Asael. Mogłabyś, przy najbliższej możliwej sposobności, pokazać jak to zrobiłaś?
W oczekiwaniu na odpowiedź spojrzał jeszcze raz na ptaka. Istny obłęd. Piękne cudo!
 
__________________
Nobody know who I realy am...
Faurin jest offline  
Stary 08-04-2009, 20:24   #10
 
Almena's Avatar
 
- Piękny ptak.
Ano. Asael była bardzo dumna ze swojego skrzydlatego przyjaciela.
- Mam do ciebie małą prośbę, ru... Asael. Mogłabyś, przy najbliższej możliwej sposobności, pokazać jak to zrobiłaś?
Asael uśmiechnęła się przyjaźnie, choć nieco zaczepnie i pokręciła przecząco głową.
- Slyannen saph 'anonen lu' murrpaun – odparła w dziwacznym języku.
Wskazała w górę, na sokoła.
- Lelum polelum, karamba bum cikabum! – wskazała na siebie, dotknęła palcem wskazującym swoich ust, wykonała dłonią kilka ruchów symulujących mowę ust i rozłożyła bezradnie ramiona, kręcąc przecząco głową.
Następnie podniosła obie ręce, składając dłonie w pięści, pozostawiając wyprostowane tylko palce wskazujące, i ułożyła dłonie z tyłu głowy, symulując „ślimacze różki”, po czym wskazała w las. Kiwnęła dłonią, złożyła dłonie o wyprostowanych placach w daszek i wskazała na wschód. Przeciągnęła się, wesoło, zachęcająco skinęła głową, ale nie przejmowała się zbytnio tym, czy ktokolwiek poza Kurtem ruszy dupsko i za nią pójdzie. Po prostu ruszyła w las, na wschód, podśpiewując cicho pod nosem i podziwiając okoliczną przyrodę. Cały czas śledziła lot sokola i nasłuchiwała jego porozumiewawczych pisków.
 
__________________
- Heh... Ja jestem klopotami. Jak klopofy nie podoszają za mną, pszede mnom albo pszy mnie to cos sie dzieje ztecytowanie nienafuralnego ~Dirith po walce i utracie części uzębienia. "Nie ma co, żeby próbować ukryć się przed drowem w ciemnej jaskini to trzeba mieć po prostu poczucie humoru"-Dirith.
Almena jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:54.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170