Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Postapokalipsa > Archiwum sesji z działu Postapokalipsa
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Postapokalipsa Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Postapo (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 12-08-2014, 17:08   #1
 
Dziadek Zielarz's Avatar
 
[Neuroshima] Miami Hardcore - SESJA PRZERWANA




Miami Hardcore



Szkło brzęknęło, gdy szyjka butelki po raz kolejny trąciła brzeg szklanki, a mętny bimber zakotłował się na dnie. Mężczyzna o zmęczonym spojrzeniu uniósł trunek do ust, po czym skrzywił się z odrazą. Bimber z kukurydzy, jakaś tutejsza specjalność, smakowała paskudnie. Z drugiej strony był to jedyny wynalazek południa, po którym przez tydzień nie skręcało mu bebechów. Kierowca wyjął z kieszeni chustkę i wytarł nią spocone czoło. Gdzieś nad jego głową leniwie kręciły się skrzydła wentylatora dające ułudę ruchu powietrza. Upał był kolejną z wątpliwych przyjemności jakie oferowała Floryda. Nie chodziło o słońce, pustynna szosa między Zgniłym Jabłkiem, a górami Federacji też potrafiła się nagrzać jak piekarnik. Tutaj zabójcza była wilgoć, gęste, duszne powietrze, które momentalnie oblepiało człowieka. Zwykłe oddychanie bywało męką, zwłaszcza kiedy cały syf z bagien zaczynał parować. Cholera, nawet z szyby czasem nie szło tego doczyścić! Kiedy reszta Stanów zabijała się o dostęp do wody, tutaj ludzie modlili się, żeby wreszcie zrobiło się sucho. Zupełnie jakby ktoś dla żartu przeniósł całą wodę w jedno miejsce żeby potopić mieszkających tu sukinsynów. Może to nie był taki zły pomysł…

Wąsaty barman w kraciastej koszuli, dotąd rozparty na fotelu za barem, poruszył się nieznacznie gdy przez uchylone drzwi do baru wślizgnął się ktoś nowy. Ręka właściciela zacisnęła się na skrywanym pod ladą obrzynie, ale już po chwili meks wrócił do beznamiętnego gapienia się w pożółkłą gazetę, którą znał już pewnie na pamięć. Tak jak reszta nielicznej klienteli z zawodowym spokojem ignorował pojawienie się przybysza, który przeszedł spokojnie przez szachownicę cieni jakie rzucały na brudną podłogę krzywo zbite okiennice i dosiadł się do przepoconego truckera. Ten łypnął na niego niechętnie spod czapki i wrócił do sączenia zawartości brudnej szklanki.

- Jak leci, Franky? – nowy oparł się łokciami na barze.

Grubas w bejsbolówce mlasnął z obrzydzeniem, odstawiając niedopity alkohol i rzucił okiem na stary plakat Miami Dolphins wiszący na ścianie obok rozkładówki z gołymi panienkami. Zrządzeniem losu przydrożne speluny wiele się nie zmieniły w czasie wojny, w końcu nikomu nie zależało na bombardowaniu knajp. Po dłuższej chwili przekrzywił głowę w stronę młodego chłopaka

- No tak. Gadatliwy jak zawsze. – szczupły Latynos uśmiechnął się do barmana pogrążonego w lekturze antycznej gazety; chłopak wyglądał jakby połowa pijących w barze mogła położyć go jednym sierpowym, ale nikt nawet nie podniósł oczu - Jest robota.

Franky zastygł na krótki moment. Kropelka potu spłynęła mu po twarzy i kapnęła na wyszorowany blat.
- W Pueblo, u Starego, czeka przesyłka. - młody podniósł się, odpiął torbę i postawił ją koło krzesła kierowcy. - Drugą połowę dostaniecie po robocie.
- Jaka przesyłka?
Chłopak zignorował pytanie unosząc tylko brew jakby usłyszał świetny dowcip. Mężczyzna w czapce mruknął coś nieartykułowanego, po czym dodał:
- Na kiedy?
- Tydzień. – kurier odwrócił się już do wyjścia – Nie każcie nam czekać. Panowie. – obdarzył zgromadzonych w knajpie truckerów zawadiackim uśmiechem.

Drzwi trzasnęły, a kilka chwil później ryknęły zapuszczone silniki motocykli. Facet przy barze dokończył haustem mętnego drinka, sięgnął powoli po torbę i zajrzał do środka. Uśmiechnął się kwaśno, po czym zwlókł się z taboretu i omiótł spojrzeniem klientelę baru. Nie lubił tych wizyt, zwiastowały kłopoty.


Dym z cygara unosił się wąską smużką znad oparcia wysłużonego fotela, a bystre oczy schowane za okularami przeciwsłonecznymi śledziły każdy ich ruch. Fantazyjna koszula, spodnie w kancik i złoty zegarek wydawały się tak bardzo oderwane od typowego wizerunku faceta z Miami jak to tylko możliwe. W gabinecie na szczycie Hotelu Atlanta , przed fotelem Antonio Sancheza klęczał mężczyzna. Miał skrępowane ręce, po czole ściekała mu strużka krwi, a stojący obok zakapior z beznamiętną miną przytrzymywał go za ramię, drugą ręką ściskając pistolet. Daniel naliczył z pół tuzina goryli w samym pomieszczeniu, nie licząc tych których mijali po drodze. Uzbrojeni w broń automatyczną, strzelby, albo pistolety maszynowe, jakby właśnie rozszabrowali skład z bronią. Teoretycznie byli gośćmi i nie mieli się czego obawiać, ale wystarczyło spojrzeć przez chwilę na Isobel żeby złudne wrażenie minęło. Pod tym względem Miami nie różniło się tak bardzo od Hegemonii, na południu od zawsze silny dyktował warunki. Tak było przed wojną, tak było i teraz.

Za plecami bossa rozciągała się szeroka panorama na Biscayne Bay i Miami Beach – miejsca, gdzie zachowało się najwięcej starych apartamentów i wysokościowców. Tam, wysoko nad poziomem brudnej ulicy, rezydowała znakomita większość ludzi trzymających miasto w garści. Zatoka okolona była pasem zieleni co rusz poprzecinanym sterczącymi w niebo wieżowcami, które stąd przypominały zęby jakiejś olbrzymiej bestii. Byli tacy, którzy oddaliby wszystko by choćby popatrzeć na miasto z tej perspektywy, jednak zgromadzeni w gabinecie mierzyli się wzrokiem zupełnie nie zwracając uwagi na niecodzienne widoki. Jose Rodriguez, na swoje nieszczęście, nie miał nawet takiej możliwości, skulony przed fotelem. Uniósł tylko głowę i spojrzał błagalnie na Isobel co spotkało się z szyderczym uśmiechem pilnującego go ochroniarza. Elegant zaciągnął się cygarem i rozparł wygodniej.

- Wiecie kim jestem. – to było bardziej stwierdzenie niż pytanie.

Pan Sanchez chce się z wami widzieć.” przekazane przez najemnych bandziorów, którzy ich tu przyprowadzili wystarczyło żeby zorientować się, że nie jest dobrze.

- Znacie tego człowieka? – rzucił jakby od niechcenia, wskazując na klęczącego. Głos miał spokojny, ale gdzieś pod pokładami uprzejmości czaiło się coś nieprzyjemnego. Na chwilę zapadła cisza.

- Skoro nie… - mężczyzna skinął dłonią, a do skroni Jose została przystawiona lufa.

- Owszem, znamy. – przerwała mu Isobel. Bandzior wstrzymał ruch w połowie. Jej głos był opanowany, mimo że nie stała za nią banda zbirów. W zasadzie nie powinna była się wyrywać, ale kiedy ktoś mierzy z przyłożenia do Twojego kuzyna nie myśli się racjonalnie - Co takiego zrobił? Czego chcesz?

- Od razu do konkretów? - Sanchez uśmiechnął się i podkręcił wąs – Otóż Twój niewydarzony krewniak jest mi winien mnóstwo gambli. Termin spłaty wkrótce minie, a ten idiota myślał, że wystarczy się ukryć żeby uniknąć swoich zobowiązań. Na to pojawiliście się wy.

Nascimento wiedział do czego to wszystko zmierza, ale nie miał specjalnej ochoty dzielić się swoimi spostrzeżeniami z otoczeniem. W tym momencie był wściekły, szczególnie na dziewczynę stojącą obok niego. Trzymać gębę na kłódkę to zbyt wiele, bo „rodzina jest najważniejsza”, kurwa jego mać.

- Mógłbym zwyczajnie go załatwić – boss zaciągnął się cygarem, strzepnął popiół i oparł przedramię na brzegu fotela – ale wtedy nikt nie odda mi gambli, a jestem w końcu człowiekiem interesu. Proponuję układ: chłopak poczeka sobie w bezpiecznym miejscu, a wy załatwicie dla mnie pewną sprawę. Jeśli wam się powiedzie on odzyska wolność, wy być może się wzbogacicie. Jeśli nie, cóż… - przejechał wymownie kciukiem po gardle i wyszczerzył się prezentując kilka złotych zębów.


Baza była w ruinie. Co prawda ten stan utrzymywał się już od dawna i choć poczyniono pewne kroki, żeby przywrócić jej odrobinę zamierzchłego blasku to i tak od samego patrzenia robiło się zwyczajnie przykro. Stare magazyny, resztki siatek maskujących i drutów kolczastych, pokruszone baraki, rdzewiejące na słońcu wraki czołgów, wybrane doszczętnie z wartościowych części. Wszystko porośnięte zielskiem i pnączami, omszałe i spękane. Po ostatniej nawałnicy ułamał się nawet kawał stalowego pręta robiący za maszt, a dumna namiastka wspólnoty w postaci flagi leżała postrzępiona na środku błotnistego placu. Teren bazy otaczała dawna sieć konstrukcji obronnych, obecnie przypominająca szarą, wężową skórę porzuconą pośród zieleni, odgradzającą względnie bezpieczne wnętrze od czającej się wokół dżungli. Wyburzone fragmenty muru w wielu miejscach zastąpiono konstrukcjami z blachy, albo barykadami z wraków, kikuty wież z rzadka obwarowane były workami z piaskiem, niekiedy zamiast załogi z karabinem maszynowym, albo choćby pojedynczego obserwatora nie było na nich żywego ducha.


Posterunek na Florydzie z całą pewnością miał swoje najlepsze lata za sobą. Jeżeli posępny widok fortyfikacji nie robił na kimś wrażenia wystarczyło przyjrzeć się ludziom kręcącym się po placu. Wojskowi stanowili jedynie część załogi fortu, braki kadrowe uzupełniali niedoświadczeni ochotnicy spośród miejscowej ludności i najemnicy. Czasem przewijali się ludzie z prywatnych armii bonzów, którzy z rozmaitych powodów uznawali, że dobrze jest pozostawać w komitywie z Posterunkiem. Niekiedy oznaczało to wsparcie któregoś z watażków w walce o władzę, kiedy indziej dostarczenie uzbrojenia, albo udostępnienie bazy rannej bojówce. Duma Południa - równie dobrze mogliby zajmować się ochroną transportu narkotyków, albo przemytem ludzi, a wielu nie dostrzegłoby różnicy. Taka była smutna prawda. Państwo nie istniało, a kiedy rzeczywistość zajrzała w oczy, tym którzy to przeoczyli, reszta poszła do diabła razem z nimi. Nie żeby się nie starali, ale do walki z nowym wrogiem potrzebowali nowych metod.

Cała ta gadka o „Posterunku” też była na wyrost. Po wojnie, kiedy zachodziły przemiany decydujące o współczesnym kształcie Florydy wszędzie panował chaos i dezinformacja. Łączność z Miami ustała, wieści docierały z opóźnieniem, nieaktualne, albo nieprawdziwe. Resztki US Navy gromadziły się pod sztandarami Costal Guard, a niedobitki US Army poszły w rozsypkę, bo dowództwo trafił rakietowy szlag. Część dołączyła do formujących się bojówek i gangów, część grupowała się w zrujnowanych bazach. Ludzie się bunkrowali, zbierali zapasy, trudno było nawet powiedzieć kto wtedy był wrogiem, a kto nie. Szkoda gadać, dość, że potem sytuacja w mieście się wyklarowała, był Dzień Spalenia Flagi i stary porządek poszedł do piachu, a na zgliszczach wyrosło Miami Vice i Rada Miasta Miami – zwykła banda chciwych mafiosów. To co zostało z armii wiernej konstytucji, przypadkowa zbieranina rozbitych i rannych, nie było Posterunkiem. Kapitan Richardson próbował dawać sobie jakoś radę, ale ciężko było pchać stary porządek w pojedynkę. Mówią, że się zastrzelił, ale równie dobrze ktoś mógł mu w tym pomóc.

Dopiero potem pojawili się cholerni spece z Posterunku, grupa badawcza otoczona plutonem żołnierzy. Podobno dlatego, że coś pieprznęło w dżunglę, co to miało być – tego już nie powiedzieli. Podziękowali dzielnym żołnierzom za lojalność i przejęli dowodzenie. Ustawili kadrę na nowo, przekazali rozkazy, zarządzili szkolenie i poszli dalej. Posiedzieli kilka miesięcy i tyle ich było widać. Kiedy część oficerów z Posterunku, którzy mieli zapewnić sprawne działanie fortu padła od lokalnego świństwa, reszta - jak na ironię - bardzo szybko przyjęła nowoczesne metody rodem z Miami i znowu zapanował tu burdel. Kilku opornych zniknęło bez wieści, reszta się dostosowała. Ludzie przyzwyczaili się raz, więc zrobili to ponownie, a nowy kapitan stał się kimś w rodzaju szefa małego Miami Vice. Przypadła nam w udziale mało wdzięczna robota, bo zamiast pilnować prawa, patroluje się dżunglę i wycina z niej groźne ścierwo. Władza i wpływy to tylko pozory. Teraz wszędzie kręcą się jakieś podejrzane typy, dyscyplina to mit, wyprzedawanie sprzętu z magazynów jakoś nikogo wyjątkowo nie dziwi, ale fama, że tutaj jest Posterunek została.

Matthew zaciągnął się papierosem spoglądając w niebo. Od dłuższego czasu jego służba sprowadzała się do patrolowania okolicznych bagien, od czasu do czasu urozmaiconych zapadłą wioską, gdzie łatwiej o nóż w bebechach niż o zwykłe „dzień dobry”. Myślałby kto, że po latach służby, rozwalania mutków i karczowania zmutowanej dżungli wieśniacy powinni nabrać do nich trochę szacunku, ale żołnierze Posterunku zawsze pozostawali dla nich pariasami, obcymi na których łatwo było zrzucić wszelkie problemy. Bojówki zarzynające kogoś dla zabawy, albo ku przestrodze, pazerni goście na żołdzie Miami Vice, czy żołnierze Posterunku likwidujący osadę zarażoną jakimś świństwem z Neo - dla nich to była jedna i ta sama hołota wpieprzająca się w nie swoje sprawy.

W porównaniu z ostatnimi tygodniami siedzenie na barykadzie w niemal zupełnej samotności było czymś wręcz luksusowym. Czasem pojawiał się któryś z chłopaków przynosząc meldunek, albo zawracając głowę duperelami. Kilka butelek samogonu pędzonego na owocach, które zdążył już osuszyć niemal w zupełności i tanie, rolowane fajki pomagały przepędzić godziny gapienia się w zieleń i wypatrywania renegatów, albo oznak obecności Neo. Tak, fragmenty dżungli, gdzie zalęgło się to świństwo potrafiły przerazić, jednocześnie diabelnie trudno było je odróżnić od zwykłej napromieniowanej roślinności, ale po jakimś czasie człowiek nabierał wprawy. Teraz jednak pokręcony las z jego koszmarami był za grubym, betonowym wałem, więc poza pokrzykiwaniami rekrutów nic nie mąciło wrażenia spokoju. Do czasu.


