Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-05-2009, 16:56   #1
 
Gettor's Avatar
 
Reputacja: 1675 Gettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłość
[Warcraft] Gniew Przeszłości.

Wdech… wydech… wdech… wydech…

Co? Gdzie ja jestem? Czemu leżę na piasku… kamieniu? Czemu w ogóle leżę? Przecież robiłem właśnie…

* * *

Obudziliście się. Pierwsze co do was dotarło to fakt iż leżeliście. Potem doszły takie szczegóły jak wilgotne powietrze i kamienista podłoga z piaskiem.

Czuliście się… dobrze – jakbyście właśnie obudzili się po dobrym i zdrowym nocnym śnie. Po otworzeniu oczu i wstaniu stwierdziliście, że jesteście w jaskini.

Dokładniej to byliście w czymś w rodzaju tunelu, który wyglądał na jaskinię – wszędzie były kamienie, piach, oraz nieliczne stalagmity i stalaktyty.
Tunel prowadził tylko w jedną stronę – drugą zawalały liczne i ogromne kamienie.

Sufit był bardzo nieregularny, jego wysokość wahała się od dwunastu do ponad dwudziestu stóp. Szerokość tunelu była prawie stała i wynosiła około piętnastu stóp.

Pomieszczenie ciągnęło się na jakąś setkę jardów w przód, po czym skręcało drastycznie w prawą stronę. Zza tego zakrętu dochodziło… światło – to dzięki niemu cokolwiek widzieliście, choć był to tylko półmrok.

Wtedy spojrzeliście po sobie – była was piątka: nocna elfka, dwóch ludzi z których jeden nosił ciężką zbroję a drugi szatę. Pozostała dwójka była niezwykła: wyrwidrzew i eternalista. O ile ten drugi przynajmniej był swego rodzaju istotą żywą, choć rzadko spotykaną, to ten pierwszy był po prostu… maszyną zazwyczaj służącą goblinom do wyrębu drzew. Tyle że wyrwidrzewa ktoś powinien obsługiwać, a ten tutaj wydawał się działać sam z siebie.

Po kilku chwilach, jakie zajęło wam dojście do siebie, okazało się że jest was sześciu.

- Hmm… ładny, mięciutki bandażyk… - powiedział troll niejako macając eternalistę, a raczej jego wierzchnią warstwę, którą właśnie był bandaż.


Trzymając bandaż lewą ręką, troll chwycił wiszący u pasa nóż z zamiarem odcięcia tkaniny. Jednak nie udało mu się – został odepchnięty przez eternalistę wskutek czego się przewrócił.

- Eee? Ten bandażyk się rusza! – stwierdził odkrywczo troll, po czym spojrzał na resztę. – Ooo jest was tu więcej! Chwila… w sumie tylko jeden jest fajnym bandażykiem… szkoda.

Kiedy tylko wstał, wszyscy usłyszeliście coś co brzmiało jak niski pisk wywołany przez pocieranie o siebie dwóch przedmiotów. Spojrzawszy w kierunku teoretycznego wyjścia z jaskini dostrzegliście centrum owego pisku. Wielkie, czarne centrum.


Pająk stał sobie w najlepsze kilkanaście jardów od was i wyglądał jakby przyglądał się wam z zaintrygowaniem. Rozmiarami przypominał krasnoluda – miał łącznie pięć stóp długości, cztery pary odnóży plus szczękoczułki i grożący trucizną duży odwłok.
Na widok stwora, troll roześmiał się.
- Ta jest! Teraz zobaczysz bandażyku, co potrafi Hyjjil!

Po tych słowach troll stanął przed wami sprawiając wrażenie bycia bardzo pewnym siebie i coś wyciągnął z sakiewki przy pasie. Coś… głowę?


Tak, to ewidentnie była mała główka. Hyjjil zaczął nią machać w powietrzu, by po kilku chwilach zakończyć lot głowy na wyprostowanym ramieniu skierowanym w stronę stwora.

Pająk… no cóż, nie przejął się staraniami trolla.
Widząc że nic się nie stało, Hyjjil powtórzył cały taniec. Jednak i tym razem nic się nie stało.

- Eee… - powiedział pukając i uderzając główkę wolną ręką. – Hmm… się zacięła chyba…
Nim jednak ktoś zdążył zareagować na błazenadę trolla, ogromny pająk rzucił się na niego, powalając go na kamienistą podłogę.

- Niewykluczone. – przyznał Hyjjil powstrzymując rękami szczękoczułki pająka przed ugryzieniem go. – A wręcz prawdopodobne, że przydałaby się pomoc…

Jednak, jak się po chwili okazało, pająk który właśnie powalił trolla nie był waszym jedynym zmartwieniem, bowiem z sufitu, dokładnie przed was, zeskoczyła czwórka jego kolegów – równie czarnych, równie wielkich i równie paskudnych.

Ich intencje dalekie były od przyjaznych, co zdradzały wrogie ruchy ich szczękoczułek.
 

Ostatnio edytowane przez Gettor : 29-05-2009 o 00:11.
Gettor jest offline  
Stary 24-05-2009, 19:09   #2
 
Sulfur's Avatar
 
Reputacja: 26 Sulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodze
Wdech, wydech, wdech, wydech...

Próbował oddychać spokojnie, chociaż w jego przypadku było to bardzo trudne, albo wręcz niemożliwe. Powód był bardzo prosty, DS. 10-43 nie funkcjonował tak, jak robili to inni znani mu przedstawiciele rasy poruszającej się, czyli żywej. Energię do życia, mimo iż był w posiadaniu ust, które niekiedy potrafiły nawet wyrażać jakiś odcień uczucia, czerpał z zupełnie innego źródła. Coś jednak mówiło mu, że powinien chociażby tylko udawać wykonywanie tej czynność. To była idealna okazja do wykorzystania wiedzy nabytej podczas niekiedy kilkunastogodzinnych obserwacji zwierzątek. Leżał na zimnym kamieniu, w głowie pokaźne miejsce zajmowała czarna pustka - pozostałość po wydarzeniach bliskiej przeszłości. Jeszcze raz, ze wszystkich sił spróbował wciągnąć w siebie powietrze, tak jak robiły to gobliny. Rozwarł szeroko usta, wciągnął delikatnie brzuch i czekał, czekał, czekał... Nie, nie dane było mu doświadczyć procesu oddychania. A szkoda. Zawsze chciał spróbować.

Ale zaraz! Powoli docierało do niego, że coś jest zupełnie nie tak, jak być powinno. Dlaczego leżę, skoro jeszcze przed chwilą podlewałem kwiatki? Dotarło to do niego z siłą kafara wodnego i dosłownie starło z pyłem dobry, a wręcz świetny nastrój jaki wywoływała u niego popołudniowa praca w ogródku. Właśnie... Popołudniowa.

"Otworzył oczy", które i tak nie potrafiły się zamknąć i z goryczą uznał, że nie widzi, a tym bardziej nie czuje zbawczego, słonecznego ciepła przelewającego się nad liściastym, mięsistym murem koron drzew. To, co wykwitło wysoko nad jego twarzą było po prostu smutne. Ciemne, odległe, zimne i na pewno wilgotne. Stanowczo mu się to nie spodobało. Po pierwsze nigdzie nie mógł dostrzec ani flory, ani też fauny. Po drugie, co dość ściśle wiązało się z pierwszym, w jego przywykłe do rajskich woni nozdrza - poprawnie: receptory węchu - uderzał teraz okropny smród i nieprzejednany odór, który, przynajmniej go, skutecznie zniechęcał do życia. Cała pozostała reszta psychiki miała się jednak zadziwiająco dobrze, zupełnie tak, jakby cały, calutki dzień nie robił nic innego poza wsłuchiwaniem się w melodyjne poćwierkiwanie żółtych ptaszków z niebieskimi czubkami na głowach - osobniki tego gatunku lubił najbardziej, były spokojne, jadły z rąk, czy raczej z wypolerowanych powierzchni pił tarczowych i doskonale sprawdzały się jako czujki - jako pierwsze wyczuwały obecność obcych. Gdyby tylko mógł mieć teraz przy sobie jednego z nich... Kilka nutek dobywających się z zakrzywionego dziobka skutecznie przegonić mogła nawet najobrzydliwsze odczucia i obrazy.

Ale był sam. Przynajmniej tak mu się wydawało do chwili gdy nie wstał. Bo gdy już podniósł się z ziemi z całą wyrazistością wzięło nad nim uczucie, którego nie zaznał już od bardzo dawna. Strach... Potężny kopniak jakiegoś nienazwanego hormonu spowodował, że aż w nim zawrzało. Bliskie niezniszczalności, lśniące w półmroku jaskini, bo w czymś takim się właśnie znalazł, piły tarczowe zawirowały wściekle. Był to jednak odruch maksymalnie defensywny, wyuczony i zakorzeniony gdzieś głęboko w pokładach osobowości, narodzony wraz z ciągłą ucieczką i życiem w ukryciu. Ustawiczny świst pił zagłuszył całkowicie odgłos krótkich kroczków. Zerknął w lewo - ściana, w prawo - szyb. Nie widział co robić.

Bo oto otoczyła go grupa ludzi... no nie do końca, ale w każdym razie była żywa. Poruszała się, spoglądała wokoło siebie z równym co on zdezorientowaniem. W dodatku duża jej część była uzbrojona. Bał się jak jeszcze nigdy przedtem. Dlatego też nie miał pojęcia jak sklasyfikować to uczucie, tylko przez ułamek sekundy zastanawiał się, czy można doznać czegoś jeszcze dotkliwszego i paraliżującego.

Wysuwając przed siebie ręce i zastygając w wyczekującym napięciu jeszcze raz, dokładniej, przyjrzał się istotom, które, w jego przekonaniu, nie przybyły tu z powodu innego niż złapanie go i oddanie z powrotem orkowym drwalom.

Była ich czwórka. Mniej lub bardziej zapalonych do łowów na żyjącego wyrwidrzewa - zbiega. Stali w grupce, najwyraźniej niedawno, podobnie jak on sam, podnieśli się z ziemi. Dwóch o bladych twarzach - to musieli być ludzie, jeden cały owinięty jakąś białą płachtą - nie miał pojęcia do jakiej rasy przynależy i... o bogowie! Istny dar niebios. Elfka - istota, która mogła go zrozumieć i odejść w pokoju i pojednaniu. Coś jednak było z nią nie tak. Była inna niż wyniosłe, poważne, dostojne i lśniące przyjaźnią elfy o jakich słyszał. Ta tutaj przywodziła na myśl obraz najczarniejszej nocy, która setkami braci drapieżników atakuje w najmniej spodziewanym momencie ukojenia serenadą świerszczy. Cień nadziei, jaki w nim rozgorzał natychmiast został stłamszony, pozostawiając po sobie tylko kupkę popiołów, która zasiliła i tak już potężny stos przerażenia. Ponad wszystko, co tylko znał i cenił nie chciał wracać do straceńczej pracy przy mordowaniu niewinnych żywicokrwistych przyjaciół. Nie wyobrażał sobie, co poczułby zagłębiając zęby piły w tętniącą życiem ostoję ptaków, wiewiórek i wielu innych żyjątek, których gołym okiem dojrzeć było nie sposób. Na samą myśl, na samo mgliste wspomnienie w głowie eksplodowała decyzja i rozjaśniła te pokłady umysłu, które mówiły stanowcze "nie" ewentualności uczynienia jakiegokolwiek ruchu.

Już, już zerwać miał się do panicznej ucieczki w głąb nieznanego tunelu, gdzieś w oddali ostro skręcającego w prawo, gdy usłyszał czyjś niezbyt przyjemny głos.

- Hmm… ładny, mięciutki bandażyk…

Jeszcze przez chwilę ważyły się w nim odczucia, "mózg" analizował przyswajane dane, pośpiesznie wykonywał swoiste "drzewka decyzyjne" i nagle zatrzymał się bez ostrzeżenia siejąc wokół taką pustką i bezradnością, że biedny DS. 10-43 zwątpił.

- Eee? Ten bandażyk się rusza! Ooo jest was tu więcej! Chwila… w sumie tylko jeden jest fajnym bandażykiem… szkoda.

To coś przemówiło ponownie. Notabene takiego akcentu wyrwidrzew jeszcze nie słyszał i z trudem wydzielał z płynnej masy dźwięków kolejne słowa. Usłyszał jakiś hałas, szmer, odgłos upadku, mimowolnie odwrócił się w kierunku wynajętej chyba przez samego Kapitana Drzewocięcia w Ashenvale grupie łowców głów i po raz kolejny tego dnia zamarł w niepewności i zdziwieniu.

Na ziemi, całkiem niedaleko leżał, a właściwie półsiedział najśmieszniejszy stwór z jakim przyszło mu się zetknąć podczas swojego bardzo krótkiego, bo tylko rocznego życia, licząc od ożywienia oczywiście, które przyjął już określać mianem "chrztu" lub też "powrotem do praworządności" (chociaż o żadnym powrocie mowy być nie mogło - nie było do czego wracać). Zwierz ten nie zwierz wyglądał wyjątkowo pokracznie, ale to był tylko malutki szczególik jakim odcinał się od otoczenia. Otóż calutki był fioletowy, wyłączając z tego jedynie rażące swą ostrą barwą, czerwone włosy postawione na sztywno, nastroszone jakby. Dalej był bardzo długi i nieregularny nos, lekko zakrzywiony ku dołowi na jego końcowym odcinku, dwa olbrzymie, niemal łączące się w koło kły wyrastające wprost z otworu gębowego, który akuratnie ułożył się w tak dziwny wyraz, że DS. 10-43 mimo najszczerszych prób nie potrafił nazwać uczucia jakie obrazowały. Wrażenia dopełniał jednak strój. Ten był naprawdę nietypowy. Krótka, wzorzysta przepaska zawiązana wokół bioder, jakiś kołnierz i... w to nie mógł uwierzyć - drewniane naramienniki z wyrysowanymi nań obrazkami w stylu masek.

Tak go ten widok i styl komunikowania się z łowcami głów rozbawił, że już, już wybuchnąć miał śmiechem i przynajmniej na chwilę, puścić w niepamięć strach, gdy stało się coś niepokojącego stanowczo bardziej niż obecność wynajętych przez orków ludzi. Cichy pisk. Brzmiał jakby dobywać miał się z samego środka trzewi czegoś ostatecznie wrogo nastawionego do otoczenia. Potem zobaczył. Wielkiego, czarnego, włochatego pająka. I poczuł się lepiej. Ten pajęczak, choć tak nielogicznie wielki, przynależał do świata, który znał bardzo dobrze, o niebo lepiej niż świat ludzi, elfów i wpół umarłych razem wziętych. Ale było też coś złowieszczego w jego zachowaniu, coś co kazało rzucić wszystko, co się w tej chwili robiło i uciekać jak najdalej nie dopuszczając nawet do siebie myśli, że może zostać się schwytanym.

