Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 21-08-2009, 02:10   #1
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2411 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację
[Historyczne] - Tajemnicze życie Weroniki Dyjamentowskiej

Warszawa 31 sierpnia 1939 r. - cmentarz Powązki godz. 10.00

Lato tego pamiętnego roku było parne i gorące. Jednak tego dnia pogoda najwyraźniej dostosowała się do tej smutnej chwili, przynajmniej w stolicy.
Niebo zasnuły ciężkie chmury i zerwał się silny zimny wiatr. Wyglądało na to, że lada chwila lunie wielki deszcz.
W odległej alejce tuż pod murem cmetarza odbywał się skromny pogrzeb. Nad wykopanym dołem stało zaledwie kilka osób. Ksiądz, dwóch młodych mężczyzn, dystyngowany starszy pan i dwóch grabarzy. Wyglądało na to, że zmarła nie miała zbyt wielu znajomych.
Grabarze właśnie spuszczali trumnę do dołu. Panował cisza przerywana tylko przez zrywający się co kilka chwil silny wiatr. Starszy pan musiał aż przytrzymać kapelusz dłonią, by nie został on porwany.
Około czterdziestoletni ksiądz z wydatnym brzuszkiem i pucułowatą twarzą wykonał znak krzyża na trumną i rzekł spokojnym, melodyjnym głosem:
- Panie, miłosierny i sprawiedliwy, wezwałeś tą młodą kobietę do siebie. Nie nam oceniać Twoje decyzje Panie, ale wierzymy, że są one słuszne i sprawiedliwe. Panna Weronika jest już z Tobą w Twoim Niebańskim Królestwie. Żegnamy ją pogrążeni w żalu i bólu...
- Jeśli mógłby się ojciec pośpieszyć. Burza idzie - przerwał nagle i bezceremonialnie prawnik.
Ksiądz aż poczerwieniał ze złości, ale widząc niewzruszona miną mężczyzny, schylił tylko głowę i szepnął coś po łacinie.
- Panie przyjmij duszę tej młodej kobiety do siebie i racza obdarzyć ją życiem wiecznym - dokończył szybko i wykonał znak krzyż nad grobem.
- Amen - rzucił mężczyzna - Dziękuję ojcu - dodał i uśmiechnął się nieszczerze.
- Możecie zakopać - rzekł po chwili do stojących z boku grabarzy - Pominik zrobicie jutro, o ile będzie pogoda.
Dwaj rośli mężczyzni chwycili łopoty i zaczęli zakopywać świeży grób.
- A panów proszę do samochodu. Pojedziemy do mojego biura i tam przeczytam testament zmarłej. Cieszę się niezmiernie, że udało się panom przyjechać. Czas mamy bardzo niepewny... - przerwał i spojrzał na zbierające się ciężkie, czarne chmury - Dobrze, porozmawiamy w biurze. Chodźmy szybko do samochodu.


Pod cmentarną bramą czekał już samochód z kierowcą. Niebo jeszcze niedawno błękitne, teraz nabrało granatowej barwy. Ciężkie czarne wręcz chmury, gnane silnym wiatrem, przesłoniły już słońce.

- Panowie – rzekł prawnik – przyspieszmy kroku. Może zdążymy przed deszczem.
Dwaj młodzi mężczyźni spojrzeli po sobie i ruszyli truchtem za starszym przewodnikiem. Nie znali się, choć zdawali sobie sprawę że łączy ich znajomość ze zmarłą. Panna Weronik Dyjamentowska jeszcze kilka lat temu było osobą ogólnie znaną wśród warszawskie society. Przebywanie w jej towarzystwie było w dobrym tonie. I choć panna Weronika w większości gardziła tymi ludźmi, to bardzo lubiła gdy otaczał ją wianiuszek zainteresowanych z nią mężczyzn. Jej zniknięcie pozostało tajemnica dla obu dżentelmenów do dzisiaj. Wiadomość o pogrzebie panny Dyjamentowskie otrzymali listownie. To właśnie pan Henryk Jasiński, znany warszawski adwokat, informował że ostatnim życzeniem zmarłej było by obaj jej wierni przyjaciele stawili się na ceremonii pogrzebowej. Z sentymentu i z powodu zażyłości obaj odsunęli prywatne sprawy na dalszy plan i stawili się w Warszawie. Była w tym też nutka ciekawości i chęć poznania losów dawnej przyjaciółki.
Obaj panowie zdziwił fakt, że ceremonię poprowadził katolicki ksiądz. Weronika znana była ze swoje pogardy wobec „rzymskiej świątyni obłudy” jak nazywał Kościół Katolicki. Komentarze zostawili jednak dla siebie. Brak obecności innych krewnych nie był już tak zadziwiający. Panowie mimo, że przyjaźnili się z panną Dyjamentowską kilka lat nigdy nie spotkali nikogo z jej rodziny. Pytana o swoich krewnych albo dyplomatyczni milczała albo unosiła się dumą i atakowała pytającego słowami:
- A na cóż ci moja familia. Ja jestem ja i moje korzenie i krewni nie mają na mnie żadnego wpływu. Myślisz, że z kim masz doczynienia. Głupia córunią ziemianina, która szczyci się swoim herbem. Wyjdź już! Nie mam ochoty z panem dłużej rozmawiać. Żegnam!
Kwestia testamentu była o tyle zastanawiająca, że obaj mężczyźnie doskonale pamiętali częstokoroć powtarzaną przez pannę Dyjamentowską frazę:
- Po mojej śmierci wszystko co mam rozdam biednym. To są nic nie znaczące, puste przedmioty, które są tylko kajdanami dla naszych nieśmiertelnych dusz. Przywiązujemy się do nich i gubimy swoje jestestwo. Sami dobrowolnie zakuwamy się w niewolę naszych zmysłów. Ach jakbym chciała porzucić to wszystko i wzlecieć w niebo niczym wolny ptak. Nie mam jednak odwagi, więc przynajmniej po śmierci zrzucę kajdany.
Czyżby Weronika ich uczniła wykonawcami swojej ostatniej woli. Możliwe, ale przecież mógłby się tym zająć pan Jasiński i poinformować obu dżentelmenów o rezultacie.
Na odpowiedź na te i inne pytania musieli jednak poczekać.
Gdy cała trójka zajęła miejsca w aucie, adwokat rzekł:
- Domyślam się, że mają panowie mnóstwo pytań. Pozwolę sobie jednak prosić panów o cierpliwość. Najpierw przeczytam panom testamet zamrłej, a później odpowiem na ewentualne pytania. Taka była wola zmarłej. Mam nadzieję, że mi to panowie wybaczą.
Widząc przychylne spojrzenia pan Jasiński przykazał kierowcy ruszać.
Ledwo Alfred uruchomił silnik, pierwsze krople deszczu rozbiły się o szyby samochodu.


Warszawa 31 sierpnia 1939 r. - ul. Nowy Świat; kancelraria adwokacka Jasiński i synowie, godz. 10.40

Wnętrz gabinetu pana Jasińskiego, aż raziło przepychem. Większość prawników stara się zrobić wrażenie wystrojem swoich biur na klientach, ale tutaj granice dobrego smaku zostały przekroczone w każdej dziedzinie. Ciężkie bogato zdobione kotary przesłaniały większość okien, tak że w środku panował półmrok. Krzesła w stylu Ludwika XV stały obok biedermeierowskich stolików, a te obok sof zaprojektowanych przez absolwentów niemieckiej szkoły artystycznej w Weimarze, zwanej Bauhaus. Na ścianach obok japońskich mistrzów kaligrafii wysiały afrykańskie maski rytualne i polskie szable. Pomiędzy meblami stały popiersia antycznych filozofów i polityków. Całość tworzył niesmaczy kolaż, pełen pstrokacizny i ogromnych kontrastów.
- Panowie wybaczą – zaczął prawnik siadając w skórzanym fotelu – ale nie ja odpowiadam za wystrój. Teraz moi synowie przejęli kancelarię i jak widać nie mogą zdecydować się w jakim stylu ją mają urządzić. Zwracałem im uwagę, że taki choas odstrasza i drażni klientów, ale oni twierdzą że jestem staromodny i za bardzo konserwatywny. Jeszcze raz przepraszam.
Tomasz Dunin i Edward Cywiński zajęli miejsca w dziwnych fotelach z powykręcanych metalowych rurek i szkła. Rzucili jeszcze raz okiem na wystrój gabinetu i niemal jednocześnie powiedzieli:
- Nic nie szkodzi.
- Bardzo panom dziękuję za wyrozumiałość – odparł pan Jasiński kłaniając się nisko – Przejdźmy zatem do odczytanie testamentu panny Weroniki Dyjamentowskiej. Na wstępie wyjaśnię dlaczego to moja kancelaria się tym zajmuje. Otóż jakieś dwa miesiące temu przyszedł do kancelarii list. Nieznany mi adresat pisał w nim, że pragnie wynająć nas do załatwienia spraw pogrzebowych. Prosił o wykupienie miejsca na cmentarzu, załatwieniu formalności z tym związanych, o sprowadzenie księdza i temu podobne szczegóły. Dalej adresat pisał, że za kilka dni przyśle do nas testament. Do listu dołączono 15 000 zł.
Rozumiecie panowie, że sprawa ta bardzo nas zainteresowała i poruszyła. Razem z synami zastanawialiśmy się kto jest naszym tajemniczym klientem. Odpowiedź przyszła dokładnie za tydzień. Ponownie list bez adresata, a w nim testament panny Weroniki Dyjamentowskiej. I nic więcej. Zapieczętowany testament schowaliśmy do sejfu i czekaliśmy na dalsze instrukcje. Moi synowie zajęli się sprawami zorganizowania miejsca na cmentarzu i załatwieniem pozostałych próśb naszego klienta. Tydzień temu odebrałem telefon, że na dworcu mam odebrać list i trumnę ze zwłokami panny Weroniki Dyjamentowskiej. Mogą panowie wyobrazić sobie moje zdziwienie. Czym prędzej ruszyłem na dworzec odebrać zwłoki i list. W liście były tylko instrukcje jak mamy postępować i prośba o rozpoczęcie przygotowań do pogrzebu.
Po tych słowach wyjaśnienia myślę, że mogę przystąpić do odczytania ostatniej woli panny Weroniki. Pominę tylko fragment dotyczący jej majątku. Panna Weronika wszystko co posiadała w Polsce przekazała na cele charytatywne. A myślę, że widzą panowie że jest tego nie mało. Załatwienie tych spraw panna Weronika powierzyła mojej kancelarii.
Widząc zniecierpliwione miny obu dżentelmenów, pan Jasiński poprawił krawat i zaczął monotonnym głosem odczytywać testament panny Dyjamentowskiej:

„Witajcie drodzy przyjaciele. Bardzo się cieszę, że mogliście przybyć. Bardzo chciałam by w tej podniosłej chwili byli ze mną ludzie mi najbliżsi. Dobrze wiecie, że choć otaczały mnie zawsze tłumy, to w głębi serca byłam samotna. I tylko chwilę spędzone z wami dawały mi poczuć, że komuś na mnie zależy.
Pan Jasiński jest poinformowany co zrobić z moim majątkiem. Nie chciałam was obciążać moimi kajdanami. Teraz gdy piszę te słowa czuję ulgę, że mam odwagę je zrzucić. Trochę to przykre, że dopiero teraz ale... Cóż dobrze wiecie, że zawsze byłam tchórzem i bałam się rozprostować skrzydła mojej duszy i wzlecieć ku wieczności. Teraz gdy wiem, że mój koniec jest bliski mniej się boję.
Dość tych łez i rozczulania się nad sobą. Przejdę do mojej prośby. Skoro słyszycie te słowa oznacza to, że moje plany się nie powiodły. Dlatego mam do was wielką prośbę. Proszę byście zrobili to z względu na pamięć o naszej przyjaźni i tych wszystkich chwilach, które spędziliśmy razem. Nie mam nikogo innego, komu mogłabym zaufać tak jak wam. Tylko wy jesteście w stanie mi pomóc.
To o co chce was prosić nie zajmie wam wiele czasu, ani nie narazi was na koszty. Chciałabym byście odebrali coś co należało do mnie i przekazali to mojemu ojcu. Przedmiot ten znajduje się w Bank von Danzig (Bank Gdański), pan Jasiński przekaże wam klucz i szyfr do skrytki. Nie będzieci mieli z tym żadnego problemu, gdyż wpisałam was na listę osób upoważnionych. Gdy już odbierzecie zawartość skrytki, proszę przekażcie to mojemu ojcu. Obecnie mieszka on w Paryżu, adres także przekaże wam pan Jasiński. Nie martwcie się o koszty podróży, od pan Jasiński otrzymacie po 6000 zł, jako zwrot kosztów i rekompensatę za stracony czas.
Pamiętajcie o mnie i o naszej przyjaźni, wasza na zawsze
Weronika Dyjamentowska”


Adwokat skończył czytać i odłożył zapisaną drobnym maczkiem kartkę na biurko. Sięgnął następnie do szuflady i wyjął z niej małą kasetkę. Po wpisaniu kombinacji, położył na stole kopertę.
- Tutaj panowie jest klucz oraz informację o których panna Dyjamentowska wspomniała w swojej ostatniej woli. Sytuacja jest dosyć niezręczna, gdyż z tego co wiem panowie się nieznacie. Rozumiem, że prośba panny Weroniki mogła panów zaskoczyć. Dlatego też zostawię was na chwilę samych, byście mogli spokojnie omówić zaistniałą sytuację. Gabinet jest do panów dyspozycji. Proszę śmiało korzystać z telefonu, barku. A jeśli będą panowie czegoś potrzebowali, to proszę tylko dać znać a ja już się tym zajmę.
Nie czekając na odpowiedź, pan Jasiński podniósł się i wyszedł z gabinetu.
 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.
brody jest offline  
Stary 21-08-2009, 17:49   #2
 
yvain's Avatar
 
Reputacja: 11 yvain nie jest za bardzo znany
Gdy drzwi zamknęły się za prawnikiem Edward zdjął okulary, schował na moment twarz w dłoniach po czym przetarł zmęczone oczy. Nadal miał wrażenie, że Weronika zaraz wejdzie do pokoju i wytłumaczy ze śmiechem, że ta cała sytuacja to jedynie żart mający prowadzić do spotkania po latach.

Paryż.


Zawsze chciał odwiedzić Francję. Już na studiach odkrył swoją fascynację, przełomowym dla tego kraju, wiekiem XVIII. Z niewytłumaczalną tęsknotą zdarzało mu się także czytać o paryskiej cyganerii. Szczególnie, gdy sięgał po kieliszek jego myśli wędrowały daleko od ukochanego Oświecenia do irracjonalnych mrzonek czy pragnień.

Zbeształ się natychmiast szybko powracając do racjonalnego myślenia.

Jutro o dziesiątej rano zaczyna się rok szkolny! Muszę wrócić do Borysławia.


Ale tym razem racjonalizm zadziwiająco opowiedział się za spontanicznością. Sześć tysięcy złotych to kwota jakiej przez długie miesiące by nie uzbierał ze swojej nauczycielskiej pensji. Możliwość podróży przez Europę. Jedyne co go trzymało w kraju to praca i partia. Zważywszy na to, że dyrektor jego placówki oświatowej to również działacz PPS, jak z resztą duża część mieszkańców robotniczego Borysławia, urlop miał w kieszeni. Wystarczy tylko jeden telefon, który zaraz wykona. Jedyną przeszkodą był, więc organizowany za kilka dni protest robotników pracujących przy wydobyciu ropy. Miał tam przemawiać. Cóż, pozostawało mu liczyć na to, że dyrektor Ząbek rozwiąże i tą kwestię.

Ze Stefanem Ząbkiem znali się prawie dokładnie od roku. Objął stanowisko dyrektora parę dni po przyjęciu do pracy Edwarda. Stefan, niegdyś obiecujący naukowiec, skończył jako niedoceniony i samotny pięćdziesięciolatek w tej szkole na peryferiach Europy. Szybko znalazł w Edwardzie kompana do picia, za jego namową zapisał się do Polskiej Partii Socjalistycznej. Dobrotliwy mężczyzna z pewnością pomoże w tej kłopotliwej sytuacji.

Edward wstał, uśmiechnął się przelotnie do mężczyzny siedzącego obok, który najwyraźniej również pozostawał w zadumie. Podszedł do biurka, chwycił słuchawkę telefonu i szybko wykręcił znany numer.
W duchu modlił się do wszystkich znanych mu bóstw by Ząbek był jeszcze trzeźwy, w innym wypadku nigdy nie zapamiętał by skomplikowanej prośby.




-Halo? - odezwał się znajomy głos w słuchawce. Na szczęście trzeźwy.
- Witaj Stefan, Edward Cywiński z tej strony.
-Ach to Ty, witaj. Słabo Cię słyszę Edek z Warszawy dzwonisz?
- Dokładnie. Posłuchaj mnie Stefan, muszę tu załatwić jeszcze kilka spraw związanych z pogrzebem, to skomplikowana sprawa, czy możesz dać za mnie zastępstwo Ziółkowskiej? Tak powiedzmy.. na miesiąc?
- Miesiąc? – głos wydał się zaniepokojony. Ziółkowska mimo doświadczenia była miernym nauczycielem – Ech Edwardzie niech stracę. Masz miesiąc przerwy.
- Dziękuję przyjacielu, ale mam jeszcze jedną prośbę. Będziesz przemawiał za mnie na czwartkowym wiecu. – uśmiechnął się, gdyż sytuacja była co najmniej niezwykła. W strukturach lokalnych PPS zajmował wyższe stanowisku od swojego przełożonego w pracy.
- Och naprawdę? Z przyjemnością Edwardzie, z przyjemnością. W takim razie liczę, że Twój urlop będzie udany. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia i jeszcze raz dziękuję. – Edward odłożył słuchawkę. Wiedział, że sprawił dyrektorowi więcej radości niż kłopotu, Ząbek potrzebował zajęcia, które pozwoli mu odreagować. Może okaże się, że ma talent do przemówień? – pomyślał, ale zaraz w tą myśl zwątpił wyobrażając sobie wiecznie zagubionego dyrektora.

