Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Postapokalipsa > Archiwum sesji z działu Postapokalipsa
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Postapokalipsa Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Postapo (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 10-07-2014, 01:48   #101
 
Dziadek Zielarz's Avatar
 
King stanął na placu rozglądając się dookoła. W stronę Bramy chyłkiem, co rusz zbliżali się kolejni uchodźcy. Brudni, wychudzeni, uciekający przed nadchodzącą nocą. Prawdopodobnie złodzieje, jeżeli skierowali się w tą stronę, przybyli już na miejscę.
Przy pompie rozpalono kilka ognisk. Siedzą przy niej trzy grupy. Jedna, dosyć liczna składająca się z Tarczowników. Kobiety i mężczyźni cicho rozmawiają rzucając na boki uważne spojrzenia. Druga, czterech mężczyzn, wychudzonych uchodźców układała się do snu, zasłonięta przez rozpadający się wrak. Trzecia najbardziej głośna, składająca się z dwóch pijących wódkę mężczyzn, krzyczących i grających w karty. Obok nich stoi kolejny, trzymając w rękach krótką strzelbę i rozglądający się dookoła.
King zbliżył się do Tarczowników. Wybrał kogoś kto wyglądał na w miarę komunikatywnego i zagadał.

- Czy przebiegała tędy grupa dzieciaków?

Kilku z nich podniosło głowy patrząc na Ciebie obojętnie.

- Kiedy, teraz? - Zapytał jeden z nich. – Nie widziałem. Jutro rano przyjdźcie pod bramę, spiszemy was.
- Ta jasne, brama...

Clyde pokręcił głową i sięgnął po garść pocisków .22LR. Wysunął nieco dłoń przed siebie, tak żeby tylko rozmówca to widział.

- Na pewno nie widziałeś?

Większość z nich wybuchła śmiechem.

- Widzisz, jak się nauczyli? - Śmiejąc się tarczownik klepnął siedzącego obok mężczyznę. – Wcale już nie wierzą w naszą prawdomówność i poczucie obowiązku. - Dodał sięgając po pociski.

Spec zamknął dłoń zanim tamten zdążył zabrać amunicję.

- Informacje. - Spojrzał tamtemu prosto w oczy bez zaszczutej rezygnacji uchodźcy. – I tak gówno wiesz o prawdomówności i obowiązku, więc nie ściemniaj.

Mężczyzna wstał, wpatrując się w Kinga.

- Słuchaj, kurwa… - Wycedził popychając go i wyciągając zza paska pałkę. Nagle ostry głos młodej kobiety zatrzymał go w miejscu. Dziewczyna, z którą wcześniej rozmawiali, stanęła między nimi.

- Nie będzie mi pierdolec… - Żołnierz wychylił się zza jej ramienia i pogroził Specowi pałką.
- Siadaj, Łysy. - Zakończyła rozmowę, zwracając się tym razem do Clyde’a.
- Czego chcesz? - Nie była o wiele milsza od tamtego, ale przynajmniej wydawało się, że chciała szybko załatwić sprawę. Nauczyciel od razu przeszedł do rzeczy.

- Przybyliśmy niedawno pod mury Misji, okradła nas jakaś banda dzieciaków. Sprzęt był brudny od opadu, więc zawinęliśmy go w worki, ale małolaty tego nie wiedziały i teraz po obozowisku podróżuje sobie worek pełen średnio ważnych gambli pokrytych toksyną. Jeśli pomożecie mi go odzyskać za chwilę połowa obozu nie dostanie halucynacji i nie zacznie się zabijać. Więc jak będzie?

Kobieta słuchała kiwając głową. Gdy Spec skończył odwróciła się w stronę Tarczowników.

- Łysy następny raz posłuchaj, co Ci goście chcą Ci powiedzieć, zanim rozwalisz im czaszkę. Siadaj. - Powiedziała już do Kinga. – Tutaj was okradli?
- Kawałek wcześniej, ale zwiewali do obozowiska.
- Poznałbyś ich?
- Oczywiście. Było ich kilkunastu, ale fanty zwinęła jedyna dziewczynka w ich grupie. Wleźli nam na wóz, zdążyłem się napatrzeć jak worek znika w tłumie.

Kobieta zastanowiła się przez chwilę.

- Nie możemy Ci pomóc. Nie mieszamy się w sprawy cywili. Ale…- King przerwał jej.
- Czyli chcecie pozwolić, żeby zwykłe dzieciaki zwariowały od opadu i pomordowały uchodźców, bo “to nie wasza sprawa”?
- Nie możemy zostawić Opadu w obozie. - Dodała patrząc na niego krytycznie. – Jeżeli przetrząsnę cały obóz ci, którzy mówią o buncie i sforsowaniu Bramy zdobędą poparcie dla swojego pieprzenia. Zrobimy tak, dam ci trochę gambli, wynajmiesz ludzi, - wskazała na główny budynek, w którym spali uchodźcy. – znajdziesz tamtych i weźmiesz, co swoje. Stoi?
- Jasne. - Spec wyciągnął dłoń w kierunku bezimiennej dziewczyny. – Jestem Clyde. Clyde King.
- Tilda. - Kobieta uśmiechnęła się, odchodząc w stronę beczkowych namiotów. – Czekaj przy pompie.

***

Kilka minut później pojawił się tam mężczyzna odziany w grube futro.

- Masz. – powiedział przybysz wciskając specowi w rękę foliową siatkę, w której coś cicho pobrzękiwało.
- Ludzie skojarzą czym jest opad? – Clyde rozchylił torbę i zajrzał do środka. Chleb, trochę pasztetu, amunicja to colta. Niewiele. – Jeśli postawi się sprawę jasno sprzęt powinien się znaleźć dość szybko. No chyba, że mamy zachować to w tajemnicy.
- Ja się w to gówno nie pakuje. Bierz naboje i ja spadam.

Nauczyciel z powątpiewaniem zważył siatkę w ręce, ale skinął głową odzianemu w futro i ruszył w stronę ognisk. Mężczyzna jednak nie odstępował patrząc chciwie na jedzenie.

- Żarcie jest dla mnie za robotę. Tilda tak powiedziała.

King zmierzył go wzrokiem.

- I dlatego pokazywałbyś mi je na widoku? Nie próbuj mnie oszukać, cała ta szopka z poszukiwaniami dzieje się po to, żeby w obozie nie wybuchła panika z powodu zakażonych gambli, a nie żebyś zwinął kawałek chleba. No chyba, że masz mi do przekazania jakieś konkrety w sprawie dzieciaków. Wtedy może sobie zapracujesz na żarcie.
- Dawaj i wypierdalaj. - Wycedził sięgając do kieszeni.
- A Ty rzucisz się na mnie na oczach tarczowników? - King zrobił nieznaczny krok na bok, aby odsunąć się od ewentualnego noża. – Pomyśl rozsądnie. Możesz całkiem uczciwie zdobyć żarcie, a nie zaraz atakować pierwszego gościa, który może naprawdę wam w czymś pomóc.
- W dupie mam pomoc. Zdążę Cię podziurawić i spieprzyć w ruiny z żarciem. Dawaj. - Powiedział, aż trzęsąc się ze złości. Jego wychudzona ręką sięgnęła do reklamówki.

King podniósł głos, tak by usłyszeli go pracujący przy pompie towarzysze.

- Słuchaj mnie uważnie. Widzisz tamtych kolesi? - Wskazał ręką na Randalla czyszczącego karabin z czarnego syfu. – Nie nosimy broń tylko na pokaz, więc jeśli jeszcze raz będziesz próbował zrobić ze mnie idiotę to nigdzie nie uciekniesz z tym żarciem. No chyba, że kilka metrów z 5.56 w plecach.

Mężczyzna nawet nie zwrócił uwagi, na to, co mówił King, wyrywając z kieszeni nóż sprężynowy. Głód w jego oczach silniejszy był nawet od strachu. Spiął ciało w jednym skoku i runął na Speca. Jeżeli ruiny czegoś uczyły to z całą pewnością tego, by być zawsze gotowym. Ostrze błysnęło, ale naukowiec zdołał uskoczyć napastnikowi, który potknął się o umyślnie pozostawioną nogę. Obdartus upadł ciężko na ziemie wypuszczając broń. King szybkim ruchem zgarnął nóż z ziemi i stanął dwa kroki od napastnika, żeby tamten go przypadkiem nie złapał za nogę.

- I na co Ci to było? – nauczyciel nie silił się na pogardę, serce waliło mu jak młotem od nagłego skoku adrenaliny – Chciałem się dogadać to panikujesz. Spadaj stąd. - Clyde był spięty, ale jego głos brzmiał już pewniej.

Mężczyzna spojrzał niepewnie na lekarza, po czym usiadł i schował twarz w dłoniach.

- Pomogę Ci… - Odezwał się cicho. – Szukasz tego skradzionego sprzętu i ja Ci pomogę za żarcie… Bądź człowiek, no…

- Człowiek? Teraz mam być ludzki? Tak jak Ty? - Clyde spojrzał z góry na uchodźcę. Coś jednak w nim drgnęło – Dobra, dam Ci szansę. Jeśli znajdziesz jakiś konkretny trop, przyprowadzisz kogoś z tej bandy to zapomnę że chciałeś mnie dźgnąć. Jak znajdziesz plecak to pomyślę o zapłacie. Stoi?

Tamten wyciągnął do niego rękę, by Spec pomógł mu wstać.

- Stoi.
- Nie myśl, że tak od razu Ci zaufam. - King spojrzał tylko na wyciągniętą rękę.

Mężczyzna spojrzał na niego złym wzrokiem, wstał sam i ruszył w kierunku budynku, w którym spali uchodźcy.

- Jak się coś dowiem, to przyjdę. - Rzucił przez ramię.
- Zgłoś się do tamtych gości. - Wskazał ręką na resztę swojej grupy, po czym ruszył przed siebie chowając sprężynowca do kieszeni.

***

Spec wciąż lekko zdenerwowany szybko przeciął zapyloną jezdnię, po drodze chowając reklamówkę do kieszeni kurtki. Ostatnie czego teraz potrzebował to kolejnych wygłodzonych szaleńców zdolnych zabić za kęs chleba. Po drugiej stronie prowizorycznego obozu stała bryła zrujnowanego budynku pełniącego rolę baraku dla uchodźców z Pinneville. Gdzieś pośród wielu namiotów i legowisk, przy których szwendały się rzesze zabiedzonych mord miał znaleźć pomoc nim worek gambli unurzanych w opadzie znajdzie się w nieodpowiednich rękach. Przede wszystkim musiał zachować spokój. Clyde spędził zbyt wiele czasu wśród agresywnych i zdesperowanych więźniów w karawanie, by teraz panikować, jednak gdzieś z tyłu głowy przeczuwał, że na własne życzenie pakuje się w kłopoty. Zagryzając zęby przestąpił rozsypujący się próg.

Z prawie nieoświetlonego parteru do uszu Kinga docierały strzępki rozmów, głośne chrapanie i stłumione pojękiwanie kobiety. Mimo dużej przestrzeni, ludzie żyli tu jeden na drugim, chroniąc się w ten sposób przed zimnem listopadowych nocy. Clyde zerknął do jednego z pomieszczeń. Wpierw odrzucił go smród, jednakże przemógł się by się rozejrzeć. Przy ogniu rozpalonym w blaszanej beczce ogrzewał się mężczyzna. Otaczał go wianuszek uchodźców, w różnym wieku i o różnej płci, jednakże w prawie wszystkich przypadkach już śpiących. Tamten dopiero po chwili dostrzegł Kinga.

- Mam broń. - Powiedział monotonnym głosem. – I żadnych wartościowych gambli. Nie mamy też żarcia. Wypieprzaj. - Skończył, brzmiąc jakby tą formułkę wyrecytował już nieskończoną ilość razy.
- Rozumiem, ale nie przyszedłem tu po żarcie. Nie chcę też was okradać. Masz może wolną chwilę żeby pogadać? - King oceniał na ile mężczyzna mógł mu się faktycznie przydać, ale od czegoś musiał zacząć.

Mężczyzna spojrzał na niego znudzony, odsuwając się jednak trochę od ognia.

- Jeśli jest o czym… Siadaj.

Clyde przystanął nieco z boku, tak by nie zostać przypadkiem otoczonym przez uchodźców i oparł się o wystającą ze ściany rurę.

- Przejdę odrazu do rzeczy. Potrzebuję pomocy kilku gości, którzy dobrze znają obóz i jego mieszkańców, takich którzy wiedzą z kim zagadać i gdzie co znaleźć. Znasz takich? - King spojrzał w zmęczoną twarz rozmówcy, po czym dodał. - Nie chcę zrobić nic paskudnego, po prostu coś mi zaginęło.
- Co takiego?
- Plecak z gamblami. Ważniejsze, że chciałem wszystko wyczyścić, bo był upaprany w opadzie, a nieświadomy złodziejaszek zawlókł go do obozu. Jakaś banda głodnych dzieciaków, konkretnie młoda dziewczyna. Trzeba znaleźć plecak zanim ktoś nawdycha się tego świństwa. - spec wyłożył sprawę - To jak?

Mężczyzna spojrzał na niego roztargniony.

- Jeżeli masz coś do żarcia.. Zresztą, co ja gadam. Nawet, jak masz to się nie podzielisz, bez niczego w garści, co? - Rzucił mężczyzna, wykrzywiając się. - Wydaje mi się, że kojarzę tą gówniarę, o plecaku nie słyszałem, ale łobuziara okrada nowoprzybyłych. Zrobimy tak. Dasz mi kilka gambli, to ci powiem jak ją znaleźć. Dasz mi żarcie, to cię nawet zaprowadzę, a co…

Clyde wyciągnął z kieszeni kawał pasztetu zawiniętego w brudny papier, tak żeby nie zobaczyli go inni uchodźcy i pokazał rozmówcy. Następnie schował go w jakieś mniej widoczne miejsce w kurtce, osobno od reszty gambli. Chleb póki co zostawił na inny handel.

- Jest żarcie, dostaniesz je po sprawie. Prowadź.

Gość wydawał się współpracować, ale równie dobrze mógł zaprowadzić Clyde’a do jakiejś paskudnej meliny, gdzie ktoś wpakuje mu kosę pod żebro. Musiał mieć oczy dokoła głowy.

- Dobra.. Chodź. - Powiedział mężczyzna zrzucając z siebie koc.

Ruszyli na drugie piętro budynku, równie zatłoczone i śmierdzące, jak pierwszy. Mijało ich, mimo późnej pory kilka osób, załatwiających swoje ciemne sprawki. Kinga uderzyło to, jak bardzo kwarantanna i gadanie o izolacji uchodźców jest nieprawdziwe. Osoby z różnych pięter mieszały się ze sobą, bez przeszkód poruszając się po budynku. W końcu wkroczyli do ciemnego pomieszczenia, w którym siedziało kilku mężczyzn oraz samotna kobieta. Przewodnik Kinga podszedł do jednego z nich, zostawiając speca na progu. Uchodźcy przez chwilę porozmawiali szeptem, by w końcu zwrócić się do Clyde’a.

- Wiemy, gdzie jest twój plecak. A teraz powiedz, co było w środku. - Jeżeli to była groźba, to bardzo zawoalowana, na poziomie, o który medyk nie posądzał siedzących przed nim mężczyzn.
- Rozcięty i zaszyty plecak z krzyżem. Brudny od opadu. - King wyrecytował bardziej zajęty obserwowaniem, czy ktoś się nie podkrada, albo nie chowa ukrytego pistoletu. - W środku było trochę amunicji, trochę sprzętu, kilka rzeczy osobistych, po co wam to wiedzieć?

Żeby wiedzieć czy warto się wysilać. W końcu jeśli plecak jest pełen konserw, albo cennych gambli nigdy w życiu nie oddadzą go jakiemuś przybłędzie. Kiedyś nazwano by to paranoją, teraz była to zwykła ostrożność. Spec chciał jednak usłyszeć ich wersję.

- Nie zrozum nas źle. - Mężczyzna uśmiechnął się, odpalając skręta. - Wszyscy siedzimy w tym gównie i musimy się trzymać razem. Po prostu chcemy wiedzieć, czy sprawa jest warta zachodu. Przyjechaliście tym łazikiem, tak? Mój wuj rozmawiaj z kobietą, z którą przyjechaliście. Podobno jesteście w stanie nam pomóc. Zróbmy tak. Biorę z niego amunicję i żywność, a jutro Spooky przyniesie wszystko, do tego miejsca, z którym umawiaj się z dziewczyną. Uznamy to za gest dobrej woli.

King kalkulował chwilę wpatrując się w rozmówcę, ale już po chwili odpowiedział:
- [/i]Mogę się zgodzić na połowę żywności i amunicji. My też musimy coś jeść i się bronić. Dla was to i tak darmowe żarcie i gamble. Gest dobrej woli.[/i]

Mężczyzna otarł brudną dłoń o nogawkę spodni i podał ją nauczycielowi, by przybić interes.
- No to stoi. Jutro w południe przy pompie.
- Stoi. - Podsumował spec, a dłonie zwarły się w krótkim uścisku.

***

O umówionej godzinie Randall wraz Clydem czekali przy pompie. Stojący obok tarczownik, widząc ich odszedł kilka kroków udając, że nie patrzy w ich stronę. Clyde chrząknął wskazując nadchodzącego mężczyznę. Przygarbiony starzec wyszedł z budynku, w którym ukrywali się uchodźcy. Był pewien, że wczoraj widział go przy ognisku, gdzie ubił targu. Fray również go rozpoznawał. Wczoraj rozmawiaj przez chwilę z Marią.

- To nasz człowiek. - Powiedział cicho. Spec skinął głową. Mężczyzna miał na sobie plecak Kinga. Gdy do nich podszedł delikatnie położył go przed specem. Zasobnik był oczyszczony ze wszelkiego śmiecia i zaszyty, tam gdzie wcześniej ugodziła halabarda jednego z mutantów.
- Gest dobrej woli. Zobacz, czy jest wszystko. - Lekarz uklęknął pobieżnie przeczesując zawartość.
- Zgadza się? - Zapytał mężczyzna.

Randall zmierzył staruszka spojrzeniem z góry. W dłoniach trzymał opuszczony karabin. Jego wzrok szybko spoczął na horyzoncie, lustrując otoczenie.

- Brakuje wody. - zauważył King, ale nim tamten zdołał wymyślić wymówkę dodał - Ale wam też jest przecież potrzebna. - Uśmiechnął się niby przyjaźnie, ale jednak trochę kwaśno. Najważniejsze i tak były narzędzia chirurgiczne. No i fakt, że jakieś przypadkowe dzieciaki nie zatrują się opadem.
- Czyli jesteśmy kwita. - Dodał mężczyzna i odwrócił się ruszając w stronę budynku.
- Czekaj koleżko. Maria mówiła, że masz do mnie jakiś deal. Nie mów, że na darmo tu stoję.
- Nie dogaduję się z umarlakami. - Rzucił mężczyzna przez ramię. - Chciałem pójść z wami na układ, a wy poszliście do Tildy. Widziałem wczoraj, jak wasi ranni przejeżdżają przez bramę.. Zresztą to i tak bez różnicy, bo oni nie żyją.
- Umarlakami? - wtrącił King.
- Sądzisz, że ktokolwiek dociera do Misji żywy? - Spooky żachnął się. - Nie bądź głupi. Wszyscy tu zdechniemy.
- Łżesz! – wtrącił się Fray
- Igła nie jest lekarzem, nie potrafiłby nawet wyleczyć przeziębienia. Tilda trzyma nas tu prawie pod kluczem. Nie mamy gdzie iść, a ona kosi tu gamble.

- W co pogrywa Gianni? - Clyde próbował uspokoić ręką Randalla, który już rwał się do przodu z łapami. - W ogóle wie co kombinują Tarczownicy?
- A skąd ja mam to wiedzieć? - Mężczyzna chciał coś jeszcze powiedzieć, ale za nim to zrobił, wziął głęboki oddech. - Gianni jest dobrym człowiekiem, być może ostatnim takim w tych popieprzonych ruinach. - tutaj King zrobił dziwny wyraz twarzy. - Gówno wie... ale nawet jeśli, to co mógłby zrobić?
- Rozwalić ich. - Clyde uśmiechnął się złowieszczo, czym odrobinę rozśmieszył Fraya. Ten jednak stłumił uśmiech i powrócił do swojej typowej miny. - Chociaż ja raczej bym z nimi pogadał. Może nie bez wsparcia argumentów siły, ale wielu was nie zostało, żeby się wzajemnie wybijać.
- Kurwa. Nie gadajmy o tym tutaj. - Randall głową wskazał na Tarczownika i spojrzał morderczo na staruszka. - Jeżeli okłamujesz nas to uwierz mi, zdechnięcie z głodu będzie dla Ciebie radosną perspektywą.
- Dlaczego miałbym w ogóle chcieć z Tobą rozmawiać o czymkolwiek, co?