Przedmieścia nie należą do najbezpieczniejszych dzielnic, o ile jakąkolwiek część powojennego Miami można teraz nazwać bezpiecznym, ale miejsca takie jak Paszcza - knajpa o niepochlebnej opinii zwykłej mordowni – samą swą nieciekawą prezencją obiecywały wrażenia daleko wykraczające poza spokojne picie tequili. Rozklekotana chata postawiona nad brzegiem kanału oferowała jedną dużą salę barową zastawioną stolikami skleconymi z byle czego, oraz werandę wychodzącą nad błotniste nabrzeże. Według opowiastek, którymi lokalne pijaczki raczyły każdego przybysza, nie było dnia żeby ktoś nie wylądował na dnie kanału. Czasem chodziło o zwykłą bójkę, kiedy indziej o porachunki miedzy gangami, albo coś innego. Paszcza przez wielu uznawana była za miejsce, gdzie można było legalnie kogoś zabić i nikt nie robił o to problemów. Bardzo możliwe jednak, że Miami Vice miało zwyczajnie gdzieś co się dzieje na peryferiach miasta. W praktyce było to już w zasadzie terytorium dżungli.

Z drugiej strony właśnie to miejsce wybrał sobie na spotkanie człowiek, który mógł posiadać interesujące Jacoba informacje. Ostatecznie ciężko na powojennej Florydzie znaleźć gościa, który nie patrzy na Ciebie jak na świra, gdy sprzedajesz mu nawiedzoną gadkę o zbawieniu. Facet nazywał się Kael, miał pojawić się koło północy, a potem zabrać Jacoba na bagno zgodnie z umową. Równie dobrze to mógł być kant, ale manierka pełna czystej, słodkiej wody w krainie słonych bagien podziałała na jego wyobraźnię. Odszukanie go zajęło dobre kilka tygodni, a teraz spóźniał się w bardzo nieodpowiednim momencie.

- Pomyliłeś knajpy, koleś.

Nalany typ z dziarą na policzku, który wyrósł przed stolikiem z całą pewnością znudził się już swoim drinkiem, a mętne spojrzenie i ciężki dech dawały do zrozumienia, że polubowne argumenty spotkają się w najlepszym wypadku z niezrozumieniem. Dwóch jego kumpli czaiło się gdzieś z boku, odcinając ewentualną drogę ucieczki. Wystarczył rzut oka by przekonać się, że w przeciwieństwie do towarzysza pchanego alkoholową odwagą, tej dwójce niezbyt śpieszyło się do zaczepiania kogoś kto w zatłoczonej knajpie utrzymywał wokół siebie wolną przestrzeń samym spojrzeniem.

- To mój stolik, wypierdalaj. – kropelki śliny natręta zatańczyły w powietrzu.

River prawie się uśmiechnął. Prawie, bo typ zamiast zrozumieć swój błąd, grzecznie przeprosić i pójść w cholerę, oparł brudne łapska o stół rozlewając drinka. W wizerunku niezwykle ważne było pierwsze wrażenie, a wstawiony napastnik najwyraźniej nie zwrócił uwagi na pokaźny nóż i kolczaste zadziory wystające z kolejnych paskudnych elementów, które nie były tylko wymyślnymi ozdobami.

Kael spóźniał się w bardzo nieodpowiednim momencie.


Słońce powoli chowało się za horyzontem. Jaskraworóżowa łuna znaczyła krawędzie chmur, a gdzieś daleko znad lasu pełzła leniwie ciemność. W Błocie od strony Little Havana powoli rozbłyskały ogniska i lampy, za to Wieżowce tonęły w oślepiającym świetle kończącego się dnia. Na tej wysokości nie było czuć całej tej obezwładniającej duchoty, zgniłej roślinności i smrodu ulicy, tylko porywisty wiatr i słonawy zapach oceanu. Daniel poprawił uchwyt, żeby wierzgający facet przedwcześnie nie próbował sprawdzić jak to jest zlecieć kilkanaście pięter niżej.


- Ja nic nie wiem! – człowiek darł się cały poczerwieniały na twarzy od wiszenia głową w dół.
- Gówno prawda! – głos meksa drżał odrobinę z wysiłku, koleś swoje ważył, a do wyraźnie nie współpracował.
- Masz ostatnią szansę. – Isobel nie patrzyła na ofiarę. Stała oparta tyłem o barierkę i wydłubywała końcówką noża brud spod paznokci – Skąd miałeś gamble? Kto Ci je opchnął?

Dziewczyna zwykle nie uciekała się do metod typowych dla ulicznych zbirów, ale sytuacja wymagała stanowczych kroków, Daniel należał do ludzi, których mocną stroną z całą pewnością nie jest cierpliwość, poza tym wszystkie wysokie budynki aż się prosiły o stary dobry numer z „wycieczką nad Kanion”. Na wszystko nałożył się fakt, że cała sytuacja od początku była sprawą rodzinną, więc pewna doza brutalności była zupełnie na miejscu.

- Nic nie… aaa! – facet kwiknął kiedy Nascimento pozwolił mu opaść kilka centymetrów nim ponownie zacisnął pięści – Dobra! Dobra! Powiem, tylko mnie wciągnijcie!
- Gadaj! – warknął trzymający go za nogi żołnierz
- Orlando! – wydarł się histerycznie – Targ w Orlando na Everglades!
- Imię!

Facet przez chwilę się wahał, ale wystarczyło mocne potrząśnięcie, żeby z całą mocą przypomniał sobie gdzie właśnie się znajduje.

- Łysy Jackie! Krępy, ma wytatuowaną głowę, przesiaduje na zapleczu tamtejszej knajpy, barman go kryje. Nie wiem skąd miał towar, nie mówił! To wszystko, przysięgam!

Nascimento miał już serdecznie dosyć wijącego się jak piskorz cwaniaczka. Koleś skomlał jak zbity pies, pocił się i wiercił jakby sam chciał przyspieszyć wycieczkę na parter. Latynos najchętniej pozwoliłby mu polecieć na spotkanie z błotnistą ulicą, ale w Miami nie przepadali za przypadkowymi trupami, zwłaszcza w bliskim sąsiedztwie Wieżowców. Z tego na ile zdążył się poznać na lokalnych prawach, Miami Vice potrafiło być wyjątkowo upierdliwe w takich przypadkach, a nie miał ochoty płaszczyć się przed kilkoma fagasami w mundurach MSS i wymyślać dla nich łapówki. Z drugiej strony przez tą gnidę jego ulubiony motor był teraz podziurawioną stertą złomu leżącą na dnie bagna. Nie żeby w mieście było dość benzyny i przejezdnych dróg, ale zawsze mógł puścić maszynę za jakieś sensowne gamble.

Hegemończyk spojrzał na Isobel. Młoda Rodriguez skończyła czyścić paznokcie i schowała nóż do bandolieru, zupełnie nie zainteresowana dalszym losem dyndającego nieszczęśnika. Dostała nazwisko, którego potrzebowała, reszta nie miała większego znaczenia. Wszelkie emocje studził fakt, że przez całą szopkę z wciąganiem opornego handlarza na balkon stracili sporo cennego czasu, którego w zasadzie nie mieli. Wizyta w Miami w ogóle zaczęła się źle. Chcieli uciec od problemów, a wpakowali się w nowe, co gorsza nie swoje. Kto by pomyślał, że kuzyn Jose okaże się takim idiotą? Ciężko było przypuszczać, że wpakują się w bagno z powodu własnej rodziny.

Daniel wychylił się trochę by rzucić okiem na zieloną otchłań roztaczającą się u podnóża wieżowca, uśmiechnął się szpetnie i puścił. Ciało delikwenta błyskawicznie pomknęło w dół, przy akompaniamencie jego panicznego wrzasku, ale już po chwili krzyk został zduszony nagłym szarpnięciem. Handlarz zaplątał się w jedną z plecionych, polimerowych sieci do łapania ptaków, rozpiętych między Wieżowcami i zawisł tam bezładnie. Zduszony jęk niedoszłej ofiary niósł się jeszcze, kiedy dwoje latynosów skierowało się spokojnie w stronę odrapanej klatki schodowej.
 

Ostatnio edytowane przez Dziadek Zielarz : 13-08-2014 o 00:04.
Dziadek Zielarz jest offline  
Stary 22-08-2014, 23:10   #2
 
merill's Avatar
 
- Nic tu nie ma - rzucił do Isobel, która właśnie kończyła przetrząsać resztki materaca - cholerny Jose - zaklął, mocno już zdenerwowany. - Gdyby nie to, że moglibyśmy być kolejni na liście Sancheza, pozwoliłbym żeby odstrzelił idiotę. Orlando to dość daleko na północ, a mój motor to złom. Masz jakieś pomysły, chica?

Na stole wylądowały wszystkie drobne fanty zebrane z mieszkania: bimber, skręty, trochę suszonego zielska i woda. Daniel spojrzał na znalezisko z kwaśną miną. Niewiele, na podróż do Orlando nie starczy. W powietrzu unosił się nieprzyjemny, drażniący zapach zgniłej roślinności. Nie żeby wszędzie w Miami nie panował podobny, słodkawy zaduch, jednak tutaj powodem były więdnące już rośliny hodowane w doniczkach. Kto w ogóle trzyma coś w domu, kiedy na ulicy rośnie tego tyle, że niekiedy nie da się nawet przejechać? Daniel podniósł jednego ze skrętów. Nawet on pachniał jakoś dziwnie.

- Nie strzela się do rodziny - Isobel pouczyła Daniela. - Co tu kombinować, trzeba przejść do portu i spróbować się dostać na jakiś statek.
Podeszła do okna i podniosła jedną z doniczek.
- Nie wiedziałam, że Jose był takim miłośnikiem roślinek… - przekręciła doniczkę do góry dnem, wytrząsając zawartość na parapet.

Błotnista ziemia spadła na parapet z mlaśnięciem. Z umierających listków spłynęła chmurka kurzu i zarodników, a charakterystycznym dziwny zapach uderzył w nozdrza. Pod warstewką ziemi kryła się plątanina grubych i mięsistych korzeni, w które wrośnięta była mała, foliowa paczuszka, zupełnie jakby roślina wyrosła z tego co było w niej kiedyś zawarte.

- Kuzyn Jose ogrodnikiem był raczej kiepskim, ale podejrzewam, ze w tych roślinach widział interes, skoro się w to bawił. Weźmy jedną zapakujmy z korzeniami do torby, może trafimy na kogoś, kto nam coś więcej powie o tym zielsku? Z portem dobry pomysł, choć przejazd nie będzie tani, bebe. Może uda się zaciągnąć jako ochrona albo coś?
- Może… - Isobel była sceptyczna. - Podobno w porcie zaczepił się Juan, taki mój pociotek. Dopytamy go. Idziesz?
- Idę, idę - powiedział omiatając jeszcze wzrokiem pokój Jose ruszył za Rodrigez, odrapanym korytarzem. - Ten Juan, mam nadzieje, nie wpieprzy nas w żaden szajs. Popytamy u różnych kapitanów, zobaczymy ile biorą. - Nascimento powoli się uspokajał, jakby przyjął do wiadomości cały ten burdel. Zapamiętał sobie jednak bardzo dobrze groźby Sancheza, każdy kto go znał, wiedział, że obiecał mu śmierć. Nikt mu nigdy bezkarnie nie groził. Nigdy...


Szli zatłoczonym i głośnym nabrzeżem, pełnym tragarzy, towarów i straganów. Harmider, mieszanina odgłosów silników statków, pracujących stoczni, wydzierających się handlarzy, pokrzykujących marynarzy i wydających rozkazy nadzorców niewolników, początkowo był nie do zniesienia. Po kilku jednak chwilach stawał się tłem, szumem na granicy świadomości, na który przestali zwracać uwagę. Mieli zadanie i zamierzali je wykonać. Daniel przedzierając się przez portowe zabudowania, przypominał sobie każde słowo i gest Sancheza, facet wzbudził u niego gniew, gniew, jaki w Hegemonii zwykle kończył się paroma trupami. Wiedział, że nie inaczej będzie i w tym przypadku. Był cierpliwy pod tym względem, wykona zadanie, zdobędzie zaufanie, a potem głowa tego pieprzonego gringo spadnie z wysokości wieżowca.

Mijali właśnie stragan, przy którym pstrokato ubrany facet zachwalał marihuanę, miał też kilka roślin w doniczkach. Daniel zatrzymał Isobel wskazując jej na stoisko: - Może dowiemy się czegoś o tych roślinkach Jose - podał jej foliówkę z zapakowaną zwiędłą zawartością doniczki - zagadasz? Wiesz, że mnie zwykle lepiej wychodzi trzymanie ludzi nad przepaścią - zaśmiał się, wiedząc, że ta czarnowłosa kobieta, w niektórych sprawach, ma iście diabelskie umiejętności.

Isobel skinęła głową i uśmiechnęła się do gościa.
- Co masz najlepszego? - zapytała.
- Wszystko, mam wszystko! - gość mówił z wyraźnym jamajskim akcentem - Co tylko chcecie, świeże, suszone, gotowe do palenia. Dziesięć gambli za wagon.
- Mamy co palić - Isobel znów sie usmiechnęła. - Potrzebujemy ekspertyzy.
Gość na chwilę zgasł najwyraźniej nie do końca rozumiejąc o co chodzi, ale zaraz ciągnął z zacięciem handlarza - Jasne, jasne, co jest?
- Opinii specjalisty o roślince. Znaczy Twojej opinii. - uściśliła
- Rośliny mam najlepsze, sami zobaczcie! - jamajczyk machnął ręką ogarniając cały swój kram.
- Bardzo nas to cieszy - rzuciła wściekłe spojrzenie na Daniela - musiał wybrać jej kretyna do rozmowy? Ten wyszczerzył usta w uśmiechu, a potem spojrzała znów na handlarza - Spojrzysz, co mamy?
- Nie darmo. - gość uśmiechnął się pokazując krzywe uzębienie i pokiwał głową.
- Spojrzysz za darmo, a zapłacimy ci za informację. - Uśmiechnęła się znowu, wyciągając roślinę Jose.

Kramarz spojrzał na zwiędły okaz unosząc brew.

- Jakieś zdechłe zielsko. Ktoś próbował hodować trawę i nie wyszło.
Isobel przewróciła oczami.
- Co za debil… nawet nie wyciągnął nasion z torebki.
- Kupujecie coś, czy dalej marnujecie mój czas? Odpędzacie mi klientów. - sprzedawca stracił zainteresowanie martwą roślinką i zaczął pokrzykiwać zachęcając innych do kupna swoich towarów.

*****

- To chyba tu – Isobel wskazała na zasłonkę z kolorowych pasków wąsko pociętego plastiku, wypełniającą szczelinę miedzy dwoma niewielkimi oknami.
Nad zasłonką przybity był kawałek pomarańczowej blachy, na którym ktoś napisał ciemną farbą „U Juana”. Rozsunęła paski plastiku i weszła do środka. Oczy powoli przyzwyczajały się do panującego tam półmroku. Kilka osób, siedzących przy wąskich ławkach pod ścianami otaksowało ją wzrokiem. Ktoś gwizdnął. Padła jedna, czy dwie propozycje o jednoznacznym charakterze.

Które jednak umilkły jak ucięte nożem, kiedy za zgrabną i szczupła meksykanką, do środka wszedł postawny hegemończyk.
Isobel podeszła do ustawionych jedna na drugiej skrzynkach, które pełniły funkcję baru.
- Szukam Juana. – powiedziała.
Barman uśmiechnął się paskudzenie i już nabierał powietrza, żeby wygłosić jakąś błyskotliwą uwagę, kiedy wzrok Isobel go zmroził.
- Już – syknęła.
Odsunął więc tylko kolejna zasłonkę, prowadzącą na zaplecze.
- Szefie! –– zawołał. - Jakaś dupa do szefa.
Rozległo się sapanie i przez wąskie przejście przecisnął się starszawy meksykanin.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
Stary 23-08-2014, 01:19   #3
 
kanna's Avatar
 


Rozległo się sapanie i przez wąskie przejście przecisnął się starszawy meksykanin.
- Jaka dupa, złamasie – trzasnął barmana w ucho. – Przecież to moja mała, słodka Isobel.
Przecisnął się zza baru na salkę.
- Chodź do wujka, ptaszyno – rozłożył szeroko ramiona.
Isobel uśmiechnęła się i podeszła, Juan przycisnął ją do siebie, lekko podduszając i poklepał do plecach, w każdym razie w okolicach pleców, dziwnym przypadkiem trafiając wielka łapą poniżej paska od jej spodni.

