Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 28-10-2010, 21:25   #71
 
Bogdan's Avatar
 
.

Vincent Rastchell szukał Cię. Szukał okazji, by dosiąść się z uprzejmym zapytaniem czy można. Na fotelu lub przy barze. Taras omijał.
Siedziałeś głęboko wciśnięty w swój fotel. Gdy Vincent Cię odnalazł, zastał w zapiętych pasach bezpieczeństwa. Z pozoru oddawałeś się lekturze, jednak uważnemu obserwatorowi nie umknęło Twoje nerwowe popatrywanie co jakiś czas na wnętrze gondoli. Czegoś Ty tam wypatrywał? Na szczęście chyba nie wiedział czy czytającego rozpraszały podniesione głosy wciąż podekscytowanych pasarzerów, czy był inny powód Twojego zachowania. Dość, że zauważył, że najwidoczniej pochłonięty byłeś lekturą nie bardziej niż czymś... jeszcze.

- Przepraszam - Vincent zapytał cicho. Nie chciał przeszkodzić Blumowi w jego lekturze, narzucać się. Gdyby mężczyzna nie opowiedział lub nie dostrzegł go po prostu miał zamiar wrócić do baru i poszukać innej okazji. - Nie przeszkadzam?
Został dostrzeżony. Niewątpliwie. Vincent miał nawet wrażenie, że był nie tylko dostrzeżony, ale i obserwowany. Blum z zaskoczoną miną nie pasującą do wyrazu jego oczu zamrugał powiekami.
- Aaa... monsieur Rastchell? Proszę spocząć - wskazał jedno z kilku wolnych miejsc w rzędzie foteli.
- Witam serdecznie. Mam nadzieję, ze się nie narzucam. - Vincent uśmiechnął się z zakłopotaniem, lecz usiadł na wskazanym miejscu.
- O ile nasza rozmowa nie jest jedynie wstępem do przesłuchania... - odpowiedział Blum z kwaśnym uśmiechem i uścisnął podaną mu dłoń. Widać było, że pamiętał Vincentowi ich ostatnią rozmowę. Jak się rozpoczęła i czym zakończyła.
- Nie bezpośrednio - uśmiechnął się Vincent pokazując, że jest mu dość niezręcznie wracać do tego, co wydarzyło się wcześniej. - Ale chciałem prosić pana o pomoc. Nie wiem co zdarzyło się na dole, kiedy ja .. no wie pan. I myślałem, że dowiem się tego z wiarygodnego źródła. A może również wie pan coś o tym szaleńcu. jest pan dość towarzyską osobą i pomyślałem, że może rozmawiał z nim pan o czymś, co pomogłoby wyjaśnić to jego straszliwe zachowanie. Cokolwiek. Widzi pan, panie Blum - Vincent ściszył głos. - Jak pan wie, jestem członkiem wyprawy do Samaris i powiem panu coś, co mam nadzieję pod podreperuje mój nadszarpnięty wizerunek w pana oczach. Obawiam się, ze ten zamach był skierowany przeciwko mnie i innym członków delegacji. I mam przeczucie, ze może się powtórzyć. Więc niejako moją prośba składam na pana ręce moje bezpieczeństwo. I jednocześnie bardzo proszę pana o zachowanie tego, co panu powiedziałem w dyskrecji.

Vincent przyglądał Ci się z uwagą licząc, że z jakiegoś gestu wyczyta emocje które wzbudzą jego słowa. Emocji było bez liku. Byłeś niczym otwarta książka. Od początku rozmowy zachowywałeś się jeśli nie dziwnie, to na pewno w nietypowy dla siebie sposób. Vincent Rastchell widział delikatne drżenie dłoni, nienormalny u Ciebie sposób w jaki zapadasz się w fotel. Było gorąco, ale nie na tyle by tak często jak z trudem przełykać ślinę. No i te załzawione lekko oczy... Karygodna nieostrożność!

- Jeśli mam być szczery - odparł Blum po chwili milczenia - dyskrecja dotycząca naszej rozmowy winna mieć zastosowanie z każdej strony, monsieur Rastchell.
- Oczywiście. Lecz jeśli uznam, ze coś jest niezwykle istotne, z tego co pan mówi, poproszę pana o możliwość przekazania pańskich słów dalej. Jeśli nie wyrazi pan zgody, będę milczał. Czy to panu odpowiada?
- Pamięta pan pierwszą naszą rozmowę, monsieur Rastchell? Tę na tarasie? Prócz nas byl tam jeszcze ktoś trzeci. Lautrec. Słusznie domyśla się pan motywów działania tego szaleńca... człowieka - poprawił się sam Blum przechodząc nad zagadnieniem ewentualnej zgody do porządku nie komentując - Myślę, że pańskie podejrzenia są zasadne. Rozmawialiśmy razem potem jeden raz. To było zdaje się... niedługo przed lądowaniem w Urbicandzie. Wtedy jeszcze tak o tym nie myślałem, ale on...ostrzegł mnie...
Vincent zrobił zdziwioną minę. To zdopingowało do wyjaśnień.
- Ostrzegał, monsieur Rastchell. I radził... Radził mi póki jeszcze nie było za późno, wysiąść. Wysiąść i przekonać do tego samego, każdego, kogo pragnę... jak on to powiedział... ocalić. Widzi więc pan, że słusznie podejrzewacie, że zamach został zaplanowany. I jak sądzę tylko dzięki niezwykłej skromności środków do niego użytych nie został przeprowadzony z sukcesem.

Zamyśliłeś się po tych słowach. Nad czym? Marnym końcem Lautrec'a, czy może własnym? W końcu kostucha zajrzała Ci w oczy z całkiem bliska...

- Zgodzę się z panem. Mieliśmy dużo szczęścia. Wszyscy. Jednak zamachowiec w swoim szaleństwie pokusił się o atak nie na nas, członków wyprawy, lecz także na innych ludzi. To ... niedorzeczne. Był gotów poświęcić siebie, by zabić nas. Czy podczas tej rozmowy, panie Blum, ten nieszczęśnik sugerował coś, dlaczego to zrobi. Jakieś uprzedzenia, religia, nie wiem? Cokolwiek? - widać było że Vincent próbuje zrozumieć motywy tego szaleństwa. Sam, jako człowiek spokojnego usposobienia nie rozumiał tego, co się wydarzyło. Blum wciąż tkwił w zamyśleniu. Czy próbował sobie przypomnieć? Czy wymyśleć sprytne kłamstwo? Nie sposób było odgadnąć. Wreszcie odezwał się.
- Szaleństwo... Panie Rastchell, proszę mi wierzyć, dziś, z perspertywy czasu i tego, co się wydarzyło, jestem pewien, że pragnął żyć na równi ze mną, czy z panem... A poświęcenie... czym ono jest, jeśli nie oznaką siły? Nie szaleństwa, monsieur Rastchell. Co do jego motywów... Proszę samemu odpowiedzieć sobie na to pytanie. Co osiągnąłby, udaremniając waszą ekspedycję?
- Poświęcenie? - powiedział zdumiony Vincent. - Zabójstwo w moich oczach nigdy nie będzie poświęceniem, panie Blum. Nie potrafię pojąć, czemu ten człowiek to zrobił? A pana pytanie, monsieur Blum? Oczywistym jest, że nie dotarlibyśmy na miejsce. Nie dotarlibyśmy do Samaris. Nie wiem co strasznego byłoby w tym, że tam dojeżdżamy, skoro - jak powszechnie wiadomo - nikt nigdy stamtąd nie powrócił. Nie rozumiem - pokręcił głową ożywiony. - Nie potrafię tego zrozumieć. Dlaczego? Dlaczego. - powtórzył ciszej. - Nic nie jest warte tego, co chciał osiągnąć ten człowiek. Nic.

Spojrzenie jakie mu posłałeś świadczyło, że najwyraźniej miałeś inne zdanie na ten temat. Postanowiłeś jednak zrezygnować z prób przekonania Vincenta. Dlaczego? Milczenie trwało trochę. Długo. Wreszcie nie wytrzymałeś.

- Panie Rastchell. - zaczął dość poważnym tonem Blum - Zagadka motywów Lautrec’a, jeśli w obecnych okolicznościach jeszcze do rozwiązania, moim zdaniem kończy się tam, gdzie zaczyna inna zagadka. Wasza, drogi panie. Zagadka związana z powodem, dla którego ekspedycja, której jest pan uczestnikiem ma się znaleźć w Samaris. Moim skromnym zdaniem tu tkwi powód zamachu.
- Bardzo prawdopodobne - pokiwał głową Vincent. - Ale ja zupełnie nie wiem co jest powodem naszej wyprawy. Mamy obserwować. Co, kogo, dlaczego? - nie mam pojęcia. Kiedy opuszczałem Xhsythos nie bylem do końca ... sobą. Nie myślałem ani racjonalnie, ani trzeźwo zaślepiony przez swoją żałobę. Teraz tego żałuję, w świetle tych tragicznych wydarzeń. Może, gdybym baczniej zwracał uwagę na to, co dzieje się na pokładzie nikt by nie zginął. Ehh - westchnął ciężko kończąc zdanie. - A jak pan to zniósł, panie Blum? Nic się panu nie stało? - Vincent postanowił zmienić temat.

Siedząca w rzędzie przed wami kobieta ziewnęła, za późno tłumiąc usta ręką. Było juź późno, ale ona do tej pory była wciąż zbyt roztrzęsiona ostatnimi wydarzeniami by spać. Po tym co przeżyła, nie dziwię się... Od momentu ratunku sterowca przyciskała do siebie mocno swoje dzieci, nie reagując na rosnące oznaki zniecierpliwienia tą sytuacją swoich pociech.
Przez chwilę milczeliście. Czerń za oknami była idealna, absolutna. Zdawało się, że sterowiec zawisł w bezruchu w jakiejś otchłani bez czasu i przestrzeni. Przez chwilę zdawało się, jakby kobieta spadła...

- Na całe szczęście nic. Prócz strachu, którego się najadłem. - podjąłeś po chwili zadumy. Vincent odniósł wrażenie, musiał takie odnieść, jakby jakaś fałszywa nuta zabrzmiała w tym banalnym stwierdzeniu. Jakbyś skłamał. Teraz, albo łgał dotąd.
- To przynajmniej tyle dobrego - powiedział Vincent. - Dama przed nami chyba czuje się zmęczona. Pójdę już do siebie, za pozwoleniem, i tez chwilę się zdrzemnę. Muszę uspokoić myśli. Dziękuję za rozmowę, monsieur Blum. Jestem panu zobowiązany.
Nieco dłużej niż wymagała tego sytuacja pożegnania przytrzymałeś w uścisku podaną Ci dłoń. Książka w skórzanej oprawie zsunęła się z kolan.
- Panie Rastchell...Strach sprawia, że wydają się potężniejsi niż są. - powiedziałeś patrząc Vincentowi prosto w oczy - Nie musi tak być. Ich władza nie sięga tak daleko, jak się wydaje. Niech pan odrzuci strach. To słowa Lautrec’a - dorzuciłeś po krótkiej pauzie w odpowiedzi na zdziwienie Rastchella.
Czy Ty nie przesadzasz z sertraliną?

.
 
Bogdan jest offline  
Stary 30-10-2010, 18:51   #72
 
arm1tage's Avatar
 

- Szaleństwo... Panie Rastchell, proszę mi wierzyć, dziś, z perspertywy czasu i tego, co się wydarzyło, jestem pewien, że pragnął żyć na równi ze mną, czy z panem... A poświęcenie... Czym ono jest, jeśli nie oznaką siły? Nie szaleństwa, monsieur Rastchell.


- Robercie, czy możemy zamienić słówko - Vincent jest troszkę zakłopotany i przepraszajac “tłumek” podchodzi do Voighta.
- Nie wiem, czy jestem gotów na taką rozmowę. - Voight spuścił wzrok - Naraziłem twoje życie, krzycząc twoje imię. Nie wiedziałem, że tak to zinterpretujesz... Muszę Cię przeprosić...
- Nie ma o czym mówić, Robercie - uśmiechnął się Vincent, lecz wspomnienie wspinaczki wywołało bladość na jego twarzy. - Nie podziękowałem ci jeszcze za uratowanie mi życia, co też niniejszym czynię. Co do sprawy o której chciałem z tobą porozmawiać. Czy przejrzałeś już może rzeczy zamachowca? Myślę, że skoro traktują cię jako policjanta i w sytuacji, w której się znaleźliśmy, jest to dopuszczalne. Przeczucia mówią mi, że ten szaleńczy atak był skierowany ... - zamilkł i spojrzał na Roberta. - Domyślasz się zapewne przeciwko komu. Czyją śmiercią miał zakończyć się ten zamach.
- Nikt nie dopuszcza się samobójczego ataku bez jakiegoś ważnego celu, więc sądzę, że chodziło o nas - Robert postanowił więcej nie przepraszać Vincenta, choć nadal czuł się nieswojo - Chciałem najpierw przesłuchać tę kobietę. Tę która została przez niego poturbowana. Potem zobaczę, co dalej robić... A ty nie miałeś nigdy do czynienia z tym szaleńcem? Nazywał się... Jerome Lautrec, z tego, co powiedział mi człowiek z obsługi.
- Nie rozmawiałem z nim. A jeśli nawet to była to jedynie zwyczajowa wymiana uprzejmości. Nic więcej. Ale ów człowiek zdawał się być szalony. Szalony lub zdesperowany. To faktycznie daje do myślenia. W każdym razie, cieszę się, że nic ci nie jest i że udało ci się powstrzymać owego samobójcę. Myślę, że przeszukanie jego bagażu może nam powiedzieć coś więcej o nim samym.
- Masz rację. - Robert westchnął, nagle poczuł się bardzo zmęczony. I jakoś tak... samotny? - Powinienem przesłuchać kobietę, poszukać jego bagażu, dogadać się z człowiekiem od laski... Bardzo dużo rzeczy mam do roboty. Bardzo głupio mi prosić Cię o pomoc po tym, co się stało... z mojej winy, ale czy gdybyś miał chwilę, móglbyś porozmawiać z kimś z naszej delegacji o tym Lautrec’u? Może Watkins, albo... albo Blum coś wiedzą? Cokolwiek? Jeżeli wolałbyś teraz odpocząć, rozumiem.
- Obiecałem ci pomoc, Robercie. A dla mnie słowa to coś wiecej niż puste dźwięki. porozmawiam z Blumem. Mam do niego, wbrew pozorom, zaufanie. Nie wiem kim jest, ale tak jak już wspomniałem, sądzę że Rada przysłała go, by nas obserwował.
Mogę sie mylić co do iego, ale ... zaryzykuję. Odpocznę, jak dotrzemy do miasta.
- W porządku. Ja tutaj jeszcze zaczekam. Zjem coś, a następnie wybiorę się przesłuchać kobietę. Jeżeli zechcesz do mnie dołączyć - zapraszam.