Fray nie wytrzymał. Zrobił wykrok na skos żeby King nie mógł go powstrzymać i w dwóch szybkich krokach znalazł się przy szczurze.

- Słuchaj koleżko. Wkurwiasz mnie. Najpierw prosisz Marię, żeby ze mną pogadała, nie mówisz jej o pułpace w ruinach przez co może teraz zdychać.
- Ani słowa, nie powiedziała, że będziecie próbowali się przedostać na własną rękę! - Mężczyzna wyciągnął przed siebie palec, oskarżycielsko wskazując na Fraya.
- Tutaj wszyscy koleżko to próbują. To Ciebie gryzie? Że mieliśmy dość gambli żeby przepuścili naszych rannych?

Spooky zbliżył się do Fraya, tak że mężczyzna czuł na swojej twarzy jego oddech.
- Po prostu powiedz, co zaoferowaliście w zamian za przejazd? Łazik dalej stoi tutaj, a nie za bramą. Wasze uzbrojenie wisi na paskach. Ty rozdajesz żarcie. Myślisz, że nie wiem? My nie mamy, co włożyć do gara, a mimo tego dalej jesteśmy po tej stronie. Powiedz, na co się zgodziliście, co?
- Nie gadajmy o tym tutaj. Możesz się na nas obrazić, czy co chcesz ale na osobności. - Clyde spojrzał wymownie na obu.

Randall głuchy na słowa Kinga mierzył szczura wzrokiem.
- To Ciebie boli? Że mamy dość gambli na sprzedaż, żeby przejść? Że kupiliśmy rannym przejście a nie rozdaliśmy wam? To nie jest jakiś pieprzony komunizm.
Facet spojrzał na mężczyzn zirytowany - Chodźcie. - Rzucił prowadząc ich do budynku.

Clyde został chwilę przy Randallu i syknął do niego:
- Nie spierdol czegoś, tylko dlatego bo chcesz mu pokazać kto jest większym gierojem. Gość może być przydatny. - po czym ruszył za Spookym. Randall tylko uśmiechnął się do niego. King mógł poznać, że Fray panuje nad sobą całkiem nieźle. Chociaż to potrafiło mu się szybko zmienić.

***

Trójka mężczyzn weszła do walącego się budynku. Jak wczoraj od wejścia zaatakował ich smród brudnych ciał. Teraz przy nieco wyższej temperaturze, jeszcze bardziej dokuczliwy. Spooky skręcił w lewo do małego pomieszczenia, w którym przy polowym warsztacie stał wąsaty mężczyzna, naprawiający małe radyjko, nie podnosząc nawet wzroku na wejście przybyszów.


- No. - zaczął Spooky - To jakiego targu dobiliście z Tildą, dzięki któremu wasi przyjaciele teraz gryzą glebę?
- Spooky zamknij się. - Mechanik nie oderwał się nawet na chwilę od swojej pracy. - Z Igły jest nienajlepszy lekarz, ale nie jest mordercą. Ci ludzie trafiają do Misji, a nie ma od nich wieści, bo tam niedaleko wojna, więc mężczyźni robią za żołnierzy, nie kurierów. Zresztą, nie minęło tak dużo czasu, przecież.

Spooky nie odpowiedział, wpatrując się tylko w Randalla. Fray odpowiedział mu zimnym wzrokiem i kamienną twarzą, po chwili uśmiechając się w charakterystyczny dla siebie, wkurwiający sposób.

- Tarczownicy dostali gamble ze przejazd naszych. Potem mieliśmy przejść my. - powiedział w końcu King
- Na chuj im się spowiadasz? Bawią się w bezpiekę Collinsa ciągle pytając i oskarżając a niby chcieli się dogadać. Pieprzyć to Clyde.
Mężczyzna przetarł dłońmi zmęczoną twarz.
- Po prostu powiedzcie, że macie to wszystko gdzieś. - Powiedział nagle bardzo zmęczonym i zrezygnowanym tonem, aż mechanik spojrzał na niego zaskoczony. - Kolejny przystanek, na waszej drodze i nic więcej. - Wzruszył ramionami. - Widzieliście, co się dzieje z tymi ludźmi? - Wzkazał w głąb budynku.

Randall odezwał się o dziwo poważnym tonem.
- Widziałem co się dzieje w ewakuowanych na Froncie osadach, w obozach uchodźców. Widziałem co się dzieje w miastach które stanęły na drodze przejazdu Wędrownego Miasta. Widziałem karawany niewolników i kopalnie Federacji. Nie rusza mnie to. Ale Marię ruszyło i tego tutaj. Dlatego przyszedłem was wysłuchać. I wysłuchać nie oznacza skakania mi do gardła bo wtedy świerzbią mnie palce.
- Nie możemy tutaj spędzić, ani dnia dłużej. Brakuje nam jedzenia, leków. Tylko pieprzonej wody mamy pod dostatkiem. - Spooky uderzył pięścią w futrynę, wskazując w kierunku pompy. - Jesteście najemnikami, tak?
- Tak. – odparł Fray
- Chciecie dotrzeć do Misji. Nie macie już pewnie za wiele jedzenia.
- Jak daleko jest stąd do Misji? – wciął się King
- Godzina, dwie na nogach.
- Czyli Łazikiem będziemy tam za chwilę.

Spooky kiwnął głową na tak.
- Ale ani przez chwilę nie myślcie, że Tilda ma zamiar was wypuścić, cokolwiek by wam nagadała. Gdyby tego chciała, poszlibyście razem z rannymi. Wkrótce, skończy się wam żarcie i będziecie musieli kawałek po kawałku sprzedać wszystko, co macie. Wasza broń, te kamizelki, nawet ten pieprzony łazik. Zrobi was na czysto, a potem siądziecie tutaj, obok nas zdychając z głodu.
- Już widzę alternatywę. Radośnie we dwóch rozwalimy Tarczowników i bramę ku radości wszystkich. Przykro mi koleżko. Rozwalą nas. Sprzątniemy - Fray krótką chwilę się zastanawiał - z pięciu. Przy dawce szczęścia ośmiu ale może być, że i nikogo. Dwóch na dwudziestu to nie ta bajka. Wolę próbować się wykupić nawet kosztem łazika.
- Zresztą, jaki teren kontrolują? Mają tutaj jakiś mur i patrole? Czemu po prostu nie obejdziecie bramy? – Clyde potarł nos w roztargnieniu
- Bo to banda chorych, staruszków, dzieciaków i nieudaczników. Liczą, że…

Słysząc te słowa mechanik mimowolnie mocniej złapał za klucz leżący na stole.

- Zamknij sie już Fray, niech teraz oni coś powiedzą.

Randall o dziwo się zamknął chociaż szczękę i dłonie zaciskał mocno.
- Bo… - odezwał się Spooky, ale stanowczy ruch ręką mechanika go uciszył.
- Wysłaliśmy czterech ludzi. Czterech najsilniejszych z nas. Żaden z nich nie wrócił. Tilda twierdzi, że coś zabiło ich w ruinach, dzikie zwierzęta. Więc co nam zostało? Powiedz, co zostało grupie chorych, staruszków, dzieciaków i nieudaczników? Cofnąć sześćdziesiąt osób w ruiny, z których ledwo wyszli żywi? Powiedzieć: “Wróćmy, to tylko kilkanaście kilometrów”? Na pewno wam się uda! - Mechanik wycelował klucz w Fraya. - Słabsi giną, prawda?
 
Dziadek Zielarz jest offline  
Stary 12-07-2014, 23:49   #102
 
Szarlej's Avatar
 
post wspólny z Lostem i Zielarzem, część opisów nie mojego autorstwa

Dzień dotarcia do bramy


Kwadrans mijał za kwadransem zlewając się w godziny. Randall w końcu złożył czyszczony ckm i oddalił się na stronę. Zdążył się tylko odpryskać i odejść parę kroków gdy poczuł szarpnięcie za rękaw. Spojrzał na brudnego, zabiedzonego mężczyznę szczerzącego przegniłe zęby.
- E Ty tam, nowy… Masz coś do żarcia?
Fray spojrzał na niego spod łba. Po chwili jednak się uśmiechnął i wyciągnął z ładownicy suszone mięso, otrzepane podczas czyszczenia sprzętu z opadu.
- Pewnie stary, trzeba sobie pomagać.
- Ty to jesteś gość!
- Wiesz stary, trzeba być człowiekiem.
- Dobry jesteś facet, rzadko kiedy się takiego spotyka.
- A ja się potargowałem z Tarczownikami i dostałem więcej mięsa niż chciałem.
- Ile dałeś?
Randall bez wahania poklepał się po kaburze z klamką. Nie miał zamiaru przyznawać skąd pochodzi jedzenie i w jakim jest stanie.
- Spluwę. Z znajomymi zgarnęliśmy trochę klamenci.
- A ile za tą spluwę? - Mężczyzna zagłębiał zęby w mięsie z niemniejszą pasją, jednakże to rozmowa zdecydowanie przyciągała całą jego uwagę.
- Ej koleżko. Częstuje Ciebie żarciem, mówię o sobie i kumplach a Ty dalej pytasz. Nawet się nie przedstawiłeś.
- Szycha na mnie gadają… Ale wiesz - uśmiechnął się - sprawa nieźle się pojebała. A ciebie?
- Randall.
Wyciągnął rękę do uchodźcy wcześniej zdejmując upaćkaną krwią rękawicę.
- Nie tylko u Ciebie się pojebała. Nas też ładnie przeczołgało. Paru z nas padło po drodze a teraz kumpel ledwo dycha.
- Jak z nim naprawdę źle, to pewnie za chwilę będzie lekarz. W nocy przychodzi. Tylko, powiem Ci jedną rzecz, bo dobry facet z Ciebie. - Pokiwał palcem, przełykając ostatni kęs jedzenia. - Ten wasz ranny niech udaje, takiego śmiertelnego, co nie może chodzić, ledwo co żyje, no prawie na pysk pada. Takich biorą najczęściej. Albo ważniaka, kogoś takiego, kto może i ma posłuch, czy gambelki. Takiemu to też pomogą.
- Dzięki. W sumie to udawać nie musi. A co do gambli… Jak wszedzie, jak nie posmarujesz to…
Fray zawiesił głos.
- Żeby smarować to trzeba mieć! - Rzucił Szycha i zachichotał. - Zarobić coś byś chciał?
- Gamble zawsze się przydadzą ale teraz trochę zajęty jestem.
- Eee tam to na zaś, teraz sekundę Ci zajmę. 10 gambli idziesz do Nashville, to możesz pomóc.
- Wysłuchać i pogadać niezaszkodzi. Powiedz coś więcej.
- Umiesz czytać? - Zapytał z powątpiewaniem.
Randall tylko się na niego spojrzał i skinął głową.
- Zobacz to. - Powiedział wyciągając z kieszeni pogiętą kartkę. Żołnierz rzucił na nią okiem. Szycha informował w niej kogoś, że wraca do Nashville, ale musi po drodzę załatwić jeszcze kilka spraw i nie ma, co się go spodziewać przed końcem zimy na miejscu.
- Jest tam zapisana informacja kiedy wracam do domu? - Jego głos był bardzo niepewny.
Były nadzorca chwilę się zastanawiał czy nie wcisnąć ściemy Szczurowi. Ot, tak żeby obejrzeć małe przedstawienie jak dorwie tego co napisał wiadomość.
- Tak. Dokładnie, że nie wrócisz przed końcem zimy.
- Heh! Nie oszukał mnie, skurczybyk, dobre, dobre! Powiesisz to na tablicy ogłoszeń w Nashville? Dam ci teraz 2 gambelki, a 8 jak się już spotkamy po zimie.
- To zależy jakie gambelki.
Randall chwile się przypatrywał, widać, że średnio mu się te gamble podobają. Składany nożyk, książka. W końcu jednak pokazał na kości.
- Mamy deal?
- Bardzo dobrze! Bardzo dobrze! - Powiedział wciskając Randallowi do rąk kości i list. Ja jestem gość z zasadami, jak Ty tylko teraz mam trochę słabszy okres. Jakbyś musiał przed końcem zimy wyjechać, to pogadaj z Łapą, facet będzie w obozie uchodźców, albo w Enklawie. On Ci zapłaci, jakby co. Powiedz, że to na Szychę no i wytłumacz o co cho! - Mężczyzna przysiadł na kupie gruzu. - Ja nie chcę Ci się narzucać, czy coś, no, ale masz może papieroska?
- Spoko. Załatwie to.
Fray wyciągnął papierosa i podał ognia. Potem sam zapalił.
- Słuchaj Szycha. Jesteś wporządku, wiesz co to zasady a i życie znasz. Ja tu jestem od niedawna. Powiesz mi kogo tu warto znać? Jakby nie udało mi się z Tarczownikami.*
- No najpierw to mnie, he he. Szychę: gościa od wszystkiego, nie? - Powiedział śmiejąc się. - Później to Tildę z tarczowników. Do niej się idzie, jak chcę się kupić żarcie, czy wodę, czy coś. Wszystkim zarządza. Dalej… - Zastanowił się przez chwilę. - Są kupcy z jakieś małej karawany. Nie mają wiele gambelków, bo większość przeżarli, ale dużo potrafią załatwić i takich tam. - Mówił, wskazując na dwóch mężczyzn, pijących przy ognisku oraz trzeciego ze strzelbą przechadzającego się w okolicy. - Tylko nie, żebym coś sugerował, ale… Nie obraź się, bo tak nie myśle, tylko ostrzegam. Jeden kiedyś próbował ich okreść i ten facet ze strzelbą położył go na miejscu. Był jeszcze Tytus, ale dziś wydarł się na Tildę i przypieprzył w nią cegłą, to go zamknęli. Siedzi w tych beczkach. - Dodał wskazując na beczki. - A reszta… Hm, dopiero se teraz zdałem z tego sprawę, ale większość tych sukinsynów przelazła przez bramę. Pewnie przekupili lekarza, bo on ich zabrał do Misji, dwóch takich było. A tak to teraz nie ma takich, co by się specjalnie rządzili.
- Łapie. Dzięki. Trzymaj się. O liście będę pamiętał.
Odszedł w stronę reszty. To były najłatwiej zarobione gamble w jego życiu. I chyba najdrobniejsze. Ale list dawał tyle możliwości... Chociażby przerobienie go na wieść o strasznym wypadku Szychy...

