Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 01-01-2010, 13:03   #1
 
kabasz's Avatar
 
[Autorski] Luna: Połączeni Duszą

Trzydzieści lat temu. Paryż.

Młoda kobieta na oko około trzydziestego roku życia, stała przy fontannie Wallace koło mostu Pont Neuf. Zamyślona, wpatrywała się w krople wody spadające z wolna do wnętrza metalowej miski leżącej we wnętrzu fontanny.



Ciepły podmuch wiatru łagodnie rozwiewał jej ciemne włosy. Zamknęła oczy wyobrażając siebie stojącą na plaży, drobinki ciepłego piasku ocierały jej stopy intensywnie drażniąc zmęczoną skórę. Mocny głos nieznajomego mężczyzny bezlitośnie wyrwał ją z zadumy.

- Jak zawsze o czasie, 12 czerwca punkt dwunasta w samo południe. Powiedz słodziutka. Myślałaś że w tym roku nas nie spotkasz ? Musisz być z siebie cholernie dumna, zjawiając się w tym samym miejscu już od dziesięciu lat. Niewielu jest ludzi z tak wybujałym ego. Tym razem jednak, nie dosięgniesz już żadnego z naszych.

Kobieta rozejrzała się na boki. Nie zobaczyła żadnej żywej duszy w promieniu stu metrów. Najprawdopodobniej jeden z nich używał swych zdolności aby móc z nią porozmawiać (jak się mogło mu wydawać) z miarę bezpiecznej odległości.

- Zostałam pozbawiona zbyt wielu rzeczy aby martwić się o to czy aby bezpieczny jest spacer po Pont Neuf. Ile razy mam wam powtarzać, że nie szukam problemów.
- Racja. To one same ciebie znajdują.

Strumień wody wrzał pod naporem uczuć jakie gotowały się w umyśle kobiety. Próbowała za wszelką cenę się uspokoić jednak nie było to łatwe.

- Nie wiesz jak to jest. Uciekać prawie całe swoje życie. Kryć się w kanałach jak szczur, chowając się przed wszystkim co żyje. Nie móc porozmawiać z żadną bliską ci osobą. Ty nawet nie wiesz jak to jest. Nie chcę już tak dłużej żyć ! Uciekać ?! Jestem tym wszystkim zbyt mocno zmęczona.
- Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że dręczą cię wyrzuty sumienia ?
- Ile razy mam powtarzać, że to co się stało nie było moją winą !
- Przypadkiem tylko pozbawiasz życia każdego napotkanego Obdarzonego ?
- Zamilcz !

W głowie dziewczyny rozległ się trzask łamanych kości. Stojąc przy fontannie nie była w stanie usłyszeć już żadnej myśli człowieka, z którym wymieniła kilka myśli. Nie chciała nawet myśleć o tym co się z nim stało.



Starsza zgarbiona kobieta stała na skalnej półce opierając się o zimną skalną ścianę. Nie wiedziała jak potoczy się rozmowa jaką za chwile rozpocznie ze swoim rodzeństwem. Wiedziała zaś jedno. Od kilku wypowiedzianych przez nią słów zależy zbyt wiele.

Długo już żyła na tym świecie. Widziała upadki mocarstw i narodziny Mesjaszy. Zawsze stała z boku, nigdy nie ingerowała w to co się działo dookoła niej. Postanowiła już dawno być opiekunką i doradczynią swych pobratymców. Dziś miała złamać dane sobie samej słowo wieki temu. Dzisiaj miała przekonać pozostałych do stawienia czoła największemu wyzwaniu. Wyjścia do ludzi.

- Kochani moi, proszę o chwilę ciszy. - Chropowatym głosem, który nie miał szans przebić się wśród pochrząkiwań i gwary zgromadzonych w grocie istot. Kobieta rozpoczęła swoją przemowę, licząc na to, że wraz z każdym wypowiedzianym przez nią słowem, zgromadzeni okażą jej należyty szacunek i ściszą swój głos. Nie myliła się. Gwar powoli ustępował miejsca wypowiadanym przez nią słowom.

- Nastały niebezpieczne dla nas czasy, gorsze nawet od ery zejścia w podziemie. Coraz częściej dochodzą mnie słuchy, że nasi bliscy umierają w męczarniach. To nie ludzie są przyczyną. Wiemy o tym wszyscy. Ich rasa nie jest w stanie dojść do naszych pieczar. Mamy powody przypuszczać, że to piętno jakie pozostawili po sobie sprawia, iż ziemia tak nam bliska, jest dla nas niebezpieczna nawet w naszych domach ! Nigdy nie myślałam, że dożyję dnia w którym głowa hydry nie będzie w stanie podzielić się na dwie smukłe szyje gdy wkroczy w okres dojrzały. Nigdy nie myślałam, że Gryf nie będzie w stanie latać gdy rozprostuje skrzydła. To w jakim stanie znajdujemy się moi mili nie jest normalne ! Nie jest dobre !

Głos staruszki zadrżał ze wzruszenia. Nie była w stanie się opanować.

Wszystkie istoty, które przybyły na spotkanie były doskonale świadome tego, iż ich gatunek jest zagrożony wymarciem. Ciała istot rozumnych traciły na giętkości, sile czy też plastyczności.

Doskonałym przykładem była rasa Feniksów. Coraz częściej istoty z tej rasy odczuwały przenikający całe ciało chłód. Aby przeżyć Feniksy coraz częściej musiały wspomagać się porcją energetyzującego proszku, wytwarzanego przez Skrzadła. Każdy dzień stanowił dla nich wyzwanie, jeśli zaniechaliby spożycia Skrzadłowego pyłu temperatura ich ciała stałaby się bliska dwudziestu stopni Celsjusza – a to o całe trzydzieści stopni mniej niż Feniksy były do tego przyzwyczajone.

Osobniki rasy Asco cierpiały ostatnimi czasy na dość specyficzną przypadłość. Ich ciała rozpadały się. Właściwie nie tyle co rozpadały co owady składające się na kończyny Asco odłączały się od Matu. Zważywszy na fakt, iż rasa ta żyła tylko dzięki symbiozie owadów fakt ten spędzał sen z powiek pozostałym przy życiu Aborrecimiento.

Az'khas przysłuchiwał się mowie Opiekunki. On również czuł żal jaki ogarnął kobietę, kiedy wspomniała o bliskich jej sercu istotach, tak boleśnie dotkniętych przez los. Młody wojownik znał uczucie niemocy, kiedy nie jesteśmy w stanie pomóc swym najbliższym. Ostatnio starsza forma Skrzadła Flyz, która darzyła matczyną miłością Az'khas zmarła w wyniku nagromadzenia przez jej ciało zbyt dużego materiału energetycznego. Choć sama, stroniła od wszelkich kamieni, aby nie pochłonąć zbyt dużej ich ilości – doskonale wiedziała czym to grozi – jej ciało rozkruszyło skały będące nieopodal niej, wchłaniając cały dostępny materiał. Skrzadło nie miało szans powstrzymać zbyt silnie przebiegającego procesu starzenia.


- Zebrałam was tutaj moi mili ponieważ trzeba podjąć niezbędne kroki. Podjąć decyzje. Inaczej może być za późno, inaczej możemy zginąć jako gatunek. Musimy znaleźć przyczynę zachorowań naszych młodych. Przyczynę zmian jakie zachodzą w każdym z nas. Jednak co ważniejsze, potrzebujemy lekarstwa aby żadna umiłowana nasza córka czy syn nie musieli cierpieć ! Dlatego pytam wszystkich tu zgromadzonych. Czy znajdą się wśród was chętni, aby wyruszyć na powierzchnię ? Do ludzi ?

Zapadła długa cisza.

Staruszka zadała to pytanie, pytanie na które znała odpowiedź. Wśród nielicznych braci i sióstr, którzy przybyli dzisiaj na zebranie, zapewne znajdzie się niewiele, którzy podejmą wyzwanie. Nie zdziwiła jej dlatego reakcja zgromadzonych w jaskini istot. Nikt nigdy nie myślał o tym aby wyjść do świata ludzi. Świata, którego bali się wszyscy. Powoli zeszła ze skały korzystając z pomocy jednego z Sadesyksów – Lauhelmaasiela. Doszła do swoich sióstr opierając się o ramię mężczyzny.

Lauhelmaasielu póki co pozostawał milczący. Czekał cierpliwie, aż Opiekunka wspomni o Rytuale, dla którego przyszedł na to zebranie. Zdziwiło go trochę milczenie pozostałych ras szczególnie, brak wymądrzania się jednostek z rasy Angelo Rosso. Sadesyks przybył na zebranie jako towarzysz Gatti – Grau. Została ona wydelegowana do odprawienia rytuału Poznania i była jedyną Gatti na zebraniu, tak samo jak Skrzadło Argo. Wszyscy zebrani w grocie zerkali na nich i wymieniali co jakiś czas przypuszczenia o tym co może się dzisiaj wydarzyć.

Cisza jaka zapanowała rozbawiła Puryfika, który obserwował gromadzące się w grocie istoty od samego początku zebrania. Puryfikanie byli rasą najszybszą wśród Salartus to też dojście na nie, nie wymagało od nich tyle czasu ile poświęcili na to pozostali. Do tej pory jego rasa nie była skażona piętnem choroby Salartus. Jednak Puryfik był na tyle mądrym przedstawicielem swej rasy, iż wiedział doskonale, że ten stan może nie potrwać długo. Co go właściwie rozśmieszyło ? Większość zebranych w grocie istot czekała na rytuał Gatti w nadzieji, iż dzięki niemu uzyskają jakieś odpowiedzi. A tym czasem Opiekunki miały zamiar wysłać ich do ludzi.

Pierwszy podszedł w stronę Opiekunki Zaur. Dorosły Lykaryn znany z tego, iż pomimo wrodzonego flegmatyzmu był w stanie porozumiewać się płynnie z innymi rasami. Komunikacja nie przebiegała szybko, jednak płynnie i bez większego omijania sedna tematu.

