Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 20-02-2011, 20:04   #1
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 41505 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
[Steampunk 18+] Tajemnica Pozytywki

Posiadłość rodziny von Strom była dobrze znana w okolicy. Jak i sami von Stromowie. Rodzina niemieckich arystokratów, która porzuciła ojczysty kraj, by zamieszkać w Brytyjskim Wszechimperium.
Zdarzyło się to wieku osiemnastym. Od tego czasu von Stromowie wrośli w krajobraz Anglii.
A obecny nestor rodu Wilhelm Edward von Strom, był uznanym i cenionym naukowcem Wszechimperium Brytyjskiego. Światowej sławy akustykiem, niemal specjalistą od dźwięków wszelakiej natury. Tak. Von Strom zaliczał się do światowej czołówki w tej dziedzinie. I jak każdy naukowiec, był raczej samotnikiem, eksperymentującym w zaciszu swej posiadłości w hrabstwie Winchester.


W bardzo pięknej i zadbanej posiadłości. Von Strom mieszkał samotnie, mimo że jego żona żyła. Niemniej nie było to udane małżeństwo i Wilhelm czuł się szczęśliwy z dala od objęć od swej małżonki i gotów wychowywać samotnie swoje oczko w głowie. Victorię Eurekę von Strom.
Dziewczyna obecnie wkraczająca w pełnoletniość, była tym co w okolicy nazywano dobrą partią. Piękna, wykształcona i bogata Victoria, miała jedynie małą wadę... brak obycia w towarzystwie.
Ale czegóż innego można się było spodziewać po kobiecie, która chciała pójść w ślady ojca.
Niemniej przyciągała wzrok wielu i znalazłoby się sporo amantów, nie przejmujących się tym małym drobiażdżkiem. Wszak walory jej urody mogły z każdego światowca zrobić domatora.
Ale problemem było to, że Victoria (dla przyjaciół i ojca Vicky) nie była zainteresowana ożenkiem, zadowalając się pracą i zajmując domem (a dokładniej wojując z Hildą, nadopiekuńczą deus ex machiną z whadą wymhowy).
Dla ojca Vicky była najważniejszą istotą w jego życiu, więc nigdy nie zmusiłby jej do zamążpójścia wbrew jej woli. Zresztą doświadczenia Wilhelma na tym polu, prowadziły do konkluzji, że małżeństwa to samo zło. I jedyną dobrą ich stroną, są dzieci.

Mieszkali oboje z dala od innych, skupieni na eksperymentach i prozaicznej codzienności.
To było jednak miłe życie. I przyjemne życie.

Ale bycie sławnym uczonym miało swoje wady. Kilka tygodni temu, do Wilhelma von Stroma, przyszedł pilny telegram z Londynu. Ojciec Victorii zamknął się wtedy w gabinecie na kilka godzin, wyłączając go tymczasowo spod nadzoru Hildy. Potem spakował kilka swoich wynalazków, ubrania i inne rzeczy. Pocałował córkę w policzki na pożegnanie i wyruszył do Londynu ich jedynym automobilem. Obiecał wrócić za parę dni.

Minęły dwa tygodnie. I nic.
Mijał trzeci tydzień.
I wtedy do drzwi ktoś zapukał.
Posłaniec.
Mężczyzna uśmiechnął skłonił, spytał Victorię o imię i nazwisko. Po czym podał dziewczynie paczuszkę owiniętą w szary papier. Paczką od ojca. Poza jednak nazwiskiem, na paczuszce nie było żadnego adresu.

A w paczuszce był list i prezent.
Pozytywka...


i kluczyk do niej.
[media]http://www.youtube.com/watch?v=SxBCPBXawE4[/media]
Vicky nakręcił pozytywkę i słuchając melodii zaczęła czytać list od ojca.

Cytat:
Skarbie mój.

Wybacz, że nie wróciłem do domu. Wybacz, że nie przyjadę. Niestety nie mogę cię narażać pojawiając się w domu. Sprawy się lekko skomplikowały tu w Londynie.
I na razie muszę się ukrywać. I chronić ciebie.
Dlatego, zaklinam cię na wszystko co cenię.
Nie szukaj mnie. Siedź cichutko jak myszka pod miotłą i może cię ta afera ominie skarbeńku.
W razie problemów, zwróć o pomoc do Sebastiana Stanforda. To mój drogi uczony kolega i przyjaciel.
Na pewno ci pomoże.
Myślę, jednak że nie będzie takiej potrzeby. W posiadłości powinnaś być bezpieczna.
Wraz z listem przesyłam ci pozytywkę i kluczyk do niej. Pilnuj ich jak oka w głowie.
Od ich bezpieczeństwa zależy życie wielu osób, także i twojego ojca.
Czekaj na mnie w domu. Wrócę tak szybko jak tylko będę mógł.
Twój kochający ojciec.
Wilhelm E. von Strom.
Posłuszna córka, posłuchałaby poleceń ojca. I została w domu, czekając na jego powrót.
Ale od kiedy to Vicky była posłuszną i grzeczną córką?
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 20-02-2011 o 20:07.
abishai jest offline  
Stary 20-02-2011, 22:23   #2
 
Vantro's Avatar
 
Reputacja: 201 Vantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie coś
- Bella!!! Bella!!! - wydarła się Vicky otwierając gwałtownie drzwi do swojego pokoju. Nie czekając, aż pokojówka-przyjaciółka przyjdzie otworzyła drzwi do garderoby i po chwili przelatywały przez nie kolejne sztuki bielizny i lądowały częściowo na łóżku (gdzie zapewne było ich przeznaczenie), a częściowo na podłodze.
-Tak panienko Victorio?- spytała Bella wchodząc do pokoju swej pracodawczyni.- Czy coś się stało?
- Jedziemy do Londynu! Pakuj wszystko w... kufry! - Vicky nagle zatrzymała się w półkroku i zerknęła na dziewczynę - A suknie? Będą mi potrzebne suknie? - doznała nagle “olśnienia”. - Nie mam żadnych... - zaczęła krążyć po pokoju wymachując trzymanym w dłoni butem - Co zrobić.... co zrobić... przeeecież sprowadzenie ich, albo uszycie to znów kolejnych kilka dni... nie mam czasu!
-Alehż pahnienko. Ohjciec wyfhaźnie kazhał nha nhiego czekhać w dhomu. Thak phowiedhział phrzed wyjhazdem.- wtrącił się metaliczny głos Hildy.
- Yhmmm... ale właśnie przyszła od niego przesyłka... kazał przyjechać. - okantowała, a właściwie próbowała okantować Hildę Vicky. - Wiem! Bello chodź! Wiem skąd weźmiemy suknie dla mnie!!! Musisz mi pomóc, abym się w jedną z nich ubrała. Jednak najpierw każ komuś upchnąć to... - machnęła dłonią w stronę walającej się wszędzie garderoby i butów w kufrach i wypadła z pokoju zanim Hilda się odezwała.

Przemierzyła pospiesznie korytarz i stanęła przed pokojem matki. Nie wchodziła tutaj od lat, ale pamiętała że jej garderoba była pełna sukien. Zamyśliła się na chwilę i podjęła decyzję, stanowczo ujęła klamkę i weszła do środka. Podeszła do garderoby otworzyła drzwi i wyciągnęła pierwszą suknię jaka jej wpadła w ręce. Poczekała aż wejdzie do środka Bella i rzekła:
- Pomóż mi ją założyć. - i zaczęła ściągać z siebie spodnie i koszulę w których chodziła. Przy pomocy pokojówki skompletowała strój i zaczęła go na siebie wkładać..
-Mogą być ciasne w dekolcie panienko Victorio.- Bella oceniła suknie, a potem wymiary Vicky.
- Trudno! Nie mam innych muszą być takie jakie są... gorset - jęknęła mimowolnie wymawiając to słowo, gdyż mieszkając z tatkiem nigdy nie nosiła tego “narzędzia tortur”. Raz jeden Hilda przekonała jej ojca, że powinien panience taki nabytek sprawić i raz jeden pozwoliła się w niego wbić. Jednak po pertraktacjach z tatką (a właściwie po wielkiej awanturze) dostała zgodę na nie zakładanie tego “udogodnienia”.- ...gorset mi mocniej ściśniesz i jakoś to będzie!
Przy pomocy Belli udało jej się założyć zarówno “narzędzie tortur” jak i upchnąć wszystko w suknię matki. Podeszła do lustra ocenić efekt ich wspólnych wysiłków.


-Panienko, ale jak pojedziemy. Ojciec panienki zabrał jedyny automobil.- przypomniała Bella.- A do Londynu jest kilka dni drogi...chyba. Ostatnio tam byłam w Londynie tuż przed przyjazdem tutaj.
- Pojadę do sir Richarda i poproszę aby nam pożyczył swój automobil. On zawsze powtarza, że jak będziemy coś potrzebowali to tylko wystarczy że słówko szepnę i on pomoże. Wiosną tatko wyciągnął go z jakiś tam kłopotów... ktoś go nachodził z jakimś tam wekslem i tatko ten weksel nabył. Sir Richard pożyczy nam automobil napewno wraz z Markusem, który nas tam zawiezie. - i nie czekając co na to odpowie Bella ruszyła do swojego pokoju. Jednak w połowie korytarza, doszła do wniosku, że szkoda czasu na przebieranie się pojedzie od razu do sir Richarda i załatwi automobil. Po drodze ominęła w stojące już w holu spakowane kufry.


Zerkając na nie odwróciła się i wykrzyknęła w stronę schodów:
- Bello każ spakować jeszcze kilka tych sukni, co je w pokoju pani matki znalazłyśmy! - i raźnym krokiem pomaszerowała do stajni wydać wydać polecenie by przyprowadzono przygotowanego konia przed dom. Czekając na niego przemierzała podjazd raźnym krokiem w tą i spowrotem. Kiedy stajenny przyprowadził konia Vicky wdrapała się na siodło, niezgrabnie, bo suknia jej w tym przeszkadzała. Nauczona jeździć konno po męsku, podkasała przeszkadzający dól spódnicy i rozsiadła się w siodle wygodnie. I wszystko byłoby zapewne dobrze gdyby nie nagły okrzyk Hildy:
- Phaaaaaanienko, nie przyhstoi thak! Niech phanienka zhsiada natychmiast! - stajenny podawał jej akurat lejce, ona jeszcze nie zdążyła ich ując, a koń wystraszony wrzaskiem Hildy ruszył z kopyta. Vicky gwałtownie odchyliła się do tyłu i jak nic by rymsła na pupę, jednak w ostatniej chwili uchwyciła się siodła. Jechała więc na pędzącym przed siebie koniu i wydzierała się do niego nie mogąc dosięgnąć lejcy:
- Wyłącz się choooooooooooooolero! - przypominając sobie jednak, ze to przecież żywe stworzenie a nie jeden z otaczających ją w domu eksperymentalnych robotów dodała: - Stóóóóóóóóóóój!
Koń pod wierzch jednak na takie polecenia nie reagował. I do miasteczka wpadła niczym horda barbarzyńców. Albo lady Godiwa...tyle że nie naga i majestyczna. A ubrana i wrzeszcąca.
Tak czy siak ściągnęła uwagę mieszkańców miasteczka Winchester.
 
__________________
W chwili, kiedy zastanawiasz się czy kogoś kochasz, przestałeś go już kochać na zawsze.
Vantro jest offline  
Stary 23-02-2011, 21:21   #3
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 41505 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Swoja jazdą Victoria wywołała sporą sensację i pojawili się od razu gapie. Ale nikt chętny by narażać się na stratowanie. O tej porze uliczki miasta okupowali stateczni panowie i nobliwe damy. Towarzystwo grzeczne i uprzejme, ale też stetryczałe i mało ruchliwe.
I niezbyt skłonna do ryzyka. Cała nadzieja byłaby w parobkach, ale jakoś żaden się nie trafił.
Tak więc Vicky kontynuowała swoją szaleńczą przejażdżkę nie zatrzymywana, ani nie goniona przez nikogo.
Niemniej każda podróż ma swój koniec. Tak było i w tym przypadku. Rozpędzona Vicky przemierzała miasto, aż w końcu koń zatrzymał swój bieg, wyrzucając swą pasażerkę, niczym pocisk z katapulty... prosto w ramiona w wybawiciela.
Tak by było idealnie. Niestety rzeczywistość nie bywa idealna. Victoria w kogoś uderzyła z impetem i wylądowała miękko pupą nie odczuwając bólu, jaki powinien być wywołany zetknięciem z twardą ziemią. A to dzięki temu, że między pupą Vikcy, a ziemią, leżał jęczący mężczyzna. Trafiony tym niecodziennym pociskiem, jęknął z bólu i rzekł.- Czy, czy... może panienka ze mnie zejść?!
- Yhmmmm... -
mruknęła dziewczyna nie podnosząc się ani o milimetr, za to kiedy spojrzała w dół aby zobaczyć, kogo “zestrzeliła” z powierzchni ziemi jej uwagę przykuło coś “ważniejszego”. Szaleńcza jazda a potem szaleńczy lot z miękkim lądowaniem sprawiły, że jej piersi wyskoczyły prawie całkowicie z sukni mamusi. “Bella miała chyba racje co do jej rozmiaru”, przeleciało dziewuszce przez myśl. Wiercąc się na leżącym pod nią mężczyźnie zaczęła upychać je z powrotem tam gdzie ich miejsce.
-Heeej...aauu..moje żebra!- jęczał mężczyzna, z trudem oddychając. -Możesz wreszcie...ja nie jestem... czy ja... nie rób ze mnie poduszki.

I nie zwracając uwagi, na zbiegowisko, jakie wywołuje tą sytuacją. Ale Victoria już wielokrotnie była źródłem niepochlebnych plotek. Czym ani ona , ani jej ojciec... ani potencjalni amanci, niespecjalnie się przejmowali.
Do siedzącej Vikcy podszedł Samuel Rogers, miejscowy konstabl, ciągnąc za uzdę jej spłoszonego konia. -Panno von Strom, czy coś się stało. Wyglądała panienka na poruszoną.
Siwiejący już Samuel, poruszał podczas rozmowy sumiastymi wąsiskami, sięgającymi mu za dolną wargę.- Pożarł wybuchł w posiadłości? A może nieudany ekspe...
-Heeeej! A ja?! Właśnie zostałem zaatakowany?!-
wrzasnął “pan poduszka” z oburzeniem.
Vicky podniosła głowę aby spojrzeć na stojącego przed nią Samuela całkowicie ignorując wydobywające się spod niej jęki - Koń się spłoszył? - spytała, albo wyjaśniła, albo po prostu stwierdziła nie rozwijając tematu dalej. Po czym znowu zajęła się upychaniem swojego biustu tak aby przynajmniej udawał, że jest na swoim miejscu. I mimochodem odparła do mężczyzny rozciągniętego na ziemi: - Jęczysz waść jakby cię przynajmniej słoń przygniótł. Toć nie ważę tak dużo - i dla podkreślenia swej racji i udowodnienia, że do słonia jej daleko uniosła pupę do góry i... z powrotem plasnęła na “pana poduszkę” - I jak? Chyba nie ważę tak dużo co słoń?
-Koń się spłoszył. To się zdarza... za moich czasów, jeździło się uważniej. Ale dziś. Tylko te automobile i paromobile. -
rzekł w odpowiedzi Samuel.
- Aaaaaaaaaaaa! - wcięła mu się dziewczyna w słowo przerywając swoje zajmujące zajęcie - Właśnie ja w sprawie automobilu do sir Richarda przyjechałam, nie widziałeś go Waść?
-Sir Richard...a czy on nie jest Londynie?- z
dziwił się konstabl, pocierając między palcami końcówkę wąsa. A “pan poduszka” narzekał.- Może nie jesteś słoniem paniusiu, ale moje żebra nie są poduszką.
Dziewczyna już się zaczęła podnosić, aby zejść z tego “jęczyduszy” jak go w myślach określiła. Słysząc jednak że sir Richard jest w Londynie, klapnęła ponownie na pupie zrezygnowana, przyszpilając jeszcze raz “pana poduszkę” do ziemi. - Heh i co ja teraz zrobię?! - zaczęła się na głos zastanawiać pocierając czoło.
-Ja mam pojazd. Mogę zawieźć do Londynu. Tylko na Boga i królową, zejdź wreszcie ze mnie kobieto i zaprowadź do lekarza!- wykrzyczał z bólem w głosie “pan poduszka”.
- O matko... myślałby kto, żeś waść życie postradał, albo nie wiem jakie wielkie rany odniósł - prychnęła dziewczyna. Podnosząc się sprawnie na nogi ujęła lejce swojego konia i rzekła patrząc na rozciągniętego na ziemi mężczyznę - Delikatnyś pan jak kurze jajo. Toć nic takiego wielkiego się nie stało, ja nawet jednego siniaczka nie mam, to po co ten lekarz?
-Bo bolą...ty na mnie wpadłaś znienacka, a bruk jest twardy.-
rzekł mężczyzna i wstał na nogi spoglądając na Vicky.