Nic w Polsce już go nie trzymało. Zawiódł się jednak na swoich przyjacielskich uczuciach względem Weroniki. Postanowił jechać do Paryża przez pragmatyzm, a nie przez wzgląd na pamięć do dawnej przyjaciółki. Nie ukrywał jednak, że okrutnie wręcz ciekawiła go możliwość poznania jej ojca o którym krążyło przecież tyle legend.

Popatrzył na mężczyznę siedzącego niedaleko.
- Witam, nazywam się Edward Cywiński. Bardzo mi miło. - przedstawił się i podał rękę nieznajomemu.
 
yvain jest offline  
Stary 22-08-2009, 09:59   #3
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Warszawa 31 sierpnia 1939 r.

Tomasz był conajmniej zaskoczony. Zaskoczony zarówno samą „ceremonią”, jak i znajdującymi się na cmentarzu... Szybko odmówił modlitwę i ruszył za odchodzącymi lipową aleją mężczyznami.

W samochodzie jeszcze raz przemyślał to wszystko co stało się w ostatnich dniach. Ktoś, zapewne ten spieszący się nawet na pogrzebie jegomość, musiał sobie zadać sporo trudu, aby go odnaleźć. Tylko po co? Jego znajomość z Weroniką była... Po prostu była. Znał Weronikę i dość często rozmawiali, ale to nie była jakaś wielka przyjaźń...

Kątem oka spojrzał na siedzącego obok mężczyznę, Tomaszowi wydawało się, że kojarzy go z otoczenia Weroniki, ale nie potrafił sobie przypomnieć nazwiska... Ciężkie krople zaczęły uderzać w karoserię samochodu i mężczyzna rzucił jakąś grzeczną uwagę o pogodzie. Przez jego umysł przemknęła myśl o tym, że cała sytuacja przypomina jeden z dowcipów "czystej duchem" ciągającej po całej Warszawie amantów tylko po to, aby w końcu z nich okrutnie zadrwić... Postanowił więc nie pokazywać swoich kart do czasu, aż...

Wystrój kancelarii był bardzo niesmaczny i stwierdzenie „Nic nie szkodzi” przeszło przez usta Tomasza tylko dzięki wyćwiczonej etykiecie i swoistej obłudzie „elity”. Podczas odczytywania testamentu zachował kamienną twarz, choć same słowa wywołały sprzeczną falę uczuć i odczuć. Z jednej strony potwierdzały one podejrzenia jakie Tomasz nosił w swoim umyśle od dawna – podejrzenia co do maski jaka skrywała prawdziwe oblicze Weroniki, z drugiej... Czas był najmniej odpowiedni na podróż po Europie – zwłaszcza przez Niemcy – a i same użyte sformułowania świadczyły o tym, że ojciec Weroniki może nie wiedzieć o śmierci córki. Sama persona rzeczonego ojca była owiana tajemnicą i chyba nikt nie wiedział, kim ten człowiek był... Weronika, droga zmarła – poprawił się w myśli – nigdy nie mówiła o swojej rodzinie, co w powiązaniu z jej pogardą dla niższych stanów rodziło w głowie Tomasza brzydkie podejrzenie o mezaliansie...

Zastanawiające było również stwierdzenie o tym, że jej plany się nie powiodły. Dość sensownym wydawało się, iż Dyjamentowska zakładała znaczne ryzyko swoich poczynań i ustaliła wszystko przed swoją śmiercią – może to nawet ona przekazała instrukcje kancelarii prawnej? Hmm. W dzisiejszej Europie tylko dwie rzeczy są aż tak niebezpieczne...

Prawnik wyszedł wspominając coś o barku i telefonie. Drugi z mężczyzn – Edward Cywiński – nazwisko dalej nic nie mówiło Duninowi, ale... to była kolejna zagadka pozostawiona przez Dyjamentowską. Kiedy mężczyzna rozmawiał Tomasz podszedł do barku i przyjrzał się butelkom. Było przed południem i w końcu nalał sobie trochę burbonu. Wrócił na krzesło i zastanowił się.

„O co w tym wszystkim chodzi?”. Sprawa była zagadkowa – skoro Weronika wybrała go do wypełnienia ostatniej woli musiała wiedzieć, pamiętać, że wspominki „nie narazi was na koszty” są conajmniej nie ma miejscu w jego przypadku... Chyba, że Tomaszowi dedykowała wcześniejsze zdanie o czasie – nie zgadzali się w wielu kwestiach i czasem dochodziło do spięć. Proszenie Dunina o taką przysługę musiało być... Czyżby „tonący brzytwy się chwyta”? Tylko – dlaczego, skoro do wszystkiego wynajęła kancelarię prawną – nie wynajęła jej również do tego? Odnalezienie byłych znajomych ze studiów musiało kosztować sporo zachodu i pieniędzy. A przecież...

- Witam, nazywam się Edward Cywiński. Bardzo mi miło. – słowa wyrwały Dunina z rozmyślań. Wstał miękko i uścisnął podaną dłoń:

- Tomasz Dunin. – skrócił nazwisko do formy używanej na studiach i uśmiechnął się. – Wydaje mi się, że spotkaliśmy się na wydziale historii – skłamał miękko dalej nie mogąc przypomnieć sobie, gdzie i kiedy – jeżeli w ogóle – spotkał tego człowieka.

- Muszę przyznać – Tomasz usiadł z powrotem, tym razem wybierając inny (wyglądający na bardziej stabilny) fotel – że jestem zaskoczony całą sytuacją. O pogrzebie dowiedziałem się z listu mecenasa Jasińskiego, ale nie sądziłem, że będe wykonawcą ostatniej woli... Weroniki. Skrótowo opisana historia wynajęcia kancelarii i podjętych przez nią działań wydaje mi się conajmniej podejrzana, ale to tylko moje odczucie...
Jak rozumiem dysponuje pan czasem, aby zająć się sprawą? Przepraszam –
uśmiechnął się – założyłem, że chce się pan nią zająć...

Po takich słowach rozmówca musiałby być totalnym gburem, aby powiedzieć: „Nie, mam to w nosie”, ale ostatecznie... Dunin sam nie wiedział czy ma ochotę zajmować się całą tą sprawą – wyglądało jednak, że nie ma za dużego wyboru... Korzystając z tego, ze Cywiński jeszcze nie odpowiedział kontynuował:

- Czy mieszka pan gdzieś w Warszawie, czy jest przyjezdnym? – uświadomił sobie, że najpierw muszą pojechać do Gdańska, co w praktyce oznaczało Niemcy... – Prawdę powiedziawszy chętnie wypiłbym kawę, po podróży jestem nieco zmęczony, a obecne zdarzenia również nie wpływają kojąco na psychikę...

Tomasz upił kolejny łyk burbonu i bliżej przyjrzał się drugiemu wybranemu przez Weronikę Dyjamentowską. Miał poważne wątpliwości dotyczące sprawy i postanowił ciągnąć przedstawienie "niezdecydowany" do popołudnia... Najdalej wieczorem należało udać się do Gdańska. Chyba dopiero tam uda się coś sprawdzić...

"Jeżeli to zabawa Weroniko - to ja będę się śmiał ostatni." - pomyślał przelotnie spoglądając w okno...
 
Aschaar jest offline  
Stary 24-08-2009, 00:55   #4
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2411 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację
Warszawa 31 sierpnia 1939 r. - Hotel Bristol godz. 13.10

Po krótkiej wymianie zdań obaj przyjaciele Weroniki ustalili, że zjedzą obiad w hotelu Bristol w którym zatrzymał się pan Tomasz Dunin. Mecenas Jasiński na pożeganie wręczył im swoją wizytówkę i zapewnił, że pomoże jak tylko będzie mógł jeśli tylko zajdzie taka konieczność.
Po wyjściu z kancelarii zamówili taksówkę i po kilku minutach zatrzymali się przed hotelem. Robił on pioronujące wrażenie. Zarówno neorenesansowa elewacja jak i bogactwo wystroju wnętrz przyprawiał o zawrót głowy. Hotel uchodził za najlepszy w Polsce i śmiało mógł rywalizować z wieloma hotelami Europy.

Tomasz Dunin i Edward Cywiński siedzieli właśnie w hotelowej restauracji i jedli obiad. Pieczony jesiotr w sosie z polskich raków smakował wyśmienicie. Panowie wspominali drogą zmarłą i sytuacje z nią związane. Obaj byli zdania, że Weronika należała do osób tajemniczych a jednocześnie bardzo interesujących. Co ciekawe z rozmowy wynikło, że ani jeden ani drugi nie należał do osób wobec których można by użyć słowa przyjaciel.
- A może to tylko my tak uważamy – stwierdził w pewnym momencie Dunin – Być może Weronika widziała to zupełnie inaczej.
- Być może, tylko dlaczego nie powiedziała nam o tym? - spytał Cywiński.
- W okazywaniu emocji była równie tajemnicza co na przykład w sprawie swojej rodziny.
- Czyżby pan także nie miał okazji poznać ojca naszej przyjaciółki?
- Nie było mi to dane – stwierdził Dunin.
Zauważył, że siedzący pod ścianą młody mężczyzna przygląda im się z kiepsko skrywaną ciekawością.
Ubrany w skromny garnitur wyróżniał się na tle innych gości hotelowej restauracji.

