Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 16-04-2011, 14:32   #1
Konto usunięte
 
Midnight's Avatar
 
Reputacja: 941 Midnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwuMidnight jest godny podziwu
Skarb Czarnobrodego


Noc swym całunem otuliła port Saint Meri. Nieliczne światła, które starały się jej przeciwstawić, pochodziły z latarni wiatrem huśtanych oraz tawern, które nigdy snu nie zaznawały. Samotny marynarz, zbyt trzeźwy by paść bez czucia pod ścianą jakiejś chałupy, jednocześnie zbyt pijany by baczyć na własne słowa, nucił pod nosem zakazaną pieśń.

Czarnobrody nasz Kapitan był,
A zwał się Edward Teach.
W szesnastym roku do nas przyszedł, by
Z diabłem i z nami pić.

Potężna postać, dziki wzrok,
Hiszpanom śmiał się w twarz,
Rabował statki. Nim minął rok,
Dziesiąty pryz był już nasz.


Wiatr porywał zwrotki i niósł je w dal, wprost w chciwe uszy tych, którzy ani tak pijani nie byli by wspominać pirata, ani tak głupi. Mknęła więc melodia, wędrując od ucha do ucha, by wreszcie dotrzeć do tych właściwych. Mężczyzna uśmiechnął się, poprawił skarb trzymany w rękach po czym ruszył dalej w swoją drogę nucąc słowa, które nieśmiertelnym uczynić miały jego martwego kapitana.

Gdy wbiegał po trapie w dali słychać było szczekanie psów i liczne okrzyki, które niczym biesy piekielne goniły jego śladami.
- Ruszać dupska! Wypływamy! - Gniewnie zakrzyknął widząc kilku kamratów w najlepsze kośćmi rzucających. - Brian, do stu diabłów! Ogłuchłeś gdym rozkazy wydawał?! - warknął do jednego z nich, po czym zadowolony z rychłego ich tyłków ruszenia, skierował się w stronę drzwi do kajut prowadzących. Nim jednak za nimi zniknęła jego osoba, padł kolejny rozkaz. - Wołać mi tu zaraz Earla!



Jim “Pchła” Evade

Tak się akurat złożyło, że rozkaz padł gdy Jim znajdował się w pobliżu. Nie żeby było to coś dziwnego. Chłopak to bowiem miał do siebie, że w pobliżu był zawsze czy się chciało, czy też nie. Słuchać jednak potrafił i mimo że szczyl jeszcze, to rozkazy wykonywał zawsze, podobnie jak teraz, szczególnie że wiedział gdzie medyk obecnie przebywa.


Marco di Modrone

Wcześniej tego samego wieczoru odbyła się rozmowa między kapitanem, a Marco, tak więc di Mordone nie potrzebował dodatkowych rozkazów. Gdy Samuel wkroczył na statek, taszcząc w rękach sporych rozmiarów, owinięty w czarne płótno balast, florentczyk wydał stosowne rozkazy sternikowi.


Peter "Earl"

- Wejdź Peter i zamknij za sobą drzwi, do diabła - kapitan zdecydowanie był w gniewnym humorze.
Kajuta, którą zajmował Bellamy była obszerna i bogato zdobiona. Masywne biurko, idealnie uporządkowane, zajmowało większą jej cześć. Na prawo od wejścia stała skrzynia, z której zazwyczaj wyjmowano bandery. Obok niej druga, w której kapitan trzymał mapy. Na ścianie nad nimi wisiał olejny obraz przedstawiający statek na wzburzonym morzu. Samuel zawsze twierdził, iż był on darem od Czarnobrodego, a bryg na nim uwieczniony miał ponoć być jego ukochaną Rozkoszą.
Cześć pomieszczenia odgrodzono ciężką, atłasową zasłoną. Za nią znajdowało się łoże, którego zalety pod niebiosa wychwalały dziewki, które kapitan zapraszał od czasu do czasu w swoje progi. Głos Bellamego dobiegał właśnie z tamtej strony.
- Mam nadzieję żeś zabrał swoją torbę - zasłona poruszyła się ukazując fragment osławionego mebla oraz wstającego z niego mężczyznę. - Będzie ci potrzebna, a nie mam tyle czasu by czekać aż po nią pobiegniesz.
- Oberwałeś? - spytał Peter. - Kula, czy nóż?
Torbę miał, bo gdy kapitan wracał z lądu, różnie się zdarzało. I sonda była już w użyciu, i nici niekiedy. A czasami inne specyfiki.
- Czy ja ci wyglądam na rannego? - nie czekając na odpowiedź odsunął nieco bardziej zasłonę ukazując oczom medyka młodą, prawie nagą dziewczynę, siedzącą sztywno na brzegu łóżka. - Zajmij się nią, tylko bądź ostrożny. Zostań tu dopóki nie wrócę i nikogo poza mną nie wpuszczaj.
- Zawsze jestem ostrożny - Peter skomentował wypowiedź kapitana.
W chwilę później drzwi się zamknęły za właścicielem kajuty.



Ponownie ujrzano go na pokładzie w chwili gdy odcinano cumy, a zza budynków portowych wypadła zgraja żołnierzy w czerwień i biel odzianych.
- Szybciej! - ponaglił i sam do odpychania brygu się zabrał, a gdy jasnym się stało, że nie zdążą na czas się oddalić, wyciągnął zza pasa pistolet i niemal bez celowania wystrzelił. - Dodatkowy kubek grogu dla każdego jeśli się stąd cali wyrwiemy! - zakrzyknął, po czym potężnym głosem śpiewać zaczął:



The king and his men
stole the queen from her bed
and bound her in her Bones.
The seas be ours
and by the powers
where we will well roam.




Wkrótce za jego przykładem zarówno kolejne huki wystrzałów jak i głosy poszły. Na Rozkoszy tchórzów nie było.

Yo, ho, haul together,
hoist the colors high.
Heave ho, thieves and beggars,
never shall we die.


Walka rozgorzała na dobre. Co prawda wśród żołnierzy ani szczególnie odważnych, ani nawet tych głupich nie było, więc na to by kordelasy w ruch wprawić szansa się nie znalazła, jednak dym wystrzałów mgłą zasnuł zarówno prawą burtę jak i stanowiska wroga. Wkrótce też czerwono-białe mundury zaczęły się wycofywać. Taka walka sensu nie miała szczególnie gdy pod uwagę się wzięło to, że bryg wprawną dłonią kierowany z każdą chwilą odległość dzieląca go od przystani, zwiększał. Teraz pozostawało liczyć na wiatr, który im sprzyjał oraz na brak wyszkolenia kanonierów gubernatora, którzy co prawda wciąż znaku o sobie nie dali, jednak długo na nich czekać nie trzeba było.
 
__________________
[B]poza tym minął już jakiś czas, odkąd ludzie wierzyli w Diabła na tyle mocno, by mu zaprzedawać dusze[/B]

Ostatnio edytowane przez Midnight : 16-04-2011 o 15:02.
Midnight jest offline  
Stary 16-04-2011, 15:42   #2
 
Agape's Avatar
 
Reputacja: 1445 Agape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumny
Rozkosz Oceanu przybiła do Saint Mari. Jakoś nie specjalnie był z tego powodu szczęśliwy. Zszedł na ląd wraz z resztą załogi, mieli kilka dni dla siebie. Nazywał się Jim, miał 16 lat i był niezwykle urodziwym chłopcem. Na świat patrzył dużymi ciemno brązowymi oczami które zdawały się śmiać przez cały czas, delikatną twarz otaczały niesforne brązowe włosy teraz przykryte czerwoną bandaną. Nosił białą szeroką marynarską koszulę, i bufiaste marynarskie spodnie których nogawki chowały się w skórzanych butach z cholewką do pół łydki. Za pas służyła mu błękitna szarfa której końce luźno zwisały u jego prawego boku sięgając niemal do kolana. Stroju dopełniał wetknięty za szarfę pistolet i kord.





Znał tu każdą dziurę, każdego bezdomnego psa i każde drzewo. Innymi słowy nie było już nic do odkrywania. Jak pomyślał że jeszcze kilka miesięcy temu skakał z drzewa na drzewo wyobrażając sobie że ucieka przed lwem robiło mu się głupio. Ot tamtej pory na wyspie nic się nie zmieniło a jednocześnie wszystko było inne, mniej ciekawe. „To ja się zmieniam”- pomyślał. Tawerna "Pod złamanym masztem" też wyglądała jak zwykle, nawet stary Sam siedział przed wejściem i bełkotliwym głosem żebrał na grog. Już dawno powinien skończyć w rynsztoku zapity na śmierć a jednak uporczywie trzymał się życia. Rzucił mu monetę i poszedł do domu. Maleńka chatka stała samotnie przygarbiona brzemieniem lat niczym stara kobieta. Nie było nikogo. „ Gdzież ona się podziewa? Powinna już dawno być w domu.” Siadł na progu przywołując w pamięci obraz matki. Pamiętał ją doskonale. Ogorzała Hiszpanka w średnim wieku, z zastygłym na twarzy wyrazem cierpienia i rezygnacji który pogłębiał się tylko na jego widok. Nie był pewien czy kocha tę kobietę czy chce znowu ją zobaczyć, mimo to czekał.
Nadeszła wreszcie a właściwie przyczłapała powłócząc nogami, postarzała się bardzo. Była chyba jedynym co zmieniło się od jego wyjazdu. Zgarbiła się, schudła i wynędzniała, nawet jej włosy nie były już tak czarne jak niegdyś, teraz było na nich widać wcale nie małe pasma siwizny. Podniosła oczy w których zabłysła nie ukrywana pogarda. Weszli do środka.

- Po co wracasz? Wyrzucili cię z burdelu?- zasyczała wściekle. Aż mu mowę odjęło.
-No co tak oczy wytrzeszczasz? Myślisz że stara matka nic nie wie?... Wiem, wiem o wszystkim co wyprawiasz, w mieście aż huczy od gadania jak to na Tortudze chętnie wszystkim dajesz!- mówiła coraz głośniej by wrzasnąć na koniec. Był w szoku, stał dalej oniemiały i dopiero zamach który wzięła matka by go uderzyć pobudził go do działania. Zręcznie złapał ją za nadgarstek i powstrzymał.
- Nic nie wiesz.- wycedził przez zęby- O niczym nie masz pojęcia.- ścisnął mocniej a ona jęknęła. Była słaba o wiele słabsza niż pamiętał.
- Dalej u niego pracujesz?- spytał z wyrzutem puszczając jej dłoń.
-Nie twój interes.
-A więc miałem rację.- skrzywił się z niesmakiem- Zrozum, ten karaluch w peruce cię wykończy. Rzuć tę pracę.- prosił już znacznie łagodniej.
- Nic nie rozumiesz. Nie mogę odejść… od niego się nie odchodzi.
-Zatem ja pójdę do niego i mu wygarnę. Nie pozwolę tak traktować mojej matki!
-Pomieszało ci się we łbie ot co.
- powiedziała z jakąś czułością w głosie. Chyba była dumna z tego że jej dziecko chce o nią walczyć.- Nie martw się mną, takie jest życie.
-Nie zostawię cię na zmarnowanie.
- wcisnął jej w dłoń sakiewkę- Wystarczy na powrót do Hiszpanii.
Jej oczy zwilgotniały, zanosiło się na rodzinne pojednanie. Uśmiechnął się rozłożył ręce by ją przytulić a ona… walnęła go w twarz.
-Wiedziałam! Wiedziałam że się sprzedajesz!- słyszał jej wrzaski nawet kiedy już zatrzasnął drzwi i biegł w głąb wyspy. „Też mi się zebrało, po co ja się nią przejmuję.”

***
-Jim? Jim to naprawdę ty?!- Chris wyglądał jakby zobaczył ducha a reszta chłopaków wcale nie lepiej.
-Pewnie że ja.- odpowiedział niepewnie, nie spodziewał się takiej reakcji.
-Pchła! Ty żyjesz!- zawsze wylewny Terence rzucił się na niego i uściskał z całej siły.
-Co to ma znaczyć? Oczywiście że żyję!
- Pijak Sam nam powiedział… że pożarła cię olbrzymia kałamarnica.- Wyjaśnił Terence ze wstydem.- Nie powinniśmy byli mu wierzyć, powiedziałby wszystko byle dostać kilka monet.
- Kałamarnica owszem była. Cielsko wielkie jak cały nasz okręt, macki grube i długie niczym maszty a oko, oko miała tak olbrzymie że…- i tak zaczął pełną gestykulacji opowieść o tym jak kałamarnica zaatakowała Rozkosz Oceanu i jak to on osobiście ją przepłoszył strzelając z pistoletu w jej olbrzymie oko. – Sam kapitan Bellamy powiedział do mnie: „Jim nie wiem co byśmy zrobili bez ciebie”.
Potem cała kompania udała się do gospody "Pod Złamanym Masztem" gdzie przy kuflu piwa Jim kontynuował swoje opowieści. Zachwyceni chłopcy wysłuchiwali się w każde jego słowo kiedy opowiadał o potyczce z angielskim lordem na dowód której pokazał bliznę na dłoni, jak zapewniał od cięcia szpadą. W karczmie było też kilku członków załogi Rozkoszy Oceanu którzy znali nieco inną wersję wydarzeń. Żaden z nich nie pamiętał angielskiego lorda, za to przypominali sobie jak Jimowi pewnego dnia omsknął się nóż przy patroszeniu ryby. Nie zająknęli się jednak na ten temat ani słowem, każdy marynarz wie że morskie opowieści mają swoje prawa.
Jim snuł swoje opowieści i pławił się w zachwycie kolegów jeszcze przez cztery dni. Do domu wracając tylko na noc. Potem serdecznie żegnany, posłuszny kapitańskim rozkazom wrócił na pokład.

