Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Postapokalipsa > Archiwum sesji z działu Postapokalipsa
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Postapokalipsa Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Postapo (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 29-08-2015, 06:55   #1
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 55907 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
[Neuroshima] Eden - Wiosenna Wyspa Skarbów

Wszyscy




Wiosna. Te słowo często znajdywało miejsce w myślach, rozmowach i planach osób które się znalazły w okolicach wielkich śródlądowych wód nazywanych kiedyś Wielkimi Jeziorami. Zima dała ostro w kość tej krainie. Jej lodowy nacisk odczuwały i żywe stworzenia wszelakie i nieożywiony sprzęt. Wreszcie jednak dzień zaczął się robić co raz dłuższy, śnieg stopniał pozostawiając po sobie nadmiar wody który przemnieniał się we wszędobylkskie błocko a i lód na rzekach i jeziorach stopniowo niknął odkrywając szarpaną wiatrem taflę wody.

Wiosna odmieniła dotąd zimową krainę wprowadzając własne rządy i porządki. Biele i jasne szarości śniegu i lody ustąpiły miejsca świeżej zieleni roślin, brązowoburemy błocku czy różnobarwnym plamom czegoś co kwitło wydając na świat kolejną generację na nowy sezon. Czy to kwitnące coś było w przedwojennych atlasach przyrodniczych czy nie chciało żyć i kwitło tak samo wiedzione nieśmiertelnym instynktem przetrwania. Świat budził się do życia po zimowym letargu. Z każdym dniem dzień wydłużał się a tajemnicza i niebezpieczna dla ludzi ciemność skracała swoją dominację nad ziemskim padołem. Również świat zwierząt zdawał się być bogatszy z każdym tygodniem. Część stworzeń przebudziła się z zimowego letargu, część powróciła z południa a inne po prostu stały się bardziej widoczne wyłażąc ze swych nor i leży.

Wiosna w naturalny sposób zamykała stary i otwierała nowy sezon. Okowy zimy które wstrzymały ludzkie podróże i wędrówki ustąpiły przedwojenne autostrady, drogi i ulice pełne przedwojenny wraków na poboczach znów zaroiły się pieszymi, konnymi, wozamy i ocalałymi okazami przedwojennej motoryzacji. O ile motywacje podrózników były różne od ciekawości świata urodzonych nomadów, poprzez chęć zysku, wyprzedzenie konkurencji czy zwykłą chęc podzielenia się z bliźnim czym się posiada ze stalą, ogniem i ołwiem włącznie to wszyscy zmagali się z podobnymi problemami i mieli podobne zapotrzebowanie na bezpieczną przystań choć na jedną noc, uzupełnienie topniejących zapasów czy zdobycie informacji o rejon przez jaki planowało się przejeżdżać.


---




Wyspa; Schron; poz. mieszkalny; Dzień 1 - rano



Schroniarze


Wiosna. Wiosna nie miała tu wstępu. Tak samo jak wcześniej zima i jesień. Pod ziemia panowały mniej więcej stabilne warunki bez względu na fanaberię aury na górze. A odkąd zimowa wyprawa Will'a przywróciła zasilanie warunki były zbliżone do przedwojennych. Wentylatory zaczęły swoją pracę odsysając wilgoć, grzejniki powłączały się przyjemnie grzejąc miejsca gdzie się uchowały, elektrycznem stabilne światło oświetlało miejsca gdzie się zachowała sprawna instalacja lub udało ją się przywrócić. A wraz z energią wróciły takie przedwojenne rarytasy jak lodówki, telewizory, małe lampki na kontakty czy komputery. Można było się poczuć naprawdę cywilizoawnym człowiekiem.

Starszy mężczyzna popatrzył na pomieszczenie. Podobało mu się to co widzi. Kuchnia i jadalnia wyglądały prawie idealnie. Czyste, wysprzątane, lścniące stalą i emalią kucharskiego oprzyżadowania. Na ścianach wisiała zawieszka z kompletem kucharskich noży błyszczących stalowymi ostrzami. W szufladach i szafkach były pochowane garnki, sztućce i talerze pozbierane wcześniej chyba z połowy bunkra. O to akurat musiał toczyć wieczne wojny z ich zaopatrzenowcem bo to całkiem chodliwy towar był na zewnątrz. Teraz jednak wciąż tam były czyste i gotowe do użycia. Jaki kucharz miał w tych czasach do dyspozycji taki sprzęt?

I trójkę małych pomocników bowiem utrzymanie porządku spadało na barki najmłodszych Schroniarzy. Było na tyle łatwe zajęcie by odciążyć dorosłych którzy i tak mieli wystarczająco wiele zmartwień i roboty, że nie było w co ręce wsadzić. Rezolutna Jenny, Tim niemowa i małomówna Monica o dziwnej urodzie nie byli jednak w stanie "zniknąć" blach i dykt na scianach któymi dorośli uzupełnili brakujące panele. To był jedyny ślad po zaciętej walce z dziwnymi, wielonogimi stworzeniami z którymi stoczyli kilka miesięcy temu. Stwory okazały się zwierzecą inteligencją najpierw szturmując kuchnię przemienioną w zaimprowizowaną twierdzę, potem przegryzając się przez ściany gdzie dopadły ich w środku aż wreszcie nie mogąc pokonać intruzów zakleiły ich w gigantycznym kokonie obejmującym całą kuchnię. Materia tego tworzywa zdawała się być niezniszczalna ale jednak Baba wpadł na pomysł jak z tego wybrnąć. Potem zaś kucharzowi udało się wejść samotnie do środka gniazda i je wysadzić ale to już całkiem inna historia. Teraz jednak po tych wydarzeniach nie został prawie slad poza pamięcią. Jedynie wygląd kuchni i reszty pomieszczeń mówił jak daleką przebyli drogę odkąd pół rok temu pierwszy raz wylądowali na Wyspie i nawet nie wiedzieli gdzie jest ten cholerny bunkier poza tym, że gdzieś tu jest. Pstryknął kontaktem i kuchnia pogrązyła się w mroku.


---


- Chomik! Nie wiesz gdzie jest Barney? - mała dziewczynka wypadła zza rogu i bez ceregieli spytała się idącego mężczyznę o ich lidera. Wyglądała na typowy kolorowy miks ale po czarno - latynoskich rodzicach to nie było dziwne.

- Pewnie u siebie. Wrócił z narady i poszedł do siebie. A czego od niego chcesz? - spytał kucharz zatrzymując się na chwilę. Barney co rano robił narady z planami na cały dzień. Kończyli czyszczenie dolnych poziomów z zarazonych. No i byłoby miłe i porządane wysłać jakąś delegację na pogrzeb choćby w imię dobrosąsiedzkich stosunków.

- Bo komputer się zepsuł. - rzekła bez cetegieli dziewczynka o oliwkowej cerze. No tak, przecież Stripperowi udało się naprawić kilka telewizorów i komputerów ot tak, do ogólnego uzytku i teraz nawet mieli coś jakby wspólną swietlicę gdzie można było wspólnie obejrzeć jakiś film, mecz czy nawet pograć coś jak kiedyś. Rzadko była okazja jednak bo walka o bunkier i przywrócenie go do pełnej sprawności pochłaniała ich bez reszty. Najwiecej czasu i okazji miały więc dzieciaki. I jak widać korzystały gdy tylko mogły.

- Komputer się zepsuł? Znowu? Co wy z nim robicie? - uniósł nieco zaskoczony brew. Naprawa sprzętów niekoniecznie niezbędnych leżała dość nisko na czele priorytetów schronairskich speców.

- Gramy w Countersrike'a. A wiesz, że wczoraj rozwaliłam Vince'a? - odpaliła bez żenady dziewczynka chwaląc się swoim osiągnięciem pokonania dorosłego. Choć akurat Vince był prawie ślepy po zimowych wydarzeniach i nawet Barney'owi niewiele udało się w tej materii zdziałać. Był lekarzem a nie cudotwórcą.

- O, Chomik! Szybko, do pokoju narad! - Barney wyłonił się zza zakretu od razu przykuwając uwagę kucharza. Szedł szybko, prawie truchtał a ton głosu wskazywał, że stało się coś poważnego. - Aaron zniknął. Nie ma go! Sprawdziłem na kamerze i wyszedł na powierzchnię. I zabrał ze sobą całe serum! - naukowiec nie owijał w bawełnę. Jednak jego słowa zmroziły wszystkich. Jeśli zabrał serum to bez niego przestanie działać jego hamujący efekt spowalniający dotąd od paru miesięcy chorobę.

- Serum zaaplikowane rano podziała może góra dobę, może pół. Potem wznowi się proces chorobotwórczy. Widzieliście nagrania wiecie jak to wygląda. A do tego Aaron jest kluczowy. Albo jest najbardziej podatny na działanie wirusa albo najbardziej odporny na serum. W kazdym razie na niego działa najsłabiej. No i może zarażać. Jak każdy kto z tamtąd wrócił. Nie przeprowadzałem tekich testów ale komputerowe symulacje wskazują, że jesli zakażona zostanie osoba nie otrzymująca dawki serum wirus będzie się u niej rozwijał w warunkach zblizonych do naturalnych. Baba, jesteś najszybszy. Przechwyć go zanim kogoś zarazi. I odzyskaj serum. - hibernatus sprezentował im krótką odprawę mówiąc co najwazniejsze. Wiedzieli, że ciągłe prace nad wirusem i serum pochłaniają większość jego czasu. Will z ekipą "czyszczycieli" zszedł już na dolne poziomy. Na górze ze sprawnych ludzi został właściwie tylko Baba, Chomik i Harry. I Kelly która rotacyjnie miała dziś wolne od akcji na dolnych poziomach.




Cheb; dzielnica południowa; cmentarz; Dzień 1 - rano



Chebańczycy


Wiosna. I to akurat deszczowa. A przynajmniej chmury się zbierały jakby miało lunąć. Niektórzy mówili, że nawet burza będzie. Mogła być bo chmury były naprawdę ciemne i grzmiało czasem. Były najemnik a obecnie szkoleniowiec skrzywił sie gdy musiał zsiąść z wozu. Już i tak opanował te hopsania na jednej nodze ale nijak to się miało do czasów pełnej mobilności gdy miał obie sprawne nogi. Dobrze, że po sąsiedzku jeden z młodszych Ridley'ów go podrzucił. Inaczej by mu zajęło naprawdę długo dokuśtykanie się na ten pogrzeb.

Wojskowy but rozchlapał kałużę gdy wojownik zeskoczył na niego. Kałuże i błoto były chyba wszędzie w tej przesiąkniętej wodą krainie. Do tego wraz z wiosną pojawiło się pełno latającego tałatajstwa które wylęgło się wraz z nadmiarem ciepła, słońca i zniknięciem śniegu. Potrafiły uprzykrzyć życie a bąble po ugryzieniach miał chyba kazdy.

Teraz jednak nie latajace robactwo było jego głównym zmartwieniem. Kuśtykając ku bramie miejscowego cmentarza miał czas pomysleć nad tym jak to się dziwnie czasem w życiu układa. Z brodatą głową Ridley'ów niezbyt mu się układało a teraz Ben był w niewoli w Detroit a on został ich sąsiadem. Dało się z nimi nawet poprawnie żyć gdy się uszanowało ich specyficzną moralność, zwyczaje i religijność. Choć brak głowy klanu dawał się im wyraźnie we znaki.

Sam Ben wraz z pozostałą jedenastką zabrali w zimie ze sobą Runnerzy jako zakładników. Nie mieli pojęcia co się u nich dzieje. Póki trwała zima nawet nie było co mysleć o podróży do Det. Zaś myśl o Det i jego mieszkańcach niezbyt była miła byłemu najmicie. To oni załatwili mu te kolano i przez nich był kaleką. Bez transportu niezbyt realne było też myślenie o opuszczeniu Cheb.

No i sprzęt. W walkach i niewoli stracił cały sprzęt jaki posiadał. Częściowo poratowali go Chebańczycy. Może się nie najadał ale nikt po spaleniu głównych zapasów żywności się tutaj nie najadał. Nie umierał przynajmniej z głodu bo Rudy Jack załatwił mu michę na własny koszt. A w tych chudych czasach to codzienna micha był znaczny wysiłek dla kazdego. Zwłaszcza, że sytuacja trwała tak od paru miesięcy i pewnie potrwa jeszcze następne parę. Wraz z wiosną sytuacja się poprawiała ale by załatać tak poważną wyrwę potrzeba było czasu.

Dalton zaś zaproponował mu stanowisko szkoleniowca własnie. Pasowało do kogoś z jego umiejętnościami. Z kulawa nogą niezbyt mógł podszkolic kogokolwiek w zwarciu ale ze strzlaniem było już trochę lepiej. Ale ciężko podszkolić kogoś w strzelaniu "na sucho". Mieli składać i rozkładać karabiny na czas? Do strzelania potrzebne było ammo do szkolenia też. A po wysadzeniu sklepu Andrew'a i zrabowaniu przez Runnerów zapasów z posterunku ammo w osadzie było tyle co kot napłapakał. Każdy jak już miał to trzymał dla siebie. Nieco sprawa sie poprawiła gdy okazało się, że jest trochę egzemplarzy używających ammo .22 LR którym nawet gangerzy wzgardzili. Więc szkolił ich na tym "cieniackim" ammo. Do wyrobienia odruchów strzeleckich mogło wystarczyć. Musiało nic innego nie mieli.

Jednak i ze szkoleniem był też problem czasu. Wraz z wiosną większość populacji koncentrowała się głównie na zdobywaniu pożywienia poswiecając szkoleniom minimalną ilość czasu. A po części... Po części zgadywał, że to i jego zasługa. Nadal był dla nich kimś obcym i z zewnątrz. A jego bezkompromisowa postawa podczas walk sprawiły, że przeciętny Chebańczyk trzymał do niego dystans. Kłaniali mu się, usmiechami, pozdrawiali na ulicy ale jednak na ogół nikt nie pałał chęcią nawiązywania z nim bliższych relacji.

No i gangerzy. Nadeszła wiosna i znów można było podróżować. Na przykład z Detroit do Cheb. Było pewne, że prędzej czy później się pojawią. Najpóźniej znów w zimie po kolejny haracz. Ale wszscy spodziewali się ich raczej wcześniej. Wiedzieli już o bunkrze więc większość obstawiała, że raczej spróbują się dostać do niego.




Detroit; dzielnica Sand Runners'ów; kręgielnia; Dzień 1 - rano


Gangerzy


Wiosna kurwa. No wreszcie! Ile może być tej cholernej zimy co nawet Liga zawiesza Wyścigi na te parę miesięcy? Poza tym spraw było trochę do załatwienia i czas i okazja tych wiosennych miesięcy wreszcie pozwalały się nimi zająć.

- No i co? Gotowe? - spytał brunet z założonymi na piersi rękami patrząc pytająco na starszego mężczyznę z opaska na oku.

- Tak. Teoretycznie tak. Ale praktykologicznie to muszę jeszcze przeprowadzić testy. - odparł starszy mężczyzna w nieprzemakalnej kurtce.

- Jakie testy? - spytał szef unosząc nieco brew i mrużąc oczy w podejrzliwym spojrzeniu.

- Muszę spróbować z czymś podobnym u nas. Inaczej się tego nie zrobi. - rozłożył ręcę krzywiąc się nieco facet w opasce na oku.

- A jak wysadzisz to starczy ci potem na akcję? - brunet chciał się upewnic co do ilości posiadanych zasobów.

-Jak nie starczy to dorobię. Z nią powinno się udać. - pokiwał głową ten z opaską wyjmując z kieszeni niewielkie, owalne pudełko niewiele większe od jakiejś przedwojennej pomadki.

- A jak ona sobie radzi? - spytał brunet opierając się o kant biurka najwyraźniej zainteresowany tym nowym elementem dyskusji.

- Radzi. Ma świetnie opanowana teorię. A praktyka to właściwie jak z gotowaniem czy robieniem ciasta. Wystarczy znać przepis i się go trzymać. No i kurwa wreszcie ktoś kto rozróżnia, że nitro do bryk i nitrogliceryna to kurwa nie to samo jak mi raz jeden debil co mi podesłaliście wlał do silnika... - aż pokręcił głową do tego wspomnienia. - Dobrze, że wysadził tylko siebie i ten swój wrak. Ale ciekawy lej został... - pokiwał głową przypominając sobie o tej pamiątce z tamtych wydarzeń która została do dziś. Wydobył z pudełeczka przdwojenną wykałaczkę i wcisnął ją między zęby.

- To jest jeszcze jakieś nitro poza tym do samochodów? - zdziwił się milczący dotąd, łysy mężczyzna najwyraźniej nie mogąc powstrzymać ciekawego, motoryzacyjnego wątku.

- O właśnie o tym mówię. - wskazał palcem na łysego mięśniaka ten najstarszy z zebranych z opaską na oku. - Dobra ja idę wysadzić jakiś bank. - uśmiechnął się i lekko kuśtykając machnął ręką na pożegnanie swoim rozmówcom i opuścił pomieszczenie chowajac pudełeczko z drewnianymi drzazgami do kieszeni.

- Dobra... Ale nawet jak on znajdzie sposób to jak tam wrócimy? Przecież lód już stopniał to teraz z buta nie przejdziemy. - spytał po chwili ten łysy kierując pytające spojrzenie na faceta opartego o biurko.

- Nie przejmuj sie tym. Coś wymyslę. - odparł uśmiechając się lekko czarnowłosy facet w skórzanej kurtce sięgając dla odmiany po paczkę fajek.

- No dobra. Ty tu jesteś szefem. - rzekł łysy nieco unosząc otwarte dłonie w obronnym geście. Milaczeli chwilę gdy obaj zajęli się odpalaniem swoich skrętów. - Dobra ale powiedz mi jedno bo tego za cholerę nie rozumiem. Po cholerę ją bierzesz na mecz? Ona się nie nadaje. Weźmy kogoś innego. Kto chociaz biegać umie a nie mówię o zgraniu czy strzelaniu z resztą zespołu. - wyglądało, że łysy wyrzucił z siebie coś co go dręczyło od jakiegoś czasu. Teraz jak zostali sami mogli pogadać. Jeszcze był czas mecz był przecież jutro.

- Słyszałeś warunki Huronów? Mają być dwie laski. Viper to jedna i musieliśmy mieć jeszcze jakąś. - wzruszył ramionami szef wydmuchując pierwszy kłąb gandziowego dymu.

- No to dobra, weźmy jakąś fajterkę. I do cholery nawet u lasek mamy takie co są z nami dłużej niż ona. Wiesz, do leczenia to ona jest pierwsza klasa ale do latania z karabinem? Czemu się tak na nią uparłeś? - łysy nie mógł najwyraźniej pojąć logiki szefa. Kręcił z zadziwieniu głową i przy okazji kreśląc ciekawe wzorki żarem ze skręta podczas machania ręką dla podkreslenia swoich słów.

- Tak ale ona była z nami w Cheb. - czarnowłosy wskazał zastępcy punkt razem z wycelowanym w niego żażącym się skrętem.

- Wielu było. Lasek też. - łysy nie dał się zbyć, znieruchomiał i patrzył wyczekująco na szefa.

- Tak ale chodzi mi własnie o nią. Chcę ją sprawdzić ile jest warta w goracej chwili jak kule swiszczą nad głowami. Czy jest z nami tak naprawdę czy nie. Kiedy chcesz ją sprawdzić? Na prawdziwej akcji? Zaryzykuje dla nas swoim życiem czy nie? To nie jest jakiś szeregowiec z klamką chodzi blisko nas. A nic o niej nie wiemy tak naprawdę. U kazdego z was wiem czego się spodziewać jak będzie gorąco tylko o niej nic nie wiem. - w końcu wyłuszczył sprawę szef patrząc na swojego zastepce, przenikliwy, inteligentnym spojrzeniem które miał zawsze gdy mówił o czymś poważnie.

- No ok ale żebyśmy przez te twoje sprawdzania nie przerypali meczu. I to kurwa Meczu Owarcia. Widziałeś kogo oni wystawiają? Big Mo Kovalsky? No kurwa, mówią, że jest niezniszczalny. Albo Trzy Pióra? Podobno jest najlepszym tropicielem w mieście. A na sześć osób z taką klasą u nich to każda osoba jest ważna. Nie możesz jakoś jej sprawdzić kiedy indziej albo inaczej? To nie będą żarty, trzeba wybrać z najlepszych i się zgrać a widziałeś co ona wyrabia na treningach? Nawet za nami nie nadąża, jest prawie ślepa, nie reaguje na komendy a o strzelaniu nie ma co nawet wspominać. Przecież nie da się zniej zrobić w parę dni żołnierza. Guido, mówię ci, wymieńmy ją na kogoś kto chociaz biegac umie. A na akcji zostanie w jakimś samochodzie na zapleczu i będzie zszywac naszych rannych. No co ci szkodzi? Jeszcze da się to odkręcić z tym meczem. Ona też na szczęsliwą nie wygląda, że musi brać w tym udział. To nie jest dla niej zajęcie. - wyrzucił z siebie całą litanię powodów i logiki która zdawała mu się oczywista i nie mógł pojąć, że tak przebiegły zazwyczaj szef zachowuje się jakby tego nie dostrzegał.

- Zostanie na zapleczu podczas akcji? W tym chebańskim kurwidołku? Jak Berkovitz? Jakoś mu to nie pomogło no nie? - prychnął szef patrząc na łysego. Ten też się skrzywił bo los ich poprzedniego lekarza nadal był punktem zapalnym i złożeczeń jakie wywoływało u nich to wspomnienie.

- No to przydzieli jej się kogoś do ochrony. Może te dwa dowcipnisie chyba im się z nią dobrze układa. I znasz ją. Nie wiem jak ona się uchowała bo jakby ją Borgo poprosił o optrunek to pewnie też by go opatrzyła. Ona ma chyba coś z głową ale jednak tym bardziej się nie nadaje na tak ważny mecz jak jutro. - łysol nadal próbował przeforsować swoją wersję nie mogąc zrozumieć uporu szefa.

- Taylor stary druchu i dlatego właśnie, ze to taki ważny mecz musi tam pójść i być z nami. To ją z nami zgra. Widzisz kto startuje no nie? Kiedy ostatni raz pamiętasz tak silny skład? No właśnie... To będzie mecz nie tylko otwarcia ale i dziesięciolecia. Ludzie będą o tym gadać latami nieważne jak się skończy. O ona tam wyjdzie i będzie z nami. Wszyscy będą to widzieć. Ona też. Przestanie być przybłędą w dziarach i kurtce Runnerów i zacznie być Runnerem. I dlatego musi tam z nami być. Do Cheb i tego skarbca zabiorę tylko pewnych ludzi. Tam też będzie ciężko. Ale kurwa Taylor! Tam jest bunkier co ma działajace kamery i drzwi! To chuj wie co tam jeszcze działa ale coś musi. Jak go dorwiemy to nam będą wszyscy mogli na widły skoczyć. I dlatego musimy go mieć dla siebie. A ona będzie z nami. Ale sama pisze swój los i w jakim charakterze to się okaże po meczu. - Guido zgasił peta w ciężkiej popielniczce wyrzeźbioną na kształt kabrioleta a Taylor w mniejszej z logo Marllboro. Musiał teraz przyznać, że gadka szefa ma jednak swoje racje w perspektywie wykraczające poza sam mecz. Co nie zmieniało faktu, że realnie będą grać w piątkę przeciw elitarnej szóstce Huronów.

- Harris zapłacił? - spytał czarnowłosy biorąc ze stołu klucze od samochodu. Widząc przeczące kręcenie głową zastępcy wzruszył ramionami. - Trudno, jego pogrzeb. Poślij do niego bliźniaków. - rzekł obojętnie przepuszczając łysego przodem i zamykając swoje biuro.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami

Ostatnio edytowane przez Pipboy79 : 02-09-2015 o 14:12. Powód: Ogólna zajawka do wstępu sesji
Pipboy79 jest offline  
Stary 05-09-2015, 01:40   #2
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 55907 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Tura 1 :) Witam wszystkich na pokładzie WWS :) cz.1/2

Wyspa; południowy sektor; peryferia osady uchodźców; Dzień 1 - południe




Bosede "Baba" Kafu



Wiosna. Nowa pora roku i nowe problemy. Na przykład z burzą. Od rana się zbierało no i w końcu się uzbierało. Lunęło i to ostro jakby woda z nieba zamierzała wbić ziemię pod ziemię. Dłuższe przebywanie na otwartej przestrzeni było przynajmniej nieprzyjemne a może nawet bolesne. Czym się to mogło skończyć świadczyły ułamane tu i tam gałęzie które nie wytrzymały naporu wichury. A mimo to te stężenie spadającej choć męczące i uciążliwe musiało się w końcu skońćzyć.

Gdy się skończyło jednak pozostało coś więcej poza wiatrołomem, kałużami i błotem. Kelly twierdziła, że to jakiś pomarańczowy osad, jakby piach z dalekich pustyń na południowym zachodzie. Olbrzymi mutant musiał jej wierzyć na słowo. Ten piach czy pył nijak nie emanował ciepła więc dla niego był tak samo niebieski jak błoto rozbijane swoimi pazurami. Za to wuczuwał faktycznie jakiś nietypowy zapach choć po burzy to aż tak dziwne nie było.

Teraz z Kelly mieli inne zmartwienie: Aaron. Nie zdążyli go odnaleźć przed burzą bo gdy wyszli na świat na powierzchni padało już w pełni. Wyszli oboje bo Kelly chciała brać w tym udział skoro chodziło o jej człowieka. Zaś Chomik i Harry zostali jako rezerwa i mogli wspomóc albo ich, albo drużynę Will'a na dole. Więc z rudowłosą najemniczką ścigali zbiega razem.

- Zabrał ze sobą swój sprzęt. Więc nie zamierza wracać. Naszego nie ruszył. - rzuciła krótko do większego towarzysza Parcker. - Przygniotła go ostatnia diagnoza Barney'a. Ciężko to zniósł. Ciężej niż myślałam. Wiesz, Barney powiedział mu, że ma najbardziej zaawansowane stadium. Myślę, że chce wrócić do naszej bazy i tam szukać ratunku. Serum mu potrzebne na podróż. - podzieliła się z nim swoimi przemyśleniami. Jej zbiegły snajper okazał się człowiekiem całkiem zaradnym. Gdy wczoraj on miał turę wolną był na powierzchni już najwyraźniej nosząc się z zamiarem opuszczenia bunkra. Burza zatarła wszelkie ślady ale jedynym sensownym kierunkiem w jakim udać mógł się zbieg była osada chebańskich uchodźców.

- I Baba. Ty też możesz tam się udać. Tam możemy ci pomóc. Ale znasz zasady. - widział jak żółta plama jej twarzy skierowała się w górę na niego z ukosa gdy najwyraźniej spojrzała na jego twarz która była najmniej odmieniona w stosunku do reszty przesyconego mutagenami i wszczepami ciała. Choć po ostatniej zimie została mu na niej metalowa płytka zakrywająca prawie połowę ciała gdzie potwór zwany przez Clayd'a trollem zdarł mu ciało aż do kości i zębów. Na takie ubytki nawet Barney nic poradzić nie mógł więc po prostu zamontował mu tą płytkę co jak okresliła Monika "by jedzenie nie przeciekało na drugą stronę". No faktycznie teraz nie miał znów z tym problemów. Ale z taką płytką wyglądał nawet z twarzy jak najczęściej spotykane wyobrażenie cyborga.

Widział też o czym wspomniała rudowłosa najemniczka. Białaczka. Niewidzialny nawet dla jego zmysłów zabójca w postaci twardego promieniowania wniknął w jego ciało i skumulował swoje mordercze działanie. Twarde promieniowanie przeniknęło jego komórki ale jego silny i zmodyfikwany organizm w połączeniu z kuracją zaserwowaną z zasobów binkra i pod specowym okiem Barney'a dały radę je przezwyciężyć. W większości. Barney nic nie mógł poradzić na jego szpik kostny który był... A właściwie go nie było. A jak mu tłumaczył bez tego narządu pociągnie góra miesiąc nim umrze. Chwilowo sztucznie podtrzymywał go przy życiu aplikując mu lekarstwa bo bunkier o medyczno - eksperymentalnym profilu posiadał cuda nawet na takie okazje. Ale ich zasoby się kończyły i obecnie musiał albo zdobyć nowe albo znaleźć nowy szpik do przeszczepu. Choć Barney twierdził, że musi być specyficzny tak samo jak całe ciało Bosede i sprawa zapowiadała się trudno. Zwłaszcza, że naukowiec był w wiekszości skoncentrowany na pracach nad serum i ich ciągłemu modyfikowaniu dla ratowania prawie połowy ich zalogi co wyłączało go z sensownych prac nad resztą projektów.