Mówił z wyraźnym akcentem Zachodnich Kolonii. Ubierał się zresztą zgodnie z tamtejszą modą. Ciemnowłosa ogorzała twarz...i kabura przy pasie. Był uzbrojony.
Ukłonił się z trudem, mówiąc.- Douglas Maverick, do sług. A ty? Jak masz na imię panienko?
Dziewczyna lustrowała go od stóp do głowy z uwagą, na widok kabury z bronią oczy jej rozbłysły. Zanim którykolwiek z mężczyzn mrugnął choćby powieką podskoczyła do mężczyzny i już obracała w dłoniach jego bron z uwagą oglądając znalezisko. - Vicky, aleeeeee super... będę mogła postrzelać? - przymknęła oko i zaczęła się odwracać mając na końcu lufy najpierw właściciela broni a potem nadal stojącego obok Samuela.


Dodała jeszcze w ramach wyjaśnienia, tak jakby mówiła do kogoś o uszkodzonym umyśle... wolno i wyraźnie akcentując każde słowo. - Toć wpadłam znienacka, bo koń się spłoszył... Nie znienacka wszak bym nie wpadała. A bruk przecie nic dziwnego, że twardy, wszak on z kamieni... - i ponownie chcąc spojrzeć na “pana poduszkę”, a właściwie Douglasa Mavericka wymierzyła w niego trzymaną broń i patrzyła znad niej z uwagą, celując w sam środek jego czoła.
-Ostrożnie panienko to klasyk.- rzekł nerwowym głosem Douglas, po czym spojrzał na konstabla. -Nie jest nawet nabity. Wszak wiem, że to Anglia, a nie zachodnie rubieże Kolonii. Noszę jako straszak. Słowo.
- Nooooooo tak... Taki, żeś delikatny to straszak ci potrzebny jak nic.
- rzekła dziewczyna obracając broń w dłoni. - To jak z tym Londynem? - zagadnęła na interesujący ją temat.
-Broń to broń panienko. Na dzikusów i bandziorów wystarczy.-
odparł Douglas i rzekł.- Podróżuję po kraju w interesach, więc mam automobil, ale... co z lekarzem?
- Heh... słuch też się panu uszkodził przy tym spotkaniu z brukiem? Toć mówiłam N...I...C... ale to N...I...C... mi nie jest, to i lekarza mi nie trzeba.
- ujęła stanowczo mężczyznę za łokieć - Nie traćmy czasu na niepotrzebne gadanie.... po kufry trzeba jechać - zaczęła się rozglądać z pytaniem - to gdzie ten automobil?
-Ale mi potrzebny jest lekarz.-
odparł ze zrezygnowaniem Douglas i dodał.- Panienko Vicky?
- Choryś waść? -
spytała dziewczyna przyglądając mu się podejrzliwie. - A na co?- dodała zaciekawiona.
-Żebra mam poobijane.- burknął Maverick.
-Panno Victorio...-wtrącił konstabl szepcząc cicho nie zwracając uwagi na to że Douglas i tak to słyszy.- Jeśli mogę coś zasugerować. Wyjazd w towarzystwie tego młodziana, o podejrzanym pochodzeniu, nie jest dobrym pomysłem.
Zresztą Maverick potwierdził jego słowa mówiąc.- Pan władza dobrze radzi.
Dziewczyna spojrzała to na jednego to na drugiego mężczyznę i zapytała konstabla - Ma pan automobil?
-Ależ skąd. Konie są wygodniejsze w takim hrabstwie jak nasze.-
odparł Samuel.
- Tak tak - rzekła dziewczyna masując pośladki - Konie są baaaaaaaaaaaaaaardzo wygodne, ale... on ma automobil - wskazała palcem na Douglasa prawie że mu wydłubując przy tym oko - i on mnie zawiezie do Londynu! Bellę zabiorę ze sobą!
-Może najpierw oddasz broń, potem lekarz, a potem …
-Maverick wzruszył ramionami.- ...a potem reszta.
-A po co panienka jedzie do Londynu?-
spytał Samuel zaciekawiony jej determinacją.
Vicky już otwierała usta aby odpowiedzieć po co, ale przypomniała sobie list ojca. - Po... po suknie. Ładnie w nich wyglądam prawda? - spytała wypinając pierś do przodu i prezentując suknię, którą na sobie miała.
-Tak, tak...-zgodzili się obaj mężczyźni, stając się ukryć fakt, że dyskretnie gapią się w jej dekolt.
-Ładny biu...strój...zniewalający.- dodał Douglas po chwili.
- To gdzie ten automobil? - zniecierpliwiła się dziewczyna.
-To gdzie broń?- Douglas wyciągnął rękę po swoje.
- Przecie jej nie ukradnę! - obruszyła się dziewczyna wciskając mu broń w rękę - Proszę! To możemy już jechać?
-Tam.
- wskazał z dumą Maverick, na kupę złomu na kółkach stojącą nieopodal.


- Moje mobilne centrum dowodzenia. Mój dom i środek transportu w jednym.- rzekł z dumą Douglas.
Dziewczynie oczy rozbłysły na widok jaki ujrzała, podeszła i z uwagą zaczęła oglądać automobil obchodząc go dookoła. I jak znawca tego co ogląda podeszła bliżej i zaczęła obstukiwać automobil. - Nieeeeeeeeeeeeeeezły jest - pochwaliła właściciela - Ale czy na pewno dowiezie nas do Londynu?
-Oczywiście... do Londynu i do każdego miejsca w Anglii.-
rzekł mężczyzna podchodząc do schodków.- Ale na razie musi podwieźć mnie do lekarza.
- Heh aleś się uparł waść na tego lekarza... Jak mus to mus jedziemy do doktora Winstona. -
po czym odwróciła się do konstabla, kiwnęła w stronę konia który stał spokojnie, zapewne odpoczywając po szalonej jeździe i spytała - Mogę zostawić to zwierze u pana, ktoś od nas po nie przyjedzie?
-Oczywiście panienko Victorio.-
mruknął konstabl, a Douglas otworzył drzwi wszedł do pojazdu. Po czym wystawiwszy głowę przez drzwi rzekł.- To idziesz czy nie?
- Porusza się pan dość sprawnie, na pewno ten lekarz potrzebny? -
spytała Vicky podkasując sukienkę jak najwyżej jej się udało i odnosząc nogę aby wejść do środka za mężczyzną.
Automobil rzeczywiście pełnił rolę domu na kółkach. Prowadząc Vicky do sterówki, Douglas pokazywał kolejne pokoje.- Sypialnia, jadalnia, barek, łazienka, kuchnia.
Nie było tu schludnie. W sypialni królowało nie pościelone łóżko, w jadalni na stoliku stały, brudne talerze, kolejne brudne talerze były w kuchni. Na szczęście łazienki jej nie pokazywał. Tylko drzwi do niej.
Vicky z uwagą rozglądała się dookoła. Dreptała za mężczyzną krok w krok tłumacząc przy okazji jak ma trafić do lekarza, którego tak bardzo się dopominał od samego początku.
Dotarli do sterówki. było tam siedzenie dla kierowcy, siedzenie pasażera. I od groma różnego rodzaju wajch i wskaźników. Douglas zasiadł w siedzeniu kierowcy, a dłonią wskazał miejsce dla Vicky mówiąc wprost. -Niczego nie dotykaj, dobrze?
- Dobrze... dobrze … -
wymamrotała dziewczyna i wbrew zapewnieniom wyciągnęła ręką aby dotknąć interesującej jej rzeczy.
Pacnął ją karcąco acz delikatnie palcami po dłoni.- Nie dotykać. Chcesz dojechać do Londynu w jednym kawałku?
- No dobrze... - mruknęła dziewczyna. “Nie dotykać to nie dotykać”, ale nic nie było o nie-oglądaniu. Podeszła bliżej i pochyliła się nad interesującym ją urządzeniem wypinając pupę w stronę właściciela automobilu.
Douglas przez chwilę jechał udając, że tego nie widzi. Ale był też mężczyzną z krwi i kości. A pokusa była na wyciągnięcie ręki. Toteż przesunął dłonią po krągłościach, które kilka chwil wcześniej gniotły mu żebra.
Dziewczyna podskoczyła i odwracając się niechcący, a może i chcący przyładowała mężczyźnie łokciem w poobijane żebra. - Już nie boli? - spytała niewinnie.
- Boli, boli...przyznaję... Tym razem należało mi się.- pisnął Douglas, łapiąc się ręką za żebra w miejsce trafienia.
I ruszyli dalej kierując się wskazówkami panny von Strom do położenia domku doktora.


Sanktuarium doktora Winstona, przyjaciela rodziny von Strom i miejskiego lekarza, patologa, weterynarza, a także wypychacza zwierząt. Lekarza słynącego z różnych ciekawych metod leczenia. Zazwyczaj jednak pacjenci zdrowieli po jego kuracjach. Zazwyczaj też potem unikali siedziby doktora Winstona, bez względu jak bardzo byli później chorzy.
Doktora Saemusa Winstona szanowano i bano się jednocześnie. Oczywiście Vicky była wyjątkiem... bo była też jego uczennicą.
Dojechali i wysiedli. Victoria niecierpliwie pociągnęła Douglasa za sobą. Wszak musieli się spieszyć. Pociągnęła za rączkę przy drzwiach i rozległ się gong.
Co prawda Pierrot, deux ex machina doktora, pewnie już go powiadomił, ale mimo to grzeczność zobowiązuje.


Otworzył im po chwili, posiwiały, w felczerskim stroju i o lasce. Niestety jakoś swego kolana naprawić nie potrafił, a mechaniczne protezy go odrzucały. Jak inne mechaniczne części włączane w ludzkie ciało. Dewizą doktorka była „Natura”... w bardzo szerokim znaczeniu tego słowa. Niestety epoka zafascynowana technologią naturę miała w pogardzie.
I doktorka też. na widok gości Saemus uśmiechnął się i rzekł.- Ach Vicky, moja droga, co cię tu sprowadza o tej porze? I kim jest ten gentleman?
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 17-03-2011 o 19:34.
abishai jest offline  
Stary 24-02-2011, 23:44   #4
 
Vantro's Avatar
 
Reputacja: 201 Vantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie coś
Jak tylko pojawił się doktor Saemus w jej polu widzenia, dziewczyna podeszła do niego raźnym krokiem i cmoknęła w policzek z głośnym echem rozchodzącym się po holu w którym stali.
- Witaj wujciu - padło zaraz, wszak to jak każdy z kolegów naukowców tatki był jej “wujcio” a ten szczególny... ten pomagał jej nabywać wiedzę w dziedzinie, która ją za fascynowała, zaraz po tym jak przestała rozpaczać nad prawami natury. Już otwierała usta aby odpowiedzieć na zadane pytania, kiedy jej uwagę odwróciło coś innego. “Jak ja go nie cierpię!” pomyślało dziewczę dziwacznie się wyginając na wszystkie możliwe strony, aby choć trochę poluzować ściskający ją gorset. Spoglądając na nią postronny obserwator zastanawiałby się jakiż to taniec odstawia dziewczyna.
O ile stary Saemus przywykł do kontrowersyjnego zachowania swej uczennicy, o tyle Douglas przyglądał się temu z mieszaniną zaskoczenia i niezdrowej fascynacji. Zwłaszcza, gdy biust Vicky próbował się wyrwać na wolność.
Jednak albo Bella była dobra w sznurowaniu gorsetów, albo gorset wyjątkowo oporny na wszelkie zabiegi.. dziewczyna z westchnieniem rezygnacji dała sobie spokój z walką z nim.
- Wujku poznaj pana Du... Da... - Vicky próbowała sobie przypomnieć jak nazywa się wybawca jej pupy, a właściwie ochraniarz przedsiniakowy. - No poznaj... pan cię się sam przedstawi... - machnęła ręką rezygnując z odszukania w pamięci jego imienia, wszak chyba jej się przedstawiał, ale czy to takie ważne aby zapamiętać? Ważniejsze jest że ma automobil i może jej pomóc dostać się do tatki. Szkoda marnować czasu!.
-Douglas Maverick, a pan?- spytał mężczyzna po czym szepnął do ucha Vicky.- Czy on naprawdę jest lekarzem?
-Doktor nauk przyrodniczych Saemus Winston, do usług. Wejdźcie. Po co stać w progu.- rzekł lekarz ustępując im przejście.


Vicky odwróciła się do szepczącego do niej mężczyzny i zapewniła - No oczywiście, że lekarz sam się uparłeś, że ci potrzebny to o co teraz chodzi? Strach cię obleciał czy choroba przeszła? Zbada cię i przestaniemy marnować czas na biadolenie i ocenianie co jest twarde a co nie jest twarde i co komu potrzeba... -rzekła dziewczyna ujmując stanowczo Mavericka za łokieć i ciągnąc do gabinetu pana domu.
-Chce wyjść stąd żywy.- burknął Douglas, a doktor Saemus spytał.- Domyślam się, że szukacie porady medycznej. Jakież to są objawy?
-Żebra mnie bolą odkąd na mnie usiadła.-mruknął Maverick. A Saemus rzekł.-A tak. Problemy łóżkowe to wstydliwa sprawa w tak młodym wieku. Czyżby ten młodzian miał zostać dziedzicem posiadłości von Strom?
- Ależżżżżżżżż skąd! - szybko sprostowała dziewczyna - Jak go poznałam leżał se na bruku i narzekał że mu twardo. A teraz cały czas żebra i żebra.... - po czym dodała teatralnym szeptem do doktora - … zapewne to jakiś żebrak! Ale ma automobil i podwiezie mnie i Bellę do Londynu do tatki. Zerknij wuju co mu tam się tak żebra i... w drogę.
-To dobrze. Bo choć napięcie wypada rozładowywać, to jednak wypada to robić dyskretnie. Plotki to plaga małych miejscowości.- mruknął lekarz i rzekł idąc do gabinetu ukryte za drzwiami z kutej stali.- Proszę za mną. Pierrot czy mógłbyś?

Drzwi się otworzyły cicho...a lampki zamigały. Nie lubiący hałasów, Saemus uczynił mechanizm zarządzający jego domem... niemową.
Vicky wmaszerowała raźno do gabinetu i zajęła jedno ze stojących tam krzeseł. Spojrzała na “poobijanego” mężczyznę i rzekła:
- No pokaż panu doktorowi gdzie cię boli - tonem jaki mamusia zwraca się do dziecka, tylko”kochania” na końcu zdania zabrakło.
Douglas tylko prychnął słysząc te słowa i zaczął się rozbierać do pasa, trochę nerwowym spojrzeniem obserwując zestaw skalpeli i kolekcję strzykawek Saemusa.
Był poobijany. Na jego ciele było kilkanaście siniaków. A doktor podchodził do Mavericka z elektrycznymi rękawiczkami sensorycznymi, własnej produkcji.
-Czy to boli?- spytał dziewczynę Douglas, obserwując nieufnym spojrzeniem Saemusa
Dziewczyna poderwała się na równe nogi na widok pleców mężczyzny. Podeszłą bliżej do niego, jakby nie dowierzając oczom, które patrzyły na ten widok z odległości.