- Byłbym zaszczycony Opiekunko, jeśli pozwoliłabyś mi uczestniczyć w wyprawie.

Jednej z opiekunek, stojącej po prawej stronie od tej, która przed chwilą skończyła przemawiać, wyraźnie poprawił się humor. Kobieta trzymała w swych pomarszczonych dłoniach małą szkatułkę. Przycisnęła ją mocno do swojej piersi cały czas wpatrując się w Zaura.

Gad skinął łbem w wyrazie szacunku i oddania. Jego język co trochę smakował powietrze demaskując jego podekscytowanie. Na samą myśl o tym, że miałby po raz pierwszy ujrzeć człowieka jego język zmieniał barwy od ciemnoszarej po jasnozieloną.

Pozostałe rasy jednak nie były przychylnie nastawione do pomysłu przedstawionego przez Opiekunki. Tym bardziej, że większość stojących w jamie istot była jeszcze młodego wieku.

- Wiemy, że pomysł ten może wydawać się wam szalony, jednak nie zostawimy wysłanników samych sobie. Posłaliśmy po reprezentantów rasy Gatti oraz Skrzadeł. Mamy nadzieję, iż dzięki odprawieniu rytuału Poznania, będziemy w stanie dowiedzieć się jak najwięcej, odnośnie czekającej was podróży. -

Odezwała się twardym głosem trzecia Opiekunka. Najwyraźniej zmartwiona faktem, iż nikt z zebranych reprezentantów ras nie zgłosił się do wyprawy.

- Jednak sam rytuał będzie przeprowadzony jedynie w gronie tych, którzy zdecydują się teraz rozpocząć wędrówkę. Dlatego proszę was o podjęcie teraz decyzji – Kto z was jeszcze dołączy do Zaura w wyprawie na powierzchnię ?

Opiekunka zwana przez wszystkich pieszczotliwie Babcią, zebrała się na odwagę i powiedziała mocnym głosem ostatnie pytanie do zgromadzonych w grocie istot.

Nieoczekiwanie odezwał się najmniejszy z zebranych w grocie Salartus. Ptak śmierci dotknięty chorobą przez którą jego ciało stało się bardzo drobnej budowy – mierzył teraz niecałe dziesięć centymetrów wzrostu, wykrakał tylko jedno zdanie.

- Ja pójdę.
 
__________________
The world doesn't need anything from you, but you need to give the world something. That's way you are alive.

Ostatnio edytowane przez kabasz : 01-01-2010 o 20:37.
kabasz jest offline  
Stary 01-01-2010, 13:34   #2
 
Thanthien Deadwhite's Avatar
 
Benjamin ukrywał się w jakiejś ciemnej jamie. Spazmatycznie łapał powietrze i mimo iż pragnął być cicho nie mógł opanować swego oddechu i drżenia rąk. Mężczyzna był w opłakanym stanie. Nogi miał jak z waty, serce biło jak oszalałe, koszula była w strzępach a to co zostało na jego ciele zbroczone było jego krwią. Jego lewa ręka to właściwie był krwawy ochłap. Agent zastanawiał się jak to możliwe, iż mimo utraty tak ogromnej ilości krwi oraz bólu jaki toczył całe jego ciało, on wciąż był przytomny. Odpowiedź przychodziła jednak gdy tylko zamykał oczy.

Ostre jak żyletki, setki zębów. Szpony dłuższe niż japońskie katany i jeszcze ostrze znacznie ostrzejsze. Ogromne, zielono czarne, ociekające śluzem macki, oczy czarne jak noc lub czerwone niczym najgęstsza krew. Ryki, wrzaski i piski które u najtwardszego mocarza spowodowałyby senne koszmary oraz zafajdane spodnie. Wszystko to mieszkaniec Chicago zobaczył w jaskiniach, w których właśnie się znajdował. Najgorsze było to, że Ben nawet nie wiedział jak się tutaj znalazł. W pewnym momencie po prostu przyglądał się dziwnym napisom na ścianie; napisom, od których przez samo patrzenie przechodziły go ciarki i zbierało się na wymioty. Ściany były dziwne w dotyku, czuło się od nich coś, dziwne mrowienie, czy też coś jakby oddech. Do tego dawały nieprzyjemne, mdłe światło.

Wtedy mężczyzna usłyszał ten ryk. Szybko wyciągnął pistolet, jednak mimo chłodu swej broni w ręku, dalej nie czuł się pewny. Ruszył więc korytarzem. Ten wił się licznymi zakrętami i rozgałęzieniami, tak że agent FBI szybko pogubił się ile minął zakrętów i w jaką stronę. Gdy tylko próbował przywołać w myślach trasę, robiło mu się dziwnie słabo. Miał wrażenie, że spogląda w umysł szaleńca. W pewnym momencie wyszedł zza kolejnego wyłomu i wtedy z daleka zobaczył to „coś”.


Stwór z nadludzką prędkością ruszył w kierunku mężczyzny, który już strzelał do niego. Pociski nic jednak nie robiły stworowi, więc Ben zrobił to co tylko mógł zrobić w tej sytuacji. Zaczął uciekać. Nie wiedział jak długo biegł, gdy nagle coś złapało go za kostkę i szarpnęło mocno, co sprawiło iż federalny padł na ziemię. Naraz jakaś dziwna istot oplotła go mackami i zaczęła dusić i miażdżyć mu kości. Nie miał najmniejszych szans na obronę. Owe macki były za silne. Do tego macki, zakończone były ostrymi zębami, które zaczęły rozcinać jego skórę. Nagle usłyszał trzask łamanej kości i po nagłym bólu, zrozumiał że to jego ręką.


- Jesteś nasssssssz – usłyszał w myślach jakiś plugawy głos, co sprawiło że zebrał się w sobie i nadludzkim wysiłkiem, wręcz cudem wydostał się z macek śmierci. Znowu zaczął biec. Tak dotarł tutaj gdzie na chwilkę zatrzymał się by odpocząć. Broń zgubił, ja on nie wiedział nawet gdzie jest. Czuł tylko okropny ból, strach, smak i zapach krwi, oraz widział bestie gdy tylko zamykał oczy.

Bliski syk nagle uświadomił mu że nie jest sam. Poderwał głowę i zobaczył kolejnego przerażającego potwora przyklejonego do sufitu.


Stwór pokazał szereg ostrych kłów, gdy macka oplątała się już wokół szyi i zaczęła go dusić.
- Jesteś nasssssssz – znowu usłyszał głos w myślach, tylko że tym razem nie miał siły się opierać. Wtem poczuł dziwne i kojące ciepło. Coś miał w kieszeni. Sięgnął po to i zobaczył czerwoną świecę w kształcie róży o bardzo charakterystycznych runach na płatkach, która w jego ręku od razu zapłonęła miły, zielonym płomieniem. Potwór na to zasyczał i po chwili odpadł z sufitu, jakby coś go zdzieliło. Zaczął wierzgać i rzucać się na ziemi, tak jakby coś sprawiało mu ogromny ból po czym nagle stanął w płomieniach.


- Ta świeca, może mnie uratować – Ben usłyszał własny głos, gdy spoglądał na popiół, który został w potwora. Po chwili zobaczył też twarz i budynek....

***

Benjamin Gerthart obudził się. W swoim własnym pokoju. Był chłodny, deszczowy ranek, jednak mężczyzna był mokry niczym szczur. To był tylko kolejny koszmar – pomyślał i odetchnął kilka razy. W końcu się to skończy, musi. To miał być ten dzień; dzień kiedy podejmie kroki do ratowania swej skóry. Mężczyzna usiadł czując bardzo silną woń mandarynek. To go utwierdzało. Jego dar po raz kolejny podsuwał mu obrazy, pokazywał co może się wydarzyć. Nigdy jednak nie „wyśnił” dwa razy tego samego snu. Tu było inaczej. Ten sen, albo bardzo podobne mężczyzna widywał każdej przespanej nocy od długiego czasu. Właściwie to Ben nawet nie wiedział jak długo to trwa. Wiedział za to, że ma coraz mniej czasu i że jakieś dziwne potwory czyhają na jego życie. Był przekonany, że to prawda, bowiem w tej materii jego nadnaturalne zdolności jeszcze go nie myliły. Zastanawiał się tylko co te bestie mogły od niego chcieć? Miał kilka opcji, kilka przypuszczeń, co jedne to niestety gorsze od drugiego.

Agent FBI wstał i zaczął szykować się do wyjścia. Miał dziś bardzo ważne spotkanie, spotkanie od którego mogło zależeć jego życie oraz psychiczny spokój. Najgorsze jednak było to, iż nie bardzo wiedział z kim się zobaczy. Owe spotkanie miało odbyć się w dość popularnym Barze Alcock’s, znajdującym się w pobliżu Hotelu City Suites około godziny 11 rano. Spotkać się zaś Benjamin miał z osobami, które co najmniej raz pojawiły się w jego życiu. Mieli oni w większości tylko dwie cechy wspólne. Pierwszą był fakt, iż każdemu kiedyś Ben w jakiś sposób pomógł. Od uratowania tyłka od bójki, poprzez pomoc finansową, uratowaniem przed zamarznięciem czy choćby w prowadzonej przez siebie sprawie. Drugą, dla Bena znacznie ważniejszą cechą wspólną było to, iż tak jak on sam, oni wszyscy byli obdarzeni. Gerthart to po prostu wiedział. Kolejna z jego zdolności. W końcu gotowy ubrał się w kurtkę i wyszedł z domu.


