Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 23-08-2010, 16:52   #21
 
Nadiana's Avatar
 
Poranek zapowiadał się nadzwyczaj ciekawie, mimo, że na propozycje śpiewu Lotta zareagowała niechętnie kręcąc nosem. Muzykowanie kojarzyło jej się tylko z nudnymi religijnymi pieśniami i tylko obietnica „nie będzie tak jak zwykle” mogła ją przekonać. Szybko zrozumiała, że repertuar kuzynki zdecydowanie różni się od tego kościelnego, i wkrótce głośno i wyraźnie wyśpiewywała utwory najniższego sortu. Dziewczęta przerwały dopiero, gdy zaanonsowano księdza i chichocząc wesoło przyjęły postawy niewiniątek łapczywie trzymając go między sobą i nie dając żadnych szans na ucieczkę.
- Ojcze poprosiłam Cię tu w kwestiach wiary. – Solange spojrzała na Lemansa wzrokiem tak pełnym niewinności, że aż zaskoczyła Lottę.
- Znalazłyśmy w biblii historię, której nie rozumiemy, czy mógłbyś nam ją objaśnić ojcze ?
- Jakaż to historia panienko Solange? – spytał wiercąc się w bezskutecznej próbie odsunięcia się od dziewczyn.
- Chodzi o przypowieść o Zuzannie i starcach, ale nie tylko Charlotta znalazła jeszcze inną. Prawda Lotti ? – Solange spytała z niewinną minką.
- Tak – potwierdziła blondynka gorliwie, ale jej umysł pracował na najwyższych obrotach. Z całego klasztornego życia przypominała sobie jedną niezwykle intrygującą przypowieść – O Locie i Sodomie, zastanawia mnie werset mówiący o prawie gościnności, o tym, że pobożny Lot woli oddać mieszkańcom swoje córki niż aniołów… Cóż oni chcieli z nimi uczynić?

Zaczerwienionemu księdzu na szczęście umknęła informacja, że dziewczęta same czytały Pismo Święte i same porywały się na jego interpretacje. Sam fakt posiadania Biblii w języku francuskim znamionował przecież herezję! ale z drugiej strony przy tym co się działo w tym domu, to chyba naprawdę było niewiele…
Za to młodzian skupił się na szukaniu odpowiedzi, odpowiedzi, która pozwoliłaby mu bez szwanku na moralności wyjść z tej sytuacji. Jąkając się i plącząc opowiadał o cnotliwych niewiastach starannie unikając widoku dekoltów dziewcząt, które nachyliły się i w pełnym skupieniu wysłuchiwały tłumaczeń. Z piekielnej męki pokus ocalił go kurantowy dzwon oznajmiający, że jest prawie południe. Tłumacząc się niezgrabnie obowiązkami uciekł szybko z zasięgu wzorku i słuchu dwóch diablic.

Cała ta sytuacja sprawiła kuzynką sporo radości, której w końcu mogły dać głośny upust. Podczas głośnych śmiechów Lotta zauważyła leżący pod sofą modlitewnik, z którego wypadła dziwna karteczka.

Zaciekawiona dziewczyna zastanawiała się co też może ona oznaczać. „Sauve” to słowo wzbudziło w niej dziwny niepokój. Za nim kryło się coś niedobrego. Przypomniała sobie jak w klasztorze jedna z zakonnic. Często budziła się w nocy z krzykiem. Bardzo lubiła Charlottę i kiedyś, gdy pomagając jej przy rozwieszaniu pościeli dziewczyna zapytała ją o koszmary zakonnica zrazu długo milczała potem zaś odpowiedziała nie patrząc jej w oczy. „To kara za moje grzechy. Za grzechy Sauve”. Tak. Lotta przypomniała sobie, to stąd odczuwała niepokój na dźwięk tego słowa.
Trzymając w ręku kartkę zastanawiała się czy ją oddać właścicielowi, a może … może zapytać mistrza Pascala co też ona oznacza ?

Nie znała jednak tego drugiego mężczyzny praktycznie wcale, a ksiądz pewnie skrył się w swojej najciemniejszej szafie. „Panie ocal na, giniemy” i arka Noego. Grzech zabójstwa? zwątpienia? A może rozpusty? Na samą tą myśl Charlotta roześmiała się głośno obiecując sobie rozmowę z mistrzem Pascalem przy okazji, bo na Margo w tej kwestii niestety nie było co liczyć.
 
