Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz fora jako przeczytane

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 06-10-2010, 20:51   #1
 
Idylla's Avatar
 
Reputacja: 134 Idylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znany
[Autorski][+18] Psy morskie

Porwadzili go bogato zdobionym korytarzem pełnym wspaniałych obrazów i odcinajacych się od bladości ścian elementów dekoracyjnych. George rozejrzał się dyskretnie analizując, które z nich odznaczają się największą wartością. Nie wątpił, że niebawem przyjdzie mu zginąc, ale na wszelki wypadek, gdyby szczęście się do niego dziwnym zrządzeniem losu uśmiechnęło, należało wiedziec, w które zakamarki uciekac. Kierunek, plan i cel. To było najważniejsze, zaraz za nimi kryła się jego tajemnica. Długie nogi i świetnie opanowana akrobatyka. Amatorska, bo amatorska, ale swoje potrafiła zdziawałac.

Całą trójką szli do gabinetu. Gdzieś w koryarzu pojawił się człowiek średniego wzrostu. Wyłonił się dosłownie ze ściany. Podparł ręcę na bokach i wystawił w bok nogę, uroku dodawała mu naburmuszona mina oraz zmarszczone brwi. Znaki charakterystyczne dla osoby conajmniej zirytowanej. George zadzwoni jeszcze paroktonie łańcuchami, ciągnącymi się za nim, zawieszone luźno na metalowych kajdanach pokrywajacych znaczą czesc jego nadgarstków i kostek.

- Dlaczego tak długo? - zapytał krótko i zniknął w pokoju wewnątrz ściany. Za drzwi służyła rama wysokiego, drogiego zapewne obrazu przedstawiającego mężyczynę w peruce, wypinającego dumnie pierś, jego wzrok uważnie śledził każdego, kto odważył się przejśc koło niego. George'a przeszły ciarki. Nie sposób było nie odniesc wrażenia, że za tym obrazem stoi człowiek, intesywnie badający otoczenie.

- Więzień sprawiał kłopoty, panie admirale! - zakomenderował jeden z mężczyzn. Na samo wspomnienie pirat, bo za takiego uznali go przepływający koło wraku Anglicy, wzdrygnął się na wspomnienie ciosu zadanego tępym narzędziem. Nie był w stanie go zidentyfikowac, ale wiedział, że był ciężki i miał solidny zasięg.

- Nie interesuje mnie to! - Głos dobiegł z odległego krańca sali. Znajdowali się w stromnie urządzonym, małym pomieszczeniu sąsiadującym z oficjalnym gabinetem gubernatora. - Siadaj! - rozkazał władczo. Kiedy jego polecenie zostało wykonane, ale marynarze zajęli swoje miejsca za drzwiami, powiedział krótko i stanowczo.

- Napadniesz dla mnie na pewien statek. Otrzymasz moje pełne poparcie i list uwierzytelniający. Otrzymasz statek i załogę, chyba że wcześniej zbierzesz ją sam - wypowiedział jednym tchem, poczym spojrzał na zaskoczonego pirata. - Rozumiemy się?

~~ * ~~

Port piracki to istny raj dla żeglarza. Kobiety były tam nie tylko chętne, ale doskonale wiedziały, jak zadowolić spragnionego marynarza, który właśnie zszedł ze statku po długim rejsie. Upatrzył sobie jedną z portowych ladacznic. Brzydkie słowo wobec tak pięknej kobiety, ale rzeczywistość nie była również wspaniała, dobrze o tym wiedział. Trzymał przerzucony przez ramię tobołek ze swoimi skarbami. Miał do dyspozycji całą noc i wielkie skarby złupione na hiszpańskim okręcie. Jego własny, mały majątek, który zdobył własnymi rękami. Jego termin się skończył. Dni uszczupliły, a kontrakt wygasł. Ostatnia noc. Ostatania próba. Ostatni powiew wolności.

- Witaj - zagadnął kobietę stojącą pod ścianą tawerny i rozglądającą się ciekawie.

Spojrzała na niego powoli, sunąc jednocześnie po doskonale wyrzeźbionym ciele. Delikatnie się uśmiechnęła i chwyciła jego ubranie, przyciągając do siebie. Spojrzała mu prosto w oczy. Przemówiła piskliwym głosem, który zagłuszał znacznie graw dobiegający z wnętrza tawerny.

- Odejdź!

Jej usta poruszyły się kilka razy w identyczny sposób, wymawiając to samo słowo. Zdziwiony pirat odsunął się od niej i przyjrzał zdziwiony kobiecie. Brudna, poszarpana sukienka, sztywne, ubłocone włosy i nieznacznie spuchnięta twarz. I doskonale sprezentowane nienawistne, twarde spojrzenie. Przygryzione usta i zaciśnięte pięści.
Pirat pochwalił w myślach sam siebie. Miał prawdziwy talent do odnajdywania trudnych kobieta. Ta niewiele się różniła. Miał zamiar spędzic z nią całą noc, do samego rana i żadna buntownicza postawa mu nie przeszkodzi. W końcu przez ostatni roku w większości gwałcił kobiety i siłą zmuszał do zaspokajania jego wszelkich zachcianek. Czym różniła się ladacznica z Port Royal od panien z pałacowych salonów Hiszpanów?

- Będziesz miła, to i dobrze zapłacę.

Zakomunikował bez ogródek, przyciągając ją do siebie. Szepnął groźnie do ucha, że albo grzecznie pójdzie z nim, albo jej urocza twarzyczka zostanie oszpecona. Dziewczyna zadrżała i skuliła nieco. Pirat uznał to za dobry znak i pociągnął mocno za chude ramię. Skręcił ku sąsiedniej tawernie.

- Puszczaj! - nakazała kobieta.

Próbowała ugryźć go w rękę, podrapać paznokciami, kopnąć w nogę. Miotała się aż nie znaleźli się w bocznej uliczce niedaleko tawerny, gdzie zebrali się najgroźniejsi piraci na wyspie. Słynęła ona z ciągłych awantur i krwawych zakładów.

- Skoro nie przeszkadza ci widownia.

~~ * ~~

Wyjrzał przez drzwi. Dostrzegł sponiewieranego chłopaka. Na skinienie mężczyzny przy barze udał się gdzieś w bok. Dokładnie pod jego pokój. Pirat nie zastanawiał się długo. Zatrzasnął drzwi i zaryglował. Przystawił ucho do podłogi, ale niewiele słyszał. Na klęczkach okrążył pokój, szukał najmniejszej szpary. Zajrzał pod mały dywanik przy łóżku i zaśmiał się w duchu. Sprzyjało mu szczęście.

Przysunął oko najbliżej szpary, jak to tylko było możliwe. Widział siedzącego za biurkiem barmana i chłopaka stojącego przed nim. Zakres, w jakim widział pomieszczenie, nie pozwolił mu dostrzec, czy w środku znajduje się ktoś jeszcze. Zamiast tego usłyszał trzeci głos, nienależący do żadnego z nich. Chłopak odwrócił się powoli, a gdy skrzypnęły ponownie drzwi, ustąpił miejsca mężczyźnie z baru, popijającego wesoło rum. Zmierzył Rogera wzrokiem i odprowadził do pokoju razem z chłopakiem. Podejrzewał zapewne, że odbywac się będą tam interesy, poważn interesy. Pirat widział jedynie ich dwóch, chłopak gdzieś zniknął. Nadal jednak był obecny w pomieszczeniu.

- Dwadzieścia dwa tysiące. Jak mówił. Po potrąceniu kosztów zapewnienia pokoju. Będzie tysiąc dla ciebie - oddał mu lekką sakiewkę. Pirat wiedział dobrze, że znajduje się w niej znacznie mniej. Chłopak też to wiedział, ale nie buntował się. Widocznie na czymś mu jeszcze zależało.

- A mapa? - zapytał buntowniczo. Wyprostował się pod czujnym spojrzeniem barmana. Mężczyzna wstał i zniknął. Pirat nie wiedział dokładnie gdzie, ale po chwili zjawił się z poszarpanym rulonem. Chłopak odebrał go bez słowa. Przed opuszczeniem pomieszczenia powstrzymała go silna dłoń ściśnieta na ramieniu.

- Skopiowałem ją naturalnie. Niestety nie potrafię rozszyfrować języka - przyznał bez skrępowania mężczyzna. - To nie łacina, greka, hiszpański, portugalski, angielski, farnacuski czy jakikolwiek inny kolonialny język.

- Oczywiście, że nie. Kapitan pragnie zdobyć mapę i tylko on jest w stanie ją odczytać - wytłumaczył spokojnie. Za spokojnie. Chłopak miał to kłamstwo przygotowane wcześniej. Nie zająkał się zupełnie, mimo bacznych spojrzeń skierowanych w jego stronę. - Puść mnie - zarządał groźnie. Lichwiarz niechętnie zabrał rękę. Wiedział widocznie, że zabawa dobiegła końca i już nie może sobie pozwolić na żarty. Chyba dotarło do niego, z kim miał do czyniania.

- Myślałem, że nas zabijesz, kiedy otrzymasz mapę. - Przy stwierdzeniu, w głos mężczyzny wkradła się nutka niepewności i strachu. Obawa, że wywoła wilka z lasu. Chłopak spojrzał na niego. Pirat zauważył szyderstwo odmalowane na twarzy barmana. Była widocznie zaraźliwe, bo drugi również się rozluźnił.

- Wierny pies swojego pana. Zabawne. Pobiegniesz do niego z podkulonym ogonem i naskarżysz na nas? Kto by pomyślał, że taki młokos jest już bosmanem i najbardziej zaufanym człowiekiem człowieka legendy. Pewie pozwala ci na wszystko. - Nie było tutaj śladu na niedopowiedzenia. Chłopak ponownie skierował się wyjścia. Tym razem żaden go nie zatrzymał. Pirat poderwał się na równe nogi i doskoczył do drzwi. Były zamknięte od zewnątrz. Zmarszczył brwi. Do uszu dobiegło go pukanie w podłogę. Stuknięciu towarzyszył groźny odgłos.

- Względem pana również mamy plany, panie Roger - usłyszał swoje nazwisko i znieruchomiał. Rozpoznali go. Spojrzał na okno, dobiegł do niego i zorientował się, że było zaryglowane. Kłódka znajdowała się po drugiej stronie. Niemal czuł kroki na schodach. Zupełnie jakby cały lokal zamarł i oczekiwał.

- Odsuń się - polecił głos zza drewnianej osłony. Dźwięk uderzającego o siebie metalu rozniósł się po okolicy. Piraci rzucili się w stronę tawerny węsząc bójkę. Z okna na piętrze wyskoczył starszy mężczyzna i dogonił młodszego będącego kilka kroków przed nim. - Do statku, potem w lewo - polecił i zmusił nogi do wysiłku. Roger podziwiał go ze zdwojoną siłą. Chłopak widocznie przyzwyczajony był do podobnych sytuacji. Biegł wolniej od niego, ale tylko dwa, trzy kroki.

Lichwiarz stojący u wyjścia z tawerny stanął z muszkietem w rękach i zamierzał zastrzelić jednego z nich. Z budynku wypadł spanikowany barman i poderwał jego broń do góry.

- Zwariowałeś. Masz zamiar ściągać na siebie uwagę ich kapitanów? Mało mamy... - Więcej nie usłyszał. Zgodnie z instrukcjami skręcił w lewo tuż przed stakiem zacumowanym przy drugim doku.

- Dziękuję za ratunek - powiedział, kiedy złapał oddech po długim biegu. Byli niemal po drugiej stronie miasta. Spojrzał na chłopaka, który zbladł i zgiął się wpół. Zwymiotował bez najmniejszego skrępowania na jego buty. Trząsł się cały. Ramiona opierał na kolanach i uspokajał żołądek. Roger cofnął się o krok i strzepał zawartość jego żołądka z butów. - Długo ci się zbierało, co? - zagadnął, kiedy już chłopak względnie doszedł do siebie.

~~ * ~~
 

Ostatnio edytowane przez Idylla : 06-10-2010 o 20:57. Powód: Poprawa
Idylla jest offline  
Stary 06-10-2010, 20:57   #2
 
Idylla's Avatar
 
Reputacja: 134 Idylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znany
- Gdybyś wiedział, uciekłbyś, a ja bym nie zarobił. Kapitan się dzisiaj zjawił, więc musiałem się śpieszyć. - Nie powiedział nieczego więcej. Roger zaczął się zastanawiać, czy czasem nie oczekiwał odpowiedzi. - Jesteś beznadziejny, Roger - skwitował chłopak i poklepał go po ramieniu. Minął pirata i skierował się ku leśnej granicy. Mężczyzna zastanawiał się, skąd mógł go znać. Jego imię nie było szczególnie znane, listów gończych też za nim nie wydano.

