Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 23-08-2010, 10:24   #1
 
Mike's Avatar
 
[GTA] Dwie klamki i wiadro pestek

Sesja z odzysku...
 
Mike jest offline  
Stary 23-08-2010, 10:33   #2
 
Suarrilk's Avatar
 
Odzyskana sesja

Mike
06-23-2010 13:21

[GTA] Dwie klamki i wiadro pestek [18+]

Dwie klamki i wiadro pestek

Występują:

Thomas Shelton - Dhagar
Fabio Limbewiani - pteroslaw
Jericho - Arvelus
Irma "Iskra" Gladstone - Suarrilk
Jack Walker - vvojtas
Ray Love - Ticket

mapka Liberty City



Stare Śmieci


Liberty City, Francis International Port, 10:17

Thomas odebrawszy torbę z taśmy ruszył w kierunku wyjść. Drogę tarasował tłum witających się ludzi. Gdzieniegdzie ponad głowy wystawały tabliczki z nazwiskami. Jedna z nich nawet ubawiła Thomasa. Napis głosił „Mój brat! ”. Uśmieszek szczególnie przypadł mu do gustu. Co za krety…
- Hej, braciszku!
- Cześć siostro. Ładna tabliczka.
- Sama robiłam. – odparła.
- Ale chyba nie na trzeźwo – mruknął Thomas i sapnął gdy łokieć wbił się w jego bok. Mimo, że dziewczyna była niższa, jak to młodsze siostry mają w zwyczaju, to delikatnością nie grzeszyła. Cóż, jak się ma takiego brata, to trzeba stwardnieć by dotrwać do dorosłości.
Ruszyli na parking, chwile trwało zanim dotarli do samochodu.
- Masz. – wyjęła ze schowka papierową torebkę i wręczyła bratu. – Czysta.
Thomas zajrzał do środka, jego oczom ukazała się plastikowa rękojeść glocka. Na dnie torebki zagrzechotał zapasowy magazynek.
- Dzięki, musze znaleźć jakąś metę.
- Spoko, możesz pomieszkać parę dni u mnie. Poczujesz się jak w domu, mam mieszkanie na naszym starym osiedlu. – Wyszczerzyła żeby w uśmiechu. – Jutro mam coś do roboty, nie będzie mnie kilka dni, więc jak wyżresz mi wszystko z lodówki to kup coś. Sklep jest w tym samym miejscu co kiedyś.

Fabio wszedł do łazienki, przejrzał się w lustrze i ruszył do kabiny. Zatrzasnąwszy drzwi zamknął klapę i usiadł. Szybki rozdarł papier z paczki, którą zostawił mu w skrytce na lotnisku kumpel. W środku była ciężka nieprzezroczysta foliowa torebka i kluczyki. Do tego lekko pomięta kartka.
„Stary nie mogłem po ciebie przyjść, tu masz to o co prosiłeś. Bryka jest mojego kumpla więc nie rozwal jej. On chwilowo wyjechał. Sorry za chromowane gówno, ale nic lepszego nie dąłem rady tak szybko zdobyć. Nara.”
Fabio zajrzał do torebki, mała chromowana 38, lepiej to niż nic. I pudełko naboi. Czas ruszać na stare śmieci.

Jericho kluczył w tłumie z zarzuconym na ramię plecakiem. Dobrze wrócić do domu. Matka pewnie już ugotowała obiad. Gdyby nie upór chłopaka pewni przyjechałaby po niego. Ale po co ma się tłuc taki kawał z Northwood. Chwila kolejką, potem w metro już będzie w domu. Popatrzy po drodze, co się zmieniło na ulicach. Rozmyślenia przerwało szturchniecie w ramię.
- Hej, uważaj człowieku.
- Sorry stary, nie zauważyłem…
Jericho przyglądał się przez chwilę osobnikowi.
- Hej, znam cię. Czekaj, czekaj miałeś jakoś śmiesznie na imię… Fabio.

Irma czekała niecierpliwie przy taśmie bagażowej. Nie miała innego wyjścia. W końcu jej bagaż pojawił się w zasięgu wzroku. Sekunda za sekundą zbliżał się do dziewczyny. Nie, nie podejdzie. Tyle czekała, że teraz niech przyjedzie do jej stóp. W końcu! Zabrała walizkę i ruszyła do wyjścia. Zdawała sobie sprawę, że jest obserwowana. To uczucie nie opuszczało jej już od 16 roku życia. Większość facetów nie mogło sobie odmówić chwili wzrokowej przyjemności. A ona bezwstydnie pławiła się w samczych spojrzeniach.
Zatrzymała się na chwilę zastanawiając się czy brać taksówkę czy wypożyczyć samochód gdy usłyszała znajome głosy z prawej.

Rozmowę Thomasa z siostrą przerwał ostry dzwonek telefonu.
- Co tam? … Nie… Nie pierdol… ok., zaraz będę, mogę wziąć odsiecz ze sobą… brat przyjechał… ok., dobra.
Odwróciła się do Thomasa chowając komórkę i powiedziała:
- Zmiana planów, tu masz klucze do mieszkania – wyjęła długopis i zaczęła pisać po dłoni brata – a tu adres. Ja muszę jechać, a ciebie nie mogę tam zabrać. Wieczorem pogadamy.
- Niby mam iść na piechotę?
- To jedna z opcji, jest jeszcze kolejka i taksówki. Śpieszy mi się wysiadaj.
Thomas bez słowa wysiadł i zabrał torbę.
- Głupio wyszło, ale naprawdę nie mogę cię wziąć ze sobą.
- Na razie.
Thomas ruszył w kierunku postoju taksówek. Delikatnie mówiąc lekko się zirytował. Szczęściem los jednak trochę się uśmiechnął do niego. Tuz przy wejściu do hali dostrzegł jedne z najdłuższych nóg, jakie w życiu widział. Do tego te wyglądały znajomo. Reszta w zasadzie też, choć nogi najlepiej wryły mu się w pamięć.

Arvelus 06-23-2010 19:16
Jerycho


Wysiadając z samolotu Jerycho głęboko wciągnął powietrze nosem... Ameryka była inna. Ach. Już się przyzwyczaił do zapachu Polski. Będzie musiał tam wrócić za jakiś czas, ale teraz już jest w domu. W tej pieprzniętej Ameryce. Życie jest wredne. Przydałoby się szybko dostać do domu. W kraju gdzie dresy są uznawane za groźne można było sobie odpuścić pukawę, ale tu nie bardzo.
Gdyby ktoś spojrzał na niego z tyłu zobaczyłby 2metrowego olbrzyma ubranego w długi do połowy ud prochowiec w kolorze zwanym przez Natalie, jego byłą, ciemnym khaki. Cholera. Był po prostu ciemno-szaro-zielony. Żadne ciemne khaki, ani mroczna sraczka, tylko ciemna szaro-zieleń. Może wymówienie zajmuje więcej, ale jest jaśniejsze. Głowę zdobiły mu "wplecione warkoczyki". Nie miał pojęcia jak to się nazywa. Podobał mu się ten fryz, ale nazwy zawsze zapominał. Po prostu warkoczyki splecione tak, że odrywały się od głowy dopiero na potylicy tworząc koło 10 rzędów czarnych włosów spomiędzy których widać było skórę makówy, a po oderwaniu splatał je jednym z nich aby nie latały. Poza tym miał na sobie czarną koszulę, ciemne dżinsy, desanty i okulary przeciwsłoneczne. Ale najbardziej ze wszystkiego lubił własnie swój płaszcz i buty. Desanty były zaprojektowane z myslą o żołnierzach toteż nie były odporne tylko na zgubienie, a płaszcz miał 7 kieszeni (1 na lewej piersi i 2 standardowe na zewnątrz, oraz 2 na piersiach i dwie na bokach, w których mógł zmieścić niewielką książkę, wewnatrz) co poczytywał za zaletę.
Sam był Półjamajczykiem, Półpolakiem, choć urzędowo czystym Amerykaninem. Z wyglądu zdawał się po prostu bladym mieszkańcem tropikalnej wyspy. Oczy kryły okulary, mógł zostac uznany za przystojnego, choć sam nigdy się nie zastanawiał czy rzeczywiście jest. Miał do gdzieś. Chodził tak aby było mu wygodnie, aby sam się dobrze czuł. Cóż. W sumie to mogło być powodem czemu wciąż nie "zaliczył", jak to mawiali jego koledzy, choć on sam nie lubił tego słowa, żadnej panny. Co jak co on był inny. Zawsze lubił się wyróżniać. W momencie kiedy wszyscy chłopacy w szkole oglądali się za Angeliną Jolie, czy Cameron Diaz od razu one spadały w jego rankingu. Nie dla tego, że uważał je za brzydkie. Ale po prostu lubił inność. Coś popularnego traciło na wartości przez sam fakt bycia popularnym. Chodził ubrany w nieznane marki ubrań tworząc swój własny, nieokreślony, styl. Słuchał muzyki o której istnieniu niewielu ludzi z podwórka zdawało sobie sprawę. Używał słów których znaczenie nierzadko musiał tłumaczyć (choć akurat to mu przeszło, zbytnio komplikowało to dyskusję) i z seksem jest tak samo. Widząc, że wszyscy podchodzą do tego jak do zabawy dla niego to przestała być zabawa. Prawda, kiedy miał te dwanaście, trzynaście lat był potwornym zboczeńcem, jak każdy w jego wieku. Choć wtedy nie był zbyt popularny i aktualnie jest za to wdzięczny losowi bo teraz jest z siebie dumny, że należy do tego wymierającego gatunku zwanego dorosłymi prawiczkami. Nie chwali się tym kolegom, bo zdaje sobie sprawę, że by uznali to za doskonały powód do żartów, ale osobiście uważał to za powód do dumy.

Ach... teraz wróci do domu na pyszny obiadek. Już czuł smak żeberek w sosie żurawinowo-czosnkowym. Może brzmi paskudnie, ale mamusia była najlepsza. Nagle mina mu zrzedła. Miał ochotę palnąć się w łeb... Pochował matkę nieco ponad 3 miesiące temu. Właśnie dla tego wyjechał. To były właśnie wakacje, rekonwalescencja. Ostatnią rzeczą jaką zrobił przed odlotem to było kropnięcie kolesia z którym od lat prowadził wojnę, który prawdopodobnie właśnie ją zabił, a na pewno poważnie obraził zmarłą. Uderzył pięścią "z młota" w ścianę i poszedł dalej. Nie po to wyjechał na te 3 miesiące aby wciąż nie móc się skupić. Chciał się oswoić z tą myślą aby móc na spokojnie zabrać się do wyrównania rachunków z jego kolegami.
Nagle wydało mu się, że widzi znajomą twarz. Obrócił się i przyjrzał.
-Yo!- półwrzasną aby zwrócić na siebie jego uwagę. Przyjrzał mu się dokładniej mrużąc niemal teatralnie oczy
-Ty... jesteś Fabio, chodziliśmy razem do liceum, mam rację?

Suarrilk 06-24-2010 08:10
Irma "Iskra" Gladstone


but you're innocent when you dream
when you dream
you're innocent when you dream


[Tom Waits, Innocent when you dream]

Ciemno. Mrok czarny i gęsty jak smoła. Wydaje się, że wciąga człowieka w otchłań. Wypala oczy, wyżera myśli, zostawiając tylko strach, zimny, zimny strach, gdy wstrzymujesz oddech, gdy boisz się poruszyć, gdy pragniesz tylko zniknąć.

Psssst.

Maleńki ognik na krągłym łebku zapałki rozpala się powoli, rośnie, rośnie, aż jego mały język zaczyna pełgać po drewienku, wgryzać się weń aż do palców, trzymających zapałkę, przesuwających się na sam koniuszek drewka, by jaskrawy płomyk jak najdłużej tańczył w podmuchu ostrożnego oddechu.

Ognik rzuca wyzwanie ciemności, chociaż nie jest w stanie rozświetlić jej dłużej niż na kilka sekund. Jego barwy, z początku blade i nieśmiałe, w kontraście z ciemnością wydają się kwintesencją życia. Jest taki piękny, taki ulotny. Hipnotyzuje. Czarny kikut zapałki, który za sobą pozostawia, niknie w czerni otoczenia. Płomień maleje, kurczy się, zaraz zniknie, znów trzeba wstrzymać oddech, jest już tylko poblaskiem, jak zachodzące słońce, biało-żółty, liże już palce, łaskocze opuszki, szczypie paznokcie...

Ciemno.

***

Samolot podchodził do lądowania, gdy stewardessa ją obudziła. Obrzuciła ubraną na niebiesko kobietę nieco oszołomionym spojrzeniem. Sny wciąż przychodziły, a ten nawet nie był taki zły. Nie było w nim tego rozdzierającego krzyku. Niemal nieludzkiego. Zapachu dymu. I palonego ciała. Ale i tak ją zdenerwował.

Irma zapinała pasy, jak zwykle w tej chwili odczuwając lekki dreszczyk.

A jeśli koła nie wysuną się z podwozia?
Zapali się silnik?
Albo w ostatniej chwili terroryści porwą samolot?

Jeśli czegoś nienawidziła, to właśnie latania samolotami. Życie jest ryzykiem, ale brak choćby udawanej kontroli nad nim i możliwości podejmowania własnych decyzji – to już nie był hazard, to niebezpiecznie pachniało przeznaczeniem. A Irma nie wierzyła w przeznaczenie. Bawiła się nerwowo srebrną, solidną zapalniczką na benzynę. Płomień to gasł, to zapalał się, drgając nerwowo.


- Proszę pani, mówiłam już, że tu nie wolno palić. – Zniecierpliwiona stewardessa po raz n-ty wskazała znak "NO SMOKING", wiszący przy przejściu do biznes klasy. Irma zamknęła zapalniczkę i schowała ją do kieszeni.

Wylądowali.
W zasadzie, niemal poczuła się zawiedziona.

- Szanowni państwo, samolot linii American Eagle Airlines z Dallas do Liberty City...

~Blablabla. Dosyć gadki, otwierać drzwi.~
Na szczęście, była jednym z pierwszych pasażerów, którzy opuścili pokład boeinga. Jeszcze jakieś nudne formalności, kontrola celna, odbiór bagażu, Nie zaginął, co nastroiło ją niemal pozytywnie. Całą wieczność jednak trwało, nim wreszcie opuściła salę przylotów.

Ach, Liberty City. Mówi się, że w tym mieście spełniają się sny. Oczywiście, te najgorsze. Cudownie, bo jeśli spełnią się te koszmary, które wciąż ją dręczą, będzie... Cóż, tak. Gorąco. Ale zlecenie jest zleceniem. Trzeba przecież z czegoś żyć.

Irma skryła oczy za okularami o czerwonych szkłach, zatrzymując się przed wejściem do hali lotniska. Nie było jej tu ładnych parę lat, trzeba to przyznać. Przez cały rejs – oczywiście, póki nie usnęła – myślała tylko o jednym. Starym Donellom należało się wszak stosowne podziękowanie za ich troskliwą opiekę. Z drugiej strony, dowiedziała sie co nieco przed powrotem o przybranym rodzeństwie. Ich pomoc mogła jej się przydać. To raz. Oni mieli tu mocne kontakty, które podtrzymywali i pielęgnowali, podczas gdy ona włóczyła się po Stanach. To dwa. Zawsze jeszcze zdąży zmienić zdanie, jeśli braciszkowie się nie spiszą.

Powrót na stare śmieci nie wywołał wzruszenia. Żadnych sentymentów. Raczej drażniącą potrzebę zapalenia. Głowa ją bolała, odkąd wybudziła się w samolocie. A tu jeszcze trzeba dostać się do Northwood. Przecież nie będzie się rozbijała taryfami. Ani tym bardziej kolejką. Wynająć samochód, tak, to jest plan. Siąść za kółkiem, wcisnąć pedał gazu i zapomnieć o dręczących koszmarach. I znaleźć po drodze jakieś proszki przeciwbólowe, inaczej czaszka jej pęknie.

I właśnie wtedy zdało jej się, że słyszy znajome głosy. No, na pewno jeden. Męski. Odwróciła się w lewo z ciekawością, by dostrzec kolesia, który wydawał się dziwnie znajomy. Najwyraźniej właśnie wysiadł z wozu, który odjechał z piskiem opon. Czekaj, czekaj, on przecież na tym samym osiedlu mieszkał. O, może zapłaci za taksówkę. Zorganizowanie bryki będzie mogła odłożyć na później i może dzięki temu zaoszczędzi.

~Szlag. Jak on ma na imię?~ Pamięć do twarzy, niestety, nie szła w jej wypadku w parze z pamięcią do imion.

Irma uśmiechnęła się słodko pomalowanymi na czerwono ustami, po czym podeszła do mężczyzny i uściskała go bezceremonialnie, pozostawiając ślad szminki na jego policzku.
- Kopę lat!

~Jimmy? Geremy? Cholera, cholera, cholera!~



Dhagar 06-24-2010 17:35
Thomas Shelton


Parsknął pod nosem, gdy Siostra Edna odjechała bryką. Mógł się zresztą tego spodziewać. Prędzej czy później przełożona (stara raszpla swoją drogą podobno) by ją ściągnęła z powrotem do "Zakątka".

Shelton był wysokim mężczyzna o dość nietypowej urodzie, zapewne matka lub ojciec byli francuzami, a może któreś z dziadków. Pociągła twarz, długie, sięgające szyi włosy, parudniowy zarost i uśmiech na twarzy nie zawsze kojarzący się z uprzejmością czy dobrocią. Okulary przeciwsłoneczne skrywały jego oczy, ubrany był ciemne kolory, skórzaną kurtkę i czarne spodnie. Pod kurtką widoczna była czarna koszula, rozpięta pod szyją.


Spoglądał chwilę na nogi, nim jego wzrok powędrował w górę. Taak, tego znajomego widoku mu jednak brakowało. Jak zwykle krótka spódniczka, niczego sobie talia i jakże przyjemny dla oka biust. "Iskra", ona chyba nigdy się nie zmieni, zawsze ten sam styl i charakterek. Jak zwykle mile został przez nią powitany.