Nadiana jest offline  
Stary 23-08-2010, 18:40   #22
 
Zapatashura's Avatar
 
Osobiste przybycie markiza de la Borde było dla Claude'a bardzo zaskakujące. Pewnie powinien jakoś przejąć się tym, że tak dobrze urodzona osoba ma okazję przyglądać się jego pijaństwu. Sęk w tym, że koniak radośnie krążył w jego żyłach, a de Bernières chociaż jeszcze nie pijany, to z pewnością nie był już trzeźwy. Major wysłuchał więc jak gdyby nigdy nic słów swojego gospodarza... I początkowo myślał, że to alkohol zaćmił mu umysł, ale tak nie było. Tortury markiza nie przyniosły ani jednej nowej informacji, były kompletnie zbędne, zupełnie jak chora zabawa jego syna i de Sade'a. Gdyby Claude był trzeźwy wysłuchałby tego i zachował uwagi dla siebie. Ale nie był, więc wybuchł zupełnie irracjonalnym śmiechem. Wesołość majora była równie nagła, co i krótka, pozostawiająca gospodarza w konsternacji.
Trzeba było jednak oddać markizowi sprawiedliwość, przeszedł bowiem do sedna swojej wizyty, proponując majorowi przejęcie dowództwa nad jednym z jego oddziałów. Oferta nie wzbudziła jednak zainteresowania de Bernières. O ile, gdy zostało mu to zaproponowane po kolacji, jeszcze się wahał, o tyle po pokazie typowej dla francuskiej arystokracji amoralności i głupoty rodu Brulart, nie miał zamiaru nawet kiwnąć palcem w tej sprawie. I chyba można to było wyczytać z jego twarzy.
-Nalegam, by Pan objął komendę nad tym oddziałem-rzekł de la Borde, szczególnie wyraźnie, aby nietrzeźwy interlokutor mógł go łatwo zrozumieć.-Brakuje mi doświadczonych ludzi, a de Sade jest odważny, ale zbyt młody by dowodzić. Syna wolę mieć przy sobie, a jeśli chodzi o markiza du Châtelet … Cóż obaj zdajemy sobie sprawę, że jego zdolności są innego rodzaju.
Szczerze mówiąc Claude nie słyszał o żadnych zdolnościach markiza du Châtelet, ale to była sprawa absolutnie drugorzędna.
Przejęcie dowództwa? Wbrew wszelkim procedurom, wszak de Bernières był gwardzistą, a nie majorem polowym. Bieganie po lasach było czystym kretynizmem, widocznym alarmem dla siatki informatorów w pobliskich miastach i miasteczkach, chociażby w Lyonie. Akcja godna parweniusza, a nie kogoś, kto chce doszczętnie rozbić rozbójniczą bandę. Poza tym obława miała się odbyć nazajutrz. Nazajutrz! Dobre sobie. Całe godziny temu Brulart wiedział, gdzie ukrywała się szajka. Zwlekał tylko dla zabawy! Każdy z tych przestępców, który miał choćby odrobinę oleju w głowie jutro będzie albo daleko stąd, albo pod zaprzyjaźnionym dachem. Claude'owi żal było czasu na takie fuszerki. Poza tym wizja umierającego w śniegu de Sade'a była dziwnie zabawna.
-Szanowny markizie, łaskawy gospodarzu- zaczął de Bernières, trochę „szeleszczącym” głosem.-Moja wdzięczność za waszą odsiecz jest ogromna, a dług do spłacenia długo nie zostanie wyrównany. Musi jednak markiz wiedzieć, że- >>rzygać mi się chce na widok twej rodziny<<- na dniach zostałem poważnie raniony, a ma rana dopiero zaczęła się zabliźniać. Nie jestem jeszcze gotów do zbrojnych starć. Mam nadzieję, że markiz zrozumie i zaakceptuje moją odmowę.- >>a nawet jeśli nie, to i tak nie mam zamiaru już nigdy więcej cię oglądać<<.

(...)