- Skąd wiedziałeś i od jak dawna? - Nie wytrzymał i zapytał go, a głos stracił na pewności siebie.

- Jesteś w załodze... - urwał szybko. Poczerwieniał. Czyżby coś wiedział o jego kapitanie?

- Załodze Morgana. Zgadza się - potwierdził bezmyślnie. Szedł za chłopakiem wzdłuż lasu. Obserwował jego nieco sztywny krok. Uśmiechnął się pod nosem. Chłopak może i był twardy, ale trochę mu jednak dopiekł.

- Morgana. Nienawidzę twojego kapitana, więc nie mów tego tak zwyczajnie. Mogę się zdenerwować - ostrzegł. Groźba w jego głosie nakazała piratowi siedzieć cicho. Chłopak nie był byle kim, skoro w tak młodym wieku zyskał taką pozycję na takim statku. Niestety, nie zdołał się powstrzymać w porę przed następny komentarzem.

- Trochę szacunku... - warknął i urwał w połowie. Chłopak zatrzymał się przed nim, obrócił błyskawicznie, coś błysnęło w świetle księżyca, a skóra na szyi Rogera zapiekła. Niepewnie poruszył ręką, aby dotknąć jej palcami. Wiedział, że sztylet mógł być zatruty, wiedział, że wystarczyło jedynie mocniejsze szarpnięcie, a świat pożegna go na zawsze. Chłopak uśmiechnął się figlarnie. Nadal trzymając broń na jego gardle, powiedział łagodnie jak do dziecka. Roger jęknął. Nie mógł się odezwać. Jego głos zapewne brzmiałby przynajmniej zabawnie.

- Uważaj na słowa, a może przeżyjesz - odpowiedział.

Roger jęknął. Nie mógł się odezwać. Jego głos zapewne brzmiałby przynajmniej zabawnie. W bosmanie było za wiele opanowania, jak na gust pirata. Nie omieszkał zapytać o to głośno. Kolejna gafa wymknęła się z jego ust, zanim zdołał pomyśleć.

- On cię tego... wszystkiego... nauczył?

Chłopak wyraźnie westchnął. Roger wolał nie wiedzieć, co sobie o nim pomyślał, ale jeżeli był choć w połowie tak bystry, jak mówili o nim w plotkach, to doszedł do tego samego wniosku, co reszta załogi. Rogera wiedział, że nazywali go między sobą głupkiem, ale ignorował to. Zapewne było w tych słowach sporo prawdy.

- Tak. Wszystkiego. Również tego, co kłębi się w tym twoim łbie - odpowiedział spokojnie.

- Mam powody do takich myśli. Widziałem... A raczej słyszałem...

- Mówię ci to z dobrej woli, jako przestrogę. Doceń to. Jeżeli dokończysz to zdanie, obiecuję, że twoja dusza opuści cię na długo przed tym, nim ciałem nakarmię rekiny. - Ostrzeżenie, uśmiech i majaczący niewyraźnie przy jego gardle sztylet. Poczuł na nim ostry koniec. Przełknął ślinę.

- Nie ma sprawy. Rozumiem. Już. - Bez nacisku, ale stanowczo odciągnął rękę chłopaka od swojej krtani.

- Przekażesz coś swojemu kapitanowi? Ode mnie? - zapytał niespodziewanie. Roger zauważył, że są nieopodal tawerny "Pijany galeon". Widocznie chłopak miał się spotkać ze swoim kapitanem w tym miejscu.

- Dobrze, ale w zamian za przedstawienie mi twojego. Zgoda? - Wymiana obopólnie korzystna. Będzie mógł się pochwalić znajomością z legendarnym Crickiem. Lekkie zdenerwowanie rozniosło się bez jego zgody po plecach i podążyło do żołądka, który wykonał zwrot z radości i wrócił na poprzednie miejsce.

- To nie jest równa wymiana. Nie wiesz, jaki on jest. Jeżeli mu się... spodobasz, skończysz w naszej załodze. Z pewnością. Nie przyjmie odmowy. Jeżeli cię nie polubi, ja... zabiję cię na jego rozkaz - przestrzegł go groźnie. - Jesteś pewny, że chcesz go poznać? - zapytał dla pewności.

- Tak. Chcę. - Nie było sensu mu tłumaczyć i opowiadać o umowie, która niechybnie wygasała. Mógł równie dobrze zmienić załogę na inną.

- Zginiesz. Niechybnie - oznajmił ze złością wibrującą na skraju spękanych warg.

Zaprowadził go do tawerny. Przy wejściu stali dwaj rośli marynarze, którzy zatrzymali go na chwilę. Chłopak skinął na nich. Spojrzeli po sobie, ale zabrali blokujące go ręce. Taka miernota mogła na nich wpłynąć jednym spojrzeniem? Roger zaczął się obawiać o swoje życie. Tym razem zupełnie poważnie.

- Edward!

Imię rozniosło się po sali wywołując nagłą ciszę. Wszysycy skupili się na chłopaku, który najnormalniej w świecie zasiadł naprzeciw wysokiego, grubo oddzianego mężczyzny przy okrągłym stoliku w centrum. Każdy kto do niego mówił i zamarł w pół słowie, podążając spojrzeniem za kapitanem. Każdy jeden z obecnych, którzy stali przy tym stole, milczał, zaś chłopak usiadła bez oporów na wysuniętym krześle. Sala wstrzymała oddech. Kapitan jedynie się zaśmiał. Napięcie opadło. Gromki śmiech spadł z serc piratów również z Rogera. Nie pytał o nic, jedynie wyciągnął rękę, aby odzyskać przedmiot. Roger domyślił się jaki, pozostali obecni także ze skupieniem śledzili jego ruchy. Widocznie mapa była ważna.

- Oczywiście rozbił kopię. Nie miałem serca uświadamiać mu, że kopia na nic się nie zda - usłyszał jakby odległy głos chłopaka. Edward. Jeżeli dobrze kojarzył to bosman Cricka miał tak na imię. Jeżeli doda do niego zasłyszane nazwisko: Morgan. Zbladł i niemal usiadł na podłodze. Gdyby nie ręka chłopaka pewnie niechybnie by tam skończył, ale zdążył go złapać przed upadkiem.

- Edwardzie, czy on?...

- Tak, kapitanie.

- Mniemam, że spisał się znakomiecie. Inaczej by nie żył - Crick spojrzał na niego wymownie. Ocenił i przetrawił. Mrownie na ciele powiększało się z każdym kolejnym skrawkiem ciała poddanemu obserwacji. - Chcesz go zabić?

Roger wstrzymał na chwilę oddech. Podobnie uczynił stojący blisko niego pirat.

- Nie, kapitanie, nie chcę - odparł chłopak.

Roger gabił się na niego, mrugając bezmyślnie. Zamykał i otwierał usta. Wyglądał z pewnością nie mądrze i prostacko. Rozejrzał się napięcie drastycznie wzrosło. Jak jeden mąż wszyscy zwrócili głowy w stronę swoich butelek z rumem. Spuścili głowy. Grobowa cisza utkwiła w pomieszczeniu. Roger spojrzał na kapitana. Nie wyczytał wiele z jego twarzy. Jedynie intensywne spojrzenie skierowane na bosmana. Chłopak odwzajemniał je twardo. Nie uległ, nie wycofał się, nie poddał. Wyprostował jedynie i poprawił na krześle. Wygodniejsza pozycja sprzyjała udanym negocjacjom. Myśl, która nagle napływnęła do głowy pirata, wydała się conajmniej dziwna. Sprzeciwił się kapitanowi.

- Edwardzie... - zaczął i urwał. Roger chyba wolałby, żeby nie kończył. Kapitan przyglądał mu się przez chwilę, Roger przezornie opuścił wzrok. Skoncetrował na butach, wspominając scenę spod lasu. Wolał udawać, że wcale go tam nie ma, że nie usłyszałby wyroku, który mógł wypowiedzieć kapitan Crick. - Zatrzymaj go. Na warunkach na jakich się poznaliście, rozumiesz? - zapytał cicho. Chłopak skinął głową i zaśmiał. Kapitanowi reakcja ta wystarczyła.

- Wypijmy za nowego członka załogi. Jak mniemam twój kontrakt wygasł. Nie chciałbym mieć problemów z innym kapitanem z powodu porwania jego załoganta. Pod kim pływałeś? - Zainteresowanie przeniosło się z Edwarda na Rogera. Ten spojrzał na chłopaka z zakłopotaniem, ale odpowiedział zgodnie z prawdą.

- Pod kapitanem Morganem. - Crick szybko spojrzał na Edwarda, później znów na Rogera i zaśmiał się głośno. Nikt nie upominał go. Ci znajdujący się nieco bliżej zawtórowali mu ochoczo. Edward wymruczał coś pod nosem. Zaciekawiony schylił się ukradkiem, aby podsłuchać, co ma do powiedzienia.

- ... dureń. Bęcwał i kretyn. Pożałuje, że tutaj...

Ich nosy otarły się o siebie, kiedy ich spojrzenia spotkały się. Kapitan roześmiał się jeszcze głośniej. Uderzył raz otwartą dłonią w blat. Trzasnęło drewno i stół przełamał się na pół. Upadł Edwardowi na kolana i przygniótł ramię. Chłopak syknął i, z pomocą drugiej ręki, zdjął resztki mebla z ręki. Pojawiło się na niej paskudne rozcięcie. Syknął i złapał za nie. Pytajaco spojrzał w stronę kapitana, który skinął na sąsiednie pomieszczenie. Już się nie śmiał. Raczej przyglądał uważnie swojemu załogantowi.

- Idź. Muszę z nim porozmawiać - zakomunikował i chłopak posłuchał go bez sprzeciwów. - Mam nadzieję, że będziesz się spisywał równie dobrze następnym raz. Dzisiaj z pewnością zaczarowałeś Edwarda. Jednak niebawem to minie. Zauważy w tobie mężczyznę jak ich wielu. Mój kontrakt jednak jest długoterminowy. Rozumiesz? - zapytał łagodnieszym tonem niż Edwarda. Zupełnie jakby traktował go trochę jak dziecko. Roger nie zdolny powiedzieć więcej skinął.

- Doskonale. W sprawie Morgana. Edward wiedział o tym, kiedy robiliście interesy? - Bez ogródek. Prosto do celu. Roger zamrugał, ale odpowiedział szczerze.

- Nie sądzę... - chrząknięcie - ... kapitanie.

- Być może. Ojciec raczej nie wspominał mu o swoich ludziach. Pamiętaj, jeżeli jesteś szpiegiem, zginiesz z jego ręki. Osobiście uważam, że jest bardziej bezlitosny ode mnie. Zważaj na to. - Uniósł palec do góry i zagroził mu. - Bawmy się. Toast za nowego w załodze.

- Będziesz pod moimi skrzydłam. Jestem dowódcą nawigatorów. Wszelkie problemy zgłaszaj mnie. Możesz też Edwardowi, ale wątpię, aby cię posłuchał. Nie interesują go piraci skamlący o przysługę - skwitował jeden z piratów, który podszedł do niego niepodziewanie. Roger zastanawiał się mgliście, skąd on wiedział, że jest nawigatorem. Ta załoga przerażała go i ciekawila za razem.

~~ * ~~

Nowy dzień przyniósł obok wspaniałej pogody do żeglowania, okropny ból głowy i zgodne pojękiwania mężczyzn ułożonych we wszelkich możliwych częściach tawerny. Roger zauważył, że w sali brakuje kapitana i dowódców. Poznał ich niewielu, ale szybko zapamiętał wszystkich. Zapamiętał, że wszyscy byli jeszcze obecni, kiedy szedł spać tam gdzie siedział, chociaż nie bardzo pamiętał, jak do tego doszło. Zagadka zniknięcia niektórych z nich wyjaśniła się sama.

Dowóca nawigatorów, Smith, z głośnym ziewnięciem wygramolił się z jedenego z sąsiednich pokoi. Podobnie uczynił nadzorujący cieśli. Roger z ciekawością oczekiwał, że w drzwiach pojawią się jeszcze inni, ale nie zaglądał przez nie. Nie śmiał nigdy bez zezwolenia wkroczyć do kajut dowódców, więc nie będzie zmieniał nawyków.