Młody agent FBI szedł ulicami miasta rozmyślając. Miał w swoim komputerze specjalny katalog ludzi, o których wiedział że mają dar i którym kiedyś pomógł. Udało mu się skontaktować być może z połową z nich dokładnie tydzień temu. Do jednych dzwonił bezpośrednio, do innych pisał maile czy kontaktował się w inny sposób. Każdemu przekazywał tyle samo informacji: że ma kłopoty i potrzebuje teraz pomocy oraz że sprawa jest skomplikowana i wiąże się z ryzykiem toteż wyjaśni wszystko gdy się spotkają. Kilku z miejsca mu odmówiła jakiejkolwiek pomocy, inni wykruszyli się w ciągu tygodnia. Teraz została siódemka ludzi, którzy w jakiś sposób potwierdzili swą obecność oraz chęć udzielenia pomocy. Ciekawiło Bena jednak, ilu z nich pojawi się naprawdę. Wiedział, że może skończyć się tak, iż nie pojawi się nikt. Miał jednak nadzieję.

Spojrzał na zegarek, dochodziła już jedenasta. Wszyscy powinni być już w barze. Wszystko było dokładnie przygotowane. Gdy tylko weszli do baru, miał ich zaczepić odźwierny, który dowiedziawszy się ich nazwisk poprowadzić do wspólnego stolika. Nawet zostawił jednemu z potencjalnych swoich gości ubranie i talon na fryzjera w domu dla bezdomnych aby mógł on wejść do owego przybytku, nie będąc nawet pewnym pojawienia się owego osobnika, miał z nim bowiem tylko krótką pogawędkę kilka dni temu, gdzie zdradził tyle samo szczegółów co innym.

Gerthart specjalnie się spóźniał. Musiał bowiem przemyśleć wszystko co ma do powiedzenia. To co bowiem chciał powiedzieć, większość ludzi uznałoby za wariactwo. Była jednak szansa, że Obdarzeni nie wyśmieją go i będą chcieli pomóc. W końcu doszedł do baru i nacisnął klamkę. Teraz miało się okazać, czy pojawiła się choć jedna osoba.
 
__________________
"Stajesz się odpowiedzialny za to co oswoiłeś" xD

"Boleść jest kamieniem szlifierskim dla silnego ducha."
Thanthien Deadwhite jest offline  
Stary 01-01-2010, 21:08   #3
 
Vivianne's Avatar
 
Minęło 11 miesięcy. Wszystkie obrażenia fizyczne znikły już dawno. Psychiczne, no cóż, jakiś ślad po tej fatalnej nocy zostanie na zawsze.
Rose była jednak silna. W domu dziecka nauczyła się, że jeśli nie poradzisz sobie sama, polegniesz. Poradziła sobie. Zapomniała o przeszłości, o wszystkim, co mogło kojarzyć się z tą sprawą… Przynajmniej starała się zapomnieć. Zmieniła mieszkanie, pracę, wygląd.
Znów wiedziała, czego chce, o co walczy, co jest naprawdę ważne. Powróciła prawdziwa Rose Ann Black – pewna siebie, niezależna, niezwykła…

***

Wydawało się, że ten poranek niczym, nie bezie się różnił od poprzednich. Budzik zadzwonił jak zwykle o szóstej. Wstała, otworzyła okno, zaparzyła kawę, włączyła laptopa. Jak co dzień rano, przed pracą sprawdzała pocztę. Wśród reklam, ofert, maili z redakcji i od znajomych pojawiła się wiadomość od, o zgrozo, Beniamina Gertharta?!

Czego on może ode mnie chcieć?!

Ciekawość, mieszała się ze strachem. Po chwili wahania otworzyła list. Domyślała się, o co może chodzić. Myślała, że może potrzebne są jeszcze jakieś zeznania, że muszą coś uzupełnić, może wiedzą o czymś, co mogłoby ją zainteresować, może jest im jeszcze potrzebna. Różne rzeczy przychodziły jej do głowy. Przeróżne, ale to, że Gerthart może potrzebować jej pomocy, że prosi ją o spotkanie, mówi cos wymijająco o komplikacjach i ryzyku, w życiu.

Cholera, o co chodzi – pomyślała po ponownym przeczytaniu maila.

„Panie Garthart,
Obawiam się, że raczej nie będę w stanie przyjść na spotkanie…”

Sratatatata.

Napisała, że nie ma czasu, że jest zajęta, że praca, obowiązki, że nie może…
Kłamała oczywiście, ale napisanie prawdy, wydawało jej się bardziej żałosne niż bajeczka, którą wymyśliła. Bo jak by to niby miało wyglądać.

„Panie Gerthart,
Bez zbędnych ceregieli powiem po prosty, że nie przyjdę na spotkanie. Chce pan wiedzieć, dlaczego? Bez urazy, ale kojarzy mi się pan z pewnym wydarzeniem w moim życiu, o którym raczej wolałabym nie pamiętać. A teraz, gdy już prawie zapomniałam pojawia się pan i chce zburzyć to, co udało mi się zbudować…”

Zdecydowanie, bardzo żałosne.

***


Przez tydzień próbowała wyrzucić z pamięci wiadomość od detektywa. Bezskutecznie. Wracała jak cholerny bumerang. Nie było wyjścia, musiała się z nim spotkać. Pewnie, że ciekawiło ją trochę, czego może od niej chcieć, nie był to jednak powód, dla którego zdecydował się iść na spotkanie. Chciała mu nawtykać, za to, że przez niego znowu zaczęła myśleć, że gdy myślała, ze wszystko jest już w porządku musiał namieszać.
Dochodziła 10 30. Z redakcja do Alcock’s miała niecały kwadrans drogi pieszo. Założyła krótką, czarną skórę, chwyciła torbę i wyszła. Dziwny niepokój nie pozwalał jej wysiedzieć w miejscu.


Gdy tylko pojawiła się w barze utrzymanym w klimacie lat ‘50, facet stojący przy drzwiach zapytał ją o nazwisko, i tłumacząc, że robi to z polecanie pana Gartharta zaprowadził ja do loży w rogu sali.
Zamówiła kawę, zapaliła papierosa przeklinając w duchu ten cholerny nałóg i usiadła czekając na to, co ma się wydarzyć.
 
__________________
"You may say that I'm a dreamer
But I'm not the only one"
Vivianne jest offline  
Stary 01-01-2010, 22:55   #4
 
Rewan's Avatar
 
Tak jak słowa odbijały się echem po kamienistych ścianach jaskini, tak odbijały się echem po nienamacalnych ścianach umysłu Hane. Przysłuchiwał się on z wyraźnym zaciekawieniem słowom jakie wypowiadała opiekunka i nie on jeden, bowiem reszta feniksów przybyłych na spotkanie (a było ich w sumie 4), kręcili dynamicznie głowami w swoim ptasim stylu. Siedziały na jednej z wyższych skalnych półek, skąd obserwowały bacznie całą scenę, która się rozgrywała pośród nich. Niektóre z nich, czasami spuszczały wzrok z opiekunki, by ujrzeć reakcję innych i uzyskać cały obraz sytuacji. Wypatrywały nawet szczegółów, by później mogły opowiedzieć wszystko innym, nie pomijając niczego. W momencie, gdy trawiły słowa Babci, przeszywała ich mieszanka uczuć: Ciekawość, jedna z podstawowych cech która towarzyszy Feniksom przez wieki, które przez wszystkie długie lata muszą znajdować coraz to nowsze informacje, by zaspokoić swoje pragnienie i nie umrzeć z głodu. Duma, która jest równie podstawową cechą ich gatunku, która jest spowodowana poczuciem wyższości nad innymi gatunkami i co za tym idzie poczuciem prowadzenia innych. Szacunek, jakim darzą opiekunki, którzy starają się, by inne gatunki mogły dalej żyć. A także lekka doza zazdrości, za to, że nie one przemawiają, że to nie one są teraz w centrum uwagi. Jednak sposób, w jaki ta mieszanka oddziałuje na nich, niczym jakiś przedziwny eliksir, jest zupełnie inny, niż w pojęciu innych istot. Napawa ich to nieopisanymi dodatkowymi uczuciami, które są przesycone dziwnością nie do zrozumienia, dla normalnych bytów. Jeżeli postarać się przybliżyć go do jakiegoś ludzkiego stanu, to najbliżej mu do nirwany, choć i ten daleko odbiega od tego, co właśnie czuły Feniksy. Feniksy doświadczały tego stanu zawsze, gdy słuchały nowej legendy czy opowieści.

-Dlatego pytam wszystkich tu zgromadzonych. Czy znajdą się wśród was chętni, aby wyruszyć na powierzchnię ? Do ludzi ?

Te słowa opiekunki wzbudziły nagłą fale nowych emocji, jak i zdwojenia starych. Każdy jeden Feniks był całkowicie zaskoczony, każdy z wyjątkiem jednego. Jeden z nich, obecnie w stadium dojrzałym, jednak w rzeczywistości najstarszy ze wszystkich, wydawał się być spokojny. Nadir pamiętał czasy, w których widywanie człowieka było możliwe. On spotkał ludzi i zawsze powtarzał, że chociaż zeszli do podziemia, to przyjdzie czas, gdy znowu staną dziobem w twarz człowieka. Ten czas nadszedł...

-Świat ludzi jest niebezpieczny. Świat ludzi zagraża nam wszystkim. To wielce nie bezpieczne. To wielce ryzykowne! – Hane w myślach usłyszał głos najstarszego, który zaczął swą przemowę do wszystkich feniksów, telepatycznie – Świat ludzi czeka. Świat ludzi znowu stanął otworem. Czy feniksy wyruszą do ludzi? Niebezpieczne to. Posłać możemy jedynie jednego z nas. Któż to będzie? Którego pióra poniosą aż tak daleko? Hm?

Wokół Feniksów przetoczyła się fala podniecenia. Każdy jeden chciał zasłyszeć nowych opowieści od śmiałka. Każdy chciał usłyszeć jak żyją ludzie teraz i jak daleko się posunęli w dominacji nad światem. Żaden nie chciał wyruszyć. Każdy się bał, pomimo wielkiej nagrody, jaką będzie przekazanie opowieści i zaspokojenie ciekawości.

-Cóż to? Żaden z was? Żaden nie chce ujrzeć nie ujrzane?