To jego bagaż...
Jest prawie pusty. Zdałem sobie sprawę, że ten szaleniec naprawdę nie zamierzał wracać na twardą ziemię. Chciał zakończyć wszystko, wiedział to od początku bo po co bagaż gdy nie ma stacji końcowej. Albo raczej, gdy ruszasz tam gdzie nie możesz zabrać materialnych rzeczy. Jedzenia. Ubrań na zmianę, pieniędzy, broni, map czy utensyliów. Książek.
Książka jednak jest. Wziąłem ją do ręki, ale nie była taka jaką znałem. To znaczy, był to wyrób domowy, chałupniczy. Prymitywna prasa, pewnie wałki. Literatura podziemna...? Brak tytułu czy autora. Nieregularne strony, wybrakowane litery. Rozpadający się biuletyn z myślami, które nie mogły być złożone w oficjalnej drukarni Xhystos. Kartkuję te dwadzieścia, góra trzydzieści stron - zamysł jest aż nadto jasny.
Wzrok mój padł na leżący obok gruby rulon. Oprócz niego i książki w walizce nie ma już nic. Rozwinąłem rulon, to plakaty. Postery, robione taką samą metodą. Tylko wielka grafika na środku.



Tylko ta grafika i nad nią tylko trzy słowa.


OUVRE TES YEUX







Przesadzasz z lekami. Obłowiłeś się, to prawda. To prawda, dzięki nim twoje stawy są wreszcie naoliwione. Mózg znów wraca na stare koleiny, stare, nowe, stare, nowe...W samą porę, bo właśnie to o czym czytałeś całe życie w książkach z innych światów, teraz jest na wyciągnięcie ręki - schodzisz z trapu w ten świat, w którym przeglądałeś się w dziesiątkach przedmiotów i rysunków. Ale apteczka jest jak morze, ma spokojne znane wody ale i nieznane zdradliwe obszary w których znikają statki - ma stałe prądy, ale też i niebezpieczne zatoczki i wiry. Czy możesz teraz ufać swoim oczom? Czy mogłeś im ufać kiedykolwiek? Czy to chemia, czy upał sprawia że każdy obraz trzeba dzielić na czworo, by zrozumieć czy nie jest czasem tylko mirażem? Jest zbyt gorąco, by podbiec do tego nieznajomego mężczyzny z obwiązaną bandażami głową - kim jest i dlaczego nie pamiętasz go z czasu lotu? Przez szczelinę w białych paskach patrzą jakieś oczy, idziesz ale nie możesz biec...Znika gdzieś na lądowisku pomiędzy paplającymi w tym nieznanym języku płaskonosych ludzi...Żar gniecie do ziemi, pot zalewa oczy...Białe bandaże znikają gdzieś, białe jak apteczka, jak fartuch, jak śnieg za który oddałbyś tu wszystko by natrzeć nim swoje rozpalone czoło...


Około półtorej godziny po zajściach w barze pojawił się Robert. Nadal nie czuł się najlepiej, rana wciąż piekła, ale czuł wewnętrzną potrzebę dalszego popychania śledztwa. Rozglądał się za kimkolwiek z delegacji, pragnąc informacji o Jeromie Lautrec’u. Vincent w końcu opuścił swój fotel. Ze szklaneczką w dłoni siadł na swoim ulubionym miejscu. Oznaczało to, że najwyraźniej doszedł do siebie po traumatycznych przejściach. Gotowy powrócić do swoich zwyczajowych zajęć. Pasażerowie podchodzili do nich, by wyrazić dowody swojego uznania i wdzięczności. Głównie do Roberta, ale niektórzy doceniali też czyn Vincenta i jego gotowość do zaryzykowania życia by wspomóc Voighta w szalonej wspinaczce i walce z szaleńcem. Potrząsano dłońmi, dziękowano, podziwiano...Czasem ktoś złorzeczył na to, jak mogło dojść do tej dramatycznej sytuacji. Para obcych o dziwnym języku nie rozmawiała z nikim, ale uśmiechała się do wybawców i zdawała się uczestniczyć duchowo w tej cichej euforii pasażerów...
Carrington nie mówił nic. Wciąż nie był do końca trzeźwy, chyba było mu wstyd za swoją niedyspozycję...Mimo to jednak to on opatrzył, z wcale niemałą wprawą, rannego. Robertowi wydawało się nawet, że Gustav przy okazji lakonicznie podziękował za ocalenie sterowca - choć tego czasu w okolicach “operacji” Voight nie pamiętał zbyt dobrze...

Dziewczyna z obsługi żyła...Ocknęła się dwie godziny po zamachu, ale wciąż miała trudności z mówieniem, nie wspominając o poważniejszych czynnościach...Potrzebowała chyba medyka z prawdziwego zdarzenia, który mógł raczej czekać na nią tylko w mieście. W mieście, pochodzenia nazwy którego chyba nikt nie pamiętał. Było tam od zawsze...






Trahmer.

W centrum Trahmeru stało sześć wysokich, imponujących budowli o niesłychanie dziwnym kształcie. Sophie powiedziała, że nazywają się piramidami schodkowymi, a niektórzy przypisują im też jeszcze bardziej obco brzmiące miano ziggurat. Zapytana jednak, nie potrafiła lub nie chciała podać źródła, skąd pozyskała tę rzadką przecież wiedzę. Na szczytach tych budowli mieściły się podobno świątynie, za wyjątkiem najwyżej z piramid - gdzie, jak się szybko dowiedzieliśmy, mieściła się siedziba władz. Trahmerem podobno rządzili biali, ale koloru tego nie było widać praktycznie nigdzie pośród rojących się w mieście ciemnoskórych, płaskonosych i przeważnie półnagich ludzi. Dzikich ludzi. Chyba tak trzeba było ich określić, choć jak się miało okazać byli to najbardziej cywilizowani osobnicy spośród ludów ogromnej dżungli.

Miasto składało się poza tym z innych, niskich już kamiennych budynków rozsianych wokół umiejscowionych centralnie zigguratów, ale główna zabudowa przeważającej części Trahmeru była zwykłymi drewnianymi lub glinianymi chatami które w mało zorganizowany sposób panoszyły się we wszystkich kierunkach coraz bardziej ginąc za niedającą się wytyczyć granicą oddzielającą miasto od dżungli. Trahmer był pierwszym w naszym życiu miastem, które nie miało murów - przynajmniej tak jak je rozumieliśmy w naszym świecie. Las był dalece bardziej nieprzestępną barierą niż najlepiej ułożony kamień.

Nie uprzedzajmy jednak faktów. Wracając do urbanistyki, były tam też drogi. Łączyły one w pozornie przypadkowy sposób największe, i tylko te kamienne, budynki. Byłem jednak pewien, że gdyby spojrzeć na nie z odpowiedniej wysokości, tworzyłyby pewnie jakiś przemyślany układ, jeśli nie wzór. Sophie znów zaskoczyła wszystkich, wyjaśniając z dziwną miną iż drogi te pełnią funkcje...Jak to ona powiedziała...? Procesyjne. W mieście była też duża płaska platforma pokryta rytymi przedziwnymi symbolami i dziwnego kształtu kamieniami, na którą nie wchodzili wcale żadni ludzie. Pozostawione pomiędzy niektórymi częściami miasta bez zabudowy puste przestrzenie pełniły formę placów, a jeden z nich, prawie w centrum miasta, pełnił najwyraźniej formę targu. Nie wiedzieliśmy, że w takiej społeczności targ niezupełnie był jedynym zastosowaniem otwartej przestrzeni, bowiem pełniła on funkcje areny dla wielu innych poważnych społecznych zdarzeń.






Słowa nie były w stanie oddać tego co czułam. Gdy kolejne odsłony wiedzy niewiadoma siła odkrywała przede mną, gdziekolwiek zwracałam wzrok. Nie tylko już je kiedyś widziałam. Ja je doskonale znałam, umiałabym je rysować, a najpewniej już kiedyś rysowałam. Wiedziałam na przykład, że do budowy piramid użyto wysuszonych na słońcu cegieł i ziemi, po ukształtowaniu budowli obłożono jej ściany płytami kamiennymi. Umiałam nazywać wiele rzeczy. Sklasyfikować nawet. Prawie wszystko. Te malowidła naścienne zdobiące świątynie i Pałac na przykład.Przedstawiają procesje kapłanów, wojowników, wizerunki dawnych bogów oraz zwierząt. Bóstwa deszczu. Słońca. Bóstwa-węże. Inne, zbyt wiele by je nazwać. Na tym malowidle widoczna jest góra, jezioro i dwie rzeki u jej podstawy. Wokół rosną drzewa, krzewy i kwiaty. Wśród nich widnieją kolby kukurydzy i krzewy kakao. Fruwają motyle, ważki. Widoczne są też sylwetki ludzi, odpoczywających, bawiących się. Ornamenty, jakich nigdzie indziej nie da się zobaczyć.

A ten detal...





A z kolei tu... Bóstwo w swojej masce, z pierścieniami wokół oczu, wystającymi kłami i rozdwojonym językiem węża. Na głowie ma pióropusz, a z jego rąk spływają krople deszczu, wody dającej życie. A ten sprzedawca o zaczerwienionych oczach i jego sklecony naprędce stragan - co za ceramika! Bogato zdobione cylindryczne, trójnożne naczynia z stożkowatymi pokrywami. A u tego - kamienne maski rytualne. Wiem, że kolor mojej skóry nie pozwoli mi ich kupić.

A tu... te postacie ludzkie symbolizują zmarłych...Na tym przedstawieniu współistnieją z żywymi, są tuż obok. Nie tylko w sztuce. Są też w mieście, chodzą ulicami, przesiadują w szałasach. Dla tych wszystkich ludzi są tak naturalni i rzeczywiści jak oni sami. Jak my.







Trahmer był niesamowity.

Na pierwszy rzut oka dziki, wchłonięty na wpół przez zieloną bestię panującą wszędzie dookoła - w rzeczywistości był bardziej rozwinięty niż wydawało się na pierwszy rzut oka. Gdy spędziło się tu więcej czasu dostrzegało się powoli zdobycze tutejszego ludu. Prostokątna siatka ulic w centrum. Mniejsze, wyspecjalizowane place targowe. Spichlerze. System nawadniania. Miejsca, gdzie uprawiano...Nie, to przecież było niemożliwe wśród tej dziczy...Ale naprawdę, uprawiano podobno sztukę teatralną. A także...
Zdziwienie budziło dziwne miejsce, pusta wielka prostokątna przestrzeń ogrodzona murem. Na wysokości paru metrów na murach przytwierdzono dziwne kamienne pierścienie. Gdy przybyliśmy, przestrzeń ta pozostawała pusta od ludzi, a na pierwsze nieśmiałe próby zagadnięcia kogokolwiek o to miejsce słyszeliśmy jedynie wyraz w rodzaju "Ullamaliztli".

Wszystko było obce, inne. Gdyby nie niektórzy tubylcy, zaczepiający nas bardzo łamanym zrozumiałym dla nas językiem - proponując najczęściej sprzedaż rzeczy, większości których przeznaczenia nawet nie znaliśmy - w ogóle nie potrafilibyśmy nawiązać kontaktu z tą przeważającą masą ludzką mówiącą jedynie w swoim narzeczu lub narzeczach. Nawet język gestów był tu inny, kompletnie niezrozumiały. Zresztą, poza oferującymi swe usługi tragarzami, sprzedawcami czy proponującymi transport po mieście dziwnymi wózkami płaskonosymi - tubylcy unikali nas wyraźnie, rozstępowali się jak morze, odwracali głowy.

Jednak to wszystko, o czym mówię - to udało się zaobserwować później. Moje słowa brzmią jak relacja z wycieczki, ale pominąłem do tej pory trudności...Było ich więcej, niż mogliśmy sobie wyobrazić...Na każdym kroku napotykaliśmy kulturowe bariery lub brak rzeczy, bez których do tej pory nie wyobrażaliśmy sobie życia.