Podciągnął się do siadu i rozejrzał dokładnie. W głowie mu huczało od brzdęku butelek układanych przez barmanów i stukotu obcasów należących do zabawiajacych ich ubiegłej nocy kobiet. Załoga powoli budziła się ze snu. Mamrotali coś niewyraźnie i drapali po głowach, jakby to miało im pomóc. Zauważył, że wielu próbowało tego zabiegu, ale żadnemu nie udało się poprawic swojego stanu.

- Już wstaliście? Świetnie. Zbierać się. Wyruszamy w południe - zakomunikował kapitan. Pojawił się w wejściu i od razu zwrócono na niego uwagę. Niechętnie, z ociąganiem, ale bez marudzenia zebrali się i ruszyli pojedyńczo do portu. W zależności ile sił zatrzymali, opuszczali tawernę szybciej lub wolniej. Roger rozejrzał się, ale nie zauważył Smitha. Chciał go zapytać o sprawę z kapitanem Morganem, ale niespodziewanie zaczepił go kapitan.

- Jeżeli chodzi o twoją dawną załogę, wysłałem Edwarda w sprawach formalności. Długo mu to schodzi, ale widocznie ma dużo do przedyskutowania. Mam nadzieję, że mnie nie okłamałeś - zawiesił na nim spojrzenie. Splótł ręce na piersi, co dodało mu groźnego wyglądu.

- Oczywiście, że nie kłamałem. Kontrakt kończył się dzisiejszej nocy. Teraz jestem wolnym marynarzem - odpowiedział, mając nadzieję, że brzmi wiarygodnie, a przy tym jego prośba zostanie zauważona.

- Kontrakt. Zapomniałem. Jones, chodź tutaj - zawołał do chudego mężczyzny zbierającego ze stołu papierowe wycinki. Poplamione ręce światczyły, że pracował całą noc. Zapewne był dobrym kartografem.

- Tak, kapitanie? - zwrócił się do dowócy statku niskim, posłusznym i fałszywym głosem. Roger nie zniósłby takiego zachowania względem niego samego. W zamian kapitan uśmiechnął się chłodno.

- Skromność nie jest w modzie, więc racz skończyć z tymi... bzdurami. Edward wrócił, a wiesz jak on nie lubi lizusów. Podobnie jak ja. Twoja skromna oferta straciła ważność. Teraz jesteś jednym z wielu. Tak, zawsze nim byłeś - powiedział łagodnie. Wplótł dłoń w jego włosy i pogłaskał je w czułym geście. Ta ześlizgnęła się na kark. Kartograf wzgrygnął się mimowolnie i spuścił przygaszony wzrok. Roger widział, jak mężczyzna kuli się nieco i waha, bo nie wie, jak powinien zareagować na zachowanie kapitana przy obcym.

- Tak, kapitanie - powiedział w końcu niepewnie. Dolna warga mu zadrżała, od razu ją przygryzł, a w oczy wstąpiła niespodziewana nienawiść i furia.

- Uspokój się - nakazał trafnie interpretując obiekt nienawiści tych oczu. Mężczyzna spoglądał gdzieś za swojego kapitan. Roger odwrócił się i zobaczył stojącego w wejściu Edwarda. Kapitan nie musiał nawet patrzeć, zawołał od razu. - Edwardzie, właśnie miałem prosić Jonesa o spisanie umowy z naszym nowym pomocnikiem nawigatora.

- Nie ma problemu, kapitanie. Wszystko zostało załatwione - stwierdził szybko. Ton jego głosu sprawił, że Crick odwrócił się, aby na niego spojrzeć. Zmarszczył brwi i ścisnął usta na widok swojego bosmana. Zirytowany spojrzał na Rogera. Ten w obronnym geście jedynie wzruszył ramionami, przerażony, że kapitan obwinia jego o taki stan chłopaka.

Edward wrócił cały we krwi, podrapanym ubraniu, wyrwanym sporym kawałkiem włosów. Wyglądał okropnie. Widok niesamowicie ucieszył kartografa, gdyż uśmiechnął się mściwie i zadarł brodę.

- Wszystko w porządku, kapitanie. To nie moja krew. Przynajmniej nie cała.

Opadł niespodziewanie na ścianę. Kilku stojących obok piratów odbiegło do niego i starało się podtrzymać. Odtrącił ich ręce i podźwignął się na nogi, młodzi, słabi, niedoświadczeni, naiwni. Crick natychmiast znalazł się przy nim, a uśmieszek Jonesa poszerzył się jeszcze bardziej. Piraci umknęli przez drzwi. Tawerna niemal opustoszała. Edward nie podniósł wzroku, jedynie spoglądał na guziki marynarki Cricka. Roger ze swojego miejsca miał świetny widok na ich profile. Stali nieruchomo w cieniu. Po chwili Roger zobaczył widok zgoła dziwny. Edward został spoliczkowany z taką siłą, że jego głowa podążyła za oddaljącą się w bok ręką. Chłopak wydał z siebie głośne warknięcie, ale nie powiedział nic. Ponownie zawisł w poprzedniej pozycji.

- Jones. Spisz z nim umowę. Ja muszę poważnie porozmawiać z Edwardem - powiedział kapitan nie patrząc na nich. Szurając butami po podłodze, skierował się ku otwartemu przejściu do ciemnego pokoju. Nie wydał żadnego innego polecenia, ale Edward posłusznie poszedł za nim. Roger widział błysk zawodu w jego oczach, kiedy spojrzał na niego. Następnie zamknął drzwi.

- Nie przejmuj się. Nie zabije go, ale musiałeś sporo narozrabiać - stwierdził radośnie Jones. Roger miał ochotę na uderzenie go. - Kapitan rzadko się na niego wścieka, a dzięki tobie przyprawił go o ból głowy drugi raz w ciągu dwóch dni. Powinienem ci podziękować. W ciągu kilku dni Edward przejdzie niechybnie do historii.

Informacja ta zdawała się go nieszczególnie martwić. Usiadł przy stole i ramieniem zgarnął resztki rumu zalegające na blacie. Skrzywił się na widok ciemnych plam na szarej koszuli. Otrzepał ją i poprawił się. Gestem zaprosił Rogera do zajęcia miejsca naprzeciw niego. Nawigator zajął wskazane krzesło, z niepokojem obserwując drzwi, zza których dochodziły tłumione krzyki i sapanie.

- Skup się przez chwilę. Teraz patrz na mnie. Zaraz będziesz się zamartwiał o swoją wybawcę. - Jones machnął mu ręką przed nosem. - To ważne. Nie mam zamiaru później obudzić się z nożem w plecach, bo przeze mnie wpadłeś w kłopoty. Słuchaj uważnie.

~~ * ~~
 
Idylla jest offline  
Stary 06-10-2010, 20:58   #3
 
Idylla's Avatar
 
Reputacja: 134 Idylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znany
- Rozgoszczę się tutaj. Mogę? - zapytał uprzejmie barmana, który zdzwiony jego zachowaniem skinął głową. Mężczyzna rozsiadł się przy stoliku obok nich. Położył torbę na krześle po jego prawej. Roger zauważył, że jego dłonie drżą. Próbował temu zapobiec splatając ze sobą palce. Złączone dłonie położył spokojnie na blacie. Przyglądał się im dłuższy czas, wzgrygając na każdy głośniejszy dźwięk dochodzący z pokoju. Panowała cisza, którą z irtytacją przerwał Jones.

- Dajcie spokój. Nie pierwszy raz się naraził. Wychodził z tego i wyjdzie tym razem. A ty mnie słuchaj. Nie będę się powtarzał w nieskończoność - nakazał Rogerowi, celując w niego poplamionym od atramentu palcem. Pirat spojrzał na niego ostro, ale kiwnął głową. Gdyby się odezwał, mógłby powiedzieć mu coś, czego później bardzo by żałował. - Umiesz czytać? Pisać? - Roger pokręcił głową zaprzeczając.

- Nic nowego - skwitował. Lekarz uśmiechnął się. - Nie szczerz się.

- Nie pozbawiaj mnie drobnych przyjemności - uprosił kartografa.

- Tutaj masz kontrakt. Podpisz tutaj i tutaj. - Kiedy Roger spoglądał na niego gniewnie, ten wywrócił oczami. - Postaw krzyżyk. Albo odcisk palca. To to samo - wytłumaczył zniecierpliwiony. Roger postawił we wskazanych miejscach po dwie skrzyżowane kreski na jeden arkusz.

- Masz może jeszcze jeden? - zwrócił się do niego. Nie puścił od razu kartki, którą zamierzał od niego odebrać Jones.

- Po co ci, przecież nie umiesz czytać?

- Ale ktoś na statku poza tobą z pewnością umie - zauważył bystro. Pirat skrzywił się, ale zanurzył ponownie w swoich papierach, przeszukując je jak poprzednio w poszukiwaniu kopii kontraktu. - Masz. - Wręczył mu zabazgrany zwitek.

- Zatem, kto umie czytać poza tobą? - Jones prychnął, ale odpowiedział.

- Kapitan, Edward, ja - zakończył wyliczanie. Roger zmarszczył niezadowolony nos. Jones jedynie się zaśmiał.

- I ja. Chętnie ci go przeczytam - zauważył lekarz. Ukłonił się mu w podzięce. Dziwny człowiek. Zresztą nie on jeden na tym okręcie.

- Markus. Oczywiście, któryś już ci musiał wyszczekać.

Głos kapitana postawił wszystkich na nogi. Nawet Roger zerwał się z miejsca. Crick właśnie ścierał z pięści krew. Robił to starannie, jakby obawiał się choroby. Czysta koszula poznaczona była czerwonymi śladami. Spodnie wyraźnie zakurzone i zdarte w kolanach. Roger spiorunował spojrzeniem kapitana.

- Martwią się. Przynajmniej niektórzy - odpowiedział cicho lekarz i stanął na palcach, żeby dostrzec widok za Crickiem. Widocznie nie za wiele widział, bo próbował z drugiej strony. Kapitan chrząknął.

- Zajmij się nim. A wy. Żaden nie ma się do niego zbliżać ani mu pomagać. Ostrzegam - zagroził niskim, chrapliwym głosem. Rzucił szmatę do wnętrza pokoju, po czym zrobił miejsce lekarzowi. Kiedy ten go minął, zamknął za nim drzwi. Jeszcze raz spojrzał na swoich załogantów. Bez słowa opuścił tawernę.

- Zbieraj się. Trzeba przygotować statek. Nie zaprzątaj sobie nim głowy. Markus się nim zajmie. Będzie z nim dobrze - pocieszył go niespodziewanie Jones. Lekki zawód pobrzmiewał w jego głosie. Zamyślony położył mu rękę na ramieniu. Przestraszony własną śmiałością zabrał ją równie szybko. W pośpiechu zniknął za drzwiami, trochę za mocno nimi trzaskając.

- Pokręcona załoga. Nieźle się wpakowałeś człowieku - zauważył barman i zniknął za swoim barem, zajęty uprzątaniem bałagawny na podłodze. Roger słyszał jak zmiara szkło i syczy, kiedy zranił się w palec.

~~ * ~~

Statek znalazł bez problemu. Ogromne, rozłożyste żagle wzbijały się ponad inne zacumowane w porcie okręty. Przebiegł wzrokiem dokładnie po rozmiarach jednostki. Imponował mu przepych, z jakim została zbudowana. Jeden z piratów podszedł do niego.

- Chciałbym należeć do tej załogi. Wyobrażasz sobie, ile oni łupią z pomocą takiego okrętu? - zagadnął rozmarzony.

- Tak, domyślam się. Właśnie do nich dołączyłem. Liczę na obłowienie się. - Wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu. Pirat podszedł do niego bliżej i nachylił się. Roger zorientował się, że złaśnie został obwąchany. Pirat jedynie prychnął jedno imię.

- Edward. Idiota! - warknął przez ściśnięte zęby. - Witaj w załodze! - Wyraz twarzy zmienił się gwałtownie.

- Mam nadzieję. - Kapitan wyraził swoją nadzieję. Roger czuł się trochę ogłupiały. Bał się postawić krok na statku, gdzie mieszkali ze sobą tacy żeglarze. Miał być tam sam, bez wsparcia i zaufanej osoby.

- Masz Edwarda. Zadbałem o najlepsze wsparcie, chłopcze - powiedział mu na pocieszenie kapitan. Marynarz oderwał się od gapienia na krzątających się po pokładzie piratów i zogniskował go na Cricku. Był od niego wyższy i lepiej zbudowany. Czarna broda i pożółkły kapelusz przydawały mu nieco więcej wrażenia. Wywierał je już pierwszymi słowami. - Zwykle moi załoganci są już po chrzcie, przyzwyczajeni do nowego życia. Widocznie pora na zmiany - zasępił się, oceniając go ponownie.