Hane, podobnie jak innych, kusiła ta myśl. Ale nic nie powiedział. Jego życie trwa już naprawdę długo. Ciężko zburzyć spokój i niezachwianie i ruszyć do ludzi. Podobnie myśleli i inni, nikt się nie odzywał. Aż w końcu:

-Pióro piórem, ogień ogniem. Strach jest wielki, ciekawość większa. Ja wyruszę.

-A więc postanowione. Poślemy Hane by zbadał niezbadane. Niech ci słońce sprzyja, a wiatr prowadzi!


Zaraz gdy mały czarny ptak, zwany krukiem śmierci zgłosił się do wyprawy, dwa feniksy wzleciały w powietrze lądując przy opiekunce. Starszy przemówił:

-Feniksy wspomogą was. Wysyłamy Hane, który posłużyć wam ogniem i przewodnictwem. Niechaj niebo będzie bezchmurne a szlaki proste.
 

Ostatnio edytowane przez Rewan : 07-01-2010 o 01:07.
Rewan jest offline  
Stary 02-01-2010, 02:23   #5
 
Aveane's Avatar
 
Minęło pół roku, odkąd wrócił z Chicago. Pół roku temu poznał Benjamina Gertharta – trzecią osobę na świecie, która wiedziała o jego przeszłości. Przynajmniej według jego własnej wiedzy.

Zbliżało się południe. Mężczyzna, którego nie można było już nazwać młodym, drzemał w fotelu, ciesząc się dniem wolnym od pracy. Czarna, rozciągnięta koszulka podnosiła się w rytm jego miarowych oddechów czerpanych przez rozchylone usta. Ciemniejsze od jego ubioru półdługie włosy rozrzucone były w nieładzie. Nogi przykryte kocem przewiesił przez oparcie. Z tego błogiego stanu wyrwał go dzwoniący telefon stacjonarny. Nie słyszał tego dźwięku od kilku lat. Telefon w tym wolnostojącym budynku był jedynie ozdobą. Spokojnie podniósł słuchawkę, by po chwili usłyszeć słowa, które miały zburzyć jego spokojne życie.
- Nik? Tu Ben, Ben Gerthart. Potrzebuję Twojej pomocy.

* * *

Tydzień później szedł ulicami Chicago ku umówionemu miejscu spotkania. Był w tym mieście już od trzech dni. Wiedział, że urlop, jaki otrzymał od swojego „szefa” może trwać, ile tylko sobie zażyczy. W końcu jego pracodawca wiedział, że w świecie obdarzonych zdarzają się problemy. Sam był jednym z nich.

Zdążył już w miarę zaaklimatyzować się w tym mieście. Przespacerował się ulicą, na której chciano go obrabować i z uśmiechem wspomniał ten dzień. Zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby nie tamto wydarzenie, siedziałby dziś w Clermont-Ferrand, a jego życie dalej toczyłoby się swoim niezmiennym rytmem. A teraz zbliżał się do miejsca, w którym miał spotkać się Benem – człowiekiem, który postanowił poprosić go o pomoc. Był ciekaw, ilu „mutantów”, jak nazywała ich jego gnijąca w więzieniu matka, pozna dzięki tym wydarzeniom. Przypuszczał, że nie więcej niż dziesięciu.

Gdy był już blisko, zauważył nadchodzącą kobietę. Idąc, obserwował ją z zaciekawieniem. Widział, że również kierowała się do Alcock's. Lekki wiatr sprawiał, że jej granatowe spodnie przylegały do nóg. Kremowy płaszcz chronił ją przed chłodem, a kaptur osłaniał włosy przed deszczem. Powoli poruszała się do przodu, przyglądając się spadającym z nieba kroplom oraz kałużom. Nik odniósł wrażenie, jakby owa nieznajoma bawiła się w spokoju ze swoim przyjacielem. Mężczyzna wyraźnie przyspieszył kroku, by zdążyć przed nią, otwierając jej z uśmiechem drzwi, a drugą ręką wskazał do środka, chyląc lekko głowę. Nieznajoma uśmiechnęła się na ten widok.
- Dziękuję – powiedziała, wchodząc do środka. Nik strząsnął krople z parasola i wszedł za nią. Zdążył usłyszeć, jak mówi do odźwiernego:
- Dzień dobry. Karen Feary, miałam się tu spotkać z panem Benjaminem Gerthartem.

Uśmiechnął się w duchu, słysząc jej słowa.
- Imnieyest, w tym samym celu - powiedział, zanim pracownik baru zdążył pokazać Karen drogę, po czym spojrzał na kobietę. Zdążyła już oddać płaszcz. Teraz mógł jej się lepiej przyjrzeć. Wzrostem nie wybijała się z tłumu, ale twarz i sylwetka przyciągały wzrok. Zdejmując swój prochowiec, Nik rzucał w jej stronę ukradkowe spojrzenia, patrząc na jej ciemne włosy i szare oczy.
- Zadziwiający zbieg okoliczności, czyż nie? - zagaił do obdarzonej, podając jednocześnie odźwiernemu swoje okrycie. Zanim zdążyła odpowiedzieć, stanął po jej lewej stronie i zaoferował jej ramię. Udawać, że rozmawia się jak normalny człowiek to jedno, pomyślał, ale robić to to co innego...
- W rzeczy samej – stwierdziła ciemnowłosa, przerywając jego rozmyślania. Widać była, że jest zaskoczona gestem nieznajomego, jednak po chwili wahania ujęła go pod rękę. - Jest pan znajomym Bena?
- Można to tak nazwać - odpowiedział spokojnie Nik, prowadząc ją ku stolikowi wskazanemu przez odźwiernego. - Ale nie sądzę, że to będzie spotkanie na szczeblu towarzyskim - dodał, przyglądając się siedzącej już przy ich stoliku blondynce.
- Sądząc po tym jak Ben brzmiał przez telefon, może się ono okazać właściwie wszystkim – odparła, a przez jej twarz przemknął cień zmartwienia.
- Okaże się - spojrzał na zegarek - za 8 minut, zakładając, że nasz drogi przyjaciel się nie spóźni.

Z uśmiechem tak bardzo kontrastujących z jego nieco odpychającą aparycją uwolnił ramię Karen. Dotarli już do stolika, więc wyprzedził swoją dotychczasową towarzyszkę i odsunął jej krzesło.
- Dziękuję – powiedziała, siadając na wskazanym miejscu - Mam szczerą nadzieję, że się nie spóźni. Nie po tak intrygującym zaproszeniu - uśmiechnęła się i do niego i do blondynki, choć wyraz jej twarzy wyrażał bardziej zaintrygowanie niż zmartwienie. Mężczyzna uznał ten uśmiech za uroczy i odruchowo przygładził włosy.
- Po tak intrygującym zaproszeniu, jak to pani ładnie nazwała, można usprawiedliwić spóźnienie, choć nadal będzie niemile widziane - odparł, nadal się uśmiechając, po czym zwrócił się do siedzącej naprzeciw niego kobiety. - Nik Imnieyest, do usług. Widzę, że szykuje się jakieś większe spotkanie - stwierdził, siadając obok Karen.
 
Aveane jest offline  
Stary 02-01-2010, 03:21   #6
 
Glyph's Avatar
 
Młode skrzadło czekało na uboczu na wezwanie Opiekunki. Nigdy w swym krótkim życiu nie widziało tak wielu nieznanych ras razem. Krążyło w powietrzu niespokojnie. Wszyscy zebrali się w poważnej sprawie, a on Argo miał mieć w tym przedstawieniu jedną z głównych ról. Ani przez chwilę nie zastanawiał się czemu jemu przypadł ten wątpliwy zaszczyt.
Jego narodziny były poprzedzone starannymi przygotowaniami, rodzicami wybranymi spośród najszlachetniejszych. Lekarstwo na na chorobę dręczącą skrzadła,tym mógł się stać, gdyby wiele lat temu wszystko potoczyło się inaczej. Dwa malachity we wnętrzu skrzadła zderzyły się ze sobą, a iskra oświetliła ich połyskującą powierzchnie. Dwa szczęśliwe kamyczki, którym zawdzięczał życie. Pojawiając się w niewłaściwym miejscu i czasie potrafiły zepsuć cały szykowany przez lata plan. Kto wie, może właśnie teraz wracał ze zboczonej ścieżki.

-Ty powinnaś tu stać Amber-wyszeptał wspominając swą siostrę bliźniaczkę. Nigdy nie czuł się bohaterem, bo nie on miał nim być. Gdyby nie wypadek mała cząstka materii nie odłączyłaby się i nawet nie uformowała Argo. Skrzadlicy jednak nie było już wśród nich, a on mimo swych niewielkich rozmiarów nosił skrywane w sobie największe mądrości pokoleń ogników.

Smutek ogarnął wnętrzem Argo na jej wspomnienie, lecz tak szybko jak powstał, tak rozwiał się, gdy w tłumie spojrzenie skrzadła wychwyciło sylwetkę Az'khasa. Znali się w miarę dobrze z aerdanidem i rozumieli, o ile zrozumieć mogą się tak odmienne od siebie rasy. Ile czasu minęło?-zastanowił się Argo, jego matka opiekowała się nimi oboma do czasu, gdy połączyła się z Ziemią przed czterema obrotami księżyca. Od tamtego czasu nie widział się z bratem,choć nie nawet teraz nie potrafił podać przyczyny tego stanu. Czy tak mocno przypominał mu o stracie, czy tak wiele działo się w życiu Argo? Zapewne prawda leżała po środku z mnóstwem innych domieszek. Skrzadło rozbłysło na chwilę białym refleksem w jego stronę, gdy jak mu się zdało przyjaciel spojrzał na niego. Przyjazna twarz dodawała otuchy.