Na przykład Trahmer nie miał na przykład czegoś w rodzaju hotelu. Zdziwieni słuchaliśmy zaproszeń do chat, zaproszeń za dość śmieszne ceny. Ale komu można było zaufać, czy można było usnąć pod jakąś strzechą z półnagimi, wymalowanymi dziwnie ludźmi z których większość nosiła obwiązywane paciorkami noże lub włócznie. Nie było żadnych restauracji, jedynie coś co nazywano komedorem - publicznych niemalże jadłodajni, z tym że żadne z oferowanych tam dań już na pierwszy rzut oka nie mogliśmy uznać za coś co można włożyć do ust...Właściwie jedzono tu prawie zawsze dziwną zupę rybną, która stanowiła główne źródło pożywienia dzikich. Ludzie dżungli mogli jeść ją cały dzień. Codziennie. Całymi miesiącami, bez znudzenia, bez grymasu. Dotarcie do innego pożywienia stanowiło temat na osobną wyprawę w głąb tajemniczego miasta.

Ale wypada wspomnieć od razu o największym wrogu białego człowieka.

Upał.

Wróg, na którego nie byliśmy przygotowani.

Trehmer leżał na samym skraju nieskończonej chyba dżungli. Lądowisko leżało na wykarczowanym płaskowyżu z trudem opierającym się ekspansji roślinności. To już na tej wielkiej patelni poczuliśmy, mimo że wysiadaliśmy niedługo po wschodzie słońca, że nagle na naszą głowę zwaliło się tłuste, mordercze, parzące każdy wolny fragment ciała niebo...Przygniecieni żarem, z trudem łapaliśmy oddech. Każdy ruch był ruchem muchy w smole, a już po godzinie muchy nieruchomiały - walcząc o każdy, choć najmniejszy cień, choć na chwilę...Choć dwa stopnie mniej, i zostać tam, umrzeć, byle nie wychodzić znów pod drapieżne oko słońca...

Oddech. Coś co mieliśmy za dane z góry, tutaj, w Trahmerze był czymś, o co trzeba było walczyć. O każdy oddech. Czasem człowiek przegrywał, siadał, zamykał oczy. Słabł, ale wiedział że musi walczyć już o kolejny.

Pot lał się z nas strumieniami. Nie minęło kilka minut od wyjścia, a nasze ubrania przypominały ścierki do wyżęcia. Jak można było tu żyć? A przecież nawet nie było blisko do zenitu...Później nauczyliśmy się, że nawet tubylcy chowają się na środkowe godziny dnia przed rozżarzonym lepkim tyranem z niebios. Z płaskowyżu widać było rozciągającą się na południe dżunglę, która była niczym jeden wielki zielony organizm panujący aż po horyzont, labirynt egzotycznej roślinności i nieznanych zwierząt, przecinany rzekami - w porze suchej niemrawymi jeszcze, czekającymi na czas deszczu gdy miały jak co rok znów wzbudzać grozę i fascynację swą potęgą. Zielonemu królestwu nie było widać końca. Z lądowiska, w dół prowadziła wykarczowana szeroka droga, wydzierana z mozołem codziennie nacierającej z obu stron dżungli. Droga ta, jak się potem okazało, była jedyną utrzymywaną w Trahmerze - poza tym był tylko las i żyjące swoim życiem niewidoczne dla białych ścieżki. Tam nisko, gdzie się kończyła, znad powierzchni morza dżungli wyrastały ponad kamienne szczyty niesamowitych budowli. Miasto. Widać stąd też było, że na zboczach za miastem prowadzono jakieś uprawy rolnicze a także stojący niedaleko miasta duży drewniany obóz wśród lasu, ogrodzony wysoką palisadą z zaostrzonych pali. Lądowisko nie miało dworca, nie było tu murów ani pociągów, tylko tragarze i zwierzęta pociągowe. Sterowiec wymagał przeglądu i uzupełnienia zapasów. Na płaskowyżu zobaczyliśmy też dwie maszyny - ktoś z nas wiedział, że są to maszyny latające zwane dwupłatami - one to od razu obudziły nasze nadzieje. Choć z bliska nie wyglądały na coś, co mogło w ogóle unieść się w powietrze - szukaliśmy pilotów. Jedyne co udało się dowiedzieć od jedynego człowieka z obsługi lotniska który mówił cokolwiek po naszemu - właściciele maszyn przebywali gdzieś w Trahmerze, ale nazwisk nie umiał powtórzyć...Na Carringtona czekali jacyś ludzie, dwu białych i paru dzikich, pogrążeni w rozmowie ruszyli pierwsi do miasta. Ruszyliśmy za nimi.








Upał. Upał. Upał. Upał...Zmącenie zmysłów, splątanie nóg, pot i nieustanne pragnienie...Wody...Ruszyliśmy w dół, tym czymś co miało być drogą...Nawet gdybyśmy sami chcieli nieść bagaże, nie dalibyśmy rady zaskoczeni masakrującym nas słońcem - przygniatani z każdym krokiem: najęci miejscowi prawie nadzy tragarze ciągnęli na wózkach wszystko za nami - a raczej przed nami, zatrzymując się stale i czekając, aż będziemy w stale iść dalej - przyzwyczajeni do ułomności białych, ich braku odporności na to powietrze i ten niesłychany, morderczy, straszliwy i do tego rosnący skwar...

Słowa nie są oddać naszego zagubienia, gdy znaleźliśmy się już tam na dole, na obrzeżu zapylonego, rozbrzmiewającego setkami głosów w obcym języku placu...Carrington ginie gdzieś, znika w tłumie podobnie jak inni pasażerowie, na których czekają wózki i lektyki. Na nas nikt nie czeka. Wyobraźcie sobie nas, paru białych stojących pośrodku tego ula, z uniesionymi głowami otwierających usta na widok miasta, pośród gór pozostawionych przez tragarzy waliz i toreb podróżnych...Ledwo żywych już po tej krótkiej przecież drodze na dół, oblepionych własnymi ubraniami, mdlejących z upału i pragnienia - większość z nas w miejskich butach które już po godzinie nie wytrzymywały drogi i tego podłoża. Oszołomionych architekturą, hałasem. Obcością tego miejsca, fascynującą ale przecież śmiertelnie niebezpieczną...Pragnących jednak przede wszystkim uciec gdzieś, gdzie jest choć odrobinę chłodniej i gdzie nie ma się nad sobą tego ogromnej, płonącej kuli która z każdą godziną szła coraz wyżej po jasnym, bezchmurnym nieboskłonie...Dyszących, walczących o oddech, zastanawiających się co dalej. I głodnych, ale uważających się za nie na tyle szalonych by wziąć do ust cokolwiek z tego, co proponowano nam jako jedzenie - a co było albo obrzydliwym wywarem, albo wariacjami na temat miejscowych owadów.

Ach, zapomniałbym o moskitach.


Kipi. Miasto kipi. Upałem. Ludźmi. Codzienną walką z lasem. Tajemnicami, które trudno nawet sobie wyobrazić...Ile tam staliśmy? Czas w tym skwarze zdaje się rozciągać swe granice, zanikać, plątać się. Zjadać własny ogon.
Wyobraźcie nas tam sobie. Wyobraźcie sobie, że wtedy widzimy nagle pierwszego białego w Trahmerze. To młody żołnierz, mundur jest przynajmniej czymś co jest czymś choć trochę podobnym do tego, co znamy - mundur porządny, ale nieco rozchełstany z powodu upału. Nakrycie głowy, szabla. Spocona twarz. Wreszcie ktoś, kto wygląda normalnie pośród tłumu dzikich wojowników noszących pióra czy noże. Wreszcie normalny, choć posiadający dziwny akcent język, pośród obcego szwargotu nieprzeliczonego tłumu dzikich ludzi chodzących w niewiadomych celach w różne strony...Żołnierz ma wąsy, zdajemy sobie sprawę że tubylcy nie mają owłosienia na twarzach, żadnych wąsów czy bród, nic.

- Witamy w Trahmerze...- ociera co chwilę pot, przepisowy mundur musi go w tym klimacie kosztować sporo siły - Dobrze, że was znalazłem, póki jeszcze można chodzić po mieście...Gdyby się nie udało, na słońce można próbować wyjść dopiero pod wieczór...Ale dosyć o tym. Nazywam się Fabian Bergerac, regiment siódmy. Którzy z was to Robert Voight i Vincent Rastchell? Gubernator poznał już wieści i pragnie podziękować za bohaterską postawę panów w trakcie lotu sterowca. Zostaliście przedstawieni do odznaczenia, panowie. Czy udacie się ze mną, by je odebrać?






Jeszcze raz otwieram książkę. Za pierwszym razem nie zauważyłem dedykacji na odwrocie okładki, dedykacji od człowieka, który podarował Lautrecowi tę pozycję.

Przyjacielowi,
Nathan Clark.
 
__________________
MG: "Widzisz swoją rodzinną wioskę potwornie zniszczoną, chaty spalone, swoich
znajomych, przyjaciół z dzieciństwa leżących we własnej krwi na uliczkach."
Gracz: "Przeszukuję. "

Ostatnio edytowane przez arm1tage : 03-11-2010 o 09:19.
arm1tage jest offline  
Stary 03-11-2010, 00:36   #73
 
Bogdan's Avatar
 
.

Cudownie było stać znów na twardej ziemi. Czuć, mieć świadomość, że od jej powierzchni dzieli jedynie grubość podeszw, miast kilku tysięcy jardów niczego. Kilku tysięcy powodów, by nie wsiadać nigdy więcej do czegokolwiek, co na czas dłuższy niż sekunda oderwie się od ziemi. A potem spadnie. O słodka naiwności, błogosławiona niewiedzo. Nie podejrzewałem, by była na świecie rzecz mogąca zmusić mnie jeszcze kiedykolwiek do zaokrętowana się na altiplan.
Nie. Jérôme Lautrec skutecznie wyleczył mnie z latania. Nie z tego jedynego z resztą...
Ale po kolei. Teraz ważne było co innego. Coś, do czego dąży wielu, a co dane jest nielicznym. Spełnione marzenia. Bo oto z wyschniętymi z przejęcia wargami, na drżących nogach schodziłem z trapu na ziemię. Ziemię o której śniłem, marzyłem od czasów młodości. Która z każdą mijającą minutą życia zdawała się oddalać, niknąć z widnokręgiem niemożliwego. A jedenak dokonałem. Byłem tu. W Trahmerze. Na znanym końcu świata. W miejscu dotąd niosiągalnym na równi z powierzchnią księżyca. Na równi z marzeniem.
A jednak byłem. Tylko zawroty głowy i mdłości powstrzymywały przed rzuceniem się radośnie w tłum z dzikim krzykiem radości. Niedyspozycja, oraz żar lejący się na głowę. Źle przygotowałem się do swej największej podróży. Żeby chociaż kapelusz, parasol jakiś...Ech...

Trahmer było wspaniałym miejscem. Piramidy ze świątyniami, budowle nieznanego pochodzenia, kramy, place, stragany, spichleże! Nagabywający przekupnie, dziesiątki, setki przedmiotów przedziwnych krztałtów i nieznanego przeznaczenia. A miałem się za znawcę... Miasto eksplodowało mi przed oczami milionem kolorów i krztałtów. Zgiełk ulicy, mrowie ludzi zakręciło w głowie. Czułem się jak ryba wyrzucona na brzeg. Dusiłem się nadmiarem wrażeń. Pragnąłem poznać wszystko, wszystko zobaczyć, dotknąć, wszystkiego posmakować. Trahmer było niesamowite. Jednak najbardziej niesamowita w tym przedziwnym i egzotycznym miejscu była Sophie. Już po kilkudziesięciu krokach w tej ludzkiej ciżbie dziękowałem losowi, że postawił na mej drodze tę wspaniałą kobietę. Ona z nas wszystkich zdawała się być najmniej oszołomiona bogactwem form, jakim epatowało miasto. To ona uprzejmie rzucała nieco światła na mroki naszej ignorancji. Nie dziwiłem się jej wiedzy, choć może powinienem. Już dawno podejrzewałem, że ta kobieta jeszcze niejednym mnie zaskoczy, i przyznam, przyjemnie się o tym przekonałem. Oszołomiony miastem jak oślepiony jego blaskiem starałem się trzymać blisko tylko niej. Pozwoliłem, by mnie wiodła. Zgubiłem z oczu Carringtona, przepadł mi gdzieś profesor Watkins, zniknęła karminowa burza włosów panny Casse. Jak dziecko starałem się tylko być blisko Sophie... i jej mądrości.

Niemal przegapiłem spotkanie z żołnierzem. Fabian Bergerac, regiment siódmy? Tak, zdaje się, tak jakoś...Robert Voight i Vincent Rastchell? Gubernator poznał już wieści i pragnie podziękować za bohaterską postawę panów w trakcie lotu sterowca. Zostaliście przedstawieni do odznaczenia. Odetchnąłem z ulgą. Na szczęście nikt nie skojarzył mojej osoby. To dobrze, bardzo dobrze... to była kolejna, pośmiertna lekcja Jérôme Lautrec’a. Im mniej osób cię zapamięta, tym głębiej pozostaniesz ukryty.
.
 

Ostatnio edytowane przez Bogdan : 03-11-2010 o 16:19.
Bogdan jest offline  
Stary 04-11-2010, 11:51   #74
 
Armiel's Avatar
 
Trahmer był niesamowity. Niesamowity i egzotyczny. Jednak zupełnie inny niż oczekiwałem. Ludzie wyglądali i ubierali się inaczej, a samo miasto zupełnie nie przypominało rodzimego Xysthos. Urzekało zapachami, barwami, zgiełkiem, architekturą. Było wspaniałe. Stare i naturalnie wkomponowane w otaczającą je dżunglę.