***

Właśnie ćwiczył celowanie z pistoletu w wyimaginowanego gubernatora, robiąc przy tym jak najgroźniejszą minę godną prawdziwego wilka morskiego, kiedy usłyszał kapitana.
-Ajaj kapitanie!- zasalutował sprężyście i pognał po medyka tak szybko że o mało butów nie pogubił.
Po chwili spokoju kapitan znowu zaszczycił ich swoją obecnością, ba sam pomógł odbijać od brzegu. Szybko stało się jasne co też sprowokowało go do tak niezwykłego zachowania.
- Gińcie podłe sługi gubernatora!- zakrzyknął Jim gdy tylko zobaczył żołnierzy. Miał okazję wypróbować zastraszanie bronią które przed chwilą ćwiczył. Wyjął pistolet wykrzywił twarz i zamarł w tej pozie na chwilę. Po czym oddał strzał. Kula zrobiła dziurę w nabrzeżu dobrych kilka metrów od żołnierzy ale Jim nie dał nic po sobie poznać, wręcz przeciwnie niczym paw kroczył przez pokład, można by pomyśleć że sam przegnał wszystkich napastników.
 

Ostatnio edytowane przez Agape : 16-04-2011 o 15:56.
Agape jest offline  
Stary 16-04-2011, 21:14   #3
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 75992 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Trzy dni przed odpłynięciem

- Niech cię diabli wezmą, Earl! - Rudowłosy żeglarz walnął pięścią w poznaczony licznymi szczerbami stół. - Chybaś z szatanem pakt zawarł. Znowu wygrałeś... - Splunął na podłogę, a potem przesunął w stronę Petera stosik monet.
- Oszukuje, sukinsyn! - warknął kompan rudzielca, zrywając się z miejsca. On swoje złoto stracił turę wcześniej.
Bywalcy “Ostatniej kropli” natychmiast ucichli. Spłukany marynarz powiedział o dwa słowa za dużo. Każdy, kto choćby słyszał o Peterze zwanym z racji swego stroju i manier “Księciem” wiedział, że niektórych rzeczy nie puszcza płazem.
- Co ty sobie myślisz? - Żeglarz nie zwrócił uwagi na nagłą zmianę atmosfery. Ani na to, że niektórzy zaczęli profilaktycznie odsuwać się na boki. Earl nigdy nie chybiał, ale obcy przybłęda to była pewna niewiadoma. A nikt nie chciał oberwać niepotrzebnie kulą.
- Sądzisz, że na mnie robi wrażenie twój fircykowaty wygląd i wielkopańskie maniery? - żeglarz coraz bardziej się nakręcał. - Ty i te twoje koroneczki... Pewnie chłopców wolisz, lalusiu.
Niektórych rzeczy nie należy mówić, nawet po kilkunastu kieliszkach. Jeszcze pijaczek nie zdążył zamknąć ust po wypowiedzeniu ostatniego słowa gdy ołowiana kula zamknęła mu je na wieki.
Peter ze spokojem nabił ponownie pistolet i zgarnął wygrane złoto i srebro do sakiewki, rzuciwszy wcześniej kilka monet właścicielowi tawerny jako rekompensatę za straty. Nie przejmując się trupem opuścił “Kroplę”. Miał ważniejsze sprawy na głowie. A może raczej należałoby powiedzieć - pilniejsze i ciekawsze. Nigdy nie należy spóźniać się na spotkanie z kobietą, a na niego ktoś właśnie czekał.


Wieczór, dzień przed odpłynięciem

- Co jest, skipper? - Peter zagadnął kapitana, który z ponurą miną obserwował niezbyt szczęśliwe miny członków załogi wracających na pokład. Dwóch czy trzech wróciło na taczkach, których właściciele domagali się zapłaty za usługę. Ale to już był problem bosmana. - Odpływamy nagle, że wszystkich ściągasz?
Samuel skinął głową.
- Jak wszystko pójdzie po mojej myśli. Załoga ma być gotowa do wypłynięcia przez całą noc. Ty też...
- Nie wszystkie jeszcze zapasy dotarły. - Peter postanowił zwrócić uwagę Samuela na ten drobny szczegół. - Ale załoga raczej wróciła. Z wyjątkiem Toma Barleya, ale chłopcy ze “Złamanego masztu” już go szukają. Tak przynajmniej mówił Rahl.
- W takim razie ruszymy z niepełną ładownią. Zaś co do Barleya to ma czas do mego powrotu. Jak nie zdąży, jego strata.
- Za godziną będziemy gotowi do odbicia od brzegu. Jakieś... ciekawsze dyspozycje? - spytał Peter.
- Broń trzymać w pogotowiu i ani kropli czegoś mocniejszego niż woda. Chcę was mieć w pełni sił i gotowych na ewentualne... wypadki - dodał ciszej.
Peter skinął głową.
Pogotowie bojowe. W załodze Rozkoszy wszyscy wiedzieli, co robić w takiej sytuacji. A najnowsze nabytki? Był pewien, że stare wygi udzielą im odpowiednich nauk.
Gdy tylko kapitan znalazł się na nabrzeżu Peter przywołał obu O’Donnellów.

Wieczór, dzień bieżący

Wezwanie od kapitana zastało Petera na czyszczeniu prywatnych zasobów różnorakiej broni. Niby wszystko było często przeglądane, konserwowane, ale w rzeczywistości morskie powietrze niezbyt służyło metalowi. Peter dość wiele razy widział skutki strzelania z takiego nadżartego rdzą garłacza by mieć ochotę stać się ofiarą własnego niedbalstwa.
Były jednak ważniejsze sprawy, niż zajmowanie się urządzeniami do zabijania. Do takich należało między innymi, przekazane przez Jima, wezwanie. Peter zabrał, na wszelki wypadek, swoją torbę. Zdarzało się nieraz, że kapitan, po powrocie z lądu, miał nie tylko do omówienia sprawy zawodowe...

Ledwo kapitan wyszedł Peter zamknął drzwi na skobel, a potem sprawdził, czy zasłonka w okienku w drzwiach jest zasunięta. Żeglarze byli nader ciekawskim ludkiem (a Jim znajdował się w ścisłej czołówce owych poszukiwaczy informacji) i bardzo mało rzeczy można było uchować przed nimi w sekrecie. Dopiero gdy Earl upewnił się, że bez jego wiedzy nawet szczur się nie wślizgnie do kapitańskiej kajuty, przeszedł do sypialnianej części kabiny.
Dziewczyna, a raczej młoda kobieta, siedziała dokładnie tak samo, jak przed chwilą. Nawet się nie poruszyła, jakby zamieniła się w kawałek drewna.
- Peter, Earlem zwany. Witam na pokładzie Rozkoszy Oceanu - powiedział. - Pierwszy oficer tego brygu.
- Nelly - odpowiedziała tak cicho, że ledwo mógł zrozumieć.
- Jestem również medykiem. - Otworzył torbę i postawił ją na niewielkiej nocnej szafce. - Muszę zobaczyć, co ci się stało.
Robota, jaką zlecił mu Samuel, była dość kłopotliwa do zrealizowania. Medyk na pokładzie pirackiego jakby nie było brygu nie miał do czynienia z kobietami. Medykamenty były raczej... przeznaczone dla mężczyzn.
- Mam się położyć? - zapytała równie cicho.
- A co ucierpiało prócz twarzy?
Pochyliła niżej głowę po czym wyszeptała:
- Plecy...
- W takim razie twarz zostawimy na później. Połóż się, proszę. - Wskazał kapitańskie łoże.
Usłuchała jednak dopiero po dłuższej chwili. Zaciskając dłonie w pięści uniosła się z posłania po czym ostrożnie odwróciła ukazując liczne, wciąż krwawiące ślady na górnej połowie pleców, oraz ich fragmenty tuż nad szarym materiałem włosienicy. Na nietkniętym fragmencie skóry, w miejscach które nie brudziła krew, widniały cienkie, czarne linie.
- Poczekaj chwilkę. - Peter fachowym okiem ocenił obrażenia. I ból, jaki musiały sprawiać.
Z kapitańskiej szafki wyciągnął pucharek, napełnił go w jednej czwartej winem, a potem wlał część zawartości niewielkiej fiolki. Wszystko starannie zamieszał.
- Wypij, proszę.
Powoli odwróciła się do niego i chwyciła podany kubek w obie dłonie po czym chciwie przyłożyła do ust. Wypiła wszystko do ostatniej kropli po czym bez słowa oddała naczynie.
W tej chwili statek dość gwałtownie się przechylił. Dziewczyna, nie spodziewająca się czegoś takiego, poleciała do przodu, prosto na Petera.
Kubek upadł na podłogę gdy jej dłonie oparły się na piersi Petera. Odzyskanie równowagi nie zajęło jej jednak wiele czasu. Po chwili stała ponownie przy łóżku, możliwie daleko od mężczyzny.
- Nic sobie nie zrobiłaś? - spytał Peter. Musiałby być ślepy, by podczas całego zdarzenia nie ujrzeć więcej, niż zwykle kobiety pokazują obcym mężczyznom, ale nie zamierzał tego komentować.
W odpowiedzi pokręciła przecząco głową.
- Obróć się, proszę - powiedział. - Trochę zaboli, ale napój powinien podziałać.
Posłuchała, ponownie stając twarzą w stronę łóżka.
- Bydlę! - mruknął, z bliska oglądając obrażenia. - Nie chcę cię martwić, ale mogą pozostać ślady - powiedział. - Mocno boli? - Lekko dotknął miejsca, w którym bat pozostawił szczególnie wyraźny ślad.
- Nie... - odparła aczkolwiek jej słowom przeczyło mocniejsze zaciśnięcie pięści oraz drgnięcie ciała.
- Biustu, brzucha nikt nie tknął, prawda? - upewnił się Peter. - Będziesz się mogła później położyć na brzuchu?
- Nie... Tak... - odpowiedziała. - Samuel musi ci ufać - było to pierwsze zdanie nie będące odpowiedzią na jego słowa.
- Mam nadzieję. - Peter uśmiechnął się. - Myślisz o sobie? - spytał, rozsmarowując pierwszą porcję dość niemile pachnącej maści.
Skinęła głową na potwierdzenie, jednak się nie odezwała.
Kolejna porcja, potem następna.
- Szkoda, że nie jesteśmy u mnie, ale Samuel będzie musiał to przeżyć.
Wypowiedź dotyczyła dalszego ciągu działań, bowiem Peter przykrył posmarowaną część pleców płótnem, a potem pociął część wyciągniętego z szafki prześcieradła na długie pasy.
- Musisz mi troszkę pomóc - powiedział. - Przytrzymaj, proszę. - Podał jej jeden koniec takiego pasa. - Przerobimy cię na mumię.
Jej jedyną widoczną reakcją było posłuszne przytrzymanie podanego materiału.
Chociaż pomoc Nelly była minimalna to wystarczyła, by zabandażować górną część dziewczyny.
- Teraz ciąg dalszy - uprzedzil Peter.
Opatrywanie pleców półnagiej kobiety to jedno, rozbieranie jej do goła, to drugie. No i jeszcze coś, co śmiało można by uznać za obmacywanie. Tego by mu jeszcze brakowało, żeby z krzykiem uciekła.
- Nie zrobię tego z zamkniętymi oczami - dodał.
- Wiem - odparła cicho i spokojnie, przy czym jej dłonie powędrowały do sznura podtrzymującego włosienicę. Obluzowany pozwolił tkaninie opaść na deski kajuty.
Marnotrawstwo, pomyślał Peter, obserwując poznaczone śladami bicza pośladki, stworzone bardziej do pieszczot, niż uderzeń batem czy rózgą.
Nabrał na palce kolejną porcję mazi i zaczął ją rozprowadzać po najbardziej poszkodowanych rejonach.
W tym przypadku szarpi, bandaży, trzeba było mniej, więc przy opatrywaniu pomoc Nelly potrzebna nie była. Pozostały do zrobienia jeszcze dwie rzeczy.
- Ubierz to, proszę. - Peter wyciągnął z szafy jedną z wyjściowych koszul Samuela. - Nie powiem, że będzie idealna, ale zawsze lepsze to, niż nic.
- Dobrze - odparła, odbierając od niego koszulę i zakładając ją na siebie.
W tym czasie Peter przyrządził kolejną porcję mikstury.
- Jeszcze tylko drobiazg z twoją buzią - powiedział. - Zapiecze troszkę.
Gdyby była marynarzem, tym czymś polałby jej plecy. Ten płyn zdecydowanie nie był taki łagodny, chociaż wspaniale chronił rany przed zakażeniem.
Cierpliwie nadstawiła buźkę, krzywiąc się nieco, gdy specyfik stykał się z ranami.

- Ostatni łyk i idziesz spać - powiedział Peter, ścierając z dłoni resztki mazideł. - Będę przy tobie, gdybyś się obudziła.
- Nie - tym razem jej potulność gdzieś uleciała. - Poczekam na Sam’a.
Peter nie zamierzał się kłócić.
- Jak sobie życzysz. - Nie sądził, by Nelly oparła się działaniu tej dawki mikstury, którą poprzednio wypiła. - Ale połóż się.
Przez chwilę w widoczny sposób z sobą walczyła, po czym zrezygnowana usłuchała polecenia. Peter pomógł jej się położyć, by niepotrzebnie nie musiała nadwyrężać sił, przy okazji mając sposobność poobserwowania zgrabnych łydek, po czym przykrył ją kocem.
- Jakieś specjalne życzenia? - spytał.
- Jedno - odpowiedziała po chwili. - W dolnej, prawej szufladzie biurka znajduje się skrzynka. Mógłbyś mi ją podać?
Co prawda szperanie po cudzych szafkach nie należało do typowych, wykonywanych przez Petera zajęć, ale w tym przypadku...
Szuflada nie była zamknięta, po dwóch minutach dość pokaźna skrzynka znalazła się w dłoniach Nelly.


