Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 13-04-2011, 03:29   #1
 
Takeda's Avatar
 
Reputacja: 123 Takeda ma wyłączoną reputację
[Nephilim] "Dziedzictwo Menesa"

EGIPT Tinis około 3000 p.n.e
Słońce stało wysoko i zalewało swym palącym żarem całe święte miasto. O tej porze większość mieszkańców miasta kryła się w cieniu w poszukiwaniu chłodu. Jedynie najwytrwalsi kupcy nadal stali przy swych straganach.
Na schodach świątyni Ptaha jak zwykle siedziała spora grupa żebraków. Liczyli oni na szczodrość odwiedzających święte miejsca, jak i na przychylność kapłanów.
Świątyni znajdowała się na przeciwko pałacu faraona i wielu strażników często krzywo patrzyło na zebranych tu biedaków. Faraon Menes był jednak znany z miłosiernego serca dla swych poddanych i tylko dzięki jego życzliwości zebrani żebracy nie musie obawiać się o swe życie. Faraon uważał, że obecność żebraków na schodach głównej świątyni powinna działać jak przestroga i ostrzeżenie dla innych, a także jako swego rodzaju wyrzut sumienia dla lepiej sytuowanych.
Większość jednak ludzi za namową kapłanów ignorowała żebrzących, chcą w ten sposób pokazać swoje nie zadowolenie z decyzji faraona.
Zebrani na schodach biedacy nie wiedzieli jednak jak ważne wydarzenia dzieją się teraz w chłodnych wnętrzach świątyni.

Wokół kamiennego stołu zebrała się piątka najznamienitszych obywateli państwa. Był wśród nich wielki faraon Menes oraz wszyscy jego najbliżsi współpracownicy. Poza wspólnym celem i przyjaźnią łączyło ich coś jeszcze. Więź o wiele potężniejsza niż braterstwo krwi, czy rodzinne koneksje. Wszyscy oni byli nieśmiertelnymi duchami żywiołów, zamkniętymi w ludzkich ciałach.
To Menes, zwany także Feneksem odnalazł ich i zebrał razem. To on, jak faraon przywodził grupie nefilimów i on wyznaczał kierunek ich poszukiwań.
Zjednoczeni, działali razem dla dobra sprawy. Sprawy, która miała dla niech najwyższy priorytet.
Tym celem była mistyczna Agartha. Miejsce oświecenia i mityczna kraina, a jednocześnie wyższy stan ducha.
To poszukiwania tego cudownego miejscu i stanu kierowały życiem całej grupy.

- Nadeszła bracia chwila na którą czekaliśmy od długiego czasu - powiedział półgłosem Feneks - Sermeth ukończył już płaskorzeźbę która mu zleciłem. Jak wiecie ma ona dwojaki cel. Dla ludzi będzie ona upamiętnieniem naszego największego zwycięstwa. Pokonania Dolnego Królestwa i zjednoczenia całego państwa pod naszymi rządami. Dla nas będzie wspólnym Stasis. Dzięki rytuałowi jaki opracowałem stanie się ona miejsce, gdzie nasze dusze będą się spotykały i rosły w siłę. W strukturze płaskorzeźby ukryłem liczne zaklęcia zabezpieczające i ochronne. Dzięki temu zniszczenie tego Stasis będzie bardzo trudne, a dla większości naszych wrogów wręcz niemożliwe. Mam nadzieję, że rytuał przebiegnie bez żadnych komplikacji i wszystkie magiczne formuły zadziałają. Najbardziej ryzykowne jest zaklęcie wiążące nasze dusze. Nasze poszukiwania i badania trwają, ale bardzo możliwe że nie uda nam się ich zakończyć już teraz pełnym sukcesem. Dlatego też stworzone właśnie Stasis ma działać niczym pryzmat. Ma skupiać energię naszych duszy i uwalniać ją w tym samym czasie. Ma to w konsekwencji doprowadzić do tego, że nasze kolejne wcielenia przypadać będą w bardzo bliskich ostępach czasu. Ten który odrodzi się pierwszy będzie musiał odszukać resztę i dalej kontynuować nasze poszukiwania.
Feneks spojrzał na skupionych na jego słowach towarzyszy. Żaden z nich o nic nie pytał, ani zabrał głosu. Faraon pokiwał w zadumie głową i klasną głośno dwa razy w dłonie.
Na ten sygnał do komnaty weszły dwie skąpo ubrane czarnoskóre niewolnice.
Niosły one z wielką czcią i nabożnością, dużą kamienną tablicę wykonaną ze lśniącego zielonego łupka. Stanęły one przed faraonem i pokłoniły się nisko. Nie patrząc w oczy władcy, ani nikogo z zebranych w komnacie, kobiety położyły tablicę na kamiennym stole. Skłoniły się jeszcze raz i wyszły idąc tyłem.
- Oto ona. - rzekł z dumą Feneks - Nasze nowe, wspólne Stasis. Czy jesteście gotowi przelać w nią część swego jestestwa.
Wszyscy w milczeniu kiwnęli na zgodę.
Feneks sięgnął po krótki rytualny nóż. Jednym sprawnym cięciem przeciął sobie żyły w lewym nadgarstku, po czym wyciągnął rękę nad kamienną tablicę i rzekł:
- Ha pahtos iilis adalatu matho urthu uma.
Słowa te powtórzył trzykrotnie, a tym czasie krew która spływała wolną strużką na tablicę zaczął w nią wsiąkać. Gdy Feneks skończył wypowiadać zaklęcie podał nóż stojącemu po jego prawej stronie Malikowi. Ten przejął nóż i również przeciął sobie nadgarstek i powtórzył zaklęcie. W tym czasie Feneks położył prawą rękę na kamiennej tablicy, która rozbłysła wewnętrznym krwistoczerwonym światłem.


Newgrange Hrabstwo Meath, Irlandia 10 grudnia 1922 r.
Mały wiejski domek dość znacznie oddalony od innych zabudowań skrywał od kilku miesięcy wielką tajemnicę. To właśnie tutaj spotykali się członkowie bractwa “Wielki Wschód Albionu” Bractwo to było bardzo popularne w Londynie wśród wyższych sfer na przynależność do niego była dobrze widziana w towarzystwie. Główną zasługę miał w tym sir William Lambert zwany także wielkim Lambertem. Jego talent i charyzma przyciągały jak magnez. Wielki Lambert słynął z seansów spirytystycznych na których wywoływał duchy zmarłych i umożliwiał rozmowę z nimi ich bliskim. Wśród zalewu oszustów i hochsztaplerów, sir Lambert miał opinię prawdziwego maga i okultysty.
Sir Lambert zwany także Feneksem, po wiekach na nowo odtworzył grupę nefilimów, jaką stworzył wieki temu w Egipcie. Rytuał jaki został przeprowadzony dopiero teraz umożliwił ponowne spotkanie związanych ze sobą nefilimów. Feneks przez wieki pracował i nie ustawał w poszukiwaniach Agarthy. Teraz gdy ponownie zebrał swoich uczniów był bardzo pewny swego. Czuł, że zbliża się wielki dzień. Przekonał do tego także swoich uczniów. Teraz dzięki sile jaką czerpał z bractwa i rytuale jaki opracował wierzył, że dokona czegoś niesamowitego.
To właśnie w wiejskim domku niedaleko Newgrange trwały ostanie przygotowania do “wielkiego otwarcia” jak swój rytuał nazywał Feneks.
Ostanie dni poświęcił on na medytację i to samo zalecał swoim uczniom. W skutek medytacji siła ich ducha miała wyraźnie się wzmocnić i ułatwić przeprowadzenie rytuału.
Feneks odkrył, że starożytny grobowiec w określone dni roku kumuluje olbrzymie pokłady wszystkich energii Ka. Dzięki właśnie ogromowi zebranej energii i formule jaką opracował oraz zebraniu w jednym miejscu i czasie nefilimów wszystkich energii miało nastąpić “wielkie otwarcie” Taką metaforą Feneks określał skutek rytuału. Jego zadaniem w efekcie rytuału w duszach nefilimów miała wypalić się mapa do Agarthy.
Przygotowania trwały. Uczniowie Feneksa medytowali i sprawdzali wszystkie wyliczenia swego mistrza. Odcięci od świata żyli tylko jedną myślą. Dzień “wielkiego otwarcia” zbliżał się nieubłaganie.

RZYM 2011 r. 6 stycznia
Rytuał się powiódł. Co do tego nie można było mieć wątpliwość. Świadomość i uczucia jakie obudziły się we wszystkich uczestnikach rytuału nie pozostawiały wątpliwości, co do tego co się z nimi stało. Dotychczasowe życie stało się nagle mało znaczące i wręcz obce. Soraya, Michael, Toru, Josette i Nathan i Maciej o wiele większą więź odczuwali ze swymi poprzednimi wcieleniami niż z tym obecnym.
Nie wszystko jednak poszło zgodnie z planem. Dwa pozbawione świadomości ciała leżące na kamiennej posadzce kaplicy San Pietro były jak rysa na nieskazitelnej szklanej powierzchni.
Cała grupa opuściła świątynie, gdyż wiedzieli że moc jaką wyzwolił rytuał jest tak wielka, że ich wrogowie nie będą mieli trudności by do nich dotrzeć.
Wszyscy wsiedli do samochodu i odjechali.
Ciała w których przebywali Evesh i Luphinera były w strasznym stanie. Z uszu i nosa ciekła krew, twarze były pozbawione wyrazu i bardzo blade. Było jasne, że z każdą kolejną sekundą życie uchodzi z nich niczym powietrze z pękniętego balonu.
Mimo pustych ulic i szybkiej jazdy Michael Crown nie zdążył dojechać na czas do szpitala. Ich wcielenia nie wytrzymały mocy jaka napełniała duszę nefilima. Kruche ludzie ciało uległo wobec potężnej magicznej energii. Pozostali członkowie grupy również byli straszliwie zmęczeni i wyczerpani, ale ich życiu nic nie zagrażało.
Inaczej było z Maciejem Ognickim i Josette d'Angouleme. Oni odeszli. Wpadli w lodowate objęcia śmierci.
Śmierć wcieleń nie była jednak najgorsza w tym wszystkim. Dzięki odzyskanej pamięci i świadomości, pozostali członkowie grupy zdawali sobie sprawę, że duszą ich towarzyszy grozi coś o wiele gorszego.
Pozbawiona ludzkiej powłoki dusza nefilima może żyć w materialnym świecie zaledwie kilka minut, a w najlepszym przypadku parę godzin. Jeżeli w tym czasie nefilim nie zdoła opanować innego ludzkiego ciała lub znaleźć bezpiecznego schronienia, w postaci rytualnego Stasis, jego duszy grozi całkowite unicestwienie.
Patrząc na pozbawione życia oba ciała leżące na tylnym siedzeniu, wszyscy czuli ogromny żal i bezsilność. Świadomość, że nie są im teraz w żadne sposób pomóc była jak sztylet wbity w serce.

Czas płynął nieubłaganie, a zagrożenie z każdą chwilą wzrastało. Trzeba było opuścić Wieczne Miasto i utrudnić ścigającym ich ludziom zadaniem.
Porzuciwszy ciała swych przyjaciół na obrzeżach miasta, cała grupa udała się na lotnisko, gdzie czekał już prywatny odrzutowiec Michael Crowna.
Cel mógł być tylko jeden. Praha. Stolica Czech, a w średniowieczu miasto czarowników, alchemików i magów.

Praha 7 stycznia 2011 r.
Lądowanie w Pradze nastąpiło wczesnym rankiem siódmego stycznia. Dzięki wpływom i pieniądzom Crowna grupa nie musiała się martwić o takie przyziemne sprawy jak transport i nocleg. Wystarczyły dwa telefony Mermanisa, by na lotnisku czekał odpowiednio duży samochód, który zawiózł ich do jednego z najelegantszych hoteli czeskiej stolicy.
Crown uznał, że wszystkim należy się odrobina luksusu i odpoczynku. Praski Sheraton wydawał się do tego celu odpowiednim miejscem. Dwa apartamenty czekały już na swoich gości.
 
__________________
"Lepiej w ciszy lojalności dochować...
Nigdy nie wiesz, gdzie czai się sztruks" Sokół
Takeda jest offline  
Stary 17-04-2011, 21:05   #2
Konto usunięte
 
Midnight's Avatar
 
Reputacja: 941 Midnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwu
EGIPT Tinis około 3000 p.n.e


Tohta z niecierpliwością wyczekiwała momentu gdy rytualny nóż dotknie jej ciała i wytoczy z niego szkarłatną krew. Był dzień, słońce świeciło wysoko. Zdecydowanie nie była to jej pora dnia, jednak nie mogła, a przede wszystkim nie chciała odmówić przybycia do świątyni. Rytuał miał połączyć ich dusze. Zapewnić ciągłość przygotowań. Czuła jak sierść pokrywająca jej ciało unosi się w reakcji na ekscytację. Niczym spragniony wędrowiec wyczekujący chwili, w której jego usta dotkną chłodnej powierzchni wody, tak ona wodziła wzrokiem za tym drobnym przedmiotem, który w tym momencie miał tak wielkie znaczenie. Jej cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę. Gdy jednak nóż znalazł się wreszcie w jej dłoni, zawahała się. Ostrze na chwilę niepewnie zawisło nad nadgarstkiem. Czy aby na pewno tędy prowadziła ich droga? Uniosła głowę by spojrzeć na twarz ich mistrza, spowitą szkarłatną łuną. Czy miał rację? Wątpliwości zdawały się zawsze jej towarzyszyć, teraz nawet mocniej niż zwykle. Czuła się rozdarta między chęcia pójścia za Menesem, a wytyczeniem własnej ścieżki. Jej wzrok zatoczył krąg ogarniając
Chwila wahania, która dla niej zdawała się trwać wieki, minęła po dwóch uderzeniach serca. Ostrze nacięło skórę, z rany popłynęła krew, a z ust Iluny słowa rytuału.