Każdy krok po tych ulicach był jak zagłębianie się w zapomnianą historię świata. Z każdym krokiem coraz bardziej uświadamiałem sobie, jak na niewiele zdadzą się moje umiejętności negocjatora Rady. Otaczający mnie tłum ludzi był obcy. Język jakiego ożywali, gesty jakie wykonywali, zachowanie – to wszystko spowodowało, ze poczułem się jak dziecko w tłumie. Tym bardziej wolałem trzymać się blisko reszty członków ekspedycji.

Idąc ulicami Trahmeru czułem się zagubiony i oszołomiony. W pewnym momencie ujrzałem grupkę wielobarwnych, uzbrojonych mężczyzn idących swobodnie ulicą z naprzeciwka. Kamienne, pomalowane twarze i przepyszne nakrycia głów zrobiły na mnie ogromne wrażenie.



Kim byli? Dokąd zmierzali? Pewnie nigdy się nie dowiem.

Podążałem, wraz z resztą ekspedycji, za Carringtonem. On jako jedyny jasnoskóry zdawał się być pewnym tego, dokąd idzie. Musieliśmy się spieszyć, by dotrzymać kroku jemu i ciemnoskórym trahmerczykom. Tempo nie pozwalało mi się w pełni rozkoszować widokami miasta. Może to i lepiej. Byłem na skraju paniki. To odległe miasto niczym, kompletnie niczym, nie przypominało mi miasta, w którym przyszedłem na świat i w którym się wychowałem. Czułem się w nim intruzem. Zwracającym uwagę obcym. Być może dziwadłem. Moje ubranie szybko stało się mokre od potu. Czułem się brudny, zmęczony i chciało mi się pić. Lecz na razie zaciskając zęby podążałem za Carringtonem obserwując tragarzy, którzy zgoła bez wysiłku taszczyli nasze podróżne rzeczy.

Na jednym z mijanych placów moja uwagę przykuł szkaradny posąg.



Jak inaczej ozdabialiśmy swoje miejsca publiczne my, xysthosańczycy. Motywy liści i kwiatów, tak nużące w rodzinnym mieście, teraz zdały mi się niezwykle piękne i harmonijne.

Hałas. Zgiełk. Egzotyka. Oszołomienie. Zmęczenie.

Tak się czułem. Oszołomiony i zmęczony. Nawet egzotyczna piękność, która minęła nas w pewnej chwili nie przykuła mojej uwagi na dłużej.



Szedłem, coraz bardziej otępiały, tak że dopiero, kiedy żołnierz zakończył mówić zrozumiałem, kogo widzę. Znajomy strój i spocona twarz skrzesała we mnie jeszcze odrobinę werwy.


- Ja jestem Vincent Rastchell – uśmiecham się i chrypię dość niewyraźnie. – I chętnie skorzystam z gościny, jeśli reszta podróżujących ze mną ludzi będzie mogła pójść ze mną. Szukamy miejsca, gdzie ludzie cywilizowani będą mogli odetchnąć, zjeść coś, co przed przygotowaniem nie pełzało po ziemi. Myślę, że macie tutaj jakieś koszary? Garnizon? Miejsce, gdzie niewielka liczna rodaków, będzie mogła przez dzień czy dwa poczuć się nieco jak u siebie?

Liczyłem na to, że dzięki pomocy wojska rozwiąże nasze niewątpliwie problemy związane z ekwipażem i kwaterunkiem. Okazja spadała z nieba i wprost żal byłoby jej nie wykorzystać.
 
Armiel jest offline  
Stary 05-11-2010, 00:33   #75
 
Kovix's Avatar
 
- Robercie, czy możemy zamienić słówko - Vincent był wyraźnie zakłopotany i przepraszając “tłumek” podszedł w moją stronę.
- Nie wiem, czy jestem gotów na taką rozmowę. – wypaliłem i spuściłem wzrok - Naraziłem twoje życie, krzycząc twoje imię. Nie wiedziałem, że tak to zinterpretujesz... Muszę Cię przeprosić...
- Nie ma o czym mówić, Robercie - uśmiechnął się Vincent, lecz wspomnienie wspinaczki wywołało bladość na jego twarzy. - Nie podziękowałem ci jeszcze za uratowanie mi życia, co też niniejszym czynię. Co do sprawy o której chciałem z tobą porozmawiać. Czy przejrzałeś już może rzeczy zamachowca? Myślę, że skoro traktują cię jako policjanta i w sytuacji, w której się znaleźliśmy, jest to dopuszczalne. Przeczucia mówią mi, że ten szaleńczy atak był skierowany ... - zamilkł i spojrzał na Roberta. - Domyślasz się zapewne przeciwko komu. Czyją śmiercią miał zakończyć się ten zamach.

- Nikt nie dopuszcza się samobójczego ataku bez jakiegoś ważnego celu, więc sądzę, że chodziło o nas - postanowiłem więcej nie przepraszać Vincenta, choć nadal czułem się nieswojo - Chciałem najpierw przesłuchać tę kobietę. Tę która została przez niego poturbowana. Potem zobaczę, co dalej robić... A ty nie miałeś nigdy do czynienia z tym szaleńcem? Nazywał się... Jerome Lautrec, z tego, co powiedział mi człowiek z obsługi.

- Nie rozmawiałem z nim. A jeśli nawet to była to jedynie zwyczajowa wymiana uprzejmości. Nic więcej. Ale ów człowiek zdawał się być szalony. Szalony lub zdesperowany. To faktycznie daje do myślenia. W każdym razie, cieszę się, że nic ci nie jest i że udało ci się powstrzymać owego samobójcę. Myślę, że przeszukanie jego bagażu może nam powiedzieć coś więcej o nim samym.

- Masz rację. - westchnąłem, nagle poczułem się bardzo zmęczony. I jakoś tak... samotny? - Powinienem przesłuchać kobietę, poszukać jego bagażu, dogadać się z człowiekiem od laski... Bardzo dużo rzeczy mam do roboty. Głupio mi prosić Cię o pomoc po tym, co się stało... z mojej winy, ale czy gdybyś miał chwilę, mógłbyś porozmawiać z kimś z naszej delegacji o tym Lautrec’u? Może Watkins, albo... albo Blum coś wiedzą? Cokolwiek? Jeżeli wolałbyś teraz odpocząć, rozumiem.

- Obiecałem ci pomoc, Robercie. A dla mnie słowa to coś wiecej niż puste dźwięki. porozmawiam z Blumem. Mam do niego, wbrew pozorom, zaufanie. Nie wiem kim jest, ale tak jak już wspomniałem, sądzę że Rada przysłała go, by nas obserwował.
Mogę sie mylić co do iego, ale ... zaryzykuję. Odpocznę, jak dotrzemy do miasta.
- W porządku. Ja tutaj jeszcze zaczekam. Zjem coś, a następnie wybiorę się przesłuchać kobietę. Jeżei zechcesz do mnie dołączyć - zapraszam.

Po tych słowach, nie oglądając się na towarzysza, ruszyłem w kierunku baru. Tylko z grzeczności zaproponowałem Vincentowi wspólny posiłek, wolałem być sam. Ulżyło mi zatem, kiedy, odpowiadając coś, czego już nie dosłyszałem, oddalił się w inną stronę.
To był czas na zebranie myśli, na podsumowanie tego, co się stało… I prognozę wypadków, które dopiero miały się zdarzyć…

Wypadki, które miały się zdarzyć… Takim językiem zwykle nie mówił mój mąż, człowiek którego znałam. Jego język to nie język prognoz, język tajemnicy, wreszcie język proszenia o wybaczenie i język zaufania, jakim zwracał się do Vincenta. Tamten Robert mówił pragmatycznie, sucho, nawet jego listy, w których starał się jednak używać innego słownictwa, były tym naznaczone.

Na tym etapie stawało się już dla mnie jasne, że on się zmieniał. Przeobrażał się wewnętrznie, choć te zmiany dawało się odczuć nawet w jego rysach twarzy – surowe, zmarszczone brwi, ścięte usta i czoło, stanowiące niejako kapsułę ochronną dla wszystkich kłębiących się pod nim myśli. Tylko oczy pozostały te same – podejrzliwe, śledzące, a raczej starające się śledzić, każdy ruch, każde podejrzane zjawisko, oczy uważne i przenikliwe. Niewątpliwie gdyby ktoś dał mi rozpoznać mojego męża po jednej charakterystycznej cesze, wskazałabym na oczy.
Jak się zmieniał i dlaczego? To pozostało dla mnie jeszcze niejasne.

Wydawać by się mogło, że zaaferowany tajemniczymi ‘puzzlami’, ułożonymi z wiadomości, którą odebrał Lexingtonowi, a potem szaleńczą wspinaczką za Jeromem Lautrec’iem Robert zapomniał o tym, czemu bez słowa zgodził się na podróż do Samaris – o nas. Jednak to złudzenie – wiedziałam, że mój mąż ryzykował życie swoje i Vincenta właśnie po to, by do nas dotrzeć. Za wszelką cenę. Wciąż o nas myślał i nas miał przed oczyma.

Jednak pod koniec lotu w Robercie zaczęła narastać frustracja. Spotęgowały ją rozmowa z zaatakowaną kobietą, która nie dała Robertowi nic prócz tego, co już wiedział, oraz przeszukanie bagażu Jeroma, czego dokonał po lądowaniu w Trahmerze. Mój mąż spodziewał się tam znaleźć coś więcej, ponad książkę i ten dziwny plakat.

Książeczka rewolucjonistów? Szaleniec – samobójca walczący dla sprawy chce rozbić cały sterowiec? Nie byłam dobra w śledzeniu i łączeniu faktów, ale nawet mi wydawało się to za proste. Ale przecież jeszcze tajemniczy poster – dziwny, przyciągający wzrok, łapczywie pochłaniający uwagę… i ten napis : OUVRE TES YEUX – Otwórz oczy…

Otwórz oczy…

Otwórz oczy…


- Proszę pana?

Otwieram oczy. Musiałem się na chwilę zamyślić, a ludzie za mną cisną się do przejścia.
- Przepraszam najmocniej – odpowiadam i robię krok w stronę wyjścia z altiplanu.
- To pewnie to słońce… – kobieta za mną czuje się pewnie zakłopotana, że zwraca mi uwagę.
- Tak, słońce z pewnością – uśmiecham się nieznacznie i przepuszczam ją w drzwiach.

Myślałem o Was, ta kobieta mi przerwała… Poczułem lekkie ukłucie żalu, to było trochę jak sen na jawie. Przerwany sen.
Niedługo po wypadkach z Lautrec’iem dotarliśmy do Trahmeru. Wtedy zobaczyłem, co tak naprawdę znaczyło ‘czuć się obco’.
To miasto… było obcością. Było zaprzeczeniem Xhystos, którego, choć nie kochałem, to jednak się w nim wychowałem, które było Porządkiem, Sprawiedliwością, Statecznością…
W Xhystos dawałeś siebie miastu. Trahmer wyglądał, jakby cały oddawał się tobie, niczym piękna i egzotyczna nierządnica.

Nie jestem pewien czy to mi odpowiadało.
Bardzo dużo ludzi patrzyło się na nas, zdecydowanie więcej, niż mogłem sam objąć wzrokiem. A z drugiej strony, gdy się na nich patrzyło, odwracali głowy, uciekali. Bardzo to wszystko było specyficzne i niepokojące.
Gdy tylko zrobiłem kilka kroków w tej niesamowitej przestrzeni, od razu rozbolała mnie głowa, na szczęście nie bardzo mocno. Upał i wilgoć robiły swoje. Pot lał się ze mnie strumieniami, zdecydowanie powinniśmy jak najszybciej zmienić ubrania na coś bardziej dogodnego do tych warunków… A może nawet pozwalającego nieco wtopić się w otoczenie?

Nie mogłem tak wlec się za resztą z bólem głowy i potem, potrzebowałem jakiegoś zajęcia.
Postanowiłem dogonić tego felczera ze sterowca i podziękować mu za opatrzenie rany…
- Przepraszam pana najmocniej, ale nie miałem okazji podziękować panu za opiekę medyczną... Nie pamiętam nawet, jaka pańska godność – musiałem wydawać się trochę zmieszany…
Kilka słów wiele nie zmieni, nieistotne nawet, co odpowiedział. Chciałem zabić czas…
Sięgnąłem do kieszeni – pierwsza rzecz jaką wyciągnę, na pewno w jakiś sposób pomoże mi zapomnieć o upale, bólu i dziwnych mieszkańcach.

Książka…

Otwieram jeszcze raz, wertuję, przerzucam strony… Zaraz, a tego tu nie było…

Przyjacielowi,
Nathan Clark.

Dedykacja. Dobrze, że czasem się nudzę. Nathan Clark… nic mi to nie mówiło, znowu. I nie miałem wątpliwości, że nikomu innemu też nie. Ale to ważna poszlaka, trzeba zapamiętać – Clark, Nathan.

Dotarliśmy w końcu do jedynej ostoi cywilizacji – tak, to chyba dobre określenie – w tym mieście – do żołnierza. Poczułem sporą ulgę, choć ciężko byłoby mi racjonalnie wyjaśnić, dlaczego. Żołnierz chyba coś do nas mówił, a przez tych wszystkich ludzi nie mogłem nic usłyszeć…
- … z was to Robert Voight i Vincent Rastchell? Gubernator poznał już wieści i pragnie podziękować za bohaterską postawę panów w trakcie lotu sterowca. Zostaliście przedstawieni do odznaczenia, panowie. Czy udacie się ze mną, by je odebrać?