Czas upływał powoli przybliżając rytuał Poznania, który z jednej strony ciekawił, z drugiej niepokoił Argo. Wiedział o nim tyle to, co konieczne, a dodatkowo całą masę plotek i żartów zasłyszanych od swego rodzeństwa. Pamiętał, że ma przyjąć dar od Gatti, a potem skupić się na nim i wygłosić przepowiednie. Cóż jednak miał szukać w tym podarku, skąd pozna, że znalazł właściwie? Wreszcie czy ma wypowiedzieć słowa, czy jak go straszono jego ciało samo wybuchnie bezwładnie w iluzyjnej projekcji, jak wtedy powstrzyma się, żeby nie pokazać czegoś niezamierzonego, skrywanego albo wstydliwego.
Dowiesz się od Opiekunki, zapewniano go, lecz wtedy nachodziły go kolejne czarne myśli. Czy Opiekunka mogłaby znać tak dokładnie naturę skrzadeł, a może uzna to za sprawy oczywiste i mu znane. Jak wtedy ma się zachować, przecież nie zdradzi się swą niewiedzą dla ośmieszenia. Proste na pozór zadanie, a mnożyło wątpliwości.

Czekając niecierpliwie przyglądał się stojącej obok Gatti. Przy którymś kolejnym spojrzeniu zawstydził się swoją nachalnością. Szczęściem bardzo trudno było dostrzec obserwatorowi w którą stroną spogląda skrzadło, niemniej jednak ognik był prawie pewien, że Grau zdawała sobie sprawę z jego spojrzenia. Argo był zafascynowany, bowiem nigdy nie widział kocicy, choć między ich rasami panowały bardzo przyjazne stosunki. Zdarzało się nawet, że skrzadła otaczały opieką młode kociątka znacząc je swym pyłkiem. Z ciekawości delikatnie spróbował zestroić się z otaczającym go polem.
Trzecia babka siostry Flyz, mojej matki-wyczuł, a raczej bardziej wmówił sobie znając historię swego plemienia, gdyż minęło tyle lat, że taki znak nie pozostawiał najmniejszego śladu.

Coraz mocniej się denerwował im bliżej było do rytuału. Słyszał wiele opowieści o złocistych kotach i ich wróżebnych zdolnościach i obawiał zarazem. W skrzadlej naturze było podchodzenie z odrobiną nieufności do wróżenia. Argo, jak i inni uważał bowiem, że wszystko kiedyś się powtórzy, a przewidywanie przyszłości powinno oprzeć się na znajomości historii.

Wielkopłetwy Flinn w układzie fal upatrzył znaki powodzenia swej wyprawy. Dokonał żywota próbując dotrzeć do krańca morskich głębin, tak samo jak ojciec i dziad jego uczynili.

Przypomniał mu się fragment jednej z wielu zasłyszanych opowieści. Źródło tych przepowiedni było dla ognika czymś niepojętym. Gatti była tajemniczą rasą, mógł tylko zgadywać, co myśli jego towarzyszka. Jakie tajemnice mogła skrywać. Zamyślił się, już kiedyś w swym życiu przekonał się jak nieprzyjemny może być podarunek.

-Cyklop Korn w wielkiej bitwie został uderzony kamieniem w oko, które wywróciło się do wnętrza spoglądając w umysł. Przeraził się tym, co tam zobaczył-niczym powiew wiatru rozbrzmiały bezwiednie wypowiedziane słowa. Po ciele Argo przeszło stado błękitnawych iskier strachu.

-Przepraszam, nie miałem niczego złego na myśli-zapewnił szybko, zupełnie nie zastanawiając się, czy kocica mogła zrozumieć jego luźną myśl. Jednocześnie zarumienił się gdzieniegdzie czerwonawym odcieniem-Niepokoi mnie, co ma się zdarzyć i nic w moim życiu nie przygotowało mnie do tego. Tak wiele może od nas zależeć.

Dalsze rozterki przerwała znana mu opiekunka posyłając przyjazne, acz karcące spojrzenie urwisowi. Zapewne na wspomnienie ich dawnego spotkania. Skinęła głową, aby podeszli podczas gdy druga z nich oznajmiała rytuał.

Właściwie bez względu na wszystko dostąpiłby zaszczytu usłyszenia przepowiedni. Gdyby wspomniano, że został przymusowo wybrany, minięto by się z prawdą. Nawet jeśli wysłano go tu bez pytania o zdanie, to decyzję podjął sam już dawno, gdy tylko usłyszał o wyprawie. Tak mocno chciał znów zobaczyć gwiazdy.W myślach powtarzał sobie słowa, którymi chciał wyrazić swoje zgłoszenie.

Echem w jaskini, niczym wicher odbijał się świst głosu skrzadła.
-Cerber Gyrs otoczony przez nieprzyjaciół głowy...mrowie, a...a-zająknął się, zapominając swą kwestię, aż w dalszych częściach groty posłyszał śmiechy. Zaraz zebrał się w garść urażony.-A głowy żadnej nie osłaniał, gdyż znał swej walki wagę. Jeśli trzon martwy padnie, nie znajdzie nadziei i życia cokolwiek ocalało. Rytuał związał mnie już z tym zadaniem, ale same skrzadła też nie zamierzają patrzeć bezczynnie. Pójdę wraz z Zaurem, niech wraz z ognistym ptakiem nas prowadzą.
 
Glyph jest offline  
Stary 02-01-2010, 11:32   #7
 
Lirymoor's Avatar
 
Kamień nic się nie zmienił przez ostatnie pół roku. Wciąż był szary, głodki i zimny w dotyku. Ścierając nagromadzony pył przejechała opuszkami palców po wyżłobionych literach „Connor Feary 03. 10. 2001 – 25. 09. 2006” tylko tyle i aż tyle. Długo debatowali and tym jaką jeszcze inskrypcje umieścić na nagrobku. Padały propozycje wierszy, fragmentów piosenek ale żadne słowa nie mogły podsumować straty jaką odnieśli.
Myślała, że tym razem nie będzie płakać jednak zdradziecka wilgoć znów napłynęła do oczu. Czuła smutek, nie wierzyła by to uczucie kiedykolwiek odeszło, na pewno nie w tym miejscu, ale nie była to już głęboka czarna dziura tylko cierń. Rany zasklepiały się, dzięki temu odkryła, że znów może myśleć o tych dobrych chwilach spędzonych z synkiem. To było jak błogosławieństwo.

Noah otarł oczy wierzchem dłoni przerywając na chwile rozstawianie kwiatów. Znali się już tak dość długo by nie wstydzić się przed sobą nawzajem własnych łez. Pomiędzy wazon a nagrobek wstawił małego pluszowego lwa. Connor spał dobrze tylko gdy miał się do czego przytulić.
Gdy wszystko było gotowe stali w milczeniu omiatając wzrokiem kamień. Dwoje młodych ludzi z identycznym smutkiem na twarzach. Zbyt rzadko odwiedzali syna razem, gdyby Noah nie uparł się odwieść jej do domu pewnie spotkaliby się tu dopiero na święta.
- Karen... - Przerwał ciszę, wypowiadał słowa ostrożnie nie odwracając wzroku od nagrobka. - ...jak sądzisz jak by to się skończyło gdybyśmy zostali w Heaven?

Powstrzymała cisnące się na usta westchnienie. Dlaczego pytał o to akurat teraz? Jeszcze dwa lata temu nawet przez głowę by mu nie przyszło żałować tej decyzji. Dwa lata temu, to było jakby w innym życiu.
- Pewnie pracowalibyśmy w zakładzie mojej matki, latali na spotkania koła parafialnego i byli kolejnym małżeństwem, które dobrze wygląda z zewnątrz a za drzwiami domu nie może na siebie patrzeć – odparła może odrobinę za ostro ale taka była prawda. Noah był jej przyjacielem, być może najlepszym jakiego kiedykolwiek miała ale nie potrafiłaby z nim żyć. Na pewno nie wtedy i nie z przymusu.

Skinął głową i powoli podniósł na nią spojrzenie, miał ciemne oczy takie same jak kiedyś Connor. Poza tym jednym w ogóle nie było do syna podobny. Jasnowłosy, spokojny podczas gdy ich syn przypominał czarnowłosą błyskawicę. Czasami śmiała się, że był jak światło, wszędzie w tej samej chwili.
- Ale on wciąż by żył?
- Nie wiesz tego. Być może umarłby już przy porodzie. Tutaj ledwo go uratowali, w Haven nie ma porządnego szpitala.
Wciąż wierzyła, że wbrew temu co powtarzała jej matka to nie grzech chcieć własnego życia i o nie walczyć.
Skinął głową ponownie odwracając wzrok w stronę kamienia.
- Chodźmy już.

Byli właśnie w połowie drogi powrotnej gdy odezwał się znowu, tym razem już lżejszym tonem.
- Wracasz na studia?
- Tak – odpowiedziała odruchowo patrząc na ziemię. Starannie unikała wzrokiem rzędów nagrobków i snujących się między nimi żałobników.
Coś ze swoim życiem zrobić musiała, czemu nie to czego zawsze chciała? Dobrze w takim razie czemu to pytanie wywołało nieprzyjemny skurcz żołądka? Była w wieku w którym powinna już coś osiągnąć, mieć się czym pochwalić. Tymczasem obecnie była na lodzie. Bez pracy, bez wykształcenia, bez syna dla którego odłożyła to wszystko na bok. Babka powtarzała że wciąż ma czas, żeby się nie martwiła tylko mądrze zdecydowała co dalej. I choć nie żałowała swoich życiowych decyzji nie mogła pozbyć się uczucia zawodu. Ile razy można zaczynać wszystko od nowa? Trzy? Cztery? Pewnie tytle ile będzie trzeba.