Claude obudził się bardzo późno, szczególnie jak na swoje żołnierskie przyzwyczajenia. Słońce w swej drodze było bliższe południa niż poranka, a gardło majora bliższe pustyni niż morzu. Słowem, suszyło go po wczorajszej butelczynie mocnego trunku. Syndrom wieku, bo co innego? Jeszcze dziesięć lat temu mógłby stawać w pijackie szranki z marynarzami, a dziś wystarczył mu koniak. De Bernières zwlókł się z łóżka i z satysfakcją stwierdził, że gdzie poddało się jego gardło, tam głowa odparła kaca. Chociaż tyle.
Za oknem padał śnieg, co mogło wyprawie markiza de la Borde w równym stopniu pomagać, co przeszkadzać. Z jednej strony łatwiej będzie mu pozostać niezauważonym, choć czeredy żołnierzy i tak nie da się ukryć. Z drugiej strony proch może zamoknąć, ślady zostaną pozacierane i tak dalej i tak dalej. Ale to nie był problem majora. Problemem majora było zdobycie czegoś do picia, a raczej znalezienie służącego, który przyniósłby mu wodę. A potem...

A potem de Bernières nie mógł zająć się swoimi sprawami, bowiem gdy tylko mistrz Pascal dowiedział się, że Claude nie jedzie na obławę przez sługę zaprosił go na rozmowę. Co ciekawe spotkanie miało się odbyć w zamkowej bibliotece.
Thirry poczuł się lepiej. To było widać na pierwszy rzut oka. Wprawdzie półleżał na kanapie przykryty kocem, a na stoliku w zasięgu ręki miał herbatę i buteleczkę z jakimś sokiem owocowym, a dwóch służących przynosiło mu jakieś księgi, ale za to twarz przybrała zdecydowanie zdrowszy lekko rumiany wygląd.
- A Claude – ożywił się na widok majora ściągając z nosa okulary i odkładając trzymany w dłoni wolumin.
- Napijesz się może herbaty z malinami ? Znakomita. Ponoć sprowadzana z Chin przez Rosję, a nie z Indii przez tych cholernych Anglików – uśmiechnął się.
-Herbata byłaby niezwykle mile widziana- odparł de Bernières, któremu szklanka wody niewiele pomogła.
-Cieszę się, że nie pojechałeś na to barbarzyńskie polowanie. Kiedyś to okrucieństwo zemści się na arystokracji.

Polowanie. Wcześniej Claude nie pomyślał o tym w ten sposób, ale ten termin faktycznie był bardzo adekwatny. To nie była żadna obława, tylko forma rozrywki. Równie dobrze markiz mógł pojechać ze strzelbą na jelenie. Bez właściwego przygotowania, w radosnym nastroju... Major upił łyk herbaty by ukryć grymas jaki pojawił się na jego twarzy.

Pascal skinął na służących.
-Możecie już iść mam wszystko czego mi potrzeba.
Stwierdził czekając, aż słudzy opuszczą pokój. Dopiero gdy zostali sami przemówił ściszając głos.
-Znalazłem w tej bibliotece kilka ciekawych ksiąg. Niektóre traktują o szyfrach. Dobrze by było gdybyś co nieco o tym wiedział. Przynajmniej jaki to może być rodzaj szyfru. Otóż jeśli będą to proste liczby, jak 1,2,3 i tak dalej możemy mieć do czynienia z prostą zamianą gdzie kolejne cyfry odpowiadają kolejnym literom alfabetu i tak „1” to „A”, „2” to „B” i tak dalej. Gorzej jeśli będzie to przestawione. Prusacy, a być może i autor listu często przesuwają litery o sześć pozycji, tak ze „1” odpowiada „F”, a „2” „G” i tak dalej. Dość częsty zwyczaj w tych szyfrogramach, które przechwyciliśmy. Jeśli jednak na odwrocie listu będą cyfry podwójne dla przykładu „35”, „11”, „13”, „63”, „12”, to najprawdopodobniej będziesz miał do czynienia z tym.
Pascal otworzył trzymaną w dłoni księgę i wskazał palcem na tabelę.


-To tak zwana Szachownica Polibiusza. Zechcesz Claude odszyfrować podane przeze mnie liczby, bym sprawdził, czy zrozumiałeś– poprosił Pascal.