Przeciskam się obok pozostałych na przód.
- Ja nazywam się Robert Voight… Chętnie udamy się z panem. Mam nadzieję, że będzie możliwość porozmawiania z gubernatorem, chciałbym złożyć raport z wydarzeń na sterowcu.

Obejrzałem się na Vincenta. Nie byłem pewien, czy chce iść… Chyba nie był szczęśliwy z ‘przymusowego’ odgrywania bohatera. Cóż, służba nie dróżba.
Uśmiechnąłem się do siebie. Po raz pierwszy od wielu dni.
 
__________________
Incepcja - przekraczamy granice snu...
Opowieść Starca - intryga w ogarniętej nową wojną Północy...
Samaris - wyprawa do wnętrza... samego siebie...

Ostatnio edytowane przez Kovix : 05-11-2010 o 10:50.
Kovix jest offline  
Stary 10-11-2010, 13:03   #76
 
Irmfryd's Avatar
 
Trahmer … słońce … żar z nieba … kurz … powietrze palące płuca. Jak ci ludzie mogą tu funkcjonować … jak ja tu będę funkcjonował. Już sam nie wiem co jest gorsze, lot altiplanem z szaleńcem na pokładzie czy stąpanie po wymęczonej trahmerskiej ziemi. Kapelusz, który w Xhystos chronił, tu stał się nieodzownym aczkolwiek sprawiającym wysiłek przedmiotem, spod którego niczym woda po ściankach fontanny spływają krople potu. Zalewają oczy, potem płyną niżej, łączą się z kurzem powodując swędzenie i pieczenie skóry.

Stąpamy razem z panną Case za tragarzami niosącymi nasze bagaże. Gdzieś w dali widzę wyróżniające się wśród tubylców sylwetki członków wyprawy. Rastchell, Voight idą wyraźnie z przodu jakby znali drogę i wiedzieli gdzie trzeba się udać. Ja nie mam zielonego pojęcia, zresztą w takich warunkach marzę tylko o schronieniu się w jakimś cieniu. Rozłożony parasol, budzący ciekawość trahmerczyków niewiele pomaga. Chroni przed słońcem ale nie jest wstanie zabezpieczyć przed gorącym powietrzem.
Wlokąc się za tragarzami cały czas zastanawiam się nad dedykacją w tej rewolucyjnej broszurze. Przyjacielowi, Nathan Clark. Niemożliwe aby Jeroma Lautrec’a i Nathana łączyły więzy przyjaźni … za wiele ich różniło … wszystko ich różniło i co najważniejsze Clark nie jest fanatykiem. A więc skąd książka z dedykacją w torbie tego szaleńca. Albo zabrał ją komuś, albo …

Olśnienie przychodzi zwykle w niespodziewanym momencie. W moim przypadku często łączy się z przeżyciami fizycznymi, pozostawiającymi ślady jeszcze przez kilka dni. Nie inaczej stało się i teraz gdy zawadziwszy się o wystający kamień, starając się jeszcze złapać rozpostartymi rękami, w dłoniach których ściskałem parasol i laskę równowagę, runąłem jak długi. Szybko zaczął zbierać się wokół nas tłumek uśmiechających się tubylców. Jeden z nich pokazując palcem na mnie tłumaczył coś innym a następnie w teatralnym goście machając rękami, przy salwie śmiechu wylądował na ziemi. Niech się śmieją … to przecież zdrowe. Ja też się uśmiecham ale zupełnie z czego innego.

- Nathanie Clark! Ty szczwany lisie!

Teraz wiem, że dedykacja była notatką, zapisem dla mnie. Tropem, który miał mnie gdzieś doprowadzić. Stary dobry Nathan najwidoczniej nie mógł przyjść pożegnać się ze mną. Znalazł więc sposób na przekazanie mi wiadomości. Tylko jak on doszedł do tego, że broszura wcześniej czy później trafi w moje ręce. Nieistotne, trafiła i już. Zawiera dla mnie i tylko dla mnie jakąś wskazówkę. Kto ją teraz ma … Voight …Blum … Rastchell? Do diaska to chyba przez ten upał nie wpadłem na to wcześniej.

- … Panu nie stało? – dociera do mnie głos Panny Case.
Spoglądam na jej obojętną twarz. Jakaś zmiana? Nie … tak. W głosie … ta lekka nuta troski.
- Nic mi nie jest Panno Casse. Dziękuję za troskę.
- Upadek wyglądał bardzo niefortunnie. Mam nadzieję, że nie potłukł się Pan za bardzo.
- Wszystko w porządku …

Podpierając się laską usiłuję się podnieść. Skóra na kolanie lekko szczypie, to pewnie otarcie. Rozglądam się wokoło. Tłumek tubylców przerzedził się już. Kilka kroków dalej leżą nasze bagaże, po tragarzach ani śladu. Nie widzę też członków ekspedycji. Pewnie są niedaleko. Odpoczywają i czekają aż się pozbieram i będziemy mogli ruszyć dalej. Razem z Irise zbieramy walizki i mozolnym tempem poruszamy się dalej. Dalej tylko gdzie? Idziemy przez kilka minut nigdzie nie napotykając znajomych sylwetek ani twarzy. W końcu zmęczeni siadamy na walizkach, chwila oddechu.

Unoszę głowę … znowu nic, żadnej znajomej twarzy. Zaraz … ten ciemny kapelusz z fioletową przepaską, pasiasty garnitur, smukła wysoka sylwetka. Widzę tylko plecy mężczyzny ale ten ubiór rozpoznałbym wszędzie.
- Nathan!!
- Panno Case musimy iść dalej, już wiem gdzie powinniśmy się udać.

Zbieramy bagaże i kierujemy swe kroki za przebijającą się wśród tubylców sylwetką przyjaciela. Gdyby nie walizki pewnie dogonilibyśmy go, tymczasem nasz pochód przypomina pogoń za cieniem. Kiedy ręce odmawiają dalszego niesienia ciężaru przysiadamy na chwilę na walizkach, wtedy gubię z oczu sylwetkę Nathana. Ale gdy wstajemy znowu widzę lawirującego wśród postaci tubylców mężczyznę w meloniku. Pewnie też musi od czasu do czasu przystawać dla złapania oddechu. Całe szczęście, inaczej już dawno zgubilibyśmy go.

Dopiero teraz zauważam, że teren lekko podnosi się przez co jeszcze ciężej jest się poruszać. Robimy coraz częstsze postoje, na koniec wręczam pannie Case mój parasol oraz laskę a sam niosę obie walizki. Dziesięć kroków, postój … osiem kroków, postój … pięć kroków, postój … trzy kroki … podnoszę wzrok do góry. Widzę jak mężczyzna w meloniku znika w środku jakiejś kamiennej budowli o kształcie zigguratu.

- Myślę Panno Case, że jesteśmy na miejscu.
- Niewątpliwie profesorze Watkins.
Jeszcze tylko raz muśże zebrać się w sobie i przenieść te walizki. Już niedaleko.
- Chodźmy Panno Case.
 
Irmfryd jest offline  
Stary 12-11-2010, 16:08   #77
 
Idylla's Avatar
 
Wydarzenia ostatnich dni wprowadziły mnie w zaskakujący nastrój. Czułam, że brakuje mi czasu na wszystko, że należy się wreszcie zebrać w sobie i uświadczyć odrobiny wspaniałości, jakie niesie ze sobą wyprawa. Nie tylko podziwianie, przyglądanie się, śmianie na uboczy. Słyszałam przecież, że to niebezpieczna podróż, która może zakończyć się naszą śmiercią. Nie wierzyłam, że właśnie taki los nas czeka. Wszak wiele jeszcze przed nami.

Nadal miewałam sny. Wywierały na mnie coraz to większe wrażenie. Szczególnie noc po zamieszaniu, jakie spowodował jeden z pasażerów. Przypomniałam sobie coś i uświadomiłam jednocześnie. Miałam wspaniałą wizję. Dwóch mężczyzn, z których jeden był moim ojcem, o czymś doskonale już wiedziałam, drugi nieco wyższy od niego. Poważny i dostojny na swój sposób, ale też życzliwy. Uśmiechał się oszczędnie do mnie. Właściwie to do nas, bo za rękę trzymał mnie wesoły chłopiec. Może w moim wieku, sama miałam na sobie ładną sukienkę. Za nimi trochę na uboczu stały dwie kobiety. One również się śmiały.

- ... Sophie, podejdźcie do nas. Chcemy wam coś powiedzieć.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że słowa skierowane są do nas. Machnął ręką niezauważalnie, potem kucnął. W ręku trzymał jakiś pakunek.

- Chodźcie do nas dzieci - zawtórował mu drugi. - Do prezent dla was.

- Sophie, wujek słyszał, że lubisz malować. Pamiętasz, jak naśladowałaś go podczas pracy, kiedy odwiedził nas kilka dni temu? - zapytał tata, a ja kiwnęłam głową. Byłam szczęśliwa. Wiedziałam, że rozpiera mnie wtedy duma. Spoglądałam na nich na zamianę.

- To dla ciebie. A ten...

Przestałam słuchać. Porwałam pakunek i podbiegłam do mamy, że się pochwalić. Ona jednak spoglądała na mnie co najmniej dziwnie. Przyglądała mi się przez chwilę, a potem wymieniła cicho z drugą kobietą kilka uwag. Szeptały między sobą dłuższą chwilę. Posmutniałam, myślałam, że mamie nie podoba się moje zachowanie, może powinnam podziękować i chciała, żebym oddała prezent?

- Mamusiu...

Chciałam zapytać o coś, ale mój sen został zakłócony. Nie pamiętam dokładnie, dlaczego się obudziłam, zapewne były to jakieś hałasy w kabinie. Zdążyłam jedynie zapamiętać ten moment. Miałam niejasne przeczucie, że to był początek poważnych kłopotów. Cały czas miałam przed oczami wyraz twarzy mamy, jej złość i oburzenie oraz niepewność. Nie wiem, kiedy to ostatnie uczucie się wkradło do jej twardego spojrzenia, ale wiedziałam. Domyślałam się i bałam, bo to oznaczało, że nie popierała mojego zachowania. Zawiodłam ją. Czułam się z tym źle, to właśnie wiedziałam.

O wydarzeniach, które rozegrały się ostatnio nie chcę wspominać. Czuła wielki strach, przerażenie. Nie wiedziałam wprawdzie wszystkiego, ale spacer który odbywał jeden z pasażerów był dość żywo relacjonowany przez obserwatorów. Wiedziałam wszystko, co się działo, mimo że nie miałam praktycznie żadnego widoku na sprawę. Widok zasłaniał mi jakiś wysoki, gadatliwy pasażer. Zdenerwowana chciałam go przeprosić i przejść dalej, ale okazało się to zadaniem niemożliwym. Usłyszałam, że nie mam przeszkadzać, przepychać się i wciskać nosa w nie swoje sprawy.

Tyle pozostało mi z tej przerażającej, niebezpiecznej sytuacji. Ledwie się zorientowałam, a już byliśmy w Trahmarze. Mieście, które cechowała zupełnie odmienna architektura, budynki miały zupełnie inny kształt, formę, inne materiały służyły za podstawy do ich zbudowania. Wiedziałam o nich mimo to zaskakująco dużo. Opowiedziałam z niezachwianą pewnością, że budowle te są piramidami schodkowymi - nazywanymi zigguratami. Przeznaczenie ich określało samo położenie.

Wszystko wydawało się takie niezorganizowane, chaotycznie rozmieszczone, pozbawione zupełnie sensu i zdawało się, że nie widział tego miasta na oczy, żaden architekt. Zapewne ludzie z Xystos specjalizujący się w tej dziedzinie załamali by ręce i pokręcili głowami, co gorliwsi oburzaliby się. I to właśnie było powodem mojego rozbawiania, może trochę nienaturalnego w tej sytuacji, ale bawiło mnie takie podejście. Opowiedziałam o tym wszystkie, ale mimo to wiedza ta nie wydawała się obca. Mówiłam to zupełnie, jakbym sama od podstaw stworzyła wszystkie te teorie, a przecież to nie było możliwe. Zbadanie tych terenów również było niewykonalne, przynajmniej z moim udziałem. Zatem skąd posiadałam taką wiedzę? Musiałam prowadzić bardzo interesujące życie. Temu nie mogłam zaprzeczyć.

Jednocześnie wszystkie te zabiegi miały w sobie jakieś ukryte cele. Dla nas mieszkańców zamkniętej społeczności, która nieczęsto podróżowała do tak dalekich miejsc, było to niezwykłe, ale ja już to wszystko widziałam, znałam i zdawało się... znajome. Dziwne. Zapewne zaskoczyłam tym moich towarzyszy. Cieszyłam się jednak, bo było w tym coś dającego otuchy. Wreszcie do czegoś się nadawałam. Opowiadałam ze spokojem, ale jednocześnie z pasją. Czyżbym właśnie tym się zajmowała? Opowiadaniem? Uczeniem kogoś? A może projektowałam? Ojciec w czasie snu mówił przecież, że lubiłam malować. Musiało mi to zatem sprawiać wiele radości i przysparzać przyjemności, jak żadna inna rzecz wcześniej.

Przyglądałam się obrazom namalowanym na budynkach, określałam ich znaczenie, widziałam na nich postacie, każde miało swoje imię, zadanie. Po prostu to miasto nie miało przede mną tajemnic. Znałam doskonale przeznaczenie tych wszystkich miejsc, rozumiałam przesłania. Po raz pierwszy nie czułam się gdzieś zupełnie obco. Znałam to i cieszyłam się z tego. Jednak pojawiły się również pytania. Co robiłam tam wcześniej? Jakie miałam zadania? Mimo to ważniejsze było uczucie pewności siebie i radości, jakie pojawiło się wraz z niespotykaną wiedzą. Wiedzą, jaka zdawała się wypływać gdzieś z mojego wnętrza bez problemu i kłopotów. Każdy przedmiot miał swoją nazwę i tak było dobrze.

