Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 26-08-2010, 08:50   #1
 
Farałon's Avatar
 
Reputacja: 13 Farałon nie jest za bardzo znanyFarałon nie jest za bardzo znanyFarałon nie jest za bardzo znany
[Storytelling] Dobro złem zwyciężaj.


__________________________________________________ _______________

New York, 13.7.2015 Godzina 12:35, Central Park
Od wielu dni słoneczko grzało, ptaszki ćwierkały, a każdy mieszkaniec New York City chodził rozpromieniony. Nastrój ten nie ominął uroczystości z okazji braku przestępczości w mieście. W central parku na nowo wybudowanej scenie stał uśmiechnięty od ucha do ucha, pulchny burmistrz. Stojąc za mównicą lekko się spocił ale to nie przeszkadzało mu w przemowie kierowanej do 10 tysięcy mieszkańców.

- Jest mi bardzo miło przemawiać przed Wami w święto naszego miasta. Już przez ponad 5 lat nie odnotowano żadnego napadu na bank, ataku terrorystycznego, porwania czy jakiejkolwiek działalności przestępczej która mogła by zakłócić życie miasta! Wszystko to oczywiście dzięki naszej policji i Wam drodzy mieszkańcy! Dzięki waszej współpracy mogliśmy ująć każdego przestępcę praktycznie zanim udało mu się coś zrobić! – Na jago twarzy pojawił się szeroki uśmiech, a po czole spływały my wielkie krople potu, po części z powodu temperatury, po części ze stresu. Szybko jednak wytarł się chusteczką i wskazał ręką w stronę grupy odświętnie ubranej grupy trzech funkcjonariuszy, którzy w towarzystwie oklasków wkroczyli na scenę.

- To właśnie dzięki, między innymi, tym funkcjonariuszom nasze miasto często jest nazywane „Safe City”! Teraz oddam głos komisarzowi Bruce’owi Smith, który opowie nam o usprawnieniach w naszej policji i nie tylko – Burmistrz podał rękę komisarzowi nie odwracając wzroku od kamer, ciągle trzymając sztucznie szeroki uśmiech na twarzy. Kolejna fala oklasków wydobyła się ze strony widowni.

-Dziękuje bardzo! Miło mi powitać wszystkich państwo, podziękować za zaproszenie i za wspaniałą współpracę przez ostatnie 5 lat! To właśnie dzięki naszej współpracy to miasto jest całkowicie bezpieczne!- Mówił pewien dumy, jak by to on wybił każdego uczciwie pracującego na własne imperium kryminalistę.

- Miałem opowiedzieć o nowościach, które pomagają nam zaprowadzić porządek i oto pierwsza „zabawka” – Oznajmił w formie żartu, gdy od tyłu na scenę po rampie wjechał transporter opancerzony. Wśród mieszkańców zmieszały się oklaski uznania i jęknięcia przerażenia.



-Posiada dwie wyrzutnie na ładunki zawierające gaz usypiający, dwa granatniki mogące wystrzeliwać granaty błyskowo-dymne jak i odłamkowe. Na dachu zamontowane jest obrotowe działko gatlinga które jest w stanie ściąć drzewo! Wszystko osłonięte blachą grubości 4 cm! – Z podnieceniem małego chłopca wymieniał kolejne zalety nowych pojazdów ku uciesze głównie męskiej części mieszkańców.

Minęło czterdzieści minut, komisarz skończył wywód o nowym wyposażeniu funkcjonariuszy, ultra nowoczesnym więzieniu itd. Widząc, że wśród nowo yorczyków zaczęła panować nuda, postanowił zaprezentować coś czego nikt się nie spodziewał – grupę nowych funkcjonariuszy. Na scenę wkroczyły cztery dziwnej postury stwory, ubrane w pancerze zakrywające ich pyski, ramiona, kolana i korpusy. Odsłonięte części ciała były pokryte pazurami, a wielkie łapy zakończone pazurami. Po chwili nikt nie miał wątpliwości czym byli lub były te stwory – wilkołaki!