- O matko! Po coś ty się kładł na tym bruku, człowieku?! - i słysząc pytanie “czy to boli” - z całej siły nacisnęła jeden z siniaków i odparła - Ty mi powiedz czy boli, toć one na tobie a nie na mnie. To jak boli?
-Oczywiście że boli.- syknął Douglas odsuwając się od dziewczyny i burknął .- I to dzięki tobie boli.
- Jak dzięki mnie? - zdziwiła się dziewczyna - Jak się poznaliśmy to leżałeś jak długi na tym bruku. Niech wujcio uważa przy badaniu tego jegomościa, dotknie go wujcio i zaraz usłyszy, że go boli przez wujcia! - dodała odwracając głowę w stronę nadchodzącego doktorka “uzbrojonego” w rękawiczki.
-A ty siedziałaś na mnie.- odparł Douglas, a Saemus rozpoczął badanie. Z początku wędrował rękawicami nad ciałem mężczyzny, obserwując odczyty, a potem...
-Ups...- mruknął doktor. I zanim przerażony Maverick zdołał spytać co ów “ups” znaczy. Poczuł jak na jego ciało przeskakuje iskra z rękawicy “pieszcząc” go silnym ładunkiem elektrycznym.
-Nie martw się młodzieńcze co cię nie zabije to cię wzmocni.- rzekł swoją ulubioną maksymę Shaemus przyglądając się odczytom i ignorując zwijającego się z bólu mężczyznę na podłodze.
- No widzisz! Sam wujcio mówi żeś mocny... po co tyle krzyku o lekarza było? Już byśmy się zapakowali do tego twojego automobilu i do Londynu zmierzali. Ale... nie... ty... lekarza i lekarza. Dałabym ci po drodze jakieś pigułki co je ostatnio zrobiłam (nie wyjaśniła co prawda przy tym, że jeszcze nikomu ich nie aplikowała) i byłoby wszystko dobrze - rzekła dziewczyna obserwując trwające badania. - To możemy jechać? - dopytała się na koniec.
-Nie czuję się wyleczony. Wprost przeciwnie.- jęknął Douglas, a Saemus rzekł.- Moje zastrzyki dopiero postawią cię na nogi. Trzydniowa kuracja. Trzy zastrzyki wieczorem. Przeciwbólowy, renegerujący i oczywiście... trzeci likwidujący negatywne skutki dwóch pierwszych... wspominałaś coś o automobilu i jeździe, droga Vicky?
- Ja mu mogę te trzy zastrzyki robić! Jestem w tym dobra... sam tak mówiłeś wujciu! - szybko wykrzyknęła dziewczyna swoją ofertę pomocy obawiając się, że wyjazd do Londynu opóźni się o te trzy dni kuracji. Z pełną świadomością też ignorując pytanie doktora o automobil i wyjazd. “Zacznie marudzić tak jak Hilda albo konstabl”, pomyślała rozglądając się za strzykawką, którą mogłaby zabrać w celu robienia niezbędnych do kuracji zastrzyków.
-Też o tym myślałem...tylko pamietaj o tym by trzymać się z dala Douglasa przez jakieś dwadzieścia minut zastrzykach. Regenerujący zastrzyk jest zbyt... pobudzający.- mruknął doktor podając Victorii zestaw strzykawek i specyfiki.- Może chcesz kajdanki do przykucia pacjenta?
-Przykucia?- zdziwił się Douglas.

Na słowo “kajdanki” oczy dziewczyny zaświeciły, ale z pełną powagą rzekła :- O tak.. tak.. kajdanki to dobra myśl - i patrząc na Douglasa dodała - i knebel by się przydał wujciu... on taki delikatny, a moje bębenki w uszach też, więc obojgu nam się przysłuży.
-Nie dam się zakneblować...ani przykuć!- krzyknął Douglas, choć jego krzykami, ani doktor, ani jego uczennica się nie przejęli. Saemus pokazywał Vicky kolejne fiolki- Tylko pamiętaj, najpierw fioletowa z przeciwbólowym, potem zielona fiolka, na końcu zaś niebieska. Zrozumiałaś? Nie pomyl, bo skutki mogą być.... nieprzewidywalne.
- Tak... tak.. - rzekła w roztargnieniu Vicky myśląc już o czymś innym - zapamiętam najpierw zielona, potem niebieska i fioletowa na koniec... o co tyle zamieszania? Zastrzyk to zastrzyk... nie będzie nawet wiadomo kiedy dostał. - krzyków poobijanego mężczyzny nie komentowała, bo... “Jak Cię zaboli to sam będziesz błagał i o knebel i o kajdanki i o zastrzyki...”, po co więc marnować czas na dyskusje o tym co pewne?
-Nie ,nie...nigdy zieloną najpierw, bo nie zdążysz uciec zanim nabierze ochoty, a straci rozum.- pokiwał głową nerwowo doktor.- Kolejność musi być zachowana, dla twojego także bezpieczeństwa.
Podszedł do jednej z szafek i wyjął kajdanki oraz kluczyk do nich. Kajdanki były stalowe, acz miały skórzaną osłonę, by nie obcierać nadgarstków.
“Najpierw go przykuję, to se może chcieć ile chce”, pomyślała dziewczyna i pokiwała głową, że oczywiście dostosuje się do kolejności, nie zielona to fioletowa pójdzie na pierwszy ogień. - O kneblu wujciu nie zapomnij!
-Proszę.- doktor podał dziewczynie skrzyneczkę z jednorazowymi kneblami.
Vicky wzięła od doktorka wszystko co jej podawał i chciała schować do kieszeni spodni, ale niestety... przecież była w tej “durnej” sukni, jak zawsze określała strój kobiecy. Zaczęła się rozglądać gdzie by tu sobie upchnąć te niezbędne medykalia. Już miała zamiar to zrobić wpychając je za dekolt sukni, ale zatrzymała dłonie w połowie drogi...”Tam chyba już nic nie upchnę”. Położyła je wszystkie pospiesznie na leżącej luzem koszuli Douglasa, zawinęła w tobołek i wzięła go pod pachę mówiąc.
- Mam wszystko możemy już iść?
-Możemy.- odparł Douglas ponuro patrząc na swoją pielęgniarkę i towarzyszkę podróży i utrapienie w jednym.- Powóz czeka madame.

Dziewczynie nie trzeba było dwa razy tego powtarzać cmoknęła ponownie z wielkim rozmachem swojego”wujcia-mentora” i ruszyła z trzymanym w dłoni zawiniątkiem w stronę drzwi. - To na razie wujciu! Jadę do Londynu do tatki... więc trochę mnie nie będzie.
Wujek odprowadził oboje do wyjścia mówiąc.- To szerokiej drogi życzę.
A Douglas poczekał aż ich opuści, Po czym, gdy podeszli bliżej wozu,spytał.- To czym zapłacisz za przejazd do Londynu, paniusiu? Panno Vicky... jak dalej?
- Leczeniem twoich ran? Robieniem ci zastrzyków boś bardzo cierpiący? Nie pomyleniem którą fiolkę najpierw użyć... cobyś nie nabrał ochoty?- odpowiedziała pytaniami na pytania Vicky, po czym zatrzymała się i zaczęła zastanawiać czy wujcio czasami nie ma automobilu. Mniejszy kłopot, mniej zrzędzenia i... sama nie wiedziała czego mniej jeszcze. Wujcio co prawda miał pojazd, aczkolwiek...niesprawny.
-Jedzenie i paliwo kosztuje.- odparł Douglas i rzekł.- Jak chcesz jechać za darmo, to... mam jedno łóżko i nie zamierzam z niego ustępować.
- Jedzenie nam Hilda na drogę przygotuje, ale nie zmuszam do korzystania z tego nic a nic. A łóżko, ależ dziękuję bardzo... oczywiście, że łóżko się przyda, ściśniemy się z Bellą i na pewno się na nim zmieścimy, nie musisz się waść tym ustępowaniem przejmować. Tobie w sumie możemy jakiś siennik do sterówki, czy gdzie tam się zmieści i będzie ci wyyyygodnie jak nie wiem co. Tylko trochę miejsca najpierw zrobimy... abyś się niepotrzebnie nie musiał ściskać - rzekła dziewczyna ponownie zadzierając suknię do góry aby wejść do środka. Już miała zrobić krok do przodu jak zauważyła że jej się pończoszka niebezpiecznie zsuwa. Pochyliła się więc kładąc na ziemi zawiniątko z dawką leku dla Douglasa i zaczęła poprawiać gumkę niesfornej garderoby.

Douglas się schylił i przesunął dłonią po nodze i udzie Vicky dodając cicho żartobliwym tonem.- A jeśli ja wam nie ustąpię i będziemy musieli spać w jednym łóżku we trójkę?
Dziewczyna podskoczyła pod wpływem dotyku jaki poczuła na udzie, obcas jej bucika z całym impetem wbił się w stopę stojącego blisko niej mężczyzny. Nieświadoma tego Vicki rzekła - To pewnie duże łózko... zmieścimy się więc na nim wszyscy jak sam mówisz. - a w myślach dodała “Pod warunkiem, że cię rozkuję z kajdanek i odkuję od tego do czego będziesz w nich przyszpilony. Muszę pamiętać, aby zabrać te różowe tabletki co jak to wujcio mówi: Nawet słonia na całą noc z nóg zwalą... Jeszcze na nikim ich nie wypróbowałam, akurat będzie okazja, pan Douglas się wyśpi a ja sprawdzę jak mi wyszły i czy rzeczywiście tak dobrze usypiają.”
-Wredna.-burknął Douglas i dodał.- Uroda to chyba ci dana przez przypadek. A bez zapłaty to nie licz na wygody paniusiu, ani na długą jazdę. Bom człek niebogaty.
Po czym przepuścił Victorię pierwszą, przy wejściu na pokład pojazdu.
- Ooooo właśnie... zapłata. Musimy się wrócić, nie zapłaciłeś za poradę lekarską i leki! Ładnie to tak … biednego naukowca oszukiwać! - spojrzała na niego groźnie marszcząc brwi. I cofając się stanęła ponownie nieszczęśnikowi na stopę obcasem buta.
Zachwiał się sycząc z bólu, poleciał do tyłu, odruchowo próbując coś złapać. Złapał Vicky za biust i pociągnął za sobą. Wylądował...a jakże, plecami na bruku i z panną von Strom na sobie. Tym razem pupa angielki ocierała się o zupełnie inny obszar ciała mężczyzny. A jego dłonie zaciskały na jej piersiach. Przez ciało Vicky przeszły dziwne doznania. Dziewczyna lądując na nim wydarła się wniebogłosy na całe gardło. - Aleś ty niezdarny! - po czym chcąc się podnieść odwróciła się do niego przodem, gramoląc się uniosła kolano i niechcący przywaliła mu nim w centralne miejsce. Gdyby chciała tak wycelować to na pewno jej by się nie udała, a tak traf to traf.
-Dzikuska.-jęknął Douglas wijąc się z bólu i zwijając w kłębek.
- Boooooooooli??? To może czas na zastrzyk! - rzekła Vicky na czworaka przesuwając się w stronę “tobołka”, aby znaleźć potrzebne fiolki i strzykwę z igłą.
-Później...- otrząsnął się z bólu mężczyzna i wdrapał do pojazdu klnąc pod nosem.
- A zaplata?! - wydarła się za nim Victoria, podnosząc siebie i koszulę mężczyzny służącą za tobołek dla jego leków i wdrapując się za nim pospiesznie do środka. Widząc jego oddalające się plecy dodała - Jak boli to nie ma co odkładać zastrzyku... nie ma się co bać,wszak nie będzie bolało, jedna z tych fiolek jest przeciwbólowa.
-Mam jeszcze inne znieczulenie...z zastrzykami wolę poczekać....do wieczora.- rzekł Maverick kierując się do barku, pełnego alkoholi.


Nalał sobie trochę alkoholu do szklaneczki mówiąc.- Ach Whisky...jedyna kobieta bez wad. Idealna.
- Noooo... no...no... - rzekła dziewczyna z podziwem oglądając i dodała - Nic dziwnego że się co chwila przewracasz. Nikt kto tyle pije nie utrzyma się na nogach przez dłuższą chwilę. - wiedziała, bo sama kiedyś napoiła szczurki, tatki alkoholami aby zobaczyć czy im posmakuje. - Ten ideał cię o ziemię łomocze co i rusz...
- Nie znasz się.- odparł Douglas popijając ciemny płyn z uśmiechem.
- Jak się nie znam? Znam się! Jestem Viktoria Eureka von Strom! - rzekła dziewczyna dumnie unosząc brodę.
-To piłaś?- podjudzał Douglas.
- Co piłaś? - spytała dziewczyna przyglądając mu się z uwagą, zaczynała podejrzewać, że przy którymś upadku mężczyzna jednak uszkodził sobie głowę. Położyła tobołek na stercie znajdującej się na stole i rozplątała go z uwagą przyglądając się fiolkom. Mamrotała przy tym pod nosem - Zielona, niebieska czy fioletowa... jak to szło?
-Piłaś whisky, że wiesz?-rzekł nalewając sobie Douglas.
- Piłaś, piłaś... - mruknęła dziewczyna nie zastanawiając się nad sensem jego pytania, próbując sobie przypomnieć która fiolka na pewno nie powinna być pierwsza.
-Dzikuska.- westchnął Douglas popijając kolejną szklankę whisky. Nareszcie się mógł odprężyć, a i ból złagodniał. Niestety przyczyna tego bólu, nadal tkwiła obok.

- Boli? - spytała dziewczyna z ręką zaciśniętą na zielonej fiolce - Może jednak ten zastrzyk? Nie ma się co bać, będzie trzy razy a dobrze - dodała na koniec z promiennym uśmiecham - Pan Zgryzek nie narzekał jak mu robiłam zastrzyki... mam do tego dobrą rękę.- nie uświadomiła jednak stojącego przy barku mężczyzny że pan Zgryzek to szczurek jej tatki... czy to ma jakieś znacznie? Zastrzyk to zastrzyk.
-Jedźmy już panno von Strom.- mruknął Douglas zamykając barek i ruszając w kierunku sterówki, cały obolały.- Nie masz jakiegoś narzeczonego co by cię pod...głupie pytanie. Oczywiście, że nie masz.
- A co ma narzeczony do zastrzyku? - zdziwiła się Vicky i upewniła, że jak nic z głową Douglasa jest na pewno coś nie tak. “Najpierw kajdanki... potem zastrzyk”, ustaliła w myślach kolejność. Zagarnęła koszulę z zawartością i poszła za mężczyzną do sterówki.”Lepiej mieć to pod ręką, może się przydać w każdej chwili”. Usiadła na miejscu dla pasażera, położyła sobie trzymany pakunek na kolanach i palcem zaczęła pokazywać w którą stronę powinni ruszyć, aby dotrzeć do jej domu.
 
__________________
W chwili, kiedy zastanawiasz się czy kogoś kochasz, przestałeś go już kochać na zawsze.
Vantro jest offline  
Stary 28-02-2011, 19:22   #5
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 41505 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Nie ma jak w domu!


Tyle że w domu panował harmider wywołany przez spanikowaną Deus ex machinę.
Hilda załamując się „ucieczkhą phanienki” wywoływała prawdziwe zamieszanie rozsyłając sługi i ogrodników w „pohścigu za phanienką”. Najbardziej załamywała się tym, że nie może ruszyć za panienką. Ale cóż... O ile domy z wbudowaną deus ex machiną rzeczywiście coś takiego potrafiły o tyle Hilda nie powstawała wraz z posiadłością, a została w niej zainstalowana wiele lat po jej powstaniu. Dlatego była jej więźniem nie mogąc się ruszyć. Dlatego szalała z rozpaczy.
I swe szaleństwo przelewała na służbę wydając kilka jednocześnie sprzecznych rozkazów.
Jedyne co udało jej się to posłać kilku pachołków na "pohścig za panienką Vicky".
Nic więc dziwnego, że wjazd pojazdu Mavericka na teren posesji, nie został przez Hildę zauważony.
Dopiero gdy Victoria wysiadła z pojazdu, przez wszystkie głośniki domu rozległ się krzyk.- Phanienkho Victorio, co theż phanienkha wyczynia tak uciekhając z domu. I co tho za przybhłęda, co?! Czy on nhie próbhował przypadhkiem dobhierać się dho cnoty panienki ? Wygląda na huncwotha phierwszej wody.

Do wychodzącej panienki pierwsza dobiegła Bella z przekory nie zgadzając się z Hildą.- A właśnie, że nie. Wygląda na miłego przystojnego dżentelmena.
-Nie dham phanience wphaść w złe towarzysthwo!- gdyby Hilda się umiała czerwienić, to już byłaby czerwona ze złości.
- Jestem Bella, osobista służka .- uśmiechnęła się dziewczyna kłaniając się Douglasowi.- Czy zechciałby pan przejść do salonu, panie...?