Przechodziłam ulicą i widziałam miejsca, które wydawały się... znajome. Kojarzyłam je z konkretnymi wydarzeniami, na moje usta powracał uśmiech. Mimowolny i zaskakujący, ale jednocześnie ciepły i uprzemy. Byłam tam z kimś ważnym? A może poznałam tutaj kogoś? Może ktoś tutaj będzie w stanie mnie rozpoznać? Powie mi, kim jestem, co tam robiłam...?

Bariera kulturowa okazała się jednak trudna do przestąpienia. Warunki życia też znacznie różniły się od naszych. Przywykliśmy wszak do wygód, które tutaj zdawały się obce i odległe. Pojawiały się ślady użytkowania ziemi, nawet w zaawansowanym stopniu, ale jeszcze tak wiele brakowało do naszego poziomu. A mimo to mieszkańcy byli zorganizowali, próbowali się z nami targować, ale to był jedyny kontakt, jaki pragnęli z nami zachować. Większym problemem okazała się pogoda, warunki życia. Ciągły, prześladujące nas gorąco, upał i wilgoć. Wszystko to składało się na trudne do pokonania przeciwności, których nie spodziewaliśmy się tak nagle.

Niemiłosierny upał doskwierał nam przez cały czas, nawet gdy na naszej drodze pojawił się młody żołnierz, który przybył z ramienia gubernatora. Pragnęli odznaczyć bohaterów ostatnich wydarzeń. Zasługiwali na to, w dodatku poznałam ich imiona. Wcześniej nie przywiązywałam do tego uwagi. Po prostu razem podróżowaliśmy. Nie liczyły się szczególnie imiona, przecież i tak bym ich nie potrafiła ich z niczym skojarzyć, więc po co przywiązywać do nich większą wagę?

Rozdzieliliśmy się. Każdy poszedł w swoją stronę, jedni w celach ważniejszych, inni zniknęli zupełnie nie spodziewanie. Pozostaliśmy z panem Blumem sami pośrodku dzikich ziem. Nie przeszkadzało mi to jednak. Czułam się świetnie, wiedziałam, co chciałam zobaczyć, gdzie chciałam się udać.

Na początku chciałam udać się na place targowe, chciałam zobaczyć, co mogli zaoferować tubylcy, wiedziałam, że zapewne nie będzie mnie na nic stać, moje oszczędności okazały się bardzo małe, a podróż jeszcze trwała. Później chciałam zobaczyć, przyjrzeć się, naszkicować, opisać wizerunki na ścianach. Przyjrzeć się ima. Rozrysować szczegóły. Czułam właśnie taką potrzebę. Musiałam to zrobić. Nie wiedziałam tylko, co o tym wszystkim sądził pan Blum. Nie wiedziałam, czy odpowiadało mu takie zajmowanie czasu. Przede wszystkim jednak należało się w odpowiednim czasie schronić przed słońcem.

Rozumiałam, że jeżeli będziemy na zewnątrz przebywali zbyt długo, może nam to poważnie zaszkodzić. Udałam się więc na poszukiwania miejsca, gdzie zaczerpnęlibyśmy tchu. Szłam mając nadzieję, że nie uraziłam pana Bluma swoim zachowaniem. Nawet nie zapytałam, czy chciałby zrobić właśnie to. Zbyt pochłonęły mnie wspaniałości i to cudowne uczucie pewności siebie.
 
Idylla jest offline  
Stary 15-11-2010, 12:36   #78
 
arm1tage's Avatar
 
Czułam się świetnie, wiedziałam, co chciałam zobaczyć, gdzie chciałam się udać.

- Gdzie jesteśmy...? - zapytał. Strzecha dawała tymczasowe schronienie przed słońcem, ale gorąc wdzierał się i tak tymi otworami w glinianych ścianach. Walizy dawały oparcie i były niczym łóżko, po jego rozgrzanym ciele chodziły jakieś robaki i nie miał siły ich strzepnąć. Sophie patrzyła na niego troskliwie...
- Lepiej ci?




Ociekałem potem wydzielanym w stopniu wskazującym na skrajne nieprzystosowanie do tutejszych warunków, z miną zadławionego dziecka, które przeliczyło się w rachubie co do ilości możliwych do połknięcia cukierków, nie wiedząc już jak długo przyszło mi chłonąć możliwymi zmysłami wszystkie te łakocie, jakie prezentowało sobą Trahmer. Ustawałem. Zacząłem poruszać się wolniej. Znacznie wolniej. Na rzucone z niewypowiedzianym wyrzutem pytanie odparłem tylko:
- A teraz, droga Sophie? Gdzie teraz...? Mam dość... oddaję się w panine ręce...

Czy to ten piekielny upał, czy też znowu przesadziłem. Ten z obwiązaną bandażami głową, kim jest i dlaczego tak nagle zniknął...Czy widziałeś go w trakcie podróży sterowcem na którymś z siedzeń, bo tak ci się właśnie wydaje? Waliz nie ma przecież tak wiele, a mimo to z każdym krokiem ciążą jakby ktoś podmienił zawartość na kamienie. A może naprawdę tak jest?! Sprawdzam. Nie, w porządku...Książki, moje zawiniątko...Ona pyta czy wszystko w porządku, podnoszę wzrok ale pot zalewa mi oczy, tak, w porządku, nie, wcale cholernie nie jest w porządku, jest chyba coraz gorzej...Snuję się za nią po tym targowisku, wszystko plącze się w mych oczach, chciałbym brać do ręki wszystkie te wspaniałości ale nia mam siły podnieść ręki. Tylko zachwycone oczy o piekących powiekach biegające po broni, maskach, ceramice, garnkach pełnych owadów lub paciorków i zachwycona Sophie krzątająca się między sprzedawcami - czy wszyscy nas obserwują czy tylko tak się wydaje? Ona czegoś szuka, wiesz. Wybiera coś, wtedy wyjmuję pieniądze trzęsącymi się rękoma i płacę, rozmyty w mych oczach papier znika skwapliwie w ciemnej dłoni handlarza, znowu wszyscy patrzą i paplają. Sophie każe natychmiast chować pieniądze, nie pokazuj że masz ich tak dużo to niebezpieczne mówi to nieodpowiedzialne to źle w końcu czy dobrze mieć tyle pieniędzy a może nie ma ich wcale nie ma tych piramid tych rzeczy może to duży antykwariat i aukcja na której kupiłem ciebie...Ale przecież wcale nie wiesz skąd wziąłem się w twoim domu, może to była aukcja a może to podarunek a może znalezisko a może wcale mnie nie ma nic nie ważę szmatka owija nicość do kogo ty mówisz a czy jesteś pewny w ogóle że to był twój dom że go masz że nie należy do Watkinsa że nie należy do Sophie że nie należy do Bowmana że nie należy do Goldmanna że nie należy do człowieka w bandażach...Gorąco cholernie gorąco...Znów czy coś ci nie jest, znów mówię w porządku, ona coś kupiła nie wiem co chwiejesz się na nogach usiądź mówi i siadam a ona szuka dalej ale chyba nie znajduje czego szukasz mówię ptaki kolory mieszają się jak w szklance chciałabym znaleźć papier czy pergamin i coś czym mogłabym rysować rysować rysować ale nie ma tu nic takiego nie ma nikogo kto by wyglądał na kogoś kto się tym posługuje siedzę na walizach myślę czy może u mnie ale nie mówię nie mam i ja mam tylko ciebie owiniętego w samego siebie jak nadroższy skarb...Nogi są jak z waty i ten głód głód pożywienia głód rozmowy głód chodźmy mówi ona pomogę ci ciągnie mnie gdzieś gdzie już nie świeci słońce gdzie zamykam oczy może zaraz poczuję się lepiej to minie to nie minie bo mnie wzywasz bo mnie wzywa on wzywa ona wzywa ono wzywa my wzywamy oni wzywają...






Wspinamy się więc, a choć z każdym krokiem powinniśmy być bliżej nieba, jest odwrotnie. Kolejny stopień piramidy to jak kolejny krok w stronę piekła, coraz gorętszego, coraz bardziej palącego skórę, odbierającego oddech...Ciało zdaje się prostestować, nie godzić na zbliżenie się choć o kolejny szczebel bliżej oślepiającej kuli wiszącej nad miastem. Walczy, osłabiając mięśnie nóg, zalewając oczy potem...Czy pot może powodować ślepotę? Skąd te niedorzeczne myśli, w tym niedorzecznym klimacie szaleństwo zdaje się być tak bliskie i wyczekujące swej chwili jak te nagrzane kamienie, te przerażające ornamenty...Wszystko się plącze, o czym ja mówię... Kaszel, brak tchu...Osłabienie...Stop...Który to już stopień? Nie patrzeć w dół, nie patrzeć w dół. Nie patrzeć , i bez tego wystarczająco kręci się w głowie...Stop...W drogę, wyżej...Jeszcze tylko jeden, krok, jeden stopień...









Profesor Watkins patrzył w bok, na czerwonowłosą, przez słony pot wdzierający mu się do oczu. Wspinała się obok niego, również odczuwając trudy upału, po schodach, milcząca, z nieodłącznym ledwie dostrzegalnym uśmiechem. Choć to on prowadził ją w górę, przeświadczony o tym iż to właśnie tę piramidę wskazała mu ulotna znajoma postać – miał nieodparte wrażenie, że to Iris prowadziła jego...Bez lęku, stawiając kolejne kroki, patrzyła na roztaczające się teraz wszędzie wokół, pod ich stopami, morze zieloności, niepohamowanej roślinności. Maurice zaciskał tylko oczy, bo wysokość stawała się zawrotna a kamienie zdradliwe...Nie zauważał nawet, że dżungla panowała nie tylko wszędzie jak okiem sięgnąć, ale też nawet i tu, na rzeźbieniach tego ziggurratu. Zapomniał o pozostawionych gdzieś na dole bagażach, które stały się nieważne w obliczu wskazania mu drogi przez przyjaciela....Nie widział żadnych strażników piramidy, czy po prostu ich nie było? Jego umęczony upałem i wspinaczką umysł nie mógł ogarniać teraz tylu rzeczy naraz, skupiony tylko na architekturze – bo nad nimi, u szczytu piramidy pomiędzy bogato zdobionymi kamiennymi słupami widniało chyba jakieś wejście, a przynajmniej coś co je przypominało...







Imponująca sala ze starego chyba jak sam czas kamienia, na szczycie piramidy, wysoko niczym siedziba bogów...Stali na rozległej kamiennej posadzce z równych płyt, popękanych i pokrytych wyrafinowanymi zdobieniami. Wszędzie, na filarach i ścianach reliefy wykonane rękami dawno odeszłych pokoleń obcych, przedstawiających sceny z życia tubylców, obrzędy i wojny, kto wie co jeszcze. Wszędzie były też rośliny, soczyste gęstwy zwisające z otwartych przestrzeni w suficie ukazującym niebo lub pnące się po ścianach - te starannie przycinane: nawet teraz w tle kręcił się półnagi płaskonosy ogrodnik z narzędziami dbając o kształt zieleni. Było tam jasno, bo wielkie okna za którymi płynęły chmury zajmowały conajmniej tyle co grube ściany. Gdzieniegdzie wisiały wielkie wyplatane kilimy. W cieniu, tam w rogu stół z jednego kawałka minerału, wielki jakby miano zasiadać przy nim do wesela, a jednak zastawiony papierami i kałamarzami. Przed nimi piętrzył się fronton, sam w sobie wielki niczym osobna świątynia i pokryty niesamowitymi scenami- chowający w swym centrum olbrzymi kamienny tron: siedząca tam postać Francois’a de Pixerecourt , gubernatora Trahmeru wydawała się w nim jednocześnie niewielka i dostojna. Wrażenie potęgowały dwie młode, ledwie okryte przepaskami biodrowymi tubylcze kobiety, wachlujące władcę rozłożystymi liśćmi jakiejś soczystozielonej rośliny.

- To komnata tronowa dawnych władców Trahmeru...- powiedział gubernator lekko rozbawionym tonem, widząc jak rozglądają się po ogromnej platformie, częściowo otwartej na jasne niebo - Wystawcie sobie panowie, że te dzikusy nawet dziś nadal nazywają mnie królem! Cokolwiek o nich usłyszycie, jak by was nie zaczarowali swoim spokojnym usposobieniem - w ostatecznym rozrachunku nie trafia do nich nic prócz siły. Urzęduję więc tutaj, pod samym niebem i pozwalam by mnie tak nazywali. Siedzę, jak widzicie, na tronie i gram rolę, którą trzeba grać by rządzić tym miastem. Wybaczcie mą gadatliwość, ale nie co dzień goszczę białych z interioru.






Nosił się dość staromodnie, ale czy to tutaj oznaczało to samo? Ubiór, który przywdział na uroczystość był niewątpliwie odświętny, ale już po ceremonii poluzował go i rozpiął, co się dało. Broń, którą uwiesił u swego pasa była wyraźnie paradna. Na znudzonej nieco, ogorzałej twarzy o długim nosie malowała się surowość i doświadczenie, starannie ułożone włosy oraz przycięta bródka i wąs były jak powiew cywilizacji w tej dzikiej krainie. Mimo to w jego zachowaniu było coś zwierzęcego, ukrytego pod wytwornymi manierami. Zapewne miał swoje tajemnice, ale któż ich nie miał?