Daniel stał spokojnie przy barze, obserwując rodzinne powitanie, uśmiechał się pod nosem, czekając na dalszy rozwój sytuacji.

Wypuścił ją z objęć.
- Co cię sprowadza, ptaszyno, do mojego skromnego baru? – zapytał.- Widzę, ze nie jesteś sama – przeniósł wzrok na Daniela. – Czego się napijecie?
- To mój..
– zastanowiła się, szukając przez chwilę słowa. – … przyjaciel. Daniel Nascimento.
- Zwykle widywałem cię z przyjaciółkami
– zaśmiał się Juan. – Ale przyjaciele mojej ptaszyny są moimi przyjaciółmi – wyciągnął dłoń. – Juan Rodriguez.

Nascimento uścisnął pulchną dłoń otyłego mężczyzny: - Miło mi pana poznać, senior Juan. Ruszył na zaplecze za gospodarzem i Isobel.

- Potrzebujemy transportu do Orlando. - powiedziała Isobel, kiedy juz znaleźli się na zapleczu.

Wuj Juan postawił pospiesznie jedną ze skrzynek w charakterze prowizorycznego stolika, wyciągnął kilka brudnych kubków i dzbanek czegoś mętnego, po czym klapnął na plastikowe krzesło przykryte kocem. W obskurnej kanciapie było duszno i gorąco, a jedynym źródłem światła był wywietrznik umieszczony gdzieś u sufitu, przez który sączyły się leniwie promienie słońca. Wszędzie walały się skrzynki z tanim alkoholem, jakieś szmaty, stare naczynia i rozmaite śmieci. Na ścianie wisiał kalendarz pamiętający chyba jeszcze czasy sprzed wojny, zaraz obok dziecięcego obrazka, kilku zdjęć i drewnianego krzyżyka.

- Orlando - sapnął grubas nalewając sobie do kubka - to daleko. Co was tam ciągnie?
- Interesy. Interesy rodziny, wuju. Ten kretyn Jose napytał sobie biedy. Sobie i nam.
- Jose, Jose…
- wuj pokręcił głową - wziąłby się za porządną robotę, a tak tylko bzdury mu w głowie. Co tym razem zmalował?
- Naraził się komuś, z głupoty, jak to on. Nie wiem, czyją ma krew, bo zdecydowanie nie Rodriguezów… podrzucili go nam do rodziny, czy co.
- Isobel skrzywiła się, a potem napiła tego czegoś z kubka. Trunek zapiekł nieprzyjemnie, ale przypilnowała, żeby nie skrzywić się bardziej. - Musimy teraz odwalić dla tej osoby jedną robótkę... w Orlando właśnie.
- Gdybym nie znał jego matki to bym pewnie pomyślał tak samo
. - westchnął po czym spojrzał na zdjęcia zawieszone na ścianie - Do Orlando czasem odchodzą transporty FIST’u, mają tutaj gdzieś swoją bazę. Drogi nie są w takim złym stanie, do tego fistaszki mają podobno jakieś punkty przeładunkowe po drodze, więc chyba nie wyszłoby jakoś źle. Możecie też spróbować załapać się na okręt, ale tam będzie ciężko zacumować. Wiecie, Orlando jest na wysokości Cape Canaveral, ludzie omijają to miejsce z daleka.
- Dlaczego omijają?
- dopytała.
- Nooo, jak była ta wielka wojna, wy możecie już jej nie pamiętać, wtedy rąbnęły tam bomby atomowe. Kiedyś był tam ośrodek lotów kosmicznych, tego no - Juan podrapał się po podbródku - Kennedy’ego. Czujecie? Kiedyś ludzie latali w kosmos! To ci dopiero. Reszta Florydy chyba nie dostała za mocno, ale tam poszło tego mnóstwo. Marynarze czasem gadają, że to miejsce jest jakieś dziwne, liczniki wariują nawet na morzu. Najbliżej to wysadzą was chyba w Melbourne, ale stamtąd do Orlando to jeszcze kawał drogi.

- Najpewniej byłoby w sumie ciężarówką? Skoro i tak z Melbourne musielibyśmy organizować sobie transport. To Orlando? To duża mieścina? Jaki ma charakter? Handlowy?
- dorzucił swoje pytania hegemończyk.

- Nic pewnego nie wiem. - Juan siorbnął z kubka - Jeśli wierzyć słowom przewoźników to teraz przez miasto ciągną się tam bagna, jak w Miami tylko bardziej, ale ludzie sobie jakoś radzą. Żyją pewnie z obsługi transportów idących na północ, ale założę się że też coś tam dłubią na boku. Więcej powiedzą wam pewnie Ci co tam byli.

- Znasz kogoś takiego, senior?
- Daniel wychylił kubek mocnego alkoholu, czując palenie w gardle, na szczęście przywykł do mocnych trunków.

- Po porcie pełno się takich kręci. Postawcie flachę, popytajcie, dla kogoś kto podróżuje to chyba nie jest tak daleko. Prędzej czy później pewnie sami traficie na kogoś kto tam jedzie. - odchylił się na krzesełku aż to zatrzeszczało smętnie - A co tam na starych śmieciach, ptaszyno, jak ma się rodzinka? - wujaszek poklepał Isobel po kolanie.

Daniel chciał złapać oczami spojrzenie Isobel, wiedział, że nie o wszystkim mogli powiedzieć Juanowi.
- Dobrze, dziękuje - odpowiedziała Isobel odruchowo, a potem złapała spojrzenie Daniela. - Kiedy wyjeżdżaliśmy, ojciec czuł się dobrze. Wyjeżdżaliśmy.. w pośpiechu, nie był zadowolony. Nie lubi Daniela. Uważa, że powinnam poszukać kogoś lepiej ustawionego w życiu.

Daniel zacisnął szczęki, aż mięśnie zagrały na nich, ale nie skomentował tych słów.
Isobel uśmiechnęła się słodko do mężczyzny.
- Przecież wiesz, gatito, że ja tak nie uważam. Dałam temu wyraz, nie raz i nie dwa, prawda?

- Prawda, bebe.
- starał się wyglądać poważnie, dobrze, że wiadomości z Arizony przybywały do Miami z opóźnieniem.

Wujek uśmiechnął się tylko tajemniczo i puścił oko do Isobel.

- Czyli stary Juanito jak zawsze trzyma się życia. Zawsze zastanawiałem się co Margaret w nim widziała. Zanim wziął się za interesy ani przystojny, ani specjalnie mądry nie był, nie to co Twoja matka. - grubas sapnął i pokiwał w zadumie głową - Urodę, dziecko, z pewnością masz po niej.
Isobel uśmiechnęła się wdzięcznie, doceniając komplement.
- Ja wam nudzę, a wy transportu szukacie. Mówię, zajrzyjcie do jednej z oficyn, gdzie kręcą się kapitanowie szukający załogi, albo podpytajcie samych marynarzy. Jak wam statek nie pasuje to uderzajcie do FIST’u, Wschód-Zachód, albo wolnych strzelców jak się tacy trafią.
- Tak zrobimy
- dziewczyna wstała i objęła wuja. - Dziękuję za pomoc i poczęstunek.
- Wpadnij jeszcze kiedyś do starego Juana, niño.
- mężczyzna klepnął Isobel ponownie nieco za nisko, po czym uścisnął dłoń Daniela.

Wyszli z baru. Popytali, porozglądali się.
Najbliższa z placówek FIST’u mieściła się kawałek za portem w stronę Little Haiti, niedaleko magazynów paliwa należących do niejakiego Martineza, jednego z bossów. Fistaszki mają własne magazyny i garaże, tam przeładowują towar ze statków na ciężarówki, FIST utrzymuje własny personel, ale podobno chętnie wchodzą w układy z wolnymi strzelcami, zwykle na dłuższe kontrakty, ale bywają wyjątki.

Miejsce wyglądało na starą stację benzynową, przebudowaną i powiększoną o kilka hal z blachy falistej i złomu. Wokół bazy wzniesiony był prowizoryczny płot z metalowej siatki, który wyznaczał wokół odrobinę wolnej przestrzeni. Nad wejściem przybito charakterystyczną tablicę z napisem “FIST” i logo zaciśniętej pięści. W witrynie zamiast szyb wstawione był stalowe płyty, zakurzone dystrybutory od dawna stały nieczynne, a wiata nad wejściem swoje najlepsze czasy ma już za sobą, ale wciąż panował tutaj spory ruch. Kilku opalonych latynosów w roboczych kombinezonach pakowało skrzynki na ciężarówki, dwóch kolejnych, wyposażonych w notes stało obok licząc towar. Z hali obok dobiegał charakterystyczny wizg pracującej piły do metalu, a przez uchyloną bramę oślepiał blask spawarki.

- Jeszcze kilka skrzynek, Sammy. Nie mamy całego dnia. - dobiegło zza zbrojonych płyt dawnej przestrzeni sklepowej.

Dwie opasłe ciężarówki wyglądały jakby ktoś wyjął je z bagna i niezbyt dokładnie oczyścił. Pogięte zderzaki, odrapane boki i ewidentnie świeżo zaspawane dziury po kulach dobitnie rzucały się w oczy. Podróż do Orlando takim rzęchem musiała być doprawdy ekscytująca.

Skierowali swoje kroki ku dawnej części sklepowej, gdzie zapewne mieściły się pomieszczenia biurowe kompanii transportowej. Dawny budynek stacji, przypominał teraz prawdziwą twierdzę. Zbliżyli się do solidnych stalowych drzwi i Daniel załomotał w nie pięścią.

Drzwi uchyliły się chwilę potem, a z pomieszczenia wychyliła się czerwona od gorąca twarz mężczyzny w kraciastej koszuli i rzednących włosach. Zza jego ramienia widać było rzędy starych półek sklepowych przerobionych na coś w rodzaju biura. W oczy rzucała się spora radiostacja, oraz stół zawalony papierami.

- Czego? - odezwał się facet o zmęczonej twarzy.

- Potrzebujemy transportu do Orlando, senior. Nie wysyłacie jakiegoś na Północ? - Daniel zadbał o to, by facet zobaczył przez otwarte drzwi, również Isobel.
- Coście za jedni? Jeżeli przychodzicie od Lopeza to odpowiedź brzmi “nie”. - mężczyzna łypnął podejrzliwie na dwójkę przybyszów.

Isobel przecisnęła się do przodu.
- Ty jesteś szefem? - zlustrowała faceta od stóp do głów.
- Dla Ciebie mogę być nawet matką Teresą. Jeśli macie coś do przewiezienia to się najpierw przedstawcie. - nastawał twardo. Gość był nikłej postury, ale najwyraźniej spotykanie mnóstwa dziwnych typów mocno utwardziło mu kręgosłup.
- Nie przychodzimy od Lopeza i nie chcemy niczego przewozić. Szukamy transportu dla nas. Isobel Rodriguez. - przedstawiła się.
- Daniel Nascimento - wyciągnął wielką rękę w kierunku gryzipiórka - może dałoby radę zabrać się z jakimś waszym frachtem? - Hegemończyk był zadowolony, że Isobel zrobiła wrażenie na tym konusie.
- Biuro FIST, miło mi. - odpowiedział typ ściskając dłoń Daniela, jakby w rzeczywistości wcale nie było mu tak przyjemnie - Ja jestem Albert.

Mężczyzna wychylił się za próg, lustrując okolicę, po czy cofnął się i gestem zaprosił dwójkę do środka. Usiadł w starym obrotowym fotelu biurowym i przyjrzał się parze latynosów składając dłonie na piersi.

- Chcecie do Orlando, co? To kosztuje.

Daniel przysunął kobiecie, jedyne krzesło, jakie było dostępne dla gości, a sam stanął obok:

- Domyślamy się, ale myślę, że dojdziemy chyba do jakiegoś porozumienia - hegemończyk starał się wykorzystać różnicę wzrostu i fakt, że tamten siedział. Zastraszanie pewnie nie przyniosłoby pożądanych skutków. Jednak subtelne zaznaczenie przewagi fizycznej, w połączeniu z urokiem osobistym Isobel, mogło tylko pomóc.
Isobel usiadła.
- To oczywiste, w dzisiejszych czasach wszystko kosztuje.
- Taaa… problem w tym, że my wozimy towary, a MSS robi straszne problemy kiedy na pokładzie są nadprogramowi pasażerowie, więc będzie to kosztować ekstra. Rozumiecie, cło i te sprawy.
- facet mówił prawie znudzonym tonem - Do tego musicie znaleźć kierowcę, który się zgodzi was przyjąć. W przeciwieństwie do reszty tego zasranego miasta, my trzymamy się swoich zasad, a to oznacza - gość rzucił okiem na listę przyklejoną do ściany - że mówimy o kwocie rzędu dwustu pięćdziesięciu gambli, według taryfy ósmej mili.

Isobel wstała.
- Nie urodziłam się wczoraj. Chodź, Daniel, jestem pewna, że jak pogadamy bezpośrednio z kierowcą, to uda sie wynegocjować cenę bez cła.
- Nie liczył bym na to
. - odparł spokojnie mężczyzna ze swojego stanowiska na obrotowym krześle - Oni jeżdżą naszymi ciężarówkami, rozliczają się tak samo, no chyba że któryś odpali wam ze swojej pensji, w co wątpię. Niech to, sprawdźcie sobie nawet u Wschód-Zachód, taniej nie będzie.

Daniel poruszył się niespokojnie, jakby nie spodobały mu się słowa Alberta: - Niech zgadnę, płatność oczywiście z góry? - jego głos stał się nieprzyjemny, choć nie podniósł tonu.
- Z góry. - potwierdził rozmówca.
- Chodź, Daniel. szkoda naszego czasu.

Daniel skierował swoje kroki ku drzwiom, podążając za poruszającą kusząco biodrami kobietą. Jednak w pół drogi zatrzymał się, jakby wpadł na jakiś pomysł: - Na ile wyceniasz tę kamizelkę z wkładem ceramicznym - wielką dłonią postukał się w pierś - czy to wystarczy na opłacenie przejazdu?
Łysawy gość otaksował wzrokiem kamizelkę. Wstał i podszedł do meksykanina.

- Pokaż ją.
- Co robisz?
- syknęła Isobel - Chcesz się dać naciągnąć temu gościowi?

Daniel wyjął z kieszeni na kamizelce wszystkie swoje drobiazgi i przełożył do chlebaka przy pasie. Odpiął taśmę z przodu i powiedział do Isobel: - Kochanie odepnij, tamte rzepy - wskazał na zapięcia z boku torsu: - Albert nie jest na tyle głupi, żeby nas naciągnąć - powiedział to takim tonem, jaki wydaje stal ostrzona osełką, zgrzytliwym i nieprzyjemnym.

Mężczyzna opukał płytki ceramiczne, obejrzał w jakim stanie są zapięcia i kieszenie, po czym cmoknął z zadowoleniem.

- Ta, znajdzie się na to kupiec. Myślę, że się dogadamy. Transport odchodzi jutro z samego rana. To jak?
- Skąd odchodzi transport?
- wtrąciła kobieta.
- Stąd. Skończymy załadunek, ściągniemy kierowcę i jedziecie.
- Jeden kierowca? Puszczacie takie transporty bez żadnej ochrony
- zawahał się przy zdejmowaniu kamizelki Daniel.
- Nie… standardowo jedziecie z załogą, ale ci są już na miejscu. Łącznie trzech ludzi, no i wy.
- Zgoda
- wręczył mężczyźnie kamizelkę taktyczną - czuł się trochę nieswój, bez żadnej osłony, ale w tym dusznym klimacie, miało to także swoje plusy. - Co tam powieziecie na tej pace? Bo jak puścisz nas w drogę z jakimś cuchnącym towarem, to przysięgam, że nie ręczę za siebie - nieco uniósł się Nascimento.
- Kawa, herbata, przyprawy, takie tam. - wyliczył Albert rzucając okiem na notes leżący na biurku.