Podróż o jakiej wspomniała najemniczka była mozliwa. Zwłaszcza jakby udali się w nią razem. Jednak to jak każda większa i dalsza podróż wcale nie zapowiadało się lekko i nie było pewne. Oznaczałoby też pozostawienie przyjaciół na miejscu i to teraz gdy przyszła wiosna a tych gangerów można się było spodziewać w każdej chwili. No i te "zasady" o jakich mówiła Kelly. Wiedział do czego pije. W końcu powiedziała mu jeszcze w zimie gdy spotkał ją po raz pierwszy. Z rozmyślań wyrwał go ruch. Widział już pierwsze sylwetki ludzi na obrzeżach lasu. Zbieracze szukali po lesie czegokolwiek do jedzenia. Wszelkie większe zwierzęta a Wyspie dawno zostały wybite i zjedzone. Głód był powszechny i skłaniał obecnie ludzi do takich wyszukanych potraw jak potrwaka z kory czy wywar z pokrzyw. Na szczęście były wody jeziora i po stopnieniu lodu jego zasoby głównie zapobiegały by bestia głodu nie podniosła łba zbyt wysoko choć jej pomruk był wyczuwalny w żołądkach i myśleniu wszystkich w okolicy.




Wyspa; Schron; poziom wirusologii; Dzień 1 - południe




Will z Vegas



Wiosna. Czyli parę miesięcy. Tyle czasu im zajęło wylizać się z ran i wyczyszczenie tej przeklętej wirusologii z zarażonych tym strasznym wirusem. Obecnie własnie mogli odtrąbić zwycięstwo w tej bitwie. Obrzyn rozchlustał łepetynę nadbiegającego odmieńca którym zachwiało i stracił równowagę upadając. Mimo to ten wychudzony cherlak okazał się niespożytą żywotnością którą zdołali poznac tak dobrze i zaczął podnosić się z podłogi. Drugi pocisk z obrzyna rochlastał mu jednak szyję wraz rozchlapując jej resztki wraz rozbryzgami nienaturalnie gęstej i ciemnej krwi. Do nozdrzy handlarza doszedł zaś zapach niespalonego do końca prochu z jego broni. Obrzyn był pusty więc zaczął go przeładowywać.

Nie musiał się z tym spieszyć bo mimo, że nie był to ostatni przeciwnik który biegł w ich stronę to jednak mieli spory margines bezpieczeńśtwa. Byli skryci za Siekaczem. Czyli wózkiem widłowym obitym blachą jako improwizowanym pancerzem z masa kolcy, śmigieł i obrotowych łańcóchów które Baba wymyślił a Stripper zmajstrował. W efekcie na tak w sumie tępego przeciwnika powstała prawdziwa maszyna zgłady która była w stanie rozsiekać większość przeciwników którzy do niej się zbliżyli. Niestety ze względu na swoje gabaryty i "zamaszystość" nie dało się nią wjechać wszędzie a wirusologia niestety obfitowała w mnóstwo drobnych labów i magazynów. Niemniej świetnie się sprawdzał jako ruchoma blokada odcinająca dany kawałek sektora nie pzowalając zarazonym wyjść przynajmniej tym wejściem gdzie stanął. Właśnie zza jego ruchomej tarczy póki się dało prowadzili ogień.

Kolejnego przeciwnika rozsiekał ich robot. Nieduży beczułkowaty robocik z całą masa ostrzy ze swoją skocznością sprawdzał się znakomicie w takich przejściach siekąc zarażonych bezlitośnie. Teraz gdy Stripper odzyskał sprawność, po "sprzątaniu" naprawiał go na bierząco a podczas sprzątania sterował nim osobiście ze swojego panelu wspierając ich pośrednio a dzięki robotowi bezpośrednio. Pośrednio bo nakaz hibernatusa był jasny i zrozumiały dla kazdego mieszkańca podziemnej budowli. Oczyszczaniem wirusologii mieli się zająć ci którym zarażenie już nie groziło. Nie było potrzeby narażać na to pozostałych mieszkańców skoro ryzko było tak wielkie.

Wściekły Pies wyhylił się i z satysfakcją dobił jakiegoś zarażanego który po przecięciu na pół przez śmigła czy łańcuchy wciąż czołgał się w ich stronę a leżąc był poniżej furkoczącej stali. Jego wierny druch Chomik, pozostał na górze i choć proponował użyczenie im swojego miotacza to Barney się nie zgodził. Ryzyko pożaru i niepotrzebnych szkód było zbyt duże. Poza tym mogli w ten sposób stracić w pożarze coś co mogło im pomóc wykaraskać się z tej sytuacji.

Will zdołał już przeładować obrzyna który na tak krótkie odległości był morderczo skuteczny. Szukał teraz następnego celu. Widział, że Aaron zwiał. I zabrał ze sobą serum. Baba i Kelly ruszyli w pościg. Pewnie jesli dorwą go ale nie wiadomo co z serum. A serum było im potrzebne. Mieli w sobie mikrobiotyczna bombę z czasomierzem powstrzymywanym jedynie przez serum prokurowane codziennie przez hibernatusa. Ale chłopak z Vegas jako jeden z najbardziej "technicznych" z tych co go potrzebowali rozumiał, że pewnego dnia Barney'owi się po prostu nie uda albo nie uda na czas. Naukowiec nie mógł wygrać tej bitwy z wirusem mógł najwyżej walczyć o remis i pauzę. O czas. Ile go im zostało tego nie wiedział nikt. Wszyscy więc w Schronie byli świadomi i odczuwali presję tego niewidzialnego wyścigu odbywającego się w fiolkach, próbówkach i szkłem mikrosopów.

Odczuwali i nie chcieli w nim uczestniczyć. Stąd nastąpiła specyficzna separacja na "ekipę Will'a" co potrzebował serum i na zdrowych. Żaden ze zdrowych nie chciał się zarazić od nich. Póki trzymało się na dystans i unikało kontaktów bliższych, zwłaszcza fizycznych było to nawet do zrobienia. Zwłaszcza, że nawet sam poziom mieszkalny był spory i było gdzie się przenieść z mieszkaniem. W efekcie dość szybko serumowcy mieszkali wręcz w oddzielnej strefie. Marla też się przeniosła gdzie indziej. Śliczniutka kelnereczka współczuła mu ale nie miała ochoty ryzykować zarażenia. Wieści o tym co natrafili na dolnych poziomach były na tyle przekonywujące, że przekonały nawet ją do trzymania się na dystans.

Służbowo też nie było za dobrze. Właściwie został oficjalnym przedstawicielem i zaopatrzeniowcem Schronu. Obecnie potrzebowali głównie żywności. Bo Chomik pospołu z dzieciarnią doprowadził kuchnię i stołówkę do prawie przedwojennych standardów. Ale by z tego korzystać musiał mieć co włożyć w te gary. A i wszyscy spodziewali się kolejnej wizyty gangerów skoro w zimie odbili się od drzwi. W zimie jednak nie byli gotowi bo przyjechali po co innego. Teraz jednak zapowiadało się, że wpadną specjalnie z niezapowiedzianą wizytą czy Schroniarze tego chcą czy nie. Na to też potrzebowali zasobów. Głównie amunicji bo z bronią było całkiem przyzwoicie. A tymczasem najbliższe źródło zaopatrzenia w te zasoby, Cheb, było właściwie suche. Cośtam się udawało mu uciułać ale wszystko było za mało.

Ale przypadkiem odkryli pewną ciekawą opcję. List od Clayton'a który Baba przywiózł z Mac. Na jednej stronie był list którym wielkiego mutanta pożegnał stary człowiek. Ale na drugiej... Na drugiej stronie był rozkaz. Najprawdziwszy, przedwojenny, wojskowy rozkaz. Rozkaz był stary sprzed prawie dwóch dekad. Był to własciwie meldunek mówiący o wykonaniu zadania. Zadaniem był transport materiałów z bazy w Alpenie do czegoś co nazwano "Camp Davies Nord". Rozkaz był podpisany przez oficera National Guard płk. C.Clyde. Wiedzieli gdzie jest Alpena. Przynajmniej na przedwojennych mapach. Bliżej niż Det, z dzień może nawet pół jazdy samochodem. Kwestią niewiadomą pozostawała gdzie i czym jest ten obóz i co się z niego i w nim zachowało po tylu latach.

Taka wyprawa nawet jakby wiedzieć gdzie się udać i mieć co zgarnąć to potrzebowałaby jakiegos pojazdu. Przeciez jesli tam coś było musieli jakos to przywieść. Pojazdy potrzebowały paliwa. No i ludzi. Wyprawa oznaczała, że w Schronie pozostanie skromniejsza obsada. A jak wówczas przybędą gangerzy?

No i wirus. Potrzebowali wirusologa czy kogoś takiego kto miałby szansę opracować coś skuteczniejszego niż serum Barney'a który w końcu był głównie cyberchirurgiem. Jedyny trop jaki znaleźli na tą chwilę to plotki od tego Sandersa który mówił, że zna, że słyszał ale na ta chwilę nie ma pojęcia gdzie ten koleś jest choć w zimie był w Cheb. I ponoć ma wrócić czy ktoś ma wrócić. Nic pewnego w kazdym razie. Taka rzadka specjalizacja wymagała niekonwencjonalnych poszukiwań. Najbliższa większa szansa na sukces było Detroit. Jak każde większe miasto nie składało się z samych gangerów a nawet nie samych Runnerów. Potem to chyba dopiero w NY była nadzieja. Albo jak wspomniał Chomik u nich w Miami też były kliniki. Ale to już było daleko i czy starczy im czasu to nie było pewne. A namówienie do współpracy takiego speca to też osoby rozdział.

I pogrzeb. Okazało się, że pastor Milton nie dał rady przezwyciężyć skutków ch oroby i obrażeń jakich zabawił się w zimie podczas walk i zmarł parę dni temu. Dziś był jego pogrzeb. Śmierć tego niezwykle lubianego i popularego w Cheb człowieka bardzo zasmuciła i poruszyła Chebańczyków. Cwaniak wiedział, że w ramach dobrosąsiedzkich stosunków dobrze by było wysłać kogoś ze Schronu w delegację.




Cheb; dzielnica południowa; cmentarz; Dzień 1 - południe




Nico DuClare



Wiosna. Nowy sezon, nowe szanse, nowe nadzieje. I zdrowie jak nowe. Francuskojęzyczna Kanadyjka doszła do siebie po zimowych walkach jak już zima była w odwrocie. Przy skromnych posiłkach jakim ją karmiono rany goiły się wolno. A potem jeszcze wdało się jej zakażenie które przez moment wyglądało naprawdę groźnie przykuwając ją do łóżka. Jednak w końcu jej organizm wzmacniany indiańskimi recepturami Biegnącego Ksieżyca wygrał ten wyścig i znów była w pełni sił.

Przez ostatnie miesiące zespoliła się ze społecznością dużo bardziej niż jej kulejący obecnie partner i wspólnik. Nie ciążyła na niej ujma bezpardonowości jaka jego otaczała i zrażała przeciętnego Chebańczyka do bliższych relacji. Do tego mimo, że była przez parę miesięcy przykuta najpierw do posłania a potem do enklawy czerwonoskórych to jednak jej chebańscy towarszyse broni z zimy chyba wyrobili jej u miejscowych niezłą opinię. Bo gdy w końcu zaczęła się pokazywać "na mieście" spotykała się reguły z ciepłym przyjeciem.

Teraz jednak stąpajac po rozmiękniętej po burzy cmentarnej glebie przypruszonych tu i tam jakimś dziwnym, pomarańczowym proszkiem ktory zostawiła po sobie burza, poruszała się razem z tłumem miejscowych przybyłych towarzyszyć swojemu kapłanowi w ostatniej drodze. Miała propozycję do rozważenia. Szeryf Dalton zaproponował jej stałą fuchę zastępcy. Jej stary kontrakt skończył się już dawno. Ale mogła też skorzystać z oferty Szczoty. Miejscowy cwaniak i wspólnik zabitego podczas zimowych walk Andrew'a, właściciela sklepu z bronią i amunicją. Wraz z wiosną organizował wyprawę i szukał ludzi. Ktoś z jej umiejętnościami na pewno by mu się przydał. Właściwie nie musiała korzystać z żadnej z tych propozycji. Mogła zostać na miejscu i spróbować swych sił jako mysliwy i tropiciel próbując jakoś urządzić sie tutaj na stałe. Albo pogadać ze Schroniarzami. Ludzie na mieście mówili, że sporo płacą za żywność jak na miejscowe warunki. Żywności zaś po prostu nie było. Spichlerz spłonął a rybacy dysponowali połową swojej łodziarskiej floty w porównaniu do jesieni więc i jezioro obdarzało ludzi skromniej niż w zeszłym sezonie. Zawsze też mogła zostawić to wszystko w cholerę i ruszyć znów na szlak albo nawet wrócić na północ. Ale w takim zawieszeniu dłużej trwać nie mogła musiała sie na coś zdecydować.




Detroit; Dzielnica Runnerów; dom Harris'a; Dzień 1 - południe




Alice "Brzytewka" Savage



Alice nie miała czasu. Cały dzień nie miała czasu. Wczoraj tak samo. Cały tydzień i własciwie ostatnie parę tygodni też. No na nic. Jak na miasto gdzie non stop trwa zabawa i szaleństwo była całkiem zapracowaną kobietą, zupełnie jak jakaś przedwojenna buisnesswoman. I to zapracowaną bez chwili przerwy odkąd wróciła w zimie z Cheb, wraz z wyprawą Sand Runnersów.

Początkowo zajmowała się utrzymaniem przy życiu, potem zdrowiu, a w końcu na nogach Guido. Reszty ekipy też, ale głównie jego. To była praca na cały etat, a nawet dwa czy trzy bo nie miała zmiennika. Jedynie Chris zaczynał coś tam łapać z medycznych tematów, ale za sanitariusza ciężko było go uznać. Przynajmniej wedle jej standardów. Drugi lekarz, Ernst, zginął w Cheb. Był starym alkoholikiem, ale jednak lekarzem i to takim przedwojennym. Zapomniał w zapijaczonym mózgu więcej, niż dopiero co szkolony i ledwo potrafiący dukać literki Chris załapał z podstaw medycznego fachu. Więc zmiennika nie miała. Mogła realnie leczyć szefa bandy dopóki nie stanął na nogi, Gdy już odzyskał swoją werwę, wręcz jakby na złość ignorował jej lekarskie zalecenia. Ciało miał młode i silne, odkąd więc postawiła je na nogi organizm już sobie radził nieźle sam, kończąc proces samogojenia zapoczątkowany przez terapię dr Savage.

A właściwie "Brzytewkę". Bowiem ta ksywa przyjęła się u bandy Guido. Ci roznieśli ją po reszcie runnerowej strefy i stamtąd powędrowała dalej. Wszyscy kojarzyli ją właśnie głównie jako Brzytewkę. Sporo osób znało jej imię, nazwisko dość niewielu, a o "Igle" nie pamiętał prawie nikt. Kojarzyli ją też jako lekarkę Guido i jego świty. Tą która zastąpiła zabitego przez jebanych wieśniaków Berkovitz'a, jako uczestniczkę wyprawy do Cheb i czasem niektórzy z nowojorskiej gazety, ale to głównie spoza strefy bowiem nowojorskie brednie mało kogo u Runnerów interesowały.

Tak samo jak Runnerzy i Det poznawali się z Brzytewką tak samo ona poznawała się z nimi. Wiedziała już gdzie są granice strefy gangu i że w niej może sie czuć dość bezpiecznie. Wiedziała jednak, że miasto to takie popstrzone zamieszkałymi enklawami morze ruin, a w nie czy obok nich lepiej się nie zagłębiać. Zwłaszcza samemu. Wiedziała, że gangerzy i całe Det egzystują w rytmie nadawanym przez Wyścigi oraz Ligę i właśnie są rozgorączkowani rozpoczęciem nowego wiosennego sezonu. O dziwo nawet wśród uczestników wyprawy do Cheb zdarzali się sympatycy Jay czy Dzikiego, którzy im kibicowali i nawet byli się gotowi kłócić czy pobić w obronie swoich idoli mimo, że w Cheb wyglądało to całkiem inaczej. Najwyraźniej magia Ligii działała powszechnie i jej fani byli w stanie wybaczyć im naprawdę wiele.

Najlepiej jednak poznała Guido i jego świtę. Guido był szefem i wodzem w każdym calu. Miał gest i farta, a ludzie go uwielbiali. Mimo, że zgodnie z Runnerową etykietą zwracali się do niego nonszalancko i swobodnie niczym do starszego brata, a nawet żartowali z niego a często i on się z tego śmiał, to nadal było jasne że jest szefem. Gdy rozmawiał w prywatnym gronie swoich współpracowników był całkiem inny. Znikała błaześka i żartobliwa otoczka z jaką się obnosił i jaka była bardzo "runnerowa" i którą uwielbiali inni gangerzy trochę mu jej zazdroszcząc. W zamian pojawiała się czujność, twardość, przebiegłość i podejrzliwość. Odkąd stanął na nogi jego zapał był ukierunkowany na powrót do Cheb, a właściwie tego bunkra na Wyspie. To wymagało przygotowań więc Guido się przygotowywał. Im bardziej był zdrowy tym bardziej był zajęty tymi przygotowaniami i mniej czasu poświęcał Alice. Na gruncie prywatnym nie zostali parą, na pewno szanował ją jako speca i pod względem medycznym liczył się z jej zdaniem ilekroć coś wypadło. Została też jakby nieoficjalnym doradcą do spraw dziwnych i nietypowych czyli wykraczających poza standardowe tematy gangerów z którymi radził sobie świetnie. Wyczuwała też, że ciekawiła go jej odmienność od detroickiego standardu. Była inna. Nie miała broni. Nie umiała walczyć, prowadzić, nie próbowała nikogo wycwaniakować, a jednak nie dało się nazwać jej głupią. Ta egzotyka sprawiała, że przykuwała jego spojrzenie, czasem ręce i usta. Różniła się od reszty kobiet z którymi sie zazwyczaj zadawał. Jedne znikały z jego otoczenia prędzej, drugie później. Inne jeszcze były, a kolejne dopiero puszczały mu porozumiewawcze spojrzenia i zachęcające uśmiechy. A rudowłosa lekarka wciąż jednak gdzieś lawirowała wokół niego jakoś nie chcąc mu się znudzić.

Inną historię stanowił Taylor, który jak się dowiedziała miał ksywę "Pitbull". Całkiem trafną zresztą. Jako prawa ręka Guido, zwłaszcza póki ten był powalony chorobą i ranami, miał nawał roboty skoro szef był przytomny na godzinę czy dwie o losowych porach doby. Całą jego bandą zarządzał wówczas jego wygolony zastępca. Pittbull miał renomę ale innego rodzaju. Jeśli nadzorował jakąś akcję osobiście było wiadomo, że jest ważna. Był brutalny i dla własnych ludzi i dla ich przeciwników. Obaj z Guido stanowili zgrany duet i uzupełniali sie nawzajem. Dzięki temu jeden na ogół kojarzył się z zabawą i sukcesami, a drugi strachem i terrorem. Tam gdzie Guido potrafił sprawę załatwić krótką ripostą czy żartem, Taylor załatwiał to wrzaskiem i pięścią. Ale załatwiał. Ten z reguły ponury łysol okazał się dla Alice całkiem miły, czyli jak dotąd nigdy jej nie przylał i zawsze przekazywał prośby do Guido czy odpowiedzi od niego, nawet jak czasem oznaczało to wysłanie zaspanego podwładnego przez środek zaśnieżonej nocy.

Zaś Paul i Hektor okazali się po powrocie nadal całkiem rozrywkowymi bliźniakami. Czy dostali jakieś polecenie od Guido lub Taylora, czy tak sami z siebie w każdym razie właśnie z nimi najczęściej przebywała. Białas i Latynos nadal prowadzili ze sobą niekończącą się wojnę na złośliwości, dowcipy, wyzwiska i bezustanne kłótnie i za każdym razem próbowali przeciągnąć Brzytewkę na swoją stronę. Niemniej nie było wątpliwości, że są najlepszymi przyjaciółmi i są prawie nierozłączni. Jak coś robili razem nie przypominała sobie momentu by coś mieli niedograne czy niedopracowane, co świadczyło o rutynie, doświadczeniu i wzajemnym zaufaniu. Traktowali ją jak młodszą siostrę i chyba postanowili sobie zrobić z niej porządnego gangera, choć nawet to zadanie traktowali przez typowe opary gandziowej wesołości. No może prócz Hektora, który non stop przy każdej okazji starał się ją namówić na wspólny numerek. Choć jak się zorientowała gdyby tak zrobiła to z kolei Paul by się chyba na nią obraził albo co najmniej miał za złe, że tak obdarzyła względami tego drugiego.

Natomiast układy z Viper były ciężkie do jednoznacznego określenia. Oficer gangerów wróciła jako jedna z nielicznych z Cheb opromieniona chwałą i nie zaznała porażki. Ona i jej ludzie wykonali wszystkie postawione przed nimi zadania i jak nie zapomniała często podkreślać to właśnie oni odnaleźli i odkopali zasypanego dowódcę. Viper była prawdziwą żmiją. Atakowała jadem, szybkością i przebiegłością jak na prawdziwą żmiję przystało. Finezją, zdolnością planowania i chytrością w bandzie Guido przewyższał ją chyba właśnie tylko on. Była też jedyną kobietą na tak wysokim stanowisku. To znaczy były u Runnerów inne kobiety na różnych odpowiedzialnych stanowiskach ale albo były to jakieś placówki na tyłach czy w mieście albo spece. Natomiast Viper była jedyną kobietą służącą w pierwszej linii i w bezpośredniej bliskości Guido. Póki nie pojawiła się Alice. Z jednej strony Viper czasem traktowała ją jak sojuszniczkę i dobrą kumpelę w tym zdominowanym przez mężczyzn gangerowym świecie, a nawet zażarcie wspierała ją na tyle by powiedzieć "nie" samemu Guido, ale czasem patrzyła jak konkurencje niszcząc jej monopol na bycie jedyną babką na szczycie czy zbędny balast. Najczęściej było to jednak coś pośrodku.




Detroit; Dzielnica Schultz'ów; klub "Grzesznik"; Dzień 1 - południe




Julia Faust



Szła po schodach starego budynku robiącego przed wojną za dom Boga. Obecnie jeśli to był dom Boga to chyba zmienił patrona. Pewnie za długi. Tak to było w tym świecie to niby czemu nie miałoby być gdzie indziej? No ale teraz szła po grzesznych schodach którymi obecnie rzadko chodzili księża, siostry, dzwonnicy i ministranci. No chyba, że szukali pracy. Ta mała co właśnie była w biurze Anny właśnie przyszła w sprawie pracy. Anna zdała się na Egora i ten właśnie przeprowadzał z nią rozmowę o pracę. Ale tego Julia dowiedziała się już tutaj na miejscu a na miejsce ściągnęło ją co innego. Egor był lakoniczny i dał tylko znać by przyszła bo trafiła się "okazja". Ciężko było zgadnąć o co chodzi ale jak szalony kapelusznik tak mówił to warto było go wysłuchać. I po to głównie tu przybyła.

Już pod drzwiami jęki i sapanie powiedziało jej jaki w jakim tempie posuwała się rozmowa o pracę. Posuwała się. Otworzyła jednak drzwi i stanęła w progu. Zobaczyła ich oboje od razu. Egor zapinał od tyłu jakąś czarnulkę na biurku. Nie był największym mężczyzną jakiego widziała ale przy przygniecionej przez niego czarnulce wydawał się ogromny.

- O! Cz-cześć! Wejdź i rozgość - się... - wystękał nadal pompując rytmicznie czarnowłosą a ona i biurko podrygiwali wraz z jego rytmem. - W-właśnie - przeprowadzam - rozmowę - o pracę... - wystękał uśmiechając się nawet. Zaś dziewczyna na specjalnie zadowoloną czy szczęśliwą nie wyglądała. Jęczała cichutko ściskając dłońmi zewnętrzną krawędź biurka. - U-usiądź - sobie i - rozgość się... Zaraz skończymy... - wysapał wskazując ogólnym machnięciem głowy gdzieś przed siebie. Pewnie chodziło mu o skórzany fotel. Oczywiście fioletowy bo w końcu było to biuro Anny. Stał naprzeciw biurka i gdyby z niego skorzystała na pewno miałaby najwygodniejszy do siedzenia mebel dla gości. No i pierwszorzędny widok na finisz widowiska. Ale pod ścianą była jeszcze sofa z niej pewnie byłoby nieco dalej a i widok byłby nieco profilowy. Właściwie mogłaby i poczekać na zewnątrz na przysłowiową fajkę bo mokry finał sądząc po ciężkim oddechu Rosjanina i zaciśniętych zębach mógł nastąpić lada chwila.

- Mam czas. Nie spiesz się - odpowiedziała jak gdyby nie wparowała w sam środek odstawianej szopki. Detroitczyk nawet nie ściągnął z głowy kapelusza, co znaczyło że nie traktuje poważnie testowanej właśnie panienki, która bardziej przypominała obrażoną na świat sparaliżowaną kłodę niż dziwkę, a o to stanowisko w pocie dupy walczyła. Tak przynajmniej głupia pinda myślała. Decyzję Rusek podjął pewnie nim wyłuskał ją z gaci, bo dlaczego nie? Julia też nigdy nie zatrudniłaby jej u siebie. Może Miasto Popaprańców różniło się od Vegas, ale standardy pozostawały wszędzie te same. Widywała już gorsze rzeczy niż pryszczate tyłki dlatego bez mrugnięcia okiem podeszła do barku sięgając po dwie szklanki i pierwszą lepszą flaszkę. Zaopatrzona w alkohol mogła czekać choćby do wieczora. Do siedzenia wybrała fotel.

- Gdzie zgubiłeś siostrę? - zapytała rozsiadając się wygodnie i rozlała koniak. Butelkę odstawiła na podłogę. Z drgającego rytmicznie stołu spadłaby, a dobry trunek lepiej lać w gardło niż go zlizywać z dywanu. Co prawda nie przyszła tu pogadać o Annie, ale o czymś poważniejszym. Ucieszyłaby się gdyby informacje którymi rudy Rusek nie chciał się dzielić przy świadkach dotyczyły kolesia którego szukała od kilku tygodni z nieocenioną pomocą obrotnego rodzeństwa.

- Siostrę? A nie ma jej - na dole? - stęknął detroit'cki Rosjanin poświecajac gościowi tylko przelotne spojrzenie. Zaraz jednak skoncentrował się na swoim zadaniu. Finisz faktycznie był bliski bowiem zara ciałem mężczyzny targnąl charakterystyczny spazm, stęknął trochę głośniej i znieruchomiał na chwilę a wraz z nim kobieta i biurko pod nim. Nie śpiesząc się odkleił się od niej zapinając spodnie z westchnieniem ulgi. Dziewczyna niepewna chyba co dalej odkręciła się choć wciąż pozostawała dalej rozłozona na biurku. Egor potrzymał ją chwilę w niepewności spokojnie siegając do kieszeni i wyjmując z kieszeni paczkę papierosów. Metodycznym, wręcz leniwym ruchem odpalał papierosa. Dziewczynę wręcz hipnotyzowały jego ruchy póki nie wydmuchnął w jej stronę tytoniowego dymu. Wtedy jakby czar prysnął i spojrzała zdezorientowanym wzrokiem na blondynkę przy barze.

- No na co jeszcze czekasz? Pasuje ci taka robota to przyjdź jutro. Po odpowiedź. A teraz my tu mamy teraz sprawę do omówienia. - powiedział spokojnie kapelusznik choć Julia wyczuła irytację w głosie i spojrzeniu pod powierzchowną oschłością. Wskazał czarnulce drzwi przez które przed chwilą weszła blondynka. Dziewczyna odkleiła się w końcu od blatu biurka i zaczęła zbierać z podłogi swoje ubrania. Zdążyła włożyć majtki a panna Faust miała teraz okazję ocenić jej wdzięki. Ogólnie sprawiała wrażenie "next door girl" jak to się kiedyś mówiło. I chyba dziwką to nigdy wcześniej nie była a jak już to nie tak na poważnie.

- Ale my mamy ważne spotkanie. Czyli pilne. - Egor już wyraźnie głosem zaznaczył swoją irytację a dodatkowo gestem ręki wskazał drzwi. Spłoszona dziewczyna rzuciła krótkie "przepraszam" i zwijając resztę ubrań w bezkształtny tobołek prawie wybiegła z pokoju wciąż tylko majac załozone tylko majtki.

- No widzisz jak ja się dla mojej kochanej siostry poświęcam? A ona mi potem mówi, że ja jej nic nie pomagam... A zobacz z kim ja się muszę zadawać... - rzekł tonem profesjonalnie niewinnego i niesłusznie oskarżanego i wskazał dłonią z papierosem na zamkniete właśnie za czarnulką drzwi. Nagle niespodziewanie uśmiechnął się szeroko o rozłożył szeroko ramiona w stronę swojego gościa prezentując jawny kontrast w stosunku do oschłości i irytacji jakim właśnie pożegnał tamtą obcą dziewczynę. - Julia, dziewuszka, ty moja, jak miło, że odwiedziłaś starego Egora! - ruszył ku niej z zamiarem przywitania się zgodny z rosyjską tradycją.




Cheb; dzienica centralna; sklep Andrew'a ; Dzień 1 - południe




Szuter



Wiosna. I to tak chujowa jak można się spodziewać na tym Wschodnim Wybrzeżu. Na południu już dawno by Słońce wypaliło te całe błoto a tu nie dość, że nie znikało to jeszcze po tej burzy co się skończyła nie tak dawno to jeszcze go przybyło. I na dodatek sypnęło jeszcze jakimś badziewnym pyłem czy piaskiem ktory teraz zalegał na powierzchni kałuż tu, czy zasłaniał płachtę błota tam.