- Dziękuję - Cień uśmiechu pojawił się na jej twarzy gdy przygarnęła ją do siebie, jednak nie otworzyła.
Peter nie skomentował zachowania swej pacjentki. Usiadł wygodnie na fotelu Samuela, pozornie wpatrując się w leżącą kobietę, w rzeczywistości usiłując z dobiegających zewsząd odgłosów kanonady domyślić się, jaki obrót przybiega próba wydostania się z portu.
Powinien być tam, na zewnątrz, a nie tkwić tutaj. Skoro jednak Samuel sobie życzył... Powierzył mu swój skarb...
- Od dawna znasz Samuela? - spytał.
- Od piętnastu lat - odpowiedziała.
Peter dokonał szybkich obliczeń. Panienka miałaby wtedy jakieś sześć-osiem latek. Takie dzieci raczej nie powinny mieć znajomości z ludźmi z kręgu związanego z Edwardem Teachem.
-To dużo dłużej, niż ja - powiedział. - Musi cię lubić. - Uśmiechnął się. Dla byle kogo Samuel nie wywoływałby takiej awantury, odcinając się na wieki od jednego z nielicznych, w pełni przyjaznych portów.
- To coś więcej - oznajmiła, chwilę później podrywając gwałtownie głowę na odgłos huku i mocnego szarpnięcia statkiem. - Patałachy... - prychnęła.
- Leż proszę! - W tonie Petera było wszystko, ale nie prośba i Nelly, choć z gniewnym błyskiem w oczach, położyła się z powrotem.
- Lepiej nie narzekaj. Poza tym mają za mało okazji do trenowania - mówił dalej Peter - gdyż Regbing oszczędza na wydatkach.
- Szukając przy okazji innego zarobku. - Skrzywiła się jakby rany na nowo zaczęły jej mocniej dokuczać.
- Powiadają, że jego dni są policzone. - Peter był ciekaw, czy to rany, czy nazwisko gubernatora było powodem takiego a nie innego wyrazu twarzy. - Ponoć, tak mówi się w niektórych kręgach, bardzo, bardzo po cichu, ma jakiś plan.
- Miał plan - poprawiła go. - Jednak się z nim przeliczył - dodała nieco sennie.
Czyżby liczył na ślub z bogatą dziedziczką? Z tobą? W takim razie stosował ciekawe metody perswazji.
Ale leżąca na łóżku dziewczyna nie wyglądała na posiadaczkę fortuny. Wpakowała się w coś przypadkiem? Chyba że te kreski na plecach miały z tym coś wspólnego.
- Jesteś pewna? On bywa uparty - stwierdził. - Powiadają, że dla paru dublonów czy luidorów sprzedałby własną matkę. Łatwo nie zrezygnuje.
- Samuel sobie z nim poradzi - mruknęła. - To jego obowiązek, a poza tym ma w tym własny cel...
Samuel porwał niedoszłą pannę młodą? Coraz ciekawiej.
- Całkiem jakbyś była... - Nie dokończył. Nazwanie kogoś chodzącą skarbonką mogło zostać źle zrozumiane, nawet jeśli był to żart. - Jesteś celem, czy obowiązkiem? - spytał.
- Obowiązkiem prowadzącym do celu - wypowiedziane słowa lekko się zlewały. Powieki dziewczyny na coraz częściej opadały. Widać jednak było, że stara się walczyć z ogarniającą ja sennością.
Statek drgnął w nieco inny niż do tej pory sposób. Towarzyszył temu trzask łamanego drewna. Peter zrobił ruch, jakby chciał wstać, ale jednak pozostał na swoim miejscu.
- Na koniec im się udało - oznajmiła nieco przytomniejąc. - Sam będzie wściekły. Jak chcesz to idź.
- Tu jest wygodnie. I miłe towarzystwo - odparł Peter. - A Samuel wie, gdzie mnie znaleźć. W razie czego się zjawi.
Jakby w odpowiedzi na jego słowa drzwi kajuty zatrzęsły się od mocnych uderzeń pięścią, którym towarzyszył poddenerwowany głos kapitana.
- Peter otwórz te cholerne drzwi...
 
Kerm jest offline  
Stary 17-04-2011, 00:07   #4
 
Ajas's Avatar
 
Reputacja: 187 Ajas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie coś
Dwa dni wcześniej.

Statek stał już w porcie kilka dni, lecz John nie zszedł jeszcze na ląd. W zwyczaju miał pierwej o działa i samą łajbę zadbać, dopiero potem w karczmie się upijać. A robota była, bo działa zakonserwować trza było, obeznać się ile kul oraz prochu zostało no i sprawdzić jak tam prywatne zapasy rumu i tytoniu. Działa jak zawsze wymagały porządnego czyszczenia, na tym też Johnowi minęły ostatnie dni. Jego podkomendni dostali dwa dni wolnego, coby się młodzi zabawić w mieście mogli, tak więc John pod pokładem był sam. Popijając rumu z butli nucił pod nosem jedną z pirackich pieśni.

Na statku bunt, nad nami mew zawieja!
Od wczoraj za dublonów złotych garść.
Dwóch niegodziwców ciężko zwisa z rei!
Za mało że czterech to w sam raz...

Iceburg był w dobrym humorze, za jakieś dwa dni skończy prace i będzie mógł zejść na brzeg zabawić się w karczmach. Podrapał się po głowie skrytej pod bandaną, po czym zagłębił swe potężne ramię głębiej w lufę działa. Kropelki potu spływały po jego potężnym odsłoniętym torsie, a broda dygotała rytmicznie od śpiewów pirata.

Popołudnie dnia bieżącego

Gruby Jonh miał akurat przerwę, sprawdził już wszystkie działa, dwa było trzeba jeszcze przeczyścić. Zasiadł na jednej ze skrzyń w ładowni, zębami odkorkowując butelkę rumu. Pociągnął z niej zdrowo a krople trunku spłynęły po jego bujnej brodzie na potężną pierś. Wreszcie mógł sobie chwilę odpocząć, “Ryży” i “Smoła” jak nazywał dwójkę swoich podkomendnych mieli przydzieloną robotę, wręcz żyć nie umierać. Iceburg oparł się o drewno podnosząc aktualnie czytaną książkę z ziemi. Poślinił palec przewracając strony i popijając rum zatopił się w lekturze.
- Lepiej byś zrobił odkładając ta butelkę. - gniewny głos kapitana przerwał owe ciekawe zajęcie. Bellamy zdecydowanie w humorze dziś nie był skoro butelki rumu się czepiał.
John zatrzymał naczynie w połowie drogi do ust, unosząc wzrok znad książki na kapitana.
- Kapitan zaszczycił nas na niższym pokładzie? Nie spodziewałem się, inaczej bym posprzątał. - zarechotał Gruby John odkładając książkę, a zakorkowaną już butlę wsuwając za pasek. - Co się dzieje Kapitanie, odpływamy, czy któryś z chłopców coś przeskrobał? - zapytał Iceburg powstając ze skrzynki.
- Odpływamy jednak nie teraz jeszcze. Sprawę mam do załatwienia po której gorąco się tu zrobi i na długo nas niektórzy zapamiętają. Po Eleanor idę... Przygotuj działa na wieczór.
- Po Nelly?! -zdziwił się działowy. - Kopę lat dzieciaka nie widziałem.- mówiąc to przejechał ręką po swym obfitym zaroście. - Coś czuje, że będzie gorąco, działa będą gotowe, tego Kapitan może być pewny. Ale co to się porobiło, że Eleanora do nas wraca, o ile można wiedzieć Kapitanie.
- Wszystkiego się dowiesz jak już bezpiecznie będzie. Starego kamrata w niewiedzy trzymać nie będę, szczególnie na historię naszą zważywszy. Póki co rozkaz padł by rumu nie tykać i być w gotowości. Tyczy się wszystkich John - dodał, wymownym wzrokiem na butelkę spoglądając.
- Jak rozumiem zakaz dotyczy również piwa i innych trunków? - zapytał zmarnowanym głosem John.
- Wody się napić możesz jak cię suszyć będzie.
- Ehhh i wszystkie plany się poszły chędożyć. - mruknął John który aż się wzdrygnął na myśl o wodzie.- No ale jak takie rozkazy to co zrobić. Przynajmniej palić można. -dodał pocieszająco do samego siebie wzrokiem spoglądając na swoją skrytkę z tytoniem. - Jeszcze jakieś rozkazy?
- Jak coś jeszcze będzie to wierz mi, dowiesz się i ty. Earl ma zadbać o wszystko - oznajmiła po czym odwrócił się i ruszył w stronę stopni na pokład prowadzących.
John poczekał, aż kapitan odejdzie poza zasięg głosu i odsuwając kilka skrzyń wrzasnął.
- Smoła ho no mi tu!
Po niespełna kilku chwilach przy Śmierdzącym Johnie stał czarnoskóry chłopak w wieku lat dwudziestu. Na rękach miał swoje robocze rękawice, w milczeniu oczekiwał rozkazów.
- Słuchaj no ty mnie Smoła. – powiedział John grzebiąc w swej skrytce z tytoniem.- Rumu dziś nie pijemy, więc mi nie ma po co na ląd schodzić. Ale ty coś dla mnie zrobisz. – brodaty działowy począł zwijać sobie skręta, które po chwili odpalił. Zaciągnął się wypuszczając dym przez nos. – Leć no do miasta i kup mi kilka butli grogu. – powiedziawszy to rzucił chłopakowi parę monet. – Bo dnia jutrzejszego to ja pić mam zamiar.
Smoła odbiegł pospiesznie w stronę klapy prowadzącej na górny pokład, a Gruby John założył swe grube rękawice. Skoro szykowało się gorące pożegnanie, było trzeba porządnie przygotować armaty.



Wieczór dzień bieżący


Gdy powietrze przeszyły odgłosy strzałów John jak zawsze był pod pokładem, tęsknie spoglądając w stronę butelki rumu i owijając tytoń w pergamin. Szybko odpalił grubego skręta i żwawym krokiem ruszył w stronę schodów. Klapa odskoczyła pod wpływem jego silnego ramienia, a on wraz ze swym zapachem wyszedł na górny pokład. Zaciągnął się mocno swoim skrętem i spojrzał na nadciągających żołnierzy.
- Co tu się dzieje do stu czartów?! Ktoś córkę gubernatora do łoża zaciągnął?!- zakrzyknął by dowiedzieć się czy to już gorące pożegnanie które zapowiadał mu kapitan, czy po prostu jakiś przypadek.
Odpowiedział mu głos kobiecy, któremu udało się przekrzyczeć hałas.
- Odbijamy, a ci tutaj pożegnać się przyszli!
W chwile później rozbrzmiał głos Samuela, który dla umilenia sobie walki śpiewać zaczął.
- No to pożegnajmy się z nimi należycie! -ryknął Gruby John dobywając swych pistoletów oraz podchwytując melodię przez kapitana śpiewaną. Ze skrętem w ustach oddał dwa strzały w stronę biegnących po czym powoli zaczął kierować się w stronę klapy w pokładzie.
- Tak sobie myślę, że bardziej wylewnie się z nimi pożegnam, kul mamy dużo. - zarechotał rubasznie odrzucając klapę na bok.
- Aj aj, Panie John. –odkrzyknął mu kobiecy głos gdy znikał już pod pokładem.

Ryży i Smoła biegali to w jedną to w druga ładując zawczasu działa. Johnata podszedł do jednego rycząc do swych podkomendnych. – Ta już załadowaliście!?
- Ta jest Panie John! – odkrzyknął mu rudzielec który umieszczał właśnie kulę w kolejnym dziale.
- No i świetnie! – huknął Iceburg i wyjął z ust swego potężnego skręta. Ustawił działo, przymykając jedno oko, celując prosto w tabun żołnierzy.
- Nelly się wam zachciało co obwiesie? –mruknął pod nosem i uśmiechnął się sam do siebie. – Nie położycie na niej łap póki stary Johnata dycha.- dodał i przyłożył do lontu żarzącego się skręta. Po chwili rozległ się huk a armata odskoczyła lekko do tyłu, posyłając kulę prosto w żołnierzy gubernatora.
- Ha trafieni!- krzyknął wesoło John obserwując wszystko przez mały otwór. Smoła i Ryży ryknęli triumfalnie ładując kolejna armatę. Żołnierze poczęli się wycofywać, nie było już po co marnować kul. John przysiadł na skrzyni i już miał zacząć raczyć się swym skrętem, kiedy to cały statek zadygotał.
- Co do czorta... –mruknął działowy podtrzymując się ściany. Między skrzyniami pojawiła się czarna twarz Smoły który z swym grubym głosem, w łamanym angielskim oznajmił. – W prawą Burtę, trafić.
- Coooo!!? –wydarł się Johnata i doskoczył do dział. – „Rozkosz” będą nam ostrzeliwać?! Już ja im pokaże jak się używa armaty. –ryknął wściekle poprawiając bandanę. Jego rozpięta koszula falowała z każdym krokiem. Kilka dział zostało wycelowanych w fort.
- Czas się pożegnać chłopcy! Smoła Ryży odpalamy!

Huk dział rozdarł noc niczym grom z jasnego nieba. Kule poszybowały w stronę miejskiego fortu, niczym żelazne anioły śmierci.
- Dobra chłopcy nie strzelać już bez rozkazu! –wydarł się Iceburg i ruszył w stronę schodów na górny pokład. – Idę się obeznać w sytuacji. –rzekł otwierając klapę.
 