Kobiety zaczęły piszczeć, jednak komisarz szybko dobył mikrofonu:

-Spokojnie! Spokojnie! Oni nie są wrogo nastawieni! W zamian za własne bezpieczeństwo postanowili pójść na współpracę z ludźmi i wyjść z lasów, gór by nam pomagać – Jeszcze długo tłumaczył dlaczego te stwory znalazły się w policji, ale w końcu mieszkańcom spodobała się nawet perspektywa bycia po stronie tych potężnych istot. Na koniec jeden z wilkołaków zabrał głos, co prawda trochę ochrypły jednak starał się by był przyjazny:
-Dziękuj-ee b-bardz-oo! Miło-o mi po-powitać wszystk-k-ich państw-o!- Papugował powitanie komisarza co nie obyło się bez śmiechu wszystkich zgromadzonych.

Po rozdaniu nagród i podziękowaniach wszyscy rozeszli się do domów, a na środku placu pełnego walających się po kątach gazet stała jedna osoba. Ubrana w brązowy prochowiec i kapelusz, patrzyła się na scenę zaciskając pięści:

-Safe City? To się jeszcze zobaczy ….
Nieznajomy wyjął z kieszeni podniszczony telefon komórkowy i podłożył go sobie pod ucho:

-Hammer? Tego już za wiele, zbierz mi tych których wybrałem i umów na spotkanie gdzieś za miastem … - nie czekając na odpowiedź rzucił telefon do kosza na śmieci i odszedł.

.................................................. .................................................. ....

W waszych postach przydały by się informacje o tym jak otrzymaliście wiadomość od Hammer'a (Nie każdy musi mieć telefon lub e-mail, a Hammer jest pomysłowy :d), spotkanie odbędzie się we wtorek, 13.07 to niedziela, opiszcie więc co wasze postaci robiły do spotkania, ale bez jakichś wyskoków, przestępczość siedzi w ukryciu.

Myśli kursywą, imiona i pseudonimy pogrubione. Czas do środy.


EDIT:Zaczynamy na nowo. Cała pierwsza strona jest odzyskana i wysłana Wam na PW. Te posty nie "splatały się" nawzajem, więc możecie je wrzucić bez jakiejś ustalonej kolejności. Póki co, całą pierwszą stronę wrzucimy. Vigo pisał, że rezygnuje, szkoda.
 
Załączone Grafiki
File Type: jpg Okładka- do wstawienia1.4.jpg (90.9 KB, 129 wyświetleń)
lastinn player
Farałon jest offline  
Stary 26-08-2010, 20:54   #2
 
Vivianne's Avatar
 
Reputacja: 4673 Vivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputację
Kate wyszła na werandę. Poza kawą i śniadaniem na stoliku czekał jak zawsze świeżutki numer dziennika, który zwykła przeglądać o poranku.


Tego dnia wstała wyjątkowo wcześnie. Wskazówki wiszącego przy wyjściu zegara pokazywały kwadrans przed dziewiątą. Tak, dla niej to było wcześnie. Nie była rannym ptaszkiem. Nocą czuła się zdecydowanie lepiej. Wtedy wszystko było piękniejsze, ciekawsze i owiane koszącą nutką tajemnicy. Poza tym, nocą było niebezpiecznie... no, przynajmniej twierdzą tak niektórzy.

Mimo tak wczesnej pory humor jej dopisywał, miała przeczucie, ze to bedzie dobry dzień.
Upiła łyk mocnej, gorzkiej kawy i sięgnęła po gazetę.

- Pierdoły, pierdoły, pierdoły - powtarzała pod nosem przerzucając leniewie kolejne strony dziennika.

Jej uwagę przykuł artykuł znajdujący się mniej więcej w połowie brukowca. Gdzieś pomiędzy zdjęciami majtek Paris Hilton, a migawką z koncertu kolejnego, sezonowego idola nastolatek, którego imie zapomną szybciej, niż zapamiętały. "Safe City" -taki tytuł nosił nagłówek. Pod nim kilka podpisanych fotek i relacja z "imprezy".
Czytała wypociny jakiegoś marnego dziennikarzyny zastanawiając się, czy sam to sobie wymyślił, czy ten tłusty burmistrz i policja naprawdę mówili to wszystko.