- Kopę lat ? Może istotnie trochę minęło - odpowiedział na jej pytanie.
- Wybierasz się może do Northwood ?
- Może, a jest tam coś nowego ?
- A powinno być ? Nie sądzę.
- Czego zatem tam szukasz, skoro nie wiesz co tam może być ?
- Dowiem się, gdy znajdę.
- Porachunki czy szukasz mieszkania ?
Dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie, spoglądając znad okularów.
- Braci.
- Braci powiadasz. - kącik jego ust uniósł się w górę niby w uśmiechu. Shelton sięgnął do kieszeni i wyciągnął paczkę papierosów, z których wziął jednego a opakowanie schował - Coś ciekawego mają ci bracia ? Jakiś interes może ?
Wzruszyła ramionami - Może. Nie poczęstujesz mnie ?
- A masz ognia ? - wyciągnął paczkę i podsunął jej do poczęstunku. Doskonale wiedział, że ona zawsze ma ogień. Ale i tak zawsze ją o to pytał, gdy się widywali. Z czystej przekory być może.
Szczęknęła zapalniczka - Pytanie.
Thomas odpalił papierosa i schował paczkę po tym, jak dziewczyna wzięła fajkę również dla siebie. - Zatem możemy ruszymy do tego Northwood, choć po drodze zahaczyłbym o chatę i pocztę. Po podróży warto się ogarnąć troche. - A zwłaszcza odebrać parę drobiazgów, bez których czuł się... nieswojo.
- I aptekę. Łeb mi pęka. - zaciągnęła się chciwie, długo.
Najwidoczniej bardzo jej brakowało papierosów, a może po prostu tak je kochała palić. Nie tracąc więcej czasu złapał taksówkę - lepsza opcja niż kolejka - i podał kierowcy pierwszy adres, melinę Siostry Edny, do której dostał klucze.

Mike 06-24-2010 18:29


Liberty City, ponad Francis International Port, dwie godziny wcześniej
- Proszę pani, halo… - starsza kobieta bezskutecznie próbowała zawołać stewardesę. – Długo będziemy jeszcze krążyć?
- Ona pani nie odpowie – rzekł młody przystojny mężczyzna – Nie może powiedzieć, że skończyło się nam paliwo.
- Ale żartowniś z pana – pogroziła mu palcem – gdyby skończyło się paliwo już byśmy spadli.
- Niekoniecznie, tu nad Liberty City są silne wznoszące prądy termiczne. Wie pani ile takie miasto produkuje ciepła? Samolot krąży w powietrzu jak orzeł. Utrzymuje go sama powierzchnia skrzydeł.
- Nabiera mnie pan.
- Gdzież bym śmiał, nie miałbym trzech doktoratów gdybym robił sobie żarty z poważnych ludzi.
- Jest pan doktorem?
- Ależ oczywiście…

Rayem zgiętym wpół targały spazmy. Skulił się w fotelu i zatykał usta dłonią, z oczu po poczerwieniałej twarzy ciekły mu łzy. Współpasażer potrząsnął go za ramię i zapytał:
- Wszystko w porządku? Zatruł się pan jedzeniem?
Ray z trudem pokręcił głową. Zebrał się w sobie i wyprostował. Głeboko odetchnał i… mało co a ryknąłby śmiechem. W porę się powstrzymał mało nie dusząc się przy tym.
- Jest ok… po prostu słucham jak mój kumpel bajeruje tą babę. Właśnie wcisnął jej kit, że mamy przechył na prawo bo więcej żonatych facetów siedzi po prawej stronie.
- Dlaczego żonatych?
- Bo statystycznie żonaci są grubsi i ciężsi.
Facet popatrzył chwilę na Raya i wyjrzał przez okienko.
- My faktycznie jesteśmy przechyleni na prawo – powiedział – A ja faktycznie jestem żonaty – popatrzył na swój wylewający się ze spodni brzuch.
Ray nie dał rady, ryknął śmiechem.

10:25
Ray i Jack spotkali się przypadkiem podczas przesiadki w Bostonie. I obaj akurat lecieli do Liberty City. Trudno było im uwierzyć w taki fart. Jeszcze trudniej było uwierzyć w widok jaki ukazał się ich oczom gdy weszli do hali przylotów.
- Bez jaj, jest jakiś zjazd szkolny czy co?
Parę kroków dalej rozmawiali Jerycho i Fabio.

pteroslaw 06-24-2010 19:27
Fabio Limbewiani


Fabio wyszedł z samolotu i przeciągnął się, ziewnął. Podszedł do skrytki, wyjął paczkę owiniętą w szary papier, oprócz tego zapalniczkę i paczkę fajek. udał się do toalety, rozdarł papier paczki i wyjął ze środka list, kluczyki do samochodu oraz dosyć słabo wyglądającą klamką. Dobrze chociaż że było tam trochę napojów. Wyjął papierosa z paczki, zapalił go i zaciągnął się żeby zabić dziwny posmak w ustach który został mu po jakimś gównianym żarciu w samolocie. ze swojego bagażu wyjął futerał na pistolet i umieścił go na pasku, włożył do niego pistolet i zakrył go marynarka dbając by nic nie było widać. Wyszedł z toalety. Teraz przez lotnisko kroczył dosyć przystojny mężczyzna w czarnych spodniach, białej koszuli oraz ciemnej marynarce. Kroczył krokiem człowieka który nie ma nic do stracenia. Większość na starym osiedlu gdzie teraz się udawał znała go. Miał jednak nadzieję że go nie pamiętają. Zaczepił go facet, po dłuższej chwili Fabio przypomniał go sobie, mówili na niego Jericho. Zatrzymał się przy samochodzie swojego kumpla, stareńkim Pontiacu Firebird. Pełna klasa


-- Hej, znam cię. Czekaj, czekaj miałeś jakoś śmiesznie na imię… Fabio.
-Puttana- Zaklął Fabio po włosku. Później z bardzo wyraźnym włoskim akcentem zaczął mówić.
-Owszem byłem Fabio, ale na Boga dla własnego bezpieczeństwa mów do mnie Marco. Jericho tak? Podrzucić cię gdzieś?- Zapytał po czym otworzył drzwi samochodu.

vvojtas 06-24-2010 23:45
Jack Walker


-To oburzające, nawet po lądowaniu nie przyznali, że nasze życie było zagrożone!- obruszyła się starsza kobieta.
-To byśmy nie domagali się odszkodowania. Często tak robią- odparł spokojnie Jack.
-Tak? Już ja sobie z nimi porozmawiam!- oświadczyła staruszka groźnie wymachując przy tym swoja laską. Jack uśmiechnął się półgębkiem widząc jak odchodzi w kierunku biura obsługi klienta. Ray za to nie próbował kryć wesołości.
-Potrafisz sobie urozmaicić podróże- stwierdził w końcu.
-Staram się unikać nudy.- Rzucił ostatnie spojrzenie w kierunku rozpętującej burzę staruszki i pokręcił głową. Wyciągnął okulary przeciwsłoneczne z kieszeni, poprawił ułożenie marynarki, przeczesał dłoniom włosy po czym przywołał na twarz szeroki uśmiech - Liberty City stało przed nim otworem.
-Nie traćmy więcej czasu. Stojących w miejscu doganiają ich własne błędy!-

Ruszyli do wyjścia, by po chwili nadziać się na więcej starych znajomych.
-Jericho, Fabio!- zawołał jowialnie -Kopę lat!-
Odwrócili się w jego stronę, choć drugi z wywołanych wyraźnie zjeżył się na dźwięk swojego imienia.
-Ciszej- syknął gdy podeszli bliżej -I na miłość boską mów do mnie Marco-
-Nowe imię, co?- spytał Jack -Niech będzie, mi nadal możesz mówić Jack. A na twoim miejscu nie podskakiwałbym tak na każde usłyszane w pobliżu "Fabio"- zerknął na auto -Świetna bryka, podrzucicie dawnych kumpli na stare śmiecie?-

Arvelus 06-25-2010 10:02


-Jerycho. Moje imię to Dżeryko. Twardo. U żabojadów by tak pasowało, ale nie...

-Jericho, Fabio!- zawołał jowialnie -Kopę lat!-

-JERYCHO! Cholera. Ludzie... co z wami? I tak, chętnie się zabiorę. Nie kręci mnie myśl o napchaniu kieszeni taxiarza pięćdziesięcioma dolcami za ten kawałek.
A tak w ogóle to skąd wracasz Marco? Wy zresztą też?- skierował się do pozostałych
-Ja właśnie wróciłem z wakacji w Polsce. Potrzebowałem... czasu dla siebie

Mike 06-25-2010 20:26


Zapakowali się w czwórkę do samochodu i ruszyli. Fabio chcący by nazywać go Marco pomknął obwodnicą by zjechać na Dukes bulwar i stamtąd odbić na most. Bliżej było przez Charge Island, ale przejazd mostem kosztował pięć dolców. Most przez Colony Island był darmowy, ale nadkładał parę kilometrów. Jednak dylemat pozostał chwilowo nierozwiązany. Na wysokości Meadow Park Fabio powiedział:
- Jakieś gówno się nam przylepiło do zderzaka.
Trójka pasażerów obejrzała się mniej lub bardziej dyskretnie. Faktycznie, trzy samochody za nimi jechała żółta honda CRX. Fabio zmienił kilkukrotnie pasy, honda jak ściągana magnesem podążyła za nimi.
Teoretycznie byli niewinni, ale ciągnąc ogon praktycznie na próg domu nie byłby zbyt mądre. Teraz nie było szans się zgubić, ale jak tylko zjadą z wiaduktu będzie można odbić w którąś z uliczek Dukes. Była też trochę karkołomna alternatywa, za kilometr była nitka dołączająca do obwodnicy, drobnym problemem był fakt, że trzeba było pojechać pod prąd…

Podróż taksówką trochę trwała, w końcu jednak znaleźli się na Frankfort Ave. Taksówka odjechała z piskiem opon. Thomas i Irma obrzucili spojrzeniem okolicę. Wiele się nie zmieniło. Thomas popatrzył na dłoń i wskazał blok. Cóż, siostrzyczka za daleko od domu nie odeszła. Kiedyś mieszkali ulicę dalej.
- Chodź, Edna pewnie ma jakieś prochy na głowę.
Weszli na trzecie piętro, chwile trwało zanim znaleźli odpowiedni numer, ktoś kierował się chorą logiką i wyglądało, że drzwi ponumerował zupełnie losowo.
Klucz zachrzęścił w zamku, weszli. Przeciąg wyrwał Irmie klamkę z dłoni i trzasnął drzwiami. Z salonu rozległ się pisk, pisk jaki wydają adidasy na linoleum.
- Hej siostro… - Thomas ruszył w kierunku dźwięku, zajrzał do salonu. W oknie mignął mu tylko cień i rozległ się tupot stóp na schodach przeciw pożarowych. Siostrzany prezent sam znalazł się w dłoni Thomasa. W trzech susach dopadł oka i ostrożnie wyjrzał. Jakiś koleś zbiegał po schodach, był już jedno piętro niżej…

Arvelus 06-26-2010 18:56

-Moja propozycja jest taka- zaczął Półpolak opierając się łokciem na oparciu pasażera- zatrzymaj się na chwilę na poboczu i daj mi kierownicę. Swego czasu wygrałem "kilka" wyścigów- mówił spokojnie, jakby od niechcenia

Suarrilk
06-26-2010 19:57


Fajka smakowała paskudnie, ale mówi się, że z braku laku i kit dobry. Potrzebowała jakoś uspokoić nerwy, skorzystała więc z tego, co było pod ręką. Później przyjdzie czas na mocniejsze i skuteczniejsze środki.

Niestety, taryfiarz okazał się zwolennikiem zdrowego trybu życia. A w każdym razie, stanowczym przeciwnikiem nikotyny w granicach swego żółtego królestwa na kółkach. Gdy tylko Irma klapnęła na tylne siedzenie, odwrócił się do niej ze słowami:
- Tu się nie pali.
Dmuchnęła mu w twarz kłębem dymu. Który już raz słyszała to dzisiaj... Otworzyła jednak okno i wyrzuciła niedopalonego papierosa, pstrykając palcami.
- Ta jest. – Zasalutowała kierowcy kpiąco.

Przez całą drogę za to bawiła się zapalniczką, stukając nią w plastik na drzwiach. Milczała. Jakby towarzysz zupełnie przestał ją interesować. W przeszłości często zachowywała się podobnie. Zobojętniała, jak gdyby ktoś ją wyłączył.

Myślała o swoich przybranych braciach. W sumie to nie miała pojęcia, czym dokładnie obaj się zajmują. Jedno było pewne – stałej posady żaden nie miał, źródeł ich utrzymania nie udało jej się ustalić przed powrotem. Na ile ich zdążyła poznać, raczej nie żyli na garnuszku u rodziców. Toby ponoć od małego był kombinatorem Że był nim jako nastolatek, sama zdążyła się przekonać w ciągu tych dziesięciu mięsięcy, gdy mieszkała z Donellami. A Jake'a zawsze ciągnęło do samochodów. Może zajął się rozwijaniem hobby? Na to właśnie liczyła.

- Thomas! - krzyknęła nagle, podrywając głowę. Rozmyślając o starych czasach, przypomniała sobie imię Sheltona. Ten zerknął na nią z lekkim zdziwieniem, taksówkarz zaś - jakże by inaczej - rzucił podejrzliwe spojrzenie w lusterko. Irma nie dodała ani słówka więcej, toteż konwersacja umarła w zarodku.
***

Przeciąg wyrwał Irmie klamkę z dłoni i trzasnął drzwiami.

Pisk gumy na linoleum.
Szczęk metalowej kraty schodów przeciwpożarowych, gdy wylądowało na niej coś ciężkiego.

Dziewczyna bez zastanowienia podążyła za Thomasem. Ten rzucił się przez salon do okna. Był w połowie drogi, gdy torba Iskry wylądowała na podłodze. Ręka sięgnęła pod letni płaszcz. Desert Eagle pewnie spoczął w dłoniach. Chwilę później była już przy oknie, by zobaczyć zwiewającego Azjatę. Jak na żółtka, był dość wysoki. Tylko tyle zdążyła zaobserwować, nie zatrzymywała się bowiem.
- Orzeł rusza na łowy – mruknęła, przeskakując parapet w tym samym momencie, w którym go dopadła.

Poły płaszcza uniosły się dookoła niej, gdy omijając wąski podest pod oknem, poleciała pod kątem od razu o poziom niżej. Nie był to prosty skok, a ona nie była Jackie Chanem, ale robiła podobne rzeczy nie raz, więc i dziś się udało. Przyklękła na jedno kolano, by zamortyzować lądowanie. Krata zasprężynowała jak siatka, wydając charakterystyczny dźwięk. Budynek był wiekowy, więc i schodów nie szczędziły zęby czasu. Metal zajęczał, grożąc nieciekawymi konsekwencjami, jeśli wystawić go na zbyt wielką próbę.

Była u szczytu schodów, prowadzących na pierwsze piętro. Zerwała się zaraz, widząc, że Azjata spieprza, nie oglądając się na nic. Wcisnęła eagla za pasek i chwyciła poręcze wąskich schodów. Były na tyle strome, by potraktować je jak zjeżdżalnię, co też bez wahania uczyniła, opierając o balustradę także stopy. Śliskie podeszwy zapiszczały na żeliwie bardzo nieprzyjemnie. W ostatniej chwili złączyła nogi, by kopnąć uciekającego w plecy. Poleciał wprzód, a ona wylądowała na nim okrakiem.
- Piękny dzień na zawieranie nowych znajomości, nie sądzisz? – Przytknęła mu lufę do potylicy.



--

Testy poruszania:
pierwszy - [Rzut w Kostnicy: 4]
drugi - [Rzut w Kostnicy: 2]


vvojtas
06-26-2010 21:06


-Właśnie wracam z Vegas. Ruletka, kobiety, alkohol, kości, wpadanie w długi... te sprawy. A że nic aktualnie mnie nie nagli stwierdziłem, że najwyższa pora odwiedzić stare Liberty City. Może nawet tu trochę zabawię... W każdym razie cieszę się że wpadłem na was.- odpowiedział Jack pakując się do Firebirda.

Wyjrzał za okno. Właśnie mijali Meadows Park, to tu kiedyś wyskakiwał z pewną dziewczyną by zaszyć się w taki ustronny zakamarek... Jak jej było na imię? Jack mógł przypomnieć sobie jedynie długie blond włosy i płaski biust. Cóż, był wtedy młody i głupi. Tak - bardzo młody i bardzo głupi. Ale mina przełożonej sierocińca, gdy wracał po kolejnej udanej ucieczce, czasem nawet po tygodniu szwendania się po mieście, do dziś bawiła go do łez.
Z przyjemnych wspomnień, których zresztą w LC zyskał niewiele, wyrwała go informacja o ogonie. Oho - czyjeś błędy właśnie ich doganiały. Jerycho szybko wystąpił ze swoją propozycją.
-Jasne, zatrzymajmy się na poboczu. A jak staną obok grzecznie im wytłumaczymy, że teraz prowadzi prawdziwy rajdowiec i nie mają już po co nas śledzić. Gazu Marco! Oni mogą znać twoje prawdziwe imię!- zażartował lekko.

Arvelus
06-27-2010 16:28


Jerycho oparł się wygodnie. To z założenia miała być tyko propozycja. Argument też niby logiczny ale...
-Oni nie wyglądają jakby nas ścigali, a śledzili. Gdyby zależało im na złapaniu nas trzymali by się tuż obok i starali zbić na pobocze, a nie jechali na 4. miejscu za nami. A jakby podjechali do nas na bok to by dostali z mojego orzełka he...-i nagle minka zrzedła. Nie miał go przy sobie- Tak czy siak bym im uciekł jeśli nie mają podrasowanej bryki

pteroslaw
06-27-2010 23:59


Fabio siedział za kółkiem i aktualnie podwoził swoich starych "kumpli". Droga przebiegała raczej spokojnie, do czasu. Ktoś ich śledził, śledzili ich jednym samochodem co dobrym pomysłem nigdy nie jest. Na propozycję Jerycho aby przekazać mu kierownicę odparł szybko.

-Jak się zatrzymam to nas dopadną. Wyścigi ci teraz nie pomogą, to ruch uliczny. Nie martw się, należy im tylko na mnie. Sukinsyny, ale mam pewien plan. Trzymajcie się!

Po czym przyśpieszył, skręcał aby jechać pod prąd na tę obwodnicę. Plan karkołomny aczkolwiek możliwe że bardzo skuteczny, Fabio uważał na samochód, obiecał w końcu go nie porysować.