Claude wysłuchiwał Thirry'ego w ciszy, bardziej jednak niż na jego słowach skupiając się na jego wyglądzie, który sugerował, że czarne podejrzenia majora były chybione. Gdy w końcu zadano mu pytanie, de Bernières próbował sobie przypomnieć podane liczby.
-Nie będę udawał, że jestem ekspertem w dziedzinie szyfrów, lecz znam różne rodzaje szyfrów prostych- zaczął major.-Zaczynając od szyfru Cezara, czyli najprostszego szyfru przestawnego, przez kilka rodzajów szyfrów podstawnych, aż do ich kombinacji. Choćby takich, jak te pruskie. Pozwolę sobie nie przebiegać wzrokiem po tabeli i spróbować najzwyczajniej odgadnąć znaczenie podanych przez mistrza liczb. Było ich pięć, a ciąg zaczynał się od trzydziestu pięciu, czyli litery 't'. Z pańskiej wypowiedzi wnioskuję, że nie uważał pan abym znał się na szyfrowaniu, najprawdopodobniej próbował więc mistrz uczyć mnie jak każdego nowicjusza. Typowo zaś nowicjuszom przedstawia się na początku zaszyfrowane słowo 'tajne', które akurat ma pięć liter. To pewnie jakiś rodzaj żartu- bądź co bądź de Bernières był oficerem, w dodatku przez lata służył w Wersalu, a tam wyczulenie na spiski było bardzo duże.
-Obawiam się jednak, że jeśli liczby w wiadomym liście były szyfrem, to to nie był szyfr bezkluczowy. Za łatwo takie złamać, wystarczy zwykła cierpliwość- stwierdził major.-Ale jeśli w tych książkach są przykłady szyfrów z kluczem, z chęcią się z nimi zapoznam. W tej dziedzinie nie jestem zbyt dobrze wykształcony.

- Tak. Raczej nie ma co liczyć na tak łatwy szyfr. Jednak nie zapominajmy, iż list pisał zwykły ... a raczej szczególny malarz, więc kto wie. Jeśli jednak odszyfrujesz z cyfr ciąg niezrozumiałych liter, być może będziemy mieli do czynienia z szyfrem polialfabetycznym, do którego potrzeba klucza. Najpowszechniejszy jest tu szyfr Vigenère'a. Do odszyfrowania potrzebna jest tabela z alfabetów.
- Taka jak ta.
Thirry wskazał tabelę na kolejnej kartce.
- Problem stanowi jedynie to, że nie znamy słowa klucza. Jeśli byśmy je znali wystarczy do kolejnych liter klucza podstawiać litery z tabeli, by odnaleźć zakodowane słowo. Załóżmy, że słowem kluczem jest imię ADA, a zaszyfrowane to nasze "TAJNE", wtedy szyfr wyglądałby tak : "TXJNB".
-Słyszałem o tym szyfrze, ale nigdy nie miałem okazji zobaczyć jak działa- przyznał Claude.-Jest bardzo zmyślny. Nie znając słowa kluczowego odszyfrowanie wiadomości musiałoby zająć mnóstwo czasu. Liczba kombinacji jest... ogromna.
- Tak, wymyślono go jakieś 200 lat temu, ale stosuje się go do dziś. Niestety nie mam pojęcia, co może być kluczem.
-Ani ja. Jeśli klucz był znany jedynie autorowi i adresatowi, będziemy w kropce. Jeśli będziemy mieć szczęście, to klucz może znajdować się w samym liście- dywagował Claude.-Tak czy inaczej, teraz możemy tylko gdybać, co innego gdy będziemy już w Wenecji.

Rozmowa nie trwała już zbyt długo, szczególnie, że de Bernières nie chciał testować wytrzymałości starszego mężczyzny. Jeszcze wczoraj wyglądał fatalnie, nim dojdzie do sił minie dużo czasu. Był też drugi powód, który nie dawał majorowi spokoju od zeszłego wieczoru.

(...)