- Mogę zapytać o czym pan mówi? - zdziwił się Roger. Otrzymał w zamian zdegustowane spojrzenie.

- Niech licho pochłonie tego kmiota! - wrzasnął kapitan. - Kapitanie - dodał po chwili.

- Kapitanie - powtórzył Roger.

- Jones, zbieraj się tutaj! - krzyknął w stronę spacerującego kartografa. Rozpromieniony spojrzał na swojego kapitana. Mina mu zrzedła, gdy ujrzał obok niego Rogera. Niechętnie udał się w kierunku trapy i zszedł powoli po niej. Zbliżył się do niech wolno. Zapewne myślał nad kłamstwem, którym chciał potraktować kapitana.

- Musiałeś się poskarżyć! - zawarczał w jego stronę.

- Jones. Dlaczego nie wspomniałeś mu o nas? - zapytał łagodnie kapitan. Roger wolał nie patrzeć mu teraz w oczy. Zapewne nie miałyby one tak dobrotliwego tonu, jak wypowiedziane słowa.

- Myślałem, że bosman Morgan to zrobił - bronił się zuchwale pirat.

- Ed nic mi nie powiedział - zapewnił szybko Roger. Chciał wiedzieć, o czym była rozmowa, zwłaszcza, że stało obok i najwyraźniej był jego najważniejszą częścią.

- Bosman Morgan - poprawili go zgodnie. Roger skulił się nieco na ten przypadkowy wybuch. Spojrzał po ich twarzach, ale nie doszukał się żadnej wskazówki, dlaczego Ed im się nie podobało.

- Rozumiem, przepraszam - wycofał się ostrożnie. Wolał na razie zniknąć zatapiając się pod pokładem.

- Czekaj. Nie wejdziesz tam sam - zauważył lekarz, który niósł nieprzytomnego Edwarda. Chłopak spokojnie oddychał na jego rękach. Lekarz rzucił kapitanowi potępieńcze spojrzenie i podszedł do Rogerza. - Ponieś go i chodź za mną - polecił mężczyzna. Pierwszy wkroczył na trap. Odwrócił się, aby upewnić, że idzie za nim.

- Poradzę sobie - zapewnił.

Deska była wąska. Czuł, że coś powstrzymuje go przed przekroczeniem linii wyznaczonej przez burtę. Kiedy miał już zeskakiwać lekarz zatrzymał go w miejscu krótkim "Stop!". Posłuchał i odczekał chwilę. W momencie, kiedy zakręciło mu się w głowie, nie trzymał już w ramionach Edwarda. Opadł bezwładnie na pokład. Uderzył się solidnie w głowę. Stracił przytomność. Czuł, że wokół niego powietrze gęstnieje i trudniej mu się oddychało. Powietrze opuszczało jego usta wolniej. Oczy odmówiły posłuszeństwa i zamknęły się natychmiast. Ostatnim co czuł, były dłonie ściskające jego ramię.

~~ * ~~

Ogłoszenia na słupach zachęcająco witały wielkimi napisami, sporządzonymi przez najlepszych z załogi kapitana Rogera. Zapraszały chętnych i śmiałków, przepełnionych odwagą, rządzą przygody, złota i dostatniego życia. Zapraszał...
 
Idylla jest offline  
Stary 12-10-2010, 18:42   #4
 
Lechun's Avatar
 
Reputacja: 80 Lechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znanyLechun wkrótce będzie znany
Jedna z cel, więzienie na wyspie Barbados, kilka miesięcy temu.

W niewielkiej celi, w której jedynym umeblowaniem była sterta siana i worek z mokrymi trocinami(a także dziura w ścianie, wielkości pięści, która miała służyć za miejsce do wypróżniania się), znajdował się on, Claes Gerrittszoon Compaen, podstarzały mężczyzna, o nadal przystojnych rysach twarzy. Oczywiście nie licząc licznych siniaków i rozcięć, a także szpetnej blizny ciągnącej się przez czoło Holendra. Znajdował się w dość niewygodnej pozycji, gdyż był przykuty łańcuchami do sufitu. Odziany był w stare łachy barwy szaroburej, składające się z prostych spodni i koszuli, z której plecy były już tylko strzępem. To samo stało się z plecami Clausa, które zostały porozrywane na wskutek licznych chłost, którymi był raczony co niedzielę. Claus już nawet nie miał najmniejszej nadziei na ucieczkę, mimo zapewnień o odsieczy, które docierały zza jednej ze ścian. Chociaż i one ucichły.
Licząc od ostatniego chłostania przez angielskiego nadzorcę, dzisiaj była środa, a więc dzień, w którym zostanie stracony. Nie licząc już na żadną pomoc, Compaen wspominał, jak trafił do tej klitki.

Trzydzieści lat temu jego życie upływało na licznych zabawach, jak przystało na syna holenderskiego arystokraty i potentata handlowego. Do czasu, gdy ojciec nie zachorował na tyle poważnie, by żaden lekarz nie był w stanie poprawić jego stanu. W końcu umarł. Claes, jako niekoniecznie legalny syn, nie mógł liczyć na odziedziczenie majątku. Zapożyczył się więc u braci i zakupił bryg „Ciernistą Pannę”, rozpoczynając handlową karierę i podróżując wzdłuż wybrzeża Genui. Uznał jednak, że to nie jest życie dla niego, zostając holenderskim korsarzem i polując na okręty hiszpańskie i tureckie na Morzu Śródziemnym. I dopóki władze nie postanowiły ograniczyć jego jurysdykcji, szło mu całkiem dobrze, później górę wzięła chciwość Holendra. Na wskutek przyszłych wydarzeń, został wyciągnięty spod prawa i nazwany piratem. Nie pozostało mu więc nic innego, jak udowodnić innym, że naprawdę zasługuje na to miano. Do czasu, gdy nie został zaatakowany przez otomański okręt wojenny pod dowództwem Hajraddina Dujara. Po długiej walce, „Panna” musiała się poddać. Załoga licząca 200 ludzi została zniewolona, jednak 8 z nich zostało wysłanych do Holandii, by móc przekazać wiadomość o aktualnym położeniu piratów. Dotarł z nich tylko jeden, bo reszta po prostu uciekła, nie chcąc narazić się władzom holenderskim.
Okup został zapłacony jedynie za Clausa, jako że był kapitanem, więc miał zostać publicznie stracony. Udało mu się jednak uciec i zaciągnął się na hiszpański statek płynący na Karaiby.
Dotarł na wyspę Barbados, gdyż był tu pierwszy ze zdrajców. Był nim jego oficer - Louis Fearquer, francuski szlachcic, który wykorzystał urodzenie, by zostać ważnym urzędnikiem na dworze tutejszego gubernatora. Holendrowi udało się dostać do komnaty Louisa i stanąwszy przed nim, strzelił mu w brzuch z dwóch pistoletów. Zaalarmował tym straż, która wpadła do komnaty, jednak szybko została rozbita celnie rzuconym granatem. Mimo to Claus został postrzelony w ramię i wypadł przez okno. Okrążony i pozbawiony szans na ucieczkę, poddał się.
Został skazany na śmierć, jednak na wykonanie wyroku musiał czekać miesiąc. By wiedział, ile już czasu minęło, co niedzielę wpadał do niego nadzorca o sadystycznym usposobieniu, który go biczował. Siedem razy za pierwszą niedzielę, czternaście razy za drugą, dwadzieścia jeden za trzecią, dwadzieścia osiem za czwartą.

Wspomnienia przerwał mu eksplozja, która wyrwała jedną ze ścian. Przed nim stanął barczysty mężczyzna w czerwonej koszuli i z serdecznym uśmiechem na ustach. Z wyciągniętymi pistoletami podszedł do Compaen’a i przestrzelił łańcuchy, które go podtrzymywały. Upadł na ziemię, skąd pomógł mu wstać nowy znajomy.
- Mówiłem, że przyjdą. Zabrać cię gdzieś? – powiedział ze śmiechem
- Do Port Royal. Muszę się spotkać ze starym przyjacielem.

Tawerna „Pod złotym psem”, Port Royal, czasy obecne.

W podejrzanej tawernie, od której przedstawiciele prawa trzymali się daleko, gruby karczmarz patrzył na nowo przybyłego z przerażeniem, jak na ducha. Ów mężczyzna był człowiekiem po pięćdziesiątce w prostych, lnianych spodniach i czerwonej koszuli. Na głowie miał stary, kapitański kapelusz. Tym kimś był nie kto inny niż Claes Gerrittszoon Compaen, żądny zemsty, co było widoczne tylko po jego oczach.
- Jak… Jak mnie znaleźliście…? –wydukał, zupełnie zapominając o oddychaniu.
[i]- To było wyjątkowo proste, Smith. Jak uciekliście, trzeba była załatwić Małego Jo. Wygadał mi o waszych planach.
- Skąd mieliście pewność, że mówi prawdę?
[/I]- Nie wiedziałem. – Odpowiedział spokojnie Holender, dobywając kordelasa. Grubas, wyciągnął samostrzał spod szynkwasu, jednak szybko się rozmyślił, widząc, że w dłoni został mu tylko jego kawałek. Dobył więc szpadę. Walczyli długo, bo mimo swojej postury Smith był wyjątkowo zwinny. Jednak celnym rzutem został przybity za koszulę do ściany. Szybko wyciągnął ostrze, z satysfakcją stając uzbrojony w dwie bronie przeciwko bezbronnemu. Satysfakcja szybko zmieniła się w przerażenie, gdy przeciwnik wyciągnął dwa pistolety i strzelił w głowę szynkarza. Podniósł swój kordelas i po prostu wyszedł z przybytku.

Już na ulicy spojrzał w niebo, zastanawiając się, gdzież to mogli się ukryć pozostali zdrajcy. Nawet przez chwilę pożałował, że przed zabiciem Smitha nie pomyślał o jego przesłuchaniu, ale wnet uznał, że i tak ten o niczym pewnie nie wiedział. Ruszył więc do doków, sprawdzić, czy ktoś nie szuka pracy.

Widząc pewne ogłoszenie, podszedł do niego i zerwał ze ściany.
- Już wiem.
Mruknął, kierując się na miejsce rekrutacji.
 
__________________
Maturzysto! Podczas gdy Ty czytasz podpis jakiegoś grafomana, matura zbliża się wielkimi krokami. Gratuluję priorytetów. :D
Lechun jest offline  
Stary 12-10-2010, 20:24   #5
 
SWAT's Avatar
 
Reputacja: 11248 SWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputację
Wyspa Saba, Hell's Gate (Zions Hill)

Roland już dawno stracił rachubę, jak długo egzystuje na tej zatęchłej wyspie. Co prawda miał tu sporo roboty jako rusznikarz i kowal, ale on wolał działać. Choć był flegmatyczny, akcja zawsze go pobudzała. Był dokładny i zawsze tą dokładność wykazywał. Nawet w walce. Przez ten fakt jego wyroby na Sabie, zostały okryte nie małą sławą, zresztą, zawsze się tak działo kiedy brał się za młot kowalski czy produkcję broni palnej. Jego ostrza były mocna, twarde, elastyczne. Kowalstwo nie było mu obce.

I tak Anglik, sprzedawał swoje wyroby Holendrom, szukając w tym samym czasie okazji, aby się wyrwać. Miał ochotę znowu się zaciągnąć na jakiś statek piracki. Jeszcze nie tak dawno temu służył wraz ze świętej pamięci Kapitanem Lopezem. Teraz on wylądował na tej wysepce, a Lopez, a raczej jego szkielet, porastał glonami i wodorostami na dnie Pacyfiku. I choć wydawało się to zabawne, że mu się jako jedynemu udało uratować na beczce po rumie, on sam dziękował za to Bogu.

