Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Postapokalipsa > Archiwum sesji z działu Postapokalipsa
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Postapokalipsa Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Postapo (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-11-2017, 21:35   #11
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 51433 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Post wspólny z dziewczynami :)

Lukas "Luke" Benson - przybysz z Miami



~ Cholera. ~ przez chwilę się wahał czy coś czuje. Po chwili doszedł do wniosku, że raczej tak. Potem jeszcze nie był pewny co. A na sam koniec miał nadzieję, że może jednak nie. No ale nie. Jednak tak. Raczej tak. Raczej będzie padać. Dzisiaj. Niedobrze. Jeśli się zamierzało iść na bagna. I niedobrze. Jeśli zamierzało się kogoś szukać. Deszcz nawet psim nosom robił koło pióra. Jak ta biała opierzona cholera. Przez chwilę dy myśli wróciły mu do białego cipióra a więc i wieży a więc i osobę jaką tam zostawił i widział przez chwile stojącą w oknie. Rain. ~ Heh. Ale się spasowała z miejsówą i pogodą. ~ wraz z Rain przybył rain. Przez chwilę zabawiał się perwersyjną myślą czy jakby ją zakopać znowu to deszcz by przeszedł bokiem… Chociaż wtedy by się mogła utopić. No i wyziębić a nawet przeziębić. A kto by zniósł przeziębioną babę? A może faceta? Zawahał się. Widział kiedyś zabawny obrazek i taki tekst. Ale właśnie już słabo kojarzył czy chodziło o laski czy facetów…

Pozwolił sobie na chwile wytchnienia i puszczenia myśli luzem. Był na znanym sobie terenie i czuł się dość bezpiecznie. Tylko ta mgła… Ale musiał jakoś przejść w etap pośredni od przemokniętej i zmarzniętej blondzi jaką zostawił w swoim strzelistym domu. Z całym swoim majątkiem. A która albo była ofiarą albo ofiarą. Tyle, że w jednej wizji jawiła mu się jako ofiara porwania z domu czy czegoś podobnego a z drugiej jako wyrachowana cwaniara co puściła właśnie kantem kolejnego frajera. No ale wydawała się miła. I niewinna. Była? Czy wydawała się? Serio wolałby wrócić do lasu i zaczaić się na zakopywacza blondynek. Sporo by mu to powiedziało pewnie o tym wszystkim. I pewnie by poszedł. No ale ten dzieciak… Cholera! Nie mógł się zgubić jutro?! Albo wczoraj? No nie dzisiaj no… Dzisiaj to mu w ogóle nie było na rękę. Pokręcił głową i splunął. “Ręka” wywołała mu dość anatomiczne skojarzenia a te skojarzyły mu się z inną blond anatomią z jaką mógł się właśnie zapoznawać w swoim łóżku. Znowu splunął.

Wtedy zauważył sylwetkę przy płocie. I tak musiałby pewnie przejść. Sylwetka stała, widać było plamę twarzy i chyba długie włosy. Jakaś laska? Nie widział u niej broni. Nie w łapach przynajmniej. No i zachowywała się dość spokojnie. Jakby czekała. Na niego? Raczej w zbyt ludnej okolicy nie mieszkał. To może i na niego. Jak na niego to po co? Sprawę ma? Czy nie na niego. To na kogo? Chrisa? On już powinien tędy przejść wcześniej. Mineli się? Mówił, że kolo z Miami też ma dołączyć?

Z bliższej odległości rozpoznał sylwetkę. Stewart. Ashley. Sam nie wiedział co myśleć. Ani o niej ani o spotkaniu tu i teraz wśród tych sadów i mgły. Pamiętał ją jak tu przybył. Była inna. Potem odeszła. I wróciła. Ludzie gadali jak zwykle gdy nie mieli faktów to dorabiali własne. Czyli po prawdzie nie wiadomo gdzie była i czemu wróciła. Ale średnio na jeża patrzył na ludzi z jakimi się zwykła obracać. Zwrócił uwagę na jej rozkurczające i zaciskające się znowu dłonie. Denerwowała się? Czy to jakiś tik? Aż tak jej nie znał by to rozróżnić. Właściwie w ogóle znali się raczej pobieżnie. Kojarzyli się i rozpoznawali i tyle. Z bliska dostrzegł, że właściwie to tak z przynajmniej z twarzy to jest całkiem niczego sobie. No ale…

- Cześć Ash. - kiwnął jej głową na przywitanie ale szedł dalej. Jeszcze kawałek miał do przejścia na spotkanie z ludźmi szeryfa. Z bliska gdy już ją prawie mijał wyglądała na serio spiętą. Coś ją ruszyło. Co się stało albo dopiero miało.

Drgnęła, gdy go usłyszała, zupełnie jakby ją zaskoczył. Musiała nieźle odpłynąć, pogrążając w swoich myślach, bo przecież nie skradał się przesadnie. Szedł normalnie, a mimo to dopiero przywitanie zwróciło uwagę mijanej kobiety. Obróciła szybko głowę, lustrując tropiciela od stóp do głów uważnym, czujnym spojrzeniem. Szybko też zbadała jego okolicę, upewniając się, że jest sam.
- Lukas - odpowiedziała krótko, przymrużając oczy co chyba było powitaniem. Nie zmieniła miejsca, ale nie widząc nadprogramowych obcych przestała się spinać, choć ręce chodziły jej nadal. Dziwnym trafem zrobiła też pół kroku w stronę broni, lecz po nią nie sięgnęła.
Już wydawało się, że na tym rozmowa się skończy, jednak kobieta dorzuciła monotonnym, ponurym głosem - Idziesz do Czapli?

Kiwnął głową jakby na potwierdzenie, że go prawidłowo rozpoznała. Sprawiała wrażenie, że jest myślami daleko stąd. Jak to się kiedyś delikatnie mówiło. Zwolnił trochę i odwrócił się idąc jednak dalej. - Nie. Dzieciak Bree polazł sam na bagna. Poprosili mnie o pomoc. Idę bo chyba będzie padać dzisiaj. Jak go nie znajdziemy przed deszczem… - powiedział jej co myślał ale dopiero jak powiedział na głos własne myśli też dotarło do niego jak poważna jest sytuacja.Głównie dla zaginionego smarka. Dla Bree bo pewnie konsekwencje by spadły głównie na nią. No i dla tych co wlezą w te bagna. Jeśli nie znajdą małego przed deszczem to szanse znaleźć go całego dość drastycznie spadną. Odwrócił się więc znowu by wrócić na prosty kurs do centrum osady i miejsca spotkania z szeryfem, Chrisem i resztą.

- Tak… deszcz. Deszcz nie pomaga - usłyszał mamrotanie za plecami. Nie towarzyszył mu żaden dźwięk sugerujący że kobieta się poruszyła. Ruszył więc dalej przez mgłę, brnąc w mokrym błocie które złośliwie chwytało stopy i nie chciało ich wypuścić. Uszedł parę ciężkich kroków, gdy z przodu, wśród białego oparu dostrzegł rozmazany kształt. Poruszał się raźno i wyraźnie się zbliżał, idąc z naprzeciwka. Sylwetka, ludzka. Wciąż niewyraźna i czarna na tle oparu.

Zbliżał się do bardziej cywilizowanego centrum Salisbury więc i o tak wczesnej porze ktoś mu się tu kręcić. No chyba, że to nie taki sobie zwykły przechodzień. Ale to powinno się zaraz wyjaśnić. Luke szedł więc dalej naprzód swoim pewnym i równym krokiem. Za chwilę lub dwie powinni się z tym kimś na tyle zbliżyć by mógł go rozpoznać albo chociaż dostrzec więcej detali u tego drugiego. Ten ktoś zdawał się po prostu iść tak samo jak i on.

Minęli się, na wyciągnięcie ramienia. Dwójka mężczyzn idąca jedną drogą z dwóch różnych kierunków. Przelotnemu spotkaniu towarzyszyła seria spojrzeń z obu stron, badaniu pod kątem niebezpieczeństwa, ale obaj trzymali dłonie z dala od broni, nie zwalniali też tempa, idąc do swoich pilnych najwyraźniej spraw. Luke mógł z ulgą odnotować, że mijajacy go krótko wygolony facet o zarośniętych szczeciną dwudniowego zarostu policzkach miał puste ręce. Gdzieś przy pasie bujała mu się kabura jakiegoś rewolweru w większości zasłonięta przez ciemną kurtkę. Ale to nie był jego problem.

Jego problem czekał z przodu, tam gdzie pierwsze widoczne we mgle zabudowania Salisbury - kanciaste, czarne prostokąty ledwo widoczne we mgle i coraz rzadziej rosnących jabłoniach. Ciężkie, mokre powietrze ziębiło odsłoniętą skórę dłoni i policzków, gdzieś z oddali dolatywało tropiciela ujadanie psów i codzienne odgłosy malego miasteczka. Szedł przez poprzecinaną kałużami, rozmokłą drogę, mijając senne, z pozoru opuszczone domy i tylko dochodzące z nich dźwięki oraz zapachy dawały świadectwo, że nie spaceruje poprzez miasto duchów.

Psie ujadanie nasilało się, dochodząc z jednego konkretnego kierunku. Benson wiedział doskonale, że psy tropiące na podobny teren są bardziej niż niezbędne. Skov ściągał kogo się da, więc ich miejscowych hodowców też. Darował więc sobie przejście pod komendę i od razu ruszył do brukowanej drogi, aby po paru minutach szybkiego marszu dostrzec we mgle pierwsze ludzkie sylwetki. Nie zwalniając wszedł między nie, rozlokowane po poboczach drogi, niecierpliwie krążące wśród mokrej trawy. Szukał jednej, konkretnej - siwej na łbie i z pochmurną miną do kompletu. Sylwetki w starej, skórzanej kurtce ze złotą gwiazdą wpiętą w klapę. Zobaczył ją, stojącą w tłumie pod rozłożystym dębem, rzucającym cień na oba pobocza. Podchodził właśnie do Julesa Bakera, bliźniaczek MacCoy i obcej kobiety o niebieskich dredach.
- Benson! - szeryf machnął do niego ledwo go zobaczył, ruchem ręki zachęcając żeby podszedł. Najlepiej jak najszybciej. Gdzieś spod płotu oderwał się też Chris, powoli sępiąc też w tym samym kierunku.

Charlie z zainteresowaniem przyjrzała się lokalnemu tropicielowi. Była ciekawa czy nie będzie miał nic przeciwko jej obecności. Postanowiła pozostawić przedstawianie lokalnym. W końcu zdecydowała się też by zerknąć w kierunku Chrisa.

- Dzień dobry szeryfie. - przywitał się brodacz wyciągając rękę na przywitanie. Podchodząc spojrzał ciekawie na bliźniaczki i tą obcą. Zastanawiał się co mają wspólnego ze sprawą. - No Chris dał mi znać no to jestem. Na czym stoimy? - szwendacz skinął głową w stronę zastępcy szeryfa czekając na to co powie szeryf. Miał nadzieję, że przedstawi coś więcej niż Chris. Z kim miałby iść na te bagna i gdzie właściwie mieliby zacząć. Przydałaby się Bree i info od niej gdzie rosną te durne kwiatki co ten mały się po nie wybrał. I gdzie te psy? Przydałyby się też.

Po minie Skova dało się poznać, że widok tropiciela go cieszy, choć nie uśmiechał się, podarował też sobie westchnienie ulgi. Mimo tego pochmurna mina, jaką raczył okolicę do tej pory, zmalała o parę stopni, przechodząc w ciszę przed burzą. Dziarsko uścisnął podaną dłoń, potrząsając nią w zwyczajowym geście powitania.

Zza jego pelców dwie identyczne dziewczyny szczerzyły się wesoło, poświęcając nowoprzybyłemu cała uwagę. Szeptały coś do siebie, przepychały i prawdopodobnie obmawiały brodacza, wcale a wcale się nie krępując. Co prawda całości konwersacji nie szło wyłapać, lecz pojedyncze słowa typu “błoto”, “pompka” udało się Lukowi wychwycić.

Nadawały tak beztorsko, póki szeryf nie obrócił się i nie posłał im wybitnie nieprzychylnego spojrzenia. Dopiero wtedy obie przewróciły teatralnie oczami, cichnąc na dłużej niż dziesięć sekund.

Sytuację wykorzystał meżczyzna z gwiazdą wpiętą w kurtkę, unosząc rękę i robiąc przywołujący gest. - Dobra ludzie, jesteśmy w komplecie! - Otoczenie zbystrzało, psie ujadanie nabrało na sile, zaś ludzie do tej pory snujący się niczym widma wzdłóż pobocza, zbliżyli się, otaczając dowodzącego dość luźnym kręgiem. Benson i Charlie naliczyli około dwudziestu osób, cztery psy, a gdzieś z mgły rozlegało się echo nawoływań kolejnych dusz. Szwendacz w większości przypadków rozpoznawał twarze, twarze rozpoznawały jego. Ktoś się uśmiechnął, ktoś się przywitał, mówiąc w przelocie “cześć”, albo “pochwalony”.

Uwaga całej grupy automatycznie skupiła się na jednej osobie - tej w samym centrum. Wysokiej, powaznej i z zaciętą, zdeterminowana miną.
- Podzielimy się na dwie grupy. Jedna z psami ruszy lasem, druga Bringle Ferry. Spotkamy się przy Earnhardt, przed złomowiskiem. Jack ruszył przed świtem, albo zaraz po. Kieruje się w tamtą stronę, od swojej farmy. Pewnie przejdzie przy Błotniaku… jeziorze niedaleko drogi - dorzucił patrząc bezpośrenio na niebieskowłosą. Reszta kiwała głowami, Benson też kojarzył o czym mowa. Chodziło o oczko wodne, zamulone i pokryte rzęsą, w którym kiedyś próbowano hodować ryby. Nawet przez pewien czas szło nienajgorzej, póki łatwy łup nie ściągnał drapieżnik z głębi bagien.

- Jest was dwoje, Luke zna teren, ale tropicie oboje. Podzielcie się kto co bierze, albo jak macie sugestie to śmiało… oboje. To wasza działka - dodał jakby mimochodem i okręcił się na pięcie.

- Wy pójdziecie do Free - zwrócił się do bliźniaczek i widząc jak nabierają powietrza aby zaoponować, szybko uniósł dłoń, stopując zawczasu potok pretensji - Wrócimy głodni i przemarznięci, przyda się chociaż głupia herbata pod dachem. Poślemy kogoś gdy będziemy wracać. Niech Rose też czeka… tak na wszelki wypadek.

Obie dziewczyny westchnęły ciężko, sygnaluzując niechęć do pomysłu. Na tym jednak manifestowanie negatywów się zakończyło. Przytaknęły synchronicznie i usunęły się na pobocze, bocząc się pod drzewem na złą ludzką wolę, odbierającą im radość z poszukiwań oraz rozrywkę w ten mglisty, nudny wiosenny poranek.

Brodacz pomachał wesoło do bliźniaczek. Miał jakieś głupie wrażenie, że obgadują właśnie jego. Pewnie przez te spojrzenia i wyłapane słowa. - No dziewczyny, szeryf ma rację. Przyda się coś ciepłego jak człowiek z tych bagien wróci. - uśmiechnął się do nich mając nadzieję, że tak będzie. Serio mogło wytelepać człowieka po tej mokrej zimnicy. A obie bliźniaczki wydały mu się urocze i chyba po to je szeryf ściągnął. Do szukania brzdąca Bree i tak przyszło całkiem sporo osób.

Potem przyjrzał się tej nowej z mało typowo fryzurą. - Cześć. Jestem Luke. - przywitał się patrząc ciekawie na nową. - Też tropisz? - zapytał raczej pro forma. Jeśli Skov tak ją przedstawił to pewnie musiało coś być na rzeczy.

Charlie przysłuchiwała się wypowiedzi szeryfa. Wyglądało dobrze, jakby w miare ogarniał swoich ludzi. W sumie nie spodziewała się, że przydzieli jej ludzi. Była nowa i raczej wątpiła, że wzbudzi zaufanie. Szczególnie jeśli ktoś był na nabożeństwie przed wypadem, a klecha spełnił swoje groźby. Przeniosła wzrok na szwendacza, gdy się do niej odezwał.
- Charlie. - Dziewczyna uśmiechnęła się do “legendarnego” łowcy. Na razie wydawał się być dosyć normalny. - Jestem nawigatorem karawan, więc tropienie to nie moja specjalizacja, ale co nieco wiem. Jaki jest plan szefie?

- Dobra słuchaj. Drogą powinno być lżej. Myślę też, że dzieciak jak choć trochę zachował rozsądku powinien iść drogą. To jak nie jesteś stąd to może ty weźmiesz drogę? Ja wtedy wezmę psy i sprawdzimy las. Ludźmi podzielimy się po połowie. Jak dotrzemy na drugą stronę to zobaczymy kto się jak wyrobi. Ale od strony drogi trochę bliżej jest do błotniaka niż złomowiska a od strony lasu na odwrót. To kto dotrze pierwszy niech sprawdzi co da radę nie czekając na drugą grupę. - Luke przedstawił swój plan poszukiwań. Droga drogą wydała mu się łatwiejsza i bardziej oczywista no i właśnie Jack powinien raczej chyba nią podążać. Była też szansa, że pójdzie szybciej niż na przełaj przez podmokły las. Czyli grupa idąca drogą miała szansę prędzej dotrzeć i do błotniaka i złomowiska. Nie widział powodu by mieli czekać ze sprawdzaniem na drugą grupę. Na drodze też powinno być lepiej widać ślady niż w lesie więc w lesie bardziej niezbędne byłyby psy.

- Mi pasuje. Drogą będzie łatwiej, szczególnie jak nie znam okolicy. - Charlie wsunęła lekko zziębnięte dłonie do kieszeni. Już cieszyła ją sama myśl o jakimś ciepłym posiłku na koniec. - Dobrze jakby poszedł ze mną ktoś kto ma posłuch u ludzi, bo wątpię by chcieli się mnie słuchać.

- Jak ci któryś będzie fikał to zatrzymaj się i puść go przodem. I nie ruszaj póki się nie spacyfikują. - Luke uśmiechnął się do dziewczyny bo temat znał z autopsji. Póki ktoś szedł na przodzie i znajdywał i gubił te tropy to cholernie było łatwo dawać rady i sie wymądrzać. Zdumiewające ale Luke już dawno odkrył, że zwykle im częściej takiego geniusza od śladów stawiało się na przedzie tym większe było jego zmieszanie. - Ale nie bój się, będzie w porządku. Nie wiem czy szeryf albo Chris idzie z wami jakby co oni powinni dopilnować co trzeba. - starał się uspokoić dziewczynę o raczej męsko mu się kojarzącym imieniu.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
Stary 04-11-2017, 18:45   #12
 
Grave Witch's Avatar
 
Reputacja: 23089 Grave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputację
Rosaline czasami zastanawiała się dlaczego do cholery godzi się na znoszenie tego wszystkiego.
- Bo jesteś cholerną idiotką ze słabością do pewnego ojczulka - mruknęła pod nosem, widząc jak jej podopieczna radośnie ją ignorując, rusza w kierunku nieznajomej. Gdyby nie Oscar to by już dawno temu zatargała tego jego “aniołka” za kłacze w odosobnione miejsce i w sposób nader dosadny wytłumaczyła gówniarze prawdy związane z szacunkiem dla dorosłych. No i gdyby nie była przeciwna niepotrzebnemu stosowaniu przemocy względem bliźniego. Zamiast tego musiała znosić tego rozpieszczonego bachora i cierpliwie znosić jej zachowanie. Cierpliwość jednak nigdy nie była jej najmocniejszą stroną. Szczególnie gdy z nieba lały się hektolitry wody, a mięśnie rąk palącym bólem dopominały się o należny im odpoczynek. Niestety, obiecała że zajmie się Freją. Dlaczego w ogóle zgodziła się na taki pomysł? Odpowiedź na to pytanie oczywiście znała nader dokładnie. Oscar. Jedyny powód dla którego jeszcze tkwiła w tym miasteczku i dla którego przez tak długi czas ze spokojem znosiła niezbyt przyjazne podejście jego mieszkańców. Gdyby nie on wyniosłaby się stąd już dawno temu, a tak…

Wbrew chęciom i pragnieniom nie mogła zostawić małej samopas, szczególnie gdy w mieście pojawili się nowi, bo zdecydowanie kobiety w której kierunku skierowała się Freja nie widziała tu wcześniej. Jeszcze by jej przyszło do głowy urwać się wraz z jakąś grupką najemników co jak nic zmusiłoby jej ojca do ruszenia za córką, co mogło okazać się nader niekorzystne dla jego zdrowia i życia. Zamiast więc zrobić to co powinna, czyli ruszyć dalej by jak najszybciej dostać się do Paris, skierowała swe kroki w ślad za dziewczyną, przysięgając na duchy przodków iż jest to ostatni raz. Jeżeli mała wytnie jej jeszcze jeden numer, tak bez względu na obietnice i osobę, której te obietnice złożyła, zostawi ją w diabły na tym deszczu i niech sobie radzi sama.

Małe nieszczęście raźno przebierało nogami nawet nie myśląc aby zerknąć przez ramię choćby na ułamek sekundy. Wycięło ze swojego krajobrazu znajomą kobietę na rzecz nieznajomej. Jak po sznurku szła w jej kierunku, a obca to zauważyła. Zmrużyła oczy, ale nie poruszyła się, nadal oparta o ścianę i zasępiona jak gradowa chmura. Śledziła ruch samymi oczami, wodząc nimi od Indianki do dziewczynki i znowu do Indianki i tak na zmianę. Ciężko byłoby ją minąć, pomijając zainteresowanie Frei. Czarnowłosa na miejsce sępienia wybrać musiała wybrać akurat ganek domu Paris, więc aby dostać się do środka wypadało ją minąć. W jakikolwiek sposób.

Małe, odświętne buty zastukały o schodki ganku, przeskakując po dwa i zakończyły trasę na deskach tarasu. O dwa metry od nieznajomej.
- Cześć! - córka Oscara wypaliła wesoło, machając ręką na powitanie i bez najmniejszego skrępowania obcinając wyposażenie i ubiór nowego elementu w ich miasteczku.

Element ten zmrużył oczy i bardzo powoli przekręcił głowę, potem zgiął kark żeby spojrzeć prosto na dzieciaka. Z tą samą miną odzwajemnił skan, ale nie odezwał się.

Nie zraziło to młodej, ani nie zastopowało w rozsiewaniu radość i zainteresowanie.
- Jestem Freja, mieszkam tutaj. Znaczy nie tutaj - pokazała ręką na dom - Ale tutaj w Salisbury. Pani jest przejazdem? Skąd pani przyjechała? Długo zostanie? Jak ma pani na imię? Czy to DSR jedynka? - pokazała na lufę wystającą czarnowłosej zza pleców - Jest pani żołnierzem? A może Pazurem? Bo jak dorosnę to chcę nim zostać! Tata mówi, że się nadaję, ale jeszcze muszę poczekać. Zna pani Paris? Dlatego czeka na ganku? Ona jest bardzo chora, ale… ona jej pomaga i już jest lepiej niż było - przy “ona pokazała palcem na Rose, chociaż na nią nie spojrzała.

Brwi czarnowłosej podjechały trochę do góry kiedy zalał ją potok wesołego paplania, pytań i informacji. Kiwnęła nieznacznie głową przy kwestii karabinu i na koniec skrzywiła lewy kącik ust ku górze.
- Cross - chrypnęła sucho co brzmiało jakby męczył ją ból gardła, albo co najmniej przeziębienie i angina - Nie jestem Pazurem - przy tej kwestii Freja posmutniała, ale czarnowłosa już na nią nie patrzyła. Gapiła się na Indiankę bardzo uważnie jakby na coś czekała.

Które to spojrzenie nieco zdziwiło Rosaline, jednak w odpowiedzi tylko wzruszyła ramionami. Paplanina Freji dała jej przynajmniej czas na to by dołączyć do owego zgromadzenia na ganku, dzięki czemu znalazła się o te parę kroków bliżej celu, który próbowała osiągnąć od jakiegoś już czasu. Niestety, dalsza droga została zablokowana i najwyraźniej by ją odblokować należało rozpoczać rozmowę z tą całą Cross. W innych warunkach kobieta zapewne zostałaby przywitana przyjaznym uśmiechem, jednak po spacerze z Freją w Rosaline pozostało niewiele miłości do bliźniego, tak znajomego jak i nie.
- Czy mogę w czymś pomóc? - zapytała, poprawiając trzymane pakunki tak, by chociaż na sekundę dać odpocząć mięśniom. Nie widziała powodu w tłumaczeniu zachowania córki Oscara, więc tego nie zrobiła, wykorzystując tą samą broń co ona, czyli ignorowanie jej obecności.

Obca mrugnęła i była to jedna z tych niewielu ludzkich reakcji, jakie dało się zaobserwować. Chwilę trawiła pytanie, nie przerywając obserwacji, a młoda w tym czasie próbowała zajrzeć jej za plecy pewno po to, by dokładniej obadać broń. Karabiny zawsze ją interesowały, bardziej niż lalki, misie i inne typowo dziecięce i dziewczęce przedmioty. Wolała noże, klamki, kastety, a ojciec wtórował jej w owej pasji, pozwalając trzymać pod łóżkiem całą masę żelastwa, a także książki, gadżety i gadżety stricte militarne, zupełnie jakby uwidział przemienienie córki w syna… I to takiego dorosłego.

- Możesz - odpowiedź padła krótka, bez zbędnego rozwodzenia nad detalami. Równie sucha co poprzednio. Czarnowłosa poruszyła się, zmieniając oparcie z jednej nogi na drugą. Splotła też ręce na piersi, chowając dłonie pod pachami - Szukam lekarza, powiedzieli, że możesz tu być. Opis się zgadza - kiwnęła brodą na Indiankę, pijąc zapewne do jej dość egzotycznej jak na tę okolicę urody.

- Kto powiedział i do czego potrzebny ci lekarz? - zapytała, nadal usilnie starając się ignorować obecność i zachowanie Freji. Coś czuła że czeka ją kolejna rozmowa z Oscarem po której nie dość, że nie będzie efektów to na dokładkę ta jej mała, chodząca nemezis, stanie się żywcem nie do wytrzymania. Nie żeby teraz dało się z nią wytrzymać, a przynajmniej Rosaline miała z tym poważne problemy.

Jako że zapowiadało się na dłuższą rozmowę biorąc pod uwagę ilość danych które wyrzucała z siebie Cross, Blackwater postanowiła połączyć przyjemne z pożytecznym i spróbować namówić swoją podopieczną do spożytkowania swojej energii i zrobienia czegoś pożytecznego.
- Może wniesiesz część tych rzeczy do środka, Frejo? - zapytała, kierując słowa jak i swoją uwagę w kierunku małolaty, na krótką chwilę uznając jej istnienie, co jak nic ów demon w skórze anioła uzna za swoją wygraną po czym perfidnie odmówi spełnienia prośby. Tego ostatniego była niemal pewna ale i tak postanowiła spróbować.

- A co, sama nie możesz? - burknięcie dziewczyny nie należało ani do miłych, ani do uprzejmych. Towarzyszyło mu ostentacyjne odwrócenie plecami do mówiącej i podziwianie krajobrazu za balustradą, a że były tam tylko krzaki i kamienie, znalezienie wymówki tym razem byłoby trudne, choć nie niemożliwe. Młoda potrafiła na poczekaniu wymyślać bardziej abstrakcyjne powody nagłej nieuwagi niż rachityczne róże i popękany piaskowiec.

Czarnowłosa za to wzruszyła lewym ramieniem.
- Ślepy staruch przy barze - chrypneła niechętnie - Nie dla mnie. Dla… kogoś innego.

Rosaline musiała na krótką chwilę przymknąć oczy i wzmocnić się paroma głębokimi wdechami i wydechami. Liczenie do dziesięciu od dawna już bowiem nie działało, nie w przypadku tej jednej osóbki. Pomyśleć, że z całej osady musiała sobie wybrać akurat tego jednego faceta, który w zestawie miał owo wcielenie zła. Gdyby nie Oscar…
- Obawiam się że nie mogę - odpowiedziała nastolatce, gdy uznała że jej kontrola i pozytywizm ponownie osiągnęły poziom powstrzymujący ją przed zamordowaniem przedstawicielki najmłodszego pokolenia rodziny Scov. - Możesz więc mi pomóc, lub wrócić do domu. Wybór należy do ciebie - dodała, zabarwiając swój głos lekkimi nutami groźby. Było oczywiste, że nie byłaby w stanie zmusić małej do współpracy gdyby ta się uparła, mogła jednak uprzykrzyć jej życie i obie o tym doskonale wiedziały. Ta wojna trwała już zbyt długo by obie strony tkwiły w niewiedzy dotyczącej środków jakimi władał przeciwnik.

Przenosząc wzrok z pleców nastolatki na nowoprzybyłą, zmarszczyła brwi. Planowała spędzić trochę czasu u Paris, sprawdzić jej stan, upewnić się że pije zioła, które jej zostawiła i odpowiednio dba o siebie. Mogła jednak skrócić tą wizytę do niezbędnego minimum.
- Dobrze - dla potwierdzenia skinęła głową. - To - wskazała na drzwi [/i]- zajmie mi jakiś kwadrans po którym będę do dyspozycji. Potrzebuję jednak wiedzieć o co konkretnie chodzi i gdzie ten ktoś się obecnie znajduje [/i]- dodała, przyglądając się kobiecie uważnie.