***

Randall się zmienił. Zawsze był odporny na różne przeciwności i mało czym się przejmował a zimnym wzrokiem potrafił usadzić niejednego cwaniaka. Teraz jednak z wyczyszczonym sprzętem i jasnym celu wydawał się jeszcze bardziej zdeterminowany. Już nie było oglądania się przez ramię w ruinach, reagowania na niespodziewane, miliona zmiennych… Nie. Tutaj byli oni i była brama. I należało tę kolejność zmienić. Szedł długimi i sprężystymi krokami odziany w zdjęte cyborgowi oporządzenie pod którym było widać kamizelkę Violet. Pas obciążała mu kabura z pistoletem kształtu a w udowej kaburze miał wiernego shorty’ego. Broń towarzyszyła mu jako jedyna od początku. Na błagalne spojrzenia odpowiadał zimnym, wypranym z emocji wzrokiem. Zachodzące mu drogę Szczury rozpędzał po prostu się nie zatrzymując. Nie oglądał się też na Kinga. Nie zwracając uwagi na spojrzenia uchodźców i Tarczowników podszedł do ogniska. Odszukał wzrokiem Tilde.
- Ty tu dowodzisz? Mam sprawę.
Kobieta przeklnęła pod nosem i położyła rozebrany karabin na usyfionej szmacie i spojrzała pytająco na Kinga.
Fray niezrażony tym odezwał się ponownie.
- Nie o gamble chodzi a o drużynę Tarczowników pod komendą Roadblocka i sytuacje wokół obozu.
- No? - Powiedziała kobieta patrząc na mężczyznę.
Randall pochwycił kontakt wzrokowy i zaczął mówić spokojnym, rutynowym tonem:
- Roadblocka i jego drużynę spotkaliśmy w drodze do obozowiska - krótko opisał gdzie miało miejsce starcie z maszynami. - Na tamtą chwilę pod nim służyła Violet, Cygan, Vinceto i ich sanitariusz. Ten ostatni był ledwo żywy. Wszyscy oberwali po starciu z brudasami. Nasz medyk - krótkim, prawie niedostrzegalnym gestem Fray wskazał na Kinga. - poskładał Dzieciaka. Cała drużyna jednak padła. W ruinach. Podczas noclegu dopadł nas Moloch. Tic* zainicjował zmodyfikowany pająk. Oprócz standardowych dla tego modelu strzałek usypiających był wyposażony w macki dzięki którym działał jak Kidnaper**. Wsparcie zapewniały mu inne zmodyfikowane maszyny: obrońca wyposażony w mobilne, trójkołowe podwozie, snajper, cyborg Moloch w zaawansowanym pancerzu, transporter bojowy przerobiony jednocześnie na stanowisko Mózgu i dwójkę łowców nie wyróżniających się niczym. Po zniszczeniu maszyn stricte bojowych i unieruchomieniu transportera ten odpalił ładunek. Opad. W dużej i skondensowanej ilości.
Randall mimo tonu typowo służbowego ciągle obserwował twarz kobiety, ewidentnie zaciekawiony rezultatem swojej wypowiedzi.
Tilda przez chwilę chciała coś powiedzieć, jednak szybko odpuściła. Na jej twarzy malowały się różne emocje, które w końcu zebrały się w kompletne zaskoczenie.
- G-gdzie to się wydarzyło? - Odezwała się w końcu.
- Ruiny domków jednorodzinnych - żołnierz powtórzył szczegóły lokalizacji. - Poślij tam tylko kogoś zaradnego. Transporteru nie udało nam się zniszczyć i na pewno wysłał sygnał SOS. Wcześniej starliśmy się razem z Roadblockiem z brudasami. Moloch też wcześniej porwał jednego z naszych i coś mu wszczepił. Działał jak spotter dla snajpera. Radzę więc uważać.
Fray z lekkim uśmiechem pokazał na budynek w którym spali uchodźcy.
- Nie pozwólcie im odejść. - Rzuciła kobieta, wstając i kierując się prawie biegiem do jednego z namiotów. Czterech postawnych żołnierzy otoczyło Randalla i Kinga. Po chwili uchodźców doszły pojedyncze słowa Tildy.
- Dwóch z Posterunku… AG87… Moloch… - Po kilku minutach dziewczyna wychyliła się z namiotu. Była już wyraźnie spokojniejsza.
- Macie jakiś dowód na wasze słowa?
Fray tylko krótkim, zimnym spojrzeniem zaszczycił Tarczowników.
- Opad zmusił nas do szybkiego wycofania. Nasz snajper przejął jednak broń jednego z robotów. Ewidentnie przystosowaną do użytkowania przez maszyny.
- Przynieście.
Były nadzorca uśmiechnął się samymi wargami.
- Zostawiłem w drugich spodniach. Dałem Wam informacje, będę mógł je udowodnić. Jednak nic za darmo. Pomogę Wam razem z moimi ludźmi z tym problemem. Za to Wy pomożecie nam. Violet, radiooperatorka z drużyny Roadblocka mówiła o tym, że mutki na Was idą. Ilu masz uchodźców pod swoją opieką?
Dziewczyna spojrzała na niego ze złością.
- Około sześćdziesięciu, może więcej.
Randall ciągle zimno uśmiechnięty podjął od razu temat.
- I co dzień przychodzą nowi. Jeżeli mutki lub maszyny zaatakują nagonią ich na Was. Nawet jak nie stracisz swoich ludzi to siądną morale. Ludzie zaczną popełniać błędy. I ginąć. W tym momencie możemy sobie wzajemnie pomóc. Dwóch moich ludzi jest rannych. Mi też się nie uśmiecha być między szarżującym, oszalałym ze strachu tłumem a Wami. Dlatego chcę żebyś nas przepuściła. Jeden z rannych jest Frontowym zabójcą maszyn, snajperem. Drugi specjalistą od walki na bliski dystans. Zanim się nie wykurują reszta z nas Was wspomoże. Clyde - Fray wskazał na speca. - jest medykiem polowym, mamy jeszcze przeszkoloną sanitariuszkę. I kupę sprzętu, który możemy użyczyć. W tym dwa rkmy, które mogą przechylić szalę na Waszą korzyść. I uratować Twoich ludzi.
Tilda oblizała wargi, zastanawiając się.
- I co chcecie w zamian? Przejście dla rannych?
- Przejście dla rannych i sanitariuszki. Nocleg, żarcie dla wszystkich. Dla nas prawo wejścia do misji w czasie wolnym.
Tilda zastanawiała się przez chwilę.
- Jeden z KM z kilkudziesięcioma sztukami amunicji musi iść do nas.
Fray chwilę się zastanawiał.
- Odpada. RKM będzie na bramie, póki my na niej będziemy. Potem możemy pogadać o jakimś trwałym gamblingu. Możemy jednak wspomóc Waszą zdolność bojową - Randall uśmiechnął się lekko. - jakąś bronią ręczną. Mamy tego trochę i to dobrej jakości.
Kobieta pokręciła głową z niezadowoleniem.
- Dobra, później moi ludzie prze… - Tilda przerwała, kiedy brama otworzyła się z hukiem. Pospiesznie przez nią przeszedł wyglądający na bardzo zmęczonego, starszy mężczyzna, obok niego treptał drugi, o wiele młodszy pchający przed sobą wózek. Starszy miał na sobie skórzaną kurtkę z doszytym kapturem i brudnę, zimowe ubranie. W ręce ściskał torbę z namalowanym sprayem czerwonym krzyżem. Młodszy miał na sobie kilka niedopasowanych pod względem rozmiarów szmat. Na jego twarzy malował się wyraz absolutnego braku myśli.
- No proszę, w końcu się pojawił. - Powiedziała zgryźliwie Tilda wpatrując się w osobliwy pochód. Lekarz pokazał jej tylko faka, zwracając się do Randalla.
- No, to co masz na łbie, nie wygląda najlepiej, ale na pewno nie umierasz. Powiedz mi, ile tym razem Tilda kazała sobie posmarować, co? - Zachichotał, a jego asystent mu zawtórował, obnażając przegnite pieńki zębów.
- Nie o niego chodzi. - Powiedziała Tilda. - Są z Posterunku, Igła. Mają kogoś ciężko rannego, dwóch mężczyzn. I pielęgniarkę, która też poszła by na drugą stronę.
- Nie potrzebuje żadnej zawszonej pielęgniarki. - Warknął mężczyzna. - Dziś bez obchodu? - Bardziej stwierdził, niż zapytał, wciąż patrząc na nadzorcę.
- Od wczoraj wiele się nie zmieniło. - Rzucił jeden z Tarczowników.
- Dobra, to dawajcie umarlaków. Muszę na nich zerknąć. - Rzucił lekarz.
Fray wpatrywał się w mężczyznę z swoim psychopatycznym uśmiechem. Nie ruszył się, nawet nie zacisnął dłoni w pięści. Mimo to znający go dobrze King mógł poznać, że Randall zastanawia się nad zdzieleniem lekarza i poprowadzeniu dalszej rozmowy pod groźbą pistoletu. Lub zrobieniu czegoś równie subtelnego.
King tylko spojrzał z ukosa na Fraya, dając znać żeby ten nie robił niczego głupiego. Spec miał mieszane uczucia wobec lewego felczera zza bramy. Może i działał “stosunkowo nieodpłatnie”, jednak jego zachowanie i postawa pozostawiały sporo do życzenia w sprawie jego umiejętności medycznych. Naukowiec miał ochotę udać się za Igłą, żeby ten przypadkiem czegoś nie spieprzył. Odprowadził go tylko wzrokiem i rzucił do Tildy.
- Nic dziwnego, że ludzie tu umierają. - Spec powstrzymał ziewnięcie wierzchem dłoni. Wystarczyło chwilę postać żeby zmeczenie uderzyło z całą mocą. - Może przyda wam się pomoc profesjonalnego lekarza?
Tilda uśmiechnęła się krzywo.
- Ten, którego mamy całkowicie nam wystarcza. Chcesz zarobić, to możesz iść do brudasów, może zapłacą. Spakujcie na wóz swoich rannych i sprawa między nami załatwiona.
Randall opanował się gdy lekarz odszedł.
- Ta… Bez wątpienia wystarczy. Bo łatwo się z nim dogadać. Ale nie oszukujmy się to jest pionek. Tak naprawdę Misją rządzi Giani a jeżeli koleś jest wysyłany wbrew swojej woli, a nie wyglądał na idealistę, do tej roboty to nie jest tam najwyżej. A Ty kierujesz bezpieczeństwem dupy Gianiego i małego raju. Tym samym masz dużo do powiedzenia. Jadą ranni i nasza sanitariuszka. Clyde ich zawiesie po czym wróci. Ja w tym czasie rozłoże naszego kaema z granatnikiem i przekażę darowiznę w celu zwiększenia obronności osady. Pokażę też dowód na to, że starliśmy się z Molochem.
Kiedy, tylko Fray wspomniał, że ktokolwiek miałby jeszcze eskortować rannych, dostrzegł jak stojący na uboczu opóźniony mężczyzna zaczął dawać Tildzie znaki, żeby się nie zgadzała.
- Nie ma najmniejszej możliwości, że puścimy jeszcze kogoś za Bramę. Nie możemy popsuć rynku. - Dodała kobieta paskudnym tonem. - Idą tylko ranni. - Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale dostrzegła chyba ukradkowe spojrzenie, które Randall rzucił opóźnionemu. - Debilu, przestań się rzucać. Nie idzie więcej jak dwóch, nie będziesz musiał ich ciągnąć.
Fray ściszył głos tak by opóźniony nie mógł słyszeć.
- Tilda. Ta kobitka to rodzina tego z bezwładem nóg. Do walki się nie zda bo o krewniaka się martwi, my jej nie zostawimy wśród tych brudasów. Do łatania Waszych ran wystarczy Clyde. Jest od niej lepszy. Przepchniesz ją przez bramę, my będziemy spokojni a problem będzie na głowie Gianniego. A żeby nie psuć Twojego małego biznesu, który jest tajemnicą poliszynela to damy Wam strzelbę rosyjską KS 23. Nośnością i siłą przebicia przewyższa każdą inną strzelbę. Mamy do niej 11 naboi śrutowych i demontowaną kolbę, przedłużkę do lufy i kotwiczkę. Albo jak wolisz zamiast niej dostaniesz beowulfa z prawie trzydziestoma pestkami, latarką, dwójnogiem, optyką i kolimatorem. To drugie jest warte chyba przepuszczenie dziewczyny dalej. No i przez parę dni będziesz miała usługi dwóch specjalistów z samym KMem wartym jakieś 1000 szlugów według przelicznika 8 mili tylko za żarcie i nocleg. Wychodzisz na plus. A rynku Ci nikt nie psuje bo te brudasy w najlepszym razie płacą starą dwururką po dziadku.

King rzucił znaczące spojrzenie Randallowi. Wcale nie podobało mu się to co usłyszał, bo dziwnie znajomo kojarzyło mu się z usłużnością Aarona w Studni, sto lat wcześniej. Wtedy też “Pułkownik poczuł się gorzej”, a teraz nagle obecność napdprogramowyh ludzi miała być czymś wielce nieporządanym. Poza tym, dlaczego niby karawana mutantów uciekała z Misji? Czyżby siedziała w obozie pod bramą już stanowczo zbyt długo? Spec nie zmienił pozycji, teraz jednak bardziej niż samą Tildę obserwował jej ludzi, ciekawiło go czy ich obecność wywołała poruszenie, czy obserwuje ich teraz więcej par oczu niż można uznać za normalne.
Przez jakiś czas Tilda nie mówiła nic, licząc chyba w pamięci.
- No... to będzie niezły zarobek. - Stojący obok niej Tarczownicy również się uśmiechnęli. - Dobra. Niech będzie. Idzie dwóch rannych i ta dziewczyna, będzie spoko. - Na te słowa opóźniony zaczął głośno charkać, chyba wyrażając protest. Jeden z Tarczowników stanął obok lekko trącając go puklerzem.
- Zamknij ryj. - Wysyczał, piorunując wzrokiem odszczepieńca.
- Zostaw go, gówniarzu. - Zza namiotów wyszedł Igła, prowadząc obok siebie ledwo trzymającą się na nogach kobietę. Za nią szedł mężczyzna, pomagając się jej nie przewrócić.
- Ode mnie idzie ta jedna. Dawajcie tych rannych na wózek. - Dokończył pomagając usiąść na nim wychudzonej kobiecie.
- Pójdzie z wami jeszcze jedna. -Odezwała się do niego Tilda. - Pięlęgniarka, może się przydać w Misji.
Igła spojrzał na nią zaskoczony.
- Co ja jestem kurwa Gianni, że mam wiedzieć czy się jakaś kurewka nada? - Rzucił ze złością, opluwając stojącego przy nim Randalla. - Nie biere!
- Bierzesz, pieprzony staruchu. - Wycedziła kobieta, powoli tracąc cierpliwość.
- Nie! Droga niebezpieczna! Wóz trzeszczy jak popieprzony! Mam już na karku debila i trzech rannych! Pierdole, nie jadę z kolejną!
- Jedziesz… - Dowódczyni odpowiedziała nieprzekonywującą, po chwili jednak przez jej twarz przebiegł błysk olśnienia. - Dam Ci jeszcze jednego mojego człowieka. Carlos! Carlos! - Zwalisty mężczyzna trzymający w rękach jednostrzałową strzelbę, z imponującą rozmiarów tarczą na plecach wyszedł z jednego z namiotów.
- Ta? - Odezwał się, wyraźnie znudzony.
- Pójdziesz z Igłą. Pomożesz mu. - Żołnierz skinął głową ustawiając się obok wozu. - Zadowolony?
- Ta, jak zawsze. - Rzucił kwaśno medyk.
- I Igła nie radzę nazywać jej kurewką. Jeden z rannych to jej wuj a drugi chyba coś do niej czuje. Ten drugi był w oddziałach pacyfikacyjnych Posterunku. Może okazać się na tyle zdrowy by wpakować Ci kulkę.
Fray podszedł do niego bliżej i uśmiechnął się.
- Wiesz Igła… Wkurwiasz mnie. - głos miał radosny. - Jeżeli tamta trójka nie przeżyje to zabiję Ciebie. Najpierw przestrzele Ci nogi a potem urąbie ręce. I jak będziesz tak zabawnie, bardzo zabawnie pełzał to ja będe tłukł Ciebie Twoją ręką.
Mężczyzna cofnął się od Fraya przerażony.
- Ty… Ty mi nie groź! Ja znam ludzi! - Stojąca za nim Tilda wykrzywiła się w paskudnym uśmiechu.
- Dawajcie tu tych rannych i stary wypierdalaj, bo się już późno robi. Carlos pójdzie z wami.
- Nie grożę Igła. Ja praktycznie nigdy nie grożę.
Spojrzał na Tilde i skinął głową.
- Przywieziemy rannych i sprzęt.

***

Szybko się uwinęli. Randall ustalił szybko z Lynxem rozdział sprzętu. Większość zdobycznego, w tym snajperka Zabójcy Maszyn zostawała pod bramą. Łazika nie mogli zabrać do misji a na plecach w tym stanie wiele by nie unieśli. Nadzorca krótko uścisnął dłonie obu mężczyzn. Chwilę wpatrywał się w Marię, potem skinął jej głową i bez słowa odszedł.
Czekała go kupa roboty. Musiał skończyć czyścić sprzęt i go rozstawić a King gdzieś się zasiał. Po paru godzinach, gdy wszystko było już dopilnowane zaczął układać się do snu przy tarczownikach. niestety nie było mu to dane. Podszedł do niego niski mężczyzna w poszarpanym mundurze.
- Tilda chciała by z Tobą pomówić. - Zanim nadzorca zdołał odpowiedzieć, żołnierz dodał szorstko. - To nie może czekać do jutra. Wstawaj.
Cóż było zrobić? Randall grzecznie wstał, narzucił na siebie ubranie i wziął niezbędne rzeczy. Odruchowo sprawdził czy niezbędne rzeczy dobrze leżą w kaburach. Skierowali się do jednego z beczkowych namiotów, w którym paliło się nikłe światło lampy naftowej. Drogę do środka zagrodził im postawny tarczownik z szkaradną blizną szpecącą twarz.
- Zostaw, co masz i do środka. - Rozkazał.
Tego było za wiele. I tak wykazał pokorę ruszając tyłek. Nie miał zamiaru pozwolić by jakiś harcerzyk nim pomiatał.
- Chyba ci się koleżko pojebało. Nie jestem twoim podwładnym. Nie wykonuje twoich rozkazów. Tymczasowo podporządkowuje się Tildzie ale jeżeli myślisz, że po tym co mnie spotkało w ruinach odejdę chociażby do klopa bez broni to się mylisz.
Mężczyzna westchnął głęboko, jakby nic innego nie robił przez cały dzień, tylko słuchał pogróżek od ludzi takich jak Randall.
- Słuchaj pieprzona szumowi… - Ostry rozkaz z wnętrza namiotu przerwał wywód wartownika.
- Wpuść go, do cholery!
Randall minął strażnika rzucając mu kpiące spojrzenie. W środku namiotu było w przeciwieństwie do warunków panujących na zewnątrz ciepło i sucho. Metalowy piecyk stojący w rogu przyjemnie ogrzewał wnętrze. Stał przy nim barczysty mężczyzna, próbujący wysuszyć kompletnie przemoczone ubrania. Na środku pomieszczenia przy stole zawalonym amunicją, papierami i radiostacją siedziała Tilda, razem z drugą kobietą. Jej towarzyszka przyglądając się uważnie Randallowi, trzymała na stole pistolet maszynowy skierowany lufą w stronę nadzorcy.
Żołnierz podszedł do stolika lekkim łukiem tak, żeby kobieta musiała perfidnie przesunąć peemkę w jego kierunku. Obdarzył laskę ironicznym uśmiechem i spojrzał na Tilde.
- Siadaj. - Kobieta wskazała krzesło stojące obok. Mężczyzna otworzył piecyk, a po pomieszczeniu rozniósł się przyjemny zapach jedzenia. Po chwili przed Randallem wylądowała rozgrzana metalowa puszka, z której buchała przez dziurę wydrążoną nożem aromatyczna para.
- Wierzę, że dawno nie miałeś w ustach niczego ciepłego, co? - Zapytała Tilda. - Jedz. - Dodała tonem nie znoszącym sprzeciwu nalewając mu szklankę alkoholu i sama otwierając nożem kolejną konserwę.
Randall spokojnie usiadł opierając strzelbę o blat. Na jedzenie się nie rzucił ale z propozycji skorzystał. Faktycznie był głodny, racje, które miał Lynx starczyły dla wszystkich ale trochę od nich minęły.
- Dzięki. Nie licząc mdłej potrawki na mięśniaku to faktycznie nic ciepłego nie jadłem od wieków.
Stojący w rogu mężczyzna uśmiechnął się.
- Nienawidzę tego gówna. Kiedyś z głodu próbowałem zeżreć ten kolec, co ma na odnóżu, wyssać z niego szpik.. - Skrzywił się na wspomnienie. - Nie polecam.
Jedli powoli, raczej nic nie mówiąc. Tilda polewała bimber, przegryzając go fasolą. Fray wiedział, że czegoś od niego chcą. Byli za mili. Cóż... Miał zamiar najeść się, wypić z umiarem a potem się martwić jak wyjść z tego cało. Ciszę przerwała kobieta.
- Jeszcze raz, jak cię wołają?
- John Doe.
- Sprawa wygląda tak John. Ostro spieprzyliście przyjeżdżając tu akurat teraz. Zdajesz sobie z tego sprawę?
Żołnierz odstawił puszkę, łyknął bimbru i wyciągnął z kieszeni papierosy. Jednego podał Tildzie a drugiego mężczyźnie, następnie sam zapalił.
- Jakbym zdawał sobie sprawę to znaczy, że spieprzyłem umyślnie, prawda? A idiotą nie jestem. Wyjaśnij mi.
Do rozmowy kolejny raz włączył się mężczyzna.
- Słyszałeś o tym lachociągu Spooky’iem?
- Nie znam kolesia.
- No to nie dobrze. Albo macie rozłam w oddziale, albo zwyczajnie łżesz, jak pies. To jak Doe? Łżesz jak pies? - Mężczyzna oparł swoją dłoń na kaburze rewolweru, głęboko zaciągając się papierosem.
Fray spojrzał na niego spokojnie paląc szluga. Był mniej więcej tak wystraszony jakby paroletni dzieciak groził, że "jak mu jebnie..."
- Odkąd mnie tu zawołano próbowaliście zabrać mi broń i dwa razy groziliście bronią. No i Tilda zgrywa dobrego gliniarza. Groźba wielokrotnie powtarzana ale nie realizowana traci na mocy więc albo wyciągnij tego gnata i przystaw mi do głowy albo wróćmy do zwykłej rozmowy. - żołnierz przeniósł wzrok na Tilde. - W tym drugim wypadku proponuje najpierw powiedzieć mi czemu spieprzyliśmy i kim jest ten cały Spooky. Spróbować rozwalić mi łeb zdążycie zawsze.
Tilda roześmiała się szczerze.
- Dawno nikt nie mówił o mnie dobry gliniarz. - Kobieta rzuciła wzrokiem na stojącego za nią mężczyznę. - Wyluzuj Aaron. Wytłumacz go zanim go rozwalisz, niech nie umiera w niewiedzy. - Dokończyła puszczając nadzorcy oczko.
- Spooky, uchodźca, który siedzi pod bramą od kilku dni i robi wszystko, żebyśmy go rozwalili. Dziś rozmawiał z kobietą z waszej karawany. Tą pielęgniarką, która przeszła z Igłą do Misji. Nie mówiła wam?
- Byłem zajęty czyszczeniem sprzętu, targami z Tobą, transportowaniem sprzętu i jego rozstawianiem. Czyli nie, nie mówiła. Niech zgadnę, namawia do buntu a Ty się zastanawiasz czy nas nie przekabacił? Wtedy miałabyś dwóch kretow tutaj i trójkę z drugiej strony bramy. Dobrze kombinuje?
Tilda dalej rozbawiona sytuacją rozłożyła ręce uśmiechając się.
- He! Właściwie nie mamy o czym z nim rozmawiać! Facet wie wszystko! - Radiostacja zatrzeszczała, jednakże siedząca obok Tildy kobieta szybko włożyła w nie słuchawki przyjmując wiadomość, tak by Fray jej nie słyszał. - Wiemy, że Spooky chcę się z wami spotkać jutro w południe przy pompie. Powiedz jeszcze - kobieta zmieniła chwilowo temat - jak wygląda sprawa z plecakiem twojego kumpla?
- Załatwiona. Zakażone gamble zostały wykluczone z obiegu. Jutro trafią do nas. I tak, w południe przy pompie. Chcesz żebym wtedy sprzątnął tego kolesia?
- W żadnym razie. - W sekundę ton kobiety spoważniał. - To tylko płotka, której mogłabym pozbyć się tak. - Tidla strzeliła palcami. - Jutro jak przyjdzie do pompy, złoży wam propozycje. Skurwiel chcę broń i amunicję, jaką tutaj mamy. Przy okazji też ciężarówkę. Pewnie też wasz łazik. Stoi za nim ktoś mocniejszy, który to zaplanował, bo nie sądzę, żeby ten przybłęda mógł wymyślić to sam. Popierają go uchodźcy, którzy chcą w końcu ruszyć się spod Bramy. Wpuściłabym ich dalej, ale mam swoje rozkazy i mam zamiar je wykonać. - Odchrząknęła. - Wiem, że jutro wieczorem przyjdą tutaj i spróbują odebrać wszystko moim ludziom. A na to nie mogę pozwolić. Choćby ktoś miał przy tym zginąć. - Do namiotu wszedł kolejny żołnierz, przepisowo salutując. Młody chłopak pokryty od stóp do głów był błotem i smarem.
- Młodszy tarczownik Gastovsky melduje się. - Powiedział zmęczonym głosem.
- Jak poszło? - Zapytała znudzona Tilda.
- Wszystko gotowe.
- Spocznij. - Powiedziała dowódczyni podając mu opróżnioną do połowy butelkę z bimbrem. - Przyjdź do mnie jutro przed południem.
- Tak jest. Dziękuje. - Dodał, biorąc butelkę i wychodząc z namiotu.
- Więc wracając - kobieta znów zwróciła się do żołnierza - jutro przyjdzie do was Spooky, a wy się zgodzicie. Spróbujecie dotrzeć do gościa, który stoi na górze i dowiedzieć się co planuje. Musimy zarekwirować ich broń. A jeśli sprawa się spieprzy, to weźmiemy ich w dwa ognie. Nie zrozum mnie źle John. Nie chcę tego, ale nie mogę ich przepuścić.
- Spoko. Wy chcecie przeżyć i wykonać “rozkazy” - sarkazm w głosie żołnierza był wyraźny. - A oni przejść dalej nie pomni na to. Nie wiem czemu nie rozumieją, że to dla ich dobra. Ale sarkazm odłóżmy na bok. Jebie mnie to czy dojdzie do masakry czy nie. Nająłem się do tego by Was jakby co wspomóc. Ale zabawa w kreta i działanie za linią “wroga” to inna bajka. Ile mi za to zapłacisz?
- Proste. Co chcesz?
- Elektronikę, pestki, leki od biedy używki. W dużej ilości. Gamble, które łatwo przenieść a potem spieniężyć. Ewentualnie noktowizor jak macie na zbyciu. King pewnie będzie chciał medykamenty ale to z nim musisz pogadać. A! On jest trochę… moralny. Może nie zrozumieć Waszego punktu widzenia, pozwól mi go przedstawić, odpowiednio ocenzurować.
- Duża ilość, to znaczy? Wiesz Doe, robię to z pobudek sumienia. Jeżeli załatwię to sama, to poleje się dużo krwi. Ja mam sumienie, to i Ty je miej.
Dziewczyna uśmiechnęła się do niego. Randall musiał sam przed sobą przyznać, że pod warstwą brudu, błoda i prochu, skrywała się piękna kobieta. A on od dawna z żadną nie był. Odpowiedział jej uśmiechem.
- Jakbym mógł odmówić prośbie pięknej kobiety. Co byłby ze mnie za dżentelmen. Powiedzmy… Równowartość dwustu pięćdziesięciu papierosów według przelicznika ósmej mili.
Z niego co prawda był taki sam dżentelmen jak z Tildy wrażliwa osoba .
- Zdarzali się na pustkowiach tańsi najemnicy. - Rzucił ze złością Aaron. Tilda w odpowiedzi pokiwała głową.
- Sto pięćdziesiąt w paliwie i amunicji. Plus dorzucę jedną fajną błyskotkę. Jak znajdziesz dobrego kupca, to sprzedasz nieźle.
- Plus żarcie dla nas obu na dwa dni po opuszczeniu bramy i medykamenty dla Kinga. Stoi?
- Narkotyki zamiast leków i jesteśmy zgadani.
- Szczegóły obgadaj z nim. Zrobimy tak. Mamy deal, pójdę go wtajemniczę i przyślę tutaj, dogadacie szczegóły zapłaty. Dla ścisłości. Wymagasz od nas wkręcenia się w ekipę Spooky’ego i dotarcie do szefa. Zależnie od sytuacji wydać go Wam, zneutralizować lub w czasie zamieszek zaatakować ich od środka. W takiej kolejności? Bo ja mogę i nawet bym wolał kolesia od razu kropnąć.
- Skąd wtedy bym wiedziała, że to właśnie ten? - Tilda przeczesała włosy ręką uśmiechając się. - Oprócz tego musimy zdobyć ich broń. Wiem, że skurwiele mają pochowane gdzieś jakieś gnaty i amunicje. Staramy się skupować, co mocniejsze sztuki i dawać im żarcie, żeby nie zrobili młynu po drugiej stronie, ale nie oddają wszystkiego. - Tilda zastanowiła się przez chwilę. - W zasadzie broń jest nawet ważniejsza.
Aaron wycofał się w głąb namiotu, wracając z metalową walizką. Postawił ją przed Randallem otwierając ją.
- To twoja zaliczka, odliczymy od późniejszej zapłaty.