I jeszcze musiał trafić na takie zadupie. Chciał uzupełnić zapasy i we wcześniejszych wiochach kierowano go tu właśnie jakby to niby jakieś centrum cywilizacji było czy co. Może dla tych wsioków i było ale nie dla niego. A gdy dziś rano przybył tu wreszcie okazało się, co w praktyce oznaczają wcześniejsze ostrzeżenia, że "w zimie to tam się działo". No faktycznie. Nadal widział jakieś barykady, spalone i postrzelane budynki czy porzucone i spalone wraki. Działo się. Ale niestety przestało. Szkoda bo pewnie by znalazł sobie jakieś zajęcie.

Na dodatek sprawa zaopatrzenia się rypła. A przynajmniej nie zapowiadało się prosto. Z żywnością było słabo i drogo wszędzie gdzie nie spytał. A z amunicją, ten "Sklep Andrew'a" o którym mu mówiono we wcześniej kijanych osadach i zapowiadał się całkiem ciekawie... No właśnie był przed nim. Pieprzony lej jak po cholernej bombie! Takiej wielkiej jak z poczatku wojny a nie po jakimś głupim granaciku. Musiało pierdyknąć i to ostro. A to co widział u miejscowych na wymianię nie wyglądało zachęcajaco. Same standardowe ammo i to jeszcze drogie.

Miejscowi jednak rzucali mu zaciekawione spojrzenia. Pewnie przez ten niecodzienny pancerz jaki miał na sobie. Zawsze tak było odkąd go sobie zdobył. Rzucał się w oczy. Zrobiony niby ze skóry ale jednak nie tak zwyczajnej jak zwykła skórzana kórtka czy kamizelka to i wpadał w oko. Widział, że miejscowi są wystrojeni jak do kościoła. Gdzieś dobiegało go żałosne bicie dzwonów. Wiedział, że miejscowym kapłan kipnął i szli na cmentarz. Właściwie też mógł iść. Pewnie bedą tam wszystkie ważniaki. I częściowo tłumaczyło czemu osada sprawia wrażenie takiej wymarłej.

Zdążył już zaliczyć wizytę w barze. Podobno najlepszy w tej dziurze. Jakoś szału nie robił. W środku dzień a półmrok bo w oknach były dykty, blachy i dechy zamiast szyb więc siedzieć trzeba było przy lampach i świecach. Ale jakoś tą burzę trzeba było przeczekać. Tan cały "Wesoły Łoś" to może i był najlepszy lokal w okolicy ale chyba tylko dla kogoś kto nigdy stąd nie wyściubiał nosa. Choć widział przestrzeliny i sporo nowych krzeseł i stolików z których unosił się specyficzny zapach świeżego drewna. Jeden czy dwa meble można było wymienić ale większość? Z tymi przestrzelinami razem też komponowało się do całości do tego, że w zimie "działo się" tutaj. Ale można było wynająć pokój. Najlepiej za prowiant albo ammo.

Mógł też zejść na dół. Do leja. Ten nie wyglądał zachęcająco sam z siebie. Zwłaszcza teraz po burzy jak woda wciąż ściekała po stokach na dół aż na dno gdzie już była całkiem sporawa kałuża przykryta tu czy tam jak i cały lej i reszta osady jakimś pomarańczowym pyłem. Samo zejście zapowiadalo się błotniście i slisko. Jednak ściekająca woda odkryła pewna regularność którą wyłapało jego bystre oko. Jak kant czegoś co mogło być zagrzebane w ziemi. Może coś się uchowało z tego wybuchu?

Wówczas zauważył, że przygląda mu się jakiś facet. Z brodą z częścią twarzy oszpeconą przez bliznę. Z powodu cięzkiego plecaka sprawiał wrażenie wielkiego i przybywającego z daleka. Nie wyglądał na miejscowego. Oni wszyscy jakich dotąd spotkał byli ubrani w wersji "do kościoła" co szli pewnie na ten pogrzeb albo "na dwór" jeśli nie szli. Ten był pierwszy jakiego tu widział w pełnym ekwipunku. No i broń. Widział dwie sztuki broni długiej. Snajperka i karabinek. Nawet myśliwym nie był potrzebny taki zestaw. Widział więc przed sobą jakiegoś wojownika. Takiego samego jak on sam. Tylko wojownikom opłacało się inwestować tyle wysiłku, zachodu i gambli by dźwigać tyle żelastwa użytecznego tylko do wojowania.




Cheb; wschodnie rogatki osady; droga do Cheb; Dzień 1 - południe




Tina i Whitney Winchester



Wiosna. Czyli woda i ziemia. A dokładniej nadmiar wody i ziemi oraz mnóstwo ich wzajemnych stanów pośrednich od suchego, zaskorupiałego błota gdy przez parę dni przygrzało słonko i zdołało wysuszyć wilgoć po błoto tak rzadkie, że przypominało konsystencją nieco gęstszą kałużę. Nie były tym zdziwione w końcu urodziły się tutaj i nie była to ich pierwsza wiosna nad Wielkimi Jeziorami. Miały więc świadomość, że do jazdy wiosna jest super, pod warunkiem, że akurat nie padało. A właśnie padało. A nawet była burza. Dopiero co się skończyła. I prócz kałuż i błota usyfiła jeszcze asfalt jakimiś idiotycznym pyłem. Za to Hilda patrzyła na niego koso i podejrzliwie. Albo z zaciekawieniem. Pewnie znowu coś knuła, Tina była tego pewna.

Ale same warunki i aura nie skupiały na sobie jeszcze głównej uwagi bliźniaczek. Nie przyjechały tu w końcu na piknik za miastem. Barack krwawił z licznych przestrzelin. Umierał na ich oczach. Whitney robiła co mogła by go uratować. Ale w czasie i miejscu jakie miały do dyspozycji nie dało się nic zrobić by mu pomóc. Mogły spróbować ratować jeszcze siebie. I to szybko.

Gdy burza się uspokoiła ale brzydkie burawe chmury o jakimś niezdrowym, rudawym odcieniu dopiero odpęzały gdzieś dalej czujna ranger wypatrzyła ruch na drodze. Za nimi. Pojazd. Jechał tą samą drogą i kierunku z którego one dopiero co przybyły. Z południa. Z Det. Jeden czy tylko pierwszy? Pewnie możnaby zostać i sprawdzić ale na piechotę to ciężko się uciekało przed samochodem. Trzeba było wiać zawczasu. Widziały już jakieś ruiny osady. Słysząły dobiegajace z tego kierunku bicie dzwonów czyli musieli żyć tam jacyś w miarę cywilizowani ludzie. Sama droga też była prosta. Ale z buta przeciw jadącemu za nimi pojazdowi to był wielki hazard próbować zniknąć w pierwszych ruinach nim ci z samochodu ich zauważą. Zwłaszcza jakby się poruszać z całym ich majdanem. I Hildą z której przecież nie można było spuścić z oka.

Można było spróbować dostać się do tego magazynu czy czegoś w tym stylu. Sporawy. Prowadziła do niego jakaś boczna, zarośnięta droga. Nie szło zgadnąć co tam się kryje ale raczej nie ci co ich ścigali. Oni powinni zostać za nimi. Ten magazyn był zdecydowanie bliżej choć jeśli tam była cała zgraja i zdecydowaliby się go sprawdzić i by ich znaleźli tam to mogło być niewesoło.

Albo spróbować zniknąć gdzieś w polu poza poboczem. Jeśli jednak zauważą i rozpoznają Baracka to pewnie i zaczną szukać w jego pobliżu. Jak dokładnie i gdzie dokładnie nie sżło tego zgadnąć w tej chwli. Ale jakby ich znaleźli na otwartym polu całą bandą to sie zapowiadało naprawdę źle bo nie miałyby żadnych osłon. Jednak czas uciekał a miały może góra kilka minut jeśli miały mieć szansę na ukrycie się bo pojazd z każdą sekundą skracał odległość większą niż one mogły przebiec w tym samym czasie. Whitney pokręciła głową dając ostatecznie znać, że nic więcej tu nie zdziała w takich warunkach.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
Stary 05-09-2015, 01:41   #3
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 55907 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Tura 1 :) Witam wszystkich na pokładzie WWS :) cz.2/2

Gordon Walker i David Brennan



Wiosna. I burza. Prawie jak w jakimś pakciecie startowym czy co. I jeszcze ten syf który po niej został. Jak jakieś pozostałości po frontowej chemii. Ale gdyby tak było bez założonych gazmasek pewnie już by padli trupem wyrzygując na swoje buty swoje bebechy. A nadal czuli się w porządku. Szli jednostajnym tempem mijajac kolejne kałuże, błoto i łachy tego pomarańczowego pyłu. Widzieli już przed sobą całkiem blisko ruiny jakiejś osady. To już powinno być te Cheb do którego zmierzali od paru dni.

Wędrówkę musieli przerwać z powodu tej burzy. Inaczej pewnie już by byli w tym Cheb. Ale teraz zastopowało ich coś innego. Tropy. Prowadzące w poprzek drogi po której szli. Ten robot to się normalnie świecił aż swoją bezczelnością i głupotą. To musiał być robot. Żadne inne stworzenie nie zostwaiało takich śladów. Ani łap, pazurów, ani opon, ani gąsiennic tylko regularne wgłębienia po odnóżach. I musiały być świeże bo przecież inaczej burza by wszystko zmyła. Robot nie mógł być zbyt duży czy ciężki. Pewnie coś na wielkosć dużego psa, może człowieka. Raczej podłużny jak jakiś czworonóg. Pewnie cztery albo sześć łap. Teren sprawiał mu problem bo poza kawałkiem twardej nawierzchni na drodze zaraz za nią zaczynała się jakas podmokła łąka z krzakami i młodnikiem. Po burzy zmieniła się prawie w zarośnięte bagno. Maszyna radziła sobie z taka kompozycją z wyraźnym trudem ale poradziła sobie skoro widzieli jej slady a nie nia samą. No ale jak to z maszynami. To, że oni nie widzieli jej nie oznaczało, że ona nie widzi ich.

Powstawało pytanie co dalej. Aura i teren niezbyt sprzyjały zachowaniu się tropów. Te które widzieli w ogóle nie prowadziły w stronę osady. Do samej osady też był jeszcze z kawałek. Z buta jakby pójść i wrócić na szybko to by pewnie już wieczór był. Chyba, że ktoś tam ma samochód czy coś takiego. I zgodziłby się jakoś podrzucić w te miejsce. Na razie o maszynie nie wiedzieli nic konkretnego poza tym, że tu nie dawno była i używała mechanicznych nóg. Obecnie trop był dość świeży ale jakby wrócić tu wieczorem czy rano to już mogło być różnie.




Cheb; centralna dzielnica; Sklep Andrew'a; Dzień 1 - południe




Nataniel "Lynx" Wood



Wiosna. I wiosenne powroty. W końcu wrócił. Byłby już rano ale ta cholerna burza go zastopowała i musiał przeczekać w jakimś magazynie. Gdy wyszedł okazało się, że na zewnątrz tu i tam a właściwie wszędzie gdzie wzrokiem sięgnąć walały się jakieś łachy pomarańczowego pyłu. Chmury też wyglądały niezbyt zdrowo. Ale jednak nie powstrzymało go to od pokonaniu paru ostatnich wręcz kroków i powrocie.

Już na przedmieściach osady powitało go bicie dzwonów. I widoczny z daleka jedyny większy budynek w tym rejonie. Spichlerz. Nawet z daleka wyglądał jak wypalona, osmolona skorupa i nie zapowiadało się by z bliska wyglądał lepiej. A dzwony musiały bić z kościoła. Jedyny przedwojenny kościół jaki nadal pełnił rolę kościoła. Dzwony bił monotonnie i żałośnie zapowiadając złe wieści. A wieści były złe. Przynajmniej zdaniem pierwszych Chebańczyków jakich spotkał i którzy powiedzieli mu o śmierci pastora Miltona. Wood wiedział, że pastor mimo młodego wieku był bardzo lubianą osobą która zdawała się niczym wycięta z innych czasów. Jakby naczytał czy nasłuchał się o matkach miłosierdzia i próbował pomóc wszystkim swoim owieczkom. Pastora zmogła ostatecznie choroba choć Nataniel wiedział, że nie cieszył się on opinią kogoś z końskim zdrowiem.

Sama osada wyglądała jak sceneria walk. Facet z gazety nie mógł na paru fotkach i stronach zmieścić czegoś co właśnie oglądał na własne oczy. Barykady wokół kościoła. Nawet jakieś okopy. Ślady po kulach. Przestrzeliny w ścianie kościoła. Nie ślady po kulach tylko przestrzeliny. Na wylot. By przestrzelić taką ścianę to już trzeba by mieć jakąś półcalówkę. Ten jeden ślad wojskowego uzbrojenia powiedział mu wystarczajaco o kalibrze przeciwników z jakim w zimie zmagali się Chebańczycy. Mało kogo było stać by używac półcalówek może poza Frontem i paru takich miejscach. Tak. Przeciwnik na pewno był dobrze wyposażony do walki.

Ale ślady walk było wiecej. Widział je przez całą osadą przez jaką przechodził. Spalone budynki które były całe gdy opuszczał osadę. Slady na ścianach po ogniu maszynowym a nie był pewny czy nawet szeryf w swoim wyposażeniu ma jakąkolwiek maszynówę. Ślady po przestrzelinach z broni małokalibrowej, charakterystyczne rozbryzgi jakie zostawia chmara śrucin, nawet jakies płaskie ślady jak po uderzeniach broni białej. Wymowne też były dykty i dechy w oknach, nawet w "Łosiu" i na komisariacie Daltona. Ten budynek zaś w ogóle wyglądał jakby był po poważnym zdewastowaniu i oblężeniu jedynie prowizorycznie wyremontowany. No i wraki pojazdów. Było więcej spalonych i zniszczonych wraków niż sprawnych pojazdów wszystkich Chebańczyków. Musieli je zostawić najeźdźcy.

Musiał przejść koło sklepu Andrew'a. Sklep był jednym z ciekawszych miejsc w Cheb. Jak na taką osadę Andrew, wesoły, łysiejący starszawy facet o specyficznym akcencie miał całkiem zadowalający asortyment. Na tyle, że przyjeżdzali tu ludzie z okolicznych osad by się u niego zaopatrzyć. Może to nie było schultz'owe "Parabellum" ale nadal całkiem przyzwoicie i w ammo i osprzęt do polowań który produkowali i zużywali miejscowi. Można było kupić i ammo i coś do jego dźwigania. A teraz... Teraz po sklepie Andrew'a został jeden, wielki lej. Od miejscowych wiedział, że właściciel zginął wraz ze swoim sklepem.

Ale nad lejem stał jakiś facet. Obcy. Nie znał go. Żaden z miejscowych. A mimo to wyczuwał kogoś o pokrewnych zaintersowaniach. Facet obrzucił go spojrzeniem. Miał specyficzną kamizelkę czy jakby kombinezon. Ze skóry... No nie wiadomo czego ale chyba było to może znane przedwojennym fantastom ale raczej nie biologom. Tak, całkiem ciekawe miał te okrycie. No i rozpylacz. Specyficzna sylwetka belgijskiej polewaczki wpadała w oko. Zdecydowanie wiec nie miał do czynienia ze zwykłym myśliwym. Ale takim co poluje na cele które mogą również odpowiedzieć ołowiem.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami

Ostatnio edytowane przez Pipboy79 : 11-09-2015 o 02:00. Powód: Zmiana Lance na Lynx u postaci Merill'a
Pipboy79 jest offline  
Stary 06-09-2015, 21:20   #4
 
psionik's Avatar
 
Reputacja: 22096 psionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputację
Cheb. Od dzisiaj oficjalnie to synonim starej, zapyziałej dziury!
Tydzień szwendania się po okolicy w poszukiwaniu sklepu z bronią i zapasami, i wszędzie to samo zdanie: "Sklep Andrzeja w Cheb".
~ No i kurwa jestem w Cheb ~ pomyślał. ~ Całe Cheb to jedna wielka śmierdząca rudera, a sklep Andrzeja to dziura. I to dosłownie. ~ Lej wielkości małego domku, oraz porozrzucane po okolicy resztki potwierdzały słowa Chebańczyków - stał przed tym co zostało ze sklepu.
Szuter splunął przez zęby na resztki sklepu zastanawiając się co dalej.
Był w drodze od tygodnia krążąc wokół Detroit w poszukiwaniu zapasów. Jego ostatnie zlecenie w mieście gangerów nie skończyło się miło - brudas nie chciał zapłacić za "usługę", sytuacja zrobiła się niemiła, w efekcie cały lokal gangu miał nowy kolor ścian - szkarłatną czerwień.
Mężczyzna bardzo nie lubił takich sytuacji. Nie chodziło nawet o cwaniaków, co to wynajmują ludzi, a potem migają się od płacenia. Bardziej chodzi o nadplanową amunicję potrzebną do rozwiązania konfliktu. A Szuter nie używał najtańszych pestek.

- Jebał to pies - mruknął odganiając wspomnienia sprzed tygodnia. Póki co nie słyszał, by ktoś go szukał, więc być może rywalizujący bikerzy dokończyli dzieła? Tak czy inaczej, należało uzupełnić amunicję, zapasy i poszukać nowego zlecenia. Wyglądało na to, że nie znajdzie w Cheb nic ze swojej listy.
Wyjął fajka i zapalił starą zapalniczką gazową. Swoją zippo stracił w strzelaninie, musiał się więc zadowolić gazowcem. Zaciągnął się i wypuścił dymek powoli.
Nie podobało mu się tu nic a nic. Wiosna na południu już dawno wypaliłaby błoto, a lekki powiew wiatru przyjemnie muskałby wystawioną do słońca mordę. Ale nie tutaj. Tutaj na północy wiosna wkurwia niewiele mniej niż zima. Wysokie wojskowe buty nosiły ślady kilkudniowego błocka, co wcale nie polepszało humoru mężczyzny. Wojskowe spodnie były w nieco lepszym stanie, bowiem tylko gdzieniegdzie nosiły brunatne ślady ziemi. Na stan płaszcza w kolorze wahającym się pomiędzy rozmazanym psim gównem, a zaschłymi rzygowinami w ogóle się przejmował. Jego rolą było ochraniać mężczyznę od deszczu i przenikliwego wiatru, i do tego celu nadawał się idealnie.

To co zwracało uwagę ludzi to nietypowy pancerz. Dziś ludzie noszą na sobie albo kevlarowe koszulki, pancerze policyjne, jak ktoś ma szczęście, albo kilka metalowych blach połączonych na ślinę i taśmę klejącą. Pancerz Szutera był więc czymś wyjątkowym. Składał się z płatów twardej niczym metal fałdów skóry uformowanych w napierśnik, połączonych ze sobą miękką warstwą łuskowanej skóry jakiegoś gada, lub co bardziej prawdopodobne - mutanta. Na pospólstwu robiło to wrażenie. Na wojskowych też, choć ci dostrzegali w pierwszej kolejności Bushmastera - lekki, precyzyjny karabinek. Amerykańska wariacja na temat M-16, lżejsza i poręczniejsza niż Desert Eagle!
Całości dopełniały czarne, lekkie, skórzane rękawiczki, okulary przeciwsłoneczne i bandana na głowie. Reszta dobytku znajdowała się w pojemnej wojskowej "kostce" - kolejnej ciekawostce znalezionej w opuszczonym wojskowym magazynie.

- Dobra, dość tego pierdolenia, trzeba ogarnąć inny sklep - powiedział na głos. Co prawda zauważył coś przebłyskującego z błota na stromo opadającej ścianie leja, ale zauważył kątem oka zbliżającego się mężczyznę.
To co leżało w leju, to mógł być sejf, lub jakaś skrzynia, a więc potencjalne gamble. Tak jak w przyrodzie, każdy samotny samiec walczy o swoje terytorium i łupy na nim się znajdującej. Szuter nie miał wątpliwości, że ludzie niewiele różnią się od zwierząt, a po wojnie natura wzięła górę. Dlatego też nie mogąc zweryfikować swojego znaleziska, należało zniechęcić potencjalnych rywali.
Odwrócił się nieśpiesznie lustrując przybysza. Już zanim się odwrócił wiedział, że nie ma do czynienia z miejscowym. Broń i wyposażenie wskazywało na myśliwego. Miejsce spotkania, na wspólny cel, a zatem konkurencję do ewentualnego znaleziska.
Przez chwilę lustrował przybysza swoim zimnym, bezwzględnym wzrokiem, jakby oceniał zagrożenie, mimo iż ciało było luźne, a broń luźno zwisała przewieszona przez plecy, mężczyzna był zawsze gotów do walki.
- Widać, że oboje spóźniliśmy się - zaczął lustrując broń mężczyzny. Głos miał miękki, niski, cichy, ale dość dobrze słyszalny.
- Wiesz może gdzie znajdę sklep z zaopatrzeniem?
 
psionik jest offline  
Stary 06-09-2015, 22:34   #5
 
Zuzu's Avatar
 
Reputacja: 35445 Zuzu ma wspaniałą reputacjęZuzu ma wspaniałą reputacjęZuzu ma wspaniałą reputacjęZuzu ma wspaniałą reputacjęZuzu ma wspaniałą reputacjęZuzu ma wspaniałą reputacjęZuzu ma wspaniałą reputacjęZuzu ma wspaniałą reputacjęZuzu ma wspaniałą reputacjęZuzu ma wspaniałą reputacjęZuzu ma wspaniałą reputację
Julia wstała z fotela i podobnie jak towarzysz rozłożyła szeroko obciążone szklankami dłonie.
- Mój ty biedaku, jak można tak wykorzystywać twoją wrodzoną dobroć? Anna nie ma serca. Do tego jeszcze chce chyba zmienić lokal w tartak. Nie chcę pytać skąd wytrzasnęła to drewno co właśnie wyszło - zacmokała ze smutkiem tak samo szczerym jak wcześniejsze słowa mężczyzny odnośnie zatrudnienia wykorzystanej małolaty. Pewnie kiedy jutro przyjdzie Forlov znowu weźmie ją w obroty a potem pokaże drzwi w myśl swojej życiowej maksymy “albo dymasz albo ciebie dymają, job twoju mać”.

Dała się wyściskać, nadstawiła oba policzki i czując na skórze łaskotanie zarostu uśmiechnęła się tym razem tak naprawdę, bez udawania. Poklepała rudego popaprańca po plecach wciskając mu w dłoń jedną ze szklanic. Trochę już się znali, ogarniała od czego warto zaczynać z nim rozmowę. Ją też suszyło a on był idealnym kompanem do picia i nie tylko. Jeśli ktoś kazałby jej wskazać osobę której ufa w Detroit bez zastanowienia pokazałby właśnie jego.
- Dawno się nie widzieliśmy dłużej niż pięć na minut. Co u ciebie, jak początek sezonu? - spytała jak już uwolniła się z objęć - I co to za sprawa o której nie chciałeś gadać przy ludziach? Masz coś nowego o naszym kliencie?

Rozsiedli się ze szkłem w dłoniach i porozmawiali o różnych sprawach jak to przyjaciele. Anna rozglądała się za nową dziewczyną czy dwiema na nowy sezon i stąd te przesłuchanie co widziała przed chwilą. Egor poopowiadał chwilę o ekipie którą prowadził. Pierwsze dwa wyścigi niezbyt dobrze im poszły więc przyszedł czas na zmiany. No a sprawa, no tak, sprawa. Nie tym razem nie chodziło o faceta którego szukali to było jeszcze w toku. No ale…

- Jest pewna… Opcja. Możliwość. Szansa. - zaczął ostrożnie ważąc słowa. Przy każdym delikatnie stukał szklanicą o poręcz fotela. - Stary wypatrzył pewną brykę. Klasyk. Przedwojenny. Jak nowy. Niemiecki. BMWicę. Czarną. Chce ją. - streścił w największym skrócie przedstawianą sprawę. Wiedziała, że Starym prywatnie nazywał starego Schultz’a, jednego z najważniejszych ludzi w mieście, niektórzy mawiali, że najważniejszego. Skoro sprawa ocierała się o niego bezpośrednio to już było warto słuchać. Zaś jego jazda na przedwojenne bibeloty i antyki łącznie właśnie z samochodami była powszechnie znana. A na niemieckie auta to już w ogóle miał hopla. Zwłaszcza czarne. Nad następną kwestią Rosjanin zamyślił się pocierając nasadę nosa i milcząc chwilę.

- Sprawa jest dość interesująca. Finezyjna. Wymagająca sprytu i subtelności. Bowiem bryka ma właściciela. Jednego z szefów Runnerów. Konkretnie Guido. I tu zaczynają się schody. - rzekł odkładając w końcu dłoń z powrotem na poręcz fotela a spojrzenie miał poważne.
- Pan Schultz, jako porządny biznesmen jest gotów nawet zawrzeć umowę i odkupić samochód od tego Guido. - rzekł patrząc na nią i nieco parodiując napuszony, sztywny i oficjalny slang Schultz’a oraz jego ludzi.- No ale niestety ten Guido ma hopla na punkcie tej maszyny i jest dość uparty. Szanse na polubowne załatwienie sprawy są więc dość nikłe. - rozłożył ramiona w jakby przepraszającym geście.
- No chyba, że ktoś by się wykazał wybitnymi zdolnościami dyplomatycznymi. - uśmiechnął się Rusek i wskazał palcem i szklanicą na siedzącą naprzeciw niego blondynkę.- Ale oczywiście pan Schultz nie będzie wnikał jak ta bryka znajdzie się u niego w garażu. - wydął nieco wargi i rozłożył znów ramiona z miną niewiniątka. Tak się nazywało coś co kiedyś nazywano światkiem przestępczym a obecnie było miejską codziennością. - No i tu zaczynają się prawdziwe schody. Starego oczywiście interesuje tylko cała i sprawna bryka a nie postrzelany czy spalony wrak. Poza tym mam tę info od Hand’a a ten rozpuścił już wici po swoich ludziach a ci zaraz rozniosą to dalej. Więc prędzej czy później ktoś sie połakomi na tą okazję. - wiedziała, ze to faktycznie komplikuje sprawę jeśli nie tylko ona wiedziała o tej sprawie. Z jednej strony należałoby się spieszyć by ubiec konkurencje a z drugiej mogli się stopniowo wykruszać w nieudanych próbach lub można było…
- Więc zadanie łatwe nie jest. Ale jak się uda to pan Schultz na pewno spojrzy przychylnym okiem na taką osobę. A przychylne oko Schultz’a otwiera wiele drzwi w tym mieście. No i oczywiście jest nagroda. Talony na 200 l paliwa. - czyli jeszcze była ta uniwersalna waluta którą każdy chętnie przyjmował, albo wymieniał właśnie na paliwo. A Schultz faktycznie wiele mógł jako szef jednego z największych gangów. Zadanie wyglądało na pozostawiające naprawdę wiele swobody w doborze metod i miejsca. Okazało się, jeszcze, że Egor ma jeszcze jedną niespodziankę.
- Mam coś dla ciebie. - sięgnął do kieszeni marynarki wyjmując jakiś kartonik. - Zgaduję, że taka młoda, wyrafinowana dama na pewno lubi się ekscytująco zabawić prawda? - uśmiechnął się tajemniczo podkręcając atmosferę i trzymając tajemniczy kartonik w dłoni ale nie pokazując co to takiego. - No więc mam coś dla ciebie. - rzekł wyciągając dłoń z kartonikiem. Z jednej strony był to chyba jakiś stary bilet miesięczny ale zgadywała, że nie to jest ważne. Po odwróceniu przeczytała szybko literki a resztę wyjaśnił jej Egor.
- To bilet wstępu na mecz. Mecz otwarcia sezonu. Coś jak paintball czy inne takie dziadostwo. Co roku organizują go Runnerzy u nich na Strzelnicy. W tym roku mają się zmierzyć z drużyną Huronów. I się szykuje epicka walka bo obie strony wystawiły elitę zawodników. Wiesz, gadają, że ma być mecz dziesięciolecia czy coś takiego. Kto wie, może… przy takim składzie…

- Dwie bandy agresywnych łbów strzelających do siebie farbą...jaki wynik obstawiasz? - Juli skomentowała cicho całą sprawę, ale wyglądała na zadowoloną i ciekawą opinii przyjaciela.

On tylko wzruszył ramionami jakby naprawdę przez chwilę próbował oszacować wynik i jakość widowiska.
- No ale młoda damo, wracając do tej okazji to dla ciebie jest ważne, że wśród Runnerów startuje właśnie Guido i cała jego klika więc będziesz mogła ich obejrzeć w akcji. Co dalej to już zdecyduj sama. - wzruszył ramionami gasząc w popielniczce wypalonego peta i dopijając resztkę trunku ze swojej szklanki.