Półtorametrowy Jeździec Apokalipsy zmarszczył brwi i wydął nadąsane usta wreszcie spoglądając prosto na Indiankę. Chwilę się jej tak przyglądał po czym prychnął zirytowanym, dziewczęcym prychnięciem.
- Tata powiedział że mam iść do Paris, to przyszłam. - Freja odpowiedziała tym samym niechętnym tonem, jakby ktoś podstawił jej pod nos coś paskudnego i kazał tego dotknąć - Nie jesteś moją matką, ty tylko rozkładasz przed nim nogi - dobruczała i obróciła się, by bez pukania nacisnąć klamkę i zniknąć za progiem.

Całej scenie przyglądała się ta obca kobieta i jeśli ją zaskoczyła, albo zmieszała to nie dała tego po sobie poznać. Wciąż stała z tym samym wyrazem gęby, wbijając puste oczy w Ros. Kiwała powoli głową, gdy ta mówiła.
- Poczekam - chrypnęła gdy trzasnęły zamykane z fochem drzwi - Jeden z naszych oberwał na bagnach, a potem wpadł w chaszcze. Tam coś go ugryzło. Ma gorączkę. Zaprowadzę cię. I zapłacę - wyjaśniła monotonnym głosem.

Skinięcie głowy było odpowiedzią na informacje, których udzieliła jej Cross. Słów i zachowania Frei nie chciało się Rosaline nawet w myślach komentować. Była to czynność zwyczajnie zbyt męcząca by tracić na nią energię i dawać małej satysfakcję z tego, że udało się jej wbić szpilę. Bo, zresztą jak dość często, udało się. Nie żeby wstydziła się swojego związku z Oscarem czy go żałowała. Był w końcu jedną z niewielu dobrych rzeczy, które ją spotkały w tym cholernym mieście. Z tego jednak powodu nie zamierzała pozwolić by docinki rozpieszczonej jedynaczki wpłynęły na ów związek negatywnie. Poza tym… Poza tym dość już miała sprzeczek skupiających się wokół zachowania rozwydrzonej latorośli.

Nie marnując więcej czasu pozbierała te pakunki, które dla dania odetchnąć rękom odłożyła na deski werandy, po czym skierowała się w stronę drzwi, za którymi znikła jej nemezis. Bagna znalazły sobie nową ofiarę i dobrze by było gdyby dotarła do poszkodowanego zanim trucizna na dobre zadomowi się w jego ciele. O ile nie było już za późno. Niestety, bez zbadania pacjenta niewiele mogła powiedzieć. To, że miał gorączkę mogło równie dobrze być efektem odniesionej rany jak i ukąszenia. Jeżeli tego pierwszego to powinna sobie z tym swobodnie poradzić. Jeżeli jednak chodziło o to drugie to mógł on skończyć jak ich poprzedni szeryf, brat Oscara. I nie ważne było ile czasu i wysiłku poświęci próbom utrzymania go przy życiu. Czasami po prostu tak być już musiało. Włóczenie się po bagnach miało swoją cenę liczoną w ludzkim życiu.

- Postaram się pospieszyć - zapewniła jeszcze, tuż przed odgrodzeniem się od czarnowłosej, drzwiami. Duchy przodków były jej świadkiem, że tak uczyni. I nawet nie chodziło tu o dobro nieznajomego, a o wiszącą w powietrzu groźbę przełożenia Frei przez kolano i potraktowania tak, jak ktoś powinien potraktować ją już jakiś czas temu. Gdzie te czasy o których opowiadał dziadek, a w których młodzież szanowała starszych?

Korytarz domu Paris powitał ją zapachem kurzu, palonego drewna i lawendy, którą barmanka odstraszała wszędobylskie mole. Wąska, ciemna sień pozostawała mroczna i niepokojąca. Bez okien o jakimkolwiek świetle, prócz jasnego prostokąta drzwi na drugim końcu można było pomarzyć. Prawie na ślepo i na pamięć przeszła do kuchni, wymijając szafkę z butami i rozklekotany regał z szufladami które wiecznie się otwierały. Dopiero czując sączący się zza okna, przytłumiony blask dnia, mogła się rozejrzeć.
Nic od poprzedniej wizyty się nie zmieniło, nie na pierwszy rzut oka. Dopiero drugie spojrzenie ukazało drobne zmiany kubków i naczyń. Ubytek ziół w stojących na parapecie słoiczkach. Zmięte, przepocone ubrania wrzucone do kosza obok kredensu zastawionego najróżniejszymi przetworami. Przy kuchnio-piecu, na łóżku w rozbebeszonej pościeli leżała blada,wychudzona kobieta. Kiedyś była piękna typowo posągową i bezsprzeczną urodą widywaną w starych, jeszcze czarno-białych filmach i chociaż nie pierwszej młodości, przyciągała spojrzenia również wkraczających dopiero w wiek męski chłopców. Ale to było kiedyś, zeszłej wiosny. Teraz pośród pościeli w drobne niebieskie kwiaty, leżał cień o podkrążonych oczach, pergaminowej cerze i cienkich, oblepiających czaszkę spoconymi strąkami włosach.

Na pierwszy rzut oka wydawało się, że kobieta śpi. Przy drugim Rose dostrzegła uchylone powieki i drobne ruchy mięśni twarzy, a także rąk. Leżała rozparta na poduchach i słuchała czegoś, co cicho nadawała do niej Freja. I chyba się uśmiechała, albo był to grymas bólu.

Widok ów, Rosaline przywitała z bólem w sercu. Lubiła Paris, nawet bardzo i stan, w którym kobieta się teraz znajdowała, sprawiał że ponownie zaczęła kierować modły do duchów przodków o wsparcie i wskazanie jej sposobu na to, by jej pomóc. Liczyła też i na bardziej przyziemne środki, których miał jej dostarczyć Ric. Leki, których działania nie mogła zastąpić ziołami i których skuteczność powinna postawić Paris na nogi. Przynajmniej taką Ros miała nadzieję. Póki co odstawiłą przyniesione pakunki pod ścianę i podeszła do łóżka, ignorując wcielenie diabła, które dotarło tam przed nią.

- Jak się dziś czuje moja ulubiona pacjentka? - zapytała, wysilając się na pogodny ton głosu i uśmiech, który miał ukryć niepokój jaki czuła.

Odpowiedział jej uśmiech - blady i mizerny, lecz z pewnością przyjazny. Sprawił, że ściągnięte chorobą, wyostrzone rysy twarzy kobiety na moment złagodniały, budząc echo dawnej urody, tlącej się jeszcze pod maską niemocy. Tylko oczy - bystre i lsniące gorączką, patrzyły tak jak Rose pamiętała: uważnie, z lekkim rozbawieniem. Może i ciało Paris znajdowało się w opłakanej formie, lecz duch pozostawał w niej silny i pozytywny, bez względu na warunki otoczenia.
- Bywało gorzej, pani doktor - próbowała zażartować i nawet się jej to udało. Wyprostowała się, poprawiając na poduchach, choć nagły ruch musiał naruszyć którąś z obolałych części ciała, bo przymknęła oczy, a przez wymizerowaną twarz przemknął paroksyzm cierpienia. Nabrała tchu i wypuściła powietrze powoli, przez zęby, kładąc dłoń na dłoni siedzącej obok dziewczynki.
- Oczywiście zostaniecie na śniadaniu. Bree przyniosła wczoraj szarlotkę, stoi na kredensie. Będziemy miały pyszny deser. Freju kochanie, przyniesieś wody ze studni? Napijemy się herbaty… w taką zimnicę mus się rozgrzać, a długa droga za wami - powiedziała, a mała pokiwała energicznie głową.

- Tak jest ciociu! - potwierdziła jakby przyjmowała rozkaz i raźno wybiegła z kuchni, zgarniając po drodze metalowe wiadro. Obyło się bez gróźb, zastraszania, ani wchodzenia w układy - całość przebiegła błyskawicznie, a córka szeryfa wydawała się szczerze przejęta nową rolą. Po chwili gdzieś w głębi domu trzasnęły drzwi, a zza oknem niewielkie buciki zastukały o deski ganku.

- Wyglądasz na zmęczoną - chora przyjrzała się w międzyczasie Indiance, lustrując ją od stóp do głowy i zakaszlała sucho. Przez parę uderzeń serca walczyła o oddech, aż walkę wygrała, nadrabiając ze świstem braki tlenu.
- Za bardzo dajesz się wykorzystywać, Rosie… Oscar mógł to przytargać. Chyba jeszcze pamięta co znaczy być mężczyzną - kiwnęła brodą na pakunki i skrzywiła się - Wybacz… to przez to leżenie. Robię się stara, zgorzkniała i marudzę. Cieszę się, że przyszłaś… że obie przyszłyście - wskazała samymi oczami za okno, gdzie podwórze i studnia.

- Był zajęty - lekarka uśmiechnęła się słabo, bo reakcja tej gówniary, którą miała pod opieką, pozbawiła ją resztek sił. Usiadła na brzegu łóżka i wierzchem dłoni sprawdziła temperaturę swej pacjentki.
- Niestety, nie mogę zostać - z przykrością odmówiła zaproszeniu Paris. - W osadzie są nowi, mają kogoś, kim się trzeba zająć. Pójdę sprawdzić o co z nim chodzi i wrócę. Nie będziesz miała nic przeciwko jak zostawię tu… Freję?
Imię dziewczynki ledwo przeszło jej przez gardło. Miała szczerze dość córeczki Oscara, do tego stopnia że była gotowa zrzucić ją na głowę chorej przyjaciółki byle się jej pozbyć.

- Zanim jednak wyjdę zaparzę ci zioła, które przyniosłam. Powinny pomóc z tym kaszlem - dodała, starając się przenieść temat na inne tory by Paris nie zauważyła jak ogromną niechęcią Ros darzy dziewczynkę.

Wystarczyło drobne muśnięcie palcami, by wyczuła nienaturalnie podwyższoną ciepłotę ciała pacjentki. Znów trawiła ją gorączka, chociaż nie parzyła jak jeszcze w zeszłym tygodniu. Nie było dobrze, ale zdecydowanie szło ku lepszemu. Niezdrowy, żółtawy odcień skóry również wydawał się odpuszczać, ustępując miejsca zwykłej bladości.
- Oczywiście, że nie będę miała nic przeciwko - kojeny uśmiech, tym razem szerszy. Paris przyrmużyła oczy, a zmarszki wokół nich pogłebiły się - Przyda mi się towarzystwo, bo ile można mówić do ścian? - zażartowała, kładąc dłoń na dłoni Indianki - Uważaj na siebie, z nowymi nigdy nic nie wiadomo. Jeśli chcesz możesz tu zostawić małą do wieczora. Znajdę jej zajęcie, - spoważniała, wzmacniając lichy uścisk. W przeciwieństwie do czoła, rękę miała zimną, lodowatą wręcz [i]- A tobie przyda się trochę… oddechu.]/i]

Gorączka niepokoiła ale przynajmniej nie przerażała, co było jakimś tam postępem. Ros uśmiechnęła się łagodnie do przyjaciółki.
- Wiem, powinnam poświęcać ci więcej czasu - westchnęła. - I dziękuję, że ją przygarniesz na trochę. Oscar by mi nie darował gdybym jej pozwoliła biegać po osadzie samej, szczególnie teraz. Obcymi zaś… Poradzę sobie, nie masz się czym martwić - zapewniła, tym razem z energią i pewnością siebie. Wytrzymała w tym miejscu rok, obcy jej straszni już od dawna nie byli, a wręcz często dawali wytchnienie od niezbyt tolerancyjnych mieszkańców. Poza tym była ciekawa no i lubiła pomagać. Same plusy, gdy się temu dobrze przyjrzało.

- Oscar powinien się nią zająć, to w końcu jej ojciec - Paris pokręciła ostrożnie głową, jakby obawiając się kolejnego napadu bólu - Jak powinno się zająć dorastającą dziewczynką. Nie przerabiać na siłę w chłopaka. Rozumiem, że czasy są ciężkie, ale bez przesady. Popadanie w skarjności też nie jest dobre. Przylać kiedy trzeba też by mógł, inaczej Bóg jeden wie co z niej wyrośnie - westchnęła chrapliwie, uciekając wzrokiem za okno. Z podwórza dochodził miarowy, jednostajny zgrzyt pompy i cichy chlupot, kończący się dźwięcznym bebnieniem strugi o metal - Ktoś musi się o ciebie martwić kochanie. Od tego są przyjaciele. Masz broń? Weź na wszelki wypadek rewolwer, jest tam, w szufladzie - machnęła ręką na kredens przy oknie - Czasem sam jego widok potrafi ostudzić co bardziej narwanych.

- Paris, zlituj się, nie jestem małą dziewczynką - przewróciła w odpowiedzi oczami. Czasami przyjaciółka miała uciążliwy zwyczaj matkowania, czego Ros akurat nie potrzebowała. Dawała sobie radę do tej pory co chyba powinno świadczyć o jej wiedzy z zakresu samoobrony i rozsądku. No może niekoniecznie tego drugiego bo w końcu siedziała w tej osadzie te parę miesięcy zamiast wziąć nogi za pas i zostawić za sobą bestię z piekła rodem. Niestety, to oznaczało zostawienie także tatuśka owej bestii, a na to zdobyć jakoś się nie mogła.

- I nie wchodźmy lepiej na tematy wychowania tego dziecka, nie dzisiaj przynajmniej - poprosiła wstając. - Zajmę się ziołami. Sprawa tych obcych wydawała się pilna, lepiej zająć się tym wcześniej niż później - a najlepiej zanim Freja wróci, dodała w myślach, licząc na to że w czajniku znajdzie jednak dość wody na jedną porcję ziółek.

Podniesione naczynie zachlupotało mizernie, jednak na upartego pojedynczy kubek powinno się dać radę zalać. Wystarczyło dołożyć do paleniska i postawić nań wysłużony garnek. Zgrzyt z podwórza na moment ucichł, po czym rozpoczął się od nowa, przypominając odrobinę skargę maltretowanego kota.
- To nie twój obowiązek Rosie, wychowywanie kogokolwiek - Paris skrzywiła się, poprawiając kołdrę która zsunęła się jej na wysokość brzucha - Chcesz to sama porozmawiam z Oscarem, przyślij go do mnie pod… - zamysliła się, lecz zaraz się rozpogodziła - Pod pretekstem naoliwienia tej upiornej pompy. Rdza ją toczy, szkoda żeby się rozpadła doszczętnie… a czego chcą nowi? Wiesz chociać kto to i skąd tu się przywlókł?

- Kolejni chętni do spacerów po bagnach - odparła, pomijając sprawę Oscara i jego ewentualnej rozmowy z Paris. - Postrzał i ugryzienie. Marnie to widzę, szczerze mówiąc, chociaż jeszcze nie widziałam tego, któremu się oberwało. Sama wiesz jak się kończą spacery nie tam gdzie potrzeba - nie musiała tego Paris tłumaczyć, ani nikomu kto zamieszkiwał osadę. Postawiła garnek i dołożyła do ognia, jednym uchem nasłuchując odgłosów docierających do nich z zewnątrz. Do czego to doszło, żeby dorosła kobieta obawiała się dziecka…
- Pójdę, zobaczę, opatrzę i to w sumie pewnie wszystko co będę w stanie zrobić. Nie powinno mi to zająć dużo czasu - dodała, nadal czując się trochę winna tego, że zostawi u Paris Freję.

- Ludzie nigdy się nie nauczą - chora prychnęła i nagle zgięła się, krztusząc się i kaszląc w zwiniętą pięść. Atak jednak na szczęście szybko przeszedł, choć kobieta dyszała po nim, jakby przebiegła milę sprintem. Pobladła też, a na skronie wtąpiły jej krople potu. - Nie daj się wciągnąć w nic głupiego Rosie. Idź, zobacz, pomóż, weź zapłatę i wróć… wystarczy że my tutaj żerujemy na twoim dobrym sercu, każdy po kolei.

Niepokój o przyjaciółkę targnął nią znowu, podobnie jak wyrzuty sumienia. Czy naprawdę nie mogła tej sprawy obcych oddać w inne ręce? Nie, oczywiście że nie. Potrzebującym należało pomagać, a stan Paris był już lepszy, nie stanowił bezpośredniego zagrożenia dla jej życia, chociaż wciąż leżało ono na szali losu i umiejętności Blackwater. Obcy byli w gorszym położeniu, a przynajmniej takie rodziły się w niej podejrzenia. Tym jednak mogła się zająć gdy już zobaczy o co konkretnie chodzi. Teraz odstawiła wodę i odczekała te parę minutek by nieco przestygła. Przygotowaną wcześniej mieszankę ziół i tych paru przypraw jakie się jej udało zdobyć, wrzuciła do kubeczka, resztę odstawiając do szafki na kolejne parzenia. Kubek został następnie zalany wodą i nakryty spodeczkiem, na którym Ros położyła łyżeczkę i tak przygotowany zestaw przeniosła do łóżka chorej, stawiając go na szafce przy łóżku.

- Nikt na nikim nie żeruje - zaprzeczyła z ciepłym uśmiechem, przykładając wnętrze dłoni do twarzy przyjaciółki. - To moje powołanie, którego wykonywanie przynosi mi radość, wiesz o tym - przypomniała, po czym dodała już surowszym głosem. - Masz odpoczywać i w miarę możliwości ograniczyć wysiłek do minimum i mówię tu poważnie. Wykorzystaj Freję, zrobi dla ciebie wszystko. Nie zaszkodzi jej to.

Ros jeszcze chwilę spędziła wraz z Paris, sprawdzając czy przyjaciółka ma pod ręką wszystko to, co potrzebowała. Nie potrafiła jej tak po prostu zostawić bez upewnienia się że chora będzie pod dobrą opieką. Szczególnie wiedząc, że opiekę tą sprawować będzie rozwydrzona smarkula, którą Ros zmuszona była zostawić w domu Paris. Ostatnie czego potrzebowała w trakcie zajmowania się rannym, to wkurzająca nastolatka przez którą nie byłaby w stanie skupić się na swojej robocie.

W końcu jednak wyszła, w sieni natrafiając na Freję. Na szczęście małą obrała drogę ignorowania, co było dla lekarki bardzo na rękę. Na zewnątrz czekała na nią kobieta… Cross, przypomniała sobie jej imię.
- No to chodźmy - zwróciła się do niej z uśmiechem na ustach, trzymając w dłoniach swoją nieodłączną torbę lekarską. Ten dzień był dniem pełnym nieprzyjemnych wrażeń i wcale nie zapowiadało się na zmiany, co wcale nie oznaczało że Rosaline miała z tego powodu chodzić z nosem na kwintę. To zwyczajnie nie zgadzało się z jej naturą.
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”
Grave Witch jest offline  
Stary 06-02-2018, 19:16   #13
Elitarystyczny Nowotwór
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 73861 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
Tura 3

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=AtHubsyGD8w[/MEDIA]

Plan wydawał się dobry, rozsądny. Czas też nie był w tej chwili ich sprzymierzeńcem. Gnał do przodu i z każdą mijającą sekundą zmniejszał szanse na szczęśliwe zakończenie poszukiwań. Nikt nie mówił tego głośno, ale i tak pojedyncza myśl cisnęła się ludziom na usta. Mieli wiosnę, sam początek. Salisbury może nie głodowało, lecz mieszkańcy solidnie zaciskali pasa aby dotrwać do początku lata. To samo czyniły zwierzęta, wybudzone z zimowego letargu, wychudzone i wymęczone długimi, śnieżnymi i mroźnymi miesiącami, gdzie o pożywienie było ciężko nieważne na ilu kończynach się chodziło, a zgubiony chłopak miał raptem siedem lat - idealny obiad dla wygłodzonego drapieżnika których nie brakowało w okolicy.


Mgła jak na złość nie zamierzała odpuszczać, utrudniając poruszanie i nawigację nawet w znanym trenie. Osiadała lepkim całunem na wszystkim dookoła, zawężając pole widzenia raptem do kilkunastu metrów. Wytłumiała też dźwięki i mieszała zmysły, wprawiając w podskórny niepokój, bo w podobnych warunkach dostrzeżenie polującego niebezpieczeństwa następował chwilę przed, bądź dopiero w momencie ataku, gdy na obronę było już za późno. Ukrywała też wszelkie jamy, rozpadliny i podmokłe fragmenty ziemi, przez co poruszanie się po bagnie robiło się jeszcze bardziej nierozsądne… ale nie mieli wyboru. Do tego pozostałości po niedawnym rzęsistym deszczu zalegały szerokimi kałużami wszędzie tam, gdzie ziemia nie była już w stanie wchłonąć więcej wilgoci.

Okolica przestała być przyjazna, o ile kiedykolwiek dało się ją taką nazwać. Tym bardziej decyzja o tym, aby Charlie wzięła trasę przy drodze spotkała się z aprobatą szeryfa i nie tylko. Salisburczycy otaczali ich kręgiem, kiwając głowami i przysłuchując się mało dyskretnie prowadzonej rozmowie… prócz bliźniaczek udających nagle że cała sprawa nic a nic ich nie obchodzi. Zakręciły się jeszcze w tłumie i niczym duchy rozpłynęły się w mlecznym oparze, kierując się na powrót do miasta. Zostawało mieć nadzieję, że rzeczywiście poszły do Czapli przygotować zaplecze dla grupy poszukiwawczej, zamiast walnąć focha i wrócić do domu.

Skov w tym czasie omiótł pozostałych wzrokiem, na każdym zatrzymując na moment uwagę jakby badał czy go słuchają.
- To Charlie, poprowadzi was po Bringle Ferry razem z Chrisem! - powiedział donośnym głosem, pokazując najpierw na dziewczynę o niebieskich dredach, a potem faceta w puchowej kurtce który na to obwieszczenie uśmiechnął się krzywo i wyzywająco, powtarzając manewr szeryfa ze skanowaniem zebranych ludzi. Ci nie wydawali się zbytnio zadowoleni, ktoś przeklął pod nosem, innym pokręcił powątpiewająco głową, ale ich niechęć zdawała się mieć źródło w osobie Nowojorczyka. Na szwendaczkę patrzyli z ostrożną ciekawością, jakaś młoda czarnowłosa kobieta pomachała nawet do niej, szczerząc się pogodnie.

- Dokąd szukamy?! - z tłumu dobiegło pytanie, kilka osób podłapało tematu, zerkając wyczekująco na szeryfa, lecz nie on pierwszy odpowiedział.

Stojący za plecami Charlie Jules prychnął, spinając się i zakładając ręce na piersi, a trzymanym w dłoni cuglami podrapał się po policzku.
- Dokąd będzie trzeba! - odwarknął człowiekowi w tłumie.

- Spotykamy się przy Earhnardt i razem idziemy na złomowisko. Kto przybędzie pierwszy przeszukuje okolicę rogatek i dalej czeka na pozostałych. Posłałem Toma do starego Goldmeiera, poinformuje ich o zajściu i zaczną szukać na miejscu. Od złomowiska do Starej Łąki nie jest daleko, może Jack zatrzymał się u nich, albo widzieli jak przechodzi. - Skov przejął płynnie pałeczkę rozmowy zanim zdążyła się wywiązać ostrzejsza wymiana zdań. Benson kojarzył o kim mowa. Tom był jednym z ludzi szeryfa: młody, zabawny chłopak który tak jak Lukas przypałętał się do miasta przed paroma laty. Wpierw wdał się w bójkę w Czapli z ludźmi starego MacCoya, ale konflikt dość prędko się rozwiązał w co lwi wkład miał jeszcze poprzednik Skova. Samo złomowisko i jego właściciela tropiciel też kojarzył, chociaż do tej pory raczej nie miał tam wielu interesów: usytuowane na uboczy, zaraz na granicy bagien i miasta, oddalone od reszty osady i zarośnięte niczym w Zielonym Piekle składowisko prócz zardzewiałych maszyn, chowało też paru wariatów, szemranych gości i tych, którzy z jakiegoś powodu ukrywali się przed cywilizowanym światem. Wszystkim zaś zarządzał stary jak na powojenne standardy Aaron Goldmeier - żyd z pochodzenia i zamiłowania. Oficjalnie zajmował się handlem towarem różnym. Nieoficjalnie w jego barakach jedna z przybłęd produkowała prochy i wspomagacze.

- I stary Żyd udzieli nam odpowiedzi za skromny, przyjacielski profit - Chris dorzucił teatralnym szeptem, na co prę osób w tłumie parsknęło, a inne obrzuciły go zgorszonym spojrzeniem, czego chyba nie wziął sobie do serca, bo tokował dalej - W wysokości dziesięciu procent od dziennych dochodów gospodarstwa Brownów.

- Pomoże -
Szeryf nie wydawał się przejmować tym problemem, wręcz przeciwnie. Skrzywił na sekundę wargi jakby miał zamiar się uśmiechnąć, ale się rozmyślił - Z dobroci serca i poczucia więzi z naszą wspólnotą. - odkaszlnął oczyszczając gardło i mówił dalej - Szukamy póki nie zrobi się ciemno. Przy pierwszej szarówce wszyscy - podkreślił to słowo, zataczając dłonią okrąg jakby chciał objąć nią zebranych i powtórzył dla pewności gapiąc się prosto na męża Meg - Wszyscy wracają do Czapli. Nikt się nie rozdziela, ani nie szuka na własną rękę. Uda się wrócimy z Jackiem. Nie uda wznowimy poszukiwania rano. Poprosiłem Leviego żeby zajrzał do Meg i dzieciaków. - ostatnie zdanie powiedział ciszej, patrząc prosto na Julesa, na co ten przymknął oczy - Posiedzi z nimi póki nie wrócisz.

- Dzięki że o tym pomyślałeś
- mruknął, wypuścił powoli przez nos powietrze w wyrazie prawie namacalnej ulgi.

- Wiem jakie są czasy, a ty pomyśl nad moja propozycją. W mieście będzie wam lepiej niz na tym odludziu - mężczyzna ze złotą gwiazdą mruknął cicho. Podniósł głos - Chris, Jules, Charlie, Robersonowie - tu spojrzał na trzymającą się razem trójkę w składzie dwóch facetów i kobieta, następnie spojrzał na siwiejącego gościa bawiącego się powrozem i jego towarzyszy - Cameron, Wilker i Skelton. To pierwsza grupa. Ja, Benson i reszta to druga. Bierzemy psy i idziemy lasem. - obwieścił i nie słysząc sprzeciwu, machnął ręką na drogę - Idziemy, zmierzch nie będzie tak miły i na nas nie poczeka!

Tłum zafalował, odezwały się pierwsze głosy rozmów którym zawtórowała przywiązana do drzewa Kaczka po którą zaraz upomniała się młoda kobieta, podchodząc do końskiego boku i szepcząc coś uspokajająco. Ruszyli drogą na północ, gdzie farma Brownów, popędzani nieprzyjemnym wrażeniem, że być może ich poszukiwania z góry skazane są na porażkę, a mgła…

Mgła nie dawała za wygraną. Towarzyszyła ludzkiemu konduktowi aż do sennego gospodarstwa na obrzeżach osady. Droga zajęła im niecały kwadrans, w połowie dotarła do nich Bri gnając na złamanie karku na końskim grzbiecie, z czerwonym swetrem ściskanym rozpaczliwie w garści.

- Tak jak mówiłeś, w tym wczoraj chodził. Nie zdążyłam uprać, chyba się nada. Wziął niebieską kurtkę, taką pikowaną z czarnym kapturem i kalosze. - dziewczyna zeskoczyła na ziemię, od razu podchodząc do młodego MacCoya i jego psów które na widok nowego człowieka wznowiły dzikie ujadanie, kręcąc się wokoło pana i nowego elementu.

- T-tak - chłopak z bliznami przytaknął, chowając ciuch do przewieszonej przez ramię torby. Wyciągnął go dopiero przy samym domu, podtykając psom do obwąchania.

- Niebieska kurtka. Ta jasnoniebieska? - Skov zadał pytanie, a Bri przytaknęła niemo.

- Dobrze. Będzie się wyróżniać w tej wacie i liściach - o dziwo Chris odrzucił maskę zblazowanego wrzodu na dupie zdrowego społeczeństwa, stając się poważny.

Szczekanie na parę chwil zamarło, zmienione w odgłosy intensywnego wąchania, a potem dwa z czterech płowych bydlaków wyrwały do przodu i tylko łańcuchy na ich szyjach, trzymane ludzką ręką, uniemożliwiły im bieg za śladem.


Rozdzielili się, jak ustalono wcześniej. Charlie widziała jak grupa prowadzona przez miejscowego tropiciela zagłębia się w lesie, poprzedzana szczekliwym ujadaniem czterech brytanów. Szybko zniknęli we mgle, zostawiając pozostałych przy piętrowym, lekko zaniedbanym domu o krzywych okiennicach i zarośniętym ogródku zaraz przed murowanym płotem. Razem z nimi została zapłakana blondynka o zapuchniętych oczach i zaczerwienionym nosie. Patrzyła martwo na opuszczony, cichy budynek, poruszając niemo ustami jakby się modliła, albo zaklinała.


- Kończmy ten cyrk - szwendaczka usłyszała cichy pomruk Nowojorczyka, gdy przeszedł obok niej, kierując się do siostry zagubionego. Razem z głosem przyszedł dotyk gdzieś w okolicy krzyża, lekki i dyskretny. Minął jak mężczyzna ją minął.
- To prosta droga, i po niej idziemy. - zaczął mówić tonem przywykłym do wydawania rozkazów, zapinajac kurtkę pod samą szyję - Dzielimy się na pół, przeszukujemy też pobocza. Ta oczojebna kurtka będzie widoczna z oddali, mgła też niedługo opadnie. Nie tracimy się z oczu, ktoś musi się odlać mówi reszcie i czekamy aż skończy… a ty zostań w domu - dodał twardo, stając tuż przed panną Brown.

- Nie… nie mo… - zaczęła, ale szybko jej przerwał.