Na stole stanęło obok siebie pięć granatów błyskowo-hukowych.
- Ten ostatni - siedząca obok Tildy kobieta wskazała na ubrudzoną skorupę - jakby co wykorzystaj ostatni. Nie jesteśmy go pewni. - Powiedziała szczerząc się do najemnika.
- I żeby było jasne. - Mężczyzna oparł dłoń na ramieniu Randalla. - Jeżeli zobaczymy Cię tu wcześniej bez tego skurwla, albo dowiemy się, że coś kombinujesz, to zastrzelimy jak psa.
- Aaron. Pewne groźby lepiej brzmią nie wypowiedziane. Popatrz na swoją szefową. Rozmawia przez cały czas uprzejmie a jakoś wiem, że jeżeli będę kombinował to wpakuje mi kulkę. Nie musi tego mówić. Do tego wszyscy w obozie już pewnie wiedzą, że zahaczyłem się u Was. Ten tajemniczy szefu jeżeli jest tak sprytny będzie chciał to wykorzystać. No i wymagacie ode mnie żebym udawał, że coś kombinuje. Widzisz… I Twoja poważna groźba raptem wygląda śmiesznie.
Tilda słysząc odpowiedź Randalla kolejny raz wybuchnęła śmiechem.
- Aaron, kuźwa jak my to teraz wykombinujemy, czy gościa trzeba już odwalić, czy za kilka minut, co? Ujebałeś nas po uszy!
Fray nie wytrzymał i sam parsknął śmiechem.
- Ale ja wiem, co nas uratuje. Sto pięćdziesiąt gambli, pistolet, o którym wspomniałam, narkotyki i żywność. Jeżeli dostaniemy też broń, a zależy nam na niej, to powiedzmy, że dwa pierwsze egzemplarze są dla was.
Randall dopił bimber i przepakował granaty do kieszeni.
- Piękna, dowcipna i myśląca. Pozazdrościć szefowej. - Fray niby mówił do Aarona ale adresat słów był jasny. Zresztą od razu przeniósł wzrok na Tilde. - Dobra. Zlokalizuje skrytki, przynajmniej część i dostarcze Wam kolesia. Postaram się by był zdatny do mówienia.
Kobieta uśmiechnęła się zalotnie.
- Widzimy się jutro wieczorem, Joe. Będziemy świętować zwycięstwo.
- Do jutra. Wyciągnę whisky z plecaka na tę okazję.
Randall uśmiechnął się do Tildy, lekko skinął głowe drugiej kobiecie i wyszczerzył zęby do Aarona klepiąc go po ramieniu na odchodne.
- Trzymaj się koleżko. Obyś strzelał lepiej niż negocjował.
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]
Szarlej jest offline  
Stary 12-07-2014, 23:50   #103
 
Szarlej's Avatar
 
post wspólny z Lostem i Zielarzem, część opisów nie mojego autorstwa

Dzień następny

- Słabsi giną, prawda?
Randall drgnął. Nie to, że argumenty do niego trafiły. Nie. Kto dzisiaj mówi “prawda” bądź “nieprawdaż”? On, King… Może Ez bo spędził czas w Federacji. Teraz się mówi “no” ewentualnie “co”. Spojrzał raptownie na mechanika.
- Kim Ty jesteś? Nie jesteś zwykłym, zabiedzonym i schorowanym uchodźcą. Gdzie załapałeś podstawy retoryki i logiki? Trzymania nerwów na wodzy w przeciwieństwie do Twojego kumpla, który ma na sobie skupić naszą uwagę?
- Mam na imię Gareth. - Mężczyzna uważnie przyglądał się Frayowi. - I Ci ludzie wybrali mnie na swojego przywódcę.
- Przekonaj mnie, Garethcie dlaczego mam ryzykować swoje życie dla Twoich ludzi. Dlaczego mam wyrżnąć dla niej dwudziestu zabijaków Tildy.
- Wszystko co do niej należy oprócz jedzenia i leków jest wasze. Ma amunicje, paliwo i broń. Ponad to za bramą stoi ciężarówka. Również jest wasza. Moi ludzie ruszą pieszo.
- A skąd bierze zapasy Tilda? Z samej kradzieży nie wyżyłaby zbyt długo. Poza tym kim ona w zasadzie jest? - King mówił do Garetha, ale cały czas katem oka obserwował Randalla i jego nagłą zmianę.
- Amunicje, broń i ciężarówkę mieli już tutaj zanim my się pojawiliśmy. Dużo też odkupili od nas za jedzenie. Płacą głównie konserwami. Nie wiem skąd je mają, nie widzieliśmy tu przez te kilka dni, ani razu konwoju logistycznego. Woda płynie z pompy, ale też każą sobie za nią płacić.
- Czyli zwyczajni renegaci. - skwitował spec - Zabili kogoś?
- Nigdy nikt nie zginął. Czasami tylko zaginięcia. Tarczownicy obwiniają dzikie zwierzęta i mutantów. - Gareth żachnął się. - Ponad to, aresztowali kilku uchodźców wczoraj podczas protestu. Widzieliście to zresztą. Trzymają ich w jednym z namiotów.
- Nikt się im nie postawił?
- Nie wielu otwarcie wyraża sprzeciw. Większość trzyma głowy nisko, czekając w końcu na swoją kolej, albo opłacając Igłę. I tak tkwimy w tym maraźmie, aż nie pomrzemy w końcu z głodu.
Randall przerwał dialog.
- Chcę dwóch rzeczy. Twojej historii. Całej. I pełnego zaufania. Zdradzisz mi cały swój sekretny plan. W końcu go masz, my jesteśmy tylko ewentualnym dodatkiem. Podpiszesz ten cyrograf?
Fray uśmiechnął się diabolicznie jednocześnie pokazując charakterystyczny gest, jakby coś pisał na dłoni. Stał tak, żeby nie było tego widać z ewentualnych okien i drzwi.
Mężczyzna odszedł od stołu, podszedł do rogu pomieszczenia, z łatwością przesuwając stojącą przy niej meblościankę.
- Ale… - Spooky odezwał się głosem pełnym sprzeciwu, jednak umilkł w pół zdania, gdy Gareth zgromił go spojrzeniem.
Oczom mężczyzn ukazały się drzwi, prowadzące do następnego pomieszczenia.
- Maverick, to ja. - Rzucił przywódca uchodźców. Drzwi otworzyły się, a w progu stanął mężczyzna w hełmie i kamizelce kuloodpornej. W rękach ściskał krótki karabinek. Spojrzał pytająco na Garetha i towarzyszących mu mężczyzn, ale szybko usunął się z drogi. Ruszyli w dół po schodach prowadzących do piwnicy. Gareth sięgnął do swojej kamizelki, wyciągając z niej kieszonkową latarkę. Oświetlił jedną z półek, na której stały kolejne. Podał je idącym za nim.
- Nie używajcie tu ognia. - Rzucił.
W końcu dotarli do obszernego pomieszczenia. Światła latarek wyciągały z mroku stojące butelki.


Było tu wystarczająco koktajlów mołotowa, żeby puścić cały budynek z dymem.
- Skąd mieliście benzynę? - Zapytał Fray, przyglądając się imponującej kolekcji.
- Przywiozłem ją pierwsze dnia. Mało kto o niej wie, bo inaczej chcieliby ją przehandlować na jedzenie. Przygotowaliśmy stanowiska na wyższych piętrach. Mamy proce, wystarczająco silne by donieść ładunek do namiotów. Mamy też broń. Nie wiele kilkanaście karabinów i pistoletów.
- I mamy coś więcej - odezwał się stojący z tyłu Maverick - coś czego te skurwiele nawet nie podejrzewają, że możemy mieć… - King spojrzał na nich pytająco.
- Wolę walki i determinacje. - Skończył za żołnierza jego przywódca.
Randall od razu zripostował.
- Wolę umierania. Nawet jak przejdziecie większość z Was tutaj zdechnie. Znając życie głównie kobiety, dzieci i chorzy. Ci którzy nie zwieją gdy zacznie się ostrzał. Gdy pójdą serie z broni maszynowej i wybuchną granaty. Gdy snajper zdejmie Waszego procarza. Jest jednak na to lekarstwo. Sposób. Ufasz tym ludziom jak rozumiem i nie grozi nam podsłuchanie?
Mężczyzna skinął głową.
- Moje warunki znasz. Wiem jak to załatwić najprawdopodobniej bez krwawo. Będę potrzebował tylko broni wyborowej, od biedy sztucera i czterech dobrych ludzi których ciężko podejść w ruinach. No i zaufania. A jeżeli dojdzie do walk spróbujcie wziąć Tilde żywcem. Chcę ją.
Randall po raz kolejny się uśmiechnął samymi wargami.
- Dobra, kowboje, rozumiem że wszyscy jesteśmy przyciśnięci do muru, ale to nie musi skończyć się rozlewem krwi. - Clyde niezbyt wierzył we własne słowa, ale musiał spróbować - Załoga na bramie to byli Tarczownicy, banda najemników, czy kto? No i jakie mają słabe punkty?
Fray od razu odpowiedział.
- To Tarczownicy przynajmniej w części. A słaby punkt mi pokazali. Bardzo pięknie. I to taki w który nie trzeba bić aż do krwi.
- Mam łącznie siedmiu ludzi. Z wami dziewięciu. Ich jest dokładnie 21… 20, bo Carlos wróci pewnie dopiero z Igłą. Sądzę, że dopiero jutro. W nocy większość z nich będzie spała w nabliższym namiocie, jeśli obrzucić go koktajlami... - Fray w tym momencie parsknął śmiechem ciągle jednak obserwując Mavericka i słuchając. Gareth spojrzał na niego z powagą.
- Więc co proponujesz?
- Najpierw powiedz czy przystajesz na mój warunek. Czy opowiesz mi swoją historię. Całą. Ze szczegółami. Co Ciebie ukształtowało, takim jakim jesteś teraz.
Gareth spojrzał na niego zniecierpliwiony.
- Gdybym nie przystał już daawno na twój warunek, nie zobaczyłbyś tego składu.
- To chciałem usłyszeć. Dobrze panowie. Źle do tego podchodzicie. Mierzycie Tilde nie tą miarką. Bo ona już dawno wykombinowała, że zaatakujecie tej nocy. Rozproszy swoich ludzi. Zmyli Was, omami. I zginiecie. Clyde, który chce z nią negocjować zginie. Bo jest przebiegłą, bezlitosną suką dla której liczy się tylko jej własna dupa. Ale trzyma swoich ludzi w garści. Dlatego to jej dupa jest ich słabą stroną.
- Aaron i Jessica. Nie odstępują jej nawet na krok… Chyba, że.. Nie to absurd. - Na głos zastanawiał się Spooky.
Fray zaśmiał się.
- Po pierwsze koleżko każda informacje to broń więc mów. Po drugie to, że jej nie odstępują nie jest przeszkodą. Mów co myślisz a wtedy ja będę kontynuował jak dobrać się do jej zgrabnej dupki.
- Są trzy namioty. W jednym tym najbliższym siedzą żołdacy. Ten obok bramy, to jest ten, w którym ta pieprzona dziwka kima. Ale jest ten trzeci. Tilda rzadko wpuszcza do niego kogokolwiek innego. Nawet Aaron i ta jej pieprzona lesbijska suka zostają na zewnątrz. Czasami wchodzi do niego w ich towarzystwie, ale to naprawdę rzadko. Tylko problem jest taki, że strzeżą go jak oczka w głowie. Po mojemu to trzymają tam nasze gamble.
- Zaprowadzili tam też więźniów. - Dodał Gareth.
- Kurwa. Panowie. Pierdolicie. Skrytobójczy zamach? Opcja ale nie pierwsza. Dobry karabin i suka zginie bez tych podchodów. Ale wtedy nie wiemy co zrobi reszta. My musimy sprawić, żeby przepuściła uchodźców i jednocześnie trzymała swoich ludzi na smyczy. Zgadza się Gareth? Tego ode mnie oczekujesz?
- Obawiam się, że jeżeli ona przeżyje, to się nie podda. W Misji nic nam nie grozi, ale w końcu będziemy zmuszeni ruszyć dalej.
- Jej śmierć może być skutkiem nie celem. Co będzie po Misji to będzie. Tam się z kimś ugadasz. Z Ghianim chociażby. Jeżeli chcesz, żeby zginęła trupy padną po Twojej stronie. Zdecyduj. Mam ułożyć plan by zginęła czy żebyście przeżyli?
Mężczyzna zastanowił się przez chwilę.
- Przejdź do meritum.
- Meritum jest planem. Plan zależy od tego czego ode mnie oczekujesz. Jej śmierci czy przeżycia jak największej ilości spośród Was?
- Przeżycia, jak największej ilości moich ludzi.
Fray uśmiechnął się.
- Dobrze. To jak wspominałem Tilda wie, że zaatakujecie wieczorem. Rozproszy swoich ludzi. Zresztą wystarczy trzech na ckmie, który jej dostarczyliśmy by Was spacyfikować. Jest za dobrze przygotowana by bez wielu trupów ją dorwać. Dlatego my nawet się tego nie podejmiemy. Clyde bez problemu uzyska do niej dostęp. Odbiorą mu broń, przyprowadzą do niej i posadzą na krzesełku. I grzecznie wytłumaczy jej dlaczego powinna Was przepuścić. A powód będzie jeden. Krótki atak skupiony będzie na jej własnej, mało skromnej osobie. Nim jednak tam pójdzie przygotujemy się. Miałem uzyskać Wasze zaufanie - Fray mimo, że mówił do Garetha ciągle obserwował Mavericka a karabin miał w rękach. - Priorytetem miało być odkrycie Waszych skrytek z bronią a drugim zadaniem dostarczeniem im Ciebie. Dlatego zanim King do niej trafi Twoi ludzie zaprowadzą mnie do kryjówki z bronią palną. Potem do drugiej. W ruinach, w punkcie który leży jakieś 150-200 metrów od namiotów i zapewnia mi dobry widok. A ja będę miał wyborówkę. I Twoich ludzi do obstawy, żeby ludzie Tildy, mutki czy maszyny mnie nie rozpraszały. Kolejny punkt i ostatni to Twoja proca. W razie gdyby doszło co do czego to strzelą w miejsce w którym znajduje się Tilda. W skrócie dostanie krótkie ultimatum. Albo zginie bo ma snajpera i ostrzał artyleryjski wycelowany w siebie albo przepuści Was. Jest totalną egoistką więc powinna się zgodzić. To - Randall popukał w krótkofalówkę. - da Kingowi zapewnienie jej, że to nie blef.
W trakcie przemowy Fraya spec zagapił się w ścianę obracając cały plan w głowie.
- Powiedzcie mi… - odezwał się nagle jakby coś mu przyszło do głowy - Kto tu jeszcze dowodzi poza Tildą? Przecież nie może być sama.
- Aaron czasami się wtrąci i to tyle. Nie jest ciężko dowodzić dwudziestoma żołnierzami.
- Aaron? - Clyde jakby się ożywił - Ktoś z Pinneville?
- Chuja go wie skąd on jest. - Wtrącił się Maverick. - Jakiś czas służyłem w AOE, jeszcze jak wołali na nich Poszukiwacze, ale gościa nie kojarzę. Musiał przyjechać z Cotardem.
- Przyjechać z Cotardem… - Spec myślał nad czymś usilnie, aż w końcu otworzył oczy ze zdumienia, prawie się uśmiechnął i oparł o ścianę. Wyglądał przez moment jak wariat, ale już chwilę później zebrał się w sobie i wykrztusił krótkie. - O cholera…

Towarzystwo popatrzyło na niego dziwnym wzrokiem, jednak naukowiec niezrażony oparł się o stół Garetha i przemówił patrząc prosto na Randalla:

- Coś sobie przypomniałem, coś sprzed ośmiu miesięcy… - King uśmiechnął się ze zgrozą, kiedy nagle wszystko stało się jasne. - Ja znam tego Aarona. Spotkałem go dawno temu, w barze po drodze do Cincinnati. Był łowcą z karawany niewolniczej. To człowiek Dentysty. Wszyscy Ci goście na bramie to cholerni łowcy niewolników. Trzymają was tutaj, żeby kosić gamble, a potem wyłapią i sprzedadzą do Nashville.

Rozmowa nagle ucichła. Fray, który jeszcze przed chwilą wyjaśniał szczegóły swojego planu wpatrywał się teraz w speca z rosnącym na twarzy zrozumieniem. Jeżeli wcześniej ledwie okazywał zainteresowanie rozmową, teraz jego aparycja zupełnie się zmieniła. Łowcy, TAMCI łowcy. Rachunki do wyrównania. Uchodźcy wyglądali na przejętych, wymienili kilka nerwowych spojrzeń, ale w powietrzu czuło się atmosferę napięcia. Czekanie oznaczało śmierć.