Blue nic nie mówiła. Wolała milczeć i słuchać. Opróżniała machinalnie szklankę co pewien czas dopełniając ją złocistym trunkiem. Jak Forlov to robił, że zawsze potrafił ją zaskoczyć? Sand Runnersi - to przecież w ich strefie siedział skurwysyn mający informacje na których Julii tak zależało. Schultz może i był najpotężniejszym typem w mieście i mógł wiele ale to do bandy wiecznie naćpanych oszołomów właśnie dostała bilecik. Może uda się jej zdobyć ich wdzięczność, ale to trzeba było dobrze rozegrać.
- Jak wygląda ten Guido. Gdzie i z kim mieszka. Co lubi, jakie ma słabości prócz tej fury? Dragi, spluwy, kobiety, chłopcy, wóda? Gdzie się rozbija, komu wisi przysługę. Wrogowie, poplecznicy. Podstawy brat, daj mi podstawy. Każdy klient ma słabości - zamyśliła się a tekturowy kartonik migał między jej palcami . Był mniej wygodny do takich zabaw niż moneta, ale odruch bezwarunkowy pozostał - Wiesz już kto będzie w jego drużynie podczas meczu? Co wiesz o jego najbliższych przydupasach? Zastępcy, podcieracze, ochrona. Ilu ich, kim są. Ty zawsze wiesz wszystko o wszystkich - zakończyła skupiając wzrok na Egorze i dolała i do jego szklanki a wyraz jej twarzy ciągle pozostawał wesoły.

- Guido? Taki czarnowłosy ponoć przystojniak w skórach i dziarach. Jak zobaczysz kolesia w zadbanej czarnej bemwicy jak sprzed wojny to będzie on.- uśmiechnął się nieco ironicznie brat Anny, właścicielki tego lokalu. Nad resztą pytań zamyślił się i pocierając nasadę nosa zaczął mówić już poważniej. - Często przesiaduje w starej kręgielni. U Runnerów jest tylko jedna. Znaczy się jedna się uchowała z szyldem. - dodał wyjaśniająco i zaczął wyjmować z kieszeni paczkę fajek. Odezwał się gdy zaczął wyjmować kolejną ponoć rakotwórczą pałeczkę.

-Nawet szyld mają... - blondynka pokiwała ironicznie głową. Nie była pod wrażeniem. Komuś kto wychował się w Vegas ciężko było zaimponować paroma zbitymi dechami i wiadrem farby.

- Laski lubi. One lubią jego. Zawsze się przy nim jakaś kręci jedna czy dwie. Wyścigi i samochody lubi. Stać go na wizyty w “Cylindrze”. Przystojny, uśmiechnięty, z gestem, popularny, lubiany… No po prostu playboy. - wzruszył ramionami zajęty próbami wsadzenia filtra w resztę owiniętej bibułą rureczki bo okazało się, że wypadł. Wymieniał po kolei cechy celu zlecenia jakby opisywał jakąś kremówkę.
- No przygotowuje się do tego meczu co masz bilet to ostatnio też powinno dać się go złapać na tej ich Strzelnicy. - rzekł gdy w końcu udało mu się skompletować fajka. Uniósł go ostrożnie do ust i teraz sięgnął po zapałki.

-To już wiem kim jest klient. Co z jego obstawą? - zapytała.

- Często się kręci przy nim tak łysy z bródką. Taylor. Tak byczek. To jego zastępca i prawa ręka. Jak White Hand u Schultz’a. Wołają go też Pitbull. Całkiem słusznie zresztą. Kurwa… - przerwał gdy z trudem skompletowana fajka znów się rozpadła zaraz po podpaleniu i w ustach trzymał tylko filtr a reszta fajki leżała mu na kolanach. Machnął ręką i wyrzucił filtr gdzieś w kąt co jak wiedziała na pewno nie ucieszy jego siostry jak go znajdzie. Sam zaś wziął podpalonego papierosa i zaczął go palić bez filtra.
- Jest jeszcze taka ruda. Lekarka. Anioł Miłosierdzia. Często z wielkim czerwonym celownikiem na piersi. Taki konus właściwie. Brzytewka. Właściwie wiele o niej nie wiadomo. Wypłynęła zeszłej zimy. Kojarzysz tę laskę z gazet co łazi jak debilka pomiędzy dwoma grupami z wycelowaną w siebie bronią? No to ta sama. Nie mam pojęcia co ona poza lekarzowaniem robi ale często się przy nim kręci. Jakaś głupia… Leczy za darmo… - pokręcił głową dając znak swojemu niezrozumieniu dla poczynań wspomnianej kobiety. Julia zaś nie kojarzyła gazety o jakiej mówił jej kumpel ale wiedziała, że jakieś gazety czasem tu z NY dochodzą, zwłaszcza właśnie w dzielnicy Schultz’ów. Podobno stary zaczynał dzień od przeczytania gazety przy kawie i ciastku. Dziwak. Chociaż na tyle potężny, że bezpieczniej było o nim myśleć: ekscentryk.

-Idiotów nie sieją, brat - Blue wypowiedziała jedną z mądrości zasłyszanych już w Detroit i dała mu dokończyć.

- Ci dwoje właśnie będą z nim w drużynie na tym meczu. Ten Taylor to rozumiem ale po co biorą tą rudą to nie mam pojęcia. - wzruszył ramionami kręcąc głową. Najwyraźniej ta rudowłosa jakoś zakrzywiała zwyczajną gangerową średnią w wielu aspektach. - Ma być jeszcze Viper i Paul z Hektorem. Wszyscy to osobista świta Guido. No poza nimi ma całą masę zwykłej hołoty jak każdy ważniak więc raczej ciężko będzie dorwać samego gdziekolwiek. - rzekł dochodząc już prawie do połowy wypalonego fajka i zmieniając na nieco wygodniejszą pozycję na tym i tak wygodnym fotelu Anny.
- Kiedyś miał jeszcze brata. Młodszego. Custera. Ale zginął tej zimy na jakimś zadupiu jak pojechał po coroczny haracz. No więc pojechał tam Guido ze swoją świtą. Zrobił porządek. Przywiózł haracz i ciało Custera. Tak mawiają przynajmniej. - dodał spoglądając z niesmakiem na pustą szklankę. Gadanie w końcu zawsze wysuszało gardło.
- Podobno jednak podpadł w niełaskę u samego Hollyfield’a. Skasował mu pożyczoną od niego brykę na akcji. W zimie. Za miastem. Pewnie będzie się starał jakoś to odrobić. - dodał odstawiając pustą szklanicę na biurko i wrzucając do niej peta.

- Guido, Taylor, Hektor, Viper, Paul i ta lekarka. - Julia trawiła i zapamiętywała kolejne informacje. Coś jej śmierdziało w tym układzie. Zakręciła butelką i resztę koniaku wlała w gardło prosto z gwinta - Od kiedy Anioły Miłosierdzia kumplują się z gangerami? Może to jakiś przebieraniec albo trzymają ją tam z konkretnego powodu? W tym musi być coś więcej. Też nie wiem po co wystawiają karła w tym meczu skoro na arenę mają wyjść najlepsi zawodnicy. Co niby ma tam robić? To paintball, lekarz tu niepotrzebny. Może to jakaś psycholka i będzie rzucać się przeciwnikom do gardła? Wiesz brat, pozory często mylą - odstawiła butelkę a bilet schowała do wewnętrznej kieszeni kurtki.

- Może i jest z niej jakiś przebieraniec, tego nie wiem. Jest dość nowa. Może to jakaś dupa Guido albo któregoś z nich? Ale jak leczy jak Anioł i chyba chce zrobić szpital w starej szkole… - rzekł zamyślonym głosem mężczyzna w kapeluszu pocierając nasadę nosa.

- Dobra. Auto jest pilnowane, dmuchane, chuchane i pewnie ten cały Guido poleruje je co wieczór jeśli naprawdę ma takiego świra na jego punkcie. Pomyślę jak wywabić go na przejażdżkę. Zajebanie kluczyków to nie problem jeżeli klient nie trzyma fiuta w gaciach. Gorzej z przyprowadzeniem bryki w jednym kawałku. Ogarniasz, że od takich rzeczy zawsze miałam swoich ludzi, no nie? Nawet ja nie jestem idealna i nie znam się na wszystkim. Wezmę ze sobą Troya - ze wzruszeniem ramion podkuliła nogi i ułożyła stopy na wypolerowanym blacie biurka.

- Tego palanta chcesz wziąć? - Egor zdecydowanie się ożywił słysząc imię drugiego faceta który często się kręcił wokół blondyny a którego nie znosił. - Jak sobie chcesz to go bierz ale bilet masz jeden. A będziesz miała faceta przy sobie to dużo ciężej zrobić wszelkie numery pt. “Jestem tylko małą, biedną, głupiutką blondynczeką”. Ale jak chcesz to go weź. - mówił nastroszonym tonem jakby miał za złe swojemu gościowi, że trzyma się “z tym palantem”. Jednak musiał doceniać jego wartość skoro nie zniechęcał ją od serca do nie brania go ze sobą czy poruszania się po mieście z nim. Tu w centrum enklawy Schultz’ów było całkiem bezpiecznie. Stary Schultz zdecydowanie nie życzył sobie strzelanin za oknami i potrafił to wyegzekwować. Podobnie było w centrum większości enklaw zamieszkałych przez gangi. No ale poza nimi, w Ruinach czy na północnych sektorach miasta w pobliżu Zamkniętej Strefy czy opanowanej przez Gaz Drinkersów to już nie było tak różowo.

- Patrząc z drugiej strony to Runnerzy - skupiła uwagę na Egorze i jego reakcji na jej wywody. Zaczęła cedzić słowa, zgrzytając przy tym zębami - Gdzie siedzi Lexa? W czyjej strefie rozbija się ten skurwiel który wie kto zlecił wysadzenie nas z siodła i przez którego zginął Tatko i Curtis? Pamiętam dla kogo teraz pracuję ale szlag mnie trafia jak pomyślę że ta ludzka kurwa siedzi gdzieś tam bezpieczna i zaćpana, my kręcimy się w kółko, a Robert z ludźmi narażają dupę na odstrzał w pierdolonej Hegemonii. To okazja. Szansa. Wykorzystajmy ją w pełni. Sztony się przydają, nie gardzę zarobkiem. Ale bardziej chcę mieć Lexę i to jak najszybciej. Wiadomo co jeszcze odpierdoli? Muszę go znaleźć Egor. Pomścić Tatka i przywrócić sprawom w Vegas właściwy tor. - skończyła, akcentując swoją złość skopaniem ze stołu fikuśnej fioletowej lampki.

- Moja droga, złość piękności szkodzi. A w łowach jedną z najważniejszych cech myśliwego jest cierpliwość. Cierpliwość to starcie charakterów pomiędzy myśliwym a zwierzyną. - rzekł nieco pouczającym tonem Rosjanin. - A co do Lexy… - zmarszczył brwi i chwilę bawił się pustą szklanicą wodząc po niej palcem. Najwyraźniej jednak myślał o czym innym.
- Mamy o nim dość skąpe informacje. Tak naprawdę to nie wiadomo jak wygląda. Właściwie to tak dokładniej to wiemy, że był u Runnerów parę miesięcy temu. Czy był na stałe czy przejazdem czy był ale wróci czy nadal jest to nie wiemy tak naprawdę. To nie ułatwia sprawy. A nawet w samej dzielnicy Runnerów jest kogo szukać… - rzekł skrótowo przedstawiając sytuację. Choć właściwie prawie całą bo wiedziała, że o poszukiwanej łajzie wiedzieli mniej więcej tyle.
- Sieć jest zarzucona. Jeśli jest w mieście to w końcu poruszy któryś dzwoneczek i zostawi jakiś ślad. Jakby Schultz czy inny ważniak zarzucił swoją sieć to by na pewno nie zaszkodziło. No ale… Rozumiem, rozumiem. Zemsta rzecz święta a twój ojciec na pewno na nią zasługuje. Ale przyznam Juleczko, że smutno mi tu będzie jak znów porzucisz starego Rosjanina i wrócisz kroić vegasowy tort… - zrobił przesadnie smutną minę na koniec tak, że było wiadomo, że znów żartuje. Wcześniej jednak powiedział swoje na temat tego miasta a swoje o nim wiedział. Decyzję jednak zostawiał jej.

Blue kiwała blond głową i uspokajała się widocznie z każdym rozsądnym słowem jakie wypowiadał detroitczyk. Facet cały czas mówił, wrzucał żarciki i samą mową ciała działał na nią lepiej niż całą butelka koniaku. Miał rację, zawsze dostrzegał wszystkie za i przeciw jak dobry przedsiębiorca. Zgadzała się z nim całkowicie i sama doszła do podobnych wniosków, ale co się nazłościła to jej.
Na sam koniec, kiedy tylko Egor skleił japę, opuściła głowę i zachichotała.
- Braciszku...też będę tęsknić, ale nie zostawię cię na zawsze. Co biedna, głupiutka blondyneczka zrobiłaby bez swojego kapelusznika? Wrócę ale już na swoich warunkach a nie jako zbieg - wychyliła się do przodu i poklepała go po karku - Wiem że zrobiliśmy wszystko co się na tym etapie dało i że sprawa wymaga czasu i cierpliwości. Ostrożność też nie zaszkodzi. Pójdę na ten mecz, rozejrzę się a Troya zostawię na zewnątrz. Będzie większa swoboda przy podziwianiu i wzdychaniu do dzielnych wojowników - parsknęła na samą myśl o odgrywaniu podjaranej strzelaniną idiotki. Przybliżyła twarz do zarośniętej mordy.
- Zobaczę co uda się ugrać. Jeśli sprawa będzie beznadziejna zawsze pozostanie wyjście z kradzieżą. Nie obstawia się tylko jednego wyniku jak stawka jest wysoka. Więcej asów w garści to większa szansa na wygraną. Nawet jeśli wyciąga się je z lewego rękawa. Możesz mi załatwić gazetę z tym Aniołem? Zobaczymy co to za przypadek. Każdy ma jakieś słabości, a ona wydaje się w tym zestawieniu najsłabszym ogniwem.

- Gazetę z tą Alice? Tak, pewnie tak. - zmrużył nieco oczy jakby już główkując nad tym gdzie i jak zdobyć wspomniana rzecz. - Ale to trochę zajmie. Wiesz, książki i gazety to obecnie niemodna fanaberia. - mruknął nieco zirytowanym tonem na wspomniany brak powszechnego zrozumienia dla co raz trudniejszej i mniej powszechnej sztuce czytania i zapisywania myśli.

- Potrzebujesz mnie jeszcze do czegoś, brat? - zapytała i wstała z fotela.

- Mhm… Będziesz schodzić na dół to powiedz Annie by przysłała tu którąś do posprzątania… - rzekł Egor rozleniwionym głosem. Najwyraźniej co miał jej do powiedzenia już powiedział.

- I to wszystko? Gdzie kwiaty, kolacja… trucizna w drinku? Miałam nadzieję usłyszeć propozycję że rzucamy ten burdel i jedziemy do Miami. Przydałby się urlop - Julia odpowiedziała z nieszczerą pretensją. Przed wyjściem porwała jeszcze paczkę papierosów i poczęstowała się jednym zatykając go za ucho, a pudełko wróciło na blat. Posłała Egorowi zmęczony uśmiech, klepnęła go w ramię i wyszła z gabinetu. Naoliwione zawiasy nie wydały z siebie najmniejszego zgrzytu za to po drugiej stronie w głębi korytarza zobaczyła testowaną wcześniej dziewczynę która kończyła właśnie doprowadzanie się do porządku. Coś długo jej to zajęło, w głowie Blue zapaliły się ostrzegawcze lampki.
- Jeszcze tu jesteś tępa kurwo? Wypierdalaj dopóki nikt nie przerobił cię na żarcie dla szczurów - odwarknęła zdecydowanie niezbyt przyjaźnie obracając się frontem do czarnowłosej której imienia nawet nie pofatygowała się poznać. Dziewczyna pobladła i ze spuszczoną głową opuściła piętro truchtając do schodów zostawiając po sobie echo uderzających o kamień stóp, słabnące w miarę upływu czasu. Julia odczekała jednego fajka i dopiero podążyła jej śladem mijając po drodze wyłożony ciemnofioletowym dywanem kamienny korytarz z trzema parami zamkniętych drzwi po obu stronach.

Pierwszą rzeczą jaka przywitała Julię po dotarciu na dół był głośny, złośliwy i dobrze znany rechot Troya, siedzącego na jednej z kanap przy barze z Foxy na kolanach. Ruda prostytutka o zadartym nosie i oplecionej masą wisiorków szyi kończyła coś właśnie dopowiadać a całe jej ciało podrygiwało w rytm przejawów rozbawienia rozwalonego po pańsku faceta. Na kanapie naprzeciwko siedziała najlepsza atrakcja Grzesznika - długonoga brunetka o wielkich, ciemnobrązowych oczach, ubrana w krótką czarną sukienkę. Tuż obok spała oparta o jej ramię małolata oddychając ciężko przez zakatarzony nos. Na ten widok Blue uśmiechnęła się mimowolnie. Lubiła Szczeniaka i jej przyszywaną matkę. Kosa jak na dziwkę okazywała kościstemu dzieciakowi dużo uwagi i dobroci a przecież nie musiała nikogo niańczyć. Prócz nich w lokalu znajdowała się jeszcze para ochroniarzy i barmanka, ale akurat oni siedzieli we własnym gronie, rozprawiając o czymś z przejęciem. Pora była jeszcze dość wczesna, większość dziewczyn odsypiała pracowitą noc. W starym kościele zaadaptowanym na dom rozpusty panował względny spokój. Stojącą w cieniu wieńczącego zejście ze schodów kamiennego portyku blondynkę pierwszy zauważył Troy.

- Padlina! - ryknął na powitanie a Kosa obdarzyła go pełnym niechęci spojrzeniem i syknęła coś chyba niezbyt miłego pod jego adresem, bo mężczyzna skrzywił się a jego wzrok powędrował ku śpiącej małolacie. Odburknął swoje z wybitnie niezadowoloną miną i tylko machnął ręką jakby nie chciał się kłócić na co Foxy zareagowała łapiąc go za wytatuowaną dłoń i położyła ją na swoim biodrze.

- I czego piłujesz ten ryj od bladego świtu? Mordują cię czy co? - Julia dosiadła się do towarzystwa wybierając trzeci mebel dzięki czemu miała możliwość wyciągnięcia nóg na miękkim siedzisku i dociśnięcia pleców o oparcie. Kanapa stała bezpośrednio pod ścianą to i od tyłu nikt nie mógł blondynki zaskoczyć.
- Gdzie Anna? - zapytała krzyżując nogi w kostkach i dodała za pamięci - Egor chce kogoś do sprzątnięcia jej biura. Syf się zrobił.

Lokal był jeszcze właściwie pusty. Przecież jak na tego typu przybytki był środek nocy czy inny przedświt. Więc obsługa albo się zbierała do śniadań albo dopiero schodziła na miejsce. Nawet dziewczyny pracujące na co dzień kupczeniem swoimi wdziękami wyglądały dość standardowo tak w ubraniu, makijażu i innymi przystrojeniami. W końcu wygląd w ich pracy był kluczowy. O tej porze można było niejako zajrzeć za kurtynę i zobaczyć jak to wszystko wygląda od zaplecza.
Julia po raz kolejny mogła uznać pragmatyczność i wygodę takiego genialnego wynalazku myśli technicznej jakim była kanapa. Taka sprawna, bez wystających i uwierających tyłek sprężyń, przegniłych materaców, czy podartej i przegniłych wykładzin. Mogła się rozwalić sama na całej kanapie bo miejsca było aż nadto o tej porze.

Najbliżej siedziały niej Leah i Szczeniak je też widziała najlepiej. Starsza a wciąż młoda kobieta miała rozleniwione snem i zmęczeniem spojrzenie. Ale do wieczora zniknie co najwyżej zaliczy jakiegoś strzała wspomagaczem pomagającym przetrwać kolejną noc zmagań w jej pokoju czy na estradzie w centrum lokalu. Ale na razie jeszcze był spokój. Delikatnie głaskała młodszą dziewczynę odgarniając jej loki z czoła. Ta zaś była zakatarzona w sumie nie wiadomo po czym.

- Syf się zrobił? - uśmiechnęła się zmęczonym uśmiechem przekładając spojrzenie z młodej na Julię. - Widziałam ten syf. Szybko stąd wybiegał. - parsknęła chyba nawet naprawdę rozbawiona. Na dźwięki rozmowy Szczeniak otworzyła oczy. Widać nie spała tak na serio.

- Anna sobie chyba znalazła nowego chłopaka. Słyszałaś już o tym? - dziwka nie dziwka plota o nowym chłopaku szefowej zdawała się jej całkiem warta wzmianki.

- Nie wiadomo czy to jej chłopak… - zaoponowała cicho małolata wtrącając się w rozmowę.

- No jak nie? Sama mówiłaś, że widziałaś jak trzymali się za ręce. - upomniała ją Kosa patrząc na Olivię nieco zirytowanym spojrzeniem.

- No tak ale wiesz, tak krótko i nie widziałam za dobrze… - młoda zdawała się wcale nie być zadowolona z tego, że ma robić za świadka czegokolwiek.

- Ech… To co gadasz? Słyszałaś co powiedziała Julia? Egor znów narobił syfu to leć i sprzątnij zanim Anna wróci. - lekko pchnęła dziewczynę a ta zerwała się i ruszyła na górę znikając po chwili na schodach.
- Jak poczekasz to sama zobaczysz. Poszli do kanciapy to będą musieli wracać. Już tak chyba ze dwie albo trzy fajki temu. Ale facet z klasą, mówię ci. No i z gamblem oczywiście. Widziałaś jaką bryką przyjechał? Sam Schultz by się nie powstydził. Ta to ma szczęście… - szybko podzieliła się z Faust swoimi rewelacjami o Annie i jej gościu.

- Jakaś czarna terenówka? - Blue nie mogła powstrzymać cisnącego się na usta komentarza. Teraz po głowie chodził jej jeden konkretny samochód i jego właściciel z którym nie zdecydowała się jeszcze co zrobić. Potrzebowała przysługi u kogoś wysoko postawionego, ale Stary miał stołek z najdłuższymi nogami. Z drugiej strony kto kazał jej ciągnąć tylko jedną srokę za ogon? Obróciła głowę w kierunku jedynego faceta w towarzystwie - Będziesz mi potrzebny. Nie zalewaj się dziś ani nie odpierdalaj czegoś przez co będzie cię trzeba szukać po mieście. Łapiesz?

- Pewnie… Ale jeszcze nie teraz chyba co? - spytał Troy a Emma właśnie gnieździła mu się wygodniej na kolanach wodząc mu palcem po karku. Oboje sprawiali wrażenie na wzajemnie zadowolonych ze swojej obecności. Jak tak dalej pójdzie w tym tempie to Troy chyba zdecyduje się na wizytę w pokoju rudej.

-Teraz i tak do niczego się nie nadasz. Spuść ciśnienie, trzymaj mordę z dala od butelek zza baru. Masz myśleć łbem, nie kutasem bo się kurwa bardzo pogniewamy- Julia zniecierpliwionym gestem postukała palcami o oparcie kanapy. Na słowa dziwki zareagowała rozbawionym parsknięciem i wzruszeniem ramion.

- Terenówka? Nieee… - skrzywiła się lekko i machnęła dłonią najwyraźniej blondynka w ogóle się nie wstrzeliła z tą odpowiedzią na tą zagadkę. - No coś ty. Mówię, że to fura z klasą. - zdawała się być dalej podekscytowana tą sprawą.

- Z klasą? Mówisz różowy Cadillac z doczepionym jacuzzi i trzema laskami w bikini pijącymi szampana? - zapytała i zamknęła się czekając aż otoczenie uraczy ja większą ilością detali. Trochę żałowała że nie chodzi o tego całego Guido. Dostaliby punkt zaczepienia i możliwość obejrzenia klienta z bliska jeszcze przed właściwą akcją. Dymanie do kręgielni w strefie Sand Runnersów i przebijanie się przez otaczający cel motłoch przysparzało masy niepotrzebnych komplikacji. Nikt nie lubił komplikacji. Wyłuskanie pojedynczego frajera z całego stada to już komplikacja.

- No to my zaraz wrócimy. - Troy kiwnął głową a ruda zeskoczyła z jego kolan i pociągnęła go ku schodom choć zniknęli w tych prowadzących na dół a nie jak Szczeniak na górę. - Różowy Cadillac? Niee… No co ty… Bentley! Prawdziwy Bentos! Za taką brykę sama bym wypchnęła jedną z tych dziwek z ich miejsca. Albo zrobiła im dobrze jak trzeba. Nie widziałam jeszcze Bentosa w takim stanie… - jak każdy mieszkaniec i użytkownik tego miasta znała się na markach i modelach choć pobieżnie. I najwyraźniej maszyna zrobiła na niej prawdziwe wrażenie. I okazało się, że nie tylko maszyna.

- No i mówię ci jak on wygląda. Jakby wyszedł od audiencji od samego Schultz’a. Pasuje do tego jego samochodu. No i był tu już kilka razy. Ale nie u żadnej z nas. Zawsze spotyka się tylko z Anną. Raczej krótko. Ale co raz dłużej. Ehh… Zeby po mnie taki przystojniak przyjechał taką bryką… - dziewczyna zdawała się być ożywiona a na koniec chyba się po prostu dała ponieść marzeniom. Dziewczyna z Vegas kojarzyła samą markę samochodu ale nic ponadto. Za to widziała, że Kosa serio jest zajarana na taki zestaw maszyny i jej właściciela i zazdrości tego szefowej.

Blondynkę bawiło to. Ludzie z Detroit przykładali zbyt dużą wagę do bryk. Gdyby Kosa dowiedziała się ile Faust rozwaliła zabytkowych samochodów dla czystej zabawy pewnie nie uwierzyłaby w podobne brednie. Miejscowi mieli inną mentalność niż ludzie urodzeni wśród świateł Vegas. Tam życie toczyło się innym torem, inne rzeczy uważano za wyznacznik statusu, klasy a dzianym był ktoś kto kontrolować kasyna, alfonsów na Stripie i resztę drobnicy. Miasto Popaprańców nie miało nawet prądu w większości kwartałów i tego Julii brakowało najmocniej. Cywilizacji zamiast ciemnoty.
- Może mają wspólne interesy? Dolę do zapłaty, nowy deal na prochy. Nie musi mu dawać dupy żeby spędzać owocnie czas. Biznes jest biznes, Kosa. Mówisz że są tam już jakiś czas. Poczekamy, zapalimy i obczaimy co to fraj...co za klient się pojawił w lokalu. Poza tym słyszałaś coś o tym meczu Huronów i Runnersów? Podobno otwarcie sezonu w paintball’u i inne bzdury. - skończyła mówić i wychyliła się po paczkę papierosów leżącą na kanapie poprzednio zajmowanej przez Troya.

Leah oparła się z powrotem na swoją cześć siedziska kanapy i wzruszyła ramionami.
- No może i interesy… - nie wydawała się zachwycona takim pomysłem. - Tak słyszałam o tym meczu. Chyba jest jutro czy po jutrze. Nie mogę iść więc nie interesowało mnie to za bardzo. - znów wzruszyła ramionami poprawiając dłonią włosy. - Ale poszłabym bo to mecz otwarcia. Jak co roku. I nie paintball’a tylko na takie specjalne karabiny ale nie prawdziwe tylko jakieś inne. Spytaj się Leo on będzie wiedział pewnie lepiej. - machnęła ręka w stronę trójki gadających razem ochroniarza, wykidajłę i barmankę. - Ciekawe bo Huroni wystawiają samego Kovalsky’ego. Wiesz, tego z Magicznej Szóstki. A Runnersi Guido i jego bandę. Nie ten kaliber co ktoś z Szóstki ale też jest niezły. I ma podobno świetną ekipę. Więc pewnie będzie co oglądać ale no nie idę… - skwasiła się nieco pod koniec jakby jej się dopiero jak mówiła przypomniało co będzie musiała odpuścić.

Julia nie wiedziała czym jest Czarodziejska Szóstka. Dla niej mogli być nawet Siódemką albo Ósemką. Ją interesowało co innego a temat sam się nawinął.
- No to Huroni mają zwycięstwo w kieszeni. Wystawiają elitę, a co dają te zjarane łby? Lekarza? Słyszałaś coś o tym? Dla mnie to jakiś kurwa szwindel. Po chuja im jakiś spec na polu walki i to do tego jeszcze karypel. Użyją jej jako tarczy? Karabiny i Anioły Miłosierdzia. Stawiam swój złoty łańcuch, że Guido zaćpał i na bani podjął taka decyzję a potem juz było za późno ale walić ją. Ogarniasz kto tam jeszcze jest w jego grupie? Taylor, Hektor...jakaś żmija…

- Lekarz? Nic nie wiem o żadnym lekarzu. I prócz Guido nie wiem kto na pewno będzie grał jutro. - rzekła krótko wykrzywiając usta w grymasie niewiedzy. - Ale jak takie szychy stają naprzeciw siebie to się zawsze robi ciekawie. Jest żarcik na mieście, że to mecz dziesięciolecia. Wiesz, pierwszy w nowym roku w nowym dziesięcioleciu. Kto wygra będzie sławny to każdemu zależy. Bo same mecze na tej ich Strzelnicy to w sezonie są czasami ale już takie tam. Jak ktoś chce może ich wyzwać i czasem ktoś się trafia. Albo samemu wynająć. Ale to już trzeba sypnąć gamblem. - odparła siedząca naprzeciw kobieta.