Delikatny uśmiech i niewinne spojrzenie młodej służki topiły lody wielu męskich serc. W połączeniu z figlarnym nakręcaniem pukli na paluszek, wystarczyło, by całkowicie przejąć kontrolę nad sytuacją.
- Maverick, Douglas Maverick.- rzekł mężczyzna z uśmiechem i skierował się do salonu. A Bella odciągnęła Victorię na bok mrucząc cicho z uśmiechem na twarzyczce.- Całkiem słodziutki i przystojny. Opowiedz panienko Vicky, skąd go wzięłaś? Chyba nie jest stąd, prawda? Opowiadaj. Opowiadaj, proszę.

Podobne sensacyje usłyszała Hilda przesłuchując Douglasa w salonie. I wkrótce w całym domu rozległy się jej histeryczne wrzaski.- Nhie pozwalham ! Nhie dophuszczę do tego by moja cnothliwa phanienkha wyjechała do Lhondynu z jakimś nhieznanhym nikhomu obwiesiem!
-Tylko bez epitetów proszę. Nie jestem obwiesiem. W takim razie zostawiam panienkę pod twymi troskliwymi manipulatorami i... opuszczę tą miłą posiadłości, co? - odparł Maverick na te krzyki w nadziei, że skoro sprawa się wyjaśniła, to on będzie mógł zostawić natrętną muszkę Vicky tutaj zabierając ze sobą leki. Jakoś sam zrobi sobie zastrzyki, albo znajdzie lepszego lekarza.
Płonne nadzieje ...

Hilda nie była zbyt udanym egzemplarzem Deus ex machiny. I zareagowała histerycznie, zamykając wszystkie wyjścia z posiadłości, wysuwając kraty w oknach i przechodząc na tryb alarmowy. I czyniąc swymi więźniami w wszystkie przebywające w posiadłości osoby, by bronić „cnotliwą” panienkę Victorię, przed jej własnymi szalonymi pomysłami.
W tym i samego Douglasa Mavericka zatrzaśniętego w salonie, któremu ten fakt nie za bardzo się podobał.
No i ciężko wynieść kufry przez zamknięte drzwi i wyjechać pojazdem przez zamkniętą bramę. Nieprawdaż?


W tym całym zamieszaniu Victoria zaczęła się zastanawiać nad czymś. Miała wrażenie, że w tym całym ferworze, zapomniała o czymś ważnym. O czymś bardzo ważnym. Tylko o czym?
No tak! Gdzie jest pozytywka?!
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 19-11-2011 o 20:30.
abishai jest offline  
Stary 01-03-2011, 14:27   #6
 
Vantro's Avatar
 
Reputacja: 201 Vantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie coś
Vicky raźnym krokiem wmaszerowała do domu, ignorując pojękiwania, biadolenia i wrzaski Hildy. Jednak na widok Belli po raz pierwszy odezwała się odkąd odjechała na koniu, a raczej odkąd to wierzchowiec postanowił odjechać z nią na grzbiecie.
- Pomóż mi zdjąć to... - zawahała się - ...ten dziwaczny strój. Musimy przygotować się do drogi! Pospiesz się! - i raźnym krokiem ruszyła do swojego pokoju, zostawiając na dole w holu swojego jakże “miłego gościa”. Myśląc przy tym: “Hilda się nim zaopiekuje, tak jak każdym gościem, który nawiedzał ten dom.” Weszła do pokoju i zaczęła niecierpliwie rozsznurowywać wiązanie z przodu sukni. Przerwała w połowie, swoje zajęcie i opadła na kolana koło łóżka, po chwili spod niego wystawała tylko jej pupa, dziewczyna wyraźnie czegoś szukała.
-Vicky, co się dzieje?- spytała Bella dotąd idąca niczym cień za swą panią.- I kim jest ten dżentelmen z którym tu zajechałaś?
Służka obserwowała zachowanie swej pani z troską, ale i bez zaskoczenia. Przywykła od ekstrawagancji panny von Strom.
Spod łóżka doszła do jej uszu przytłumiona odpowiedź: - Gdzieś tu jest! Na pewno gdzieś tu jest... wszak wepchnęłam ją zanim zaczęłam się pakować - i zaraz po tych słowach we wszystkich możliwych kierunkach zaczęły wylatywać spod łóżka... książki oraz różne trudne do zidentyfikowania na pierwszy rzut oka przedmioty. Parę minut później doleciał wrzask Vicky:
- Maaaaaaaaaaaaaaaaam!!! - dziewczyna zaczęła się wiercić wyłażąc spod mebla, w ręku trzymała pozytywkę, którą przesłał jej tatko. Wcisnęła ją w ręce Bellii ze słowami:
- Pilnuj jej jak oka w głowie!
-Tak panienko...- rzekła Bella zaciskając dłonie na pozytywce, spojrzała wprost w oczy Vicky.- Co właściwie planujemy, Vicky?
Viktoria dalej rozsznurowując suknię odrzekła jej w roztargnieniu:
-Jedziemy do Londynu, pan Mac... Mac... hm... ten miły jegomość - jednak słowo “miły” dziwnie zabrzmiało w jej ustach - zgodził się nas podwieźć, gdyż niestety sir Richard już tam jest - kilka ruchów dłońmi i suknia leżała na ziemi. Jednak pomimo różnych wygibasów gorsetu dziewczyna sama zdjąć nie dała rady. Syknęła ze złością i zabierając pozytywkę z rąk przyjaciółki dodała: - Zdejmij to ze mnie jak najszybciej, bo... kogoś pogryzę jak będę w tym stać chociaż jeszcze sekundę!
-Tak po prostu się zgodził?-Bella zajęła się rozplataniem sznurowaniami gorsetu Vicky, mrucząc.- To nie jest zbyt podejrzane? I kim on właściwie jest? Co o nim wiesz panienko?
- Tak niezupełnie sam... nasz konstabl go polecił. I wujcio Saemus go zna, od niego właśnie przyjechaliśmy - rzekła Vicky, jak zwykle pomijając fakty, które dla niej były niewygodne i naciągając te, które mogły się przydać. - Pospiesz się! Im szybciej się zapakujemy... tym szybciej ruszymy i dotrzemy do Londynu

Jak tylko Bella uwolniła ją z niewygodnej garderoby, dziewczyna pospiesznie wdziała na siebie swój ulubiony strój i rzekła jeszcze: - Tę suknie też zapakuj i gorset, zapewne w Londynie jeszcze mi się przydadzą
-Tak panienko... a jak będziecie podróżować. Razem? Czy to nie ...romantyczne? -rozmarzyła się Bella na samą myśl różowiejąc na policzkach. Szybko jednak zajmowała się pakowaniem ubrań i z wyraźną wprawą.
- Jakie będziecie? Będziemy! Ty też jedziesz... -rzekła i dodała z lekkim przekąsem -... więc na pewno będzie ro..ma...nty...cznie. Nie była świadoma tego co piętro niżej jej “romantyczny” towarzysz podróży właśnie opowiada Hildzie i jakie będą tego skutki. Gdyby zdawała sobie z tego sprawę na pewno przykułaby go do czegokolwiek w jego automobilu zamiast wpuszczać do domu.
-Och...jak cudownie. Przygoda.Myślisz że wieczorami będą kolacje przy świecach, tańce konwersacja...-romantyczna dusza Belli wyrywała się ku “przygodzie”. Zaczerwieniła się jeszcze bardziej dodając cicho,co by system podsłuchowy Hildy nie dosłyszał.-...i pocałunki w świetle księżyca?
- Tak... tak... pan Macdonald na pewno będzie się romantycznie całował z kolacją- mruknęła Vicky na odczepnego szukając czegoś na biurku - On bardzo całuśny... jak go poznałam właśnie całował bruk w miasteczku. Wszystko już spakowałaś?
-Tak panienko.- rzekła Bella, po czy dodała.- Reszta już w kufrach na dole.
Po czym zamyśliwszy się chwilę, spytała.-Bruk? Doprawdy, dziwne zwyczaje.
- Podpytasz go o nie jak już będziemy podróżowali. - rzekła Vicky do pokojówki i spytała to co ją bardziej interesowało niż zwyczaje Douglasa - A ty się spakowałaś do drogi?
-Tak panienko. Moje kufry są już spakowane.- rzekła cicho Bella, lekko się uśmiechając.
- To nie ma co marnować czasu na próżne konwersacje, zawołaj służących niech zniosą te ostatnie kufry i w drogę! - rzekła z entuzjazmem Vicky ruszając w stronę drzwi. Jednak gdy tylko przekroczyła próg usłyszała coś co ją zaniepokoiło... huk zatrzaskujących się drzwi wyjściowych domu wypełnił cały hol na dole i poniósł się echem ku uszom dziewczyny. Zbiegła pospiesznie schodami w dół i stanęła jak wryta widząc, że Hilda “odcięła” im drogę wyjazdu.

- Hildo otwórz drzwi... proszę - zwróciła się do niej przymilnym głosem.
-Nhie! Panienkha ma szlabhan do powhrotu ojca! Co też phanienkha myślała, chcąc uciec z thym....lovelasikiem! On by phanience cnothę skradł!-odparła panikując Hilda.
Vicky już miała na końcu języka, że ten lovelas już jej cnotę skradł, aby Hilda nie musiała się martwić, że jeszcze raz to zrobi, ale przeczucie jej powiedziało, że to nie najlepszy “żart” czy też “argument” w tej chwili. Odetchnęła kilka razy i spróbowała tej samej historii w którą uwierzyła Bella:
- Nasz konstabl go polecił i wujcio Saemus go zna, od niego właśnie przyjechaliśmy. Przecież nie wzięłam go.. ot tak z ulicy Hildo... znam twoje nauki i przestrogi i się do nich stosuje - dodała na koniec chcąc uspokoić rozhisteryzowaną maszynę.
-Nhie wierzę... upartha dziewucho. On thwierdzi, że się na nhiego bezwstydnie rzuciłaś! I leżałaś na nihm! -Hilda jakoś nie uwierzyła Victorii, a Bella zaczerwieniona spytała.-Panienka rzuciła się na niego?
- Jakie rzuciłaś? Od razu rzuciłaś! On biedak słabowity, nogi mu odmówiły posłuszeństwa i rymsnął na bruk, pomogłam mu się pozbierać. Wujcio dał mu nawet na te jego niedomagania kurację zastrzykową, będę mu je robić w czasie drogi. Poza tym on przy tym walnął się w głowę i myli fakty, bo ma kłopoty z pamięcią. -próbowała Vicky jeszcze pertraktować. - Tak więc sama widzisz Hildo, że taki słabowity mężczyzna nie może być groźny, dla żadnej z nas, ani dla mnie ani dla Belli, a tym bardziej dla czyjejkolwiek cnoty. Zanim do niej dojdzie to znów bruk zaliczy
-Mimo tho...dwie phanienkhi... z mężczyzną. Tho niedopuszczalhne...-odparła Hilda. A z salonu doszły odgłosy strzałów. Hilda wrzasnęła.- Then bruthal właśnie przesthrzelił zamek w drzwiach. To niedo... Nhie puchszczę. Nhigdzie!
Jak mógł przestrzelić drzwi, z nie załadowanej broni?
A jak zabierzemy ze sobą jeszcze ze dwóch panów? - spytała niewinnie Vicky. - On pewnie niechcący ten zamek przestrzelił... wszak broń miał niezaładowaną, zapewniał o tym naszego konstabla, jak ja ją trzymałam w dłoni i do nich mierzyłam - próbowała wyjaśnić Hildzie pomyłkę z przestrzelonym zamkiem.
-Jehszcze dwóch wilkhów wpuszczhać mięhdzy owieczkhi?!histeryzowała Hilda.-Zabhraniem. Phroszę natychmiast whrócić do pokhoju!
Dziewczyna wzruszyła bezradnie ramionami - Toć sama Hildo przed chwilą rozpaczałaś, ze dwie panienki z mężczyzną, to ja proponuję jeszcze dwóch panów, ktoś ze służby pojedzie z nami i już nie będziemy dwie panienki. Sama nie wiesz co chcesz... - próbowała po raz ostatni wyjaśnić swój punkt widzenia Viktoria. Czuła jednak, że chyba pertraktacje dobiegły końca, a Hildę i tak nic nie przekona, jednak czekała w napięciu co zrobi “histeryczka”.
-Oghłaszam sthan alarmhowy i areszt dhomowy. Nikt, absholutnie nikth nie opuhści posidhłości, do powhrotu pana Wilhelma von Sthrom! rzekła głośno Hilda, w każdym chyba pokoju. A Bella szepnęła.-Ale się wściekła.

I tak oto dobiegł końca okres negocjacji, nadszedł okres.... wojny. A w planowaniu działań wojennych Viktoria była obeznana. Spytała niewinnym tonem:
- Jak nie mogę jechać do tatki, to mogę choć posiedzieć w jego laboratorium? Tego mi chyba nie zabronisz? - spytała chlipiąc i wycierając głośno nos w rękaw bluzki.
-Thak ...panieka... mhoże...i niech phanienka uważa na thego dzikhusa z rewolwerhem. odparła pojednawczym tonem Hilda. A Bella wspóczująco objęła Victorię ramieniem.
Vicky uśmiechnęła się pod nosem... wojna to wojna, a jak wiadomo na wojnie “wszystkie chwyty dozwolone.” Ruszyła do laboratorium tatki ciągnąc za sobą Bellę i Douglasa, który rozwalał strzałami z rewolweru kolejne czujniki optyczne, oślepiając Hildę w desperackiej próbie wydostania się z pułapki.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=XAYhNHhxN0A[/MEDIA]

Kiedy tylko zatrzasnęły się za nimi drzwi do laboratorium od razu podeszła do biurka tatki i odłączyła Hildę od nasłuchiwania tego pomieszczenia. Odwróciła się do współkonspiratorów i rzekła:
- Cooooooooooooośśśśśśśśśśśś Tyyyyyyyyyyyyyy jej nagadał!!! - no może nie rzekła, może troszeczkę się wydarła patrząc groźnie na mężczyznę.
-Prawdę... może o niej słyszałaś? spytał Maverick spokojnie przeładowując rewolwer i nie przejmując się krzykiem Victorii.
-Jak prawdziwy rewolwerowiec z dzikiego zachodu.- mamrotała Bella z zaróżowionymi policzkami, zapewne popadając w kolejną fantazję, którą wyczytała w książeczkach, sprzedanych znudzonym paniom domu.
- Ty i ta twoja prawda... durniu jeden! Teraz przez tą twoją prawdę tkwimy zamknięci w tym domu! - popatrzyła na niego z pogardą i wściekłością i odwróciła się tyłem kierując w stronę klatki gdzie siedzieli państwo Zgryzkowie. Otworzyła drzwiczki i wyjęła pana Zgryzka mówiąc mu: - Mam dla ciebie Zgryzku bojowe zadanie... musisz dostać się do głównego systemu Hildy i przegryźć jeden z kabelków, aby przestała kontrolować dom i abyśmy mogli w spokoju się z niego wydostać. - po czym uniosła szczurka do jednego z wylotów kominka i puściła go wiedząc, że dotrze tam gdzie trzeba. Tylko pytanie czy uda mu się misja z którą wyruszył?