-Kapralu- Yves nie spodziewał się nagłego pojawienia swego przełożonego, ale do postawy zasadniczej przystąpił praktycznie odruchowo.
-Spocznijcie kapralu. Mam do was istotną sprawą i wolałbym, abyście skupiali się na moich słowach zamiast na utrzymaniu idealnego pionu- jeśli Claude miał w tej wyprawie ufać komukolwiek oprócz mistrza Pascala, był to właśnie Bayet.
-Tak jest.
-Co myślicie o wczorajszej napaści kapralu?- major uderzył prosto z mostu.
-Przygotowana zasadzka. Banda la Tulipe'a grasowała po okolicach już od jakiegoś czasu- odpowiedział Yves.
-Zasadzka na kogo?- kontynuował Claude.
-Na przejezdnych. Zapewne na jakieś karety, albo wozy, stąd stopień przygotowania.
-Źle- krótko skomentował de Bernières, wprawiając swego podwładnego w zakłopotanie.-Zasadzka była przygotowana specjalnie dla nas. Tulipe doskonale wiedział kto jechał w wozach: markiz du Châtelet, markiza d'Ambly, w końcu ja: major de Bernières.
-Może po prostu ten bandyta rozpoznał insygnia rodowe markizów?- kapral bronił swej opinii, co mu się zresztą chwaliło.
-I moją rangę, choć ubrany byłem po cywilnemu, a nominację otrzymałem raptem przed kilkoma dniami?- dociekał Claude.
Bayet analizował przez chwilę uwagę przełożonego, po czym zapytał:
-Co sugerujecie majorze?
-Tylko my wiedzieliśmy o naszym wyjeździe, a także o tym jak długo zatrzymamy się w hotelu. Mimo to, la Tulipe był przygotowany. Podejrzewam, że któryś sługa markiza lub markizy został przekupiony, albo nie potrafił trzymać języka za zębami. Kapralu, miejcie oko na służących i meldujcie mi, jeśli zauważycie coś podejrzanego.
-Tak jest- odparł kapral, a ponieważ otrzymał de facto rozkaz: zasalutował.
 
Zapatashura jest offline  
Stary 24-08-2010, 10:48   #23
 
Tom Atos's Avatar
 
Z modlitewnikiem w ręku Lotta zapukała delikatnie do apartamentu mistrza Pascala. Thirry po rozmowie z majorem de Bernières na szczęście wrócił do swego pokoju by odpocząć i mógł przyjąć dziewczyną. Siedział na łóżku czytając książkę i racząc się kieliszkiem rumu, którego charakterystyczny zapach wypełniał pokój. Twarz mężczyzny była już nieco czerwona, a pot perlił jego czoło. Trunek rozgrzał go i jeśli Thirry chciał wypocić swoje dolegliwości, to wybrał dobry sposób.
- O panienka Charlotta. – zdziwił się uprzejmie na widok dziewczyny.
Uśmiechał się przy tym całkiem przyjaźnie, co nadawało mu wygląd dobrotliwego staruszka. Ośmieliło to Lottę na tyle, iż wyciągnęła z modlitewnika karteczkę i podała Pascalowi z zapytaniem co też może ona oznaczać.



Pascal spojrzał na obrazek i Lotta miała okazję zobaczyć, jak jego twarz w sekundzie się zmienia. Uśmiech znikł jak zdmuchnięty przez wiatr.
- Skąd to masz dziecko ? – Thirry spojrzał jej uważnie w oczy ku zaskoczeniu dziewczyny chwytając ją za ramię i silnie przytrzymując.
- To znak kamizardów. Buntowników z Sewennów. Od lat nie widziałem tego symbolu. Byli wrogami króla i Francji.
Pascal przyjrzał się trzymanemu przez dziewczynę modlitewnikowi.
- Czy to aby nie należy do księdza ? Ktokolwiek Ci to dał wystrzegaj się go.
Thirry puścił rękę dziewczyny.


Serce Jacquesa Lemansa biło jak oszalałe. Dziś robił rzeczy o które by się nigdy nie podejrzewał. Nigdy by nie przypuszczał, że jest zdolny do uderzenia człowieka. A nie tylko uderzył strażnika przy wejściu do lochu, ale go ogłuszył. Miał przynajmniej taką nadzieję, a może zabił ? Nie miał odwagi sprawdzić. Na szczęście dla niego był tylko jeden sługa na straży. Nie to jednak było teraz dla niego ważne. Biedził się przez chwilę z pękiem kluczy nim znalazł właściwy i w końcu otworzył kratę, jeszcze tylko jedną i znalazł się w lochach. Byli tu. La Tulipe i Emmanuelle zamknięci w osobnych celach, przykuci kajdanami do ścian. Kapelan drżącymi rękoma szukał kluczy. W końcu uwolnił kobietę i gdy wyswobadzał Pierre’a jakiś stuk przy wyjściu zmroził mu krew w żyłach. Czyżby ktoś go śledził ? Lemans poczuł jak po plecach przebiegają mu ciarki.