Isobel przytrzymała rękę mężczyzny. - Rano - powiedziała. - Chyba nie chcesz mu zostawić tej kamizelki teraz?
- Co ja bym bez Ciebie zrobił, chica
- w jego głosie dało się wyczuć ironię przemieszaną z zadowoleniem - W takim razie rano się tu zjawiamy, ty dostajesz zapłatę a my miejsce w transporcie, Albercie.
- Mhm, musicie się jeszcze podpisać w papierach. Jak nie umiecie pisać to postawcie krzyżyk.
- podsunął im notes, podał ołówek i wskazał miejsce w rubryczce.
- Najpierw przeczytam - uśmiechnęła się Isobel. - Z pisaniem kiepsko, ale czytać potrafię świetnie.

We wskazanym miejscu, obok listy towarów, znajdowało się puste pole oznaczone napisem “ekstra”. Zastanawiające było, że w mieście, które uchodziło kiedyś za królestwo zabawy, gniazdo mafii i ich lewych interesów uchowali się jeszcze ludzie, którzy w bajzlu jaki zapanował po wojnie prowadzili jakąś księgowość. Niski, łysawy człowieczek ze swoim ołówkiem stał tylko i ze znudzeniem wskazywał rubrykę, w której spodziewał się zobaczyć podpisy nowych pasażerów.

Isobel nabazgrała coś nieczytelnego we wskazanej rubryce.
- Do jutra, Albercie – pożegnała się.

Wracali do wynajętego mieszkania, warto było przespać się w znośnych warunkach – nie wiadomo, kiedy znowu nadarzy się taka okazja.
- Co zrobimy z towarem Diego? Mamy zioła Jose, ja mam tornado, może uda się wynająć jakąś skrytkę w FIST, żeby nam to przechowali.. u wuja wolałabym nie zostawiać, po co ma go nie wiadomo kto nachodzić
Daniel kiwnął tylko głową, myśląc nad czymś intensywnie.
- Nie podoba mi się to wszystko – dodała jeszcze Isobel.
 
__________________
A poza tym sądzę, że Reputację należy przywrócić.
kanna jest offline  
Stary 27-08-2014, 18:42   #4
 
Dziadek Zielarz's Avatar
 

Miami wieczorem to zupełnie inne miasto. Można nienawidzić to miejsce za wiele rzeczy, ale nocą wszystko staje się tutaj znośniejsze. Dzienny zaduch ustępuje nieco na rzecz chłodnej wilgoci ciągnącej od morza, mieszającej się z zapachem nocnych kwiatów. Zgiełk placów handlowych, targów niewolników, zatłoczonych portów i ulic cichnie na rzecz brzmienia bębnów, gitar i dalekiego echa śpiewów niosących się znad Little Havana, gwaru rozmów w nadmorskich tawernach i dominującego nad tym wszystkim szumu morza. Ciemne wody falują niespokojnie obmywając spękany beton nabrzeży, tylko czasem ich nurt zakłóca powiew wiatru, ruch wiosła rybackiej łodzi, albo spętany w worku dłużnik, który nie zdążył z zapłatą na czas.

Gdzieś w tym pozornym spokoju ogromne ilości gambli właśnie zmieniają właścicieli. Przerdzewiałe krypy przerzucają trefny ładunek z dala od nadopiekuńczego spojrzenia Costal Guard. W elitarnych klubach ukrytych przed wzrokiem intruza trwa zabawa i ustanawiane są nowe strefy wpływów. Jedna z zapadniętych uliczek właśnie jest świadkiem, jak ktoś zostaje dźgnięty nożem w brzuch. W jednym z chylących się ze starości Wieżowców dwójka meksykanów spała, niecierpliwie czekając poranka.

Krzyk polującego za oknem ptaka obudził Daniela. Mężczyzna przetarł oczy i spojrzał na plątaninę cieni zdobiącą sufit. Ciągle nie potrafił się przyzwyczaić do szumu jaki panował w tym mieście. Kiedy całe życie spędza się na pustkowiach Arizony człowiek przywyka do szumu wiatru i wszechogarniającej ciszy - w Miami ciągle coś hałasowało. Za dnia huk fal, ryk silników i pokrzykiwanie tragarzy były nawet znośne, ale nocne skrzeki ptaków, cykanie owadów, rechot żab, piski, szmery, stukot i inny harmider wszędzie dokoła doprowadzały do szału. Czasem miało się wrażenie, że w każdej plamie cienia pełzają całe roje hałaśliwych owadów.

Meksykanin rzucił okiem na śpiącą obok Isobel, wstał i podszedł do okna. Pod granatowym niebem Wieżowce jarzyły się jak olbrzymie lampiony wypełnione światełkami, odbijając się w rozlewiskach i zatoce. Rzędy wiat, budek i byle jak skleconych płotów z blachy falistej niknęły w szarości nocnej dżungli. Czasem ciemność przecinały pojedyncze światła reflektorów zabłąkanego samochodu przemierzającego Błoto.

Wieczorny spacer po mieście nie wniósł wiele nowego, ot kilka rozmów podsłuchanych w knajpach. Podobno w mieście pojawiło się nowe świństwo, jakieś narkotyki, a może dżungla coś przywiała. Znaleziono kilka osób z dziwnymi objawami, MSS robił jakieś kontrole, gościa który o tym opowiadał podobno zatrzymywano na kilku przecznicach i skończyła mu się kasa na wszystkich łapówkach, które musiał wręczyć, żeby się odczepili. Z drugiej strony na ulicach co i rusz wybucha jakaś epidemia, więc pewnie po prostu chuchają na zimne. Typ mówił też, że na plantacji w Coral Gables są jakieś rozruchy. Ludzie nie chcą pracować, więc ściągają więcej niewolników, ale Ci padają jak muchy. Wiele nie udało się z niego wycisnąć, ot informacje z drugiej ręki.

Myśli siłą rzeczy kierowały się do Antonio Sancheza i nieprzyjemnych początków ich znajomości. Zaczęło się na ostro, a potem ta sama banda zakapiorów przyszła jak gdyby nigdy nic po towar. Stanęli w drzwiach i zwyczajnie zażądali oddania pudła szczerząc zęby. Czterech drabów po garść strzykawek, proszków i pigułek, które odebrali od tego złamasa dyndającego teraz w sieci na ptaki. Wtedy jakoś go to nie zastanowiło. Daniel czuł niesmak spowodowany całą sytuacją z Jose. Mieszaninę złości, gniewu, może szczyptę niepokoju wywołaną nowym terenem, ale przede wszystkim niesmak. Nie tak wyobrażał sobie nowe środowisko, miejsce gdzie miał odpocząć od swoich kłopotów i na nowo rozpocząć to w czym był najlepszy. Zamiast tego będzie musiał uganiać się po bagnie za drugorzędnymi gamblami dla jakiegoś faceta popalającego cygara w zrujnowanym hotelu.

Pięść rąbnęła w ścianę wzbijając obłoczek tynku.

Do tego musiał oddać swoją kamizelkę, jakiemuś gryzipiórowi z FIST’u. Miał cholerną nadzieję, że to nie okaże się kolejnym kantem.




Drzwi do Paszczy otworzyły się z hukiem, kiedy ostatni z napastników wybiegł na zewnątrz ściskając krwawiące ramię. Tłumek rozstąpił się odsłaniając Jacoba, który zwijał właśnie kolczasty łańcuch. Pijany typ z przebitą nożem dłonią i głową spuchniętą od rozbitej na jego głowie butelki kulił się pod stolikiem, obok rozciągnięty na ziemi leżał gość z krwawymi pręgami na plecach tam gdzie wbiły się zadziory. Był jeszcze czwarty, ale spanikował kiedy dwóch kumpli padło na ziemię, a ostatni stojący na nogach zwiał. River kucnął przy nim i uśmiechnął się w swój charakterystyczny, zimny sposób. Chłopak próbował bezskutecznie wtopić się w ścianę, byle straszny przybysz przestał się nim interesować.

- Kto wchodzi do Rzeki ten jest porywany z jej prądem, bracie. – W oczach kaznodziei błysnęła gniewna iskierka – Teraz spływaj i powiedz swoim kolesiom, żeby mi nie przeszkadzali.

Młody pokiwał nerwowo głową, po czym zerwał się i wystrzelił na zewnątrz jak z procy. River podszedł do swojego zmaltretowanego stolika, dopił resztkę drinka i wyszedł na zewnątrz.

- Robisz dużo zamieszania. – głos napłynął gdzieś z ciemności.
- A Ty się spóźniasz. – odciął się Jacob.
- Do tego brak Ci cierpliwości. – dokończył spokojnie kreol, który pojawił się tuż koło werandy. – Chodź, łódź już czeka.

Dwóch mężczyzn zeszło na błotnisty brzeg i pomaszerowało wzdłuż bajora. Kawałek dalej zacumowana w szuwarach czekała mała wiosłowa łódka. Na dziobie tkwiła długa tyczka z wygaszoną w tym momencie latarnią. Zakołysała się lekko kiedy obaj weszli do środka. Obaj podnieśli kołnierze, zaciągnęli rękawy i nasunęli na twarz moskitiery. Wiosła odepchnęły ich lekko od brzegu w stronę rozpościerającej swe konary, mrocznej dżungli. Opuścili tereny Little Haiti nie niepokojeni przez nikogo. Kael zapalił latarnię dziobową wycinając przed nimi niewielką przestrzeń widoczności. Płynęli w milczeniu omijając ukryte pod powierzchnią korzenie i mielizny. Cuchnąca bagienna breja obmywała burty z nieprzyjemnym chlupotem, a zewsząd nacierały na nich dźwięki owadów. Chmary much i komarów krążyły wokół brzęcząc uciążliwie. Rzeczka wiła się, co chwilę dzieliła swój bieg na kilka odnóg, to znów zbiegała się w jedną. Nawigowali sprawnie w tym labiryncie, jakby wiosłujący doskonale znał wszystkie zakamarki tej części bagien. Podróż trwała dość długo, jednak żaden z nich nie odezwał się nawet słowem, jakby czekanie było czymś w rodzaju rytuału, a na końcu czekała na nich upragniona nagroda.

- To tutaj. – Kael złożył wiosła i wskazał przed siebie.

Znajdowali się na skraju niewielkiego jeziorka, do którego wpadała jedna z odnóg rzeczki. Na środku zbiornika była wysepka otoczona szuwarami, na której rosło kilka gęstych krzewów, w ciemności przypominająca wielkie kosmate zwierze przycupnięte na skraju bagna. Na brzegu jeziora co kilkanaście metrów tkwiły tyczki obwieszone fragmentami piór, kory, skórek i zbielałych od słońca kostek ułożonych w dziwaczne symbole. Zatrzymali się tuż przed granicą wyznaczoną przez fetysze. Ponad nimi, na tle nocnego nieba, niby jakaś antyczna budowla, majaczył dawno już nie używany wiadukt Palmetto ExpressWay.


Czasem jeszcze znajdowali się ludzie, którzy nim podróżowali, ale ziejące na wylot dziury w betonie skutecznie odstraszały większość kierowców. Utrzymanie przedwojennych autostrad jest koszmarnie drogie, dlatego las konsekwentnie kruszy pomniki starej cywilizacji, wypierając ludzi na morskie wybrzeże.

Jacob wychylił się z łodzi i spojrzał prosto w bagno, ale zamiast mętnej, zielonkawej mazi pełnej błota, roślin i owadów zobaczył przejrzystą, czarną toń bez jednej zmarszczki. Tuż na granicy wyznaczanej przez tyczki brudna breja utworzyła nierówny pierścień. Sięgnął dłonią i nabrał nieco wody. Mógł przysiąc, że gdyby jej spróbował okazałaby się zdatna do picia.

- Mówiłem Ci, to cud. – Kreol siedział wyprostowany, patrząc prosto na Jacoba.
- Cud… - River po raz pierwszy od dawna odczuwał coś w rodzaju ekscytacji.




Rano, zgodnie z planem, stawili się w placówce FIST’u. Łysiejący biurokrata ze swoim znudzonym spojrzeniem już na nich czekał. Po wymianie znaczących spojrzeń, zawoalowanych groźbach i innych tutejszych uprzejmościach, w końcu dobili targu z Albertem, który pospiesznie schował kamizelkę w zbrojonej kanciapie. Potem zostali poinformowani, że transport zatrzyma się w Orlando za dwa, trzy dni, a potem jedzie dalej na północ, że nie wolno im uszkodzić towaru, że nie wolno zmieniać trasy, ani opóźniać przejazdu, oraz wielu innych rzeczy które stary mówił już chyba tylko dla zasady. Nietrudno było dostrzec, że spora część personelu trzyma się z dala od irytującego służbisty i jego przepisów. Kiedy formalnościom stało się zadość zostali poprowadzeni przed magazyn, gdzie właśnie kończył się załadunek tira.


Masywna ciężarówka wisiała na resorach od załadowanego ciężaru i dodatkowych wzmocnień na kadłubie. Mimo widocznych śladów użytkowania, powgniatanej karoserii i rdzawych wżerów wyglądała na całkiem solidną. Obok pojazdu kręciło się kilku mężczyzn, w tym dwóch będących częścią załogi transportu. Jeden z nich, szczupły chłopak o bystrym spojrzeniu i karnacji budzącej skojarzenie z Indianami, noszący dżinsową kamizelkę, opaskę na głowie i garść wisiorków na szyi, z obrzynem niedbale przewieszonym przez ramię, tankował paliwo popalając przy tym papierosa, najprawdopodobniej zupełnie nie przejmując się, że może wysadzić was wszystkich w powietrze. W oczy rzucał się sporych rozmiarów nóż, który nosił przytroczony do uda na skórzanych paskach. Drugi ubrany w typową dla Miami flanelę, grube rękawice i czapkę z daszkiem siedział na pace jedząc soczysty owoc, którego sok ściekał mu po brodzie. Na odkrytym przedramieniu lśniło kilka blizn. Z zaczerwienioną twarzą i aparycją zwykłego kretyna wyglądał, jakby zatrudniono go tylko dzięki biegłości w posługiwaniu się metalowym kijem bejsbolowym i remingtonem, który stał obok.

Po chwili z magazynu nadszedł ktoś, wnioskując po plamach oleju na spodniach, będący mechanikiem, w towarzystwie tęgiego czarnoskórego kierowcy. Gość z zaciętą gębą, w kurtce pokrytej naszywkami, wysokich butach i ciemnych okularach, na pierwszy rzut oka wyglądał jakby całkiem niedawno zerwał z przeszłością w gangu z bezdroży północy. Brakowało mu tylko rogatego kasku, gazrurki i kurtki Hell Angels.

- To jest Ted. Tamten na pace to Corso, a Johnny tankuje bak. – Albert przedstawił załogę głosem szorstkim jak odkurzacz, po czym podszedł do kierowcy i wymienił z nim kilka słów - Nie róbcie chłopakom problemów to się wszyscy świetnie dogadacie. No, na mnie już czas. – zakończył i ruszył w stronę biura.

Murzyn kiwnął krótko głową na powitanie, po czym oddalił się w kierunku swojej ciężarówki. Corso wytarł gębę i wgramolił się na swoje stanowisko na pace, a Indianiec skwitował spotkanie uśmiechając się kpiąco i gasząc niedopałek na burcie pojazdu. Podróż zapowiadała się uroczo.




- Kapitanie.

Matthew zdążył ostatnio odwyknąć od typowego wojskowego drylu. Niechętnie stanął wyprostowany i zasalutował swojemu przełożonemu pochylonemu nad stolikiem usłanym mapami. Tamten był chyba kimś z północy, Nowojorczykiem, czy kimś takim, bo przez dłuższą chwilę nie zwracał nie niego uwagi, demonstracyjnie okazując typową butę przyjezdnych, którzy próbują wyrobić sobie respekt i opinię twardzieli poprzez protekcjonalny ton i kompletną niewrażliwość na to co podwładny może o nich pomyśleć. To mogło działać na kubańczyków, meksów, cholernych haitańców i zwykłych kmiotów z Błota Miami, ale w rodowitych południowcach budziło naturalny sprzeciw. Z drugiej strony Lemon nie miał ochoty nic w tej sprawie zrobić, więc stał tylko i gapił się beznamiętnie w okno.