RZYM 2011 r. 6 stycznia


Zatem wszystko to było prawdą. Zmęczona ale szczęśliwa Iluna wsłuchiwała się w ciszę panującą w kościele. Ich historia, miliony lat. Wszystko to wciąż na nowo pojawiało się przed jej oczyma. Ludzkie ciało chciało odpocząć, co nieco kłóciło się z pragnieniami duszy by działać, a przede wszystkim by opuścić to miasto. Nie mogli pozwolić sobie na pozostanie w miejscu zanim nie odnajdą ich mistrza, osoby która ich połączyła i przebudziła w nich moc. Dawne żale do Feneksa odeszły w dal. Były nieistotne, ludzkie. Zamiast nich pojawiła się wdzięczność za pomoc jakiej im udzielił i tęsknota za jego kojąca obecnością.
Jednak nie mieli czasu na rozważania. Należało działać. Evesh i Luphinera znajdowali się w wyjątkowo złym stanie. Ich ludzka powłoka okazała się zbyt słaba dla potęgi, która ich wypełniła. Mimo wzajemnych animozji nie potrafiła nie współczuć ognistemu kompanowi. Ból po stracie dwójki kompanów okazał się większy niż sądziła.

Gdy dusze towarzyszy odpłynęły w niebyt nie pozostawało nic innego jak pozbyć się powłok, które były dla nich naczyniami i podążenie śladem, który pozostawił Feneks. Jak zwykle przydatna w tym celu okazała się pozycja Mermanisa.


Praha 7 stycznia 2011 r.


Spoglądając na budzące się do życia miasto, Iluna powróciła wspomnieniami do XX wieku. To był piękny czas, pełen kolorów i magii. Ludzie wierzyli wtedy w moc. Łakneli kontaktu z nią, pragnęli poznać tajemnice rządzące tym światem. Wśród wielu oszustów znaleźć można było osoby obdarzone prawdziwą mocą. Osoby takie jak ona i jej towarzysze. Osoby takie jak Feneks, ich przywódca. To było inne życie, inny świat.
Współcześni zagubili się w nauce, nie potrafią dostrzec prawdy ukrytej w tym co nazywają bujdą i ciemnotą. Historia jest kłamstwem, a nauka iluzją. Człowiek, który wypowiedział te słowa byłby wspaniałym uczniem. Wspomnienie profesora skierowało jej myśli na tych, którzy odpowiadali za jego śmierć. Jej braci, zagubionych w mroku. Tych, którzy pragnęli ich śmierci. Nie potrafiła ich całkiem znienawidzić. Gdzieś w jej wnętrzu kryła się bowiem cząstka pragnąca do nich dołączyć. Ta cząstka, która chciała mocy pochodzącej ze zła. Zawsze tak było. Jak dwie strony medalu. Dwa oblicza księżyca. Iluna zdawała sobie sprawę, że tak będzie już zawsze.

Hotel, w którym Mermanis wynajął dla nich apartamenty robił wrażenie. Jednak wspomnienia świątyń egipskich znacznie ową wspaniałość przyćmiewały. W porównaniu z pałacem Menesa, był niczym, aczkolwiek bez wątpienia bardziej higienicznym niczym.
Wspólny apartament przywitał ich zapachem świeżych kwiatów w wazonie i przytulną atmosferą.


Zawsze miała słabość do wygody i drobnych przyjemności, które uprzyjemniały jej byt. Za każdym razem, a ostatnim szczególnie, pozwalała by zachcianki ciała i duszy miały znaczny wpływ na jej życie. Również tym razem czuła w sobie tą samą słabość. Miała ochotę pozbyć się ubrań które miała na sobie, a które wydawały się jej nagle strasznie niewygodne. Satyna, jedwab, koronki... Długa suknia opinająca jej ciało i przyciągająca męskie spojrzenia. Musiała postarać się o odrobinę czasu dla siebie. Tyle było spraw, którymi powinna się zająć. Nie tylko te najważniejsze ale i te mniej istotne, ludzkie. Sklep, rodzina, pieniądze...
- Przede wszystkim prysznic albo jeszcze lepiej, kąpiel - wypowiedziała swoje myśli na głos zabierając się do zdejmowania płaszcza. - Później zakupy...

- A później śniadanie – dopowiedział Mermanis od strony drzwi. Gdy wszedł do swojego apartamentu, zauważył że Iluna już niemal zdążyła się w nim zadomowić. Kobiecie przebudzenie wyraźnie wyszło na dobre; Mermanis przez chwilę stal w wejściu i przyglądał się jej z uśmiechem, wspominając wszystkie wcześniejsze lata, które przeżyli za czasów Menesa i Newgrange. Może jednak wspólne wspominki przy posiłku nie były takim złym pomysłem ostatecznie.
- Zamówiłem dla wszystkich posiłek w restauracji na dole. Będzie za dwie godziny – kontynuował z uśmiechem, wchodząc do pomieszczenia i zamykając za sobą drzwi. – Przyda nam się odrobina przyjemności po tym wszystkim. Nie mówiąc już o tym, że trzeba ugadać parę rzeczy.

- Jak zwykle myślący o wszystkim - skomentowała słowa towarzysza, nieszczególnie z jego planów zadowolona. - W takim razie prysznic będzie musiał wystarczyć jeżeli mam zdążyć zrobić jakieś zakupy.
Odrzuciwszy płaszcz na najbliższy fotel, ruszyła na poszukiwanie łazienki. Mermanis zapewne miał rację, jak zwykle. Podobnie jak wcześniej... Ona szalała, a on myślał o wszystkim. Nie ma co, dobrana z nich była para.
Łazienka znalazła się stosunkowo szybko.


Eleganckie pomieszczenie z dwiema umywalkami i ogromną wanną kusiło by na chwil kilka zapomnieć o sprawach tego świata i oddać się czystej przyjemności płynącej z długiej kąpieli w pianie. Na szczęście znalazła się również kabina prysznicowa dzięki czemu ową pokusę łatwiej było zwalczyć. Bynajmniej nie oznaczało to jednak, że była z tego powodu szczęśliwsza. Pozbycie się zakonnych szat zajęło jej chwilę. Kolejną zmarnowała na zastanowienie się co jest nie tak. Do tej pory była przekonana, że to wina habitu, jednak teraz, spoglądając w wąskie, wysokie lustro, musiała zmienić zdanie. Pierwszy szok minął ustępując miejsca zadowoleniu. Było to co prawda pewne utrudnienia w epoce kobiet biegających w spodniach jednak znaczenie jakie miało pojawienie się dodatkowej części ciała napawało ją radością.
- Mermanisie... - zawołała podziwiając w lustrze owo odkrycie.

Gdy Iluna zniknęła w łazience, Mermanis podszedł do okna, splatając ręce za plecami i przyglądając się praskim ulicom. Zastanawiał się ile zajmie ich prześladowcom podjęcie zagubionego tropu i odnalezienia ich ponownie w Pradze. Czy było możliwe, że już tu byli? Być może. Nie odczuwał już jednak wrażenia zaszczucia i bezbronności.
Akurat rozpoczął poszukiwania barku z alkoholem po apartamencie, gdy jego towarzyszka zawołała go z łazienki. Podszedł do drzwi i uchylił je nieznacznie, zaglądając do środka z pytaniem w oczach i butelką Jima Beama w dłoni. Nie musiał jednak nic mówić, bo wystarczyło że zlustrował sylwetkę kobiety od stóp do głów – nieco dłużej niż powinien – a jego spojrzenie padło na nowy element jej pięknego ciała.
- Lepiej z tyłu niż z przodu – zauważył bystro po krótkiej chwili zakłopotania.

- Wcześnie się pojawił - stwierdziła, odwracając się do mężczyzny. - Z tego co pamiętam zwykle musiało minąć nieco czasu. Może to wynik działań Feneksa?
Miałoby to pewien sens. Rytuał miał ich wszak przybliżyć do Agarthy. Ilość mocy wyzwolona w kościele musiała ten proces przyspieszyć. Ciekawiło ją jakie zmiany nastąpiły u pozostałych. Jakoś nie zwróciła na to wcześniej uwagi zbyt zajęta sobą. Chcąc nadrobić swoje zaniedbanie z uwagą zaczęła przyglądać się stojącemu przed nią Mermanisowi.

- Możliwe – potwierdził Mermanis, podchodząc do niej. – Tamto miejsce było pełne mocy, a sam rytuał dość brutalny. Nie zdziwiłbym się jeżeli miałoby to na nas solidny wpływ. Chociaż ja na razie nie uświadczyłem u siebie żadnych… dodatkowych atrybutów – dodał z uśmiechem, widząc spojrzenie kobiety. Zerknął w stronę lustra, na którego powierzchni wciąż odbijał się jej ogon.
- Ciekawe jak długi będzie – mruknął po chwili.

- Niewiele dłuższy - odpowiedziała z uśmiechem. - Pamiętasz Egipt? Wtedy sięgał ziemi, a przecież teraz brakuje mu ledwie parę centymetrów. No, może trochę więcej niż parę - dodała odwracając głowę by zerknąć w lustro. Ogon sięgał do połowy łydek i był zakończony kitką czarnych włosów. - Zdecydowanie powinien jeszcze urosnąć. - Ponownie odwróciła spojrzenie od dodatku by zwrócić je na Mermanisa. - Chciałeś powiedzieć nazbyt widocznych - poprawiła go. - No chyba że zmieniłeś zapach swojej wody po goleniu na morską.

- I tak jest ładny – zapewnił mężczyzna, uśmiechając się lekko i obejmując Ilunę w talii. Dotknął ostrożnie jedną dłonią jej nowy nabytek, przeczesując przez palce czarną kitkę na jego końcu.
Na jej komentarz uniósł brwi, po czym pociągnął powoli nosem i skrzywił się, gdy poczuł delikatny i charakterystyczny, słony zapach.
- Kiedyś może to i było ładne, ale teraz wkrótce posądzą mnie o nacieranie się choinkami samochodowymi – mruknął uśmiechając się kwaśno.

Iluna przymknęła na chwile oczy chłonąc wrażenia jakie wywołał dotyk Mermanisa. Dość przyjemne wrażenia.
- Prywatny odświeżacz... W dodatku bez potrzeby wymiany gdyż się nie zużyje... Czy można marzyć co czymś więcej?
Uniosła dłoń by sprawdzić czy przypadkiem nie przegapiła kolejnych oznak, jednak zarówno paznokcie jak i skóra pozostały bez zmian.
- Powinieneś się cieszyć. Przynajmniej nie pokryjesz się cały sierścią ani nie wyrosną ci rogi. Wyobraź sobie próbę ukrycia tych zmian przed dziennikarzami - roześmiała się na samą myśl o Mermanisie kryjącym się przed rządnymi sensacji pismakami. Epoka w której się odrodzili nie sprzyjała zachowywaniu tajemnic.

- Niebieskie włosy do pasa zaszkodzą mojemu wizerunkowi wystarczająco. Nie mówiąc już o konieczności noszenia rękawiczek i tłumaczeniu się chorobą skóry – odparował Mermanis, uśmiechając się krzywo. Uwolnił kobietę z objęć i samemu stanął przed lustrem, przeczesując palcami włosy, które teraz miały ledwie granatowy odcień, niemal niedostrzegalny dla niewprawnego oka. Po chwili pokręcił głową, odwracając się do Iluny.
- Rogi są sexy – dodał poważnym tonem, po czym ruszył do drzwi.

Cóż, szkoda że nie wszyscy tak uważali. Wspomnienie Vólmav przypomniało jej o zagrożeniach, które na nich czyhały. Jej przeszłość była usłana efektami beztroski i upojenia, zarówno swoją mocą jak i przyjemnościami ludzkiego życia. Zerknęła w lustro. Rogi według Mermanisa miałyby być sexy... Hmm...
 
__________________
[B]poza tym minął już jakiś czas, odkąd ludzie wierzyli w Diabła na tyle mocno, by mu zaprzedawać dusze[/B]
Midnight jest offline  
Stary 18-04-2011, 15:08   #3
 
Koinu's Avatar
 
Reputacja: 1860 Koinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłość
EGIPT Tinis około 3000 p.n.e
W końcu nadeszła ta jakże ważna chwila. Rytuał mający zapewnić Satoriemu i jego przyjaciołom to, że w przyszłych wcieleniach będą mogli działać wciąż razem. Wiele mu się nie podobało, ale wierzył w Feneksa, dlatego też tak sumiennie wypełniał jego wolę. W pewnej chwili zaczął mieć wątpliwości, czy aby nie zamienił się w owieczkę podążającą bezmyślnie za swoim pasterzem. Nie! Nie czas teraz na takie rozmyślania, sztylet powędrował do jego dłoni. W momencie przecięcia skóry ostrzem na jego twarzy pojawił się nieznaczny grymas. Tak... Agartha zbliża się, wspólnymi siłami kiedyś zdołają znaleźć drogę do niej. Dreszcz podniecenia przeszedł przez całe ciało Satoriego.

RZYM 2011 r. 6 stycznia
Rytuał przebiegał znakomicie. Satori przeżył spory szok w chwili gdy napłynęło to dziwne uczucie... jakby tysiące zardzewiałych kłódek z hukiem spadło gdzieś w ciemną otchłań i uwolniło ogromne pokłady świadomości i wiedzy, które zdobył podczas swoich wszystkich wcieleń. Pierwszy raz w swoim obecnym życiu poczuł się prawdziwym sobą! Zresztą jak zapewne wszyscy uczestnicy rytuału.
Niestety... jak zwykle coś musiało pójść źle. Evesh i Luphineria...ich ciała nie przeżyły. Nie były na to przygotowane. Niech to szlag! Może jest dla nich jakaś nadzieja? Może udało im się w jakiś sposób przetrwać? Napływające łzy zamazały Japończykowi obraz. Wytarł mokre oczy. To nie miejsce i czas na załamywanie się. To dopiero początek.