Dunin spojrzał na jego buty. Czarne, znoszone mokasyny z brudnymi obcasami. Jego przypuszczenia się potwierdziły. Ów młody człowiek z pewnością nie był gościem hotelu i trafił tu albo przez przypadek albo...
- Kim jest ten mężczyzna siedzący pod ścianą? - spytał Dunin kelnera, który podawał właśnie kawę.
Kelner sprawnym ruchem nalewał kawę, a kątem oka spojrzał we wskazanym kierunku.
- Przykro mi proszę pana, ale niewiem. Widzę go tutaj pierwszy raz.
- Dziękuję w takim razie.
- Jeśli pan sobie życzy, to mogę się dowiedzieć – odparł kelner, a błysk w jego oku dobitnie pokazywał z jaką wielką przyjemnością podjąłby się tego dodatkowego zadania. Z jeszcze większą przyjemności przyjąłby wysoki napiwek za zdobycie tych informacji.
Dunin nie zdążył odpowiedzieć, bo do ich stolika podszedł wysoki szpakowaty mężczyzna.
- Dzień dobry panom. Inspektor Hryniewicz - przedstawił się - Który z panów to pan Tomasz Dunin.
- To ja. A o co chodzi?
- Z naszych informacji wynika, że dzisiaj o godzinie 11.00 spotkał się pan z mecenasem Jasiński.
- Zgadza się, ale nadal nie rozumiem...
- Jestem zmuszony, prosić pana o dwie rzeczy. Po pierwsze chciałbym zadać panu parę pytań na osobności, a po drugie prosić o pozostanie w Warszawie przez conajmniej dwa najbliższe dni.
- Czy może pan powiedzieć o co chodzi? Przerywa mi pan obiad i rząda podporządkowania się rozkazom, nie podając żadnych wyjaśnień. Czy pan wie z kim rozmawia?
- Za chwilę się pan dowie o co chodzi. - odparł policjant, a widząc zdziwioną minę Edwarda spytał – A czy pan nie nazywa się przypadkiem Edward Cywiński?
- Owszem – odpowiedział poddenerwowany – Może skończy pan tą maskaradę i powie o co chodzi - dodał widząc nadal władną minę inspektora.
- Skoro tak pan stawia sprawę... Dzisiaj, to jest 31 sierpnia około godziny jedenastej, został zamordowany mecenas Henryk Jasiński. Panowie jako ostatni widzieli go żywego. Jestem więc zmuszony poprosić panów o odpowiedź na kilka pytań.
Obaj dżentelmeni wymienili znaczące spojrzenia. Wszystko zaczynało się komplikować. Nie było jednak w tym naprawdę nic dziwnego. Wszak bywało tak zawsze, gdy w sprawę była zaangażowana Weronika Dyjamentowska.
 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.
brody jest offline  
Stary 24-08-2009, 18:38   #5
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Po wyjściu z kancelarii Tomasz ciągle nie był przekonany co do słuszności podjętych kroków. Jednak wydawało się, że klamka zapadła i nie było już odwrotu. Taksówka zatrzymała się pod hotelem „Bristol” i Dunin pewnym krokiem podążył do recepcji, korzystając z chwili konsternacji u Edwarda.

Nie odebrał jednak klucza do swojego pokoju, a jedynie zapytał o pociągi odchodzące z Warszawy do Gdańska. Recepcjonista usłużnie ustalił, że są dwa – pierwszy o 16:35, a drugi o 21:10. Chwilowo Dunin nie zamówił biletów, ale był przekonany, że pociąg po 16-stej będzie znacznie bardziej odpowiedni.

Po chwili znalazł się z Cywińskim w hotelowej restauracji. Zamówili początkowo kawę i po krótkiej rozmowie zdecydowali się jednak na wczesny obiad. Jak się okazało żaden z nich nie uważał się za bliskiego przyjaciela Weroniki, co było równie zastanawiające jak cała sprawa...

Sytuacja znacznie się skomplikowała podczas obiadu kiedy do stolika przy którym siedzieli mężczyźni podszedł szpakowaty jegomość i w sposób równie zagadkowy, jak i obcesowy zakomunikował o śmierci mecenasa Jasińskiego i równie jawnym tekstem oskarżył biesiadników o „maczanie palców w sprawie”. Kelner przysłuchujący się rozmowie oddalił się spiesznie, zresztą nie miało to już większego znaczenia – mężczyzna obserwujący Dunina; gdy zauważył poruszenie przy stoliku szybko wstał i wyszedł z hotelowej restauracji.

Tomasz spojrzał na talerz, a następnie na inspektora. Uśmiechnął się kwaśno i rzucił serwetę na stół:
- Gratuluję taktu. – powiedział oschle – Pańskie, iście teatralne, wejście nie tylko dało pole do popisu hotelowym plotkarzom, ale nawet spłoszyło mężczyznę, który jak mniemam nas obserwował... Życzy pan sobie rozmawiać tutaj czy przejdziemy w jakieś bardziej odosobnione miejsce?
- Myślę, że wygodniej będzie porozmawiać gdzie indziej.
- Ja też tak myślę. Panie Cywiński, zechce pan wybaczyć... –
powiedział Tomasz wstając od stołu.

Po chwili Tomasz usiadł w jednym z bocznych pokoi hotelowego lobby. Zamówił dwie kawy i jakieś ciasteczka. Gdy zamówienie pojawiło się na stole, a drzwi za kelnerem zamknęły zapytał:

- W czym mogę panu pomóc? Na wstępie zaznaczam, że pańska prośba dotycząca pozostania w Warszawie znacząco koliduje z moimi planami. – w chwili obecnej wolał nie powoływać się na immunitet dyplomatyczny. Niepotrzebnie skomplikowałoby to sprawę, a zaczynało mu zależeć na szybkim opuszczeniu stolicy. Opuszczeniu, które w obecnej sytuacji było coraz bardziej problematyczne. – Przybyłem do Warszawy na krótko i nie zamierzałem bawić tutaj dłużej niż to konieczne.
- A w jakim celu przybył pan do Warszawy? – zapytał inspektor pokazując policyjną legitymację.
- Do Warszawy przybyłem wczoraj, późnym popołudniem, na pogrzeb znajomej, który odbył się dzisiaj rano...
Inspektor przez chwilę czekał na nazwisko, ale w końcu zrezygnował zadając kolejne pytanie:
- W jakiej sprawie spotkał się pan z mecenasem Jasińskim?
- Mecenas Jasiński zawiadomił mnie o pogrzebie, a także o tym, że zmarła właśnie mnie prosiła o wykonanie swej ostatniej woli. Właśnie w sprawie testamentu spotkaliśmy się w kancelarii mecenasa Jasińskiego po pogrzebie. Jego synowie, z tego co mi wiadomo, są również zaznajomieni ze sprawą. Myślę, że od nich uzyska pan bardziej wyczerpujące informacje – zwłaszcza, że to kancelaria Jasińskich prowadziła sprawę pochówku, zawiadomienia przyjaciół oraz przekazania woli zmarłej. Ja nie zdecydowałem jeszcze co zrobić w tej sprawie – rozumie pan – nie jest to codzienność... –
Tomasz zawiesił głos pozwalając policjantowi domyślać się czego tylko chce...
- Czy ma pan broń palną?
- Nie.
- Co pana łączy z panem Cywińskim?
- Praktycznie nic. Spotkaliśmy się dziś na pogrzebie, jak się okazało on również został poproszony o wykonanie woli zmarłej. Ponieważ obaj jesteśmy znajomymi zmarłej jest prawdopodobne, iż spotkałem go wcześniej – podczas studiów lub podczas jednego z przyjęć... Twarz pana Cywińskiego wydaje mi się znajoma, ale nie potrafiłbym powiedzieć gdzie dokładnie się spotkaliśmy... jeżeli w ogóle się spotkaliśmy.


Tomasz upił kolejny łyk kawy nie zamierzając zagłębiać się w szczegóły sprawy i ostatniej woli Dyjamentowskiej. Oraz, a może: przede wszystkim, całej sytuacji...

- Myślę, że to wszystko... Dziękuję. Na razie – Hryniewicz skończył notatki w swoim kajeciku i podniósł wzrok na Dunina – Gdzie pan mieszka?
- Tutaj w „Bristolu”, jeżeli po tej scenie w restauracji mnie nie wyrzucą... –
Dunin podniósł się lekko i podchodząc do drzwi powiedział – poproszę zatem pana Cywińskiego. A! – chwycił klamkę i odwrócił się - Panie inspektorze niech pański policyjny nos obwącha taką sprawę. Kancelaria prawna organizuje pogrzeb i zaprasza na niego tylko dwu przyjaciół zmarłej mieszkających, na domiar złego, poza Warszawą. Tuż po pogrzebie i spotkaniu właściciel kancelarii zostaje zamordowany... Ostatni interesanci nieżyjącego już mecenasa są śledzeni, a i pan jakoś dziwnie szybko ustala kto i gdzie... Mamy w końcu 13:27 – spojrzał wymownie na zegar – około 11:30 wyszliśmy z kancelarii... chyba wypada tylko pogratulować sprawności... Czy tylko mnie coś tutaj, przepraszam za wyrażenie, śmierdzi?