Tymczasem ośmionożny mutant przemknął obok przylepionego do ściany wyrwidrzewa i dziwnie balansując ciałem, zgrzytając szczypcami stanął naprzeciw śmiesznego stwora, który... na Legion! zaśmiał się i z wyraźną dumą dobył z sakwy... najprawdziwszą główkę upstrzoną kolorowymi nićmi, sznureczkami, czy czymś innym, co wyglądało podobnie. Stanął, charknął, coś tam wybełkotał i strzelił ramieniem wyrzucając owy przedmiot, czy artefakt przed siebie. Potem zamarł, powtórzył rytuał, skurczył się w sobie jeszcze bardziej i leżąc już na ziemi z wielkim cielskiem pająka nad sobą wymamrotał niepewnie:

- Niewykluczone. A wręcz prawdopodobne, że przydałaby się pomoc…

DS. 10-43 stał równie niepewnie co śmieszny stworek. Trudno skłonić mu się było do stwierdzenia, iż nadbiegająca właśnie czwórka nowych przerośniętych, z założenia polujących na muchy, przyjaciół lasu, ma co do niego złe zamiary.

- Witajcie, koledzy... - spróbował.

Żadnej reakcji. Jeszcze nigdy nie widział czegoś takiego. Zwierzęta atakowały same z siebie, bez żadnego powodu, trudno było mu to zrozumieć, ale może... Może te wielkie drapieżniki w duchu solidarności zamierzały mu pomóc i oswobodzić go z okowów zbliżającego się wielkimi krokami niewolnictwa. Naprawdę? Ale swoją drogą, patrząc z drugiej strony, ta dziwna grupa nie rzuciła się przecież na niego w pierwszej chwili, gdy tylko pojawił się w ich zasięgu wzroku. Podjęcie decyzji... Jedna z najstraszniejszych rzeczy jaka dręczyła chyba wszystkich.

Jego umysł działał jednak zadziwiająco szybko. Postanowił, że jeżeli tylko znajdzie się w sytuacji narażenia życia spróbuje ucieczki, potem, tylko w ostatecznej ostateczności walczki. A jeżeli zagrożą tym ludziom obok? Jak to ktoś kiedyś powiedział wybrać mniejsze zło i zabić? Tylko kogo? Zwierzęta, czy ludzi? I oni, i oni byli drapieżnikami i mordercami, tak przynajmniej naprędce wnioskował. Ale... Nie. Jeżeli tylko zrobi się niebezpiecznie będzie uciekał. Tam jest światło. Czuć powiew świeżego powietrza. Musi wydostać się na powierzchnię i najszybciej jak to tylko możliwe schronić się w bezpiecznych odmętach puszczy. Taak.... Jak wspaniale byłoby znów zobaczyć rodzinne Ashenvale....

Zabawnie to wyglądało. Przylgnięty do ściany wyrwidrzew. Trzymetrowe metalowe bydle. Wykonany z najtwardszych możliwych, prototypowych stopów metali odlanych w płytki, z dwoma wielkimi, złowieszczymi piłami tarczowymi zamiast dłoni, o lekko żółtych ślepiach, czaro zielonej "karnacji", muskularny. Żywy a jednak niezupełnie przyznający się do "swojego" świata i jego członków. Ot, kolejny dziw natury. Chociaż niezupełnie...

DS. 10-43 spiął się w sobie, przymknął oczy - wypatrywał dogodnej chwili, by roztrącając wszystkich, jak najszybciej uciec gęstniejącemu nad jego głową jak burzowe chmury niebezpieczeństwu.
 

Ostatnio edytowane przez Sulfur : 24-05-2009 o 22:01.
Sulfur jest offline  
Stary 29-05-2009, 14:03   #3
Konto usunięte
 
Midnight's Avatar
 
Reputacja: 613 Midnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemu
Noc powoli brala w posiadanie lesny swiat. Krok po kroku zdobywajac kolejne jego polacie dotarla do miejsca, ktore sie jej oparlo. Miejscem tym byla lesna polana, na ktorej radosnie plonelo niewielkie ognisko. Zawiedziona i nieco urazona postanowila nieco blizej przyjzec sie osobie, ktora wystapila przeciwko jej wladzy.
Mloda elfka spogladala w niebo. Ulozona wygodnie na miekkiej i nagrzanej przez dzien trawie, wypatrywala pierwszych gwiazd. Rozmyslala. Wspomnienia podobnych nocy spedzonych w cieniu wielkiego drzewa naplynely same, przyoblekajac jej twarz maska smutku i tesknoty. Od tak dawna nie byla w domu...
Sharam wyczuwajac niezbyt pogodny nastroj swej towarzyszki polozyl swoj ksztaltny leb na jej piersi. Znajomy ciezar podzialal kojaco. Lewa dlon zaglebila w miekkiej siersci zwierzecia. Cieply powiew jego oddechu delikatnie owiewal jej szyje powodujac laskotki i poruszajac kosmykami bialych wlosow. Nie zganiala go jednak. Doceniala ten objaw uczucia z jego strony. Powoli zapadla w czujny sen.


Pierwsza rzecza jaka do niej dotarla zaraz po przebudzeniu, byla swiadomosc, ze nie znajduje sie w miejscu, w ktorym zasnela. Nie czula upojnego zapachu mchu ani nie slyszala uspokajajacego szumu wiatru w koronach drzew. Na dodatek nie przypominala sobie by wyrazala zgode na takie przenoszenie jej gdzie sie komu zywnie podoba. Co za tym idzie ktos sobie z nia w kulki pogrywa. Niezbyt bezpieczny pomysl. Nim otworzyla oczy sprawdzila czy miecze znajduja sie na swoim miejscu. Szczesciem wygladalo na to, ze kimkolwiek byl glupiec dopuszczajacy sie zadzierania z jej osoba, byl na tyle nieostrozny, ze zostawil jej bron. Glupiec... Lub glupcy.
Ostroznie wstajac z kamienistego podloza rozejzala sie wokolo. Grota czy raczej tunek, w ktorym sie znajdowala... Poprawka, znajdowali. Oprocz niej i Sharama podobny los spotkal tez cztery inne istoty. Chciala powiedziec ludzie ale juz na pierwszy rzut oka widac bylo, ze tylko dwoje z nich naleza do tego mlodego rodzaju. Pozostala dwojka stanowila dosc interesujacy obiekt obserwacji. Pierwszy, caly w bandazach stanowil dla niej nowosc. Natomiast wyrwidrzew byl znanym ale zaskakujacym tworem. Zazwyczaj bowiem ktos obslugiwal te maszyny, natomiast ten wyjatkowy okaz zdawal sie zyc wlasnym zyciem. Niespodzianek mialo jednak nie byc najwyrazniej koniec.

- Hmm… ładny, mięciutki bandażyk…

Slowa te wypowiedzial... Troll, ubrany w przepaske biodrowa i zaopatrzony w naramienniki, czy cos w tym stylu, przedstawiajace twarze. Szaman. Przynajmniej tak sie jej wydawalo.
Obserwacje zostaly jednak przerwane przez pojawienie sie ... Pajaka. Zalosne starania szamana nie zrobily na osmionogu zadnego wrazenia. Na niej natomiast zrobily wrazenie ... Bynajmniej nie pozytywne. Miala wlasnie ochote wybuchnac smiechem gdy pajak zaatakowal. Teraz juz nie bylo miejsca na smiech. Szczegolnie jezeli wzielo sie pod uwage, ze do pierwszego dolaczyly nastepne.

- Witajcie, koledzy...

Koledzy?! Albo ta istota miala problemy z doborem slow albo z doborem .. kolegow. Feriel zdecydowanie nie widziala w tych pajakowatych stworach niczego kolezenskiego. Nieznosila pajakow. Mialy za duzo nog, za duzo galek ocznych i za duzo ... wszystkiego. Ich sposob poruszania sie zawsze powodowal u niej gesia skorke. Nie wazne.. Duze.. Male.. Gigantyczne. Efekt zawsze byl ten sam. O ile jednak te malenkie nie stanowily dla niej zagrozenia, to te, ktore miala przed soba, owszem. Potezne szczypce wygladaly jakby bez wiekszego problemu mogly zmiazdzyc reke doroslego mezczyzny.. O ile tylko reke. Kolec jadowy tez nie prezentowal sie zbytnio przyjaznie. Skoro wiec zawiodla magia szamanska.. W dosc zabawny trzeba przyznac sposob.. Nalezalo na zagrozenie odpowiedziec mieczem oraz .. klami.

- I co ty na to Sharam? Masz ochote na pajaczka?

Slowa skierowane zostaly to poteznego wilka stojacego obok jej nog. Cichy, zlowieszczy pomruk, ktory wydobyl sie z jego paszczy w zupelnosci wystarczyl za odpowiedz.
Srebrzyste ostrza mignely w polmroku gdy plynnym ruchem wyjela je z pochw przypietych do pasa. Na ustach pojawil sie zlowieszczy usmiech.

- Nie wiem jak wy ale ja nieszczegolnie przepadam za pajakami...

Rzucila lekkim tonem w strone pozostalych.

Na pierwszy ogien wybrala tego, ktory dopadl trolla. Po chwili zastanowienia postanowila, ze najlepszym sposobem bedzie podciecie stworowi nog. Jezeli bedzie miala szczescie pajak straci rownowage i przewroci sie na bok, a wtedy pozostanie jej tylko przejechac ostrzem po miekkiej tkance chroniacej jego organy wewnetrzne.
Szczescie najwyrazniej jej sprzyjalo. Stworzenie straciwszy rownowage wyladowalo na plecach.

- Masz pecha malutki.

Rzucila w jego strone w odpowiedzi na przerazliwe piski. Teraz pozostalo jej jedynie czyste ciecie przez brzuch. W miedzyczasie Sharam oslanial jej tyly pilnujac by pozostale osmionogi zbytnio Feriel nie przeszkadzaly.
 
__________________
[B]poza tym minął już jakiś czas, odkąd ludzie wierzyli w Diabła na tyle mocno, by mu zaprzedawać dusze[/B]
Midnight jest offline  
Stary 29-05-2009, 20:03   #4
 
wojto16's Avatar
 
Reputacja: 143 wojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znany
- Wycofaj się poza zasięg jego ataku! Za wolno! Gdyby to był, dajmy na to, ork już byś musiał uważać żeby ci mózg nie wypadł! Zresztą wówczas mało by cię to obchodziło. Mocno oberwałeś?
- Nie, tylko draśnięcie. Mogę ćwiczyć dalej.
- Mam nadzieję. Zostawiam was teraz z Faronem, a sam idę sprawdzić zaopatrzenie. Jeśli czyjaś tętnica zostanie poważnie naruszona to proszę mnie natychmiast wezwać.
- Tak jest.


Artorius opuścił pole wypełnione wymachującymi mieczami rekrutami naprzemiennie parujących ciosy i usiłujących ugodzić przeciwnika. Rezultaty w większości były raczej mizerne, jakoż wcześniej byli zwykłymi chłopami wojnę znającymi tylko z opowieści spragnionych żołdaków. Nie zdziwiła go ogromna chęć jaką emanowali wieśniacy w momencie ogłoszenia rekrutacji do wojska, co było decyzją konieczną, żołnierzy nie przybywało, a mimo tymczasowego pokoju zawsze istniało ryzyko podjęcia przez Arthasa radykalnych kroków w celu wyeliminowania potencjalnego zagrożenia. Pierwszy dzień treningów już porządnie przetrzebił zgromadzoną ciżbę, a Artorius zmuszony był interweniować ponad 30 razy. Z ponad setki chętnych ostatecznie pozostało tylko 28 osób, aczkolwiek widoczne były już jakieś postępy. Niektórzy już nawet mogliby stanąć na polu bitwy bez lęku o upuszczenie sobie miecza na stopę.

Artorius był typem człowieka dobrze zbudowanego, o cerze śniadej i krótkich włosach ciemnej barwy. Każdy patrzący na niego dawał mu około 30 lat… i każdy patrzący się mylił. Nie zwykł nikomu chwalić się swoim prawdziwym wiekiem, ani też nikt w tej kwestii na niego nie naciskał. Jako paladyn nigdzie nie ruszał się bez swojej zbroi opatrzonej białym płaszczem przypiętym klamrami, a także długiego miecza dźwiganego na plecach. Ekwipunek ten nosił, mimo wyciskającego pot skwaru, zazwyczaj na pokaz, ale nie robił tego dla podziwu bądź też estymy. Ta zbroja i miecz były symbolami dawno zatraconego majestatu oraz potęgi paladynów, czymś co dawało nadzieję ludziom wciąż próbującym przystosować się do nowego miejsca zamieszkania. Nadzieję na to, że Lordaeron podobnie jak, niemal do cna wybity, Zakon odzyska dawną siłę oraz chwałę umożliwiającą mu wytępienie obecnie dominujących sił chaosu. Tak przynajmniej twierdziła Jaina Proudmoore. Sam Artorius nie za bardzo kwapił się ku temu rozwiązaniu uważając to za nadto pretensjonalne. Jednakowoż to ona była suzerenką ich małego państwa.

Dłonią przyodzianą skórzaną rękawicą starł pot z czoła nie mogąc doczekać się kojącego chłodu nocy. Wydawało mu się, że zaraz, wyciśnięty ze wszystkich sił, bezwładnie legnie na zieloną trawę i tam będzie barłożyć aż do wieczora. Lecz jako dawca nadziei miał swoje obowiązki, których nie mógł lekce sobie ważyć. Zajęło mu kilka minut nim znalazł się nad urwistym brzegiem morza skąd mógł zaobserwować przybyły statek kupiecki. Statek mierzył sobie kilkadziesiąt metrów wysokości i tyleż samo szerokości. Białe, płócienne żagle wzbijały się wysoko ponad lasy Theramore’u rzucając cień na pobliską plażę. Żołnierze skwapliwie próbowali zahukać wrzeszczących kupców nie radych z jakiegoś faktu. To była jedna z sytuacji wymagających jego interwencji.

- Panie Leastone! Wreszcie się pan stawił – rzucił na powitanie dowódca, gdy do nich dołączył – Niech pan raczy wyjaśnić tym kupczykom powagę sytuacji. Bajdurzą ciągle, że hańba, wstyd, sromota i tak ludzi wkurzają, że jeno tylko skoczyć z tego tam urwiska.
- Ale o co chodzi?
- O moich ludzi i interesy idzie
– krzykiem włączył się do dyskusji bogato odziany kupiec.
- Rozumiem, ale póki nie uzyskam satysfakcjonujących wyjaśnień nie ma co liczyć na optymalne rozwiązanie sporu.
Kupiec odzyskał konwenans i dalej mówił już dość spokojnym tonem:
- Było to tak: dobiliśmy do brzegu gdzie zgodnie z zawartą umową czekał oddział waszych ludzi w celu upilnowania obopólnie korzystnej transakcji. W trakcie wymiany napomnieliśmy o kilku ciężko chorych wieśniakach zabranych z okolic Lordaeronu. Dowiedziawszy się o tym, najpierw zbledli, potem wbiegli na pokład i po krótkich oględzinach przyszpilili ich mieczami do podłogi.
- Symptomy pokrywały się z tym czego dowiedzieliśmy się na temat plagi. Nie było potrzeby ryzykować – wtrącił dowódca.
- Gdzie są ciała?
- W ogniu
– teraz Artorius zrozumiał dlaczego jego nozdrza od dłuższego czasu atakował odór palonych zwłok. Położył rękę na ramieniu kupca.
- Nie ma się czym niepokoić. Wiem, że ten dłuższy postój jest dla was deprymujący, ale trzeba się upewnić, że nikt z was nie zachorował. Jeżeli nie będziemy pewni istnieje ryzyko zamiany człowieka w potwora co wywoła niemałe zamieszanie w trakcie rejsu.
- Każde opóźnienie jest dla mnie dużą stratą. Skoro jednak tak twierdzicie to posłucham waszej rady. W końcu wy jesteście paladynem. Po czym mogę wyczuć, że jestem chory?
- Nie jesteś. Użyłem na tobie białej magii uprzednio cię dotknąwszy. Gdybyś został zarażony odskoczyłbyś jak oparzony i zaczął wrzeszczeć niczym opętany. Teraz pozwól mi zbadać pozostałych.