- Możesz - warknął, łapiąc ją za brodę przez co unieruchomił cała głowę, zmuszając aby patrzyła mu w oczy. Część zgromadzenia poruszyła się nieprzyjaźnie, nikt jednak nic nie mówił. Jeszcze obserwowali, a Podolsky gadał dalej - Możesz i zrobisz. Wrócisz do domu, napalisz w piecu i przygotujesz kolację. Zapalisz lampy i będziesz czekać. Może sam się przytoczy jak zgłodnieje. Czekaj na niego, albo na nas. Wrócimy to poinformujemy cię na czym stoimy.

Blondynka próbowała coś powiedzieć, otworzyła nawet usta, lecz szybko je zamknęła, wbijając wzrok w rozmokłą drogę kiedy zwolnił minąl nacisk na jej twarzy. Zatrzęsło nią, objęła się ramionami i pokiwała głową na zgodę, co brunet przyjął z nikłym uśmiechem.

- Świetnie, dobra dziewczynka. A teraz spieprzaj stąd i nie rób nic głupiego. Nie będziemy potem i ciebie szukać. - delikatnie złapał ją za ramię i przekręcił w stronę domu, pchnięciem w plecy nadając siłę i kierunek marszowi.

Wrócił do Charlie, wzdychając przez zaciśnięte zęby. Machnął ręką przed siebie, tam gdzie zapuszczona szosa, i grupa ruszyła powoli, ustawiając się po obu stronach. Poruszali się powoli, aby niczego nie przeoczyć, choć prócz zieleni, opadłych liści, błota i kamieni nie widzieli żadnych śladów obecności żywego człowieka.

- Jak przez ich pieprzoną rodzinę jeszcze jeden poranek spędzę bez kawy, osobiście wyślę ich do obozów internowania. Po kolei. Jeden po drugim - prychnął pod nosem na tyle cicho, by tylko niebieskowłosa go usłyszała. - Dlatego właśnie się stąd wyniosłem. Wiecznie-kurwa-coś, nierealne wymagania, papierowa moralność i jedna głupota robiona za drugą… a jak coś się spierdoli to i tak pretensje do całej okolicy, bo przecież nie do samego siebie. - zagryzł wargi, wbijając dłonie w kieszenie spodni i wzruszył ramionami.


Przeszli w milczeniu trzy setki metrów, gdy na prawym poboczu ich oczom ukazał się ślad. Charlie pierwsza go wypatrzyła - szeroki na dwie dłonie pas zdartej ściółki z trzema głębokimi bruzdami które zdążyły już podejść deszczową wodą. Przystanęła przy nim, oglądając ciekawie. Podczas podróży przez Pustkowia widziała wiele tropów zwierząt, ten był inny. Stworzenie które go zostawiło poruszało się na dwóch łapach i było ciężkie. Stemple jego łap odbiły się głęboko w błocie, pokazując trzy paluchy zakończone pazurami długości jej serdecznego palca i mniejszym palcem usytuowanym tam gdzie pięta, niczym parodia kciuka.

- Masz coś? - Nowojorczyk wyłapał, że się zatrzymała. Zmrużył oczy, bezwiednie chyba przekrzywiając głowę w parodii czujnego ptaka, a ona miała… coś. Po pierwszych śladach łatwo już przyszło wypatrzenie kolejnych, niknących w mokrej trawie i listowiu. Szlak wiódł w poprzek drogi, przechodząc z lewej strony na prawą, jak gdyby właściciel pokracznych stóp zmierzał w kierunku osady, bądź jej najbliższej okolicy.
Widząc trop syknął przez zęby, spinając się zauważalnie. Jeśli jeszcze przed paroma sekundami emanował pewnością siebie i urokiem zgniłego jabłka, teraz stał sie czujny, wyraźnie spięty. Sięgnął też po broń.
- Dobra… może ważniejszym powodem czemu się stąd wyniosłem były te cholerne Wyjce...




Wrócił do lasu, choć innego niż ten znajomy z najbliższych okolic domu. Ten tutaj był o wiele starszy, więcej drzew przekraczało obwodem pnia rozpiętość jego ramion. Miały też bardziej rozłożyste korony, przez co i tak nikłe światło dnia ledwo dostawało się na poziom gruntu, dodatkowo zasnuty przez mgłę. Cały niewielki orszak łowczy brodził po kostki w burej, cuchnącej szlamem i zbutwiałym listowiem wodzie, zaś rozmoczona gleba zasysała stopy nie chcąc ich puścić, przez co każdy pokonany metr przypominał bagnisty koszmar. Jedyne chwile wytchnienia nastawały w momencie wejścia na twardsze kępy trawy, lecz one występowały z rzadka, oddając pole wszechobecnej próchnicznej glebie, upstrzonej lichymi kleksami mchu.


Benson mógł tylko kląć pod nosem, przedzierając się za psami póki trzymały trop i mieć nadzieję, że z czasem biały opar opadnie, a oni odzyskają pełnię widzenia… marzenia ściętej głowy. Zamknięci w mlecznobiałej klatce kroczyli ostrożnie wpierw szerszą przecinką, następnie zagłębili się między śliskie od wilgoci pnie podążając za ujadającą niemiłosiernie sforą.
Tyle dobrego, że zrobiło się zauważalnie cieplej - ręce nie kostniały już przy odgarnianiu gałęzi, a twarze przestały szczypać każdorazowo, kiedy spadła na nie zagubiona kropla deszczu, wiszącego między liśćmi wysoko u góry.

W przeciwieństwie do psów, ludzie zachowywali ciszę, ściskając broń w spoconych dłoniach kto co miał. Lukas widział stare, wysłużone strzelby, jeden rewolwer - ten akurat był w posiadaniu Skova. Porządny Korth Combat, sześciostrzałowy i wyraźnie zadbany. Zapewne w słońcu łapał refleksy świetlne, posyłając je dalej. Tutaj, we mgle, wilgoci oraz szarówce nieprzyjemnie przywodzącej na myśl wczesny zmierzch, pozostawał raptem lśniącym polerowanym srebrem martwym obiektem na jakim, jak na całej okolicy, osiadła cienka warstwa wody.

- Błotniak wylał - idący przy tropicielu szeryf przerwał ciszę, choć odzywał się zduszonym, przyciszonym głosem, a on nie mógł mu odmówić racji. Im głębiej w las, tym ciężej szło przedzieranie się przez podmokły teren. Brodzili już nieprzerwanie w mulistej cieczy, utrudniającej psom tropienie. Krążyły wokoło, ujadając na siebie wzajemnie i uparcie poszukując zaginionego śladu. Ich łapy rozchlapywały burą breję, pyski raz po raz znikały pod jej powierzchnią. Musieli robić coraz częstsze przystanki, lecz szli w dobrym kierunku.

Pierwszy dowód znalazły psy: miedzy ciernistymi gałęziami dzikich malin utknęła mokra, niebieska czapka, jednogłośnie rozpoznana przez zebranych jako ta należąca do młodego Browna. Benson również ją rozpoznawał. W ich czasach zwykle posiadało się jedną, góra dwie sztuki danej części garderoby, zaś nadwyżkę traktowano jako zbędny zbytek. Widywał Jacka choćby zeszłej zimy, gdy razem z siostrą mijali go w drodze do miasta.

Drugi trop odnalazł już człowiek - ten z pompką przewieszona przez ramię, idący zgięty w pałąk, z oczyma wbitymi w rozmiękły grunt. Dwie nitki jasnoniebieskiej barwy, zaczepione na gałęzi gdzieś na wysokości jego pasa. Psy po obwąchaniu ich wznowiły jazgot i ze zdwojona siła poczęły węszyć dookoła, a wyprężone ogony i zjeżone karki jasno pokazywały wzburzenie. Miały trop, mogły dalej pracować. Polowanie wciąż trwało.

Kilkadziesiąt metrów dalej dobry humor tropiciela uleciał niczym za dotknięciem magicznej różdżki. Nie wiedział kiedy to zobaczył. Może gdy przechodził przy okazałym pniu dębu, a może już wcześniej?
Wpierw wziął widok za majak wywołany mgłą: niewyraźny obraz i drgające powietrze. Zwid, urojenie. Zamrugał, ale obraz nie zniknął. Gorzej, gdy podszedł bliżej, zbaczając z trasy wyznaczanej przez pogoń. Pień na podobieństwo liszai, szpeciły świeże ślady po kulach, obok między korzeniami błyskały się puste łuski. Między nimi bielały fragmenty skóry i ubrań, porozwieszanie na korze na podobieństwo makabrycznych ozdób świątecznych.

Patrzył na ślady walki, niedawnej. Z czymś dużym, co pozostawiło na korze ślady szerokich, ostrych szponów, przekraczający wielkością ludzka rękę tak ze trzy razy. Deszcz spłukał krew, zostawiając bardziej trwały szczątki. Jatka musiała mieć miejsce w nocy, łuski po nabojach 9mm sugerowały drobną broń, nieadekwatną do rozmiaru problemu, z jakim przyszło się tu nieznajomym mierzyć. Dodatkowo rzęsista ulewa oraz odległość skutecznie wytłumiały echo wystrzałów...

- Benson! - do rzeczywistości przywołał go głos szeryfa. Dochodził gdzieś z przodu, tam gdzie poszła grupa poszukiwawcza. Tropiciel ruszył raźno celem nadrobienia straconego dystansu, gdy doszło do niego coś jeszcze, zaś fakt ten zjeżył mu włosy na karku. Było cicho, za cicho.
Umilkły nawet ptaki.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

"I am the bad one, distant and cruel one.
I am the dream that, keeps you running down."

Ostatnio edytowane przez Zombianna : 11-03-2018 o 15:05.
Zombianna jest offline  
Stary 24-02-2018, 08:31   #14
 
Aiko's Avatar
 
Reputacja: 43825 Aiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputację
Gdy tylko weszli na drogę Charlie skupiła się całkowicie na obserwowaniu okolicy. Nagle ostatnie problemy wyparowały i pozostała tylko zadanie, które miała wykonać. Lubiła ten stan. Złe wspomnienia znikały. Koszmary nie były w stanie jej dogonić. Idąc pozwalała jedynie by docierały do niej strzępki rozmów ludzi wokół. Przedstawiła się na początku wszystkim po krótce przedstawiając czym się ostatnio zajmowała, nie było jednak czasu by wysłuchać wszystkich przydzielonych jej ludzi. Będzie musiało wystarczyć to co wie o nich Chris. Teraz stojąc nad tropem, który zwrócił jej uwagę, spojrzała na mężczyznę uśmiechając się do niego.
- Ludzie zazwyczaj mają wiele powodu by opuścić jakieś miejsce. - Mrugnęła do niego i spojrzała ponownie na ślady. - Czym dokładnie są te wyjce?

Ręka Nowojorczyka wciąż gładziła zimną stal broni, zaś na pochmurnej twarzy próżno było szukać oznak jakiejkolwiek radości, nawet tej szyderczej. Splunął w błoto, rozcierając plwocinę butem aż wymieszała się z szarą breją w jednolitą masę.
- Wystarczającym powodem aby nie zapuszczać się daleko poza miasto - mruknął, przenosząc wzrok na zieloną ścianę lasu, wyrastającą zaledwie dwie dziesiątki kroków od miejsca w którym przystanęli. Spokojna z pozoru gęstwina wydawała się niegroźna, ale i tak facet cały się spiął. Podobną reakcję szwendaczka zaobserwowała u pozostałych poszukujących. Zbili się w ciasna grupkę pośrodku drogi, strzelajac oczami po poboczach i mokrych pniach z obu stron popękanego asfaltu. Paru obróciło głowy w kierunku z którego przyszli, zapewne zastanawiając się nad porzadna wymówką do powrotu.

- Nie wiadomo czym dokładnie są, albo z czego wyrosły. Stary mówił, że pewnego dnia po prostu się pojawiły. Kiedyś były mniejsze - Chris ciągnął wyjaśnienia, ignorując szepty za plecami. - Może to dawne aligatory które popierdoliło promieniowanie. Mają mordy pełne ostrych kłów, długie łapska z wielkimi szponami i twardą jak kevlar skórę... ni chuja tego nie przebijesz czym lżejszego kalibru, o walce wręcz zapomnij. Potrafią chodzić na dwóch łapach, biegać szybciej od człowieka, pływać, skakać, wspinać się i kurwa skradać - na koniec prychnął wyjątkowo mało radośnie.

Obok nich stanął Jules też gapiąc się odciski w błocie.
- Widziałem kiedyś jak jeden rozerwał człowieka na pół. Chwycił go przednimi łapami i rozpruł na dwie części. - pokręcił głową, rzucając Podolsky’emu szybkie spojrzenie - Parę przez ostatnie lata udało się zabić. Granatami - dodał, na co brunet w puchowej kurtce zwrócił ku niemu skwaszoną gębę, a lewa brew podjechała mu do góry.

- Nie mamy granatów - westchnął po chwili ciężko - Musi być głodny, zwykle nie podchodziły tak blisko osady… chyba że kurwa to też się zmieniło. - zazezował na Julesa.

Ten szybko wykonał głową przeczący gest.
- Nie, nie. Nadal rzadko się je spotyka, a jak już to dalej… w zeszłym sezonie nie natknęliśmy się na żadnego, w poprzednim raptem na ślady daleko na wschodzie przy samych jeziorach… ale jest wczesna wiosna - dodał jakby to miało wyjaśniać wszystko, na co Chris westchnął jeszcze ciężej.

Nagle do dotarło do niej, że miała sporo szczęścia docierając do miasteczka samodzielnie. Kto by pomyślał… Z opisu obu mężczyzn wynikało, że jest to żywa maszyna do zabijania. Szwendaczkę jednak najbardziej dziwiło, że ludzie żyją w tej okolicy wiedząc, że mają coś takiego za sąsiada.
- Wyjec… - Pozwoliła głowie połączyć wizję stworzenia z opisem i tym co zdradziły jej ślady. Bydle ważyło ponad 300 kilo i było większe od człowieka, a do tego potrafiło rozerwać takiego na pół. Niestety wredna głowa i tak podpowiadała obraz Wally’ego ze znalezionej kiedyś w karawanie bajek. Uznała, że lepiej nie dzielić się tym spostrzeżeniem. Czego by sobie nie wyobrażała ludzie tutaj się go bali i wierzyła, że słusznie.

Charlie zdjęła z ramienia karabinek i podeszła do skraju drogi. Przyjrzała się mokremu listowiu szukając dalszych śladów Wally’ego. Była ciekawa czy bestyjka poszła dalej czy może obserwuje ich spoza zasięgu widzenia.
- Ten konkretny egzemplarz był tu godzinę temu i wygląda na to, że jego trasa może się przeciąć z trasą drugiej ekipy poszukiwawczej. - Obejrzała się na Chrisa i Julesa. Jeśl to zwierzątko zaskoczy Bensona i jego ludzi może im zrobić niezłe kuku, a podobno przyjemniaczek potrafił się skradać. Nawet jeśli to nie była prawda, to ta cholerna mgła była po jego stronie. - Jesteśmy ich w stanie jakoś uprzedzić?

- Na tym zadupiu ciężko o krótkofalówki - Nowojorczyk rozłożył bezradnie ręce, na co Jules prychnął, jeżąc się momentalnie na jątrzący, bezczelny ton.

- Możemy posłać kogoś na przełaj - mąż Meg odpowiedział dość chłodno, mierząc drugiego mężczyznę nieprzychylnym spojrzeniem. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale tamten mu przerwał.

- No jasne, mamy na pęczki kandydatów do łażenia po tym bagnisku i to z wyjcem na karku - prychnął, pokazując kciukiem za plecy, gdzie reszta grupy.

- Słyszałeś Charlie. - Jules westchnął i skrzywił nieznacznie usta, przenosząc wzrok na szwendaczkę - Godzina zapasu. Bestia może już być daleko.

Charlie odgarnęła z twarzy dreda, który postanowił się wyrwać na wolność. Godzina to było sporo czasu, szczególnie gdy Wally poruszał się szybciej niż człowiek. Niestety sytuację pogarszał fakt, że nie znała terenu i nigdy w życiu nie widziała tego na co powinna uważać.
- Jest w tej grupie aż jedna osoba, którą bym ewentualnie posłała i przykro mi chłopaki ale jestem to ja. - Uśmiechnęła się do Julesa i Chrisa. - Kojarzycie jakiś skrót do Błotniaka?

Reakcja na jej stwierdzenie wywołała chwilę głuchej ciszy, poprzedzonej nagłym zwrotem głów w jednym, niebieskowłosym kierunku. Widziała na twarzach zebranych wokoło ludzi zaskoczenie i niedowierzanie, na jednej czy dwóch pojawiła się złość maskująca nerwowe strzelanie oczami po okolicy.

- Uciekasz - pierwszy odezwał się mężczyzna w średnim wieku, nazwanego przez szeryfa Robersonami.

- Daj spokój Paul - stojąca obok niego kobieta położyła mu uspokajająco dłoń na ramieniu, lecz ten strząsnął nią w wybitnie zirytowanym geście.

- Chcesz nas zostawić samych, zmywasz się - dowarczał już z jawną pretensją, a wokół zapanowała ciężka cisza.

- Zamknij się Roberson i nie szukaj dymu bo go znajdziesz - Nowojorczyk przeniósł uwagę ze szwendaczki na awanturnika, choć minę nadal miał skwaszoną, a oczy mu się zwięzły. Cedził słowa przez zaciśnięte zęby przez co parę osób zrobiło krok do tyłu. Charlie też poczuła się nieswojo - Chcesz to spierdalaj do tej meliny którą nazywasz domem, mamy wystarczająco dużo problemów żeby jeszcze przejmować się twoimi humorami.

Krzykacz zawahał się, cofnął się też pół kroku, jednak złość szybko powróciła w jego ruchy i słowa.
- Słyszeliście! - krzyknął, rozglądając się po zebranych - Chce nas tu zostawić, z Wyjcem na karku! Wejdzie w las, pójdzie do miasta, a nas tu zeżre! Jest obca, jej nie obchodzą nasze sprawy, nie będzie dla nas ryzykować!

- Paul bądź cicho - czarnowłosa kobieta pociągnęła go za ramię ze zdenerwowaną miną, dzieląc uwagę między ludzi i dwie ściany milczącego, tonącego w mgle lasu zaledwie parę kroków od nich - Mówiła, że był tu godzinę temu, ale one mają dobry słuch.

- Właśnie Roberson, słuchaj się siostry - Podolsky wyszczerzył się nagle, choć był to zły, drapieżny uśmiech. Podszedł powoli do kłopotliwej dwójki nie spuszczając oka z Paula - Zamknij mordę, albo ci z tym pomogę. Jeżeli ściągniesz nam jakieś gówno na kark obiecuję ci, że nie ono cię zajebie tylko ja - warkot stał się lodowaty i w niczym nie przypominał znanego Charlie beztroskiego, bezczelnego wręcz tonu, którym gliniarz zwykle raczył okolicę.

Widząc co się dzieje, Jules westchnął cicho i równie szybko przemieścił się do reszty grupy, stając między dwoma stronami konfliktu, na co Chris przystanął w miejscu, a Paul wyraźnie spojrzał na mediatora z prawie namacalną ulgą.
- Nie no, nie dajmy się zwariować - maż Meg uniósł pojednawczo dłonie na wysokość piersi, mówić powoli i łagodnie - Też mi się nie podoba to, co znaleźliśmy, chyba nikomu z nas. Nie wolno nam jednak dać się ponieść. Charlie nie jest stąd, to fakt, ale jest tu z nami i nam pomaga. Musimy współpracować - pokazał ruchem brody na kobietę - Nie zna okolicy, stąd jej pytania. Nie ma żadnego skrótu do Błotniaka, nie od tej strony. Trzeba by wrócić do miasta i iść od farmy MacCoyów. Tutaj większość ścieżek zarosła. Od paru lat nie chodzimy tam, kiedyś próbowaliśmy hodować tam ryby, ale łatwy posiłek ściągał drapieżniki z głębi bagien, więc sobie darowaliśmy. Więcej zachodu i niebezpieczeństwa, niż to warte - wyjaśnił pokrótce, nie zmieniając obiektu obserwacji - Poza tym jak pójdziesz nie znajdzie się tu nikt, kto zna się na znajdowaniu śladów i nie ostrzeże nas zawczasu.

Charlie przysłuchiwała się całej rozmowie lekko zaskoczona. Jakoś nie przyszło jej do głowy by zwiewać, choć musiała przyznać, że pomysł w całej swej prostocie nie był głupi. Powoli też zaczynała łapać czemu mieszkańcy Salisbury mogą nie przepadać za Loncikiem. Facet miał poważne problemy z agresją… a przynajmniej agresywnymi odzywkami. Jeszcze raz zerknęła na znikający w lesie trop. Była gotowa dla nich zaryzykować ten spacerek, ale prawdą było, że o co innego ją poprosili. Uśmiechnęła się do reszty grupy.
- Cóż chciałam tylko pomóc waszym znajomym, ale skoro uważacie że nie ma takiej potrzeby, możemy iść dalej. - Wskazała kierunek, w którym mieli iść. - Ruszajmy dalej.

- Ostrzec ich trzeba - Jules widząc że sytuacja powoli wraca w miarę do normy, opuścił ręce. Nie ruszył się jeszcze z miejsca, ale Chris też wydawał się uspokajać, mimo że wciąż gapił się na tamtego Paula spode łba - Mają Bensona, ale i tak trzeba - maż Meg mówił dalej, rozglądając się po grupie - To nie zagubiony kundel, na dokładkę za blisko miasta żeby to zignorować. Ktoś powinien też wrócić do nas i ostrzec resztę. Zacząć od Bri, mają konie. Szybciej pójdzie.

- Mamy się rozdzielać? - druga kobieta w grupie zrobiła zdziwioną minę, zerkając niepewnie na towarzyszących jej po obu stronach mężczyzn.

- Nie jest daleko do Brownów - tym razem odezwał się Nowojorczyk. Gadał już zdecydowanie spokojniej. Zmienił też pozycję z gotowej do ataku na luźniejszą, z dłońmi wbitymi w kieszenie spodni - Z Wyjcem na karku tym bardziej nie powinna robić niczego głupiego. Weźmiecie konie i wracacie do Salisbury. Poczekajcie albo na posterunku, albo w Czapli. Niech Bri zostawi młodemu list i przybije na drzwi. Mieszkają najdalej, teraz jest sama. Jeżeli bydle do niej podejdzie, nie ma najmniejszych szans. Przetłumaczcie jej to.

- Jak jesteś taki mądry to sam z nią gadaj - Paul ze wsparciem w postaci wianuszka głów jakby odzyskał rezon. Teraz on szczerzył się wrogo, łypiąc na bruneta w puchowej kurtce jak na coś wyjątkowo paskudnego, co z racji stanu wyższej konieczności musi tolerować - Wracaj do niej i targaj do miasta, poradzimy sobie bez ciebie.

Słysząc to Chris zarechotał w głos, odchylając głowę do tyłu i mrużąc z ironią oczy.
- Już to kurwa widzę - parsknął, zezując na trzymają przez adwersarza maczetę - I co zrobisz, pogłaszczesz go na śmierć? A może zagonisz jak krowę do obory, co? Albo dupę mu podetrzesz bo nic innego nie umiesz. Burdy po pijaku w barze nie liczą się za szkolenie, poza tym akurat po wódzie z tego co pamietam odwagi ci nie brakuje. - wychylił głowę do przodu, uśmiechając się od ucha do ucha - Gorzej bez niej.

- Ja pójdę - dłonie Julesa znowu wystrzeliły do góry, robiąc za żywą barierę i próbując załagodzić sytuacje nim wymknie się spod kontroli, o czym świadczyło głośne sapanie Robersona i to, że nagle poczerwieniał na twarzy - Porozmawiam z nią, przekonam że to słuszna decyzja. Weźmiemy konie. Konia Wyjec nie dogoni.

- Zajrzyj na komendę - Podolsky wyprostował się, wyjmując z kieszeni niewielki pęk kluczy i rzucił Julesowi - Ten z niebieską nitką, wiesz czego szukać.

- Jasne, dzięki Chris - Jules złapał dzwoniącą kulę metalu i szybko schował do własnej kieszeni. Kiwnął też w podziękowaniu głową.

Nowojorczyk odpowiedział podobnym gestem.
- Leć, ja się tu wszystkim zajmę.
Charlie wolałaby nie puszczać Julesa, ale ugryzła się w język. To był dorosły facet, a stwierdzenie, że miała go odprowadzić na kolację ni byłoby w tym momencie zbyt rozsądne.
- Fajnie… to pozostaje pytanie kto idzie ostrzec resztę. Pewnie nie trzeba wam tego mówić, ale marsz drogą wydaje się być dosyć bezpieczny w porównaniu z marszem przez las i szczerze wolałabym tam nie puszczać kogoś kto choć odrobinę nie tropi. Na wyjca się raczej nic nie poradzi, ale nawet w dzika głupio się władować. Ktoś może ukrywa jakieś talenta? - Rozejrzała się po grupie, będąc niemal pewną, że nawet jeśli tak rzeczywiście jest to nikt się w tym momencie nie przyzna.

Stało się dokładnie jak szwendaczka przewidywała. Nie pojawił się żaden las rąk, brakowało nawet pojedynczej. Ludzie dookoła nagle zaczęli z uwagę podziwiać przydrożną florę, byle tylko nie patrzeć na siebie nawzajem. Wyjątek pokręcił głową na boki, podchodząc do Charlie na wyciągnięcie ręki.
- Są dorośli, jest ich dziewiatka. Mają psy Skova i Bensona. Więcej broni palnej. Poradzą sobie - mina gliniarza w jednej chwili stała się pogodna, gdy pokazał ruchem brody na wstęgę popękanego asfaltu przed nimi. - A jak nie to nie będę płakał - ostatnie dodał ciszej, tym razem podejrzanie beztrosko. - Idź przodem, jestem zaraz za tobą. Tu mam najlepszy widok.

Charlie westchnęła ciężko. Cóż to też nie byli jej znajomi. Martwiła się głównie o Julesa, ale prawdopodobnie będzie najbezpieczniejszy z nich wszystkich. Przyjrzała się jeszcze raz swojej “drużynie” sprawdzając kto co ma na wyposażeniu. Nie wyglądało to jakoś atrakcyjnie, ale zawsze mogło być gorzej. Na przykład mogłaby prowadzić grupę dziecięcą. Choć sądząc po stosunku CHrisa do reszty mieszkańców Salisbury, mogłoby w niej być mniej kłótni.
- Jak tam uważacie. Proponuję byście ubezpieczali tyły. - Wskazała na dziewczynę ze strzelbą i gostka z obrzynem. Reszta idzie w środku i skupia się na szukaniu naszej zguby. Im szybciej go znajdziemy tym szybciej wrócimy. - Poprawiła karabinek na ramieniu i ruszyła przodem. Nie upewniała się czy jej posłuchali. Nawet gdyby zaraz zaczęli uciekać, ona zobowiązała się znaleźć pewnego malucha… Najgorsze było to, że nie wiedziała jak ten dzieciak wygląda. Sądząc po kurtce, którą pokazywali psom, nie był duży.

Po przejściu kilku metrów obejrzała się na Loncika.
- Przynajmniej już wiem, czemu ludzie z miasteczka za tobą nie przepadają.

Nowojorczyk zrównał się z nią i rozłożył teatralnie ręce w typowym geście “no co ja mogę?”.
- Też zauważyłaś, że nie doceniają dowcipów na tematy inne niż sadzenie buraków i wypas owiec? - spytał tak śmiertelnie poważnym tonem, że nie mógł być ani trochę poważny. Gdzieś za ich plecami usłyszała szuranie stóp i kroki, mówiące jasno, że pochód ruszył, choć trzymał się parę metrów za nimi.

Charlie wzruszyła ramionami i skupiła wzrok na rozciągającej się przed nią drodze i pobliskim lesie.
- Myślę, że mogą nie przepadać za tym jak ktoś im grozi, albo wytyka wady, ale to tylko moje podejrzenia. - Uśmiechnęła się lekko nie spoglądając na Chrisa. - Nie orientujesz się może, jak dużą macie tu społeczność tych wyjców?

Droga wyglądała na spokojną i pustą. Gdzieniegdzie przy poboczu i w popekanej mozaice asfaltu zalęgły się głebokie kałuże, utrudniające przejście, jednak wystarczyło je przeskoczyć aby móc iść dalej już bez większych problemów. Natura też odpuściła, przynajmniej na ten moment. Ślady bestii nie pojawiły się ponownie, parę razy Charile zobaczyła mniejsze, dobite w błocie stemple, ale te należały do zwierząt mniejszego kalibru - widziała tropy zająca i chyba borsuka, nic zagrażającego człowiekowi i starszego od tych solidnych śladów dostrzeżonych na początku.
- Zasłużyli sobie. Każdy po kolei. Zresztą sama się przekonasz, jeżeli zostaniesz dłużej - w panującej ciszy głos gliniarza wydawał się nienaturalnie głośny, mimo że go nie podnosił. Gapił się też na drogę przed nimi dziwnie zirytowany, co starał się ukryć - Wyjce żyją samotnie… na szczęście. Każdy obiera sobie teren i na nim poluje. Nie wiemy ile ich jest dokładnie, nie prowadzimy ewidencji - splunął na pobocze - W sezonie godowym łączą się w pary, wtedy zatruwają nam życie podwójnie. Gorzej jak przychodzi czas wylęgu, ale to dopiero za parę miesięcy, nie teraz. Zwykle żyją dalej na wschód, tam gdzie jeziora i bagna, a tam nikt z Salisbury się nie zapuszcza, a jak to robi to nie wraca. Za dużo tu lasów i mokradeł, mają gdzie się chować i żyć. Nie ma też nikogo ani niczego, co by mogło im realnie zagrozić. Do nas nie podchodzą, chyba że im wejdziemy na teren podczas łowów. Albo jeżeli coś je wypłoszy z legowisk - pomacał się po kieszeni i wyjął z niej paczkę fajek. Wyłuskał jednego zębami, potem podstawił szwendaczce aby się poczęstowała. Paczka wyglądała na wymiętą, skleconą z szarej, pakowej tektury i sklejona czarna izolacją.