***

Gareth wydał kilka poleceń Spooky’emu. Mężczyzna pokuśtykał na górę, razem z Maverickiem zabierając drewniane pudło wypełnione butelkami. Przywódca uchodźców w towarzystwie Clyde’a i Fraya ruszyli w ich ślady. Na wyższym piętrze natknęli się na młodego chłopaka z ręką na temblaku. Dzieciak, trzymając w ręku strzelbę uśmiechał się do nich bezczelnie. To właśnie on razem z chmarą dzieciaków ukradł plecak speca.
- Zbierz ludzi. Rozdaj broń i niech czekają na pozycjach. - Zakomenderował Gareth. Chłopak spojrzał na niego zdzwiony.
- T-teraz? W dzień?
- Tak, teraz. - Odparł mechanik niewzruszonym głosem, sięgając do szuflady biurka i otwierając zamkniętą kłódkę. Ze środka wyciągnął drewnianą walizeczkę, w której leżał dużych rozmiarów rewolwer. Gareth zakręcił bębenkiem i lekko się uśmiechnął.
- Teraz.
W budynku słychać było popłoch. Większość uchodźców widząc, co się święci uciekała na jego tyły, żeby być jak najdalej od okien, przy który ustawiali się nieliczni obrońcy. King zerknął na jednego z nich, biegnącego z dwoma kartonami amunicji pod jedną pachą i sztucerem pod drugą. Chłopak nie miał więcej, niż szesnaście lat. Na poruszenie zareagowali też łowcy. Nie spodziewając się ataku zerkali w stronę budynku bardziej z ciekawością i rozluźnieniem, niż uwagą, czy strachem.
Randall po oddaniu pistoletu cyborga Kingowi na przechowanie, zaczął się zachowywać… Dziwnie. Totalnie nie jak wojownik idący do walki na śmierć i życie. Nie tylko swoją. Totalnie nonszalancki wzrok, pojawiący się i znikający uśmieszek. Sprężysty krok. Brak jakichkolwiek nerwowych ruchów, palenia papierosów, gładzenia broni. Owszem dłoń była niedaleko kabury shorty’ego ale kto nie trzymał łapy przy broni. Clyde, który zdążył go poznać podczas długich rozmów ze zgrozą stwierdził, że Randall czy tam John był po prostu szczęśliwy.
Gareth spojrzał na niego posępnie.
- Zastrzelić Cię? - Gdy natknął się na wzrok nadzorcy dodał. - Jeżeli nie pójdzie po naszej myśli, to czy Cię zastrzelić? Jeżeli to łowcy niewolników… Słyszałem chore historie.
Randall spojrzał mu prosto w oczy. Uśmiechnięty nie w żaden chory sposób. Nie kpiąco, cynicznie czy z bólem. Szczęśliwie.
- Nie. Przeżyłem gorsze historie. I jeżeli to ma być koniec to będzie to dobry koniec.
Gareth ponownie sięgnął do szuflady wyciągając z nich paczkę przedwojennych fajek.
- Miałem je zostawić - powiedział zrywając zakurzoną folię - na swój przyjazd do Misji, ale to w sumie głupie. Wyciągnął trzy z nich i podał mężczyznom podpalając papieros Fraya.
- Nie palę. - Clyde spojrzał na świeżutkiego Lucky'ego prawie się uśmiechając. Wszyscy palili, a on uporczywie unikał nałogu. Taki wybór. Wsunął papierosa do kieszeni koszuli - Ale zachowam. Na pamiątkę.
Gareth uśmiechnął się tylko odpalając swój i zaciągając się głęboko.
- No, to nasza dziewiątka starców, dzieciaków i poranionych weteranów, kontra dwudziestu wypasionych żołnierzy. - Mężczyzna roześmiał się, wydychając dym. - Niech ma być co będzie.
Randall zatrzymał się delektując papierosem…
- Szczęśliwy strzał. Zaiste… - wymownie spojrzał na paczkę, ciągle uśmiechnięty. - To nie są żołnierze mimo, że tak o sobie myślą. Przekonają się.

Tak to już było. To mogła być ich szansa, przynajmniej mieli wybór. Ostatecznie o to chodzi, prawda? By mieć wybór. Nikogo tak naprawdę nie obchodzi cudze cierpienie, nie da się z nim walczyć, nie da się ratować świata. Ale zawsze można dać komuś godność, dać mu szansę by podejmować własne decyzje. Właśnie to napędzało Kinga. Najwyraźniej to popychało też do działania takich typów jak Fray, czy Ezechiel. Własna wola - nazywana Moralnością, Zasadami czy Walką z Hipokryzją. Wszystko i tak ostatecznie sprowadza się do wyboru sposobu umierania. Jak to mówią: najważniejszy w życiu nie jest cel, którego i tak nie osiągniesz, ale styl w jakim do niego dążysz.

King wyjął pistolet z kabury i dokładnie go obejrzał. Nie był to stary Glock 18, który miał przy sobie na drodze do Cincinnati. Nie robiło mu to różnicy. Nigdy nie zastrzelił człowieka, ale bardzo możliwe, że dziś będzie musiał złamać swoje zasady. Po to, by inni mieli szansę zachować swoje. Niech tak będzie.

Naukowiec miał szczerą nadzieję, że mimo wszystko nie dojdzie do rozlewu krwi, że w jakiś niepojęty sposób uda się ocalić uchodźców bez rozpętywania strzelaniny, z której nawet oni sami nie koniecznie wyjdą cało. Trzeba było dopuścić każdą możliwość, jednak do głowy wciąż powracała ta jedna, natarczywa chęć ocalenia siebie i innych.

Ruiny zwykle bywały jednak innego zdania. Pistolet powędrował zatem do kabury przy pasie czekając na swoją kolej. Przy ramieniu pojawiło się MP5 należące wcześniej do Violet. Clyde zdjął zasłonkę z luntey, zamek szczęknął lekko. Zaczęło się.

Ruch. Ruch jest wszystkim. Świat spłonął doszczętnie w ogniu nienawiści. Ludzkość nie istniała, wbrew temu co ludzie mówili umarła dawno temu. Zostały smętne duchy sunące po pogorzelisku, nie potrafiące dostrzec prawdy. Zagubione, żyjące w kłamstwie. Okłamywanie innych nie było złe, to był sposób na przeżycie. Okłamywanie siebie, tych resztek uwięzionych w mogile Starego Świata było niedopuszczalne. Jednak oprócz duchów były też upiory. Dusze z celem, z silnym poczuciem własnego ja. Clyde, Ezechiel, Gareth i on. John Doe, bezimienny. Albo Randall Fray, diabeł wcielony. Jedyne co było warte uwagi to starcia tych upiorów. Czy to słowne czy fizyczne. Nic innego się nie liczyło.

Duchy trwały, zagubione, bez celu. Należało je popchnąć, wprawić w ruch. By się wypaliły. A zanim to zrobią by były tłem dla ich zmagań. Lub źródłem rozrywki. Krótkiego przypomnienia dla powłok upiorów czym były kiedyś. Seks, walka, alkohol. Mocne przeżycia. Mocne wspomnienia.

Świat zamarł. Dym nikotynowy na chwilę wstrzymał świat. Wstrzymał ich. A gdy się rozwiał czas ruszył z całą mocą. Znajome uczucie adrenaliny tuż przed Wydarzeniem. Wydarzeniem, które zmieni egzystencję wielu duchów.

Czuł to. Zaczęło się.

***

Pewnym krokiem pokonał sto metrów dzielących go od obozu. Jego drogę zastąpił Aaron, trzymając w ręku tonfę.
- Doe! Jesteś tu całkiem sam! Nie masz łba tego skurwiela, ani go za Tobą nie widzę! - Łowca wychylił się zza ramienia nadzorcy. - No kurwa nie widzę! Bez wątpienia więc przyszedłeś dać sobie odstrzelić ten głupi ryj!
Randall spojrzał na niego drwiąco i odezwał się takim samym tonem.
- Koleżko. A może mam ten łeb pod kurtką sprasowany kafarem, żeby uchodźcy nie zauważyli? Bo wtedy mogliby się wkurwić a miałem zaoszczędzić Wam dymu i krwii? A może przed ściągnięciem kolesia chce Wam powiedzieć o skrytkach broni? To było moim priorytetem. Och, przepraszam. Już wyjaśniam. Priorytet oznacza główny cel. Ten, który miał być tajemnicą i o którym miałeś nie krzyczeć i nie robić dymu na pół obozowiska - pod koniec zdania ton Fraya stał się zimny jak lód.
Zza namiotu wychyliła się dziewczyna, która poprzedniego wieczoru również rozmawiała z Frayem. Jessica.
- Ty to jednak jesteś durny Aaron. Po prostu rasowy przykład debila. Powinieneś pchać wózek za Igłą. - Nawrzucała mężczyźnie, uśmiechając się do Randalla, który zaśmiał się w twarz mięśniakowi. - Co tam się dzieje w środku? - Zapytała wskazując na budynek. - Latają w tą i z powrotem.. Co Ty im zrobiłeś, co?
Fray spojrzał jej prosto w oczy. Momentalnie wesołość znikła z jego twarzy i głosu.
- To co Tilda chciała. Pogadajmy we trójkę, żeby ten debil nie rozgadał na pół obozowiska.
- No to dawaj. - Dziewczyna odwróciła się prowadząc ich do namiotu dowódczyni. Stojący na wejściu wartownik, inny niż poprzedniego wieczora, spojrzał na broń Randalla, otwierając już usta, żeby coś powiedzieć. Dziewczyna podniosła rękę do góry uciszając go.
- Nie kłopocz się. Jest z nami.
Randall trzymając nonszalancko strzelbę przeszedł przez poły namiotu. W środku przy jednym z popękanych plastikowych okien siedział Tilda, czytając książkę. Widząc Randalla odłożyła ją na bok.
- I jak tam John? - Zapytała. - Po problemie? Wiesz, gdzie trzymają broń?
- I jeszcze oczytana…
Żołnierz zawiesił głos i rozsiadł się na krześle. Strzelbę oparł o biurko.
- Znam skrytki, znam szefa… Mam dla Ciebie wszystko, cały świat do twoich stóp. Ale powiedz mi najpierw. Która z was jest wtyczką Dentysty? Bo nie wierzę, że ten debil Aaron jest mózgiem łowców.
Były nadzorca spojrzał na jedną kobietę, a potem na drugą.
Kobiety przez chwilę nic nie mówiły, patrząc jedna na drugą, aż w końcu milczenie przerwała Tilda.
- C-co..? - Wydusiła kobieta, sięgając po broń. - Skąd..? Dentysta żyje?
Randall zaśmiał się serdecznie. Wesołość trwała chwile, w końcu się opanował.
- Czyli jesteście ocalałymi trzeciej części karawany. - to nie było pytanie. - Któremu zachciało się zabawić. Zostaw tę broń. Widzisz, że ja po swoją nie sięgam a bez zabezpieczenia, które czyni dla was moją śmierć nieopłacalną nie wszedłbym tutaj. Powiedz mi Tilda, czy jak się naprawdę nazywasz - Fray spojrzał ciągle lekko załzawionymi po ataku śmiechu oczami na kobietę. - kojarzysz mnie z karawany?
Kobieta przez chwilę przyglądała mu się uważnie.
- Nie… pieprzony kawałku mięcha.
Kogo innego ten zwrot by obraził. Przywołał przykre wspomnienia. Ale nie go. On nigdy się nie uważał za niewolnika. To był nic nie znaczący epizod..
- I w tym właśnie Twój problem. Dlatego posłuchaj mnie. Kiedyś w ruinach goniliście kuriera. A złapaliście autostopowicza ze złamaną nogą. Który stał się ulubieńcem Dentysty a po uratowaniu życia Dentysty jako jedyny jawnie nosił broń palną. Wiem co mówiły plotki - Randall machnął od niechcenia ręką. - ale czy włazidup byłby dopuszczony do planowania? Przecież to dzięki mnie zgarnęliście więcej niewolników w jakiejś dziurze w Teksasie. A ja, dostałem prywatną dupę. Notabene tę laskę, którą przepuściłaś wcześniej. Kojarzysz już?
- Fray… Komando szóste. - Wycedził stojący obok Aaron.
- Dokładnie bystrzaku. A teraz lećmy dalej. Wraz z moim komandem i zwiadem Rudego dostaliśmy się pod ostrzał mutasów. Cóż… Część mojego komanda przeżyła. Rudego i Chloe zabiłem osobiście. Jak chcecie to wam opiszę - Randall rzucił to tonem jakby mówił “jak chcecie to opiszę wam drogę z knajpy do domu’ - ale żeby nie być gołosłownym. Bez nerwowych ruchów, dryblasie.
- Wcześniej zastanawiałam się, dlaczego powinnam Cię zabić, ale teraz przynajmniej mam konkretny powód. - Odparła z uśmiechem Tilda.
Fray sięgnął po opartą o stół strzelbę. Pozostali momentalnie wyszarpali broń ze swoich kabur i przystawili mu ją do głowy. Najemnik bez wzruszenia jednak rozładował gnata i położył przed Tildą.
- Broń Rudego. Broń Chloe wyposażona dodatkowo w lunetę mierzy w wyjście. Jak tylko się w nim pojawisz - zginiesz. Ale to nie jest główny powód dla którego nie powinnaś mnie zabijać. Przynajmniej na tę chwilę.
- Mów dalej. - Wycedziła kobieta patrząc mu prosto w oczy.
- Po prostu go rozwalmy. - Wysapał Aaron.
- Morda! - Usadziła go Tilda. - Mów.
- Dobrze. Wiecie już kim jestem. Jeżeli Dentysta dopuścił niewolnika do głosu, dość istotnego głosu w sprawie łapania niewolników. Układania planów tychże polowań. Czyli w momencie mojej śmierci rozpęta się tu piekło. Wybacz Tilda, że tak łopatologicznie tłumaczę ale ten debil mógł wcześniej nie skumać. Ale mam dla Was propozycję większego łupu. Znacznie większego. Kosztem odpuszczenia tej bramy i drobnej zapłaty dla mnie.
Kobieta nakazała ruchem dłoni, kontynuować nadzorcy. Lufa jej pistoletu ciągle wymierzona była w jego głowę.
Randall niezrażony tym położył łokcie na biurku a na wysuniętych kciukach złączonych dłoni oparł podbródek. Chwilę patrzył jej prosto w oczy.
- Zdobędę dla nas Misję.
Randall przez krótką chwilę dostrzegł nerwowy tik na twarzy kobiety. Stojący za nią Aaron parsknął ze śmiechu. Jedynie druga ochroniarz Tildy nie drgnęła.
- Jak? I kiedy? - Zapytała dowódczyni.
- Jak… - Fray zdawał się delektować tym słowem. - skutecznie. Dentysta zaufał mi i zyskał wielu niewolników. A gdy przyszło do walki z mutasami przeżyłem. A Rudy zdechł. Chociaż nie… Złe porównanie - Randall machnął ręką. - bo on też przeżył samo starcie. Misja jest łatwym celem jeżeli odpowiednio się ją weźmie. Kiedy? Będzie trzeba czekać. Cierpliwie. Ale na nią warto. Nie zadałaś pytania: “Za ile?”.
Fray ciągle patrzył prosto w oczy kobiety.
- Nawet jeżeli w jakiś sposób byłbyś w stanie to zrobić, ja będę musiała wywieźć ich poza Nashville, albo dogadać się z mutasami. - Kobieta opuściła pistolet. - Nie mówię, że nie jest to możliwe do zorganizowania, ale żeby zacząć w ogóle planować taką operację musiałabym mieć pewność, że jest sens. Pewność, że mogę Ci zaufać. Teraz Ty mi odpowiedz na jedno pytanie. - Jej ton znów był ostry, a pistolet kolejny raz powędrował do głowy Randalla. - Dlaczego miałabym ci zaufać?
Fray odpowiedział bez chwili wahania:
- Bo jesteśmy podobni. I pragniemy tego samego.
- Za ile? - Lufa kolejny raz powędrowała w dół.
Fray spojrzał w oczy Aarona.
- Za niego. Skrzywdził mojego brata. Same pięści. Zaraz. Przed namiotem, na placu. Wgniotę go w ziemię.
- Co do kurw..? - Aaron aż splunął. - Ty mnie robaku, skurwielu, mięcho pierdolone?! TY MNIE?!
- Aaron, przysięgam własnoręcznie wydłubię Ci oczy, jeżeli się nie zamkniesz. - Rzuciła Tilda. - Chcesz walczyć z Aaronem i w zamian za to dasz mi Misję? Jakieś dwustu niewolników lekką ręką? W dupie nawet nie potrzebuje mięcha. Wystarczyli by sami lekarze i sprzęt. I to za walkę na pięści? Absurd.
- Źle mnie zrozumiałaś. Po pierwsze zdobędę NAM Misję. Po drugie do zszabrowania, nie wszystkich na niewolników, chociaż jacyś na pewno zostaną. Oczywiście jeżeli stwierdzisz, że chcesz wejścia do Nashville też Ci załatwię. Z mutasami jednak się nie dogadam. Do tego nie mam dojścia. Po trzecie nie chcę walczyć z Aaronem. Chcę poczuć jak jego ciało wiotczeje pod moimi palcami.
Łowczyni szybkim ruchem uniosła pistolet.


Nagły strzał zaskoczył nawet Randalla. Ochroniarz Tildy rzuciła się w bok klękając i wodząc zdezorientowana bronią po pozostałych. Do środka wpadł wartownik z karabinem gotowym do strzału. Widząc, co się stało zamarł, opuszczając broń.
Tilda z uśmiechem na ustach, celowała wciąż dymiącą lufą w leżącego na ziemi Aarona. Mocnym kopnięciem oddaliła od niego pistolet.
- Ty dziwko… Ty głupia, tępa dziwko… - Wysyczał mężczyzna ściskając krawiącę przedramię.
- Zrobiłbyś to samo na moim miejscu. - Powiedziała uśmiechając się i kompletnie ignorując Randalla. - Tyle, że na bank spieprzyłbyś to w tym miejscu. - Dokończyła oddając kolejne dwa strzały. Pociski pogruchotały tamtemu kolana. Aaron ryknął z bólu próbując sięgnąć okropnych ran, ale mocny kopniak w twarz wyprostował go na ziemi.
- Jest twój. - Tilda zwróciła się do Fraya. - Macie radiostacje?
Randall od dłuższej chwili wpatrywał się w Tildę z fascynacją i pożądaniem. Otrząsnął się jednak.
- Mamy w łaziku.
Spojrzał na Aarona, ale zaraz przeniósł wzrok na Tildę chłonąc ją całą wzrokiem.
- Jest twój.. - Wymierzyła kolejnego kopniaka zwijającemu się mężczyźnie. - Aaron, skurwielu, może byś się kurwa opatrzył? Nie chciałabym, żebyś mi się wykrwawił, jak jakaś świnia…
- Dlaczego..? - Zapytała stojąca obok Jessica.
- Pieprzony wieprz robił nas na amunicji… Co, skurwielu, myślałeś że nie wiedziałam?! - Kolejne uderzenie spadło na głowę mężczyzny. - Zresztą i tak jest warty. - Dodała uśmiechając się do kobiety.

Fray wstał i podszedł do mężczyzny. Złapał go za ranną rękę i pociągnął.
- Nie mój. Clyde tam jest.
Spojrzał na Tilde.
- I to doda kolorytu zniszczeniu Misji.
- Nie myśl, że jestem durna. - Powiedziała Tilda wychodząc za Randallem. - Jeżeli teraz padnie strzał, to zginiesz pierwszy, od razu. A później spalę tą pieprzoną budę z większością mięcha w środku, a ci, którym pozwolę w swoim kaprysie żyć, będą co dziennie mnie błagali, żebym ich odpierdoliła.
Randall puścił Aarona na co ten zareagował kolejnym stekiem przekleństw i wrzasków. W jego wzroku skierowanym na kobietę czaiła się jakaś… czułość.
- Nie bądź głupia. To są płotki. To jest nic. Przepuśćmy ich. Wycofajmy się. A potem uderzmy w Misję. Zatańczmy na ich popiołach i ruszmy dalej.
Tilda zastanawiała się przez chwilę, kiedy odezwała się jej ochroniarz.
- Tilda, bez sensu ich tachać ze sobą. Staruchy i niedołężni. Co mogliśmy z nich mieć, to dostaliśmy. Tam będą lekarze, słyszałam, że około dwudziestu. Potężny gambel, jeśli doliczyć sprzęt. Nie wiem, jak temu skurwielowi się to uda, ale sam fakt, że wyjdzie z tego namiotu żywy dobrze go rekomenduje.
- Dobra. Puszczę ich. Niech wyłażą. - Idąc za Randallem wyszła na zewnątrz. - Łowcy! Otworzyć bramę!
Fray odwrócił się i krzyknął. Po raz pierwszy odkąd go Clyde znał krzyknął ile miał sił w płucach.
- Przejście jest wolne! Wychodźcie! Clyde, Aaron jest Twój.