***

To były ostatnie ocalałe wspomnienia. Poza tymi wydarzeniami była tylko i wyłącznie nieprzenikniona ciemność. Nie ważne jak bardzo starał sobie przypomnieć i tak kończyło się na jakimś niewyraźnym obrazie nie mającego żadnego związku z jego obecnym położeniem. Zaczął nawet tęsknić za spokojnymi, słonecznymi dniami na wyspie Theramore. Nie miały one już żadnego znaczenia, od czasu przebudzenia się w tamtej tajemniczej jaskini.

***

Upragniony chłód, miast uspokajać, wywoływał dreszcze. Nie miał pojęcia jak i dlaczego znalazł się tutaj ani kim byli jego towarzysze, wydający się być zdziwionymi tą sytuacją na równi z nim samym. Nocna Elfka, zakapturzony mężczyzna, eternalista oraz wyrwidrzew. Ten ostatni, z racji bycia maszyną, raczej tego nie wyrażał, lecz poznać to można było po jego dość zdezorientowanym zachowaniu. Artoriusa konfudował fakt, że maszyna nie posiadała żadnego gnomiego operatora, chodziła sobie gdzie chciała samodzielnie nie kontrolowana przez nikogo. Nie mogło to mieć żadnych pozytywnych skutków co zostało objawione przez wirujące piły tarczowe.

Nagle usłyszał jakiś dziwny głos i po chwili ujrzał jego jeszcze dziwniejszego właściciela. Był to niezwykle ekstrawagancki troll próbujący zdefraudować płaszcz eternalista, co akurat nie powiodło się z powodu normalnego u każdej istoty żywej zamiłowania do własności prywatnej. Wówczas usłyszał pacnięcie dobiegające zza jego pleców i w ciemnościach ujrzał złowrogie pary oczu. Rozglądając się dostrzegał kolejne pary oczu zbliżające się do swej nowej zdobyczy, którą nieszczęśliwie mieli być oni. Troll znowu zaczął się wygłupiać, w tym przypadku przez chwilę był pewien, że ta dziwaczna istota naprawdę użyje magii. Po małym zawodzie u niego i znacznie większym, karkołomnym wręcz, po stronie trolla nie pozostało mu już nic innego jak pomóc pechowcowi. Azali uprzedziła go elfka to w jaskini roiło się od dzieci ciemności. Pierwszym co zrobił to wywołanie u nich uczucia zagubienia poprzez odseparowanie od matki.

Miecz błyskawicznie znalazł się w jego dłoni i natychmiast częściowo rozświetlił mroki jaskini niebieskawym światłem. Ruszył na najbliższego pająka zamierzając oślepić go światłem i wyprowadzić cięcie prosto przez szczękoczułki przeciwnika. W przypadku przetrwania tego ataku zamierzał zwieńczyć dzieło silnym pchnięciem.
 

Ostatnio edytowane przez wojto16 : 30-05-2009 o 10:10.
wojto16 jest offline  
Stary 30-05-2009, 01:00   #5
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 14873 Alaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputację
-Opowiedz mi coś o sobie-wymruczała drapieżnie Krwawa Elfka z ustami przy uchu mężczyzny. Ten głos niósł w sobie swego rodzaju napięcie, które nieomal wzbudziło drżenie u leżącego obok niej człowieka.

-Jak zapewne wiesz, jestem kapłanem...-w tej chwili poczuł ząbki Elfki, zaciskające się lekko na uchu, co dekoncentrowało brązowowłosego. Skupił się, usilnie próbując zebrać słowa, które uciekły mu z głowy niczym ptaki, przepłoszone ludzkim głosem.

-Jestem kapłanem Elmenii...-podjął z trudem, lecz ciepłe, miękkie wargi, muskające jego usta przerwały to, co chciał powiedzieć, zaś w tej chwili musiał użyć całej siły swej woli, by skupić się na słowach. Nie mniej jednak nawet to nie wystarczyło.

Zapach ciała działał na niego pobudzająco i kusząco, przez co mimowolnie napiął mięśnie, bardzo, ale to bardzo starając się wytrwać w obietnicy, którą złożył swej bogini.

Zrobił to wtedy, kiedy spowiadał się po nocy spędzonej u boku Nocnej Elfki. Wyznał wtedy swój grzech, za który naprawdę żałował w obliczu zetknięcia ze swą idealną Panią.

Obiecał jej wtedy poprawę oraz to, iż jej nie zdradzi, będzie czekał na nią i tylko na nią. Ponadto obiecał nie dotykać, nie całować i wiele innych "nie" w stosunku do innej kobiety, w czym naprawdę był zdeterminowany.

Jednakże już w dwa dni później spotkał Krwawą Elfkę, samotną w tych terenach, a jako dobry, prawy kapłan. Oczywiście musiał nieść pomoc biednym i potrzebującym, zaś ona taka była. Była osamotniona na terenie ludzkim.

Powiadają, że zawód zobowiązuje i tak właśnie poczuł się kapłan. Początkowo Elfka silnie opierała się, okazując jawną pogardę dla wysiłków mężczyzny, ale była jedyną ze swej rasy na wrogim terenie i nikt nie garnął się do tego, by okazać jej swą przychylność.

Jedynym był właśnie owy przystojny kapłan o spojrzeniu, w którym było coś ekscytującego.

Ponadto, pomimo noszenia workowatych szat, zadziwiająco dobrze były widoczne kształty ciała kapłana, które zdecydowanie można było uznać za pociągające.

Tak więc mimo wszystko stał na uprzywilejowanej pozycji w oczach większości kobiet, w tym przedstawicielek nawet takich ras jak Krwawe Elfy. On miał w sobie to coś, co pociągało kobiety. Ciężko było nazwać to coś. Magnetyzm? Feromony?

Cokolwiek by to nie było, działało aż za dobrze, na co bynajmniej wcale się nie skarżył.

Krwawa Elfka w obliczu jedynej, przychylnej jej osoby, zmieniła nastawienie w stosunku do kapłana, stanowiącego jej jedyną szansę na dotarcie do jej ojczyzny.

Już w dwa dni później w jej spojrzeniu było coś, co przywiodło mu na myśl, iż jest jedynie włóczką, którą ten kotek chce się pobawić. On bardzo chciał być czymś, czym taka osoba jak ona, mogłaby się pobawić.

Jednocześnie jednak trwał w swym postanowieniu, które mimo wszystko gwałtownie topniało wraz z każdym spojrzeniem, jakie kierował w jej kierunku. Tak bardzo chciał dotrzymać obietnicy danej swej bogini, że zwiększył ilość modlitw, lecz za każdym razem przychodziło mu na myśl to, iż jego władczyni jest daleko, natomiast Alvelia była tak blisko, była ciepła, rzeczywista.

Niedługo potem doszli do karczmy, w której zatrzymali się. On zapewniał kobiecie protekcję, jako wysłannik swej bogini, na ziemi. Dlatego też trzymali się razem. Nawet spali w jednym łóżku, co było bardzo emocjonujące dla owego mężczyzny.

W tej chwili trwała druga noc, którą spędził w owej tawernie, w której walczył dzielnie, stawiając opór jego wrodzonej pokusie do kontaktów z kobietami.

Nie mniej jednak nie był w stanie kontrolować wszystkiego na raz, więc zaciskał kurczowo dłonie na kolanach i pilnował swych ust, które rwały się do pocałunków oraz pieszczot, miast do słów.

Jego wzrok, natomiast, kompletnie się go nie słuchały. Duże, brązowe oczy błyszczały, prześlizgując się od aksamitnych włosach o barwie platynowego blondu, spływające na odsłonięte ramiona, opadając na twarz niesfornymi kosmykami. Częściowo zasłaniały one zielone puste oczy, na swój sposób dzikie, drapieżne i... pociągające.

Tam, gdzie kończyły się włosy, zaczynał na wpół odsłonięty biust, skutecznie więżący wzrok kapłana, który czuł się tak, jakby kobieta ta zahipnotyzowała go... Na co się bynajmniej nie skarżył.

-Czy twoja bogini nie będzie miała nic przeciwko?-zapytała cicho, znajdując się przy drugim uchu mężczyzny, zaś jej krągłe piersi znajdowały się tuż pod oczami człowieka, który tracił panowanie nad sobą. Z ledwością utrzymywał ręce przy sobie, pochłaniając wzrokiem kształty kobiety.

Czuł gwałtownie wzmagającą się falę pożądania ukierunkowaną na Elfkę, która kusiła go demonicznie, pobudzając i tak wrażliwe już zmysły.

Wiedział jak właściwie ukierunkować żądze, by sprawić przyjemność sobie oraz partnerce, jednocześnie nie tracąc kontroli. Jeżeli by tak się stało, cała przyjemność byłaby wybrakowana, niepełna, zaś zabawa nie przyniosłaby radości. Ponadto nie sprostałby wymaganiom żadnej kobiety.

Nagle uśmiechnął się figlarnie, po czym spojrzał w oczy Elfki z wyraźną zadziornością w spojrzeniu, a także wyzwaniem.

-Chrzanię to-odwzajemnił mruknięcie, chwytając zgrabną osóbkę w swe objęcia ze zdecydowaniem, lecz jednocześnie delikatnie i pieszczotliwie...

***

-Teraz ty powiedz mi coś o sobie-wyszczerzył się, trzymając w rękach przedstawicielkę płci pięknej, już bez zbędnego ciężaru, jakim było niewygodne ubranie.

Leżała ona na nim, wpatrując się w zadziwiająco dobrze zbudowane ciało mężczyzny, stanowiące jej ciepłe podłoże, natomiast jej głowa spoczywała na klatce piersiowej kapłana, gdzie włosy przyjemnie łaskotały jego ciało.

Nagle podniosła się na dłoniach, patrząc na lekko nonszalancką minę, będącą w zadziwiającej kompozycji z błyskiem w oczach, dzięki któremu za każdym razem odkrywało się nową stronę spojrzenia mężczyzny.

-A jeśli nie odpowiem?-zapytała, przyjmując buntowniczą postawę, a jednocześnie pociągająco dziką.

Jak wiele emocji może wzbudzić jedna kobieta tak podobnymi zachowaniami. Tak jak jego oczy oraz sposób dawania przyjemności zawsze pozostawały zagadką, tak cała kobieta była dla niego równie wielkimi niewiadomymi.

Za każdym razem rozpoczynał nową grę, która polegała na próbach przewidzenia jak zachowa się na dane słowa, jak zareaguje na jego dłoń, spoczywającą na ramieniu, jak zareaguje na delikatne zbliżenie?

-Zacznę tortury-po tych słowach zaczął całować partnerkę po szyi schodząc powoli coraz niżej i niżej, by dotrzeć do jej ramienia. Jego dotyk wprawił ją w lekkie drżenie.

-Ja jestem złodziejką-sapnęła, oblizując wargi.

-Chyba na mnie się nie obłowisz, bo nie mam nic cennego-posłał jej zadziorny uśmiech.

-Już ci coś ukradłam... Coś, czego już nigdy nie odzyskasz...-jej twarz przybrała triumfalną minę, zaś kapłan uśmiechnął się.

W tej właśnie chwili zastanawiał się, czy powiedzieć Elfce, że nie jest pierwszą, z którą spał, jednakże uznał, iż po tym nie miałby szans na drugi raz, a może i trzeci.

Poza tym zawsze pozostawał w dobrych stosunkach z kobietami, z którymi spędził noc, ponieważ zawsze mógł wrócić do niej, kiedy brak będzie mu łóżka.

-Czy ty...?-nie zdążyła dokończyć pytania, ponieważ kapłan wyszczerzył się i przeturlał tak, że znalazł się na górze, zamykając usta Elfce własnymi ustami...

***

Żal mu było rozstania z Alvelią, z którą spędził więcej niż tuzin nocy, poznając ją w najdrobniejszym szczególe. Obecnie był w stanie dokładnie opisać każdy jej delikatny palec, który dotykał go, natomiast w ustach dalej czuł smak jej pocałunków, czuł zapach jej ciała, natomiast pod palcami dalej czuł ciepłą, miękką skórę.

Rozstania zawsze były trudne, lecz nigdy nie rozpaczał długo. Wtedy właśnie najgorliwiej zwracał się w stronę bogini, idealnie pięknej kobiety i oddałby lewą rękę za możliwość spędzenia z nią nocy.

Ha! Noc z boginią! To dopiero była zuchwała myśl!

Między innymi dlatego właśnie był człowiekiem wiecznie radosnym, optymistycznym.

Obecnie siedział w jaskini, planując położenie się. Nie mniej jednak wzmagało to w nim odrazę. Brak miękkości i brak kobiety nie zachęcało do snu, więc postanowił się pomodlić.

Pani moja piękna... Och... Aleś ty piękna, moja pani... Tak się zastanawiam, czemu nie mogę w pełni wielbić twych... walorów? Weź mnie do siebie, pani!
W każdym razie, moja śliczna, wybacz mi! Alvelia była tak kusząca! Ileż to razy zgrzeszyłem nie tylko myślą, nie tylko mową, ale przede wszystkim uczynkiem.
Wybacz mi moja władczyni, bo żałuję tego, ale nie obiecam ci, że tego nie uczynię ponownie, dopóki nie znajdę się przy tobie
-myślał, modląc się.

Wtedy właśnie ogarnęła go ogromna chęć snu. Uśmiechnął się radośnie, ponieważ stwierdził, iż w ten sposób spłynęło na niego wybaczenie jego bogini. Dar spokojnego snu.

***

Nagle obudził się z niewiadomego powodu i stwierdził, że jest chłodno. To znaczyło, iż ogień zgasł. Oczywiście trzeba było dołożyć drwa, zjeść śniadanie i wysuszyć dalej.

Powoli otworzył oczy i stwierdził, że... nie znajduje się w miejscu, w którym zasnął. Istotnie, dalej była to jaskinia, lecz nie ta.

Ponadto znajdowali się w niej takie osoby jak metalowy wyrwidrzew z groźnymi dłońmi, choć kapłana zastanowiło to, że nikt ową konstrukcją nie steruje, co nie było normalne.

Było również coś, co można zakwalifikować jako postać owinięta bandażami, choć w tym świetle ciężko było cokolwiek stwierdzić.

Ponad wszelką wątpliwość widział również wysokiego Paladyna w zbroi, lecz żadna z tych postaci nie przyciągnęła jego uwagi tak, jak ponętna Elfka w lekkiej, skórzanej zbroi odpowiednio uwypuklonej w odpowiednich miejscach.

Piękne, długie, białe włosy były związane, choć nie wszystkie. Na wolności pozostawały pojedyncze kosmyki, które nie zdołały zasłonić długich uszu, nad czym wcale nie ubolewał.