Charlie podziękowała ruchem głowy.
- Nie palę w lesie. Zbyt charakterystyczny zapach. - Pociągnęła nosem jakby była w stanie coś wyczuć. - Jesteś duży Lonciku i to twoja mieścinka, nie będę ci tłumaczyć, że czasem trzymając język za zębami można pożyć dłużej… a przynajmniej spokojniej. - Wsunęła ręce do kieszeni starając się je ogrzać. Nie licząc śladów zagrożenia na początku, zaczynał się robić z tego przyjemny spacer. Oby chłopak poszedł tędy…. Wcześniej niż godzinę temu. - Jest wczesna wiosna… to jest ich pora łowów, prawda? - Pozwoliła sobie na to, by zerknąć na idącego obok mężczyznę.

Ten wciąż nie patrzył na nią, tylko na drogę, wodząc wzrokiem po zamglonych pniach po obu stronach. Wbrew temu co powiedziała na temat zapachu, żwawo i z wyraźną przyjemnością pociągał papierosa, wydmuchując do góry kłęby siwego dymu.
- Jesteś na tyle duża Gąbeczko żeby wiedzieć że są ci, którzy mogą sobie pozwolić na patrzenie z góry i ci, którzy uciekają przed problemami, wbijając wzrok w błoto. Ja nie muszę się godzić z fałszem gdy go widzę. Ty rób jak chcesz, może tak łatwiej ci żyć - skrzywił usta w szybkim, połowicznym uśmiechu, zaciągając się od serca - Znikają na późną zimą, pojawiają się wczesną wiosną. Chcesz wiedzieć co robią przez te dwa miesiące to się ich spytaj. Przez pozostałą część roku polują. Jak my wszyscy.

- Ja zazwyczaj nie muszę oglądać ludzi. - Charlie z zaciekawieniem przyjrzała się Chrisowi. W sumie ciekawe było to, że gdy inni robili według niego głupie uwagi robił się agresywny,a przy niej… cóż może po prostu się jeszcze do niej nie zraził. - Płacą mi za patrzenie w błoto, a nie gadanie, a co do wyjców obiecuję, że spytam jak jakiegoś spotkam.

- Muszę to zobaczyć - prychnął chyba szczerze rozbawiony i przymknął oczy, śmiejąc się bezgłośnie. Na samym początku skrzywił się cynicznie gdy zaczęła mówić, a może tylko się jej wydawało? - Może nawet przejdziesz do rewizji. Osobistej. Podobno każda rozmowa to kwestia perspektywy na drugą stronę dialogu. Ty najlepiej wyglądasz w perspektywie pod ścianą - wreszcie spojrzał na nią, szczerząc się łobuzersko, jakby znajdowali się na bezpiecznym terenie, wewnątrz baru lub innej knajpy, a nie na zimnym, mokrym bagiennym trakcie, ledwo utwardzonymi pozostałościami po asfaltowej arterii.

- Uwierz mi, że też całkiem nieźle wyglądam w perspektywie przy drzewie, na stole, a już najlepiej na łóżku. - Odpowiedziała poważnie, zupełnie jakby przedstawiała swoje umiejętności potencjalnemu pracodawcy. Dopiero na koniec uśmiechnęła się nieznacznie i skupiła ponownie wzrok na drodze.*

- Wiedziałem że wymiana łóżka jako pierwszego będzie dobrym pomysłem - Podolsky pokiwał głową, zgadzając się z własną opinią i decyzją, która jak widać wyjątkowo przypadła mu do gustu, do tego miała się okazać początkiem całkiem niezłych perspektyw na nadchodzący wieczór. - Znajdźmy tego gnojka i zwijamy się. Trzeba cię będzie ulokować. Chcesz piętro czy parter? Dom jest duży, pomieścimy się.

- Mam z sobą tylko plecak nie sądzę by trzeba było mnie jakoś szczególnie lokować. - Powstrzymała się od poinformowania go, że też prawdopodobnie długo nie zostanie. Było milutko i w ogóle. Naleśniki z komfiturą i te sprawy. Ale nie była jak Benson dla niej łażenie po tym samym lesie nie było atrakcją. - A gdzie jest bliżej do ciepłej kąpieli?

- Wannę też mam - gliniarz rzucił mimochodem, unosząc wzrok na czubki otaczających ich drzew - Dogadamy się kto lata z wodą i ją grzeje. Jestem otwarty na propozycje.
 
Aiko jest teraz online  
Stary 01-03-2018, 00:28   #15
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 51433 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Post wspólny z Czarną

Lukas "Luke" Benson - przybysz z Miami



~ Fuck… ~ dłoń łowcy przesunęła się po nadszarpniętej warstwie drzewa.Wyszarpanej. Nie wyrąbanej, nie odstrzelonej tylko wyszarpanej. Cięciem. Jego czy jakakolwiek ludzka dłoń wydawała się mikra w porównaniu do rozmiarów tego czegoś zostawionego na drzewie. ~ Fuck. ~ Szarpnięcie z góry na dół trochę po skosie. Czyli nie dość, że to coś miało spore szpony to jeszcze spory rozmiar. Pewnie wyższe od człowieka. Żaden człowiek by nie mógł tak ciachnąć drzewa na takiej wysokości. Chyba, żeby miał stołek czy drabinę. Ale wtedy i tak by nie miał pary w łapach by tak ciachnąć drzewo. I pewnie nie tylko drzewo. ~ Fuck. ~ czuł jak język jakoś dziwnie mu wysycha i przylepia się do podniebienia.

I te łuski. Ładne, uniwersalne łuski od Parabelki. Złociły się w tym bagiennym błocie. Świeże. Jeszcze nie pochłonięte przez syf z bagna. Też z ostatniej nocy. Ale na rozmiar i masę celu były żałośnie słabą amunicją. Dobre do powstrzymania człowieka postrzałem w brzuch czy płuca ale nie takie coś. Ze dwa, może dwa i pół albo jakoś tak wzrostu. Może i trzy. Niewiele niższe od niedźwiedzia. Stojącego na dwóch łapach. Młodego ale i tak sporego w porównaniu do człowieka. No i pewnie na masę też już wchodzącą w trzycyfrowe wartości. Parabelka absolutnie nie miała wystarczającej mocy obalającej by zatrzymać coś tak wielkiego. I kurwa nie był pewny czy strzelba ma. ~ Fuck! ~ ale się wpieprzył. Chociaż jeszcze nie tak jak ten ktoś co tu strzelał ostatniej nocy. A jak się to ma do dzieciaka Bri? On już powinien być rano. Po tej walce. Cholera jak to widział to czemu nie zawrócił do domu?!

Głos szeryfa wyrwał go z tych nieprzyjemnych rozmyślań. - Idę! - okrzyknął szeryfowi ruszając prędko w jego stronę. Musiał mu powiedzieć. Powiedzieć im wszystkim. Byli w niezłym bagnie. Dosłownie. To raczej nie był niedźwiedź ostatniej nocy. Niedźwiedź, nawet młody, coś by pewnie zostawił po sobie. I rozstaw pazurów niezbyt mu pasował do niedźwiedzia. Poza tym niedźwiedź na bagnach?

Wtedy zderzył się z tą bagienną ciszą. Powinno być głośniej. Nawet ujadające psy nie powinny tak zagłuszyć i wystraszyć bagiennego życia. Chyba, że… Chyba, że było tu coś innego. Coś na tyle groźnego by nie wchodzić temu czemuś w drogę i uwagę więc lepiej stulić dziób. ~ Fuck! Fuck, fuck, fuck! O kurwa! ~ poczuł jak gruba kropla potu ścieka mu po kręgosłupie a dłonie nagle zaczęły się pocić jeszcze bardziej niż zwykle. Wróciło! Instynkt mówił mu, że to coś co tu było w nocy wróciło! Co teraz?!

Dobiegł do szeryfa gorączkowo próbując wymyślić odpowiedź na pytanie “Co teraz?!”. Ogień! I koncentracja! Inaczej wyłapie ich w tych zamglonych bagnach pojedynczo! - Szeryfie! Jest za cicho! - syknął pokazując dłonią w górę na otaczające ich drzewa. Szeryf i reszta może nie byli takimi specami jak on by to wyłapać w lot tą różnicę w języku otaczającej ich natury i aury ale jak im wskazał powinni to chyba dostrzec. - Myślę, że to co tu było w nocy i zostawiło te ślady na drzewach wraca. Trzeba się skoncentrować i by nas nie wyłapał pojedynczo. I ogień. Musimy miec pochodnie. - mówił szybko i rozglądał się szybko po zebranych ludziach. Mieli jakieś lampy? Z nasączonych olejem czy innym paliwem dragów najłatwiej by szło zrobić pochodnie. Jak nie musieli trochę poczekać i rozpalić bardziej tradycyjnie ale nie był pewny czy zdążą. Ale skoncentrować się mogli od razu.

Starszy mężczyzna zatrzymał się wpół kroku, czekając na tropiciela podczas gdy pozostali mijali go, podążajac za wciaz ujadającymi psami. Szeryf zmarszczył brwi, a niecierpliwość na jego twarzy zmieniła się w skupienie, gdy słuchał uważnie krótkiego raportu. Omiótł samymi oczami osnute mgłą pnie jakby chciał tam dostrzec coś, co skrywało się przed ludzkim wzrokiem. Bardzo powoli kiwnął głową, sięgnął dłonią za pas, wyciągając rewolwer, a w powietrzu rozległ się metaliczny klekot odsuwanego kurka.

- Ślady? Co widziałeś - przez mgnienie oka na jego twarzy pojawił się niepokój, ale szybko go zamaskował, stawiając na powagę. Pokiwał głową na znak, że rozumie, spojrzenie też bystro zlustrowało ponownie okolicę. Znajdowali się na w miarę płaskim, zalanym terenie, a jedyną osłonę mogły stanowić grube pnie drzew, porozsiewane po okolicy w odległości paru metrów. Benson nie widział żadnych kup kamieni, ścian, ani niczego, co mogłoby ich osłonić przynajmniej z jednej strony - Mamy ze trzy pochodnie, tyle samo latarek. Cristal zapakowała w plecak dwie butelki z benzyną… - chciał coś powiedzieć, ale przerwał mu krzyk gdzieś z przodu pochodu.

- Roy! - wrzask z przodu przebił się przez szczekanie i poniósł wytłumionym przez opar echem, odbijając się między wysokimi filarami drzew, ginąc w ich koronach. Poza tym panowała drażniąca, głucha i szarpiąca nerwy cisza w której oddechy wydawały się niestosownie głośne.

- MacCoy i reszta, wracajcie tu! - Skov odkrzyknął, patrząc czujnie po okolicy.

- Gdzie jest Roy?! - znów rozległ się ten sam krzyk. Lukasowi wydawało się o kogo chodzi - milczącego gościa, którego nie kojarzył z żadnej rozmowy, ale parę razy widział w Czapli.

- Nie wiem, lazł zaraz za mną! - następny krzyk, ten był wyraźnie nerwowy.

Ten pierwszy nie wydawał się zadowolony z odpowiedzi.
- To gdzie do cholery jest?! Roy!

- Nie wiem, mówię że był zaraz za mną! Cristal widziałaś go?! - kolejna odpowiedź i następne pytanie, na które odpowiedziała kobieta. Cristal Rivers, o ile tropiciel dobrze słyszał. Mgła wytłumiała głosy i zniekształacała je, przez co miało się wrażenie, że dochodzą zza ściany, a nie z pustej, niewielkiej przecież odległości.

- Nie, patrzyłam na psy! - odpowiedź kobiety wyszła bardzo cienko, dziecięco wręcz. Nerwowa atmosfera po kolei udzielała się każdemu. Rozległy się dźwięki rozchlapywanej pospiesznie wody i ciche przekleństwa, zbliżające się do tropiciela z każdą sekundą. Tak samo ja psie szczekanie.

- Roy! - pierwszy głos wrzasnął ile sił w płucach.

- Zamknij się debilu! - kobieta wrzasnęła, a mgła zafalowała, zmieniając bezkształtne sylwetki w ludzkie figurki. Każda z nich trzymała wyciągniętą broń, ale niewiele tam było palnej.

~ Ale syf! ~ zwiadowca zacisnął szczęki widząc jak z każdym oddechem sytuacja chrzani się coraz bardziej. Czuł ciśnienie presji, jak zawsze gdy stawiał na szali losu swój własny. Co robić?! Iść po tego Roya? Coś mu mówiło, że facet ot, się raczej nie potknął i nie wyrżnął w błoto. Miał głupie wrażenie, że to coś od tych pazurzastych szram na drzewach go dorwało. Tak samo jak tego pechowca od 9-tek w nocy. Albo spróbować odpalić ten ogień co mogli i najwyżej wtedy spróbować coś zdziałać. To niezbyt dobrze wróżyło Roy’owi ale cholera… A jak to z tymi szponami nie było samo?

- Do tyłu! Wracać, nie rozłazić się! - krzyknął do nich sięgając po olej z lampy i gorączkowo ścigając się z czasem by rozpalić pochodnie. Musieli mieć ogień! Jak się uda to pójdzie tam gdzie chyba był Roy i sprawdzi co da się wyczytać ze śladów na miejscu. Ale najpierw ogień, jak najwięcej ognia, jak najwięcej pochodni, najlepiej by każdy miał swoją.

Ścigali się z czasem, tropiciel czuł to w kościach. Szybkie, nerwowe ruchy dłoni próbowały nadgonić stracone sekundy, przygotować się na nieznane zagrożenie, czające się pośrodku mlecznego oparu. Otaczajacy go ludzie szybko podjęli aluzję, przestając robić hałas. W ciszy, z zaciśniętymi szczękami próbowali coś zdziałać. Syknęły odpalane zapalniczki, zaskwierczały zapałki, posyłając w przesycone bagiennym zaduch nikłą woń siarki.
Pierwsze wątłe płomyki zatańczyły na pochodniach, gdy psy z dzikiego ujadania przeszły w ostrzegawczy warkot, zbijając się w ciasną grupkę i jeżąc kryzy futra na karkach.

Benson widział strach i niepewność na znajomych twarzach, zacięcie w oczach, desperacko skaczących po okolicznych pniach i mgle. Widział że szerf otwiera usta aby coś powiedzieć, lecz nie zdążył.

Zamieszanie z boku przykuło uwagę z elektryczna precyzją uderzajacego w ziemię pioruna, chociaż to nie piorun spadł na kark młodego MacCoya, a bestia. Lukas dostrzegł tylko bure futro i długi ogon w cętki. Kształt wielkości dorosłego człowieka spadł z nieba, przyczajony do tej pory gdzieś wśród koron drzew.
- Rob! - krzyk szeryfa zlał się w jedno z wrzaskiem bólu młodego chłopaka.

- Kurwa! - zawtórowało mu chóralnie parę osób, momentalnie obracajać się tam gdzie nastąpił atak.
Benson zaś zobaczył co innego - kolejne ruchy, dyskretnie przedzierające się we mgle tuż przy ziemi. Otaczały ich, nim minęło pierwsze zaskoczenie naliczył trzy sztuki niecałe 6 metrów od pleców stłoczonych w nerwową grupę ludzi.

- Jest ich więcej! -
Luke dostrzegł tego co i skoczył na młodego McCoya. Ale też drugie cholerstwo podchodziło ich z przeciwnej. I jeszcze jedno na drzewie. I kolejny. ~ Cholera z pół tuzina! ~ przemknęło mu przez myśl. Sporo. Nawet jeden to by był nie lada zajęciem dla nich. Rzucił pochodnie pod swoje nogi by choć symbolicznie odgradzała go od bestii jaką obrał za cel. Wycelował swojego SPAS-a włączając latarkę. Wąski promień taktycznego oświetlenia padł na podkradajacę się z kierunku z jakiego właśnie przyszli. Przestawił strzelbę a automat. Szybko! W tym trybie broń pożerała ammo z maga jak głupia ale nie było się czasu patyczkować, liczyła się siła ognia!

Strzelił. Strzelał raz za razem posyłając gorączkowo kolejne chmury ołowiu w stronę obranego za cel stwora. Na kilkadziesiąt kroków uderzenie ołowiu w nie opancerzony cel było mordercze. Stwór zachwiał się gdy oberwał za pierwszym razem chmarą ołowiowych drobin. Ale pędził dalej. ~ Kurwa! ~ broń Bensona przeładowała i strzeliła znowu. ~ Cholera! ~ chyba pudło, dostał najwyżej jakimś rozbryzgiem. Trzeci strzał. ~ Dostał! Padł! ~ skumulowana wiązka ołowiu dosięgła stworzenie i te zawyło gdy chyba dostało w łapę. Jeszcze dychało ale choć chwilowo było zastopowane. Luke obrał za cel następną kreaturę. ~ Z pół maga. ~ zostało mu jeszcze z pół maga. A miał chyba najmocniejszą broń w ich paczce. Niedobrze. Ale póki jeszcze były metry i naboje…

Puszczona pochodnia z sykiem wpadła w błoto i paliła się jeszcze przez moment, ale żar musiał wygrać z podmokłym terenem. Za plecami słyszał strzały. Te głośniejsze, rewolwerowe i inne - z mniejszej broni krótkiej i starych, wysłużonych myśliwskich strzelb. Słyszał też krzyki. Te Crystal, szarpiącej się z czymś, co swoją masą wdusiło ja w błoto. Kotłowali się oboje, zwierz przypominający przerośniętą pumę warczał i gryzł, rycząc za każdym razem, gdy w jego ciało zagłębiała się kolejna kula, ale nie tylko ta jedna para walczyła w krótkim zwarciu. Parę kroków dalej chłopak z bliznami na twarzy wrzeszczał z bólu i szoku, niemrawo odpierając ataki drugiego stworzenia. Na jego szczęście ludzie przełamali stupor, biorąc w dłonie to, co tylko mieli. Rozległy się odgłosy rąbania i warkot psów, które doskoczyły do stwora atakującego ich pana. Ludzie klęli, ale słowa ginęły w głośnych dźwiękach awantury i wystrzałów.

Benson za to nie miał czasu się rozglądać, ani biec z pomocą. Musiał liczyć, że przewaga ludzi wystarczy, by zażegnać zagrożenie nim ktoś straci życie. On miał inne zmartwienie - szarżujące na niego poprzez bagienną wodę. Widział je już na wyciągnięcie ręki, tak blisko, że bez problemu dałby radę policzyć kły w wyszczeroznej paszczy… długie, coś jak jego kciuk. Były też pazury, ale te młóciły burą wodę. Dostrzegł, że zwierzę spina mięśnie grzbietu, jakby gotowało sie do skoku… prosto na niego! Innych celów nie miało na drodze!

Zdążył strzelić tylko raz. Ale ołów w locie rozminął się ze skaczącą bestią a potem Benson poczuł uderzenie sprężystej masy gdy bydlę na niego wpadło. Oboje upadli w błoto gdy bestia przygniotła go do ziemi. Czuł desperację przemieszaną ze strachem gdy te obce mięśnie, kły i pazury były o centymetry od niego. Czuł gorący i wilgotny oddech tego stworzenia tak samo jak wolę wyrażoną w ruchach by go dorwać. A on desperacko próbował się wywinąć. Zastanawiał się strzelbą by nie dopuścić kłów do siebie. Pod łopatką wyczuwał jakiś korzeń albo zgniłą gałąź ale zeszło to na dalszy plan. Bestia użarła go w ramię. Zawył gdy ból zaatakował jego świadomość. To coś było silniejsze i cięższe od niego a do tego przygniatało go swoją masą. Ale wciąż udawało mu się zastawiać i wywijać przed ostatecznym ciosem kończącym tą walkę. Stwór poprawił swój cios i użarł go znowu. Benson znowu wrzasnął. Nie mógł znieść zbyt wiele takich ran z tak silnym przeciwnikiem, jeszcze z raz czy dwa da radę a potem po nim!

Udało mu się jakoś trzasnąć bokiem broni w bok głowy bestii. Stworowi odrzuciło trochę ten łeb ale zanim wrócił Luke trzasnął go lufą w łeb. Tym razem stworzenie chyba zamroczyło. Myśliwi skorzystał z okazji by zrzucić stwora z siebie i stanąć na własnych nogach. Stwór zaczynał dochodzić do siebie a Luke miał dość starcia z nim. Pośpieszenie wycelował SPAS-a i strzelił dobijając maszkarę. Rozejrzał się.

Ten którego trafił wcześniej próbował się odczołgać. Jeden leżał martwy na pobojowisku. Został jeszcze jeden ale psy i ludzie pospołu przyparli go do drzewa. Zdołał wycelować do niego a światło opromieniło plecy najbliższych ludzi i samego poranionego stwora. SPAS wypluł z siebie następną porcję ołowiu. Wiązka śrutu śmignęła między ramionami ludzi i trafiła stwora w pierś. Potężne, ołowiowe uderzenie rzuciło go na pień drzewa i tam zaskomlał boleśnie i wreszcie osunął się na ziemię.

Ludzie upewnili się czy nie udaje ale na oko myśliwego po tych wszystkich trafieniach wcześniej ta bezpiśrednia wiązka śrutu w trzewia powinna go powalić na dobre albo byłby do dobicia. Tak jak ten ostatni jeszcze żywy stwór jaki po wcześniejszych trafieniach Bensona próbował odpełznąć w mroki mgły by skryć się przed ludźmi. ~ O nie tak prędko. ~ przybysz z Miami który od paru lat zadomowił się wśród tych właśnie zaatakowanych ludzi wiedział, że w tej chwili to coś jest w mizernym stanie. Ale jeśli nie wykończą sprawy to znów ma szansę kogoś z nich zaatakować. Podbiegł więc do tego czegoś i strzelił. Z bliska skumulowaa wiązka śrutu roztrzaskała czaszkę stwora jak melon spuszczony z dużej wysokości na chodni.

~ Hiuh… ~ traper westchnął z ulgą. Chyba koniec. Ale gdy na czuja zerknął do magazynka broni okazało się, że wystrzelił ostatni nabój na tego ostatniego stwora. ~ Hiuh… ~ niewiele brakowało. Z jeden więcej, trochę mniejsza odległość i byłaby wtopa. Pokręcił głową. Zaczął ładować kolejne naboje z bandoletu by zastąpić w magazynku te wystrzelone. - O cholera… - mruknął gdy jakoś dopiero teraz dotarło do niego, że oberwał. Ramię nie wyglądało zbyt dobrze. Właściwie to wiedział przecież, że oberwał no ale jakoś…

- Hej! Wszyscy cali? Wszyscy są?! Ma ktoś bandaż?! - krzyknął wracając do większości grupki. Musieli sie ogarnąć, sprawdzić co i jak. I zdecydować co dalej.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
Stary 05-03-2018, 09:58   #16
 
Czarna's Avatar
 
Reputacja: 25966 Czarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputację
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=XaSVkb_XLt4[/MEDIA]



Droga wydawała się cicha, prosta i spokojna, przynajmniej z początku taka była. Charlie i pozostali szli pewnie po popękanym asfalcie, wytężając wzrok aby we mgle dostrzec czające sie w lesie zagrożenie. Widmo spotkania z Wyjcem działało na wyobraźnię, spinając mięśnie i sprawiając ze na skronie ludzi wystąpiły gęste krople potu. Już się nie kłócili, nie docinali sobie, ani nie żartowali. Poruszali się w kompletnej ciszy, podskakując na każdy głośniejszy szmer.

Nawet Chris się zamknął, prąc przed siebie z zaciśniętymi szczękami i pulsującą przy skroni żyłką. Nie wypuszczał broni z rąk, choć wedle tego co szwendaczka słyszała, na potwora kalibru tego, który przeciął im drogę godzinę temu, ochrona była to mizerna.
Musiała jednak poprawiać samopoczucie, pozwalała wziąć się w garść i udawać, że wszystko jest pod kontrolą.

- Szlag - Nowojorczyk nagle przystanął, unosząc zaciśniętą pięść i obracając głowę w kierunku prawej strony lasu. Charlie też to usłyszała: szybkie, natrętne echo wystrzałów, dolatujące ze strony, gdzie spodziewali się przemarszu Skova i pozostałych.
W awanturze brało udział kilka sztuk broni, na wyścigi wypluwajacej z siebie ołów przez parę nerwowych sekund… a potem zapanowała głucha cisza.
- To oni - mężczyzna zrobił trzy kroki w stronę pobocza, stając na nim niezdecydowany. Spiął się przy tym, jakby miał zamiar zaraz puścić się biegiem na przełaj, pomiędzy osnutymi mlecznym oparem pniami.

- Skąd wiesz? - Paul też przystanął, ale na środku asfaltowej wstęgi, łypiąc niepewnie to na pobocze, to na bruneta z ręką na broni.

- Rewolwer Skova - wyjaśnił niechętnie, nie spuszczając wzroku z leśnej ściany.

- Co teraz? - czarnowłosa kobieta strzelała oczami między Charlie a Podolskim, obracając w palcach stylisko maczety. Była blada i spocona, trzęsły sie też jej usta.

- Idziecie po gówniarza, do rogatek - gliniarz odwarknął, obracając się powoli karkiem tam gdzie niebieskowłosa. - Chyba tam trafisz.


Walka zakończyła się równie nagle jak się rozpoczęła. Krótkie, niespodziewane i brutalne starcie zostawiło po sobie cztery porośnięte futrem i wciąż broczące krwią trupy, a także świeże, czerwone szramy na ludziach.
- Rob… Rob patrz na mnie - w ciężkie, nerwowe oddechy wdarł sie kobiecy głos. Jasna, potargana głowa mignęła Bensonowi gdzieś z boku, gdy jej właścicielka doskoczyła do powalonego, jęczącego chłopaka, a wyczuwalne w głosie napięcie jasno wskazywało, że nie jest w porządku i raczej nie jest cały.
- Robbie kochanie, patrz na mnie… o tak, właśnie tak. Dzielny chłopak, zaraz się tym zajmę, to tylko zadrapanie, bywało gorzej, no nie? - Cristal nadawała na pozór wesołym tonem, ściągając z pleców plecak i grzebiąc w nim intensywnie.

Wreszcie wyjęła pomarańczową paczkę, ozdobioną białym, równoramiennym krzyżem. Syknął rozsuwany suwak, a kobieta zabrała się do pracy. Zaraz otoczyli ją ludzie, przyglądając się jej poczynaniom i gadając do krwawiącego chłopaka żeby odwrócić jego uwagę od problemu… a było się czym martwić.

Bensonowi wystarczył rzut okiem, aby wiedzieć że dalej młody nigdzie nie pójdzie. Spodnie od połowy uda miał porwane, czerwone i sztywne od krwi. Przez pozostawione przez drapieżnika rysy w mięsie dało się dostrzec biel kości i poszarpanych ścięgien. Nie lepiej wyglądał bark rannego, chociaż miał szczęście, że kurtka ochroniła go przed ostrymi kłami.

-A gdzie Roy? - inny głos zadał swoje pytanie.

- Zaraz go poszukamy - odpowiedział mu Skov opanowanym tonem, przeładowując w międzyczasie rewolwer. Nie patrzył tam gdzie zamieszanie, tylko na Bensona, lustrując go czujnie od stóp do głowy - Wpierw się ogarniemy. Crista potrzebuje chwili żeby poskładać Roberta. Najpierw ranni. Ci którzy nie dostali stają w okręgu i ubezpieczają. Patrzcie do góry, nie chcemy kolejnych niespodzianek - obejrzał się przez ramię i wrócił frontem do zwiadowcy, klnąc bezgłośnie pod nosem.

- Pokaż to chłopie - mruknął, wyciągając z kieszeni kurtki rolkę bandaża. Kazał mu zdjąć kurtkę i sweter, a potem ujął ostrożnie ranne ramię i pokręcił głową - Nieźle cię załatwił, trzeba szyć, ale nie mamy teraz na to czasu. Zabezpieczę je żebyś się nie wykrwawił, a jak wrócimy, zgłosił się do Rose, albo Megan. - mówił cicho, pracując w wyraźnym pośpiechu. Jego ręce śmiało operowały białą materią, owijając ją ściśle dookoła kończyny. Wpierw jeszcze przepłukał rany czymś z manierki. Zapiekło, zabolało jak cholera, ale szeryf nie dał mu czasu na stękanie.
- Trzeba go zabrać do miasta, szybko - mruknął na tyle cicho, by ich rozmowa nie wydostała się dalej - Sam nie pójdzie, trzeba go będzie nieść. Do tego jedna osoba z bronią jako eskorta. Federata się wkurwi jak go zobaczy - westchnął naraz ponuro, mając na myśli ojca chłopaka. Stary MacCoy robił w Salisbury za nieoficjalnego burmistrza, a z pewnością właściciela ziemskiego. Każdy w pewien sposób pracował dla niego. Pokręcił głową.
- Sharon mnie zabije - tym razem westchnienie wyszło mu wybitnie ponure, gdy wspomniał matkę chłopaka. Luke wiedział, że Rob już raz ledwo uszedł z bagien z życiem. Pozostały mu po tym paskudne blizny na twarzy, jąkał się też przez co unikał kontaktu z obcymi, a i miejscowych omijał lub milczał przy nich, choć oni akurat nie robili sobie z niego jaj.

Wiedział też, że o tej porze roku zwierzęta są wyposzczone po długich zimowych miesiącach przymusowego postu. Często podchodziły pod prawie sama osadę i atakowały oszalałe z głodu. Tak jak te które spadły na nich tutaj. Normalnie nie powinny atakować, nie w takim małym stadzie takiej dużej grupy - za duże ryzyko. Pusty brzuch odbierał jednak rozsądek nie tylko człowiekowi.