Safe City. No pięknie to sobie wymyśliliście - prychnęła w myślach z nieskrywaną złością. - Ja już wam urządzę pieprzone Safe City.
Cholera, a dzień zapowiadał się tak dobrze...

- Kate, list do Ciebie -usłyszała za sobą znajomy, ciepły głos starej pokojówki.


Nie wiedzieć czemu miała słabość do tej kobiety. Poza tym, była jedną z niewielu osób, której względnie ufała. I szanowała.
Mary położyła na stół ładną tłoczoną w złote wzorki kopertę koloru kości słoniowej.


- No, no- Powiedziała ze szczerym uznaniem. - Stylowo, nieprawdaż?

Pokojówka z aprobatą pokiwała głową - Nie ma co, całkiem elegancko. Od kogo? - zapytała zaciekawiona.

- Nie mam pojęcia - powiedziała przecinając kopertę nożykiem do papieru przyniesionym przez starszą kobietę. - Nie znam nikogo, poza mną - uśmiechnęła się podnosząc wzrok na Mary - kto wysyłałby listy.
- I kto do cholery zna ten adres? - zapytała nie licząc na odpowiedź.

- I co? - chwilę po tym, jak Kate zaczęła czytać list dało się słyszeć zniecierpliwiony ton.

- Dalej nie mam pojęcia - odpowiedziała uśmiechając się z nad koperty - ale drań ma gest - przeciągnęła palcami po drogim papierze przyglądając się starannie wypisanym literom. - Wie o mnie więcej niż powinien.

Mary wzruszyła bezradnie ramionami. - Zjedz coś wreszcie - rzuciła na odchodne.

- Tak, tak - powiedziała niedbale zabierając się na śniadanie.

To chyba jednak będzie dobry dzień.
 
__________________
"You may say that I'm a dreamer
But I'm not the only one"
Vivianne jest offline  
Stary 27-08-2010, 11:02   #3
 
Minty's Avatar
 
Reputacja: 134 Minty wkrótce będzie znanyMinty wkrótce będzie znanyMinty wkrótce będzie znanyMinty wkrótce będzie znanyMinty wkrótce będzie znanyMinty wkrótce będzie znanyMinty wkrótce będzie znanyMinty wkrótce będzie znanyMinty wkrótce będzie znanyMinty wkrótce będzie znanyMinty wkrótce będzie znany
Miasto nocą... dziwny twór. Opuszczony, a pełen życia i bezbronny. Ale najpiękniejsza w mieście nocą jest jego tajemniczość. Coś zawsze pociągało go w ciemnościach międzyblokowych labiryntów i bajecznych kształtach skrytych w mroku drzew.
Harpion kochał Nowy Jork nocą także z innego powodu. Gdy zapadł już zmrok te tłuste i ignoranckie świnie znane pod mianem Amerykanów chowały się do swoich klitek i zajmowały się tam swoimi sprawami. Spali, żarli, opieprzali się, czy dowartościowywali grami komputerowymi... Kiedyś zostawała jeszcze garstka przestępców, których można by nieco postraszyć, albo jakichś poważniejszych przeciwników. A teraz? Nowojorczycy nie boją się chuliganów, więc wytaczają się na ulice bez żadnej obywatelskiej obstawy.
I jak tu się zabawić? Zabić takiego grubasa to tylko niepotrzebny wysiłek. I rzecz wielce nieestetyczna.
Slav, jak nazywali go przyjaciele wyjął skrzypce z futerału. Piękny instrument ciemnego koloru idealnie układał się do gry. Przeciągnął smyczkiem po strunach. Zabrzmiał pierwszy dźwięk. O dziwo skrzypce wcale nie były rozstrojone, a ostatnimi czasy grał na nich dosyć intensywnie.
Harpion już po chwili domyślił się przyczyn takiego stanu rzeczy.
- Aachh... moja mała skrzypaczka – powiedział i uśmiechnął się do siebie.