Przy pasie wisiał jej miecz, co dowodziło, iż pod skórą kryło się wytrzymałe ciało, z pewnością niezwykle zgrabne, sądząc po kształcie zbroi na owym ciele.

Niechętnie oderwał wzrok od ślicznej Nocnej Elfki, z którą swoją drogą, chętnie poznałby się bliżej... zdecydowanie bliżej...

W każdym razie... I te nogi... Gdyby tak poczuć je na swoich plecach...

Obok Nocnej Elfki... cóż to za Elfka! I jakie kształty... Aż same się proszą, by dłonie kapłana pochwyciły je...

Obok Elfki stał... Ona może mieć bardzo ładne piersi. Być może da je ocenić...

Obok owej Elfki... Cóż to za... stał Wilk.

Od zwierzęcia cały czas odciągała go kobieta, lecz on postanowił skupić się na owym stworzeniu.

Wilk z pewnością miał chronić Elfkę od niebezpieczeństw, które nie nabiją się na jej miecz.

Nagle kapłanowi przemknęło przez umysł to, że Wilk może próbować chronić ją przed nim, ale od razu odrzucił tą myśl. Nikogo się przed kapłanami nie chroni. To byłby absurd, bo ten zawód opiekuje się ludźmi i nie tylko ludźmi.

Oprócz tego był również Troll... i ta Elfka!

-Hmm… ładny, mięciutki bandażyk…-odezwał się, zaś zabandażowana postać odskoczyła i pchnęła tego, który ją macał...

Ostatnie słowo przywiodło na myśl Elfkę...

-Eee? Ten bandażyk się rusza! Ooo jest was tu więcej! Chwila… w sumie tylko jeden jest fajnym bandażykiem… szkoda-stwierdził owy Troll, zaś wysoki, szczupły kapłan uniósł brew w wyrazie radosnego zdumienia.

Nagle rozległy się piski, które okazały się pajęczymi odgłosami, na które Troll wyciągnął główkę i zaczął tańczyć, tylko po to by stwierdzić, iż główka się zacięła.

Pająk rzucił się na Hyjjila, ponieważ tak miał na imię owy Troll, i powalił ofiarę na ziemię.

-Niewykluczone. A wręcz prawdopodobne, że przydałaby się pomoc…-rzekł, kiedy z sufitu spadły cztery kolejne pająki.

Oho, moja piękna pani, będzie pomoc potrzebna...-uśmiechnął się do siebie, patrząc na atak Paladyna.

Nocna... Ciekawa zbieżność...

Ona również zaatakowała wraz ze swoim wilkiem, więc i Gelerar musiał zadziałać.

O moja ukochana pani! Proszę cię o pomoc, bo jak widać, mamy wszelkie szanse na to, by dołączyć do ciebie... A może nie powinienem prosić... Nie... Proszę... Tak, proszę o tarczę ochronną dla walczących z pająkami i dla mnie. Ogólnie rzecz biorąc chodzi mi o to, żeby ataki pajęczaków rozbijały się na tarczy, zaś ataki Trolla, Nocnej Elfki, "bandażyka", wyrwidrzewa i Paladyna, nie miały problemów z przejściem przez tarczę oraz ranieniem przeciwnika, który swoją drogą napadł nas bezpodstawnie. Bezczelni!

On jako jedyny stał i nic nie robił w sensie fizycznym, ale nie przejmował się tym. Jedynie błyskał oczami, wodzącymi po wszystkich.

Ponadto miał nadzieję, że jego bogini raczy go wysłuchać...
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 30-05-2009, 18:16   #6
 
Gettor's Avatar
 
Reputacja: 1675 Gettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłość
Kiedy Feriel podcięła nogi jednemu z pająków, DS. 10-43 stwierdził że była to najlepsza chwila na zrealizowanie swojego planu.

Robot spiął się, zatrzeszczał i skoczył zamierzając odrzucić na bok wszystko i wszystkich co stanie mu na drodze. Wyglądało to o tyle zabawnie, że nikt z was nigdy nie widział biegającego, czy skaczącego wyrwidrzewa…
Jak się okazało chwilę później, na plecy DS. 10-43 wskoczył jeden z atakujących pająków. To, połączone z impetem skoku, spowodowało ponowne wylądowanie konstrukta na kamienistej ziemi.

W tym samym czasie Artorius z sukcesem walczył z innym stworem – oślepiony stał się zdezorientowany i bardzo podatny na celne cięcie miecza paladyna. Rozległ się krótki, niski pisk kiedy pająk padał na ziemię martwy.

Chwilę później Feriel wykańczała wroga, który wcześniej skoczył na trolla. Rozległ się drugi, identyczny pisk i drugi z pająków padł martwy. Również wilk elfki dobrze sobie radził z innym z napastników, który najwyraźniej bardzo chciał dobrać się albo do elfki, albo do trolla.

W tym momencie na modlącego się dotąd kapłana spłynęła moc jego bogini. Jednak magiczna tarcza, którą się spodziewał otrzymać, zaczęła jaśnieć tylko przed nim zamiast przed całą ”drużyną”.

Chwilę później wilk Feriel już szarpał kłami pająka, który chciał przeszkodzić jego pani, a Hijjil już wstał.
- Eee… dzięki. – powiedział do elfki przyglądając się swojej główce. Najwyraźniej wciąż nie mógł pojąć, czemu nie działała. – Haha!

W czasie, kiedy troll wyciągał kolejne coś z sakiewki przy pasku, DS. 10-43 próbował zrzucić stwora ze swoich pleców, a piąty pająk… gdzieś zniknął!
Po chwili Hijjil wyciągnął z sakiewki biały proszek nieznanego pochodzenia i zaczął na powrót swój rytuał z małą główką.

Jednak tym razem przy końcu dodał rozsypanie przed sobą białego proszku. I zaczęło się dziać.

Proszek zawisł w powietrzu, by po chwili ruszyć w kierunku wskazywanym przez małą główkę trzymaną przez trolla – na ostatniego widocznego pająka, który właśnie dopierał się do DS. 10-43.

Kiedy tylko proszek dotknął stwora, zaczął parować, a pająk piszczeć. Spadł z wyrwidrzewa i upadł na plecy wijąc się niesamowicie.

Po chwili z pająka został tylko biały proszek, który troll zebrał skrupulatnie i wsypał z powrotem do sakiewki.
- Ten pajączk… paję… p…a…j… - Hijjil podrapał się po głowie. – Ten ziom jest teraz w lepszym miejscu!

Wyglądało na to, że wszyscy przeciwnicy byli już martwi, więc zgodnie całą szóstką ruszyliście ku wyjściu z jaskini.
Wyszliście z niej, by znaleźć się w… innej jaskini. Jednak ta była ogromna! To było raczej wielkie pomieszczenie niż jaskinia. Szerokie i długie na co najmniej dwie setki stóp, a sufit był… hmm… sufitu nie było.


W miejscu gdzie być powinien, była przestrzeń kosmiczna z planetami i gwiazdami. Były tam również fioletowe smugi, lub strumienie energii - trudno było to stwierdzić.
Ponadto były tam inne rzeczy, których w normalnej jaskini być nie powinno – gdzieniegdzie rosło drzewo, stała wieża strażnicza pod dziwnym kątem. Był nawet tartak.
Przed wami natomiast stała dwójka krwawych elfów – jeden wyższy od drugiego o niecałą stopę.


Obaj mieli typowo elfie szaty – szkarłatno-czarne z wysokim kołnierzem. Ponadto trzymali w rękach jakieś kartki…
- Wreszcie jesteście. – powiedział ten wyższy. – Ciekawe co wam tak długo zeszło…
- Proszę wybaczyć, wasza wysokość. – przerwał mu niższy. – ale te pająki...
- Nie rozśmieszaj mnie, co? Ta tak zwana przeszkoda selekcyjna zostałaby sforsowana przez neandertalczyka. A tu proszę, mamy wyrwidrzewa, paladyna, łowczynię, kapłana i przemytnika. Hmm… przypomnij mi, żebym porozmawiał z osobami odpowiedzialnymi za dobór ochotników.
- Tak jest sir.

Wtem za nimi, jakieś trzydzieści jardów dalej, zaczął biec od prawej do lewej strony… ktoś. Nigdy czegoś takiego nie widzieliście – ubrany w dziwny, niebieski pancerz, w rękach trzymający coś co nie przypominało niczego co wcześniej widzieliście.


Podążając za waszymi spojrzeniami, niższy elf odwrócił się i również go zobaczył.
- Eee… - powiedział. – Panie?
- Co znowu? – zapytał wyższy elf odwracając się. – CO TEN KRETYN WYPRAWIA? CZY WSZYSTKICH TUTAJ JUŻ DO RESZTY POPIERDOLIŁO?
Westchnął przeciągle, po czym znów krzyknął.
- TY! IDIOTO! TAK, TY! AZEROTH, ROZUMIESZ? A-Z-E-R-O-T-H!

Efekt był prawie natychmiastowy – dziwna postać w niebieskim pancerzu zmieniła się w bardziej znany wam kształt – rycerza dosiadającego wierzchowca z herbem Przymierza.

- Ech… zajmij się resztą. Ja już nie mam siły do tego ogólnoświatowego debilizmu. – stwierdził wyższy elf odchodząc. Kiedy był już całkiem daleko, niższy elf powiedział.
- Musicie mu wybaczyć… niekończąca się służba.

- Jesteśmy Strażnikami Czasu, strzegącymi linii czasoprzestrzennej. Jesteśmy zawsze tam gdzie ktoś włamuje się do cudzych czasów i ingeruje w wydarzenia na które nie powinien mieć wpływu.

- Zostaliście tu wezwani, bo tak właśnie się teraz dzieje. – wtedy elf zaczął przetrząsać swoje kartki, aż wreszcie znalazł tą jedyną i zaczął z niej czytać:
- W roku dwudziestym nowej ery Czempion Króla Lisza, Arthas Menethil zawiózł do Królestwa Quel’Thasal zwłoki lisza Kelthuzada, by go wskrzesić energią Słonecznej Studni elfów. Zabieg się udał, zaś studnia została splugawiona i prawie zniszczona. – przestał czytać z kartki. – Tak wygląda wersja podręcznikowa, która musi się utrzymać. MUSI. Jednak ktoś próbuje zapobiec wskrzeszeniu lisza poprzez przedwczesne zniszczenie studni… tym.

Wtedy elf odszedł krok na bok i pstryknął palcami. W miejscu w którym przed chwilą stał pojawił się obraz wielkiego, czerwonego klejnotu.


- Skala siedemdziesiąt pięć do jednego. – wynikało z tego, że rubin w rzeczywistości z łatwością zmieściłby się w dłoni. – To jest broń, którą pewne osoby chcą zniszczyć studnię. I uwierzcie mi, jeśli ich nie powstrzymacie – uda im się. I wtedy Arthas nigdy nie wskrzesi Kelthuzada. Mam nadzieję, że nie muszę tłumaczyć czym to grozi?

Elf westchnął, podrapał się po czole i dodał:
- Macie jakieś pytania?
 

Ostatnio edytowane przez Gettor : 30-05-2009 o 18:19.
Gettor jest offline  
Stary 06-06-2009, 12:12   #7
 
Sulfur's Avatar
 
Reputacja: 26 Sulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodze
Nad otoczeniem górę wziął mrok nocy pochodzący nie od samej swojej matki, lecz ze źródła jeszcze głębszego i czarniejszego. Był gęstszy, głębszy, szczelniej otulał się wokół dziwnie rozluźnionych ciał. I trwał w najlepsze nawet pomimo sączącego się z załomu skalnego korytarza białego światła. Był może przez to nieco bardziej zasępiony niż zwykle, ale nawet nie myślał niknąć, czy też rozpływać się gdziekolwiek w sposób jakikolwiek. Nie żył oczywiście – nie należał do świata istot, ale jak większość rzeczy, przedmiotów i zjawisk miał swój charakter i nacechowany był pewnymi emocjami, czy może nawet wspomnieniami – nie w sensie obrazka czy całej ich masy z przeszłości – nie to było coś głębszego, co wyróżniało go z tłumu innych choćby i setkę razy mroczniejszych mroków. Gdzieś pod zwałami mglistych i rozlazłych płatów świadomości odcinał się nawet Cel. Ten akurat był jednak okrutny w stopniu najokrutniejszym z możliwych. W swym prostym zadaniu nie widział kompromisów, żadnej litości, przegranej. Przecież w końcu właśnie po to zamieszkiwał jedną z paskudniejszych jaskiń.

W każdym razie takim mianem określał miejsce w jakim się znalazł wyrwidrzew. A mówiąc jeszcze dokładniej, to skończył rzucać w jego stronę wyszukanymi epitetami przed pokaźną chwilą i teraz najwyraźniej rozgrywał walkę z samym sobą. W obrębie własnego blaszanego wnętrza. Napinając się i, mimo woli, nerwowo szukając oczami jakiegoś niezidentyfikowanego bliżej punktu. Skupiony trwał w stężonym dziwnie otoczeniu, były to jednak tylko ułamki sekund. Potem bowiem wszystko wybuchło z siłą nieporównywalną do niczego, co DS. 10-43 znał by lub widział.

Dwie strony, obie o predyspozycjach do zostania łowcami doskonałymi, obojętne czy to niecodziennych uciekinierów, czy też po prostu takimi, którzy polują z przymusu zaspokojenia głodu i instynktu, rzuciły się na siebie i skotłowały w szaleńczej, z pozoru tylko wyrównanej walce. Coś błysnęło straszliwie, rozdzierając na dwoje zbitą i pewną swego zasłonę ciemności, zawyły czyjeś wyswabadzane z nadmiaru powietrza płuca, zdawało się, że to sama Śmierć krąży po jaskini i kryjąc się w resztkach cienia tnie co i kogo popadnie, dokładnie w to i co popadnie. A potem był już tylko ból i uczucie zgniatanie przez coś naprawdę dużego i nieprzyjemnie śliskiego.

Później DS. 10-43 całymi dniami zastanawiał się, co mogło nie udać się w tak prostej czynności, będącej nieodłączną od życia zawsze i wszędzie. Był niemal pewien, że nie ma problemów z utrzymywaniem równowagi, że przeważnie nie nawiedzają go dziwaczne skurcze, a nade wszystko, że droga, którą stąpał przed postawieniem tego decydującego kroku, mającego zapoczątkować skok, była zupełnie, ale to zupełnie pozbawiona luźnych kamieni, czy innych rzekomych przeszkód. Kilka lat po zdarzeniu powziął decyzję, że musiała być to sprawka interwencji z samej góry, albo... przecież tam, wtedy, w tej zatęchłej jaskini o nieskończonym kształcie i rozmiarze, byli inni, tamci – magowie, łowcy. Ale czy oni byliby zdolni to zrobić? Może na początku... Później, hm... później już nie.