__________________
It's so easy when you are evil.
Ajas jest offline  
Stary 17-04-2011, 14:38   #5
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7203 Kelly ma wyłączoną reputację
Morze Karaibskie, dom, na który wymienił piękne, oliwkowe wzgórza Toskanii. Cyprysowe gaje, pełne zgiełku miasta, jak Florencja oraz Piza, wypełnione dziełami najwspanialszych artystów. Kiedy mieszkał tam, mógł obcować z tym wszystkim niemal bez przerwy, zaś bogata familia czyniła go dosyć niezależnym od rozmaitych kaprysów władz. Teraz wszystko to zostało gdzieś wiele mil morskich stąd. Świat tamten, jego właściwy świat, który znał oraz właściwie nawet lubił, odszedł gdzieś daleko. Do krainy, która wydawała się dalsza niż pieprzona Rosja, która ponoć oparła się także, żeby budować swoją flotę. Tak przynajmniej wspominał mu pewien holenderski pilot, którego spotkał na niedawnej popijawie. Morze Karaibskie, wielki akwen otoczony Amerykami oraz szeregiem wysp. Na północy wielkimi Antylami, na wschodzi Małymi Antylami, które tworzone były przez setki maleńkich wysepek, nierzadko nie oznaczonych nawet na mapach. Pewnie, najważniejsze spośród nich Małe Antyle składają się z licznych, niewielkich powierzchniowo wysp. Dzielą się na: Wyspy Dziewicze, Wyspy Podwietrzne, Wyspy Zawietrzne Barbados, Antyle Holenderskie, Tobago, Trynidad, Margaritę i Tortugę. Przynajmniej ogólnie. Gdyby porównać Małe Antyle do linii fortów, pilnujących Morza Karaibskiego od Atlantyku, najbardziej wysuniętym na wschód jest angielski Barbados, wielka oraz bogata kolonia. Jeśli płynąć dalej na zachód to natrafi się na potężny ciąg małych wysepek na północy zamkniętych St. Vincent, na południu zaś Grenadą. Obydwie należą do Anglii, ale właściwie nad tłumem małych wysepek pomiędzy nimi, nie panuje nikt, choć oczywiście zwierzchność rości sobie Korona Brytyjska. Buduje się tu niekiedy forty oraz mianuje gubernatorów małych miasteczek, ale ludzie ci patrzą przez palce za piracki proceder. Przynajmniej przeważnie. Na właśnie takiej wysepce Saint Meri , w mieście o takiej samej nazwie przebywali obecnie oni.

***

Miał podły humor, ale Bellamy miał zazwyczaj podły humor. Każdy, kto pływał przy nim przyzwyczaił się, że trafić na łagodnego kapitana mającego miły nastrój, to oznaczało wygraną w kości przeciwko O'Donellowi. Nie mniej, pomiędzy Marco oraz nim nie panowały jakieś napięte relacje. Nie żeby się się lubili. Po prostu uznawali, że praca oraz profesja wsadziły ich na wspólny pokład, toteż wykonywali swoją robotę nie włączając tego do sfery osobistej sympatii, czy nawet koleżeństwa. Zawsze także Bellamy zwracał się do Marca przez „nawigatorze”, lub „panie Modrone”, natomiast Toskańczyk tytułował go stale kapitanem. Nigdy nie padało pomiędzy nimi imię, nigdy nie było też zwrotu przez „ty”.
- Nawigatorze, pełna gotowość do wypłynięcia – polecił mu Bellamy. - Zero rumu, karczemne dziewki także na inną okazję.
- Aye, kapitanie
– Marco odpowiadał, jak zwykle, dosyć lakonicznie. - Przygotować mapy kursu?
- Wschód.
- Aye
– potwierdził di Modrone. Obydwaj niewątpliwie wiedzieli, że bezpośrednio na wschód właściwie nic nie ma. Barbados leżący bardzo niedaleko na północny wschód w tymże samym archipelagu Małych Antyli by się ewentualnie nadał. Potem zaś kompletna pustka Atlantyckiego Oceanu, aż do granicy, utworzonej przez trzy archipelagi: od północy Azory, dalej Wyspy Kanaryjskie, wreszcie Wyspy Zielonego Przylądka. Daleko, bardzo daleko. Ale poza nimi nie było tam kompletnie nic poza oceanicznymi falami. Wyglądało więc na to, że Bellamy nie chciał spróbować wyspy, ale postanowił przechwycić jakiś statek na drodze: Indie Zachodnie Europa. Tyle, że do tego mapy potrzebne nie były, za to chronometry, sekstant itd. jak najbardziej.

Przygotowywać się na zapas nie było więc potrzeby. Jego kajuta wypełniona rulonami map wydala mu się przez chwile ciasna. Dlatego wstał zza biurka, podszedł do ściany zdejmując piękną hiszpańską gitarę. To była jego przyjaciółka, której powierzał swoje problemy, niechęć do całej wódy, którą przepił, tych paru dziwek, które wychędożył, ludzi, których przyszpilił swoim rapierem.

Usiadł gdzieś na pokładzie, na beczce, kilka chwil poświęcił na strojenie strun. Potem zaczął grać.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=8N2gkI7GObw[/MEDIA]

Nad pokładem rozległy się hiszpańskie słowa piosenki.

Soy un hombre muy honrado,
que me gusta lo mejor,
a mujeres no me faltan ni el dinero ni el amor.
jinetiendo en mi caballo,
por la sierra yo me voy,
las estrellas y la luna ellas me dicen donde voy.

Kilka głosów się dołączyło, nawet statkowa papuga należąca do Rogera Willsa.

Ay ay ay ay,
ay ay mi amor,
ay mi morena
de mi corazòn.

Me gusta tocar guitarra,
me gusta cantar el son,
el mariachi me acompana,
cuando canto mi canciòn.

Me gusta tomar mis copas,
aguardientes lo mejor,
tambien el tequila blanco con su sal de la sabor.
I tak dalej, dopóki nie przebrzmiała cała pieśń opisująca mężczyznę uwielbiającego swoją brunetkę, dobry alkohol oraz gitarę.

Ay ay ay ay,
Ay ay moja miłość,
moja brunetka,
którą mam w sercu.
Lubię grać na gitarze,
lubię śpiewać o słońcu,
moi koledzy mi towarzyszą,
kiedy śpiewam moją piosenkę.

Proste, lecz wpadające do ucha. Nie miał nic przeciwko temu, że od czasu do czasu inni się do niego przyłączali, zwłaszcza przy refrenie „ay ay”. Tworzyli jakby chórek statkowy. Zresztą, przy piosence lepiej się pracowało, szczególnie przy trudnych, żmudnych pracach, kiedy to parę słów wyśpiewanych dodawało energii.

***

Kiedy statek wypływa z portu pilot stoi przy sterniku wydając mu bezpośrednie polecenia. Tak było również teraz. Nagłe nadejście kapitana, gwałtowne rozkazy, oraz dziwaczny pakunek. Marco kompletnie nie obchodziło, co to, lub kto to.
- Ster dwa rumby prawo – wydał polecenie, podczas gdy bosman O'Donell ryczał na załogę.
- Dawaj przy kabestanie! Stawiać żagle, dziewczynki! - darł się, podczas gdy duża grupa marynarzy niemalże z małpią zręcznością zajmowała stanowiska na masztach odwiązując liny. Najpierw szedł grot, gdyż nadawał okrętowi prędkość. Wyjście z Sant Mari było stosunkowo proste, dlatego mogli sobie na to pozwolić. Inaczej najpierw szedłby niewielki skośny na bezanie oraz sztaksle, które ułatwiały manewry. Tym razem było to zbędne, zaś wielkie płachty na grocie, potem bezanie powoli spływały trzymane mocno linami na rejach. Wypełnione morską bryzą podrywały statek do lotu.
- Teraz bezan, łotry! Szybciej – wrzeszczał dalej bosman wśród świstu nielicznych, bo nielicznych, ale kul.

Ścigający Bellamy'ego żołnierze gubernatora mieliby swoją chwilę, gdyby okazali się wystarczająco zdeterminowani. Ale nie okazali. Ledwo kilku głupszych, czy odważniejszych skoczyło z pomostu na burtę i zaczęło się wspinać na górę, ale załoga szybko ich powstrzymała nie przejmując się specjalnie strzałami z lądu oraz pomostu, skąd właśnie oddalał się bark. Jakiś żołnierz przystrojony czerwoną kurtą nagle pojawił się tuż przy nich, na tylnym pomoście. Widocznie schwycił którąś z lin, teraz zaś usiłował przeskoczyć reling, by zaatakować sternika. Wyciągał właśnie pistolet, jednakże Marco był szybszy. Nie potrafił dobrze celować, ale przy takiej odległości nie było problemu. Powiedział spokojnie naciskając twardy cyngiel spustu.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=ANb0oSfj0Sg&feature=related[/MEDIA]

Huk strzału oraz wypadnięcie żołnierza za burtę zbiegły się ze strzałami armatnimi. Pod spodem ogniomistrz Iceburg kierował swoimi kanonierami. Rzecz jasna, przeciwko fortowi to mogli sobie pogwizdać, ale dawali wyraźny znak drobnicy innych okrętów, że jeśli się ktokolwiek zbliży, będą walić ze wszystkiego, co się da. Kutry czy nawet slupy nie miałyby szans, zaś większych statków nie było obecnie w Sant Mari. Także fort strzelał. Grzmot dział oraz gryząca woń prochu wypełniała przestrzeń.
- Kolejny rumb na lewo, panie Sykes – zwrócił się do sternika.
- Nawigatorze – nagle przyskoczył do niego jakiś młody chłopak, niedawno stosunkowo zaokrętowany. - Bocianie gniazdo zawiadamia, na północnym wschodzi żagle. Trzy maszty, prawdopodobnie szkuner.
- Flaga?
- Prawdopodobnie Anglicy.
- Kapitan wie?
- Aye, aye.
- Dobrze
– odpowiedział lakonicznie.
- Bitwa? - spytał sternik Sykes.
- Na to wygląda.
- Jeśli to są Anglicy?
- Prawdopodobnie właśnie oni, nawet bez oglądania flagi.
- Może machną na nas ręką. Przecież kapitan nie raz tutaj wpływał.
- Owszem, ale jeśli my ich widzimy, oni nas też. Słyszeli także armaty oraz zobaczą uciekający statek. Jak pan myśli, czego spróbuje kapitan tamtego statku
– właściwie pytanie było niewątpliwe retoryczne.
- Może im się wymkniemy, skoro to szkuner, możemy dać radę.
- Szkunery bywają szybkie, panie Sykes. Zobaczymy, tak czy siak jest jeszcze trochę czasu na decyzję. Jesteśmy obecnie na torze wypływowym i nie mamy tutaj pola manewru. Dalej rafy oraz ławica. Musimy płynąć wyznaczoną trasą jakiś czas. Proszę lekko na lewo, ćwierć rumba
.
 
Kelly jest offline  
Stary 17-04-2011, 23:52   #6
 
Vivianne's Avatar
 
Reputacja: 4673 Vivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputację
Nie mogła się oprzeć. Po prostu. Ten błyszczący nóż ze zdobioną rękojeścią wyglądał tak kusząco. I zupełnie nie pasował grubemu, łysemu, spoconemu facetowi, którego kolorowy strój wskazywał na to, że jest co najmniej bogatym kupcem. Nie żeby ja to specjalnie obchodziło.
Skradzenie broni nie było niczym trudnym - nuuuda. Zakradła się cicho, wstrzymała oddech. Grubas nawet nie poczuł, kiedy błyszczące cacko wysuwało się zza jego paska, by za chwile wylądować w okolicach zgrabnego tyłka Sue.
Zadowolona z nowej zdobyczy z uśmiechem na ustach udała się w stronę targu. Typowy dla tego miejsca gwar, różnorodność barw, zapachów i kształtów proponowanych towarów przyprawić mogły o zawrót głowy niejednego śmiałka. Ona jednak czuła się tu całkiem nieźle z zaciekawieniem oglądając kolejne stoiska.

Słońce miało się ku zachodowi, gdy wkroczyła do portu. Było tu stosunkowo pusto, bo wszyscy niemal, jak jeden mąż zaszyli się już w knajpach, by oddać się osławionemu, nocnemu życiu.
Sussanah jakoś średnio miała ochotę na przesiadywanie w zatłoczonych tawernach pełnych spoconych facetów(tych było dość na co dzień ) rozcieńczanego rumu, kiepskiego tytoniu i tanich panienek, toteż i ten wieczór zamierzała spędzić na statku.
Na pokład wkroczyła ze sporych gabarytów torbą cytrusów przewieszoną przez ramię i niewielkim, prostokątnym, płaskim zawiniątkiem pod pachą. Zrzuciła długie buty, usadowiła się wygodnie opierając o jakąś beczkę i zaczęła obierać owoce.
Rozkosz Oceanu kołysała się delikatnie, wiatr wiał od strony morza niosąc ze sobą świeży zapach rozganiający typową, portową duchotę. Gwiazdy skrzyły lekko, panowała względna cisza. Patrzyła w niebo, w te małe, srebrzyste punkciki, wśród których przy sporym wysiłku znaleźć umiała pokazany kiedyś przez ojca gwiazdozbiór i zastanawiała się, jak to możliwe, że można z nich odczytać położenie statku znajdującego się gdzieś środkiem oceanu. Chciałaby dowiedzieć się czegoś o gwiazdach, zdecydowanie. I nauczyć się czytać. To dwie rzeczy, które musi dopisać - o ironio - do listy życzeń.

- Ruszać dupska! Wypływamy! - dało się słyszeć gniewny głos kapitana.