Arvelus
06-28-2010 08:05


-Bardzo proszę- odpowiedział Półjamajczyk. Nie było w tym drwiny, żalu ani żadnej negatywnej emocji. Ton bardziej się kojarzył z "powodzenia". Ponieważ już opierał się wygodnie nie mógł tego zrobić ponownie. Hym... może powinien zostać poetą. Haha! Uśmiechnął się do tej myśli
-No właśnie chłopaki. Trochę wstyd, ale... skoro jesteśmy ścigani to ma ktoś dodatkowego gnata aby mi pożyczyć póki ich nie zgubimy, ja mojego zostawiłem w domu- zakończył skwaszona miną

Mike
06-28-2010 12:13


Fabio/Marco dodał gazu by chwilę potem z piskiem na ręcznym obrócić się o sto dwadzieścia stopni i pognać pod prąd. Manewr ten mimo, że karkołomny, dał im pewność, że byli śledzeni. Bo dwóch wariatów walących pod prąd jasno na to wskazywało. Pierwszy z rykiem klaksonu parł środkiem, kierowcy z naprzeciwka gwałtownie odbijali na boki. Towarzyszył im pisk hamulców, trąbienie i opinie o rodzinie Fabio aż do trzeciego pokolenia wstecz. Honda dzielnie się trzymała. Do czasu, po pięciuset metrach szaleństwa trafili na dwukierunkową ulicę prowadzącą przez Meadows Park. Fabio wjeżdżając na właściwy pas zahaczył lekko lusterkiem dostawczego vana. Oprócz trzasku szkła i potencjalnych siedmiu lat większych szkód nie było. Van przyhamował gwałtownie, obróciło mu zad w lewo i wprost przed toyotę, która wpasowała się w niego, aż mu zad poderwało pół metra do góry.
Stan meczu: przyjezdni 1 miejscowi 0. Byli prześladowcy raczej przeżyli, poduszki powietrzne wypełniły wnętrze samochodu, ale z pościgiem chwilowo dadzą sobie spokój.

Schwytany próbował się wyrwać, ale Irma wprawnie go przytrzymywała. Dopiero, gdy postukała lufą tuż koło jego twarzy pojął co wbijało mu się w kark. Zmiana zachowania była diametralna.
- Ja nic nie wiem, miało cię nie być w domu. Nic nie ukradłem. Przysięgam! – taak, cały zestaw grzechów do których się nie przyznaje. Szerokie spektrum, coś mogłoby zainteresować właścicielkę mieszkania. Tyle, że Irma złapała go odruchowo i w zasadzie zastanawiała się co teraz.
Thomas właśnie schodził, czujnie się rozglądając za innymi potencjalnymi przeciwnikami.

Dhagar
06-28-2010 14:14


Zszedł na dół i rozejrzał się po okolicy, szukając wzrokiem podejrzanych samochodów mogących czekać na uciekiniera, furgonetek, których nie powinno tutaj być, lub nagle i szybko oddalających się osób. Mała była szansa, że coś takiego zobaczy, ale nie można było opuścić gardy.
Spojrzał na uciekiniera. Miał już przygotowaną spluwę, ukrytą jednak przed niepożądanych wzrokiem obcych.

- Miało jej nie być, nic nie ukradłeś. Ciekawe co nam jeszcze powiesz jak użyję prądu i gwoździa. - powiedział zapalając papierosa zapałkami, które wyciągnął z kieszeni.
- Zabieramy go na górę. Z chęcią się dowiem, czemu tam był i kto go wysłał. Mam nadzieje, że będzie bardzo rozmowny.

Suarrilk
06-29-2010 09:34


Irma zadała sobie jedno z podstawowych pytań, gnębiących filozofów:
~Co dalej?~

W zasadzie, nie do końca wiedziała. Rzuciła się za uciekającym dla samego pościgu. Taki odruch Pawłowa, poniekąd. Skoro zwiewał, znaczyło, że trzeba go złapać. Proste. A teraz, kiedy już go miała, reszta zależała od Thomasa. W sumie, mogła sobie darować machanie bronią. Sąsiedzi na całym świecie są wścibscy, ale tutaj zwykli bić wszelkie rekordy. Trudno, pomyśli się o tym, jeśli zajdzie potrzeba.

W tej chwili istotniejsze wydawało się, że najwyraźniej nie znał Edny, na pewno niezbyt dobrze, skoro wziął za nią Irmę. ~Nic nie wiesz, niczego nie ukradłeś? Jasne. A ja jestem Matka Teresa.~ Potarła lewą skroń. Głowa bolała coraz mocniej.

Kroki Sheltona wprawiły schody w metaliczną wibrację. Zatrzymał się za jej plecami.
- Zabieramy go na górę – rzucił. Iskra chwyciła kolesia za dżinsową kurtkę i szarpnęła, wstając jednocześnie. Wyglądał jak miliony innych Azjatów. Pewnie nie rozpoznałaby go w tłumie. Ubrany w dżinsy, koszulę, na nogach miał adidasy. Nie dostrzegła niczego, co można by uznać za barwy lub znaki rozpoznawcze gangów. Zauważyła za to, że na dłoniach miał gumowe rękawiczki.

Wprowadzili żółtka na górę. Dziewczyna trzymała go, mocno wbijając palce w jego ramię. Na wszelki wypadek przytknęła mu do krzyża broń. Tym razem starając się ją zasłonić.
- Nie rób niczego głupiego. I nie krzycz. Głowa mnie boli, więc jestem drażliwa.
Thomas szedł przodem.

Posadziła kolesia na krześle. Widząc broń, z którą teraz już oboje się nie kryli, włamywacz pozwolił się przeszukać.
- Nie będe krzyczeć, tylko nie zabijajcie mnie!
- Nikt cię zabijać nie będzie. Szkoda kuli. - Prychnęła lekceważąco. Azjata zerknął nieufnie na Toma.
- I nie bijcie! - Niemal pisnął. Przewróciła tylko oczyma.

Papierosy. Zapalniczka. Komórka. W portfelu 43 dolary i 37 centów. Kilka żetonów na metro, czyli żadnej fury nie miał. Kolekcja wytrychów. Irma spoglądała na to obojętnie. Dopiero kastet wzbudził jej zainteresowanie. Podobnie, o dziwo, wczorajszy bilet na Shreka.
- I co, fajny ten Shrek? Czy poprzednie części lepsze? – zapytała niemal konwersacyjnie, oglądając klucze z breloczkiem. Wyglądały na klucze do mieszkania, ale w takim razie po co byłyby mu wytrychy? Na wszelki wypadek sprawdziła – nie pasowały do zamka w drzwiach.

- No dobra, to w zasadzie co chcesz z nim zrobić? – spytała Thomasa, przeglądając od niechcenia płyty przy zestawie stereo. Pochodne rocka i metalu, żadnych cięższych brzmień. Szkoda. – Ściany mają uszy. – Wcisnęła "PLAY". - Idę poszukać apteczki czy coś.

~To w końcu jego siostra, jego problem.~

Mieszkanie Edny nie wyróżniało się niczym specjalnym. Ot, dwa pokoje, w każdym łóżko. Mała kuchnia. Szafa, stół, cztery krzesła. Telewizor. Co by to było za amerykańskie mieszkanie bez niego. Nie znalazła żadnych zdjęć, za to na ścianie wisiał plakat.


Ewidentnie musiał zakrywać jakąś plamę na ścianie, bo walorów estetycznych nie reprezentował żadnych.

Wreszcie odszukała łazienkę. Pogrzebawszy chwilę wśród kosmetyków i różnych leków, znalazła paracetamol. Łyknęła od razu dwie tabletki, popijając wodą z kranu.

Arvelus
06-29-2010 18:57


-Ha! Ładnie się walnęli, choć mogli mocniej. Dobra, co teraz robimy?

Dhagar
06-30-2010 20:44


Thomas przywiązał dupka do krzesła na środku pokoju, z dala od okien. Dopiero po tym je zasłonił od niechcenia. Przyglądał się chwilę jeńcowi, paląc powoli papierosa.

- Masz trzy wyjścia. - zaczął mówić do typka. - Pierwsze to ja pytam, ty odpowiadasz i wszystko jest w porządku. Drugie, nie odpowiadasz a ja przedstawiam ci pewną historię z południowo-wschodniej azji, ciekawy sposób przesłuchiwania. - uśmiechnął się lekko na wspomnienie azjatyckich metod, gdy służył w oddziale najemników. Stosowali wtedy węże i szczury w rozgrzanych wiadrach. - Trzecie, jeśli ciągle będziesz się stawiał odeśle cię do Zakonu Niemiłosierdzia. A stamtąd już nie wrócisz.

Zamilkł na chwilę, zaciągnąwszy się lekko i przyglądając jeńcowi.
- Co zatem będzie ? Powiesz mi wszystko o tym co tutaj robisz, dlaczego i dla kogo to zrobiłeś czy przechodzimy do drugiego wyjścia.

Mike
07-02-2010 13:19


- Stary wyluzuj. To tylko interes. Wynajął mnie jeden koleś…
- Kto?
- Nie wiem, kazał mówić na siebie Johnny. Zadzwonił i zaproponował pięć stów za prosty włam.
- Co miałeś ukraść? – zapytał Thomas siadając przed więźniem opierając pistolet na udzie.
- No właśnie nic…
- Nie pierdol.
- Naprawdę, miałem podrzucić paczkę. Nie wiem co było w środku, miałem nie zaglądać. – uprzedził pytanie.
- Gdzie paczka?
- Schowałem pod wanną w łazience. Była w czarnej folii owiniętej taśmą.
- Irma! Pod wanną jest podobno paczka w czarnej folii. – zawołał Thomas.
Chwila ciszy, szuranie aż w końcu:
- Nic niema…
- Chyba się nie zrozumieliśmy gnojku – Thomas zaczynał się zastanawiać skąd weźmie w środku miasta węże. Bo kubeł i szczury nie były problemem.
- A nie, coś jest. Nie za duże. – Irma wyszła z łazienki niosąc paczkę wielkości dwóch dłoni. Na oko pół kilo wagi – miękkawa, w środku musi być coś sypkiego…
Szczeknął sprężynowiec, folia puściła, a w rozcięciu pojawił się biały proszek.
Thomas zwilżył palec i zebrał trochę substancji.
- A jak to cyjanek, albo inne gówno – mruknął azjata i zamilkł, gdy oboje spojrzeli na niego potem na paczkę.
- Weźcie się nie wygłupiajcie, puśćcie mnie wiecie wszystko…
- Nie tak szybko. Jak wygląda ten Johnny?
- Nie wiem, tylko przez telefon gadaliśmy i chyba zmieniał głos, bo śmiesznie brzmiał. Paczkę zostawił mi w skrytce na dworcu. I godzinę temu zadzwonił, że mieszkanie jest puste. Ja naprawdę więcej nie wiem. Potem ma zadzwonić i umówić się na resztę kasy.

Tymczasem uciekinierzy spokojnie znaleźli się za mostem. Niestety szczęście skończyło się. – Kurwa. Złapaliśmy gumę – warknął Fabio zjeżdżając na bok.
Gdy zatrzymał się wyskoczył z wozu, tylne prawe koło oklapło zupełnie. Z bieżnika wystawał kawał metalu, na jakiś centymetr. Zagięta w „L” blacha idealnie nadał się do przebicia opony.
- Niema co stać, zmieniamy – rzucił Ray.
- Zmieniajcie – odparł Fabio otwierając bagażnik – za podwózkę się odpłacicie.
- Czego patrzycie na mnie, tylko w połowie jestem czarny, nie zamierzam sam zapierdalać.
- Dobra, jak wszyscy to wszyscy, niema ze czarny. Odkręcaj, Ray wymieni oponę, Marco przykręci i z bani. – rozstrzygnął Jack.
- A ty co, kurwa będziesz robił? – Ray pierwszy połapał się w podziale obowiązków.
- Ja wam zapewnię, kurwa wsparcie moralne.
- Masz i dymaj - Fabio w wcisnął w rękę Jacka lewarek.
- Jaja sobie robisz?
- A chcesz mieć mojego desanta w dupie?
- Zamkniecie się w końcu – warknął Ray wyciągając koło. – Co to za gówno?
Po wyjęciu koła wysunęła się z kąta walizeczka. Zamki miała strzaskane. Zostawiwszy koło Ray uchylił wieczko, jego oczom ukazało się wnętrze wypełnione czarnymi foliowymi paczkami. Na oko po pół kilo każda. W sumie z dziesięć kilo…
- Co tak się gapisz? Bagażnika nie…
- A wy co… kurwa.
- Zamiast podziwiać wnętrza lepiej przywitajcie się z panami – powiedział Jack, kończąc podnosić samochód.
Radiowóz zatrzymał się trzy metry za nimi. Wysiadło dwóch mundurowych.
- Jakieś problemy panowie?
Tak, kurwa, takie dwa niebieskie – miał ochotę krzyknąć Jerycho.

Arvelus
07-02-2010 14:21


Jednak się powstrzymał ukrywając swoje myśli głęboko w świadomości. Zbliżył się na krok przed resztą w stronę gliniarzy, na tyle blisko aby musieli zadrzeć głowę by z nim rozmawiać, ale nie na tyle aby naruszyć jakąkolwiek osobista granicę. Czyli jakieś 1,5m. Cały czas patrzał w oczy to jednemu to drugiemu uśmiechając się lekko. To był jego stary sposób.
Patrząc w oczy niemal wymuszał odwzajemnienie tego, a że był wysoki to musieli patrzeć w górę, co nie pomagało dostrzec tego co robiła reszta. Poza tym nawet gdyby spojrzeli to on sam, swoją dwumetrową sylwetką, zasłaniał całkiem sporo
-Absolutnie żadnego panie władzo- odparł uśmiechając się niemal przyjaźnie
-Złapaliśmy gumę, kolega właśnie szukał trójkąta ostrzegawczego aby go ustawić, a my mieliśmy migiem zmienić oponę by ruchu nie tarasować
Mówił spokojnie, przyjaznym tonem, kojarzącym się z kimś kto ma o policji średnio-dobre zdanie. Nie było widać w nim fałszu.
-Jak panowie chcą to mogą zobaczyć, ale do pomocy nie ma już miejsca
Zakończył nieco drętwym żartem i klasycznym "bananem na mordzie"

pteroslaw
07-03-2010 22:12


Udało im się gubić ogon, jednak autko się zarysowało i jeszcze na dodatek stracili lusterko. Później jeszcze złapali gumę. Gdy wyszli z samochodu, po krótkiej wymianie zdań zabrali się do zmiany koła. Jak się okazało w bagażniku było od cholery czegoś co wyglądało jak narkotyki. Jeszcze na dodatek szła w ich kierunku policja. Jeszcze zanim mogli ich usłyszeć Fabio po włosku zaczął wygłaszać co on to nie zrobi, Paul'owi, kumplowi który pożyczył mu samochód.

-Puttana madre, come avrai che Paolo è semplicemente cazzo.

Później zwrócił się bezpośrednio do policjantów.

-kolega dobrze mówi jakieś ragazzi stupidi wysypały na drogę gwoździe i złapaliśmy gumę.

Suarrilk
07-04-2010 21:20


Tabletki przyniosły efekty, nim jeszcze naprawdę zaczęły działać. Jak o tym mówią? Efekt placebo, zdaje się. Irma poczuła, jak ból, który wydawał się ściskać jej skronie niczym imadło, ustępuje.

Łazienka wyglądała nieco klaustrofobicznie.

Pomieszczenie w rodzaju tych, w których każdy obrót kończy się kilkoma siniakami i kwiecistym przekleństwem. Muszla klozetowa była naprawdę stara, kamień odłożył się na niej brzydkimi rdzawymi strugami. Pęcherz Irmy jednak dobitnie przypomniał o swoim istnieniu. I o tym, że na lotnisku zapomniała skorzystać z kibla. Akurat usiadła na desce, gdy z salonu dobiegł nieco stłumiony głos Thomasa.
- Irma! Pod wanną jest podobno paczka w czarnej folii – zawołał. Pochyliła się nieco, by zajrzeć w ciemność i kurz pod rzeczoną wanną. Z tej pozycji nie widziała zbyt wiele, są jednak pewne priorytety. Dopiero kiedy przebrzmiało porcelanowe tremolo, wciągnęła majtki i sprawdziła dokładniej.
- Nic nie ma... !

Pogrzebała głębiej, boleśnie wyciągając ramię. Nagle jej palce dotknęły... czegoś. Przesunęła lekko przedmiot, by łatwiej było go chwycić.
- A nie, coś jest. Nie za duże.
Wstała, otrzepując ręce i kolana. Niewielka paczuszka w czarnej folii. Dość miękka. Pewne podejrzenie zakwitło w umyśle dziewczyny. Już miała wyjść, gdy przypomniała sobie o czymś. Odłożyła zawiniątko na brzeg wanny i umyła ręce.

Higiena przede wszystkim.

***

Kiedy Thomas rozciął folię, potwierdziło się jej przypuszczenie. Zagapiła się na paczkę, słuchając jednym uchem wymiany zdań między złapanym frajerem a Sheltonem.
- W jaki sposób przekazał ci kasę, też w skrytce zostawił, czy przelał? – wtrąciła się, nie odrywając wzroku od białego proszku. Coś niepokojąco błyskało w jej oczach.
- Normalnie, w skrytce z paczką była. Resztę pewnie też tak zostawi. Skryty koleś z niego.
- A tyś co za jeden, w zasadzie? Braci Donellów znasz może? - zaciekawiła się raptem, zerkając na niego spod grzywki.
- Ronald Lee. Taa, wiem. Starzy mieli fioła na punkcie Regana, patriotyzmu się im zachciało, a zieloną kartę dostali po 20 latach. Donellów nie znam, ale mogę się popytać?
- Może i możesz. - Odwróciła się do Sheltona. - Ta twoja siostra to czym się w zasadzie zajmuje, co, Tommy? - Zawsze miała zwyczaj zdrabniania męskich imion. - Może skumała się z tym całym Johnnym?
- Zabezpiecz i odłóż paczkę na miejsce, mała. Chyba wiem, co to za sprawa, i nam niewiele do tego - odparł Thomas. Dziewczyna wydawała się mocno zawiedziona.

Mężczyzna zaś wstał i spojrzał na posłańca.
- Na drugi raz mów trochę składniej w rozmowie ze mną, to nie będziesz miał problemów. - Wyciągnął nóż i przeciął mu więzy. - A teraz zjeżdżaj i lepiej, abym nie usłyszał, że przez ciebie ktoś na mnie dybie, bo cię znajdę.

vvojtas
07-22-2010 01:46


Policjanci wyraźnie zerkali za plecy Jerycha i Fabia. Byli młodzi, dociekliwi i podejrzliwi. Na tyle młodzi by szara rzeczywistość nie zdołała jeszcze pozbawić ich mrzonek o naprawianiu świata. Znaczy skłonni do nadgorliwości i naiwni.
Powoli ruszyli w kierunku auta Fabia, jednak zanim zdążyli postawić trzeci krok już był przy nich Jack.