- Dzielimy się i idziemy dalej. - szeryf wyprostował plecy, kończąc zakładać ostatnia warstwę opatrunku. Pokręcił głową i dorzucił przez zaciśnięte zęby - Jack ciągle gdzieś tam jest.


Poranek wreszcie przyniósł jakąś zmianę, przynajmniej jeśli chodzi o pogodę. Lejący od dobrych dwóch dób rzęsisty deszcz wreszcie odpuścił, zostawiając po sobie wiszącą w powietrzu wilgoć i dziesiątki mokrych plam między zbutwiałymi liśćmi i trawą na poboczu… ale już nie padało, chociaż podróżujący zdezelowanym pontiaciem ludzie mogli zapomnieć na razie o słońcu.


- Pieprzona mgła - siedząca za kierownicą kobieta prychnęła wybitnie niezadowolona, wychylając się do przodu aby lepiej widzieć co dzieje się przed maska auta. Jechali powoli, ostrożnie, wymijając dziury w asfalcie i zawalone wichurą drzewa. Jednak poruszali się - uparcie i do przodu.

Złapali się dwa dni wcześniej, na trasie. Milczący, obwieszony szpejem mężczyzna, wyliniały czarny kocur i drobna kobieta o burzy krótkich, potarganych włosów w kolorze ciemnej czekolady. Sam nie wiedział dlaczego zgodziła się go podrzucić, może chodziło o to, że w tej ulewie wyglądał wyjątkowo nieszczęśliwie, próbując zachować fason mimo trzęsących się z zimna rąk i dreszczy wprawiających w delirkę pozostałe części ciała. Może zrobiło się jej żal, a nawet jeśli nie dała tego po sobie poznać. Mogło też chodzić o kota, który na widok samochodu jakby zmienił się z siewcy terroru i niechęci w uroczą i przemoczoną czarna kulkę, miauczącą tak żałośnie, że serce się krajało.


Co prawda kobieta wpierw zatrzymała się w bezpiecznej odległości, prowadząc rozmowę przez okno auta, o które oparła lufę obrzyna. Szybko jednak go schowała, zapraszając podróżnych do środka.
- To zdradliwy teren, niebezpiecznie podróżować tu samemu - powiedziała wtedy, wychylając się do tyłu i wyciągając stary kraciasty koc z góry bambetli zalegającej na tylnej kanapie.


- Anna - przedstawiła się do kompletu, wyciągając rękę w uniwersalnym geście powitania. Potem poszło już gładko. Wiedziała gdzie jest Salisbury, sama tam zmierzała śmiejąc się, że w tej okolicy ciężko o jakąkolwiek inną ostoję cywilizacji. Zostawały bagna, lasy, moczary i stare, sypiące się w oczach drogi, upstrzone zalegającymi na poboczach wrakami, podobnymi starym, rdzewiejącym liszajom.

Nie rozmawiali dużo, mężczyznę szybko zmogło zmęczenie długą trasą, której większość pokonał na piechotę. Ukołysany elektrycznym ciepłem buchającym z grzejnika przy desce rozdzielczej i miarowym kołysaniem fury, do kompletu z popierdywaniem silnika, usnął jak dziecko na fotelu pasażera, okrywszy się wcześniej podarowanym kocem. Kocur zaległ na bagażach z tyłu, mrucząc z czystego szczęścia. O dziwo tym razem nic mu się nie śniło, pewnie był zbyt wyczerpany aby mózg miał siłę fundować mu flash-backi i koszmary… a może miała z tym coś wspólnego cicha, kojąca melodia, nucona przez jego przypadkową towarzyszkę.

Grunt, że czuł się wypoczęty na tyle, na ile pozwalało przekimanie się na siedząco w jadącym aucie.
- Nie no, nie wyrobię - brunetka odezwała się drugi raz, uderzając ze złością w kierownicę. Zerkała kątem oka na pasażera, sprawdzając czy się obudził, a widząc że otworzył oczy, sapnęła krótko - Robimy postój. Za kwadrans będziemy na miejscu… ale nie dam rady. Zaraz się posikam - pokręciła głową, zjeżdżając na zamglone pobocze. Zatrzymała samochód, po chwili wyłączyła silnik i zapanowała głucha, przytłaczająca cisza.



Pan był jego pasterzem, nie brakowało mu niczego. Pozwalał mu leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadził go nad wody, gdzie mógł odpocząć… choć na chwilę, nim znów weźmie w spracowane dłonie kij i strzelbę, a potem ruszy przed siebie. Tam, gdzie wiodła go boska wola. Nie było wszak spokoju dla wiernych sług bożych, nie w świecie, gdzie zamordyzm i grzech rozpleniły się na podobieństwo trującego bluszczu, oplatającego zaborczymi pędami ludzkie serca. Wojna zmieniła Ziemię w wypaloną, szkaradną skorupę, pełną pokręconych tworów kształtem tylko przypominających istoty ludzkie, pod spodem zaś niosących zgniliznę i zniszczenie.

Piąty znał ich aż za dobrze - diabły o twarzach gładkich, przyjemnych dla oka i o duszach równie czarnych, co pozbawiona światła gwiazd zimowa noc. Dziś jednak, tego ranka mógł odpocząć, przynajmniej chwilę. Parę minut poświęcić na kontemplacje i modlitwę wiedząc, że nie musi się obawiać zasadzki, ani zdradzieckiego ataku zza pleców. Nie gdy kątem oka dostrzegał kręcącą się poza zrujnowana stodołą Pereirę - jego dar od Boga na tę konkretną podróż.

To ona znalazła im lokum na noc, ciągnąc ostatkiem sił, byle dalej przed siebie i do celu. Stara, opuszczona stodoła o dziurawych ścianach nie wyglądała za szczególnie, lecz zeszłej nocy, gdy chłostani wichrem i lodowatą ulewą wreszcie przekroczyli wedle słów łowczyni strefę Salisbury, jawiła się niczym ziszczenie najskrytszych marzeń: suchy, w miarę osłonięty od deszczu teren, pozwalający na rozpalenie ognia, wysuszenie ubrań i przygotowanie ciepłego posiłku, a także noclegu bez strachu o to, że rankiem obudzą się pływając w poburzowej brei aż po czubki nosów.


Co prawda lokum pozostawiało wiele do życzenia, lecz na ich obecną sytuację starczyła aż nadto. Piąty przekonał się o tym otwierając oczy pod wysłużonym, suchym śpiworem, z resztkami snu gryzącymi powieki od wewnątrz. W powietrzu unosił się zapach butwiejącego siana i wilgoci, zmieszany z nikłą wonią zwierzęcego inwentarza, żyjącego tutaj w przeszłości. Pozostały po min stare, pordzewiały wiadra i łańcuchy, wysłużone i spaczone koryta zarośnięte chwastami… oraz kości, zaległe w kącie, zaraz przy czymś, co w chlubnej przeszłości musiało być pługiem.

- Wstałeś już? - Rozmyślania przerwał mu wesoły głos, dobywający się gdzieś z zewnątrz. I dym, ale dobry dym: sosnowy, od ogniska. Było też coś jeszcze - delikatna woń kawy, pobudzająca żołądek do życia. - Świtało trzy godziny temu, ale nie budziłam cię. Musiałeś odpocząć, mamy czas. - przez próg wychyliła się jasnowłosa głowa z przyklejonym do wąskich ust kpiącym uśmieszkiem.


Prowadziła go przez prawie całe Zasrane Stany, aż do celu, który wedle jej słów z wczoraj znajdował się raptem trzy mile od miejsca w którym zatrzymali się na noc. Niby niedaleko, jednak kategorycznie odmówiła dalszej drogi po ciemku, wspominając o okolicznych bagnach i całej masie pokręconych zwierząt, zamieszkujących podmokłe lasy.
- Dopisze nam szczęście za dwie godziny będziemy juz w Salisbury, odstawię cię na rynek. Tam cię pokierują - posłała mu zachęcające kiwniecie dłonią, znikając za progiem.
- Pospiesz się, w tej przeklętej mgle kiepsko widać… ale przynajmniej już nie leje - westchnęła, a on musiał przyznać jej rację. Poza w miarę suchą, bezpieczna strefą wyznaczaną przez zdezelowane dechy, świat spowijał mlecznobiały, gęsty opar, wiszący w powietrzu jak wypruta z pluszaka wata.


Lubiła takie poranki - ciche i samotne, gdy nie padało jej na głowę, ani nikt nie próbował jej zabić. Poranki, które witała zawinięta w śpiwór i koc gdzieś w pokoju pozostałym po starym świecie sprzed wybuchu bomb, teraz zapuszczonym i zniszczonym, ale posiadającym wciąż solidne drzwi które dało się zabarykadować, zyskując pewność, że podczas snu nic nieproszonego nie wpadnie do środka, aby zacząć rozróbę. Mimo tego broń ciągle miała pod ręką, nie była przecież głupia, ani nierozważna, czy nierozsądna. Wiedziała jak poradzić sobie z większością przeciwności losu, a tym których nie mogła wyminąć i jakimś cudem weszły z nią w bezpośredni kontakt, uciekała, gubiąc między sypiącymi się gruzami… jednak nie dziś.


Mdłe, bure światło sączyło się przez okno zaopatrzone w całe szyby - dlatego właśnie wybrała ten konkretny pokój. Miała serdecznie dość deszczu i słoty, a zamknięte pomieszczenie dawnego hotelu dawało ten komfort, że prócz zaduchu było też suche. Żadnych dziur w dachu, zbędnego robactwa. Kaloryfery co prawda stanowiły tylko skorodowaną dekorację, lecz ważniejsze wydawało się odcięcie od świata zewnętrznego chociaż na te parę godzin, dzięki którym zmrużyła oko, odsypiając szaleństwa ostatnich tygodni.

Z resztkami snu wciąż otępiającymi zmysły, zebrała się z podłogi, powoli biorąc się za rozpalanie ognia. Drewno naniosła poprzedniego wieczora, dzięki czemu jasne, wesołe ogniki szybko zatańczyły na suchych szczapach, na których wylądował wysłużony czajnik.


Co prawda musiała uchylić okno aby dym miał którędy uciekać, lecz na zewnątrz temperatura wydawała się nie aż tak tragiczna. Angel z ulgą powitała koniec ulewy w końcu ile mogło lać? Teraz co prawda okolicę zasnuwał całun gęstej niczym mleko mgły… no ale nie padało. Miała serdecznie dość deszczu, wody, bagien i błota. Niestety wiedziała, że w Salisbury nie spotka niczego innego, ale musiała tam iść. Już niedużo zostało. Z tego co zdążyła się zorientować nim zapadł całkowity zmrok, znajdowała się na obrzeżach Ruin, strefa zamieszkała przez ludzi musiała być nie dalej niż godzina drogi… po śniadaniu.
Wciąż miała czas, choć nie tak dużo, jakby sobie tego życzyła.



W swoim życiu Bennet przerabiał już wiele najróżniejszych poranków, ale tego nie mógł zaliczyć do tych udanych, o nie. Sam nie wiedział co go obudziło - ból głowy, suchość w ustach, czy odgłosy chrapania, dobiegające gdzieś z boku. Otworzył jedno oko i zaraz tego pożałował. Jasne światło postawionej na stoliku lampki zaatakowało źrenicę, wbijając się szpilą aż do mózgu. Miał ochotę zakląć, ale z jego gardła wydobył się tylko ochrypły jęk od którego zabolały go zęby.

Poruszył ręką i natrafił na coś włochatego. Całą siłą woli zmusił się, aby spojrzeć do dołu, a rozmywający sie obraz nie ułatwiał zadania, ale udało sie, chociaż chwilę zajęło zanim zorientował sie co widzi i gdzie się znajduje. Pamięć wracała opornie, przebijając się przez resztki alkoholowego otępienia.

- Mmmm… mm… - usłyszał jęk, choć nie swój. Włochate coś poruszyło się nieznacznie. Głowa. Głowa Alishii spoczywająca na jego brzuchu. Leżeli na starym wyrze, a zewsząd atakowała ich woń przetrawionego alkoholu i piwnicznego zaduchu, wymieszanego z wątłymi resztkami sinego dymu, dobywającego się ze stojącego w rogu, starego paleniska.
No tak… dojechali do Salisbury w komplecie, chociaż bryka padła im ze dwieście metrów przed miasteczkiem… nie. Nie przed miasteczkiem. Do miasta mieli jeszcze kawałek, ale słysząc rzężenie silnika, Greg pokierował ich bocznymi drogami wśród rachitycznego młodnika, aż dojechali do niepozornej klapy, ukrytej w gąszczu starych, skarłowaciałych jałowców.


Odgarnęli maskujące gałęzie i załomotali w kalpę, by po paru minutach powitała ich paskudna gęba gospodarza. Najpierw gapił się na nich, jakby miał ich ochotę zagryźć własnymi zębami, ale potem najwyraźniej rozpoznał jednookiego i sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Wyściskali się najpierw z Bakerem, potem porwał w objęcia Carlyle na co ta zareagowała głośnym śmiechem. Tony’emu podał rękę, potrząsając nią energicznie, potem poklepał go po ramieniu i zaprosił cała trójkę na dół, do swojego królestwa.
Usadził gości przy kulawym stole, rozlał do pękatych kieliszków jasnozłotego trunku… no i się zaczęło.

Baker ostrzegał go, że musi pić, bo stary zjeb nie ufa nikomu, kto nie potrafi wywalić z nim butelki “Dzwoneczka” i potem wstać od stołu. Jak sie okazałało żadnemu z czwórki ludzi ta sztuka się nie udała, co gospodarz powitał gromkim, rozbawionym śmiechem.
Pozwolił im jednak zostać, wyciągnął karty, zagrychę i noc minęła na opowieściach, choć Bennet nie za bardzo pamiętał o czym gadali. Ani jak znalazł się w łóżku, z Alishią cicho dogorywającą tuż obok.

Chrapanie drapiące mózg nagle sie urwało, zmieniając w głośne, przykuwające uwagę mlaskanie. Przez opary kaca zwiadowca zobaczył rozwalonego na fotelu jednookiego, równie przytomnego co on przed chwilą. Jednak nie wszyscy zdychali.

Kotara z boku pomieszczenia zafalowała, wpuszczając do środka ich gospodarza. Patta, jak się wczoraj przedstawił. Greg dodał “Bimbrownik”, co wyjaśniało skąd u licha w pomieszczeniu zaraz przy drabinie wzięła się skomplikowana aparatura do pędzenia trunków wszelakich.


- Żyjesz, nieźle - wyszczerzył pobliźnioną fizjonomię, przez co paskudne szramy na jego twarzy rozciągnęły się, odbierając mu resztki posiadanego uroku. Był wysoki, barczysty i coś w jego ruchach przywodziło na myśl że w razie potrzeby zamiast butelki, mógłby bez większych problemów spacyfikować natręta pięścią lub butem. Teraz jednak zamiast lagi albo noża lub flaszki, trzymał w łapie kubek od którego rozchodziła się kwaśna, ogórkowa woń.
- Już rano, czas podnieść dupę - powiedział cicho i podał mu kubek. - Daj im pospać, a skoro nie śpisz, pomożesz z żarciem - wskazał kciukiem na kotarę i odwrócił się w jej stronę.

 
__________________
A God Damn Rat Pack

Everyone will come to my funeral,
To make sure that I stay dead.

Ostatnio edytowane przez Zombianna : 11-03-2018 o 14:45.
Czarna jest offline  
Stary 19-03-2018, 22:37   #17
 
Driada's Avatar
 
Reputacja: 43038 Driada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputację
Może i świat zakończył się dwie dekady temu, ale nie zwalniało to od ominięcia porannej kawy. Coś z kultury i cywilizacji musiało pozostać w tych, którzy przeżyli koszmar spadających bomb. Proste, małe przyjemności, dzielone z ciszą bez śladu obecności drugiego człowieka, psującej idealną magię poranka pośrodku Ruin - pustych, skorodowanych i sypiących się praktycznie w oczach, a co się nie sypało gniło w najlepsze albo porastało przeróżną zieleniną. Trawa, mech, młode drzewka równie cienkie co ludzki palec - krok po kroku natura odzyskiwała to, co kilkadziesiąt lat temu wydarła jej chciwa ręka człowieka.
Co prawda Angel spodziewała się świtu spod znaku dalszej ulewy, ale to co zobaczyła za oknem podobało się jej w równym stopniu co aura dnia poprzedniego, z tym, że teraz zamiast wysysającego ciepło deszczu za oknem widziała gęstą, ograniczającą widoczność mgłę - pechowa sprawa jeżeli podróżowało się samotnie bo obcym, nieznanym i groźnym terenie.

Na szczęście nie wszystko szło jak po grudzie. Zeszłej nocy Hill prawie straciła nadzieję na znalezienie bezpiecznego miejsca na nocleg, jednak się udało. Fortuna uśmiechnęła się do niej, pozwalając tuż przed wczesnym zmierzchem napatoczyć się na zardzewiałą i zniszczoną tablicę, wbitą krzywo przed piętrowym, opuszczonym budynkiem.
Czas i pogoda zatarły część liter, inne odpadły, zostawiając po sobie resztki kabli - na ich widok twarz rudej kobiety przeciął uśmiechopodobny skurcz. Znała ten rodzaj złomu, za dawnych, dobrych czasów rozświetlający noc jasnym światłem neonu. Lubiła neony, jak chyba każdy z Vegas.
Pojawienie neonowego trupa wzięła za dobrą monetę. Obeszła budynek ostrożnie. Z zewnątrz widziała ten jeden konkretny pokój. Rzucał się w oczy podejrzanie całymi szybami gwarantującymi osłonę od wiatru, deszczu i komarów. Przynajmniej na jedną noc… to było wczoraj.

Dziś Hill powitała dzień zawinięta w koc i siedząca na rozpadającym się biurku przy oknie, pozwalającym dzięki grubej ścianie i cieniowi ukryć sylwetkę przed wścibskim okiem z zewnątrz. Popijała parującą kawę z metalowego kubka i jadła niespiesznie śniadanie, wygrzebane z topniejących zapasów. Parę sucharów, coś mięsnego z domowej konserwy w słoiku. Gryzła ospale i łykała jak automat, a kofeina powoli przeganiała senne otępienie, przywracając myślom prawidłowy tor i kierunek.
Gdyby nie wcześnie zapadający zmrok i trudne do przebycia podmokłe bagniska, pewnie już dotarłaby na miejsce… ale co dalej? Tego przyjdzie jej dowiedzieć się, gdy odnajdzie pierwszą wskazówkę.

Nucąc cicho pod nosem dokończyła jedzenie, zwinęła obóz i po krótkiej walce odsunęła barykadującą drzwi szafkę, wychodząc ostrożnie na korytarz. Najpierw poświęciła dobrą minutę aby posłuchać odgłosów z korytarza i dalej, nic jednak niepokojącego nie usłyszała. Za oknem grube krople wilgoci kapały z krawędzi dachu, wiatr hulał w opuszczonych, dziurawych murach i szumiały korony pobliskich drzew. Żadnych kroków, żadnych krzyków ani szczekania albo syczenia czy warczenia. Mogła spodziewać się wszystkiego, w końcu przebywała w Ruinach. Wyszła z pokoju ostrożnie, na palcach, skradając się korytarzem aż do schodów. Pokój noclegowy znajdował się na trzecim piętrze - daleko od gruntu, w połowie budynku przez co teoretycznie odpadała szansa na atak z dachu, ale i tak…

Wypadało zachować ostrożność, nie znajdowała się już w Vegas, tylko w dzikim, obcym i nieprzyjaznym terenie, pełnym osypujących się gruzów, przegniłych podłóg pełnych ostrych, skorodowanych zębów starych prętów zbrojeniowych, równie przyjaznych nieosłoniętemu pancerzem ciału, co upadek na stare, pordzewiałe grabie - to i to pozostawiłoby w miękkich tkankach głębokie, krwawe oraz z automatu zakażone dziury. Dlatego szła ostrożnie, uważnie badając co ma pod nogami. Zeszłej nocy się udało - weszła na piętro bez żadnych wypadków. Droga w dół również wydawała się w miarę prosta i co najważniejsze - tym razem popękane mury wpuszczały więcej światła, niż wątły słup blasku latarki, liżący mury te kilka godzin temu, gdy z gnatem w dłoni wdrapywała się drogą odwrotną niż teraz.
Coś się jednak zmieniło - wyczuwała to w przesyconym wilgocią powietrzu. Cisza wydawała się jej przytłaczająca, drapiąca i iluzoryczna, jakby miała być raptem fasadą skrywającą czające się na wyciągnięcie ręki zagrożenie.
Starą klatkę schodową zastała dokładnie w tym samym miejscu co poprzednio, co raczej nie stanowiło niczego niezwykłego. Grzej, gdyby tam jej nie było… no ale tym razem pamięć i rzadka w budynku mgła nie spłatały jej tego figla. Obłażące liszaje farby, resztki naniesionego czasem próchna oraz piachu, a także ślady dewastacji kłujące oczy raczej nie zachęcały do bliższego zapoznania z terenem.
Było jeszcze uporczywe wrażenie, że nie jest sama. Ledwo wyszła na pusty i cichy korytarz już tam czekało, gotowe postawić ostrzegawczo włoski na przedramionach.

Co jak co, ale Hill nauczyła się ufać przeczuciom, tak samo jak przesądom. Wierzyła w Fortunę, Los i masę rzeczy, przy wspominaniu których zwykle słuchacz zaczynał pukać się palcem w skroń, jasno pokazując na co to mówiący powinien się leczyć, o ile nie było jeszcze za późno. Przede wszystkim zaś wierzyła sobie i swojej paranoi. Może chodziło o coś wiszącego w powietrzu, albo hałas zarejestrowany samym krańcem mózgu. Jeżeli do tej pory szła ostrożnie, teraz z premedytacją zaczęła się skradać, chcąc jak najprędzej i najbezpieczniej opuścić teren, a najlepiej znaleźć się tam gdzie cywilizacja i ludzie.

Dotarła do połowy schodów. Zmurszałe deski skrzypiały lekko pod jej ciężarem, ale słabe dźwięki tonęły w odgłosach zza okna - szumie drzew i kapaniu wody. Przekradała się pod ścianą niczym cień, aż nagle gdzieś z oddali doszło ją nawoływanie. Wpierw wzięła je za krzyk jakiegoś ptaka, ale szybko się zmitygowała. To był ludzki głos, zniekształcony przez mgłę, labirynt korytarzy i odległość. Dobiegał gdzieś spoza budynku, tak się jej wydawało.
A może było to tylko złudzenie?

Ludzie w Ruinach niby nic niezwykłego, biorąc pod uwagę jak blisko miasta się znajdowała. Mogła się natknąć na kogoś, kto tak jak ona, przez ulewę opóźnił drogę i utknął na noc jeszcze w opuszczonej strefie. Albo miała w okolicy grube bandytów albo podobnego ścierwa, żerującego na życiu i majątku podróżnych… tylko kurwa mać Hill nie szła drogą, ani nawet żadnym normalnym szlakiem. Nie miała też ochoty poznawać odpowiedzi na pytanie kto i dlaczego szwenda się po tym zamglonym zadupiu parę kwadransów po świcie. Kiepska widoczność w tym wypadku działała na jej korzyść. Dobrze pójdzie, a przemknie się bokiem. Niezauważona. Gdyby jeszcze główne wejście nie wyłaziło na płaski i pusty parking.
Kobieta westchnęła zrezygnowana, odkładając na bok myśli że tak cudownie zaczęty poranek musiał się spieprzyć. Los lubił się odwracać.
Doszła do pierwszego piętra i zamiast iść niżej, skierowała się prosto korytarzem w kierunku w którym wydawało się jej, że nadrabia odległość od nawoływania. Gdzieś tam musiała być druga klatka schodowa i wyjście mniej przypałowe niż to główne.

Przemyślała plan, wprowadziła modyfikacje i zaczęła go realizować. Trzeszczące próchnem schody zmieniła na zasypany gruzem i roślinnymi resztkami korytarz. tutaj warstwa próchnicy działa na jej korzyść - tłumiła kroki dzięki czemu kobieta z Vegas mogła przyspieszyć odrobinę nie bojąc się o wykrycie. Przeparadowała przez całą długość korytarza mijając po drodze śmiejące się szyderczo otwory dawnych drzwi - niektóre wciąż miały framugi, inne zabito dechami na głucho, a inne wyglądały jakby ktoś wyrwał całe skrzydła razem z ościeżnicami.

Kolory też się zmieniły. Z odrapanego piasku podobnego do tego z jej pustyni, Hill weszła w rejony, gdzie ściany pociągnięto obrzydliwą i złuszczoną, olejną farbą barwy ciemnego hebanu. Najwidoczniej wyszła z dawnej części reprezentacyjnej do tej przeznaczonej dla personelu, co samo w sobie nie było istotne gdyby nie fakt, że między dziurami od pokoi w końcu znalazła zejście na dół. Widziała nawet światło tam na dole… lecz nie tylko je.
Ciemna, humanoidalna sylweta w pierwszej chwili wyglądała jak złudzenie. Bujała się lekko na boki i chyba węszyła, bo Hill usłyszała charakterystyczne odgłos wciągania powietrza, niepokojąco przywodzący na myśl polujące zwierzę.

Wystarczył jeden rzut oka, aby ją zastopować, a plecy na powrót przygiąć do ziemi. Opadła w kucki i bardzo powoli sięgnęła do kieszeni, wyjmując z niej niewielkie lusterko. Położyła je na ziemi ustawiając tak, żeby móc widzieć zza winkla co dzieje się na schodach. Jedno zejście, jeden… miała nadzieję, że jeden przeciwnik. To były Ruiny, mogło tu kryć się wiele dziwnego gówna, a Angel nie miała najmniejszej ochoty aby się z nim zaprzyjaźniać bliżej.
Wycofała się za załom czując jak ciężkie krople potu zbierają się jej na skroni. To wąchanie też się jej nie podobało, pewnie miała tam na dole pieprzonego mutanta… akurat teraz. Fortuna bywała złośliwa.

Miała farta, nie zauważył jej gdy najpierw stawiała gambel na schodach, a potem wracała za załom. Wciąż węszył, posykując pod nosem, a kobieta w lusterku widziała jak obija się od ścianę, idą wgłąb korytarza. Zatrzymał się na progu klatki schodowej i stał niezdecydowany, pojękując nieartykułowane dźwięki. Czas niestety rudej się kończył. Od strony skąd przyszła doszło ją ciche szurnięcie - jeszcze dalekie ale chyba ktoś szedł ze strony skąd przyszła. Miała do wyboru albo próbować przebić się górą, albo znaleźć bezpieczną drogę na zewnątrz. Albo coś wymyślić, byle szybko.

Wzięli ją w dwa ognie, zaszli z dwóch stron… albo sama się przyblokowała. Nie było sensu iść gdziekolwiek wyżej. Wyjdzie tędy i to bez zwlekania! I przede wszystkim bez hałasu. Hałas był wrogiem w Ruinach - ściągał niepotrzebną uwagę. Dlatego wybrała zamiast broni palnej nóż - porządny, o węglowym ostrzu i trochę topornej rękojeści. Wyjęła go z pochwy przy udzie, a potem wstała, przyklejając się plecami do ściany i cały czas obserwując schody przez lusterko, zagwizdała cicho.

W ciszy opuszczonych Ruin gwizd wydawał się nienaturalnie głośny, choć przecież Angel nie nadała mu przecież specjalnie natarczywego, czy raniącego uszy brzmienia… ale zadziałał. Zwrócił uwagę tego, co czaiło się na dole. Istota zastygła, przekrzywiła głowę, klekocząc coś pod nosem, a potem obróciła się i pędem rzuciła się na schody.
Była tak piekielnie szybka!
Ludzki wzrok ledwo za nią nadążał, tym bardziej ten niewielki wycinek widziany przez lustrzaną taflę. Do syku doszło łomotanie po dechach i zapach - ostry octowy zapach który stwór chyba wydzielał, a im bliżej był, tym zrobił się mocniejszy, wciskając łzy w kąciki oczy i jeszcze bardziej utrudniając orientację! Ostatnie co widziała w lusterku to moment, gdy stwór skoczył, pokonując ostatnie metry do góry potężnym susem i nim kobieta się zorientowała, był już na górze. Tuż obok przyklejonej do ściany rudowłosej.

Miała mgnienie oka, ten ułamek sekundy aby coś zrobić, nim bestia obróci się i pewnie rozerwie ją na strzępy. Z tej bliskiej odległości widziała wyraźniej niż by sobie życzyła długie, zakrzywione pazury nienaturalnie długich ramion i dziwną plątaninę sierści i łusek, porastającą korpus. Pieprzony mutant… strach było pomyśleć co ma za paznokciami i jakie choroby przenosi. to jak śmierdział dawało dobrą podstawę pod wszelkie czarnowidztwo.
Musiała działać! Dorwać go pierwsza i ograniczyć kontakt do minimum.
Przełknęła strach i z nożem w garści skoczyła na wroga, biorąc solidny zamach. Celowała w miejsce gdzie był kark. Zwykle to wystarczyło, jeśli ostrze nie ześlizgnęło się po kręgosłupie… jeśli tak się stanie miała przesrane.

Ruch, napięcie i desperacki zryw do przodu, a potem szarpnięcie z jakim dwa ciała zderzyły się ze sobą w walce o prawo do życia. Kobiecie się udało, zaatakowała nim przeciwnik zdążył się zebrać po skoku na piętro. Stracił te dwie sekundy potrzebne na wyprostowanie kończyn i rozejrzenie się skąd dochodził dziwny gwizd… i to go zgubiło.