Podskoczyła nagle wystraszona. Nie do końca świadoma tego, co się dzieje potarła nerwowo oczy, wzdrygnęła się lekko. Najwyraźniej przysnęła na chwilę. Szybko wciągnęła buty, rozejrzała się uważnie, kapitana nie było już w zasięgu wzroku. Na pokładzie panowało jednak duże poruszenie, więc pewnym było, że komenda nie była sennym słyszeniem, a faktycznie wydana została.
Ponownie omiotła pokład wzrokiem po czym błyskawicznie znalazła się wśród marynarzy odcinających cumy. Sięgnęła za pas i chwyciwszy zgrabną rękojeść na grubych linach sprawdziła ostrość nowego nabytku. Uśmiechnęła się kącikiem ust widząc, że nóż nie dość, ze piękny to i piekielnie ostry. Mina zrzedła jej nieco gdy podniosła oczy i pierwszą rzeczą, jaką ujrzała byli żołnierze gubernatora, którzy z pewnością nie przychodzili w pokojowych zamiarach.
Z cumami poszło im szybko toteż musiała znaleźć sobie inne zajęcie. Nie zastanawiała się długo, bo jakiś nie znany jej z imienia zarośnięty rudą brodą i wąsiskami pirat rzucił jej pistolet i ze szczerbatym uśmiechem wyłaniającym się z zarostu rzucił rozbawiony:

- No, no panienko, teraz możesz pokazać ileś warta.


Nie cieszyła się zbytnio na perspektywę walki bronią palną, nie dała jednak po sobie poznać, że pistolet w dłoni jej nie leży. Nie miała zamiaru wyjść na tchórza, co to, to nie!
Obrała na cel jednego z czerwono-białych, nie wyróżniającego się niczym z pośród pozostałych i wymierzywszy dokładnie, strzeliła. Trafiła o dziwo. Wysoki mężczyzna dostał w kolano i padł jak długi wytrącajac przy okazji broń temu, który stał obok. Zdziwiona swoim dokonaniem i wyraźnie zadowolona odwróciła się ku stojącemu z lewej strony piratowi puszczając oczko. Bezzębny marynarz zacmokał cicho, mruknął coś niezrozumiale i klepnął ją porządnie po plecach, co pewnie miało być czymś w rodzaju gratulacji. W tym momencie bryg drgnął niespodziewania zwalając zupełnie na to nieprzygotowana Sue z nóg.
Zaklęła siarczyście pod nosem, wstała zaraz i znów zaczęła celować w żołnierzy jednak dym i zwiększająca się odległość nie pozwoliłby jej na kolejne celne trafienie. Wyglądało na to, że walka skończyła się nim zdążyła naprawdę się zacząć.
 
__________________
"You may say that I'm a dreamer
But I'm not the only one"
Vivianne jest offline  
Stary 19-04-2011, 10:58   #7
 
Agape's Avatar
 
Reputacja: 1445 Agape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumny
Żołnierze zostali odparci a dumny z siebie Jim kroczył niczym paw, można by pomyśleć, że sam przegnał wszystkich napastników. Przedefilowawszy już przez cały pokład przypomniał sobie o Earlym. „Ciekawe, po co kapitan tak nagle go wezwał? I czemuż to Peter tak starannie zamykał drzwi od kapitańskiej kajuty? Można było oczy wypatrzyć wpatrując się w zasłonkę a i tak nie sposób było niczego dostrzec.„ Rozejrzał się uważnie po pokładzie, nawet rozgonił dłonią dym, ale Early’ego nie zobaczył. „Czyżby wciąż siedział zamknięty w kajucie? Cóż tam robi sam? Bo chyba musi być sam skoro kapitan urządza koncert na pokładzie.” Te i inne pytania kłębiły się w jego głowie absorbując jego uwagę do tego stopnia, że zapomniał pochwalić się reszcie, iż jeden z poległych żołnierzy padł od jego kuli, ba zignorował nawet salwę artylerii, która uszkodziła statek. Cichaczem obserwował kapitana i kiedy ten skierował się w stronę swojej kajuty, natychmiast podążył za nim, gotów by ciekawskim okiem a może i całą swoją osobą wtargnąć do środka. Kapitan dostrzegł go i zmierzył srogim spojrzeniem.
-Do pioruna! Znikaj stąd, bo sto batów każę ci wymierzyć!- krzyknął gniewnie. Jim błyskawicznie się oddalił, ale tylko trochę i tylko na chwilę. Po około dziesięciu minutach drzwi się uchyliły i Jim miał okazję usłyszeć kilka słów.
- Byłbym zapomniał - rzucił kapitan, gdy Peter niemal zniknął za drzwiami. - Ani słówka załodze o Nelly.
- Serio? - zdziwił się Peter. - A już chciałem zwołać zebranie załogi...
- Tak trzymaj - była to jedyna odpowiedź Bellamego.
Peter zamknął drzwi.
Jim natychmiast dopadł do Petera.
-Co to za Nelly? Kim ona jest? Co ona tu robi? Czy jest ranna?- wyrzucił z siebie strumień pytań. Zamilkł tylko dlatego że nie mógłby poznać na nie odpowiedzi gdyby wciąż mówił.
Peter spojrzał na Jima jak okaz rzadkiego zwierzątka.
- Nie mam pojęcia - odparł.
Jim spojrzał na Early’ego bardzo dziwnie.
- Przecież rozmawiał pan o niej z kapitanem. Musi pan coś wiedzieć - nalegał.
- Powinieneś się nauczyć, Jim, że na tym statku wszystko wie kapitan - wyjaśnił Peter. - A reszta to tylko zwykłe plotki niegodne wiary i pomówienia.
- W każdej plotce jest ziarno prawdy proszę pana - uśmiechnął się Jim. - Jeśli nic pan nie powie, zapytam kogoś innego, nawet jeśli to, co usłyszę to będą tylko plotki.
- Jak świat światem marynarze plotkowali - odparł niewzruszony Peter. - Czasami uchodziło im to na sucho, czasami na gretingu spotykali się z kotem o dziewięciu ogonach, czasami przeciągano ich pod kilem... Zastanów się, ile warta jest wiedza. A najlepiej porozmawiaj z kapitanem. On wie wszystko o tym statku. Ale ode mnie nic nie wiesz. Pamiętaj o kocie...
- Dziękuję za radę, będę pamiętał o kocie.- odpowiedział Jim spokojnie, mimo iż wyczuł delikatną groźbę- Dla mnie wiedza jest wiele warta.- dodał jeszcze zawracając z pod wciąż zamkniętych drzwi. Nie chciał rozmawiać z kapitanem, nie po tym jak tamten zareagował, kiedy zobaczył go pod swoimi drzwiami. Od Early’ego też nie potrafił wydusić żadnych informacji. Niepowodzenie podsyciło tylko jego ciekawość. “Jeśli ktoś może coś o sprawie wiedzieć, to z pewnością Johnatan, on jest tu najdłużej.” -pomyślał i skrzywił się na samą myśl o nieprzyjemnej aurze otaczającej działowego. Okazało się jednak, że schodzenie pod pokład nie będzie konieczne, jak na komendę na pokładzie pokazał się John. Jim podszedł do niego bardzo uważając by stanąć z wiatrem.
-Kim jest Nelly?- zapytał bez ogródek, na zachętę wyjmując z za szarfy cygaro przygotowane zawczasu na takie okazje i podając je działowemu.
Johnatan spojrzał w dół na młodego majtka, następnie jego wzrok przeniósł się na cygaro. Wyjął z ust niemal wypalonego już skręta i odpalił od niego prezent od młodego Jima. Skręta zaś dał młodzikowi coby sobie zapalić mógł. Umieścił cygaro w ustach, zaciągnął się z błogim uśmiechem i dopiero wtedy odpowiedział.
- A ty co teraz o dziewkach myślisz, młody? Strzelają tu do nas, a tobie się do alkowy zachciało?! – zarechotał brodacz. – No chyba, że ktoś kogoś zbrzuchacił i teraz jakaś Nelly go szuka!- działowy ponownie zaciągnął się cygarem. Oczywiście wiedział o kogo pyta go Jim, ale skoro ktoś tak wścibski jak ten majtek nie wiedział co jest na rzeczy, znaczyło to, że kapitan trzymał obecność dziewczyny w sekrecie. Johnatan zaś wiedział kiedy język za zębami trzymać trzeba.
Jim skrzywił się na te słowa, stracił całkiem niezłe cygaro i nie dowiedział się niczego. Skręta pospiesznie wyrzucił za burtę i kontynuował:
- Nie jestem taki głupi, na jakiego wyglądam proszę pana.- powiedział znacząco patrząc na dym wypływający z ust działowego, jakby chciał przypomnieć, że nie dał mu cygara bez powodu.
- Ano nie jesteś, nie jesteś, jak byś był to już dawno by się tobą rybki pożywiały. -rzekł brodacz i dmuchnął dymem w twarz Jima. - Ale dam Ci radę chłopie.- mówiąc to Johnatan zaciągnął się potężnie cygarem i dopiero po chwili kontynuował.- Jeżeli chcesz, dożyć takiego wieku jak ja to musisz wiedzieć kiedy pohamować ciekawość. Wiesz, o niektórych rzeczach się od tak nie mówi, trza poczekać, pomyśleć i dopiero wtedy się spróbować wszystkiego dowiedzieć. -Gruby John poklepał Jima po ramieniu. - A po za tym jam że jest tylko działowym, co tam miałbym wiedzieć? - zaśmiał się Johnatan i wyjął z ust cygaro. - Naprawdę dobre, może się skusisz? -zapytał podsuwając mu je pod nos.
-Tak, tak, szoruj pokład i nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy. Wszyscy mówią to samo.- Jim był niepocieszony.- A ja nie lubię czekać, życie ucieka. Dlaczego nikt mi nic nie mówi? Nie polecę przecież do miasta żeby wszystko wypaplać, jesteśmy na morzu.- sfrustrowany wziął od działowego cygaro i rzucił w ślad za skrętem. “Nie ma informacji, nie ma cygara”
Johny spojrzał za lecącym cygarem ze smutkiem w oczach.- Takie cygaro zmarnować... -westchnął głośno.- Widzisz chłopie, wszyscy tak mówią bo, każdy powtarza starą życiową prawdę. Każdy kiedyś szorował pokład i każdemu niewtykanie nosa tam gdzie nie trzeba wyszło na dobre. Jest czas na picie rumu...-tutaj Gruby John przerwał na chwilę i mruknął. - ..ale niestety nie teraz...- po czym wrócił do głównej myśli.-... na szorowanie pokładu jak i na zdobywanie informacji. Całe życie jeszcze na to masz, a zobaczysz kiedyś zatęsknisz za panem wiadro i panią szmatą. Ojjj co ja bym dał by znowu móc sobie poszorować nasza cudowną “Rozkosz”, nie martwiąc się niczym.
- Życie jest krótkie proszę pana, a w szorowaniu pokładu pomoc zawsze jest mile widziana, zawołam pana, kiedy znów przyjdzie mi się do tego zabrać.- odpowiedział Jim, oczywiście wiedział, że działowy nie to miał na myśli i o wiadrze i szmacie mówił raczej w przenośni, ale Jim lubił się czasem podroczyć.- Będę musiał zapytać o Nelly kogoś innego. Rozkosz to spory statek, ktoś musi wiedzieć.- zasugerował z błyskiem w oku. Miał nadzieję, że John zrozumie, co chciał przez to powiedzieć.
- Lepiej nie gadaj za dużo Jimy, wiesz Kapitanowi może się to nie spodobać, a jak wiesz bywa nerwowy. W najgorszym wypadku czeka cię powrót wpław, a to kawał drogi. - rzekł mężczyzna i rozejrzał się po pokładzie. - A teraz chłopie, muszę się w sytuacji rozeznać, bo to już czort wie czy strzelać czy nie. -rzekł John i jeszcze raz poklepał swym potężnym łapskiem po ramieniu majtka, ruszając powoli w stronę sternika, zapach zaś niczym żywa istota wędrował za działowym.
Jim nie szczególnie zwracał uwagę na to, co mówi John, zamyślił się właśnie. “Jakiż to niesamowity sekret skrywa się pod imieniem Nelly? Musi to być doprawdy cenna informacja skoro wszyscy tak pilnie jej strzegą” Ciekawość trawiła jego umysł żywym ogniem. “Muszę wiedzieć! Nawet gdyby przyszło mi zapytać samego kapitana.” Tu wzdrygnął się przypominając sobie gniewną twarz Bellanyego. Kiedy ocknął się z zamyślenia John zmierzał w stronę tajemniczych drzwi, które to mąciły spokój majtka. Niczym przyciągany jakąś niewidzialną siłą ruszył w tamtym kierunku i srodze się zawiódł. John minął drzwi i udał się do swoich zajęć. Jim posłał za nim gniewne spojrzenie.
- Do stu piorunów Jim! Czego tak sterczysz? Ładunek się wala po pokładzie, rusz no ten swój chudy tyłek i przydaj się na coś!- wrzasnął Rahl, który nie wiadomo skąd nagle wyrósł za Jimem.
-Aye.- rzucił majtek bez szczególnego entuzjazmu i wraz z kilkoma innymi marynarzami zabrał się do przenoszenia zapasów pod pokład. Trochę to trwało a i niektóre skrzynie do lekkich nie należały, ale w końcu się z tym uwinął. Na powrót znalazł się przed kajutą kapitana, niestety znalazł się tak także i Rahl. Obsobaczył Jima za to, że robotę niedokończoną zostawia i wygnał do ładowni coby przeniesiony ładunek należycie zabezpieczył. Zrezygnowany chłopak niechętnie wrócił do pracy. Jeszcze kilka razy próbował się wyrwać by uzyskać informację, ale za każdym razem kończyło się tylko kolejnymi przekleństwami, które sypały się na jego głowę i nowymi obowiązkami do wykonania. „ Czy to spisek jaki? Czy wszyscy zmówili się żeby utrudniać mi odkrycie prawdy?” Wreszcie późno w noc Jim machnął ręką na Nelly i postanowił odłożyć węszenie do jutra. Ciężko zwalił się na swoją koję i natychmiast zasnął. Tajemnicza Nelly nie dała mu jednak odpocząć, przewijała się przez jego sny, a to jako ciężarna dziewczyna szukająca winowajcy, a to jako wesoła staruszka wywijająca laseczką i goniąca za kapitanem z okrzykiem „Ty urwisie jak śmiesz nie przyznawać się do swojej matki, a to wreszcie jako piękny szkuner o liliowych żaglach z galionem przedstawiającym młodą kobietę o bujnych włosach. Nic więc dziwnego, że Jim wstał zmęczony. Ledwie wyszedł na pokład a zobaczył kapitana. Naprawdę miał zamiar zapytać go o tajemniczą Nelly, ale najpierw postanowił posłuchać a raczej podsłuchać, o czym to kapitan rozprawia z Ralhem. Dosięgło go groźne spojrzenie Bellanyego, które błyskawicznie zmieniło plany Jima. Cofnął się patrząc na kapitana zupełnie jak szczeniak, który chcąc się bawić chwycił pana za nogawkę a w zamian dostał kopniaka. Wtem gruchnęła wiadomość o pojawieniu się żagli na horyzoncie. Oczywiście przypadł do burty jako pierwszy, osłonił oczy dłonią i starał się odgadnąć, z którym statkiem mają do czynienia.
-Królowa Anna.- padła odpowiedź na jego niezadane pytanie. Oblał go zimny pot. Czyżby matka wspomniała gubernatorowi, iż nazwał go karaluchem w peruce? „Nie to nie to.”- szybko odrzucił tę niedorzeczną myśl.
-…Niech nawigator i Earl zjawią się zaraz w kajucie…- padł rozkaz. Rahl tylko skinął na Jima a ten już wiedział, co ma robić, pognał na złamanie karku do kajuty pierwszego oficera.
 