-Co wy, kurwa, robicie?- wysyczał zdenerwowany -Chcecie nas wydać?
Mundurowi zdecydowanie nie spodziewali się takiej reakcji, ponieważ przystanęli na chwilę i spojrzeli na Walkera.
-To wy nic nie wiecie?- dalej oburzał się Jack nie pozwalając stróżom prawa dojść do głosu.
-Nie...- odparł niepewnie pierwszy.
-Ale zaraz się dowiemy!- drugi, widać odrobinę bardziej doświadczony, zachował się jak każdy glina w obliczu nieznanego - zrobił groźną minę w nadziei że sytuacja sama wkrótce się rozwiąże. Jack spiorunował go wzrokiem ucinając wszelkie dalsze pogróżki.
-Nawet lepiej że nie wiecie... nawet lepiej... Tajne to tajne. Nie wiadomo gdzie O n i mają wtyki.- mruczał jakby do siebie Walker.

-Ale kim wy...- zaczął drugi, okazuje się, bardziej nieufny policjant. Jednak zaraz mu przerwano.
-Im mniej wiecie, tym lepiej. Choć w sumie możecie pomóc tej sprawie. A nasze służby wciąż rozglądają się za potencjalnymi rekrutami...- pozwolił sobie na delikatny uśmiech. Sądząc po postawie obaj policjanci rozluźnili się trochę, pewnie oczyma wyobraźni już widzieli siebie w szeregach służb specjalnych.

-Dobra robimy tak- oświadczył jakby doszedł do jakiegoś rozwiązania -Śledzi nas czarne bmw. Ale na miłość boską nie oglądajcie się!- syknął gdy obaj zaczęli się obracać. -Pewnie korzystając z tego, że złapaliśmy gumę zmienią ogon,a bmka zaraz gdzieś zniknie. Więc tak. Będziecie mnie "upominać" jeszcze chwilę, dopóki nie minie nas to przeklęte bmw. Dyskretnie ruszycie za nim i zobaczycie dokąd zmierza. W raporcie z dzisiejszego dnia dokonacie wpis z dokładną godziną w której auto się zatrzymało, o treści "przerwa na pączki w..." następnie wstawicie adres. Ktoś z góry będzie wiedział o co chodzi.
Może trochę przeholował, bo drugi z policjantów zaczynał marszczyć z niezadowoleniem czoło, ale w tej właśnie chwili mijało ich czarne bmw. Młodzicy spojrzeli po sobie, po czym niemal rzucili się do radiowozu.

-Tylko spokojnie, by nie wzbudzić podejrzeń.- zaczął instruować policjantów Jack. -Rzućcie jakieś upomnienie na do widzenia a następnie nie spiesznie zajmijcie swoja miejsca. Tylko nie straćcie z oczu bmki!
Ach, i w razie czego - nigdy się nie spotkaliśmy!

Cóż zew pogoni zrobił swoje, już po chwili po policjantach nie było śladu, a właściciel czarnego bmw mógł tylko zgadywać dlaczego tego dnia cieszył się taką atencją samochodu policyjnego.

rzut

Dhagar
07-22-2010 08:19


Spoglądał za oddalającym się typkiem, dopóki nie zniknął za drzwiami które sam zamknął. Dopiero wtedy wrócił do Irmy.

- A co do tego czym się zajmuje moja znajoma. Jest siostrą zakonną. - odpowiedział na zadane uprzednio pytanie i zaczął przeglądać lodówkę w poszukiwaniu czegoś małego na ząb. Niewiele tego było ale zabrał dla siebie kabanosa, którego zaczął pogryzać.
- I nie pytaj o szczegóły bo ich nie znam. I zapomnij też o tym dla własnego dobra. Tak będzie naprawdę lepiej.

Spojrzał na zegarek. Skrytka pocztowa powinna być ciągle dostępna mimo popołudniowej pory. Zresztą nie będzie się przecież kręcił po mieście tylko z pożyczoną spluwą.
- Masz coś do roboty ? Wybieram się po własną paczkę, więc jak chcesz możesz jechać ze mną.

Mike
07-23-2010 07:30


Przypadkowi przemytnicy prochów
Zmasowany atak psychologiczny na policjantów odniósł skutek. Co prawda czarny koleś koło fajnej bryki wzbudzał trochę podejrzeń, ale gliniarze kupili bajeczkę o tajnych agentach i zmyli się. Chłopaki tymczasem zmienili koło nad wyraz zgodnie i zgranie, niczym ekipa F1. Co zrobić z walizką pełną torebek z białym proszkiem? Z pewnością w ich głowach już obracały się trybiki. Ale o tym można było myśleć jadąc, a byli już dosyć blisko. Dla pewności Fabio pokluczył chwilę ulicami starając się unikać radiowozów. Zadziwiające jak zmienia się perspektywa, gdy masz na oko pół miliona w koksie…

Mieszkanie pewnej zakonnicy z workiem kosku pod wanną
Irma w zasadzie miała co robić, ale jeszcze nie wiedziała od czego zacząć. Jak dobrze się zakręci to może uda się załapać na darmowy kąt. A jeśli nawet nie darmowy to w końcu lepiej płacić znajomym niż obcym?
Wzruszyła ramionami i ruszyła z Thomasem.
Złapanie taryfy nie zabrało im wiele czasu, dojazd do poczty także. Thomas zabrał paczkę, jej ciężar dawał mu poczucie bezpieczeństwa.
Nagle zadzwoniła komórka, wkładając paczkę pod pachę odebrał.
- Braciszku, coś ty mi do chałupy naznosił? Z nudów walizkę opierdoliłeś na lotnisku?
- Szybko wróciłaś.
- Sprawy się rypły… nieważne. Co to za graty?
- To Irmy.
- Jakie znowu Irmy? Już sobie dupę poderwałeś? Stary ty możesz mieszkać, ale nie sprowadzaj mi do domu panienek.
- To dawna sąsiadka. Spotkaliśmy się na lotnisku.
- Dobra, pogadamy jak wrócisz. Kup coś do żarcia i jakiś browar.
- Jasne.
Market był parę kroków stąd.

Ponownie przypadkowi przemytnicy prochów
Fabio zaparkował, wyłączył silnik i odwrócił się na siedzeniu. W przestrzeni zawisło niewypowiedziane pytanie. Co z walizką?

Ponownie mieszkanie pewnej zakonnicy z workiem kosku pod wanną
Irma i Thomas weszli po schodach obrzuceni czujnym spojrzeniem, najwyraźniej tubylca. Tym razem bez błądzenia dotarli do drzwi. Thomas bez pukania wszedł, nie spodziewał się zastać siostry w dwuznacznej sytuacji. Tym bardziej, że pudełko soku, który kupił na wszelki wypadek zaczęło przeciekać.
Drzwi przez chwilę stawiały opór, ale potem puściły.
- Czego kurwa się pchasz głąbie…
Byczkowaty osobnik pchnięty drzwiami zatoczył się na ścianę. Widząc Thomasa a nie spodziewanego znajomka sięgnął pod kurtkę. Reklamówka z zakupami padła na podłogę, pudełko soku nie zdzierżyło takiego traktowania. Płynne morele wzbogacone E220 rozprysły się na boki.
Byczek celował w Thomasa, ten nie pozostał dłużny.
- Szefie mamy gości…
- Wyluzuj stary – usłyszał Tommy z boku, kątem oka dostrzegając wychodzącego z łazienki kolesia z glockiem - odłóż klamkę i… - zamilkł spoglądając w lufę armaty, nie zapalony papieros zwisł mu z kącika ust.
- Cześć, chcesz ognia? – zapytała Irma.
Puszka piwa powoli wytracała prędkość wirując na podłodze.

Arvelus
07-23-2010 16:53


-Dobra!- zaczął Jerycho- Mamy opcje. Możemy postąpić jak praworządni obywatele i odnieść na policję. Możemy też wywalić do rzeki i udać, że to się nigdy nie zdarzyło. Możemy też znaleźć dealera który to od nas kupi, bądź sami możemy to sprzedać. Ja osobiście jestem za wywaleniem. Nie chce mieć z tym nic wspólnego

Suarrilk
07-27-2010 16:32


- Cześć, chcesz ognia? - zapytała Irma. Ciężar eagla w dłoniach dodawał jej pewności i wywoływał dreszczyk emocji. Strzelając z tak bliska nie tylko zmiotłaby dupkowi głowę z ramion, ale sama mogłaby się uszkodzić – cóż to jednak znaczy wobec potęgi oddziaływania psychologicznego. Uśmiechnęła się cierpko do kolesia z papierosem. Wyraźnie nie spodziewał się z jej strony ciężkiej artylerii.

To mieszkanie było zdecydowanie zbyt często odwiedzane. Będzie musiała znaleźć inną metę, bo ciągłe przeciągi ją wykończą. A, właśnie. Kopnęła drzwi za sobą, zamknęły się z trzaskiem. Wprawdzie nie uchronią słuchu postronnych w razie nagłej strzelaniny, ale po co im gapie.

Lustro zdobiła siatka malowniczych pęknięć – nie było rozbite, gdy wychodzili na zakupy. Dostrzegła na nim parę kropel krwi. Na podłodze pod wieszakiem walał się płaszcz. Kolesi było dwóch, ale coś podpowiadało jej, że w salonie może być trzeci – gościu, który wyszedł z kibla, nie wyglądał na "szefa". Przy tym byczkowatym to w zasadzie w ogóle "nie wyglądał". Za to trzymał paczkę, którą niedawno Irma sama wyciągała spod wanny. Szlag. Trzeba było wykorzystać okazję, kiedy się nadarzyła, bo niewykorzystane sytuacje mszczą się okrutnie. I to nie tylko w piłce nożnej.

Wyglądali na takich, co strzelali już do ludzi. A jednocześnie na całkiem nijakich. Jeansy, kurtki, nic, co wyróżniałoby ich z tłumu, nie kojarzyła też żadnej facjaty. No ale w końcu szmat czasu nie było jej w domu.

Być może właścicielka mieszkania była z trzecim facetem, ale wewnątrz panowała podejrzana cisza.

- Jakaś impreza, o której nic nie wiemy? - zagadnęła, pozostawiając byczka Thomasowi. - Dogadamy się, czy zatańczymy?

[post Dhagara]

Odebrawszy paczkę na poczcie, rozpakował ją dopiero w samochodzie, przez co Irma mogła zobaczyć dwa dość nietypowe Colty. Thomas sprawdził je, po czym umieścił w kaburach przy sobie, załadowane i zabezpieczone.


Wyglądały na robione na zamówienie, jakość zdecydowanie przewyższała standardową produkcję. Thomas widać dbał nie tylko o praktyczność, ale również estetykę tego, czego używał.

Telefon od siostry niezbyt go zdziwił, choć zastanawiało go, czemu wszystko sypie się tak nagle.

Sytuacja w mieszkaniu zakonnicy zaskoczyła go, ale zareagował odruchowo. Dobył obu broni ułamek sekundy wcześniej niż tamten. Słysząc drugiego gościa, przesunął jedną z broni w tamtą stronę. Domyślał się, że tamci przyszli po towar, a oni po prostu wrócili za wcześnie. A może też mieli do nich jakiś interes.

- Można wiedzieć, z kim mam przyjemność? Chyba że przyszliście tylko po swój towar, wtedy bierzecie swoje i rozstajemy się w pokoju i bez dodatkowych dziur. - Zwrócił się do gości, potem dopiero do Irmy: - Jestem równie zdziwiony, co i ty. Przynajmniej żadnej nie ustawiałem jeszcze.

Pytaniem było, co goście odpowiedzą i gdzie jest Edna. Thomas przesunął się dwa kroki w bok, lustrując dokładnie pomieszczenie.
- Możecie powiedzieć swojemu kumplowi, żeby wyszedł. I gdzie jest Edna?

pteroslaw
07-28-2010 21:18


-Jerycho, powiem powiem prosto. Nie pieprz bez sensu. Mamy tu koksu za ładniutką sumę, Na policji wsadzą nas to więzienia bo kto uwierzy że to po prostu znaleźliśmy. Na mój portfel powinniśmy to sprzedać, a jak diler nie będzie chciał kupić to się mu przystawi pistolet do łba. Znacie jakiś dilerów? Oczywiście zyskami dzielimy się po równo.

vvojtas
07-28-2010 22:10


-Nie ma mowy. Nikt od tak nie znajduje walizki pełnej dragów przy zapasowym kole.- zaprotestował Jack słysząc propozycję Jerycha -Fabio, dzwoń do kumpla może wszystko się wyjaśni. Debil przyjedzie, weźmie walizkę i po spawie. No co? Nikt pełen władz umysłowych nie zostawia koksu pożyczając komuś furę.

Propozycja była rozsądna, więc ignorując ostatnią uwagę Jacka, Włoch sięgnął po komórkę. Wszyscy nadstawili uszu.

-Stary, kurwa, coś ty mi za brykę wcisnął?
Posłuchał chwilę i ciągnął dalej głosem dalekim od spokojnego:
-W bagażniku znaleźliśmy walizkę koksu... Co jacy my? Znajomków spotkałem... Nie kurwa, nie diluje. W bagażniku była walizka koksu... Nie, nie naćpałem się. Chcesz to gówno?... Wiem, ze nie twoje, znajomkowi oddasz... Kurwa.
Popatrzył po reszcie i schował telefon.
-Brykę pożyczył mi kumpel, który pożyczył ją od swojego kumpla, który gdzieś wsiąkł. Już się paru o niego pytało.

-Wspaniale!- rzucił sarkastycznie Jack -Czyli dragi u nas, problem nasz? No to panowie, wpakowaliśmy się w niezłe gówno. Ludzie ze śledzącej nas hondy mogą nas właśnie namierzać.
Na chwilę zapadła cisza - nikomu jakoś ta sytuacja nie przypadła do gustu.

-Przede wszystkim trzeba pozbyć się auta. Zaparkować byle gdzie, byle daleko stąd. Najlepiej błędnie. Jak je odholują to nasi przyjaciele z hondy będę musieli zrobić sobie wycieczkę na parking policyjny.- Walker uśmiechnął się złośliwie.

-Co do prochów, nie możemy ich tak po prostu wyrzucić. Ktoś prędzej czy później się o nie upomni. Teraz to nasz jedyny atut. Jest czym negocjować. O sprzedaży możemy myśleć później. Mieć pół miliona, a nie mieć to już cały milion.
Teraz najlepiej schować je tak, by nikt się nie zorientował. Marco weźmie pustą walizkę i brykę, i umieści ją, znaczy walizkę, w skrytce bankowej. Prochy umieścimy w innym pojemniku i schowam je w innej skrytce w zupełnie innym banku.

-Dobra to niech będzie po twojemu, zresztą teraz jak już pytają to tego kumpla mojego kumpla to niezbyt bezpiecznie sprzedawać. W sumie warto poczekać aż sprawa trochę przycichnie. Swoją drogą znacie jakąś bezpieczną metę- odparł Marco spoglądając po reszcie.

Jack wzruszył ramionami -Aż do teraz planowałem zatrzymać się w hotelu.

Mike
07-29-2010 07:45


Patrzący w ciemne otwory luf

- Towar, tak to słowo klucz – dobiegło ich z pokoju – Choć mała, przywitamy się.
Na korytarz wsunęła się Edna za nią, wciskając jej za ucho lufę wszedł nawet przystojny blondyn w ciemnym garniturze.
- Zostańmy na miejscach do wyjaśnienia sprawy – rzekł spokojnie stopując zapędy Thomas do przemieszczania się. – Glinami nie jesteście. Więc kim?
- A ty?- odparł Thomas najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, ze odpowiadanie pytaniem na pytanie jest cokolwiek niegrzeczne.
- Michael Rourk.
- Nasz szafarz… – wtrąciła Edna ale umilkła gdy lufa wbiła się mocniej za ucho.
- Czyli wiesz o zakonie… nieważne. Jak wspominałeś: towar. Chcemy go zabrać.
- To szerokiej drogi – Irma kiwnęła głową w kierunku drzwi.
- Nie tak prędko, brakuje jeszcze 19 takich woreczków. I mamy powody przypuszczać, że nasza gospodyni wie gdzie jest reszta.
- Już mówiłam…
- Ciii… rozmawiamy. To wy jej kazaliście zwinąć walizkę?

Dilerowóz

- Szkoda bryki, ale chyba nie ma wyjścia – mruknął Fabio odpalając silnik.
- Zatrzymaj się przy sportowym, wyskoczę po torbę. – Rzucił Jerycho. – Będzie w co przesypać.
Kilka chwil później Jerycho wsiadł powrotem i rzuciwszy torbę do tyło rzekł:
- Ruszamy, szybko.
- Weź kurwa nie mów, że podpieprzyłeś torbę.
- Nie jestem debilem. Normalnie kupiłem, tylko jehowi chcieli pogadać o Bogu to im powiedziałem, że poczekam na parkingu.
- Nie mogłeś im kazać spadać.
- Jakoś nie miałem im serca odmówić.
- Ty, a nie mogłeś kupić innej torby. – Mruknął Ray.
- A co ci się kurwa nie widzi?
- Bo z tą będziemy wyglądać jak rasowi dilerzy z Vice City.
- Nie moja wina, żeś się odpierdolił jak mafiozo. Zamknij się i przesypuj. A ty czego nie jedziesz?
- Na jehowych czekam, kurwa. Nie widzisz, że czerwone?
- Zostawmy brykę przy Middle Park, tam zawsze szybko kradli.
- A jak się przestępczość zmniejszyła? – zamartwił się Jerycho.

pteroslaw
07-29-2010 09:47


-Taki piękny klasyk pójdzie na zmarnowanie przez jednego debila który zostawia dragi w bagażniku.- Cały czas mruczał pod nosem Fabio. Był dobrym kierowcą, jednak miał sentyment do starych samochodów. Ten zaś należał do jego ulubionych.

Fabio skręcił w jedną uliczkę, cały czas żałował samochodu.

- Zostawmy brykę przy Middle Park, tam zawsze szybko kradli.
- A jak się przestępczość zmniejszyła? – zamartwił się Jerycho.

Fabio uśmiechnął się pod nosem, zatrzymał się na światłach i korzystając z okazji zapalił papierosa, gestem zaproponował innym po fajce.

-Zmniejszenie przestępczości w Liberty City to taki trochę dziwny pomysł.

Fabio zaparkował samochód i wyłączył silnik.

-To co? Teraz do banku. A później gdzie? Może zapytam bardziej konkretnie. Macie ochotę na piwo?