Telefon zawirował w kieszeni, ostry dźwięk dzwonka wyprzedził to co zamierzał właśnie powiedzieć Noah. Wybawienie od niewygodnych pytań.
Podniosła komórkę do ucha.
- Halo?
- Cześć Karen. - rozpoznała znajomy głos Benjamina Gertharta. - Pisałem do ciebie mail ale nie wiedziałem czy już wróciłaś.
- Cześć Ben. Jeszcze nie zdążyłam sprawdzić skrzynki, ale owszem, nie biegam już po lesie z bandą wariatów... - Pochwyciła żartobliwie urażone spojrzenie Noah. - ...pasjonatów znaczy się. - Wolnym krokiem odeszła kawałek na bok zostawiając towarzysza przy samochodzie. Coś niepokoiło ją w tonie głosu agenta FBI, a może to tylko telefon tak go zniekształcał. Tak czy inaczej wolała bardziej zadbać o prywatność. - Dostałam twoją przesyłkę. Dziękuję. I skoro dzwonisz pewnie też dostałeś moją.
- Ja właśnie w tej sprawie. Mam kłopot i potrzebna mi twoja pomoc.
Spoważniała natychmiast. Przez niemal dwa lata znajomości Benjamin Gerthart wydawał się silnym, niezależnym człowiekiem. Jeśli prosił o pomoc sprawa musiała być poważna.
- Słucham – odpowiedziała bez chwili wahania. Doskonale pamiętała ile mu zawdzięcza. Odwrócenie się od agenta plecami nie wchodziło w rachubę.

* * *

Deszcz zawsze uspokajał Karen. Oczyszczał powietrze, atakował szare ulice jakby chciał zmyć ze świata wszystko co brudne i bolesne. Szła wolno obserwując jak krople ścigają się po szybach. Wpatrywała się w własne odbicie w kałużach. Wdychała chłodne powietrze, koncentrowała się na wilgoci lgnącej do ciała. Z niemal akademicką uwaga przyglądała się kroplom płynącym po wyciągniętej dłoni. Pochłaniała chwilę nie zważając na do połowy mokre nogawki spodni czy przeszywające kremowy płaszcz zimno.
Sinsjew mówiła, że woda to życie, odrodzenie, nowy początek. Coś się zaczynało. Pytanie tylko czy coś dobrego. Pamiętała rozmowę z agentem i jej wydźwięk nie wróżył najlepiej. Oto stało przed nią Alcock's a wraz z nim odpowiedzi.

Mężczyzna wyprzedził otworzył przed nią drzwi. Wyrwana z własnych myśli podniosła wzrok i uśmiechnęła się. Odwykła od tego typu uprzejmości.
- Dziękuje – powiedziała wchodząc do ciepłego wnętrza. Atmosfera pomieszczenia wydawała się swobodna, kontrastowała z nastrojem w jakim wprawiała dziewczynę cała sprawa.
- Dzień dobry. Karen Feary, miałam się tu spotkać z panem Benjaminem Gerthartem. - Podała płaszcz odźwiernemu.
- Imnieyest, w tym samym celu – usłyszała za sobą.
Obróciła się i porządnie przyjrzała mężczyźnie. Nietypowe nazwisko i człowiek też zdawał się być niecodzienny. Ubiorem kontrastował z tym co widywała zazwyczaj na ulicach, w swoim prochowcu wydawał się być wyjęty z przedwojennych filmu. Twarz w znacznej części przysłaniał zadbany zarost. Wydawał się być niecodzienną osobą przynajmniej jak na Chicagowskie realia. Gdy nowo poznany wyciągnął w jej kierunku ramię wrażenie natychmiast się pogłębiło.
- Zadziwiający zbieg okoliczności, czyż nie?
- W rzeczy samej. - powiedziała z wahaniem przyjmując ramię. Tego typu gest nie pasował raczej do tego miejsca, ale pasował do człowieka. Czy tylko jej się zdawało czy też po jego oczach przemknął jakiś cień. - Jest pan znajomym Bena?
Pytanie szalenie inteligentne nie ma co, ale trudno padło. Nie znała zbyt wielu obdarzonych i spotkania z nowymi wytrącały ją trochę z równowagi. Czy nie powinno być odwrotnie? Czy ludzie podobni do niej samej nie powinni zbudzać poczucia bezpieczeństwa? Cóż każdy nowo poznany człowiek był tajemnicą, obdarzony nawet dwukrotnie większą. Z tajemnicą wiązało się ryzyko. Ale czy nie o to w pewnym sensie chodziło?
- Można to tak nazwać. Ale nie sądzę, że to będzie spotkanie na szczeblu towarzyskim – nieznajomy nie wydawał się być zrażony jej drobną niepewnością. W drodze do stolika dostrzegła blondynkę i zaczęła się zastanawiać ilu ich tam właściwe jeszcze będzie.
- Sądząc po tym jak Ben brzmiał przez telefon, może się ono okazać właściwie wszystkim – stwierdziła zgodnie z prawdą. Głęboki oddech i już czuła się znacznie pewniej. Martwiła się o Bena i nie zamierzała tego urywać. Nie był z tych którzy wyolbrzymiają, jeśli mówił, że ma kłopoty to musiały być takie przez duże "K".

- Okaże się za 8 minut, zakładając, że nasz drogi przyjaciel się nie spóźni. - odparł mężczyzna odsuwając dla niej krzesło. Wreszcie się uśmiechnął. Atmosfera od razu zrobiła się bardziej swobodna.
- Dziękuję – Zajęła miejsce na krześle przyglądając się uważniej drugiej kobiecie. - Mam szczerą nadzieję, że się nie spóźni. Nie po tak intrygującym zaproszeniu - uśmiechnęła się usiłując nie koncertować się na rosnącym zmartwieniu. Im bliżej godziny zero tym gęstszy wydawał się niepokój.
- Po tak intrygującym zaproszeniu, jak to pani ładnie nazwała, można usprawiedliwić spóźnienie, choć nadal będzie niemile widziane.
Oby w ogóle przyszedł. Pomyślała opierając się plecami o oparcie. Chociaż takie zachowanie byłoby raczej do niego niepodobne. Inna sprawa, że cała ta sytuacja do typowych nie należała.
- Nik Imnieyest, do usług. Widzę, że szykuje się jakieś większe spotkanie – mężczyzna wziął na siebie ciężar konwersacji zagadując do blondynki. W duchu była mu za to wdzięczna cisza przy stole mogłaby się okazać zbyt ciężka zbyt nieprzyjemna.
Karen zamknęła na chwilę oczy koncentrując się na bębniących o szybę kroplach deszczu. Kap, kap, kap rytm powoli zlewał się z biciem jej własnego serca, razem z spływającymi po szykach kroplami odpływało napięcie. Cóż cokolwiek miało się stać wyglądało na to, że nie będzie w tym sama. A to zawsze była dobra wiadomość.
 

Ostatnio edytowane przez Lirymoor : 02-01-2010 o 12:26.
Lirymoor jest offline  
Stary 02-01-2010, 17:17   #8
 
Kaworu's Avatar
 
Raven przysiadł na skalnej półce.

Pod spodem trwało zebranie, ważne zebranie. Sądząc po jednakowej reakcji wszystkich zgromadzonych, było ono nie tylko jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu Kruka Śmierci, ale także w ciągu wielu lat. Gdy Raven spoglądał ciekawie w dół, widział przedstawicieli wszystkich ras, jakie znał, lub o których choćby słyszał.

Jednak to nie różnorodność ras Salartus przykuła jego uwagę. Jego drobne, czarne oczy obserwowały trójkę Opiekunek. Wyłapywał każdy ich gest, każde słowo i najmniejszy nawet cień emocji na twarzy. Potrzebował wszystkich informacji, by podjąć właściwą decyzję.

Zamyślił się, gdy przemówił Zaur. Nie nad tym, co miał do powiedzenia, tylko nad sytuacją Kruków Śmierci, a także swoim własnym położeniem.

Kruki Śmierci wymierały. Nie było ich wcale tak mało, ale mimo to doskonale wyczuwały, że Śmierć krąży i nad nimi. Dumne, próżne Feniksy powoli zamieniały się w sople lodu, dziwni Puryfitanie mieli problemy z swoimi biczami, Sadesyksy nie byli w stanie się samodzielnie leczyć, a Krukom rozmnażanie się przychodziło coraz trudniej. Gdyby nie twarde pazury Lykarynów, nie mogłyby rozbijać coraz twardszych skorup swych jaj, przez co ich rasa by wyginęła. Ale z każdym dniem jaja były coraz twardsze. Było jasne, że w pewnym momencie już żadna z twardych skorup nie ustąpi pod ostrym pazurem gada, a to oznaczało koniec Kruków.

Właśnie dlatego Starszyzna wysłała Raven’a. Nigdy nie był silny, specjalnie zwinny czy odporny, posiadał jednak ostry, bystry umysł, który Starsi cenili ponad wszystko. Właśnie dlatego wysłali go jako przedstawiciela Kruków na zgromadzeniu. W czasie, gdy inne rasy przysłały nawet po kilku reprezentantów, mroczne ptaki miały tylko jedną parę uszu i oczu, ale to im wystarczyło.

Starszyzna dała Ravenowi jasno do zrozumienia, iż oczekuje, że udzieli Opiekunkom wszelkiej możliwej pomocy, jakiej tylko będzie w stanie. Kruk zgodził się, ale nie wiedział, iż będą potrzebowały właśnie takiej pomocy.

Mimo to, z sercem bijącym jak dzwon, zleciał z wysokiej części jaskini i zaproponował swój udział w ekspedycji.

Nie miał wielkiego wyboru. Jego ciało ogarnęła dziwaczna choroba, jedna z wielu, które dręczyły Salartus w ostatnim czasie. Młode Kruki nie były zbyt wielkie, ale w ciągu ostatniego tygodnia Raven zmalał dwukrotnie. O dziwo nie czuł się źle, choć miewał napady pragnienia i parę razy zdarzyło mu się zasnąć na stojąco. Mimo tego, iż nie czuł bólu, obawiał się, że jego słabnące, malejące ciało może pewnego dnia zasnąć i nigdy się nie zbudzić.