Ale niestety w chwili obecnej, która zaistniała umysł nie pracował szczególnie spójnie i nie mógł dojść do innych wniosków niż ten, że nie udało się i niechybnie skończy zjedzony w całości, do ostatniej śrubki, przez jednego z tych wielkich ośmionożnych stworów. Obrzydliwych stworów. Tak, teraz był tego po stokroć pewien. Tym stworzeniom bliżej było do ludzi, nie do zwierząt. One też atakowały bez ostrzeżenia, przelewając w swe ruchy maksymalną agresję, często zupełnie bez powodu. Leżał. Twarzą dotykając litej, zimnej skały – podłoża jaskini. Słyszał. Ciche, zduszone pojękiwania, dziki wilczy warkot i syk z jakim ostre, nazbyt cienkie miecze przecinały powietrze . Szarpał się. Oczywiście, że się szarpał, to był odruch. Bezgraniczny strach bezpośrednio związany z kleszczami kluczącymi gdzieś ponad jego karkiem i wyobrażeniem chyba tylko zimnego jak lodowe tchnienie oddechu, dobywającego się z trzewi pająka. Bestia musiała przewyższać masą ciężą maszynę-niemaszynę. Albo też działa tu zasada, której wyrwidrzew po prostu nie mógł poznać prowadząc swoje spokojne i ustatkowane życie. Zasada ta jednoznacznie stwierdzała, że ten, kto leży na dole, ma, krótko mówiąc, przesrane.

- Eee… dzięki. Haha!.

Rozległo się gdzieś bardzo daleko i zabrzmiało tak, jakby było zupełnie oderwane od grozy sytuacji, nie wiedziało, że nie będzie już więcej kolorowych ptaszków i zielonych pędów roślinek, że czyste powietrze zamieni się teraz w nasycone olejową wonią powietrze z krainy, gdzie po śmierci trafiają wyrwidrzewy. W niepamięć odchodziła właśnie historia DS. 10-43, który powstał ze swej formy sztywnego nieżycia, tylko po to by... znowu do niej powrócić. Może nieco w gorszym stanie, na jaki na pewno będą miały wpływ liczne wgniecenia i calowe dziury po kleszczach pająka. Tylko kto będzie chciał wyjmować te nieużyteczne szczątki wprost z tętniących złością wnętrzności bestii? Swą tajemnicę zabiorę ze sobą do grobu – tego pewien byłem od zawsze. To, że grobem będzie dla mnie czyjś żołądek jest dla mnie swego rodzaju nowością.

A potem zaczęło się coś dziać. Było to niezwykłe, ale też równie niepokojące co drgające, ostre szczęki. Najpierw nieznaczny szelest, dziwne uczucie i... przeraźliwy, nieporównywalny z niczym pisk bólu. Uścisk zelżał. Ziemia zadrżała. Ucichła, zatętniły ciche kroki. Bezruch. Głos:

- Ten pajączk… paję… p…a…j… Ten ziom jest teraz w lepszym miejscu!

Niezrozumiałe słowo umalowane równie niejasnym akcentem i głosem o strukturze nieheblowanej deski.

Wstał.

Pierwszym, co dotarło do skołowanego układu scalonego, będącego jednym z pierwszych generatorów uczuć i odczuć, była widziana już chwilę przedtem postać zabawnego z zachowania jak i wyglądu trolla. We względnym skupieniu zagarniał do skórzanej sakiewki biały proszek z pobliskiej kupki, którą widział, chociaż mógłby przysiąść, że przed minutą jeszcze jej tu nie było. Zaległa nieprzyjemna cisza – raj po nieprzyjemnym hałasie. Tylko, że... wpadł...

Z deszczu pod rynnę...

Z sadzawki pełnej szczupaków do basenu pełnego piranii... (Co z tego, że był nie do końca jadalny? Piranie to piranie!)

Rozejrzał się. W różnych punktach jaskini, raczej bliżej, niż dalej od siebie, spoczywały trzy nieruchome bryły włochatych cielsk pająków. Jednak je zabili... – przemknęło mu przez myśl. - Właśnie, oni! Instynktownie chyba postąpił dwa kroki do tyłu, w stronę załomu skalnego korytarza, jedynego wyjścia... Jedynego! To jak się tu znalazł? Nie pamiętał żadnego korytarza. Nie pamiętał nic. I... myśli splątały się w sposób niewyobrażalny i pacnęły w tył głowy, tak, jak zwykła robić to kukurydziana papka. Nakazał sobie spokój.

Trudno było mu to jednak uczynić w obecności czwórki niezbyt szarych i typowych istot. (Troll zdawał się być zupełnie niegroźny i... śmieszny.) Czarna elfka z dwoma srebrzystymi ostrzami w dłoniach, piękna i groźna, a przynajmniej sprawiająca takie wrażenie. Gdzieś z boku świetlisty potężny mężczyzna – trzeba było się porządnie zastanowić, nim doszło się do trafnej odpowiedzi – czy to świeci on, czy jego miecz? Jeszcze dalej spowity białym, luźnym, skromnym płaszczem w porównaniu z odzieniem reszty, no może wyłączając z tego nieruchomego bandażowego pana, stał wpatrzony w elfią kobietę człowiek i... tak czuł to wyraźnie, ślinił się! Był jeszcze wilk, dopiero teraz go zauważył. Włóczył się gdzieś koło kształtnych nóg ciemnej pani i powarkiwał.

Posępne grono na chwilę obecną znieruchomiało. Nic jednak nie mogło mówi, że za chwilę nie ruszy na niego, dostrzegając w wyrwidrzewie nie tyle co zagrożenie, ile cel... zabawy? Tak chyba można tak nazwać banalną pracę za wielkie pieniądze i tak już spoczywające w pękatej sakiewce.

- Zabijecie mnie? – zapytał niepewnie głosem nie tak znowu metalicznym, jakby mogło się wydawać; gdzieś między zgłoskami wyczuć dało się nutę, albo cały utwór pisany specjalnie dla orkiestry symfonicznej, strachu. – Tak na śmierć?

Jaskinia, a właściwie ogromne pomieszczenie, gdzie nie dało wyróżnić się sufitu ani ścian, było jak najbardziej prawdziwa. Mimo swych nierealnych barw, kształtów, a niekiedy i łamanym nagminnie powszechnym prawom fizyki. Pomieszczenie to, pomijając absurd tego stwierdzenia, przywodziło na myśl bramę do innego świata – w swej niezrównanej wielkości zawartego w obrębie podziemnych hal i tuneli. Jedyny problem stanowiło pytanie...

SKĄD JA SIĘ TU WZIĄŁEM?!!!

Przecież chciał uciekać, musiał uciekać, jak najszybciej, ku światłu dnia i ciepłu. Czuł stępującą na niego grozę i bezradność wobec samego siebie. Był tam, a nagle jest tu! Dlaczego?! Mimo woli zagłębił się w labirynt skalnych tuneli i w efekcie znalazł się tutaj. Pamiętał pytanie, pamiętał...

O Bogowie! ONI! Gwałtownie rozejrzał się wokół i niemal nie padł na ziemię. Z zimnego przerażenia, które zalewało go dokumentnie, tratując nawet potężną grozę.

Łowcy. Oprawcy. W liczbie pięciu. Nieustępliwi. A pośrodku on, bez cienia pojęcia o co chodzi w tej całej piekielnej maskaradzie, pragnący tylko spokoju w sercu zielonego lasu, którego dla zabawy nie odwiedzają spragnione krwi – żywicy hordy orków. I już jego wnętrze zalewała leniwa fala błogiego spokoju i nieporównywalnej senności, coś niespotykanego i tak upragnionego, płynął po łące, lekki mimo metalowej postury, opiewany pieśnią Wiosennej Pani – jednej z zapomnianych i zepchniętych na margines bytu. Czuł szczęście, nie, to było coś głębszego. To on był szczęściem i radością, śmiechem i spełnieniem, ale i... smutkiem i przemijaniem? Skąd te dwa ostatnie w istnym raju doznań i obrazów? Tchnienie, twarz, oczy, oczy, oczy...

Fiolet, fiolet smugi przecinającej niebo. Miecz przecina ciało. Nie! To tylko smuga i niebo. Niebo i smuga. Jaskinia...

Drgnął oszołomiony, zdając sobie sprawę, że tuż przed nim stoi jeszcze jedna, szósta postać. Wysoka, wyniosła. Coś mówiła. Wyraźne słowa i zdania niosły kilka strasznych informacji. Był przez kogoś oczekiwany pomimo iż nigdzie go nie zapraszano, ba, mówca dziwił się, że przybył dopiero teraz. W swej pysze wspomniała coś o błahości napotkanych przeszkód, a potem... wyraźnie zasugerowała, że nie jest... odpowiedni? To dobre słowo? Tylko do czego?

Nie zdążył jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, ani tym bardziej powziąć słusznej decyzji dotyczącej dalszych działań bo oto... to był sen? ... z dali słyszeć dał się stukot kroków... postaci straszliwej zarazem i fascynującej. DS. 10-43 patrzył osłupiały jak zakuty w dziwnego koloru, idealnie wyprofilowany materiał przebiega w odległości kilkudziesięciu jardów i po wściekłych nawoływaniach, w których nazwany zostaje AZEROTHEM, zmienia się, zmienia! w wielkiego jeźdźca dosiadającego równie wielkiego rumaka opatrzonego nieznanym wyrwidrzewowi herbem.

- Jesteśmy Strażnikami Czasu, strzegącymi linii czasoprzestrzennej. Jesteśmy zawsze tam gdzie ktoś włamuje się do cudzych czasów i ingeruje w wydarzenia na które nie powinien mieć wpływu. Zostaliście tu wezwani, bo tak właśnie się teraz dzieje. W roku dwudziestym nowej ery Czempion Króla Lisza, Arthas Menethil zawiózł do Królestwa Quel’Thasal zwłoki lisza Kelthuzada, by go wskrzesić energią Słonecznej Studni elfów. Zabieg się udał, zaś studnia została splugawiona i prawie zniszczona...

CO?! Co to za brednie? Co za dziwne słowa?! Jakiś Lisz, Studnia słońca... A potem do skołowanego wyrwidrzewa dobiegła nowa fala „informacji”.

- Tak wygląda wersja podręcznikowa, która musi się utrzymać. MUSI. Jednak ktoś próbuje zapobiec wskrzeszeniu lisza poprzez przedwczesne zniszczenie studni… tym.

Nie bardzo zrozumiał koncepcję, jaką zawarł w swych słowach mówca, ale przez chwilę wydawało mu się, że... że... zna przyszłość? Błysnęło czerwienią, W niewytłumaczalny sposób w powietrzu zawisła kula. Wielka i jakby posiadająca swoją własną głębię, która żyła i wraz z nią pulsowała, chociaż nie... Obraz był nieruchomy. To tylko złudzenie.

- Skala siedemdziesiąt pięć do jednego. To jest broń, którą pewne osoby chcą zniszczyć studnię. I uwierzcie mi, jeśli ich nie powstrzymacie – uda im się. I wtedy Arthas nigdy nie wskrzesi Kelthuzada. Mam nadzieję, że nie muszę tłumaczyć czym to grozi?

No nie... Teraz całe przerażenie uleciało ustępując miejscu rozbawieniu i złości. O ile to w ogóle może ze sobą iść w parze. Śmieszyło to, że jakąś czerwoną kulkę nazywa się bronią, śmieszyło, że ten ktoś najwyraźniej myśli, że ma przed sobą piątkę superbohaterów. I przerażało... On mówił poważnie. Przynajmniej miał odpowiednią temu minę i ciężki, pewny siebie głos. Absurd... Ucieczka...

- Macie jakieś pytania?

Żart? Ucieczka... – popłynęła myśl i zagłuszyła wszystkie inne – ku słońcu dnia i koronom drzew. Co robić?

A może nie umrze dzisiaj? Złudne nadzieje. Kilkadziesiąt kłów wilka, kilka ostrzy mieczy – to było aż za dużo, żeby stworzyć nawet poszarpane widmo kłamstwa. Ale jeśli... Jeśli te ostrza broni nie były skierowane przeciwko niemu? Co jeżeli się pomylił?

Spojrzał za siebie, rozglądając się za dogodną droga ucieczki i zapytał mówiąc prosto z serca.

- Polujecie na mnie? – Spojrzał na elfkę, mężczyzn i zabandażowaną postać. - Zapłacono wam za pojmanie mnie i przetransportowanie do orkowego obozu drwali? A ty? – przeniósł spojrzenie na mężczyznę, w sztywnej szkarłatno-czarnej szacie, który do tej pory nieprzerwanie mówił. – Ty też bierzesz w tym wszystkim udział? I... co to za miejsce? Daleko stąd do Ashenvale?

W umyśle na nowo pojawił się obraz twarzy Pani. Pośród łąk i zieleni, tchnienia... Zniknął. Nie pozostawiając po sobie śladu. Tylko wielką jaskinię i niezręczną, makabryczną sytuację.

 

Ostatnio edytowane przez Sulfur : 06-06-2009 o 12:21.
Sulfur jest offline  
Stary 09-06-2009, 15:35   #8
Konto usunięte
 
Midnight's Avatar
 
Reputacja: 613 Midnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemu
Juz po wszystkim. Wstretne, osmionogie bestie zostaly pokonane. Hip hip hurra.... Wszyscy szczeliwi? Nikt nie zglasza sprzeciwu? Swietnie...
Feriel z wsciekloscia wytarla miecze. Nie pisala sie na to. Nie wyrazala zadnej cholernej zgody na zostanie przetransportowana w to przeklete miejsce. Zdecydowanie rowniez nie zgadzala sie na towarzystwo tego ludzkiego nieudacznika w przescieradle, ktory wygladal jakby nigdy w zyciu nie widzial kobiecego tylka... Albo jakby tych tylkow widzial juz za duzo i sie od nich uzaleznil. Jeszcze zeby byl do czegos przydatny... Ale nie.. Bo niby dlaczego?
Przynajmniej paladyn okazal sie uzytecznym towarzyszem. Lekkie pochylenie glowy musialo mu jednak wystarczyc w ramach podziekowania za pomoc w walce. Jezeli, podobnie jak ten w kapturze, liczyl na cos wiecej to niech lepiej sam sie nabije na swoj swiecacy mieczyk i oszczedzi jej ponownego czyszczenia jej wlasnych.
Troll tez byl niczego sobie... Moglby jednak ograniczyc glupie odzywki. W jego wykonianiu wychodzily nie tyle smiesznie co zalosnie.

- Moze pomoge?

Oczy Elfki zwezily się z wscieklosci, kiedy to odwracala sie, by z impetem wymierzyc temu bezczelnemu czlowiekowi, siarczysty cios, bedacy ledwie namiastka tego, co powinien otrzymac.
Niemal przyjemne było zetknięcie jej dłoni z twarzą tamtego, choć zdecydowanie nie dla niego, gdyż Elfia dłoń z powodzeniem mogła zostawić ślad na każdym policzku. Szczególnie tego osobnika. Szczególnie w tej chwili.
Jakby mało było tej całej, chorej sytuacji.

- Policzek od tak pieknej kobiety zawsze przyjmuje z wdziecznoscia.

Dobrze, że tylko tyle miał do powiedzenia. Spojrzała na miecz, po czym na człowieczynę.

-Ciekawe czy będziesz tak samo wdzięczny po rozpłataniu...

Prychnęła, po czym odwróciła się, ucinając rozmowę. Jednocześnie klingi powędrowały na swoje miejsca, do pochew.

-Idziemy.

Powiedziała do wilka.
Mozliwe jednak, ze to ona zwyczajnie szukala kogos lub czegos na czym moglaby wyladowac zlosc i frustracje. Pajaki nie wystarzyly.. O nie.. Tu bardziej przydalby sie ork.. Cala chmara orkow.. Cala piperzona jaskinia wypelniona orkami. Tak, to mogloby pomoc. Zamiast jednak orkow dostala ..