Arvelus
07-29-2010 13:12


Jerycho nie spodziewał się, że chłopacy wezmą pierwszą opcję za poważną toteż jedynie machnął ręką. Swoją drogą to, na zimną logikę, bardziej prawdopodobne jest znalezienie prochów w pożyczonym samochodzie, niż nagłe oświecenie dilera i chęć oddania tychże. Ale nie ważne.
***
"-Zmniejszenie przestępczości w Liberty City to taki trochę dziwny pomysł."
Jerycho podrapał się w głowę mrużąc oczy.
-Swoją drogą rzeczywiście. Nawet nazwa miasta utrudnia poddawanie się pod niewolę prawa. Ale żem tekst walnął -ostatnie zdanie powiedział bardziej do siebie
-A na piwo zawsze jest pora

vvojtas
07-31-2010 12:51


-Piwo, idealnie. Zatem widzimy się wieczorem. Najlepiej gdzieś w North Holland. O dwudziestej? Pierwszy na miejscu szuka lokalu. W razie czego mamy swoje telefony.- powiedział Jack otwierając drzwi.
-A ty co?
-Przecież powiedziałem, że niezależnie dokonam depozytu. Przecież jeśli ktoś zobaczy jak wysiadam z tego wozu przed bankiem to całe zamieszanie traci sens. Ruszaj się promyczku, przecież nie możecie pozwolić mi uciec z naszym znaleziskiem.
-Dobra czyli dwudziesta, North Holland. Ach, zaopiekujcie się proszę moją torbą.- powiedział będąc już na zewnątrz.

Chwilę później Jack już łapał taksówkę, następnie przesiadł się bo metra, by ostatecznie przejść ostatni odcinek trasy między stacją, a bankiem.

Suarrilk
07-31-2010 15:52


Nie spuszczając z muszki chudzielca ściskającego czarną paczkę, Irma odwróciła się nieznacznie w stronę przystojnego blondyna. Podobnie jak lufa jednego z coltów Thomasa.

Zmierzyli się wzrokiem.

Tę rundę wygrał nieznajomy, wycelowana weń broń nie wywarła na nim żadnego wrażenia. Widać przywykł do natarczywego spojrzenia niejednej giwery. Jego opanowanie nawet się Irmie podobało.

Zerknęła znów na swój cel. Niech mu się nie wydaje, że o nim zapomniała.

-To wy jej kazaliście zwinąć walizkę? – zapytał mężczyzna, podający się za Michaela Rourka. Iskra podchwyciła jego ton, nie spuszczając z oka kolesia z paczką.
- Naprawdę sądzisz, Mickey, że mając 20 "takich woreczków" tkwilibyśmy jeszcze w tej norze? Tym bardziej wiedząc, że ich właściciel mógłby nas tu znaleźć. – Pokręciła głową. - Cholernie mi przykro, że masz nas za debili.

Arvelus
08-01-2010 22:31


-North Holland. Dwudziesta- powtórzył Półjamajczyk po cichu i wysiadł razem z Jackiem
-Ja się przejdę do domu na piechotę. Mam ochotę się rozruszać. Do dwudziestej- pożegnał się z resztą i poszedł żwawym krokiem do siebie. Mówił prawdę. Jerycho jest kolesiem co ma ADHD, kiedy siedzi na tyłku zbyt długo zaczyna wariować. Przerzucił torbę przez ramię, w sumie była lekka, zawsze brał ze sobą mało rzeczy. Tak aby nie było zbyt szkoda ich porzucić. Od tak na wszelki wypadek. Za rogiem ruszył z kopyta, za mało ruchu, za dużo energii. Trzeba było się zmęczyć. Niektórym może się to wydawać głupie, ale bardzo nie lubił pozostawać w bezruchu. Swoją drogą miał ochotę zostawić torbę i trochę poszaleć, ale to byłoby już głupie. Wrócił do siebie. Otworzył drzwi, rozejrzał się po niewielkim korytarzu. Nie zdejmował butów. Spojrzał do kuchni, salonu i pokoju. Był porządek, tak jak zostawił. To był niewielki domek. Korytarz przez który się wchodziło do 3 pokoi i łazienki. W sumie jakieś 20metrów. Odsunął szafę od ściany i podwinął płat tapety przyklejony na taśmę dwustronną na brzegach. Pod nim była goła cegła
-Szósta od lewej, trzecia od dołu- wymamrotał do siebie i wyciągnął cegłę. Sięgnął ręką, a gdy ją wyjął i odwinął szmatkę jego oczom ukazała się jego ulubiona spluwa. Czarny Pustynny Orzeł z pełnym magazynkiem półplastycznych pocisków. Po trafieniu czubek się rozpłaszczał dosłownie masakrując wnętrzności. Desert Eagl naogół przebija człowieka na wylot marnując jakieś 75% siły, a do tego mogąc trafić kogos postronnego. Te pociski sprawiają, że cała siła zostaje wymierzona w trafionego. Są one zakazane, uznane za niehumanitarne i w gruncie rzeczy to prawda. Normalne trafienie potwornie boli. Trafienie tym... To różnica jak wbicie igły w nogę, a wbicie grubego szpikulca.

Sięgnął jeszcze raz do dziury wyciągając kolbę z paskami. Przykleił z powrotem tapetę, zasunął szafą. Pozapinał paski na podkoszuku i miał już kolbę na swojego orzełka na lewym boku. Na to założył granatową bluzę z kapturem. Dres, bo dres, ale co tam. Do tego luźne czarne spodnie 3/4 i adidasy. Wyszedł, zamknął drzwi i ruszył z kopyta. Czas na odrobinę yamakasi...

Dhagar
08-04-2010 08:04


- Wygląda na to, że jednak powinienem zatrzymać tego typka co się tutaj przypałętał gdy weszliśmy do mieszkania za pierwszym razem. Ale któż mógł wiedzieć, że coś ukradł. - Thomas był lekko wkurzony całą sytuacją, ale nie miał zamiaru opuszczać broni. Jedna wciąż wycelowana była w łeb Rourke'a, druga w jednego z jego sługusów.

- Odpowiadając na pytanie i uprzedzając inne. Nie, nie kazaliśmy jej zabrać towaru. Nie my go wzięliśmy, jest nam niepotrzebny. Nie wiemy gdzie on się znajduje. Możliwe, że wie nasz włamywacz. - w tym miejscu podał jego rysopis. Wątpił aby ten uwierzył mu na słowo. Tacy jak Rourke rzadko dają wiarę słowu, chyba że są potwierdzone czynami.

- Zatem jeśli nie odpowiada ci całkowicie przypadkowa kradzież towaru przez jakiegoś dupka, to mamy problem. I zacznie się robić gorąco - stwierdził na koniec - Ale wiedz, że nawet jeśli zdążysz strzelić do naszej miłej siostry Edny, to ułamek sekundy później sam zaliczysz kulkę. Jak zatem będzie ?

Mike
08-04-2010 08:32


Sytuacja była tak napięta a powietrze wręcz gęste od adrenaliny, że każda wystrzelona kula miała szanse utknąć w powietrzu kilka centymetrów od lufy.
- Może i nie wy zwinęliście towar, ale Edna miała go pod wanną. Zaprzeczycie, że to stawia ją trochę w niekorzystnej sytuacji?
Nikt nie zaprzeczył. To, że ktoś stoi po kostki w gównie nie oznacza, że reszta nie zaśmiardnie.
- Mamy remis w tej chwili. Ale jestem człowiekiem interesu – Rourke ciągnął spokojnym tonem – Wymienimy się, wy znajdziecie resztę towaru, ja wam oddam Ednę. To chyba dobry układ, prawda kochanie. Biorąc pod uwagę, że chciałaś wykiwać zakon nawet bardzo dobry…
- Umowa stoi? Wy odsuwacie się, my spadamy. Jak coś znajdziecie dzwonisz na numer Edny.
- A jeśli znajdę tego kolesia?
- Też zadzwoń, jeśli nie ściemniasz to chętnie się dowiem, kto mi bruździ.
Propozycja warta rozwagi, zwłaszcza, że alternatywa oznaczała remis. I wielce prawdopodobną śmierć wszystkich obecnych.

Suarrilk
08-09-2010 12:35


Irmę zaczynała nużyć ta sytuacja. Z każdą chwilą coraz bardziej pragnęła, by zamiast gadać – działać. A palec na spuście świeżbił, oj, jak świeżbił... Nie uśmiechało jej się jednak zostać serem szwajcarskim, a to, że jej oddadzą, było pewne jak śmierć i podatki.

- Słuchaj. To nie moja siostra, ani tym bardziej nie moja walizka. Co ja będę z tego miała?
- Wdzięcznego kumpla? - Wskazał głową na Thomasa. Omal nie przewróciła oczami. Ale racja. Lepiej mieć wdzięcznego kumpla niż kulkę w czole. - Wpadłaś w to gówno razem z nim. Jak dostanę walizkę, to siostrzyczka jest wasza, a ja o was zapominam. O ile, rzecz jasna, znowu się nie wmieszacie w moje interesy.
- Jakieś haczyki? Czas wykonania dopisany małym druczkiem?
- Jestem rozsądnym gościem, dam wam tydzień. Jak się nie wyrobicie...? Po co rozmyślać o przykrych rzeczach. Wyglądacie na fachowców, dacie sobie radę.

Zerknęła na Thomasa. Wymienili spojrzenia. Po czym dziewczyna wzruszyła ramionami. Zwrócili na Rourka wzrok niemal jednocześnie i oboje skinęli głowami. Odsunęła się nieznacznie od drzwi, co w ciasnym przedpokoju oznaczało niemal przytulenie się do kolesia z czarną paczuszką, która narobiła tyle zamieszania. Shelton też ostrożnie się przemieścił. Wciąż mierząc do siebie z broni i nie spuszczając się z oczu, zebrani w korytarzu ludzie rozpoczęli przegrupowanie, które zaowocowało opuszczeniem mieszkania przez Rourka, ciągnącego za sobą Ednę, i jego ludzi. Byczek opuścił pokład na końcu. Patrzyła za nimi, póki nie znikli na schodach. Dopiero wtedy opuścili z Thomasem broń.

- Kurwa – oznajmił mężczyzna. - Muszę się napić.
Uśmiechnęła się szeroko.
- No. Trzeba było od razu tak mówić. Teraz dzień zaczyna nabierać sensu.

pteroslaw
08-09-2010 23:23


Fabio nie mógł już dłużej zwlekać, westchnął tylko i wysiadł. Udał się wprost do najbliższego sklepu monopolowego, kupił tam butelkę jacka danielsa. Później poszedł do parku, butelkę schował do bagażu, usiadł na ławce i długo wpatrywał się w wyświetlacz swojego telefonu, zastanawiał się do kogo zadzwonić do swojego dawnego kumpla Grega. Wystukał szybko numer.
-Greg? To ja. No fabio- Dodał ciszej- słuchaj jestem znowu w mieście, no tak coś koło tego. Masz ochotę napić się piwa, albo whiskey, albo wódki co tam lubisz? No to bądź na North Holland o dwudziestej, napijemy się czegoś. Poza tym, no wiesz dopiero przyjechałem, mógłbyś mnie przenocować, o to świetnie. No i jeszcze jedno, masz dalej tego swojego forda mustanga? A kupiłeś Audi, ale tego dalej masz? To świetnie, mógłbym pożyczyć? Na parę dni aż zdobędę własny. Dzięki, to do zobaczenia.

Mike
08-10-2010 09:01

Gdzieś w Northwood

Jerycho pędził, skrzynia, słupek i wciąż brzęcząca siatka ogrodzeniowa zostały a nim. Szybki sprint po placu. Pies ledwo zdążył zerwać się na cztery łapy, gdy odbił się od budy. Moment później zadudniły kroki na blaszanym dachu. Skok, chwila nieważkości i stopy uderzyły w trawnik, przetoczył się i ruszył dalej nawet nie zwalniając. Nic nie mogło go doścignąć, nawet kłopoty zostały daleko w tyle. I o to właśnie chodziło. Ale chwile zapomnienia się skończyły, jak wszystko co dobre.

Middle Park

- Spoko, na parę dni mogę ci pożyczyć brykę. Trzymam ją, bo czasem lubię się pościgać. To do zobaczenia wieczorem.
Fabio posiedział jeszcze chwilę i zebrał się do odejścia, nagle przypomniał sobie o flaszce w bagażniku. Niestety, pisk opon i rozmywający się błękit będą kojarzyć mu się z Jackiem Danielem przez następny miesiąc. Zaklął i popatrzył na sklep.
- Jacka Daniela proszę. – Powiedział z kamienną twarzą świadom, że pięć minut wcześniej wymówił te same słowa. Sprzedawca obrzucił go badawczym spojrzeniem.
- Pan z wschodniej europy? – zagadnął.
- Nie do końca – odparł wymijająco Fabio.
Sprzedawca nabił na kasę i podał torebkę z flaszką.
- Na Irlandczyka pan nie wygląda.

Jack po półgodzinnych formalnościach opuścił bank lżejszy o dziesięć kilo koksu. Poprawił marynarkę i założył przeciwsłoneczne okulary. Zbiegł po schodkach i przywołał taksówkę. Czas było się zamelinować.

Ray zabrawszy graty popatrzył chwilę jak reszta rozchodzi się w kilku kierunkach. Cóż nie było po co stać. Rozejrzał się. Akurat na przystanek podjeżdżał autobus, jeśli nie pozmieniali linii to pasował prawie idealnie.

Tymczasem pewne mieszkanie w Northwood
Thomas podniósł puszkę piwa z podłogi i rzucił Irmie samemu biorąc drugą. Irma krzywiąc się podeszła do zlewu i na wyciągniętych rękach ostrożnie otworzyła. Piana z sykiem pokryła puszkę i dłonie.
W pokoju był niezły burdel, rzeczy leżały porozrzucane na całej podłodze. Paroma kopnięciami posprzątał i usiadł w fotelu.
- Masz jakieś pomysły jak znaleźć tego gnojka?
- Ronalda Lee? Jak odwiedzę braci to może pomogą, Wiszą mi parę przysług. – Iskra usiadła na kanapie zakładając jedną długą nogę na drugą. - Powinni mieszkać niedaleko.
- Nie ma to jak stare śmieci – mruknął Thomas.

Sprawy rodzinne

Faktycznie znalezienie Donellów nie było problemem. Przynajmniej takie nazwisko widniało na drzwiach. Odruchowo Irma i Thomas stanęli z boku drzwi. Thomas wzniósł pytająco brew.
- Czasem były różnice zdań… - mruknął Irma. Thomas sięgnął pod kurtkę. - Nie aż tak wielkie.
Zadzwoniła. Chwila ciszy potem usłyszeli człapanie.
- Kto tam?
- Twoja ukochana siostrzyczka.
- Nie mam, żadnej siostry… zaraz Irma? – uchyliły się drzwi i były by się zamknęły na widok Thomasa gdyby nie but Irmy.
- Przecież mówiłem, że nic nie wiem, odwalcie się.
- To naprawdę ja kretynie – warknęła Irma, a Thomas naparł barkiem na drzwi a potem dworskim gestem zaprosił dziewczynę do środka. Brat właśnie wstawał z podłogi.
- Jak się masz Jake? Co tam u Tobiego?
- Ok. – wydawał się wyglądać na lekko nerwowego.
- Dalej obracasz się na ulicy?
- No co ty. Zajmuję się uczciwą pracą.
- A co robisz?
- Sprzedaje pocztówki na molo.
- Jasne, a Toby?
- Ciągle bawi się brykami. A co u ciebie?
- Dobrze, że pytasz – chodziła oglądając mieszkanie, typowa nora dwóch samców sprowadzających od czasu do czasu samice. – Szukam znajomego, Ronald Lee.
- Nie znam człowieka…
- Ale jakbyś go spotkał przy kupowaniu pocztówek…
- Dobra, pomogę ci jak wy pomożecie Tobiemu – wyrzucił z siebie.
- Co jest grane?
- Tobi wpakował się w gówno, wiesz, że zawsze lubił bryki. – Nie czekając na potwierdzenie kontynuował – był dobry, potrafił wyszykować furę jak mało kto, i potrafił jeździć. Ostatnio skumał się z jakimiś typami, nie wiem co to za jedni. Na jednego mówił Johnny. Nie widziałem ich, ale gadał przez komórę przy mnie. Miał byc kierowca na jakiejś akcji. Ze dwa tygodnie temu pojechał gdzieś, wiesz tym swoim ulubionym Firebiredem. Wygląda na stary, ale pod maską… nieważne, zniknął. Od tamtego czasu go nie widziałem, nawet jego kumpel Chacki nie wie gdzie on jest. I szukało go paru zakapiorów jak on, bez obrazy stary. U Chackiego też byli.


North Holland, klub Linen Lounge

Zmylenie bramkarza i wejście do środka nie było zbyt trudne. Pierwszy, zjawił się Ray, chwilę potem modny jak zwykle Jack, reszta spóźniła się lekko. Ale oczekiwanie umilił im Steven, rosły barman, więc nie narzekali. W końcu Jerycho kłapnął na stołku. A przy wejściu dostrzegli rozglądającego się Fabio był z nim jakiś facet. Najwyraźniej dobrze się znali.

JohnyTRS
08-10-2010 13:22


10:25, lotnisko

Co za spotkanie! Najpierw Jack w Bostonie, a teraz Jerycho i Fabio. Klasa! Całą gromadą podeszli do Firebirda Fabia, który w rozmowie przybrał imię Marco. Teraz Marco, nie Fabio.