Agape jest offline  
Stary 20-04-2011, 22:08   #8
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 75992 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Peter nie należał do śpiochów, zatem gdy do drzwi zastukał Jim właściciel kajuty szykował się już do wyjścia.
- Już idę - powiedział i realizując zapowiedź wyszedł na pokład, starannie zamykając za sobą drzwi tuż przed nosem Jima, uniemożliwiając mu zapuszczenie żurawia do środka i, zapewne, jeszcze bardziej podsycając ciekawość, nieodłączną towarzyszkę chłopaka.

Musiałby być ślepy i głuchy, żeby przegapić fakt, że Ciekawski Jim nie ma zamiaru zrezygnować z zaspokojenia swojej ciekawości. Czyżby chłopak uważał się za niewidzialnego? Albo tak małego, że zdoła się prześlizgnąć między nogami Earla?
Co prawda Petera ciekawiło nieco, jak zareagowałby Bellamy, gdyby Jim nagle wpakował się do kajuty, ale on, w przeciwieństwie do chłopaka, potrafił swą ciekawość opanować.
Tuż przed otwarciem drzwi Earl zatrzymał się nagle i odwrócił.
- Jimmy... - powiedział, miękko i na pozór bardzo delikatnie. - Właśnie cię szukałem. Zgłoś się do pana bosmana i poproś, żeby ci wskazał, gdzie leży nasz zapasowy łańcuch kotwiczny. Powiesz mu jeszcze, że chodzi o pięć ogniw. Czyściutkich jak łza - kreślił.
Do Jima widać nie wszystko od razu dotarło, bo stał, mamrocząc coś pod nosem.
- Jimmy... - Głos Earla nie zmienił tonu nawet o włos. - To jest naprawdę pilne. A potem mnie poszukaj. Będę mieć dla ciebie małą robótkę. Coś dla prawdziwego mężczyzny.
Dopiero wtedy Jim, bez słowa już, pobiegł pod pokład, a Peter mógł bez problemów wejść do kabiny.

Kajuta kapitana wyglądała dokładnie tak jak zawsze. No, może poza niektórymi elementami wystroju które albo uległy zmianie, albo też zostały do niego dodane. Pierwszym z nich była dziewczyna, którą Earl miał okazję poznać wcześniej. Nelly w chwili wejścia medyka siedziała na łożu oparta o poduszki. Tuż obok niej przysiadła Mary. Obie przerwały rozmowę w tym samym momencie, w którym Peter się pojawił.
Samuel Bellamy stał za swym biurkiem pochylając się nad czymś co z początku mogło wydać się mapą, jednak brak ukochanego obrazu kapitana, sugerował że mogło to być jednak coś innego. Chociaż kto wie...

- Chciałeś mnie widzieć - powiedział Earl, wchodząc do kapitańskiej kajuty. - Jakieś problemy, o których jeszcze nie wiem? Witam - skinął głową dziewczynom

- To zależy od tego, o których już wiesz - odparł na zadane mu pytanie Bellamy.

- Mamy Królową Annę za rufą, sztorm na karku, małą dziurę w burcie, na szczęście nad linią wody, paru rannych - odparł Peter. - To są te na zewnątrz. No i wścibskiego Jima, ale to problem niewielki.

- Wychodzi więc na to, że wiesz o wszystkich. Jim’em sam się zajmę. Nie po to jednak cię wzywałem by o kłopotach, które mamy na karku rozprawiać. - Zamilkł, na dłuższą chwilę wbijając wzrok w płótno leżące na biurku.
Czyżby coś z mapą, pomyślał Peter. Po chwili przeniósł wzrok z płótna na ciekawszy obiekt - obie dziewczyny.
Zarówno Nelly jak i jej towarzyszka odpowiedziały uważnym, niemal taksującym spojrzeniem. Nad wyraz podobnym.
- Uznałem że może cię zainteresować awans Mary na drugiego oficera oraz wyznaczenie kursu - oznajmił widać jednak było, że nie był to główny punkt programu...
- Jako medykowi szkoda mi utalentowanej pomocnicy - oznajmił Peter. - A poza tym z pewnością będzie się nam dobrze współpracować.
Rozległo się pukniecie w drzwi, po którym Marco wszedł do środka. Był tam także pierwszy oficer oraz ktoś, kogo się nie spodziewał oraz nie znał, dwie młode kobiety.
- Kapitanie, wzywałeś mnie. Moście panny, panie pierwszy - skinął.
- Witam, panie Modrone. - Peter odwzajemnił powitanie.
- Skoro jesteśmy w komplecie - kapitan skinął głową nowo przybyłemu. - Mary czy mogłabyś się upewnić czy Jim’a nie ma za drzwiami? - poprosił dziewczynę, która natychmiast wykonała rozkaz. - Panie Modrone, zapewne słyszał pan o drobnych kłopotach, które mamy na głowie?
- Jeśli masz kapitanie na myśli pościg tamtego okrętu oraz ucieczkę z Sant Mari to nie tylko słyszałem, ale byłem przy tym - zauważył.
- Mam na myśli sztorm i Królową Annę - sprostował Bellamy.
- Sztorm owszem, trudno nie widzieć pędzących chmur oraz nie czuć zimnego powiewu wiatru. Cyklon niewątpliwie. Natomiast Królowa Anna, owszem, tylko nie wiedziałem, ze się tak nazywa. Bocianie gniazdo przysłało przed momentem, że idą jakieś żagle za nami. Liczyłem tylko na to, że to może jakiś przygodny statek, a nie jakiś problem.
Peter na moment spojrzał na kapitana, ale nic nie powiedział.
- To dobrze. Panie Modrone będę miał dla pana zadanie. Potrzebuję mapy, kompletnej mapy, która obecnie jest podzielona na części. Chcę również by została wykonana w tajemnicy przed załogą a obecna chwila wydaje mi się ku temu idealna.
- Kapitanie wykreślić to mogę każdą mapę, kwestia czasu. Im pan chce dokładniej, tym więcej potrzebuję czasu oraz pogodnych dni, żeby ustalić pozycję gwiazd oraz słońca. Natomiast jeśli to ma być tylko połączenie mapy kilkuczęściowej, nie widzę problemu. Moja kanciapa raczej odstrasza innych potężną paką rulonów. Nasi chłopcy oraz dziewczyny to dobrzy marynarze, ale papiery ich odstraszają. Zresztą wiedzą, ze zabronił pan włazić do mnie po tym, jak Randy wlazł oraz wylał rum na mapy.
- W takim razie ustalone. Nelly pójdziesz z panem Modrone - wydał polecenie leżącej dziewczynie jednocześnie zwijając leżące przed nim płótno i podając je nawigatorowi. - To pierwsza część mapy. Proszę się z tym obejść delikatnie, chciałbym by wrócił na ścianę.
- Dobrze, natomiast pozostałe części?
- Pozostałe części mają nogi i potrafią same dojść do kajuty - kapitan przy tych słowach zerknął na wstającą Nelly.
Marco spojrzał na kapitana niewiele rozumiejąc.
- Dobra nasza - skinął lakonicznie - jak każesz kapitanie przynieść owym nogom czy rękom pozostała część, zajmę się nią.
- Nelly, uważaj na siebie - ostrzegł dziewczynę Peter. - Nie od razu będziesz okazem zdrowia.
- Nic mi nie będzie, proszę pana - odpowiedziała dziewczyna korzystając z pomocy Mary i ruszając w stronę drzwi.
- Nelly wyjaśni co trzeba - dopowiedział kapitan, a w jego głosie pobrzmiewało wyraźne pożegnanie.
- Wobec tego czekam, aż przyniesie mi pani mapę, panno Nelly - zwrócił się do dziewczyny usłyszanym imieniem. - Kapitanie, pierwszy - skinął wychodząc.
- Panie Modrone, Nelly. - Peter, kryjąc uśmiech, skinął głową na pożegnanie wychodzącym, po czym zamknął drzwi. Żałował, że nie będzie świadkiem sceny pokazania połówki mapy...
Samuel przez dłuższą chwilę się nie odzywał. Również Mary, która stała obecnie przy drzwiach, nie zabrała głosu. Wreszcie, po dłuższej ciszy, padło pytanie.
- Co sądzisz o naszym nawigatorze, Peter? - Bellamy zasiadł za swoim biurkiem i z uwagą spojrzał na pierwszego oficera.
- Ciekawy człowiek - odparł Peter. - Solidny, zna swój fach, ale na bezludnej wyspie wolałbym kogoś innego. I nie chodzi o płeć, ale o ogólne wrażenie.
- Prawdziwy fachowiec … - nie dokończył pozwalając by Peter sam się domyślił co mu chodzi po głowie. Nim jednak Earl zdążył powiedzieć chociażby słowo, głos zabrała Mary.
- Nadal uważam to za zły pomysł, Samuelu. On się jeszcze może przydać...
Co najmniej jeden fachowiec pracował już przy mapie, pomyślał Peter. Czyżby signora Marco miał spotkać podobny los?
- To ma być mapa wielokrotnego użytku? - spytał. Wtedy nawigator byłby towarem jednorazowym. Pozostawało otwarte pytanie, ile wiedzieć powinien pierwszy oficer... Najlepiej trzymać się od mapy i jej elementów jak najdalej.
- Oczywiście, po to ją w końcu kazałem wykonać. Wyspa jest dobrym miejscem do ukrycia się. Szkoda by było marnować okazję do częstszych odwiedzin.
- Jednak nie takim kosztem. Co ci szkodzi zostawić go żywego? - Mary Ann przeniosła spojrzenie na Petera. - Zgadzasz się ze mną?
- Bo każdy lubi pieniądze - odparł Peter nawiązał do pierwszego pytania. - A łatwo zdobyte są równie dobre, jak zapracowane w pocie czoła. Chociaż ogólnie masz rację, Mary. Problem jednak w tym, że ludzie są chciwi. A inni z kolei mają za długie języki. Złoto robi z ludzi głupców, a nic nie powiedzą tylko ci, co nic nie wiedzą lub są martwi. To odwieczny problem.
- Dopóki jesteśmy na statku to nie będzie mieć znaczenia, a później... Zobaczymy. - oznajmiła stanowczo ponownie wracając spojrzeniem w stronę Samuela.
- Oto dlaczego na statki nie zabiera się kobiet - mruknął kapitan widocznie ustępując swojemu nowemu, drugiemu oficerowi.
- Kobieta na statku przynosi pecha. - Peter uśmiechnął się do Mary. - Zmieniając temat... Gdzie chcesz ją ulokować, Samuelu? W końcu to drugi oficer. Nie wypada, by spała w jakiejś norze. Przygarnąłbym ją, bo moja kajuta jest dość obszerna, ale załoga by na mnie wilkiem patrzyła.
- Chciałam zauważyć, że stoję tuż obok - oznajmiła lodowatym tonem. - Proszę się nie martwić o moje zakwaterowanie, sir.
- Przestań chociaż ty na mnie wilkiem patrzyć. A jako pierwszy oficer muszę się martwić również o ciebie i twoją wygodę. I nie mów do mnie sir, zgoda? Nawet jeśli masz do mnie pretensje.
- Pretensje? Z całą pewnością musiałeś się pomylić - odparła przywdziewając na twarz słodki uśmiech. - Będę spała tam gdzie do tej pory. To idealne dla mnie miejsce, a Samuel nie ma nic przeciwko, prawda?
Kapitan w poddańczym geście uniósł dłonie w górę, jednak jego twarz wyrażała bardziej zadowolenie niż poddańczość.
- Odwiedzaj mnie, gdy tylko zechcesz - powiedział Peter. - Poza tym będziemy nieraz musieli omawiać różne sprawy, a ten twój, wybacz, schowek na miotły, nie ma odpowiednich warunków. Ach, jeszcze jedno... Możesz mi zdradzić, Mary, jakież to więzy łączą cię z Nelly?
Bellamy słysząc pytanie wybuchnął głośnym śmiechem.
- A nie mówiłem ci, że to bystra sztuka? - zwrócił się do Mary.
- Zdaje się, że coś wspominałeś... między innymi - zmierzyła Petera uważnym spojrzeniem. - Dlaczego sądzisz, że coś nas niby łączy?
- Podobieństwo - odparł Peter. - Nie aż takie rzucające się w oczy, ale zawsze. Odcień włosów, kolor oczu i ich oprawa, podbródek, sposób poruszania się, figura...
Skinęła głową po czym potwierdziła na głos.
- Masz rację, mnie i Nelly łączy pokrewieństwo.
Peter czekał cierpliwie na ciąg dalszy.
- Są siostrami - dodał Samuel widząc, że dziewczyna nie spieszy się z dalszymi wyjaśnieniami. - Jemu można zaufać Mary, mówiłem ci chyba...
- Możliwe, że coś wspomniałeś kapitanie - odparła nie spuszczając wzroku z Petera.
Jako że nie było to w dobrym stylu, Peter nie wzruszył ramionami. Nie miał ani ochoty, ani możliwości przekonania Mary, że na zaufanie zasługuje. Odpowiedział odrobinę kpiącym uśmiechem.
- Zachcesz się ze mną przejść po pokładzie? - spytał. - Załoga powinna poznać drugiego oficera.
- Załoga ma co robić.
- A my mamy tego dopilnować - wpadł jej w słowo Peter.
- Trzeba było tak od razu, sir. Kapitanie - skłoniła głowę przed Bellamym po czym ruszyła do wyjścia.
Peter spojrzał na Bellamy’ego i wzniósł oczy ku niebu. A raczej ku sufitowi kajuty. Na szczęście to Samuel będzie mieć Mary na karku, nie on.
- Do zobaczenia, skipper - pożegnał Samuela.