Chyba to był jedyny powód, dla którego tak ochoczo udzielił wsparcia Opiekunkom, choć był równie zaskoczony ich prośbą jak reszta Salartus. O ile inni mogli zostać w jaskiniach, górach czy innych kryjówkach i łudzić się tym, że bezpiecznie dożyją późnej starości, to Raven nie miał takiej nadziei. Dla niego każdy dzień był cenny. Wiedział, że wyprawa jest jedyną szansą na pozyskanie leku, który pozwoliłby mu wrócić do pełni sił, których i tak nigdy nie miał w nadmiarze.

Chciał wygłosić małe przemówienie, gdy zakryły go Feniksy, jak zwykle pragnąc być w centrum uwagi i kompletnie nie zauważając jego małego, czarnego dzioba, który się otworzył, gdy chciał zabrać głos. Potem odezwało się też jedno ze Skrzydeł. Kruk zwymyślał w myślach obie rasy, zaczekał jednak grzecznie, aż ognik skończy, po czym rozłożył skrzydła, przeleciał pomiędzy ognistymi ptakami i wylądował przed Opiekunką.

- Witajcie, szlachetne Opiekunki. Ja, Raven, pozdrawiam Was w imieniu Starszyzny Kruków Śmierci. Choć moja rasa zawsze trzymała się na obrzeżasz społeczności Salartus, pielęgnując w odosobnieniu własne tradycje i dopuszczając do siebie nielicznych, to zawsze chętnie wspomożemy swych braci w chwilach wielkiej potrzeby, takiej jak ta. Prosiłbym, jako głos mych ojców, bym i ja mógł przemówić do obecnych tu, dzieląc się z nimi mądrością, ale i obawami mego rodzaju.

Widząc w oczach Babci zgodę, odwrócił się do innych i przemówił.

- Wiem, że wszyscy się boicie. Widzę w waszych oczach strach, niepewność, chęć ucieczki i zapomnienia o koszmarze, który nas dręczy. Do tej pory zostawaliśmy w swych kryjówkach, bezpiecznych, ciepłych schronieniach, którym poświęciliśmy tyle czasu. Stworzyliśmy sobie przytulne domy, zapomnieliśmy o dawnej świetności i zaczęliśmy żyć na nowo z dala od okrutnego człowieka, który wtaczał truciznę w nasze ciała i umysły. Teraz jednak nawet tu jego obślizgłe macki dosięgają nas, oplątują, duszą, powoli wyciskając z nas wszystkie soki. Wiem, że nie chcecie iść na powierzchnię, żadne z nas nie chce. Ale wiedzcie, że Śmierć krąży nad nami wszystkimi, nawet w tej chwili czuję jej zimny oddech, gdy czeka na nas, wypatruje, pragnąc zacisnąć na nas swoje kościste dłonie. Jeśli tu zostaniecie, w końcu was dopadnie i otuli, a będzie to srogi, lodowaty uścisk, z którego już się nie wyrwiecie. Świat człowieka jest nam wrogi, nieprzyjazny, ale teraz nasze wspólne domostwo jest takie same. Możliwe, że wszyscy, którzy się zgłoszą, zginą. Śmierć jest wszędzie tam, gdzie jest i życie, dotyka nawet tak długowiecznych ras, jak Gatti czy Feniksy. Ale, jeśli mamy okazję wspólnymi siłami ocalić istnienie wszystkich Salartus, to powinniśmy spróbować. Jeśli boicie się śmierci zadanej przez ludzi, to wiedzcie, że śmierć w własnych jaskiniach jest dokładnie taka sama, a nawet gorsza, bo przychodzi do tych, którzy wcale nie walczyli o życie. Oto mądrość Starszyzny.

Tak naprawdę Starszyzna nie przekazała Raven’owi żadnych instrukcji co do przemówień, ale skoro oficjalnie ją reprezentował, to zważywszy na obrót wydarzeń, postanowił przemówić głosem Rady Starszych. Wiedział, ze jeśli nie zbiorą odpowiedniej ilości Salartus, to ich misja się nie uda. Dlatego właśnie postanowił przemówić.

Miał nadzieję, że da odwagę innym.
 

Ostatnio edytowane przez Kaworu : 06-02-2010 o 00:52.
Kaworu jest offline  
Stary 02-01-2010, 20:33   #9
Adr
RPG - Ogólnie
 
Adr's Avatar
 
Puryfikanin przybył na naradę wyjątkowo wcześnie. Był jedną z pierwszych istot, które pojawiły się na miejscu zebrania przedstawicieli ras należących do gatunku Salartus. Puryfik rzadko miał okazję schodzić do podziemi, dlatego postanowił pojawić się wcześniej, aby rozejrzeć się w miejscu spotkań swych pobratymców. Grota wybrana na naradę wydawała się Puryfikowi miejscem ciasnym i nieprzyjemnym. Przedstawiciele jego rasy zamieszkiwali otwarte przestrzenie, dlatego w jaskiniach i tunelach czuli się niedobrze. Ograniczenie przestrzeni oraz minimalne ilości światła nie przypadły do gustu tak wielkiej i światłolubnej istocie jaką był Puryfikanin. Zastanawiało go również jak tak dumne rasy dały zepchnąć się do tych zatęchłych lochów.

Przeklęte jaskinie - pomyślał Puryfik.

W jaskini narad kolejno zjawiały się niezwykłe istoty, mimo ze należące do jednego gatunku to jednak przecież tak różne. Puryfika od zawsze ciekawili przedstawiciele innych ras, zwłaszcza że niektórych z nich znał tylko z opowieści, a innych rzadko widywał ze względu na zupełnie inny, powierzchniowy tryb życia.

Społeczność puryfikan słyszała od pewnego czasu pogłoski o piętnie chorób i wynaturzeń jakie zaciążyły nad niektórymi rasami. Doskonale zdawali sobie sprawę z coraz większej degeneracji całego gatunku Salartus. Wiedzieli również, że ich własna rasa utraciła ważną zdolność samoczynnej regeneracji biczy. Rady i eksperymenty opiekunek pozwoliły na znalezienie remedium wspomagającego odrastanie macek, ale do tego procesu potrzebne było współdziałanie i koegzystencja z innymi rasami. Od tego czasu puryfikanie zacieśnili więzy przyjaźni z rasami Skrzadeł, Gatti oraz Kruków Śmierci. Będąc pokojowo nastawionymi przedstawicielami Salartus z innymi rasami utrzymywali przyjazne relacje i bardzo rzadko wchodzili w spory czy waśnie.

Puryfik był jednym z wydelegowanych przedstawicieli swojej rasy, którzy we współpracy z opiekunkami prowadzili eksperymenty między rasowe. Owe eksperymenty miały na celu badanie specyficznych cech rasowych jak również poszukiwanie powiązań i współdziałania różnych substancji wytwarzanych przez każdą z ras. Właśnie w ramach tych eksperymentów wynaleziono ciekawe mikstury jak np. ważną dla puryfikan mieszankę wspomagającą proces odrastania macek. Opiekunki wielokrotnie powtarzały, że w dzisiejszych trudnych czasach niezbędne jest zacieśnienie wspłpracy między rasami i zapomnienie o dawnych sporach.

Puryfik był jednym z znaczniejszych osobników swej rasy. Ze względu na łatwość nawiązywania kontaktów należał również do grupy, która najczęściej była poddawana eksperymentom i badaniom. Często przebywał w miejscach badań prowadzonych przez opiekunki, gdzie miał okazję poznać wielu ciekawych przedstawicieli innych ras. Zyskał też ważną umiejętność porozumiewania się z innymi i zdążył przyzwyczaić się do współpracy z obcymi. Mimo, że był dość młodym osobnikiem zyskał wśród swojej rasy status ambasadora oddelegowanego do kontaktu z opiekunkami i innymi rasami.

Skromny umysł jakim dysponuje człowiek z pewnością nie poradziłby sobie z bogactwem i natłokiem myśli jakie nawiedzały Puryfika, kiedy usłyszał o misji jaką zaproponowały opiekunki. Wyjść do ludzi. Do tych siejących zniszczenie i nieczystych istot, które opanowały podobno całą planetę. To istne szaleństwo.

Może jedynie używając silnie rozbudzonej wyobraźni ludzie mogliby zbliżyć się nieco do odczuć i myśli jakie właśnie miały miejsce w mackowatym ciele Puryfikanina. Zdolność rozumienia i poziom refleksji jaki jest przyrodzony rasie Puryfikan wybiega czasem w bardzo dziwne rejony. Człowiek mógłby zadziwić się jak ubogim aparatem umysłowym dysponuje w stosunku do istot takich jak niektóre Salartus.

Cisza jaka zapadła w jaskini po przemowie opiekunek została przerwana przez członków niektórych ras, którzy zgłaszali się do udziału w tej niebezpiecznej misji. Puryfik znał bardzo dobrze atuty swojej rasy i wiedział doskonale, że w takiej wyprawie mógłby się przydać przedstawiciel puryfikan.

Puryfikanie przede wszystkim byli znani wśród innych ras jako istoty wytwarzające puryfikat - uniwersalny środek leczniczy oczyszczający rany i zaniczyszczenia. Równie powszechnie słynęli z wybitnej inteligencji i rozległej wiedzy, a także niesłychanej zręczności i szybkości. Poza tym duży rozmiar tych istot - na tle innych Salartus - sprawiał, że puryfikanie byli poważani przez większość obcych ras.



W tym czasie patetyczną mowę zaczął jeden z Kruków Śmierci. Jego uwaga o obślizgłych mackach człowieka tak rozbawiła Puryfika, że jego macki zafalowały żywiołowo rozbiegając się na wszystkie strony. Śmiech jaki opanował Puryfika był jedną z nielicznych reakcji, kiedy puryfikanie nie do końca panowali nad swymi kończynami. Istniało nawet powiedzenie czy raczej przysłowie "Nie śmiej się w duchu, bo macki zaznają dziwnego odruchu"

Jeden z niesfornych biczy trafił jakąś z sąsiednich istot. Puryfik rozejrzał się po sąsiadach usadowionych w pobliżu. Okazał się, że zupełnie niechcący zawadził macką o skrzydła jednego z przedstawicieli rasy Rosso Angelo. Nie znał go wcześniej, ale wiedział o łączącej obie rasy przyjaźni. Nie chciał, aby ten mały incydent zaważył na relacjach obu ras. Dlatego szybko zamachał w stronę Rosso Angelo przedstawiając swoje imię i prosząc o przyjęcie przeprosin.
 