Po kilku miesiącach, ciężkiej pracy w kuźni w porcie znalazł się statek „Wicher mórz” płynący do Port Royale, choć z początku mówiono że płynie do San Juan.
Załoga okazała się piratami, chorymi na szkorbut, która nie miała nawet siły do walki. Udawali wyniszczonych kolonizatorów z jakiejś francuskiej osady i prosili o pomoc. Ludzie szybko się połapali, o co chodzi, lecz pomocy nie odmówili.
- Człek człekowi wilkiem być nie może! – mówili.
W zasadzie chodziło tylko o to, żeby mieć jakieś poparcie u piratów, jak by doszło do jakiejś napaści na ich wyspę. Kilka lat później, ten sam statek z tymi samymi piratami na pokładzie złupił Sabę do ostatniego funta jedzenia, kosztowności i itp.
Sam Corley dowiedział się o wszystkim dopiero w tawernie „Morski duch”, gdzie spotkał kapitana owego statku. Samsher, zgodził się go zabrać ze sobą.
Po kilku długich miesiącach w końcu wylądował w Port Royale, w osławionej kryjówce zbrodniarzy, paserów i złodziei.
Z miejsca poczuł się, jakby znalazł swój własny kąt. Ale wiedział że pieniądze będą potrzebne, więc szybko najął się u jakiegoś kowala. Nie nakrętko jak się okazało, ale sobie oręż zdążył wyrobić z materiałów o wiele lepszych, niż te dostępne na Sabie.

Port Royale

Roland dobrze wspomina czas spędzony na osławionym mieście portowym, lecz najmilej wspomina tamtejsze kurtyzany. Często bywał w ich ramionach, ale najbardziej pomięta niejaką Mojo. Jej skóra była w dotyku jak aksamit, a zielone oczy podkreślały jej stan.
Lecz musiał ją zostawić, ponieważ w końcu udało mu się zaciągnąć na statek piracki.
Lecz obiecał sobie, wrócić do Mojo. Kiedyś…
 
__________________
Po prostu być, iść tam gdzie masz iść.
Po prostu być, urzeczywistniać sny.
Po prostu być, żyć tak jak chcesz żyć.
Po prostu być, po prostu być.
SWAT jest offline  
Stary 12-10-2010, 23:28   #6
 
seto's Avatar
 
Reputacja: 155 seto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znany
Na desce prowadzącej na łajbę stał mężczyzna. Uśmiechał się tajemniczo patrząc na morze i statek. Wiatr wijący od morza rozwiewał jego ciemny płaszcz i przynosił świeże powietrze, co było dobrą odmianą po woni portu składającej się w głównej mierze z zapachu ryb i rozkładających się desek.
Kosma podrapał się po brodzie. Zabierając rękę jakby odruchowo dotknął zdobionego krzyża, który spoczywał na piersi okrytej czarną koszulą. Dłoń ostatecznie spoczęła w kieszeni czarnych spodni i zacisnęła się na jednej z ostatnich monet.

Jak to się stało, że duchowny trafił na okręt piracki? Stało się to dzięki sympatycznemu, acz głupiemu kapitanowi i, zapewne, woli Najwyższego. A było to tak...

Portowa mieścina w południowej Italli nie wyróżniała się niczym spośród wielu jej podobnych. Z tawerną „Zdechły śledź” było podobnie. Najlepiej charakteryzowało ją słowo: przeciętność. Bywalcy jak to bywalcy wyglądali groźnie, ale gdy ktoś nie dał się im zastraszyć to usuwali się spokojnie na swoje miejsca i milczeli. Kosmie to pasowało. Mógł spokojnie pić rum. W momencie, w którym Malaparte odstawił pustą butelkę do lokalu wszedł zarośnięty marynarz i od razu przeszdł do rzeczy:
-Słyszeliście? Jakiś kapitan załogi szuka. Pasażerów znaczy też. Jak mu kto zapłaci to go przewieść może. A ta no... załoga to na rejs jeden ino. Dziwny typ jakiś. Kupiec chyba.
Szmer przeszedł po sali. Chwilowo nikt nie wyraził zainteresowania. Oprócz Kosmy.
-Usiądź i opowiedz mi o tym człowieku. - Duchowny zaczepił marynarza kiedy ten szedł w stronę baru. - Barmanie. Podaj mi no butelkę napoju, w który to Syn Człowieczy wodę zmienił. - Rzucił szybko do mężczyzny stojącego za barem. Widząc jego zdezorientowanie dodał – Wina znaczy. Bo rzek Salomon: "Daj sycerę skazańcom, a wino zgorzkniałym na duch".
Zamówienie zostało szybko zrealizowane. Po chwili na brudnym stole stała butelka z cierpkim winem i dwa kubki.
-Więc co to za kapitan i dokąd płynie? - Spytał uprzejmie Kosma nalewając marynarzowi wina.
-Jakże się on nazywał... Vito... Vito Leonii płynąć ma kędyś na Karaiby. Widać jakiś dobry interes ma że tak ryzykuje. Toż tam piratów pełno.
-Piratów powiadasz... Dobrze. Kiedy odpływają? - duchowny wypił całą zawartość swojego kubka.
-Pojutrze.
-Dobrze. Dam rade wytrzeźwieć, ale puki co pijmy!
Butelka wina skończyła się, jak zwykle zbyt szybko. Szczęściem po niej przyszła następna, a potem... potem była ciemność, z której po chwili wyłonił się sufit wynajętego wcześniej pokoju.

***

Vito Leonii był jak się rzekło człekiem tyle samo sympatycznym co głupim. Kogoś takiego Kosma szukał....

-Jam skromny sługa Pana Naszego, który świat cały stworzył i nam pod władanie oddał, Lucius Meriddio. - Powiedział bez najmniejszego zająknięcia Kosma.
-Vito Leonii. W czym mogę wam pomóc.
-W podróży po morzach niespokojnych, które to w trzecim dniu Wszechmogący w łaskawości swojej stworzył.
-A gdzież to chcecie podróżować?
-Tam gdzie i wy panie. Na Karaiby. Do Port Royal konkretnie.
-Gdzie? Przecież to miejsce najgorsze. Sami bandyci i piraci tam żyją. Czego tam wasza świątobliwość szuka? - Vito był naprawdę zdziwiony. Malaparte z trudem powstrzymał śmiech cisnący się na usta.
- Owieczek zbłąkanych, którym mógłbym drogę odpowiednią wskazać. Jest napisane, przecież: „Większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia.”
-Nie mam zamiaru wchodzić o do portu. Boje się o załogę i statek.
-Użycz, więc choć łódkę jedną na rzecz mej świętej misji! Zrzuć mnie w niej, a siłą własnych mięśni dotrę do tego siedliska zła, aby dusze chore uzdrowić słowem Pana i ku niebu zwrócić! - Głos Kosmy przybrał błagalny wyraz. Mogłoby się zdawać, że takim samym tonem błagali o litość Filistyni, których Pan przeznaczył na śmierć od mieczy Izraelitów.
-Chyba mogę tak zrobić. - odpowiedział Vito po chwili wachania.
-Więc przyjmij mnie na statek. Jam człek ubogi, ale o żegludze czytałem za młodu trochę no i uczony jestem więc przydam się może do czego. - Kosma stał się nagle bardziej energiczny.
-Witam na pokładzie.

Kosma był z siebie zadowolony. Udało mu się znaleźć darmowy transport do Port Rolay. Wystarczyło tylko żeby pamiętał, że nazywa się Lucius Meriddio. Bułka z masłem.

Podróż przebyła bez komplikacji. Duchowny nie musiał robić zbyt wiele. Raz na jakiś czas pomógł nawigatorowi w obliczeniach. Czasem rozszyfrował jakieś łacińskie zapisy na starych mapach kapitana.

Do samego portu dotarł tak jak zapowiedział. Łódką, którą od razu po przybiciu do brzegu spieniężył. Środki jakie mu zostały były naprawdę małe. Szczęściem wystarczyły na pokój w tawernie i porządne upicie się. Następnego dnia trafił na ogłoszenie o naborze na statek korsarski. To było coś. Szansa na zysk. Szansa na nowe życie. Szansa na spełnienie marzeń z dzieciństwa. Do tego ostatniego Kosma jednak nie chciał się przyznać.

***

Mężczyzna, którego wygląd (zapewne z powodu koloru stroju, włosów i zarostu) mógłby kojarzyć się z krukiem zrobił krok na przód. Przekroczył magiczną barierę, która dzieliła go od wejścia na pokład. Dopiero kiedy wykonał ten ruch poczuł silny ból głowy. Stary, wiecznie powracający przyjaciel – kac nie dawał o sobie zapomnieć. Do głowy, wymijając ogniska bólu, przemknęła się natrętna myśl cytująca Dantego: Lasciate ogni speranza, voi ch'intrate - Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją.
 

Ostatnio edytowane przez seto : 12-10-2010 o 23:32.
seto jest offline  
Stary 14-10-2010, 12:32   #7
 
Rychter's Avatar
 
Reputacja: 38 Rychter jest na bardzo dobrej drodzeRychter jest na bardzo dobrej drodzeRychter jest na bardzo dobrej drodzeRychter jest na bardzo dobrej drodzeRychter jest na bardzo dobrej drodzeRychter jest na bardzo dobrej drodzeRychter jest na bardzo dobrej drodzeRychter jest na bardzo dobrej drodzeRychter jest na bardzo dobrej drodzeRychter jest na bardzo dobrej drodzeRychter jest na bardzo dobrej drodze
Gdzieś na Karaibach

Statek kołysał się lekko na spokojnym tego dnia morzu. Zbliżał się zmrok. Do brzegu kierowało się kilka szalup wypełnionych ludźmi. Kiedy łupiny przybiły do brzegu, z ust rudowłosego pirata padł rozkaz „Kotwica w górę, stawiać żagle!”.
– Dlaczego odpływamy, co z kapitanem?
- Kapitan z chłopakami idą piechotą do hiszpańskiego fortu, będą nacierać od lądu. Naszą działką jest ostrzelanie go z morza i zrobienie jak największego burdelu wśród obrońców. Hiszpanie nie są jeszcze w pełni uzbrojeni, to będzie jak butelka rumu przed spaniem. Teraz musimy podpłynąć do fortu. Kiedy zajdzie słońce rozpętamy piekło.

Pirat tymczasowo dowodzący korwetą „Elize” był wysokim, dość dobrze zbudowanym mężczyzną. Twarz miał lekko pociągłą z dobrze zarysowanym podbródkiem. Włosy rude, przydługie, lekko rozczochrane. Krótkie, szerokie wąsy i przystrzyżona broda tego samego koloru. Głowa przykryta chustą i trójkątnym kapeluszem z brązowego materiału, ozdobiony złotymi guzami. Luźna koszula, na której zarzucona była ciemnobrunatna sięgająca poniżej pasa marynarka bez rękawów i płaszcz wykonany w podobnym fasonie jak kapelusz. Przez ramię przerzucona torba podręczna zapinana na złote klamry, trzymająca się ciała na grubym, ozdobnym pasie z wielką okrągłą sprzączką. Przy drugim, nieco cieńszym, przepasającym sylwetkę w pół wisiała zdobyczna szabla należąca niegdyś do hiszpańskiego oficera, pistolet dwulufowy i luneta. Stroju dopełniały szerokie spodnie i skórzane, buty z wysokimi cholewami i mankietami. Ręce ozdabiały bransolety i pierścienie. Na jego twarzy gościł szeroki uśmiech ukazujący niekompletne uzębienie uzupełnione złotem.

Kiedy Thomas, bo tak się ów pirat nazywał skończył przedstawianie załodze planu działania zaśmiał się, tak jakby delektował się tym, co za chwile się stanie.
~ Śmierć tym hiszpańskim psom… ~ pomyślał. Istotnie nienawidził ich. Wiele lat temu z rąk Iberyjczyków zginęli jego najbliżsi. Od tamtej pory Parkes węszy po Karaibach w poszukiwaniu okazji do przelania hiszpańskiej krwi.
Słońce już zaszło. Tom z lunetą przy oku przeczesywał brzeg w poszukiwaniu żółto czerwonej flagi. JEST!
Lewa burta, ładować działa. Przygotować się do ostrzału!
Minęło kilka chwil. Na brzegu widoczny już był zarys zabudowań i światła w budynkach.

OGNIA!