Tymczasem dobiegł ich jakiś śmiech i moment później pojawiła się młoda para. Mężczyzna i kobieta. Kobietę znała widziała ją zanim poszła na górę na rozmowę z jej bratem. Facet zaś był jej całkowicie obcy. Ale słowa dziwki się potwierdziły. Wysoki, zaczesany brunet o kasztanowych włosach. Ubrany w komplet trzyczęściowego, całego i czystego garnitur a nawet krawat. Był prawie o głowę wyższy od Anny i rozmawiał z nią. Oboje wyglądali na zadowolonych i posłali dwóm siedzącym na kanapie kobietom przelotne spojrzenie.


Gdy na moment spojrzenie obcego zetknęło się z jej spostrzegła… Zaciekawienie? Zainteresowanie? Zaskoczenie? Chyba coś takiego właśnie. Jednak kończył już żegnać się z gospodynią i spokojnie ruszył ku wyjściu ze starego kościoła.

- Gdzie jest Egor? - spytała jego siostra patrząc głównie ja blondynkę z Vegas. Rozstały się w końcu gdy szła do niego na górę.

Blue poczuła się nieswojo, nawet bardzo. Kim był wychodzący właśnie z lokalu frajer? Skąd ją kojarzył albo znał? Widział kiedyś, słyszał o niej, a może ktoś go nasłał? Jej rodzina prowadziła z nim interesy za czasów swojej świetności albo załatwiła na szaro kogoś mu bliskiego? Opcje same mnożyły się w jej głowi i żadne się Julii nie podobała. Powinien ją olać jak podrzędny plebs lub kolejną dziwkę. Siedzieli w burdelu o poranku. O takiej godzinie zostawały tylko pracujące tu dziewczynki. Nie kojarzyła go, nie wiedziała kim i skąd jest. I czy ją zna. Mógł się pomylić. Przypadek… gdyby jeszcze wierzyła w podobne głupoty.
- U ciebie - blondynka machnęła uzbrojoną w fajka ręką w stronę schodów. Zatoczyła nią koło i obróciła głowę za zmierzającym do wyjścia typem i dodała cicho - Dobra dupa nawet z twarzy. Nowa zabawka? Gdzie takich robią to może sama się zakręcę...

- Zaruchał i znów poszedł spać. - prychnęła Anna po czym machnęła palcem na Kosę. - Skocz po niego Leah. Jest mi potrzebny. I niech mi nie zostawi burdelu w gabinecie jak ostatnio! - krzyknęła do już odchodzącej gibkiej brunetki.
- Lulu! Rzuć się tu czym… Ale nie nożem… - szefowa rzuciła w stronę barmanki i na chwilę się zacięła gdy sobie uświadomiła co i do kogo mówi. Drobna wpadka została przyjęta poszmerem śmiechu wśród obsługi znającą możliwości i zamiłowania brunetki zza baru. Ta zaś zrobiła absurdalnie niewinną minę skrzywdzonego niewiniątka, że nawet Anna się roześmiała.
- Tak, jest na czym zawiesić oko. I posłuchać. Ciekawe rzeczy opowiada. - rzekła gospodyni zajmując miejsce Kosy rozsiadając się wygodnie. - No ale on jak on. Widziałaś jego maszynę? Skąd on ją wytrzasnął? - uniosła palec górę bo z zewnątrz doszedł ich dźwięk warkotu silnika. Nie była to żadna małolitrażowa popierdziawka, szczekanie krztuszącego się własnym ciężarem gruchotów czy miarowego basu ciężarówek. To był ryk mechanicznej bestii nawykłej do prędkości. Skonstruowanej dla innych dróg, ludzi i czasów dlatego obecnie rzadko można było spotkać takie rarytasy.

- Ale mruczy - Julia podniosła się zaskoczona na równe nogi. Dawno już nie słyszała podobnie melodyjnej pracy silnika i drugi czy trzeci raz poza Vegas. Ciekawość wygrała i prawie biegnąc podążyła do głównych drzwi kościoła. Annie posłała odpowiedź przez lewę ramię - Muszę to zobaczyć. Zaraz wrócę.

Z trudem zdążyła. Kasztanowa czupryna faceta mignęła jej jeszcze za szybą samochodu gdy z maszyna szarpnęła się do przodu, piszcząc przy tym oponami i zostawiając za sobą strugi brudnej wody z kałuż. Spód samochodu był uwalany rozbryzgami błota bo nie dało się tego uniknąć przy tej pogodzie. Ale poza tym była “jak nowa” jak to się kiedyś mówiło. Oczywiście musiała mieć pewnie co najmniej ze dwie dychy lat na karku ale widać gdzieś się uchowała nie ruszona i ten facet ją dorwał. Była tak nowa, że nawet tylne światła jej sie zaświeciły przy ruszaniu i włączaniu się do ruchu publicznego zgodnie z zasadami przedwojennej homologacji drogowej. Sama maszyna też była bardzo okazała i stylowa. Swoim błyszczącym czarnym lakierem robiła wrażenie. Nawet w najbardziej zmotoryzowanym mieście świata. Ludzie przystawali i odwracali głowy by rzucić na nią okiem póki nie znikła za zakrętem. Dziewczyna z Vegas nie widziała jej całej ani nie miała okazji jej obejrzeć dokładnie ale chyba była cała. Bez tak popularnych łat, dorabiania części z innych maszyn, plam rdzy, wyklepanych fragmentów czy bardzo praktycznych i popularnych kolców czy innych tego typu ozdobników czy narzędzi. Nie, nic takiego. Wyglądała jak rasowa, sportowa bryka niby dopiero co zamówiona z przedwojennego katalogu. Takie samochody zdarzały się ale… No właśnie. Zdarzały się. Można było jakiś spotkać ale raz na rok czy kilka lat nawet. A już ciężko było spotkać tak niepraktyczny model jakim był sportowy wóz. Ani do transportu, ani w teren, ani z częściami i cholernie paliwożerny. Dlatego nawet jak się gdzieś uchowały to raczej były używane od okazji do okazji. A sądząc z reakcji Anny i Kosy facet jeździł nim chyba regularnie. Przynajmniej jak przyjeżdżał do Grzesznika.

- Ładnie… - kobieta szepnęła z uznaniem stojąc w drzwiach burdelu. Coś takiego robiło wrażenie nawet na kimś starającym się nie okazywać dużo emocji jak na pokerzystę przystało. Julia automatycznym ruchem wyciągnęła z kieszeni obdrapany szton i zaczęła przesuwać go między kostkami prawej dłoni. Właściciel fury był dziany, miał klasę styl i najwyraźniej pozycję dość stabilną żeby obnosić się legalnie i bez strachu ze swoim bogactwem. Przydałby się jej ale na razie miała tylko jego twarzy i brykę. Po więcej informacji zdecydowała się udać do osoby najlepiej znającej temat a kto liznął temat lepiej niż Anna? Dlatego obróciła się i nie przejmując się ponownym zamknięciem wejścia poszła prosto do trzech fioletowych kanap.

- Sprzęt pierwsza klasa. I wózek i koleś. Jakby do kompletu był jeszcze łysy wtedy dałabym mu się rozjechać z miejsca a tak za włochaty na moje standardy, ale bryka zajebista. To wasz typ, z Detroit? - zagaiła Annę kiedy znowu rozwaliła się na wygodnych meblu. Burdelmama zajęła była akurat mierzeniem wściekłym spojrzeniem swojego brata który zatrzymał się u dołu schodów i z zawodową niewinnością odbitą na zarośniętej gębie odpalał kolejnego fajka.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

Mam złe wieści. Świat się nigdy nie skończy...
Zuzu jest offline  
Stary 08-09-2015, 03:52   #6
Elitarystyczny Nowotwór
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 77513 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację


“Wtedy włożę maskę. Zawsze będę ją miał przy sobie i w razie potrzeby, gdy ogarnie mnie bezsilność lub przerażenie, nałożę ją, by skryć swój strach. Wydawało mi się to uczciwe. Będę musiał rozpoznać i zaakceptować go w pełni. Jeżeli zechce mną wstrząsnąć lub zmusić mnie do płaczu, poddam się temu na tak długo, jak długo będę nosił maskę. Kiedy strach przeminie, znów zostanę sam. Umierając, dzieliłem się na dwoje. Wyruszając w podróż, zabierałem obie swe osobowości i każdej z nich pozwalałem mieć własny czas.”
- Jonathan Carroll, “Na pastwę aniołów”.



Teoria względności mówi, że czas zależy od obserwatora i materii. Kierunkowość upływu czasu pozwoliła materii wyłonić się z pierwotnego stanu symetrii pomiędzy materią i antymaterią zaraz po Wielkim Wybuchu. Czas stanowi wartość niepojętą, mającą swój początek na długo przed pojawieniem się istot rozumnych. Czymś, co będzie trwać w niezmienionej formie nawet wtedy, gdy kości ostatniego żywego stworzenia na Ziemi zmienią się w garść pyłu. Człowiek od dawien dawna próbował go ujarzmić, wpleść w sztywne ramy norm i reguł. Znaleźć definicje oddające jego istotę. Poznać, zrozumieć. Przezwyciężyć. Zyskać choć drobną namiastkę władzy nad upływającymi sekundami, których za żadne skarby świata nie dało się już odzyskać. Według fizyki klasycznej czas to samodzielna wielkość niezależna od innych wielkości, biegnąca w takim samym rytmie w całym Wszechświecie. Newton twierdził, że istnieje tylko jeden, uniwersalny i wszechobejmujący czas – płynie on w jednostajnym tempie i nic nie wywiera na niego wpływu. Jest więc absolutny i obiektywnie jednakowy w całym Wszechświecie. George Berkeley oponował, iż bez umysłu, który by postrzegał ruch, sama idea czasu staje się zwykłą iluzją. Także Leibniz sprzeciwiał się teorii Newtona utrzymując, że czas jest porządkiem następstwa zdarzeń zachodzących w świecie - bez świata zdarzeń nie może być mowy o żadnym czasie. Istniało jeszcze wiele określeń, teraz zapomnianych i nieważnych, bo kto normalny zawracałby sobie głowę pustymi, filozoficznymi rozważaniami, kiedy życie na każdym kroku zmuszało do skupienia się na tym co tu i teraz, pozwalając od święta wybiegać myślom do przyszłości, ale tej najbliższej. Przeszłość istniała jedynie w ludzkiej pamięci. Przyszłość jeszcze nie nadeszła - jawiła się raptem jako oczekiwania, plany, założenia. Teraźniejszość działa się teraz, lecz każda aktywność czy najdrobniejszy szczegół na podobieństwo drzewa sięgały korzeniami w przeszłość, a konarami oplatały przyszłość. Nic nie wynikało samo z siebie. Posiadało konsekwencje. Niestety myślenie krótkoterminowe stało się czymś powszechnym. Gdy śmierć mogła spaść na ludzki kark dosłownie w każdej chwili, nieważne od winy bądź niewinności jednostki, budowanie dalekosiężnych harmonogramów okazywało się stratą siły i czasu właśnie. Istotność przeszłości i przyszłości traciła na znaczeniu, a świat wolał skupić się na "tu i teraz", aby odczuwać każdy moment z całą intensywnością. Reszta nie miała znaczenia.
Przynajmniej w Detroit.

Patrząc na to miasto i snujących się po zrujnowanych ulicach ludzi, Alice nie potrafiła pozbyć się wrażenia że wszyscy pogodzili się z upadkiem cywilizacji i było im z tym dobrze. Przystosowali się do panujących warunków, nie widzieli sensu w dążeniu do zmian. Nie roztrząsali tego, co osiągnęliby gdyby tylko zebrali się w sobie i skupili uwagę na czymś więcej ponad aktywność Ligii Wyścigów oraz własne podwórko. Trwali w marazmie, a jakiekolwiek próby dyskusji zbywali śmiechem lub komentarzami daleko mniej przyjemnymi. Nawet język którym się porozumiewali stawał się chwilami barierą nie do pokonania. Nie pojmowali jej, choć Savage starała się przekazywać myśli w sposób prosty, unikając słów czy zwrotów mogących wywołać u rozmówców niezrozumienie i, w zależności od osoby z którą akurat wymieniała spostrzeżenia, reakcje graniczące ze złością lub wręcz paniką. Powoli przyzwyczajała się do murów niewiedzy o które odbijała się niczym kauczukowa piłeczka, nie zniechęcała się jednak. Mówiła, tłumaczyła, wyjaśniała i mimo zdarzających się nagminnie sytuacji gdzie ledwo nad sobą panowała, zachowywała spokój nie dając wyprowadzić się z równowagi. Spokój był ważny, bez niego człowiek zaczynał miotać się nerwowo po okolicy i nic produktywnego z tego nie wychodziło. Podobnym zachowaniem zrażał też do siebie innych, a tego niewielka lekarka nie zaliczała do swojej listy celów, bądź marzeń życiowych. Ona i gangerzy mijali się na wielu płaszczyznach, również światopoglądowych, lecz jedno pozostawało wspólne - trwali w tym samym miejscu oraz czasie, a szczęście... ono też należało do pojęć względnych.

W bezpośredniej okolicy starej fabryki Ford’a i strefy opanowanej przez Sand Runners'ów Igła, a raczej Brzytewka, miała zapewnione bezpieczeństwo, dach nad głową i możliwość robienia swojego. Nie chodziła głodna, ani zmarznięta. Na brak towarzystwa również nie mogła narzekać. Wbrew początkowym obawom jej nowa, pokręcona rodzina dbała o nią, pozwalając poruszać się w miarę samodzielnie po swoim terenie i wciąż pokazując na czym polegało bycie Runnerem. Szczególnie Paul i Hektor wykazywali niespożyte wręcz pokłady chęci i energii, by wprowadzać piegowatego rudzielca w zawiłe arkana ich codziennych obowiązków. Na razie pozwalali Alice stać z boku, przyglądać się. Uczyli ją, przekazywali panujące w mieście zasady. Dziewczyna nie mogła pozbyć się natrętnej myśli, że którego paskudnego dnia dostanie do ręki nóż, a parka kawalarzy urządzi swojej uczennicy egzamin praktyczny z całego semestru. Bała się tej chwili. Jak niby miałaby wyjaśnić że nie zrobi krzywdy drugiemu człowiekowi… bo nie? Bo to wbrew jej zasadom, moralności, uprzejmości i ogólnie pojętemu znaczeniu słowa człowieczeństwo? Na razie ich bawiła, zaskakiwała. Traktowali ją po części jak dzieciaka, po części jak zwierzątko. Dziwne, obce kuriozum urwane z samego czubka choinki, ewentualnie kosmitę albo turystę. Początkującego studenta nie mającego pojęcia za którą stronę skalpela trzeba złapać. Takiej osobie nie daje się do ręki niczego ostrego i nie stawia nad pacjentem w słusznej obawie że mu zaszkodzi, a kłopotliwa lekarka miała wyjątkową zdolność do wyprawiania rzeczy dziwnych wedle gangerowej normy, tudzież zwyczajów.

Przestała już liczyć ile razy swoim gadaniem wprawiła otaczających ją ludzi w osłupienie, oni jednak zdawali się tolerować drobne dziwactwa i co najważniejsze nie pytali o nic. Nikt nie ciągnął dziewczyny za język, nie przycisnął do ściany żądając natychmiastowych wyjaśnień. Za to ich uwielbiała, każdego po kolei. Dawali jej czas na oswojenie się z nową sytuacją, lecz wiedziała że ta cierpliwość wkrótce się skończy… ale jak niby miała otworzyć się przed kimkolwiek? Znów nie pojęliby targających dziewczyną rozterek, najprawdopodobniej nie uwierzyli w większość rewelacji i finalnie wyśmiali. Nie posiadała żadnych namacalnych dowodów na poparcie swoich słów, żadnej Puszki Pandory ukrytej bezpiecznie na dnie ozdobionej czerwonym krzyżem torby. Słowa same w sobie nic nie znaczyły - mówić można było dużo i pięknie. Dopiero czyny zasługiwały na uwagę, budując człowiekowi renomę osoby poważnej, której można zaufać. O Alice dało się powiedzieć wiele, ale przy mikrym wzroście, młodym wieku i oderwaniu od współczesnych realiów "powaga" nie zaliczała się do kojarzących się z nią określeń. Poza tym obiecała Tony'emu trzymać gębę na kłódkę, a udawanie średnio ogarniętej wychodziło jej jakoś tak naturalnie dzięki czemu ograniczała ilość kłopotów w jakie mieszała się ciągle wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi.

Zamiast roztrząsać czynniki na które obecnie nie mogła mieć wpływu, skupiła się na czymś, co pozwalało oderwać myśli od części problemów. Dziewczynie brakowało na to zarówno energii, jak i czasu. Czuła zmęczenie, przez ostatnie parę tygodni non stop. Remont szkoły którą planowała przerobić na szpital, być może nawet taki z prawdziwego zdarzenia, pożerał prawie wszystkie jej siły. Gdy wróciła w zimie i zastała ernstową "klinikę" obejrzała ją dokładnie po czym usiadła na śniegu i wypaliła w milczeniu pół paczki papierosów, analizując wszelkie dostępne możliwości. Sam budynek był świetny: duże okna i szerokie drzwi zapewniłby swobodny przejazd szpitalnym łóżkom. Tylko, że najpierw trzeba było je zdobyć. Berkovitz przyjmował w jednym gabinecie na piętrze, gdzie najwięcej to było pustych butelek. Stara szkoła jak na przeciętną w mieście zachowała się w niezłym stanie, ale nie na tyle by uznać ją za miejsce mogące posłużyć jako punkt do składowania i leczenia ludzi. Wymagała remontu, specjalistycznego sprzętu i personelu do jego obsługi... ale najpierw remontu. Co prawda w dwóch salach przerobionych na gabinet i mieszkanie brakowało prądu i centralnego ogrzewania, ale te przypadłości tyczyły niestety całego budynku, oraz prawie całej najbliższej okolicy. To drugie skutecznie zastępował piec kaflowy i choć z początku Alice za cholerę nie wiedziała jak obsługiwać podobne urządzenie, szybko się tego nauczyła. Pomógł jej Chris, który jak się okazało miał podobny w swoim domu. Chętnie służył radą i pomocą, dzięki czemu dziewczyna mogła przestać spać w kurtce i pod trzema kocami. Drugi z lokatorów lekarskiego gabinetu - wielki, spasiony szczur o brudnoszarej sierści i czarnych paciorkowatych ślepiach, noszący dźwięczne i wpadające w ucho imię Tyfus - też jakby częściej wykopywał się ze sterty pogryzionej tektury zalegającej w jego klatce pokaźna stertą. Poza nim, w spadku po poprzedniku Savage dostała sporo innych gratów. Ernst żył w całkiem znośnych warunkach, jak na powojenne standardy - widać bycie lekarzem popłacało nie tylko ze względów ideologicznych, czy dużego zapotrzebowania na podobnego typu usługi, o ogólnym niedoborze wykwalifikowanych specjalistów nie wspominając.

Pierwsze kilka dni zajęło Igle uprzątnięcie stosu pustych flaszek po wódce i puszek po konserwach, piętrzących się we wszystkich kątach przestrzeni użytkowanej. Kilka znalazła w szafie oraz pod łóżkiem, ale i dla nich nie miała litości. Cały bałagan wylądował na stosie śmieci przy zewnętrznym murze terenu szkoły. Część szybko zniknęła, zasymilowana przez miejscowych destruentów. W świecie po wybuchu bomb nic się nie marnowało. Przedmioty z pozoru bezużyteczne dostawały nowe życie i funkcje o jakich nikt wcześniej nigdy by nie pomyślał. Pomysłowość ludzka nie miała granic, a zmuszona do intensywnego działania przez niekorzystne warunki, wspinała się na wyżyny swoich możliwości, przyjmując niekiedy formę równie abstrakcyjną co obrazy Wasilija Wasiljewicza Kandinskiego. Nie było jednak tragedii. Porządne, choć obdrapane meble kryły w sobie masę drobnych przedmiotów od ubrań i kilku książek począwszy; poprzez rzeczy osobiste, zapasy alkoholu, sprzęty medyczne i leki; na zapasowych okryciach, nakryciach i bezpańskich pestkach skończywszy. Na dnie jednej z szaf znalazła nawet starą, składaną szachownicę z kompletem obtłuczonych figur - z tego znaleziska ucieszyła się najbardziej. Nie pamiętała juz kiedy dane jej było pograć w tą grę. Niesiona falą entuzjazmu próbowała przekazać zasady parce cerberów, ale nauka zakończyła się dość szybko, gdy Hektor dostał ataku głupawki słysząc zwrot “bicie konia” i rozpoczął kolejne ze swoich niedwuznacznych propozycji, dotyczących zabawy kompletnie innego rodzaju.

Bardziej skomplikowane prace budowlane nie szły już tak bezproblemowo. Póki polegała na gangerach sprawa zdawała się beznadziejna. Owszem ktoś tam przyszedł, pomógł, porobił... ale raczej w ramach żartu czy przysługi. Runnersi magicznej wręcz niemocy i słabości dostawali jak się okazywało, że trzeba wykonać coś podobnego do uczciwej pracy. Raz tylko gdy poprosiła bezpośrednio Taylora faktycznie zrobił się ruch w interesie. Rano akurat musiała jechać w miasto, bo wezwano ją do wypadku i spotkała tylko nadciągającą ekipę z łopatami i kilofami. Wieczorem gdy zmęczona wróciła do kliniki, gangerzy już się zbierali, a na inspekcje przyjechał sam Taylor. Pocieszny łysol należał do specyficznych ludzi - łaził tak szybko, że o wiele niższa lekarka ledwo za nim nadążała. Lubił też czasem pożartować z otoczenia zamiast je dewastować, jednak momentalnie dostawał piany na brodatym pysku kiedy ktoś rzucił choćby najniewinniejszy dowcip pod jego adresem. We wszystkim dopatrywał się podważania swoich kompetencji, lecz dało się z nim dogadać jeśli wiedziało się jak. Nadawał się też idealnie do roli wiatrochronu i żywej podpory podczas przedzierania się przez głęboko, śniegową breję, na co nawet za głośno nie narzekał.
- Od razu lepiej. Ładnie, nie? - spytał ją wtedy, uśmiechając się promiennie. Musiała powiedzieć, że ładnie i podziękować mimo że Taylor ździebko inaczej rozumiał termin "pomóc w remoncie szpitala". Od tamtego dnia szpital i plac wokół niego otaczały eleganckie transzeje, urocze okopy, finezyjne zwoje drutu kolczastego, niespodziewane wilcze doły, dekoracyjne worki z piaskiem na dachu i takie tam elementy runnerowej architektury zdobniczej, ale coś co miało być szpitalem jakoś nadal bardziej przypominało zdewastowaną szkołę.


Dopiero Ben i więzieni Chebańczycy jej pomogli. Na pomysł skorzystania z ich usług wpadała po którymś z kolei przejawie niezadowolenia i trwogi ze strony Hektora i Paula kiedy to prośbą, podstępem i urokiem oraz szantażem zagoniła ich do pomocy przy wynoszeniu potrzaskanych, zbutwiałych szkolnych ław na dziedziniec celem spalenia ich i zrobienia miejsca na beczki z wodą. Miała pełną świadomość, że sama z Chris'em, Tom'em i tym jednym czy dwoma pomocnikami to nawet za 10 lat tego nie wyremontuje, a jeńcy z Cheb i tak byli w niewoli. Poza tym Runnerzy chyba nie bardzo mieli pomysł co z nimi dalej robić, a jak ich obejrzała dokładniej i wypytała po prawie miesiącu gościny w Det okazało się, że jak na gangerową niewolę nie jest im tak strasznie źle. Właściwie dotąd byli zamknięci i tyle. Oficjalnie posiadali status zakładników, więc Guido wolał na razie sprawy nie ruszać, zaś rozwalić mógł ich w każdej chwili przecież. Gdy przyszła z tym pomysłem niego od razu zmarszczył brwi i poruszył nozdrzami, jakby dosłownie węsząc podstęp. Potem jednak nagle uśmiechnął się szeroko i rozkładając ramiona stanął tuż obok niej.
- Ależ oczywiście! Naturalnie, możesz ich sobie wziąć pod swój dach. - rzekł jowialnie kładąc dłonie na barkach Anioła i po chwili ją objął.
- Jakże mógłbym ci odmówić takiej drobnostki po tym co dla nas i dla mnie zrobiłaś... - rzekł nieco pochylając się i w tym czasie przesuwając dłoń wzdłuż jej szyi i podbródka aż zatrzymał się na brodzie przez co unieruchomił rudą głowę, ale ona nawet nie próbowała się wyrwać. Przestawienie musiało trwać, a sytuacja była i tak wystarczająco skomplikowana by dokładać do niej kolejne zapalne elementy.
- No ale moja mała... - przestał się uśmiechać i wodził wzrokiem po jej twarzy, a zwłaszcza oczach, szukając w nich ukrytego kłamstwa. - Jakby się tak niefortunnie zdarzyło, że któryś z nich... hmm... gdzieś się zapodział... - wzruszył ramionami i wykrzywił wargi poszukując w pamięci odpowiedniego słowa czy opcji. Kciukiem przejechał po piegowatym policzku aż zagłębił się on w rude loki i dalej przesuwał wielką łapę na tył głowy.
- To naprawdę by mnie zasmuciło, ale wolałbym o tym wiedzieć od razu. Bo jeżeli zdarzyłaby się jakaś zwłoka... - jego dłoń objęła jej ramię i okręciła nagle drobną figurkę tak, że stanęła tuż przed nim. Alice musiała odchylić się lekko do tyłu przez co plecami oparła się o tors górującego nad nią o ponad głowę mężczyzny. Myśli zaczęły podążać w niebezpiecznym kierunku, oddech przyspieszył. Nie istniało jednak inne rozwiązanie pozwalające zachować kontakt wzrokowy. Czekała w ciszy aż padną konkretne wymagania, starając się nie uciekać spojrzeniem od wiszącej u góry pary wilczych ślepi.
- Oj, wtedy musiałbym niestety zrobić coś co by nas oboje bardzo zasmuciło. - w głosie Guido wyczuwała zawziętość, a sens słów zaakcentował nieco mocniej zaciskając palce i potrząsając ramieniem które wprawiło w ruch całe jej ciało. - No ale oczywiście jeżeli oddasz mi ich w komplecie... - dłoń puściła, a on ponownie bez trudu obrócił ją kładąc obie dłonie na barkach dziewczyny w klasycznym geście zaufania i powierzenia odpowiedzialności - Wtedy nadal będziemy dobrymi przyjaciółmi. - tuż przed sobą miała znów przyjemnie uśmiechniętą twarz, jakby całe zajście z zawoalowaną groźbą nigdy nie miało miejsca. Dawało to do myślenia. Najwyraźniej był gotów okazać już lekarce jakiś poziom zaufania, ale jednak dalej korzystał z okazji by ją sprawdzić.
- Dam ci ich. Wypożyczę. Ale chcę ich wszystkich z powrotem jak przyjdzie czas. Wszystkich i całych. Są mi potrzebni. - doprecyzował swoje warunki tego specyficznego ludzkiego leasingu siły roboczej, a ona zgodziła się na nie, podziękowała i czym prędzej poleciała po nowych robotników.

Chebańczycy okazali się zdecydowanie przyjemniejszym i skuteczniejszym pracownikiem niż faceci w skórach. Ci rolnicy, rybacy, traperzy, ojcowie, synowie i mężowie przede wszystkim nawykli do pracy, co w porównaniu do gangerów już było znacznym atutem. Trafił się nawet jeden stolarz , a jego pomoc szybko okazała się wręcz nieoceniona. Jeńcy zdawali się też zdecydowanie preferować towarzystwo rudej doktor. Tęsknili jednak za domem i pozostawionymi tam rodzinami więc to było najczęstszym tematem ich rozmów, a drugim domysły co diabły w skórach zamierzały z nimi uczynić i kiedy będą mogli wrócić do Cheb. Savage nie potrafiła dać im jasnej odpowiedzi, jako że sama nie wiedziała jakie plany ma wobec nich Guido. Jeszcze nie wiedziała, lecz mogła zakładać najgorsze. Gdy Runnersi pojawią się w chebańskiej wiosce przywiozą ze sobą tylko ból, chaos i wojnę... chyba ze ich uwagę odwróciłoby coś równie atrakcyjnego, co ukryty na wyspie bunkier. W talii kart przetargowych Alice wciąż pozostawała ta jedna najważniejsza, przez którą prawie każdej nocy śniła ciągle ten sam koszmar. Nie potrafiła myśleć, nie chciała też rozmawiać o domu... a co dopiero wracać tam fizycznie.




- To tutaj. - kiwnął głową młody mężczyzna latynoskiej urody do krótko wygolonego białasowatego pasażera obok i rudowłosej współpasażerki na tylnym siedzeniu. Alice wiedziała, że mieli pojechać kupić samochód. Dla niej. Ci Detroitczycy byli porąbani na punkcie samochodów. Samych Runnerów chyba cholera bardziej brała niż ją, że chodzi z buta zamiast jeździć... ale fakt - samochodem wszędzie robiło się bliżej, a nie zawsze miała się z kim zabrać tam, gdzie akurat chciała. Osobistej lekarce Guido i sympatycznej dziewczynie, która chyba nie skrzywdziłaby nawet muchy, rzadko ktoś odmawiał podwózki. Nie zawsze jednak gangerzy jeździli w odpowiednim kierunku, zaś łażenie pośród częściowo opustoszałych, czy całkowicie opuszczonych sektorów miasta niekoniecznie było takim dobrym pomysłem. Tam gdzie mieszkali ludzie, przynajmniej w "swojej" gangerowej dzielnicy, mogła się czuć dość pewnie. Odkąd tu przyjechała jakoś nie przytrafiła się Igle żadna niebezpieczna przygoda ze strony Runnerów. Nie wiedziała, czy bardziej działała sława "Anioła z Cheb", czy renoma Guido pod którego protekcją się znajdowała, lecz to starczało żeby zapewnić jej bezpieczeństwo.