***

Gdy otworzyła się po raz ostatni puszczając strumień uchodźców Fray jakby stracił zapał. Obserwował krótkie starcie słowne Garetha i Tildy, wziął nawet stronę przetrzymywanych uchodźców. Jeżeli miał spalić Misję potrzebował by oddział Tildy był mobilny. A wychudzeni niewolnicy mocno by ich spowalniali. Z cieniem zainteresowania obserwował "starcie" Kinga i Aarona. Wtedy podszedł do niego jeden z łowców.
- Masz. - Powiedział wciskając mu do ręki zapisaną kartkę. - Kodowania i kanał radiostacji. Prowadzimy nasłuch codziennie o 8 rano i wieczorem przez 15 minut.

Tilda kilka metrów dalej przysiadła na hełmie, wystawiając brudną twarz do słońca. Ciesząc się życiem.
- Mamy umówę. Być może jutro nie będzie nas już na Bramie, więc skontaktujemy się przez radiostację. - Spojrzała na Randalla jednym okiem. - Daję Ci trzy dni Doe, na wyjście z jakimś planem i tydzień, na jego realizacje. - Kontynuowała znudzonym tonem. - Jeżeli to spierdolisz, to moi ludzie ruszą za Tobą, a tego ja i Ty byśmy nie chcieli.
Jessica podeszła do nich przerzucając zręcznie z ręki do ręki zdobiony pistolet, zapewne ten, który łowcy obiecali, za wytropienie Garetha.


- Do zobaczenia w Nashville, o świcie. - Rzuciła, uśmiechając się.
Randall jej odpowiedział. Coś co sprawiło, że kobieta uśmiechnęła się szerzej i z lubością poddawała się pieszczotom słońca. Hibernatus podszedł do trupa Aarona. King już z nim skończył ale coś się odezwało w żołnierzu. Musiał zrobić coś jeszcze. Wcześniej w oczy rzuciła mu się naszywka na mundurze łowcy.


Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę. Pstryknięciem otworzył wieczko i ją odpalił. Powoli przystawił do naszywki Rangersów. Płomień najpierw stopił sztuczne włókna a potem je podpalił. Randall przez chwilę trzymał emblemat w palcach a potem puścił. Wiatr porwał płonący symbol. Symbol Starego Świata.
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]
Szarlej jest offline  
Stary 13-07-2014, 01:09   #104
 
Dziadek Zielarz's Avatar
 
- Ja pieprze… - Stojący obok Kinga Maverick nie mógł uwierzyć własnym oczom. – Udało się… Udało się, skurwielowi!

King jeszcze nie pozwalał sobie na triumf. Ciągle wszystko mogło się spieprzyć. Teraz mógł nazwać to paranoją. Ona mogła uratować im życie.
- Teraz ostrożnie. Ty się przyczaj, równie dobrze to może być pułapka. Niech idą Ci mniej sprawni, broń rozmontujcie i schowajcie, albo wrzućcie do kryjówki. Weź kilku ludzi, przeczekaj ich i wyrusz dopiero potem. - Naukowiec spojrzał wymownie na Mavericka; zaczynał gadać jak Randall. Na odchodnym dodał tylko:

Zaufaj mi. No i powodzenia.- Po czym wstał, spojrzał przez brudne okno i niespiesznie zszedł po schodach.

***

Z budynku wychyliły się pierwsze sylwetki. Na ich czele szedł Gareth trzymając rękę na rewolwerze schowanym pod kurtką. Gdy zrównał się z Tildą spojrzał jej hardo w oczy.
- Aresztowani. - Wycedził. Kobieta otaksowała go wzrokiem.
- To z tobą chujku miałam wieczny problem, tak? - Rzuciła zaczepnie.
- Aresztowani. - Powtórzył wysuwając powoli rękę spod kurtki.

Idący obok King, położył mu rękę na łokciu i rzucił ostre spojrzenie mówiące: “Nie warto.” Fray podniósł głowę znad opatrywanego Aarona. Dziwnym zbiegiem okoliczności obecnie opatrywanie polegało na złamaniu mu ręki butem.
- Idźcie! – rzucił od niechcenia były nadzorca dociskając kończynę obcasem.
- Gówno. - Rzucił Gareth. – Nie zostawię swoich ludzi.

Tilda przypatrywała mu się z kpiną.
- Mogę Ci ich sprzedać. - Powiedziała, uśmiechając się.

Fray spojrzał na kobietę.
- Mamy umowę. Wypuść ich. Pamiętaj co powiedziała Sandro.
- [i]Za erkaem. - Kobieta wskazała KACa, którego wcześniej zaniósł im King. Przyglądając się jej z łatwością dało się dostrzec, że bardziej się droczyła, niż naprawdę zależało jej na broni.
- Clyde?- Fray porozumiewawczo uśmiechnął się do Kinga.

King nie zwracał uwagi na rozmowę o karabinie przypatrując się półprzytomnemu Aaronowi. Stanął trzy kroki od niego i wpatrywał się w niego uporczywie, jakby próbował przypomnieć sobie każdy szczegół jego twarzy. Podniósł na moment oczy na Randalla, po czym przeniósł je na Tildę.

- To mój karabin. – ton speca był dziwny, jakby nieobecny – A Ty dostałaś już Beowulfa i tak był więcej wart niż ta garstka ludzi.
- Ohh... No tak. - Kobieta była widocznie rozczarowana. – Zaraz wrócę. Żaden z tych skurwieli ma nie przejść przez bramę, dopóki nie będę z powrotem. - Rzuciła na odchodnym kierując się do jednego z namiotów. Po chwili wróciła sama.

- Gdzie oni są? - Zapytał Gareth.
- Idą. - odparła Tilda. Rzeczywiście po chwili z namiotu wynurzyły się okrutnie wychudzone sylwetki. Ci, których nie dotknął głód, sądząc po śladach krwi ofiary wczorajszych zamieszek, pomagali iść tym, którzy ledwo co się poruszali.
- Nie karmiliście ich..? Ty durna, durna… - Gareth aż wrzał z gniewu, patrząc na wciąż uśmiechającą się kobietę.
- Zapomniałam. - powiedziała Tilda słodkim głosem.
- Idź już. - Clyde skierował słowa do Garetha. Popatrzył na niego przez moment, jakby chciał dodać słowa pocieszenia, ale tylko zacisnął usta.
- Dychają, to się liczy. - Powiedział stojący obok Spooky. – Na wozy ich ładować! - Krzyknął do młodych chłopaków pchających przed sobą resztki dobytku. Gareth szepcząc coś sam do siebie, pomógł jednemu z wygłodzonych i sam ruszył przed siebie.

Clyde nie mógł wykrztusić z siebie słowa. Patrzył jak szary tłum przetacza się przez rozwarte wrota.

- I jaką mają teraz gwarancję? – rzucił ponuro do stojącego opodal Randalla.

Fray rzucił okiem na zmaltretowanego łowcę kulącego się u jego stóp, po czym do speca i rzucił niewinnym głosem:

- My jesteśmy gwarancją. I nasze gamble. Przechodzimy ostatni. Ale ciesz się Aaronem.

Złośliwy uśmiech rozlał się na twarzy strzelca, jeden z tych, po których King nie wiedział co naprawdę miał myśleć.

***

Spec drgnął na dźwięk słów. Cieszyć? Niby z czego się tutaj cieszyć. Strzęp człowiek leżał żałośnie na ziemi miotając świńskimi oczkami, a z naukowca odpłynęło wszystko, całe poczucie zagrożenia, gniew, upokorzenie. Długie miesiące tułaczki, które zaczęły się od felernej wizyty w Studni. Ilu ludzi miał ten człowiek na sumieniu? Czego dopuścił się zanim tutaj dotarli? Dłoń głaskała uchwyt pistoletu.

W końcu King przyklęknął przed zwijającym się z bólu mężczyzną. Siedzieli w pewnym oddaleniu od maszerującej grupy. Czekał, aż ten skupi na nim swój wzrok.
- Pamiętasz mnie? - Ich słowa tonęły w chrzęście kroków, tylko oni mogli słyszeć ich rozmowę.
- Pierdo… - Mężczyzna próbował wziąć głęboki oddech. – Pierdolone mięcho...
- Och, skończ już z tym mięchem, Aaron. Masz potrzaskane kolana, zerwane więzadła w ręce i złamanie przedramienia. - ocenił na oko Clyde – Jeśli z tego wyjdziesz będziesz zwykłym kaleką, więc przestań mi tu wciskać swoje pieprzone mięcho. - ostatnie słowo wręcz ociekało jadem.

- Chuj cię to obchodzi. - Wydyszał, wyrzucając z siebie cały ból i upokorzenie. – Po prostu… mnie zastrzel.
- Zastrzel. Chcesz żebym okazał Ci łaskę. Tak jak Ty to robiłeś? - King usiadł spokojnie na ziemi i złożył nogi. – Widzisz, Aaronie, Ty nie zasłużyłeś na łaskę. Jednak coś Ci zawdzięczam i za to chciałbym Ci… podziękować. Nie będę wnikał, bo i tak nic Cię to nie obchodzi, ale nie zabiję Cię. Posiedzę tutaj i poczekam. Tak długo jak długo dasz sobie radę. Jak myślisz ile to potrwa?
- Co.. Co ja ci takiego, czło… człowieku zrobiłem?
- Co mi zrobiłeś? - King spojrzał spode łba na rozmówcę. – Osiem miesięcy temu, dokładnie trzeciego marca. Studnia Pułkownika Trautmana, na drodze między Pitsburghiem, a Cincinnati. - oczy Aarona zadrgały – Widać trafiłeś wtedy na bardzo pamiętliwego gościa.

Mężczyzna spojrzał na niego pół przytomny wzrokiem.
- Nie.. nie pamiętam Cię… Cholera… - Roześmiał się słabo. – Za.. zabije mnie gość, którego nawet… Nawet nie mogę sobie przypomnieć. Ja pierdole… - Stojąca obok Sandro spojrzała na niego smutnym wzrokiem, odwróciła się i odeszła w ślad za Tildą.
- Wszystko sobie przypomnisz, mamy czas. - King pogrzebał w kieszeni kurtki i wyciągnął duży karabinowy pocisk, kaliber 12,7.

Aaron spojrzał na pocisk.
- W Studni? - Zapytał słabnącym głosem. – W Studni z magazynu wyciągnąłem taki karabin.
- Lepiej. Zgadnij czyj to był karabin. Zgadnij komu podaliście mielonkę nafaszerowaną prochami nasennymi. - Spec ze spokojem obserwował reakcję tamtego. Krew płynęła strużkami z przestrzelonych kolan. Od takich ran można było umierać godzinami.

Mężczyzna pokręcił głową zrozpaczony.
- Odpuść człowieku, ja nie mam pojęcia, o czym Ty mówisz!
- Nie masz pojęcia? Przez lata żyjesz sobie jak ostatni kawał gnoja, rujnując ludziom życie, łapiąc ich i sprzedając za marne gamble, a teraz nie masz pojęcia? - w głosie naukowca pobrzmiewała chłodna irytacja – W takim razie posiedzimy tu sobie spokojnie, aż sobie przypomnisz. Studnia Pułkownika Trautmana. Zastrzeliliście go, a ciało ukryliście na zapleczu. Truliście podróżnych żarciem z środkami nasennymi, a potem ładowaliście ich na ciężarówkę.

Clyde dał Aaronowi chwilę by ten poukładał sobie wszystko w głowie.

- W-wiem… człowieku żałuje, dobra… Taka robota... - Aaron wskazał na hełm z czerwonym krzyżem. – Jesteś medykiem? Daj coś przeciwbólowego... Bądź człowiek…
- Niby dlaczego miałbym to zrobić? - odciął się spec – Przecież dla Ciebie jestem tylko mięchem.
- O co Ci chodzi? - Aaron wykrzywił się w krwawym uśmiechu. – Chcesz mnie zabić, to to zrób! - Wykrzyczał nagle mobilizując siły. – Nie pamiętam cię, rozumiesz?! Nie pamiętam, bo mam ciebie i Tobie podobnych w dupie!

Spec schował pocisk i wstał. Spojrzał na Aarona z mieszaniną pogardy i litości. – Też mam Cię w dupie. Ciebie i te cholerne ruiny, w które mnie wywieźliście. Mogłem Ci pomóc, mogłem nawet poskładać Ci te kolana, ale Ty wolisz tu zdychać. Niech tak będzie. - Clyde oderwał kawał szmaty od ubrania rannego, bezpardonowo wcisnął mu go do ust, a drugi przewiązał wokół głowy. – Nie chce mi się już Ciebie słuchać.

Łowca miotał się, bełkocząc przez gałgan, ale spec tylko parzył na niego spokojnie. Historia zatoczyła koło. Clyde przypomniał sobie zdanie, którym skończyło się ich ostatnie pożegnanie.

- Dostanę za Ciebie całą masę gambli. - powiedział niemal bezwiednie.

Wzrok Clyde'a zatrzymał się na półotwartej kieszeni Aarona, z której wystawał obły kształt. Naukowiec schylił się i wydobył z niej ostatnią rzecz, której by się spodziewał - śniegową kulę z mikołajem, tę samą którą znalazł pośród rzeczy Bisleya, tę samą którą stracił w Studni wraz z resztą gambli i swoją wolnością. Los zadrwił z niego w ten ostatni sposób, ale King musiał przyznać w duchu, że po raz pierwszy uznał wyrok ślepego sędziego za zabawny.

Wykrzywił na chwilę wargi w jadowitym uśmiechu, ściskając szklaną kulę w dłoni, aż pobielały mu knykcie, po czym wszelkie emocje odpłynęły z jego twarzy. Nawet nie myślał o tym wszystkim co się stało przez człowieka, który leżał przed nim. Nie zastanawiał się co by było, gdyby nigdy nie spotkali się w Studni. Kałuża krwi wokół niego rosła z każdą chwilą, barwiąc na brunatno miałki pył pokrywający spękaną ulicę. Stał i patrzył. Aaron jeszcze przez jakiś czas mamrotał przez knebel, próbując przeklinać, albo błagać o litość, aż w końcu opadł z sił i z wolna przestał się ruszać.

Po kilkunastu minutach było po wszystkim. Karawana uchodźców nie niepokojona ruszyła w stronę Misji. Kilku z uchodźców przechodząc uścisnęło ręce Kingowi i Randallowi ze łzami w oczach dziękując za pomoc. Tamci jednak nie odpowiadali na dziękczynne zapewnienia. Byli po prostu zmęczeni, śmiertelnie zmęczeni.

***

Buggy odpalił za pierwszym razem. Oczyszczone z Opadu mechanizmy działały bez problemu. Pojazd ruszył powoli, jakby kierowca chciał pokazać wszystkim, że się nie boją, nie uciekają przed nimi. Łazik, ciągnąc za sobą ogon w postaci wyładowanej przyczepki minął bramę - ich ostatni przystanek przed Misją.

Patrząc wstecz wiele się zmieniło od kiedy uciekli łowcom. Na początku się nie znosili, żarli jakieś gówno, chodzili w odrapanych ciuchach i bronili się czymś co bronią było tylko z nazwy. Gdzieś po drodze się zakumplowali, przetrwali tam gdzie inni umierali we krwi i własnym gównie. Jechali wraz z całą masą gambli. Bogaci a przede wszystkim żywi.

Fray rozwalił się na siedzeniu pasażera na tyle na ile mógł w małym pojeździe. Wydawał się rozleniwiony, nie patrzył na kolumnę uchodźców przed nimi czy ruiny, które mogły kryć wszystko, a w niebo. Zasnute szarymi chmurami, przez które nie mogło się przebić słońce, niebo. Zupełnie jakby znalazł w nim jakąś odpowiedź. W jednej ręce trzymał odpalonego papierosa a w drugiej ostatnią butelkę bimbru.

King patrzył na drogę usłaną wrakami aut, po której płynęła ludzka masa. Kupowali sobie tylko trochę czasu nim na dobre pochłoną ich ruiny. Teraz Misja, potem Nashville, potem… nikt w zasadzie nie wiedział co potem. Każdy z nich łudził się, że w ogóle czeka ich jakaś przyszłość. Ciekawe ilu z nich umrze nim dotrą do swoich celów. Ilu jeszcze zażądają w ofierze bezlitosne zgliszcza umarłej cywilizacji.

Dwaj podróżni nawet na siebie nie patrzyli, jeden skupiony na drodze, drugi pogwizdujący coś pod nosem. Misja zbliżała się nieuchronnie, dzieliła ich może godzina podróży. Ciszę w końcu przerwał spec:

- I co teraz?

Randall pociągnął z butelki. Gdy się odezwał głos o dziwo miał radosny.
- A teraz… – rzekł podsuwając bimber specowi
- Zwariowałeś? - King tylko rzucił okiem na alkohol.
- Spokojnie Clyde. Drogówka poszła w diabli. Jeden z plusów apokalipsy. Nie żebym ją pamiętał… Więcej dla mnie. - pociągnął drugi łyk. – Teraz trafimy do Misji. Odetchniemy trochę i pójdziemy swoimi drogami. Co takiego zrobił Ci ten Aaron? - Fray zmienił płynnie temat.

Naukowiec nie odpowiedział. To co zaszło między nim, a teraz martwym łowcą nie było tematem, który miał ochotę poruszać. Łazik podskakiwał na wybojach, a ciągnięta za nim przyczepka chybotała się gwałtownie. Mijali pojedynczych uchodźców, którzy wysforowali się naprzód. Cienie ludzi, którymi kiedyś byli.

Randall ciągle patrzył w niebo, teraz dla odmiany zaciągnął się szlugiem.
- Jak chcesz. Możemy w milczeniu cieszyć się podróżą.
- Co im obiecałeś? - Clyde jakby mocniej zacisnął ręce na kierownicy.
- Wytłumaczyłem, że dużo więcej gambli tu nie zgarną a mogą stracić ludzi. I gamble.
- A oni zwyczajnie Cię posłuchali?

Randall uśmiechnął się szerzej, co było słychać w jego głosie.
- Potrafię być przekonywujący. A z Tildą mamy wspólne zainteresowania, więc się łatwo dogadaliśmy.
- Takie jak wbijanie ludziom noży w plecy? - ton naukowca zrobił się chłodniejszy
- Ej doktorku! - oburzenie w głosie Fraya był wyraźnie udawane – Nikomu noża w plecy nie wbiłem. Ona też nie. Chyba… Zresztą powinieneś być jej wdzięczny, sprezentowała Ci Aarona.
- Może jeszcze mam zawrócić i jej podziękować? - odciął się spec – Co im obiecałeś, Fray?
- Jeżeli chcesz. Całe złoto tego świata King. A tak bardziej poważnie, nie wierzysz, że Twój plan mógł się udać? Że zbieranina służb tyłowych - te dwa słowa Fray wypowiedział z wyraźną pogardą – łowców nie chciała angażować się w starcie? A może nie wierzysz, że załatwiłem wszystko bez rozlewu krwi? Że nie sprowokowałem starcia.
- Nie próbuj mydlić mi oczu. Nikt nie chciał tego starcia, ale ludzie pokroju łowców nigdy nie robią czegoś za darmo. Pieprzenie im nie wystarczy.
- Pieprzenie to podstawa. Ludzie pokroju łowców to tchórze. Nie robią niczego za darmo ale też nie angażują się w starcie gdy nie muszą. Chyba, że mają dużą przewagę liczebną, której nie mieli. No i jest jeszcze Dentysta…

Clyde westchnął. Nie miał specjalnej ochoty ciągnąć Randalla za język, zwłaszcza że tamtemu udzielił się przekorny nastrój. Dziwne, że zawsze wpadał w niego niedługo po tym, gdy ocierał się o śmierć. Niewątpliwie stany rozstroju emocjonalnego.

- Nie chcesz, nie mów, ale cokolwiek im naobiecywałeś, wiedz że Ci w tym nie pomogę. - King odwrócił na moment spojrzenie od zapylonej szosy – Nie wiem, czy chcesz zrobić dla nich skok stulecia, czy tylko zbliżyć się do tego psychola Dentysty, ale pogrywasz w niebezpieczną grę.
- Cholera… I jak ja sam dostarczę im tysiąc dziewic na ofiarę?
- [i]Nie kpij, Fray. Nie wszystko jest Twoim placem zabaw.[i]
- Nie moim, niestety. Rozchmurz się Doktorku! Uratowałeś dziesiątki istnień i zmierzasz ku oazie spokoju i dobra. Czas na relaks!
- Relaks… - naukowiec zabębnił palcami o kierownicę, wydawało się że chce dodać coś zgryźliwego, ale zamilkł zaciskając zęby.
- Wal doktorku! Co Ciebie gryzie? Morganowie? Szajbus? Mars? Chloe? Kurczę… Nie chce mi się wyliczać. Co nie pozwala Ci cieszyć się sukcesem?