- Musimy poczekać aż wróci i sprawdzić czy mu się udało. - rzekła na głos siadając w fotelu tatki i opierając nogi o blat biurka.Na kolanach jak zwykle pojawiła jej się gruba księga w której dziewczyna utkwiła wzrok ignorując zarówno Bellę jak i uzbrojonego mężczyznę.
-Panienka jakoś nie zdaje sobie sprawy, że ja niekoniecznie muszę mieć ochotę wozić kogoś do Londynu, zwłaszcza za darmo. Paliwo i jedzenie kosztują... niestety.- rzekł Douglas i dodał ciszej.- No i... mam pewne sprawy które załatwiam z miłymi paniami. I które byłyby poważnie utrudnione, przez kręcącą się po mym domu dziewuszkę. Nie wspominając o tym, że cenię prywatność... swoją szczególnie.
-Co to za sprawy?-spytała Bella zaciekawiona. A Maverick skupił się na rewolwerze, nie odpowiadając.
- Jaśnie pan ze swym długim jęzorem nie zdaje sobie sprawy, że teraz z jego wyjazdu za darmo czy też nie za darmo nici. I wszelkie sprawy z miłymi paniami będą musiały poczekać miesiąc... dwa... a może i pół roku, a może rok, a może dwa - odrzekła ironicznie Vicky nie podnosząc wzroku znad książki i nie wyjaśniając czemu to będą musiały poczekać.
-Ja zamierzam stąd wyjść.- odparł Maverick zdejmując pasek i wywołując tym pąsowienie Belli. Po czym z paska wyjął wąską piłkę do metalu. I ruszył by z werwą przecinać metalowe kraty w oknie.- Macie przestarzały system zabezpieczeń, wiesz... panienko?
- Tak... tak... ależ droga wolna, wszystkie drzwi stoją dla jaśnie pana otworem, nic tylko wyjść i udać się gdzie oczy poniosą -odgryzła mu się Vicky nie podnosząc nadal wzroku znad książki i nie widząc w jego rękach narzędzia za pomocą którego chciał się wydostać z pomieszczenia.
Do uszu Vicky dochodziły odgłosy przecinania... a potem jęki. Maverick chwycił się za plecy pojękując.- Zapomniałem … o żebrach.
Nagle rozdzwonił się alarm, a potem Hillda krzyknęła.-Nieeee... 1...2...3... spadek energii...awaryjne wyłączenie DeM w celu zachowania bieżącego stanu pamięci systemu.
- Jasny gwint! Zapomniałam! - wykrzyknęła dziewczyna i biegiem ruszyła do drzwi niechcący waląc łokciem stojącego jej na drodze mężczyznę prosto w obolałe żebra. Złapała za klamkę w nadziei, że jednak zdąży zanim włączy się awaryjne DeM, ale niestety drzwi ani drgnęły. - Niech jej wszystkie śrubki rdza poprzegryza! - wydarła się tupiąc nogą ze złości.

Usiadła pod drzwiami i zaczęła się zastanawiać. Na razie ostatnie słowo należało do Hildy... jednak dziewczyna nie powiedziała jeszcze swojego.
Maverick upadł na ziemię wijąc się z bólu i jęcząc cicho.- Ty mnie chyba nienawidzisz, co? Za co?
I stracił przytomność. A Bella podbiegła do nieprzytomnego mężczyzny i rzekła spanikowanym głosem.- Pan Maverick jest chyba konający.
Vicky powoli podniosła się z podłogi i włączyła nasłuch Hildy.
- Hildo pan Douglas potrzebuje zastrzyków, które zostały w automobilu. Jak sama możesz zobaczyć leży nieprzytomny i prawdo podobnie wyzionie tu nam ducha. Zamkną mnie za to w więzieniu, z najgorszymi szumowinami w całym kraju, na całe życie i to dzięki tobie. Z mojej cnoty to tam chyba wiele nie zostanie. - usiadła i czekała co odpowie na to uparta maszyna.
Odpowiedzi nie było...zapewne nastąpiła całkowite zawieszenie się maszyny. Szkoda, że drzwi zostały pozamykane, zanim Hilda przestała funkcjonować.Myszka wylazła z otworu wyraźnie zadowolona z dobrze wykonanego zadania. I piskami domagała się nagrody za za dobrze wykonane zadanie.
Vicky pogłaskała zwierzątko po łebku i podsunęła mu pod pyszczek przysmak. Wsunęła go bezpiecznie do klatki i podeszła do półek z planami coś pod nosem mamrocząc. Pogrzebała wśród nich i po chwili już rozkładała jeden z planów na biurku, przeciskając jego końce książkami, aby się nie zwijał.


Pochyliła się nad jedną z szuflad i zaczęła w niej grzebać. Przemieszczała się po laboratorium, to tu, to tam i powoli gromadziła na biurku potrzebne jej składniki. Zostawiła opiekę nad mężczyzną panikującej Belli, a sama zabrała się do dzieła.
Przygryzła w skupieniu wargę i zaczęła konstruować ich szansę na wydostanie się. Najpierw wzięła się za konopny sznurek. Raz, dwa...trzy i miała to co chciała. Widać było, że nie pierwszy raz robi coś takiego.


Odłożyła go na bok i zabrała się za pozostałe składniki. Skupiona nad tym co robi nie zwracała uwagi ani na Bellę ani tym bardziej na nieprzytomnego Douglasa. Przynajmniej jej nie przeszkadzali zajęci sobą. Minęło trochę czasu i dziewczyna ujęła w dłoń swoje dzieło i skierowała swe kroki ku drzwiom.


Położyła swoje arcydzieło pod drzwiami i wróciła do klatki ze szczurkami. Przestawiła ją bezpiecznie za biurko. Kiedy szczurki znajdowały się w bezpiecznym miejscu podeszła do Beli i rzekła:
- Musimy go przeciągnąć za biurko, aby mu się nic nie stało jak będę otwierać drzwi. On taki delikatny... Weź go za jedną nogę, ja wezmę za drugą i przeciągniemy go w bezpieczne miejsce,tam gdzie nic mu się nie stanie i nie będzie mógł narzekać, ze go na coś naraziłam.. - nie czekając na to czy Bella coś powie czy nie ujęła mężczyznę za nogę, kiedy pokojówka to samo zrobiła z jego drugą nogą Vicky kiwnęła głową i zaczęły go ciągnąć po podłodze. Szło im powoli, ale jednak im się udało bezpiecznie ulokować Mavericka za biurko, no może z jednym małym wypadkiem,kiedy to głowa mężczyzny przeżyła bliskie spotkanie z nóżką biurka. Jednak był nieprzytomny, to żadnego komentarza w tej kwestii się nie doczekały.
- Zostań tu z nim Bello... ja muszę jeszcze coś zrobić i zaraz wracam. - rzekła Vicky i podeszła do drzwi. Ukucnęła przy swoim dziele i podpaliła konopny sznurek. Podniosła się i biegiem schowała za biurkiem mówiąc do skulonej tam pokojówki:
-Lepiej zatkaj uszy - i sama zatkała swoje. Teraz trzeba było tylko poczekać, na... wybuch.
Jak w bajce o trzech świnkach. Huknęło, dmuchnęło, drzwi wywaliło z olbrzymią siłą. Szkoda, że to były dopiero pierwsze drzwi. Victorii pozostało więc ruszyć na dół i zrealizować swój plan podboju świ...eee... plan ucieczki.
Vicky wystawiła głowę zza biurka i uśmiechnęła się do Belli. - Pierwsze drzwi nasze. Teraz kilka kolejnych chwil poświęconych na drugą taką samą niespodziankę i świat stoi dla nas otworem - rzekła, jednak przypomniała sobie coś i dodała - Aaaaaaaaaaaaaaa i brama... na nią to chyba ze dwie takie potrzeba. Jak myślisz Bello? - nie czekając na odpowiedź zabrała się pospiesznie do pracy, mamrocząc przy tym pod nosem - Ale najpierw dostanę się do automobilu i zaaplikuje temu mięczakowi kurację od wujcia
-A więc jedziemy we dwójkę... z mężczyzną?- uśmiechnęła się Bella spoglądając roziskrzonym wzrokiem i głaszcząc po włosach ich zdobycz. Nieprzytomnego Douglasa.

- Nooooooooooo jak chcesz to go możemy jeszcze przerobić na kobietę - odparła jej Viktoria machając ręką w stronę jakieś maszyny, która swą wielkością pomieściła by Douglasa bez problemu.
-Ale on tak słodziutko wygląda, kiedy śpi...nieprawdaż?- spytała z uśmiechem Bella, po czym dodała.- Poza tym nie byłby zadowolony ze zmiany płci.... zwłaszcza... że nie wiemy czy to naprawdę działa.
- To się dowiemy...- ni to spytała ni to stwierdziła Vicky, porzucając konstruowanie materiału wybuchowego na kolejne drzwi, pochyliła się nad Douglasem - Weź go Bella za nogę, ja za drugą i wpakujemy go do maszyny zanim się ocknie... jak już będzie po przemianie to nawet nie będzie pamiętał jakiej jest płci. - zapewniła pokojówkę i ujęła mężczyznę za nogę i zaczęła ciągnąc w kierunku upatrzonej maszyny.
-Nie uważasz panienko, że podróż z mężczyzną, może być ciekawsza niż z kolejną kobietą?- zapytała Bella, po za tym zachichotała na wspomnienie z przeszłości.- Ciekawe czy ma ładniejszego niż... ogrodnik.
- Mężczyzn na tym padole co nie miara, gdzie się obejrzysz to jakiegoś spotkamy... a taka okazja, aby wypróbować moją maszynę może się już nie trafić - upewniła się w swoim przekonaniu Vicky i pociągnęła nieprzytomnego mężczyznę jeszcze kawałek w kierunku upatrzonego celu. - Pospiesz się i mi pomóż!
-Szkoda... ten akurat jest uroczy.-mruknęła Bella i obydwie wepchnęły Douglasa do komory maszyny. Teraz wystarczyło pociągnąć wajchę i... nic...wraz z wyłączeniem z Hildy, padło zasilanie w całej posiadłości. A to pech.
- Hehhhhhhhhhh... westchnęła zawiedziona Viktoria - I nadal będzie “uroczy”, jak pech to pech... a mogłam przetestować maszynę... ech... no nic wracam do robienia naszych “kluczy” do otwierania drzwi i zbieramy się do drogi. A Ty odpocznij, bo trzeba będzie go ściągnąć po schodach w dół... i może aż do tego automobilu
 
__________________
W chwili, kiedy zastanawiasz się czy kogoś kochasz, przestałeś go już kochać na zawsze.
Vantro jest offline  
Stary 04-03-2011, 17:46   #7
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 41505 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Zgodnie z zasadą, że nie istnieje problem, którego nie można rozwiązać laską dynamitu.


Panna Victoria zaczęła głośny marsz ku wolności. Nawet za cenę małej dewastacji domu.
No cóż... zdarza się. W tym domu nie takie rzeczy jak drzwi już wybuchały. Jak zwykle, zamówi się fachowców i ponaprawiają domostwo zanim Vicky wróci z ojcem. Z takim postanowieniem panna von Strom ruszyła przez dom znacząc swoją drogę ogniem i szczątkami drzwi.
Na szczęście nie musiała zdewastować całego domu. Służba pozamykana w pokojach, zajęła się otwieraniem drzwi za pomocą mniej dewastujących narzędzi.
Takich jak łomy i siekiery na przykład.
Na schodzącą na dół panienkę czekało więc kilku parobków.
No i dobrze.
Bagaże się same nie zapakują do powozu.
Sforsowawszy główne drzwi przy pomocy ładunków wybuchowych, Vicky wreszcie się uwolniła... prawie. Niestety wzmocnione stalowymi wkładkami potężne wrota, były czymś czego nie dało się otworzyć za pomocą siekier i łomów.

Następnym celem był automobil. Trzeba przyznać, że dokładniejsze przyjrzenie się tej konstrukcji...


...niestety nie zmieniało sytuacji. Nadal to był rupieć na kółkach, co gorsza... brudny rupieć na kółkach.
Rupieć który w końcu należało spenetrować pod kątem podróży. Vicky weszła do środka i zaczęła przeszukiwania. Znała już niektóre miejsca. Sterówkę, sypialnię, jadalnię, barek, łazienka, kuchnię.

Sterówka pełna była dźwigni, przekładni, przycisków. Tylko część była opisana, reszta miała dziwne oznaczenia. Zapewne ich przeznaczenie znane było twórcy i właścicielowi pojazdu.
Na pewno nie wszystkie służyły do jazdy. Bowiem podczas prowadzenia, Douglas używał tylko kilku dźwigni i przycisków.
Sypialnia była królewskim łożem, na którym mogły się zmieścić trzy osoby, leżąc blisko siebie. Była tu też szafa z ubraniami, rolety na oknach. Kilka nieznanych Vicky mechanizmów i podłoga zaścielona częściami garderoby, głównie męskiej, ale... zdarzała się też i koronkowa kobieca bielizna. Był tu też sekretarzyk z wysuwanym krzesełkiem.

Łazienka... miała małą wannę i równie małą umywalkę. Nie wiedzieć czemu, wanna była zatkana kobiecą pończoszką, a w umywalce stała pusta butelka po szampanie. Poza tym...
Łazienka przypominała chlew. Widać higiena mężczyzny ograniczała się do jego samego, bo od łazienki walił spory smrodek. Wanna była brudna, a ubikacja..
Victoria bała się tam zajrzeć, ale podręczny miernik toksyn,


wskazywał na stężenie powyżej normy dopuszczane dla nosa dobrze urodzonej damy.
Barek był mały, składał się z kredensu w którym ukryte były alkohole Douglasa.
Kontuar i cztery małe krzesełka.
Kuchnia...była zapuszczona brudna i była siedliskiem pająków i robactwa. Widać, że Maverick nie gotował. Co najwyżej czasem zmywał naczynia. Bardzo rzadko jednak pamiętał o tym zadaniu, bo zlew był zapchany brudnymi naczyniami.

Oprócz tych pomieszczeń, była jeszcze biblioteczka, pracownia mechaniczna, oraz zamknięta na cztery spusty zbrojownia i dwa podobnie zabezpieczone pomieszczenia.
Biblioteczka pełna była książek na różną tematykę, geograficznych, przyrodniczych, podręczniki dotyczące mechanik i automatyki, wreszcie książki poświęcone kobiecej anatomii. Nie pisało tam wiele, za to pełno było ilustracji przedstawiające ładne panny w negliżu, lub frywolnej bieliźnie w pozach... dość dziwacznych.
Opisy choć nieliczne jednak były ciekawe i dotyczyły spraw damsko męskich... dość dokładnie opisanych i powodujących czerwienie się policzków i uszów Victorii.
Oprócz książek, były tu cztery fotele, stolik i porozrzucane ubrania. Oraz kilka kompletów talii kart, ułożonych na stoliku. A i damski trzewiczek na klamce.

Pracownia mechaniczna, była jedynym miejscem w którym panował porządek. I które można było uznać za mile i przytulne (jeśli się myślało w kategoriach Vicky), było tu mnóstwo narzędzi i części zamiennych. Zapasowe koła, beczki z chemikaliami i skrzynie z przydatnymi urządzeniami. A także panel z przyciskami i dźwigniami. Obecnie nieaktywny.

Pojazdu nie dało się odpalić, ani uruchomić żadnej z maszynerii. Maverick musiał przed jego opuszczeniem wyłączyć systemy i zabezpieczyć się przed przywłaszczeniem pojazdu.
Brak drugiej sypialni powodował pewne komplikacje, podobnie jak panujący wszędzie bałagan. Czy on w ogóle sprzątał tu kiedykolwiek? Temu domowi na kółkach brakowało kobiecej ręki. No cóż...teraz dostanie aż cztery.
Czas zakasać rękawy i brać się do roboty. Londyn czeka.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
Stary 05-03-2011, 20:38   #8
 
Vantro's Avatar
 
Reputacja: 201 Vantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie coś
Vicky udało się pokonać kolejne “przeszkody” stojące na jej drodze w postaci pozamykanych przez Hildę drzwi. Trochę pracy ze strony dziewczyny, trochę huku ze strony jej “kluczy do wolności” w postaci domowej roboty dynamitów i już... świat stał dla niej otworem. No może nie cały świat, na razie droga do automobilu Douglasa. Odciągnęła Bellę od mężczyzny mówiąc:
- Zostaw go, sen dobrze mu zrobi. Sen to zdrowie! Niech on sobie tu po odpoczywa, a ty chodź ze mną... musisz mi pomóc! - pociągnęła oglądającą się przez ramię pokojówkę.
-Tak jest, panienko Vicky.-odparła Bella podążając za panną von Strom. Dopiero widok automobilu sprawił że zatrzymała się nagle, wstrzymując swą pracodawczynię.-Ttto jeździ? Wygląda jakby się miało rozpaść.
- Toć przecież tym przyjechaliśmy - krótko odpowiedziała Vicky i pociągnęła Bellę do środka. Poprzednio widziała ten bałagan w pomieszczeniach, ale przeszła przez nie, nie przyglądając się im dokładnie. Teraz zaś szła powoli i rozglądała się z uwagą po kolejnych pomieszczeniach. Podniosła do góry czarne koronkowe “coś” obejrzała i odrzuciła na bok, potem kolejne i kolejne aż zebrała się interesująca kupka, kolekcji pana Douglasa.