Obrócił się w stronę Hill akurat gdy ostrze jej noże wbiło mu się w podstawę czaszki, chrobocząc po kościach i przecinając rdzeń kręgowy. Na ręce kobiety chlusnęła cuchnąca, ciemnobura posoka, kwaśny zapach się nasilił. Wraz z nim pojawiło się pieczenie, gdy jucha przesiąkła przez rękawiczki i dotarła do skóry. W tym czasie zwłoki padły ciężko na podłogę, obryzgując jeszcze i kopiąc podłogę piętami. Zakrzywione szpony darły brudne gruzy, bezskutecznie próbując złapać coś, co pozwoli im utrzymać się przy życiu… na próżno.

Walka nie zajęła więcej niż pięć sekund, narobiła za to hałasu. Upadek zwłok poniósł się echem po korytarzu i klatce schodowej. Nim przeminął, do uszu Hill doszły skrzeki gdzieś z piętra, a z boku tupot biegnących nóg.

Bydle miało kwasową juchę! Klnąc szpetnie kobieta ściągnęła rękawiczki i rzuciła je na ziemię, wycierając zaraz ręce o spodnie żeby pozbyć się pieczenia. Na razie musiało wystarczyć, nie było czasu na dokładną toaletę. Ani na dokładne przyjrzenie się przeciwnikowi. Z nożem w garści porwała lusterko z podłogi, nie bawiąc się już w zachowanie ciszy. Narobiła tyle rabanu, że obudziłaby umarłego i wyglądało, że zainteresowała sobą okolicę.
Zostawało ewakuować się natychmiast i jak najdalej, co też zrobiła, ruszając na dół. Zeskakiwała po trzy stopnie, gnając na złamanie karku prosto przed siebie - tam gdzie oświetlony mdłym światłem poranka otwór drzwi. Krew dudniła jej w uszach, w ustach czuła ten nieprzyjemnie kwaśny posmak obcej juchy. Ręce piekły, na skronie wstąpiły drobne krople potu, a skóra pobladła. Nie znosiła się bać. Strach odbierał zdrowy rozsądek i umiejętność trzeźwego osądu sytuacji.

Pospieszne kroki za plecami zbliżały się, do tego słyszała nawoływania - te ludzie i drugie, bardziej zwierzęce. Powietrze przeszył suchy warkot automatycznej broni. Trzy szybkie strzały gdzieś z wnętrza budynku który właśnie opuszczała. Wojskowe buty zachrzęściły o stare deski, gdy zeskakiwała z ostatnich stopni. Wtedy to usłyszała.
Byli przed nią!
Jeszcze za progiem, ale ktoś biegł i to szybko, kierując się prosto na nią!
Miała za daleko aby wrócić, po bokach nie widziała żadnych korytarzy w jakich dałaby radę zgubić pościg, a syk za plecami nasilał się.

- Szlag! - Hill syknęła pod nosem, nerwowo skacząc oczami po okolicy. Wpadła w pułapkę. Nie zdąży wspiąć się na górę i nie chciała tego! Natknąć się na następnego mutanta z kwasem zamiast krwi. Powrót odpadał, pójście do przodu też. Zerknęła do góry i sapnęła. Nad drzwiami wystawały stare pręty zbrojeniowe, powinny dać radę utrzymać ciężar człowieka. Jeśli jeszcze jej nie zobaczyli, mogła ich zaskoczyć. Zrzuciła plecak na środek korytarza, będzie zaczepka dla celu i mniej do dźwigania.

Toboły gruchnęły o zbutwiałą posadzkę, a ona doskoczyła do framugi i wybiła się do góry, chwytając stare pręty. Gruz się osypał, ale konstrukcja wytrzymała. Pospiesznie łapiąc kolejne pręty, wspięła się aż pod niewysoki sufit. Przekręciła się, trzymając jedną ręką kawałek zardzewiałej stali, a drugą nóż. Uspokoiła oddech i słuchała.

Wydawało się jej, że słyszy kroki jednej osoby, biegnącej od strony dworu. Do kroków doszedł urywany oddech, a pięć sekund później w korytarzu pojawiła się czarna lufa karabinu. Wpierw omiotła prawą i lewą stronę korytarza, zaraz za drzwiami. Tam gdzie jeszcze parę sekund temu znajdowała się kobieta o rudych włosach.

Za lufą pojawiły się ręce i przedramiona, a potem ramiona i głowa kogoś w kapturze i czarnej, pseudowojskowej kurtce. Obcy mógł litościwie iść dalej, ale mógł też w każdej chwili spojrzeć po lufie do góry, tam gdzie przyczajona nożowniczka.

- Co do chuja? - usłyszała cichy pomruk z dołu, gdy koleś widocznie zauważył jej bagaż.
Ona jednak nie była tak litościwa, ani nie zamierzała marnować okazji.

Skoczyła ledwo zyskała szansę. Szybko, bez cienia wahania. Wyćwiczone w boju ciało powtórzyło wyuczone w zaułkach Miasta Neonów ruchy. Tam mógł przetrwać tylko ten najsprytniejszy i najszybszy. Teraz przydał się ten drugi atrybut.
Śmierć ponoć przychodziła w ciszy i niespodziewanie - w tym były podobne. Mityczna Kostucha i Angel, spadająca bez jednego szmeru prosto w dół.
Cel musiał wyczuć ruch gdzieś za plecami, bo zaczął się odwracać, ale było już za późno.

Siła pędu i ciężaru przewróciła ich oboje. Mężczyzna, bo to był mężczyzna upadł brzuchem na ziemię, ale nie krzyczał. Charczał agonalnie z ostrzem tkwiącym w krtani. Śmiertelny cios przeciął arterie, uwalniając fale szkarłatu na zabójczą stal i dłoń która ją dzierżyła.

Hill czuła jak umierającym targają konwulsyjne drgawki, jak z każdym uderzeniem serca wypływa z niego życie. Jak nogi kopią podłogę, a palce drą bruzdy w spróchniałych deskach. Chciała wyciągnąć broń i iść dalej. Szarpnęła… i nic. Zaklinowała się, za nic mając siłę perswazji. Mogłaby ją uwolnić, tylko potrzebowała czasu, a on zdawał się właśnie skończyć. Na piętrze prócz łupiącego galopu i sapania dało się już słyszeć warczenie, strzały na zewnątrz budynku też się zbliżały.

Lubiła ten nóż, bardzo go lubiła… ale nie tak jak własne życie. Z obrzydzeniem puściła rękojeść starając się nie patrzeć na uwalane krwią łapy.
Złapała plecak i czym prędzej wybiegła na zalany bladym mglistym światłem świat. Gnała ile sił w mięśniach, zostawiając za sobą hotel, syki i wystrzały. Szybko zagłębiła się w mlecznym oparze, schodząc z oczu potencjalnym obserwatorom. Chyba słyszała jak ktoś woła z jednego z okien, trzy metry dalej powietrze jakieś dwa metry od niej przecięła ołowiana kropla, trafiając w rozmokłą ziemię.

Kobieta skręciła w bok i biegła dalej, aż znalazła osłonę za walącą się stróżówką. Nie zatrzymywała się, pędziła dalej póki starczyło oddechu w coraz mocniej palących płucach.
Miała nie zabijać… obiecywała to sobie jeszcze tydzień temu. Że nigdy więcej, nikogo… kto na to nie zasłużył.
Tak się starła, a wyszło jak zwykle.

Pędziła przed siebie, klucząc między ruinami i coraz bardziej oddalając się od przeklętego hotelu, gdzieś gdzie powinno być Salisbury. Już nie daleko...
Mogło pójść gorzej, ale i tak w głowie słyszała wciąż to samo szydercze rzężenie zdychającego, starego skurwysyna.
“Jesteś słaba, Hill. Zawsze taka będziesz”
 

Ostatnio edytowane przez Driada : 19-03-2018 o 23:39.
Driada jest offline  
Stary 24-03-2018, 11:48   #18
 
Aiko's Avatar
 
Reputacja: 43825 Aiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputację
Zaczynała mieć coraz większe wątpliwości, czy młody poszedł drogą. Powinno być cokolwiek. Jeśli na tym błocku znalazła ślady, która dreptała sobie tędy pół godziny temu, to powinna zobaczyć jakikolwiek ślad tego chłopaka. Z każdym krokiem drażniło ją to coraz bardziej. Co jeśli poszedł w las? Jeśli spotkał się z tamtą bestią.


Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk strzałów. Dużo broni… to musiała być druga ekipa chyba, że po lesie pałętał się jakiś inny oddział.
- Idziecie? - Charlie spojrzała zaskoczona, na stojącego przy krawędzi lasu mężczyznę. - A ty myślisz, że gdzie się wybierasz?

Pozostała grupka nad wyraz chętnie podreptała tam gdzie szwendaczka, otaczając ją półokręgiem z frontem wolnym od strony Nowojorczyka. Ten splunął w błoto, podnosząc wzrok aby spojrzeć Charlie w oczy. Wyglądał na wściekłego i zaniepokojonego, z przewagą wściekłości która mobilizowała ciało przygotowując je na nadchodzący wysiłek.
- Zgadnij - warknął przez zęby, pachnięciem broni wskazując na drogę tonącą we mgle - Doprowadź ich gdzie trzeba, macie broń. Tropisz, poznasz zagrożenie zanim spadnie wam na karki. Tyle. - ramię wróciło do tułowia, a on dodał krótkie, zirytowane pytanie - Coś jeszcze?

- A ty co planujesz w ten sposób osiągnąć? - Charlie spojrzała we wskazanym kierunku. - Jesteś pielęgniarką polową, dobrze kamuflującym się szwendaczem czy może żołnierzem, który jest w stanie zabić dowolne bydle tą pukawką? Jeśli żadne z tych to idziesz z nami dalej. Cokolwiek się tam wydarzyło już się skończyło, a ty możesz im ściągnąć na głowę tylko więcej kłopotów. Im, albo nam wszystkim bo wrąbiesz się w coś i będziemy szukać za chwilę nie tylko tego chłopaka ale i ciebie.

Chris przez chwilę znieruchomiał, trawiąc zasłyszane słowa, ale szybko pokręcił głową wracając spojrzeniem na porośnięte lasem pobocze. Spiął się jeszcze bardziej o ile to możliwe, mieląc coś cicho pod nosem.
- Jestem gliną. Pomagamy i chronimy - odpowiedział napiętym głosem, sprawdzając na wszelki wypadek zawartość magazynka. Oględziny musiały wypaść pomyślnie, bo pokiwał ponuro głową - A ty kim jesteś Gąbeczko? Moim sumieniem? Nie mam go, już od dawna. Rób co umiesz, ja idę robić to samo. Moira! - warknął ostrzej, na co siostra Paula wyprostowała się jak uderzona biczem - Pokażesz jej gdzie macie czekać. Nie pojawimy się w przeciągu godziny po was, idźcie do Żyda na złomowisko. Przypomnijcie staremu chujowi dlaczego ciągle tolerujemy jego lewe interesy na opłotkach i że może się to szybko skończyć.

- Tak… jasne, tak. Nie ma sprawy - kobieta wyjąkała potwierdzenie, strzelając oczami po dwójce towarzyszących jej mężczyzn z Paulem na czele.

- Coś ci się pomerdało Lonciku. Zgłosiłam się jako ochotnik i nie przyjmuje poleceń od ciebie. Sama też ocenię po co dokładnie tu jestem. Jeśli zrobisz krok w ten las to idę za tobą. - Charlie uśmiechnęła się całkowicie nie zważając na oburzony ton Chrisa. - Chcesz kogoś chronić to masz kilku ludzi tutaj. Jeśli zamierzasz się bawić w ładowanie w tarapaty, to idę za tobą, a reszta zrobi co uważa.

- Masz jedno zadanie - Podolsky zjeżył się, odwracając się na pięcie i szybkim krokiem pokonał dzielący ich dystans. - Jedno jebane zadanie na które przyjęłaś zlecenie - dowarczał łapiąc ją za brodę i uniósł ją do góry, bynajmniej nie delikatnie. Z bliska widziała dokładnie furię w jego oczach i drgające mięśnie twarzy, unoszące górną wargę jakby miał ochotę kogoś pogryźć. Wyłapała też nieprzychylną ciszę za plecami, a atmosfera w ułamku sekundy nabrała ciężkości wozu wypełnionego kamieniami.

- Mówiłem że spierdoli i nas zostawi - głos Paula rozległ się gdzieś z tyłu, po lewo. Odpowiedział mu pomruk z prawa.


- To tobie się coś pomerdało - tym razem gliniarz nie zwrócił uwagi na jojczenie, zbyt zły aby je rejestrować - Masz robotę: poprowadzić ludzi z punktu a do punktu b. Ja tu jestem na doczepkę, nie miałem zamiaru iść. Ale jestem - syknął krótko, mrużąc oczy - Rób co masz zrobić, nie potrzebuję niańki. Oni tak - ruchem brody pokazał na tłoczących się za plecami szwendaczki ludzi. Nabrał powoli powietrza i dodał już spokojniej - Nie utrudniaj mi roboty.

Charlie spoważniała, tak na serio chyba po raz pierwszy od kiedy oddalili się od śladów.
- Widzę, że nie wiesz jak to działa. Nie ustaliłam stawki, więc nie wzięłam żadnego zlecenia, jestem tu tylko dlatego, że miałam ochotę. - Wpatrywała się w mężczyznę nie wyrywając podbródka z jego dłoni. - Jesteś gliną, chcesz pilnować ludzi, to masz kilku tutaj i to jest twoja robota, a nie bieganie po lesie, w którym możesz się zgubić, połamać sobie nogi, władować się na jakiegoś zwierza lub co gorsza ściągnąć jakieś bydle na głowy ludzi, którzy mogą być ranni. Dotrzemy do Rogatek możemy zostawić tam resztę grupy i wyjść ludziom Bensona naprzeciw.

- Stawkę ustalisz sobie ze Skovem, nie ze mną - powiedział znów tym warczącym głosem ciągle nie puszczając jej brody - A skoro już się podjęłaś roboty, to jej nie spierdol, bo wyjdzie że niepotrzebnie zawracałaś ludziom dupę, udając że można na tobie polegać. Poza tym to je bym musiał cię pilnować w lesie. Nie znasz go, nigdy w nim nie byłaś. Chcesz to odprowadź ich do Rogatek, a potem wróć. Albo wracaj do miasta. Zależy na co masz ochotę - dokończył chłodno.

Charlie prawie parsknęła słysząc, że Loncik miałby jej pilnować. Powinna uważać na delikatne męskie ego tego gliny
- Nie planuję nigdzie wracać i nikomu nie wmawiałam, że można na mnie polegać. Staram się ci tylko wytłumaczyć, że możesz narobić innym kłopotów. Ale nagle te twoje gadanie o patrzeniu na fakty jest bez znaczenia. - Zerknęła na stojącą za nią grupkę. - Weź z sobą chociaż kogoś. Jeśli są ranni to będziecie mogli im pomóc, a kilku osób może nie zaatakuje jakieś zwierze.

- A… a może chodźmy wszyscy? - cichy, niepewny głos Moiry wciął się w dyskusję. Gliniarz momentalnie obrócił się w jej kierunku, przymrużając czujnie oczy. Nie przerwał jednak, pozwalając mówić jej dalej.
- Wtedy nikt nie zostaje. Zobaczymy czy nie potrzebują pomocy i wrócimy na drogę - ośmielona kobieta dokończyła swoje, uciekając wzrokiem gdzieś pod nogi.

Szwendaczka także popatrzyła na Moirę. Nie słuchał jej, może chociaż posłucha swoich ludzi. Powoli powróciła wzrokiem do Loncika.
Tylko był problem. Naprawdę powinni sprawdzić tą trasę przed zmrokiem. To, że Chris musiał się rzucić na pomoc, nie oznaczało, że i ona powinna świrować. Nie wzięła zlecenia, ale chciała pomóc temu dzieciakowi i jego zestresowanej siostrze. Tyle że… nie chciała tracić swojego potencjalnego gospodarza, a on ewidentnie ryzykował.
- Weź z sobą dwie osoby, a ja poprowadzę resztę. - Odezwała się cicho, już spokojnie. Delikatnie sięgnęła do jego dłoni starając się ją oderwać od swojej brody. - Proszę.

Nowojorczyk zrobił krok do tyłu, potem drugi, lustrując grupę ludzi przed sobą. Uważnie przyjrzał się każdemu po kolei i warknął krótko.
- Wilker i Skelton idziecie ze mną. Reszta zostaje z Charlie - wydał krótką dyspozycję, na co dwóch milczących do tej pory, ponurych mężczyzn drgnęło. Popatrzyli na siebie, naradzili spojrzeniami i zaraz ruszyli biegiem za gliniarzem, który najwidoczniej stwierdził że czas na rozmowy się skończył, bo sprintem wyrwał między zasnute mgła drzewa.

Charlie westchnęła ciężko i rozejrzała się po okolicy, dopiero na koniec skupiając wzrok na ekipie, która z nią została.
- A my szukamy dalej. Moira mogłabyś iść ze mną z przodu, skoro znasz trasę? Będę się mogła wtedy skupić na tropieniu.

- Jasne, nie ma sprawy - kobieta zgodziła się bez gadania, podchodząc do szwendaczki i łypiąc na miejsce gdzie zniknęła trójka z ich dotychczasowego pochodu.


- Nie trudź się, nie przemówisz mu do rozumu - mruknęła cicho, wzdychając ciężko - On już dawno się z nim pożegnał, a argumenty o trosce o nasze życia też niewiele dadzą. Nienawidzi nas, każdego po kolei z Salisbury.

- Ruszajmy. - Charlie zwróciła się do całej ekipy i wróciła do przerwanego wypatrywania śladów. Powstrzymała się by nie spojrzeć na drogę, na której zniknęło trzech mężczyzn, jednak zapamiętała to miejsce. Jeśli Lonick i ekipa nie pojawią się przy rogatkach, osobiście się po nich pofatyguje.
- Może jednak jest nadzieja. Na myśl, że waszym coś grozi pognał jak debil w ten las. - Szwendaczka na chwilę oderwała wzrok od drogi by przyjrzeć się idącej obok kobiecie. - Przynajmniej już wiem czemu za nim nie przepadacie.

- Od każdej reguły musi być wyjątek - Moira mruknęła mało pogodnie, równając się z niebieskowłosą w pierwszej linii. Za nimi maszerowała raźno pozostała dwójka Robersonów, pochód zaś zamykał ospowaty koleś ze starą strzelbą.
- Kiedyś, za dzieciaka był w porządku. Włóczył się z nami po okolicy, robił wspólnie głupoty… a potem nagle coś mu odwaliło i wyjechał. Wrócił właśnie taki… a pies z nim i małe pieski - machnęła ręką na zalesione pobocze - Na długo przyjechałaś? - spytała łapiąc się pogodniejszego tematu.

Odrobinę niepokoiło ją, że zostało ich tak niewiele. Piątka osób mogła nie być wystarczajaca do odstraszenia zwierzyny.
- Planowałam wpaść tylko na chwilę. Zobaczyć jak się miewa Meg. - Charlie poprawiła na ramieniu karabinek, upewniając się, że łatwo będzie jej go chwycić. - Pomogę wam na ile dam radę i ruszę pewnie dalej. Mieszkacie tutaj cały czas? - Zerknęła na idących za nimi braci Roberson.

Paul boczył się nadal, pewnie na zachowanie Nowojorczyka. Nie dawał też nie zauważyć otoczeniu jaką ulga dla jego duszy i ciała jest nieobecność nadpobudliwego agresora szarogęszącego się w zasięgu wzroku, albo co gorsza pięści.
- Przyjechaliśmy dwa lata przed wojną, tak przynajmniej mówił ojciec - odpowiedział, bo drugi z braci nadal milczał uparcie, woląc zająć się podziwianiem pobocza, wymiennym z szukaniem zagrożenia tam gdzie zielona ściana lasu.

- Meg jest w porządku, Jules tam samo - Moira włączyła się do dyskusji, a humor odrobinę się jej poprawił - Są z tych, na których można liczyć, szkoda tylko że mieszkają tak daleko od miasta. Czasem… szczególnie w nocy, strach do nich iść jeżeli coś się stanie, bo albo idziesz przy torach, albo przy chacie starego Montgomery’ego. - wzdrygnęła się, poprawiając szalik - Oba równie nieprzyjemne.

- Przy torach straszy - odezwał się wreszcie drugi z braci, a Paul przewrócił teatralnie oczami, czego tamten albo nie zauważył, albo olał z premedytacją - Tam gdzie stary semafor kiedyś wieszano ludzi. - popatrzył na Charlie - Paru skurwysynów zadyndało na samym początku wojny.

- A gdzie teraz nie straszy? - Paul wciął się bratu z wybitnie sceptyczna miną - Albo gdzie teraz nie powinno straszyć? Tu co pół mili ktoś wącha kwiatki od spodu, taki mamy klimat.

- Widziałem nieraz ludzi przy semaforze - jego brat nie wydawał się zbity z tropu - A jak podeszłem bliżej znikali. Na ziemi też nie zostawał żaden ślad.

- Od Patta wracałeś? - Paul spytał z wrednym uśmieszkiem, na co drugi facet sapnął wściekle i już miał coś odpowiedzieć, gdy uprzedziła go siostra.

- Też ich widziałam, to nie żart - mówiła niewiele głośniej od szeptu, skacząc oczami od braci do szwendaczki - Raz spotkałam Petrę, miała ten paskudny żółty płaszcz i szła za mną. Zaczęłam uciekać i nie odwracałam się aż nie dobiegłam do kościoła.

- Żyjecie w ciekawej okolicy. - Charlie starała się skupić na rozglądaniu po okolicy, wyłapując fragmenty dyskusji. Kolejne nazwiska ludzi z lokalnej społeczności wwiercały się jej w pamięć. Odruch po licznych przejazdach w karawanach cholernie ułatwiający odnalezienie się w tym kto za co odpowiada, teraz był zupełnie bez sensu, jednak nie potrafiła tego zatrzymać. Była ciekawa, czy” przy semaforze” rzeczywiście można spotkać duchy. Na ile mogła być to wyobraźnia wspomagana złowieszczym krajobrazem, a na ile coś realnego? A może to byli całkiem żywi ludzie?
- Petra to też jakaś zjawa? - Na wszelki wypadek wolała się upewnić, nim wryje w głowę kolejne nazwisko.

- Kurwa czy wy serio nie możecie znaleźć sobie innego tematu do rozmowy na tej zadupnej szosie i to akurat jak przez mgłę niczego praktycznie nie widać? - brat Paula i Moiry warknął oschle, nie mając chyba zamiaru dalej słuchać o miejscowych legendach.

- Okolica nie jest ciekawa, to po prostu - Moira skrzywiła się, uciekając wzrokiem gdzieś ponad korony drzew - Petra kiedyś u nas mieszkała, w Salisbury…

- Ale nie żyje - Paul rozłożył ramiona przejmując pałeczkę rozmowy - Już będzie parę lat. Wszędzie chodziła w takiej oczojebnej, żarówiastej kapocie. Kanarkowej… no żółtej. Było ją widać z dwóch mil. - prychnął weselej. - Co tak się wypytujesz Charlie? Nigdy nie słyszałaś żadnej miejscowej legendy na trasie? Każda nora w Zasranych Stanach ma swoje jasne i ciemne strony. W historiach też.

- Słyszałam i to sporo. - Charlie odwróciła głowę by zerknąć na idących za nimi mężczyzn. - To jest najciekawsze w tym całym szwendaniu się po Stanach. Gdzie się nie ruszysz coś ciekawego. Takie historie sprawiają, że chcę iść dalej i zobaczyć więcej. - Szwendaczka skupiła ponownie wzrok na trasie. Były jeszcze koszmary. Cienie siedzące jej na plecach i nie pozwalające zagrzać miejsca, ale o tym nie planowała im opowiadać. Wystarczyło, że w mgle znów zobaczyła tamte sylwetki. Mężczyzn pochylających się nad nią. Zacisnęła dłoń na karabinku i powtórzyła kilka razy w myślach, że to tylko konary drzew. - Jestem ciekawa jakimi legendami żyje to miejsce.

- To skoro jesteś tak obyta i tyle widziałaś opowiedz coś - Paul wreszcie się uśmiechnął, łypiąc z uwagą na kobietę o niebieskich włosach, a rodzeństwo zawtórowało mu potakującymi mruknięciami - Z chęcią usłyszy coś nowego, z dalekich stron… czego nie trzeba odganiać widłami od własnego płotu.

Charlie uśmiechnęła się pod nosem. Nagle poczuła się jak przewodnik w szkolnej wycieczce.
- Nie wiem czy wiecie, ale karawany mają swoje ulubione miejsca na postoje. I nie mówię tu o miejscowościach tylko o konkretnych punktach. - Mówiła powoli starając się nadal bacznie obserwować otoczenie. - Nie łatwo jest zatrzymać kilka, albo nawet kilkanaście pojazdów w jednym miejscu i to jeszcze tak by móc mieć na nie oko. Oczywiście, oprócz tego przydaje się jeszcze dostęp do żarcia i wody. Tak się składa, że bardzo często dobrym miejscem są tereny przedwojennych małych szkół. Na ich boiskach można łatwo zaparkować, a okazuje się, że sporo z nich nadal otaczają nie zniszczone siatki. Jeśli do tego obok boiska jest niewielki budynek, w którym ktoś urządził knajpę, miejscówka robi się niemal idealna.

Wraz z kolejnymi słowami, cienie mężczyzn znikały, a wraz z tym poprawiał się jej nastrój.
- Jednak na południu, jak leci się do Salisbury 85-ką, jest jedna taka miejscówa, którą omija się szerokim łukiem. - Na chwilę oderwała wzrok od drogi by zerknąć na rodzeństwo. - Fajne futbolowe boisko z wysoką siatką, wokół łąki, więc super widoczność, a obok niewielki budyneczek tylko z częściowo zawalonym dachem. I to cudeńko tuż przy trasie. Nic tylko ogarnąć to i założyć tam interes. A jednak mija się to, zatrzymując najlepiej kilka godzin drogi dalej. Legendy mówią, że jeszcze po wojnie odbywały się tam zajęcia. Wiecie niewielka szkółka, czyli kilka dzieciaków i wszechstronna nauczycielka, która miała wizję naprawiania świata. Którejś zimy dach nie wytrzymał i podobno zawalił się idealnie na klasę, w której była lekcja. Wszystkich pogrzebało żywcem. Kogo nie zabił sam dach ten umarł z wyziębienia. Podobno od strony ruinki często dochodzą odgłosy prowadzonej lekcji… muzyki. Jeden z kierowców w karawanie, mówił że gdy raz przeszli się tam, usłyszeli radosny śpiew dzieci i ich nauczycielki. Nigdy nie udało mi się zatrzymać na tyle blisko by pójść i samej sprawdzić. - Zamilkła, ponownie poświęcając całą uwagę trasie i jej najbliższej okolicy.

Opowieść spodobała się miejscowym, Charlie widziała to w ich skupionych twarzach i cichych pomrukach zgody. Kiwali do tego głowami jakby znali podobne przypadki z autopsji, więc żadne z nich nie zareagowało powątpiewaniem. Szwendaczka miała dziwne wrażenie, że wiedzą o co aż za dobrze.

- Petra mieszkała u nas, w miasteczku. Niedaleko kościoła, razem z teściową i mężem. - Paul zaczął temat, wodząc spojrzeniem po tym bliższym poboczu - Pewnego razu chłop jej wybył w trasę z karawanami, a ona została. Dostała brzucha… tak jakoś z rok po tym jak Alex wyjechał. Zaczęły się ploty, obgadywanie i wiadomo.

- Powiesiła się - Moira przyznała bardzo niechętnie, łypiąc na brata ostrzegawczo - Tam na semaforze w tym obrzydliwym płaszczu. Miała taki żółty, kanarkowy. I ciągle w nim chodzi.

- Chyba w twoich pijackich wizjach - brat pozostałej dwójki Robersonów prychnął i splunął w błoto.

- Ta.. to słabe gdy lokalna społeczność cię wyklucza. - Charlie pominęła temat ducha i ewentualnego pijaństwa Robersonów. - Wspomnieliście o większej ilości duchów przy tym semaforze. Myślałam, że też był tu jakiś większy wypadek.

Na dobre pół minuty nastała ciężka, pełna skrępowania cisza, przerywana raptem odgłosem kroków na asfalcie i szumem konarów drzew wysoko ponad ich głowami. Rodzeństwo gapiło się uparcie gdzieś w bok, Moira westchnęła dyskretnie, jej ponury brat wymamrotał coś pod nosem, a następnie splunął pod nogi.
- Mieszkamy przy trasie. Próżno szukać w okolicy innych osad - odezwał się niechętnie, wbijając dłonie w kieszenie kurtki - Różni ludzie do na ściągają, szukając udogodnień cywilizacji podczas wędrówki. Nie zawsze potrafią uszanować nasze zasady i prawo, często myślą, że skoro wpadają na dzień-dwa, mogą robić burdy. W końcu potem wyjadą i tyle ich będzie, nie? Bandyci, dezerterzy, zwykli wariaci. Dziś ciężko o normalnego podróżnego - uśmiechnął się ironicznie, przewracając do kompletu oczami - Niekiedy przyjeżdżają grupami po trzech-czterech, próbują rozrabiać. Spiją się, naćpają i odpala się im świr w głowie.

- Łapią za broń, chcą zaprowadzać własne porządki - Paul wciął mu się w opowieść, wyrównując krok ze szwendaczką - A my tego nie lubimy. Nikt nie lubi gdy wchodzisz mu do domu i zaczynasz przestawiać meble, albo szczać na środek salonu.