- Jest w środku bo samochód stoi. - mruknął Paul wskazując jeden z zaparkowanych przy budynku pojazdów. Spokojnie sięgnął pistolet. Wyjął z niego magazynek, obejrzał i kiwnął głową zadowolony, wkładając go z trzaskiem na powrót w gniazdo broni. Alice uniosła pytająco brew, a ruda głowa wychyliła się z pomiędzy przednich foteli, zwracając się twarzą ku krótko ściętemu brunetowi i jego pukawce. Jechali na targ samochodów bo mieli rozejrzeć się za czymś by "biedna dziewczyna nie męczyła tych swoich małych nóżek takim łażeniem" i coby siary nie było na mieście, że prywatnego konowała Guido nie stać na brykę. Szacun musiał być prawda? I jak to w ogóle wyglądało by ktoś w Detrot z buta łaził...

- Noo... jebane bydlę... - przytaknął Hektor równie troskliwie sprawdzając obrzyna. Złamał go i po chwili złożył z pomrukiem zadowolenia. Otworzył schowek, ukazując miszmasz z nabojami w roli głównej. Chyba nawet jakiś nóż i klamka tam były. Klamka. To już Alice załapała. Tak po gangerowemu mówiło się na pistolety i czasem rewolwery. Fakt... mieli jechać po ten samochód, ale jak usłyszała wcześniej "Tylko załatwimy coś pod drodze, ale szybko będzie i pojedziemy po brykę".

- No nie? Popatrz Brzytewka jakie to leniwe skurwysyny. My już w pracy, a ten łachmyta jeszcze śpi. I to najebany pewnie. Najebać to się kurwa miał za co... - pokręcił głową Paul odkręcając głowę i spoglądając na Rudowłosą żeby widziała jak bardzo jest nieszczęśliwy z tego powodu. Znaczy, że tak wcześnie musiał wstać, bo dla gangerów faktycznie ten środek dnia wedle norm przeciętnego gamblożercy, oznaczał świtanie wręcz. To, że ona jest dziwna i wstaje o jakiś nieludzkich porach to jej sprawa, ale czemu oni muszą tak się wcześnie zrywać? Przynajmniej tak to kiedyś wyjaśnili przy jakiejś okazji, a przecież nie chciała ich wtedy wyciągać na miasto z samego rana, tylko jakoś o 10-tej...

- Taaa... Zakład, że dziś też nie ma? Doba leć od tyłu, ja z Brzytewką podejdziemy od przodu. - machnął ręką Latynos wysiadając z auta. Pozostała dwójka zrobiła to samo i trzasnęły kolejne drzwi. Hektor stojąc schował swojego obrzyna pod płaszcz i na pierwszy rzut oka faktycznie nie było go widać.

- Tu się nie ma co zakładać. Pewne, że nie ma. Niby skąd? - wzruszył ramionami jego kumpel wsadzając klamkę tradycyjną, gangerską modła za pasek. W dłoni zaś dzierżył krótką, giętką pałkę. Para cerberów demonstrowała kiedyś swojej podopiecznej jak działa. Była wypełniona piachem czy czymś takim, dość miękka jak na broń. Dawało się ją od biedy zmiętolić nawet w kieszeni, ale jak się przylało to jakoś niekoniecznie już taka delikatna się okazywała.

- Fakt. - kiwnął głową Latynos. Spojrzał na niższą lekarkę i widząc jej spojrzenie najwyraźniej poczuł się coś powiedzieć. - Bo widzisz, Brzytewka: na jednego frajera co zalega z terminem dwóch wystarczy. Czasem nawet jeden, ale to już trochę ryzyk. Wiesz, bez żadnego sejwa. Ale przy dwóch jeszcze czasem coś próbują, no ale przy trzech to już niekoniecznie. - wyjaśnił spokojnym głosem, machając na próbę kilka razy pałką teleskopową i udając że nie widzi jak krew z twarzy rozmówczyni odpływa w ekspresowym tempie, zostawiając skórę równie białą, co zalegający na ulicach jeszcze tydzień temu śnieg.

- Dokładnie tak. Wiesz, zbliża się termin, nie mają gambli na haracz czy dług to panikują. Czasem nawet biorą kogoś do pomocy. Jednego możesz zaskoczyć, drugiego jeszcze w walce jak jesteś dobry możesz zdjąć, ale to juz z reguły trwa. No ale trzeci przeważa szalę, bo po prostu cię kurwa rozwala. - dodał lekkim tonem białas jakby mówił o pogodzie, po czym machnął im ręką i ruszył w uliczkę obok wspomnianego budynku.

- Poczekamy chwilę. Musimy dać Paul'owi czas na zajęcie miejsca. - Hektor zapalił kolejnego gandziowego skręta i pytająco wystawiając paczkę w stronę lekarki. Ta z wdzięcznością przyjęła poczęstunek, choć przez trzęsące się ręce miała problem z jego podpaleniem . Ganger zaś kontynuował wykład w najlepsze i prawie bez złośliwej uciechy - To taki szczurek więc powinno pójść łatwo. Jakby co trzymaj się mnie albo Paula. My będziemy gadać i załatwimy sprawę. W razie czego spotkamy się tutaj przy samochodzie. Cholera mogłem się założyć z tym cieniasem, że kutas będzie próbował zwiewać. - skrzywił się i splunął na ziemię. Kończył już fajka gdy dał znać, że czas ruszać. Szedł pewnie, spokojnie i dość powoli. W tym swoim czarnym skórzanym płaszczu wyglądał jakby sama śmierć przyszła po kolejną duszyczkę. I na tyle wolno, że nawet niższy, rudowłosy Anioł nie miał problemu z nadążeniem.
- Jak idziesz po dług czy coś w ten deseń to pamiętaj, że to patafian skrewił a nie ty. Jakby był w porządku nie trzeba by po niego łazić. No i idź wolno i pewnie. Niech kurwa on i cała ulica wie, że nadeszły konsekwencje. - uśmiechnął się lekko, a ona faktycznie zauważyła, że kilka osób na ulicy zatrzymało się i obserwowało ich po cichu. Wyglądało na to, że wiedzą co się święci.

- Jak idziesz wolno to masz czas obejrzeć okna i inne takie. Patrz na ruch. Jak nie ma to są szanse na zaskok. Zaskok jest dla ciebie dobry. Właśnie dlatego jest dobrze przyjść z rańca jak te jebańce śpią. Sama rozumiesz, musisz sie ustawić pod życzenia klienta. - wyjaśnił fachowym tonem. Byli już prawie przy tych paru schodkach prowadzących do głównego wejścia. Rzucił niedbałym ruchem peta na ziemię, wydmuchując ostatni kłąb dymu.

- No i spluwa. To najważniejsze. Nie możesz iść ze spluwą bo widać, że się boisz. To skurwiel ma się bać, że po niego idziesz. Poza tym jesteś władza, a on spierdolił i to jest twoja główna broń. No ale kurwa... bez sensu się nie zabezpieczać, no nie? Więc idziesz ze spluwą nie w dłoni, ale w kieszeni. No albo właśnie pod płaszczem. Co innego jak idziesz zrobić rozpierdol. - zamyślił się wyraźnie.

Jedyne co Alice mogła zrobić to potakiwać. Przypatrywało się im zbyt wiele par oczu, a jej towarzystwo dostało wyraźne rozkazy, działając z polecenia i w imieniu szefa.
Guido...
Cieszyła się z jego nieobecności, dzięki której mogła przynajmniej skupić się na czymś więcej poza usilnymi próbami zachowania kamiennej twarzy, resztek rozsądku i zimnej krwi. Pokręciła głową odganiając natrętne i niepotrzebne w tej chwili myśli nim umysł zdążył zacząć kolejną zbędną analizę. Było… dobrze. Na roztrząsanie szczegółów pozwoli sobie w wolnej chwili... kiedyś, za jakiś czas. Jak już tą chwilę znajdzie. Grunt, że żadnemu z trójki gangerów nie chciała robić koło pióra publicznie, a znając swoje szczęście jeszcze bym im zaszkodziła zbędną paplaniną. Mieli trzymać się razem, jako że grali w jednej drużynie.
- Rozumiem, że wtedy pukanie w drzwi i kurtuazyjne rozmowy nie wchodzą w grę - wymamrotała, podziwiając własne, ubłocone buty.

- Nooo... wtedy od razu idziesz z łomami i bejzbolami no ale to ci opowiem innym razem... - Hektor machnął ręką i już stali przed drzwiami. - Kitrasz się za framugą. Na wypadek gdyby mu odjebało i strzelał przez drzwi. Serio nie wiesz z jakimi pierdolacmi czasami musimy pracować... - pokręcił głową wspominając swój ciężki gangerski los, ale sam stanął faktycznie we wskazanym miejscu.
- Haarrisss! Otwieraj! Guido czeka na swoją dolę! Otwieraj Harris i płać to znów będziemy kumplami! - wydarł się na całe gardło cały czas waląc pięścią w drzwi. Przestał na chwilę, gdy ze środka dobiegły jakieś odgłosy. Chyba dokładnie takie jakie obaj z Paulem oczekiwali.

- No kurwa, mówiłem! No i spierdala. Dobra, Brzytewka wchodzimy. Będzie brzydko, ale sam się gnój prosił. - sapnął Latynos dobywając obrzyna i strzelając w zamek. Broń huknęła ogłuszająco, rzygnęła dymem i iskrami z nie do końca spalonego prochu. Resztę uczynił hektorowy but, wywarzając ostatecznie niezbyt widać mocną przeszkodę. Oczom ich ukazał się leżący i jęczący w głębi pomieszczenia mężczyzna. Spoczywał w otwartych tylnych drzwiach, nad nim stał Paul chowający woreczek z piachem do kieszeni. Po chwili złapał za chabety dłużnika i wtargał go do środka, gdzie czekała już pozostała dwójka.

- No siema Harris. Przywitałeś się już z Paulem, a z nami nie? - spytał spokojnie stojący nad gospodarzem Latynos. Wręcz nonszalanckim ruchem przełamał obrzyna i sięgnął do kieszeni po kolejny nabój.

- Cz... Cześć Hektor... iii cześć... eee... ty jesteś ta lekarka z Cheb, ta od Guido? Taka mała? A myślałem, ze jes... - facet na podłodze mówił i wciąż masował sie po głowie, zaraz jednak przestał kiedy jego żebra spotkały się z paulowym butem. Krzyknął krótko i boleśnie, próbując się odwrócić do niego, ale ponieważ był pośrodku to zawsze któregoś z nich miał za plecami.

- Harris przyjacielu coś ci się nie podoba we wzroście naszej koleżanki? - spytał troskliwie Białas pochylając sie nieco i unosząc pytająco brwi. Harris cofnął się jakby Runner miał zamiar za chwilę go kopnąć po raz drugi.

- Nie, nie, nie, skądże! Jest super! Ja lubię takie małe! A jak się leży to i tak się wyrównuje prawda chłopaki? - próbował się roześmiać. Nie wiedział w stronę kogo ma bardziej patrzeć i mówić, w efekcie miotał głową prawie na wszystkie strony.

- Do leżenia to ona jest kurewsko nie twoja liga mój drogi... - gospodarz zawył bo tym razem but Hektora trafił go w drugie żebra. Skulił się, przyciskając ręce do drugiego, palącego bólem boku.

- No i nie przyszliśmy tu gadać o niej... - dodał Paul i butem nacisnął na pierś powalonego mężczyzny zmuszając go by zaległ w miarę nieruchomo na podłodze.

- Dokładnie Harris. Masz coś dla nas. Prawda? Inaczej... - Hektor trzasnął od nowa załadowanym obrzynem dając wymownie znać o alternatywie.

- Tak, tak, pewnie! Ale... ale chłopaki! Termin jest dziś, prawda? - spytał ciężko dyszący dłużnik. Strach wyciekał z niego każdym porem ciała wraz z potem. Ciężki oddech i rozbiegane spojrzenie jasno mówiły, że facet naprawdę się boi nawet jeśli do tej pory fizycznie nie za wiele mu się stało jak na arsenał noszony przez dwóch wizytatorów.

- Nie kurwa jutro. Dziś nudziło nam się, to wpadliśmy do ciebie z kurtuazyjną wizytą. - prychnął Paul zirytowanym głosem nieco naciskając butem leżącego mężczyznę, bo już znów zaczynał wierzgać. Savage poczuła zaś coś na kształt dumy słysząc skomplikowane jak na gangerskie standardy słowo. Jej ględzenie jak widać nie szło tak całkowicie w las.

- No tak! Dzisiaj! No pewnie, że dzisiaj! No ale... ale jesteście tak wcześnie. Myślałem, że przyjdziecie wieczorem... na wieczór będę miał, na pewno! Słowo honoru! Przecież bym was nie wydymał, no nie? - jego strach wręcz był namacalny. Potęgował się z każdą minutą rozmowy z trójką Runnerów.

- Wiesz... jak będziesz płacił w tym tempie to wkrótce nie będziesz miał czym ruchać... - prychnął Hektor lekko przygryzając wargi, jakby na poważnie zastanawiał się nad tą opcją.

- Fakt, ale można by go wtedy oddać Edi'emu. Edi woli ruchać to by mu chyba nie przeszkadzało, a dupę przecież będzie jeszcze miał. - pokiwał głową białas, przyłączając się do rozważań kolegi.

- Nie no co wy! Nie zabierajcie mnie do niego! Oddam wam kasę przysięgam! Tylko wieczorem! Mam ustawiony hajs w południe i potem zaraz wieczorem mogę wam oddać! - mężczyzna zrobił z przerażenia tak wielkie oczy, że wydawało się, że mu wypadną na zewnątrz. Nawijał prędko, na wydechu. Najwyraźniej nie chciał się spotkać z Edi'm osobiście.

- Widzisz Brzytewka z kim my musimy pracować? Ma nas za jakichś debili. - pokręcił głową Paul ze smutkiem który wyglądał prawie na autentyczny. Nieśpiesznie wyjął nóż z pochwy, a miał co wyjmować. Kosa była większa od standardowego bagnetu i na runnerową modłę ostrze ozdobiono smoczą grawerką, a rękojeść opleciono sznureczkami.

- No patrz jaki pech... - akcja nagle przyśpieszyła. bo na widok dobywanego noża gospodarz zaczął się szarpać. - Zapłacić to miałeś tydzień temu a dziś z procentem. Guido miał taki humor, że wysłał nas teraz, a teraz nie masz gambli. Wiesz jaka jest kara za spóźnianie. - warknął nagle Hektor przygniatając kolanem tors mężczyzny i dla uspokojenia sprzedając mu kilka pięści co faktycznie go na moment spowolniło. W tym czasie Paul dopadł do jego ramienia również je unieruchamiając.

Było paskudnie i brutalnie... ale czego innego Savage mogła się spodziewać? W końcu tym zajmowała się jej nowa rodzina - sianiem terroru, ściąganiem długów i podporządkowywaniem sobie wszystkiego, co było zbyt słabe aby móc stawiać czynny opór. Żałowała biednego idioty, który nie wywiązał się z nałożonych na niego zobowiązań. Może zapomniał, albo najzwyczajniej w świecie przeoczył datę ściągania haraczu? Przecież w tych pokręconych czasach mało kto zwracał uwagę na słowo pisane, a jakby nie patrzeć kalendarze wciąż pozostawały najpopularniejszą formą odmierzania czasu. Tylko czy ktoś, kto płynął przez tydzień alkoholową łódką pamiętał o podobnie przyziemnych sprawach? Wytłumaczeń mogło być wiele, problemy zazwyczaj nie składały się z jednego, dwóch czynników - nakładały się one warstwowo, miały mniejsze bądź większe znaczenie...lecz po co zawracać sobie głowę podobnymi bzdurami, kiedy w ręku ciążyła spluwa, a u boku stał sprawdzony kumpel? I przecież nie przyszli tu z własnego widzimisię. Zostali przysłani, wykonywali swoją robotę za którą Guido ich rozliczy. Wszyscy wiedzieli, że nie należał do litościwych osobników. Jednak pełne boleści i strachu krzyki torturowanego człowieka, oraz wizja jego trwałego okaleczenia - mimo skórzanej kurtki na grzbiecie Alice wciąż pozostawała Aniołem Miłosierdzia. Pamiętała do czego zobowiązywał ów tytuł, z czym wiązała się odpowiedzialność za ludzkie zdrowie i życie. Tylko jak przerwać podobnie wynaturzone zabiegi nie narażając się na gniew, niechęć i potępienie ze strony dwójki cerberów? Przekaz musiał być prosty i zrozumiały, aby dotarł pod gangerowe kopuły bez większych komplikacji. Zamknęła oczy, uspokoiła oddech i przywoławszy na twarz zatroskany grymas podjęła swoją próbę.

- Paul… Hektor. Czy to naprawdę konieczne? - zaczęła z opanowaniem, wodząc wzrokiem od jednego delikwenta do drugiego. Mówiła cicho, ukrywając negatywne emocje za maską poważnego lekarza - Rozumiem że ten człowiek jest dłużnikiem zalegającym z ratą za protekcję, wynajem lokalu i możliwość spokojnego prowadzenia interesów w tej okolicy. Osiedlając sie tutaj zawarł z Guido umowę i nie wywiązał się z niej. Jego wina jest oczywista i zasługuje na przypomnienie na czym polegają obowiązujące tu zasady... ale można załatwić to w sposób nie wymagający kontaktu z jego krwią? Spójrzcie na niego - zawiesiła wymownie głos, przenosząc uwagę na katowanego człowieka - Bladość powłok skórnych, wysypka na szyi i przy węzłach chłonnych. Przebarwienia w okolicach ust, nosa... reszty nie widzę, ale z tego miejsca mogę stwierdzić, że ten człowiek nie jest okazem zdrowia. Szczepiliście się? Nie, prawda? Nie wiem czy wiecie, ale przez kontakt z krwią można złapać masę paskudnych chorób, zaczynając od kiły, poprzez malarię, żółtaczkę, a na wirusie HIV i w konsekwencji AIDS kończąc. To są poważne choroby, bardzo paskudne. W ekspresowym tempie wyniszczają organizm. Co najgorsze złapać to cholerstwo idzie równie prosto jak katar, wystarczy drobne zadrapanie na skórze, kropla krwi jaka dostanie się do nosa. Do zakażenia dojść również może przez oblizanie filtra papierosa, bowiem rąk po pracy nie wystarczy wytrzeć o spodnie. Wypada je umyć, najlepiej mydłem antybakteryjnym, albo odkazić alkoholem. Możecie go... nie wiem, zglanować albo coś? Wykonać czynność nie wymagającą babrania się w jego zarazkach? Sami na niego spójrzcie, wygląda jakby nie żył od tygodnia. - pokręciła głową i zacisnęła szczęki, wciąż z tą samą pełną uwagi miną. Czasem dobrze było być jedynym lekarzem w okolicy. Reszta rodziny zazwyczaj nie miała pojęcia o czym Igła mówiła, nie mieli też jak zweryfikować poprawności przedstawionych faktów. Stanęła z rękoma założonymi na piersi czekając na reakcję.

W pierwszej chwili Runnerzy zdawali się zdziwieni, że Alice się odzywa i w ogóle wtrąca w ich robotę. Potem jednak gdy gadała o chorobach, zarażeniu, ryzyku zaczęli uważniej przyglądać się przywalonemu przez nich Harris’owi, sprawdzając najwyraźniej jak się z bliska sprawy mają. Nawet sam Harris popatrzył na nią i na siebie niepewnie. W końcu po tych oględzinach Paul spojrzał na Hektora, Hektor spojrzał na Paul’a jakby naradzając się spojrzeniami. W końcu wręcz synchronicznie spojrzeli w górę na stojącą parę kroków dalej lekarkę. Znała już te spojrzenie. Właśnie się zastanawiali czy robi ich właśnie w balona, czy jeszcze nie, czy też tak na poważnie mówi to co mówi.

- Ale… Zglanować. Wiesz Brzytewka, zglanowaliśmy go tydzień temu… - odezwał się w końcu niepewnym tonem białas wciąż przygniatając nogą rękę dłużnika i bawiąc się nożem.

- No właśnie! Tak wychowawczo wpierdol obskoczył żeby wiedział, że Guido mu nie odpuści. No i zobacz, że nie działa… - dodał Latynos tonem jakby się tłumaczył dlaczego robią to co robią, a końcówkę dodał z wyraźnym żalem i pretensją na dłużnika, że zmusza ich do takiej roboty wysiłku. I wstawania o tak nieludzkiej porze.

- Ale ona ma rację! Ja nie czuję się ostatnio za dobrze! Mam gorączkę i… - powalony mężczyzna natychmiast skorzystał z szansy jaką mu dawała opcja oferowana przez runnerową lekarkę.

- Zamknij się. - Hektor prawie odruchowo strzelił go z liścia w twarz pacyfikując jego gadkę z miejsca. Sądząc po wyrazie twarzy dumał jak wypełnić zadanie od Guido i nie narazić się na niebezpieczeństwo o jakim mówiła kobieta.
- Ejj… Brzytewka a ty nie masz jakiś rękawiczek czy czegoś takiego w samochodzie? - spytał w końcu uśmiechając się chytrze. Pewnie liczył, że ma w swojej torbie coś co by im pomogło zabezpieczyć się przed syfem o jakim mówiła.

- Nie! Na pewno nie ma! I co tak będziecie ganiać dziewczynę do samochodu! - Harris odzyskał werwę w gadce jak zobaczył, że jego oprawcy szykują się obejść dopiero co prawie cudem uzyskaną możliwość ratunku.

- Zamknij się.- Hektor ponownie trzasnął dłużnika po twarzy znów sprawiając, że jęknął ale się choć na chwilę zamknął. Zaś Latynos chyba zgadzał się z pytaniem kumpla bo też spojrzał wyczekująco na kumpelę z czerwonym krzyżem na piersi.

- Mam, oczywiście że mam - przytaknęła, splatając ramiona na piersi - W samochodzie, gdzieś na samym dnie torby pod całym moim bajazolem: lekami, opatrunkami, książkami i notatkami dla Chrisa. Mamy dziś lekcję, przygotowałam mu streszczenie najważniejszych zagadnień które chcę z nim poruszyć, żeby miał ściągawkę i mógł powtórzyć wszystko w domu. Ponadto po południu umówiłam się z Jednookim. Kazał mi zabrać ze sobą parę gratów. Zanim pójdę do auta, przekopię się przez to wszystko, wyciągnę rękawiczki i wrócę do was zdążycie wypalić po dwa fajki... a wiecie że nie mamy za dużo czasu. Trzeba jeszcze pojechać na giełdę. Mieliśmy to załatwić szybko. Hektor... Paul. Utniecie mu coś następnym razem. Palec to palec, jeżeli już musicie coś zrobić złamcie mu go. Chwilowo wystarczy. Wiadomość zostanie przekazana. - przeniosła wzrok na pojmanego faceta - Sam powiedział ze brakującą należność ureguluje wieczorem jako że do tego czasu spodziewa się przypływu gotówki. Myślę że Harris jest rozsądnym człowiekiem i wie, że nawet jeśli próbowałby uciec w końcu dopadnie go niezadowolenie Guido w waszej postaci, a razem z wami następnym razem nie przyjdę ja tylko Edi. Miałam tą wątpliwą przyjemność widzieć efekty tego, co potrafi zrobić - wzdrygnęła się wyraźnie i pobladła, lecz wciąż pozostawała spokojna - I głodna jestem... a jak głodna to wredna i marudna. Bardziej niż zazwyczaj. Bo ruda. Nie miałam jak zorganizować sobie śniadania, chodźmy stąd. Zjadłabym coś, wy pewnie też byście przekąsili drugie śniadanie. Jest gdzieś w okolicy jakaś restauracja, albo chociaż budka z hot-dogami?

Runnerzy znowu spojrzeli na siebie porozumiewając się spojrzeniami jak na braci krwi przystało. Harris coś próbował mówić by poprzeć słowa lekarki, więc dostał znowu strzała od Hektora. Widać jego marudzenie i machanie głową przeszkadzało mu w myśleniu.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

"I am the bad one, distant and cruel one.
I am the dream that, keeps you running down."

Ostatnio edytowane przez Zombianna : 09-09-2015 o 06:44. Powód: poprawa literówek
Zombianna jest offline  
Stary 08-09-2015, 03:53   #7
Elitarystyczny Nowotwór
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 77513 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
- Możemy szmaciarza zatargać do samochodu to będziesz miała bliżej. Tam mu ujebiemy palca. - zaproponował w końcu Latynos patrząc na Brzytewkę zwaną kiedyś Igłą.

- Ejj Hektor, ona ma w sumie rację. Miało być szybko a się pierdolimy z tym pojebem jakby kasę miał a nie ma. I też bym coś opierdolił. A wiesz, że tamten kolo od forda to tak na słowo honoru był narajony a to niezła okazja ci mówię ale jak nie będzie czuł bata to zaraz go opchnie jakiemuś frajerowi. - Paul’a najwyraźniej przekonały słowa medyczki. Jednak wyłapała jakieś porozumiewawcze spojrzenie jakie posłał kumplowi.

- Fakt. Szkoda takiej bryki. Dobra to spadamy ale najpierw… - Hektor minimalnie skinął głową i Paul wykonał szybki i zdawałoby się drobny ruch ramieniem, który zlał się w jedno z cichym trzaskiem i prawie jednoczesnym krzykiem boleści dłużnika. Potem bez większych ceregieli po prostu wstali i spokojnie wyszli z mieszkania Harrisona, jakby skończyli przyjacielską wizytę u znajomego. Tylko słabnące wrzaski okaleczonego gospodarza mówiły jak się sprawy mają.

- Dobry moment na szluga, no nie? - spytał Paul wyciągając paczkę i najpierw wystawił ku pozostałej dwójce, a potem sam skorzystał z kolejnej samoróbki. Gotowe, przedwojenne fajki zdarzały się rzadko. Alice ostatniego paliła w zimie w autobusie którego wrak obecnie leżał zagrzebany pod chebańską kamienicą gdy ją szef bandy poczęstował prawdziwym, przedwojennym Marlboro.

- A teraz widzisz, Brzytewka, robimy swoje ale nie wszyscy kumają, że my jedynie utrzymujemy tu porządek i sprzątamy takie śmieci jak ten debil z tyłu. - rzekł Latynos stojąc wciąż w przejściu na szczycie schodów i spokojnie wydmuchując pierwszy kłąb dymu.

- Dokładnie. Robimy coś co powinno zostać zrobione. Więc niech jakieś debile nie myślą, że uciekasz czy zacierasz ślady. O nie, po prostu robisz swoje. I kurwa jesteś u siebie. - wsparł kumpla w argumentacji Paul. Obaj wyglądali teraz nonszalancko i bezczelnie, zwłaszcza z wciąż krzyczącym zaledwie paręnaście kroków za ich plecami Harrisonem, którego bolesne wycie zaczynały już przechodzić w jęki.

- No i ty to wiesz ale ważne by reszta ulicy też to wiedziała. Wiesz… Chodzi o szacun… - rzekł Hektor spokojnie biorąc kolejnego macha i lustrując ludzi w okolicy. Zebrało się paru to tu to tam po jednym czy dwóch albo trzech. Na ulicy, na chodniku, w przejściach czy oknach, lecz kiedy tak obaj Runnerzy systematycznie obdzielali ich spojrzeniami coraz więcej osób chyba przypominało sobie o niecierpiących zwłoki sprawach do zrobienia.

- Widzisz, to szczur. Nikt mu nie pomoże. No ale jak będziesz eee… na gościnnych występach w cudzej dzieln,i czy poza miastem to wiesz… nikt nie jest kuloodporny. - dodał białas rzucając prawie wypalonego szluga na ziemię. Hektor postąpił podobnie i nie śpiesząc się ruszyli spokojnie ku zaparkowanemu pojazdowi.

- Myślisz, że zapłaci? - spytał Paul sadowiąc się w samochodzie gdzie atmosfera od razu zrobiła się “po pracy”.

- No kurwa skąd. Przecież nikt mu nie pożyczy, a jest za głupi by coś zorganizować bo już by to zrobił. Ale dostał szansę. A palca możemy mu ujebać wieczorem zanim wrócimy do Guido. Nie mówił, kiedy to mamy zrobić, no nie? No ale kazał. - rzucił zmagając się z charcząc silnikiem bryką. Nie odpaliła za pierwszym razem przy okazji strzelając wybuchem z tłumika. Jednak w końcu motor wszedł w regularne obroty i spokojnie ruszyli dalej.