Wyszli na pokład.
Bez wątpienia Mary miała dużo racji poddając w wątpliwość dobre zdanie Petera o niej. Uparta, niezgodna... Idealna na żonę dla najgorszego wroga.
A nasz Pan dał nam miód,
żeby nam osłodzić czas,
Ale diabeł zesłał babę...
Jakby o niej mówił ten fragment szanty.
Peter uśmiechnął się do swych myśli.
- Zapraszam najpierw na mostek - powiedział.
Królową Annę było widać niemal jak na dłoni, statek zbliżał się do nich niemal tak szybko jak chmury sztormowe niosące ze sobą porywy coraz to mocniejszego wiatru. Gdzieś w oddali rozległ się huk gromu.


- To będzie piękny sztorm - oznajmiła Mary ruszając za Peterem.
Kiedy szliśmy przez Pacyfik,
Whay hay roluj go,
Zwiało nam z pokładu skrzynki.
Taki był cholerny sztorm.
- Śliczny - zgodził się Peter. - Zaraz trzeba będzie zrefować żagle. Ciekawe, kto nas dopadnie pierwszy.
Teraz nie w głowie było mu zastanawianie się, co lub kogo zmyje sztorm. Postawiłby dziesięć do jednego, że pierwsza dopadnie ich Królowa. I nie tylko on tak sądził. Kto tylko nie uwijał się przy żaglach szykował się do starcia.

Ciepła krew poleje się strugami,
Wygra ten, kto utrzyma ship.
W huku dział ktoś przykryje się falami,
Jak da Bóg, ocalimy bryg.

Nagły huk w uszach grał i już atak trwał,
To fregata uzbrojona rzędem w setkę dział.

Zezowaty Alonso, największy chyba obibok na pokładzie Rozkoszy, znalazł czas i okazję by zaśpiewać popularną piosnkę, opisującą nierówne, acz szczęśliwie zakończone starcie. Przesadził nieco przy okazji, bowiem Królowa, choć fregatą była, to do największych się nie zaliczała i nigdy nie miała więcej niż czterdzieści jeden dział i nie przekroczyła dwustu osiemdziesięciu ludzi załogi. Nieżyczliwe języki, a gdzież ich nie było, mawiały, że część pieniędzy przeznaczonych na wyposażenie Królowej szło do całkiem prywatnych kieszeni Regbringa i Zaharego. Równie nieżyczliwe, a lepiej poinformowane doniosły Earlowi, że gubernator dba o fregatę bardziej, niż o swoje kochanki. I nie dziwota, bowiem Królowa przynosiła Regbringowi dochody w żywej gotówce, a kochanki - jedynie cielesne przyjemności.

Stanęli obok sternika. Turbringe Sykes nawet okiem nie mrugnął na widok towarzyszącej pierwszemu oficerowi kobiety. Plotki głosiły, że ani tuzin gołych niewiast, ani małpa z parasolką w garści nie byłyby w stanie wytrącić go z równowagi, a Earl w towarzystwie pomocnicy kuka nie miałby szans w porównaniu z takimi atrakcjami.
- Rahl, szykuj się! - zawołał Earl. - Królowa szykuje się do zwrotu na lewą burtę!
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 24-04-2011 o 15:17.
Kerm jest offline  
Stary 21-04-2011, 09:40   #9
 
Agape's Avatar
 
Reputacja: 1445 Agape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumny
Earl jak zwykle siedział w swojej kajucie. Majtek szybko poinformował go o życzeniu kapitana, zaraz potem powinien był odejść, ale zamiast tego ruszył w ślad za pierwszym oficerem. Jim zdecydowanie niewidzialny nie był i takiego nie udawał, starał się wyglądać jakby kapitan kazał mu nie powiadomić Earla, lecz go przyprowadzić. “To może się źle skończyć” - pomyślał, ale brnął dalej. Z początku wydawało się, że plan ma szansę się udać, pierwszy oficer nijak bowiem nie skomentował jego obecności. Dopiero przy samych drzwiach nagle go zauważył i znalazł mu zajęcie.
-Mmm...- zaczął się jąkać Jim, to co miał zamiar powiedzieć mogło wpędzić go w potworne tarapaty- Mmoże później, proszę pana.- wydukał wreszcie cofając się o krok i kuląc w sobie. Ku jego zdziwieniu nic strasznego się nie stało. Skonsternowany Jim zdjął z głowy bandanę i zaczął ją nerwowo miętosić w rękach. Earl powinien się wściec, a on tym czasem był niewiarygodnie wręcz spokojny. Rozmawiał z majtkiem zamiast go przepędzić, marnując czas, który powinien poświęcić kapitanowi. “ Musiało się coś stać, to nie jest normalne”- Jim naprawdę wolałby gdyby pierwszy oficer się wściekł, byłoby to coś, co potrafił zrozumieć. Zupełnie nie mógł pojąć zachowania swojego rozmówcy i nie chciał już tego ciągnąć dłużej. Uciekł bez słowa pod pokład.
- Panie bosmanie... pan Earl kazał mi wspomnieć coś o pięciu czystych ogniwach łańcucha kotwicznego.- zagadnął Jim bosmana, mając nadzieję że tamten nie skojarzy o co chodzi.
- Czego mi tu głowę zawracasz! - warknął Rahl. - Nie widzisz co się szykuje? Oślepłeś do cholery? Skoro Earl ci kazał łańcuch czyścić to już cię tu nie ma! - zamachnął się z bardzo wyraźnym zamiarem odpowiedniego pogonienia Jim’a przy jednoczesnym nabiciu mu odrobiny rozumu do głowy.
Jim uchylił się zręcznie i przezornie odsunął parę kroków.
-Widzę, co się dzieje proszę pana i naprawdę wolałbym robić coś innego.- odpowiedział głosem, który nie pozwalał wątpić w jego słowa i ruszył do łańcucha.
- A idź w cholerę! Tylko na szczury uważaj, bo płótna szkoda na takiego gówniarza! - odprowadził go gniewny okrzyk bosmana.
W pośpiechu zabrał młoteczek, szmatę, oliwę do natłuszczania i czym prędzej zniknął bosmanowi z oczu. Łańcuch był w opłakanym stanie, calutki porośnięty rdzą tak grubo, że wyglądał jakby spuchł, do tego cały uwalany w szczurzych bobkach. “W życiu tego nie skończę”- pomyślał smętnie Jim stąpając pomiędzy rozbiegającymi się z piskiem na wszystkie strony szczurami. “Chyba nie lubią jak ktoś im przeszkadza”. Spojrzał ciekawie na gryzonie zastanawiając się czy naprawdę mogą być aż tak wredne jak sugerował Ralh.
-Może nie uwierzycie, ale mnie wasze towarzystwo nie odpowiada tak samo jak wam moje. Bądźcie więc grzeczne, bo im szybciej skończę tym szybciej sobie pójdę.- przemówił do gryzoni i zdawało mu się, że w błyszczących czarnych oczkach dostrzegł cień zrozumienia. Siadł więc i zabrał się ostro do roboty. Jego zapał na niewiele się zdał, mimo najszczerszych chęci nie był w stanie pokonać lat zaniedbań. Coraz bardziej zły, stukał młoteczkiem w oporne ogniwa. „ Dlaczego? Dlaczego mnie to spotyka? Tyle ciekawych rzeczy dzieje się na pokładzie. Tajemnicza Nelly, dziwne narady u kapitana, sztorm, Królowa Anna… a ja zamiast tam być czyszczę jakiś głupi nikomu do niczego nie potrzebny łańcuch!” Jim czuł się niemal jakby został przykuty owym łańcuchem. Narastająca frustracja sprawiła, że miał ochotę zrobić komuś krzywdę. Spojrzał na młoteczek a potem na szczura. Sprytny gryzoń od razu zrozumiał, co się święci, zapiszczał przestraszony i czmychnął do swojej nory, jego pobratymcy również woleli nie rzucać się w oczy. Jim został sam ze swoimi myślami.
 
Agape jest offline  
Stary 21-04-2011, 14:05   #10
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7203 Kelly ma wyłączoną reputację
Marco wskazywał dziewczynie drogę trochę dziwiąc się, że nie niesie ze sobą żadnego rulonu ani atlasu, ani kawałka nawet dodatkowego mapy. Bellamy także dziwacznie gadał. Widocznie mapa jest bardzo ważna i dziewczyna ma ją jakoś ukrytą. Ale gdzie? Za podwiązką chyba. Bowiem pod tą koszuliną to wiele schować nie mogła. Idiotyzm.
- Dobra, panno Nelly - powiedział kiedy weszli do jego kajuty zawalonej mapami - proszę oddać mi tą mapę oraz może pani wracać do kapitana. Miło wprawdzie mi panią spotkać - powiedział grzecznościowo oraz całkowicie niezobowiązująco - ale sama zabawa kreślenia mapy to trochę zajmuje. Nie chcę pani przeszkadzać, zresztą pewnie wynudziłaby się pani patrząc na taką robotę.

Nelly uśmiechnęła się do mężczyzny po czym ostrożnie chwyciła rąbek koszuli i zaczęła go unosić w dość jednoznacznych zamiarach.
- Czy pani oszalała - natychmiast złapał ja za rękę. - Przepraszam, owszem, jest pani kutafońsko atrakcyjną dziewczyną, co dostrzegłby nawet dziewięćdziesięcioletni impotent, ale kurde, po pierwsze mamy robotę, po drugie nie mam zwyczaju zabawiać się z panienkami, których nie znam. Przykro mi, ale nic z tego, jeśli pani chciałaby, proszę zostać, ale naprawdę potrzebna mi mapa. No dobra, może być za minutę. Napije się pani herbaty? Mam trochę gorącej wody.
Jej usta nadal układały się w uśmiech, jednak w oczach pojawiła się groźba gdy powiedziała:
- Proszę mnie puścić panie Modrone.
- Oczywiście panno Nelly - natychmiast puścił jej rękę - ale proszę tego więcej nie robić. Czy chciałaby pani herbaty? - ponowił.
- Skoro pan nalega - oznajmiła potulnie.
- Nie nalegam, tylko proponuję. Po prostu no nie wiem, po co kapitan kazał pani ze mną przyjść. Ma pani mapę, albo jej część. Może widziała ją pani oraz ma wspomóc swoja pamięcią proces kreślenia - domyślał się nalewając herbatę. Odwrócił się przy tym wsypując listki wonnego ziela.
- Widziałam część mapy, druga jest dość trudna do obejrzenia aczkolwiek przy użyciu lustra można tego dokonać.