Vicky ponownie uniosła koronkowe “coś” i spytała Belli:
- Jak myślisz co to jest?
-Kobieca bielizna... raczej nie pana Mavericka.- Bella zaczerwieniła się przyglądając jej i wydukała.-Pewnie zostawiły ją jego... ko...ko...ko... koleżanki?
Ależ skąd! - zaprzeczyła Vicktoria - Kobieca bielizna to taka bielizna - rzekła z przekonaniem unosząc spódnicę i pokazując Belli bieliznę, którą dla panienki zamawiała Hilda


-Z całym szacunkiem panienko, ale to bielizna starych ciotek.- rzekła z przekąsem Bella i wskazała palcem na “zdobycze” Vicky.-Takie noszą światowe damy i... Gregory obiecał, że takie mi...- teraz już twarzyczka Belli mogłaby konkurować z pomidorem. Dziewczyna opuściła twarzyczkę splotła dłonie razem i dukała.- obiecał mi, jak będę dla niego... miła.
- A odkąd to Gregory jest światową damą?- spytała Vicky patrząc ze zdumieniem na Bellę.
-Obiecał że mi taką… kupi.-odparła Bella szybciutko i cichutko.
- Odwiedzimy w Londynie... hm... no... rozejrzymy się w Londynie i same sobie nabędziemy światowe rzeczy. Musisz być tylko dla mnie miła. Tak jak chciałaś być dla Gregorego. - rzekła Vicky z uśmiechem poklepując Bellę po ramieniu.
-Mam panienkę całować i dać się dotykać?!-zapiszczała zszokowana jej wypowiedzią Bella.
- Jak całować i dotykać?! wykrzyknęła Vicky patrząc na młodą pokojówkę ze zdziwieniem - Toć mówiłaś, że masz być miła, a nie całowana i dotykana... - zaczęła jej się przyglądać podejrzliwie. - Coś kręcisz Bello!
-Nie kręcę panienko. Chłopcy właśnie tak lubią.-wybąkała pokojówka.
- Uffffffffffff... dobrze, że mi to powiedziałaś, bo chciałam obiecać panu Douglasowi, że będziemy dla niego miłe w tej podróży - rzekła Vicktoria i dalej rozglądała się po pomieszczeniu.
-Ja mogę być...trochę miła.-zachichotała Bella.
- Już ty tą “miło”ścią tak nie szafuj- mruknęła młoda szlachcianka biorąc w ręce książkę, która leżała pod stertą bielizny. Otworzyła ją i na widok ryciny wypaliła na głos:


- Ooooooo ta panna chyba też garderobę po mamie odziedziczyła, bo nie może się w nią wbić tak jak ja! Zobacz sama Bello. - i podsunęła otwartą książkę pod nos pokojówki.
-Ona raczej się w nią nie wbija...panienko.-odparła cicho Bella.
- Mówiłaś, że moje majtki to jak starej cioci, a ona też takie ma. A chyba światowa z niej dama! -zauważyła panna von Strom przyglądając się obrazkowi.
-To dość stara książka...- Bella podciągnęła spódnicę i zsunęła własną garderobę, po czym sięgnęła po koronkowe majteczki i szybko zaczęła je nakładać, po czym założywszy je rzekła obracając się dookoła osi.- Widzi panienka? Leżą jak ulał.
Viktoria przyglądała się prezentacji dziewczyny z uwagą. Podeszła nawet krok do przodu i przykucnęła aby mieć lepszy widok. -No leżą... to na pewno nie twoje? -spytała spoglądając podejrzliwie na Bellę - i właściwie skąd ty tyle wiesz o światowej garderobie... co?
-Proszę się tak nie gapić. Głupio mi...- pisnęła i nerwowo zasłoniła suknią newralgiczny obszar swego ciała.-Rozmawiałam często z pokojówkami z posiadłości Walwricków. Państwo Walwrick, przecież całą wiosnę i lato spędzają w Londynie, na jesień wracając do domu, więc ich służba ze światem obyta.
- Sama mi kazałaś! - rzekła Vicky podnosząc się i wzruszając ramionami. - Porozmawiamy w drodze do Londynu,o tych światowych zwyczajach. Teraz zagoń innych do porządkowania tu. Trzeba wszystko wyczyścić. Tak aby się błyszczało. - otworzyła drzwi do toalety i pospiesznie zatkała nos. - Wszystko! i przewietrzyć też. Pospiesz się musimy to zrobić jak najszybciej, aby można było zapakować nasz bagaż i ruszyć w drogę. -Kiedy wysłała Bellę po służących, sama zwaliła stertę nie wiadomo czego z krzesła i usiadła aby przestudiować znalezioną wcześniej książkę.
Bella się szybko uwinęła sprowadzając pomocników. Dwójkę koniuszych i pomocnicę kucharza.
-Panienko? Wszystko... w porządku?-spytała pokojówka widząc spore rumieńce na twarzy swej pani.
- Tak... tak... - rzekła dziewczyna odrywając wzrok od studiowanej książki. Zamknęła ją pospiesznie i upchnęła w kieszeni - Duszno tu... trzeba pootwierać okna i porządnie posprzątać. Wszystko co niepotrzebne wyrzućcie przed automobil

Rozejrzała się tak jakby czegoś szukała. I kiedy jej wzrok zatrzymał się na zawiniątku od doktora Winstona, w którym leżały leki do zaaplikowania Duglasowi przypomniała sobie o nim. - A ja w tym czasie pójdę zobaczyć jak się ma nasz gość i podam mu lekarstwo. - złapała za zawiniątko i wymaszerowała z pojazdu. Pospiesznie podążyła do laboratorium, gdzie nadal na podłodze leżał rozciągnięty Douglas w tym samym miejscu co go zostawiły razem z Bellą. Położyła pakunek na podłodze koło niego i najpierw wyjęła kajdanki, założyła mu na ręce i przypięła go do nogi od biurka. Potem pochyliła się nad ampułkami i wybrała pierwszą z nich napełniając jej zawartością strzykawkę. Trzymając w dłoni strzykawkę odwróciła się w stronę mężczyzny i ujrzała jego oczy wpatrzone w...

strzykawkę.
-Co do... licha?- syknął obolały Maverick. I spojrzał na urządzenie w dłoni Vicky.- Ostrożnie z tym, to nie zabawka.
- Przecież trzymam ostrożnie... tak łatwo jej nie uszkodzę. Nie martw się, już robiłam zastrzyki, co prawda koniom, ale nie narzekały. - zapewniła dziewczyna i zaczęła rozpinać spodnie mężczyzny.
-I też je skuwałaś? Przed zastrzykiem? -odparł drżąc mężczyzna.
-Nie... to były witaminki, a to są nie witaminki. Wujo kazał skuć, to skułam... - odrzekła mu dziewczyna i odwracając go na bok zaczęła ściągać mu spodnie - Koniom robi się w zadek, więc tobie też tak zrobię - rzekła chcąc go uświadomić, że wie co robi. - Nie pamiętasz może jaki miał być pierwszy kolorek do zaaplikowania?
-Ty miałaś pamiętać.-odparł nerwowo Douglas i spytał.- To może lepiej posłać kogoś po doktora?
- Masz rację... poślemy - rzekła dziewczyna poklepując go po ramieniu, po czym wzięła zamach i z całej pary władowała mu igłę w zadek i pospiesznie nacisnęła tłok strzykawki aplikując pierwszą z trzech substancji. I już pierwsza na miejscu... nie ma co po wujcia posyłać. Jeszcze dwie i po sprawie - powiedziała uśmiechając się od ucha do ucha i oglądając czy czasami nie wbiła igły za mocno i czy się nie ułamała przy tym. Igła też cała, to teraz drugi... - mruknęła do siebie, jednak była tak blisko mężczyzny, że i on słyszał te nawet ciche komentarze. - Niebieski kolorek już zaaplikowany, teraz weźmiemy... hm... zielony czy filetowy?
-Ależ to boli!!- wył po wbiciu szpili Douglas zmieniając kolor skóry na siny i drżąc jak w febrze.[/i]
- Ojjjjjjjjjj po co tak się wydzierać? Już daje przeciwbólowy... - pośpiesznie napełniła strzykawkę filetową substancją i zaaplikowała ją drącemu się mężczyźnie prawie idealnie w to samo miejsce co pierwszą.
Mężczyzna dygotał pojękując cicho, powoli zaczął tracić przytomność. Druga szpila zdała się pogorszyć ten stan.
Viktoria przyjrzała mu się i rzekła Widzisz już nie boli, teraz trzeci i będziesz jak nowo narodzony - napełniła strzykawkę zieloną substancją i chwilę później i ona znalazła się w organizmie mężczyzny. Pamiętając ostrzeżenie wuja dziewczyna odsunęła się na bezpieczną odległości i siedząc na podłodze podciągnęła kolana pod brodę i obejmując ramionami nogi obserwowała leżącego na ziemi Douglasa. “Ciekawe czemu wujo kazał go przypiąć? Leży grzecznie i zapewne śpi. Pewnie siły w ten sposób zbiera.”
Przy bliższym przyjrzeniu...Douglas raczej sił nie zbierał. Vicky była pewna, że...właśnie umiera. Oddech coraz płytszy. Ani chybi... trzeba reanimować. Masażem serca i metodą usta usta. Można by i respiratorem...znaczy elektrodami do eksperymentów z elektrycznością, ale wraz wyłączeniem Hildy nie było prądu.

Viktoria wybiegła z laboratorium aby sprowadzić jednego ze służących. Parę minut później wróciła... Niestety żadnego w pobliżu nie było, a ona wolała nie marnować czasu na szukania. Przypomniało jej się bowiem, że tatko ma taki “pojazd” który jak się kręci kołem wytwarza prąd. Sama pośpiesznie podpięła elektrody, najpierw do pojazdu, a potem do Douglasa, posadziła pupę na siodełku i zaczęła kręcić kołem....
Pobudka była szokująca!
Maverick wrzasnął głośno i krzyknął.- Przestań! Chcesz mnie zabić?!
- Nie... ożywić. - rzekła dziewczyna zapominając, że nadal porusza nogami.
-Dziękuję, jestem dość ożywiony! Przestań! wrzeszczał “ratowany” mężczyzna.
Dziewczyna przestała ruszać nogami Siedziała jednak dalej na pomocniczej maszynie dumając “Pewnie zaczyna lek działać... dlatego tak wrzeszczy. Wujo miał racje, że bezpieczniej go przykuć do czegoś”. - I jak samopoczucie? Czujesz już jakieś lecznicze efekty? - ciekawość naukowca zwyciężyła i dziewczyna zadała pytanie, które ją nurtowało od samego początku jak tylko wstrzyknęła trzy dawki leku.
-Dziwne sensacje w lędźwiach i...ból ustał.-odparł Douglas i zerknął na Vicky.- Możesz mnie już rozpiąć.
Dziewczyna przyjrzała mu się podejrzliwie. - Tak długo byłeś nieprzytomny, że lepiej sobie jeszcze po odpoczywaj. Nie będę ci przeszkadzać, poczytam sobie. - wyciągnęła z kieszeni książkę, którą zwinęła z jego automobilu i otwierając ją zabrała się za czytanie.
-To nie jest książka dla panienek.- odparł Maverick i zerknął na kajdanki.-Rozepniesz mnie czy nie? Ile mam leżeć świecąc gołym tyłkiem przed kobietą?
-Przecież nie patrzę. - odrzekła Vicky nie podnosząc wzroku znad książki i spytała - Czemu to nie książka dla panienek? - nie chcący noga jej się omsknęła i znów poruszyła kołem wytwarzając iskrę prądu.
-Złaź z tego koła tortur! -krzyknął mężczyzna i zaczął się szarpać z kajdankami nie zadając sobie trudu odpowiedzi na jej pytanie.
- Jakiego znowu kola tortur? Jak na “światowego” mężczyznę jesteś jakiś niedouczony - rzekła mu dziewczyna, posłusznie jednak złażąc i siadając na fotelu koło biurka, tak aby mieć oko na pacjenta, gdyby jednak mu się pogorszyło trzeba by było znów zakręcić kołem.
-A ty jak na naukowca strasznie... mało wiesz, o świecie.- odparł Douglas siadając i przyglądając się kajdankom, którymi był przykuty.
- Wcale nie... dużo czytam i dużo wiem... tylko mi niektóre książki Hilda zabierała i chowała -obruszyła się dziewczyna. - Podciągnąć ci portki? - spytała ugodowo.
-Byłoby miło, gdybyś podciągnęła... i rozkucie też byłoby miłe.-odparł Maverick i uśmiechnął się do Vicky. Następnie wzruszył ramionami.-Nie wiem jakie książki czytasz, ale niewiele cię one nauczyły o życiu.

Panna von Strom już się podnosiła aby podciągnąć spodnie mężczyźnie, ale jak usłyszała słowo “miło” to od razu jej się przypomniało co Bella jej powiedziała. Nie chcąc, aby mężczyzna zarzucał jej że mało wie o świecie... podeszła pospiesznie łapiąc za szlufki spodni i podciągając je do góry. Nie rozpięła go jednak tylko wróciła na foteli rzekła:
- Już ja wiem co ma mężczyzna na myśli mówiąc “miło”. Jeszcze cię nie rozepnę póki ci to “milo” nie przejdzie.
-Bez obrazy panienko Vicky, ale... pleciesz bzdury. Poza tym, nie zaciągam kobiet do łóżka wbrew ich woli.-odparł Maverick wzruszając ramionami.- No... wolę takie, co wiedzą jak się obchodzić z mężczyzną, więc... raczej nie musisz się martwić.
- Oooo czyli Bella jednak kręciła... nic nie wspomniała o łóżku! - rzekła oburzona na pokojówkę dziewczyna. - Wujo powiedział, że będziesz pobudzony i... jesteś, posiedź sobie dopóki ci nie przejdzie. - po czym zmieniła temat:- Po coś przyjechał do Anglii, jak nie masz kasy na podróż? Nie lepiej było siedzieć w domu?
-Pobudzony?-Douglas spojrzał na swe spodnie.- Rzeczywiście... kto by pomyślał?
Po czym spojrzał na Victorię mówiąc.-A moje interesy w Anglii, to za przeproszeniem... nie panienki interes.
Po czym zmienił temat wskazując na książkę.-A pewne sprawy lepiej poznawać w praktyce... nie w teorii.
Yhm.... mruknęła dziewczyna - Nie trzeba myśleć... wystarczy posłuchać jak się wydzierasz i od razu widać, żeś pobudzony. - rzekła Vicky i schowała książkę do kieszeni. “Poczytam bez tej jęczyduszy... kolejna Hilda mi się trafiła jak nic." I jak? Przechodzi ci... czujesz coś? - spytała uważnie przesuwając wzrokiem po mężczyźnie.
-Nie boli mnie nic...to chyba dobry znak?-spytał Maverick.
- No... dobry. A jak pobudzenie? - spytała tym razem ona.
-Przeszło.-gładko zełgał Douglas zdając sobie sprawę, że dziewczyna nie bardzo wie o czym mówi.
- Skąd wiesz? Po czym poznajesz? - spytała przyglądając mu się podejrzliwie. Zerknęła przy tym na zegarek, aby sprawdzić czy dwadzieścia minut o których wspominał wujcio minęło już czy nie


-Nie wrzeszczę, więc chyba pobudzony nie jestem?- spytał retorycznie Maverick.
- Sprawdzimy czy naprawdę... - rzekła podnosząc się z fotela i kierując do maszyny wytwarzającej prąd.
-Naprawdę czuję się dobrze!-wrzasnął mężczyzna i dodał nerwowo.-Nie potrzebuję kolejnych tortur prądem.
Dziewczyna roześmiała się mówiąc: Żartowałam... Podeszła do Douglasa i stojąc nad nim przyglądała mu się z uwagą bez słowa.
-Już ja znam wasze...żarciki.-mruknął pod nosem mężczyzna i spojrzał na nią.-Co tak... patrzysz?
- Bo... jak na moje oko, to ty nadal jesteś pobudzony. -odparła dziewczyna świdrując go wzrokiem.
-A co ty wiesz o męskim pobudzeniu.-odparł Maverick, potrząsając kajdankami.
- Więcej niż ci się wydaje - odrzekła dziewczyna zadzierając podbródek do góry.
- Pewnie to co wyczytałaś w książkach.- zaśmiał się Douglas i spojrzał na Victorię z uśmiechem.-Przekonasz się kiedyś z kimś, że... to co piszą, to nic w porównaniu z doświadczeniem tego... A teraz rozkuj mnie. Nie rzucę się na ciebie. Chcę stąd wyjechać.
-Nie jestem pewna czy to dobry pomysł - odrzekła mu dziewczyna pomijając wątek jej wiedzy książkowej czy też nie książkowej.
-Będziesz mnie tak trzymać? To jest uprowadzenie wbrew woli. To jest karalne, paniusiu. Jestem obywatelem imperium.-zaczął wyrzucać z siebie kolejne słowa Douglas.
- I sam widzisz...jesteś pobudzony! Wujo powiedział dopóki pobudzony, dopóty skuty. - ze stoickim spokojem odparła mu Vicky i dodała na koniec. - Nie uprowadzenie... to jest wykonywanie zaleceń lekarza dla dobra pacjenta. Sam żeś się upierał, że potrzebny ci lekarz i jego rada, to teraz nie jęcz jak baba.