Praha 7 stycznia 2011 r.
Satori siedział samotnie na ławce w parku i rozmyślał nad wszystkim. Wspominał bardzo dawne czasy...Egipt...Anglię... i swoje obecne życie. Doszedł do wniosku, że pomimo utraty pamięci przez nieszczęśliwy wypadek w Newgrange wiele jego cech pozostało aktywnych. Jakby podświadomie dążył do Agarthy. Przecież przez całe swoje życie jako Toru szanował wszystkich i starał się pomagać.
Zerwał się mocny wiatr, jego ciało przeszły dreszcze wywołane zimnem, lecz teraz już całkowicie inaczej postrzegał to co go otaczało. Wiatr, jego źródło siły, część jego samego.
Podniósł się leniwie z ławki i pobiegł do hotelu. Wystój był dosyć imponujący.
"Powoli zaczynam się przyzwyczajać do tych wygód..." uśmiechnął się do siebie i ruszył do swojego apartamentu. Po drodzę natknął się na śliczną dziewczynkę, która żałośnie zawodziła nad czymś. Jej złote loczki opadały bezwiednie na ramiona i uroczo komponowały się z błękitną sukienką. Toru spojrzał pospiesznie na zegarek.
"Mam jeszcze godzinę... a co mi tam!" Podszedł do niej i zagadał. Okazało się, że dostała w prezencie maskotkę i nawet nie zauważyła kiedy ją zgubiła. Chłopak zaoferował swoją pomoc i nie minęło pół godziny jak problem został rozwiązany. Szczęśliwa dziewczynka w podskokach wróciła do swojego pokoju. Toru uśmiechnął się mimowolnie. Przyjemne uczucie, kiedy ktoś dzięki tobie jest szczęśliwy. Nawet jeśli z tak błahego powodu.
W końcu dotarł do swojej łazienki. Zaskoczyło go pozytywnie jego własne odbicie. Przeczesał palcami swoje długie włosy i zauważył, że są o wiele jaśniejsze niż przedtem.
-No ładnie... zaczyna się. Czas się pożegnać ze swoją dawną fryzurą.- wymruczał dokładnie przeglądając się w lustrze.
Kiedy wyszedł z łazienki natychmiast rzucił mu się w oczy piękny widok z okna. Kiedy stał tak zapatrzony jego myśli zakłóciło wspomnienie Selenim. Te biedne zagubione istoty... paskudnie postępują, z całą pewnością nie dojdą w ten sposób do stanu oświecenia.
Stał tak jeszcze przez pewien czas. Potem spojrzał szybko na zegarek i stwierdził, że to już pora na odwiedzenie restauracji hotelowej. Przeciągnął się, głośno ziewnął i ruszył na spotkanie reszcie.
 
Koinu jest offline  
Stary 18-04-2011, 19:59   #4
 
Delta's Avatar
 
Reputacja: 65 Delta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znany
Mid & kamill15 & Mua

RZYM 2011 r. 6 stycznia
Po tym jak uwolniona energia rzuciła ich na posadzkę kaplicy, a rytuał dobiegł końca, Michael potrząsnął głową oszołomiony. Obrazy, które eksplodowały mu przed oczami były jak tysiąckrotnie przyspieszony pokaz slajdów; jak niemożliwie długi film przedstawiający życie wszystkich jego wcieleń, puszczony w jego świadomości i skompresowany do ułamka sekundy. Egipt, Brytania, Francja, Anglia… Kolejne wspomnienia zasypywały go falami, odkrywając przed nim jego tajemnicę i prawdę. Gdy wszystko gwałtownie ucichło i w kaplicy zapanowała cisza, Mermanis wciągnął ze świstem powietrze, jak ktoś kto właśnie wydostał się spod powierzchni wody i natychmiast potrzebuje oddechu.
Gdy trzepoczące w piersi serce zwolniło, nefilim podniósł się powoli do klęczek i przywołał widzenie Ka, jakby chciał się upewnić, ze to prawda; z melancholią i dziwną ulgą spoglądał na świat widziany w odmiennych barwach, na zaklęcia wijące się na jego aurze i na postacie swoich towarzyszy. Pewnie tak czuł się Neo po połknięciu kapsułki Morfeusza, i chociaż to porównanie ewidentnie nasunęło najnowsze wcielenie Mermanisa, mężczyzna uśmiechnął się mimowolnie.
„I know kung-fu”.
Wtedy jednak dostrzegł Evesha i Luphinerę, i wszelka wesołość zniknęła.

***

Strata dwojga kompanów była wyjątkowo bolesna, nawet bez względu na wcześniejsze animozje pomiędzy nimi. W końcu nie dzieliła ich znajomość kilku dni, a tysięcy lat, które teraz dały o sobie znać; było mu szkoda nawet Evesha, którego w każdych innych okolicznościach z przyjemnością zatłukłby szczotką od kibla i nawet się przy tym nie zawahał. Śmierć wcielenia to jedno – śmierć nefilima to drugie. I chociaż Evesh przekraczał granicę wielokrotnie, będąc dla niego zagrożeniem zarówno fizycznym jak i dla jego przekonań, jego strata bolała. Tak jak i strata Luphinery.
Mimo to nie mogli nic zrobić, dlatego też Mermanis nie zwlekał z zamówieniem prywatnego odrzutowca do Pragi, gdy tylko stało się jasne, że to już dla nich koniec. Pozostałe rezerwacje były już tylko czystą formalnością i w przeciągu kilku godzin samolot, z nefilimami na pokładzie, oderwał się od pasa startowego.

PRAGA 2011 r. 7 stycznia




Jak tylko znaleźli się w praskim Sheratonie i zostały im przydzielone apartamenty, Mermanis zamówił sute śniadanie na „za dwie godziny”, dla siebie i wszystkich swoich towarzyszy. I nie chodziło tutaj tylko o potrzebę rozmowy czy chęć powspominania wspólnych przeżyć - musieli ułożyć jakiś plan, ustalić co dalej. Teraz z pewnością będzie im dużo łatwiej, bo nie będą już działać po omacku, ani ze świadomością że w przypadku ataku Writhe’a nie będą mogli nic zrobić, o nie. Mieli kilka dobrych tropów i każdy z nich mógł pomóc im odnaleźć Feneksa, ale najważniejsze było to, że zyskali pewność siebie. Nic już nie będzie takie same. I chociaż Mermanis miał już jako taki plan działania, chętnie poznałby opinię pozostałych, a to wymagało dyskusji.
A każda porządna dyskusja wymagała porządnego posiłku, dlatego milioner nie wahał się z wyborem najlepszego stolika w hotelowej restauracji, dla siebie i swoich przyjaciół. I dlatego dopiero, gdy wszystkie formalności zostały odpowiednio wypełnione banknotami, jako ostatni z całej grupy udał się na piętro, do swojego apartamentu.


***


Czas, podczas którego Iluna tkwiła w łazience, Mermanis poświęcił na ponowne przyjrzenie się dziennikowi profesora Sullivana. Razem ze szklaneczką Jima Beama usadowił się w jednym z foteli obitych skórą, racząc się Bourbonem i przeglądając zdobyty notatnik.
Strony zeszytu były ciasno pozapisywane, często pomazane i nieczytelne; niezgrabne pismo profesora było lakoniczne, pełne skrótów i pozornie niezrozumiałych dla mężczyzny odniesień, które na spółkę ze skomplikowanymi obliczeniami pokrywały gęsto zarówno całe karki jak i ich wąskie marginesy. Przeglądając notatki Mermanis szybko zorientował się, że zabity człowiek wcale nie był dla nich zagrożeniem i że najwyraźniej popełnili dość poważny błąd ignorując jego pomoc. Zaczął studiować w ciszy jego prace, racząc się od czasu do czasu Bourbonem ze szklanki i rozmyślając.

Przerwał dopiero, gdy usłyszał, że z łazienki przestał dobiegać szum wody (po zdecydowanie zbyt długim czasie jak na szybki prysznic). Chwilę później wyszła z niej Iluna; owinięta w hotelowy szlafrok i pachnąca hotelowym szamponem wyraźnie czuła się znacznie lepiej niż w chwili przybycia do tego miejsca. Nie mogła jednakże udać się do hotelowej restauracji ubrana w skórę. O habicie nawet nie miała zamiaru myśleć. Pamięć podsunęła jej jednak inne rozwiązanie.
- Jak myślisz, czy da się tu zamówić ubrania przez telefon?

Mermanis spojrzał na nią z fotela, podnosząc wzrok znad notesu i wzruszając ramionami.
- Z pewnością. W takich hotelach możesz zamówić wszystko, jeżeli tylko masz wystarczającą ilość gotówki – odparł, zamykając notes i chowając go do wewnętrznej kieszeni marynarki. Jego habit już dawno leżał gdzieś w samolocie, zdjęty jak tylko wydostali się z Rzymu, więc on nie miał takich problemów. – A o nią nie musisz się martwić.

- Zapominasz mój drogi o tym, że nie żyjemy w XX wieku ani tym bardziej w starożytnym Egipcie. Tym razem jednak muszę się o nią martwić. Nie na tyle jednak by zejść w szlafroku - oznajmiła podchodząc do stojącego na małym stoliku, telefonu. Na półeczce pod blatem, jakby specjalnie przygotowane na takie właśnie okazje, leżały katalogi.

- Nie musisz. Masz mnie – odparł bez ogródek Mermanis, uśmiechając się krótko. Uniósł do ust szklankę z Bourbonem i upił z niej łyk. – Chociaż nie zaprzeczę, że ten widok byłby… kuszący.

- Typowe... - mruknęła nie przerywając kartkowania jednego z katalogów. - Myślisz o wszystkim i dbasz o wszystkich. Poza tym akurat na ubrania jeszcze mnie stać. - Co prawda nie było to do końca twierdzenie zgodne z prawdą, skoro jednak planowała sprzedanie sklepu to mogła sobie pozwolić na wydanie nieco większej ilości pieniędzy. W sumie to znacznie większej - sprostowała spoglądając na ceny.

- Ktoś musi – odparł zdawkowo mężczyzna, przewracając oczami.

- Tylko dlaczego zawsze akurat ty? - zadała pytanie, które zabrzmiało odrobinę retorycznie po czym podniosła słuchawkę i rozpoczęła zamawianie. Mermanis nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie, nawet jeśli by chciał. Może czuł się odpowiedzialny za swoich przyjaciół, po tym wszystkim co razem przeszli? A może po prostu wciąż, nawet po tylu latach, brał przykład z Feneksa, który się nimi zajął wcześniej, a którego teraz przy nich nie było? Pewnie po trosze z obu.

Na szczęście okazało się, że obsługa całkiem nieźle zna angielski. Dwie spódnice, suknię, trzy komplety bielizny, dwie pary butów i jedną parę rękawiczek później rozłączyła się prosząc na koniec o podesłanie wszystkiego do apartamentu pana Crown’a oraz o rachunek. Po chwili namysłu wybrała numer międzynarodowy. Rozmowa z rodzicami była krótka, pełna konkretów i niepokoju z ich strony. Oczywiście zgodzili się zająć sprzedażą sklepu oraz znalezieniem bezpiecznego składu dla jej książek. Iluna starała się nie patrzeć w stronę Mermanisa, niemal nie zwracając uwagi na jego obecność. Niemal, gdyż całkiem się nie dało. Zarówno jako człowiek jak i nephilim roztaczał wokół siebie aurę nie pozwalającą na udane ignorowanie jego osoby. Przynajmniej jej się to nie udawało.

Gdy w końcu odłożyła słuchawkę jej myśli dziwnym trafem zamiast do obecnego przy niej mężczyzny, powędrowały do Feneksa.
- Jak myślisz, gdzie on teraz jest? - zapytała Mermanisa, ruszając jednocześnie w jego stronę. Zgrabnie ominęła stolik po czym zrzuciwszy zdobne poduszki na dywan, ułożyła się na sofie. - Tyle przygotowań, tyle wysiłku. Mam nadzieję, że będzie nam dana zemsta na tych, którzy wtedy to wszystko zniweczyli.

- Nie wiem – przyznał zgodnie z prawdą Mermanis, przyglądając się przygotowaniom Iluny. Zakręcił Bourbonem w szklance, przez chwilę się zastanawiając po czym kręcąc głową bezsilnie. – Naprawdę nie wiem. Może rytuał sprawił, że ma problemy z pozyskaniem ciała? To by tłumaczyło jego nawiedzenia księdza, którego spotkaliśmy w San Pietro.
Na wzmiankę o zemście uśmiechnął się oszczędnie i przytaknął, zgadzając się z kobietą w stu procentach.
- Nie ty jedna. Ale zanim to zrobimy, musimy odnaleźć nasze Stasis, żeby mieć pewność, że nie powtórzy się to co z Eveshem i Luphinerą – odparł, unosząc szklankę do ust. – Chociaż chyba wiem gdzie się znajduje.

- W takim razie wiesz więcej niż ja - odparła niezbyt zadowolona. Zdecydowanie wolałaby wiedzieć więcej, zawsze tak było. - Może zatem podzielisz się tą wiedzą? - zaproponowała starając się przypomieć wszystko o ich wspólnym stasis. Przed jej oczami po raz kolejny pojawił się moment jego stworzenia. Czerwona łuna spowijająca twarz Menesa, chwila wahania nim rytualne ostrze dotknęło jej skóry.

- To tylko domysły – ostrzegł Mermanis, odstawiając szklankę na stoliczek stojący obok fotela i pochylając się do przodu, spoglądając na towarzyszkę. – Ale pomyśl. Widziałaś co się stało z Eveshem i Luphinerą po śmierci ich ludzkiej powłoki, prawda? Nie jest tajemnicą, że potrzebujemy Stasis, żeby egzystować bez ciała. A jak byliśmy w Newgrange? Jestem prawie pewien, że rytuał zakończył się wtedy naszą śmiercią, a jednak jesteśmy tutaj, cali i zdrowi. Z tego wynika, że Stasis musiało być gdzieś niedaleko miejsca rytuału, być może nawet przyniesione przez Feneksa na wypadek takich okoliczności.

- Zatem chcesz się teraz wybrać do Newgrange? Nie szukać Feneksa tylko skupić się na Stasis? - chciała się upewnić czy dobrze go zrozumiała. Ona sama nie mogła doczekać się spotkania z ich mistrzem, widać jednak była w tym odosobniona. - Nie lepiej stworzyć własne, osobne Stasis?

- Żeby stworzyć nowe Stasis też będziemy musieli rozpocząć poszukiwania, tyle że Nexusa. A skoro wiemy o jednym w Newgrange, a to się pokrywa z moimi przypuszczeniami… - wzruszył ramionami, opierając się z powrotem o oparcie fotela i sięgając z powrotem po szklankę. Na pytanie o zaniechanie poszukiwań Feneka nie odpowiedział od razu, milcząc przez kilka sekund.
- Nie – powiedział w końcu. – Jego mieszkanie jest w tym mieście, więc głupotą byłoby poniechanie takiej możliwości. Co więcej, uważam, że to powinien być nasz pierwszy przystanek, zanim trop całkowicie się ulotni.