- Macie nowy przydział, poruczniku Lemon. – szorstki głos brzmiał, jakby jego właściciel używał go wyłącznie do wydawania poleceń – Jedziecie na północ do Winter Haven, traktujcie to jak zwiad. Na miejscu skontaktujecie się z ludźmi generała Juareza i poznacie szczegóły. Zbierzcie swoją drużynę i bądźcie gotowi. Pytania?

Nie było. Wizyta u ludzi Juareza mogła oznaczać tylko jedno – ktoś znowu spróbuje przetrącić kark człowiekowi, który nawet w takiej dzikiej krainie jak bagna Everglades cieszy się opinią okrutnika. Tych którzy mu się opierają likwiduje w mało przyjemny sposób, zupełnie jakby znajdował przyjemność w wymyślaniu kolejnych tortur. Generał ponoć brzydzi się niewolnictwem, dlatego nigdy nie bierze jeńców. Prawdziwy anioł miłosierdzia. Tytuł nadał sobie sam, po tym jak odebrał władzę kilku lokalnym watażkom i siłą wymusił posłuszeństwo pozostałych przy życiu. Jeszcze kilkanaście lat wcześniej zwiad Posterunku zostałby wysłany żeby zlikwidować degenerata, ale pech chciał, że Juarez okazał się doskonałym kupcem dla sprzętu wojskowego zalegającego w magazynach, do tego oddał do użytku kilka niszczejących baz wypadowych na północy, więc stał się najlepszym przyjacielem wojskowych. Może Nowojorczycy zwyczajnie lubią bratać się z ludobójcami? Popieprzone.

Matthew zasalutował ze znudzonym spojrzeniem i odmaszerował.




Ruszyli. Najpierw przez linię rogatek obstawionych przez Miami Vice, którym musieli dać w łapę, żeby nie płacić bandyckiego cła, a następnie starą dziewięćdziesiątką piątką na północ, przez dżunglę. O ile w obrębie miasta zarośla nie były tak gęste by podróż była niemożliwa, wystarczyło wyjechać poza linię zabudowań by znaleźć się w zupełnie innym miejscu. Gęste zarośla ciągnęły się pośród konarów obwieszonych lianami i pnącym się po nich zielskiem, wabiły kolorami kwiatów, a insekty kłębiły się w wolnej przestrzeni wyznaczanej utwardzoną nawierzchnią. Czasem mijali przewalony wieżowiec, fragment osiedla, lub porzuconą halę całkiem pochłoniętą przez zieleń. Konstrukcje z betonu i stali wkomponowały się w naturalne środowisko tworząc dziwaczne hybrydy budzące fascynację i niepokój.


Nawet najlepsza droga przelotowa na Florydzie była w opłakanym stanie, przegrywając nierówną walkę z przyrodą. Pokryta zielonkawym nalotem i liśćmi, popękana, miejscami skryta pod szczelnym baldachimem splecionych ze sobą gałęzi. Pobocze opadało w bagno, które towarzyszyło mu dłuższymi odcinkami pochłaniając resztki żelaznych barierek. Co rusz musieli omijać porzucone wraki, albo przewalone kłody, miejscami tarasujące niemal całą szerokość kilkupasmowej drogi. Chociaż od dłuższego czasu przemierzali obszary niezamieszkałe ciągle jeszcze nie opuścili obwodu dawnego, przedwojennego miasta. Stare dzielnice przemysłowe, parkingi, apartamenty, wszystko zalane bagnem i zarośnięte przez dżunglę. Czasem dostrzegali niewielkie grupki łachmaniarzy grzebiących w starych ruinach w poszukiwaniu porzuconych gambli, albo przeczesujących kijami pokłady mułu.

Zgodnie z nielicznymi uwagami, którymi dzielił się jadący z nimi na pace Corso, musieli wkrótce opuścić przelotówkę. Najwygodniejsza trasa była jednocześnie miejscem, gdzie lokalne bandy napadały na nieprzygotowanych podróżnych i grabiły ich do zera. Oni nie mieli czasu na strzelaniny, zresztą mogliby w tym wszystkim uszkodzić ładunek. Metys nie był tak głupi na jakiego wyglądał, jednak wątpliwe maniery potrafiły być irytujące, tak jak chrapliwy śmiech, którym kwitował własne, niezbyt śmieszne żarty. Wystarczyło zjechać z głównej szosy, by asfalt zmienił się w szutrową drogę, a potem najprawdopodobniej w błotnistą ścieżkę uczęszczaną tylko przez zwierzęta. Ted wybierał jednak coraz to nowe odnogi, którymi dało się jakoś przejechać.

Niewiele ze sobą rozmawiali obijając się od dłuższego czasu miedzy skrzyniami i pakunkami, nie było zresztą o czym, Corso też do szczególnie gadatliwych typów nie należał. Pod plandeką było duszno i gorąco, na szczęście worki z kawą zapewniały względną wygodę. Cel był jasny - kiedy już znajdą się w Orladno będą musieli odnaleźć Łysego Jackiego i wyciągnąć skąd bierze towar. Brzmiało prosto, pytanie tylko czy tak rzeczywiście będzie.

Raz czy drugi, w zaroślach oddalającej się za ciężarówką drogi, mignął im jakiś kształt. Początkowo brali go za zwierzę, ale kiedy pojawiał się znowu nabierali przeświadczenia, że bardziej przypomina człowieka. Metys najwyraźniej się tym nie przejmował, ale nie pokusił się o złośliwy komentarz. Cokolwiek to było nie posunęło się do niczego więcej niż obserwacji. Kilkanaście dni spędzonych w Miami nie dało im bladego pojęcie o tym co mogło czaić się w gęstwinie, a niestworzonym historiom opowiadanym w barach nie dawali wiary.

Trudno było ocenić dystans jaki przebyli, biorąc pod uwagę jazdę bocznymi trasami i długie godziny podróży. Temperatura lekko opadła co zwiastowało nadejście wieczornej pory. Słońce zachodziło tutaj bardzo szybko, dlatego musieli poszukać miejsca na nocleg zanim niebo pokryje się szkarłatem i zacznie się ściemniać. Ponoć w jednej z tutejszych osad, tak małych, że nawet nie doczekały się nazwy, funkcjonował zajazd i tam właśnie się kierowali. Po kolejnej godzinie jazdy, kiedy światło dnia pochyliło się nisko nad horyzontem, spomiędzy drzew wychynęły zabudowania. Wokół wypłaszczenia dość dużego by zatrzymała się tam ciężarówka, stał pojedynczy piętrowy budynek z werandą, kilka byle jak skleconych wiat i stara, pozbawiona kół przyczepa kempingowa. W krzakach rdzewiały resztki dawnego ogrodzenia z siatki. Na froncie wisiała płyta z dykty z wymalowanym napisem: „BAR”.

Odpoczynek wydawał się już bliski. Corso zwlókł się z ciężarówki, a w ślad za nim Daniel i Isobel. Ted i Johnny zostali przy ciężarówce. Przeciągając się i prostując odrętwiałe nogi ruszyli do zabudowań. Pchnęli skrzypiące drzwi i weszli do środka. Niewielka sala wewnątrz knajpy była ciemna i brudna. Za poprzeczną deską wspartą na kilku skrzynkach nie było nikogo. Metys podrapał się po brodzie rozglądając się za kimś kto prowadził ten lokal. Miejsce wydawało się spokojne, jednak coś nie do końca pasowało Isobel. Może była to panująca tutaj cisza, a może coś zupełnie innego.
 

Ostatnio edytowane przez Dziadek Zielarz : 27-08-2014 o 23:17.
Dziadek Zielarz jest offline  
Stary 12-10-2014, 22:22   #5
 
merill's Avatar
 
Stali razem z Corso w sali barowej, która wyglądała na zapuszczoną, okiennice były pozamykane. Po środku stała kolumna wspierająca strop, od której odchodziły resztki nie do końca wyburzonych ścianek działowych. W pomieszczeniu walały się zwykłe podniszczone meble, dużą część zajmowała improwizowana lada, aneks kuchenny, prawdopodobnie nie działający od czasów wojny. Na przeciwległej ścianie znajdowały się dwie pary drzwi. Nigdzie nie byłó potencjalnego barmana, bądź kogokolwiek, kto by ich obsłużył.

Isobel rozejrzała się po pomieszczeniu.
- Gdzie są wszyscy? - mruknęła, a potem zawołała - Halo!

Odpowiedziała jej głucha cisza. Daniel omiótł spojrzeniem wnętrze opuszczonej knajpy, wyciągnął rewolwer z kabury, na wszelki wypadek. Corso widząc to zdjął z ramienia remingtona i przeładował go powoli. Może była to zwykła przezorność, może zbędna paranoja. Nascimento ruszył ostrożnie przez salę, pilnując by nie nadepnąć na nic co mogło niepotrzebnie hałasować. Poza wątpliwej jakości resztkami trunków ustawionych za barem nie było tutaj nic wartościowego.

Drzwi, przed którymi ustawiona była lada, nie chciały się otworzyć. Zamek zatrzeszczał cicho, kiedy Daniel pociągnął mocniej za klamkę. Drugie, schowane nieco za załomem ściany, skrywały schody prowadzące na piętro. Można było się domyślać, że znajdą tam pokoje sypialne. Metys kręcił się obok niespokojnie popatrując na pokryty pajęczynami sufit. Stara konstrukcja co rusz trzeszczała i skrzypiała, kiedy stąpali po podłodze. Stojącą nieco na uboczu Isobel nie opuszczało nieprzyjemne wrażenie niepokoju. Jej szósty zmysł nigdy dotąd nie zawiódł.

Isobel cofnęła się dwa kroki i ustawiła tak, żeby objąć wzrokiem drzwi wejściowe i wejście na piętro. Przycisnęła plecy do ściany pomieszczenia. Daniel złowił wzrokiem zaniepokojone spojrzenie kobiety. Rękojeść rewolweru ściskał w wielkiej dłoni, kiwnął na Corso żeby ruszył za nim. Podniósł z ziemi kawałek walającego się pod ścianą gruzu i rzucił na schody, starając się uczynić jak najwięcej hałasu. Z palcem na spuście czekał na reakcję z góry

Beton huknął o schody wzburzając obłoczek pyłu, ale z piętra nie dobiegł żaden niespodziewany dźwięk. Chociaż żadne z nich się nie poruszyło podłoga ponownie skrzypnęła. Meks ostrożnie wychylił się z bronią, tak by mieć oko na wejście na piętro. Położył nogę na pierwszym stopniu i ruszył w górę, obserwując teren, jeśli ktoś był tam na górze, teraz mógł go łatwo zaskoczyć. Sęk w tym, że Daniel to wiedział i nie miał zamiaru zostać zaskoczonym.

Na piętrze:

Żołnierz zakradł się po cichu na piętro. Przylgnął nisko do stopni, by ograniczyć potencjalnemu przeciwnikowi kąt strzału, jednak na górze nikt na niego nie czekał. Wyszedł na korytarz, od którego odchodziły dwa wejścia pozbawione drzwi. Przesunął się ostrożnie w stronę framugi i zajrzał ukradkiem do jednego z pomieszczeń. W środku stało kilka zapadniętych łóżek, na podłodze walało się też kilka zakurzony materaców. Przez zabrudzone okna wpadało do pokoju mętne światło wieczoru. Latynos przestąpił próg mierząc do pustych łóżek. Może była to tylko jego wyobraźnia, ale jedno z nich lekko drgnęło.

Daniel wolną ręką wyciągnął maczetę i ruszył w kierunku łóżka, przy którym jak mu się wydawało zauważył ruch. Podszedł bliżej ostrożnie i podciągnął zmętlony koc, celując drugą ręką w łóżko, gotów oddać strzał w razie ataku.

Meks był spięty jak struna, zmrużył oczy przygotowany na niespodziewany atak. Odsunął koc, a wtedy spod łóżka wydobył się zduszony krzyk. Na zakurzonej podłodze leżał skulony chłopiec, najwyżej kilkunastoletni, trzymający przed sobą nóż. Zamarł z dłonią gotową do pchnięcia.

- Rzuć to dzieciaku, bo sobie krzywdę zrobisz - powiedział tylko nieco podniesionym głosem Daniel. Schował rewolwer do kabury, ale nie wypuścił maczety z ręki. - Wstawaj, idziemy na dół. Chcieliśmy tu przenocować, a widzę, że pochowaliście się jak nie przymierzając szczury. Coś się stało? Ktoś was zaatakował?

Tymczasem na dole:

Corso krzywił minę dając znać, że nie podoba mu się ta sytuacja. Minął bar, zabrał jedną z butelek, mruknął coś niezrozumiałego w stronę Isobel i wyszedł na zewnątrz. Kiedy przechodził dziewczyna miała nieodparte wrażenie, że pod podłogą słychać jakieś szmery. Odczekała chwilę, po czym ruszyła ostrożnie w stronę zamkniętych drzwi. Z niesłabnącym poczuciem czyjejś obecności wyciągnęła wytrychy i zajęła się zamkiem.

Isobel Przeciętny, Ot. Zamków 2, Zręczność 14
Rzuty: 14, 13, 6
wynik: Sukces

Zapadki zgrzytnęły obiecująco, po czym puściły, a drzwi pozwoliły się otworzyć. Niewielkich rozmiarów pokój wyglądał na coś w rodzaju mieszkania właściciela. Pomieszczenie musiało być jedynym zdatnym do użytku miejscem, skoro ściany nie zostały tutaj wyburzone. Na wciśniętym w kąt łóżku leżał rzucony w nieładzie koc, obok stała szafka zawierająca zapasowe ubranie i kilka osobistych, niewiele wartych drobiazgów. Dalej znajdowało się kilka skrzynek z zaopatrzeniem w postaci alkoholu, suszonych owoców, czy ryżu. Jedzenie było obecnie lekko nadpsute z powodu panującej wszędzie wilgoci. Podłoga ponownie skrzypnęła nieprzyjemnie.
Isobel - pobieżnie - rozejrzała się po pomieszczeniu. Wyglądało na to, że mieszkańcy nie są wrogo nastawieni, przeciwnie - raczej się ukrywają. Tylko gdzie… i, co w sumie ważniejsze, przed kim. Dziewczyna przyklękła i zaczęła opukiwać podłogę. Jeśli był tam jakiś schron, lub piwnica, powinna ją znaleźć.

Chwila poszukiwań pozwoliła stwierdzić, że pod podłogą faktycznie znajduje się wolna przestrzeń, jednak wydawało się, że nigdzie w pobliżu nie było klapy, ani obluzowanych desek. Pomieszczenie pod spodem musiało być niemal tak duże jak sala na górze. Miejscami dźwięk był głuchy, co mogło świadczyć o belkach podtrzymujących strop. Coś, albo ktoś najwyraźniej tam był.

Dziewczyna rozważyła opcję wyciągnięcia noża i podważania wszystkich desek - w końcu by trafiła na luźniejszą, a może nawet na klapę do pomieszczenia poniżej. Ale to było jak… włamywanie się komuś do domu. Isobel nie miała problemów z wtargnięciem na cudzą posesję, ale zawsze miała jakiś cel, dla którego podejmowała się takiej działalności. Tutaj nie było takiej potrzeby. Tak się jej wydawało, w każdym razie.
Uklękła ponownie i stuknęła trzy razy dłonią w deski.
- Otwórzcie, nie ma potrzeby się nas obawiać. Jedziemy z transportem FIST. Jestem Isobel.

Po słowach dziewczyny zapadła głucha cisza. Przez szpary w podłodze nie było widać absolutnie nic. Po dłuższej chwili Isobel zaczęła mieć wrażenie, że się pomyliła. Wtedy z piętra dał się słyszeć przytłumiony krzyk, któremu zawtórował nagły szmer spod desek.
Kobieta poderwała się gwałtownie i wbiegła po schodach na górę.