Dwójka podróżników z Xhystos, świeżo przyodziana w zwisające na piersiach na rzemieniach metalowe ordery stała na samym środku komnaty, pocąc się nadal niemiłosiernie. Ceremoniał skończył się właśnie i zostali prawie sami z gubernatorem, nie licząc służby. Uroczystość wręczenia nie przypominała niemal w niczym rozbuchanych ceremonii które odbywały się hucznie w Xhystos...Fajerwerków nie było. W tej właśnie sali czekał na nich Francois, w otoczeniu paru żołnierzy. W istocie wojaków, jednolicie ubranych i uzbrojonych w białą broń widzieli po drodze całkiem sporo, u stóp piramidy, na jej schodach oraz wielu na samej górze, ale uderzało to, że wojska trudno było uświadczyć gdziekolwiek w mieście poza okolicami tego pałacu. Oprócz białych, czekało na nich trzech mężczyzn - tubylców ubranych w pióra i chyba odświętnie wymalowanych, a z nimi parę uśmiechających się egzotycznych młodych kobiet o nagich piersiach. Jedna z nich na kawałku barwnego dywanika trzymała w ręku dwa duże ordery - wyglądały normalnie, ale umocowano je już na cienkich rzemieniach przetykanych świecącymi paciorkami i kłami niewielkich zwierząt. Francois’a de Pixerecourt wyszedł do nich z uśmiechem, przedstawił się i powitał drogich gości z Xhystos, po czym od razu przystąpił do krótkiego ceremoniału. Dziękując za wzorową postawę i tak dalej przywiesił im ordery, dziękując wylewnie i z klasą. Tubylcze kobiety uśmiechały się, tubylczy mężczyźni nie. Potem Francois odprawił wszystkich, pozostawiając tylko miejscowych służących oraz kryjących się dyskretnie za filarami strażników i usiadł ciężko na tronie, ocierając pot z czoła. Teraz stali przed nim, nie bardzo wiedząc, jak powinni zachowywać się dalej.






Pamiętam, że gdy znalazłem się na górze, byłem ledwo przytomny...Plamki przed oczyma wirowały, migały mi płomienie włosów Iris, słyszałem też jej przyspieszony oddech...Wzrok z trudem biegał po roślinnych ornamentach, gdy wspierałem się na ramieniu tej kobiety – szliśmy chyba jakimś kamiennym korytarzem...A może rośliny były prawdziwe...? Fioletowa szata mignęła mi gdzieś za wysoką kolumną... Blask zniknął w każdym razie, a więc byliśmy pod jakimś zadaszeniem...Ale właśnie gdy dysząc ciężko zaczynałem dochodzić do siebie okazało się, że nie jesteśmy sami...
W mgnieniu oka zaroiło się wokół nas od dzikich ludzi, ubranych chyba w przepaski biodrowe i poobwiązywanych kolorowymi wstęgami czy też może piórami...Ich zawodzenia i nawoływania były w istocie jak krzyki egzotycznych ptaków, ale mózg wyławiał z tego jednak słowa tego dziwnego języka...Twarze mieli wymalowane, wielobarwne i gniewne...Mój umysł uginał się od nagromadzenia gniewu, od otaczającego nas kolektywnego świętego oburzenia, od nienawistnych spojrzeń tych płaskonosych ludzi wymachujących bronią...Nie wiadomo kiedy zaczęli nas poszarpywać...Ostatkiem sił zasłoniłem sobą Pannę Casse, chciałem krzyczeć cokolwiek z zamiarem uspokojenia tych pojawiających się niewiadomo-skąd obcych, ale właśnie w tym momencie na moją głowę spadło niebo...Pamiętałem tylko mocny ból gdzieś z tyłu, a potem wszystko zalała biel która nie miała końca i dzikie wrzaski ucichły...





- Lepiej ci?

Gwar. Obcy język. Dużo ludzi, tubylcy siedzący tu wszędzie na klepisku skupieni wokół wielkiego gara postawionego na dużym ogniu...

- Tak...- skłamał, bo wiedział że tylko na chwilę wrócił do tego miejsca, ale widział że się martwi, chciał z nią choć chwilę porozmawiać. - To gdzie jesteśmy...?
- To chyba upał...Musieliśmy z niego uciec. - Sophie rozglądała się po ludziach. Byli zupełnie inni - tu patrzono się na obcych otwarcie, żarliwie i bez najmniejszego chociażby skrępowania. Rozmowy milkły i beż żenady wpatrywało się w nich dziesiątki oczu. Woda zaczynała bulgotać. - Poza tym musimy coś jeść. To miejsce...Nie pytaj skąd wiem, ale to tu najbliższe temu co znamy jako restauracja...

Próbowała się uśmiechać, ale jego stan niepokoił ją. Blady, ledwo chwytał kontakt z rzeczywistością. Patrzyli oboje jak tubylcy przyrządzali potrawę. Gruba kobieta wrzucała do garnka coś czerwonego, ktoś podał mu takie samo. Drżącą ręką włożył to do ust, ale zaraz wypluł: było to gorsze niż ktoś wkładałby mu do ust sam ogień. Wargi jeszcze parzyły, gardło wołało o powietrze.
Dzicy wybuchli śmiechem, jak z udanego żartu, zresztą może tym właśnie było podanie mu tego czegoś. Kobieta ładowała to do gara w sporych ilościach. Potem poszły mrówki, dużo mrówek - młode dziewczyny, jeszcze dzieci właściwie wrzucały je do środka jak sól. Popatrzył na Sophie niepewnie...
- Mrówki to tu chyba przysmak, wiesz...? - uśmiechała się. Woda bulgotała już na dobre. Głównodowodząca wielkiego gara krzyknęła coś głośno, ludzie rozstąpili się. Wtedy do środka wbiegło paru chłopców, trzymali spore naczynie w którym trzepotały się żywe, niewielkie ryby najwyraźniej dopiero co złowione. Biała para patrzyła jak bezceremonialnie ryby wrzucone zostały z naczynia prosto do gara z wrzątkiem, wsypały się tam całym strumieniem, na surowo, w całości i z łuskami. Rozległ się syk i pluskot, a potem zaczęły wypływać, ugotowane żywcem...
Nie czekając na nic, to coś to chyba miało być zupą rozlewano do glinianych misek. Sophie i Blum dostali po jednej, z obcobrzmiącymi słowami zachęty.
Persival oparł się na łokciach, ostrożnie zajrzał do środka...W parującej brei, w której już przed mrówkami wrzucono masę zwykłej chyba trawy pływały teraz surowe całe ryby, razem z głowami i płetwami...Otworzył szeroko oczy...

- Lepiej się przyzwyczaj...- Sophie wzięła miskę w obie dłonie - To najczęściej spotykana tu potrawa...Smacznego...- nie do wiary, ona to piła!!! Patrzył na nią oszołomiony, nachylił się ponownie i zbliżył nieco usta do zupy...Smród buchnął mu w nozdrza...
Sophie nagle odjęła usta od miski, jakby sobie coś przypomniała.
- Blum! Nie waż się tego wąchać zanim....

Za późno...






- Bergerac przekazał mi, że pytaliście o gościnę pod bezpiecznym dachem. - pociągnął gubernator, gdy milczenie zaczynało się przeciągać - Tak, ten ogrodzony palisadą mały fort pod miastem to rzeczywiście garnizon mojego wojska - nie widzę przeciwwskazań, by wydzielić tam miejsce dla białych gości z samego Xhystos. Niestety nie mogę zapewnić wam wygód innych niż moi żołnierze, jednak sugeruję iż to i tak najlepsze wyjście. Po pierwsze to jedyny budynek w okolicy który w przybliżeniu będzie przypominać wam to co znacie, po drugie noc w mieście dla obcych może okazać się naprawdę niebezpieczna, a za ostrokołem jesteście bezpieczni. Na początku trudno się przyzwyczaić do hamaków, ale pewnie wolicie uniknąć włażenia na was każdego robactwa które pałęta się tu po ziemi. W ten sposób pozostanie wam tylko to latające.
Uśmiechnął się raczej krzywo ze swojego kiepskiego raczej żartu. Potem machnął dworsko dłonią, jakby coś sobie przypomniał.

- Skoro jesteśmy przy robactwie...Jedzenie. Nie spodziewajcie się w koszarach za wiele. Zaopatrzenie i kuchnię prowadzą miejscowi. W rzeczy samej, wojsko musiało z czasem przyzwyczaić się do tego samego co jedzą tubylcy. Wy też z czasem przywykniecie, choć żołądek będzie długo protestował. Prawdziwe mięso to tu luksus, zdziwilibyście się panowie jak wiele jadalnych zwierząt te dzikusy uważają za święte...
Gubernator wstał z tronu odpychając dłonią jedną z wachlujących kobiet. Cofnęła się usłużnie, a on zbliżył się do Vincenta i Roberta, stukając butami po kamiennej posadzce. Z bliska było widać, że i on się pocił choć komnata należała do najchłodniejszych miejsc które jak na razie udało się odwiedzić podróżnikom.

- Jeśli to wszystko wam nie przeszkadza...- uśmiechnął się - ...każę ochmistrzowi wyrychtować wam miejsce w koszarach. Z innych rad: pijcie dużo wody, unikajcie słońca w dzień, a nocą siedźcie za palisadą. Trzymajcie się też z daleka od świątyń dzikich. A teraz...

Spojrzenie miał uważne, mimo nonszalanckiego nieco sposobu bycia. Stał prosto, niczym jeden ze swoich strażników.
- Wśród załogi altiplanu krążą słuchy, że jesteście oficjalną ekspedycją Rady Xhystos. Jeśli tak, jako najwyższy przedstawiciel władzy Trahmeru oficjalnie zapytuję o cel wizyty w naszym skromnym mieście...Czy wasz pobyt tutaj mam traktować jako tymczasowy czy też stały?





Tępy ból w tyle czaszki upewnił go, że wciąż żyje...Watkins otworzył ostrożnie oczy i spróbował się podnieść, ale szarpnięcie przyniosło złe wiadomości...Palce macały szorstkie liny albo nawet może liany którymi skrępowano mu nadgarstki i kostki u nóg...Do pulsującego bólu uderzonej głowy doszło teraz zimno, zimno gładkiego kamienia na którym rozciągnięto jego ciało niczym żabę na stole botanika. Był niemal nagi...Z trudem uniósł nieco głowę i otworzył oczy z przerażenia...Leżał na czymś w rodzaju kamiennego ołtarza, jednym z trzech – ten najdalej od niego pozostawał pusty, ale na środkowym, znajdującym się po lewej ręce profesora leżała przywiązana w ten sam sposób ognistowłosa Iris...







Komnata była prawdopodobnie wielka, choć przy panujących ciemnościach trudno było to stwierdzić - zresztą Maurice miał inne rzeczy na głowie: chociażby ustawione pod skąpo oświetlonymi ścianami półki na których spoczywały dziesiątki ludzkich czaszek. Tylko nieliczne pochodnie dawały upiorny wgląd na to, co się działo - paru skupionych wokół ołtarzy tubylców było wymalowanych i nosiło prawdopodobnie rytualne, bogate stroje i zwierzęce skóry. W cieniach mogło się kryć więcej ludzi, bo Watkinsowi zdawało się że widzi w ciemności zarysy kształtów ukrytych obserwatorów. Zdał sobie sprawę, że trzy ołtarze ustawione są nie obok siebie - ale koncentrycznie wokół czegoś, co znajdowało się za jego głową - próbując odchylić wzrok ku tyłowi wydało mu się, że tam z kamiennej studni pośród tych kamiennych ścian wyrasta chyba ogromny pień drzewa...Ale nie mógł być pewien, bo zaraz mocne dłonie brutalnie pchnęły głowę na miejsce i przytrzymały ją przy zimnym głazie. Profesor dopiero wtedy zdał sobie sprawę z trwającego, chyba wykonywanego przez ukrytych w mroku ludzi śpiewu, składającego się z powtarzanych wielokrotnie tych samych nieznanych mu słów. Nie brzmiało to dobrze, do tego wzrok Maurice'a padł na oświetlone ogniem malunki i zwykły ludzki, a potężny strach chwycił go za gardło...






Na sąsiednim ołtarzu Iris wpatrzona w sufit oddychała ciężko, spazmatycznie - Watkins czuł aż tutaj Jej trwogę, większą nawet niż jego własna panika, potęgującą to co czuł sam - oboje zaczęli wierzgać rozpaczliwie, ale krępujące ich grube więzy trzymały mocno, do tego umięśnieni tubylcy dociskali ich z każdej strony do kamienia. Maurice zaczął krzyczeć, ale to tylko jakby pobudziło zgromadzenie do bardziej energicznego, zaangażowanego śpiewu zagłuszającego jego wrzask. Odchodząc od zmysłów mylił wizje z tym, co się działo - malowani barwnikami a może krwią ludzie w skórach mieszali się z obrazami dzikich ostępów dżungli. Dżungli, która żyła - był tam ale jednocześnie widział jak z mroku wychodzi jakaś szczególnie strojna postać i staje nad Panną Casse, której włosy były rozsypane wokół niej jak konary drzewa, czerwonego jak ogień drzewa które rozrastało się w jego oczach...W dłoniach prowadzącego ceremonię dostrzegł nóż...