Cała lewa burta korwety zagrzmiała. Za moment z brzegu słychać było odgłosy wystrzałów z broni różnorakiego kalibru. W wodę uderzyły też pierwsze kule wystrzelone z brzegu. Parkes sam trzymał ster, manewrując okrętem tak, by działa korwety poczyniły jak największe spustoszenia, równocześnie trzymając się z daleka podczas przeładowania. Kilka kul wbiła się w kadłub okrętu, jedna zabrała z pokładu jakiegoś majtka. Opór przeciwnika słabł, wystrzały coraz rzadsze, padające coraz dalej od korwety. Załoga już delektowała się zwycięstwem, już czuła jego słodki smak. Jednak nagle coś potężnie szarpnęło statkiem. Raz a potem drugi. Prawa burta zadrżała, żagle poszatkowały kule, sporo ludzi zostało zmiecionych z pokładu. Piraci mieli pecha. Do fortu płynęły dwa liniowce z zaopatrzeniem. Pod osłoną mroku podpłynęły do zaabsorbowanych walką piratów i z bliskiej odległości wypalili w korwetę wszystkim, co mieli. Szanse nie były zbyt duże, większość załogi była na lądzie, na pokładzie znajdowało się za mało ludzi by efektownie bronić się przed wrogiem. Jednak, co było do stracenia. Śmierć na morzu, w walce, czy też może stryczek. Wybór oczywisty. Parkes próbował bohaterskiej obrony, jedna salwa pokiereszowała dziób hiszpańskiego okrętu. W mostek uderzyła salwa, nieprzytomny Thomas został wyrzucony za burtę. Walka powoli dobiegała końca.
~~~~~****~~~~~
Obudził się gdzieś na brzegu, cały poobijany. W jego głowie kotłowało się tysiąc różnych myśli. Jednak w końcu udało mu się odtworzyć wydarzenia z walki. Rozejrzał się, z morza wystawał jakiś maszt i kawałek dziobu okrętu. To była jego korweta. Położenie nie rokowało wielkich nadzieji. Bez statku, na hiszpańskiej wysepce. Bez załogi… Thomas postanowił, że nie pozwoli dać się zabić. Zaczął przeczesywać wyspę w poszukiwaniu jakiejkolwiek nadziei. Znalazł ją, było to kilkunastu ludzi, niedobitków, którzy szturmowali fort. Okazało się, że kapitan nie żyje. Udało się znaleźć też szalupy. Piraci przez długi czas koczowali na wyspie, uciekając przed patrolami wojska i czekając na dogodną okazję. Postanowili porwać statek. Liniowce po opróżnieniu ładowni, szybko odpłynęły. Braki w załodze fortu dawały duże szanse na ucieczkę. Pod osłoną mglistej nocy na szalupach wpłynęli do portu. Wybór padł na małą pinasę. Piraci szybko unieszkodliwili straż, zrzucili cumy i po cichu opuścili port.
Panowie, kurs na Port Royal! – Zagrzmiał Parkes.
~~~~~****~~~~~
Jakiś czas później w Port Royal

Port Royal, miasto awanturników, złodziei i najgorszego elementu na całych Karaibach. Pinasa przybiła do portu. Załoga zeszła na ląd i skierowała się do tawerny „Pod zdechłym rekinem”. Siedząc przy stole i sącząc rum, dyskutowali żywo o ostatnich wydarzeniach. W końcu głos zabrał Thomas.
Kamraci, dużo przeżyliśmy, jednak tu kończy się nasza wspólna wędrówka. Jednak kto wie, może pomyślne wiatry skrzyżują jeszcze nasze drogi. Statek jest wasz, zróbcie z nim, co chcecie. Żegnajcie panowie i niech morze wam sprzyja!”
Po czym wzniósł w górę butelkę rumu i pociągnął spory łyk
~~~~~****~~~~~

Kilka dni bawił w Port Royale, znalazł nową załogę i wypłynął na spotkanie przeznaczeniu. Jednak kolejny raz los spłatał Tomowi figla. Nadziali się na Angielski konwój wojskowy. Silnie uzbrojony, z przewagą liczebną, Dostał się do niewoli.
~ Pięknie, pirat i dezerter. Teraz to już na pewno czeka mnie stryczek.~ rozmyślał siedząc na wilgotnej pryczy w brudnej klatce. Jednak, jakie było jego zdziwienie, gdy po przybiciu na brzeg, powiedziano mu, że zostanie wcielony do załogi korsarza na usługach Królewskiej Mości. Nie żywił entuzjazmu, do czasu, aż dowiedział się, kto jest celem.
– Hiszpanie… Opatrzność jest ostatnio bardzo łaskawa… - powiedział zacierając ręce z szyderczym uśmiechem.
 

Ostatnio edytowane przez Rychter : 14-10-2010 o 12:38.
Rychter jest offline  
Stary 14-10-2010, 17:37   #8
 
Knocknees's Avatar
 
Reputacja: 112 Knocknees wkrótce będzie znanyKnocknees wkrótce będzie znanyKnocknees wkrótce będzie znanyKnocknees wkrótce będzie znanyKnocknees wkrótce będzie znanyKnocknees wkrótce będzie znanyKnocknees wkrótce będzie znanyKnocknees wkrótce będzie znanyKnocknees wkrótce będzie znanyKnocknees wkrótce będzie znanyKnocknees wkrótce będzie znany
Question

Początek sierpnia 1667 roku Nowy Amsterdam



Czas przestał już chyba płynąć. Przez ostatnie kilka miesięcy w głowie kołatały się tylko wspomnienia. Teraz patrząc na ścianę swojej celi kamienna ściana znów zamieniła się w wzburzone morze a na ustach dało się czuć słony smak. On, Elias Nathaniel Cartwright, Brytyjczyk o Irlandzkich korzeniach znów stał dumnie na forkasztelu kładąc dłoń na fokmaszcie. Pamiętał dokładnie dzień w którym szczęście opuściło szczęśliwca. Dwudziesto dwu letni , nie chciany przez Brytyjską Marynarkę aspirant na oficera, człowiek który został wyjęty spod prawa i który wrócił do służby po to by udowodnić swoją wartość. Udowodnić ją nie tylko innym ale samemu sobie. Przede wszystkim sobie. Położył dłoń na wyrytych w maszcie czterech grubych cięciach. Każde oznaczało zatopiony holenderski okręt i dziś miał nadzieje wyryć kolejne. Wciągnął mocno słone powietrze nosem i uśmiechnął się sam do siebie. Zrządzenie losu pozwoliło mu znaleźć niedaleko wybrzeża mieliznę na którą wyciągał holenderskie statki, które uwięzione stawały się łatwym łupem niczym mysz zapędzona do kąta przez kapryśnego kocura. Ten sam uśmiech losu przywiódł go w końcu tutaj pod Dunkierkę.
- Panie Blanket, kurs południowy wschód ku wschodowi! – krzyknął przez ramię – czuje że zaraz wyłowimy jakąś grubą rybkę. Pomimo tego że był jedynie, prawie oficerem dzięki pomocy pana Lancastera dostał niewielką brygantynę pod dowództwo. Mimo wszystko to w zupełności wystarczyło jako dowód przyjaźni pomiędzy admirałem a zmarłym ojcem Eliasa.
Południowy wschód ku wschodowi! Już się robi! – dało się słyszeć krzyk za plecami. Krzyk więźnia z celi obok wyrwał go z letargu. Znów był w ciemnej, zatęchłej celi. Lewe ramię rwało jak diabli., przesunął zabrudzoną koszule i spojrzał na szeroką na trzy palce bliznę. Zbliżał się sztorm. Elias oparł głowę o zimną ścianę i zamknął oczy. Znów stał na pokładzie, tym razem dookoła dało się słyszeć krzyki załogi i rytmiczne strzały z dział. Wszędzie w powietrzu unosił się zapach prochu i podpalonego drzewa. Po raz kolejny spojrzał na żłobienia wydrążone w fokmaszcie. Wiedział że więcej już ich nie będzie. Fregata holenderska przeszła przez mieliznę na którą ją wyprowadził i kiedy jego brygantyna wykonywała zwrot przez sztag, działa holendrów złapały ich w martwym kącie trafiając wręcz perfekcyjnie w maszty i pod rufę pozbawiając ich całkowicie sterowności. Teraz jedynie czekali aż Holendrzy ich złapią i puszczą na dno. Otrząsnął się wracając do rzeczywistości. Rzeczywistości która nie wyglądała bajecznie. Siedział tutaj w niewoli holenderskiej czekając Bóg jeden raczy wiedzieć na co. Ktoś szedł po kamiennej posadzce w stronę cel. Dwa, cztery, pięć osób. Ze swojej celi Elias dostrzegł tylko zarys czarnych kapeluszy, zielonkawych mundurów z białym rękawem i halabardy. Między nimi stał mężczyzna ubrany w ciemnogranatowy mundur z białym szalem trzymając w rękach jakiś zwój papieru.
- In opdracht van de Koning, vrijgelaten gevangenen resultaten in de handen van het Britse leger – zaczął czytać mężczyzna. Z dalszej części odczytu Elias nie zrozumiał zbyt wiele, natomiast wszystko wskazywało na to, że zwracano im właśnie wolność. Dlaczego? O co w ogóle chodziło? Po skończonym przemówieniu urzędnika, bo najwyraźniej takową pozycje ów jegomość zajmował, otworzono cele i zwrócono więźniom ich rzeczy osobiste. Elias poczuł dziwne ukłucie w sercu kiedy znów zakładał swój marynarski płaszcz i przypinał do pasa rapier, później poprowadzono ich do portu w którym kotwiczyła masa brytyjskich jednostek. Jak się później okazało, kilka dni wcześniej, dokładnie 31 lipca Holendrzy ułożyli się z Anglikami zawierając pokój w Bredzie. Nowy Amsterdam był teraz w rękach Brytyjczyków. On, Elias Nathaniel Cartwright znów był wolny i znów zaczynał wierzyć w to że jest szczęściarzem.