Razem:

Dzieciak przez kilka chwil leżał jak sparaliżowany, po czym powoli wypełzł ze swojej kryjówki wciąż ściskając w garści nóż. Wtedy do pokoju wbiegła Isobel. Młody obrócił się nerwowo jakby spodziewał się ataku, ten jednak nie nadchodził. Dziewczyna postąpiła kilka kroków do przodu, a Daniel obdarzył młokosa ostrym spojrzeniem. Był już zmęczony i nie miał siły użerać się z jakimś dzieciakiem, do tego wcale nie podobało mu się, że tamtemu trzęsie się w ręku ostrze. Kilkanaście sekund później nastolatek odezwał się roztrzęsionym głosem:

- Nie jesteście z patrolu? - wodził oczami od jednego do drugiego co rusz spoglądając na drzwi znajdujące się za wami. - Kim jesteście?

- Jakiego patrolu? Jedziemy z transportem FIST’u. Dlaczego chowacie się jak szczury? - skutecznie zasłonił mu swoją sylwetką wyjście z pokoju.

- Z FIST’u ? - chwilowa ulga mieszała się na jego twarzy z wciąż dominującymi strachem i podejrzliwością - To… to chyba dobrze.

- Jestem Isobel - kobieta uśmiechnęła się uspokajająco. - Tam na dole jest skrytka pod podłogą. Ktoś tam się chowa, słyszałam. Twoja rodzina?

Na wieść, o skrytce chłopak trochę zesztywniał. Wahał się, czy kontynuować, ale meksykanka spojrzała na niego łagodnie co dodało mu otuchy. Dzieciak powoli podszedł do okna wychodzącego na plac. Widok pojedynczej ciężarówki najwyraźniej go przekonał, toteż schował nóż do kieszeni.

- Tak, jest skrytka. Schowaliśmy się przed patrolem MP, widziano ich w okolicy. Z nimi nie ma żartów, lepiej żeby myśleli, że zeżarły nas krokodyle niż żeby się u nas zatrzymali.

Motorway Patrol, zmotoryzowana jednostka wypadowa, duma Miami Vice. Podziwiana przez mieszkańców Miami za swoje brawurowe akcje przeciw mutantom, niesienie pomocy oblężonym wioskom, czy ochronę karawan. Widać nie wszyscy podzielali opinię o ich bohaterstwie.

- Najlepiej byście zrobili jakbyście pojechali dalej. Żołnierze MP mogą zjawić się tutaj lada moment.

- Co z tym MP jest nie tak? FIST ma pewnie z nimi układ, więc będą respektować obecność ciężarówki. Czy Ci z MP coś wam zrobili? Napadli was? - głos Daniela robił się ostrzejszy, tracili czas…

- Nie, jeszcze nie… - chłopak co jakiś czas spoglądał za okno na linię drzew i szarzejące niebo z wyraźną obawą - Ale wszyscy wiedzą jacy oni są. Najpierw siedzą, piją, bawią się, a potem różnie bywa. Nie płacą, niszczą, dobierają się do dziewczyn, a jak ktoś im się postawi to obiją, albo aresztują za rozruchy. - młody zamilkł jakby powiedział za dużo - Jedźcie już, oni się zwykle nie zatrzymują w miejscach, które wyglądają na opuszczone.

- Takie rzeczy to nie ze mną. My tylko jesteśmy pasażerami.

Wyjrzał przez okno: - Corso!!! - krzyknął Daniel - pozwól na chwilę na górę, jest sprawa.

Metys podniósł łeb w stronę okna, po czym przeklinając ruszył do baru i na schody.

- Nie, niech myślą, że nas nie ma… - Dzieciak spojrzał na was błagalnie. - Wtedy pojadą. Nie widzieliście co potrafią Ci z MP.

Daniel poczekał, aż metys wjedzie na piętro, po czym wyjaśnił mu sytuację: - O co chodzi z tymi typami z MP? Macie z nimi jakiś układ, czy was też trzepią jak chcą? Ten dzieciak mówi, że niebezpiecznie tu zostawać ze względu na ich patrole.

Corso popatrzył na nastolatka jak na średnio interesujący przerywnik, po czym wzruszył ramionami i odwrócił się do Nascimento.

- MP to zwykła banda kowbojów. - ściszył nieco głos, tak by chłopak go nie usłyszał - Jak robią problemy to zwykle się zawijamy zanim zrobi się gorąco. Jak będziecie się przejmować każdym trzęsącym dupą gościem z bagien to do Orlando szybko nie zajedziemy.

Nascimento kiwnął głową, zgadzając się z metysem: - Czyli zostajemy - bardziej stwierdził, niż zapytał. - Gdzie śpimy? - rzucił do Corso, a potem do dzieciaka: - Powiedz swojej rodzince, że mogą już wyjść ze schronienia.

- Gdzie będzie miejsce, pewnie tutaj. - ochroniarz podrapał się po czuprynie - Zresztą pogadacie sobie z właścicielem, dużo nie biorą. Ted pewnie zostanie w wozie, rzadko rusza dupsko z tej swojej ciężarówki.

- Młody - rzucił do zrezygnowanego już chłopaka - wołaj staruszka, pić nam się chce.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
Stary 24-10-2014, 17:31   #6
 
Dziadek Zielarz's Avatar
 

W dżungli zmierzch nadchodzi bardzo szybko. Słońce skryło się już za linią drzew pogrążając polankę i stojący na niej bar w wieczornej szarości, kiedy ze schronu pod podłogą wyszła niepewnie grupa tutejszych. Pierwszy pojawił się starszy, siwiejący już mężczyzna w znoszonych, ubłoconych spodniach, wyglądający na właściciela przybytku. Wychodząc stanął tak by swoim ciałem zasłonić innych i w razie ataku kupić im kilka chwil na ucieczkę. Zaraz po nim spod klapy wyłonił się chudy, żylasty i mocno spracowany chłopak, najwyżej dwudziestoletni, a w ślad potem dwie kobiety ubrane w proste, robocze ubrania. Starsza z nich dostrzegłszy przyprowadzonego chłopaka, nie bacząc na reakcję przybyszy, podeszła do niego szybkim krokiem i pociągnęła w stronę reszty i popchnęła lekko za siebie. Wnioskując po wyraźnym podobieństwie musiała być jego matką.

- Jesteśmy z transportem FIST’u. Chcemy się czegoś napić, przespać i jedziemy w swoją drogę, jasne? Mamy gamble. – Daniel skierował słowa do starszego mężczyzny stojącego nieco z przodu z zaciętą miną.

Meks był zmęczony całym dniem podróży na pace, dlatego skondensował wypowiedź do niezbędnego minimum, nie siląc się nawet na odpowiednio groźny ton. Nerwowe zabiegi tamtych nie robiły na nim specjalnego wrażenia - gdyby chciał ich załatwić już byliby martwi, a on spokojnie uzupełniałby amunicję w magazynku. Stojący obok Corso obdarzał właścicieli przelotnym spojrzeniem bardziej pochłonięty badaniem brudu pod własnymi paznokciami, zupełnie jakby całe zajście go nie dotyczyło, a wynik był z góry ustalony.

Miejscowi początkowo wyglądali na wystraszonych, zbici w zwartą grupkę przypatrywali się podejrzliwie załodze, nie wyczuwając jednak bezpośredniego zagrożenia ze strony przybyszy strach ustąpił miejsca niechęci. Stary wziął się w sobie i wymamrotał ochrypłym głosem: „Nie powinno was tu być.” ,ale nie przyniosło to zamierzonego efektu. Zagryzając zęby siwy spojrzał na Daniela i kiwnął krótko głową odwracając się do swoich.

Wieczór przyniósł odgłos cykad, oraz ciężki zapach kwiatów i zbutwiałych liści. Temperatura też niewiele ustępowała tej panującej za dnia. Pośród mieszkańców zajazdu panował grobowy nastrój oczekiwania. Stary zajął stanowisko przy barze, ale co rusz łypał na przybyszy nienawistnym spojrzeniem. Co jakiś czas spoglądał przez okno na żylastego chłopaka, który kręcił się na werandzie. Nikt nie krzątał się po izbie, kobiety tkwiły niespokojnie w miejscu, zajmując czymś dłonie, jakby marzyły o powrocie do bezpiecznego schronienia. Ich twarze były napięte jak maski, nieczęste ruchy gwałtowne i nerwowe. Ludzie FIST’u zasiedli przy jednym ze stolików przy butelce, ale niewiele ze sobą rozmawiali. Zwalisty kierowca wkrótce oddalił się w stronę ciężarówki, zostawiając kompanów w milczeniu. Stopniowo zapadła nieprzyjemna cisza. Nikt się nie śmiał, nikt nie rozmawiał, tylko las grał swoją nocną melodię.

Daniel i Isobel początkowo nie zwracali na nikogo uwagi, zanieśli plecaki do wskazanego pokoju, uporządkowali sprzęt, wyczyścili broń, potem zasiedli we wspólnej sali w towarzystwie Johnnego i Corso. Indianiec poinformował ich, że w pobliżu nie było żywego ducha poza zalanym w sztok gościem śpiącym w zdezelowanej przyczepie stojącej na uboczu. Na pytające spojrzenia Stary rzucił coś wymijającego, ale nie wydawał się zaniepokojony obecnością tamtego bardziej niż załogą FIST’u. Rozmowa się nie kleiła, bimber który polewano był paskudny, do tego towarzystwo zaszczutych miejscowych nie nastrajało zbyt pozytywnie, dlatego gdy powieki nieco im zaciążyły skorzystali z okazji i udali się na spoczynek.

Chociaż mieli za sobą dzień drogi, Orlando wcale nie wydawało się być bliżej. Mieli podróżować jeszcze ze dwa dni, ale kto mógł stwierdzić na pewno, czy po drodze coś ich nie zatrzyma, a jeśli tak to czy warto wracać by spotkać się z Sanchezem? Można było zgadywać, czy gangsterowi bardziej zależało na zemście, czy potencjalnym zysku. Mimo niewygody i wilgoci, oraz niechęci tutejszych zmęczenie podróżą dało się we znaki, a sen nie kazał na siebie długo czekać.


Piwo, a w każdym razie to co na Everglades nazywało się piwem, bywało ohydne. Mętny, kwaśnawy płyn z ledwo dostrzegalną pianą, którego każdy łyk miało się ochotę zapić czymś mocniejszym żeby pozbyć się nieprzyjemnego uczucia na języku. Z drugiej strony było tanie i było go pod dostatkiem, co przy wszechobecnej duchocie było doprawdy zbawienne. Kiedy całe życie spędza się pośród bagien człowiek szybko uczy się, że najgorsze co może spotkać człowieka na bagnie to pragnienie. Odwodniony wędrowiec staje się łatwym łupem dla krokodyli, moskitów, węży, mutantów, czy palącego słońca.

W obecnym położeniu Jim wiele oddałby choćby za łyk podłego piwa. Podskakiwał na wybojach obijając się o metalowe dno. Ledwo oddychał przez jutowy worek, który zarzucono mu na głowę, powróz boleśnie wrzynał się w nadgarstki wykręcone za plecy, a głowa pulsowała tępym bólem. W ustach czuł lekki, metaliczny smak krwi. Wokół niego grzechotały metalowe przedmioty obijające się o siebie kiedy pojazd brał zakręty, czuł innych ludzi stłoczonych blisko niego, jednak nie sposób było ocenić, czy to wrogowie, czy inni więźniowie. Gdzieś w szoferce trzeszczało radio odtwarzające muzykę. Mały zachodził w głowę jak do tego doszło. Nie bez problemów skupił uwagę próbując wyłowić szczegóły z chaotycznej plątaniny wspomnień.

Był w podróży, to pewne. Przynajmniej kilka dni od kiedy opuścił okolice Avon Park, w końcu musiał pozostawać w ruchu. Trafił do wioski uzupełnić zapasy. Mieli świeżą wodę, trochę lekarstw, nic specjalnego. Jedna noc i miał być już daleko stąd. Banda uzbrojona w karabiny i maczety pojawiła się znikąd, bronił się przez chwilę, ale potem ktoś zdzielił go w tył głowy czymś ciężkim. Reszta nie miała pewnie wiele więcej szczęścia. Padło kilka strzałów, większość pewnie wyłapali. Dokąd i po co ich wieźli? Wkrótce miał się przekonać.


Z sennego otępienia wyrwał ich warkot silników. Początkowo głuche dudnienie odbijało się echem miedzy zaroślami, stopniowo narastając, aż do poziomu ogłuszającego w nocnej ciszy. Światła reflektorów omiotły ściany zabudowań przecinając jasnymi promieniami okiennice, dały się słyszeć gardłowe śmiechy i pokrzykiwania. Daniel w pierwszej chwili okręcił się na posłaniu łapiąc za leżący obok rewolwer.

- Motorway Patrol. – Isobel odpowiedziała na niezadane pytanie. Siedziała na jedynym krześle w pokoju obserwując podwórze. Musiała być już rozbudzona od dłuższego czasu, o ile w ogóle kładła się spać.

W ciemności trudno było przeliczyć wszystkich ludzi tłoczących się na dole, ale na oko tamtych musiało być około dziesięciu. Nie wydawali się szczególnie zainteresowani ciężarówką, bo już po chwili ich głosy zagrzmiały od strony Sali barowej.

- To jak, robimy dobrą minę do złej gry? – latynoska odwróciła głowę w stronę towarzysza.

Daniel pozbierał się z podłogi siadając na skraju pryczy. Widać było, że ma ochotę zignorować patrol Miami Vice i dokończyć przerwaną drzemkę, jednak wewnętrzny rozsądek kazał mu opracować plan awaryjny. Odłożył powoli pistolet obok siebie.

- Musimy odpocząć, zresztą, to nie nasz problem. – odparł licząc na to, że Corso zna się na swojej robocie, ale wcale nie wyglądał na rozluźnionego. Nasłuchując podejrzanych odgłosów zapadł z powrotem w niespokojny półsen.


Podróż zakończyła się gwałtownie, a czyjeś mocne ręce dźwignęły go w górę. Ściągnięto go siłą z samochodowej paki i pociągnięto do przodu. Rudawy pył zakotłował się wokół wzbudzając spazmy kaszlu. Co rusz gubił krok, potykając się i wpadając na jakieś przedmioty walające się po podłożu. Potknął się rozbijając sobie kolano o coś twardego, ale już po chwili postawiono go do pionu i popchnięto dalej. Ktoś klął, parę razy dostał kolbą między łopatki. Wydawało mu się, że wszystko trwało bardzo długo, nim wreszcie kazano mu się zatrzymać i ktoś zerwał mu worek z głowy. Jim gwałtownie zmrużył oczy, gdy oślepiło go światło słoneczne. Po chwili z jaskrawej plątaniny kolorów wyłonił się tłum postaci o groźnych twarzach, kontury samochodów i stających opodal niskich budynków, baraków, czy magazynów. Otaczali go podobni jemu więźniowie, którym właśnie zdejmowano z głów worki. Część była wyraźnie w gorszym stanie od niego, pobita i zakrwawiona, ledwo trzymająca się na nogach. Znajdowali się na placu otoczonym zabudowaniami, pośrodku którego wznosiła się prowizoryczna wieża strażnicza, bardziej platforma z wiązanych bambusów obłożona workami z piaskiem, na której stało kilku uzbrojonych zakapiorów.


Myśli o ucieczce skutecznie studziło kilku strażników stojących nieco z tyłu na pakach wozów. Napastników musiało być przynajmniej kilkudziesięciu. Nienawistne spojrzenia, wrzawa, wyzwiska i tępe pulsowanie obolałego ciała nie pozwalały się skupić. W powietrzu dało się wyczuć atmosferę wrogości i oczekiwania.