- Albo bawią się w gwałty i rabunki - Moira doburczała i przymknęła na moment oczy - Mamy szczęście, że Skov nie lubi chować głowy w piasek. Dwie zimy temu odwiedziła nas grupa z północy. Mieli zatrzymać się na parę dni, z początku szło jak zwykle. Wynajęli pokój w Czapli, pokręcili się po osadzie. Jeden z nich pomógł nawet przy remoncie na komisariacie. Wydawali się… normalni - pomacała się po kieszeni na piersi, wyciągając z niej płaską, srebrzystą piersiówkę. Odkręciła korek i pociągnęła zdrowo, przekazując suwenir bliższemu bratu - Aż pewnej nocy schlali się jak świnie, chyba czegoś nałykali i zaczęli szukać wrażeń.

Paul bardziej niż chętnie przyjął promile, powtarzając ruch siostry. Sapnął gdy skończył pić i ze zdziwieniem spojrzał na metalową flaszeczkę.
- Od Patta - mruknął z aprobatą, na co czarnowłosa kobieta uśmiechnęła się blado. Wziął więc jeszcze jednego łyka, nim wrócił do tematu - Padło na Silverę, nie wiem co biedak im zawinił. Free mówiła, że ścięli się w barze, poszło o głupotę. Tamci zaczynali rzucać się do gości, Frank chciał ich uspokoić. Poszarpali się, potem wyglądało że rozejdzie się po kościach. No ale nie rozeszło… skurwysyny - pokręcił głową, przygryzając do kompletu dolną wargę.

- Rano znaleźliśmy Franka i jego żonę u nich w domu - brunetka dokończyła głucho, patrząc z ukosa jak manierka trafia do ostatniego z rodzeństwa - Zabili ich we śnie, podcięli gardła. Dobrze, że dzieciaki nocowały gdzie indziej, bo ich też by nie oszczędzili. Tamci próbowali uciec, ale ludzie szeryfa dorwali ich parę mil za miastem. Też skończyli na semaforze… i tak jest co jakiś czas. Pojawia się ktoś, kto traktuje to miejsce jak strzelnicę, albo własną piaskownicę.

- Dlatego nie lubimy obcych, bez obrazy - ostatni z Robersonów wyciągnął piersiówkę do Charlie - Są ludzie dla których wojna się nie skończyła.

Charlie przysłuchiwała się tej historii, skrupulatnie odnotowując wszystkie szczegóły. Rzeczywiście mieli tu wesoło. Nie to, że podobnych historii nie dało się usłyszeć w każdej innej osadzie na trasie karawan. Sama doskonale wiedziała na jakich “podróżnych” można trafić. Tyle że to nie wyjaśniało czemu Loncikowi coś przestawiło się w główce. Owszem ludziska tutaj były zabobonne, mieli swojego nawiedzonego klechę, bali się i nie ufali obcym, ale to jeszcze nie powód by spakować manatki i się ulotnić, a przede wszystkim, by stać się takim dupkiem.

Sięgnęła po podaną piersiówkę i powąchała z zaciekawieniem nim upiła łyk. A więc to był wyrób lokalnego bimbrownika Patta. Chyba facet był dosyć popularny wśród lokalnej ludności. W sumie.. One też mógłby sprzedać jej jakieś ciekawostki.
- Rozumiem bycie ostrożnym. - Oddała piersiówkę Moirze.- Ale wiecie jednak większość wędrowców to całkiem spoko ludzie. - Uśmiechnęła się do rodzeństwa i znów skupiła wzrok na szlaku. - Nie powiem żebym podczas wędrówek zawsze miała miło, ale zazwyczaj można od tej bandy otrzymać mega wsparcie i usłyszeć wiele ciekawych rzeczy.

- Albo kulkę w łeb i nieoznakowany grób gdzieś na bezdrożach - Paul rozłożył bezradnie ręce i pokazał gdzieś do przodu - Jeszcze jeden zakręt, jakieś pół mili i będziemy na Rogatkach. Pytanie co dalej? Czekamy? Idziemy sami na Złomowisko? Wracamy do miasta?

- Myślę, że zaczekamy chwilę i rozejrzymy się najwyżej po okolicy Rogatek. - Charlie zerknęła we wskazanym kierunku. - Potem przeszłabym się dalej. Odwlekanie tego tylko pogarsza sytuacje tego chłopaka. Daleko na to Złomowisko?

- Rzut beretem, tam za rogiem. - Moira machnęła bagatelizująco ręką - Nie wypalisz jednego fajka a już będziesz.

- Moglibyśmy wrócić. - Paul wyraził na głos coś, co chyba myślała cała trójka rodzeństwa.

- I nikt się nie dowie, coś wymyślimy - trzeci roberson też temu przytaknął.

Charlie powstrzymała cisnące się na usta przekleństwo. Co za ludzie! Najpierw szalejący Loncik, a teraz banda cykorów. Po co się w ogóle zgłaszać na taki wypad, jak zaraz zamierza się zwiewać?
- Z tego co mówi Moira to już niedaleko. Wiecie… jeśli ten dzieciak tam jest to możemy ocalić mu życie. - Uśmiechnęła się do rodzeństwa, odrywając wzrok od trasy. - Po za tym, będzie bezpieczniej jeśli złapiemy się z resztą ekipy i wrócimy razem.

- Albo trafimy prosto na Wyjca - Paul burknął z czymś pośrednim między pretensją, a złą wróżbą. Brzmiało ponuro, pesimistycznie… i prawie zagłuszyło inny dźwięk.

Trzask gałązki gdzieś na lewym poboczu, całkiem niedaleko, choć mgłą złośliwie wypaczała odległości, więc na dobrą sprawę cholera wiedziała skąd dobiega. Daleko jednak nie było, tego Charlie była pewna, tak samo jak tego, że tylko jej w ucho wpadł ów hałas.

- Moira z lewej. - Szwendaczka skinęła głową w kierunku, z którego dobiegl do niej dźwięk i zdjęła z ramienia karabinek. Zrobiła krok w stronę prawego pobocza, robiąc sobe w razie czego miejsce na reakcję. Czekała na kolejny odgłos. Czy to było coś dużego? Ciężko było do cholery ocenić po jednej złamanej gałązce. W skupieniu wpatrywała się w mgłę.*

Całe wesołe towarzystwo zatrzymało się momentalnie, zamierając w pół kroku. Spięli się zauważalnie, łypiąc z niepokojem na szwendaczkę. Chwycili też broń, ściskając ją z całej siły aż pobielały im kostki dłoni.
- Co to? - czarnowłosa kobieta spytała szeptem, oblizując nagle wyschnięte wargi. Jej bracia reagowali podobnie, chociaż milczeli. Paul zrobił dwa kroki do tyłu, a jego oddech świszczał nienaturalnie głośno w nagłej, napiętej ciszy, zaś ściana lasu pozostawała tak samo tajemnicza jak jeszcze chwilę temu. Mgła snuła się między wilgotnymi pniami i zielonymi chmurami listowia, sącząc się pomiędzy gałęziami i źdźbłami trawy powoli, ospale.
Wydawało się Charlie, czy dostrzegała coś między splotami mlecznego oparu?
Niedaleko, kształt pozostawał zamazany. Był jednak sporych rozmiarów, jeśli wzrok nie płatał jej figla.

Dobre pytanie. Czy mógł być to wyjec? Jeśli tak to czemu nie atakował? Z tego co mówił Chris nie byli dla niego wyzwaniem,a toż powinien być głodny. Chyba że zjadł resztę ekipy, ale trochę podłaził do nich nie z tej strony.
- Jakby co lecimy do rogatek. - Odezwała się szeptem do stojącej obok Moiry, celując w miejsce gdzie zobaczyła cień. Już głośniej zwróciła się do niepokojącego ją kształtu. - Kto tam?

Na dźwięk słów od krzaków doleciało drugie skrzypnięcie łamanej gałązki. Kształt poruszył się zaciekawiony i niepewny, robiąc krok do przodu. Zamarł tam, podobnie jak ludzie na drodze.


Stali tak, badając się wzjemnie przez mgnienie oka - mieszkańcy Salisbury, szwendaczka i jeleń, bo to był jeleń. Młody jeszcze sądząc po rozmiarze, który odbiegał od zwykłej normy rozmiaru przyjętej dla starszych osobników.

Charlie otworzyła szerzej oczy. Poczuła ulgę, ale z drugiej strony… Czemu podszedł tak blisko ludzi? Czy nie powinien zwiać gdy odezwała się głośno? Nie wydawał się być agresywny, więc powinien po prostu dać dyla. Jednak. W sumie super sprawa, jest początek wiosny, brakuje żarcia. Śliczne zwierzę i w ogóle ale byłaby uczta gdyby go zgarnać. Tyle, że…Charlie opuściła lekko broń. Jeśli go kropnie to i tak nie zgarną całości, a do mięsa może zlecieć się bardziej niebezpieczna zwierzyna. No i jeszcze tamci spanikują jak Loncik i będą latać w tą i nazad jak kot z zapaleniem pęcherza.
- Zostawmy go w spokoju. - Odezwała się do towarzyszy na wypadek gdyby mieli jakieś inne pomysły na życie. - Spadaj mały. - Machnęła lekko strzelbą, chcąc przepłoszyć zwierze.
 
Aiko jest teraz online  
Stary 24-03-2018, 20:41   #19
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 24891 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Podróż w samochodzie nie była idealnym wyborem dla niego. Turysta jednak nie mógł narzekać. Lepsze to od przechadzki w deszczu.
Pobudka, a potem słowa:”Zaraz się posikam” brzmiały uroczo na swój sposób.
- Nie ma problemu. Pilnować ci kup…- erka. Brzmiałoby to tak naturalnie, gdyby się nie zaciął. Wiedział, że gdzieś kiedyś mówił te słowa. Komuś. Ale nie tej kobiecie. Ta była… Anna.
- Ty idziesz w krzaczki, niedaleko. Jesteś w moim polu widzenia, ale ukryta wśród… listowia. Tak żebym mógł szybko zareagować w razie… kłopotów.- zaproponował krótko turysta. -Będę stał przy wozie, by albo cię osłaniać podczas odwrotu, albo pobiec z pomocą. Ok?
Uznał że tak powinien powiedzieć. Że taka rola. Pilnować jej bezpieczeństwa. Nie wiedział czemu. Stary nawyk? Staromodna szarmanckość? Naiwna szlachetność?
Nie miało to znaczenia. Turysta był taki po prostu.

Pierwszą reakcją brunetki było ciche parskniecie i uniesienie lewej brwi do pozycji krytycznej. Patrzyła tak dobre dwa uderzenie serca na swojego pasażera, by wreszcie uśmiechnąć się szerzej i kiwnąć głową na znak zgody.
- Dzięki za troskę, obejdzie się bez trzymania za rączkę i gorącego dopingu - mruknęła w pogodnym tonie, wychodząc z auta prosto w mokrą mgłę. Przy takiej pogodzie raczej nie było co liczyć na uchowanie się w stanie suchym, szczególnie jeśli w planach miało się zaliczenie najbliższych krzaków.
- Miej oko na tego złoma i nie odjeżdżaj nigdzie beze mnie - pochyliła się, zaglądając do środka, po czym zwróciła się do rezydenta kanapy - Rozumiesz czarny?

Kocur jakby wiedział że o niego się rozchodzi. Uchylił łaskawie jedno ślepię, zerkając na istotę niższego, ludzkiego rzędu z czymś na kształt przyzwolenia… i na tym jego aktywność się skończyła. W końcu co się miał bez miski wysilać, prawda?

- Powinnam sobie poradzić, ale jeżeli coś zacznie się dziać, zawołam - tym razem Anna zwróciła się bezpośrednio do Turysty i nie czekając na odpowiedź, przebiegła na pobocze, by zniknąć w gęstwinie niskich krzaków.

- Dobra.- stwierdził turysta sięgając po swojego obrzyna. Nie zamierzał czekać z wyciąganiem go, aż coś zacznie się dziać, bo wtedy już mogło być za późno. Siedział więc z bronią w ręku i rozglądał się po okolicy. Problemy wszak mogły nadejść nie tylko z okolic gdzie Anna nawadniała trawkę.

Został sam, o ile nie liczyć sierściucha z tyłu, choć on akurat pozostawał statyczny i cichy, niczym wycięta z onyksu figurka. Nie poruszał ani jednym wąsem i mężczyzna miał dziwne wrażenie, że zwierz jakby nie oddycha.
Pobocze przy jakim się zatrzymali nie wyróżniało się niczym szczególnym na tle tych mijanych od zeszłego dnia. Kawałek zarośniętego trawą i zalanego wodą żwiru, po którym następował pas niższych krzaczorów, zaś nad wszystkim górowały rozłożyste sosny, ocieniając fragment drogi. Z ich igieł skapywały ciężkie krople, spadając na maskę samochodu z cichym, dźwięcznym pluskaniem. Jak na złość nie działo się nic niezwykłego - ot krótki, parominutowy postój gdzieś w okolicach wczesnego poranka… tylko ta mgła.
Miała w sobie coś, co nie pozwalało się do końca wyluzować. Alarmowała pierwotny instynkt, spinający mięśnie jakby przygotowywało się do odparcia ataku, choć nic na niego nie wskazywało. Cisza, gęsta mleczna zawiesina w powietrzu oraz zapas gliwiejącego listowia, błota oraz mokrej, puszczającej wiosenne soki kory.
Turysta nie miał nic przeciwko nudzie… była bezpieczna, przewidywalna, nie wymagała zużywania zasobów. Nie powodowała utraty krwi. Tutaj jednak nuda działała mu na nerwy. Cisza rozpraszana jedynie deszczem i mgła niepokoiła coraz bardziej. Ile jeszcze to potrwa? Ile kobieta mogła sikać? Spuszczenie spodni, kucnięcie… Turysta zaczął powoli odliczać od 15 wstecz, zamierzając zawołać dziewczynę gdy dojdzie do zera.

Niemej wyliczance wtórowały uderzające o blachę krople wody, wybijając werble na kiedyś żółtej powierzchni, teraz zaś wyblakłej, prawie białej. Krzaki gdzie zniknęła kobieta nadal pozostawały nieruchome, na ile nieruchoma mogła pozostać roślina stojąca na wolnym powietrzu.
- Anna! Wszystko ok z tobą?!- wrzasnął turysta głośno wychylając się przez okno i rozglądając za dziewczyną. Skończył na zerze bowiem.

- A co ma nie być ok?! - odpowiedziały krzaki leszczyny kobiecym głosem. Jego właścicielka jednak się nie pojawiła, za to po chwili odkrzyknęła - Dasz mi się załatwić w spokoju, czy będziesz truł co minutę?! Wyjdę jak skończę!
- Dobra dobra…- mruknął wiedząc, że i tak nie usłyszy jego cichych słów. Turysta uspokoił się wiedząc, że właścicielka auta jest cała i zdrowa… i nieco zrzędliwa.

Babska toaleta przeciągała się, albo to jemu czas dłużył się niemiłosiernie, gdy zmuszano go do czekania w miejscu. Minęła jedna minuta, potem druga. Ziąb powoli acz nieubłaganie zaczynał doskwierać mężczyźnie. Zaczęło się od szczypania w policzki, drętwienia paluchów. Potem przyszła kolei na pierwszy dreszcz. Klima przy postoju nie chodziła, więc wilgotne zimno bez przeszkód hulało w i wokół auta, przypominając dobitnie o wczesnej porze roku. Na tej szerokości geograficznej dopiero tydzień-półtora temu stopniały śniegi. Turysta podczas wędrówki napotykał jeszcze doły i zagłębienia pełne białego, mroźnego puchu, a rano wstawał po to, by wpierw przywitać skrzące się diamenty szronu zalegające cienką warstwą na najbliżej okolicy.

Przy którymś z kolei okrążeniu wzrokiem po najbliższych drzewach oraz poboczu, poczuł jak włosy na karku stają mu dęba. Albo mu się wydawało, albo temperatura nagle spadła o parę stopni, atakując kąsającym mrozem odsłonięte fragmenty skóry.
Wpierw dostrzegł ruch, niby nic niezwykłego w tej cholernej mgle - drobne poruszenie wyłapane kątem oka na szklanej powierzchni samochodowego lusterka.


Szła ku niemu, od strony z której przyjechali. Powolnym, pokracznym krokiem, kolebiąc się na boki i przystając co pół metra jakby miała problem z utrzymaniem równowagi. Sylwetka o ludzkich kształtach, wciąż pochłonięta przez mlecznobiały opar skrywający złośliwie detale.
Na ten widok Turysta wysiadł błyskawicznie z wozu wrzasnął głośno.
- Anna, wracaj natychmiast! Możesz nawet zlać się podczas jazdy. Naciągaj gacie na tyłek i zmywamy się stąd!- wrzasnął głośno celując z obrzyna w kierunku sylwetki. Nie nacisnął spustów. Cokolwiek to było… było na szczęście, jeszcze za daleko.

Tym razem krzaki odpowiedziały wyraźnie podejrzliwym i zdenerwowanym głosem.
- Co się dzieje?! - razem z pytaniem uszu Turysty doleciał odgłos szamotaniny z ubraniem, syk suwaków i szczękanie sprzączek.
-Miejscowa fauna idzie do nas… i chyba chce nas zjeść.- Turysta nie wiedział co się dzieje i nie zamierzał się przekonywać. -Pospiesz się!

Ledwo skończył krzyczeć liście na poboczu zafalowały, wypluwając na popękany asfalt figurkę potarganej kobiety, z bluzą pod pacha i plastikowym pudełkiem z dziwnymi obłymi kawałkami waty, przypominającymi pocisk kalibru 5.56.
- Wsiadaj! - nie oglądając się za siebie, ani na boki, dopadła do auta, w pośpiechu grzebiąc kluczykiem w stacyjce - Zamykaj drzwi i okna! Co widziałeś?!
Turysta postąpił zgodnie za jej radą wsiadając po drugiej stronie i zamykając okno próbował wyrazić słowami to co widział.
- Yuki onna.- do głowy przyszło mu te słowa, choć nie bardzo wiedział co one właściwie dokładnie znaczą, gdzie je posłyszał i od kogo -Chodzące zwłoki przynoszące mróz.

- Co do cholery?! - Anna spojrzała na niego jak na wariata, a drobna żyłka zapulsowała jej przy skroni. - Ćpałeś coś czy normalnie nie masz klepek po kolei?! O czym ty bredzisz?! - warknęła, ale nie wyglądało jakby zamierzała zwalniać ruchy. Silnik zacharczał, zasmrodził czarną chmurą z rury wydechowej, zaś zdezelowane autko z piskiem opon wyrwało do przodu, zarzucając kuprem z taką siła, że siedzący na stercie bambetli kocur z głośnym miauknięciem sprzeciwu zleciał na tylną półkę.
- Coś szło w mgle. Coś mroziło powietrze. Coś co wyglądało jak… człowiek, ale szło jak… automat. Było daleko od nas i mam wrażenie, że nie powinniśmy czekać, by przekonać się co to dokładnie było.- turysta ze spokojem przyjął wybuch jej gniewu. Było to zrozumiałe zachowanie, ale nawet ona powinna sobie zdawać sprawę, że pełno jest dziwacznych zagrożeń w okolicy… zagrożeń, które spotykało się raz w życiu. I były zwykle ostatnim w tym życiu widokiem.

- Mróz? - łypnęła na niego podejrzliwie. Równie podejrzliwie popatrzyła przez lusterko na drogę za autem, choć tam prócz mgły nie było niczego niepokojącego. Westchnęła ciężko, rozcierając wolna dłonią wewnętrzne kąciki oczu. Szybko wróciła do patrzenia przez przednia szybę, skupiając uwagę na trasie, co jednak nie przeszkadzało jej mówić:
- Nie czułam mrozu, tylko wilgoć. Mam całe mokre spodnie, ale to przez te chaszcze. Nie znoszę zatrzymywać się za potrzebą w takich warunkach. Pół biedy jak się ma spodnie, a nie… ech - westchnęła ponownie, wypluwając z siebie potok przyspieszonej mowy. Pomogło, wyglądała na odrobinę spokojniejszą - Pięknie… po prostu pięknie - domruczała melancholijnie, kciukami wystukując nerwowy rytm na kierownicy - Bo mało nam tu i bez takich dziwactw problemów… kobieta, mężczyzna? Widziałeś coś więcej? - tym razem spojrzała na niego poważnie - Jesteś absolutnie pewien, że ci się nie przewidziało… ani nie uroiło?
- Nie używam prochów. Czasem piję… ale nie dziś.- stwierdził turysta. Przez chwilę milczał.
- Sylwetka. Kobieca chyba. Mróz było czuć tu w wozie. Ruszyliśmy zanim zdążyła się zbliżyć. Yuki onna. Ktoś… kiedyś… tak nazwał je. W opowieściach.- szkoda że turysta nie pamiętał szczegółów. Potarł czoło dodając z ironicznym uśmiechem.-Zawsze możemy zawrócić i sprawdzić co widziałem. Ale nie polecam tego rozwiązania.

- Ktoś ci bajek naopowiadał o tych yukach - kobieta zaśmiała się dźwięcznie, a reszta napięcia zniknęła z jej mięśni. Usiadła też wygodniej w fotelu, ignorując syczącego gdzieś na tylnej półce kocura -Mówiłam ci, to zdradliwy teren. Niebezpiecznie tu podróżować samemu… i nie, nie będziemy sprawdzać. Nie musimy - wzruszyła lewym barkiem, posyłając pasażerowi krótkie, enigmatyczne spojrzenie - To nie żadna yuka… jakaś tam. To trująca mgła, halucynogenna. Idzie od niej zwariować. Albo przy drodze przyczaiło się coś, co rozsiewa podobnie działającą trutkę. Widziałeś omam… mam nadzieję - westchnęła tym razem wybitnie ciężko, mina też się jej zważyła. Wróciła spojrzeniem na drogę z przodu - Chodzą plotki, że ten teren został przeklęty. Lasy, bagna, nawet nasze miasteczko. Jest taka stara historia zaraz z początku wojny, a na cmentarzu stoi obrośnięty różami i bluszczem grób. Znajdziesz okazję, to zajrzyj do Czapli i poszukaj Ślepego Bobby’ego Jima Stewarta, on ma dryg do opowieści - pstryknęła czymś przy desce rozdzielczej i zaraz dmuchawy uderzyły gorącym powietrzem - Gdzie cię wysadzić?
- Gdzie ci wygodnie. Byle w mieście.- stwierdził krótko turysta nie zamierzając kłócić się z dziewczyną. Ona była miejscowa, on nie… zresztą nie przypominał sobie by widział jakieś yuki onny. Po prostu… jedynie to mu pasowało do tego, co zobaczył.
- Rem… Remingtona… mówi ci coś to imię?- zapytał nagle.

- Remington - powtórzyła, mrużąc oczy i skubiąc zębami wargę, aż nagle pstryknęła palcami - Nie imię, nazwa… jakiejś przedwojennej firmy. Jak swego czasu mieliśmy w szkole epidemię wszy, pożyczyłam od pana MacCoya maszynkę do włosów. Miała wygrawerowaną tą nazwę. Ale nie… o imieniu nie słyszałam. Przykro mi - pokręciła przecząco głową milknąc na pół minuty, a gdy podjęła wątek, znowu wyglądała na poważną - Jeżeli kogoś tu szukasz najlepiej porozmawiaj z naszym szeryfem. Jak on nie pomoże idź do Nicka ze strefy karawan. Jak to nie pomoże… spróbuj złapać kogoś kto wszędzie wtyka nos. Albo zerknij na cmentarz. Różnie bywa. Wysadzę cię na rynku, sam zdecydujesz gdzie dalej iść. - zrobiła kolejna przerwę, uważnie mu się przyglądając. Zwolniła nawet prędkość toczenia się bryki, aby móc to zrobić - Gdybyś potrzebował lokum, pomocy, porady… albo po prostu pogadać, wpadnij do kościoła. Każdy w miasteczku wskaże ci drogę. Ojciec Jason bywa surowy, ale to dobry człowiek. Mamy dużo miejsca, dodatkowy koc też się znajdzie. I talerz dla zbłąkanego wędrowca - zakończyła pogodnie.
- Jakieś lokum by się przydało. - turysta zgodził się z nią po chwili milczenia.- Zwłaszcza, że nie bardzo mam czym zapłacić. Poza pracą własnych rąk.
Zerknął na Annę pytając.- Ty tam robisz? Przy kościele?

Brunetka pokiwała twierdząco, krzywiąc przy tym usta w szczerym rozbawieniu.
- Tak, pracuję tam. Przy kościele - powtórzyła zachowując śmiertelną powagę do tego stopnia, że nie mogła być ani trochę poważna. Odkaszlnęła i dorzuciła - Uczę dzieci, mamy szkołę w przybudówce za zakrystią. Poza tym pomagam w ogrodzie, gotuję obiady dla tych których nie stać na posiłek i opiekuję się starszymi. A jak mi się nudzi wycieram kurze w tabernakulum - mrugnęła konspiracyjnie.
-Dobrze wiedzieć. Jakie jeszcze sekrety na swój temat możesz mi zdradzić? - odparł żartobliwie mężczyzna równie konspiracyjnym tonem.

- Sekret za sekret, inaczej ta gra nie ma sensu - odpowiedzi towarzyszył szeroki, zębaty wyszczerz Anny.
- Ok… pytaj śmiało. - zadumał się turysta zastanawiając się jakie to sekrety mógłby ujawnić Annie. Żadnego bowiem nie pamiętał.

- Po co ktoś samotnie przemierza te przeklęte lasy tylko z kotem pod pachą? - kobieta zadała pierwsze pytanie, uśmiechając się pod nosem - Czego szuka w Salisbury? Nie znam cię, nie kojarzę z opowieści, a trochę tam już mieszkam.
- Szukam kogoś, szukam Rem i...Jima Wilkinsa. Przypuszczam, że jeśli jeszcze nie byli tu to pojawią się prędzej czy później. A kot..- zerknął na czarną kulkę futra. -Mi nie powiedział, czemu za mną lezie. Ot… taka jego natura.

- Pogadaj ze Skovem, naszym szeryfem - Anna powtórzyła poprzednią kwestię z pewnością w głosie. Sapnęła cicho przez nos, przygryzając dolną wargę jakby się nad czymś zastanawiała.
- Mogli też mieszkać tu kiedyś. Ojciec Jason ma stare kroniki, ale nie mam pojęcia czy ci je udostępni. Ledwo się trzymają kupy i rozpadają w palcach, ale porozmawiać nie zaszkodzi, no nie? - uśmiechnęła się tym razem ciepło. Szybko wróciła wzrokiem na szybę przed sobą - Wciąż jest zimno, nocą chwytają mrozy. Przyda się drewno na opał. Nasz ogrodnik Zack jest już stary. Na pewno przyda mu się pomoc przy rąbaniu, a tobie ciepły kąt żeby móc odpocząć. Wyglądasz na silnego, z wykopaniem mogiły też sobie poradzisz. Wierzę w ciebie - koniec wypowiedziała z tą niepoważną powagą.
- Nie wiem czy potrzeba mi zaglądać do kronik.- zamyślił się turysta, po czym dodał zawadiacko.-Kopanie mogił? Żaden problem. Żadne wyzwanie mi nie straszne.
Przyjrzał się dziewczynie dodając żartobliwie.-Żaden podbój też nie…
Po czym spytał.-Długo tu mieszkasz?

- Dziesięć lat? - odpowiedziała pytaniem, posyłając mu szybkie, rozbawione spojrzenie - Coś koło tego. Więc jesteś odważny i nie boisz się wyzwań. - przymrużyła jedno oko - Dobrze, zapamiętam i jeśli znajdę się w opresji od razu będę uciekać do ciebie. Jak ci na imię? Turysta to ciekawe przezwisko, jednak nie imię. Imiona są zwykle tym, co rodzice uznali za odpowiednio godne… lub zabawne. Znałam kiedyś dziewczynkę którą rodzice w chwili zamroczenia alkoholowego nazwali Tequilla. - zaśmiała się pod nosem.
- W moim przypadku Turysta to jedyne miano jakie mi pozostało w łepetynie. Imię… może Rem je zna, albo Wilkins.- podrapał się po głowie mężczyzna nieco speszony tym pytaniem. - Ty możesz mi nadać jakie uznasz za pasujące.
Po czym sam zapytał.- A jakich miejsc i osób unikać? Nie boję się kłopotów i możesz liczyć na moją pomoc. Ale trochę tu pobędę, więc nie chcę ich szukać.

Anna zamrugała, wzdrygając się i wzięła głęboki wdech, by obrócić się niepewnie. Równie niepewnie raz jeszcze omiotła sylwetkę siedzącego obok mężczyzny jakby widziała go pierwszy raz w życiu.
- Masz amnezję? Na to są leki… nie martw się. Przejdę się i popytam, ktoś na pewno coś ma - próbowała przybrać pocieszający ton, po chwili wahania odrywając jedna rękę od kierownicy i zaciskając ją krótko na jego przedramieniu w geście mającym nieść otuchę - Możesz spokojnie… znaczy niespokojnie omijać stare złomowisko wschodzie. Należy do Aarona Goldmeiera, ale i tak każdy nazywa go tu Starym Żydem, albo po prostu Żydem… iii to tak… cóż. Każdy kto tam mieszka w mniejszym lub większym stopniu jest… - zacięła się szukając rozpaczliwie odpowiedniego określenia, aż chyba je odnalazła -... jest z szemranego towarzystwa… i dziękuję. Na razie nie znalazły mnie żadne kłopoty. Mam plecy póki uczę dzieci. - wróciła dłońmi do kierownicy - Zresztą u nas mieszkają sami dobrzy ludzie. Pilnuj się w strefie karawan i będzie w porządku. Nie groź ludziom bronią, nikogo nie zabij, ani niczego nie ukradnij, to nikt nie będzie ci robił pod górkę.
- Na moją amnezję… nie ma leku.- odparł turysta i dodał pogodnym tonem.- To nie tak, że co chwila zapominam co wydarzyło się wczoraj. Pamiętam wszystko od… pewnego momentu. Do niego…. nic. Czarna plama. Czasem jakieś nazwy wracają, fragmenty miejsc, twarzy. Szaman który mnie składał mówił, że z czasem wspomnienia wrócą. Jeszcze nie wróciły i… nie martw się. Będę się zachowywał grzecznie. Nie szukam kłopotów..