Łódź płynęła, do środka, przez bramę która zamykała się za ich plecami... Miasto zdawało się być tak blisko, ale teraz oddalało się z każdym skrzypnięciem liny... Usta Watkinsa wyrzucały słowa, których nie kontrolował - gdy nad nieruchomą, kamienną twarzą mistrza tej odrażającej ceremonii uniosły się jego potężne ramiona, a trzymany wysoko w ciemnoskórych dłoniach rytualny nóż zawisł prosto nad sercem prawie nieprzytomnej z grozy Iris...
 
__________________
MG: "Widzisz swoją rodzinną wioskę potwornie zniszczoną, chaty spalone, swoich
znajomych, przyjaciół z dzieciństwa leżących we własnej krwi na uliczkach."
Gracz: "Przeszukuję. "

Ostatnio edytowane przez arm1tage : 15-11-2010 o 15:20.
arm1tage jest offline  
Stary 16-11-2010, 02:32   #79
 
Bogdan's Avatar
 
Dzieci biegały. Śmiech. Jak wszystkim dzieciom świata towarzyszył im śmiech. Ten śmiech dudnił mi w głowie. Dudnił pod powałą szałasu. Będąc dzieckiem cywilizacji instynktownie wybrałem ucieczkę. Z największym wysiłkiem powstrzymałem odruch wymiotny. Błysk. Jasność. Światło uderzyło mocniej niż żar, którym bezlitośnie kropiło suchy pył ziemi. Gardło i wargi palił ogień, płonął w oczach, trawił wnętrzności. Dławił. Giął wpół. Wyrwał się. Na progu chaty wyzwolił i wyrzucił całe obrzydzenie przynosząc ulgę trzewiom i torturę podniebieniu. Oczy zaszły łzami a ja prężyłem się na czworakach niczym kot w niemym odruchu protestu. Żar. Pył i skwar. Gorycz. Świat wirował przed oczami. Krztałty rozmywały się i przelewały nawzajem. Śmiech i ...muzyka? Rytm. Klaskanie kołatek. Setek, tysięcy dzwonków. Jakby ktoś zamknął miliony pszczół we wnętrzu tykwy, by drażnić w takt. Stopy w sandałach. Ludzkie nogi. Zdziwione, nieco rozbawione miny. Nie wszystkie. Spojrzenia pełne ciekawości i niezrozumienia. Irytacji? Żalu? Wstałem. Świat wirował. Podrygiwał w rytm tego dziwnego taktu. Pióra tańczyły. Dzieci biegały gęsiego w tłumie. Ludzie pokrzykiwali. Gestykulowali. Szli. Pochód porwał mnie. Kolory i krztałty ekplodowały milionem kombinacji. Kobiety śmiały się. Mężczyźni potrząsali pierzastymi wachlarzami i grzechotkami. Dzieci wiły się w tłumie. Banta na uoli ni tehio. Ma. Przedmioty przechodziły z rąk do rąk. Ui lecht! Maxtlelu te ehesin! Ktoś krzyknął. Zakotłowało. Razy drewnianych mieczy zrobiły swoje. Tłum wzniósł w górę ręce. Xlaloca! Wielka, zielona pszczoła zawirowała mi wokół głowy. Podążyłem wzrokiem. Wysoko zawieszonych na tyczce wirowało w podniebnym tańcu czterech zwisających głową w dół mężczyzn. Uchtala! Tłum porwał dalej. Procesja nisła niczym rzeka.

Siedziała pod czarnym baldachimem z piór. Całą swoją postawą wyrażała potęgę. Golenie jej oplatały kamienne kołatki, biodra spudnica utkana z wężów. Szyję zdobił naszyjnik z nanizanych dłoni a głowę wieńczył wieniec z czaszek. Twarz i całe ciało zdobiły białe pasy. Wszechwidzące oczy otaczały białe okręgi. A nawet nie patrzyła w moją stronę. Tylko bystre źrenice dwóch legwanów uczepionych wieńca zdradzały uwagę, jaką mi poświęcała. Tyś jest mówiący do macicy - stwierdziła. Wielkie pszczoły furkotały mi koło uszu bijąc skrzydełkami, wisiały w powietrzu przekrzywiając główki. On tymczasem kontynuował - Idź za tym, który mówi do płomienia. Huehueteotl. Iquinichs inu tunthal utari. Chicomotzoc. Ja jestem Ometeotl i Omecihuatl. Tonacatecutli. Pierwsza Cipactonal i Oxomoco. Taka jest moja wola. Sah quesh titel. A ha hil.

Zamknąłem oczy. Dyszałem ciężko nie mogąc złapać tchu w tym upale. Wody! - wołało całe ciało. - Cienia! Uporczywe brzęczenie nie chciało odejść. Wibrowało gdzieś w potylicy. Byłem słaby jak dziecko. Ślepy niczym nowo narodzone szczenię. Bezradny. Chory. Bezsilny. Czyjeś ręce ciągnęły mnie w górę, niezdarnie, z trudem. Chian, chian! Pokrzykiwał ktoś obok, jakieś inne dłonie wciskały mi do ust jakieś liście. Zapachniało szałwią. Dzieciaki śmiały się i darły po swojemu.
 
Bogdan jest offline  
Stary 16-11-2010, 12:15   #80
 
arm1tage's Avatar
 
Słońce pięło się coraz wyżej, żar zaczynał się wlewać nawet tutaj, tutaj skąd roztaczał się widok na całe miasto. Trahmer zaczynał powoli się wyludniać. Rastchell i Voight nie obserwowali tego jednak, zajęci nadal rozmową z tym, którego nazywano tu królem.






Czy wasz pobyt tutaj mam traktować jako tymczasowy czy też stały? - pytał Francois, zmieniając nieco pozę.
- Za pozwoleniem, gubernatorze - powiedział Vincent - może ja wyjaśnię te kwestie. jesteśmy tutaj jako część oficjalnej delegacji Rady. W drodze ... dalej. Nasz pobyt tutaj jest tymczasowy, lecz nie wiadomo ile zmuszeni będziemy przygotowywać się do drogi. Szczerze mówiąc liczyłem na to, że ekspedycja już będzie przygotowana i opłacona. Ten brak organizacji nieco mnie zaskoczył i zdeprymował. Dziękuję serdecznie za okazaną pomoc. Myślę, że postaramy się nie wyczerpać pana cierpliwości - te ostatnie zdanie powiedział z uśmiechem.

- Ależ proszę czuć się w Trahmerze jak u siebie...- odparł de Pixerecourt po chwili milczenia - Tu czas płynie wolniej... Przykro mi, że nie mam dobrych wiadomości jeśli chodzi o przygotowanie waszej dalszej podróży, ale zwyczajnie nic nie wiem o panów ekspedycji. W rzeczy samej, to sprawa miasta Xhystos jak słyszę, a więc proszę nie winić naszych ludzi. Jakkolwiek Trahmer pozostaje przyjazny wspaniałemu Xhystos, to nikt nie zwracał się do moich urzędników o pomoc w tej sprawie. Oczywiście nadal w miarę moich skromnych możliwości służę panom moimi koneksjami, o ile coś takiego w ogóle istnieje w tym zaginionym w dżungli mieście. Proszę, może wody...

Młoda, drobna kobieta o czarnych oczach pojawiła się jak spod ziemi, podając im spore gliniane naczynia wypełnione czystą i chłodną wodą... Wzięli je niepewnie do rąk. Gubernator napił się pierwszy.

- Część delegacji...? - zapytał, jakby właśnie sobie przypomniał że to go interesuje - Czyli oprócz panów są jeszcze inni wysłannicy Rady? Interesuje mnie wszkaże jeszcze jedno, to, co najważniejsze.
Podał naczynie dziewczynie, która porwała je i zniknęła w cieniu kolumny.

- Raczył pan powiedzieć “dalej...”. - popatrzył Vincentowi w oczy - ...jestem wszelakoż pewien, że jest pan świadomy że jedyna komunikacja pomiędzy miastami z Trahmeru to ta z powrotem do Urbicandy... Rozumiem w takim razie, że jesteście panowie członkami wyprawy monsieur Carringtona. Ale...Proszę wybaczyć, lecz to dziwne: do tej pory Rada nie wykazywała zainteresowania ekspedycjami odkrywczymi wgłąb dżungli.

Vincent napił się wody. Nie chciał urazić gubernatora i chciało mu się pić. Te dwa powody wystarczyły, aż nadto. Woda przyjemnie spłukała suchość z gardła.

- Tak. Jesteśmy częścią delegacji. Jeszcze kilka osób przebywa w mieście, ale obawiam się że straciliśmy z nimi kontakt.
I nie, nie jesteśmy członkami ekspedycji pana Carringtona.

- Nie? - zmarszczył brwi człowiek z bródką - W takim razie nie rozumiem. Dokąd to zamierzacie się udać, jeśli można wiedzieć? Czyżby Rada zdecydowała się sfinansować własne badania dzikich ludów?

Voight popatrzył się uważnie na Vincenta i gubernatora. Ten ostatni albo kłamał i uczestniczył w jakimś spisku, który miał na celu niedopuszczenie ich do Samaris, albo... naprawdę nie wiedział?.... Jednak ta rozmowa zaszła za daleko, by móc jakoś sprytnie ominąć to pytanie, skierować konwersacje na inne tory, czy też skłamać nie wzbudzając podejrzeń. Zostali przyparci do muru i to szybciej, niż Robert by się spodziewał. Zestresowany kolejną rozmową, w której musiał odsłonić karty, upił niewielki łyk wody.

- Nie do końca wiemy, gdzie udaje się pan Carrington, nie informował on nas o swoich planach. Jesteśmy natomiast częścią ekspedycji, która udaje się z misją... dyplomatyczną do miasta Samaris. Myśleliśmy, że to pan, gubernatorze, ma udzielić nam dalszych wskazówek. Jako, że występuję teraz jako część korpusu dyplomatycznego Rady Xhystos, chciałbym mieć możliwość spisania raportu z wydarzeń na sterowcu i przesłania go odpowiednim instytucjom Xhystos. Mam nadzieję, że mimo trudności komunikacyjnych znajdzie się taka możliwość.

- Ach, S a m a r i s …

Zdało im się, że przez twarz Francois de Pixerecourt przemknął dziwny cień, choć mogła być to tylko gra światła. Przez moment znieruchomiał, podobnie zresztą jak i znajdujący się dalej za jego plecami przycinający zieleń ogrodnik oraz młode ciemnoskóre kobiety - przez ten krótki czas przypominali sami jeden z uwiecznionych na kamieniach malunków. Słudzy wycofali się nagle głębiej, z opuszczonymi oczyma poznikali gdzieś w mrocznych kątach komnaty. Gubernator znów zwrócił swe oblicze ku temu, kto wymówił nazwę nieznanego miasta.

- Wskazówki... Jeszcze raz podkreślę: przykro mi niezmiernie, ale Xhystos nie zwróciło się do mnie w tej sprawie. Nawet gdyby...Czy chcą panowie znać moje zdanie?
Gestem ręki zachęcił ich, aby podeszli razem do wielkiego kamiennego stołu. Starannie ułożone pergaminy nosiły ślady pieczęci i były unieruchomione przyciskami do papieru w postaci lokalnych kamiennych figurek. Kałamarze lśniły czernią niby wielkie klejnoty. De Pixerecourt poprosił by usiedli, po czym nie czekając na reakcję zasiadł na jednym z zydli. Obrzucił jakby mimochodem wzrokiem jeden z rozłożonych papierów zapisany równym pismem i odezwał się znowu, podnosząc głowę:

- Wokół Samaris narosło od lat wiele mitów. Wynikają one głównie z tego, że odosobnienie tego miasta i specyficzne warunki...nazwijmy je geofizycznymi... powodują niemal całkowitą niemożność dotarcia do tak odległego miejsca. Mimo to wciąż ktoś uparcie próbuje się tam wybierać, a gdy nie wraca ginąc po drodze z naturalnych powodów o które w tej drodze nietrudno - wyobraźnia dorabia się do tego dziwne teorie, mnoży konfabulacje. Albo, tak jak w przypadku dzikich, odpycha ten temat, uznając że jeśli nie będzie się o czymś mówić: przestanie to istnieć.

Pociągnął duży łyk wody, łapczywie, jakby dręczyło go wielkie pragnienie.
- Tymczasem prawda jest taka, że po prostu Samaris korzystając ze swojego położenia wybrało z sobie znanych powodów izolację od świata. Kto wie, biorąc pod uwagę historię, jego władcy mogą mieć rację co do swojego wyboru. Nie chcą nawet z nikim korespondować. Moja wskazówka? Po co szukać kogoś, kto wcale nie chce być odnaleziony. Po co dokonywać wyboru pomiędzy dwoma rodzajami szaleństwa, czy też inaczej samobójstwa - przejściem pieszo przez dżungle, a potem do tego przez mordercze pustynie a lotem w strefie anomalii które muszą prędzej czy później ściągnąć wszystko ku katastrofie na twardej ziemi. Czy normalny człowiek dokonuje takiego wyboru?

Gubernator przerwał na moment, prostując się dumnie.

- Samaris to tylko zwykłe miasto, po którym wszyscy z niewiedzy obiecują sobie nie wiadomo co. Jedyne, co odróżnia go od innych, to jego niedostępność.
 
__________________
MG: "Widzisz swoją rodzinną wioskę potwornie zniszczoną, chaty spalone, swoich
znajomych, przyjaciół z dzieciństwa leżących we własnej krwi na uliczkach."
Gracz: "Przeszukuję. "

Ostatnio edytowane przez arm1tage : 16-11-2010 o 16:15.
arm1tage jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:07.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168