~~~~***~~~~


Lipiec 1668 - czasy obecne

Trzask wyłamywanych drzwi wyrwał go z płytkiego snu. Dwójka marynarzy wparowała z impetem do wnętrza pokoju który wynajął zeszłej nocy w zamian za pomoc w uprzątnięciu tawerny. Jeden z opryszków, tęgawy i lekko przyłysawy, wciśnięty w czarną kamizelkę spod której wyglądała wytatuowana na jego piersi naga kobieta wymierzył właśnie potężnego sierpowego wysokiemu, żylastemu gamoniowi w czerwono białym pasiaku i podartych gaciach, posyłając go na deski.
- Naprawdę to nie moja wina panie Rubbens – chudzielec wydusił z dziwnym twardym akcentem, przez krew broczącą się z wargi – Gdybym…
- Zamknij ryj psi synu! – grubas był na skraju nerwów. Wyciągnął właśnie zakrzywiony kordelas i powoli zbliżał się do ofiary całkowicie ignorując obecnego w pokoju Eliasa, który właśnie poderwał się na równe nogi zaskoczony całą sytuacją.
- Ale panie Rubens, dajmy spokój, na pewno…jestem pewien że coś da się z tym zrobić – mężczyzna powoli podnosił się z ziemi.
- Taaa…ja nawet powiem Ci co ty Polski wymoczku…nakarmię Tobą kraby albo inne skorupiaki, chociaż jest wątpliwe czy się chwyci co tych kości – Rubbens wykrzywił twarz w nieprzyjemnym grymasie mierząc wzrokiem leżącego. Elias przyglądał się całej sytuacji nie wiedząc jak zareagować, miał w głębokim poważaniu co się stanie z jednym lub drugim, ale jego fundusz nie był w stanie pokryć zniszczeń wyrządzonych przez tą dwójkę. Zasadniczo jego funduszu w ogóle nie było. Skończył się wczoraj w tawernie, tonąc w butelce rumu i gdyby nie jakiś wymoczek który postawił mu kilka kolejek to pewnie miałby problemy z zaśnięciem. Trzeba się było szybko ulotnić. Właśnie kończył pośpieszne wkładanie lewego buta i chwytał za płaszcz gdy grubas obrócił się w jego stronę.
- A Ty co się kurwa gapisz!? Nie widzisz że rozmawiamy z panem „Polaczkiem”? Nie wiesz że nie ładnie tak podsłuchiwać? – wymierzył ostrzem w pierś Eliasa, przyglądając mu się bacznie.
- No dobra dawaj ten swój rapier i pistolet to może puszcze Cię wolno. Tylko już! W podskok… - grubas nie dokończył zdania. Przerwał mu wąski sztylet, który przegryzł się przez jego skroń wywracając oczy. Najwidoczniej chudzielec był przygotowany i cały czas chował ostrze chcąc zwabić przeciwnika. Dlatego tak długo nie podnosił się z ziemi. Drgawki przeszły po ciele Rubbensa gdy sztylet opuszczał jego bańkowatą głowę i zanim upadł na posadzkę Polaczek wyciągnął zza jego pasa skałkowa natychmiastowo mierząc w głowę Eliasa.
- Coś za jeden? Pod kim pływasz? – mężczyzna rzucił kaleczoną angielszczyzną.
- Elias Cartwright ale mówią na mnie „Szczęściarz”. Przybyłem tutaj na skorupie olbrzymiego żółwia morskiego stawiając na jego grzbiecie maszt z barchanów zdartych własnoręcznie z rzyci Lewiatana – powiedział kłaniając się szelmowsko. Spojrzał na chudzielca który trawił jego słowa i chwila nie trwająca dłużej niż uderzenie serca wystarczyła aby rzucić płaszczem w jego stronę. Dało się słyszeć wystrzał pistoletu. Kula przemknęła przy uchu Eliasa który doskoczył do „Polaczka” wbijając mu pięść pod żebra. Powietrze uszło z płuc oślepionego mężczyzny pozbawiając go tchu. Potężny kopniak w cherlawe kolana posłał go na deski a kolejny wymierzony prosto w głowę zgasił jego zapał i odprowadził w ciemności. Elias podniósł płaszcz owinięty wokół jego głowy.
- Wybacz ale to było zło konieczne – dodał zabierając wąski sztylet i pistolet należący do mężczyzny. Przyjrzał się niewielkiej sakiewce wetkniętej za pasem chudzielca. ~Zło konieczne~ powtórzył w myślach podnosząc pęczek. Odwrócił się w stronę wyważonych drzwi, spojrzał jeszcze na grubasa. Odchylił poły kamizelki i wyszperał niewielką busole, woreczek z prochem i kolejny z kilkoma kulami do pistoletu. Podszedł do niewielkiego biurka zgarnął z niego własny kompas i lunetę oraz rzecz najważniejszą. Dorodne jabłko.
- Bywajcie Panowie – dodał po czym wbił zęby w soczysty owoc i przeszedł przez próg. Wyciągnął monetę z nowo nabytej sakiewki i ruszył w stronę schodów prowadzących w dół „Złośliwej Dziwki”. W połowie schodów spotkał właściciela. Wcisnął mu w dłoń monete.
- To w ramach przeprosin. Resztę uregulują ci dwaj gentelmani na górze – uśmiechnął się zadziornie – Miłego dnia. Karczmarz pognał schodami w górę, natomiast Szczęściarz wyszedł na ulice zwaną Queen Street i ruszył w stronę Północnego Portu.



~~~~***~~~~


W Port Royal były rzeczy które kończyły się niezwykle szybko i takie które nie kończyły się nigdy. Do tych pierwszych z pewnością należały pieniądze, zaś do tych drugich należały rum, dziwki i wszechobecne burdy na które przeważnie nikt nie zwracał uwagi dopóki go nie dotyczyły. Dla Eliasa jeszcze jedna rzecz kończyła się zbyt szybko. Jabłka. Zawsze kiedy kończył pierwsze miał już ochotę na kolejne, w zasadzie to samo tyczyło się dziwek i rumu no ale te koniec końców były zawsze pod ręką i o dziwo nieraz można je było dostać za darmo. Wystarczyła dobra gadka i nieco uroku osobistego, z ani jednym z wymienionych Elias nie miał nigdy problemu. Co innego pyszne jabłko. Za te prawie zawsze trzeba było płacić no a pieniądze zawsze kiedyś się kończyły. Przechadzał się właśnie pomiędzy straganami rozłożonymi w pobliżu kościoła świętego Pawła, kiedy trafił na stoisko z owocami. Zielone wielkie jabłka spoglądały na niego zachęcająco. Bez namysłu wyjął ostanie monety i zabrał trzy dorodne sztuki. Było kilka rzeczy na których się znał, fechtunek, takielunek, nawigacja i oczywiście jabłka. Było to jego zdaniem nieuzasadnione uzależnienie, którego przyczynę zna pewnie tylko sam Bóg. Wpił zęby w jeden z owoców i ruszył spokojnie w górę ulicy. Parę chwil później stał przed wejściem do "Pijanego galeonu" czytając ogłoszenie dotyczące możliwości zarobku w prosty, łatwy i przyjemny sposób. Wystarczyło wewnątrz zapytać o jakiegoś Jones’a. Dokończył ostatni kęs jabłka i wszedł do środka, kierując się wprost do kontuaru. Zanim barman zdążył otworzyć usta Elias wciął się w zdanie.
- Co to za łatwa robota? Ty jesteś ten cały Jones? – z każdym pytaniem hardo zadzierał podbródek.
- Nie. Nie jestem Jones ale możesz z nim pogadać jeśli chcesz. Siedzi o tam – wskazał grubym, brudnym paluchem na stolik stojący w rogu karczmy na antresoli, przy którym siedziało troje rosłych mężczyzn, sądząc po wyglądzie marynarzy. Elias skinął i ruszył w stronę zakręconych schodów prowadzących na drewniany podest. Nie dostrzegł jak barman pokazuje coś mężczyzną siedzącym przy wskazanym stoliku. Ostatnia rzecz jaką widział Elias po wyjściu na górę to twarz starego, siwego, rozczochranego faceta szczerzącego zęby, a raczej ich spore braki. Później zrobiło się ciemno i ktoś lub coś huknęło go w potylice układając do snu. Jak przez mgłę czuł że gdzieś jest niesiony a w oddali było słychać gruby basowy głos ~Niech Crick…oceni…nadaje…jak nie…z rybkami…~
 
Knocknees jest offline  
Stary 17-10-2010, 13:52   #9
 
Idylla's Avatar
 
Reputacja: 134 Idylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znany
Załoga George'a

Zapytajcie starego gawędziarza, co siada często przy ostatnim stoliku w tawernie, nieszczęsnej, która stała się sławna jedno z tego powodu, że zabito w niej kilku oficerów. Zmówiono się cicho, że publicznie nikt nazwy jej nie poda, ale pod nosem szptano "Pod Pijanym Hiszpanem". A o cóż to macie zapytac kochani panowie i panie, jeżeli jakieś miały odwagę zapuścic się w te rejony? Ano, pytajcie o jego przygody przebogate. Życie zawadiaki i pirata ciężką ręką na nim spoczęło i naznaczyło marną jego egzystencję. Nie dowiecie się wiele o nim samym, poznacie za to wspaniałych piratów, którzy będą się dzielili z wami własnymi przygodami, chociaż już od lat spoczywają wiecznym snem pod wodą, pośród morskich ciemności i ciszy.

Stary po kilichu rozwiąże język, zagadnie przyjaźnie, uroni z sakwy kilka waszych cennych złotych radości i pożegna dostojnie stojąc chwiejnie na jednej zdrowej nodze i jednej dorabianej, krzywej, nierównej. Podparty pod dziwną, starą laskę macac będzie za waszymi plecami sakiewkę z waszym przybytkiem. Uśmiechnie się w niepełnym, śmierdzącym grymasie i zawoła o kolejną dolewkę, a najlepiej cały zapas, dwie butelki od razu, w końcu właśnie się obłowił, czemu nie miałby skorzystac z okazji. Przestrzegam was, nie ufajcie mu, nie wierzcie i bacznie przyglądajcie się swoim łupom. Chętne, sprytne ręce złodziejaszka nieskrępowanie po nie sięgną. Port Royal to miast gdzie występki odnalazły swój upragniony zakątek, rozpusta popuściła wodze pryderii, tak fałszywej, jak obienice waszej ulubionej ladacznicy, jakoby was kochała nad życie, a wbiła nóż w odsłonięte plecy, kiedy to świętowalibyście samotnie.

Dlaczego wspominam wam o tym człowieku, skoro nie zaraz nie polecam się z nim zadawac? Uwierzcie mi, że to osoba najpewniejsza w załodze. Na nim możecie polegac, jasno wytłuści wam sprawę już na wstępie. Opowiem wam, choc z niechęcią, bo pragnę was ustrzec przed błędem, choc zapewne moje słowa nie dotrą do uszu takich śmiałków i lekkoduchów jak wy, jak wyglądac będzie kilka następnych minut waszego życia.

Zapewne dostaliście się tutaj przez zabawane, pełne błędów i koślawych linijek potocznie zawanych literami, z konieczności zdaniami, wywiwszonych przez pracowitych majtków na słupach. Licho wie, gdzie podziało tych odważnych chłopaczków, nie pojawili się po spodziwaną zapłatę. Podejrzenia padały na różne strony, najprawdopodbniej jakaś uczynna załoga pozbyła sie kłopotu i poderżnęła im gardła za ogłaszanie podobych komunikatów. Mogło się stac też inaczej. Marynarze, nieliczni i przestarszeni chcieli się podbudowac, a cóż jest za lepszy łup niż młody pirat wobec rozsłych mężów Królewskiej Floty. Gubernator przymykał oko, ale nawet ona niewiele zdziałał wobec komodora, który osiedlił się na stałe niedaleko granic miasta. Próba mordestwa, które rzekomo zlecił, nie warto dawac wiary plotkom, nie udało się, a on popadł w niełaski. Już z wiadomych źródełm mogę wam przekazac, że niebawem dojdzie do dymisji. Pytanie pozostaje, którego z owych panów... jest otwarte.

Jednak pewnie już o tym słyszeliście, w końcu nieobce są wam najnowsze wieści, bez nich nie wytrwalibyście długo. Nie mam was za głupców. Człowiek, o którym wspominam, nazywa się tajemniczo, Bazyliszkiem. Wygląd jego, charakter i zachowanie... nic w nim z Bazyliszka, nikt nie pojmuje skąd to miano. Żadna jego przygoda jeszcze go nie wyjaśniła, ale musicie się do niego tak zwracac. Stary pierdziel i pochodne zbliżone skończyły by się dla was śmiercią. Zatem skoro już wiecie jak się nazywa i czego wystrzegac, to teraz słuchajcie uważnie. To on odpowiada za zapisy. Zgadliście jest piśmienny. Nie zdradza jak przyswoił podobne umiejętności, ale często wspomina o kobiecie, damie, możnej pani, którą to za młodu uwiódł, a ona oddała mu majątek po śmierci i zmarłym tragicznie mężu. Gdzie majątek ten rozwiał, nie powiada, ale chodzą słuchy, że to nie panna istniała, a piękny młodzian, inni dopowiadają, że żadnen romans nie miał miejsca, jedno jego stary umysł zawodzi, a pieniądze, które rzekomo przepadły to miedziane sztabki, skradzione kiedyś ojcu.

Ile prawdy w tych opowieściach nikt nie wie. Faktem jest, że to właśnie u niego przyjdzie wam schowac swoją dumę gdzieś głęboko, bo nie powita wam mile i serdecznie. Dla niego jesteście bandą łajdaków i nierobów. Na morzu znacie się tyle, co Francuz na interesach.

- Czyżbym tutaj puder widział? Panicz chyba pomylił przybytki. Tutaj żeglarze świętują, prawdziwi w każdym calu, wynoś się, zanim zadobam o to, żebyś już zawsze cienko śpiewał. A może do spotkania z krarenem paniczowi tęskno?