Kobieta przez chwilę śledziła jego ruchy, zastanawiając się jednocześnie nad wypowiedzianymi przez niego słowami.
- Możemy też wykorzystać miejsce w którym obecnie jesteśmy. Z całą pewnością Praga musi posiadać swojego Nexusa. W najgorszym razie możemy stworzyć pojedyncze Stasis, każdy dla siebie. Wyprawa do Newgrange wydaje mi się zbytnio przewidywalna. Szczególnie bez zabezpieczenia w postaci Stasis.

- Słusznie. – Palce Mermanisa wystukały w zamyśleniu melodię na powierzchni szklanki. - Możemy zrobić nawet więcej – część z nas pójdzie do mieszkania Feneksa szukać śladów, a część zacznie przeszukiwać miasto w poszukiwaniu poszczególnych Plexusów, żebyśmy nie tracili czasu. Jak uważasz?

- O ile będzie to oznaczać, że będę w grupie idącej do mieszkania Feneksa - jestem za. Musimy to jednak uzgodnić z pozostałymi. - Ów przymus napawał ją widocznym zniechęceniem. - Poczęstujesz mnie czy będziesz tak sam pił? - zmieniła temat.

- Mam wrażenie, że wszyscy będą chcieli iść do mieszkania Feneksa i nic z tego nie wyjdzie – odparł z westchnięciem, uśmiechając się krzywo. Na upomnienie kobiety przewrócił oczami i wstał z fotela, podchodząc do barku i biorąc drugą szklankę, którą postawił przed Iluną.
- A co z twoją słabą głową? – zapytał żartobliwie, napełniając szkło kobiety Burbonem. – Nie żebym narzekał na ostatni raz kiedy uraczyłaś się alkoholem, oczywiście.

- Moja głowa ma się tak samo - odparła sięgając po szklankę. - I obawiam się, że już na zawsze tak zostanie - dodała wspominając Londyn z ich ostatniego spotkania.

- To dobrze. Już się zacząłem niepokoić. – Mermanis zmrużył oczy z uśmiechem, siadając z powrotem na swoim fotelu i zakręcając butelkę.

***




Cała czwórka spotkała się w dwie godziny po przybyciu do hotelu Sheraton. Elegancka restauracja nie była zbyt zatłoczona. Przy jednym ze stolików siedziała rodzina z dwójką dzieci. Przy innym ubrany w garnitur starszy mężczyzna. Z głośników płynęła cicha muzyka. Wrażenie spokoju i bezpieczeństwa było ciężkie do odparcia.
Kelner zaprowadził ich do stolika w kącie sali, nakrytego dla czterech osób, po czym oddalił się by po chwili wrócić z menu.
Iluna podziękowała uprzejmie po czym odczekała aż młody mężczyzna ponownie się oddali.
- To na co macie ochotę? - zapytała nawet przy tym nie zerknąwszy na ofertę restauracji. - Wybrać się pod adres, który zdobył Mermanis? Spróbować odszukać Feneksa czy najpierw zająć się Stasis?

Satori rozglądał się dookoła. Atmosfera była całkiem przyjemna. Uśmiechnął się, pomimo tego, że minęło niewiele czasu, chłopak wydawał się dużo bardziej pewny siebie i żywiołowy. Przyłożył dłoń do brzucha.
-Iluna! Nie zapominaj, że mamy swoje potrzeby. - Spojrzał z tęsknotą na menu i zaczął okrężnymi ruchami gładzić swój brzuch. - Miałem nadzieję na dobrze przyrządzone tofu.- Spojrzał na twarze towarzyszy w poszukiwaniu poparcia, następnie westchnął z rezygnacją i burknął pod nosem.
-No to ja myślę, że najlepszym pomysłem byłoby najpierw stworzenie Stasis. Nie mam zamiaru doprowadzić do tego, aby któreś z nas skończyło tak samo jak dwójka naszych przyjaciół. - Po tych słowach wyraźnie posmutniał.

- Stworzenie bądź znalezienie poprzedniego z którego korzystaliśmy – odparł Mermanis, odsuwając krzesło i również siadając przy stole. – Ale skoro jesteśmy już w Pradze, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zajrzeć do mieszkania Feneksa. To powinien być raczej nasz pierwszy przystanek.
W przeciwieństwie do Iluny, sięgnął po menu. Nie byli na tyle zdesperowani by rozmawiać o pustym żołądku, ani aż tak im się nie spieszyło, żeby zrezygnować ze śniadania.

- To zdecydowanie powinien być nasz pierwszy przystanek. - Iluna nie kryła się z chęcią ruszenia tropem Feneksa i tym, że było to dla niej ważniejsze nawet od Stasis. - W końcu po to tu chyba przylecieliśmy, czy nie?

- Niemniej, Stasis wcale nie jest mniej ważne – odparł Mermanis, kręcąc głową i odkładając menu na bok, gdy podjął decyzję co do zamówienia. – Trochę rozmawialiśmy wcześniej z Iluną i sądzimy, że niezłym pomysłem byłoby żeby się rozdzielić. Część z nas powinna pójść do mieszkania Feneksa poszukać tropów, a część na miasto, poszukać dla siebie i pozostałych Plexusów, żeby każdy mógł sobie stworzyć swoje własne Stasis. Na chwilę obecną, na wszelki wypadek. Rozdzielając się nie będziemy tracić czasu, którego w końcu nie mamy nieskończenie i pytanie tylko kto chciałby się zająć poszukiwaniami energii, a kto zabawić w detektywa – dokończył z uśmiechem, opierając się wygodniej na krześle i spoglądając po pozostałych.

- Moje zdanie na ten temat znasz - odpowiedziała natychmiast Iluna. - Znacie - poprawiła się spoglądając na pozostałych. - Kto zatem ma zamiar mi towarzyszyć w wyprawie do mieszkania Feneksa?

Toru skrzywił się lekko na usłyszane słowa.
-Moim zdaniem to nie najlepszy pomysł, aby się rozdzielać. Jeśli jednak tak chcecie to ja mogę zająć się szukaniem Plexusów. A wy co robicie? - spytał się pozostałej dwójki, rzucając przy tym miły uśmiech.

- Nie jesteśmy już bezbronni. Poza tym to także będzie małe utrudnienie dla tych, którzy nas ścigają, bo w grupie łatwiej nas znaleźć – zauważył Mermanis, stykając palce obu dłoni w charakterystycznym geście zastanowienia i myśląc przez chwilę. To co zamierzał zaproponować kłóciło się z tym co ustalił wcześniej z Iluną, ale nie mógł się powstrzymać przed myślą, że być może to będzie dla nich najlepsze w obecnej sytuacji. Kobieta wyraźnie niecierpliwiła się na spotkanie z Feneksem, ale Stasis było im niezbędne, więc... – To może zróbmy jeszcze krok dalej. Jestem niemal pewny, że nasze stare Stasis jest w okolicach Newgrange. Mogę lecieć je odnaleźć, podczas gdy wy skupicie się na poszukiwaniu Feneksa i sprawdzeniu tropów z jego mieszkania. Jak tylko ktoś z nas coś znajdzie, albo będzie potrzebował pomocy to zadzwoni do reszty.

Toru energicznie przytaknął.
-Zgoda, niech więc tak będzie. To kiedy wyruszamy? Proponuję jak najszybciej. Już zbyt wiele czasu zmarnowaliśmy, a Feneks może być w poważnych kłopotach.

- Więc postanowione. – Milioner uśmiechnął się do wszystkich, odchylając z zadowoleniem na krześle. Do ich stolika akurat zbliżył się kelner, witając się z charakterystycznym, czeskim akcentem i prosząc o złożenie zamówienia, ale Mermanis powstrzymał go krótkim gestem. Sięgnął po jedną z serwetek i wyciągnął długopis z kieszeni, szybko zapisując na niej adres mieszkania Feneksa, który następnie podsunął do Iluny. – Zjemy śniadanie i możemy ruszać.
W końcu nie można sobie odmawiać drobnych przyjemności.

Po śniadaniu niewiele pozostało do zrobienia, szczególnie dla nich. Mermanis upewnił się jeszcze, że każdy z jego towarzyszy ma swoją komórkę i że wszyscy wymienili sie numerami (kto nie miał, temu milioner ją zapewnił, i nie ma że boli.), po czym po krótkim pożegnaniu udał się na parking po swój samochód, zamierzając dostać się na lotnisko, zeby skorzystać z prywatnego odrzutowca i obrać kierunek na Newgrange. Do miejsca w którym swój początek miały wszystkie ostatnie wydarzenia.
 
__________________
"I would say that was the cavalry, but I've never seen a line of horses crash into the battle field from outer space before."
Delta jest offline  
Stary 21-04-2011, 00:30   #5
 
Takeda's Avatar
 
Reputacja: 123 Takeda ma wyłączoną reputację
Przy śniadaniu w restauracji hotelu Sharaton zapadły szybkie i zdecydowane decyzje. Przebudzone niedawno nefilimy czuły się świetnie, miały chęć do działania i rozwiązania tajemnic z przeszłości. Mimo, że odzyskali już pamięć nadal nie wiedzieli kto przyczynił się do ich śmierci, ani jak sprawił że stracili pamięć. Dopiero teraz docenili trud, odwagę i umiejętności Feneksa. Świadomi ogromu pracy jaki włożył w ich przebudzenie byli mu bardzo wdzięczni. Wyglądało jednak na to, że nie wszystko poszło zgodnie z planem skoro Feneks musiał się ukrywać. W notatkach jakie pozostawił po sobie ksiądz, który przez jakiś czas służył ich przywódcy za simulacrę znajdowały się zapisy o grożącym wszystkim niebezpieczeństwie.
Soraya Moon wspomniała także wizytę Thomas Writhe w jej sklepie w Londynie. Pierścień jaki nosił on na palcu wskazywał na to, że ich głównym rywalem w tym boju są Różokrzyżowcy.
Spadkobiercy idei Katarów, kontynuatorzy ich nauk i poglądów. W przeciwieństwie jednak do Katarów nie postrzegali nefilimów jako duchowych mistrzów. Różokrzyżowcy w nefilimach widzieli magiczne byty, które mogą posłużyć do wzniesienia się na wyższy poziom duchowy. Na dodatek nie miało się to odbywać na zasadach wzajemnej zgody i współpracy. Sekta uważała, że należy pomścić krzywdy jakich ludzkość doznała za czasów Atlantydy i trzeba teraz odwrócić role. Dążyli do tego, by to nefilimy były niewolnikami ludzkości. Chcieli czerpać z nefilimów moc i siłę, podobnie jak to robiono z ludźmi na pradawnym kontynencie.
Jednak w przypadku Writhe’a i jego przełożonych chodziło o coś więcej. Wedle słów mężczyzny ich głównym celem było schwytanie Feneksa. Z jakiś przyczyn to on właśnie on był główną zwierzyną w tych łowach. Sprawa była o tyle trudna i niebezpieczna, że Writhe i jego sekta znali prawdziwe imię ich przywódcy, a to był pierwszy krok by zniewolić go.
Czyżby to właśnie Różokrzyżowcy stali za wypadkami w Newgrange?
Możliwe.
Nie można było jednak zapominać o innych wrogach jacy ujawnili się w Rzymie. Najniebezpieczniejszym z nich wydawał się tajemniczy łysy mężczyzn o surowym, przenikliwym spojrzeniu. Potrafił on wkraść się w wizje jakie nawiedzały nefilimy i przemawiać do niego. O ile Writhe był głównie zagrożeniem fizycznym, to ten człowiek mógł by mógł stanowić zagrożenie także duchowe. To co zrobił wskazywało na to, że jest on doskonale wyszkolonym czarownikiem. Trudno było mówić o jego sile i umiejętnościach, gdyż objawił on tylko jeden ze swoich talentów. Jednak i tak dawało to podstawy do typowania go na wroga numer jeden.
Na koniec zostawali mroczni kuzyni z rzymskich katakumb. Selenim praktycznie od momentu swego powstania byli w opozycji do nefilimów. Pozbawieni mocy i możliwości manipulowania podstawowymi energiami stali się niejako niewolnikami ka Czarnego Księżyca. Dawał im on, co prawda niesamowitą moc, częstokroć przewyższającą możliwości nefilimów. Jednak pragnienie odzyskania swego dziedzictwa i nienawiść do swych braci sprawił, że selenim stali się zajadłymi wrogami nefilimów.
Pytanie czy ci spotkani w rzymskich katakumbach stanowili jeszcze niebezpieczeństwo pozostawało otwarte.
Mimo tylu zagrożeń nefilimy postanowiły się rozdzielić. Mieli zbyt wiele spraw do załatwienia, by tracić go na darmo.
Skończywszy śniadanie wszyscy wrócili do apartamentów, by przygotować się do czekających ich zadań.