- Będę się cieszył, gdy opuszczę te przeklęte ruiny. – wyrzucił wreszcie King, cała ta wesołkowatość Randalla już go męczyła – Kiedy wreszcie przestaną mnie ścigać sprawy ludzi, za których odpowiedzialność ciągle wciska mi się w ręce. Kiedy wreszcie skończy się bezsensowne zabijanie, albo będę już daleko stąd. Wtedy będę mógł cieszyć się sukcesem.
- To padniesz z nerwów. Zima się zbliża. Do wiosny stąd się nie wydostaniemy. Nie z tym pieprznikiem wokół.
- Być może. To jednak dalej nie daje odpowiedzi na to coś Ty obiecał tym psychopatom.
- Ech… Doktorku. Mam wymyślić jakąś wiarygodną ściemę, żebyś się uspokoił i wyluzował?
- Tak, masz wymyślić jakąś wiarygodną ściemę, tak jak zawsze to robisz kiedy miałbyś przyznać się do błędu.
- Po pierwsze nigdy Wam nie ściemniałem. Po drugie, kiedy niby to popełniłem błąd? Z tego co pamiętam to zwykle ratowałem Wam tyłki.

Fray w końcu przestał gapić się w niebo a spojrzał na speca.
- Jak masz mi robić wykład, że tak naprawdę był to tylko wyrachowany pragmatyzm i dbanie o własną dupę to zamknij się i zapuść radio.
- Daruj sobie. Teraz będziesz próbował mi pokazać, że jesteś nieomylny i zawsze szczery? To dlaczego wzbraniasz się, żeby powiedzieć co obiecałeś Łowcom? Dlaczego ukrywasz swoją przeszłość? Dlaczego od razu nas wszystkich nie zostawiłeś? Co do Twoich błędów, nie będę ich punktował, bo nie w tym rzecz. Zawsze wymyślasz uzasadnienie, to Twoje “poetyzowanie” - to słowo wypowiedziane zostało szczególnie zjadliwie – a potem nazywasz to byciem fair.

Przez chwilę nauczyciel dyszał, jakby przebiegł sie sprintem. Buggy płynnie ominął zardzewiały wrak pickupa. Randall zaśmiał się i zaciągnął papierosem.

- Powolutku. Bo zapomnę o czymś powiedzieć i wyjdzie, że jestem zakłamanym potworem. Łowcy dzi...
- Nie pierdol. Wszyscy kłamią, tylko Ciebie wyjątkowo boli, gdy sam musisz to robić. Zawsze obracasz wszystko na Twoje, byle we własnych oczach wypaść dobrze.
- Ale ja zawsze wypadam w nich dobrze. Bo postępuję zgodnie z tym co uważam. Słuchaj King, ewidentnie chcesz odreagować a nie usłyszeć odpowiedzi. Dlatego pogadamy o tym kiedy indziej. Przyśpiesz, w Misji spuść pary, czy to z jakąś dziwką czy podczas bójki. Potem pogadamy.
- Co im obiecałeś, Fray?

- Co im obiecałeś, Fray? - Randall zaśmiał się. – Próbuję Ci wytłumaczyć ale przerywasz mi sugerując, że pierdolę. Otóż nie pierdolę, bo Maria ubzdurała sobie, że próbuję Was wszystkich pozabijać i chciała mi roztrzaskać łeb kolbą karabinu. To trochę psuje związek.
- Ich już nie ma. Dotarli do Misji, albo dorwali ich Łowcy. - Clyde nieco się uspokoił – Po co zasłaniasz się teraz Marią?
- To miała być dygresja. Żebyś się trochę rozluźnił i dał mi odpowiedzieć na pytanie. Gotów? - Randall zaciągnął się papierosem i wyrzucił niedopałek. – Łowcy działają na zasadzie zysku. Tutaj wyciągnęli wszystkie co wartościowsze gamble, proceder się przedłużał i mógł przyciągnąć czyjąś uwagę. Już wcześniej Tilda bała się buntu, dlatego najęła mnie. Chciała sprzedać tych “aresztowanych” w niewolę. To było bez sensu. Nie ma obecnie rynku na gęby do wykarmienia, a oni nie przedstawiali ani dla mutków ani dla Nashville żadnej wartości. W przypadku buntu straciłaby ludzi i część sprzętu. Tak mogła zwinąć manatki i przenieść się gdzieś dalej, zarabiać w inny sposób. Alternatywą było zabicie mnie i walka z uchodźcami. Zakładając, że nawet jej ludzie by nie oberwali straciłaby naboje. Czyli gamble dla których tu jest. Proste a ona jest rozsądną kobietą.
- A gdzie jest to “gdzieś dalej”? W pobliżu jest tylko Misja… - King wbił spojrzenie w drogę.
- Misja, Nashville, grupki uchodźców, obozowiska mutantów, niedobitki łowców… W tych ruinach są możliwości Clyde. A Misja jest tylko jedną z nich. Mają zapasy, broń, środek transportu…

- Nie chcesz mi powiedzieć, bo próbowałbym Cię powstrzymać, tak? O to Ci chodzi?
- Męczy mnie to, Clyde, naprawdę. Czego się spodziewasz? Że wiodę Was w zasadzkę? Że łowcy w tym momencie zasadzają się na pozycjach, czekają aż nasz łazik przejedzie a potem zmasakrują obdartusów i zdobędą łatwe gamble?
- Nie, nie martwię się o uchodźców. - Clyde zmrużył oczy – Ale owszem, martwię się że prowadzisz nas w zasadzkę, a co gorsza, że chcąc zastawić jedną wpakujesz nas w drugą, z której Twoja arogancja nas nie wyciągnie. Wolałbym wiedzieć zawczasu.
- Arogancja… Zwykle nie nazywam broni ale jedna chyba dzisiaj otrzyma imię. Może emka? Spokojnie… Za niecałą godzinę będziemy w Misji. Bezpieczni. – Randall wrzucił na wpół pustą butelkę do plecaka i ułożył się wygodniej na fotelu zakładając ręce za głowę.

King miał już dosyć tej rozmowy. Powinien czuć się zadowolony z siebie, w końcu tym razem udało im się ocalić od masakry wielu niewinnych ludzi, ale nieokreślone wrażenie że coś jest nie tak nie opuszczało go nawet na chwilę. Może to wymijające odpowiedzi Fraya, może zmęczenie które z trudem odganiał od siebie pilnując drogi. Może wreszcie było to tak dawno nie zaznane poczucie, że faktycznie są bezpieczni.

Spec potrząsnął głową by powstrzymać opadające powieki. Minęli metalowe żebrowanie, na którym smętnie wisiała ostatnia tablica kierunkowa, na której ktoś wysmarował napis „MISJA” oraz jedną pionową strzałkę. Gdzieś przed nimi była ta samotna przystań, oaza dla rannych i pozbawionych nadziei, pierwszy krok na drodze do niepewnej przyszłości. Clyde sięgnął do kieszeni kurtki, wyjął z niej okulary przeciwsłoneczne. Zasłonił oczy przed ostrym, listopadowym słońcem i zapatrzył się przed siebie. Na spękany asfalt, na niebo błyskające z wyrw w potrzaskanych blokach, na rzędy strzelających w niebo, od dawna wygasłych latarni. Na wszystko co zostawiali za sobą.

- Nigdy nie będziemy bezpieczni. Nigdy.
 
Dziadek Zielarz jest offline  
Stary 13-07-2014, 09:59   #105
 
merill's Avatar
 
post sprzed Bramy, wspólnie z Szarlejem pisany

Randal usiadł przy rannym Lynxie z swoimi klamkami, szmatkami, wodą i syfem chemicznym do ich czyszczenia. Spokojnymi, rutynowymi ruchami zaczął rozkładać M4. Po chwili zagadnął:
- Żyjesz, kontaktujesz?

Lynx siedział na jakimś starym fotelu samochodowym, oparty o tylne koło łazika. Wodził wzrokiem za Marią, która kończyła uwijać się przy czyszczeniu ich ekwipunku. Przeklinał się w duchu, że nie zwrócił uwagi na tę ranę na udzie, adrenalina i podniecenie walką zrobiły swoje. Teraz czuł się potwornie zmęczony, czuł, że powoli zaczyna trząś go gorączka, słowa Fraya usłyszał jakby z oddali, ale po chwili wrócił do rzeczywistości:

- Kontaktuję, jak poszło z Tarczownikami?
- Dopiero do nich pójdę jak się oporządzę. Masz jakieś gamble na zbyciu? Będzie pewnie trzeba dać w łapę.

Lynx westchnął ciężko: - Tanio nas nie przepuszczą - myślał dłuższą chwilę - spróbuj im opylić półcalówkę i strzelbę, w ostateczności moje M110, tylko nie daj się wydymać, podejrzewam, że od tych biednych skurwieli co tu czekają, nie dostaną nic lepszego? Jak myślisz, Misja wie, że ta Brama tu stoi? Roadblock nic o niej nie wspomniał… - kaszlnął - a może nie chciał powiedzieć?
Randall skinął głową czyszcząc właśnie mechanizm spustowy.
- Powinno być aż nad to. Roadblock nie wspominał bo nikt go o misje nie pytał. Ruiny, Nashville ale nie Misje. Do tego mógł założyć, że wiemy bo podróżuje z nami przyjaciel Ghianniego. Misja o bramie na pewno wie. Kwestia tylko czy wie o ludziach po za bramą.

Wayland poprawił się na fotelu, zraniona noga bolała co raz mocniej: - Niby lekarz z Misji przychodzi, wg słów tej Tildy, ale pytanie czy ona nie ma z nim jakiegoś cichego układu? Wspomnij jej o Roadblocku, może go zna?
- Prawie na bank ma. Wspomnę, wiem jak działać.

Givens jeszcze przez chwilę milczał, ale potem odezwał się jakby coś przetrawił:
- Zabiłeś Morganów? Te strzały, które słyszałem kiedy spieprzałem przed Opadem? To byłeś Ty?
- Któżby inny? Moralny King? Rozstrzęsiona Maria? Chociaż i Ezechiel zrobił swoje.

Snajpera nie zaskoczył chłodny ton głosu, czy spokój Fraya, kiedy wymawiał te słowa. On sam już dawno wiedział, jak potoczyły się losy reszty, w pobojowisku pokrytym Opadem.

- Gdyby to był inny czas i inne miejsce, pewnie dostałbyś odemnie kulkę w łeb, wtedy gdy leżałeś ślepy i bezbronny jak szczenię. To Cię i tak kiedyś spotka, wiem, że Ty doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. - Przerwał na chwilę: - Dzisiaj, mogę Ci jedynie podziękować… Maria żyje. Kiedy dojdziemy do Nashville nasze drogi się rozejdą, jeśli dożyję. W każdym razie tak będzie lepiej…
Randall się zaśmiał.
- Nie no! Lynx, daj spokój. Ty, weteran oddziałów pacyfikacyjnych, morderca ojców, matek i dzieci mówisz, że zasłużyłem na kulkę? Koleżko, mniej hipokryzji.

- Nie jestem hipokrytą, hipokrytą byłbym tam - wskazał drogą skąd przybyli - gdybym rozwalił Ci łeb. Ja wiem co robiłem w przeszłości, nie wyprę się tego. Cały czas przed tym uciekam, a to cały czas wraca, jak jakaś pieprzona karma, najpierw te uparte mutanty, potem Morganowi. Nie Fray, nie jestem hipokrytą, moje grzechy ścigają mnie cały czas… ale jakoś, kurwa daje radę - poprawił zdrętwiałą nogę - niemniej nie wymagaj odemnie akceptacji czy czegokolwiek. Podróżujemy razem, razem walczymy i tyle, nie baw się ze mną w gierki słowne, jak to robisz z Kingiem. Kiepski filozof ze mnie czy dyskutant.
- Tylko prosty żołnierz ścigany demonami przeszłości.

- Koleżko, mniej ironii - spróbował sparodiować wcześniejszy ton wypowiedzi Fraya.
Randall parsknął śmiechem i zaczął zmontowywać karabin.

Fray dłuższą chwilę milczał. Po szturmówce przyszła kolei na pistolet cyborga. Nowa konstrukcja pochłonęła go całkowicie. Dopiero gdy ją przeczyścił i załadował odzyskał kontakt ze światem. Z kabury wyciągnął shorty’ego i zagadnął Lynxa jakby rozmowę skończyli przed minutą.
- Czemu te roboty nas zaatakowały? Były mało liczne a zaawansowane. Do tego tamta kobieta miała od chuja gambli na sobie i była świetnie wyszkolona. Instalacja Szczura. Olbrzymi nakład sił i środków by porwać gówniarę.

Fray zadał pytania, nad którymi od dawna myślał Lynx: - Nie mam zielonego pojęcia. Może zbierały informacje o Nashville, a my wydawaliśmy się ich dobrym źródłem? Choć to raczej odpada, na Froncie byliśmy tylko Ty i ja - … i Morgan - dodał po krótkiej chwili. - Nie chcę o tym nawet myśleć, ale może to któryś z nas był celem?
- Ja z maszynami praktycznie nie walczyłem. Do tego Moloch by rzucił takie siły by dorwać jednego człowieka aktywnie mu nie zagrażającego?

- Podejrzewam, że chcą zinfiltrować Nashville, może podsłuchały, że Morgan może się tam dostać? Córka z wszczepionymi sensorami i implantami, mogła być doskonałym źródłem wywiadowczym? Zresztą ten Opad? Silny podejrzewał, że za Opadem stoi Nashville i ten nowy burmistrz, a Ci z Enklaw, że mutanty. Założę się, że Stalowemu Skurwielowi na rękę, że ludzie się wyżynają na potęgę z mutasami. Tych drugich może sobie wyhodować na pęczki - konkludował weteran.

- Propaganda. Chociaż nie zdziwię się jak obie strony myślą jak wykorzystać Opad. Oczywiście w ramach odwetu. Częste na Froncie są tak podkręcone borgi jak ta kobieta?

- Tylko kilka razy je widziałem, ale modele nie tak zaawansowanie jak ten. Mieliśmy dużo szczęścia, że żyjemy - głos snajpera miał taki ton, jakby rozmawiali o pogodzie.

- Ta… Akurat zaawansowany oddział Molocha trafił na dwóch operatorów wysokich lotów. Jak dużo w kimś takim zostaje z poprzedniego życia?

- Pewnie niedużo, wyprani prochami i farmaceutykami, szprycowani non stop, żeby organizm nie odrzucił implantów, nie myślą. Kiedyś jednego chłopaka odbiliśmy, co wcześniej żywcem go maszyny dostały… dowódca osobiście wpakował mu kulę w łeb. Nie chcieliśmym, żeby nasi go jeszcze dodatkowo kroili… od tamtego czasu, każdy z nas miał granat na czarną godzinę.

- Słyszałem o tym zwyczaju. I prawie ostatniej kulki.

- Lepszego wyjścia nie było… Moloch nawet z ciężko rannych, potrafił montować cyborgi, granat nie pozwalał mu na to.
- Ale w takim borgu coś tam zostawało? W sensie hormony nawet zmienione przez narkotyki, strzępki wspomnień. Dajmy na to jeżeli dorwaliby i przerobili Ciebie to czy przy starciu z nami oszczędziłbyś Marię?

- Nie, ten gość co go odbiliśmy, najpierw przerobił dwóch swoich byłych kumpli z oddziału na Gruz 200.
- Rozumiem.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
Stary 13-07-2014, 13:33   #106
 
kanna's Avatar
 
Za bramą: merill, Dziadek Zielarz, MG, kanna

Brama otworzyła się ze zgrzytem, kiedy siódemka osób wychodziło w głąb całkowicie ciemnych ruin. Stojący na umocnieniach żołnierze przyglądali się im ze znudzeniem. Jeden z wartowników podbiegł do Carlosa wciskając mu w rękę manierkę.
- Mówiłem, że mogę załatwić. - Rzucił z uśmiechem. Hegemończyk poklepał go po ramieniu i ruszył za pozostałymi.

Szli przez kilkanaście minut, mijając jednakowe wypalone kikuty dawnych budynków. Wojna sięgnęła i tutaj, ale wnioskując ze śladów bardzo dawno. Na horyzoncie wciąż grzmiały wystrzały i sporadyczne wybuchy. Bez wątpienia zbliżali się w ich stronę. Wkrótce zeszli z przelotówki, którą Igła nazwał zbyt niebezpieczną i ruszyli boczna, nieoznaczoną flagami trasą. Kręcili się po niej przez kolejne dobre kilkanaście minut, kiedy Igła stanął na środku ulicy rozglądając się nerwowo.
- Carlos, to była druga w lewo, czy trzecia do chuja? - Meks spojrzał na niego kręcąc głową z niedowierzaniem.
- A skąd mam wiedzieć, głupi pierdzielu?
- Zgubiliśmy się? - Zapytała Maria.
- Tak, kurwa. - Wyrzucił z siebie Igła. - Zgubiliśmy się.
- Ile razy zrobiłeś tą trasę?
- Zapytał słabym głosem Lynx. - Ile? Jak można się zgubić w znanym miejscu?!
- Pierwszy raz idę tędy nocą skurwielu!
- Wykrzyczał Igła, wyrzucając ręce do góry.
- Co robię? Co robię? - Wydyszał półmózg.
- Nie wiem, kurwa co robię! Zamknij się! Daj myśleć! - Odciął się lekarz. - Złazić z wozu! Rozdzielimy się! Wrócimy na trasę i się zwołamy, no!

Lynx był już wkurwiony nie na żarty: - Maria, nigdzie nie odchodź - powiedział stanowczym głosem - chcecie szukać drogi, to zapierdalaj Aniołku, a od nas się odwal, gamble dostaliście. My tu czekamy, zresztą ja i Ez zbyt wiele nie zdziałamy. W każdym razie módl się, żebyś znalazł drogą, bo jak nie to jeszcze mam na tyle siły by Cię rozwalić, choćbym miał potem zdechnąć!!! - krzyknął Lynx. Spojrzał potem jeszcze na Tarczownika, czy ten nic nie kombinuje. Coś tu śmierdziało…
- Uspokój się, do kurwy nędzy! - Krzyknął mężczyzna grożąc mu pięścią. - To nie moja wina! I ja też nie mam zamiaru pchać się gdzieś po nocy sam głębiej, w ruiny!
- Możemy gdzieś przenocować.
- Rzucił od niechcenia Carlos.
- Nie mam na to czasu - rzucił głucho Lynx - nasz lekarz powiedział, że liczy się każda godzina. - Skup się głupi skurwielu i opisz drogę do Misji, wiedzę w ciemności trochę lepiej niż Ty. Może nas poprowadzę?
- No! Teraz gadasz!
- Odburknął lekarz, wyciągając z torby latarkę. - Pieprzony złom. - Przez chwilę szarpał się z urządzeniem, aż w końcu zaskoczyło. - Musimy iść na południe, to będzie chyba tam. - Wskazał na kierunek. - Idź pierwszy z tą twoją pielęgniareczką. Debil! Pchaj wóz. Ja pójdę z tyłu z Carlosem. Chodźmy.

Snajper wyglądał już na naprawdę zmęczonego, noga bolała coraz bardziej i ogólnie był osłabiony, w dłoniach ściskał karabin Kształtu, który mozolnie czyścił przez cały wolny czas: - Przodem pójdziesz Ty z Carlosem, znacie teren, więc prowadźcie. Ja z Marią zabezpieczę tyły.

Igła spojrzał na niego ze złością, coś mrucząc pod nosem. Szybkim tempem ruszył na przód mijając po drodze Marię.
Maria B.Trudny, Czujność 0, Percepcja 12
Rzuty: 7, 8, 1!
wynik: Sukces!

Kobieta drgnęła, gdy Igła wyrwał zza paska pistolet z tłumikiem i przyskoczył do niej.
Igła B.Trudny (+2 zdany test czujności), Bijatyka 2, Zręczność 12
Rzuty: 16, 8, 11
wynik: Porażka


Mężczyzna skoczył do przodu, próbując pochwyć dziewczynę. Ta zręcznie przeskoczyła na bok, podkładając mu nogę. Igła runął jak długi.
- Na ziemię! Na ziemię skurwiele! Rzucić broń, a nikomu nic się nie stanie! - Krzyknął Carlos celując w Ezechiela. Pógłówek wskoczył pod wóz. Leżąca na nim kobieta, krzyknęła histerycznie podnosząc ręce.