Dopiero usadziwszy tyłek na tylnej kanapie Alice pozwoliła sobie na głębszy oddech. Oparła kark o zagłówek i przymknęła oczy, zbierając myśli do kupy. Układała w głowie kolejne rewelacje, porządkując je i dołączając do danych w katalogu opatrzonym nazwą “bycie gangerem”. Znowu się nie wykazała. Co prawda para dowcipnisiów nie wywęszyła, albo olała kiepski podstęp, a katowany facet zyskał trochę czasu na uregulowanie długu...ale co dalej? Za którym razem puszczą im nerwy i najzwyczajniej w świecie dadzą jej po łbie, kończąc z przyjacielską, dobrotliwą otoczką starszych braci? Mimo dzielących ich różnic miała cień nadziei, że chociaż odrobinę ją lubią, a poświęcają swój czas oraz energię nie tylko ze względu na rozkazy.
- Dam wam te rękawiczki, tylko się przypomnijcie - mruknęła otwierając lewe oko.

Ledwo mijało południe, a ona już miała dość wrażeń jak na jeden dzień. Nigdy nie twierdziła, że nadaje się na gangera, los jednak zadecydował inaczej. Nie byłoby tragedii, gdyby nie zbliżający się wielkimi krokami mecz w... nawet nie znała fachowej terminologii. Grunt że Guido dał jej karabin do rąk, kazał założyć wyposażoną w całą masę czujników uprząż i ganiał po całej strzelnicy. Nadzorujący treningi Taylor już po pierwszej godzinie ochrypł od ciągłego wrzeszczenia na wysoce nieprzystosowaną do podobnych aktywności lekarkę, rzucał epitetami i groził że ją sam osobiście zamorduje jeśli nie zacznie zachowywać się i działać jak na gangera przystało...z tym że ona nigdy nie miała styczności z bronią, fizycznie też odbiegała od przyjętych norm i militarnych standardów. Nie znała osoby bardziej nienadającej się na najemnika, czy żołnierza. Jej domeną były zagadnienia medyczne i chemiczne, a walka czy bezpośredni udział w konfliktach zbrojnych omijała do tej pory najszerszym możliwym łukiem. Dlaczego nikt nie dostrzegał tego, że w jutrzejszym meczu pociągnie resztę drużyny na dno? Będzie kulą u nogi, potykaczem plączącym się pod nogami "tych lepszych" i niczym więcej. Coś co dla chłopaków i Viper stanowiło doskonałą zabawę, dla Alice nie było niczym innym niż mordęgą. Z każdego treningu wychodziła posiniaczona, ledwo żywa ze zmęczenia i w stanie głębokiej depresji. Im bliżej potyczki z Huronami, tym rzadziej się uśmiechała, jeszcze mniej spała. Parokrotnie złapała się na tym, że poważnie rozważa opcję zrobienia sobie krzywdy. Złapana ręka bądź noga skutecznie wyłączyłyby ją z rozgrywki, przestałaby czuć się jak zbędny balast, nikomu do szczęścia niepotrzebny. Znała siebie, swoje możliwości i wiedziała jedno - jutro zawiedzie. Runnerzy odczują na własnej skórze, przekonają się jak bardzo jest bezużyteczna. To co wiedziała, co umiało się nie liczyło. Aktualnie wszelka wiedza wykraczająca poza przyjęte gangerskie standardy ulegała gwałtownej dewaloryzacji. Nowy świat cenił inne wartości niż ten stary, przedwojenny. Na resztę archaicznych bzdur niesłużących ani do walki ani do usprawniania pojazdów wielokołowych szkoda było czasu i zachodu...zupełnie jak na nią. Jutro wszyscy bardzo dobitnie to zrozumieją... w tym ten, na którego zdaniu wbrew wszelkiemu rozsądkowi Savage najbardziej zależało.




Trasę między domem Harrisa, a punktem docelowym Igła przebyła siedząc skulona na tylnej kanapie samochodu, gapiąc się przez upstrzoną błotnymi rozbryzgami szybę. Migający za oknem krajobraz budzącego się do życia po zimowym letargu miasta uspokajał, kierując natłok myśli na konkretne tory, a widok wielkiego zbiegowiska ludzi rozwiał resztki melancholii. W końcu trafiła na jedno z takich miejsc które potrafiło wymusić zawieszenie broni i awantur u przedstawicieli różnych miejskich gangów, rodzin i organizacji.

Giełda. Giełda samochodowa, targ samochodów, sklep z samochodami. Jak zwał tak zwał, ale miejsce było jedno i to samo. Samochody, motoryzacja i rajdy potrafiły pogodzić największych zapaleńców bijatyk i awanturników. Dlatego widziała tu nie tylko swojsko już dla niej wyglądających Runnerów, lecz także noszących się sportowo Huronów, obwieszonych złotem kolorowych gangerów z Camino, eleganckich ludzi Schultz'a i całą masę wszelakich ludzkich elementów. Wyglądało jakby całe miasto, a może nawet i ktoś spoza niego przyjechało dzisiaj tu aby sprzedać, czy kupić auto. Pojazdy były tak samo różne jak i ludzie którzy nimi handlowali, szukali ewentualnie tylko oglądali. Targowisko tętniło życiem tak żywym jak i mechanicznym. Ludzie krzyczeli na siebie, do siebie. Przekrzykiwali się, targowali, liczyli, obliczali, powoływali na swoje doświadczenie i znajomości, zarzucali głupotę albo nieudolność drugiej stronie. Tam się ktoś poszarpał i dał po gębie, gdzieś ktoś darł się by łapać złodzieja a ktoś nawoływał by kupować u niego prawdziwe schultczyki wedle oryginalnej receptury z Downtown. Prócz samochodów handlowano tu też częściami do nich, a na obrzeżach skumulowana była cała obsługa drobna dla ludzi, więc wreszcie towarzysze Alice mogli się dorwać do paśnika z żarciem. Od ilości prezentowanych maszyn szło dostać oczopląsu. W wielorasowej orgii przeplatały się ze sobą okazy przedwojennej i współczesnej motoryzacji - Sedany, suv'y, łaziki, furgonetki, kombiaki, ciężarówki, ciągniki, współczesne składaki które czasem wyglądały tak dziwacznie, że nie wiadomo było jak do nich się wsiada, podobne mechanicznym tworom Bestii z zachodu. Pojazdy nie tylko stały. Trzaskały otwierane i zamykane drzwi oraz klapy masek i bagażników. Warczały silniki udowadniając swoją sprawność, czasem ktoś wyjeżdżał świeżo zakupionym modelem.

Alice pierwszy raz widziała takie zatrzęsienie aut. Nie pochodziła z Detroit, a chyba tylko tu można było spotkać podobne zbiegowisko. Co prawda na Pustkowiach i w Ruinach miast szło się natknąć na zatrzęsienie starych wehikułów. Gdy wyjeżdżała w zimie do Cheb widziała całe rzędy opuszczonych wraków, ale one stały ciche, nieruchome i martwe. Tu zaś widziała ostoję ducha motoryzacji. Te maszyny które oglądała, dotykała, słuchała były jak najbardziej żywe. To nie było to samo co jakiś sprawny samochód, czy nawet ich kawalkada. Giełda skupiała się na autach i to one narzucały mu rytm i charakter. Na szczęście nie przyjechała sama. Należała w końcu do Runners'ów, więc dwaj towarzysze wprowadzali ją w tajniki motoryzacji. Widziała w nich odmianę po krótkiej wizycie u Harrisa. Gdy jechali na giełdę od dłużnika Guido marudzili, że są głodni bo nic nie jedli przez tego dupka i musieli się zerwać skoro świt do roboty, aby szczur nie zwiał ze swojej nory, jednak w miarę zbliżania się do giełdy temat jedzenia spadał a dalszy plan, a kiedy Hektor zaparkował swoją maszynę byli już tak napaleni na wizytę w środku, że gdyby ona ich nie poprosiła o postój przy budce z paszą, od razu by się zanurzyli w tłumie. Duet kawalarzy znajdował się może nie w raju, ale bankowo chłopaki widzieli gdzieś na horyzoncie jego główne wejście. Rzadko kiedy widywała ich aż tak rozochoconych: szerokie uśmiechy i błyszczące oczy nadawały im wyglądu dzieciaków nie dość że wpuszczonych samopas do sklepu ze słodyczami, to jeszcze z bilonem w łapkach. Chcąc nie chcąc sama się rozpogodziła, niesiona falą ich optymizmu. Zachowała na tyle zdrowego rozsądku żeby trzymać się jak najbliżej, a podczas przebijania się przez wyjątkowo gęsty tłum bez skrępowania łapała któregoś z nich za rękę, aby na pewno nigdzie jej nie uciekli, albo przypadkowo nie zgubili wśród ludzkiej tłuszczy.

Chodzili, oglądali, dotykali, zaglądali pod maski, odpalali silniki, kłócili się ze sprzedawcami, a ci nie pozostawiali im dłużni. Latynos za każdym się darł do oponenta, pytając czy ten chce go orżnąć i co za złom mu tu wciska. Paul mu dzielnie asystował wyliczając całą listę tego, co w tym beznadziejnym gruchocie nie działa i czemu koleś lub laska powinni im spuścić z ceno, jako że nikt inny im tego nie kupi. Potem dość zdawkowo tłumaczyli jakimś rajdowo - mechanicznym żargonem z którego właściwie mało co rozumiała, że "miał zjebaną skrzynię", albo "no przecież widziałaś jak zapalał?" Niby stała obok, ale jakoś nie widziała w tym nic dziwnego. Obaj towarzysze sprawiali wrażenie, że mogliby tu spędzić cały dzień a i tak łazili aby choć co drugi sprawdzany samochód był mniej więcej z tych czego szukała dla siebie Brzytewka, a ona swój cel zlokalizowała kończąc akurat śniadanie. Duża, pięciodrzwiowa maszyna z wygodnymi siedzeniami, mogącymi w razie potrzeby złożyć się, tworząc całkiem sporą powierzchnię przewozową. Nawet lakier miała nietuzinkowy - nie czarny ani szary czy czerwony, a w kolorze fuksji. Z tego co zdążyła się zorientować na podobny typ pojazdów mówiono SUV. Jak i dlaczego? Nie miała zielonego pojęcia, ale niewiedzę tą trzymała dla siebie, jako że wyskakiwanie z czymś takim zaowocowałoby długim, szczerym napadem radości i złośliwych docinek nie tylko ze strony parki cerberów, ale i takich ponuraków jak Taylor. I tak uważali ją za dziwną, po co dokładać kolejną cegiełkę do dzielącego ich muru? Z gorącą obietnicą że jak tylko znajdzie wolną chwilę przysiądzie i w końcu zrobi porządne rozeznanie w modelach, markach, typach silników i całej tak kochanej przez detroitczyków motoryzacyjnej otoczce życia codziennego, wpakowała do ust ostatni kawałek czegoś pośredniego między hamburgerem, a tygodniowym przeglądem spiżarnianych półek - wolała się temu bliżej nie przyglądać, grunt że jedzenie należało do sycących, ciepłych i wbrew pierwszemu wrażeniu smacznych.
- Ten mi się podoba. - wskazała brodą na wypatrzoną maszynę. Już zbliżając się Alice zauważyła ze otaczający ich ludzie nie zwracają uwagi na ten model, przechodząc obok dziwnym trafem spoglądali to na kumpli, to na kolejne auta, lub nagle zaczynali szukać czegoś po kieszeniach. Inni po prostu zlewali sprawę, ostentacyjnie gapiąc się w inną stronę. Nawet dość młodo wyglądająca kobieta w skórach i ze ściętymi tuż przy skórze włosami, będąca najprawdopodobniej jego właścicielką, wyglądała na wyjątkowo zrezygnowaną i nie krzyczała tak entuzjastycznie jak reszta sprzedawców.

- Teen? Noo cooś tyy… - po chwili wahania odparł Latynos wpatrując się nieprzyjemnym wzrokiem w fuksjobarwaną maszynę. Ta nie wyglądała na jakąś specjalną ruinę, czy odmiennie od innych maszyn, więc jego wyraźna niechęć była zastanawiająca. Zazwyczaj jak widziała lekarka najpierw oglądał samochody, kłócił się ze sprzedawcami czy naradzał z Paul’em nim pojawiał mu się taki wyraz twarzy. Generalnie samochód lub właściciel musiały się trochę chociaż wysilić na takie spojrzenie.

- Ej, Hektor, to nie jest takie głupie. Zobacz jak to wygląda… - wygolony białas w skórzanej kurtce wskazał głową na stojącego SUV’a. Najwyraźniej dostrzegł jakąś okazję której nie zauważył jego kumpel, jednak gdy mówił “o tym” chyba podzielał brak dobrego mniemania o samochodzie. - Na pewno będzie taniej bo… no zobacz jak to wygląda. - dodał wyjaśniająco na co Latynos po namyśle pokiwał głową i razem już raźno ruszyli ku sprzedawcy i jego maszynie. Negocjacje poszły dość sprawnie. Obaj Runnerzy obskoczyli najpierw maszynę zaglądając pod maskę, sprawdzając silnik, wnętrze samochodu, bagażnik, odpalając na próbę i właściwie ten etap wyglądał raczej normalnie, tak samo jak przy poprzednio sprawdzanych autach. Zaś kompletnie inaczej wyglądała gadka ze sprzedającą furę babką. Co prawda Hektor nawijał coś, że nie da się wydymać, a Paul jak zwykle wyliczał listę usterek które znalazł, ale o dziwo poszło głównie o kolor. Rzecz która wcześniej prawie nikogo nie interesowała, ani Runnerów ani sprzedawców, teraz nagle stała się wręcz głównym źródłem negocjacji, a właściwie kłótni. Laska kłóciła się, że właśnie dlatego oddaje go prawie za darmo, a obydwa anielskie cerbery udowadniały, że i tak to za drogo bo przecież maszyny w tak badziewnym kolorze to nawet Czip by nie kupiła. Ostatecznie wytargowali jeszcze trochę zniżki i Alice stała się dumną właścicielką swojego pierwszego samochodu.




Odjechali gdzieś ostrożnie na skraj giełdy zwanej przez nich Mechstone. Słyszała tą nazwę wcześniej i kojarzyła, że to jakieś targowisko czy coś takiego jednak była tutaj po raz pierwszy. Zaś obyci w mieście Runnerzy nawijali jej od paru dni, że dziś najlepsza okazja a wizytę i zakupy bo wczoraj bo jutro jak co tydzień, jest dzień wewnętrzny dla Ligii więc poczyszczą targowisko z najciekawszych gambli. Teraz jednak zadowoleni z zakupu opuszczali te legendarne wręcz miejsce i zatrzymali się na parkingu wśród innych odwiedzających targ ludzi. Wysiadając z wozu zauważyła, że nie wiadomo dlaczego wzbudzają zaciekawione spojrzenia, a nawet czasem wesołość co Hektor który został przy niej kwitował zaczepnymi spojrzeniami. Czasami to starczało do zniechęcenia a czasami nie. Paul zaś zaraz gdzieś wysiadł i zniknął mówiąc, że “zaraz to załatwię”.

Tymczasem drugi ganger nawijał dalej i zdawał się być całkiem zadowolony z zakupu. Gadał szybko, trochę nerwowo w typowo latynoski sposób machając przy tym rękoma i wskazując jej to o czym akurat mówił.
-W szyberdachu nie masz szyby, ale i tak na chuja ci potrzebna. Poszerzy się otwór zamontuje rkm no i będzie niezłe wsparcie. No ale za rkm musisz se sama zabulić, ale spoko. Mamy w fabryce dobrego mechanika co ci to zamontuje bez problemu i będzie kurwa cacy. Z przodu rury się pierdolnie, coby można było taranować jakiś debili. I kolce i ostrza żeby przecinać kretynów co się po frajersku napatoczą, no nie? No i halogeny na masce i dachu oraz szperacze przy drzwiach się skołuje. Trzeba kurwa widzieć gdzie się jedzie... no i wyjebać tę boczną szybę też można, dorobić uchwyty i ławeczki to będzie można chłopaków desantować... i poszukać zapasowych opon. Takich odlanych z gumy kurew, Wiesz Brzytewka, kuloodpornych. Podrasowanie silnika a jeszcze zamontowanie turbosprężarki też by dało czadu. W ogóle to wyjebie się maskę jak w roadosterze... to byłby dopiero czad! Aha i wysokie zawieszenie żeby się wóz nie bał terenu, a nie te asfaltowe gówno co teraz. A jakby na dole zamontować pancblachy przeciw minom... no bo czasem jednak jakieś debile je zostawiają... to byłoby niezłe zabezpieczenie. Nie można też zapominać o samouszczelniającym zbiorniku paliwa, bo to bardzo zwiększa żywotność pojazdu. I załogi. I zapasowe miejsce na opony i siatka na szyby i uchwyt na zapasowe kanistry. No i kurwa pancerz gdzie się da bo jak się wzmocni silnik to uciągnie... - i tak nawijał i nawijał aż przybiegł prawie z powrotem Paul z jakimiś sprey’ami w łapach.

- Dobra, mam czarny, żółty i biały. To albo robimy go na tygrysa albo na zebrę. - rzekł rozdając im po jednym pojemniczku.

- No Brzytewka? Pomalujemy ci jak zechcesz. Albo na tygrysa albo na zebrę. Ten debil się sfrajerzył, że sprzedał tak tanio i zapomniał że można to od ręki przemalować i sprzedał całkiem dobrą brykę. - roześmiał się złośliwie Latynos najwyraźniej mając kupę radochy z wycwaniakowania handlarza. Wyglądało, że naprawdę chcą jej od ręki przemalować tymi sprey’ami samochód.

Dziewczyna odruchowo wzięła do ręki pojemnik z farbą, przyglądając się to jemu, to Latynosowi, to przenosząc wzrok na stojący tuż obok problem na kółkach. Problem, przynajmniej według cerberów. Ona żadnego nie widziała. Domyślała się o co chodzi, ale irracjonalność tej idei nie pozwalała wyrazić jej na głos. Zaczęła więc inaczej, z pozoru obojętnym tonem i stukając paznokciami o obły pojemnik.
- Hektor, skarbie… czy ja dobrze rozumiem? - zaakcentowała pytanie krytycznym uniesieniem lewej brwi - Chcesz pokryć całkiem dobry, niepozdzierany lakier bez odprysków jakąś tandetną mazią z puszki, która nie dość że zaraz zacznie odłazić, to jeszcze nim wyschnie przyczepi do siebie tonę kurzu oraz piachu? Toż to zbrodnia i rozbój w biały dzień. Od kiedy specjaliści od aspektów motoryzacyjnych zajmują się dewastacją samochodów zamiast ich modernizacją, bądź nawet pospolitym użytkowaniem według powszechnie znanych norm i formuł? Przecież docelowo to moja bryka, czemu aż tam was mierzi jej kolor? - ostatnie zdanie wypowiedziała, obracając głowę ku Paulowi.

- Nie przejmuj się Brzytewka! - machnął lekceważąco dłonią Latynos. - Zobacz jakie ma nadkola przeżarte i krawędzie. - wskazał na wesoło na miejsca gdzie faktycznie prześwitywał metal. Choć na codzienny standard samochód i tak miał dość mało łat, dziur czy odprysków na swoich zewnętrznych powłokach.

- No właśnie! - poparł kumpla białas energicznie kiwając głową. - Ten paski ci porobimy na powrót do nas. Tam się ją da do lakiernika i ci przelakieruje jak chcesz. A pogadasz z Taylorem to może da się załatwić, że podstawi jako swoją. On ma zniżkę. - dodał wyjasniająco Paul.

- Poza tym no weź… jak to w ogóle wygląda. Aż się nie chce jej dopakowywać jak taka chujowizna wszędzie… - Hektor skrzywił się gdy mówił i wskazywał ręką na świeży nabytek przedwojennej motoryzacji. Wyglądał jakby mówił o jakimś okazie obrzydliwego robactwa czy czegoś podobnego.

Alice przewróciła oczami i stanęła między gangerami a samochodem. ... swoim samochodem - to stwierdzenie wciąż brzmiało dziwnie, ciężko było je pojąć i zaakceptować bez zdziwienia. Nigdy nie miała nawet własnego roweru, co dopiero mówić o aucie. Rozumiała odrobinę detroickie standardy i reguły, a także zasady jasno mówiące że każdy szanujący się człowiek w mieście musi mieć własne cztery kółka i koniec dyskusji. Co z tego że nie znała zasad ruchu drogowego, ani nie potrafiła prowadzić? Akurat biorąc pod uwagę powojenne standardy to pierwsze było jeszcze do przeskoczenia, a dwie dekady powolnej degradacji ludzkości zepchnęły w cień coś równie prozaicznego jak kodeks drogowy, choć nie do końca. Ewoluował on razem ze społeczeństwem, nabierając nowego wymiaru i adaptując pod nowe zasady i warunki. Alice wpierw bała się wyjść na ulicę, obawiając się dziesiątek wariatów rozbijających się mieście, lecz wbrew pozorom do tej pory nikt jej nie potrącił, nie przejechał ani nie zdegradował do ogólnej roli mokrej plamy na popękanym chodniku. Co prawda usłyszała parę solidnych wiąch kiedy zamyślona włóczyła się po sektorze Runnerów, jednak obyło się bez rękoczynów oraz wypadków. Może miała szczęście? W to akurat wolała się nie zagłębiać. Chciała pokładać nadzieję w resztki przyzwoitości kołaczące w sercach i umysłach zmotoryzowanych gangerów, którzy przy bliższym poznaniu okazali się nie tacy straszni jak powszechnie się o nich mówiło. Po raz kolejny potwierdziło się stare przysłowie, że o niektórych aspektach życia lepiej przekonać się na własnej skórze, nim wyda się osąd. Zresztą co Igła miała do gadania w tej kwestii? Jej rolą nigdy nie był sądzenie kogokolwiek, nie wydawała też pochopnych wniosków bazujących na plotkach. Jako lekarz miała kompletnie inne zadanie. Zresztą należała teraz do Sand Runnersów. Życie czasem lubiło podążać w najbardziej abstrakcyjnych kierunkach, jeśli posiadało się zdolność do wpadania w kłopoty od razu po czubek głowy - to akurat wychodziło niewielkiemu rudzielcowi wybitnie i jakoś tak naturalnie.
-Ale... ja nie chcę na nim ani zebry, ani żyrafy ani innego parzystokopytnego! Za ssaki łożyskowe też podziękuję.- westchnęła ciężko, a ramiona wyraźnie jej oklapły gdy dodawała zmęczonym tonem - Czy wszystko zawsze musi wyglądać groźnie, wojskowo i kojarzyć się od progu bojowo?

- Żyrafy? To takie coś jak tygrys? - spytał niepewnie Latynos. Choć patrzył na nią tym charakterystycznym spojrzeniem, kiedy znów nawijała dziwnymi słowami.

- Głupi jesteś! Ja wiem co to jest żyrafa! - białas nie mógł wytrzymać by nie pognębić kumpla i zdobyć kolejny punkt przewagi w ich odwiecznej rywalizacji. - To taka krowa! Znaczy nie całkiem… taka inna, chuda. No wiesz, zmutowana czy co… I ma takie zmutowane rogi, takie pojebane dookoła samych siebie. No widziałem kiedyś w takiej książce dla dzieci… - Paul po początkowym entuzjazmie szybko stropił się, gdyż miał problem jak opisać coś co widział.

- Pfff! Nie no, kurwa. W książce dla dzieci jakiś mutasów się naoglądałeś, a teraz zgrywasz jakiegoś geniusza… - machnął pogardliwie ręką jego kumpel po tym jak na moment stracił rezon. - A ty Brzytewka no weź też mnie nie rozśmieszaj. No jak, no? No przecież, że musi być groźnie i czaderskie to jest szacun i lans i jesteś kimś. A jak masz jakiś erkaem czy kolce to nawet możesz zrobić coś. Coś konkretnego. A tooo? No weźź… jak w czymś taki chcesz by cię szanowali i traktowali na serio… - rzekł zdziwiony chyba, że w ogóle nawet jej trzeba tłumaczyć takie rzeczy.

- No tak Brzytewka. - białas dołączył do argumentacji kumpla. - Poza tym taki cipkarski kolor jest strasznie kurewski i pedalski. - dodał całkiem logiczny i sensowny dla siebie argument. Dla Hektora też bo energicznie pokiwał głową wskazując, że w pełni aprobuje zdanie przedmówcy.

Tym razem Savage uniosła oczy ku górze i pokręciła z rezygnacją głową. Z całej dyskusji wyniknął jeden pozytyw: kto by się spodziewał, że Paul trzymał w rękach książkę, nawet jeśli miało to miejsce za jego szczenięcych lat? Przez myśl przeleciało jej że gdyby nie został gangerem mógłby szukać szczęścia w zawodach wymagających pomyślunku. Zawsze starał się znajdować wytłumaczenia, wykazywał spryt i ciekawość świata, a w przeciwieństwie do olewającego wszystko Hektora dociekał i podpytywał jeśli sens danego działania bądź faktu mu umykał przez wzgląd na braki w edukacji chociażby. Potrafił też lekarkę mile zaskoczyć i dało się z nim sensownie porozmawiać... o ile akurat jego Latynoski bliźniak nie znajdował się w okolicy.
- Czy naprawdę potrzeba aż tyle negatywnych i ordynarnych epitetów? - burknęła, wyciągając z kieszeni kurtki pomiętą paczkę fajek i po kolei podstawiła ją każdemu z cerberów pod nos. Poczekała aż się poczęstują i dadzą jej dzięki temu czas na dokończenie wywodu - Załapałam. Nie uśmiecha wam się przejażdżka do domu w tak wyglądającym samochodzie. Nie musicie od razu wyszukiwać wszelkich możliwych argumentów... możecie powiedzieć wprost: nie chcecie żeby ktoś was zobaczył w różowej bryce. To również jestem w stanie zrozumieć, ale wy postarajcie się zrozumieć mnie. Jestem kobietą jakbyście nie zauważyli i nie traktuję z entuzjazmem ani strzelanin ani tematów pokrewnych. Cudakiem... jak już wiele razy podkreślaliście. To ostatni moment na bycie infantylnym, a ta bryka serio mi się podoba. Mogę nią jechać sama, wy pojedziecie swoją i jeżeli nie dacie po garach, powinnam was nie zgubić i nie rozwalić się na pierwszym lepszym płocie...chyba. Tak mi się wydaje. Mogę dla was zaryzykować swoim zdrowiem. Jeśli złamię coś sobie, albo uszkodzę podczas wypadku w końcu na moje miejsce w jutrzejszym meczu weźmiecie kogoś odpowiedniego, a nie kulę u nogi i zbędny balast - ostatnie zdanie wypowiedziała patrząc pod nogi, prosto na uwalane błotem buty.

- Epitetów? Sama jesteś epitet… - burknął Latynos znów natykając się na mur w większości niezrozumiałego dla niego żargonu. Przecież nikt tak nie mówił jak ta rudowłosa lekarka. No nikt normalny przynajmniej.

-Ciesz się, że nie inny środek stylistyczny. Onomatopeje są jeszcze wredniejsze - odburknęła nawet nie próbując ukryć rozdrażnienia. Przecież juz tyle razy im tłumaczyła, ba! Nawet rozrysowała… a ten nadal udawał, że nie wie o co chodzi, albo nie chce zrozumieć dla zasady...a przecież nie był głupi. Jedynie dobrze udawał.

- Wiesz, Brzytewka, strzelaniny może cię nie rajcują ale jutro będziesz z nami brać udział w jednej. Znaczy nie tak całkiem prawdziwej ale i tak będzie ostro… - rzucił jej w odpowiedzi wygolony prawie na zero białas. Najwyraźniej również nie mógł pojąć mentalności tej niewysokiej, dziwnie mówiącej dziewczyny.

- Właśnie a ty nie możesz jeszcze sama jechać. Masz mieć tą brykę żeby ją rozwalać, a nie nasze. Albo Guido. - Hektor zdradził jej jeden z czynników motywujących ich do takiego zainteresowania posiadania przez nią własnego auta. Faktycznie parę razy ją próbowali uczyć jeździć na swoich samochodach. Było z czego się pośmiać. O ile się nie było właścicielem takiej bryki.

- No a poza tym jak sobie coś zrobisz to nie wystartujesz jutro a wiesz… mamy drużynę no nie? Jesteś przecież z nami. - dodał wygolony Runner rzucając peta w błoto. Kiep odbił się lekko i znieruchomiał w kałuży sycząc cichutko przed zgaśnięciem.

- Dokładnie. No to Paul, ty poprowadzisz ten pedalski cipkowóz. Ja wracam do własnej bryki. - skwitował sytuację Hektor też rzucając peta na ziemię i ruszając w stronę własnej maszyny. Paul zdawał się być zaskoczony i zdezorientowany takim obrotem sytuacji. Na przemian spoglądał na oddalające się plecy bliźniaka, zakupionego suv’a i jego właścicielkę. W końcu widząc beznadziejność sytuacji spuścił ramiona i powlókł się smętnie ku świeżokupionej maszynie jakby szedł na skazanie albo antygandziowy odwyk.