Toru Fuuno, Nathan de Pourbaix
Najmłodsza dwójka ruszyła na wycieczkę po stolicy Czech. Nie była to bynajmniej wycieczka krajoznawcza. Cel był jasno określony, odnaleźć skupiska energii w których będzie można przeprowadzić rytuał stworzenia Stasis. Nie było to łatwe zadanie. By dostrzec wiązki magicznej energii Toru i Nathan musieli użyć swego magicznego zmysłu. Miał on tą wadę, że dla postronnych ludzi oczy posługującego się nim nefilima stawały się całkowicie białe, jak oczy ślepca. Idąc uliczkami starego miasta obaj mężczyżni na zmianę nosili okulary przeciwsłoneczne. Zniekształcały one co prawda troszkę obraz, ale zapewniały przynajmniej bezpieczeństwo. Mijanych przechodniów mniej dziwiły okulary niż demoniczne spojrzenie mężczyzn.
Praga okazała się fascynującym miastem i wiele miejsc miało tutaj swój potencjał, jednak wiązki energii jakie rozsiane były po mieście nie zapowiadały, by w pobliżu mogło być większe skupisko energii Ka.
Toru i Nathan po półgodzinie zdali sobie sprawę, że tym sposobem nic nie osiągną. Konieczne było skorzystanie z magii. Wiązało się to co prawda z niebezpieczeństwem , gdyż esencja ka pozostawiana przez rzucony czar stanowiła łatwy trop. Toru i Nathan doszli jednak do wniosku, że ci którzy ich ścigali byli daleko. Ryzyko mimo, że istniało nie było aż tak wielkie.
Toru przywołał zmysł ka i spojrzał na otaczającą go aurę. Liczne formuły zaklęć zapisane językiem, którzy śmiertelni nazywali Enochian.
Wypowiedział krótką formułę zaklęcia wykrywającego skupiska energii powietrza. Dopiero wtedy Satori zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak przez chwilę nie potrafił określić co dokładnie, gdyż jego oczom ukazała się cienka niczym nić pajęcza srebrna nitka energii ka. Zaabsorbowany tym widokiem ruszył nieświadomie wzdłuż niej. Dopiero, gdy trop stał się wyraźniejszy zatrzymał się i zaczął się zastanawiać co go tak zaniepokoiło.
Chwila zastanowienia uświadomiła mu, że w momencie wypowiadania formuły zaklęcia poza nią na jego aurze rozbłysło także inne zaklęcie. Szybko zaczął analizować co to mogło być, ale nic mu nie przychodziło do głowy.
Stojący obok Nathan zapytał:
- Co się stało?
W odpowiedzi Toru tylko wzruszył ramionami i zaczął uważnie przyglądać się swej aurze, by sprawdzić wszystkie magiczne formuły jakie miał wytatuowane. Zdjął nawet okulary, by nic nie zakłócało obrazu. Kilka minut uważnego czytania formuł uświadomiło mu, że obok znanych mu zaklęć pojawiło się nowe, którego tam nigdy nie było. Na dodatek było ono zapisane w języku, którego Toru nie rozumiał.
Co to mogło być? Czyżby to wiązało się z tajemnicą Newgrange?
Toru wiedział, że trzeba to będzie zbadać w pierwszej wolnej chwili. Na razie musiał się skupić na odnalezieniu Plexusa.

Trop którym ruszył Toru doprowadził mężczyzn do oddalonego sześćdziesiąt kilometrów od Pragi, miasteczka Kutna Hora. Na miejsce mężczyźni dojechali samochodem pożyczonym od Crowna, który gdy odleciał z Pragi dał im go do dyspozycji.
W miasteczku trop był tak wyraźny, że można by się śmiało pokusić o stwierdzenie że odnalazłby go zwykły człowiek. Ślad doprowadził Toru i Nathana do kościoła Wszystkich Świętych, a następnie do słynnej kaplicy czaszek w podziemiach tej świątyni.
Nawet na nefilimach atmosfera tego miejsca robiła ponure wrażenie. I nie chodziło bynajmniej o zebrane przez stulecia ludzkie kości. Ani o to do czego te kości posłużyły. Kaplica czaszek emanowała zimną i złowrogą energią. Czymś co z grunty było całkowicie obce obu mężczyznom. Toru, gdy tylko znalazł się na środku kaplicy i spojrzał w żyrandol dostrzegł mały symbol wyryty na skroniach czaszek.
- Czarny księżyc - szepnął Toru do Nathan.
- Czarny księżyc - odpowiedział męski głos z boku - Czym mogę służyć moim braciom? - zapytał.
Przed nimi stał wysoki mężczyzna o długich włosach i wyjątkowo bladej cerze. Toru nie do końca wiedział czy wilgotna, cmentarne woń wypełnia kaplicę, czy emanuje od stojącego obok mężczyzny.

Soraya Moon
Soraya nie była zbyt zadowolona z tego, że do mieszkania Feneksa miała udać się sama. Teoretycznie nie było to niebezpieczne zadanie, jednak wydarzenia z ostatnich dni i lat wskazywały, że wszystko może się wydarzyć. Mimo wszystko była zbyt ciekawa tego co kryje mieszkanie ich mistrza by rezygnować z pójścia tam.
Mieszkanie Jozefa Majcherika, bo tak nazywał się simulacrum Feneksa, mieściło się niedaleko Wyszehradu na ulicy Lodovej na drugim piętrze starej kamienicy.
Soraya dotarła na miejsce bez większych problemów. Uczulona przez to co wydarzyło się w Rzymie, uważnie obserwowała otoczenie i wypatrywała potencjalnych tropicieli. Gdy uzyskała odpowiednią pewność, że nikt jej nie śledzi ruszyła śmiało w stronę kamienicy.
W drzwiach był co prawda domofon, ale jedno mocniejsze pchnięcie i kobieta mogła wejść do środka.
Gdy przekraczała próg jej ciałem wstrząsnął dziwny dreszcz podniecenia, jakby wchodziła do starożytnej świątyni. Uczucie to było tym bardziej spotęgowane, że wewnątrz budynku panował iście świątynny chłód.
Soraya ruszyła na górą po kamiennych schodach. Klatka prezentowała się naprawdę okazale. Dla fascynatów secesji była to prawdziwa uczta dla oka. Nic więc dziwnego, że Feneks wybrał to właśnie miejsce na swoje mieszkanie. Odkąd Iluna pamiętała ich mistrz lubił otaczać się pięknymi przedmiotami i wytworami sztuki. Twierdził nawet, że sztuka jest jednym z niewielu rzeczy które ludzkość może zawdzięczać tak naprawdę Prometeuszowi.
Soraya stanęła pod drzwiami z tabliczką z nazwiskiem Majcherik i lekko się przeraziła. Drzwi były zaplombowane i zabezpieczone policyjną taśmą. Wahanie Sorayi trwało dosłownie trzy sekundy. Nie było na co czekać. Trzeba było zaryzykować. Iluna rozejrzała się wokół i stwierdziwszy, że nie słyszy nikogo na klatce zajęła się otwieraniem zamka. Na szczęście Feneks w większości swoich wcieleń nie radził sobie z adaptacją do nowych warunków i tęsknił za przeszłością. Dlatego też zamki w jego mieszkaniu nie należały do skomplikowanych. Kilka chwil manipulowania spinką do włosów pozwoliło jej wejść do środka.

To co ujrzało w środku sprawiła, że zamarła. Ktoś był tu przed nią. Jedno spojrzenie wystarczyło, by pozbyć się wątpliwości dlaczego mieszkanie było zabezpieczone przez policję. Poprzewracane meble, rozrzucone książki, walające się po podłodze pierze z rozdartych poduszek, tak wyglądało całe mieszkanie Jozefa Majcherika. Ludzie, którzy byli tu przed nią najwyraźniej czegoś szukali. Trudno było powiedzieć, czy znaleźli. Soraya zamknęła za sobą drzwi i ostrożnie weszła do środka. Przyglądała się każdemu szczegółowi mieszkania, każdej najdrobniejszej rzeczy. Wszystko po to, by odnaleźć jakąś wskazówkę pozostawioną przez Feneksa. To, że taka tutaj się znajdowała było bardziej niż pewne. Skoro Feneks przewidywał, że ich wrogowie są na ich tropie na pewno zabezpieczył się w jakiś sposób. Trzeba go było tylko znaleźć. Normalne przeszukanie mieszkania niewiele dało. Soraya przejrzała księgozbiór Feneksa. Tradycyjnie znajdowało się w niej wiele pozycji z alchemii i astrologii, kilka traktatów o mesmeryźmie i pozycji z zakresu współczesnej nauki. Nie było wśród nich nic co mogłoby jej jakoś pomóc. Biurko przy którym zapewne pracował Feneks okazało się puste.
Zniechęcona Soraya zamknęła oczy i przywołała zmysł widzenia Ka. Gdy ponownie otworzyła powieki jej oczy były oczami ślepca. Mimo to teraz widziała więcej. Mieszkanie pełne było śladów Feneksa i Iluna mogła z całą pewnością stwierdzić, że jej mistrz przebywał w tym mieszkaniu. Sprawdzenie kiedy je opuścił niestety nie było już takie łatwe. Coś nie pozwalał się Ilunie skupić. Obraz rozmywał się i uciekał. Mógł to być specjalny zabieg Feneksa, by uchronić się przed ewentualnymi tropicielami.
Zrezygnowana Soraya miała już wychodzić z mieszkania, gdy jej wzrok padał na duży obraz na ścianie.
Był to obraz olejny zajmujący wręcz całą ścianę. Przedstawiał on popularnego rockowego muzyka. Sorayi już wcześniej ten element wystroju nie pasował do Feneksa, ale jakoś nie potrafiła odszukać w tym obrazie żadnej wskazówki. Teraz dzięki widzeniu Ka dostrzegła, że ktoś wprowadził w obrazie zmiany. Oczy muzyka były całkowicie pozbawione źrenic.
Czyżby to oznaczało, że był nefilimem?
Możliwe tylko co to ma wspólnego z Feneksem?
Rozmyślania Iluny przerwał odgłos otwieranych drzwi oraz pytanie:
- Kdo jste? A co tady děláš?
W drzwiach stał starszy mężczyzna w okularach o miłej aparycji. W jego aurze Iluna zauważyła coś niepokojącego. Coś w rodzaju skazy przypominającej zaklęcia jakie sama miała wytatuowane na duszy. Trwało to jednak tylko ułamek sekundy, gdyż pojawienie się mężczyzny wytrąciło Sorayę z równowagi i przywróciło normalny wzrok. Ponowne spojrzenie Ka zmysłem było ryzykowne i mogło zdradzić jej prawdziwą tożsamość.

Michael Crown
Pilot prywatnego odrzutowca należącego do Crown Technologie nie zdążył dobrze odpocząć, a już czekał go kolejny lot. Co prawda w hotelu powinien czekać rezerwowy pilot, ale okres noworoczny to czas urlopów i niestety nie było nikogo kto mógłby polecieć z Mermanisem do Irlandii. Znowu nieoceniony okazał się telefon Crowna i jego zasoby gotówki zgromadzone na osobistym koncie. Pilot zgodził się lecieć, ale był to najdroższy lot w życiu Michaela. Nie można było jednak narzekać. W całej sprawie liczył się czas i szybkość zdobywania informacji. Jeżeli wyprawa do Newgrange okaże się owocna nie będzie na co narzekać.
Lot do Dublina upłynął Mermanisowi na analizie dziennika profesora Sulivana. Spokojne przejrzenie jego notatek uświadomiło Crownowi, że stracili przydatnego pomocnika. Dziennik profesora mógł się jeszcze okazać przydatny. Okazało się, że uczony potrafił z dużą dokładnością wyznaczać pojawienia się skupisk energii Ka. Rozszyfrowanie notatek pochłonęło na tyle, że nawet nie zauważył gdy pilot uprzejmym lecz dość stanowczym tonem zakomunikował o lądowaniu w Dublinie.
Crown wynajął na lotnisku samochód i ruszył do oddalonego o czterdzieści minut drogi od stolicy, miasteczka Newgrange.
W drodze powracały obrazy z przeszłości. Podniecenie i niepewność, która towarzyszyła mu ponad osiemdziesiąt lat temu pojawiły się i teraz. Zarówno wtedy, jak i teraz Mermanis nie do końca wiedział co czeka go na miejscu. Feneks zapewniał ich wtedy, że rytuał który przeprowadzą otworzy mi szeroki wachlarz nowych możliwości. Z perspektywy czasu trudno było stwierdzić ile było w tym prawdy, a ile pobożnych życzeń. Ich mistrz i lider potrafił jednak przekonywać do swojego zdania innych. Jego doświadczenie i wiedza imponowały. Był przy tym spokojny i bardzo życzliwy innym. Jadąc ośnieżoną wąską drogą Crown zastanawiał się ile było w tym prawdziwej dobroci, a ile wyrachowani. Przecież bez obecności uczniów Feneks nie mógł wiele zdziałać. Wszystkie jego plany, zarówno te które snuł w Egipcie, jak i te w dwudziestowiecznym Londynie zakładały współpracę nefilimów różnych energii. Ciężko było więc jednoznacznie ocenić postać i postępowanie Feneksa. Między innymi dlatego tak ważne było odszukanie go i odkrycie prawdy o tym co się stało w Newgrange 21 grudnia 1922 roku.

Pierwszym przystankiem na drodze do starożytnego grobowca był domek w którym cała ich grupa zatrzymała się na kilka dni tuż przed przeprowadzeniem rytuału. To w nim dokonywali ostatnich przygotowań, obliczeń i ćwiczeń duchowych. Bardzo możliwe, że to tutaj właśnie Feneks ukrył ich wspólne Stasis.
Domek ów znajdował się niedaleko wioski Wood Farm, niecałe dwa kilometry od starożytnego grobowca. Crown bez problemu odnalazł drogę wśród pól. Gdy dojechał na polanę na której stał kiedyś mały drewniany dom wiedział już, że jest to raczej fałszywy trop.
Dom był kompletną ruiną. Sądząc po jego stanie, najwyraźniej spłonął kilka lat temu. Teraz ostały się po nim jedynie sterczące w niebo szkielety ścian nośnych. Mimo to Mermanis wysiadł z samochodu i ruszył przeszukać pogorzelisko.
Ledwo wysiadł z samochodu nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jest obserwowany.
Musiało to być jednak przewrażliwienie, gdyż wokół jak okiem sięgnąć nie było nikogo. Czyżby wydarzenia w Rzymie aż tak bardzo wstrząsnęły jego poczuciem bezpieczeństwa?
Możliwe, jednak Mermanis nie mógł pozbyć się uczucia, że tego feralnego grudniowego poranka było tak samo cicho i spokojnie.
Przeszukanie ruin zarówno w tradycyjny sposób, jak i za pomocą Ka zmysłu nie przyniosło żadnego rezultaty. Nic tutaj nie było.
Nie pozostawało nic innego jak ruszyć w stronę Newgrange.