- No to ok, o dwudziestej w North Holland – i wysiadł z samochodu.
Ray miał mieszkanie w Dukes, w Cerveza Heighs. Ruszył Podbiegł do autobusu, który chwilę potem odjechał. Nie spieszyło mu się, miał czas do dwudziestej. Humor z samolotu już dawno minął, wraz z wylądowaniem w Liberty, potem w samochodzie miał poza tym zły nastrój. Teraz, kiedy był sam z obcymi ludźmi, miał na twarzy smutną minę. Zdawało mu się, że ulice, drzewa, niebo zszarzało od jego ostatniej wizyty tutaj pół roku temu. Kiedy One jeszcze żyły…
Podróż lekko rozklekotanym busem minęła szybko, nawet tego nie zauważył. Wysiadł na przystanku pod posterunkiem policji w swojej dzielnicy. Już niedaleko.
W drzwiach do bloku minął się z Siergiejem, dozorcą.
-Dzień dobry panie Love, proszę przyjąć moje najszczersze współczucia….
-Cześć Siergiej – Ray ruszył na górę, nie kontynuując rozmowy. Jego mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze. Z kieszeni mocno przetartych jeansów wyłowił klucze od mieszkania. Przekręcił je w obu zamkach w jasnobrązowych drzwiach. Popchnął drzwi. Mieszkanie nie zmieniło się od ostatniego razu, kiedy tu był. Jasne kafelki w małej łazience, pokój córki, ich sypialnia, wąski salon, klitka kuchenna… Wszędzie leżała cieniutka warstewka kurzu.
„To już tydzień…”
Drzwi do pokoju ich córki były uchylone. Ray zamknął je nie zaglądając do środka. Czarną torbę podróżną postawił przy kanapie w salonie, poszedł do sypialni. Na środku stało duże podwójne łóżko, na dłuższej ścianie stały szafy. Otworzył pierwszą z brzegu, wyjął aluminiową walizeczką i odblokował na stole w salonie. Zamek jęknął i poddał się właścicielowi. Ray wyjął z niej cienki plik banknotów i pistolet z zapasowym magazynkiem, a także pudełko nabojów. Czarny Walther P99 idealnie leżał w dłoni, promienie słoneczne odbijały się od lśniącego czarną oksydą zamka. Wyjął magazynek, a następnie rozebrał całą broń. Robił to spokojnie, bez nerwów, bez żadnych emocji, bez żadnych zbędnych ruchów. Po chwili złożył z powrotem cały pistolet, poruszał zamkiem. Załadował obydwa magazynki, jeden z nich wsadził do broni. Przeładował i zabezpieczył.
Położył się na kanapie, pod głową poczuł coś miękkiego. Był to mały, biały pluszowy miś. Zamknął oczy, w kącikach oczu pojawiły się łzy.
Nie mógł zostać w tym domu - zbyt wiele wspomnień…

Za dziesięć dwudziesta był w klubie Linen Louge. Kumple jeszcze nie przyszli. Bramkarz przy wejściu patrzył się na niego trochę niechętnie, kiedy siadał przy stołku. Był łatwowierny, Ray nie stracił czasu na jego zbajerowaniu. Zamówił piwo.
Walther znajdował się w wewnętrznej kieszeni luźnej skórzanej kurtki, kieszeń po drugiej stronie wypełniał zapasowy magazynek i niewielka piersiówka. Strój dopełniała bordowa koszula i spodnie w kamuflażu leśnym.
Chwilę potem zjawił się Jack – jego jasny garnitur był doskonale widoczny. Ray wskazał mu wolny stołek. Następny był Jerycho, który dosłownie wpadł do klubu. Fabia jeszcze nie było. Nie nudzili się, barman imieniem Steven był ciekawym człowiekiem. Fabio zjawił się w chwili, gdy Ray wypił całe swoje piwo. Był z nim inny facet.
-Stev, nalej jeszcze jedno. Zdaje mi się, że to będzie długi wieczór.

Arvelus
08-11-2010 15:54


Jerycho wrócił do domu na około. Na koniec wskoczył na płot. Wybił się, złapał dachu, odbił od ściany. Przebiegł na drugą stronę i wylądował na swojej wycieraczce z napisem 'Welcome" i trupią czaszką. Otworzył drzwi, zamknął i padł na pysk na kanapie. Tak kończył gdy chciał po prostu pobiegać, bądź potrenować. Z resztą zwykle to się łączyło. Po kilku minutach wstał i wyciągnął z lodówki icetea. Wypił z gwinta pół butelki. Wziął nachos, sos i siadł przed telewizorem...

Gdy przyszedł czas kiedy musiał wstał, przebrał się, nieco odświerzył i wyszedł na spotkanie z kolegami

Dhagar
08-11-2010 16:29


Po nitce do kłębka. Jeden chciał by odnaleźli kuriera. Informator mógł podać informacje, jeśli pomogą jego kumplowi wykaraskać się z problemów. Czyli znaleźć dupka, który pewnie już leży gdzieś na dnie rzeki. Co jest, robili za dwójkę z pomocy społecznej ?

- Słuchaj, Jake-boy. - odezwał się do brata Irmy - Uwielbiam być wykorzystywany, wręcz kocham być odsyłany z miejsca na miejsce i robić to, co powinni zrobić inni ale spierdolili. Mamy szukać Tobiego, który pojechał diabli gdzie, i zniknął. A jedyny ślad to jakiś Johny, którego na oczy nie widziałeś a tylko słyszałeś że tak mówią na jakiegoś faceta. Jak mi powiesz, że tych zakapiorów też nie znasz, to przyniosę gwóźdź, kable i krzesło i przepytam cię inaczej. Bez urazy kociaku. - tutaj zwrócił się do Irmy. - Mi zależy akurat tylko na znalezieniu mojej znajomej. Więc zacznij sypać konkretami szybko i dokładnie.

Thomas nie wyglądał na zadowolonego całym tym pieprzeniem Tobiego. Gdy chcieli informacji, ten chciał upiec przy okazji swoją pieczeń. Tego jeszcze brakowało.

Mike
08-12-2010 14:20


Samcza nora w Northtwood, sporo przed 20.00

- Widzisz? – wskazał siostrze oskarżycielsko Thomasa – taki sam jak tamci. Ale masz fart, znam tych dupków. To znaczy nie osobiście, ale wiem dla kogo węszą.
- No. – ponaglił go Thomas.
- Dla Roberto Santiago, kubański mafiozo. Ponoć ktoś skubnął mu walizę kosku, gdy podczas transakcji gliny wpierdoliły się na kwadrat.
- No w końcu…
- Ale tego gówna szuka też, Wu Lee, szef triady, Muashi... Mu, chuj z tym, kolo z yakuzy też chce dorobić, i meksykańcy, ruscy i kurwa każdy w mieście. Bo wyobraźcie sobie, że walizka z kasa też wtedy zginęła.
Irma popatrzyła na Jakiego.
- Kurwa, są dni kiedy cieszę się, że byłam adoptowana i mam inne geny.
- Masz jeszcze jakieś rewelacje?
- Nie to wszystko, ale mogę popytać o tego gościa, co go szukacie. Weście znajdźcie Tobiego, wiem, że to debil ale to mój brat. Nasz brat… - popatrzył na Irmę.

pteroslaw
08-12-2010 23:59


Fabio niemal cały dzień spędził w sali pewnego dojo trenując techniki na drewnianym manekinie, później kupił sobie piersiówkę i przelał tam trochę whiskey. Później spotkał się z Gregiem i razem weszli do knajpy. Fabio zapalił papierosa i podszedł do baru, najpierw zwrócił się do barmana.
-Dla mnie whiskey, bez żadnych śmieci, czyste whiskey. No i popielniczkę.
Później zaś zwrócił się do tych których zaprosił:
-Greg to jest Ray, Jerycho i Jack.- Powiedział wskazując kolejno na każdego.- To jest Greg. Mój kumpel ze starych czasów. Można tu palić, nie?

Mike
08-13-2010 07:06


North Holland, klub Linen Lounge
Greg kiwnął głową na powitanie wszystkim i także zamówił whisky.
- Może siądziemy gdzieś z boku?
Nikt nie oponował, ale zanim poszli zamówili po drugiej kolejce na zapas. W końcu udało się znaleźć stolik w niewielkiej wnęce.
- Trzymaj kluczyki, bo potem zapomnę. I żeby było jasne – odsunął dłoń, gdy Fabio sięgnął – Dziś nie jedziesz. Rozumiemy się? Ma być cały i nienaruszony. Kroi się wyścig i będę go potrzebował. Jasne?
- Jasne – mruknął Fabio chowając kluczyki.
Jack, Jerycho i Ray popatrzyli na Fabia potem na Grega. Chyba dziś jakiekolwiek rozmowy o walizce w tym towarzystwie nie były wskazane. Krępująca cisza jeszcze nie zdążyła się pojawić, gdy podszedł do nich młody azjata, w białej koszuli i spodniach od garnituru.
- Witam, pozwolicie że się przysiądę. – bardziej stwierdził niż zapytał. Tym bardziej, że zaraz przysunął sobie krzesło.
- Cieszę się, że jesteście rozsądni. To oszczędzi nam wszystkim kłopotów.
Pięć par zdziwionych oczy spojrzało na mówiącego.
- Kim ty do cholery jesteś? – zapytał Ray.
- Mój błąd, Hajime Arato, zarządzam klubem dla mojego wuja Akiry Murasaki.
Greg zaczął się krztusić. Jerycho troskliwie poklepał go po plecach, ale niewiele to pomogło. Dopiero, gdy ich spojrzenie spoczęło na siedzącym przy sąsiednim stoliku azjacie zrozumieli. Przy lewej dłoni miał odcięty mały palec, a przez koszule dostrzec było można zarys tatuażu pokrywającego całe ramię i pewnie o wiele więcej.
- Porozmawiajmy o interesach. Popytałem i okazało się, że jesteście nowi. Rozumiem to, wmieszaliście się przypadkiem. Jesteście rozsądni, przyszliście ze mną porozmawiać. Doceniam to. Chcę mój towar, w zamian dostaniecie 100 tysięcy znaleźnego.
Przy stoliku zapadła cisza. Mimo muzyki wypełniającej klub prawie było słychać trybiki obracające się w głowach chłopaków.

Arvelus
08-13-2010 10:37


-No to ja poprowadzę!- zaproponował Davy i przejął kluczyki w połowie drogi. W zasadzie miał na to ochotę. Lubił prowadzić, a w Polsce samochody były... zbyt delikatne i zbyt wolne. Poza tym nie miał ochoty tłumaczyć cioci gdzie się tego nauczył. A on i tak planował pić bardziej symbolicznie. Nie lubił piwa, a gdyby miał pic wódkę to wybebeszyłby pół swojego portfela nim by się wprawił w nastrojek. Cóż... nawet pomijając fakt wielkich (dwumetrowych) gabarytów) Davy miał mocny łeb i żołądek. Jedno piwo dla towarzystwa to dla niego jak soczek jabłkowy

Gwizdnął z uznaniem na propozycję żółtka
-Cóż. Lepsze to niż "oddacie lub skończycie w rzece z betonowymi bucikami". Za sam fakt, żeś nie wystawił takiej propozycji mi pasuje. A wy chłopaki? Co wy na to?

JohnyTRS
08-13-2010 11:13


Ray pociągnął spory łyk piwa. Siedzieli właśnie z Gregiem w bocznej „loży”. Greg, przyjaciel Fabia, miał wóz, który nam użyczał. Kto miał być ewentualnym kierowcą nie pozostawało właśnie wątpliwości. Kluczyki przejął Jerycho.
Wtedy do stolika, przysiadł się bez pozwolenia jakiś Żółtek. Nie przedstawił się ani nic.
-Kim ty do cholery jesteś - Ray nie wytrzymał.
Azjata się przedstawił, wszyscy przy stole zwrócili na niego. Ray szybko otaksował go wzrokiem. Tatuaże oraz brak palca mówiły za siebie.

Triada albo Yakuza, prędzej to drugie.

Obejrzał się za siebie, szukając ewentualnych żółtoskórych problemów pana Agato. Zauważył jednego, siedzącego stolik obok. Odwrócił się do stolika.
-Chwileczkę, wszystko niby takie proste, ale powiedz mi jedno. Kto do cholery zgubił ten towar i zrobił nam zamieszanie? – położył nacisk na „nam”, zwracając się do Azjaty – I jeszcze jedno: dlaczego tylko 100 tysięcy?

Arvelus
08-13-2010 11:29


-Ray przyjacielu. Grzeczniej trochę- poczuł Jerycho choć nie było w jego tonie wyższości-Jak na mój gust to w porządku propozycja. Jak już powiedziałem, równie dobrze pan Hajime mógł przyjść z dwunastoma kolegami i po prostu zażądać paczki, a my byśmy MUSIELI się zgodzić. Moja syrenka ma tylko siedem naboi...- zakończył, w swoim stylu, średnio śmiesznym żartem i czekał na reakcję reszty

pteroslaw
08-13-2010 14:19


Fabio w milczeniu popijał whiskey, Greg dał mu kluczyki do Forda mustanga, Greg powiedział że Fabio nie będzie prowadził, nie było to dziwne. Kluczyki przechwycił Jerycho, to trochę zdenerwowało, w żadnym momencie nie powiedział że ten samochód jest dla wszystkich. Fabio wystawił rękę w oczekiwaniu na oddanie kluczyka. Powiedział do Jerycho:
-Po pierwsze. Samochodu tutaj nie ma, Greg przyjechał Audi a to są kluczyki do Forda. Po drugie. Nie wiesz gdzie stoi samochód. No i po trzecie. Oddaj mi kluczyki bo jutro jest pogrzeb mojego kumpla więc potrzebuję samochodu.

Po chwili przysiadł się do nich Japończyk, ani się nie przedstawił ani nic. Po chwili Fabio przyuważył że brakuje mu palca, to oznaczało jedno Yakuza. Mówił o narkotykach które znaleźli. Fabio błyskawicznie zorientował się w sytuacji.

-Po pierwsze. 100 tysięcy to sporo biorąc pod uwagę fakt że moglibyście nas po prostu zlikwidować. To hojna oferta, więc warto skorzystać. 25 tysi na łeb to sporo. Moja propozycja brzmi bierzemy taksówkę, chyba ze obecny tutaj mężczyzna- Wskazał na japończyka- Ma samochód i jedziemy zabrać towar i oddać go prawowitym właścicielom.- Później zaś zwrócił się do Japończyka bezpośrednio.- Mam nadzieje że nie poczuje się pan urażony, ale czy nie potrzebuje pan, mechanika, kierowcy albo, hmm, ochroniarza. Całkiem nieźle radzę sobie z samochodami wszelkiego rodzaju, mogę je naprawiać, ulepszać, jestem dobrym kierowcą. Radzę sobie też z walką na pięści i strzelaniem.

Arvelus
08-13-2010 14:51


-Skoro taka wola- Davy zrobił znudzoną minę... cóż. Co fakt to fakt. To nie jego bryka. Oddał bez dalszej zwłoki

Suarrilk
08-16-2010 20:16


Odnalezienie Donellów nie było problemem, zwłaszcza że wciąż mieszkali w chacie po starych. Jake nie powitał siostry zbyt ciepło, niewiele ją to jednak obeszło. Bezceremonialnie łaziła po całym mieszkaniu, przypominającym raczej melinę niż spokojną przystań, jakiej każdy pragnie po ciężkim dniu pracy. Boże, czy oni wiedzą, do czego służy zlew? Albo odkurzacz? Przejechała palcem po telewizorze, pokrytym centymetrową chyba warstwą kurzu. Talerze z resztkami jedzenia wytworzyły własną bogatą cywilizację. Na kanapie walały się jakieś brudne ciuchy. Zgroza.

Zrzuciła na podłogę kilka starych czasopism, zalegających na wyliniałym fotelu, i sama się w nim rozsiadła. Coś jednak uwierało ją w tyłek, chyba jakiś drut – pogrzebawszy chwilę w szczelinie między oparciem a siedzeniem, wyciągnęła skąpy biustonosz z fiszbiną. A to ci znalezisko. Przyłożyła do swojego biustu. Niee, za mały. Nie nada się. Rzuciła go na podłogę obok gazet. Brat nawet nie zauważył. Pewnie panna Toby'ego zostawiła.

- Czekaj, czekaj, Johnny? Tak samo nazywał się koleś, który zlecił naszemu przyjacielowi Ronaldowi dostarczenie Ednie paczki - rzuciła w stronę Thomasa. Chyba też to skojarzył, skinął w odpowiedzi. - Jakiż ten świat mały. – Wyciągnęła z kieszeni zapalniczkę i zaczęła się nią bawić. Migotliwy płomień to gasł, to zapalał się, odbijając poblaskiem w ciemnych oczach dziewczyny. Im dłużej toczyła się ta rozmowa, tym bardziej podrażniona wydawała się Irma. Rodzina, kuźwa. Prawdę mówią, że najlepiej wychodzi się z nią na zdjęciu. Idziesz do braci po pomoc, tymczasem to braciom musisz ratować tyłki. Musieli świecić nimi przed mafią? Człowiek wraca do domu uczciwie zarobić nieco grosza (no, powiedzmy), a tu od razu w bagno wpada.

- Weźcie znajdźcie Tobiego, wiem, że to debil, ale to mój brat. Nasz brat… – Iskra poczuła na sobie jego spojrzenie. Wszyscy znali ją jako dziewczynę, która nie przywiązuje się do innych. Jak kot, który przestaje z człowiekiem, póki mu wygodnie. Niesamowicie drażniło ją powoływanie się na jakiekolwiek więzi. Niechętnie musiała przyznać, że przed chwilą sama się na takowe powołała.

- Do diabła, Irma, chcesz mi chałupę spalić?! – Jake raptem zerwał się i rzucił na przybraną siostrę, wyrywając jej płonącą gazetę z ręki. Nawet nie zauważyła, kiedy po nią sięgnęła i podpaliła podatny papier. Płomień ją zahipnotyzował. Ocknęła się, gdy nadpalony magazyn wylądował w wiadrze. Nie dociekała, co metalowe wiadro robiło na środku pokoju. Zamknęła zapalniczkę i schowała z powrotem do kieszeni.

- No dobra. Tak się składa, że zniknięcie Toby'ego ma chyba związek z naszą sprawą. – Powiedziała to bardziej do Sheltona niż brata. Do tego drugiego zwróciła się z pytaniem: - Może chociaż powiesz, gdzie powinniśmy zacząć go szukać? Tyle chociaż wiesz? Przecież nie wyczaruję go z kapelusza.

Mike
08-17-2010 08:50

North Holland, klub Linen Lounge, po 20.00

Japończyk zaśmiał się słysząc autoreklamę Fabia.
- Nie można wam odmówić przedsiębiorczości. Dobra. Jak oddacie towar to przyjmę was do roboty. Na próbę. – zaznaczył.
- Z towarem nie będzie tak łatwo, powiedział Jack. Bank otwierają o dziewiątej. Wcześniej potrzebowalibyśmy, świdra z ultra twardym wiertłem, dobrego kierowcy i bryki, no i kogoś kto zająłby się alarmem. Kto jest za opcje poczekania aż otworzą bank?
- Dobra. – Hajime skinął głową – o dziewiątej idziecie po towar, o 10 meldujecie się tutaj. Tylne wejście będzie otwarte. Jeśli się sprawdzicie to te 100 tysięcy będzie skromna zaliczką. Ale jeśli dacie dupy… - spojrzenia wszystkich zbiegły się na kikucie małego palca - … nikt was nigdy nie znajdzie. A teraz nie przeszkadzam, w zabawie.
Zaczął zbierać się do opuszczenia towarzystwa.