- Cokolwiek sobie zazyczysz...

-Nie do ciebie mówiłam.

Warknęła, odwracając głowę, by jedynie kątem oka spojrzeć na człowieka w przescieradle.
Bezczelny, glupi i napalony...

- Wybacz...

Usmiechnela sie pod nosem...

- ... Ze sie nie przedstawilem. Jestem Gelerar Renivo Anteliel, a ty moja pani?

Usmiech zamarl i przeobrazil sie w grymas zlosci.

-Nie jestem twoją panią.

Syknęła nawet nie odwracając się. Co on sobie wlasciwie wyobrazal?!

Jej mysli na chwile odbiegly od wynajdywania sposobow na usmiercenie Gelerara... Wlasciwie co to za imie?! Jezyk mozna bylo sobie polamac.. Zamiast wiec myslec o rzeczach przyjemnych powrocila do tego co dzialo sie w rzeczywistosci.
No wlasnie, co? Krwawe elfy? COS przemieniajace sie w rycerza? Wyrwidrzewa z mania przesladowcza? Cos pominela? A tak, misja ratowania porzadku czasowego. No tak, wszystko jasne..
Sni...
Prosta odpowiedz na stek absurdalnych zdarzen. Poprostu zasnela i ma kompletnie nieprzewidywalny sen. W koncu sny takie sa... Prawda? Nic niezwyklego... Normalny sen... Uluda... Wytwor zmeczonej podswiadomosci, czy jakos tak... Tylko dlaczego miala przeczucie, ze to jednak bledna odpowiedz?

- Polujecie na mnie? Zapłacono wam za pojmanie mnie i przetransportowanie do orkowego obozu drwali?

No dobra, przynajmniej jedno sie wyjasnilo. Uciekinier... To by nieco tlumaczylo manie przesladowcza. Tylko... Co on tu robi? Co oni wszyscy tu robia? Tak, elf wyjasnil dlaczego sie tu znalezli... O ile jednak nie wiedziala jak z reszta, to ona jakos wcale nie przypominala sobie momentu, w ktorym "zglaszala sie" na ochotnika. Zupelnie zas nie miala zamiaru byc ochotnikiem w czymkolwiek zwiazanym z Krwawymi elfami.

- Spokojnie.. Nikt na ciebie nie poluje.. Przynajmniej nie ja... Co do ciebie elfie... Jakos nie przypominam sobie momentu "ochotniczego" zgloszenia sie do tej... zabawy. Jezeli wiec o mnie chodzi to mozesz sobie podarowac i odeslac mnie na miejsce, z ktorego zostalam zabrana.

Miast jednak odpowiedziec elf, odezwal sie czlowiek. I to jak.... Feriel westchnela nie wiedziec czy z wscieklosci czy z kompletnego zalamania. Nie wiedziala co on sobie wyobraza.. Wlasciwie to chyba nawet nie chciala tego wiedzic. Nadzieja, ze policzek pomoze mu wrocic do rzeczywistosci .. Jak to nadzieja, byla zludna. Moze faktycznie powinna poczestowac go jednym ze swoich mieczy i ulzyc swiatu?

- Nie, nie mozesz mi potowarzyszyc czlowieku... Podrozuje sama... Zrozumiales? SAMA..


Po czym zwrociwszy sie do Krwawego elfa.

- Wiec jak bedzie?

Ponownie jednak elf nie zdazyl zabrac glosu. Feriel wygladala na zalamana i doprowadzona do ostatecznej wscieklosci.

- Dobra... Cokolwiek byle sie go pozbyc... Nawet Krwawe elfy sa lepsze....Szczegoly.. Podaj jakiekolwiek szczegoly bo poki co wiemy tyle co nic... Jak zamierzacie nas przetransportowac w przeszlosc? Dlaczego wlasciwie mamy chronic studnie tylko ppo to by zniszczyl ja ten przeklety ..... Na koniec zas racz wyjasnic o co chodzi z tymi ochotnikami....


Po raz trzeci to nie elf odezwal sie na jej slowa.

-Myślę, że jednak ta cała wyprawa nie jest złym pomysłem.

Rozbawienie tego mezczyzny bylo chyba rownie wielkie co jej zlosc i zniechecenie. Czula, ze sama sie w to wpakowala podjudzajac go swoim zachowaniem. Czula tez, ze dlugo z tym nie wytrzyma. Albo ten sen wreszcie dobiegnie konca albo ona stanie sie w nim morderczynia kaplana erotomana.
 
__________________
[B]poza tym minął już jakiś czas, odkąd ludzie wierzyli w Diabła na tyle mocno, by mu zaprzedawać dusze[/B]
Midnight jest offline  
Stary 09-06-2009, 19:27   #9
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 14873 Alaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputację
Dwa posty by Al & Mid xD

Najwidoczniej jego bogini miała bardzo dobry humor... Tak dobry, że kapłan niemal widział jej wysoką, smukłą postać w zielonej sukni, uwydatniającej jej względy. Widział jak trzęsie się ze śmiechu, wzbudzając w drgania kasztanowe, kręcone włosy, które odrzuciła niedbałym gestem, by nie łaskotały jej po twarzy, skąd spoglądały roześmiane, szmaragdowe oczy.

Kłos, jej atrybut, nie spoczywał w pięknych, delikatnych dłoniach, lecz obecnie wpleciony był we wzburzone morze włosów i kapłan niechętnie musiał przyznać, że ślicznie wygląda, szczególnie wtedy, kiedy uśmiech gościł na jej twarzy.

Najpiękniejsza była jednak wtedy, kiedy się śmiała... Tylko czemu musi droczyć się z nim i dworować z niego?! Czemu nie może śmiać się z innego powodu?

Spojrzał na nią nabzdyczony.

-Ha... ha... Bardzo śmieszne. Dowcip się ciebie trzyma, o Pani, nie ma co... Wiesz, że nie o to prosiłem-fuknął, patrząc spode łba, co spowodowało kolejną salwę śmiechu, przez co kapłan wyglądał na jeszcze bardziej naburmuszonego.

Przyjrzał się jedynie swojej świetlistej tarczy, chroniącej go. Widział również, że nie ma jej nikt inny.

Nie ma jej zarówno Troll, człowiek, wyrwidrzew, coś bandażowatego, wilk ani... Elfka! Ona nie miała!
Co jak co, ale żeby taka kobieta nie posiadała ochrony! Niedopuszczalne!

Aż strach było pomyśleć, że tak piękne nóżki mogłyby być pogryzione przez tak brzydkie pająki! Przecież do nich miały prawo jedynie osoby, które pieścić je będą, a nie krzywdzić! Ba! Nie tylko te części ciała należy wysławiać i chronić od czegoś tak obrzydliwego jak włochate, ośmionogie pająki, a ich odnóża wcale ładnymi nazwać nie można było.

Skłoniło go to do głębszej refleksji. Może te włochate pajęczaki atakowały Nocną Elfkę dlatego, że miała tak ładne nogi, a one całe były tak brzydkie. Zaprawdę powiadając, sama stópka owej Elfki była ładniejsza niż wszystko co piękne w milionie tych włochaczy, zgromadzone w jednym miejscu, natomiast sam kapłan z chęcią miast takiego obrzydlistwa, całowałby słodziutką rączkę Elfki.

W tej chwili marzył jednak o wielkiej balii wypełnionej gorącą wodą, w której mógłby się zanurzyć i leżeć bezczynnie, zapomnieć o całym świecie i zmyć z siebie cały brud długiej podróży. Po tym czekałoby go łóżko, wygodne, miękkie. Mógłby się w nim osunąć i zasnąć...

Oczywiście wszystko miało jeden warunek... W balii odpocząłby tylko wtedy, kiedy nie byłoby w okolicy żadnej kobiety, a to samo tyczyło się łóżka, ponieważ, jak powszechnie wiadomo, nie służyło ono jedynie do spania... Chociaż jakby się nad tym dobrze zastanowić, to właśnie do spania służyło, choć wymiar słowa "spać" może być różny.
Nie mniej jednak zdecydowanie łóżko służyło do spania w sensie dosłownym i przenośnym, a on, o dziwo dokładniej znał funkcję łoża w sensie przenośnym, ponieważ, jak na kapłana przystało, dzielił się wszystkim, co miał. To, że miał jedynie wygodne posłanie było inną sprawą, zaś jeszcze inną, że tak bardzo chciał dać coś jeszcze i uprzyjemnić tą nudną noc, którą można by było spożytkować jedynie na wyłączenie mózgu.

Tak, tak, to prawda, był za dobry, szczególnie dla kobiet... Cóż... Każda białogłowa, nie mówiąc już o cudnej, białowłosej Elfce, wymagała pomocy. Niestety nie często zdawały sobie z tego sprawę. Każda kobieta, niezależnie od rasy, wymagała radości, przyjemności, a on wspaniałomyślnie gotowy był dać to wszystko.

No, może nie każdej... Kobiety Trolli, Taurenów i Orków wymagały takich pokładów... radości... tak, to dobre słowo, radości, których on osobiście nie był w stanie dać.
Przyznawał się do tego, był niedoskonały i nie potrafił uszczęśliwić wszystkich, lecz na jego szczęście... znaczy się nieszczęście, przed zadowalaniem płci pięknej tych trzech ras... Płci pięknej? Można było na ten temat dyskutować...
W każdym razie gdyby nawet próbował uszczęśliwić jedną z nich, choć budzi w nim to najgłębsze obrzydzenie z powodu swej niemocy, bezradności i bezsilności, po próbach owych, zakończonych niepowodzeniem, musiałby się zabić, bo z taką skazą żyć nie podobna.

Chociaż, jakby się zastanowić, to w Trollicach najbardziej przeszkadzały mu stopy... Znaczy stopy Trollicy, w tak grube jak jego udo, bo twarze, gdyby nie te kły, wcale nie były aż takie złe.
I jeszcze te dłonie przypominające wielkością sporej wielkości bochenki chleba.
Nawet dziwaczne fryzury nie były złe...

Co się tyczy kobiet Orków... Z całej tej makabrycznej trójki ras, one były najlepsze, choć uszczęśliwianie ich to stąpanie po cienkiej linii, bo niechby go chociaż uścisnęła niego mocniej... Cóż... Kręgosłupa z gumy nie miał, a szkoda.
Nie mniej jednak w Orczycach najgorsza była ta łysina z włosami tylko w jednym miejscu, nie mówiąc o olbrzymich, wręcz nieproporcjonalnych dłoniach i stopach. Orczyce były jednak o tyle lepsze od Trollic, że miały normalną ilość palców. Było to pięć, wielkich jak kiełbasy, paluchów, zamiast trzech, wielkich jak salceson, paluchów.

Idąc tym tropem Taurenki... Nie! Taurenki zupełnie odpadały! Niech Elmenia broni zbliżyć się do takiej przedstawicielki! Nie miały słodziutkich buziek, ładnych rączek, nóżek, nawet figur. Były zgarbione, zbyt włochate, zęby wystawały z pyska, rogi sterczały z baraniego, a raczej byczego łba. Do tego mają tylko trzy, wielkie paluchy. Nie! Ta rasa była najgorsza...

Już nawet Nieumarły ujdzie w tłoku, choć kapłan obawiałby się tego, czy niektóre jego części ciała tak się nie zbuntują, że same nie staną się nieumarłe. Od chłodu Nieumarłych zdecydowanie wolał słodkie ciepełko Elfek, nie ważne czy Krwawych czy Nocnych.

Tak, zdecydowanie Elfki były tą rasą, której uwielbiał sprawiać radość. Co prawda miały oczy bez tęczówek czy źrenic, ale była to specyfika urody rasy, która nie szpeciła, a raczej czyniła bardziej egzotycznym.
Może uszka były troszkę przy długie, lecz to również można było uznać za nieszpecącą specyfikę rasy.

Tuż za nimi, a może nawet na równi, plasowały się Ludzkie kobiety. Były one... Normalne, a przez to tak wyjątkowe i wspaniałe...

-Zabijecie mnie? Tak na śmierć?-zapytał nagle Wyrwidrzew, a Gelerar zamrugał ze zdziwienia, zaś w jego oczach bogini śmiała się tak, że musiała usiąść.

Zupełnie co innego odczuwał kapłan szczerze oburzony pytaniem. Jak ktoś mógł posądzić jego! Jego! Jak ktoś mógł posądzić jego o coś takiego?! On był kapłanem! On zadowalał i niósł przyjemność! Kobietom inaczej niż mężczyznom, ale zawsze! On chronił, leczył, pomagał!

W tej chwili miał ochotę uszkodzić Wyrwidrzewa za tak bezpodstawne i absurdalne bzdury i zrobiłby to, gdyby nie widok Elfki.

Elfka. Wyrwidrzew. Elfka. Wyrwidrzew. Elfka. Wyrwidrzew. Elfka. Wyrwidrzew. Elfka. Wyrwidrzew. Elfka. Wyrwidrzew. Elfka. Wyrwidrzew. Elfka. Wyrwidrzew... Elfka!

Była wściekła, ślicznie wściekła.

-Moze pomoge?-zapytał, uśmiechając się.

Podchodzac do niej nie byl pewien czego sie spodziewac. Wlasciwie to nie planowal do niej podchodzic jednak gdy ujzal jej zgrabne cialo pochylajace sie w glebokim sklonie by podniejsc lezacy na skalnym podlozu plecak... Samo wyszlo. Gest wycierania stali z krzepnacej powoli krwi bestii... Zgrabny ksztalt malujacy sie pod opietym materialem spodni... Lsniace wlosy, ktore na chwile opadly przyslaniajac mu widok na owe cudowne kraglosci... Coz mial poradzic na to, ze naszla go nieodparta ochota by je odslonic i nakry wlasnymi dlonmi.

Cóż, reakcja Elfki była... wybuchowa i gwałtowna. Zatoczyl sie pod wplywem niespodziewanego bolu. Ognista, musial to przyznac. Szkoda tylko, ze swa energie marnuje w walce zamiast.... w lozu.

-Policzek od tak pieknej kobiety zawsze przyjmuje z wdziecznoscia.

Odpowiedzial meznie stawiajac czola wscieklej elfce. Potyczke ta postanowil potraktowac jako gre wstepna do duzo przyjemniejszych zmagan. Oczami duszy widzal jej zwinne cialo wijace sie pod nim w rozkosznych katuszach. Czul jej goraca skore pod swoimi palcami... Wdychal jej zapach... Bedzie jego.

Oczywiście mógł spodziewać się owego miecza w swoim brzuchu, jak zapowiadała piękność, ale mimo wszystko schowała ostrze, wołając za sobą wilka, o czym kapłan wiedział.

Twarda sztuka, nie dalo sie ukryc. Lecz on dostrzegl cos w jej oczach... Ten plomien, ktory tak dobrze potrafil rozpoznawac... Tlumiona namietnosc, ktora rozblysnie w pelni gdy sie nia zajmie.

-Cokolwiek sobie zazyczysz...

Rzucil w strone jej plecow znikajacych za zalomem korytarza.

Cała sytuacja bawiła go, a jednocześnie droczył się z jego kobietą. Ona też droczyła się z nim.

-Wybacz...-rzucil z zadziornym usmiechem na ustach po czym siegnawszy po swoje rzeczy ruszyl za nia.