W końcu przed tłum wystąpił dobrze zbudowany mężczyzna o ciemnej karnacji i zaroście okalającym całą twarz, w wojskowych spodniach i berecie, z pasem amunicyjnym przewieszonym przez pierś. Całą swoja postawą i pewnością siebie dawało zrozumienia, że jest tutaj kimś w rodzaju przywódcy. Odwrócił się do reszty i zaczął wykrzykiwać jakieś hasła unosząc w górę swój karabin, wzbudzając wśród zgromadzenia okrzyki aprobaty, ale Jim nie był w stanie rozróżnić poszczególnych słów. Nie potrzebował jednak znać kontekstu całego zajścia, by wiedzieć do czego to zmierza. Mały miał nieodparte wrażenie, że właśnie czeka na egzekucję, dlatego chciał żeby tamten gadał jak najdłużej. Jakoś nie miał ochoty przedwcześnie rozstawać się z życiem.

Zanim brodaty skończył swoją przemową z tłumu wyciągnięto siłą jednego z więźniów i pociągnięto go w stronę wolnej przestrzeni u podnóża bambusowej platformy. Tam wykonano nad nim parodię sądu. Drab wymienił liczne zbrodnie jakich rzekomo dopuścił się tamten bezimienny człowiek, w tym przemyt, uchylanie się od obowiązku płacenia podatku wojennego, przetrzymywanie podejrzanych i inne wymyślne zbrodnie. Jego skargi i solenne zaprzeczenia niknęły w gwarze tłumu. Potem przy akompaniamencie krzyków zadowolenia zarzucono mu na szyję pętlę, a kilku zbirów podciągnęło go na jednej z poprzecznych żerdzi konstrukcyjnych. Mężczyzna miotał się krótką chwilę w rozpaczliwej próbie złapania oddechu, aż w końcu znieruchomiał zupełnie. Reszta skazańców pobladła patrząc na wisielca jak zahipnotyzowani. Thompson przełknął głośno ślinę.


Ranek nadszedł powoli. Ciemność zabarwiła się na szaro, nadając pomieszczeniu niezdrowy, siny odcień. Gdzieś w środku nocy Daniela obudziły pijackie śmiechy i odgłos zwalistych kroków kilku ludzi, którzy przemaszerowali do sąsiednich pokojów by tam opaść na posłania. Meks od kilku godzin leżał w letargu spodziewając się nagłego wybuchu wrzasków dobiegających z głównej sali, jednak nic takiego się nie stało. W tym oczekiwaniu najgorsza była niemożność sprawdzenia co właściwie dzieje się na dole. Może funkcjonariusze MP wbrew obawom miejscowych zwyczajnie zjechali tutaj na piwo by następnego dnia wyruszyć dalej? Nascimento szturchnął lekko leżącą opodal Isobel, po czym oboje zebrali swoje sprzęty i opuścili piętro.

Główna sala usłana była pustymi butelkami, błotem i resztkami rozrzuconymi w nieładzie przy stolikach. Trzech typów w mundurach siedziało przy stoliku łypiąc przekrwionymi oczyma znad niedojedzonych pozostałości kolacji, w głębi sali stał Corso z butelką piwa w garści i uśmiechał się do nich porozumiewawczo. Poza starym, tkwiącym nieodmiennie za prowizoryczną ladą, nie było widać żadnych miejscowych. Metys skinął na parę meksykanów i skierował się do wyjścia. Żołdacy MP bezczelnie odprowadzili Isobel wzrokiem, nie kryjąc specjalnie swojego zainteresowania jej biustem i pośladkami. Jeden, czy drugi rzucił w jej stronę jakąś zaczepkę, ale ona zignorowała zaloty.

Podwórze zastawione było motocyklami i jeepami patrolu. Grupa kierowała się do ciężarówki, która już grzała silnik. Dwóch funkcjonariuszy stało przy maszynach, w towarzystwie młodej dziewczyny we flaneli, która bezskutecznie próbowała im się wywinąć. Rubaszne głosy, podszczypywanie i wulgarne umizgi w krótką chwilę przerodziły się w szamotaninę, która przyciągnęła uwagę żylastego chłopaka. Młody mocował się chwilę z jednym z żołnierzy próbującym obmacywać dziewczynę, po czym został sprowadzony do parteru zamaszystym ciosem w brzuch. Chłopak osunął się po karoserii w kałużę błota.

Corso zawiesił oczy na tej scenie przez sekundę, czy dwie, po czym odwrócił się w stronę ciężarówki. Wystarczyło zwyczajnie odwrócić się na pięcie...


Tłum ryknął radośnie, kiedy ciało kolejnego nieszczęśnika obwołanego publicznie zdrajcą zawisło na wieży obserwacyjnej razem z resztą domniemanych zabójców, degeneratów i wichrzycieli, którzy handlowali wodą i lekami w zapadłej wiosce. Cholerne szczęście, że też musiał znaleźć się w samym środku jakiegoś konfliktu, o którym nie miał bladego pojęcia. Ciekawe jak im teraz wytłumaczy, że to zwykła pomyłka? W głowie Jima coraz bardziej narastała panika. Niewielki tłumek wokół niego topniał w oczach nieubłaganie przypominając, że wkrótce przyjdzie jego pora na spotkanie ze sznurem.

Kiedy oprawcy złapali go za ramiona cały się spiął, gotów bić, gryźć, kopać, walczyć o życie, ale nim zdążył zrobić cokolwiek, rozległy się strzały. Kilku ludzi w tłumie padło jak rażeni gromem, a pośród pozostałych zapanował popłoch. Chaotyczny tumult, pełen wrzasków, huku wystrzałów i ryku zapuszczanych silników. Brodacz pokrzykiwał na swoich unosząc karabin i wypuszczając długą serię w stronę, z której padły strzały. Kto atakował, dlaczego? Coś wizgnęło niebezpiecznie blisko głowy Małego i pierś mężczyzny trzymającego go za ramię wybuchła chmurą czerwieni obryzgując twarz oszołomionego więźnia. Ciało ciężko zwaliło się na ziemię przygniatając go swoim ciężarem.
 

Ostatnio edytowane przez Dziadek Zielarz : 25-10-2014 o 18:06.
Dziadek Zielarz jest offline  
Stary 25-10-2014, 14:10   #7
Banned
 
Próbowałem przypomnieć sobie jak się w to wpakowałem. Gdzie popełniłem błąd i wylądowałem na pace ciężarówki, z workiem na głowie. Każda nierówność, dołek czy wybój wstrząsały moją bolącą głową, powodując kolejne napady bólu. I pragnienia.
Czy przyszli po mnie ci ludzie, których widziałem podczas tego dnia? Podczas rzezi jaką urządzili?
Jak mogli mnie dopaść? Kurwa.. przecież jestem jednym z najlepszych diabłów dżungli. Przede mną w portki srają mutasy i inne ścierwa, a dopadli mnie.. No właśnie kiedy?

Kolejny wybój, kolejny raz moja głowa podskakuje wywołując ból. Syczę zły na siebie i Świat.
Czy tak ma się to zakończyć?
Nagle przypominam sobie wszystko.
Wyruszyłem z Avon Park. Trafiłem do wioski gdzie mieli trochę zapasów. Za małą przysługę podzielili się nimi. Niech im ktoś wynagrodzi, bo mieli dwie pastylkę na moje odpierdalanie. Jedna noc z snem, aby zregenerować się i dalej w drogę. Miało tak być, ale zajechali wioskę jak armia.
Z pompą, na samochodach, z karabinami i maczetami. To, że większość z nich nie wiedziała jak posługiwać się bronią białą czy trzymała karabiny niczym ostatnie cioty było w chuj jasne dla takiego weterana jak ja. Naćpani, wypici, podnieceni. I to mają być żołnierze?
Banda niezdyscyplinowanych ćpunów.


Przypominam sobie pewien obraz.. zarżnąłem kilku w tamtej wiosce. Jednemu rozprułem brzuch, drugiemu niemal przeciąłem łeb zdobyczną maczetą. A dwóch kolejnych dostało strzały z mojego ukochanego Colta. Było ich za wielu, otoczyli wioskę i nie miałem szansy spierdolić do dżungli.
Oh, moja kochanko pełna lian, wysokich drzew, krzewów i żyjącego kurestwa! Ile bym dał, abyś otuliła swojego syna i pomogła mu zgubić tych frajerów.
Nawet jeśli bym im nie uciekł, wytłumecznie każdego z osobna byłoby dziecinnie łatwe.
Zrobiłby to w rytmie ulubionej piosenki, podśpiewując ją cicho pod nosem. Kurwa, dałby wiele za coś mokrego do wypicia. Marzeniem byłoby piwko, lekko schłodzone w ziemi i kaseta Alice in Chains lecąca w starym magnetofonie.
Ale coś się spierdoliło..

*

Tak gwałtownie jak zostałem pojmany, tak też kończy się podróż. Czuje czyjeś łapska, które ściągają mnie siłą z paki. Ląduje na ziemi wydając ciche stęknięcie. Kurwa, czy wyglądam na wór żwiru?!
Po chwili zostaje podniesiony do pionu i pchany na przód. Ciężko iść z zawiązanymi dłońmi i workiem na głowie. W dodatku ból głowy, który przeszkadza zamiast dodawać mi wkurwu.
Zawsze mówili "Mały, ty jesteś zajadłym skurwielem, wiesz? Masz w sobie dużo nienawiści ale zamieniasz ją w ogromną siłę". Taaa.. chuj z tego, jak jestem w sytuacji między Molochem a kaznodzieją z Salt Lake City. Obie rzeczy wykręcą mózg i wpędzą do grobu.
Kilka razy potykam się, ale mój oprawca dzielnie mi pomaga. Popychaniem, kolbą karabinu.
Jak ścieżka w nieznane. Czy mam iść na piechotę do Vegas?

Nim spróbowałem przyzwyczaić się do stałego pochodu, zostaje siłą zatrzymany, a worek startuje z mojej głowy. Zaraz potem startują promienie Słońca, które oślepia mnie na sekundę.
Chowam oczy w związanych dłoniach by wzrok przyzwyczaił się do niego. Wszystko wraca do normy. Plamy barw i obrysy kontur.

Wiele ludzi, jakieś ciężarówki i kilka baraków. Kurwa, trafiłem do ich obozu.
Gdy odzyskuje wzrok, orientuje się w kilku rzeczach: stoję wśród skazańców, otaczają nas uzbrojeni i naćpani ludzie, wszystko pilnuje kilku dryblasów na wierzy strażniczej, a jakiś pieprzony czarnuch udający Rambo, podskakuje niczym małpa i pierdoli trzy po sześć.
Nawet wojna nie wytrzebiła tych czarnych ścierw.. i gdzie tu sprawiedliwość?
Jednak żołnierze go lubią, bo reagują bardzo dobrze na jego słowa.
I właśnie wtedy, w tej sekundzie, rozumiem do czego to zmierza. Udawany sąd i egzekucja. Zwyczajne kurwa ludobójstwo.

*

Wybierają jednego z mężczyzn. Zwyczajny, ciut brodaty i w brudnym ubraniu.
Krótki sąd z odczytaniem zarzutów wyssanych z dupy i egzekucja. Pętla na szyje i sru.. w dół.
Ot kurwa, pan sędzia-bambus się znalazł. Tropi przestępstwa i niesprawiedliwość w Stanach.
Brakuje mu peruki i młoteczka.. pieprzone ścierwa.
Spluwam na ziemię.
Nie daje po sobie poznać, że cała sytuacja mnie wystraszyła. Zostałem złapany przez przypadek, w środku pojebanego konfliktu, gdzie jeden koniobijca obraził drugiego i postanowili się pozabijać. Pieprzone pojeby.

Nagle łapią i mnie. Dwóch osiłków chwyta mnie pod pachy i podnosi sprawnie.
No tak.. jestem niskim typem. Z chwilą gdy odrywają mnie od podłoża spinam swoje mięśnie. Może nie będą to liany, ale jakoś się pokręcę na nich. Może skocze któremuś na plecy i uduszę zanim mnie dopadną. Nie umrę jak pies, odejdę w walce. Zajebie ścierwa.
Nim wprowadzam mój plan, gdy mam już spiąć się do fikuśnego fikoła, padają strzały. Padają też i ćpuny. Ktoś wyłapał kulę, a szczęśliwcem okazuje się jedna z moich poręczy.
Pióropusz krwi prosto z klaty, cichy jęk i upada. Wprost kurwa na mnie.
Nie zostanę dziś mistrzem olimpijskim w akrobatyce..

Wielkie cielsko przygniata mnie i leżę na ziemi.
Ma to swoje plusy - mam osłonę. Leżąc tak, szybko sprawdzam co ma na sobie mój oprawca. Jeśli ma nóż, wyciągam go i przecinam więzy. Nożyk i broń, którą przy sobie ma zachowam dla siebie. Potem spierdolę do ciężarówki po mój sprzęt i w dżunglę.
Nigdy mnie kurwa nie dostaną!
 
Gveir jest offline  
Stary 01-11-2014, 00:38   #8
 
kanna's Avatar
 
- Nie nasza sprawa – Isobel spojrzała znacząco na Daniela. – Mamy przed sobą drogę i zadanie. Zbieramy się.

Noc nie przyniosła wypoczynku, kobieta była zmęczona i zła. Poza wszystkim - dużo lepiej czuła się w mieście, wśród ludzi, niż w tych odstępach. Pieprzony kuzyn Jose! Choć w sumie jej wina, nie musiała akurat u tego dupka się zatrzymywać. Wszystko układało się nie tak.

Zahaczyła spojrzeniem o dziewczynę we flaneli. Trudno, każdy musi zebrać swoje baty, póki nie nauczy się poruszać w tym świecie. Taki life. Nie mogli mitrężyć czasu na zabawę w ratowanie uciśnionych dziewic. Jeszcze kilka lata temu pewnie zareagowała by inaczej - teraz nauczyła się, poprawka: życie ją nauczyło, stąpania twardo po ziemi. I pilnowania przede wszystkim własnego tyłka.

- Daniel! – syknęła nagląco, przyśpieszając kroku.
 
__________________
A poza tym sądzę, że Reputację należy przywrócić.
kanna jest offline  
Stary 09-11-2014, 12:29   #9
 
merill's Avatar
 
Noc minęła niespokojnie, dochodzące z dołu krzyki, śmiechy i przekleństwa, świadczyły o tym, że patrol MP bawił się tam nadspodziewanie dobrze. Tego samego nie mógł powiedzieć Daniel, nie ufał tym skubańcom ani krztyny, więc musiał zachować czujność. Miał nadzieję, że żadnemu z tych idiotów nie przyjdzie do głowy, żeby wpaść na górę, zabawić się z Isobel. O nią się nie bał, bo wiedział, że taki frajer umierałby długo w kałuży własnej krwi, ale wtedy mieliby na karku resztę MP, a to nie służyło ich aktualnym interesom.
Cała ta wyprawa do Orlando była szaleństwem, ale w sumie i tak nie mieli nic innego do roboty, a może przy okazji współpracy z mafią uda się coś zarobić, albo ugrać z tego coś dla siebie. Myślał tak leżąc na skrzypiącym sprężynowym łóżku, wpatrując się w pokryty pajęczynami sufit. Z dołu rozległy się znowu śmiechy pomieszane z piskiem kobiet. - Jak się bawić to się bawić, drzwi wyjebać okna wstawić - szepnął do siebie i ziewnął.
Ranek przywitał ich słońcem wpadającym przez resztki rozbitych okien. Szybko się pozbierali i zjedli krótkie śniadanie. Na podwórzu zajazdu kierowca odpalił już silnik i czekał na pasażerów.
Wyszli na zewnątrz i zobaczyli ustawione przed budynkiem pojazdy Patrolu. Kilka motocykli i jeep w niezłym stanie z karabinem maszynowym na pace. Nascimento z lekka zazdrością spojrzął na te gamble. Taki jeep byłby teraz ich wybawieniem, byli by w Orlando może szybciej niż z FIST-em. Gdzieś za plecami usłyszął gwizdy i uwagi rzucane do Isobel, kobieta zignorowała je lekceważącym prychnięciem. Ruszyli mijając pojazdy MP.
Młoda dziewczyna, jedna z grupy ukrywającej się pod podłogą była obleśnie obmacywana przez żołnierza Motorway Patrolu, próbowała się wyrywać, ale ku uciesze pozostałych jej wysiłki spełzały na niczym. Daniel zwolnił w pół kroku, spoglądając ponuro na tę scenę.
Słowa Isobel ponagliły go. Ruszył za nią, wpatrując się w kusząco kołyszące się biodra czarnowłosej kobiety.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
Stary 17-11-2014, 04:12   #10
 
Dziadek Zielarz's Avatar
 
Motocyklista zarechotał z uciechą wymierzając następny kopniak skręcającemu się w błocie podrostkowi. Kolejny typek, najwyraźniej zaciekawiony odgłosami dobiegającymi z podwórza, pojawił się niespiesznie na werandzie z butelką piwa w dłoni. Zmarszczył brwi, obdarzając kolegów karcącym spojrzeniem, po czym jak gdyby nigdy nic oparł się o barierkę i splunął soczyście przywołując na twarz charakterystyczny, znudzony wyraz. Nietrudno byłoby sobie wyobrazić jak w mgnieniu oka rozpętuje się tutaj strzelanina, kule z poderwanych gwałtownie luf szatkują karoserie pojazdów, jak po jednej i drugiej stronie zdezorientowani ludzie padają na ziemię zaciskając dłonie na nagle powstałych w ciele ranach, a krokodyle i bagienne robactwo wypełzają na kolejną krwawą ucztę. Nic prostszego w dziurze takiej jak ta. Wszystko tylko dlatego, bo kogoś ukłuło sumienie.