Ostatnio edytowane przez Adr : 02-01-2010 o 20:35.
Adr jest offline  
Stary 02-01-2010, 22:32   #10
 
Nagash Hex's Avatar
 
W centrum sali stali przedstawiciele najważniejszej rasy (oczywiście tylko w ich mniemaniu) – Rossi Angeli. Każdy z nich starał się wyglądać majestatycznie i jednocześnie groźnie co tradycyjnie już budziło uśmieszki, bądź niesmak na twarzach mniej przyjaznych aniołom ras. Było ich pięcioro. Niezmiennie od kilkudziesięciu lat na każdym, ważnym zebraniu pojawiali się przedstawiciele starej wiary, jak i nowoczesnych ateistów. Nie inaczej było tym razem, choć w rutynę wkradł się jeden, drobny element. Element o imieniu Alphonse Solf. Na zabraniu znalazł się właściwie przypadkiem. W ostatnich czasach swoimi poglądami wzburzył Radę Starszych i krótko mówiąc został wygnany z terenów zajmowanych przez „starą wiarę”. Ponieważ jego rodzina była w miarę wpływowa miał on dyskretnie przenieść się do obozu Novus Defero. Zgromadzenie zwołane przez Opiekunki było do tego świetną okazją, wiec dwaj emisariusze Rady zabrali ze sobą młodego anioła. Aktualnie stał on nieco z tyłu, wyraźnie odcinając się od swoich towarzyszy. W przeciwieństwie do nich z zainteresowaniem przysłuchiwał się przemowie Babci. Pozostali oczywiście tradycyjnie mierzyli wrogimi spojrzeniami pozostałe rasy i po raz kolejny zastanawiali się dlaczego to nie oni żądzą gatunkiem Salartus. Oczywiście jedynie w duchu przez szacunek i lekki strach przed Opiekunkami. Solf zastanawiał się dlaczego jego bracia są tak krótkowzroczni i dziecinni Cóż widocznie tak chciała Moc. - pomyślał zadumany. Wtem zdarzyło się coś niesamowitego.

- Dlatego pytam wszystkich tu zgromadzonych. Czy znajdą się wśród was chętni, aby wyruszyć na powierzchnię ? Do ludzi ?

Cała sala zamarła. Angeli zaczęli nerwowo się rozglądać, oczekując reakcji pozostałych ras. O dziwo po dłuższej przemowie Babci z końca Sali rozległ się cichy głos. Co jeszcze dziwniejsze właściciel tego głosu dobrowolnie zgłosił się do tej samobójczej misji. Po chwili w jego ślady poszedł jeden z tych dumnych i dziecinnych Feniksów a także przedstawiciel mitycznych ogników.

- Niesłychane – wyszeptał najstarszy Rosso. Potem zamienił kilka słów ze swoim towarzyszem i odwrócił się do „nowoczesnej” dwójki:
-Nie wiem, jak wy, bezbożni wywrotowcy, ale Rada nie zamierza mieć nic wspólnego z tą szaleńczą i samobójczą misją.
Ateiści pokiwali głowami i jeden z nich odpowiedział:
-Wyjątkowo się z tobą zgadzam starcze. Może jednak myślicie czasami, choć pewnie i tym razem musieliście zajrzeć do tej swojej książeczki po radę. – dodał kpiącym tonem wysoki i tęgi Rosso.

Alphonse tymczasem przyglądał się swoim braciom i nie mógł uwierzyć w to co właśnie usłyszał. Opiekunki właśnie poruszyły jedną z najważniejszych kwestii dzisiejszego świata, a ci nie tylko ją zignorowali, a znów zaczęli odwieczną kłótnie.
Nawet w takiej chwili muszą sobie dogryzać i wzajemnie poniżać. Cóż za hańba dla naszej rasy. Cóż za infantylność. - myślał ze smutkiem Al.
Rozmyślania i rozważania Solfa przerwała jakaś istota, która nieuważnie zaczepiła o dostojne skrzydła Anioła. Al odwrócił się zachowując w swoim mniemaniu majestatyczny i groźny wygląd. W końcu wszyscy powinni wiedzieć, która rasa jest najważniejsza. Szybko jednak rozluźnił się widząc, że tajemnicza istota to jeden z Puryfikan, którzy zaliczali się do grona najbliższych przyjaciół każdego Rosso. Szczególnie w tych mrocznych czasach, kiedy bez ich specyfiku Anioły umierały haniebną i niegodną ich śmiercią.
Oczywiście jak każdy Puryfikanin ten również był niezwykle kulturalny i ułożony. Mimo, że incydent był błahy i nieistotny Puryfik (jak sam się przedstawił) szybko i z niezwykła gracją przeprosił Anioła przy pomocy skomplikowanych ruchów mackami.
Dzięki Ci Mocy za wszechobecne zrozumienie. - pomyślał śmiejąc się w duchu Alphonse. Anioł skłonił się nisko i z przyzwyczajenia złożył obie szponiaste ręce na piersi do powitania i rzekł:

- Witaj przyjacielu, zwany Puryfikiem. Nic się nie stało, ale oczywiście przyjmuje twoje przeprosiny. – Anioł skrzeknął, poczym kontynuował – Mam na imię Alphonse. Miło Cie poznać.
- Przyjmij ode mnie powitanie. Ciekawi mnie twe zdanie na temat misji zaproponowanej przez opiekunki? - zagadnął Puryfik.
- Zadałeś trudne pytanie przyjacielu - odpowiedział po chwili Solf - Z jednej strony to niezwykle niebezpieczna i wręcz samobójcza misja. Z drugiej jednak coś mówi mi, że to jedyna szansa dla nas. - to rzekłszy rozejrzał się po wszystkich zebranych i dodał: - Dla Salartus. A Ty co o tym sądzisz Puryfiku?

- Tak nasz gatunek niszczeje i upada. Nie da się ukryć coraz więcej ras cierpi z powodu chorób i innych słabości. Ale myślisz, że tę szansę uda sie wykorzystać?
- Cóż prawdę mówiąc boje się, że wiele ras zbagatelizuje tę misję. Właściwie... - Al urwał i spuścił wzrok - ...przedstawiciele mojej rasy uważają tę misję za szaleństwo i nie chcą brać w niej udziału. Zaprawdę nastały ciężkie czasy dla nas...
- Moja rasa popiera wszelkie projekty, które pomogą podźwignąć nasz gatunek z upadku. Jestem wyznaczony na ambasadora i upoważniony do podjęcia się tej misji. Choć - tu macki wstrzymały się w pół ruchu, jakby zawahały - lęk również nie jest obcy mnie i moim braciom.

Anioł znowu skrzeknął i powiedział cicho, jakby ze wstydem: - Widzisz, Consiluim wraz z Sędzią bardziej zajmuje się naszymi wewnętrznymi, nieznaczącymi konfliktami niż prawdziwym problemem. Salartus umierają! - powiedział tak jakby sam starał się siebie przekonać. Skubnął nerwowo czerwone pióra na głowie i dodał wolno: - Boje się ich Puryfiku. - "ich" wymówił z takim obrzydzeniem i strachem, że mogło dotyczyć tylko ludzi - Wiele mówi się o nas, Aniołach, ale wewnątrz jesteśmy wszyscy tacy sami. Bardzo się boje, ale... - Anioł znowu przerwał i jąkając się dodał - mu..mu...musimy coś z...zrobić

Widząc niepewność anioła Puryfik poczuł do niego sympatię. Sam również odczuwał napięcie i dobrze wiedział, że może to być misja samobójcza. - Zamierzam się zaraz zgłosić do opiekunek, ale dałem pierwszeństwo innym rasom. Pójdziesz ze mną Alphonse? Miło byłoby mieć w tobie towarzysza w tej trudnej wyprawie.
Kimblee spojrzał na nowego przyjaciela i uśmiechnął się lekko. Głos typowej interesowności i egoizmu aniołów cicho przypomniał Alowi, że to samobójstwo, ale tym razem Rosso go nie posłuchał. W końcu i tak został wygnany, a tam, tam na powierzchni może znajdzie odpowiedzi na dręczące go pytania... Anioł machnął radośnie skrzydłami, lekceważąc protesty istot uderzonych masą piór i rzekł:
- Z radością przyjacielu. Wciąż myślę, że to samobójstwo, ale w końcu życie to nie same przyjemności, czyż nie? - zakończył Rosso i znów uśmiechnął się szeroko.

- Musze się z Tobą zgodzić. Życie to dar, może nieco tajemnicze jest jego pochodzenie, ale pewne jest, że przyjemności należy umiejętnie łączyć z obowiązkami wobec naszego gatunku. - ostatnie machnięcia biczów oznaczały zaproszenie do pójścia w ślad za sobą. Puryfik minął inne istoty i zbliżył się do opiekunek. Przekazując im jednocześnie, że zgłasza się do wyprawy na powierzchnię. - Czekam na instrukcje - zakończył szybkim wymachem.
Anioł szybkim krokiem podążył za Puryfikiem ignorując zdumienie w oczach pozostałych Rosso. Dogonił go i rzekł cicho:
- Cieszę się, że cie poznałem. Sam pewnie nigdy bym się nie zdecydował. -
W końcu dotarli do opiekunek. Alphonse spokojnie poczekał na koniec prezentacji Puryfika po czym wysunął się na przód, skłonił lekko i rzekł:
- Pani, Alphonse Solf Kimblee jest gotowy.
 
__________________
One last song
I want to give this world
Before it's gone
One last song

Ostatnio edytowane przez Nagash Hex : 02-01-2010 o 23:35.
Nagash Hex jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:41.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170