-... Ze sie nie przedstawilem. Jestem Gelerar Renivo Anteliel, a ty moja pani?

Oczywiście odpowiedź nie zawierała w sobie choć jednej sylaby imienia czy nazwiska, a raczej posiadała stwierdzenie dotyczące przynależności.

-Ale bedziesz...-wyszeptal cicho, tak aby tego nie uslyszala. Byl o tym przekonany jednak nie chcial by wiedziala, ze przejzal jej nature. Tymczasem jednak znalezli sie w jasno oswietlonej pieczarze...

Zaraz, zaraz... To nie była żadna jaskinia, a przynajmniej jej nie przypominała ze względu na sklepienie, będące niebem pełnym gwiazd, towarzyszących księżycom oraz planetom w swej wędrówce po sferze niebieskiej, przesłanianej fioletowymi śladami energii.

Przynajmniej kapłanowi wydawało się, że była to energia, przybierająca fantazyjne wzory, rozciągające się nad nimi, czyniąc nocne niebo jeszcze piękniejszym.

Sam kapłan lubił noc, szczególnie wtedy, gdy z nim był ktoś jeszcze... Nagle spojrzał w kierunku Elfki, po której przejechał śmiejącym się wzrokiem. Tak, z tą kobietą mógłby patrzeć w nieboskłon taki jak ten, w porze takiej jak ta i w miejscu takim jak to. Ba! Nawet w tej chwili!

Z trudem powstrzymał dreszcz, gdy jego wzrok spoczął na miejscu, które jeszcze nie tak dawno miał pod swymi dłońmi, co okupił czerwonym śladem na twarzy i, niech go Elmenia popieści, chętnie jeszcze raz doświadczyłby czegoś takiego, nawet za cenę kolejnego czerwonego miejsca na twarzy, choć wolał bez.

Podłoże nie było jednak puste, ponieważ od czasu do czasu zdarzyło się jakieś drzewo, przy którym można było wypocząć, a nawet wieża strażnicza przechylona pod dziwnym kątem, lecz była naprawdę ładna w swej... nienaturalności.

Co go zdziwiło, był tartak, choć drzew było tak niewiele, a te które były, usytuowane stały w nieregularnych odległościach od siebie, których nie opłacało się przebywać. Był niemal pewien, że gdzie jak gdzie, ale tam nie ma nikogo, choćby ze względu na znikomą przydatność osoby, która przetwarzałaby drewno.

A może by tak wybrać się na zwiad tego terenu, a w szczególności tartaku... Z Elfką?
To pytanie zostało narazie niezadane, gdyż jego uwaga skupiła się na dwóch Krwawych Elfach w szatach o barwie szkarłatu i czerni, jakże pasujących do blond włosów oraz pustych, zielonych oczu. Jeden z nich był wyższy o blisko stopę od drugiego, natomiast obaj dzierżyli jakieś kartki.

-Wreszcie jesteście. Ciekawe co wam tak długo zeszło…-odezwał się wyższy.

-Proszę wybaczyć, wasza wysokość, ale te pająki...-odparł niższy, zgodnie z prawdą.

-Nie rozśmieszaj mnie, co? Ta tak zwana przeszkoda selekcyjna zostałaby sforsowana przez neandertalczyka. A tu proszę, mamy wyrwidrzewa, paladyna, łowczynię, kapłana i przemytnika. Hmm… przypomnij mi, żebym porozmawiał z osobami odpowiedzialnymi za dobór ochotników-skomentował wyższy, a kapłan już miał zamiar wyrazić swoje głębokie obrzydzenie w kwestii zabijania wszelkiego żywego stworzenia, nawet w obronie własnej i że on, jako przedstawiciel Elmenii, bogini sprawiedliwości oraz wszelkiego życia, nie zamierza zadawać niepotrzebnej śmierci, uprzednio nie starając się odwieść od rozwiązań siłowych.

Inną sprawą było to, że z tymi pająkami nie dało się przeprowadzić konstruktywnej dyskusji na jakikolwiek temat, a szczególnie traktującej o rozwiązaniach siłowych. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie lubił zabijać.

Nie dane mu było wypowiedzenie swojego zdania ze względu na to, iż pierwszy głos zabrał niższy Krwawy Elf, choć przemówienie było bardzo krótkie.

-Tak jest sir.

Nagle zobaczył coś ogromnego, co zidentyfikował jako człowieka, siedzącego w czymś, co tak jak Wyrwidrzew, było metalowe, ale mimo wszystko wyglądało dużo solidniej i dużo... ciężej. Wydawało się tak ciężkie, że kapłan nie wiedział jak w czymś takim można by było się poruszać, a co dopiero biegać. Na tej podstawie stwierdził, że osoba zakuta w ten pancerz, musi być okropnie silna.

Oczywiście pomijając to, że dzierżył w dłoni jakiś dziwny kloc metalu, który nie wyglądał na lżejszy, natomiast jego funkcje były i pozostaną, dla niego, zagadką. Nie był nawet pewien czy chce wiedzieć... Chce...

-Eee… Panie?-rzekł niższy z nich, patrząc na owego mężczyznę zakutego w metal, zaś kapłan już czuł przez skórę, że mimo takiej ilości żelaza na sobie, jest to człowiek biedny.

-Co znowu?-odwrócił się wyższy z nich, będąc jeszcze spokojnym. Jeszcze.

-Co ten kretyn wyprawia?! Czy was wszystkich tutaj już do reszty popierdoliło?! Ty! Idioto! Tak, ty! Azeroth, rozumiesz?! A-z-e-r-o-t-h!-wywrzeszczał, natomiast kapłan z szerokim uśmiechem na ustach patrzył na reakcję. Mianowicie ten szybko zmienił się w rycerza na koniu. Po herbie można było rozpoznać, iż był on po stronie Przymierza.


-Ech… zajmij się resztą. Ja już nie mam siły do tego ogólnoświatowego debilizmu-westchnął, odchodząc, natomiast kapłan naprawdę zaczął mu współczuć. Nie wiedział co było niewłaściwe w mężczyźnie pod całą stertą stali, ale najwyraźniej wszyscy mieszkańcy coś w tym widzieli.

-Musicie mu wybaczyć… niekończąca się służba-powiedział niższy, gdy tylko ten drugi odszedł wystarczająco daleko.

-Jesteśmy Strażnikami Czasu, strzegącymi linii czasoprzestrzennej. Jesteśmy zawsze tam gdzie ktoś włamuje się do cudzych czasów i ingeruje w wydarzenia na które nie powinien mieć wpływu.
Zostaliście tu wezwani, bo tak właśnie się teraz dzieje. W roku dwudziestym nowej ery Czempion Króla Lisza, Arthas Menethil zawiózł do Królestwa Quel’Thasal zwłoki lisza Kelthuzada, by go wskrzesić energią Słonecznej Studni elfów. Zabieg się udał, zaś studnia została splugawiona i prawie zniszczona.
Tak wygląda wersja podręcznikowa, która musi się utrzymać. MUSI. Jednak ktoś próbuje zapobiec wskrzeszeniu lisza poprzez przedwczesne zniszczenie studni… tym
-trajkotał, to zaczynając, to przestając czytać z kartki i tłumaczyć, pytlować, gadać, nawijać, mówić, odzywać się oraz wiele innych, a wszystko, kapłan miał zamiar skomentować jednym, prostym "powtórz". Stwierdził jednak, że to byłaby zbytnia złośliwość i perfidia z jego strony. Poza tym, tamten nie skończył jeszcze swojej interesującej i niezwykle zajmującej przemowy.

Tym razem poparł ją obrazem wielkiego, czerwonego kamienia, który wyglądał niezwykle zajmująco, a ile niewiast można by było za jego pomocą uszczęśliwić? Chyba wszystkie, na które miałby ochotę, a do tych nie zaliczały się Taurenki i te, z których skorzystałby jedynie w desperacji, czyli Trollice, Orczyce, Gnomice i Krasnoludzice.

-Skala siedemdziesiąt pięć do jednego. To jest broń, którą pewne osoby chcą zniszczyć studnię. I uwierzcie mi, jeśli ich nie powstrzymacie – uda im się. I wtedy Arthas nigdy nie wskrzesi Kelthuzada. Mam nadzieję, że nie muszę tłumaczyć czym to grozi?-wtedy, kiedy Krwawy Elf mówił, kapłan zastanawiał się, kiedy ta katarynka w końcu się zmęczy... Doszedł do wniosku, że nieprędko i... pomylił się! Krwawy Elf zakończył trajkotanie trzema słowami:

-Macie jakieś pytania?-cisza, jaka przez chwilę zapanowała była piękna i musiał przerwać ją Wyrwidrzew, na którego się obraził.

-Polujecie na mnie? Zapłacono wam za pojmanie mnie i przetransportowanie do orkowego obozu drwali? A ty? Ty też bierzesz w tym wszystkim udział? I... co to za miejsce? Daleko stąd do Ashenvale?-pierwsze pytanie zezłościło go jeszcze bardziej, więc naciągnął kaptur i pochylił głowę, by nikt nie widział jego twarzy.

Już, mógł przysiąc, że zaraz skrzywdzi Wyrwidrzewa za tak niedorzeczne myśli, gdy odezwała się Elfka, przywracając uśmiech na twarz kapłana. Powiedziała ona, iż nie chce iść na żadną wyprawę.

-Ja też się na nic nie pisałem. Pytaliście któregoś z bogów o zgodę? Nie? Szkoda. W takim razie mnie również możecie odesłać-uśmiechnął się rozbrajająco z uroczym odciskiem pięciu ślicznych paluszków, na jego policzku.

-Skoro odchodzi tylko ona i ja, to mogę trochę potowarzyszyć Nocnej Elfce-ta jednak stwierdziła, dosyć zdecydowanym tonem, że chce podróżować bez nikogo, na co kapłan wyszczerzył się bezczelnie.

-Właśnie, drogi, Elfie. Moja pani chce podróżować sama, więc nie dosyłaj jej nikogo i już ja dopilnuję, by nikt się koło niej nie pałętał czy to w dzień, czy w nocy!-powiedział, a jego oczy śmiały się, błyszcząc, natomiast sam mężczyzna myślał, że przypilnuje tego szczególnie w nocy, bo już niedługo Elfka będzie jego.

Gwałtowna zmiana stanowiska Nocnej... już sama nazwa podrasy na coś wskazywała... Nocnej Elfki, jeszcze bardziej rozbawiła Gelerara, który aż zachichotał.

-Myślę, że jednak ta cała wyprawa nie jest złym pomysłem-zachichotał ponownie, patrząc z rozbawieniem na Elfkę, zaś Krwawy Elf odpowiedział Elfce:

-Odpowiadając na pierwsze pytanie: W innej części jaskini są swego rodzaju przejścia do różnych określonych czasów - otwierają się za każdym razem kiedy "kiedyś" źle się dzieje. W tej chwili otwarte jest tylko jedno takie przejście - wasze.
Co się tyczy drugiego, jeśli lisz nie zostanie wskrzeszony, rozpęta się łańcuchowa reakcja zdarzeń na końcu której jest zagłada orków, ludzi i nocnych elfów.
Natomiast trzecie... Wśród nas są osoby odpowiedzialne za odbieranie, ale jak to robią? Nie wiem.


Nagle kapłan zastanowił się, drapiąc się po głowie.

-Czym właściwie jest ten kamyk?-po tym pytaniu oczy Elfa rozbłysły.

-Pieczęcią, która pozbawi Studnię możliwości generowania magii.

-A w jaki sposób działa?-dopytywał.

-Wystarczy go wrzucić do Studni. Wtedy magia która z niej wypływa zacznie zawracać i Studnia zacznie się niejako krztusić, aż w końcu się zapadnie-powiedział Krwawy Elf, a kapłan pokiwał głową.

-No dobrze, a kto chce to zrobić?

-Krwawe elfy z przyszłości, które dostały zbyt dużą zabawkę która pozwala na podróże w czasie. Mają nadzieję że jeśli wystarczająco wcześnie zniszczą Studnię, to Arthas i jego armia nie najadą ich ziem, a inne źródło magii "jakoś" znajdą. Jednak w swej ignorancji nie przewidzieli skutków.

-Czy Wysokie wyglądają jak Krwawe?

-Fizycznie tak, lecz najprawdopodobniej noszą inne ubrania. Z naszych danych wynika że Wysokie elfy bardziej lubowały w niebieskich i zielonych kolorach i w takie się ubierały. Natomiast Krwawe preferują szkarłat.

-Czyli bardzo łatwo mogą wtopić się w otoczenie. Są jakieś portrety czy coś, co pozwalałoby ich zidentyfikować?-to były chwile, w których na moment zapominał o kobietach. Na chwilę zapomniał nawet o Nocnej Elfce, stojącej w zasięgu ręki.

Nagle Elf zaczął przeglądać swoje kartki, ale po chwili zaprzestał tego działania, gdyż wyraźnie niczego nie znalazł.

-Portrety... nie. Ale są imiona. Będzie ich czwórka - kobieta i trzech mężczyzn. Są to odpowiednio Har'arres , Bearrsur i Kaliotrist. Kobieta zaś zwie się Sharresna.

-Kim oni właściwie są?-zapytał, zastanawiając się.

-Zdesperowanymi i sfrustrowanymi istotami, które nie mogą się pogodzić z zagładą ich ludu.

-A ich profesja i siła jest nam znana?

-Nie. Nie udało nam się ustalić ich przeszłości-powiedział, a kapłan westchnął, przypominając sobie o Nocnej.

-Tak właściwie to gdzie zostaniemy wysłani?-zapytał, a Elf parsknął lekkim śmiechem.

-Jeśli uda wam się do odgadnąć, to wygracie nasz mały zakład. Nigdy nie wiemy dokąd prowadzą przejścia.
Jednak zawsze jest to w okolicy miejsca zainteresowania, w tym wypadku Studni. Nie więcej niż tysiąc mil. W najgorszym razie wylądujecie na granicy lasu Quel'Thalas
-teraz to z kolei kapłan wybuchnął przyjemnym, dźwięcznym śmiechem o radosnym zabarwieniu.

-No to rzeczywiście okolica, jakby nie patrzeć-zaśmiał się ponownie.

-A teraz z innej dziedziny... Kim był ten człowiek w metalowej zbroi?

-Nie możecie o tym wiedzieć-odparł krótko, zaś kapłan skrzywił się, zmieniając temat.

-Macie wogóle jakieś imiona?

-Tak, oczywiście. Ja nazywam się Nagrussu, zaś ten który przed chwilą od nas odszedł zwie się Razzuitsu.

-Czyli macie jakąś rasę? Bo to raczej nie brzmi jak imiona Krwawych Elfów-wyszczerzył się bezczelnie, najwyraźniej badając, co wścieknie takie istoty. Oczywiście nie wspominając o tym, że świetnie się bawił, radował oczy krągłościami Nocnej Elfki.

-Spostrzegawczy jesteś człowieku. Możemy być kim i czym chcemy, jednak najczęściej preferujemy prezentować się jako czarne smoki-kapłan stwierdził, że właśnie dotarł do bezpiecznej granicy, ale mimo wszystko jego uśmiech przybrał jeszcze bezczelniejszy wyraz.

-Oh! To niezwykle ciekawe! Chętnie posłucham dalej-powiedział, a kąciki ust drgały mu z hamowanego śmiechu.