Zwymyśla was, zarzuci najgorsze, wyklnie, ale wytrwajcie. Zyskacie jego uwagę, a to doprawdy trudna sztuka. Przyjdzie też czas na zadowolenie i ukrytą pochwałę. Nie rzadko spotyka mężów, którzy zdołają wywrzec na nim wrażenie. Tego jednak nie próbujcie na siłę, on dużo widział, do słyszał, a jeszcze więcej przeżył. Każe wam podpis zlożyc na zaplamionym arkuszu, nie powie, co w nim, nie wytłumaczy. Jedynie zaczeka, a potem wysunie sakwę, przykryje dwoma ostałymi w dłoni palcami i przestrzeże.

- Znajdę cię, jeżeli zwiejesz z nimi i nie stawisz się jutro o umówionym czasie.

Potem pozwoli wam odejśc. Nie próbujcie żadnych sztuczek, towarzyszy mu doskonały snajper. Zajął sobie miejsce za nim. Mam poprawdzie świetny widok na salę. Ramię z tatuażem przysłania mu czerwona, brudna chusta, druga zakrywa lewe oko, kolczyk w nosie błyszczy polerowanym złotem. Minę ma nietęgą. Spoglądac będzie na was spode łaba. Kilkutygodniowy zarost dodaje mu powagi. Palce nerwowo bębnią po lufie pistoletu. Widzicie ułożonego na jego opartym o drugie udzie broń, widzicie drugą rękę usadowioną gdzieś przy pasku. Może na cutlesie. Nie wiedzie, ale powiem wam, że nie chcecie z nim zadrzec.

To pierwszy nawigator na "Boskiej Furii". Nie zamierzacie się z nim mierzyc w pojedynku. Podłe chwyty, nieczyste zagrania i szybkośc tworzą mieszankę, której obawiają się znacznie rozsądniejsi. Wy nimi zapewne jesteś, więc próba zdenerwowania Adama Buckmana nie jest wam na rękę. Jeżeli cenicie życie, trzymajcie broń za pasem, noże ukryte w pochwach i nie kradnijcie. Chodzą słuchy, że ten człowiek odciął palce, potem język za na końcu dopiero zabił śmiałka, który próbował go okraśc. Nie toleruje kantów w grach i kradzieży. Lubuje się w uczciwych walkach, jeżeli przeciwnik też jest uczciwy. Karciane przygody, którymi się legitymuje, to już swego rodzaju wystarczająca przestroga. Uważajcie na tego człowieka. Przy nim jak najbardziej musicie w sobie wyrobic odruch spoglądania za plecy, a raczej roglądania się na wszystkie strony.

Jeżeli przyjdzie wam przejśc pozytywnie zadanie, pierwsze z wielu, które zada wam kapitan, pozostaniecie pozostawieni samym sobie. Z sakwą pełną złota, czasem do wykorzystania, bezkarnością zapewnioną przez Port Royal możecie zajśc do każdego miejsca na wyspie, ale pamiętajcie przestrogę Bazyliszka. Znajdzie was, a on słów na wiatr nie zwykł rzucac.

~~ * ~~

Załoga Cricka

Chcecie dołączyc do kapitana Cricka? Jesteście szalni, tyle się dowiecie ode mnie. I doskonale wyszkoleni mam nadzieję. Kapitan nie toleruje leni, nie zamierza wpuszczac na swój pokład obiboków, awanturników i gapowiczów. Pracujecie, dostajecie racje, lenicie się, więc chcecie sobie popływac z rybkami. Czekają na was już w morskiej pianie. Rekiny również dotrzymają wam towarzystwa pośrodku nieprzeniknionego błękitu oceanu i czystego morza. Istnieje oczywiście szansa, że traficie na sztorm, który poniesie was na bezludną wyspę albo wcześniej obijecie się dryfując o statek Hiszpanów, Holendrów, Francuzów czy Anglików. Nie liczcie na ich łaskę, zawiśniecie na rei, znikniecie na całe dnie w odosobnieniu, jakim wymyśli kapitan. Jesteście potencjalnym zagrożeniem, a kapitan Crick nie zawaha się was uczynic przykładu.

Za zapisy, które odbywają się w przyjaźniejszych warunkach odpowieda Jones. Siedzi za małym stolikiem przy statku i czeka. Smętnie bawi się piórem, łupie groźnie na Edwarda, który jest równie niezadowolony z doboru towarzystwa. Stoi, bo Jones za nic nie udostępni mu drugiego miejsca, na którym honorowe miejsce zajęły jego zmęczone nogi. Nie robił nic od momentu pojawienia się w porcie, poza snuciem się po kajucie kapitana i wyzwiskami w stronę wszystkich wokoło. Naturalnie kapitana wtedy nie było, a robił to w najgłębszej tajemnicy. Nie był głupi, choc pazerny jakiego świat dawno nie wiedział. Niestety umiał obliczyc swoje szanse wobec Cricka. Bardziej opłacało mu się zgrywac tchórza i lizusa niż wykazac się nie posłuszeństwem.

Daczego nie uciekł? Nie powiem wam, bo to zagadka również dla mnie. Nie rozumiem jego postępowania, nawet po parokrotnym wysłuchaniu jego historii. Zawsze unika tematu. Pojawił się niespodziewanie na statku i zasiał niepewnośc. Na początku był dumny, nieznośny, krnąbrny, ale tydzień w załodze, jedno spotkanie z batem Edwarda, a jego zachowanie uległo zmianie. Znienawidził Edwarda ze wzajemnością. Patrzą na siebie wilkiem, prowokują, licząc, że w końcu któryś na zawsze zniknie, ale nigdy otwracie nie wypowiadają sobie wojny.

Nie mniej Jones oczekuje, wierci się na krześle, stołku, taboreciku, jak by nie nazwac pozbijanej kubki desek, jest niewygodna, ruchliwa i skrzypi przy każdym jego oddechu. Puka palcami o blat, łypie na kolejnych mijających go marynarzy. Grozi, że nie ręczy za siebie, jeżeli jeszcze jakaś śmierdząca ryba koło niego przejdzie. Jest znudzony, zniecierpliwiony i zły. To po nim widac. Czeka już od godziny, ale nie ma żadnych chętnych. Może w końcu się ktoś odważy? Wiem, że chcecie, podejdzcie, nie zrażajcie się jego postawą. Dostanie nagrodę za każdego rekruta. Zapewniam, będzie dla was miły, serdeczny, uroczy. Zaproponuje omówienie warunku, podpowie, wyjaśni, uśmiechnie się swoim ukazuując wam swój równutki rząd zębów, uderzą w was zapachy delikatnego perfum, poczujecie od niego więcej "fancuskości" niż od samego kapitana, który rzekomo z tej części starego kontynentu pochodzi.

Jeszcze wam mało zachęty? Dostaniecie złoto, pełne złoto, obietnice bajecznych skarbów. Ciężka praca w zamian za krocie zysków. Obieca wam to wszystko i jeszcze więcej za jeden podpis. Tylko jeden, a wasze życie odmieni się. Nie wspomni o karach, zabawie waszym kosztem, humorach kapitana, surowości Edwarda, który z niezmąconym spokojem będzie się przysłuchiwał tylko części rozmowy. Resztę zostawi Jonesowi. I nie liczy się dla niego, że możecie go zabic. Tak byłoby nawet lepiej. Zniknał by wreszcie uciążliwy człowiek, a załoga by tylko zyskała.

Podpiszcie. Radzę wam, jeżeli odmówicie Jones przestanie byc miły, a tego nie chcecie. Zapewniam was. Po wszystkim dostaniecie zapłatę z góry i wolny czas. Mnóstwo czasu wyruszacie z rana, jak zapewnia Jones. Stawiacie się o świcie przed statkiem. I żadnych spóźnień.
 

Ostatnio edytowane przez Idylla : 17-10-2010 o 13:56.
Idylla jest offline  
Stary 22-10-2010, 18:15   #10
 
seto's Avatar
 
Reputacja: 155 seto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znany
Kosma starannie złożył swój podpis we wskazanym miejscu. Pierwsze litery imienia i nazwiska były nawet nieco ozdobne. Duchownemu nie umknęło zdziwione spojrzenie żeglarza. Pewnie nie spodziewał się po kandydatach umiejętności pisania, a już na pewno nie kaligrafowania.
Do zobaczenia rano. Niech Pan ma was w swojej opiece. - Powiedział Malaparte beznamiętnie, chwycił sakwę z zapłatą i wyszedł.

Duchowny nie miał pojęcia co zrobi z taką ilością wolnego czasu. Jedno było pewne – musiał się napić, ale na to było jednak zbyt wcześnie. Trzeba było zająć się czymś bardziej konstruktywnym. Błąkanie się po ulicach zdawało się być odpowiednim zajęciem.

Gęsta zabudowa nie sprzyjała utrzymaniu czystości. Sprzyjała za to napadom i kradzieżom dokonywanym w ciemnych i wąskich uliczkach. Szczęściem ulubioną porą oprychów była noc. Kosma nie miał się czego obawiać. Może poza kieszonkowcami...

Dłoń duchownego zacisnęła się na nadgarstku chłopca, który sięgał po jego sakwę. W oczach małego błysnęło przerażenie.

-Czy wiesz po co Bóg dał ci ręce? - Chłopak nie odezwał się, a jego twarz przyjęła wyraz pełnego zmieszana – Żebyś nimi uczciwie na swoje utrzymanie pracował! - Kosma ściszył nieco głos - Znaj jednak łaskę, która nasz Pan obdarza swoje zagubione owieczki. - Kieszonkowiec został pchnięty na ścianę ze sporą siłą, uderzył w nią plecami po czym upadł na tyłek. Prosto w kałużę.
-Dla swojego dobra nie próbuj tego więcej. - Kosma odwrócił się plecami i ruszył w obranym wcześniej kierunku. - Przynajmniej nie ze mną. - Dodał po zrobieniu dwóch kroków.

Po przejściu do końca ulicy Kosma poczuł głód. Zastanowił się gdzie można by było porządnie zjeść. Przypomniała mu się zasłyszana któregoś dnia nazwa - „Pijany galeon”. Wypadało sprawdzić ów lokal. Pierwsza napotkana kobieta wskazała mu drogę. Otrzymała w zamian obietnicę Bożego błogosławieństwa.

Lokal wyglądał nieźle. Przynajmniej jak na portowe standardy. Nie było w nim za dużo klientów. Było zdecydowanie zbyt wcześnie. Kosma od razu udał się do baru.
-Ru... - Zaczął wręcz odruchowo. - Nie. Co tu macie do jedzenia? I dlaczego rybę? - Szynkarz wydawał się nie rozumieć tego jakże wysublimowanego żartu. - Smażoną rybę i jakąś zupę. - Kontynuował duchowny odliczając należność.

Posiłek może nie był przesadnie dobry, ale za to dosyć sycący. To wystarczyło. Malaparte mógł spokojnie kontynuować wałęsanie się po Port Royal. Mijał marynarzy, kupców, żebraków i ludzi, którzy na pierwszy rzut oka nie dawali się przyporządkować do żadnej z grup więc należało podejrzewać, że reprezentowali zawody będące mniej legalne lecz za to nie mnie popularne takie jak paserzy, złodzieje i fałszerze. Widać to miasto potrzebowało ludzi wielu profesji. Także duchownych. Kosma znalazł się przed kościołem św. Pawła, którego on sam wolał nazywać Szawłem z Tarsu. Przyglądając się przybytkowi Malaparte odruchowo wzdrygnął się. Właśnie z powodu czegoś takiego opuścił Stary Kontynent. Katedry wznoszone za ostatnie grosze biedoty i oddawanie czci obrazom i posągom. Główne grzechy Kościoła. Kruk poszedł dalej mijając budynek nazywany przez wielu domem Bożym. W myślach powtórzył sobie fragment Dziejów Apostolskich: Bóg, który stworzył świat i wszystko na nim, On, który jest Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką. Malaparte zdał sobie sprawę z tego, że bliżej mu to kalwinów czy luteran niźli do katolików, których to kapłanem niegdyś był. Uśmiechnął się do swoich myśli.

W końcu wędrówka duchownego dobiegła końca. Błąkanie się po uliczkach na dłuższą metę było nudne, więc Kruk usiadł na pomoście znajdującym się niedaleko fortu i patrzył w morze. Już niedługo miał w nie wyruszyć. Przypomniały mu się wszystkie historie zasłyszane od znajomych ojca oraz te wyczytane w książkach. Podróż do Port Royal nie przypominała żadnej z nich, ale życie pirata to co innego... chyba. Już niedługo Kosma miał się o tym przekonać. Tymczasem siedział na zbutwiałych deskach i patrzył na wodę. Nawet nie zorientował się kiedy minęły kolejne godziny. Z zamyślenia został wyrwany przez głód. Ponownie skierował swoje kroki do „Pijanego galeona”. Lokal był dużo bardziej zatłoczony niż wcześniej. Szynkarz krzywo patrzył na Kruka. Widać dalej pamiętał nieudany żart.
-Tą samą zupę co wcześniej i flaszkę rumu.
Barman nie raczył odpowiedzieć. Pokazał tylko na palcach liczbę potrzebnych monet, które po chwili wylądowały w jego spracowanej dłoni.

Zupa była jakby trochę lepsza. Tak głosiła jedna z teorii. Druga stwierdzała, że po szklance rumu Kosma mniejszą uwagę zwracał na smak. Butelka została opróżniona w miarę szybko. Duchowny już miał zamówić następną kiedy przypomniał sobie, iż nie dość, że musi wstać przed świtem to jeszcze być trzeźwy i w miarę możliwości bez kaca. Nie była to zbytnia perspektywa. Ta z wczesnym wstawaniem oczywiście. Do braku kaca Malaparte nic nie miał.

Kosma spędził noc w jednym z pokoi tawerny. Nie wyróżniał się on niczym szczególnym. Na nic takiego duchowny zresztą nie liczył. Dla niego ważne było tylko łóżko. Rano szybko umył się w misce z wodą, sprawdził swój ekwipunek i udał się na miejsce spotkania. Dotarł tam na piętnaście minut przed czasem.
 
seto jest offline  
 


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:35.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169