Pacjent milczał spoglądając na Victorię, wreszcie...nogami podciął nogi Victorii. I panienka pacnęła pupą na ziemię. By po chwili znaleźć się w kleszczach nóg Douglasa. Mężczyzna zacisnął nogi w pasie dziewczyny, nie pozwalając się jej wyswobodzić.-No to teraz albo mnie wypuścisz, albo tak sobie posiedzimy.
- Ałłłłłłłłłłłłłłłłaaaaaaaaaaa!!! Siniaki będę miała - wydarła się dziewczyna jak tylko wrócił jej oddech. Nie mogę cię wypuścić...
-Oj...nie martw się o siniaki. Trzy szpile w tyłek i poczujesz się jak nowo narodzona. Oczywiście najpierw cię skuję, co by cię pobudzenie nie rozsadziło.- odparł Douglas trzymając mocno Victorię.
-No... coś ty! Co ja mięczak, żeby na siniaki się leczyć? -odrzekła na propozycję kuracji dziewczyna.- Jak chcesz abym cię wypuściła to... musisz sam mnie wypuścić. Kluczyki są tam... - wystawiła palec w kierunku w którym leżały kluczyki o mały włos nie dzióbiąc go w oko przy tym. - Widzisz powiesiłam je na rączce twojej ulubionej maszyny
-Ale kiedy tak miło trzymać cię w moich objęciach.- odparł Douglas i uśmiechnął się złowieszczo.- Nie wypuszczę cię ptaszyno.
- Chciałeś stąd wyjechać chyba? - spytała patrząc na niego podejrzliwie.
-Może wezmę cię jako trofeum.- zażartował Douglas i zaczął mówić.- Teraz ładnie się wychylisz sięgniesz do kieszonki mej kamizelki, tej z prawej strony i podasz mi stamtąd do lekko wygięty metalowy drucik.
- Po co?-spytała przyglądając się twarzy mężczyzny ze skupieniem.
-Dowiesz się jak dasz...chyba, że twoje książki już podpowiedziały?- spytał z uśmieszkiem Douglas patrząc w oczy
Vicky wychyliła się i opierając jedną dłoń o pierś mężczyzny, drugą zaczęła grzebać w kieszeni kamizeli. Wyciągnęła coś co jej się zaplątało między palce. Spojrzała na to i rzekła: - To nie drucik - i odrzuciła zbędny przedmiot za siebie. Po chwili kolejna rzecz poleciała... i kolejna... i kolejna.. i z rozmachu wyrzuciła też poszukiwany drucik. - O matko wywaliłam go! To przez ciebie, w kieszeniach też nosisz śmietnik. Pacnęła mężczyznę w pierś. Obejrzała się za siebie, ale niestety drucik był poza ich zasięgiem.
-Przyznaj się...ty chcesz tu ze mną być.- jęknął cicho ocierany przez Vicky we wrażliwym obecnie miejscu swego ciała.-Twoja pinka do włosów... tego chyba nie potrafisz spaprać? Podaj mi ją.
Dziewczyna uniosła dłonie i opierając się ciałem o Douglasa zaczęła przeczesywać jego włosy palcami. -Chyba żadnej dziś nie wpiąłeś... nie mogę znaleźć.
-Za to jedna jest w twoich...włosach.- wystękał z dziwną miną Maverick, mocno czerwieniąc się na twarzy.
- To było od razu powiedzieć, że mam ci dać swoją spinkę do włosów! -wbiła mu łokieć w żebra opierając się na nim i próbując wyciągnąć spinkę z włosów. - Dam ci ją jak powiesz mi po co ci ona - sapnęła wiercąc się na mężczyźnie, gdyż spinka zaplątała jej się we włosy.
Pewnie by go bolało...gdyby nie znieczulenie. W tej chwili Doug odczuwał jednak zupełnie inne doznania zupełnie z innej części ciała. Mruknął.-Nie taka była umowa.

I zamiast mówić, dalej... przycisnął swe usta do ust Victorii, całując ją. Delikatnie acz namiętnie wodził językiem po ustach panny von Strom i pieścił je umiejętnie. Na pewno nie był to jego pierwszy pocałunek. Dziewczyna w pierwszej chwili się szarpnęła do tyłu. Jednak usta mężczyzny i słodycz jej pierwszego pocałunku sprawiły że przymknęła oczy i zarzuciła mężczyźnie ręce na szyje poddając się odczuciom i zapominając o zaplątanej we włosach spince. Rozchyliła delikatnie usta i zaczęła nieśmiało odpowiadać na pocałunki mężczyzny. Czując ciepło rozchodzące się od ust po całym ciele. Przylgnęła do Douglasa i poddawała się jego pocałunkom.
Maverick liczył pocałunkiem na zapeszenie dziewczyny, zamiast tego... sytuacja zmieniła się diametralnie. Usta mężczyzny pieściły wargi dziewczyny, język delikatnie wsunął się do jej ust, by czubkiem pokazać jej nowe doznania. A ocierające się się ciało Vicky, powodowało zbliżającą się eksplozję. O której podczas tych namiętnych pocałunków Douglas zapomniał. Dziewczyna czując koniuszek języka mężczyzny w swoich ustach zadrżała,chcąc... sama nie wiedziała czego chcąc, instynktownie przylgnęła do niego mocniej. Jednak jeszcze było jej mało chciała być bliżej... bliżej niego? jego twarzy? jego ust? no... chciała być bliżej, uniosła nogę i... niestety kolano jej wylądowało na najwrażliwszym w tym momencie miejscu mężczyzny. Nieświadoma niczego Vicky przykopała mu niechcący z całej pary.
Na szczęście leki przeciwbólowe złagodziły doznania i... Maverick słabo poczuł to uderzenie, choć pomogło rozładować napięcie. Douglas jęknął i poczuł... że ma mokro.
-No pięknie. To dasz wreszcie tą spinkę?-mruknął.
-Po co? - wydyszało mu w usta dziewczę.
-Bo cię ładnie proszę?-rzekł Douglas wysilając szyję i całując to usta, to...dekolt Vicky wargami.-Bardzo proszę.
-Zgubiłam! Przez ciebie, po coś mnie zaczął całować?Już ją miałam ci dać! -jęknęła nieszczęśliwie dziewczyna. Puść mnie to cię rozkuję i zaczniemy...- przerwała i znów poczuła wargi mężczyzny. Maverick zaczął ją całować, namiętnie dociskając do siebie nogami. Jakoś nie wierzył w jej słowa, więc korzystał z przyjemności niewoli póki jakieś przyjemności były.
 
__________________
W chwili, kiedy zastanawiasz się czy kogoś kochasz, przestałeś go już kochać na zawsze.

Ostatnio edytowane przez Vantro : 05-03-2011 o 20:42.
Vantro jest offline  
Stary 05-03-2011, 20:39   #9
 
Vantro's Avatar
 
Reputacja: 201 Vantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie coś
Dziewczyna odwzajemniała pocałunki mężczyzny, poddając się doznaniom jakie ją ogarniały. Czuła rozchodzące się miłe ciepło po całym ciele, czuła dreszcze, które sprawiały że drżała. Przymknęła oczy i resztkami świadomości przyznawała mężczyźnie racje... w książkach pocałunek był opisany, jednak był inny niż ten, który właśnie teraz przeżywała.
-Co panienka robi?!-rozległ się kobiecy krzyk za całującą się parą.
Vicky poderwała się nerwowo, znów waląc kolanem czułe miejsce Douglasa. - Sprawdzam! Czy oddycha... potrzebował reanimacji po zastrzykach zaleconych przez wuja - wyjęczała czerwona na twarzy dziewczyna.
-To mi nie wygląda na reanimację.- głos był znajomy. Victoria obejrzała się i zobaczyła kucharkę.


- Dobrze że przyszłaś Marto... Podejdź bliżej … Ja po uginam panu Douglasowi klatkę piersiową, a ty mu po wdmuchujesz powietrze... tak jak ja... - pokazując przylgnęła ponownie ustami do ust Douglaca,całując go namiętnie. Poderwała głowę i odwracając się w stronę kucharki i dodała - No nie stój tak! Pospiesz się bo będziemy miały sztywniaka w domu! - i odwróciła się w stronę mężczyzny... wystawiając język.
-To nie było oddychanie...-odparła kobiecina, która wszak wiele razy całowała swego męża. A Maverick rzekł.- Czuję się dobrze i zostałem przykuty, by spełniać zachcianki tej o to...kobietki.
Przycisnął ją mocniej do siebie.-Ale chyba zaspokoiłem już twoje wyuzdane kaprysy i możesz mnie uwolnić, Vicky?
-Święci pańscy, dobrze że pana Wilhelma nie ma w domu.- zaczerwieniła się kucharka.
- To mnie puść! burknęła dziewczyna wbijając mu ponownie łokieć w żebra.
Puścił, w końcu. Viktoria podniosła się pospiesznie i podeszła do “maszyny tortur” jak to ją określił Douglas, Biorąc kluczyki w dłonie specjalnie trąciła pedał, i kolejne iskry poleciały w stronę podpiętego do niej mężczyzny.
Wrzasnął z bólu...głośno.
Dziewczyna odwróciła się w stronę kucharki i rzekła: - Widzisz sama Marto... jest chory. Wujcio Saemus przepisał mu tą kurację. Niestety... chyba pomylił kolejność fiolek jak mnie pouczał, bo... pan Douglas o mało co nie wyzionął ducha. Sama widzisz, że musiałam do niego podpiąć tą maszynę co tatko skonstruował. Ta co pomogła małemy Henry’emu... pamiętasz?
-Ten tu wyglądał na bardzo żywotnego, jak tu wchodziłam... ale co ja tam wiem.-rzekła kucharka i dodała.- Ta machina już wysprzątana. Ta co stoi na podwórcu.
- Ooooooooooo to idę ją obejrzeć! - Wykrzyknęła dziewczyna i ruszyła do drzwi trzymając w garści kluczyki do wolności Douglasa.
-A jaaa?!- wrzasnął mężczyzna.
Aaaaaaaaaaaaa... Ty! - wypaliła Vicky zawracając od drzwi. Przykucnęła na wyciągnięcie ręki naprzeciw przypiętego do biurka mężczyzny i promiennie się uśmiechając położyła kluczyki na podłodze. -Poczekaj tu przykuty... aby spełniać zachcianki...tej wyuzdanej kobitki... szepnęła złośliwie dziewczyna. - Jak się odpowiednio wygniesz... to może ci się uda je dosięgnąć. - podniosła się i wypychając kucharkę z laboratorium ruszyła do automobilu.
-Wiedźma!- wrzasnął za nią Maverick.

***

W czasie kiedy młoda panna von Strom pomagała Douglasowi wyleczyć się z jego dolegliwości Bella nadzorowała sprzątanie automobilu. Panienka “kazała” posprzątać to trzeba było posprzątać. Zagarnęła dziewki służebne do sprzątania, zagoniła chłopców do noszenia wody, bo widząc brud jaki powlekał poszczególne pomieszczenia wiedziała, że tej wody będą potrzebować, a potrzebować. Zabrała szmaty, ścierki, środki czystościowe i wszystko co jej przyszło do głowy. Trzeba było przecież doprowadzić ich przyszły “dom”do stanu używalności. Kiedy znalazła się ponownie we wnętrzu pojazdu, nakazała najpierw, aby usunąć “niepotrzebne” przeczy i pozostawić je przed automobilem. Tak więc służące kursowały w tą i spowrotem wynosząc “śmieci” (i nie śmieci) z pojazdu i układając je przy schodkach.
Bella weszła do sterówki i przyglądając się przyciskom i dźwigniom zastanawiała się czy coś tu ruszać. Już miała się odwrócić na pięcie i wyjść, ale przypomniała sobie, że... “panienka kazała wysprzątać, tak aby się wszystko błyszczało...” Weszła więc do środka i zaczęła wycierać kurz, przemywać i polerować centymetr po centymetrze... szyby, siedzenia, dźwignie, przyciski i wszystkie powierzchnie.
Uporawszy się ze sterówką przeniosła się do sypialni. Zagoniła dziewczęta do podnoszenia porozrzucanej po podłodze garderoby. Nakazując męską poukładać w szafie, a damską na dworze przed automobilem. Otworzyła szafę i upchnęła garderobę Douglasa najbardziej jak mogła, wszak potrzeba było miejsca na rzeczy panienki Vicky. Łóżko zostało prześcielone w świeżą pościel z herbem von Stromów. Okna umyte i pootwierane aby wpuścić świeżego powietrza. W szafie, na łóżku i pod poduszkami poupychane woreczki z pachnącą lawendą. Rozejrzała się po wysprzątanej i “błyszczącej” sypialni. (Błyszczała nasmarowana i wypolerowana do połysku szafa i biurko) i z zadowoleniem przeszła do kolejnego pomieszczenia. I tak przemianie uległa łazienka, wanna, ubikacja już nie straszyły, nie tylko nieprzyjemnym zapachem, ale i wyglądem. Kolejne pomieszczenia przechodziły przemianę... jak je ogarnięto i wyczyszczono to nawet nie sprawiały takiego “ponurego” wrażenia jak na początku. Nie ma to jak kobieca ręka, trochę środków czyszczących i chęci. Czystość biła z każdego kąta, poukładane książki, poustawiane wszystko na swoim miejscu, czyste blaty, szafy, biurka. Gdzie nie gdzie dodany kobiecy dodatek w postaci firanek,serwetek, zapachowych woreczków z lawendą i “brudas” Douglasa przemienią się w miły mały domek na kółkach. Co prawda nadal zniszczony, ale nie rażący już tak bardzo w oczy a zwłaszcza w nos.

Victoria przemieszczała się z pomieszczenia do pomieszczenia z podziwem oglądając dzieło Belli. Bryla zdesperowana, chciała się dostać do Londynu... to prawda, ale teraz ta podróż wydawała jej się o niebo lepsza. Zarządziła więc pakowanie kufrów do środka, teraz już było można... wszak pojazd nadawał się wreszcie do użytku.
 