Droga prowadziła Crowna szerokim łukiem w lewo. Na wyjściu z zakrętu milioner dojrzał monumentalną budowlę pokrytą śniegiem.
Dreszcz podniecenia przeszedł mu po karku. Wszystko wyglądało dokładnie jak tamtego dnia. Tak symetria i podobieństwo wręcz przerażały. Mermanis zatrzymał samochodu na parkingu i wykupił bilet na zwiedzanie grobowca.
Oprócz niego na przewodnika czekało jeszcze trzech innych mężczyzn. Sądząc po urodzie i języku jakim się posługiwali, pochodzili prawdopodobnie ze Skandynawii.
Przewodnik pojawił się po kilku minutach i po krótkim przywitaniu zaprosił grupę do zwiedzania.
Gdy Mermanis stanął przed wejściem do grobowca i ujrzał ogromny głaz pokryty prehistorycznymi płaskorzeźbami zamarł w miejscu.
Triskeliony pokrywające głaz nagle rozjarzyły się niczym grzałka elektrycznego piecyka. Z każdą sekundą ich blask był mocniejszy. Mermanis stał jak słup soli nie mogąc się poruszyć.
Coś lub ktoś blokował jego ruchy i dostęp do pradawnej budowli.
Czy to możliwe, żeby był to Feneks?
Moc jaka uwalniała się z głazu była potężna.
Crown czuł w uszach dziwny szum niczym trzaski roztrojonego radia.
- Proszę pan? Halo? - jakiś głos przebijał się z trudnością przez wzmagający się hałas - Wszystko w porządku? Halo? Co panu jest?

Jasny błysk poraził oczy Crown. Zaczął on nerwowo mrugać i zasłaniać dłońmi oczy, przed rażącym światłem.
- No w końcu - powiedział jakiś mężczyzna obok - Wrócił pan do nas. Już myślałem, że będziemy musieli pana zawiedź do Dublin.
Michael spojrzał na siedzącego obok niego mężczyznę w białym fartuchu.
- Gdzie ja jestem? - spytał słabym głosem.
- W moim gabinecie w Newgrange. Przewiózł pana Tom O’Sulivan, przewodnik. Ja nazywam się doktor Paul Ratkin. Bardzo się cieszę, że pan do nas wrócił.
 
__________________
"Lepiej w ciszy lojalności dochować...
Nigdy nie wiesz, gdzie czai się sztruks" Sokół

Ostatnio edytowane przez Takeda : 21-04-2011 o 07:46.
Takeda jest offline  
Stary 26-04-2011, 20:53   #6
Konto usunięte
 
Midnight's Avatar
 
Reputacja: 941 Midnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwu
Rozstanie z Michaelem niezbyt przypadło Ilunie do gustu. Miała nadzieję, że jednak razem uda się im wybrać do mieszkania Feneksa. Jednak Mermanis ich rozdzielenie postanowił przenieść na wyższy poziom. Miała nadzieję, że nie spotka go nic złego, zaś jego podróż okaże się owocna. Na coś podobnego liczyła względem swoich planów. Wątpiła by w pojedynkę dała radę Writh’owi czy któremuś z selenim. O ty, który nawiedzał ich wizje wolała na razie nie myśleć. Co za dużo to nie zdrowo.

Pierwsze kroki po przekroczeniu progu kamienicy uświadomiły jej, że to miejsce zostało w jakiś sposób uświęcone. Cisza i chłód jakie panowały w środku były znajome. Taka sama atmosfera panowała w starożytnych świątyniach, które miała okazję odwiedzać. Z umysłu kobiety zniknęły ostatnie wątpliwości. Ich mistrz musiał przebywać w tym miejscu, może nawet nie tak dawno temu. Może wciąż tu jest... Nadzieja była nikła, bardzo, bardzo nikła, jednak wystarczyła by jej stopy przyspieszyły.
Drzwi do mieszkania, w którym ostatnio przebywał Feneks zostały przyozdobione taśmą policyjną. Jej nadzieja na szybkie spotkanie z mistrzem rozwiała się równie nagle, co pojawiła. Nie mogła jednak odejść. Nie bez sprawdzenia czy nie zostawił dla nich jakiejś wskazówki mającej doprowadzić jego uczniów do połączenia się z ich przywódcą.
Na szczęście nie zmienił swych zwyczajów dzięki czemu dostanie się do środka nie nastręczyło zbyt wielu kłopotów. Z drugiej strony, to co zobaczyła po przekroczeniu progu mieszkania kazało jej przekląć owe szczęście. Może gdyby zamki stanowiły nieco większe wyzwanie... Kogo ona okłamywała... Nowinki techniczne nie powstrzymałyby selenim ani Różokrzyżowców, a już z całą pewnością nieznajomego z wizji.
Przywołanie widzenia Ka pozwoliło jej na dostrzeżenie śladów Feneksa upewniając ją, że ten faktycznie tu przebywał. Jednak określenie kiedy opuścił mieszkanie... Westchnęła zrezygnowana po czym odwróciła się by wyjść. Obraz, który zdobił niemal całą ścianę natychmiast skupił jej uwagę. Olejna podobizna Jim’a Morrisona nie pasowała jej do lubującego się w starociach mistrza. Na dodatek coś z nią było nie tak. Oczy ślepca wskazywały na to, że muzyk mógł być nephilimem... Mógł ale niekoniecznie musiał. Dlaczego jednak Feneks miałby ozdabiać swoje mieszkanie takim obrazem i dlaczego zmienił jego wygląd...
Głos mężczyzny wyrwał ją ze stanu skupienia przez co straciła zdolność widzenia Ka. Nie mogła powiedzieć by ją to uradowało. Zmiany w aurze nieznajomego były niepokojąco podobne do tych, które zdobiły jej własną. Kim zatem był nieznajomy? Strażnikiem czy czujka pozostawioną przez ich wrogów? Nephilimem czy kimś, kto ma wiedzę i moc pozwalającą na wyrycie słów na powierzchni aury?
- Przepraszam, nie zrozumiałam - odpowiedziała, przywołując na usta najbardziej przyjazny uśmiech na jaki było ją stać. - Szukam pana Majcherika.
- Pros�-m, vypadni, protože zavolám policii. - odparł mężczyzn.
Ostatnie słowa Soraya zrozumiała bez potrzeby konsultacji z tłumaczem. To ostatnie słowo równało się kłopoty.
Księżyc świadkiem, że chciała sytuację rozwiązać pokojowo. Najwyraźniej jednak mężczyzna ani myślał pozwolić jej zrobić to, do czego miała pełne prawo. Ludzie... Mimo wszystko nie chciała robić mu krzywdy... zbyt dużej krzywdy. Powrót do widzenia Ka nie zajął jej wiele czasu. Znalezienie potrzebnego zaklęcia - również. Kula oślepiającego, srebrnego światła pojawiła się między jej dłońmi, lecz tylko na chwilę. Jej cel stał nieruchomo więc wymierzenie i posłanie jej w nieznajomego nie sprawiło Ilunie większego kłopotu. Osuwający się na ziemię, oślepiony człowiek przestał zaprzątać jej myśli, które powróciły do obrazu. Podeszła bliżej by dokładnie się mu przyjrzeć korzystając z widzenia Ka. Znalezienie nie pasującego elementu zajęło chwilę. Słowa nie pasowały do powszechnie znanego dzieła. JA JSEM DVERE...
Gdy Iluna zajmowała się oglądaniem obrazu, oślepiony mężczyzna podniósł się niezdarnie i zaczął iść na oślep w stronę drzwi przewracając przy tym z hukiem krzesło.
Hałas ponownie pozbawił ją koncentracji potrzebnej do zachowania magicznego zmysłu. Ślepiec nieporadnie próbował dostać się do drzwi. Takie działanie było jej nieco nie na rękę. Ruszyła szybkim krokiem w tą samą co on stronę. Jeżeli by się jej nie udało dotrzeć do nich przed Czechem, zawsze pod ręką było całe mnóstwo przedmiotów, które mogą przez przypadek i całkiem niechcący spaść biedakowi na głowę. Udało się, co nie znaczyło, że na wszelki wypadek nie postarała się by człowieczyna po raz kolejny nie spróbował swego szczęścia. Krzesło, które wcześniej Czechowi kłopoty sprawiło, po raz kolejny stanęło przeciwko niemu. Na szczęście nie był to model ciężki, więc staruszek powinien przeżyć. Na przyszłość zaś będzie miał nauczkę, że nie wtyka się nosa w nie swoje sprawy.
Najwyraźniej jednak nie tylko ona nie lubiła gdy ktoś wtykał nos w jej sprawy. Zaklęcie alarmu wyryte w jego aurze jasno świadczyło o tym, że gdy ona stała nad ciałem nieprzytomnego mężczyzny, ktoś tam zaczynał działać. Nadzieja na to, że tym kimś jest Feneks mogła się w tym wypadku okazać zgubna. Nie było więc czasu na zbędne rozmyślania. Ponownie podeszła do obrazu. Zagadka słów na nim wypisanych nie dawała jej spokoju. Problem polegał na tym, że to Michael, a nie ona, był dobry w zagadkach. Że też musiał wpaść na ten absurdalny pomysł z wyjazdem. To jednak było typowe dla Mermanisa. Podjąć decyzję i działać.
Po około pięciu minutach poddała się. Nie zadziałało dotykanie, traktowanie nożem, przesuwanie, wypowiadanie owych słów na głos, zdjęcie go, sprawdzenie ściany, sprawdzenie co jest na odwrocie płótna... Dłuższe pozostawanie w mieszkaniu było zbyt niebezpieczne. Czując, że jest blisko, że wystarczy wyciągnąć rękę i odpowiedź się pojawi, z westchnieniem zawodu zabrała się za oddzielanie płótna od drewnianej blejtramy. Może pozostali będą mieli jakiś pomysł, a może uda się jej przetłumaczyć słowa zapisane na obrazie. Przydałby się dostęp do internetu... Po raz kolejny przeklęła w duchu Mermanisa i jego brak przy jej boku.
Nim zdecydowała się opuścić mieszkanie uznała że nie zaszkodzi sprawdzić ściany. Kto wie, ktoś tak lubujący starocie jak ich mistrz mógł wpaść na pomysł ukrycia jakiegoś przejścia za obrazem. Skoro już tu była mogła się upewnić czy nie ma racji. To w końcu nie mogło zająć dłużej niż dwie minuty, a taka ilość czasu nie powinna stanowić problemu. Jak się okazało przeczucie jej nie myliło. Za tą ścianą zostało coś ukryte... Za, lub w niej - poprawiła się. Najprostrzym zaś sposobem było pozbycie się tego co broniło dostępu. Ciężki świecznik z impetem uderzył w gładką ścinę. Niestety... Albo Iluna nie była dość silna albo ściana nie miała zamiaru tak łatwo się poddać. Czas uciekał, a hałas mógł kogoś zaalarmować. Odrzucając przedmiot służący jej za młotek, chwyciła zwinięte w rulon malowidło po czym wyszła z mieszkania zamykając za sobą drzwi.

Na klatce panowała cisza. Już miała ruszyć w drogę powrotną gdy po raz kolejny zmieniła zdanie i miast skierować się w stronę schodów, skręciła w bok by stanąć przed wejściem do mieszkania sąsiadującego z tym, w którym mieszkał Feneks. Oparła rulon o ściane po czym nacisnęła przycisk. Dźwięk dzwonka zabrzmiał nieprzyjemnie głośno w świątynnej ciszy.
Po chwili w drzwiach stanęła młoda kobieta o długich blond włosach i spojrzała lekko zdziwiona na Sorayę.
- W czym mogę pomóc? - zapytała w swym ojczystym języku, którego Iluna zaczynała mieć dość.
- Mówi pani po angielsku? - zapytała dając kobiecie szansę.
- Troszkę - odpowiedziała nieznajoma z wyraźnym czeskim akcentem. - Słucham?
- Pani mieszkanie sąsiaduje z tym, w którym mieszkał mój znajomy... Nie mogę co prawda wyjaśnić dlaczego ale muszę zobaczyć ścianę, która je dzieli. Czy mogę? - zapytała grzecznie.
- Pani znałą profesora Mejcherika? - zdziwiła się kobieta - Miły staruszek. Pani jest jego studentką? - zapytała kobieta, jakby nie słyszała dziwnego pytania o ścianę. A może po prostu nie zrozumiała.
- Właściwie nie ale można rzec iż znamy się od wieków - oznajmiła nieco się niecierpliwiąc. - Naprawdę muszę zobaczyć tą ścianę, a nie mogę zwlekać zbyt długo.
- Skoro to takie ważne to zapraszam - powiedziała kobieta.
Sor nagrodziła Czeszkę uprzejmym uśmiechem za którym skryła zawód. Co się z nią działo? Miała ochotę ujrzeć na twarzy dziewczyny strach, śmiertelne przerażenie. Chciała móc się delektować jej trwogą. Usłyszeć krzyk...
Zepchnęła niepokojące myśli na bok. Ściana nie sprostała jej wymaganiom. Zatem musieli tu wrócić zaopatrzeni w odpowiedni sprzęt by rozbić ścianę. Wolałaby sama się tym zając by później zdecydować czy i ile zdradzić reszcie.
Pożegnawszy się z kobietą i odczekawszy aż ta zamknie drzwi, sięgnęła po komórkę by wybrać numer Nathana. Na wyświetlaczu mrugała ikonka sms’u jednak kobieta ją zignorowała.
- Jak wam idzie? - zapytała tonem swobodnej pogawędki gdy Ananta odebrał telefon..


Po zakończonej rozmowie skierowała swe kroki w stronę schodów. Chciała zobaczyć ową kaplicę i podobną ochotę wyczuła w głosie Ananta. Nie zdążyła jednak zejścć niżej niż do połowy klatki schodowej gdy na dole rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. Przystanęła nie będąc pewna czy oznacza to zagrożenie dla niej czy mieszkańca kamienicy wracającego do domu. Na wszelki wypadek uznała, że lepiej będzie się wycofać. Wróciła więc na górę i oparła się o balustradę przywołując zdolność widzenia Ka. Jeżeli osoba, która weszła do kamienicy okaże się zwykłym człowiekiem to nie będzie problemu. Jeżeli nie... Miła nadzieję, że jednak pierwsza opcja okaże się prawdziwą.
 