Slavomir otworzył oczy. Słońce leniwie przebijało się przez czerwoną sztorę, przez co w pokoju panował raczej przyjemny dla dopiero co obudzonego do pracy wzroku półmrok. Slav odgarnął włosy do tyłu. Po chwili zrezygnował z tego pomysłu i rozczochrał je obiema rękami. Dzisiaj nie był Harpionem, nie musiał się śpieszyć.
Mężczyzna usiadł na łóżku, po swojej prawej stronie ręką wyczuł coś gładkiego i ciepłego. Delikatnie przeciągnął palce po aksamitnej skórze, jak pianista po klawiaturze. Ona jeszcze spała. Nieduże, przykryte satynową kołdrą piersi rytmicznie i spokojnie unosiły się i opadały. Zgrabne ramiona i smukła szyja skąpane były w czerwonym świetle przepuszczonych przez zasłonę promieni słonecznych, niebiańska twarz ukryta była w cieniu, jaki rzucało ramię kochanka. Byłą naprawdę piękna. Błękitne oczy, rumiane policzki, wysokie kości policzkowe i różowe, cudownie zarysowane usta... wyglądała jak prawdziwa Słowianka. Tym bardziej teraz, kiedy złociste niczym zboże włosy opadały na jej dumne, jasne czoło.
Slavomir westchnął. Małgorzata przypominała mu o ojczyźnie... piękna Rosjanka była dla niego jak żywy obraz dawnych dni. Czasów, których prawie nie pamiętał, ale czuł je całym sercem.
„Dlaczego tam nie pojadę? Dlaczego nie wrócę do kraju, do prawdziwych ludzi?” - myślał Slavomir. Mężczyzna szybko jednak doszedł do tego samego wniosku, do którego dochodził za każdym razem, gdy zadawał sobie to pytanie.
„Nawet tam nie ma już prawdziwych ludzi... Nie chcę się rozczarować”.
Mężczyzna uniósł się z łóżka, nałożył na siebie ciemnozielony, jedwabny szlafrok. Wyminął ogromne łóżko i wyszedł z sypialni.


Przygotowując śniadanie Slavomir nie myślał o niczym dołującym. Odcinał się od całego zewnętrznego świata i wszystkich jego problemów.
„Do kawy przydałoby się dodać jakiś cynamon, czy coś takiego...” - rozmyślał mężczyzna. Wiedział, że Małgorzata lubi korzenny aromat kawy. To interesowało go w tej chwili najbardziej.
Otwierał poszczególne szafki, aż natrafił na odpowiednią, pełną małych, równo poukładanych słoiczków. Znalazł pomiędzy nimi jeden napełniony brązowym proszkiem. Odkręcił i powąchał. To był cynamon.
Slav wziął szczyptę proszku i dodał ją do parzącej się już czarnej kawy. Cynamon, jak na złość, wcale nie zamierzał rozpuścić się w płynie, albo osiąść na dnie szklanki razem z fusami, więc mężczyzna przez dobrych kilkadziesiąt sekund musiał mieszać gorący napój, zanim zyskał on swą pierwotną, niezmąconą niczym czarna barwę.
Na kuchence dosmażał się już omlet. Mężczyzna ostatni już raz podrzucił go lekko na patelni, aby powstrzymać przywieranie potrawy do jej powierzchni i zaczął już szykować talerz i odpowiednie sztućce.
Osobiście nie lubił jajek, więc z lodówki wyjął karton mleka, a z szafki opakowanie płatków śniadaniowych – miodowych krążków.
Zanim Slavomir zjadł swoje skromne, lecz jakże pyszne śniadanie, omlet zdążył się już usmażyć i idealnie przyrumienić. Mężczyzna przerzucił go z patelni na talerz, dokończył swoje śniadanie i ruszył z powrotem, obciążony tacą zapełnioną talerzem, dwoma filiżankami kawy i miseczką z „wiejskim twarożkiem o niebiańskim smaku”.