__________________
W chwili, kiedy zastanawiasz się czy kogoś kochasz, przestałeś go już kochać na zawsze.

Ostatnio edytowane przez Vantro : 05-03-2011 o 20:46.
Vantro jest offline  
Stary 08-03-2011, 19:06   #10
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 41505 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Część 1

Wreszcie automobil był doprowadzony do jako tako porządku. I wreszcie można było wyruszyć tatkowi na pomoc! To, że nie bardzo wiadomo było w jakie to kłopoty się tatko wpakował i gdzie jest, było kwestią do rozwiązania na później. W końcu jak wielkie może być jedno miasto? Nawet jeśli Londyn był stolicą Brytyjskiego Wszechmiperium w którym słońce nigdy nie zachodziło, to było tylko jedno miasto. Wychowana na prowincji Victoria jakoś nie potrafiła sobie wyobrazić olbrzymiej metropolii.
Tak więc, automobil wypucowany, więc czas w drogę!
Był tylko jeden problem.
Pozostała jeszcze kwestia kierowcy, który nadal był przykuty w pracowni. Chyba, że się oswobodził. Bowiem pojazd był martwy, a choć rozgryzienie jego obsługi samemu było pokusą, to Maverick zadbał o to by, automobil nie odjechał od niego.
Vicky przyglądała się w sterówce urządzeniom i próbowała manipulować tymi samymi, których używał Douglas w drodze do posiadłości tatki. Jednak mimo jej wysiłków i całego skupienia, maszyna ani drgnęła. Dziewczyna syknęła przez zaciśnięte zęby:
- Jasny gwint! - i opadła zniechęcona na fotel, na którym wcześniej siedział mężczyzna kierujący automobilem. - Na pewno tak robił. Co jest? Przecież pamiętam, zawsze wszystko zapamiętuję idealnie. Czemu więc milczysz? - ostatnie pytanie skierowała do sufitu znajdującego się nad jej głową. Ale sufit... milczał. Pozostało więc jedno wyjście, skorzystać z usług fachowca. Zaradne dziewczę wyleciało biegiem z automobilu i popędziło w stronę stajni. Dopadło tam Johna, który zajmował się automobilem tatki i nie zwracając uwagi na opierającego się ze wszystkich sił mężczyzny zaciągnęła go do sterówki. - Jak go uruchomić?
-Nie wiem...panienko. To jakaś skomplikowana maszyneria. Papamobil był prostszy w obsłudze, a jak coś się poważniejszego sam sir von Strom, znaczy ojciec panienki, osobiście dokonywał napraw i przeróbek.- stwierdził miętosząc czapkę, pospiesznie ściągnięty fachowiec.
- Jasny gwi... - przerwała w połowie zerkając na mężczyznę. - Może jego właściciel coś zaradzi... - i drapiąc się po głowie zaczęła kombinować czy sprawdzić samej czy udało się Douglasowi dosięgnąć kluczyków czy lepiej kogoś ze służby posłać aby go w razie czego uwolnił. Po kilku minutach namysłu poszła jednak sama w stronę laboratorium. Dochodząc na miejsce zaczęła się skradać na palcach i cicho wsunęła głowę w miejsce gdzie jeszcze niedawno znajdowały się drzwi. Ostrożnie zaglądając do środka.
-Jak miło, że mnie odwiedzasz.- mruknął Maverick próbując dosięgnąć stopą kluczyków. Mężczyzna zdołał się już oswobodzić z elektrod, ale kluczyki nadal były poza jego zasięgiem.
-Ekhem... - odkaszlnęła Vicky i weszła pewnym krokiem do pomieszczenia - Przyszłam ci pomóc... bo właśnie... właśnie minął czas jaki powinieneś być przypięty! - rezolutnie zakończyła, by pochylić się po kluczyki i nad Douglasem w celu uwolnienia go z kajdanek. Machając mu przed nosem nieświadomie swoim biustem.
-Tak.. niewątpliwie miło.-mruknął Douglas wędrując spojrzeniem za jej piersiami.
- Na pewno dobrze się czujesz?-upewniała się dziewczyna, manewrując kluczykami przy zapięciu kajdanek a wzrokiem wędrując po twarzy mężczyzny.
-Wiesz... niecodziennie ładna kobieta przykuwa mnie kajdankami do stołu.-mruknął cicho Douglas odwracając spojrzenie od jej twarzy.
- No przecie byłeś przy tym jak wujcio kazali to zrobić - rzekła lekko się naburmuszając - Wszak to dla twojego dobra było. Pobudzony mogłeś se krzywdę zrobić. Dotknąć jakiegoś urządzenia i prąd by cię popieścił czy coś. - uśmiechnęła się do niego “pocieszająco”.
-No i trochę mi to przykucie wynagrodziłaś.- rzekł żartobliwym tonem spoglądając na jej uśmiech z wyraźnym zadowoleniem.
Vicki z głośnym trzaskiem otworzyła kajdanki i podnosząc się zakomunikowała: I już po sprawie. Schowam je na później - dodała pakując kluczyki wraz z nimi do kieszeni. - Automobil ci wysprzątaliśmy. Nie poznasz go tak błyszczy - wtrąciła pospiesznie aby odwrócić uwagę Douglasa od ostatniej czynności jaką wykonywała.
-Taaak. Wysprzątaliśmy?!- zastanawiał się rozcierając dłonie. Spojrzał na nią.- Ty to lubisz się rozporządzać moją własnością, bez mojej zgody, co?
Chwycił ją nagle w ramiona i przyciągnął do siebie.-Chyba więc jesteś mi coś winna...
Przycisnąwszy ją do siebie, mocno... pocałował jej usta, drapieżnie i namiętnie wędrując po wargach. Przez dłuższą chwilę delektował się tym pocałunkiem.-Przyznaję... należało mi się za to ośmieszanie się przed służbą. Ale i sprzątanie bez pytania mnie o zgodę, było złe. Jak się czujesz panno Vicky... gdy ktoś inny podejmuje za ciebie decyzje dotyczące twego życia?
- Jakie decyzję? - próbowała nadążyć za jego tokiem myślenia dziewczyna, koniuszkiem języka przesuwając po dolnej wardze, tak jakby chciała sprawdzić czy nadal pozostaje na niej smak jego pocałunku.
-No...trzymam cię w ramionach i całuję bez twego pozwolenia.-odparł nieco zbity z tropu mężczyzna.
- Aaaaa... to ja też cię potrzymam i.... - Vicky nie dokończyła, objęła Douglasa za szyje i przywarła ustami do jego ust... no w celach naukowych, aby porównać czy opisy w książkach nie kłamią co do pocałunków. Wszak “dobry naukowiec nie stroni od eksperymentów” jak powtarzał jej zawsze tatko. Tym razem to język dziewczyny zawędrował do ust mężczyzny, takim samym zwinnym ruchem jak wcześniej jej “nauczyciela”.
Zaskoczony przez chwilę Douglas przywarł ustami do Vicky i pozwalał jej wędrować językiem, całując namiętnie. I masując pośladki przytulonej do jego ciała dziewczyny. “Nauczka” którą zaplanował, przybierała nieco... inne skutki, niż planował, ale jakoś w tej chwili nie potrafił o tym myśleć porwany rozkoszą dziewczęcych ust.
Victoria poddawała się oszałamiającym doznaniom jej pierwszych prawdziwych pocałunków, Hilda niestety nie mogła jej w tym przeszkodzić, bo dziewczyna zadbała o to wcześniej unieruchamiając nadopiekuńczą maszynę. Jednak w domu było więcej “nadopiekuńczych” osób. Jak wcześniej tak i tym razem pocałunek został gwałtownie przerwany. Z tą różnicą, że Marta tym razem nie pytała “co się tu dzieje?” od razu przeszła do czynów okładając Douglasa trzymaną w ręku szmatą.
-Panienka nie będzie bezpieczna jadąc z tym lovelasem. Niech panienka odpuści sobie podróż.- raz błagała Vicky.- Ja ci dam uwodzić młode panny!- raz wrzeszczała do Mavericka waląc na oślep szmatą, gdy mruczał pod nosem.-Dom wariatów. Prawdziwy dom wariatów.
- Przestań Marto! On delikatny! Zaraz padnie i znów będę musiała go podłączać do reanimatora! - wydzierała się Vicky próbując zabrać szmatę kucharce. - Jak padnie to Ty mu robisz sztuczne oddychanie! - zagroziła na koniec podpierając się pod boki i czekając jaki będzie efekt jej “groźby”.
Marta się opanowała mrucząc.-Niech panienka lepiej się trzyma z dala od tego flirciarza.
- Dobrze Marto... będę się trzymać od niego najdalej jak tylko można -mruknęła dziewczyna dla “świętego spokoju” - Ja z Bellą będę jechać w jednym pomieszczeniu pan Douglas w drugim
Idąc ramię w ramię z panną von Strom Douglas spytał.-A co z pieniędzmi? Nawet gdybym zgodził się podwieźć panienkę, charytatywnie, to i tak paliwo kosztuje, żywność kosztuje. Nie mówiąc o miejscu do spania. To nie jest wóz przeznaczony dla trzech osób tylko dla jednej.
- Teraz zrobiło się tam bardziej przestronnie... zresztą sam zobaczysz - rzekła dziewczyna przyspieszając kroku.
-A pieniądze? Skąd weźmie panienka fundusze na małą rekompensatę moich... trudów?-spytał w odpowiedzi Douglas rozglądając się po posiadłości i oceniając jej wartość.
Vicky machnęła ręką tak jakby się odganiała od natrętnej muchy co jej brzęczy nad uchem - Będą... będą... - i pociągnęła mężczyznę za kamizelkę aby się pospieszył obejrzeć ich wysprzątane “arcydzieło”.

Dotarli...A Douglasowi szczęka opadła. Mężczyzna wyraźnie załamał.-Co moje rzeczy robią poza wozem?! Co to za sprzątanie?!
Coraz bardziej wściekły wpadł do środka.-Co ta za koronkowe szmatki?! To nie jest babciny powóz ! Tylko porządny kawałek heroicznej historii na kółkach!
Victoria weszła za nim do pojazdu i odparła: - No myśleliśmy, że lubisz koronki tyle ich się tutaj wszędzie walało. - po czym przypomniała sobie jego wrzask, że jego rzeczy leżą przed pojazdem i spytała - Nosisz koronkową damską bieliznę?!.
Jej wzrok zaś skierował się na spodnie mężczyzny tak jakby chciała dojrzeć czy właśnie jakąś parę fikuśnych majteczek ma na sobie i zauważyła... ale mokrą plamę pozostałość po “wypadku” w laboratorium. Patrząc na przód spodni Douglasa wypaliła: - I biedaku nie wytrzymałeś... chyba zlałeś się w nią..
-Nie noszę damskiej bielizny...to... przyjaciółki zapomniały zabrać.- Maverick zaczerwienił się i spojrzał na spodnie.-No tak... to akurat, niezupełnie... zlałem. Wiesz, jak mężczyzna...
Potem machnął ręką.- A po co ci to tłumaczę, będziesz miała męża, sama zrozumiesz.
Ruszył do sypialnie marudząc.-Każ usunąć te serwetki. Idę się wykąpać i przebrać, a potem... zobaczymy.
Dziewczyna zastąpiła mu drogę tarasując wejście do łazienki - Gdzie wykąpać?
-W łazience...w wannie.- odparł Douglas zdziwiony jej zachowaniem.
- Tam też posprzątaliśmy... więc jak już skorzystasz z niej to posprzątaj po sobie... służby ciągle trudzić tym samym nie mam zamiaru - odrzekła mu dziewczyna otwierając drzwi do łazienki na oścież. Mężczyzna zaś mógł dojrzeć odmienione miejsce, pełne pachnących damskich mydełek... Nic tylko myć się i korzystać, a potem pachnieć jak... Vicky.
-Ty chyba żartujesz..- mruknął Maverick i spojrzał prosto w jej oczy.- Ty chyba nie polujesz desperacko na męża, co?
- Jak nie posprzątasz to idź się myć tam... machnęła ręką w stronę wyjścia z pojazdu i dodała - Na podwórzu przed stajnią jest pompa, jak nachlapiesz to możesz zostawić to tak jak jest. Tu skorzystasz jak obiecasz posprzątać po sobie! - rzekła dziewczyna zaplatając ramiona na biuście i dumnie unosząc podbródek.
-Czyj jest pojazd?- odparł poirytowany Maverick, potarł twarz dłonią mrucząc do siebie.- Spokój, spokój... w końcu to tylko dziewuszka.
-Niech ci będzie...- mruknął i ruszył do pokoju.-Ale wezmę własne mydło.
Vicky wzruszyła ramionami- Nie wiem co za różnica jakie mydło... Mydło to mydło, ale jak chcesz to weź sobie swoje. Przecież nie będę się kłócić o jakieś głupie mydło. Choć z tego co widzę ty o wszystko się wykłócać lubisz. Jak tak dalej pójdzie to zaczniesz się wydzierać, że w sterówce wyczyszczone zostały wszystkie urządzenia z tych paskudnych smarów co je powlekały. Błyszczą się teraz jak nasza rodowa zastawa gdy ją Hilda wypucuje.
-Dobrze, że odłączyłem zasilanie...przed wyjściem...- odparł głośno Maverick.-Widzę, że już wstawiłaś swoje ciuchy. Pomijając niektóre sukienki, rzeczywiście potrzebujesz nowej garderoby.
- A co z moją jest nie tak? - zdziwiła się dziewczyna zerkając w dół na swój strój.
-Wyglądasz w niej niechlujnie i brzydko.- odparł Maverick wychodząc z pokoju z nowym kompletem ubrań.-A teraz panienka wybaczy, ale wolę się kąpać, bez... udziału publiczności.
- Może ci plecy umyć? Chyba tam sam nie sięgniesz? - spytała uczynnie Vicky.
-Przecież nie będę chodził przed tobą na golasa.- mruknął Douglas i westchnął.-Poczekasz aż cię zawołam?
- Poczekam... poczekam, tylko wołaj głośno - kiwnęła głową.
Przez chwilę słychać było chlupot wody i mruczenie mężczyzny. Po czym po chwili odezwał się. -Już możesz.


Mężczyzna relaksował się w gorącej kąpieli z dużą ilością piany, która zakrywała dolne partie ciała. I palił cygaro.-To się nazywa życie.
Vicky już miała wejść do łazienki kiedy przypomniało jej się “ostrzeżenie” Marty. Wychyliła więc głowę przez drzwi automobilu i z uwagą rozejrzała się dokoła. Ujrzała przechodzącą właśnie pomocnicę kucharki, więc wybiegła i uchwyciwszy dziewczynę za łokieć wciągnęła do pojazdu ze słowami - Musisz mi pomóc... umyć panu Douglasowi plecy. Kucharka Marta bardzo się zezłości jak zrobię to sama bo mówi, że on lavelas... więc będziesz mnie pilnować, a może jego? Nieważne. Zrób groźną minę i włazimy - Energicznie otworzyła drzwi do pomieszczenia w którym relaksował się mężczyzna. Jego oczom ukazała się wchodząca do środka Viktoria, a kiedy odsunęła się na bok, zaraz za nią wparowało dziewczę kuchenne, groźnie spozierając na delikwenta.


- Możemy zabierać się do dzieła? - spytała Vicky patrząc na Douglasa.
-Co jest u licha! wrzasnął Maverick widząc dwie kobiety. Przy czym jedna nerwowo trzymała patelnię, chowając się za Vicky. Mężczyzna spojrzał na Victorię pytając.-To we dwie będziecie mnie myć. I po co ta patelnia?
-Dla... dla... obrony?-rzekła dziewuszka, a Douglas uśmiechnął się.- Dla obrony? Przed czym? Czy ja wyglądam na potwora, dziewuszko? Jak masz właściwie na imię?
Kkk..Katie- rzekła dziewczyna, a Maverick rzekł.-To bardzo ładne... imię. Zresztą Victoria to też ładne imię.-odparł podobnym uśmiechem obdarzając pannę von Strom.
Dziewczyna odwzajemniła jego uśmiech i ujęła w donie pachnące mydełko. Już miała go prosić aby się odchylił, żeby mogła mu plecy umyć jak z dworu rozległo się wołanie:
-Panienko Vicky! Gdzie panienka jest?
Odwróciła się w stronę drzwi i wydarła na całe gardło: - Tutaj.. w łazience!
Minęła chwila i do łazienki wszedł pomocnik stajennego wypełniając wejście swoją potężną posturą. Victoria patrząc na niego rzekła.- Myjemy plecy panu Douglasowi... przyłączysz się Thomas?
-Nie przyłączy się... widać po coś cię wołał.- burknął Douglas i rzekł nieco rozkazującym tonem głosu.-Idź poza łazienkę, załatwić swoje sprawy, a Katie umyje mi plecy. Chyba, że się boi...to wtedy umyję sobie sam.
-Jakoś... myć nie chcę.-odparł Thomas.
Dziewczyna zignorowała przemowę mężczyzny siedzącego w wannie. Spytała Thomasa po co ją szukał a jak usłyszała, że Bella ma problem ze spakowaniem jej najnowszego wynalazku wcisnęła mu w rękę mydełko z poleceniem - Umyj porządnie pana Douglasa, tak jak potrafisz myć nasze konie... i pamiętaj że sprawdzę! - pogroziła mu żartobliwie palcem przed nosem. Chwyciła Katie za łokieć i pociągnęła za sobą z łazienki mówiąc Pomożesz mi i Belli spakować to co zostało do spakowania... nie ma co marnować czasu na dysputy. I tak oto został mężczyzna w wannie i parobek przed wanną.
-Ani mi się waż ty wsioku!-odparł wściekle Douglas. Z wanny dobiegły odgłosy szamotaniny.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:08.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169