__________________
[B]poza tym minął już jakiś czas, odkąd ludzie wierzyli w Diabła na tyle mocno, by mu zaprzedawać dusze[/B]
Midnight jest offline  
Stary 27-04-2011, 14:00   #7
 
Koinu's Avatar
 
Reputacja: 1860 Koinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłośćKoinu ma wspaniałą przyszłość
Kaplica czaszek... czemu akurat tutaj musiało znajdować się siedlisko Członków Czarnego Księżyca? Czemu akurat w miejscu tak dużego skupiska energii powietrza? Nie tylko po energii emanującej od mężczyzny, ale już i po samym wyglądzie i zapachu można było wyczuć w nim Selenim.
- Czarny księżyc - odpowiedział męski głos z boku - Czym mogę służyć moim braciom? - zapytał.
Dźwięk głosu mężczyzny sprawił, że Nathanowi zjeżyły się włosy na karku. Spojrzał na bladą twarz nieznajomego.
- W niczym szczególnym - odpowiedział spokojnie.
- To po jaki chuj tu węszycie? - warknął przez zęby - Wypierdalać pókim dobry.- Satoriego początkowo zdziwiła nagła zmiana tonu mężczyzny, po chwili przypomniał sobie, że w końcu ma do czynienia ze splugawionym nephilimem księżyca, więc czemu się tu dziwić?
- Chcieliśmy się tylko rozejrzeć - stwierdził Ananta, rozglądając się po pomieszczeniu.
Mężczyzna spojrzała na nich pytającym wzrokiem.
- Masz mnie za idiotę? - warknął - Wypierdalać, ale już powiedziałem. I żebym was tu więcej nie widział, bo już nie będę tak sympatyczny. - zasyczał obnażają zęby, które na sekundę przemieniły się w długie kły. Po chwili na twarzy mężczyzny zagościł błogi i niewinny uśmiech. Wyciągniętą ręką bez słowa wskazał drzwi.
Toru kiwnął porozumiewawczo głową do Nathana.
-Nic tu po nas...- rzucił i ruszył w stronę wyjścia starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów wewnątrz. Starał się też być ostrożnym. Selenim są nieobliczalni i trzeba na nich uważać.
Nathan ruszył za swoim towarzyszem, czując, że powinni tu wrócić kiedy indziej.
- Co teraz? - zapytał Nathan.
Satori zamyślił się.
-Cholera! To byłoby idealne miejsce do stworzenia Stasis, ale nie powinniśmy narażać się temu typkowi. Może bylibyśmy w stanie odwrócić w pewien sposób jego uwagę? Tylko nie wiadomo, czy nie ma ich tam więcej.
Toru poczuł wibracje komórki, odebrał sms'a.
-Hmm... wydaje mi się, że mogę pomóc Mermanisowi. Nathan, chodźmy stąd. Teraz i tak nic tu nie osiągniemy. Odejdźmy w jakieś bezpieczne miejsce, muszę użyć czaru. - powiedział szeptem. Ruszyli w drogę powrotną. Na obrzeżach miasteczka Toru stanął za jakimś budynkiem.
-Nathanie, bądź tak miły i stój na straży podczas gdy ja pobawię się w translatora.- uśmiechnął się, nałożył okulary i wszedł w tryb widzenia Ka. Jego oczy zalała biel. Spojrzał na wypalone na aurze zaklęcie, zrobił co trzeba i po chwili rozczytał to co znajdowało się w sms'ie. Natychmiast wysłał wiadomość z tłumaczeniem do Mermanisa:

“Zagadkowe i bardzo niepokojące gromadzenie się energii. Wygląda to na kolejne duże skupisko magicznej esencji. Myślę, że porównywalne do tego jakie ma miejsce w Rzymie. Przypuszczalnie tam także się coś wydarzy. Trzeba sprawdzić i dowiedzieć się o tym miejscu jak najwięcej.”

Korzystając z okazji kiedy był pod wpływem czaru przyjrzał się nowemu zaklęciu, które niedawno pojawiło się na jego aurze. Niestety zaklęcie ukryte na aurze było zapisane w sposób, który nie powiedział mu nic o jego przeznaczeniu.

Straż najwidoczniej nie była potrzebna, nie było nikogo w pobilżu kilkudziesięciu metrów. Nathan ciągle zastanawiał się nad tym, jak niepostrzeżenie pomyszkować w Kaplicy. A co jeśli wysłałby kogoś innego na zwiady? Kogoś, kogo nie da się wykryć? Podzielił się swoim pomysłem z Japończykiem, pytając go o zdanie.
Japończyk zaklął pod nosem z powodu niepowodzenia próby rozczytania czaru.
Spojrzał na Nathana ze zdziwieniem.
-A kogóż takiego moglibyśmy tam wysłać?
Zdziwienie Satoriego zostało spotęgowane faktem, że na aurze Nathana również widniało takie samo zaklęcie. Chłopak skoczył na Francuza kładąc mu rękę na ramię.
-Zauważyłeś? To coś również pojawiło się na twojej aurze!
Nathan przywołał swój magiczny zmysł i przyjrzał się własnej aurze. Zaklęcie, o którym mówił Toru rzeczywiście tam było.
- To rzeczywiście dziwne... powinniśmy znaleźć na ten temat więcej informacji. Jakoś... A na razie wracamy? - czuł, że coś go ciągnie do kaplicy, ale wolał nie ryzykować spotkania z Selenim, przynajmniej na razie.
Satori odetchnął z ulgą.
-Już myślałem, że się uprzesz. Wracajmy. Z całą pewnością trzeba tu jeszcze będzie wrócić.- uśmiechnął się i zdjął okulary.
- Może powinniśmy skontaktować się z naszą wiedźmą i dowiedzieć się, jak jej idzie? Może ona będzie wiedziała coś więcej na temat tego tajemniczego zaklęcia.
-Jasne, to dobra myśl. - odpowiedział Japończyk i ruszył wolnym krokiem przed siebie. Delektował się delikatnym wiatrem smagającym jego twarz, co jakiś czas bardziej skupiał się na tym co mówił Nathan do Illuny, aby następnie znów powrócić do własnych refleksji.
 
Koinu jest offline  
Stary 08-05-2011, 16:05   #8
 
Delta's Avatar
 
Reputacja: 65 Delta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znany
IRLANDIA, GABINET DOKTORA RATKINA

- W gabinecie w Newgrange… - Mermanis powtórzył bezmyślnie za lekarzem, przez kilka długich sekund mając problemy z przypomnieniem sobie gdzie się znajduje i dlaczego. Dopiero obraz magicznej grzałki, który wypalił mu się pod czaszką i wspomnienie potężnej energii, przywróciły mu świadomość, sprawiając że zaklął i potarł skronie obolałej głowy. Miał wrażenie jakby został przepompowany mocą na wskroś po wizycie w grobowcu i nie było to przyjemne uczucie. Jeżeli było to jedno z zabezpieczających zaklęć Feneksa to ich dawny mentor z pewnością się postarał, żeby nikt z nefilimów nie wszedł do środka.
- Doktorze Ratkin… - Mermanis usiadł na łóżku i potrząsnął głową, próbując pozbyć się dezorientacji. – Co się właściwie stało? Zemdlałem?
- Zemdła pan. Przewodnik pana przywiózł. Był pan nieprzytomny przez ponad kwadrans. Już miałem pana zawieść do szpitala. Na szczęście po podaniu soli odzyskał pan przytomność. Jest pan na coś chory. Leczy się pan przewlekle. Jeżeli pan chce mogę wykonać podstawowe badania.
- Nie, nie, dziękuję. To pewnie przez tą podróż, miałem długi lot samolotem i niewiele spałem - mruknął Mermanis, opierając nogi na podłodze i wstając ostrożnie z łóżka. Wyczerpanie dało o sobie znać, sprawiając że zakręciło mu się w głowie, ale udało mu się utrzymać równowagę, podpierając się o najbliższy mebel.
- Można stąd złapać jakąś taksówkę? Mój samochód został pewnie pod grobowcem – zapytał po chwili zakłopotany.
- Proponowałbym, aby pan został tutaj kilka godzin. Może się pan przespać w moim gabinecie. W takim stanie jazda samochodem byłaby bardzo ryzykowna.
Mermanis milczał przez chwilę, kalkulując coś w głowie. W końcu uśmiechnął się kwaśno i przysiadł z powrotem na łóżku.
- Może ma pan trochę racji, doktorze. Ale podziękuję za gościnę. Wezwę taksówkę i udam się do najbliższego hotelu, może odpoczynek to nie będzie taki zły pomysł– odparł, szukając telefonu. Gdy tylko uporał się z tym fantem i podał firmie taksówkarskiej adres doktora, spojrzał ponownie na mężczyznę, przyglądając mu się przez chwilę.
- Jak dobrze zna pan te okolice, doktorze? – zapytał niespodziewanie. - Długo pan tu mieszka?
- To moje rodzinne miasto. - Doktor się uśmiechnął. - Mieszkam tu od urodzenia. Co prawda z kilku letnią przerwą na studia i praktykę. A dlaczego pan pyta?
- Pytam bo zastanawiałem się czy może by mi pan nie pomógł w czymś. Kojarzy pan może okolicę Wood Farm? Stał tam kiedyś domek letniskowy, który teraz zupełnie spłonął. Nie wie pan może co się stało?
- Chodzi panu za pewne o ten samotny domek koło pola Lincolna. Przez długie lata był nie zamieszkany i chyba spłonął od pioruna jakiś czas temu. To ciekawe, że pan o niego pyta. Dla wielu to miejsce jest przeklęte. Zwłaszcza ci starsi omijają je szerokim łukiem. Jak powiadają tam straszy - uśmiechnął się mężczyzna.
- Moi dziadkowie darzą to miejsce sentymentem. Mieszkali tam przez pewien czas dawno temu, przed wojną jeszcze – odparł Mermanis, odwzajemniając jego uśmiech. Na wzmiankę o nawiedzeniu zaśmiał się cicho, chociaż z zaciekawieniem. – Straszy, naprawdę? Ma pan na myśli duchy, takie jak w klasycznych horrorach? Jakieś opowieści o tym miejscu krążą?
- Podobno słychać tam różne glosy nocą i takie tam. To jednak tylko miejscowe legendy. To pan też pochodzi skąd? Ciekawe nie ma akcentu?
- Bo wychowałem się w Anglii, gdzie przenieśli się moi rodzice. Ale często przyjeżdżałem w te okolice, bo nigdzie chyba nie jest tak zielono i nie ma takich pięknych widoków – odparł Mermanis przyjaźnie. – Stąd też moja wizyta w samym grobowcu. Wiele o nim słyszałem, chociaż… chociaż jak widać na dobre mi to nie wyszło.
- Rozumiem i w pełni się z panem zgadzam. Studiowałem w Londynie, ale wolę mieszkać i pracować tutaj. Tutaj człowiek wie, że żyje. Nie to co w wielkim mieście. Przy najmniej ja tak ma. A co do grobowca... No cóż to miejsce fascynuje wielu. Jest starsze niż Stonehage i przyciąga wielu dziwnych ludzi. Odpocznie pan i będzie wszystko w porządku. A gdyby coś się jeszcze działo to zalecam badania.
Mermanis zmarszczył brwi pytająco.
- Dziwnych ludzi? Jakich dziwnych ludzi może przyciągać grobowiec?
- No wie pan hipisów, newageowców, pseudomagów, hiromantów i całe to tałatajstwo. A i oczywiście wyznawców UFO. Zimą jest w miarę spokojnie, ale latem... Tragedia. Na szczęście Newgrange nie jest tak populrne jak Stonehage.
- A ostatnio był tam ktoś taki? Bo jak ja tam byłem to szczęśliwie na nikogo się nie natknąłem. Poza przewodnikiem naturalnie, za co mu powinienem podziękować – dodał Mermanis, śmiejąc się cicho.
- Musi pan zapytać przewodnika, bo ja się tym aż tak bardzo nie interesuje. Choć mogę założyć w ciemno, że codziennie jest tam jakiś świr.
- Nie, aż tak mnie to nie ciekawi. – Mermanis pokiwał głową, opierając się wygodniej i nie napraszając się już doktorowi. Teraz pozostało mu tylko czekać na taksówkę, która zawiezie go po jego samochód (wbrew temu co powiedział lekarzowi) i jedna sprawa, której zapomniał zrobić w samolocie. W czasie gdy Ratkin krzątał się po swoim gabinecie, Mermanis wyciągnął ponownie telefon oraz dziennik profesora Sullivana, przepisując następnie do środka zdanie w obcym języku, którego nie udało mu się rozcyfrować. Po tym rozesłał je sms’em do Iluny, Satoriego i Ananty, dodając zapytanie czy ktoś z nich potrafi to odczytać.

***

Odpowiedź na sms’a przyszła razem z telefonem od taksówkarza, że już czeka na Michaela na zewnątrz. Milioner podziękował lekarzowi za jego pomoc, wyszedł na zewnątrz i wsiadł do samochodu, podając kierowcy nazwę feralnego grobowca przy którym zostawił swój samochód.
Taksówkarz był młodym Irlandczykiem, o krótko przyciętych kruczoczarnych włosach i wciąż nie zagojonym siniaku pod prawym okiem. Nie przeszkadzało mu to jednak w gorącym przywitaniu Michaela i zapewnieniu go, że znajdą się na czas tam gdziekolwiek chce się znaleźć. Jednak tacy właśnie byli Irlandczycy, pełni temperamentu, pasji i uporu, który sprawiał, że dobrze było mieć ich za przyjaciół i niebezpiecznie za wrogów. Minęło ponad półtora tysiąca lat i nic się w tej materii nie zmieniło, za co Mermanis skrycie dziękował. Zawsze miał słabość do rejonów dawnej Brytanii i akurat w tej materii nie kłamał doktorowi Ratkinowi.

Wiadomość od Satoriego niosła ze sobą tłumaczenie, co okazało się wyjątkowo cenną informacją.

“Zagadkowe i bardzo niepokojące gromadzenie się energii. Wygląda to na kolejne duże skupisko magicznej esencji. Myślę, że porównywalne do tego jakie ma miejsce w Rzymie. Przypuszczalnie tam także się coś wydarzy. Trzeba sprawdzić i dowiedzieć się o tym miejscu jak najwięcej.”