Polowanie, a właściwie rzeź dobiegała końca. Ludzie markiza de la Borde sumiennie spełniali polecenie swego pana nie dając nikomu pardonu, aż do chwili gdy ich pryncypał nie wydał im rozkazu, by przestali. Masakrę przeżyło ledwie czterech dorosłych i kilkoro dzieci. Przeszukanie pieczary przyniosło w sumie mizerny efekt. Znaleziono skrzynie z równowartością ledwie kilkuset liwrów. Reszta ponoć została wydana na utrzymanie bandy. Tak przynajmniej utrzymywali jeńcy. Armand pozostawił kilku ludzi, by zajęli się pochowaniem ciał i reszta towarzystwa powróciła na zamek. Jeńcy bynajmniej nie zostali ocaleni z dobroci serca markiza. Jak się zwierzył Margo chciał dokonać na nich publicznej egzekucji, której świadkiem mieli być okoliczni wieśniacy. Co do dzieci, to zamierzał je wysłać do zamorskich kolonii.
Gdy dowiedział się o tym mistrz Thirry pomimo swego stanu oświadczył, że nie zamierza dłużej zostać w tym miejscu i nalegał na jak najszybszy wyjazd. Przygotowania do podróży musiały jednak nieco potrwać. Gospodarz okazał się na tyle wyrozumiały, że nie zatrzymywał dłużej gości. Jedynie Solange okazywała otwarcie swoje niezadowolenie z tego, iż Lotta ją tak szybko opuszcza. Armand odstąpił też kilku swoich ludzi, by podróżni mogli uzupełnić braki w służbie, jakie poczyniła banda Tulipana.
Gdy wszystko już było w miarę gotowe wyruszono w drogę na południe. Niestety Thirry przecenił swoje siły. Już w godzinę po opuszczeniu zamku źle się poczuł. Powstrzymując torsje i ciągle trzymając się za zranione miejsce jakoś dotrwał do Lyonu. Jednak dla wszystkich było jasne, iż nie wytrzyma dalszej podróży.
- Nic to. – wymamrotał zbielałymi wargami, gdy zatrzymali się z zajeździe tuż przy brzegu Rodanu.
- Pojedziecie dalej beze mnie. Muszę trochę odpocząć. Spróbuję dotrzeć do Wenecji nieco później. Poradzicie sobie, jestem pewien. W razie kłopotów możecie zwrócić się do naszego ambasadora. Byle dyskretnie.
Nie pozostawało nic innego jak podjęcie podróży, już bez Pascala.
Im dalej na południe tym aura stawała się cieplejsza. Gdzieś zniknął śnieg zalegający trakt i pola, a temperatura pozwalała na pozbycie się ciężkich zimowych okryć. Podróż upływała w spokoju i monotonni powtarzalnych popasów i noclegów. Ósmego dnia po opuszczeniu zamku rodu Brulart podróżni dotarli do małej miejscowości Mestre leżącej na stałym lądzie naprzeciw Wenecji. Było już późno i ku swemu niezadowoleniu zmuszeni byli nocować w warunkach urągających pozycji arystokracji. Lecz niestety tłumy szlachty z całej Europy chcący się dostać do miasta wręcz oblegały każdą kwaterę, czy wręcz łóżko w Mestre.
Nie zaskoczył więc nikogo fakt, iż w hotelu Bellini nie było wolnych miejsc. Podobnie jak i w każdym innym, do którego podróżni próbowali się dostać. Dopiero gdy zdesperowani zwrócili się do ambasady Francji przy placu św. Marka zostali przyjęci przez Antoine-René de Voyer de Paulmy, markiza d'Argenson.



Budynek nie był zbyt okazały, choć posiadał pewien orientalny urok. Z trudem, ale pomieszczono wszystkich. Gdy wszyscy już odświeżyli się po podróży zebrali się na kolację w jadalni. Markiz d’Argenson nie był obecny przy posiłku, który odbył się w kameralnym gronie. Za oknem rozciągał się widok na Wenecję. Dopiero gdy zmęczenie podróżą nieco minęło można było poświęcić nieco większa uwagę miastu, którego romantyczna uroda wpływała łagodnie przez okna wraz z ostatnimi promieniami zmierzchu. Pałac Dożów prezentował się okazale przypominając o dawnej świetności i potędze miasta.



Pozostawało ustalić co dalej. Jak dotrzeć do hotelu i najważniejsze, jak odzyskać ukryty list.
 
Tom Atos jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:57.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168