Tomasz nacisnął klamkę i wychodząc powiedział:
- Czy powinienem czegoś się obawiać, a może poprosić o ochronę? Jak pan sądzi?

Nie czekając na odpowiedź zamknął za sobą drzwi.
 
Aschaar jest offline  
Stary 28-08-2009, 23:40   #6
 
yvain's Avatar
 
Reputacja: 11 yvain nie jest za bardzo znany
Edward wyszedł z pokoju wraz z inspektorem. Przesłuchanie trwało o wiele krócej niż sądził. Zgodne z prawdą odpowiedzi nie zaskoczyły ani nie zdziwiły Hryniewicza.

Szczególnie zaniepokoiło go pytanie o broń palną. W domu nauczyciela, na dnie szafki nocnej, leżał stary rewolwer, jeden z "prezentów" od ojca z dawnych lat. Perspektywa nietypowej podróży raczej prosiła się o posiadanie broni i do momentu przesłuchania Edward karcił się w myślach za zostawienie broni w Borysławiu. Ale z drugiej strony teraz może być bardziej potrzebna niż kiedykolwiek - pomyślał patrząc na żegnającego się policjanta, który nie omieszkał rzucić kilku złowrogo brzmiących rad na odchodne.

W gąszczu standardowych pytań o znajomość z mecenasem oraz z Duninem nie umknął Edwardowi brak ciekawości inspektora co do jego przynależności partyjnej. Członek Polskiej Partii Socjalistycznej podejrzany o zabójstwo prawnika - hit czołówek wszystkich warszawskich gazet przez kolejny miesiąc. Burżuazyjne wydawnictwa płaciły duże pieniądze za takie fakty. Hryniewicz nie miał o nim zielonego pojęcia, niezwykła szybkość śledztwa odbiła się jak widać na jakości. Zachowanie stróżów prawa było nietypowe.. Będzie trzeba mieć się na baczności. Ale przede wszystkim trzeba jak najszybciej opuścić Warszawę!

Cywiński zamówił i szybko wypił setkę wódki by odreagować wrażenia. Przysiadł się znów do Dunina i szybko omówili swoje zeznania. Na szczęście nie znaleźli żadnych znaczących różnic, to utrudni pracę policji i odsunie od nich, przynajmniej chwilowo, podejrzenia. Edwarda ciekawiło czy tutejsza policja będzie wobec nich tak samo bezczelna jak wobec robotników i czy ich rzeczy zostały już przeszukane. Jego bagaże nie zawierały niczego osobliwego, liczył, że nowy kompan też niczego nie ukrywał.
 
yvain jest offline  
Stary 29-08-2009, 12:07   #7
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Warszawa 31 sierpnia 1939 r. - restauracja hotelu "Bristol"

Dunin wrócił do restauracji; bacznie, acz dyskretnie rozglądając się po hotelowym lobby i restauracji. Nie zauważył niczego dziwnego czy niepokojącego. Zamówił butelkę wina – co nie było najlepszym posunięciem po niedojedzonym obiedzie i kilku kawach, ale Tomasz musiał wypić coś mocniejszego, a jednocześnie nie chciał stracić jasności umysłu.

Podczas przesłuchania nie skłamał, ale również nie powiedział całej prawdy. Mógłby udzielić bardziej obszernych wyjaśnień, ale... Dlaczego zawsze gdy pojawiała się Weronika pojawiała się również jakaś dwuznaczność, jakieś tajemnice, jakieś ale???

Przy stoliku pojawił się kelner i czerwone półsłodkie Duhart Milon znalazło się w kieliszku Tomasza.
..


Mężczyzna nie miał wątpliwości, że mecenas – jeżeli faktycznie zginął (bo przecież o tym, że mecenas Jasiński przeniósł się do lepszego świata wiedzieli tylko od Hryniewicza) – zginał z powodu zajmowania się sprawą Dyjamentowskiej. Chociaż... dlaczego dopiero dzisiaj? Przecież dokumenty były w posiadaniu kancelarii już wcześniej i jeżeli ktoś chciał się do nich dobrać... „dodałam wasze nazwiska do listy osób upoważnionych” – przypomniał sobie fragment z notatki spoczywającej w wewnętrznej kieszeni marynarki. Oczywiście! Przesyłka do Paryża. To o nią chodziło. Posiadanie dokumentów nie rozwiązywało sprawy – Bank nie wyda ich nawet po podaniu hasła, jeżeli odbiór nie będzie następował przez osobę upoważnioną... „Bank nie wyda ich nawet po podaniu hasła, jeżeli odbioru nie dokona osoba upoważniona” – poprawił sam siebie, czasami obcojęzyczna składnia wkradała się do jego polskiego...

W każdym razie – chodziło o rzecz znajdującą się w skrytce Dyjamentowskiej w Gdańsku... Ktoś równocześnie zacierał ślady – sama Weronika nie żyła, dziś zginął Jasiński – dokładnie wtedy kiedy przestał być potrzebny – przekazał informacje i dokumenty. Oczywistym było, że ktoś, lub jakaś organizacja, raczej jakaś organizacja, śledziła kancelarię i samego Jasińskiego; a teraz będzie miała na oku Dunina i Cywińskiego... W zasadzie to już ma – przypomniał sobie mężczyznę w hotelowej restauracji spłoszonego przez inspektora. Teraz dopiero Tomasz pomyślał o jego ubiorze, a raczej tym co z niego wynikało – mężczyzna ubrany był... biednie. Coś takiego na ulicy oczywiście ginęło w tłumie, ale w „Bristolu” było zbyt widoczne. Dlaczego więc mężczyzna wszedł do środka? Czy nie wystarczyła mu informacja o tym, że... a może nie wiedział, że Dunin tu mieszka? Wejście bezpośrednio do restauracji było zatem dobrym posunięciem – recepcja powinna być dyskretna, chyba, że... przekleństwo przeleciało przez myśli Tomasza jak strzała. Ubiór mógł być całkiem naturalny dla przedstawiciela klasy pracującej, która przez – chociażby – partię socjalistyczną zdobywała coraz większe poparcie i wyraźnie dążyła do przejęcia władzy... Socjalizm był dla Tomasza mocno przekolorowany i w jego opinii nie miał szans na powodzenie w dłuższym okresie czasu. Po prostu klasa robotnicza nie miała wiedzy, aby rządzić... Wątek polityczny pojawił się w umyśle Tomasza niemal automatycznie – Dyjamentowska pogardzała niższymi warstwami i było dość oczywistym, że jeżeli komuś zależało na jej śmierci to ci pogardzani mieli doskonały motyw... Nawet jeżeli Weronika po śmierci rozdała swój majątek... W zasadzie to w takim wypadku ci „biedni” mieli jeszcze lepszy motyw...

„Jesteś uprzedony tak samo jak Weronika” – pomyślał sam o sobie i podniósł kieliszek do ust. A jeżeli mężczyzna chciał się z nimi spotkać, bo ma, przykładowo, jakieś informacje ważne dla sprawy? W tej całej sprawie jest więcej znaków zapytania niż odpowiedzi czy wskazówek.

- Nie wiem jak pańskie przesłuchanie, ale moje było mocno powierzchowne – powiedział Dunin, kiedy tylko Cywiński pojawił się przy stoliku – Wina? – Zapytał i kontynuował:
- Zapytam wprost – zamierza się pan zająć wykonaniem ostatniej woli zmarłej? Jeżeli tak, to dlaczego? Co pan sądzi o całej sprawie? –
zapytał i kontynuował: Cała sprawa wydaje się podejrzana... Policja bardzo szybko ustaliła gdzie się znajdujemy, ktoś nas, albo jednego z nas śledzi... Wybaczy pan, ale – nie znamy się i w tej sytuacji... - kilku profesorów wyrzuciłoby po takiej wypowiedzi Tomasza z zajęć, ale nie miał... nie chciał bawić się w grzeczne podchody... Spokojnie wypowiedziane pytania zawisły na chwilę nad stolikiem.
 
Aschaar jest offline  
Stary 06-09-2009, 08:40   #8
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Warszawa 31 sierpnia 1939 r. - restauracja hotelu "Bristol" (post wspólny)

Edward odetchnął z ulgą. Czekał na rozmowę, wreszcie mógł wszystko poukładać. Popijając lampkę wina powoli odpowiadał.

- Szanowny panie Dunin. Nie wydaje mi się żebyśmy mięli okazję dłuższą chwilę ze sobą spędzić jeszcze za życia Weroniki. Nasuwa to pewne podejrzenia, że każdy z nas nad wyrost został w testamencie określony jako „przyjaciel”, wszak nie przebywaliśmy z nią nawet tyle by siebie nawzajem pamiętać. Wydaje mi się, że zostaliśmy tu ściągnięci ze względu na naszą wiedzę i umiejętności co oznacza, że wykonanie jej ostatniej woli to nie jest zwykła podróż, którą może odbyć każdy. Nie będę ukrywał, dopóki mamy pieniądze nie widzę przeszkód w podjęciu podróży do Gdańska i dalej do Paryża – Edwardowi serce biło szybko, podejmował przecież ważną decyzję. A może raczej spełniał założenia swojego postanowienia jeszcze z biura mecenasa Jasińskiego. Tak czy inaczej zbliżył się do Dunina, zaczął mówić ciszej – Obydwoje wiemy, że nie jesteśmy tu bezpieczni. Nie posunę się aż tak daleko by stwierdzić, że zabójstwo mecenasa jest dopiero początkiem polowania na nas, ale wszystko wskazuje na to, że nasza mała wycieczka stanie się wyścigiem.