-Nie ważne-parsknął nagle, obejmując Nocną Elfkę w pasie.

-Zwiedzimy ten tartak? Wydaje się niezamieszkany-powiedział zadziornie, patrząc z rozbawieniem w piękne oczy Elfki.
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 12-06-2009, 14:24   #10
 
wojto16's Avatar
 
Reputacja: 143 wojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znanywojto16 wkrótce będzie znany
Toczył walkę z zamykającymi się pod wpływem światła oczyma już przyzwyczajonymi do mroku. Światło służące do oślepienia pająka oślepiło również jego zaraz po uniesieniu ostrza na poziom oczu. Powierzchnię broni znaczyły liczne plamy ciemnej barwy. Odwłok zabitego stwora posłużył mu za szmatkę do oczyszczenia jednego ze swych reprezentatywnych symboli. Po zagaśnięciu jasności miecza, ciemność na chwilę ponownie stała się nieprzenikniona jak zaraz po przebudzeniu, niemniej powoli kontury głazów i stalaktytów stawały się coraz wyraźniejsze.

Walka była już zakończona, ostatnie pająki dogorywały, a nikomu nic się nie stało. Tylko nigdzie nie mógł dostrzec tamtej agresywnej maszyny wygrażającej im piłami. Przestał wodzić lekko nerwowym wzrokiem na wszystkie strony dopiero, gdy podeszła do niego Nocna Elfka i lekko przed nim skłoniła głowę. Zrozumiał, że to gest podziękowania za pomoc więc go odwzajemnił.

- Artorius Leastone jestem – wybąkał niezbyt wyraźnie wciąż zaniepokojony tym wszystkim. Wciąż trzymał obnażony miecz w dłoni nawet w momencie zwracania się do niej, schował go do pochwy na plecach dochodząc do poniekąd słusznego wniosku, że może to zostać odebrane jako oznaka wrogości oraz nieufności. Wrogo nastawiony do nich nie był, choć zaufania mimo wszystko nie miał z oczywistych względów.

- Przepraszam – rzucił jeszcze naprędce i szybko, za szybko, znów zaczął lustrować jaskinię szukając powodu do odejścia. Nie dało się o nim powiedzieć żeby był szczególnie elokwentny w stosunku do kobiet. Nawet podczas bezpośredniej konwersacji z Jainą miał problemy z wyłożeniem konkretnych kontrargumentów wobec jej inicjatyw, których nie popierał. Patrząc na to z obecnego punktu widzenia, musiał przyznać, że dzięki jednej z tych niechcianych inicjatyw prawdopodobnie posiadał teraz zbroję i miecz.

Wzrok jego spoczął na trollu zbierającym biały proszek będący w istocie śmiercionośną bronią o czym sam naocznie się przekonał. Było to zgoła przerażające i jednocześnie dość interesujące widowisko. Gdy troll zaczął odprawiać znów ten dziwaczny taniec z niemniej dziwaczną głową, Artorius miał ochotę na niego nawrzeszczeć. Jego zdziwienie nie miało granic kiedy cały rytuał wypalił i to z bardzo pozytywnym skutkiem.

- Muszę go o coś zapytać – powiedział do Elfki wskazując jej przyczynę swojego odejścia. Udał się w jego kierunku i prawie się przewrócił zahaczając stopą o coś metalowego czego wcześniej nie zauważył. Z wnikliwej obserwacji wynikło, że był to zaginiony wyrwidrzew upadły w trakcie walki, ale funkcjonujący jak należy. Odsunął się od niego szybko nie będąc pewnym czy nie zacznie zaraz szaleć ponownie.

Zbliżył się do trolla, chrząknął dla zwrócenia uwagi i zagaił:
- No, no. Ładna sztuczka. Można wiedzieć cóż to za proszek trzymasz w sakwie?

- Proszek... proszek... - troll wyciągnął sakiewkę pokazując go raz jeszcze szczerząc przy tym żółte zęby. - Proszek? To będzie... eee... jak to szło... no takie małe, futerka... eee... szczury! Sproszkowane czaszki.

- Sproszkowane czaszki? Jesteś szamanem, prawda? Tylko oni stosują takie specyfiki. Ale gdzie moje maniery. Jestem Artorius. Artorius Leastone.
Czekał na przedstawienie się trolla, lecz ten uparcie milczał.

W takim przypadku paladyn ciągnął dalej swoją wypowiedź:
- Jeśli dobrze zrozumiałem zwiesz się Hyjjil. Chciałbym wiedzieć czy pamiętasz jak się tutaj znalazłeś.

- Hmm... - troll zamyślił się głęboko, co wyglądało dość zabawnie. - Zbierałem kwiatki w lesie... takie fioletowe... chyba mnie ugryzł jeden... i chyba odleciałem... i bum! Jestem tutaj, hehe!

- Dziwne. Ja wszedłem na pokład statku, który przywiózł zarazę na wyspę Theramore i od tamtego czasu nic nie pamiętam. Jak długo jesteś przytomny?

- Przytomny? Eee... chyba tak długo jak wy... bo pierwsze co zobaczyłem to ten śliczny bandażyk
.
- Myślałem, że skoro byłeś już na nogach to zbudziłeś się wcześniej. A, i jeszcze jedno pytanie. Co to za głowa?

- Główka? To moja mamusia!

Artorius włożył sporo wysiłku w to żeby ani mięśnie twarzy, ani usta nie zdradziły jego zafrasowania.

- Taa... Eee. No cóż. Co rasa to obyczaj. Chyba widzę wyjście z tej dziury. Może lepiej będzie pogawędzić na świeżym powietrzu?
Odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia niezbyt zadowolony z powodu tej nagłej zmiany tematu. Miał nadzieję, że nie uraził swoim zachowaniem Hyjjila. Zostanie sproszkowanym raczej nie było najprzyjemniejszą rzeczą jaka mogła go spotkać w przyszłości.

„ Przepiękna kompania mi się trafiła. Elfka, której uroda onieśmiela mnie niczym jakiegoś młodzika, psychopatyczny wyrwidrzew, trochę mniej szalony troll noszący głowę matki w kieszeni, milczący i nic nie robiący zakapturzony. No i jest jeszcze ten drugi zakapturzony, który rzucił na siebie zaklęcie ochronne pozostałych pozostawiając na pastwę tych potworów niczym ostatni tchórz. Teraz jakby nigdy nic flirtuje sobie z tą Elfką i chyba kiepsko mu idzie, bo właśnie zdzieliła go w twarz. Ten uśmiech świadczy o osobowości człowieka pożądliwego, ten cios tylko jeszcze bardziej zwiększy jego chuć. Zresztą po co ja się im właściwie przyglądam. Przecież to kompletnie obce mi osoby.”

Usłyszał bardzo głupie pytanie wypowiedziane przez maszynę. Uśmiechnął się złośliwie.

- Jako materia nieożywiona nie podlegasz prawom życia i śmierci. Toteż nie możemy cię zabić ani na śmierć, ani na życie nawet gdybyśmy chcieli. A podejrzewam, że nikt na to, spośród tu obecnych, nie ma ochoty.

Najwyraźniej jego słowa nie zupełnie dotarły do maszyny, bo nagle rzuciła się do szaleńczej ucieczki. Westchnął i ruszył jej tropem pragnąć już tylko wydostania się z tej jaskini.

To, co zobaczył przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Miast powały ujrzał nieskończoną, ciemną próżnią naszpikowaną małymi, świecącymi punkcikami i kolistymi formami. W jednej z książek jakie czytał dawno temu widział rycinę przedstawiającą coś takiego i zostało to podpisane jako „przestrzeń kosmiczna”. Takim razie świecące punkty były gwiazdami, a koliste formy planetami. Miało to w sobie jakieś specyficzne piękno uzupełniane przez przelatujące gdzieniegdzie różowe smugi. Pozostałe elementy obecne w grocie takie jak tartak, drzewa i wieże strażnicze były już normalne, niezwykłości dodawał im fakt, że wszystkie te obiekty znajdowały się w jaskini.

Dalej stały dwa Krwawe Elfy odziani w szkarłatne barwy. W Lordaeronie od bardzo dawna nie widział przedstawicieli tej rasy. Przed nimi stała zbiegła maszyna i wydawała się słuchać tego co mają do powiedzenia. Z ich słów wywnioskować się dało, że tamte pająki były zwykłym testem. Nieoczekiwanie dołączyła do nich jeszcze jedna osoba, mężczyzna w niebieskim pancerzu, częściowo szklanego hełmu i dziwną, zdeformowaną rurę z małym otworem na końcu dzierżoną w dłoń. Na ten widok wyższy z Elfów mocno się zdenerwował i po chwili mężczyzna z rurą stał się rycerzem należącym do sił Przymierza. Kompletnie zbity z pantałyku Artorius patrzył na to wszystko z rozdziawionymi ustami nie znajdując czasu nawet na ich zamknięcie. Wyższy odszedł, a niższy, wydający się bardziej sympatycznym, pozostał i przystąpił do szczegółowych wyjaśnień.

Nie mógł uwierzyć, że byli oni Strażnikami Czasu i powierzyli mu tak ważną misję. Jednakowoż nie czuł dumy, nie po tym jak usłyszał ich wytyczne i poprzez to został zmuszony do pomocy zdrajcy. Nie był z tego zadowolony tak samego jak z tego, że znakomicie rozumiał zagrożenie spowodowane nie przywróceniem do życia nekromanty. Tak naprawdę o Archimonde nieświadomie doprowadził do sojuszu ludzi, orków i Nocnych Elfów tym samym kończąc ostatecznie wojny pomiędzy tymi rasami. Rozumiał, lecz nie potrafił się z tym pogodzić. Nagle wszystko dookoła zaczęło go irytować. Irytowało go ciągłe flirtowanie zakapturzonego i Elfki, rzeczowy ton Krwawego Elfa, wyrwidrzew zadający kolejne głupie pytania.

Przeczekał cierpliwie słuchając pytań i odpowiedzi aż wreszcie sam przemówił:

- Zacytowałbym twojego przyjaciela, który właśnie opuścił nasze zacne towarzystwo, lecz nie przystoi to mojej profesji. Powiem tylko tyle: nie przypominam sobie żebym zgłaszał się na ochotnika do tak kuriozalnego zadania. A może po prostu cierpię na amnezję? No, wyjaśnij mi łaskawie jak to jest.

- Zostaliście wybrani na ochotników - ochotników by bronić swojego świata takim jakim jest. Nie mogliśmy wybrać nikogo zbyt sławnego, jak Lady Jaina Proudmoore, ponieważ zbytnio by to zmieniło wasz świat. Wybieramy więc osobników z średniej klasy, takich jak wy, byście bronili waszego świata takim jakim jest. Chyba, że życie wam zbrzydło.

- Wybraliście nas, właściwie porwaliście i jeszcze nazywacie nas ochotnikami. Zabawne niczym pies z pękniętą czaszką. Rzecz jasna nie mamy żadnego wyboru?

- Macie. Jednak odmowa oznacza zmianę waszego świata takim jakiego go znacie. Jedną z konsekwencji czegoś takiego może być fakt, iż nigdy nie istnieliście.

- Chyba będę musiał zaryzykować. Jedynym powodem dla jakiego chciałbym trafić w przeszłość jest chęć wbicia ostrza w plecy Arthasa nim namiesza jeszcze bardziej. Nie zrozumcie źle, rozumiem znaczenie tej misji. Jednakże z powodu moich uprzedzeń do jego osoby nie mogę za siebie ręczyć i tym samym będę tylko przeszkadzał. Poza tym nie mam ochoty przykładać ręki do masakry jaką urządzi sobie Archimonde zaraz po swoim powrocie do naszego świata.

- A brać udział w masakrze jaką urządzi Król Lisz zaraz po tym jak Nocne Elfy, Orkowie i Ludzie wyniszczą się nawzajem masz ochotę?

Uśmiechnął się lekko, acz nie do końca szczerze.
- Nie, bo być może wtedy wcale się nie narodzę jak sam zresztą stwierdziłeś. Na nienarodzonych nie można zwalać winy. Z drugiej strony poruszyłeś dość istotną kwestię natury moralnej. Umożliwić śmierć tysięcy czy śmierć milionów? Jak już mówiłem nie jestem pewien czy zdołam podjąć właściwą decyzję. Nie możecie poszukać kogoś mniej wątpliwego?

- Umożliwić śmierć tysięcy lub milionów? Nie. To nie jest kwestia takiej skali. To kwestia śmierci tysięcy, lub wyginięcia wszystkiego co żywe w waszym świecie. Jako paladyn powinieneś tutaj akurat mieć jak najmniej wątpliwości. Czyż nie jesteś obrońcą niewinnych? Gdzież tu więc miejsce na wątpliwości w wyborze między życiem na waszym świecie, a śmiercią?

- Znów próbujesz przemówić do mojej moralności czego raczej nie lubię. Owszem, moim zadaniem jest pomoc niewinnym. Mierzi mnie myśl, że aby ich uchronić muszę pomóc winnym, niemniej nie odrzuciłem waszej prośby o pomoc. Po prostu leży mi na sercu dobro innych i dlatego daruję wam pod rozwagę wszelkie możliwe konsekwencje wyboru mnie do tak ważnej misji. Jestem paladynem, ale też człowiekiem, istotą ułomną, sługą emocji.

- Wiemy o tym, jednak wybraliśmy cię mimo tego. Nie zrobilibyśmy tego gdybyśmy nie wierzyli że twoja osoba wzmocni drużynę, a nie ją osłabi.

Nieznośny ciężar na sercu, strach maskowany pozorną niefrasobliwością i wrzący w nim gniew na każde napomknięcie o Arthasie, mordercy Uthera. Te wszystkie odczucia po tej szczerej rozmowie jakby umniejszyły się ukazując jasny obraz sytuacji. Jako paladyn od zawsze był zmuszony dźwigać brzemię odpowiedzialności za wszystkich ludzi, nie mógł go w tak ważnej chwili zrzucić na kogoś innego. Poczuł się znacznie pewniej i wraz ze strachem odrzucił wątpliwości. Tyko on mógł się tego podjąć. Spojrzał na Elfa z wdzięcznością za otwarcie mu oczu na kilka spraw.

- Wdzięczny jestem za okazane zaufanie. Postaram się go nie zawieść. Dobrze, podejmę się tej misji, choć nadal nie do końca mi się to podoba. Aha, pozwólcie mi jeszcze załatwić pewną sprawę żebym w przeszłości nie zapomniał.

Ta świeżo odzyskana pewność siebie pokierowała jego krokami ku kapłanowi wciąż zalecającego się do zniechęconej Elfki.
Zwrócił się do niego:
- Nie wiem czy potrafisz interpretować znaki we właściwy sposób, przyjacielu, lecz ta pani dość wyraźnie daje ci do zrozumienia żebyś się odpieprzył – ten wyraz wymówił cicho – więc może postąp wedle jej woli. Inaczej przestanę uznawać cię za przyjaciela, a to dla ciebie miłe nie będzie.

Odwrócił się od niego i odszedł w stronę Elfów. Jego zadaniem było chronić niewinnych, a jeżeli daje radę uchronić ich bez rozlewu krwi tym lepiej dla niego i innych.
 

Ostatnio edytowane przez wojto16 : 12-06-2009 o 20:27.
wojto16 jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:41.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166