Samcza nora w Northtwood, sporo przed 20.00
- Możecie zacząć od Chackiego, jego kumpla. Mieszka niedaleko. Koło mostu Hickey. Mogę wam zapisać. Nie wiem czy wam coś powie. Skoro tamtym nie powiedział.
„Bo nie zapytali naprawdę” przemknęło przez myśl Thomasa „Ale my zapytamy”.
Do tego z pewnością był powód, dlaczego nikt za bardzo nie naciskał. Brata także nikt nie przycisnął.

Suarrilk
08-17-2010 11:52


- Dobra, brat, ale musisz nam jakiś wóz pożyczyć. Nie będę zapychać na piechotę za waszymi problemami.
- Da się zrobić. Tylko lakieru nie porysuj.
- Żartujesz? Ja?
Wymowne spojrzenie dało jej do zrozumienia, że Donellowie doskonale zapamiętali wyczyny Irmy za kółkiem. Zarysowany lakier był najmniejszą z usterek, które potem Toby musiał naprawić.

Jake poklepał się po kieszeniach, a nie wymacawszy tam kluczyków, zaczął przeszukiwać zagracony stolik, zakopaną pod ciuchami kanapę, nawet dywan. Wreszcie przypomniał sobie o czymś i sięgnął na parapet, do doniczki z martwą naturą. Doniczkę wyrzucił do tego samego wiadra, w którym wcześniej wylądowała płonąca gazeta.
- Zostawiłem kluczyki w drugich spodniach.
- Stary, kiedy ty tu ostatnio sprzątałeś?
- Toby się tym zajmował.
- No, to teraz jasne, dlaczego chcesz go odnaleźć... - mruknął Thomas w stronę pleców Jake'a, który właśnie wychodził do sąsiedniego pokoju. Wrócił po chwili i rzucił Iskrze kluczyki. Skinął na okno, podeszła i wyjrzała na zewnątrz.
- Tamten. – Wskazał srebrnego DeLoreana.


Irma uniosła brew, po czym założyła swoje czerwone okulary.
- No dobra, sprawdźmy, do jakiej przyszłości nas przeniesie.

***

Przyszłość, niedaleka co prawda, zastała ich na podobnym blokowisku, tyle że bardziej na zachód od rodzinnych stron. Siedzieli w zaparkowanym DeLoreanie rocznik 1981, Tommy palił papierosa, Irma wystukiwała palcami bliżej nieokreślony rytm na kierownicy. Toby wyraźnie gmerał przy silniku, samochód bez problemu wyciągnął ponad dwie stówy, Irma ledwie wcisnęła pedał – taka przynajmniej była oficjalna wersja ("Stary, sam tak mi skoczył, nie pękaj!"). Zwolniła dwie przecznice dalej, niechętnie zgadzając się z argumentem Tommy'ego – tylko glin na ogonie im w tym wszystkim brakowało. Na szczęście, najbliższe patrole najwyraźniej znalazły promocję pączków albo coś, nikt ich nie złapał.

A teraz stali w pobliżu bloku, w którym ponoć mieszkał Chaky, zaś po przeciwnej stronie ulicy, zaparkowana przy krawężniku, czaiła się czarna furgonetka. Irma dostrzegła dwóch facetów w środku – czarnego i białego. Nie robili nic poza gapieniem się na wejście do klatki. I na okno na jednym z pięter, nie umiała dokładnie określić, na którym. Wymienili z Sheltonem spojrzenia, po czym oboje wysiedli – drzwi, niestety, otwierały się całkiem zwyczajnie.

Kumpel Toby'ego mieszkał na piątym piętrze. Dała znak Thomasowi, by poczekał nieco z boku, pod ścianą, po czym poprawiła dekolt, by lepiej prezentował się w wizjerze. Zapukała. Wypróbowała dzwonek przy drzwiach. Lokatora albo nie było, albo usilnie starał się sprawiać wrażenie nieobecnego. Iskra stawiała na tę drugą opcję, dobijała się więc tak natarczywie, aż wreszcie posłyszała czyjeś zestrachane "Kto tam" z wnętrza.
- Irma – oznajmiła, jakby było to najoczywistszą rzeczą pod słońcem. Cisza niemal wygięła się w kształt pytajnika. - No jak to. Siostra Toby'ego. Powiedział, że będziesz wiedzieć, o co chodzi. Miał tu czekać na mnie. Nie mówił? Debil! – Zrobiła dramatyczną pauzę. Coś szurnęło po drugiej stronie drzwi, Chaky chyba wyglądał przez judasza. Podjęła atak błagalnym tonem. - Wpuść do środka, no! Zesikam się zaraz!

Mike
08-17-2010 12:54

North Holland, mieszkanie Chackiego, 14:06

Atak psychiczny odniósł najwyraźniej sukces. Szczeknęły zasuwy, zamki i zabrzęczał łańcuch. Gdyby Irma naprawdę potrzebowała tak bardzo kibla jak przebijało to z jej głosu to już by było z późno. W końcu drzwi uchyliły się.
- Szybko, zanim ktoś zauważy.
- A co martwisz się o swoją opinię. Sąsiadki plotkary rozpowiedzą, że dziewczyny sprowadzasz?
- Źli ludzi mnie nachodzą – warknął robiąc jej miejsce by weszła. – Tam jest kibel. – kiwnął głowa w stronę jednych drzwi.
- Dzięki, a to jest Thomas. On tylko wygląda jak zły człowiek.
- Co? Kurwa, wiedziałem.
- Spokojnie, chcemy tylko pogadać – Thomas wszedł i zamknął drzwi.
- Jasne – jakoś nie uwierzył Chacky.
- Naprawdę jestem siostrą Tobiego. Szukam go. Jacki mówił, że widziałeś go ostatni.
- Dobra, co mi tam. Możesz być i miss marca. Mam dość. Kryłem mu dupę wystarczająco długo. Ostatni raz jak go widziałem zostawił mi swoją brykę i kazał pilnować. Potem wsiąkł. Szukali go już chyba wszyscy w mieście, ruscy, trada, japońce, kubańczycy i chuj wie kto jeszcze. Łażą za mną jak tylko ruszę się z domu.
- Gdzie jego bryka?
- Pożyczyłem znajomkowi, przyjechał do miasta. Parę dni pojeździ Toby nawet by się nie kapnął. Tyle, że w tej bryce twój brat schował walizę kosku. Znajomek dzwonił i chciał ją oddać. Czaisz, walizę koksu. Twój brat zajebał mafii prochy i zwiał. A mi się do dupy dobierają. Lepiej, żeby się nie znalazł, bo jak nie mafia to ja go zajebię. - w nerwach z trudem przypalił papierosa.
- Nie ekscytuj się tak. Ciśnienie ci skoczy. – Powiedział Thomas rozglądając się po mieszkaniu.
- Ej, czy ja włażę ci do mieszkania bez pozwolenia?
Thomas popatrzył na Chackiego i bez słowa zajrzał do kuchni. Pusto, poza nimi nikogo. Może i chata nie była wzorem czystości, ale przy mieszkaniu braci Irmy wręcz jaśniała.
- Co to za koleś?
- Co? Aaa, znajomy ze starych czasów…
- Jak się nazywa?
- Fabio Limbewiani – coś zaświtało dwójce „detektywów”.

Arvelus
08-17-2010 13:00


Jerycho pomysł się spodobał. Oczywiście jeśli nie każą mu zabijać niewinnych. Co jak co, ale miał swój kodeks honorowy. Nie miałby nic przeciwko kradzieży towaru dilerowi, mógłby zastrzelić kolesia z innego gangu, mógłby skopać tyłek narwanemu przybłędzie nękającemu staruszki, ale na pewno nie zażądałby haraczu od bogu winnego sklepikarza. Pieniążki zawsze się przydadzą. Szczególnie od kiedy Jerycho stracił brykę. Od dłuższego czasu planuje sobie sprawić nową, ale do tego potrzebne są dolary...
Nie spodobała mu się groźba na pożegnanie, ale facet musiał się jakoś zabezpieczyć. Przecież mogli blefować. Nie ważne.
-No i co sądzicie o naszym azjatyckim przyjacielu?- zagadnął gdy Hajime zniknął

JohnyTRS
08-17-2010 14:59


Tak więc te 100 tysięcy nas satysfakcjonuje - odpowiedział Ray pany Arato.
Raya od początku satysfakcjonowała suma 100 tysięcy zielonych za trefną walizkę, a swoim pyttaniem chciał wysondować, ile ten japiszon jest w stanie zapłacić.

Dużo

Dopił swoje piwo, Hajime Arato odszedł od stolika.
Jerycho wyskoczył z pytaniem o domniemanego właściciela walizki.
-Jak dla mnie jest on w porządku - odpowiedział, usadawiając się wygodniej na krześle, bardziej tyłem do sąsiedniego stolika i mrugnął lewym okiem do Jerycha. Za jego (Raya) siedział inny Azjata, Ray wolał nie ryzykować. To nie jest rozmowa do przeprowadzenia w publicznym miejscu.

W głębi duszy Ray był niechętny propozycji Arato, był żołnierzem, nie sługusem sprzątającym brudy i ludzi. Choć sprzątnąć ludzi to in potrafił, nie na darmo spędził pół roku na strzelnicy.

- Marco, a ty pojedź z Gregiem po brykę, nie zamierzam jutro rano łazić na piechotę.

Suarrilk
08-17-2010 20:49


Noż, dupa.

Sprawa, która była problemem Sheltona, raptem stała się palącym problemem Irmy. Co za skończony debil z Toby'ego, że tak po prostu zostawił towar w bagażniku! Swoją drogą, przydałoby jej się teraz trochę tego koksu. Troszeczkę. Jedna dawka. Na ukojenie nerwów. Bo zaczynała się przejmować, a to bardzo kłóciło się z jej postawą życiową.

- Fabio, Fabio... Chyba gdzieś słyszałam już o nim, ty nie?
- To nie był ten Włoch, co się lubił w brykach grzebać?
- Tak? Nie wiem, nie mam pamięci do imion. A jak wyglądał?
- Taki wysoki, niebieskie oczy, szatyn.
- Noo, bardzo zawęziłeś pole wyboru, dziękuję ci.
Shelton podrapał się po zmierzwionej czuprynie.
- To nie on miał problemy z długami? Wsiąkł nagle któregoś dnia.
- No, może. Nie wiem. Wszyscy nagle wsiąkają któregoś dnia – stwierdziła filozoficznie. Tak to już jest z mężczyznami. Podobno. Zwykle to Irma wsiąkała, znikając z ich życia równie niespodziewanie, jak się w nim pojawiała.

Thomas zwrócił się do Chaky'ego:
- Daj jego numer. Aktualny, proszę.
Gospodarz, najwyraźniej już pogodzony z wizytą nieproszonych gości, klapnął na sofę i wyburczał ciąg cyfr, miętosząc w palcach zmaltretowanego papierosa. Najwyraźniej służył jako odstresowywacz, bo zapalić to się go już raczej nie dało. Irma tymczasem zastanawiała się, czy kiedykolwiek zawierała bliższą znajomość z tym Fabiem. Czasami traciła rachubę, wszyscy byli tacy podobni. Ale chyba zapamiętałaby Włocha?
- Zajęte. Poczta mi się włączyła.
- I nie nagrałeś się?
- Nie będę sam do siebie gadał.
- Daj numer, ja zadzwonię.

Poczta włączyła się od razu.
- Cześć! Pamiętasz Irmę? – zaszczebiotała do słuchawki. Miała nadzieję, że pamiętał. Lepiej niż ona jego. - Podobno masz wóz mojego brata. Tak się zabawnie składa, że zostawił coś w bagażniku, palant. Oddzwoń na ten numer, to pilne.
- No i co teraz? – Thomas dyskretnie wyjrzał przez okno. Furgonetka wciąż tam tkwiła. Iskrę zainteresowało jednak coś innego – coraz głośniejsze burczenie w żołądku. Spojrzała na Chaky'ego, który zerkał na nich z kwaśną miną.
- Co na obiad?
Uśmiechnęła się szeroko.

Po krótkich negocjacjach kumpel Donella poddał się i zaproponował intruzom makaron z niedoprawionym sosem i resztkami mięsa, którego pochodzenia dziewczyna wolałaby nie znać. Dojadając swoją porcję, zagadnęła:
- A co to za jedni, w tej czarnej furgonetce?
Tak, jak sądziła, nie musiała podchodzić do okna, by pokazywać. Chacky też nie podszedł, wzruszył tylko ramionami.
- Jedni z tych, co mnie śledzą. Ale nie wiem, od kogo są. Jakoś się nie przedstawili.
- Po co ten sarkazm. Długo tak stoją?
- Nie wiem. Chyba od rana. Co najmniej. Ale wczoraj ich nie było.

Poobserwowali trochę obserwujących. Niewiele było do oglądania. Czujki wyraźnie się nudziły, od czasu do czasu któryś z nich wyskakiwał z samochodu, by rozprostować kości, polecieć do spożywczego po żarcie czy coś do picia, odlać się.

Irma wytrzymała półtorej godziny. I uważała to za powód do dumy. Pomijając fakt, że było stratą czasu.

Limbewiani nie oddzwaniał. Spróbowała jeszcze raz się połączyć. Dowiedziała się tylko, że "abonent jest czasowo niedostępny". Zazgrzytała zębami.
- Mam dość. To bez sensu. Jeśli zadzwoni, to równie dobrze możemy poczekać w ciekawszym miejscu. Tak się składa, że zostawiłam u Edny całkiem dobry tytoń do nargili. Może skoczymy do jakiegoś baru, napijemy się i zapalimy? - Zaproszenie wyraźnie pomijało gospodarza. - No co, to nie nas śledzą, nie potrzebujemy ogona.

Shelton wzruszył ramionami. Też wydawał się poirytowany rozwojem wydarzeń. A raczej jego śmiercią naturalną.
- Chodźmy, tu już nic nie mamy do roboty.
- Jasne. Ogołocili mi lodówę, a teraz udają, że się nie znamy.
- Nie marudź. Jak znajdziemy Toby'ego, to ci się zrewanżuje.
- Jaja mu wyrwę!
- A to już nie moja sprawa.

I wyszli.
 
__________________
"Umysł ludzki bardziej jest wszechświatem niż sam wszechświat".
[John Fowles, Mag]

Ostatnio edytowane przez Suarrilk : 26-08-2010 o 00:09.
Suarrilk jest offline  
Stary 23-08-2010, 19:17   #3
 
Mike's Avatar
 
Tu jakby co wkleję resztę co da się odzyskać.
Po tym poście kontynuujemy sesje.
 
Mike jest offline  
Stary 25-08-2010, 23:45   #4
 
Suarrilk's Avatar
 
Jack wybrał numer, który mu podyktował Fabio alias Marco.
- Gladstone - odezwał się kobiecy głos. Zrelaksowany. Nad wyraz nawet.
- Hej, Iskra, tu Jack. Jack Walker.
Nastąpiła chwila ciszy, choć w tle dało się słyszeć przytłumiony szept. Nie trwało to długo.
- Jackie! Kopę lat! - Głos był bardzo entuzjastyczny. Wręcz nienaturalnie. - Co tam?
- Cóż, Fabio...
- Marco!
- syknął wymieniony.
- ... Fabio wspominał, że jesteś w LC, a ja właśnie przyleciałem i pomyślałem, że najwyższy czas odnowić parę ciekawszych znajomości.
- Fabio. Doskonale. W takim razie trzeba się spotkać. Ciekawe znajomości warto podtrzymywać.

Uśmiechnął się.
- Wspaniale. A co jadasz na śniadanie?
- Głównie kawę. W dużych ilościach. Wypijam, znaczy.
- Czyli kawiarnia. Koło Outlook jest fajne miejsce. Znaczy, było... Powinna jeszcze stać. Otwierali o 10.
- O 10. Dobra.
- Zatem do zobaczenia.
- Na razie, Jackie.

Rozłączył się, zastanawiając, czy ta rozmowa bardzo skomplikuje jego życie.

***

Irmie było dobrze.

Świat staje się bardziej przyjaznym miejscem, gdy się człowiek ujara. Tego właśnie potrzebowała, odkąd wsiadła w ten przeklęty samolot.

Wróciwszy od Chakiego, pogadała jeszcze z Jake'iem przez telefon. Coś tam słyszał o Michaelu Rourku – świtało mu, że to jakiś ważniak i ma coś wspólnego z przemytem, ale nie pamiętał żadnych szczegółów. Tommy na jej pytanie mruknął tylko, że to ma coś wspólnego z Edną. No wielkie dzięki, tyle to sama zdążyła zauważyć. Kanalia, pewnie wie dużo, tylko się podzielić wiedzą nie chce. Zastanowiła się, czy sama by mu powiedziała, gdyby wiedziała. Nie, chyba nie. Darzyła go równym stopniem zaufania, co on ją.

Wyciągnęła ze swej torby nargilę i paczuszkę z tytoniem. Własną, ulepszoną mieszanką. Miała to do siebie, że cudownie zobojętniała na świat. Irma lubiła ten stan. Zaciągnęła się dymem. Posłała Sheltonowi promienny uśmiech.
- Reflektujesz?

***

W klubie było głośno. Jak to w klubach bywa. Zajęli stół w kącie, zamówili drinki. Irma czuła się lekko, niemal płynnie. Rozsiadła się na kolorowej sofie obok Thomasa, zupełnie jakby nie zauważając, że ociera się odsłoniętą łydką o jego nogę. Zerknęła na telefon.
- Dupek – zauważyła, mając na myśli Fabia. Epitet kłócił się z błogim tonem jej głosu.

W tym samym momencie telefon zadzwonił. Zerknęła na wyświetlacz, potem na Tommy'ego. Wzruszyła ramionami. To nie był numer, którego oczekiwała. Odebrała jednak.
- Gladstone – odezwała się, przeciągle, leniwie. Dość głośno, żeby przekrzyczeć muzykę. Rozmówca chyba też spędzał wieczór w jakiejś knajpie, bo odezwał się w podobnej tonacji.
- Hej, Iskra, tu Jack. Jack Walker.
Zakryła mikrofon dłonią.
- Ej, Tommy. Znamy Jacka Walkera?
- Jack Walker, Jack Walker... Czy to nie był Jackie Pająk? Ten z sierocińca?
- Jackie!
- wykrzyknęła już do słuchawki. Pamiętała tego blondaska, chociaż widzieli się raptem parę razy. Nieźle się zapowiadał, całkiem nieźle. Zdaje się, że oboje szybko opuścili gniazdo. - Kopę lat! Co tam?
- Cóż, Fabio wspominał, że jesteś w LC, a ja właśnie przyleciałem i pomyślałem, że najwyższy czas odnowić parę ciekawszych znajomości.