Nalał sobie kolejny kieliszek wina. Wypił szybko. Rozejrzał się niepewnie po sali.

- Panie Dunin – popatrzył na kompana uważnie – żeby była jasność. Sugeruje wyruszyć natychmiast.

Słowa Cywińskiego były potwierdzeniem obaw Tamasza - on również nie był blisko związany z Weroniką... "Chodziło zatem o..." - myśl przeleciała przez głowę Tomasza.

Mężczyzna odpowiedział równie cicho:
- Opuszczając Warszawę natychmiast narażamy się na zarzut o współudział, utrudnianie działań Policji, czy inne tego typu insynuacje... Choć - przerwał na chwilę - pozostawanie w mieście nie ma żadnego sensu. Zarówno od strony samego... testamentu, jak i sytuacji politycznej w Europie... Gdzie się pan zatrzymał? Z tego co wiem pociąg do Gdańska mamy za jakieś niecałe 3 godziny... To chyba wystarczy panu na dotarcie na dworzec? Nie sądzę, aby rozsądnym było abyśmy jechali na dworzec wspólnie - jeżeli ktoś nas obserwuje, a mniemam, że tak jest - moim zdaniem lepiej się rozdzielić...

Dunina zastanowiło wspomnienie o pieniądzach... Ale to również pozostawił na rozmowę w pociągu. Teraz nie było ważne kim - tak na prawdę - był Cywiński i na ile można było na nim polegać...

Znów zanurzył wargi w winie - cóż... sprawa zaczynała być coraz bardziej wciągająca - jak kolejne pociągnięcia lekkiego tytoniu zmieszanego z opium bulgoczące w nargili...

Cywiński nie zatrzymywał się w żadnym hotelu. Liczył na powrót w nocy, przecież jutro zaczynał się rok szkolny. Jego podręczny bagaż zawierał tylko mniej oficjalny strój i bielizne na wypadek gdyby się spóźnił i musiał się przebrać w szkole. Na dworcu mógł być w pół godziny.

- Jako, że ze względów zawodowych nie mogłem się w Warszawie zakwaterować na noc dojazd na dworzec dla mnie jest kwestią kilkudziesięciu minut. Poczekam tutaj, a pan będzie mógł spakować swoje rzeczy. Potem pojedziemy dwoma oddzielnymi taksówkami na dworzec. Sądzę, że jest to najbezpieczniejszy sposób i daje nam możliwość zgubienia obserwatora, a przynajmniej zirytowania go. Jedno z nas pojedzie drogą okrężną - jeśli nie wypatrzymy wcześniej kogo będzie śledzić - będę to ja. Jeśli będziemy mięli wystarczająco dużo szczęścia straci orientacje i pomyśli, że tylko jeden z nas jedzie na dworzec - Edward zastanowił się na moment nad minusami planu, często podobną szopkę musieli grać przed różnymi demonstracjami. Legenda twierdzy brzeskiej była jeszcze świeża - Reasumując możemy sprawić, że do wyjazdu z Gdańska jeden z nas pozostanie dla naszego prześladowcy niewidoczny, tylko czy jest to nam potrzebne? Szczerze mówiąc utrudni nam to działanie, a nie da zbyt wielkich profitów - uśmiechnął się i sięgnął po lampkę wina.

- Rozumiem - Tomasz przez moment zastanowił się nad "względami zawodowym" siedzącego na przeciwko mężczyzny. Nie doszedł jednak do żadnych konstruktywnych wniosków i dokończył - pański pomysł wydaje się całkiem zasadny. Spotkajmy się zatem w pociągu. Każdy z nas może kupić własny bilet, a spotkamy się w wagonie restauracyjnym... Nie można wykluczyć, że jesteśmy obserwowani, ale nie wiem czy obecnie śledzi nas policja, czy osoby powiązane ze śmiercią mecenasa i... - zawiesił głos na chwilę - być może, również samej Weroniki.


 
Aschaar jest offline  
Stary 07-10-2009, 15:18   #9
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2411 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację
Siedząc w restauracji hotelu Bristol obaj panowie mogli zapomnieć o tym co się działo na ulicach. Atmosfera w stolicy daleka była od sielanki i spokoju. W ostatnich tygodniach miasto żyło przygotowaniami do wojny. Na ulicach zaczęto kopać okopy i rowy przeciwczołgowe. Ogłaszano co i rusz alarmy przeciwlotnicze i chemiczne. Ludność żyła w ciągłym napięciu i strachu. Coraz mniej osób wierzyło, że uda się w pokojowy sposób załatwić konflikt z III Rzeszą. Wielu krytykowało ministra Becka i marszałka Śmigłego-Rydza za butne i niepokorne wypowiedzi wobec Niemiec. Zadawano jednak sobie sprawę, że prawdą są słowa Becka "W Polsce nie znamy pokoju za wszelką ceną"
Tomasz Dunin i Edward Cywiński mieli inne problemy na głowie. Po krótkiej rozmowie opracowali plan działania na najbliższe godziny. Mimo wielu wątpliwości i pytań postanowili zaryzykować i czy to z ciekawości, czy poczucia obowiązku spełnić ostatnią wolę zmarłej.
Gdzieś podświadomie czuli niepokój, że dają sobą manipulować. Weronika znana była z tego, że potrafiła nakłonić mężczyzn do niemal wszystkiego. Czy możliwe jednak że nawet za grobu sterowała ludźmi? To zakrawało na paranoję. Odpowiedź na to pytanie obaj panowie mieli poznać już niebawem.
Panowie pożegnali się i każdy ruszył w swoją stronę.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=o2Fdpjgko7Y&feature=related[/MEDIA]

Edward Cywiński
Edward zabrał niewielką walizkę z którą przyjechał do stolicy. Gdy znalazł się przed hotelem poczuł się jakby wszedł do innego świata. Ludzie gdzieś się spieszyli. Uliczny gwar drastycznie kontrastował z ciszą hotelowej restauracji. Przed "domem bez kantów", gdzie mieściła się siedziba Kwaterunku Wojskowego Cywiński zobaczył barykady z worków z piaskiem i dwa stanowiska karabinów maszynowych.
- Chyba jednak nie unikniemy wojny - pomyślał.
Zastanawiał się przez chwilę czy daleka podróż w tej sytuacji jest rozsądnym działaniem. Logika podpowiadała, że nie. jednak ciekawość i dane już słowo sprawiały, że o wycofaniu się nie było mowy.
Z zamyślenia wyrwał go głos kilkunastoletniego gazeciarza:
- Pan szanowny życzy gazetkie?
Rudy urwis miał przez ramię przełożony plik gazet.
- Daj mi Express Poranny - powiedział do chłopaka.
- Już się robi panie szanowny. Dziesięć groszy pan szanowny płaci.
Cywiński zapłacił gazeciarzowi i rzucił okiem na pierwszą stronę Expressu.
http://naszastolica.blox.pl/resource...pnia_1939b.jpg
Przejrzał pobieżnie artykuł i uniósł wzrok z nad gazety. Naprzeciwko niego, po drugiej stronie ulicy stał mężczyzna, który tak samo jak on czytał gazetę. Cywiński nie miał żadnych wątpliwości, że to tajniak. Nauczył się takich rozpoznawać kiedy niejeden taki próbował zakłocić przygotowaną przez niego manifestację.
Zamachał na przejeżdzającą taksówkę i poprosił o szybki kurs na dworzec. Gdy samochód ruszył Edward spojrzał przez tylną szybę. Tajniak podbiegał właśnie do stojącego opodal auta. Teraz trzeba będzie uważać i zgubić ogon przy najbliższej okazji. Cywiński pomyślał chwilę.
Uznał, że najłatwiej będzie się pozbyć tajniaka w tłumie.
Gdy taksówka wjechała w Marszałkowską Edward kazał się zatrzymać i wmieszał się w tłum. Spoglądał w szyby wystawowe co się za nim dzieje. Tajniak próbował zachować dyskrecję a jednocześnie nie zgubić śledzonego. Cywiński przyspieszył kroku i wszedł do jednego ze sklepów. Wymijając ludzi podszedł do lady i powiedział:
- Dzień dobry panu, inspektor Lewandowski, czy jest tu drugie wyjście?
Zaskoczony sprzedawca bez słowa uniósł ladę i wskazał Edwardowi drzwi na zaplecze.
- Prosto i na końcu korytarza w lewo panie inspektorze.
- Dziękuję panu.
Gdy znalazł się na tyłach Marszałkowskiej już spokojniej, ale nadal bacznie się rozglądając ruszył na dworzec. Miał nadzieję, że jego podstęp się udał i tajniak szybko go nie odnajdzie.
Teraz należało tylko kupić bilet i znaleźć jakieś bezpieczne miejsce, gdzie będzie można spokojnie poczekać na pociąg.