Filiżanki, które trzymał Marco w ręku niemal poleciały na podłogę. To były dwie ostatnie z potężnego zestawu, który kiedyś był chlubą gubernatora Jamajki, potem zaś dumą Marco. Właściwie próbował je jeszcze złapać, ale chińska porcelana jest bardzo krucha.
- Panno Nelly - rozłożył ręce przypatrując się ledwie osłoniętym krągłościom dziewczyny, wyjątkowo zresztą kształtnym oraz niezwykle ponętnym dla męskiego oka. Takim, które wręcz zapraszały, by skoczyć na tą urodziwą kobietę, zatopić w jej wargach swoje usta, potem zaś kochać się do totalnego zachłyśnięcia miłością. Usiadł - No dobra, pani nie wygląda na dziwkę i nie wierzę, żeby ktoś taki jak ja zwrócił na siebie uwagę takiej dziewczyny, jak pani - ocenił trzeźwo. - Proszę wiec powiedzieć, o co chodzi, póki trzymam się w tych usmarkanych ryzach.
- Ma pan rację, nie jestem dziwką. Wypełniam rozkaz Samuela oraz pańską prośbę. Czy nie chciał pan zobaczyć drugiej połowy mapy? - spojrzała na niego czujnie po czym powoli odwróciła się ukazując plecy. Cała górna część oraz większość dolnej połowy zostały sprawnie zabandażowane. Część pośrodku pozostała jednak odkryta, więc Marco nie miał problemów z dostrzeżeniem wyraźnych, czarnych linii wyglądających dziwnie znajomo. - Proszę, oto ona.
- Co za drań panią tak urządził? - spytał nie mówiąc nic więcej.
- Chodzi panu o mapę czy o to co kryje się pod opatrunkiem? - zapytała spokojnie, aczkolwiek dało się wyczuć, że spokój ów jest wymuszony.
- Nieważne, jednak jeśli Bellamy wyrwał panią od takiego łajdaka, to każdy przyzwoity, co tam przyzwoity, każdy normalny osobnik, powinien być mu wdzięczny. Nie lubię drani. Przepraszam, że tak durnie wyszło - dodał po jakiejś chwili.
- Nie ma pan za co przepraszać, nie było w tym pańskiej winy. Samuel mógł od razu wyjaśnić o co chodzi jednak wtedy nie byłby sobą - w jej głosie dało się słyszeć nutkę wesołości. - Powinniśmy się pospieszyć, sztorm niedługo uderzy - delikatnie przypomniała o zadaniu jakie wyznaczył mu kapitan. - Fale zaczęły już śpiewać…
- Fale śpiewają od dawna. Marynarskie ucho chwyciło ich pieśń znacznie dawniej przed wypłynięciem. Bellamy doskonale wiedział, że grozi nam sztorm, choć tak naprawdę dokładnie nikt tego nie oznaczy.
- Proszę się jednak przysłuchać, ich śpiew się zmienił. Zaraz uderzy - pochyliła głowę wsłuchując się w rytmiczne uderzenia, które faktycznie przybrały na sile. Statek kołysał się coraz mocniej, a gdzieś w oddali rozbrzmiał grzmot.
- Znam ten odgłos, zresztą nie tylko ja. Dobrze, zabierzmy się za to, co musimy zrobić. Jeśli pani chce, proszę położyć się na leżance na brzuchu. mi także tak będzie wygodniej, zaraz wezmę tylko lupę oraz papier. Lepiej najpierw skopiuję to z pani pleców, żeby jak najszybciej panią uwolnić tej przykrej niewątpliwie kwestii.

Posłusznie ruszyła w stronę leżanki, na której ostrożnie i bardzo powoli się ułożyła. Skrzywił się powoli kopiując oraz oglądając plany. Wyglądało to nieciekawie oraz kompletnie idiotycznie. Kto tatuuje mapy na ciele dziewczyny? Chyba kompletny szaleniec.
- Mną proszę się nie przejmować, panie Modrone - powiedziała Nelly po dłuższej chwili. - Co człowiek taki jak pan robi na pirackim statku? - zapytała w pewnym momencie.
- Pani wybaczy, ale pani prośba jest niemożliwa do spełnienia. Mam zwyczaj przejmować się kobietami, które są jakoś no, obok mnie powiedzmy. Natomiast co robię. Prosta rzecz. Kiedyś Bellamy zdobył statek, na którym pływałem. Wybił większość załogi, ale sam stracił tyle, że musiał zwerbować iluś naszych, żeby jako tako sprawnie prowadzić swój okręt. Wśród nich byłem także ja. Ot sprawa prosta oraz kompletnie niebohaterska. Wolałem nawigować tutaj, niżeli zarobić funt ołowiu - patrząc na jej okaleczenia postanowił sobie, że nie będzie jej wypytywał. Pewnie nie byłyby to miłe wspomnienia, Marco zaś nie chciał dokładać jej kolejnych przykrości, może rzeczywiście był piratem, jednakże pozostało mu trochę uprzejmości.
- Zatem nie jest pan jednym z jego zaufanych? - w jej głosie zabrzmiało zdziwienie. - W takim razie proszę na siebie uważać i pamiętać pod kim służył Samuel. Chociaż, jak znam Mary moje ostrzeżenia mogą się okazać bezpodstawne - dodała.
- Pamiętam panno Nelly, pamiętam. Edward Teach, zwany Czarnobrodym. Chyba wszyscy wiedzieli. Spryciarz, okrutnik oraz kobieciarz, który miał czternaście żon. Jeśli to jego sprawka, ta mapa, to rzeczywiście trzeba uważać. Nie wiem, kim jest owa Mary, jednak sypiam trzymając pistolet pod poduszką. Nie dlatego, żebym komuś nie ufał, ale dla zapewnienia sobie po prostu zdrowego marginesu bezpieczeństwa. Jeśli orientuję się dobrze, kapitan działa pod tym względem niezwykle podobnie. Ale dziękuję za ostrzeżenie - mówił malując dalej - nie będę go lekceważył, może być pani spokojna - teraz był pewny, ze ta mapa to coś wyjątkowego. Coś, dlaczego Bellamy gotów byłby poświęcić wiele. Nelly miała rację, warto było zerkać za swoje plecy.
- Właściwie to tylko dwie - sprostowała jego wypowiedź przy czym lekko się poruszyła. - Właściwie to nie jego, a pewnego mistrza, który miał pecha być znanym ze swego kunsztu. Zaś Mery... Poznał ją pan w kabinie, aczkolwiek zapomniano was sobie przedstawić. Jest na statku od dwóch dni.
W tym samym momencie statek nieco mocniej przechylił się na prawą burtę.

Przytrzymał dziewczynę na plecach starając się nie urazić zabandażowanego miejsca.
- Rzeczywiście, zaczęło bujać. Proszę się trzymać to jeszcze trochę potrwa. Niech się pani nie dziwi, nie jestem oficerem, tylko po prostu członkiem załogi, jak cieśla, czy ogniomistrz Posiadam pewną wiedzę, jednak moje stanowisko jest niespecjalnie istotne. dlatego wcale się nie dziwię kapitanowi, że nas nie przedstawili. Niby dlaczego miałby to uczynić. Nie jestem kimś istotnym na tym okręcie. Zaś tak, osoby, które dysponują kunsztem, muszą uważać. Całkowita racja. Jeszcze tylko chwilka. Proszę się przytrzymać, żeby pani nie spadła przy większych falach.
- Może ma pan rację - mogła to być odpowiedź zarówno na prośbę by się przytrzymała jak i na wcześniejsze słowa Marco.
Minęło jeszcze trochę, gdy wreszcie Marco oznajmił wykonanie zadania.
- Panno Nelly, właściwie gotowe, resztę mogę wykonać przy pomocy pozostałego kawałka mapy. Proszę się już ubrać. Oczywiście nie wypędzam pani absolutnie. Jeśli nie nudzi to panią, proszę pozostać - podał rękę, żeby pomóc dziewczynie wstać. Miała delikatną cerę.
Przyjęła pomoc z wdzięcznym uśmiechem na ustach.
- Jeżeli nie będzie to przeszkadzać, zostanę. Przejście teraz do kajuty nie wydaje się dobrym pomysłem.
- No to świetnie - przyznał - wprawdzie filiżanki od herbaty walają się teraz po podłodze rozwalone na kawałki, ale jeśli nie ma pani nic przeciwko cynowym kubkom, zapraszam.
- Biorąc pod uwagę, że strata owych filiżanek poniekąd z mojej winy nastąpiła, oczywiście nie zgłaszam sprzeciwu.
- Doskonale, proszę uważać, bo gorąca - Marco poruszał się wolno po chyboczącej się podłodze. Miał widać jednak jaką taką wprawę. Rzeczy także w jego kajucie było przybite do ścian oraz podłogi, toteż nie ruszały się.

Podniósł głos, bowiem wzmożony wiatr wył coraz głośniej przeszkadzając swoim świstem przy rozmowie.
- Mnie pani ostrzegła, ale niechaj pani także będzie ostrożna. Jeśli komuś bardzo zależy na rożnych rzeczach, to pani płeć nie będzie ratunkiem. Tak na wszelki wypadek, mam nadzieję, ze ma pani ostry nóż przy sobie. Oczywiście, mam nadzieję, że będzie zbędny.
- Myśli pan, że coś może mi grozić ze strony Samuela? - zdawała się być zszokowana takim podejrzeniem. - Na tym statku jestem bezpieczna, panie Modrone. To niemal mój dom...
- Tego przecież nie stwierdziłem. Po prostu uważam, że jeśli kwestia tej mapy jest ważna, to każda osoba zamieszana musi być ostrożna. Bellamy może rzeczywiście niczego nie planuje, ale inni. Tam przecież oprócz mnie, pani, jego, był jeszcze Earl oraz ta Mary. Kupa osób, któż wie, ile jeszcze się domyśla, albo ma jakiś kawałek wiedzy.
- Mary to moja siostra, panie Mordone, a Earl to zaufany Samuela - wyjaśniła z uśmiechem. - Zaś samego Bellamego znam niemal od urodzenia. Załoga... Możliwe, że znajdą się tacy, którzy mogliby połakomić się na złoto jednak... Tymi zajmie się Mary.

Skinął spokojnie.
- Cóż, pani wie lepiej. Jestem Italijczykiem, moja ojczyzna ma dwa przysłowia dotyczące rodziny. Pierwsze to: “Krew nie woda”, drugie: “Zaufałem mu jak bratu, toteż, żeby dokładniej powiedzieć: wcale”. Mam nadzieję, że przy pani rodzinie sprawdza się to pierwsze. Jednak jeśli nawet naprawdę mamy trochę nowych rekrutów. No cóż, może pani bezwzględna siostra rzeczywiście wyniucha, czy nie ma tutaj jakiegoś podglądacza.
- Mary nie jest bezwzględna - natychmiast stanęła w obronie siostry - tylko... troskliwa. Gdy nie udało się jej zapobiec porwaniu... - nie dokończyła, zamiast tego zajęła się upijaniem drobnych łyczków herbaty.
- Hm, wobec tego nie rozumiem, jak zajmie się tymi, którzy połakomiliby się na złoto. Panno Nelly, tutaj wszyscy, którzy zaciągnęli się normalnie, zostali zwabieni pogłoskami na temat złota. To że nie rozmawiam tam na pokładzie z majtkami, to nie znaczy, że nic do mnie nie dociera. Tutaj złoto jest czymś, co niemal każdy chciałby mieć bez względu na konsekwencję, zdradę, czy cokolwiek. Wśród piratów gentlemanów honorowych jest naprawdę niewielu. Moment, muszę poprawić gitarę bo spadnie jeszcze - wstał by zająć się swoim instrumentem.
- Ma pan rację - odpowiedziała na jego słowa nie wnikając w szczegóły. - Jest pan również muzykiem?
- Och nie, siniorina, ale my, Włosi, mamy muzykę naturalnie przekazywaną przez matczyne mleko. Uwielbiamy ją, ona zaś łechce nasze ucho. Mamy jeszcze chwilę, chce pani posłuchać czegoś. potem zaś się wezmę do roboty, oczywiście, jeśli zechce mi pani pomóc, nie ma problemu.
- Z przyjemnością - odparła. - Jednak może mógłby się pan zwracać do mnie po imieniu?
- Czy na pewno? - spytał. - Pani wydaje się, no wie pani, wydaje się pani kimś innym od pani siostry, ale jeśli nie ma nic pani przeciwko temu, to będę mówił po imieniu oraz chętnie zagram.

[media]http://www.youtube.com/watch?v=_Z_lAjt-gMw&feature=youtu.be[/MEDIA]

Odczekała, aż zakończy swą grę, która sprawiała jej widoczną przyjemność, po czym zapytała.
- Dlaczego uważasz, że jestem inna niż Mary?
- Hm, bowiem masz w sobie nutę delikatnej poezji - powiedział nagle jakby zamyślony, jakby mówił po prostu nie do niej, lecz gdzieś hen. - My Włosi ją wyczuwamy, może zresztą nie tylko Włosi, ale, uf, zadałaś trudne pytanie. Nie uważam tego, że jesteś inna, jedynie czuję, uczucia zaś to co innego niż logiczna ocena, którą można dokonać po wnikliwym poznaniu danej osoby. Nie jest ci zimno? - zatroszczył się. - Jak trzeba znajdę ci coś do ubrania.
- Siostrzyczki byłyby zadowolone - odparła po czym pokręciła przecząco głową. - Nie, nie trzeba.
W chwilę później statkiem wstrząsnęła pierwsza salwa.
- Zostańmy - powiedział spokojnie. - Przy abordażu wszyscy muszą pomagać. Takie polecenie kapitana, ale podczas ostrzału gotowość tylko dla obsady żagli oraz obsługi armat. Wiesz Nelly, przy takiej pogodzie szansa trafienia jest mniej więcej taka, jak dobry humor Bellamy’ego.
- Nie będzie abordażu - odpowiedziała znad kubka.
- Wiem, nikt nie abordażuje przy sztormie. To niemożliwe. Można tylko próbować strzelać chociaż to także idiotyzm, bowiem celność minimalna, zaś działa na poruszającym się okręcie same mogą wypaść ze swoich prowadnic. Wtedy to masakra. Muszą mieć naprawdę dobry powód, żeby robić to, co robią.
- Mają takowy. Na tyle dobry by za niego zginąć, co też ich wkrótce czeka - powiedziała to ze smutkiem w głosie po czym zamilkła.
- Hm, może ocaleją - przyznał. Nie lubił nikogo ubijać bez konkretnego powodu. lepiej było po prostu, by uciekli spokojnie ścigającemu ich okrętowi wojennymi. - Takie statki, jak tamten, są bardzo silne oraz mają dużą odporność na burze.
- Ten zatonie - w jej głosie nie było cienia wątpliwości.
- Zobaczymy, ale cokolwiek wypadnie, my nie mamy przy tym nic do roboty. Masz ochotę mi pomóc?
Skinęła głową potwierdzając swą chęć pomocy. Pochylili się obydwoje nad stołem powoli kreśląc na szarym pergaminie.
 
Kelly jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 05:03.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169