Małgorzata, a właściwie Margaret (w tym kraju nawet imię nie może brzmieć normalnie. Tutejsze małpiszony nie potrafiłyby go wymówić...) uniosła powieki.
- Zdrastwujtje – powiedziała swoim zwyczajem. Jej głos był miękki i spokojny.
Slavomir uśmiechnął się tylko na to powitanie. Ustawił tacę ze śniadaniem na wolnej części łóżka i usiadł w jego nogach, zabierając się za swoją filiżankę kawy.
- Jakiś ty miły – powiedziała kobieta i uśmiechnęła się pięknie.
W pomieszczeniu było już jasno, najwidoczniej Małgorzata odsłoniła już okna. Jasne, poranne światło sprawiło, że popijająca teraz kawę kobieta wyglądała tylko piękniej, zaś pokój całkowicie utracił swój wcześniejszy urok. Owszem, nadal był stylowy i pięknie urządzony, jednak brakowało mu teraz tego „czegoś”, co sprawia, że rzeczy widziane w półmroku wyglądają piękniej i bardziej pociągająco.
Śniadanie dobiegło końca, dwójka kochanków nadal siedziała tak samo, jak wcześniej i tak samo – w milczeniu.
- Coś ty taki nieskory do rozmów? - zapytała zafrasowana kobieta.
Slavomir spojrzał w jej błękitne, duże oczy. Przed nimi nie dało się niczego ukryć.
- Myślałem dzisiaj rano... wiesz o czym. Szkoda, że życie jest takie trudne – powiedział całkiem na serio, jednak nie przejmując się za bardzo swymi słowami. W głowie miał już przecież wyjaśnienie dla tego wszystkiego.
- Ach, po co się zadręczasz? Żyjmy chwilą, kiedyś na pewno wszystko się ułoży, racja? - odpowiedziała Małgorzata.
- Jasne – odpowiedział, po czym dodał już innym tonem: - chociaż życie wcale nie jest takie szare.
- Zróbmy dzisiaj coś ciekawego – Małgorzata zaczęła z innej beczki. - Wyjdźmy gdzieś, choćby do filharmonii – zakończyła, oswobadzając swoje zgrabne nogi spod kołdry i kładąc je na kolanach Slavomira.
- Nie dzisiaj, moja piękna... - odrzekł mężczyzna, gładząc dłonią zgrabną, niedużą stopę kochanki. - Mam pewną ważną sprawę do załatwienia. Niestety nie mogę tego przełożyć – Slavomir schylił się i pocałował stopę Małgorzaty. - Ale na pewno Ci to jakoś wynagrodzę – mężczyzna namiętnie całował już smukłą łydkę. -Niebawem – rzekł pieszcząc ustami gładkie udo, a było to już jego ostatnie słowo tego poranka.