[MEDIA]
YouTube - 1939 - część druga[/MEDIA]

Tomasz Dunin
Po tym jak Tomasz pożegnał się z Cywińskim ruszył do swojego pokoju. Po drodze zatrzymał jednego z boyów i kazał nadać mu walizkę na dworzec centralny. Następnie udał się do recepcji.
- Słucham w czym mogę pomóc? - spytał gładko ulizany pracownik hotelu w nienagannym firmowym stroju.
- Moje nazwisko Tomasz Dunin, pokój 325. Chciałem przedłóżyć rezerwację do 3 września.
- Już chwileczkę - recepcjonista sięgnął pod ladę po księge meldunkową, sprawnie odszukał rubrykę w której widniało nazwisko Tomasza - Już załatwione.
- Prosiłbym także aby przyniesiono kolację do mojego pokoju o godzinie osiemnastej.
- Oczywiście... - recepcjonista nagle się zamyślił i zaczął szukać czegoś w pamięci - Chwileczkę, ale wydaje mi się że mam dla pana korespondencję.
Mężczyzna podszedł do szafki na ścianie i z jednej z przegródek wyjął białą kopertę.
- Tak zgadza się. Proszę bardzo.
Tomasz spojrzał na list. Zwykła biała zaklejona koperta bez żadnego podpisu.
- Kto dostarczył ten list? - spytał.
- Pyta pan kto dostarczył list, czy kto go napisał?
- A wie pan kto go napisał? - spytał zdziwiony Tomasz.
- Siedzę tu proszę pana cały dzień i widzę co się dzieje. Tym bardziej w tym przypadku. List dostarczył mały chłopiec, ale ja widziałem kto go napisał. To Daniel Mostowicz napisał ten list. To taki dziennikarzyna. Pracuje dla Kuriera Mistycznego. Nie wiem czy pan słyszał?
- Niestety nie - przyznał Dunin.
- To taki brukowiec o okultyźmie i tym podobnych bzdurach. Wie pan duchy, magia i upiory, takie rzeczy.
- Rozumiem - Dunin słuchał słów recepcjonisty z coraz większym zainteresowaniem.
- Czyżby ten Mostowicz miał jakieś powiązania z Weroniką? - pomyślał.
- I ten Mostowicz na początku to chciał wiedzieć w którym pokoju się pan zatrzymał. Ja mu oczywiście nic nie powiedziałem. Mało tego wcale nie potwierdziłem, że się pan u nas zatrzymał.
- Dziękuję panu bardzo - Dunin powoli analizował fakty.
- Wtedy Mostowicz postanowił zaczekań na pana w restuaracji. Tego już mu nie mogłem zabronić. Wyszedł jednak, gdy przy pana stoliku pojawił się inspektor Hryniewicz. Gdy wyszedł napisał na kolanie parę słów i włożył do koperty.
- Bardzo panu dziękuję za pomoc - powiedział Dunin, kładąc na ladzie dwa złote.
- Zawsze do usług proszę szanownego pana.

Idąc na górę Tomasz otworzył kopertę. Zgodnie z tym co powiedział recepcjonista list wyglądał jakby był pisany na kolanie. Litery pokrzywione i chwiejne, pisane szybko i niedbale.

Drogi bracie!
Pan mnie niezna ale ja mogę panu bardzo pomóc. Ja znałem Weronikę, choć ona pewnie by się do mnie nie przyznała. To jednak nie ważne. Istotne jest to że mogę panu pomóc w poszukiwaniach, mam wiele informacji o Weronice, które mogą okazać się przydatne. Proszę nie odrzucać pomocnej dłoni, dla dobra naszej sprawy.
Proszę o spotkanie z panem dziś o dwudziestej w "Ziemiańskiej"

Brat M.


Pod podpisem widniał niezdarny rysunek

oraz jakiś dziwny skrót
WLNP

Po wejściu do pokoju Dunin przebrał się w strój wygodniejszy na długą podróż. Następnie postanowił zrobić mały bałagan w swoim pokoju. Porozrzucał ubrania, przewrócił krzesła i mierzwi pościel. Zostawiając bałagan, spakowany wychodzi jednym z bocznych wejść. Na ulicy złapał taksówkę i poprosił o kurs do hotelu "Francuskiego" przy Marszałkowskiej 146. Gdy zapłacił za kurs wszedł do hotelowego holu. W recepcji kupił papierosy i najświeższą gazetę.
Każda stołeczna gazeta aż krzyczała o zbliżającej się wielkimi krokami wojnie. Mobilizacja, plany wojenne i nieudane pertraktacje pokojowe odmieniane były przez wszystkie przypadki.
- Niedobrze - pomyślał Dunin - A my jedziemy w samą paszczę lwa.
Decyzja została już podjęta i Dunin nie zamierzał rezygnować. Wyszedł z hotelu i już pieszo udał się na dworzec.
To co się działo na dworcu przechodziło ludzkie pojęcie. Tłum ludzi przy kasach i na peronach. Wszyscy nagle gdzieś chcieli wyjechać. Dunin zastanawiał się ile w tym wszystkim jest logiki. Tak naprawdę nie wiadomo, czy Niemcy zaatakują. A jeśli nawet nie wiadomo kiedy to nastąpi i przede wszystkim gdzie. Panika była mu całkowicie obca i ciężko mu zrozumieć tych prostych ludzi. Zdobycie biletu w tych warunkach nie będzie łatwe, a czas goni.
 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.

Ostatnio edytowane przez brody : 07-10-2009 o 15:27. Powód: dopisek
brody jest offline  
Stary 09-10-2009, 10:53   #10
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Tomasz wyszedł z hotelu i stosunkowo szybko doszedł na Dworzec Centralny. Wejście na dworzec przypominało bardziej oblężenie twierdzy niż...



Przypatrując się tłumowi Tomasz analizował fakty. Był w stanie zrozumieć tych ludzi, jak bardzo mocno się postarał... Widmo wojny wisiało nad Polską i rozsądnym wydawało się opuszczenie stolicy. Stolicy, która będzie jednym z głównych celów. Tyle, że ucieczka była bardzo krótkotrwałym rozwiązaniem, a mogła być nawet bardziej niebezpieczna niż pozostanie w mieście... Plany Hitlera i jego Wielka Rzesza... Jeżeli wojna wybuchnie to nie będzie ona szybka - pomimo buńczucznych zapowiedzi Niemiec.

Spanikowany tłum kłębił się i Dunin był przekonany, że zdobycie biletów w tych warunkach będzie cokolwiek kłopotliwe. Miał tylko nadzieję, że kierunek północny nie będzie zbyt obciążony podróżnymi. Jak dobrze pamiętał pociąg do Gdańska zmierzał początkowo na północ do Malborka poprzez Działdowo i Iławę, a póżniej na zachód na Tczew i ponownie na północ do Gdańska... "Ludzie powinni uciekać na południe, z dala od Niemiec i morza" - pomyślał przelotnie i rozejrzał się ponownie. Tuż przed nim przebiegł młody chłopak - student może, z biletami w ręce. Spojrzał za nim i zauważył, że dobiega do czekających na niego kolegów.



Zaczeli o czymś rozmawiać i Tomasz postanowił wykorzystać sytuację. Szybkim krokiem podszedł do samochodu i usłyszał jeszcze koniec rozmowy:
- ...tutaj. Nic innego nie wymyślimy.
- Przepraszam - Dunin uśmiechnął się przepraszająco - Ja... bo... my z żoną... Widziałem, że mają panowie bilety... Czy nie chcieliby panowie sprzedać tego samochodu skoro wyjeżdżają panowie pociągiem?
- Właściwie - najstarszy z mężczyzn szybko otrząsnął się z zaskoczenia - zastanawialiśmy się co z nim zrobić. Jedziemy do Krakowa i nasz pociąg odchodzi za kilkanaście minut... Ile pan może dać?
Tomasz z niewinną miną rzucił połową wartości samochodu widząc, że w samochodzie praktycznie nie ma bagaży, i po chwili trzymał w ręku spisaną na szybko umową sprzedaży i kluczyki. Zaproponował, że podwiezie na Dworzec Zachodni, który powinien być mniej oblegany, ale panowie pożegnali się szybko i po chwili zniknęli w bocznym przejściu na perony.

Dunin spojrzał na samochód i odetchnął. "Jesteś okropny" - pomyślał. Oczywiście zdawał sobie sprawę z faktu, że w razie ogłoszenia mobilizacji samochód może zostać skonfiskowany przez władze czy wojsko. Podróż samochodem również niosła z sobą kilka niedogodności, ale z drugiej strony - byli znacznie bardziej mobilni...

Wsiadł do samochodu i ruszył. Samochód potoczył się z wolna w kierunku dworca Warszawa Gdańska, gdzie znajdowało się biuro kolei.

Tutaj było znacznie luźniej. Wszedł do budynku z napisem dyrekcja i dość szybko znalazł odpowiedni gabinet. Dwie sekretarki usiłowały utrzymać w ryzach kilku zdenerwowanych petentów. Wyjął paszport i zaczął coś mówić na tyle cicho, aby pracownica go nie usłyszała:
- Nie słyszę pana! O co chodzi?