Ostatnie błagalne spojrzenie dziewczyny rzucone w stronę Latynosów rozbiło się o mur obojętności. Trójka oddalała się spokojnie, nie patrząc nawet na szamotaninę. Silnik warknął, gdy zasiedli na swoich stanowiskach, a szarpnięcie obwieściło wznowienie podróży. Zabudowania, szybko zniknęły z pola widzenia ograniczonego plandeką ustępując miejsca dzikiej roślinności i krętemu pasmu błotnistej drogi. Z oddali dobiegły ich jeszcze radosne wrzaski i kilka suchych trzasków wystrzeliwanych pocisków, po czym bar i jego problemy zniknęły zupełnie.

Isobel przygryzła wargę, przesuwając palcem po końcówce noża. Kiedyś, sto lat temu, pewnie wyjmowała by teraz ostrze z gardła obleśnej świni dobierającej się do dziewczyny, teraz nie czuła w zasadzie nic, może drobny niesmak spowodowany samym zajściem, ale niewiele było w tym złości, czy poczucia winy. Wydawało jej się, że nauczyła się o świecie dostatecznie wiele, by podobne sytuacje nawet jej nie obeszły, a jednak miała pewne wątpliwości. Spojrzała na Corso, który w najlepsze rozwalił się na worku z kawą i zakrył twarz bejsbolówką, oraz na Daniela który od dłuższej chwili patrzył na nią uśmiechając się nieznacznie. Zastanowiło ją ile w tym uśmiechu było szczerości, ilu napastników, ile gambli potrafiłoby go zmienić.


Seria przecięła ziemię tuż koło niego. Ciężki trup przyjął na siebie kilka kul przeznaczonych dla Jima, podnosząc mu i tak już szalone od strachu i adrenaliny tętno. Ręka mężczyzny wymacała przy denacie obły kształt rękojeści noża, po czym krótkim szarpnięciem wyswobodziła go zza paska. Z ostrzem w garści czuł się o niebo pewniej niż bez niego, choć dalej była to mizerna przewaga przeciw serii z karabinu. Broni palnej, o ile strażnik w ogóle nią dysponował, nie potrafił zlokalizować. Pocieszał się nadzieją, że jego sprzęt leży na ciężarówce, którą go tutaj przywieziono, ale gwarancji nie mógł mieć żadnej. Thomson spiął mięśnie zrzucając z siebie krwawiące zwłoki, po czym tak szybko jak pozwalały mu na to obolałe kończyny poderwał się do góry.


Wokół panował chaos, w którym trzask karabinów zlewał się w jedną huczącą całość, a rudy pył wzniecony dziesiątkami par nóg dramatycznie utrudniał widoczność. Część ludzi kryła się za pojazdami, załomami budynków i prowizorycznymi barykadami, ale większość znajdując się na otwartej przestrzeni uciekała w stronę baraków, albo padała na ziemię w nadziei uchylenia się przed kulami. Gniazdo karabinu maszynowego na wieży pruło w stronę wzgórz, obsypując stojących na dole gorącym deszczem łusek. Wokół Małego było trochę wolnej przestrzeni, teraz usłanej ciałami ofiar samosądu i tych podziurawionych kulami, ale nikt wydawał się nim nie przejmować. Porwał z ziemi jeden z porzuconych pistoletów z nadzieją, że w magazynku zachowało się jeszcze dość kul, by wywalczyć sobie wolność. Kto atakował, kim byli porywacze, dlaczego walczą? Pytania cisnęły się z szybkością pocisku, ale skołatane myśli wypluły tylko krótkie: „spadam stąd”. Jim zakasłał spazmatycznie i zasłaniając usta przed gryzącym pyłem, zgięty w pół, ruszył w stronę majaczących na uboczu sylwetek samochodów.

Część strażników wciąż znajdujących się na wozach prowadziło ostrzał, inne pojazdy ruszały gwałtownie zabierając ze sobą całe grupy. Nie sposób było stwierdzić, gdzie podział się zrabowany sprzęt. Thomson dopadł do otwartej paki stojącego na uboczu transportu, którym tutaj przyjechał, gdzie miał nadzieję znaleźć plecak, jednak zamiast spodziewanych tobołów znalazł tam tylko kilka walających się bez ładu pustych skrzynek po amunicji. Mały schylił się odruchowo, kiedy kolejne pociski śmignęły w powietrzu. Miał niesamowitego farta, że sprawiedliwość upomniała się o porywaczy właśnie teraz, więc głupio byłoby po prostu dostać kulkę. Bez sprzętu może być ciężko, ale i tak musiał wiać stąd jak najprędzej. Linia zarośli, którą początkowo obrał za najlepszy kierunek ucieczki znajdowała się niebezpiecznie daleko od jego pozycji, do tego musiałby biec przez pusty plac. Potrzebował osłony…

Z przodu dobiegło go siarczyste przekleństwo. Drzwiczki od kabiny trzasnęły, a po chwili zawarczał zapuszczany silnik. Mały niewiele myśląc wskoczył na pakę i położył się płasko, zaraz po tym kiedy ze zgrzytem sypiącego się spod kół żwiru pickup ruszył naprzód zostawiając za sobą chaos toczącej się bitwy. Wóz trząsł się na wybojach, tak że Małemu ledwo udawało się utrzymać na pace, kurczowo trzymającemu się burty. Z trudem śledził, w którą stronę zmierzają, dość że wieża obserwacyjna zaczęła się oddalać. Słyszał silniki innych pojazdów, ale nie był w stanie ich dostrzec leżąc na metalowej podłodze. Widział tylko niebo i szczyty drzew znikające z pola widzenia.

Szalony rajd nie trwał długo. Nagle zewsząd znowu rozległy się strzały, brzęknęła pękająca szyba i samochód zakręcił gwałtownie. Mocne szarpniecie rzuciło Jimem na ścianę kabiny, gdy wóz wyrżnął w jakąś przeszkodę i stanął w miejscu wciąż mieląc kołami. Chłopak leżał przez chwilę oszołomiony, obolały i zdezorientowany. Mały z trudem podniósł się do pozycji siedzącej i zajrzał do kabiny. Tylna szyba zbryzgana była krwią kierowcy, trup zwisał smętnie przewieszony przez kierownicę cały pokryty szkłem z przestrzelonej szyby. Od strony lasu wychodziły w jego stronę ludzkie sylwetki, nie był w stanie ich policzyć. Coś wołali, ale krew szumiąca w uszach wszystko zagłuszała. Mały z trudem zmuszał się do siedzenia prosto.

- Rzucić broń! – padła komenda – Poddajcie się, jesteście otoczeni.


Na metalowym stoliku w rzędach stały szklane buteleczki pełne różnokolorowych płynów, palnik podpięty do butli z gazem, oraz tacka, na której spoczywały starannie oczyszczone z błota znaleziska. Nie było tego wiele, ot kilka spękanych, plastikowych dozowników i przeżarty rdzą kawał blachy. opatrzony logiem planety. Reszta utonęła w bagnie.

- Ciekawe. – Jacob zbliżył próbkę cieczy do twarzy – Mówisz, że to miejsce pojawiło się niedawno?
- Tak. – odparł Kael siedzący w wiklinowym fotelu z nieodgadnioną miną. - Pewnego dnia po prostu znalazłem je, w samym środku słonych bagien.
- Pod względem fizycznym nie odbiega za bardzo od zwykłej wody – trącił szklaną buteleczkę palcem, jakby spodziewał się nowego efektu – ale nie mam tutaj warunków, żeby to potwierdzić. Zresztą nieważne. Ktoś jeszcze o tym wie?
- Niewielu. Mało kto się tam zapuszcza.
- Rozumiem.

River odstawił próbkę obok reszty znalezisk i złączył palce w zamyśleniu. Sprawa budziła w nim wiele pytań, jednak sama próbka i zniszczone pojemniki to za mało, żeby wyciągać daleko idące wnioski. Sądził, że bagno nie miało w sobie niczego nadzwyczajnego, nie...coś musiało tam trafić, a potem być stamtąd zabrane. Tylko skąd się tam wzięło. I po co? Miał pewną hipotezę, coś w końcu przygnało go do tego miasta na końcu świata, ale nie chciał się przedwcześnie zdradzać przed swoim towarzyszem.

- Zdajesz sobie sprawę, przyjacielu – zaczął Jacob obracając się do Kreola – że jeśli nasze przypuszczenia się potwierdzą, jeśli ta… substancja – to słowo wymówił ze szczególnym namaszczeniem – naprawdę istnieje, to skończy się czas półśrodków?

Tamten tylko kiwnął głową, nie zmieniając wyrazu twarzy ani na chwilę.

- Dobrze więc, wyślij ludzi, niech dowiedzą się ile mogą. Ja zajmę się laboratorium.


Trasa przebiegała monotonnie. Drzewa powoli się przerzedzały coraz częściej ustępując miejsca szerokim rozlewiskom okolonym gęstym sitowiem. Co jakiś czas droga zakręcała nad wielkie jezioro, którego przeciwny brzeg był zupełnie niewidoczny nawet wtedy kiedy pogoda się poprawiała. Czasem miało się wrażenie, że zboczyli z kursu i dotarli nad morskie wybrzeże, brakowało tylko krzyku mew i warkoczących kutrów. Koło południa minęli spore osiedle położone na północnym brzegu jeziora, które wyglądało jakby ktoś wyciął kawał slumsów Miami i umieścił je w środku bagien. Byle jakie rudery, murszejące zgliszcza, długie pomosty zbite z byle czego pokrywające nabrzeże, nawet resztki skruszałych wieżowców powalonych na ziemię. Łachmaniarze i zakapiory odprowadzający ich wzrokiem nie wyglądali zachęcająco, toteż ani myśleli zatrzymywać się tutaj w nadziei na uzupełnienie zapasów. Wedle słów Corso była to pozostałość po dawnym miasteczku Okeechobee, które swego czasu cieszyło się opinią ziemi obiecanej dla wszelkiego rodzaju anarchistów, wolnościowców i innych szeroko pojętych wrogów porządku panującego w Miami, póki pewnego dnia nie odwiedził ich pluton Motorway. Próbowali przez chwilę podpytywać metysa o MP i układ jaki między nimi panuje, ale nadaremnie. Facet zbywał pytania jakimiś ogólnikami, ale było widać że ich ciekawość go irytuje.

W ciszy jaka wkrótce zaległa minęli zrujnowane Okeechobee i jechali jeszcze przez dobrą godzinę, gdy nagle ciężarówka zwolniła, po czym zatrzymała się zupełnie. Spojrzeli po sobie pytająco, po czym wyjrzeli na zewnątrz. Na wąskiej grobli oddzielającej dwa rozlewiska ustawiono barykadę ze starych wraków i worków z piaskiem, przy której kręcili się ludzie z długą bronią. Pojawienie się ciężarówki najwyraźniej wzbudziło w nich pewne zainteresowanie. Dwóch strażników zbliżyło się do nich, ale po krótkiej rozmowie z kierowcą i skrzynce towaru oddanej w ramach łapówki odsunęli zaporę i puścili ich dalej.

- Co to za jedni? – Daniel zagadnął od niechcenia.
- Ludzie Juareza. – rzucił Corso – Taki tutejszy boss, tyle że każe nazywać się generałem. Swego czasu wykosił konkurencję i położył łapę na wszystkim, ale mówi się że ostatnio pali mu się pod tyłkiem. Jakieś bojówki, czy coś. Nieprzyjemna sprawa.
- Jakaś rebelia, o której mówisz dopiero teraz? – ton meksa zrobił się wyraźnie chłodniejszy
Corso tylko wzruszył ramionami, po czym widząc marsową minę Nascimento dodał – Ja tam nie wiem, póki nie ruszają karawan to się nie interesujemy. Jakby do nas zaczęli strzelać to byśmy przestali z nimi handlować, nie? Zresztą Orlando zawsze było neutralne, więc co was to obchodzi?

Podróż ciągnęła się niemiłosiernie długo, wątpliwie urozmaicona zarośniętymi bagnami, które wkrótce znowu porosły gęstym lasem. Niekiedy mijali mniejsze osady, ale były przeważnie wyludnione, albo nosiły na sobie ślady niedawnych walk. Szczęściem nie natrafili na więcej patroli, do tego stara droga przelotowa, na którą wkrótce wjechali okazała się przejezdna, toteż tempo podróży znacznie wzrosło i już pod wieczór znaleźli się na przedmieściach Orlando.

W szarości zmierzchu zapyziałe opłotki nie różniły się wiele od typowych przedmieść Miami. Rzędy wiat i sypiących się domów ściśniętych na małych przestrzeniach przyrośnięte do brudnych ulic i szare sylwetki kręcące się bez celu wyglądały zupełnie znajomo, podobnie jak brudne, zarośnięte bajora i sieć mostów przerzuconych miedzy sąsiadującymi ze sobą wysepkami. Wystarczyło jednak przejechać kilka przecznic by asfaltowa droga i rzędy budynków schowały się nagle pod powierzchnią mętnej wody wypełniającej ogromne zapadlisko ciągnące się niemal po horyzont.


Gdzieniegdzie spod powierzchni karykaturalnego jeziora sterczały kikuty ocalałych wysokościowców, resztki słupów transformatorowych, albo pojedyncze konstrukcje masztów telewizyjnych, jednak zdecydowana większość niegdyś sporego miasta była pod wodą. W oddali, niby skorupa ogromnego żółwia górowała nad wszystkim olbrzymia kopuła stadionu miejskiego. Liczne pomosty i zacumowane przy nich jednostki sugerowały, że zatopione budynki wciąż są używane, jednak uzbrojona ochrona nabrzeża odstraszała od bliższego zapoznawania się z portem. To co pozostawało na suchym lądzie prezentowało się dość ubogo.

Większość zabudowań była jednym wielkim slumsem z ulokowanym wewnątrz bazarem, stanowiącym swoiste centrum, razem z dawną miejską obwodnicą, która okrążała zapadlisko i prawdopodobnie prowadziła dalej na północ. Stare bloki, sklepy, piętrowe parkingi i miejska infrastruktura były połączone plątaniną nadbudówek, ścian, balkonów i pomostów sprawiając wrażenie jednego wspólnego organizmu, jakiegoś pokracznego stwora, który przysiadł na skraju betonowego jeziora.

Ciężarówka zatrzymała się przy kompleksie blaszanych garaży ulokowanych przy wylotówce opodal wjazdu na bazar. Nie było pożegnań i życzenia powodzenia, tylko krótki uścisk dłoni i każdy odszedł w swoją stronę. Teraz pozostawało znaleźć Łysego Jackiego i źródło towaru. Bułka z masłem.
 

Ostatnio edytowane przez Dziadek Zielarz : 17-11-2014 o 14:55.
Dziadek Zielarz jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:09.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170