Jakiś czas później, kiedy Slavomir, znajdując się na tarasie posiadłości swej kochanki przeglądał dzisiejszą prasę, z pokoju obok dobiegł go dźwięk skrzypiec. Prosta melodia wygrywana na jego cennym instrumencie wprawiła go tylko w jeszcze lepszy humor. Uśmiechnął się do siebie, po czym z powrotem wrócił do lektury prasy brukowej.
Skoczna, irlandzka melodyjka wygrywana przez Małgorzatę – uznaną aktorkę teatralną, która jednak obecnie spauzowała swą karierę z powodu zwyczajnej chęci spróbowania czegoś innego, powoli zamieniała się w Schubertowskie Ave Maria, tak samo, jak wspomnienie powoli przemieniało się w teraźniejszość i rzeczywistość.
Harpion nie wiedział, dlaczego zagrał akurat ten utwór. Zresztą to nie było teraz ważne. Powoli trzeba było opuścić dach broadwayowskiego wieżowca i udać się w miejsce, gdzie miało wydarzyć się coś ciekawego.
Niejaki Hammer zaprosił go na spotkanie, obiecywał, że Slavomir nie pożałuje, jeżeli się tam stawi. Harpion wcale nie zamierzał niczego żałować, ale też nie chciał ryzykować. Poprawił pistolet umiejscowiony w kaburze zawieszonej pod lewym ramieniem czarnego, płóciennego płaszcza długością sięgającego do kolan. Mężczyzna poprawił też przy tym ułożenie białej koszuli. Na twarz założył maskę, podobna do balowej, czarną i prostą. Skrzypce wylądowały z powrotem w futerale, jednak, jak zawsze, z należytą czcią i po uprzednim zdmuchnięciu z nich wszystkich kurzy i innych okruszków, które przypałętały się na ich powierzchnie wprost z nowojorskiego powietrza.
Na powierzchni dachu broadwayowskiego wieżowca zastukały obcasy czarnych, skórzanych butów z kolekcji jakiegoś włoskiego projektanta. Pewnie pedzia, ale co tam, buty był naprawdę wygodne i świetnie się prezentowały. Dodatkowo wcale ciekawie komponowały się z ciemnoniebieskimi dżinsami. No i, co najważniejsze, podobały się Małgorzacie.

Harpion przybył an miejsce spotkania około godziny przed czasem. Motocykl zaparkował w odległości mniej więcej kilometra dalej, odbezpieczył broń i czekał ukryty w cieniu, licząc na to, że to on wybierze moment, w którym zostanie zauważony. Ale kto wie? Przecież wcale się nie chował, jedynie lekko zatopił się w cieniu.
„Ciekawe, czy zjawi się Kate?” - myślał opierając się o potężne drzewo. „Mogłoby być ciekawie” - ironicznie uśmiechnął się pod nosem.
Slavomir jedynie w myślach nazywał Kate Adams, znaną jako Witch Bitch (co, bez zbędnej skromności, ale było zasługą właśnie Harpiona) po imieniu. Czasami zdarzało mu się określić ja w ten sposób także w rozmowie w cztery oczy, ale ostatni taki przypadek miał miejsce tak dawno, że niektórzy ludzie mogliby się zacząć zastanawiać, czy to zdarzyło się naprawdę, czy tylko im się wyimaginowało. Oczywiście nikt tak nie myślał, a to z tego powodu, że nikt prócz Kate i Slava nie miał pojęciu o tym, że takie zajście miało miejsce.
 
Minty jest offline  
Stary 31-08-2010, 21:57   #4
 
SWAT's Avatar
 
Reputacja: 9910 SWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputację
Parker już od wielu dni snuł się po swoim schronieniu bez celu i sensu. Czuł potrzebę wyjścia i wchłonięcia jakiegoś ważniaka, aby znowu mógł namieszać. Tak jak wtedy, kiedy podszywał się pod dyrektora Banku Światowego. No, cóż. Na brak gotówki nie mógł narzekać. Do dzisiaj nawet nie wydał ćwiartki z tego, co wtedy ukradł. Luksusowy bunkier pod samym sercem Nowego Jorku, z ukrytym wejściem w tunelach metra to tylko jeden z jego wydatków.
W niewielkiej sali, stał jego pojazd, który sobie niezwykle cenił. Zamontował w nim wiele drogich podzespołów, zawsze podszywając się pod kogoś innego. W ten sposób nikt go, nigdy nie skojarzył ze sobą. On już dawno nie żył. Ale czy na pewno? Pamiętał że miał świetną zabawę, kiedy usuwał kartoteki, które o nim wspominały. On nie istniał. Nie było go. Nigdzie.

Cyrus właśnie siedział nad basen i się relaksował. Lubił taki format odpoczynku, zwłaszcza że mało kiedy opuszczał swój bunkier. Tylko jak wychodził robić zakupy, a i wtedy nie poruszał się w swoim ciele.
Na stoliku rozległ się dźwięk telefonu. Rodzaj sygnału wskazywał na SMS. Tylko jedna osoba miała jego numer, niejaki Hammer.
"Chyba pora się spotkać z tym gagatkiem" - pomyślał.
Podniósł się leniwie z leżaka i wziął telefon do ręki. Jego podejrzenia okazały się słuszne, to był Hammer.
"A więc zaczyna się zabawa..." - Parker uśmiechnął się w myślach.
 