Ustępstwa, kompromisy albo konieczność patrzenia na męską rozpacz tak wielką, że scena śmierci Mufasy w "Królu Lwie" wydawała się przy tym dobrą komedią. Dziewczyna czuła wyrzuty sumienia, może nie powinna prowokować podobnej dyskusji, ale przecież też miała własne zdanie... tylko że jeżeli przez podobną pierdołę ktoś miał czuć się nieszczęśliwy i urażony, sprawa nie była tego warta. Nikt nie powiedział że asymilacja z gangerami będzie czynnością łatwą i przyjemną... i na litość boską! Samochody to maszyny, przedmioty martwe, a człowiek pozostawał człowiekiem, nieważne co nosił w sercu czy na grzbiecie. Priorytety życiowe, hierarchia wartości... próba spojrzenia na problem z perspektywy drugiej strony. Zwykły szacunek. Każdy miał prawo do własnej opinii, a parka cerberów o panujących w mieście zasadach wiedziała niepomiernie więcej niż urwana z kosmosu doktor medycyny z zapadłej dziury... dosłownie i w przenośni. Poczekała aż Hektor wsiądzie do swojego auta i ruszyła powoli w stronę Paula, zgarniając po drodze upuszczony przez tego pierwszego spray.
- To co robimy...zebra czy tygrys? - spytała cicho, unosząc uzbrojone w puszki ręce przed siebie - Wiem że chcecie dobrze, choć może mamy inne podejście do wielu tematów. Jeżeli to dla ciebie aż tak ważne i istotne, nie wytnę ci podobnego świństwa. Chodź skarbie, we dwójkę uwiniemy się raz-dwa. Jak wrócimy porozmawiam z Taylorem. Ciemną zieleń powinniście dać radę przełknąć bez uszczerbku na zdrowi psychicznym, nie jest aż tak... kontrowersyjna. - dodała z uśmiechem, podrzucając jeden z pojemniczków do góry. Ten przekręcił się dookoła własnej osi nim powrócił w nadstawione od dołu palce.

- Niee noo… - wymamrotał markotnie Paul otwierając drzwi samochodu. - Właściwie to twoja bryka… - dodał wsiadając ociężale na miejsce kierowcy. - W sumie niczyja sprawa czym jeździsz… - dopowiedział zamykając drzwi.
- A my jesteśmy Runnerami a nie Schultz’am. - mruknął odpalając silnik który nieco zarzęził ale w końcu odpalił. - I Czip też ma różowy no i jakoś nim jeździ… - powiedział do niej gdy usadowiła się na miejscu pasażera.

Chwilę jechali w milczeniu, a ich uwagę w naturalny sposób przykuwał samochód Hektora który jechał przed nimi. Latynos miał porządny, runnerowy samochód, z mnóstwem łat, kolców, dodatkowych krat i blach, co odpowiadało tak i detroickiemu standardowi jak i przeciętnej “średniej ulicznej” jak to się kiedyś mówiło.
- On w ogóle jeździć nie umie… - mruknął nagle białas jak zwykle obgadując kumpla kiedy tylko mógł. Alice coś czuła, że tym razem sporo było w tym przytyku czystej zazdrości, że nie mogą się zamienić pojazdami. Maszyna Latynosa zatrzymała się chyba chcąc skręcić. Chyba, bo oczywiście nie miała takich głupot jak migacze. Musiał przepuścić jakiś pojazd i znów ruszył.
- A ja ci mówię Brzytewka, że on nie umie jeździć… - powtórzył nagle jej kierowca ale kompletnie odmiennym głosem. Gdy na niego spojrzała widziała zawziętość i złośliwy uśmiech na twarzy. - Czas sprawdzić co ta bryka ma pod maską… - wyszczerzył się do Savage, a ona parsknęła i klepnęła go po przedramieniu, mrugając porozumiewawczo. Różowa maszyna nagle zawyła na zwiększonych obrotach i wyrwała do przodu gdzie na moment zaczepiła się z tyłem samochodu Hektora. Zaczęła go spychać, po czym odwaliła na bok i popędziła dalej. Mijając niższe auto zobaczyli zaskoczonego Latynosa, który wrzeszczał coś do nich w tym swoim latynoskim slangu, ale szybko zostało to za nimi, daleko w tyle. Paul pędził dalej, drapieżnie zmieniając biegi i lawirując na zakrętach przy akompaniamencie kobiecego śmiechu. Szybsza maszyna Hektora dogoniła ich dość szybko, bo ten oczywiście przyjął wyzwanie kumpla. Okazało się, że nowy nabytek wcale nie tak łatwo wyprzedzić gdy kierowca tego nie chce, a droga nie jest zbyt szeroka.


Bujało nimi niemiłosiernie, do tego widzieli co raz mniej, jako że Paul przy okazji zaliczał chyba wszystkie kałuże po drodze. Ich rozbryzgi co prawda znacznie utrudniały Hektorowi ich wyprzedzenie ale i ograniczały im widok, zwłaszcza że działa tylko wycieraczka od strony kierowcy i to na połowę szyby, więc ten musiał jechać schylony by coś widzieć. Po kilku minutach, na dłuższym i szerszym kawałku trasy, Latynos ich wyprzedził znikając gdzieś za zakrętem. Czekał na nich przed szkołą którą Brzytewka z uporem i wbrew wszystkiemu próbowała przerobić na szpital.
- Nieźle no nie? - spytał Paul gdy nieco oszołomiona lekarka wysiadała ze swojego pierwszego, motoryzacyjnego nabytku.

- Jeszcze jak! Musimy to powtórzyć. - dziewczyna przytaknęła gorliwie i chichocząc przejechała dłonią po włosach. Twarz i czubek rudej głowy pokrywała warstwa świeżego błocka pewnie przez dziurę w dachu, ale kogo to obchodziło? Dawno już nie czuła się taka...spokojna. Zupełnie jakby nagromadzony stres został gdzieś po drodze, zgubiony wśród popękanego asfaltu i głębokich kałuż.

Białas patrzył właśnie na tego jej suv’a. Już wiedziała czemu się tak szczerzył. Podczas tego wyścigu brunatna maź skutecznie zasłoniła wstydliwą barwę i teraz liliowe plamy mało gdzie prześwitywały. To rozbawiło ją jeszcze bardziej.
- Cwaniaczek. - skwitowała, posyłając mu szeroki, zębaty uśmiech. Zaraz jednak ganger musiał się zająć wściekłym kumplem . Po swojemu oczywiście zaczęli kolejną, pełną wzajemnych pretensji kłótnię. Cały ten hałas i zamieszanie ściągnęły na zewnątrz Chris’a i Tom’a którzy z zaciekawieniem oglądali całe to widowisko. Bezlitośnie przerwała sanitariuszom zabawę, zaganiając obu na powrót do budynku. Nie mieli czasu na rozrywki, wciąż czekała ich masa pracy.
A dzień, według gangerowej normy, dopiero się zaczynał...
 
__________________
A God Damn Rat Pack

"I am the bad one, distant and cruel one.
I am the dream that, keeps you running down."
Zombianna jest offline  
Stary 08-09-2015, 19:11   #8
tajniacki blep
 
sunellica's Avatar
 
Reputacja: 25164 sunellica ma wspaniałą reputacjęsunellica ma wspaniałą reputacjęsunellica ma wspaniałą reputacjęsunellica ma wspaniałą reputacjęsunellica ma wspaniałą reputacjęsunellica ma wspaniałą reputacjęsunellica ma wspaniałą reputacjęsunellica ma wspaniałą reputacjęsunellica ma wspaniałą reputacjęsunellica ma wspaniałą reputacjęsunellica ma wspaniałą reputację
Tina miała dość. Choć kochała jeździć autem, to aktualnie o niczym innym nie marzyła, jak o wyjściu z tej przeklętej blaszanej puszki i pójściem pieszo. Od tygodni, rzadko spała, źle jadła i aktualnie prawie przez bite dziesięć godzin nie miała czasu by się porządnie i w spokoju wyszczać. Ciągle coś było nie tak… a to burza, a to zawalona ulica, a to rozwalony most, a to auto nie jest w stanie przejechać...JAK TO NIE JEST W STANIE PRZEJECHAĆ??!! JAKIM CUDEM TO BYDLE NIE JEST W STANIE PRZEJECHAĆ??!! No i jeszcze ten przeklęty rzęch psuł się, z uporem maniaka, co parenaście mil. DOSŁOWNIE. Jadą, jadą i JEB, ciulowi coś się nie spodobało i zgasł. Raz za razem, jej siostra z godną podziwu zaciętością, doprowadzała Baracka do stanu używalności, tylko po to by po dwóch godzinach jazdy ten znowu się zesrał, posrał i usrał.
Dziewczynom nie chciało się już rozmawiać, nawet słuchać radia, tzn. płyt CD, bo radia pozdychały wiele lat temu. Każdy dźwięk doprowadzał rangerkę do szewskiej pasji, budził w niej wulkan nieskończonej nienawiści do wszystkiego co sie ruszało. Na szczęście, nie musiała przelewać swojej frustracji na bliźniaczkę. Była Hilda. Ta przeklęta, opierzona, kokomorda, która od czasu do czasu cicho wyzywała rodzeństwo zza ich pleców. Ach, gdyby Tina mogła się odwrócić… oderwać od tej pieprzonej kierownicy, chwycić za gardło tę zajadle dziobiącą sukę. Ooo, już ona by pokazała kto tu rządzi.
Nagłe szarpnięcie auta i przydzwonienie cyckami w klakson, wyrwało dziewczynę z mętnych zamyślen. To pickup. Znowu zdechł.
- Piździelec jeden… - warknęła, rozmasowując mostek i wychodząc z auta. Dając siostrze chwilę czasu na reanimację pojazdu, poszła na pobocze opróżnić pęcherz.

Whitney siedziała cicho na miejscu pasażera dobrze wiedząc, że siostra jest w stanie totalnego rozdrażnienia i wystarczy tylko jedno nie odpowiednie słowo i ta mogła wybuchnąć zabijając wszystkich wokół. Postanowiła więc się nie wychylać i może przeżyć do końca podróży. Na domiar złego ich pickup o wdzięcznym imieniu Barack odmawiał posłuszeństwa. Bolało ją i serce i cała dusza widząc jak samochód dławi się co parę mil i przystawał gasząc silniki. Miała ochotę wygarnąc Tinie, że to wszystko w końcu jej wina, że Barack umiera, że Hilda obsrała tylne siedzenie i że zaraz jej dupa odpadnie albo chociaż skwadratowacieje od tego ciągłego siedzenia w tym ciasnym przybytku Baracka. Wprawdzie co i raz kiedy pickup dławił się własną krwią to miała okazję nieco rozprostować nogi i pogrzebać chwilę w mechanicznych trzewiach bryki, ale dalej daleko temu było do porządnego spaceru, ale i na stary samochód w końcu przyszedł czas. Barack mruknął, warknął, szarpnął, zakaszlał… Bóg jeden wie co jeszcze i stanął. Niby po raz 746474673 tej jazdy, ale to było inne zadławienie się. Whitney stojąc nad otwartą klapą silnika miała ochotę zapłakać nad losem biednego pickupa.
- No i chuj zesrał się na amen. Znaczy mogłabym coś zrobić, ale nie tutaj. Barack ty tępy geju! - zawołała wściekle kopiąc jedno z kół samochodu w akcie kompletnej bezsilności - Tak u bram miasta?! Musiałeś, prawda? MUSIAŁEŚ KURWA!

Tina wróciła do samochodu z błogim uśmiechem na twarzy. Barack nie działa? Nic to! Świat i tak jest piękny.
- Mówisz tak przy każdym naszym postoju. Ogarnij się bo nie czas i miejsce, Whit. - odezwała się do bliźniaczki przy okazji nurkując w swoich bambetlach i wyjmując lornetkę. - Rozejrze się a ty działaj. - jak powiedziała, tak zrobiła. Niczym mała skautka, skanowała okolicę z zaciętą miną sępicy.

- Ale teraz to już koniec. Kiła mogiła, zajechany. Potrzebuję warsztatu, aby coś zrobić - powiedziała do siostry i spojrzała jeszcze raz we wnetrzę silnika po czym zamkneła klape z trzaskiem i swoim westchnieniem rezygnacji. Musiał się zesrać pod samym celem.
- To co robimy? Próbujemy go pchać?

- Raczej spierdalać… - mruknęła cicho, nie odrywając wzroku od lornetki. - Te lamusy nas namierzyły… nie wiem jak ale… jedzie do nas auto i jest podobne do tych, którymi jerzdzą te porzygańce… - Tina rozejrzała się w celu znalezienia miejsca, w którym mogłyby się schować, napotkała tylko ruiny i zarośniety magazyn.
- Ty popaprańcu! - wrzasnęła w bliżej nieokreśloną przestrzeń, po czym zaczęła łupać pięścią w tylne okno samochodu. - Obskubię ci całą dupę, poczekaj tylko!

- ZOSTAW TĘ KURĘ - rykneła na siostrę. Akurat tego im brakowało, aby ta zaczeła drzeć się na pieprzonego koguta. I jak to ich namierzyli? Przecież miały już spokój na tak długo, no psia jego mać! I to akurat teraz kiedy Barack postanowił umrzeć! Pieknie, wspaniale, wybornie, zajebiście, szampańsko! Aż usiadła opierając się plecami o koło rozjechanego pickupa.
- I co teraz? - zapytała z rezygnacją - Co zrobimy z tym całym majdanem? Porzucamy?
 
__________________
"Sacre bleu, what is this?
How on earth, could I miss
Such a sweet, little succulent crab"

Ostatnio edytowane przez sunellica : 08-09-2015 o 20:50.
sunellica jest offline  
Stary 08-09-2015, 21:04   #9
 
Okaryna's Avatar
 
Reputacja: 2728 Okaryna ma wspaniałą reputacjęOkaryna ma wspaniałą reputacjęOkaryna ma wspaniałą reputacjęOkaryna ma wspaniałą reputacjęOkaryna ma wspaniałą reputacjęOkaryna ma wspaniałą reputacjęOkaryna ma wspaniałą reputacjęOkaryna ma wspaniałą reputacjęOkaryna ma wspaniałą reputacjęOkaryna ma wspaniałą reputacjęOkaryna ma wspaniałą reputację
- Nie rozumiesz? Ona to zaplanowała! WYKAPOWAŁA! Musiała podać nasze koordynaty, kiedy obie wyszłyśmy z auta!

- Mówiłam ci żebyś nie zostawiała jebanego kurczaka samego!

- NIE POZWALAŁAŚ MI JEJ TRZYMAĆ KIEDY MIAŁAM POMAGAĆ CI W NAPRAWIE! Co miałam zrobić?! - ryknęła na siostrę po czym otworzyła bagażnik i zaczęła wertować ich manele. - Musimy spierdalać… nie mamy czasu… bierz co najcenniejsze - rozkazała siostrze, wysypując całą zawartość swojej kostki.

- Podałaś mi ją raz zamiast klucza! Ty chora wariatko! - odpowiedziała w takim samym tonie, ale zaraz jej uwagę zwróciło zachowanie siostry.
- To ja zabieram wszystkie swoje narzędzia, ciebie i tego głupiego kurczaka tu zostawiam. Powiedziałaś najcenniejsze w końcu - odparła z całkowitą powagą i wstała z ziemi, aby wygrzebać z tylnego siedzenie swój plecak pełen mechanicznego dobytku.
- Wrzuć tu jeszcze leki.. czy coś - zaproponowała chowając za pasek swój pistolet i zastanowiła się na chwilę w milczeniu - mówię to z wielkim bólem, ale jeśli… skoro porzucamy tutaj nasze rzeczy to zmniejszmy prawdopodobieństwo rozkradzenia.. no.. - zawahała się wyraźnie - upozorujemy, że porzuciłyśmy Baracka jakiś czas temu. Proponuję - odchrząkneła nerwowo - rozbić szyby, obić karoserie i przebić opony.. możemy też obdrapać na szybko wnętrze.. Ile mamy czasu?

Tina dokończyła pakowanie nabojów, które walały się luzem po bagażniku.
- Jakieś 3 może 5 minut… nie wiem, karabin musimy ponieść we dwie… - wyciągnęła rolkę szarej taśmy po czym oderwała spory kawałek. - Muszę skleić nogi Hildzie by nie uciekła mi z plecaka… - dziewczyna podeszła do tylnych drzwi i zanurkowała w wozie.
- NIE UCIEKNIESZ MI KWOKO! - wrzasnęła na kurę, która podrygiwała jej w ramionach, podczas gdy rangerka owijała jej łapki taśmą. - Gorzej, że nie mamy gdzie się na nich przyczaić… - otarła pot z czoła gdy zapakowała kuraka do plecaka i zapięła kalpę kostki. Natychmiast po tym, łebek z czujnymi ślepkami wychylił się niczym opierzony peryskop, który czujnie skanował otoczenie.
- Granaty, leki, lornetka, naboje, broń… eee co jeszcze… kompas… - wyliczała na palcach ale widać było, że nie może się skupić. Za dużo rzeczy a za mało czasu. - Nie stój tak, pakuj nas! Rozwalę auto… weź manierkę, oblej Baracka błotem… - wymineła rodzinnego mechanika po czym sprawnym ruchem przedziurawiła nożem tylną oponę.

Whitney zgodnie z poleceniem przepakowała do swojego plecaka taśmy klejące i tubkę kleju. Każdy bowiem wiedział, że to rzeczy niezbędne w życiu każdej kobiety! Nie było więcej czasu. Parę mniej ważnych rzeczy zostało wepchnięte skrupulatnie pod tapicerkę fotela kierowcy. Zarzuciła na siebie kurtkę i odciągnęła swój majdan na bok, aby wypełnić manierkę wody dodatkowymi garściami piachu. Szybkie wstrząśnięcie gęstą i obrzydliwą masą i chluśnięcie nią na samochód od strony ulicy. Nawet nieźle wyszło pozorowanie rozbryzgów od przejeżdżających aut! Byłaby z siebie dumna gdyby miała na to czas.
- To co? W pole?

W między czasie druga z bliżniaczek, rozpruła oponę od strony kierowcy i rozbiła dwie boczne szyby samochodowym kluczem. Zdyszana, dopadła bagażnika, narzuciła bluzę i kurtkę, lornetkę zawiesiła na szyi, nóż i broń schowała w kieszeni, do drugiej wsadziła kompas, po czym zarzuciła plecak z amunicją i kurakiem na plecy. Pacnęła się w pierś by sprawdzić czy leki są na swoim miejscu. Były. Ładowna? Jest.
- Łap za lufę karabinu i idziemy… za magazyn, gdzieś w gąszcz, kurwa nie wiem… nie mogą nas dojrzeć z ulicy… może nas miną… zawsze było tak gorąco? - spojrzała w kierunku nadjeżdżającego auta, był niepokojąco blisko. Albo teraz uciekną albo mogą od razu strzelić se w łeb.

Z bólem serca obserwowała destrukcję jaką przeprowadzała na samochodzie jej siostra, ale nie miały czasu na tkliwe wspomnienia z Barackiem w roli głównej i pożegnanie go jak na bohatera narodowego przystało. Mało tego! Zbezcześciły jego trupa, a teraz miały zamiar uciekać nie oglądając się za siebie. Zarzuciła swój plecak na ramie i chwyciła za lufę karabinu.
- Spierdalamy!

Tina ruszyła za Whitney. Dziewczęta szły równym, prawie żołnierskim krokiem w kierunku opuszczonego magazynu. Miały zamiar przejść przez niego i iść dalej. W krzaki, las, pola, góry… cokolwiek, co znajduje się za tą ruderą. Muszą się przyczaić i przygotować do walki. Powystrzelają te zapijaczone fajfusy jak kaczki. Gdy jeden po drugim, będą wyłazić zza budynku, one wtedy JEB! BUM! TRACH! Zaciukają każdego.
- Ej, piździelcu! Wiesz, że to wasz koniec? - Hilda postanowiła nie dawać za wygraną i poznęcać się trochę nad swoją nosicielką - Już po was, odbiją mnie i wtedy nikt, i nic, nie powstrzyma zagłady ludzkości. Cały świat będzie mój… NASZ! KoKoKoKo - parszywy śmieszek opierzonej grał na nerwach rangerce, lecz kobieta z całych sił skupiła się na przetrwaniu. Jeszcze przyjdzie czas, kiedy to szale się odwrócą i inaczej zaśpiewa ta zadufana w sobie kokoszka.
 
__________________
Once upon a time...
Okaryna jest offline  
Stary 12-09-2015, 13:14   #10
radiacja
 
Leminkainen's Avatar
 
Reputacja: 25580 Leminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputacjęLeminkainen ma wspaniałą reputację
Nico miała kilka opcji do wyboru postanowiła je sprawdzić przez parę dni kursowała między Szczotą a szeryfem podpytując o szczegóły. Zaczęła od szczoty
-Cześć,potrzebuję mimo wszystko więcej informacji o naszym wypadzie, kierunek, czego możemy się spodziewać etc
- Wyprawa na kilka dni. Po towar. Za miasto. Droga i teren taki jak tutaj czyli w większości przez las. Na miejscu trochę budynków. Już tam byłem parę razy. Zazwyczaj nie było nic specjalnego. Ani na miejscu ani po drodze. Nic jak ostatniej zimy. Ale pierwszy raz udaję się tam w tym sezonie wiec nie wiadomo jak to po zimie wygląda. Jak cię to interesuje to miałabyś rolę zwiadowcy i ochroniarza. - Szczota patrzył na Nico uważnie i czujnie wyraźnie niechętnie zdradzając szczegóły. Sprawiał wrażenie klasycznego kupca który wszędzie węszy konkurencje lub jej wtyki.

Nico parsknęła śmiechem w trakcie opisu miejsca podróży
-Niech zgadnę… a potem są schody i tunel… Ile to zajmie?
- Schody i tunel? Dlaczego schody i tunel? - handlarz chyba nie załapał dowcipu Kanadyjki i popatrzył na nią niepewnie. - Ile zajmie… No z parę dni w tę parę w tamtą, parę na miejscu… Pewnie z tydzień jakoś… - niechętnie dodał kilka szczegółów.
Nico zirytował ten brak szczgółów
-Wybacz ale jak chcesz być taki tajemniczy to beze mnie
- Jak sobie chcesz. - handlarz mruknął obojętnie wzruszając ramionami.

Oprócz Szczoty Nico wybadała też sprawę u szeryfa
-Zastanawiam się nad wypadem ze Szczotą, miasto potrzebuje zapasów, amunicji leków i innych towarów jak wrócę pańska oferta będzie dalej aktualna czy potrzebuje pan zastępcy na już?
- Jak wrócą Runnerzy to raczej będę potrzebował zastępcy na już. Ale kiedy wrócą… - szeryf Dalton wzruszył ramionami. Tego nikt Cheb nie wiedział. Jedynie powszechnie zgadywano, że śniegi i zima zatrzyma ich pewnie w ich Cheb. - A sama widziałaś jacy są ci Runnerzy jak się wkurzą. Jak się wkurzą jeszcze raz na nas to może nie będzie miał kto ci dawać takiej oferty. - uśmiechną się lekko wymruczając swoja odpowiedź. Było jak mówił. Na cmentarzu widziała mnóstwo nowych mogił, nie tylko pastora. Jakby na Cheb spadła druga taka klęska jak w zimie to chyba nie miałby już kto ich chować na tym cmentarzu. Wszyscy jednak liczyli, że jakoś może pójdzie się z nimi dogadać. Szeryf zdawał się jednak być skłonny dać jej szansę zostania zastępcą szeryfa o ile sytuacja się diametralnie nie zmieni.
-Tak czy inaczej potrzebujemy zapasów, leków dla rannych i amunicji do broni, wątpie czy ostry dowcip i obrzucanie obelgami powstrzyma Runnerów
- Nico, jak oni przyjadą z czymś takim jak w zimie to nie sądzę by ich i góra amunicji powstrzymała. Rozejrzyj się. Tu już mało kto może strzelać. Większość tych co mogli zginęła w zimowych walkach. - wskazał kapeluszem który trzymał w ręku na ludzi rozchodzących się do domów po pogrzebie i rozmawiających przez drogę. Wyglądało to dość przygnębiająco. Młodych i nie kalekich, zdolnych do ewentualnej walki było niezbyt dużo. Obecnie też większość była dodatkowo przygnębiona pogrzebem co nie wpływało na nich i ich wygląd budująco. Zimowe walki przetrąciły Chebańczykom kręgosłup. Kolejne mogły ich pogrzebać do reszty. - Obawiam się, że akurat dobry dowcip byłby skuteczniejszy przy nastepnym spotkaniu z nimi niż sprawny ołów. No ale… Ten też się zawsze jakoś przydaje. Niestety. - rzekł zakładając kapelusz na głowę gdy przekroczyli bramę cmentarza. Obrona spadała na barki szeryfa i najwyraźniej facet miał się czym martwić.
-Dobra, wchodzę w to. Mamy chociaż jakieś rezerwy do przeszkolenia?
- O to świetnie! - szeryf wyraźnie rozpogodził się. - To w takim razie przyjdź jutro rano do mnie do biura. Zaprzysięgnę cię, dostaniesz odznakę i zostaniesz oficjalnie włączona w szeregi stróżów prawa. - Dalton wyglądał na zadowolonego jakby pierwszy raz od dłuższego czasu otrzymał wreszcie jakiś dobrą wiadomość.

- Rezerwy i przeszkolenia… - zasępił się gdy to mówił i rzadki u niego uśmiech od razu zszedł z jego twarzy. - No z tym ciężko. - nie owijał w bawełnę. - Wprowadziłem obowiązek szkoleń i Scott trenuje tych nowych rekrutów w strzelaniu. Zna się też na walce wręcz no ale z tą jego nogą… No sama wiesz… - wymownie wskazał gdzieś w bok jakby dawny partner Nico był tuż obok. No ale wiedziała, że rany jakie odniósł w zimie ten dumny wojownik nie były zbyt chętnym tematem do rozmów zwłaszcza w jego towarzystwie.

- No niestety do szkoleń też jest potrzebna amunicja. A tej mamy mało. Ludzi też mało. Albo sa w polu, albo na łowach, albo na jeziorze. - kolejna dawka kłopotów i przeszkód wywołała nowy mars na czole szeryfa. - Są jeszcze Czerwoni… No ale po przygodzie z Biegnącym Ksieżycem w zimie no nie bardzo chcą mieć z nami coś wspólnego. Szaman dla nich to święty człowiek. Z trudem go uprosiłem by podleczył Miltona ze względu na dawną przyjaźń. Ale jak widzisz ani on ani pastor nie dali rady… - skrzywił się kręcąc głową ze zmartwienia i niezadowolenia na taki obrót spraw. - Jeśli doszłoby do walki z kimkolwiek to będzie bardzo źle. Ale jak już to raczej musielibyśmy walczyć inaczej niż strzelaniem bo amunicji właściwie nie mamy. - dodał po chwili milczenia podsumowując swoje wnioski.

-Może byśmy pomyśleli o ufortyfikowaniu i zbudowaniu jakiś pułapek, W Wietnamie amerykanie mieli przewagę w uzbrojeniu i wyposażeniu a pułapki bardzo utrudniły im życie. Wykopalibyśmy parę wilczych dołów z których ziemię moglibyśmy dać do worków którymi umocnilibyśmy punkty oporu, kilka pułapek w stylu elastycznej gałęzi z kolcami trzymanej przez potykacz nie tylko wyłączyło by to z gry paru gangerów ale też podłamało ich ducha na wstępie i zniechęciło do badania terenu.
- Tak, można by tak zrobić. - powiedział wolno Dalton kiwając w zamyśleniu głową. - Znasz się na tym? Wiesz jak zrobić coś takiego? - spytał spoglądając na nią spod otoka kapelusza. - Myślałem o czymś takim ale jednak kwestia gdzie to zrobić. Tu wszędzie ktoś mieszka od nas, dzieci biegają, nie chcę byśmy sami powpadali w nasze własne sidła. - zafrapował się starszy mężczyzna z wystającym brzuszkiem.
-Trochę się znam, choć zazwyczaj zastawiałam pułapki na mniejszą zwierzynę. Przydały by mi się jakieś maszyny rolnicze, koparki czy traktory to by usprawniło budowanie pułapek. Myślę że w pierwszej kolejności trzeba będzie ograniczyć mobilność pojazdów. Obstawiam że będą mieli ze sobą parę technikali z ciężkim sprzętem jak ma deuce albo coś w tym stylu trzeba będzie trzymać je z dala od naszych punktów oporu. W tym celu trzeba by wykopać parę dołów albo porozstawiać kłody drewna. Trzeba też przygotować punkty oporu, wybrać kilka solidnych murowanych budynków i umocnić je: usunąć łatwopalne wyposażenie, obłożyć workami z piaskiem, powybijać kilka dodatkowych strzelnic w nieoczekiwanych miejscach poprzebijać ściany żeby ułatwić komunikacje. Oczywiście trzeba będzie ostrzec miejscowych co do pułapek, albo po prostu zakazać wchodzenia do niektórych budynków. Trzeba będzie też pilnować żeby nikt wiedzący o naszych przygotowaniach nie oddalał się od miasteczka, nie chciałabym żeby kogoś złapali i całe przygotowania szlag trafił bo ktoś wszystko wyśpiewa. Tak więc potrzebuję ludzi i maszyn. Myślę że nad szczegółami posiedziałabym ze Scottem, i tak przydałoby się oderwać jego myśli od nogi bo ostatnio sprawia wrażenie przygnębionego. A i co do treningu to mogę udostępnić prawie cały karton amunicji do .22.
 
__________________
A Goddamn Rat Pack!
Leminkainen jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:55.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168