Lynx strzela do Carlosa z karabinu.
Lynx Trudny, Kondycja 2, Budowa 13
Rzuty: 8, 18, 2 (rzucane na mojej stronie :P)
wynik: Sukces
-2 do ewentualnych testów strzałów itd.
Test na noktowizje (18-20 - Awaria): 8 - Brak awarii
Lynx (trudne warunki -1, Strzelec ranny -2, cel widoczny w ½ -4, kolimator +1, celny +1, strzał niecelowany -4 = -9), Karabiny 6, Zręczność 15
Rzuty: 20
wynik: Pudło - Broń niezacina się
Przypadkowe trafienie (20)
Ezechiel: 6
Kobieta: 14
Maria: 2

Lynx (trudne warunki -1, Strzelec ranny -2, cel widoczny w ½ -4, kolimator +1, celny +1, strzał niecelowany -4 = -9), Karabiny 6, Zręczność 15
Rzuty: 3
wynik: Trafienie
Efekt: Brzuch


Mężczyzna obrywa pociskiem w brzuch. Nabój przechodzi przez płytę balistyczną jego kamizelki zagłębiając się w bebechach.
Carlos Cholernie Trudny, Odporność na ból 3, Charakter 12
Rzuty: 14, 5, 3
wynik: Porażka


Mężczyzna upada na ziemię, krzycząc z bólu.

Leżący na ziemi Igła, wijąc się z bólu wcelowuje swój pistolet w stronę Lynxa.
- Rzuć broń! Rzuć broń, skurwielu!
Lynx tez celuje, ale nie strzela i mówię: - Nie wiem, jaki masz układ z Tildą, ale jej piesek za niedługo zacznie gryźć piach. Do tej pory pewnie zabijałeś ciężko chorych, a tu pech. Rzuć broń i zaprowadź nas do Misji to zachowasz życie. Trzęsiesz się jak gówno, a jak widziałeś nawet w tym stanie nieźle strzelam. Ten karabin przebił jego kamizelkę i płytę balistyczną, jeśli jesteś lekarzem, pewnie wiesz co zrobi z twoim zakutym łbem? - mówił to chłodno i powoli, wbijając wzrok zbrojny w noktowizję w oczy Anioła Miłosierdzia.

Mężczyzna powoli wstał, podnoszą wolną rękę w górę w geście poddania się, a to z pistoletem lekko opuszczając.
- Ch..chcesz to możemy iść na układ… Bądźże r..rozsądny… Zaprowadzę was do Misji, ale nie możecie się wygadać… Okej? Nie zabijaj...

Do uszu Lynxa dotarł jęk Carlosa. Mężczyzna próbował odpełznąć w głąb ruin. Strzelba wysiała na pasku naramiennym, a on sam krwawił obficie.
Lynx kątem oka rzucił na rannego Tarczownika, ale potem wrócił do Igły:- Rzuć broń i graty.
Maria pozbierała się w międzyczasie i odebrała Igle broń i jego torbę. Mężczyzna nie protestował, zważając na karabin Lynxa. - Teraz mi powiesz jak wyglądał twój układ z Tildą, o co chodzi z tą pierdoloną Bramą i tą blokadą?
- To wszystko jest pomysł Tildy!
- Igła wyciągnął ręce przed siebie w błagalnym geście. - Nie strzelaj tylko, powiem Ci wszystko! Ona mnie zmusiła! Ja bym sam… Nigdy w życiu, nigdy w życiu… - Zakrył dłońmi twarz, przysiadając na ziemi, obok wozu. - Gdy to gówno uderzyło w Pineville w stronę Misji zaczęli schodzić się uchodźcy, ogromna fala... Tylu ludzi… Większość dotarła do celu kilka dni temu. Ci, którzy zostali z tyłu, najczęściej byli zbyt słabi, bądź sentymentalni, żeby nadążyć… Nie strzelaj proszę, to był pomysł tej kurwy Tildy! - Lynx musiał przywrócić mężczyznę do porządku uderzeniem kolby. - No i ona wymyśliła.. żeby zamknąć Bramę przed tymi, którzy nie zdążyli. Wmówiła im, że wszystkie wejścia są zamkniętą i tą głupią kwarantannę. A oni to łyknęli. Żaden z nich nie pofatygował się nawet, żeby to sprawdzić… Zresztą, co się dziwić, co się dziwić. To nie byli żołnierze, jak wy. - Spojrzał na Lynxa z przerażeniem w oczach.
-Jesteś w ogóle lekarzem? Wiesz jak dojść do Misji?
- Nie jestem…
- Odparł smutno mężczyzna, ale zanim Lynx zdążył coś powiedzieć, dodał pospiesznie. - Ale wiem, jak dojść do Misji! Zaprowadzę was, tylko nie zabijaj!
- Opisz drogę, tylko dokładnie, jak po drodze nie będzie się zgadzał najmniejszy szczegół, kończysz z kulą we łbie, albo lepiej zatłukę Cię na śmierć, może być?
- weteran był zły i wkurwiony jak nigdy, a perspektywa kalectwa albo śmierci z powodu zatrucia jeszcze bardziej go nakręcała: - Ile zajmie nam droga?
- Godzinę najdalej… Jezus Maria, jak Ci powiem, to przecież mnie zastrzelisz.
- Wydusił mężczyzna, kiwając się w przód i w tył. - Ja was zaprowadzę, obiecuje…
- Lepiej żebyś mówił prawdę, jeszcze jedno, co robiłeś z chorymi, których zabijałeś i z ich gamblami?
- Ja nikogo nie zabiłem!
- Głos zadrżał mu, zdradzając kłamcę. - Ja… ja nie mogłem inaczej… Tilda by mnie wtedy...
- Co się z nimi działo? Kto ich zabijał? Grabiliście ich?
- Różnie…
- Igła przetarł dłonią twarz, milcząc przez dłuższą chwilę. - Szliśmy w ruiny i albo strzelaliśmy… albo zostawialiśmy w jakiś piwnicach. Ale zrozum, człowieku nie miałem wyboru!
- Kto zabierał gamble?
- Gamble?
- Twarz mężczyzny tonęła w pocie. Jego ręce trzęsły się jeszcze bardziej.
- Tych chorych? Czy już na Bramie zdążyła ich oskubać?
- Tak! Tak! Tilda je ma! Wszystko zabiera, pazerna sucz!
- Maria nie spuszczaj go z oka
- zakończył i przyglądał się jak kobieta celuje z pistoletu Igły w niego samego. Wayland podszedł do nieporadnie próbującego się odczołgać Carlosa i wyciągnął pistolet. Wycelował mężczyźnie w głowę: - Gadaj Meksie o co chodzi z Bramą? Kto wam kazał tu siedzieć? To samowolka? Z kim rozmawiała twój dowódca przez radiostację?

Mężczyzna odwrócił się i hardo spojrzał na Lynxa.
- Wypierdalaj! - Krzyknął kierując strzelbę w stojącego nad nim snajpera.
Lynx Bardzo trudny, Bijatyka 0, Zręczność 15
Rzuty: 13, 5, 17
wynik: Porażka


Strzelba wypala.
Carlos (trudne warunki -3, Strzelec ranny -6, strzał niecelowany -4 = -13), Karabiny 4, Zręczność 14
Rzuty: 11
wynik: Pudło


Chmura śrutu omija Lynxa, ledwo tylko zahaczając o jego kamizelkę.
Lynx Przeciętny, Niezłomność 1, Charakter 14
Rzuty: 8, 7, 19
wynik: Sukces


Lynx ledwo się opanował, ale cofnął palec ze spustu: - Gadaj skurwielu, albo zanim umrzesz pocierpisz. Jak zmądrzejesz, to może...
Lynx nie zdążył dokończyć, kiedy doszedł go krzyk Marii. Igła rzucił się na nią z nożem próbując odebrać pistolet.
- Strzelaj, debilu! Strzelaj! - Spod wozu żołnierza dobiegł odgłos i błysk wystrzałów.

Leżący pod wozem idiota nacisnął spust swojej PMki. Pociski poszatkowały drewnianą podłogę wozu, okrutnie kalecząc leżących na nim rannych. Ezechiel krzyknął zwijając się w kłębek. Mocno zacisnął ręce na swojej nodze, jednakże krew trysnęła mu przez palce. Poszła tętnica udowa, draśnięć na głowie i lewej ręce mężczyzna nawet nie zauważył. Kamizelka uchroniła brzuch i pierś.
Leżąca obok kobieta zmarła szybko, kule poszatkowały jej brzuch i lewą nogę, i przebiły czaszkę.

Maria zacisnęła zęby i wystrzeliła.
Maria (trudne warunki -3, strzał niecelowany -4, poręczny +1, cel biegnie -3 = -9), Pistolet 1, Zręczność 12
Rzuty: 3
wynik: Trafienie
Efekt: Głowa, penetracja


Pocisk trafia ryczącego ze złości medyka pomiędzy oczy, obalając już martwego na ziemię.

Lynx wystrzelił do debila.
Lynx (trudne warunki -1, Strzelec ranny -2, cel widoczny w leży -6, kolimator +1, celny +1, strzał niecelowany 0 = -7), Karabiny 6, Zręczność 15
Rzuty: 8
wynik: Trafienie
Efekt: Brzuch


Pocisk przeszywa brzuch półgłówka okrutnie go kalecząc. Mężczyzna wypuszcza z rąk broń.
Debil Cholernie Trudny, Odporność na ból 1, Charakter 6
Rzuty: 3, 6, 18
wynik: Porażka


Dzieciak traci przytomność, zalewając się krwią
.
Lynx widział, jak opłakana jest ta sytuacja, Ez paskudnie oberwał, Igła zdechł jak na to zasługiwał, a drogi do Misji nie znali. Debil był ciężko ranny, kobieta na wozie również. Celując z pistoletu do Carlosa zapytał się ostatni raz: - Znasz drogę do Misji? To twoja jedyna szansa, jak tam dotrzemy, to może się wyliżesz! Tak czy nie?
- Pierdole cię! Rozumiesz skurwielu?!
- Mężczyzna nie należał do tych, którzy szanowali by swoje życie. - Pierdole cię w dupę! Ciebie, twoją matkę i każdą dziwkę, która zlitowała się, żeby ci dać! WYKURWIAJ!

Lynx ściągnął spust pistoletu, a głowa Carlosa pękła wydając nieprzyjemny odgłos. Snajper nie tracił czasu. Podbiegł najpierw do Marii, która trzymała w rękach dymiący jeszcze pistolet, stała nad ciałem oszusta, wpatrując się to w broń, to w trupa, jakby do końca nie wierzyła w to co się stało. - Jesteś cała - Givens trzymając ją za ramiona, lekko potrząsnął, sprawdzając.
- Tak - odpowiedziała mechanicznie, patrząc na leżącego - zastrzelonego - mężczyznę. Zęby jej szczękały. Powoli docierało do niej, co się właśnie wydarzyło.
Odetchnęła głęboko kilka razy, starając się opanować.

Popatrzyła na Lynxa zakładającego stazę Ezachielowi.
- Na ile to wystarczy? Ty dasz radę iść?
Kiedy zaciągał pasek mocnego materiału na udzie Ezechiela powyżej rany, która rozszarpała jego udo, stary mężczyzna krzyknął z bólu, a potem zemdlał.
- Nie wiem - odparł głucho, krew z rozerwanej tętnicy zalewała mu dłonie - tętnica zerwała się dość wysoko, nie wiem na ile staza powstrzyma krwawienie - dużo mu nie zostało, może godzina, może trochę więcej.
Syknął z bólu dając zbyt gwałtowny krok, kiedy ściągał z wozu martwą kobietę, zabraną wcześniej z Bramy. - Nie wiem ile dam radę iść. - powiedział, wyciągając ciężko rannego Debila spod wozu.

- Poczekacie tu na mnie - zdecydowała Maria. - Pójdę do Misji i ściągnę pomoc. Tak będzie najszybciej.
- Nie wiem ile jest do Misji, zanim tam dotrzesz, a potem wrócisz, dla nas obu może już być za późno, poza tym, nie wiemy, czy dalej droga jest bezpieczna, za dużo niewiadomych Maria
- Lynx patrzył na nieprzytomnego Eza, jakby zastanawiał się nad czymś.
- Nie czas na dyskusje - ucięła krótko dziewczyna, a potem wyciągnęła mapę. Przekręciła ją raz, i drugi, żeby ustawić przodem do kierunku marszu.
- Dojdę stąd do przelotówki, bez żadnych problemów. Jestem trzy razy szybsza niż ty. O Ezachielu – głos jej zadrżał, kiedy spojrzała na mężczyznę - nie ma w ogóle co wspominać.

Lynx spojrzał na rozłożoną mapę, która wcale nie była takim pewnym źródłem informacji. - Mam lepszą propozycję - mówiąc to przewiązywał sobie nad kolanem kawałek rzemienia odcięty od torby niesionej przez Igłę - będziemy we dwójkę ciągnęli wózek z Ezem, powinno pójść w miarę sprawnie, a rozdzielanie się w tych przeklętych ciemnościach i w tych cholernych ruinach, jest głupotą, na którą Ci nie pozwolę - podniósł nieco głos, by podkreślić stanowczość wypowiedzi.
- A ja nie pozwolę, żebyś chodził - powiedziała spokojnie, jak do dziecka. - Ta trucizna rozprzestrzenia się z krwią, nie możesz podnosić sobie ciśnienia, a to się stanie, jak zaczniesz ciągnąć wóz.
- Poczekacie tu. Tak postanowiłam.
– w jej głosie była granitowa pewność.

Przy kolejnym sprzeciwie Lynx zacisnął zęby, że aż rana na policzku znowu o sobie przypomniała: - Droga do Misji zajmie Ci co najmniej trzydzieści do czterdziestu minut, drugie tyle z powrotem, to razem ponad godzinę, grubo ponad godzinę, dla Eza to o wiele za długo, nawet nie masz pewności co zastaniesz w Misji. - mówiąc to żołnierz wrzucał na wóz co przydatniejsze gamble ściągnięte z Carlosa i Igły - “Misja pewnie nie leczy za darmo” - pomyślał.
- Lynx. Posłuchaj mnie. Posłuchaj. - złapała go za ramię.- Marnujemy czas. Zabiorę ze sobą trochę gambli. Przekonam ich. Może mają pojazd. Trzeba zaryzykować. Poradzicie sobie. Za godzinę będę z powrotem. Nie pomożesz mi, ani nikomu, jak będziesz miał jedną nogę! Bądź rozsądny! Proszę, posłuchaj mnie choć raz.

- Właśnie próbuję być, to co powiem, pewnie wyda Ci się trudne ale muszę to powiedzieć. Mamy trzy rozwiązania: idziesz Ty sama, wracasz za najmniej ponad godzinę, Ez nie daje rady dotrzymać. Idziemy razem, docieramy tam prawie na styk, ja ryzykuję nogą a Ez i tak może nie dać rady. Jest też opcja trzecia, ale myślę, że się domyślasz - ostatnie rozwiązanie nie podobało się snajperowi, ale musiał to powiedzieć, starał się, żeby głos mu nie drżał - możemy tu zostawić Eza - jego głos zabrzmiał głucho, sam słyszał się jakby z oddali - może to boli, ale takie są nasze realne szanse Mario.
- Nie zostawia się rodziny
- potrzasnęła głową. - Zaopiekuj sie nim. ja wrócę. Obiecuję.

- Nie zostawia się żywych - wtrącił słabym głosem rewolwerowiec - Bez sensu wlec ze sobą ciało. - Jego dłoń spoczęła na rannej nodze, wzrok wbity był gdzieś w niebo. - Pomóż mi zejść, Lynx. - Mówiąc to próbował pomagając sobie dłońmi podciągnąć się.

Snajper popatrzył nieco zdziwiony na rannego. Rozmawiając myśleli, że rewolwerowiec jest nieprzytomny, ale ten najwyraźniej słyszał strzępki, a przynajmniej końcówkę ich rozmowy. Spojrzał w jedyne zdrowe oko Deakina i zrozumiał, że starzec postanowił dać im szansę, w jego oczach, pomimo ciężkich ran, widział determinację i zdecydowanie, nie odzywał się, z szacunku dla tego człowieka i jego decyzji. Podał mu swoje ramię i pomógł zejść z wózka, nogawica skórzanych spodni, robiła się coraz ciemniejsza od krwi, która pomimo stazy, nadal wyciekała z rany.

- Co robisz? - zdenerwowała się Maria, przytrzymując mężczyznę. - Nie powinieneś wstawać… Połóż się.
Uśmiechnął się lekko, przynajmniej chciał żeby tak to wyglądało, choć jego twarz wykrzywiła się raczej w marnie wyglądającym grymasie. Nie przerwał jednak działania, dalej próbował się podciągnąć.
- Lynx, pomożesz?
Wayland pomógł wstać rannemu rewolwerowcowi, kiedy ten wspierał się na jego ramieniu, rozglądając się, gdzie posadzić jednookiego mężczyznę, unikał wzroku Marii, która była zaskoczona i zdenerwowana.
- Dzięki - przymknął oko, przez chwilę nic nie mówił, potem zaczął nagle mówić jasno i płynnie. Jakby wcale nie był ranny, nie wykrwawiał się teraz obok nich. - Oceńmy szanse. W tym stanie nie mogę wam pomóc, nie mamy też pewności, że w ogóle zdołałbym tam dotrzeć. Nie ma sensu marnować sił. Nie wiadomo czy ktoś z misji przyszedłby z pomocą. - Zatoczył palcem koło w powietrzu. - Chcesz biec tam i wracać? Nie. Razem macie większe szanse.
- Nieprawda!
- zaprotestowała gwałtownie. - Tracimy tylko czas! Mamy gamble, da się je wymienić na pomoc. Zarówno ty, jak i Lynx potrzebujecie odpocząć. Sama przejdę najszybciej.

Lynx po raz pierwszy się odezwał: - On ma rację - jego głos był ochrypnięty i głuchy, ale kontynuował - to jego wybór i ja go szanuję.
- Jaki wybór?! Jaki wybór?!
- w głosie dziewczyny zaczęły przebijać histeryczne nuty. Spojrzała na Starca: - Myślisz, ze pozwolę ci się tutaj zabić? Nie ma mowy! Słyszysz?
- Maria, decyzja zapadła.
- Spojrzał na krewniaczkę. - Myśl logicznie. Nie jesteśmy już w Teksasie, nie jesteśmy w domu. Musisz myśleć o sobie, myśl o tym jak uratować siebie. Lynx cię obroni, razem dotrzecie do Misji. Jak myślisz, jak przyjmą tam człowieka, który wymordował rodzinę Morganów? Nathan był przyjacielem ojca Gianniego. - Odetchnął. - Decyzja jest oczywista.

Maria zrozumiała, że przegrała. Że nie ma niczego, co by mogła powiedzieć, lub zrobić, żeby zmienić decyzję mężczyzn.
Łzy zaczęły jej płynąć po twarzy. Podeszła do starca i wtuliła twarz w sztywny od brudu, kurzu i krwi rękaw jego kurtki. Ten podniósł, z trudem, rękę i dotknął jej głowy.

- Gdzie Cię posadzić Ezechielu? Może w jakimś budynku na uboczu? - snajper nie dyskutował z jego decyzją. Na Froncie widział wiele takich sytuacji, takie poświęcenie było czymś naturalnym wśród ludzi, którzy do boju szli “martwi”.
- Nie, tutaj będzie dobrze. Wystarczająco długo łaziłem po ruinach.
- Rozumiem
- Wayland ściągnął z wozu jakiś koc i stary śpiwór i zrobił Deakinowi prowizoryczne siedzisko.

Ezechiel odpiął swój zdobiony pas z kaburą, wyciągnął grawerowany rewolwer i przyglądał mu się przez moment. - Nie powinno się obarczać kogoś obcego odpowiedzialnością, czymś lub kimś o kogo samemu należało dbać. Nazwijmy to jednak sytuacją wyjątkową. - Wepchnął broń i kaburę w dłonie Lynxa. - Dostarcz Marię bezpiecznie do Misji. W Federacji mam przyjaciół, jeśli wspomnicie moje imię znajdziecie tam pomóc. Jeśli kiedyś tam dotrzecie. Przyjmij to jako zapłatę, albo gambel, który wam się przyda. Jest cenny.

Maria nie odzywa się, dygoce i w szoku wodzi szeroko otwartymi oczami od jednego mężczyzny do drugiego.

Lynx podniósł się, a otrzymany rewolwer ciążył mu w dłoni, niczym sztaba szarego ołowiu. Odezwał się z szacunkiem i pewną dozą podziwu: - Obiecuję Ezechielu, choćbym miał swoje życie oddać.
 
__________________
A poza tym sądzę, że Reputację należy przywrócić.
kanna jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:15.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168