A więc Fabio odebrał wiadomość. Uniosła kciuk, dając znać Sheltonowi, że są na dobrej drodze do rozwiązania problemów.
- Fabio. Doskonale. W takim razie trzeba się spotkać. Ciekawe znajomości warto podtrzymywać.
- Wspaniale. A co jadasz na śniadanie?

Pytanie cokolwiek zaskakujące. Zwłaszcza że nie jadała śniadań.
- Głównie kawę. W dużych ilościach. Wypijam, znaczy.
- Czyli kawiarnia. Koło Outlook jest fajne miejsce. Znaczy, było... Powinna jeszcze stać. Otwierali o 10.
- O 10. Dobra.
- Zatem do zobaczenia.
- Na razie, Jackie.


Rozłączył się. Trzasnęła klapką komórki i podparła brodę ręką. Spojrzała na Sheltona.
- Idziemy zatańczyć?
W końcu i tak wszystko słyszał, więc po co gadać.

Właśnie przepychała się w stronę parkietu, gdy ktoś ją popchnął i wpadła na blondyna w białym garniaku.
- Sorry, koleś. - Odwróciła się w jego stronę. Siedział z jakimiś swoimi koleżkami. Zmierzyli się wzrokiem.
- Iskra?
- Jackie?

Koleżkowie też wyglądali jakoś znajomo.
 
__________________
"Umysł ludzki bardziej jest wszechświatem niż sam wszechświat".
[John Fowles, Mag]

Ostatnio edytowane przez Suarrilk : 26-08-2010 o 13:10. Powód: korekta
Suarrilk jest offline  
Stary 26-08-2010, 01:21   #5
 
vvojtas's Avatar
 
-Iskra!- zawołał entuzjastycznie Jack zrywając się ze swojego miejsca. Przywołał na twarz swój najbardziej olśniewający uśmiech.
-Czułem, że nie możesz doczekać się spotkania, ale żeby aż tak?- Niemalże wykrzyczał by nie dać zagłuszyć się głośnej muzyce, po czym zaśmiał się serdecznie.
Zrobił krok w tył i powoli, niemal teatralnie, omiótł ją spojrzeniem zatrzymując czasem wzrok na co ciekawszych (zresztą dobrze wyeksponowanych) częściach ciała. Miał też dość przyzwoitości by oględziny zakończyć na oczach.
-Nic się nie zmieniłaś - wciąż zapierasz dech w piersiach- wydał werdykt pochylając się nad jej uchem by nie musieć krzyczeć. Wyszczerzył się łobuzersko.

-Pamiętacie Iskrę?- zapytał po raz drugi tego wieczoru zwracając się do pozostałych. Teraz gdy obie nogi wraz z właścicielką znajdowały się tuż przed ich oczami zewsząd nadeszły szybkie potwierdzenia.
-No wreszcie- ucieszył się Jack po czym kontynuował prezentację.
-To jest Fabio. Jednak teraz mówimy na niego Marco.- dodał szybko zanim Włoch zdążył zaprotestować. -Po to aby jego mało życzliwi znajomi nie robili nam niepotrzebnie kłopotów. Ale niewiele pomaga, ponieważ w LC nie trudno o nowych znajomych, którzy narobili kłopotów nam wszystkim.
-Dalej - Greg kumpel Fa... Maraca
-Następnie Jerycho. Uwaga tu pułapka - wymawia się JERYCHO
-Na końcu Ray Love. Co ciekawe nasz promyczek akurat nic nie robił z imieniem.
 

Ostatnio edytowane przez vvojtas : 26-08-2010 o 15:18.
vvojtas jest offline  
Stary 26-08-2010, 13:31   #6
 
Suarrilk's Avatar
 
Nawet po popołudniu spędzonym nad shishą Irma była w stanie oszacować towarzystwo, zgromadzone przy stole, jednym taksującym spojrzeniem. A potem spojrzała znów na Jacka.

Cholera, miała wyczucie. Kawał przystojniaka. Do tego w pełni świadomego, że jest przystojny. Przystojni faceci, którzy wiedzą, że są przystojni i potrafią to wykorzystać, są diabelnie niebezpieczni. Niemal tak samo, jak ładne kobiety, które wiedzą, że są ładne i potrafią to wykorzystać. Uśmiechnęła się, błyskając zębami. Złapała go za rękę...
- Świetnie. Chodźmy zatańczyć – ... i pociągnęła na parkiet, nie pozostawiając czasu na protesty. Mijając Sheltona, który w końcu zdecydował się ją odszukać i zbliżał się właśnie, mrugnęła do niego.
- Hej, Tommy, popatrz, kto tam siedzi! Pogadaj z chłopakami, a my zaraz wrócimy do was.

Na parkiecie rozmawiać się nijak nie dało. Potańczyli trochę, po czym Irma dała Walkerowi znać, by szedł za nią do baru. Wskoczyła na barowy stołek, oparła się plecami o kontuar, założyła nogę na nogę. dekolt pod jasnym żakietem wydawał się w jakiś tajemniczy sposób jeszcze większy. Skądś w jej dłoni pojawiła się srebrna zapalniczka, którą bawiła się teraz bezwiednie.
- Siadaj, Jackie – poklepała siedzenie krzesła obok. - Pogadamy.
 
__________________
"Umysł ludzki bardziej jest wszechświatem niż sam wszechświat".
[John Fowles, Mag]
Suarrilk jest offline  
Stary 26-08-2010, 14:52   #7
 
Arvelus's Avatar
 
Widząc nadchodzący cud natury Jerycho bezgłośnie gwizdnął. Tak, znał tą panią. Nie pamiętał skąd, ale znał. Takiej facjatki... i nie tylko, się nie zapomina.
Rzucił Jackowi mordercze spojrzenie gdy ten zadrwił z jego imienia, choć było w nim równa dawka humoru jak w tej drwinie.
Wstał i machnął ręką w geście pośrednim między salutem a zwykłym pomachaniem ręką. Nie był zbyt blisko więc nie musiała zadzierać głowy, ale i tak z satysfakcją obserwował jej minę. Tak, Jerycho nie potrzebował wiele do szczęścia. Jedną z jego niewielkich przyjemności było oglądanie wyrazu twarzy ludzi którzy zauważyli różnicę wzrostów.
Potem usiadł i odprowadził Irmę wzrokiem... właściwie conajmniej przez pół drogi na parkiet, z lubością, odprowadzał jej 4 litery, jednak w subtelny sposób, więc nikt nie miał prawa tego zauważyć.
 
Arvelus jest offline  
Stary 26-08-2010, 20:54   #8
 
JohnyTRS's Avatar
 
-Tylko nie promyczek, tylko nie promyczek – Ray zaprotestował – Gdybym nosił okulary to pewnie byłbym X-Ray, co? A tak w ogóle to cześć Iskierko.
Siedzieli przy stole, do klubu zeszło się trochę osób. Muzyka nie za bardzo mu odpowiadała, ale nie protestował. Nie lubił dyskotek, a ta trwała w najlepsze. Mógł to scharakteryzować w jeden sposób : „Łomot tępy”. To określenie podłapał od jednego z kumpli z Afganistanu, który lubił egzotyczną muzykę, np. wschodnioeuropejską. „Łomot tępy”.
Wstał i podszedł do baru.
-Miałem już nie pić, ale nalej jeszcze jedno, Stev, to samo. – i wrócił do stolika z pełną szklanką złocistego napoju. Po drodze minął Irmę i Jacka schodzących z parkietu i kierujących się do baru.
- Powodzenia – szepnął Jackowi do ucha z szerokim uśmiechem na twarzy.
Usiadł i łyknął piwa. Tego mu było zawsze trzeba!
 
__________________
Życie społeczne to sztuka
wbijania innym noży w plecy
i udawania
że własne plecy ma się czyste

Ostatnio edytowane przez JohnyTRS : 13-05-2011 o 21:40.
JohnyTRS jest offline  
Stary 28-08-2010, 21:02   #9
 
vvojtas's Avatar
 
Mocno podbite basy i wprowadzane przez DJ'a udziwnienia, która potrafiły zniszczyć nawet najlepsze utwory sprawiały, że Jack po raz kolejny zastanawiał się co za idiota mógł porównać mixowanie do komponowania. Na szczęście tutaj muzyka i tak była bardziej znośna niż w większości podobnych klubów, a interwencja DJ'a były dość sporadyczne przeważnie ograniczając się do przejścia z jednej piosenki w drugą. Zresztą nie to było teraz najważniejsze. Panujący na parkiecie tłok nie pozostawiał zbyt wiele miejsce dla ich dwojga, co sprawiało że musieli tańczyć blisko siebie. Bardzo blisko. Jak w takich warunkach można narzekać na muzykę?

W pewnym momencie Jack zakomunikował, że musi zrzucić marynarkę. Ciało Iskry niemalże biło gorącem, po za tym marynarka krępowała ruchy. Wrócił szybko z półuśmieszkiem samozadowolenia na twarzy. Irma uniosła pytająco brew, jednak Jack jedynie powrócił do pląsania.

-A teraz, specjalnie tego wieczoru, Spark- zahuczało z głośników, gdy wybrzmiały pierwsze takty piosenki Amy MacDonald. Utwór najwyraźniej nie wpasowywał się w ostatnie trendy klubowe, ponieważ parkiet szybko się przerzedził.

-Skąd pomysł, że i ja nie zejdę?- zapytała Iskra ruchem głowy wskazując falę migrującą w kierunku baru.
-Och, po prostu cię nie puszczę.- Odparł Jack obracając ją zręcznie.

Przez następne trzy minuty wirowali wokół siebie niczym dwa liście na wietrze. Kuszące ruchy bioder Imry hipnotyzowały na podobieństwo kobry szykującej się do ataku. Niebezpiecznie piękna - tak można by w skrócie scharakteryzować kobiety w typie Jacka. A on obracał ją, splatając i rozplatając, tak by ani na chwilę nie przestawał się kręcić. Nie pozwalając by skołowana zdołała zaatakować.
A ręka schodziła znacznie niżej niż przewidziała sztuka.


*** Gdzieś. Kiedyś ***

-Gdzie te łapy?- zapytała L i boleśnie nadepnęła na stopę nastoletniego Jacka.
-Ale na klipie widziałem...- zaczął ale obcas wbijający się w drugą nogę przekonał go że nie jest to najlepsza linia obrony.
-Powiedziałam, że nauczę cię tańczyć jak należy. I żadne klipy nie będą wchodzić mi w paradę- zakomunikowała, a chłopak wiedział nie ma co protestować bo Ona zawsze dopinała swego.
-Wyprostuj się! To ma być rama?- krzywiła się poprawiając postawę partnera.
-No, już lepiej. Teraz pamiętaj - idziesz od pięty, potem w bok, na trzy unosisz się na palcach. I Raz, Dwa, Trzy, I Raz... Przecież mówiłam od pięty! Jeszcze raz. Jeszcze kiedyś będziesz mi za to wdzięczny...


I był wdzięczny. Za tę i wiele innych lekcji...

***


W końcu po ostatnim obrocie delikatnie ułożył ją na kolanie. Prawą ręką przytrzymując Iskrę, lewa zaś powędrowała ku odsłoniętym udzie unosząc odrobinę je odrobinę do góry. Pochylił się nad nią mocniej. Teraz czuł jej ciepły, przyśpieszony oddech na swojej twarzy. Trwali tak chwilę, aż ostatnie nuty utworu przebrzmiały powoli zastępowane przez ostry bit hitu tego lata, a na parkiet z powrotem wlał się się rozentuzjazmowany tłum.



W końcu wyindywidualizowali się w kierunku baru po drodze mijając Raya.
-Powodzenia- wyszeptał tamten. Jack w odpowiedzi wyszczerzył się i uniósł kciuk w górę.

Irma wskoczyła na stołek i oparła się o kontuar, eksponując to co miała najlepsze. Jack pozwolił sobie ponownie nacieszyć oko tym widokiem.
- Siadaj, Jackie – poklepała siedzenie krzesła obok. - Pogadamy.

Blondyn ledwo powstrzymał się przed skrzywieniem. Jeszcze nie przeprowadził przyjemnej rozmowy, którą rozpoczynało by "pogadamy". Ech, a zapowiadało się tak dobrze. Obrzucił Iskrę tym razem bardziej badawczym spojrzeniem.
Dziewczyna zachowywała się kokieteryjnie, mówiła też w podobnym tonie, ale miała coś... hm, stalowego w spojrzeniu. Albo tak mu się zdawało przez chwilę, bo odwróciła się do barmana i zamówiła whisky z lodem.

Teraz mógł tylko brnąć dalej. Zajął miejsce koło niej i zamówił Danielsa z Walkerem.
-Ech nie ma już świętości na tym świecie, zremiksowali twista- powiedział jakby nigdy nic, komentując to co leciało z głośników.
 

Ostatnio edytowane przez vvojtas : 28-08-2010 o 21:11.
vvojtas jest offline  
Stary 02-09-2010, 23:24   #10
 
Suarrilk's Avatar
 
Post popełniony z VVojtasem.

Irma wypiła swoją whisky jednym haustem, odstawiła szklankę, po czym spojrzała na Walkera, który usiadł obok.
- Nie lubię owijania w bawełnę. Załatwmy sprawę szybko i wróćmy do milszych rzeczy. - Tym razem jej oczy się uśmiechnęły - to kwestia alkoholu, czy jednak tego tańca? Dotknęła w tym momencie jego dłoni, niby zamyślona, ale zabrała rękę, odzywając się znowu. - Macie samochód mojego brata, to raz. Pewnie zajrzeliście do bagażnika, sądząc po waszym zachowaniu - to dwa. W tej chwili interesuje mnie, czy i co słyszałeś o Michaelu Rourk, czy nie zgłaszał sie do was żaden Johnny, a przede wszystkim - co zrobiliście z zawartością bagażnika. To trzy. - Patrzyła mu w oczy, zapalniczka, którą się przed chwilą bawiła, leżała na blacie. - Po czwarte, co z tym wszystkim zrobimy? Barman, jeszcze raz to samo. - Słowa były dość zaskakujące, bo nie odwróciła wzroku.
- Raz. Michael Rourk, pierwsze słyszę. Wiem tylko ,że się z jakiś powodów się nim interesujesz. Dwa, jeśli nie liczyć kasjera w sklepie, z żadnym Johnym nie miałem styczności. Trzy, wspomnianym autem oraz whisky Fabia cieszy się teraz jakiś podrzędny złodziejaszek. Cztery, jeśli chcesz odzyskać samochód, to trzeba by sprawdzić, jak wygląda przepływ skradzionych wozów w LC.
Patrząc jej w oczy, nie przestawał się uśmiechać. Mówił odrobinę nieobecnym głosem.
- Iskra, o co w tym wszystkim chodzi? I dlaczego twój brat sam nie martwi się o swój wóz?
Wzruszyła ramionami.
- Brat zniknął. Siostrzana miłość nie pozwala mi go nie odszukać. - Zabrzmiało to trochę ironicznie.
- W samochodzie go nie było.
- Jego nie. Ale macie coś, przez co zniknął.
- Hmm?

Obrzuciła go przeciągłym spojrzeniem.
- Nie udawaj, że nie wiesz.
- Dobra, tu mnie masz. Nie potrafię kłamać w obliczu pięknej kobiety.
- Usmiechnął się przepraszająco i rozłożył ręce.
- Chodzi o tę spluwę w schowku. - Tu zasępił się odrobinę. - Niestety, zniknęła wraz z samochodem.

Irma uśmiechnęła się do niego. Zapalniczka znów znalazła się między jej palcami. Bawiła się nią przez chwilę, jakby to był miniaturowy rewolwer. Obserwowała Walkera spod grzywki. Wreszcie nachyliła się do niego, zbliżając uszminkowane usta do jego ucha. Spuszczając wzrok, miał doskonały widok na Iskrowe atrybuty.
- W bagażniku było coś jeszcze. Coś, co należało do Rourka. Bardzo możliwe, że on ukradł to komuś innemu, bo teraz wszystkie mafie w LC się tym towarem interesują. Wszystkie. A wiesz, co to znaczy? Że interesują się także i mną. Nie chcę zginąć, Jack. I potrafię ci udowodnić, że też nie chciałbyś, abym zginęła. - Jej oddech był ciepły. Pachniał czymś bliżej nieokreślonym. Słodkim. Wydała się nagle drobna. A jej dekolt... oczy, tak, oczy, bardzo głębokie. Odsunęła się dopiero, gdy sięgnął po drinka. Bardzo nieznacznie jednak.

Spojrzał jej w oczy. Gdzieś zniknęły wesołe iskierki, które wcześniej igrały w jego spojrzeniu. Chwycił za szklankę, by zyskać na czasie. Potrzebował chwili, by zapomnieć o otaczającym go zapachu i jakoś to wszystko ułożyć. Jednak drink powoli się kończył. Zwrócił się do niej, a wyraz jego twarzy był bardzo poważny.
- Niech chcesz zginąć? Spadaj z miasta. I to szybko. Tu wpakujesz się zaraz w gówno. Jak my. Myślisz, że tylko ty wiesz, w czyje łapy dostało się auto? A niedługo pojawią się inni.
Odsunęła się bardziej.
- Tak się składa, że nie mogę.
- Zaginiony brat? Poszukaj w kostnicy.

Skrzywiła się. Prędzej na dnie rzeki, w betonowych butach. Nie powiedziała tego jednak. Zeskoczyła ze stołka.
- Jestem pewna, że komukolwiek chcecie to sprzedać, wykiwa was.
- Taki świat. Nikomu nie wolno ufać.
- A jeśli my ich wykiwamy najpierw?
- Ich? Chcesz wykiwać wszystkie mafie w LC?
- zapytał, a wesołe iskierki znów zaświeciły w jego oczach. Wzruszyła ramionami.
- To by było coś. Nikt tego jeszcze nie zrobił, nie mylę się?
- JESZCZE nie.
- Błysnął zębami.
- Idź po chłopaków. Ja ureguluję rachunek. Jest parę rzeczy do obgadania jeszcze tej nocy.
Skinęła. Odchodząc, obejrzała się dyskretnie, nie do końca mu ufając. Co zamierzał zrobić? On tymczasem uregulował, co trzeba. Barmanowi zostawił niewielki kartonik w kształcie wizytówki, na którym jednak figurował jedynie numer telefonu.
 
__________________
"Umysł ludzki bardziej jest wszechświatem niż sam wszechświat".
[John Fowles, Mag]

Ostatnio edytowane przez Suarrilk : 02-09-2010 o 23:26.
Suarrilk jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 04:01.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170