Dunin machnął, jakby ze zdenerwowania, ręką i poszedł prosto do gabinetu. Omal nie dostał gwałtownie otwartymi drzwiami:
- Pani Halinko...
- Musimy porozmawiać! To sprawa najwyższej wagi -
prawie wepchnął dyrektora z powrotem do gabinetu. - Przepraszam za swoją obcesowość, ale nie mogę tego załatwić inaczej. Moje nazwisko Dunin, pracuję dla ambasady francuskiej w Warszawie - pokazał paszport na tyle długo, aby rozmówca zdołał ocenić dokument, ale równocześnie nie na tyle długo, aby zapamiętał zbyt wiele szczegółów - Niezbędnym jest, abym zorganizował przejazd czterech osób pociągiem do Gdańska. Przejazd ten jest związany z pracą naszej ambasady. Jest mi to zupełnie obojętne, czy zakupię bilety czy wynajmę dodatkowy wagon. Muszę mieć zagwarantowany przejazd tym pociągiem.

W końcu zrobił pauzę pozwalając rozmówcy na zebranie myśli i przetrawienie wszystkiego. Jak szybko się okazało, na doczepienie wagonu nie było szans - pociągi były tak przepełnione, że wszystkie wagony zostały już wykorzystane. Tomasz podsunął, że w takiej sytuacji może być wykorzystany nawet wagon restauracyjny czy "cokolwiek co jedzie w kierunku Gdańska"... W końcu Dunin uzyskał zapewnienie, że coś na pewno zostanie załatwione, a bilety będą czekać u dyżurnego ruchu przed odjazdem pociągu. Zdecydowanie wolałby mieć bilety w ręku, ale... zostawił na biurku dyrektora dostatecznie dużo, aby zapłacić za bilety i "fatygę". Wylewnie się pożegnał zaznaczając, że gdyby wniknęły jeszcze jakieś koszty...

Kilka minut później Dunin był przy samochodzie. Zaczynało kropić i przez chwilę mocował się z dachem samochodu... Zastanawiał się co dalej. Postanowił pojechać do "Bristolu". Podczas jazdy myślał o liście od redaktora. Niezdarny rysunek cyrkla i węgielnicy rozpoznał prawie natychmiast - sztuka królewska. Przynależność do tajnej organizacji była jedną z dwu niebezpiecznych rzeczy...

Wolnomularstwo - Dunin usiłował przypomnieć sobie wszystko co kiedyś usłyszał, zwłaszcza w kontekście Weroniki - nurt wyznający pewne, określone przekonania metafizyczne i dążący do zmiany człowieka i społeczeństwa... Pięknie - wypisz, wymaluj... Cała metafizyczna otoczka i dążenie do czystości ducha nabierały teraz zupełnie nowego znaczenia... Mniej pasowały do... Zmarłej ideały braterstwa i łączenia ponad podziałami - w myślach zgodził się z twierdzeniem reportera o tym, że Weronika "by się do niego przyznała"... Problemem zaczynało być założenie jakie poczynił redaktorzyna - w liście założył, że Tomasz jest członkiem masonerii - inaczej nie pisałby "bracie"... Choć zupełnie nie wiedział po co aż tak obcesowo informował go o... Wystarczyło napisać "Bracie w sztuce królewskiej..." - ale może to byłoby zbyt subtelne dla...

Dunin zaparkował pod hotelem i wszedł do wnętrza. Podszedł do recepcji i zaczepił tego samego, ulizanego recepcjonistę, który przekazał mu list od Mostowicza:

- Dzień dobry. Poproszę klucz do pokoju 325. Proszę również przysłać do pokoju herbatę i kruche ciasteczka. jeżeli mnie jeszcze nie będzie to niech kelner poczeka...
- Oczywiście proszę pana. Czy coś jeszcze?
- Nie... A, tak, przepraszam... Ten cały Mostowicz, który zostawił wiadomość... Gdzie mieści się redakcja tego "Kuriera Mistycznego"? Zostawił mi informacje z prośbą o spotkanie w kafeterii hotelu "Francuskiego" jednak się nie pojawił... Nie lubię jak ktoś mnie tak wystawia...
- Nie wiem proszę szanownego pana, ale zaraz ustalę. Może mają tam telefon?
- Doskonale, bardzo dziękuję... A, i proszę mi zdobyć adres restauracji "Ziemiańska" - mam się tam jutro z kimś spotkać.
- Oczywiście proszę szanownego pana... -
kolejny suty napiwek znikał w kieszeni pracownika hotelowego kiedy Tomasz podążał do łazienki.

Zamknął się w obszernej toalecie. Zapalił papierosa i wypuścił kilka kłębów dymu w powietrze. Jeszcze raz przeczytał list Mostowicza... Skrótem WLNP zajmie się później, teraz tylko go zapamiętał. Podpalił list i poczekał aż spłonie w muszli klozetowej. Jeszcze dwa obłoczki dymu znalazły się w powietrzu... Wrzucił na wpół dopalonego papierosa do muszli i spuścił wodę.

Po chwili znalazł się pod drzwiami swojego pokoju. Kelner już czekał. Uśmiechnął się przepraszająco:
- Oh, przepraszam. Już otwieram. - włożył klucz do zamka i przekręcił. Popchnął drzwi mówiąc: Proszę postawić na stole.
- Ale... proszę pana.
- Co?!? -
Dunin spojrzał na pokój i dokończył - proszę to postawić gdziekolwiek i wezwać kierownika...


Po chwili w spreparowanym przez Tomasza pokoju pojawił się nienagannie ubrany kierownik hotelu... Kiedy kierownik tonął w przeprosinach i zapewnieniach, że nie ma najmniejszego pojęcia jak to się stało i co zaszło, oraz że wszystko zaraz zostanie sprzątnięte... Dunin wyraźnie kierował rozmowę w kierunku: włamanie i przeszukanie. Wyraził nadzieję, że nic nie zginęło, oraz jakby mimochodem wspomniał nazwisko inspektora Hryniewicza. Podczas rozmowy sprawdził stan swoich rzeczy w pokoju i z, wyraźnie widoczną, ulgą stwierdził, że poza jakimiś drobnymi z kieszeni marynarki nic nie zginęło.

- Na szczęście najważniejsze dla mnie dokumenty miałem przy sobie - powiedział na zakończenie otwarcie i wyraźnie sugerując nierabunkowy cel wywrócenia pokoju do góry nogami.

Po wspólnych zapewnieniach o zachowaniu pełnej dyskrecji Dunin poprosił o posprzątanie pokoju i wyprasowanie garderoby. Zawiadomienie policji pozostawił w gestii kierownika hotelu...

Zszedł do recepcji i na firmowej papeterii skreślił kilka słów:

"Szanowny Panie Cywiński.

Zapewne widział pan sytuację na Dworcu Centralnym i w jego okolicach. Zdobycie biletów na pociąg do Krakowa, o którym rozmawialiśmy może okazać się niemożliwe - podobno wyprzedane są na kilka dni naprzód... Wierzę jednak, że uda mam się rozwiązać sytuację. Proszę o spotkanie tu w Bristolu dzisiaj o 19:00...

Pozdrawiam serdecznie, T. D."


Niedokładnie zakleił kopertę i skreślił nazwisko: E. Cywiński. Podał kopertę recepcjoniście z informacją, i prośbą o przekazanie gdyby pan Cywiński pojawił się w hotelu. Pamiętał oczywiście, że umówił się w wagonie restauracyjnym w pociągu, ale nie był pewny czy Edmund będzie w stanie kupić bilet... On sam nie był pewny, czy jego sposób na zdobycie biletu był skuteczny... Ciągle rozważał samochód jako środek lokomocji...

Szybko napisał jeszcze jedną informację:
"Jeżeli nie będzie mnie w pociągu, będę czekał na dworcu Głównym w Gdańsku lub proszę na mnie czekać w hotelu "Jantar". Pozdrawiam T.D."

Zaadresował "Pan Edmund Celiński. Pociąg do Gdańska, być może wagon restauracyjny." i włożył kopertę do kieszeni. W tej grze było zbyt wiele zmiennych. Z jednej strony umówił się z Edmundem w pociągu, ba może nawet udało mu się załatwić przejazd tym pociągiem. Z drugiej - posiadał samochód, co ułatwiało podróż. Z trzeciej - spotkanie z Bratem M; równie zagadkowe, jak i mogące przynieść wiele korzyści... Wszystkie te klocki średnio pasowały do jakiejkolwiek układanki... Miał godzinę i kilkanaście minut do odjazdu pociągu... Jeżeli recepcjonista coś ustalił - spróbuje złapać Mostowicza w redakcji "Kuriera" i porozmawiać z nim przed wyjazdem. Jeżeli to się nie uda - będzie musiał zaczekać do wieczora i spotkać się w "Ziemiańskiej". Tego Dunin wolał uniknąć i doprowadzić do spotkania na własnym gruncie i własnych warunkach... W każdym razie - musiał przekazać informacje Edwardowi - kierownik pociągu do Gdańska będzie odpowiednią osobą...

Z uśmiechem zwrócił się do recepcjonisty:

- Czy udało się coś ustalić? Czy może mi pan rozmienić? - położył na blacie papier dwudziestozłotowy. Musiał mieć trochę drobnych na "wyrazy wdzięczności"...
 
Aschaar jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 16:52.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166