__________________
Po prostu być, iść tam gdzie masz iść.
Po prostu być, urzeczywistniać sny.
Po prostu być, żyć tak jak chcesz żyć.
Po prostu być, po prostu być.
SWAT jest offline  
Stary 02-09-2010, 17:38   #5
 
Hawaii's Avatar
 
Reputacja: 17 Hawaii ma wyłączoną reputację
To miało być kolejne łatwe zadanie, jeden cel, jeden strzał z daleka. Elusive był gotów, ułożony na dachu sąsiadującego budynku z wielkim apartamentowcem. Dokładnie wszystko zaplanował, przez ostatnie dni układał plan dnia, tygodnia, całego życia swojego celu tylko po to aby teraz leżeć spokojnie i czekać na jego pojawienie się na horyzoncie.

Noc w Nowym Yorku wprawiała go w zachwyt. Miasto marzeń dla takiego mordercy jak on. Tylu nieświadomych ludzi mogących być jego celem. Ta myśl napełniała go energią i zapałem do pracy. Zanim jeszcze trafił do wojska zawsze uwielbiał spędzać noce na dachu domku rodziców spoglądając w gwiazdy i myśląc o swojej przyszłości. Nigdy nie pomyślał że będzie ona wyglądać właśnie w ten sposób. Miał marzenia, chciał być sławny i robić coś dla ludzi, być podziwiany i szanowany. Prawie mu się udało, jednak teraz jego marzenia się zmieniły i na razie pragnął tylko zabić kogoś aby zaspokoić głód w jego umyśle.

Nagle w obserwowanym apartamencie zawitało światło. Elusive chwycił karabin snajperski i przygotował się do strzału. Wiedział iż najlepszy widok ma na sypialnie dlatego postanowił poczekać aż cel wkroczy do niej nic się nie spodziewając.

Już od godziny w jednej pozycji czekał aż ofiara wejdzie do sypialni. Coś tu nie pasuje, za długo to trwa już dawno powinien się kłaść. Rozejrzał się po pomieszczeniach, światło się świeciło ale celu nigdzie nie było widać.

- Qrwa!! Tego nie było w planie… - po czym pośpiesznie zawiesił karabin na ramieniu, chwycił katanę i ruszył do ogromnego budynku naprzeciw.

Na szczęście jest wystarczająco szybki i bystry aby nikt go nie przyuważył. W parę chwil znalazł się pod drzwiami jego przyszłej ofiary. Powolnym krokiem wszedł do mieszkania rozglądając się uważnie aby nie wpaść jak amator. Wszędzie panowała cisza, gdyby nie światło i fakt że widział mężczyznę wchodzącego do środka pomyślałby że nikogo tu nie ma. Salon pusty, kuchnia tez i w sypialni nic, pozostała łazienka i „biuro” (taka tabliczka wysiała na jednych z drzwi). Może zasnął w wannie, ale tam nie znalazł nic po za ciemnością. Powoli otworzył ostatnie drzwi, w rzeczywistości to był gabinet, z pięknymi drewnianymi meblami, pełen książek, zdjęć, papierów.

Wszystko było by świetnie gdyby nie krew, która znajdowała się dokładnie wszędzie. Widok był przerażający, Jednak nie takie rzeczy się robiło swoim ofiarą, pomyślał. Na środku zaraz przed biurkiem leżało ciało, to był on jego cel, martwy. A nad nim na sznurku zawieszonym na żyrandolu wisiała karteczka podpisana jego imieniem „ELUSIVE”. Szybko podszedł chwycił ją i przeczytał zamieszczoną informacje.

- Hammer, kim jesteś?- po głowie kłębiła mu się tylko jedna myśl, Dziś już nikogo nie zabije...
 
Hawaii jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:02.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169