Czego Feneks szukał na Łysej Górze? Do tej pory Mermanis założył, że wizyty we wszystkich pozostałych skupiskach mocy miały na celu przekierowanie ich energii do Rzymu, ale najwyraźniej Plac Świętego Piotra nie był jedynym miejscem, w którym miało się coś wydarzyć. A to oznacza, że powinni jak najprędzej się tam udać, jeżeli chcieli rozwiązać poczynania ich dawnego mentora. A wizyta w Łysej Górze… Mermanis swoim zwyczajem zaczął szperać po Internecie, szukając czegoś na temat tego miejsca poza faktem, że leży w Polsce. W pierwszej chwili załamał się, widząc dziesiątki wyświetleń z których każde odnosiło się do innego szczytu i wzniesienia, jednak już najbliższe z brzegu hasło rozwiało jego wątpliwości. Sanktuarium na Świętym Krzyżu wyglądało na pewnik, biorąc pod uwagę wagę tego miejsca i obecność świętych relikwii, rzekomo z drzewa krzyża na którym umarł Chrystus. Znalazł więc odpowiedź na pytanie „gdzie?”. Pozostało jeszcze pytanie „kiedy?”, przy którym prawdopodobnie będzie musiał się nieco więcej nagimnastykować.
Nim dotarli do grobowca, Mermanis poprosił taksówkarza żeby zatrzymał się przy najbliższym sklepie, w którym następnie kupił niewielki notatnik, ostry nóż i foliową torebkę, hermetycznie zamykaną. Korzystając z faktu, że nie musi prowadzić, rozsiadł się na tylnym siedzeniu taksówki i otworzył notatnik oraz stronę NASA, metodycznie zaczynając przenosić na niego wszelkie potrzebne informacje i zaznaczając potencjalne ułożenia gwiazd i planet, które mogłyby pomóc mu rozszyfrować tą zagadkę. Było pewne, że jeżeli Feneks nie uzależnił rytuału od ich obecności w tamtym miejscu to uzależnił go od konkretnej daty, tak jak zrobił to z zaćmieniem słońca. A jeżeli tak, to Mermanis miał szansę dowiedzieć się od jakiej i zamierzał dołożyć do tego wszelkich starań.




IRLANDIA, LOUGH RAMOR

Po tym jak taksówkarz dowiózł Mermanisa do grobowca w Newgrange, milioner zapłacił mu wymaganą kwotę i przesiadł się w swój samochód. Nauczony bolesnym doświadczeniem, tym razem nie zamierzał się zbliżać do symetrycznej budowli na bliżej niż kilkadziesiąt metrów, przynajmniej do czasu aż odkryje jak obejść tą barierę. Jednak wszelkie eksperymenty wymagały zabezpieczenia w postaci Stasis, nie mówiąc już o tym, że do czasu odnalezienia Feneksa wolał nie opuszczać tego simulacrum – majątek, którym dysponował w ciele Crowna był zaletą nie do obalenia i wolał jej nie stracić z powodu jakiejś głupiej zachcianki. Właśnie dlatego jak tylko odzyskał swój samochód, przyjechał tutaj, w miejsce w którym wielokrotnie bywał za czasów jednego ze swoich wcześniejszych wcieleń i gdzie najczęściej występowało energetyczne skupisko Ka Wody.


Jezioro Ramor niewiele się zmieniło przez te 1500 lat. Mermanis zatrzymał samochód na przydrożnym parkingu, oddalonym o kilkaset metrów od wody i resztę drogi pokonał na piechotę. Gdy dotarł na brzeg, zatrzymał się i zamknął oczy, pozwalając sobie na chwilę błogiego wytchnienia; jezioro niosło ze sobą delikatną mgiełkę, zimną i orzeźwiającą, która momentalnie zaczęła osadzać się na jego skórze, włosach i ubraniu; cichy szum fal obmywających trawiasty brzeg brzmiał dla niego jak najlepszy Bach dla koneserów muzyki klasycznej, rozluźniając go i uspokajając. Niemal czuł na ciele pulsowanie upajającej energii, gdzieś tam w oddali, gdzieś gdzie sięgały wspomnienia…

- Jesteśmy już tuż tuż! Trzymaj się!
Głowa ciążyła mu niemiłosiernie, opadając na poparzoną pierś wbrew jego woli. Czuł podtrzymujące ramię kobiety pod swoją ręką, ramię które ratowało go od przewrócenia się na ziemię, ale z każdym kolejnym krokiem opierał się na nim coraz bardziej, nie mając siły postawić następnego.
- To za tym wzgórzem! Czujesz to? Jesteśmy już prawie na miejscu!
Postrzępione i zwęglone skrawki jedwabnej koszuli przyciągały jego wzrok, sprawiając że wpatrywał się w nie w bezmyślnym otępieniu; spod nadpalonej szaty wyglądały liczne rany, czarne i spękane od ognia, który je dosięgnął, kontrastujące kolorem z jasnymi kropelkami szkarłatu, które kapały mu z nosa na trawę. Setki podobnych już stracił po drodze, znacząc ich trasę czerwoną ścieżką, która teraz nie miała już jednak znaczenia.
- Nimue… - Jakimś cudem udało mu się wydobyć z siebie głos, ochrypły i brzmiący jak przerdzewiały kołowrót. Spróbował odchrząknąć, czując metaliczny posmak w ustach, ale zamiast tego rozkaszlał się gwałtownie, gdy nagła próba zaczerpnięcia powietrza, skończyła się ostrym ukłuciem w rozdartym od pazurów boku. Boże Najświętszy, kiedy ostatnio dał się tak poharatać..?
- Nic nie mów! Jeszcze tylko kawałek! Niech to zaraza weźmie, GDZIE TO JEST?! Było przy brzegu!
- Zmysł… Mogę spróbować…
- Nie! – Głos kobiety, chociaż nosił znamiona paniki, zabrzmiał twardo w jego uszach. – Żadnych zaklęć, Mermanisie! Już za dużo ich rzuciłeś, następne zabiją ci simulacrę! A nie po to targam cię przez połowę Brytanii, żebyś mi teraz…
Czarne plamy przesłoniły mu pole widzenia, zalewając fascynujący widok szkarłatu i obezwładniając jego myśli jeszcze bardziej. Głos kobiety zaczął brzmieć jak z głębi studni, oddalając się coraz bardziej, aż wreszcie poczuł jak uścisk kobiety słabnie pod jego ramieniem. A może to po prostu on zaczął się osuwać na ziemię?
Do głosu Nimue dołączył jakiś przestraszony męski głos, jednak nie potrafił się skupić na wypowiadanych słowach. Niespodziewanie poczuł w pobliżu uderzenie energii i na krótką chwilę czerń rozstąpiła się na boki, ukazując stojące nieopodal dwie sylwetki. Postać kobiety falowała jak żywa, półprzezroczysta od wody, która ją tworzyła, z krystalicznymi włosami poruszającymi się na nieistniejącym wietrze. Rozpoznał zaklęcie od razu, ale prosty rybak, który klęczał przed nią, najwyraźniej nie miał tyle szczęścia, sądząc po strachu wypisanym na twarzy.
- Twoja łódź. Teraz.
- Mère de Dieu, Dame du Lac…
Obie postacie zamgliły mu się przed oczami i po chwili otchłań znów go pochłonęła, wrzucając w środek ciemności. Jak przez zasłonę poczuł, że ktoś znowu go łapie pod ramię i zaczyna ciągnąć po mokrej ziemi…


Mermanis otworzył oczy i wciągnął powoli powietrze, uśmiechając się mimowolnie i obrzucając spojrzeniem powierzchnię jeziora. W 500 roku nie pływały po niej żadne żaglówki, ani kajaki, a na drugim brzegu nie majaczyły zarysy budynków i hoteli, ale poza tym sama otoczka jeziora została zachowana. Gęste tataraki ciasno porastały przybrzeżne obszary oraz pojedyncze wyspy, do spółki z wysokimi, rozłożystymi drzewami, które rzucały długie cienie na wodną toń. Mermanis przywołał zmysł Ka i gdy oczy zaszkliły mu się bielą, a świat zmienił swoje kolory, przyjrzał się jezioru raz jeszcze. Teraz wyraźnie widział energetyczne pasma Ka, które ciągnęły się nad taflą wody, krzyżując w okolicy centrum jeziora, niewidoczne dla niewprawnych oczu. Nefilim przyglądał się im przez kilka sekund, po czym zamrugał i rozwiał zaklęcie, wracając spojrzeniem na rzeczywistego świata.
Tysiąc pięćset lat i niektóre rzeczy nadal się nie zmieniły.
Wciąż potrzebował łódki.

***

Objechanie jeziora i dostanie się do najbliższego hotelu oferującego turystykę wodną, zajęło mu nieco ponad godzinę. Potem wystarczyło już tylko sypnąć pieniędzmi, a po kwadransie czekała na niego przy brzegu lśniąca żaglówka, zaopatrzona w kilka ręczników oraz przenośną lodówkę, zawierającą parę przekąsek i sześciopak. Bez zwłoki wsiadł na pokład, schował oba notatniki i komórkę do hermetycznej torebki i zaczął przygotowywać łódź do drogi.

Jak tylko wypłynął na głębszą wodę, a chłodny wietrzyk zaczął napędzać żagle i targać mu włosy, poczuł że wreszcie żyje. Od tak dawna mu tego brakowało… Odkąd rozpoczął się nowy rok nic tylko uciekali, rozwiązywali zagadki i ścigali Feneksa. Dopiero teraz, płynąc spokojnie po jeziorze, jak za czasów kiedy jeszcze nie odzyskał pełnej świadomości, poczuł jak bardzo do tej pory był spięty i zmęczony. Jego radość prędko wyszła na powierzchnię, przejawiając się cichym nuceniem, które poniosło się po pokładzie.
Od czasu do czasu przywoływał magiczny zmysł, żeby upewnić się że porusza się we właściwym kierunku, ale nawet i bez niego trafiłby do skupiska energii prędzej czy później. Po kwadransie znalazł się na środku jeziora i obecna tu moc, która emanowała gdzieś spod tafli wody, utwierdziła go, że dotarł na miejsce. Gdy zaczęły przez niego przepływać strugi orzeźwiającej Ka, westchnął z zadowoleniem i ulgą, jak narkoman, który właśnie otrzymał swoją wyczekiwaną działkę, przymykając oczy i odchylając lekko głowę. Czuł jak jego wyczerpane ciało, które ucierpiało po wizycie w grobowcu, zaczyna się regenerować, mięśnie zaczynają się rozluźniać, a umysł przejaśniać. Po kilku sekundach otworzył oczy i pogwizdując wesoło zrzucił kotwicę, następnie otwierając przenośną lodówkę i wyciągając ze środka jedną z przygotowanych przez hotelową obsługę kanapek, konserwę z mięsem i puszkę Guinnessa Draught. Tak zaopatrzony usiadł przy burcie, wyciągając nogi i opierając ręce pod głową, w spokoju zaczynając planować przebieg rytuału oraz delektując się posiłkiem, bliskością jeziora i regenerującym działaniem Plexusa Ka Wody.

Gdy skończył się posilać i poczuł, że lecznicze działanie energii zrobiło swoje, a po zmęczeniu nie ma ani śladu, zgniótł puste puszki po piwie i po konserwie, wrzucając je do worka na śmieci, do spółki z papierkiem po kanapce. Podniósł się z pokładu i przeciągnął leniwie, z zadowoleniem stwierdzając, że czuje się jak nowonarodzony. A to znaczyło, że wreszcie mógł się zabrać za to po co tu przyszedł.
Rozebrał się do bielizny i schował ubranie do schowka, zostawiając sobie jedynie ochronną bransoletę od Luphinery na przedramieniu i biorąc w dłoń zakupiony nóż. Wyrwał jedną z kartek notatnika i zapisał na niej „Nurkuję, nie przeszkadzać”, zostawiając ją gdzieś na widoku na wypadek, gdyby ktoś pofatygował się w okolicę, zaciekawiony pustą żaglówką. Dopiero wtedy podszedł do burty, rozglądając się przez chwilę po jeziorze i chcąc się upewnić, że nikt mu nie będzie przeszkadzał, po czym przywołał zmysł Ka i odczytał ze swojej aury formułę zaklęcia Morskiego Oddechu. Jak tylko poczuł, że magia zaczyna działać, zanurkował.


Cisza panująca pod powierzchnią wody otuliła go czułym objęciem, pozbywając zmartwień i oczyszczając myśli jeszcze skuteczniej niż bryza na brzegu. W dziwnym połączeniu euforii i pełnego spokoju, dopłynął aż do samego dna jeziora, zwinnie się obracając przy końcu i opadając na nogi, na miękkie podłoże. Nie mogąc się pozbyć uśmiechu ze swoich ust, rozejrzał się po okolicy, szukając najbardziej odpowiedniego miejsca na przeprowadzenie rytuału. Jak tylko odnalazł lokację położoną najbliżej źródła Plexusa, odgrodzoną z jednej strony niewielką formacją skalną, podpłynął w tamto miejsce i przysiadł na ziemi, krzyżując nogi. Zdjął z przedramienia bransoletę, umieszczając ją przed sobą i blokując pomiędzy dwoma kamieniami, a następnie ponownie przywołując magiczny zmysł. Przygotował potrzebne zaklęcia, na wypadek nieoczekiwanej wizyty mężczyzny z wizji, po czym przymknął na chwilę oczy. Gdy je otworzył, jego spojrzenie, pozbawione teraz tęczówek, wbiło się w ochronny przedmiot, skupiając na nim całą swoją uwagę. Uspokoił bicie serca, obniżając jego tempo do minimum i koncentrując się tak długo na bransolecie, aż poza nią nie widział nic więcej.
Wtedy wypowiedział pierwszą formułę i rozpoczął rytuał.

***

Gdy w kilka godzin później wynurzył się obok swojej łodzi, słońce powoli chyliło się już ku zachodowi. Milioner odgarnął wilgotne włosy z oczu i podciągnął się na pokład, kładąc się na nim na plecach i przez chwilę odpoczywając z zamkniętymi oczami, pozwalając by energia Plexusa uzupełniła jego braki. Dopiero po chwili podniósł się na nogi i wytarł ręcznikiem, otwierając sobie kolejne piwo i doprowadzając się do porządku. Do północy miał jeszcze trochę czasu, więc nigdzie nie musiał się spieszyć... Oparł się o burtę i otworzył ponownie swój notatnik oraz stronę NASA, wznawiając swoje poszukiwania i obliczenia. Jeżeli wróci na ląd o 21:00, to powinien mieć aż nadto czasu, żeby zwrócić łódź, przygotować zaklęcia na spotkanie z duchami i udać się do nawiedzonego domostwa.
 
__________________
"I would say that was the cavalry, but I've never seen a line of horses crash into the battle field from outer space before."
Delta jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:02.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169