- Nie umiem się nie martwić. Ten typ tak ma - mruknęła, kręcąc powoli głową. Obraz przed maską zmienił się zielonej gęstwiny na gładką taflę pola, a potem znów zaatakował wyciągającymi konary ku niebu drzewami po obu stronach drogi. Zaraz też pojawił się pierwszy dom, potem kolejny i jeszcze jeden.
- Nie szukasz kłopotów, co nie znaczy że one za tobą nie podążają - odpowiedziała lekko nieobecnym tonem, zwalniając aby przypadkiem nie rozjechać czegoś co nagle wyleciałoby na drogę - Ale nie martw się. W domu bożym znajdzie się miejsce dla każdego. Dostaniesz pokój na poddaszu, dzieci pomogą ci z bagażami… i kotem. Od dawna miałam im załatwić kota, tylko jakoś zawsze “coś” ważnego wypadało.
- To może tam właśnie mnie wysadzisz? Przy domu bożym. Zapytać o Rem mogę później. Nie spieszy mi się, a obeschnąć trzeba.- zaproponował turysta.

- Zjeść porządne śniadanie też by się przydało - kobieta dorzuciła własne spostrzeżenie, prowadząc auto starą brukowana drogą między dwoma rzędami budynków. Mgła nie pozwalała rozeznać się w otoczeniu, ukrywając większość detali. Jeśli byli gdzieś tu ludzie pewnie chowali się w domach, bo nie widzieli żywej duszy. Jedynie jeden kulawy pies oszczekał ich samochód, gdy mijali niski budynek o zabitych deskami oknach.
Wreszcie przejechali przez starą, rdzewiejącą bramę, zagłębiając się w teren posesji obrośnięty niskimi krzakami.


Anna prowadziła pewnie, aż zatrzymała się przy klombie na którym ktoś sadził kwiaty. Turysta go nie dostrzegł, ale łopatka i para żółtych rękawic obok koszyka z zieleniącymi się sadzonkami, postawionymi tuż przy oczyszczonym z chwastów fragmencie ziemi sugerowała trwanie prac ogrodniczych.
- Będziesz taki kochany i pomożesz mi zanieść zakupy do kuchni? - Anna spytała wesoło, wyjmując kluczyki ze stacyjki i niedbałym ruchem wskazała zawaloną kanapę za ich plecami.
-Jasne… nie ma sprawy…- stwierdził turysta. Upiorność okolicy, w jego mniemaniu, łagodziły takie detale jak ślady zabawy w ogrodnika. Zabrał się więc za zbieranie zdobyczy dziewczyny z kanapy, podczas gdy kocur już zwiał z wozu, by pozwiedzać swoje nowe królestwo.

Szpeju było całkiem sporo - kosze wypełnione zawiniętymi w chusty i szary papier pakunkami, jakieś kartony i zrolowane koce owinięte wąskimi paskami. Widział gdzieś nawet pod tym wszystkich sporych rozmiarów skrzynkę wypełnioną niewielkimi butelkami, flaszkami i opakowaniami przywodzącymi na myśl leki. Schylił się zaczynając wyciągać przesyłkę i głowiąc się jak to wszystko zabrać, kiedy od strony usłyszał skrzypnięcie. Zaraz też mgliste powietrze przeciął głośny, wysoki i dziecięcy pisk.
- Siostra Anna! - głosik należał do dziewczynki. Niósł ze sobą całe pokłady radości i zakończył go wdzięczny śmiech, po którym rozległo się echo szybkich kroków.

Na ten dźwięk jego dotychczasowa towarzyszka podróży rozłożyła szeroko ramiona i kucnęła, zwrócona twarzą do nadbiegającej sylwetki. Pozwoliła jej wpaść na siebie i objąć za szyję.

- Dzień dobry Lydio - przywitała się z dziewczynką, na co ta rozpromieniła się wyraźnie, aż do momenty, gdy jej wzrok padł na samochód i kręcącego się tam mężczyznę.
Wtedy na drobnej, piegowatej buzi pojawiła się niepewność.

- Siostro a to kto? - spytała z przejęciem, stając tak aby sylwetka większej kobiety mogła ją zakryć przed obcym elementem.


Gapiła się do kompletu wielkimi, zielonymi oczami, próbując się uśmiechnąć.

- Nie bój się kochanie - brunetka pogładziła ją po włosach, też obracając się na Turystę. Milczała przez parę sekund, aż dopowiedziała patrząc mu prosto w oczy -To mój przyjaciel… Will. Zatrzyma się u nas na trochę. Pokażesz mu po śniadaniu ogródek? Widzę, że zaczęliście pracę beze mnie - zwróciła się do dziewczynki, wstając powoli z kolan.

- Tak… bo ojciec Jason prosił. Mówił, że już najwyższy czas i trzeba korzystać… bo nie pada - mały rudzielec wyjaśnił co i jak, a potem zrobił krok do przodu, przyglądajac się ciekawie gościowi.
- Dzień dobry panu - przywitanie wyszło jej trochę piskliwie, ale trzymała fason całkiem nieźle.
- Dzień… dobry.- rzekł Turysta po chwili przyglądania się w milczeniu dziecku. Nie bardzo wiedział bowiem jak się w przypadku tak młodych ludzkich istot zachowywać. Nie miał zbyt wiele styczności z dziećmi… w każdym razie nie w okresie, który ogarniał pamięcią.
- To gdzie właściwie przenieść te towary?- zapytał obie niewiasty bezradnym tonem głosu.

- Do kuchni - Anna machnęła ręką gdzieś na lewo od wejścia do kościoła. Sama wzięła część pakunków, nie zamierzając zostawiać towarzysza samego z tym całym noszeniem.
- Zaprowadzę cię, a ty w tym czasie poszukaj Jeana - zwróciła się do dziewczynki z uśmiechem - Też pomożecie. Ktoś musi wypakować zakupy, a jak się pospieszycie to może… - zawiesiła wymownie głos -... dostaniecie prezent.

Większej zachęty dzieciak nie potrzebował. Bladą, piegowatą buźkę rozjaśnił szeroki uśmiech i zaraz okręciła się jak fryga, drepcząc w te pędy do kościoła. Ledwo zniknęła za progiem, starsza kobieta westchnęła lekko.
- Odwołaliśmy tymczasowo apokalipsę. Trzeba skorzystać. Poradzisz sobie? Z tego wszystkiego nie spytał czy przypadkiem nie jesteś ranny… i wybacz. - skrzywiła się, kotwicząc wzrok gdzieś na zamglonym żywopłocie - Tego Willa. Tak mi się skojarzyło. Miała kumpla Willa… kiedyś. Dawno temu - pokręciła głową otrząsając się ze wspomnień - Pasuje do ciebie i sam powiedziałeś, że mogę ci coś wymyślić.
- Może być Will.- stwierdził krótko Turysta nie dbając o takie detale, jak imiona.-A więc… siostra? Zakonna czy rodzina?
- Wszyscy jesteśmy tu jedną, wielką rodziną - kobieta sapnęła, zarzucając na bark pękatą torbę. Dobrała jeszcze parciany worek i parę zrolowanych koców - I dziećmi bożymi. Co się dziwisz, nie wyglądam na zakonnicę? - obróciła się przez ramię, posyłając mu zawadiacki wyszczerz.
- Ani trochę. Te o których słyszałem siedzą zamknięte w bunkrach na pustyni i są okryte tak że nic nie widać. W obecnych dzikich czasach lepiej nie kusić losu, gdy się głównie modli.- wyjaśnił Turysta przypominając sobie to co wiedział o zakonnikach i zakonnicach… albo co wydawało mu się, że wie.

- Przypatrz się więc uważnie, póki masz okazję - parsknęła, prowadząc wzdłuż ścian budowli gdzieś na tyły -Znowu ktoś ci bajek naopowiadał, jak o tych yukach. Ciągle jest nas sporo. Najwięcej chyba w St. Louis. Ja też stamtąd jestem… byłam. Teraz jestem stąd - poprawiła się, podchodząc do furtki. Naparła na nią biodrem, a ta otworzyła się bezszelestnie. Za nią Turysta dostrzegł podwórze otoczone z trzech stron żywopłotem i z ocembrowana studnią pośrodku - I już sam sobie odpowiedziałeś czemu jestem hm… po cywilnemu. Tak bezpieczniej i nie gryzie w oczy jeżeli biorę do ręki broń.
- Może masz rację. Z pewnością… masz.- zgodził się z nią Turysta, bo przecież nie pamiętał spotkania z żadną zakonnicą. I zgodnie z jej radą przyjrzał się Annie, głównie ukradkiem poniżej pasa, gdy szedł za nią.

- Dusze wybrane są w Moim ręku światłami, które rzucam w ciemność świata i oświecam go. Jak gwiazdy oświecają noc, tak dusze wybrane oświecają ziemię, a im dusza doskonalsza, tym większe światło roztacza wokoło siebie i dalej sięga; może być ukryta i nieznana nawet najbliższym, a jednak jej świętość odbija się w duszach na najodleglejszych krańcach świata - Anna zdawała się nie mieć pojęcia o przeprowadzanych obserwacjach i podobnych badaniach wzrokiem. Prowadziła go do ciężkich, solidnych drzwi z drewna. Je też pchnęła, wchodząc do środka pewnym krokiem.


Wnętrze nie było duże, wypełniała je woń drewna i dymu który wgryzł się chyba nawet w ściany. Z boku stała stara, okopcona kuchnia, pod ścianą obok kredens z cynowym miskami, a na środku wysłużony stół i na tym ostatnim wylądowały niesione przez brunetkę pakunki.
- Czeka nas jeszcze jeden kurs - podrapała się po dłoni z odciśniętą czerwoną pręgą od którejś paczki - Postaw to gdzieś tu… i wybacz. Nie zdążyłam posprzątać - dodała przepraszająco, a Turysta śmiało mógł stwierdzić, że i bez sprzątania było to jedno z najczystszych miejsc jakie widział. Każdą powierzchnię starannie przetarto, usuwając zbędne pyłki kurzu, podłogę dokładnie zamieciono. Każdy bibelot stał na swoim miejscu, w karnym szeregu czy to na półce, czy przy kuchni i tylko na stole znalazło się parę plam wosku, a przy zlewie parę brudnych kubków.
- Nie ma problemu. O ile nie zapędzisz mnie do pucowania i sprzątania. Nie jestem dobry w te klocki.- odparł przyjaznym tonem mężczyzna. Rozejrzał się po kuchni nie bardzo wiedząc, co to jeszcze do wyczyszczenia/poukładania/posprzątania zostało. Choć nie pamiętał zbyt wielu (w zasadzie żadnej) kobiet które pojawiły się w jego życiu, to miał wrażenie, że przesadna dbałość o porządek to ich wspólna cecha. A może to była kolejna bajka?

- Rozmawialiśmy o wakacie ogrodnika, pamiętasz? - zaśmiała się szczerze, klepiąc go w plecy dla uspokojenia i dodania otuchy - Oraz tragarza. Skończymy z noszeniem… i chyba wypada zjeść śniadanie. Coś się należy za porządnie wykonaną pracę. Zajmiesz się tym co zostało w aucie? Ja w tym czasie poszukam ojca Jasona. Wypada go poinformować, że mamy gościa.
- Dobrze... Drogę znam. Powinno mi zająć chwilkę.- odparł Turysta obracając się na pięcie i ruszając w kierunku powrotem. Wizja posiłku była dobrym motywatorem w tej chwili.

Bez problemu odnalazł drogę powrotną, przedzierając się przez furtkę i mokry trawnik. Towarzyszyła mu cisza, bo mały rudzielec też gdzieś zniknął, a z kościoła nie dochodził najcichszy szmer. Wrócił do samochodu, pozostawionego na podjeździe jako element niepasujący do mglisto-ponurego krajobrazu. Coś się jednak zmieniło - na bladożółtym, mokrym dachu siedziała spasiona, czarna kula sierści, łypiąca niechętnie na człowieka kompletem zielonkawych ślepi. Ledwo się zbliżył wydała z siebie ostrzegawczy syk, pokazując drobne, białe igły zębów.
- A ty… czego się irytujesz ?- burknął Turysta do kota, jednocześnie kładąc dłoń na rękojeści obrzyna. Nie po to, by użyć go na sierściuchu, ale na wypadek gdyby w pobliskiej okolicy kryło się coś groźniejszego od wściekłego zwierzaka.

Kocur nadal gapił się na istotę niższego rzędu z mieszaniną oczekiwania oraz irytacji. Obserwował, oceniał i nadal syczał, chowając i wystawiają pazury które drapały lakierowaną blachę dachu. Okolica jak na złość była nadal cicha, spokojna i nie zanosiło się na zmianę klimatu. Wciąż panowała cisza i mgła, kłębiąca się między starymi murami, nagrobkami oraz zielonymi krzakami.
- A żeby cię…- mruknął Turysta i zabrał się za rozładowywanie wozu ignorując kota.

- Mogę mu dać kiełbasy? - głos za plecami turysty rozległ się nagle i bez ostrzeżenia. Cienki, dziewczęcy. Słyszał go już dziś ledwo bladożółte autko zatrzymało się przed bramą kościoła - Wygląda jakby był głody. A pan jest głody? Bóg kazał się dzielić, tak mówią pastor i siostra. Podzielę się… mam jeszcze kawałek szarlotki z wczoraj. Albo kanapkę - ruda małolata przypatrywała się ruchom mężczyzny z uwagą i skupieniem wymalowanym na buzi, a co parę sekund oczy uciekały jej do czarnego kota na dachu. - Na długo pan przyjechał? Skąd pan zna siostrę Annę? Będzie pan mieszkał z nami? Lubi pan koniki? Mamy takie ładne, tam za ogrodem - pokazała ręka gdzieś we mgłę na lewo -To pana kotek? Jak ma na imię?
Zaatakowany nagle tą serią pytań Turysta zamarł na moment. Było to za dużo za szybko.
- Kot… nie wiem… jakieś ma… swoje. Nie reaguje na żadne. Jak to kot.- stwierdził obojętnie w końcu powoli odpowiadając dziewczynce. -Możesz mu dać… kiełbasy. Ja zaś poczekam na posiłek. Głód wyostrza zmysły, wiesz? Poprawia refleks. Mały głód pomaga w łowach i w walce.
Zamyślił przez chwilę.-Nie wiem czy lubię konie. Nie widziałem konia. Nie pamiętam bym widział, więc nie wiem czy lubię.

Dziewczynka z każdą kolejną odpowiedzią robiła coraz większe oczy, a na drobnej buzi pojawiły się wypieki. Nie spuszczała oczu z o wiele większego mężczyzny, łowiąc chciwie każde jego słowo.
- Jak to pan nie wie czy lubi koniki? - spytała gdy nastała krótka cisza - Możemy po śniadaniu pójść do stajni to panu pokażę. Są śliczne, mają takie miękkie noski, grzywy, ogony, długie nogi z kopytami. Jeden jest czarny, drugi łaciaty jak krówka. Lubią jabłka, siostra Anna pozwala nam czasem je karmić… chyba że uda się podebrać cukier ze spiżarni, ale tego wolimy nie robić, bo i tak jest go mało i ciężko dostać i jest zwykle na większe święta. Jak Wielkanoc! - tutaj ożywiła się jeszcze bardziej, klaszcząc przy tym w dłonie - Zostanie pan do Wielkanocy? Moglibyśmy pomalować jajka i poszukać zająca, albo iść nad jezioro i zebrać bazie. Ojciec Jason nie pozwala nam tam chodzić bez opieki dorosłych, a pan jest duży i wygląda groźnie… to by było okey, bo wtedy żadne złe zwierzę by nie podeszło… i nie lubię być głodna. Wolę iść na śniadanie, albo poprosić o kanapkę jak jest już późno i już po kolacji. Albo za wcześnie na śniadanie. Skąd pan zna siostrę Anne? Jesteście przyjacielami? Ze szkoły?
-Nie. Jestem przyjezdnym. Z daleka… szukam roboty i dachu nad głową.- Turysta nie widział powodu, żeby kłamać małej dziewczynce. Ale też uważał, że powinien jej wszystko tłumaczyć. Nie bardzo rozumiał też tą potrzebę zatrzymania go tutaj przez nią. Wszak był jeszcze jedną gębą do wykarmienia. W jej interesie byłoby odesłać go do wszystkich diabłów.

- To może pomoże pan w ogrodzie? Zack już coraz słabiej chodzi i coraz mocniej kaszle, to przydałaby mu się pomoc, a mamy dużo miejsca to się pomieścimy - Lydia nadal nadawała wesoło, nie spuszczając oka z dorosłego. Położyła też na dachu autka kawałek kiełbasy, który czarna kocia menda obwąchała i po chwili zeżarła na jedno gryźnięcie.
- Tak. Anna… siostra Anna wspomniała o tym. Taki miałem plan. - stwierdził krótko Turysta biorąc się za zbieranie pakunków, tak by je przenieść wszystkie za jednym zamachem.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 11-04-2018 o 17:24.
abishai jest offline  
Stary 24-03-2018, 20:43   #20
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 24891 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Zabranie całości bambetli wymagało trochę główkowania, było ich wciąż sporo. Na upartego jednak Turysta poradził z tym sobie, objuczając się warstwami aż zaczął przypominać muła. Było ciężko, paczki po części nie były najwygodniejsze do niesienia, ale uparł się i realizował zamierzony plan sumiennie, tocząc się powoli do kuchni z małym, zaaferowanym ogonem za plecami. Doczłapali do furtki, weszli na małe podwórko akurat w chwili, gdy drzwi od kuchni skrzypnęły i pojawiła się w nich głowa, a potem reszta znanej już mężczyźnie brunetki.

Na jego widok brwi podjechały jej do góry, na twarzy pojawiła się rozbawiona mina.
- Prawdziwy facet bierze wszystko na raz, co? - parsknęła, wychodząc na zewnątrz żeby przytrzymać drewniane skrzydło. Poczekała aż oboje z dziewczynką wejdą i sama wróciła do środka.

- Pan Will powiedział, że zostanie z nami! - Lydia radośnie skakała dookoła, jakby zamiast jednego dziecka, zmieniła się nagle w całą gromadę. Wszędzie było jej pełno i głośno - Będziemy pracować w ogrodzie, pomożemy Zackowi i zobaczymy koniki! Możemy je nakarmić?

- Najpierw lekcje Lydio. Biegnij do brata i pomóż mu przygotować salę na zajęcia
- Z ciemnego kąta odezwał się inny głos: męski, starczy i zmęczony. Zaszurały odstawiane talerze i zza szafy wyszedł jego właściciel. Sutanna i koloratka pod szyją zdradzały jego profesję, lekko wyłupiaste, wyblakłe oczy wpatrywały się w Turystę oceniająco.

- Dobrze ojcze! - mały rudzielec szybko kiwnął głową, zakręcił się na pięcie i wybiegł na podwórko, gnając w sobie tylko znanym kierunku.

Ksiądz w tym czasie podszedł do stołu, czekając aż wypakowanie rzeczy dobiegnie końca.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, synu- przywitał się z uśmiechem ograniczającym się do samych ust.
Turysta nie bardzo wiedział co odpowiedzieć słysząc te słowa.
- Niech będzie… - wybąkał w końcu krótko.

Duszpasterz zrobił zapraszający gest, wskazując krzesło przy stole.
- Usiądź synu i mów co cię do nas sprowadza. Anna wspominała, że szukasz miejsca dla siebie. Dom boży jest otwarty dla wszystkich owieczek pańskich, które potrzebują bezpiecznego schronienia i pokrzepienia duszy. - mówił powoli, taksując gościa wzrokiem. Miał zimne, oceniające oczy, a coś w jego spojrzeniu budziło niepokój, zmuszając do wbicia własnego spojrzenia w podłogę.
- Szukam kogoś… a właściwie to zamierzam poczekać na nich w tej okolicy. Więc jakiś kwaterunek by się przydał i zajęcie. Nie zamierzam ale za ja kłopotu miejscowym. - Patrzący w “glebę” turysta postanowił od razu wyłożyć kawę na ławę. Usiadł naprzeciw księdza. - Szukacie ogrodnika ponoć. Nie znam się na zieleninie, ale znam na wykonywaniu poleceń.
Kwestię “ pokrzepiania duszy” pominął milczeniem, bo na duchowości się nie znał.

- Pokora zbliża serca, ale tylko szczere - staruch z sapnięciem usiadł na krześle po drugiej stronie, splatając dłonie na wypucowanym blacie.

- To dobry człowiek - głos Anny stanowił kontrast dla tego drugiego. Niósł ze sobą ciepło i szczerą sympatię. Mówiła pewnie, z przekonaniem o własnej racji, przy okazji brzdąkając kubkami i talerzykami.

- Wielu tak mówi, a sama najlepiej wiesz w jakich czasach przyszło nam żyć - kaznodzieja przekręcił się, skupiając uwagę na krzątającej się po kuchni brunetce - Ciężkie czasy nastały, ludzie zapominają czym jest dobroć i miłosierdzie. Bliżej im do opowieści o Sodomie i Gomorze, niż przypowieści o dobrym samarytaninie.

Kobieta parsknęła, obkręcając się i stawiając na stole tacę talerzami. Na jednym leżał klin białego sera, obok pokrojone w kostkę warzywa.


- To z naszej szklarni. Ser i masło też sami robimy - uśmiechnęła się z odcieniem dumy w głosie, dostawiając miseczkę żółtej masy i kosz bułek - Jedz, musisz być głodny. Wolisz kawę czy herbatę? - poklepała Turystę po przedramieniu i zwróciła się do drugiego rozmówcy dopiero gdy wyprostowała plecy - Tak, czasy mamy ciężkie. Tym bardziej powinniśmy pomagać tym, w których sercach mieszka dobro - wzięła głęboki wdech i dodała ciszej, skupiając pozornie uwagę na rozpaleniu w kuchni - Zrobiliśmy nieplanowany postój, poszłam w krzaki, a Will został sam w samochodzie. Kluczyki zostały w stacyjce. Mówiłam mu mniej więcej gdzie i za ile natknie się na miasto.

- Anno…
- pastor jęknął, lecz ona nie pozwoliła mu dokończyć.

- Miał wystarczajaco dużo czasu, aby się przesiąść i odjechać. - tokowała dalej w najlepsze, nabierając wody do sporego rondla - Mógł mnie tam zostawić, zamiast tego poczekał i ostrzegł kiedy zobaczył coś we mgle. Odjechaliśmy stamtąd oboje… i kot. Zwierzęta wyczuwają ludzkie intencje, nie trzymają się z draniami. Zaproponowałam żeby zatrzymał się u nas. Przecież mamy tu od groma miejsca, dodatkowy koc i poduszka też się znajdzie. Razem będzie bezpieczniej. Zack już niedomaga, dzieci… są za małe, wymagają opieki oraz ochrony. My sami niewiele zdziałamy, a w mieście coraz więcej obcych. Idzie wiosna, szlaki znów się zapełnią. - rzuciła znaczące spojrzenie przez ramię.

Ugodzony nim staruch westchnął równie ciężko co wymownie, przewracając do kompletu oczami aby dać jasny sygnał jak niezadowolony z podobnego obrotu spraw jest.
- Jestem ojciec Jason - przedstawił się wreszcie, wzrok też mu złagodniał. Wciąż pozostawał badawczy, jednak próżno w nim było szukać tego jeżącego włosy na karku, lodowatego chłodu - Dobra Księga mówi “szukajcie, a znajdziecie”. Na kogo czekasz, synu?
Turysta milczał przez chwilę, nim się odezwał.
- Na… znajomych. Na Rem i Jima Wilkinsa. Jeśli tu nie mieszkają tooo… zjawią się. Prędzej czy później. -
Po czym zwrócił się wprost do pastora. - Ja to rozumiem. Ostrożność ma sens. Bogate osady przyciągają kłopoty. Nie oczekuję, że… się wasza… świętobliwość? Że zostanę przyjęty z otwartymi ramionami. Wystarczy mi tylko proste tak lub nie. I może podwózka do centrum miasta w tym drugim przypadku.

- Jedz synu - prychnięcie duszpasterza miało tym razem wybitnie rozbawiony odcień. Skrzywił nawet lewy kącik ust ku górze, jakby miał zamiar się uśmiechnąć, lecz w porę się powstrzymał. Wskazał też broda na zastawiony stół - Nie przystoi aby tak nie doceniać czyjejś ciężkiej pracy, zwłaszcza jeśli napełni ci ona brzuch - wzruszył nieznacznie lewym barkiem, sięgając po bułkę - Tym razem daruję ci modlitwę przed posiłkiem, bo wiem żeście prosto z drogi. Poza tym Anna zadała ci pytanie. - zamilkł, unosząc krytycznie brew - Kawa czy herbata Williamie?
- Nie wiem. Zwykle jem i piję co jest.
- zadumał się Turysta.- Lepiej nie być wybrednym. Więc...eee… kawa?

- Też się chętnie napiję -
ojciec Jason przekręcił twarz ku kuchni, by zaraz wrócić uwagą do stołu i gościa - Miłuj bliźniego swego jak siebie samego - mruknął, z pietyzmem ujmując nóż - Każdy zasługuje na szansę, a skoro Anna za ciebie poręczyła możesz zostać - podniósł płaskie ostrze ku górze jakby chciał podkreślić ważny punkt - Póki nie złamiesz i nie sprzeniewierzysz zasadom gościnności. Żadnych burd, machania bronią na terenie domu bożego. Żadnego upijania się i zataczania po ogrodzie. Zamoczysz gębę w kuflu, zostajesz tam gdzie piłeś. Nie chcemy aby dzieci natykały się na gorszące sceny. Damskie towarzystwo również zostawiasz poza naszymi murami. To kościół, nie zamtuz. Liczę, że nad rozlewem krwi nie muszę się tu zbytnio rozwodzić - opuścił rękę, nabierając masła z miseczki.
- Wolę mieć zawsze jakąś broń przy sobie, na wszelki wypadek. Ale będzie ona grzecznie spoczywała w pochwie. Żadnego machania spluwą, żadnych awantur… obiecuję. Nie przybyłem tu wszczynać burd z miejscowymi. Nie szukam kłopotów.- rzekł ugodowym tonem Turysta.

- W domu bożym nie nosimy broni - Jason powtórzył, marszcząc bujne brwi - Po terenie ogrodu… dobrze, przyda się abyś w razie czego mógł się bronić. W części mieszkalnej też będziesz mógł mieć przy sobie coś dyskretnego. Jednak tam gdzie ciało Pana naszego nikt nie wnosi broni.

- Bezpośrednio do kościoła -
brunetka wyjaśniła teatralnym szeptem, stawiając na stoliku trzy parujące kubki z ciemną, aromatyczną zawartością.
- Zakładam że macie plan na wypadek, gdyby przybyli goście którzy nie przejmują się waszymi zasadami? Czy może ta mgła i bagna są wystarczającą osłoną? - zapytał zaciekawiony Turysta upijając płynu z kubka, po czym zwrócił się do Anny.
- Dzięki.

- Oczywiście że mamy
- uśmiech pastora przypominał wyuczony grymas, znów też nie sięgał oczu. Szybko też temat się zmienił, widać rozmówca nie zamierzał się nad nim pochylać dłużej niż to absolutnie konieczne.
- Jesteśmy przy trasie Ósmej Mili, na zachodzie mają stację. Wielu ludzi się tu kręci i to takich, których bagna nie odstraszają. - mężczyzna ukroił kawałek sera i położył go na bułce, zgarnął też kilka kawałków rzodkiewki - Leżą na południowy wschód od miasta, trasa biegnie na północ i zachód. Rozbieżność, inaczej nie daliby rady przejechać, a i tak często się gubią, albo wpadają w ruchome błota. Jest co robić, tym się… nie przejmuj, nie teraz. Po śniadaniu zobaczysz pokój. Nie mamy tu luksusów, ale na głowę nie będzie ci padać, coś ciepłego do jedzenia też się znajdzie. Przychodzisz w porę, dach nam przecieka nad zakrystią. Zackowi przyda się pomoc w ogrodzie i na cmentarzu. Dopadła go podagra, a nam kończą się leki - zapatrzył się w kanapkę - Zimowe zapasy szybko topnieją na przełomie pór roku. Za wcześnie na stałe karawany. Ci którzy przyjeżdżają teraz mają zaporowe ceny. Grzebanie w zimnej, mokrej ziemi na razie nie jest dla niego.
- Jak szybko mogę stąd dotrzeć do centrum miasta? Nie żebym chciał uciekać, ale muszę tam zaglądać raz dziennie przynajmniej. Swoich… wypatrywać, tych co szukam.
- wyjaśnił Turysta, nie chcąc wyjawić że nie pamięta jak “swoi” wyglądają. Ani jak brzmią. Miał cichą nadzieję, że przypomną mu się, gdy ich dostrzeże.

- Do centrum masz stąd rzut beretem - Anna dosiadła się do stolika, puszczając Turyście oczko gdy jej podziękował. Raźno chwyciła kubek i sztućce, zabierając się za preparowanie kanapki - Parę minut piechotą. Gorzej do strefy karawan, to już z pół godziny, albo i godzina, zależy od tempa i czy bardzo rozmięknie droga.

- Możesz spróbować porozmawiać z Nickiem
- drugi mężczyzna wzruszył ramionami - Zostawić informacje kogo szukasz. To samo u Skova, naszego szeryfa. Jest też Czapla. Prędzej czy później każdy do niej trafia.

- Nasza miejscowa knajpa
- kobieta uśmiechnęła się pod nosem, biorąc łyka kawy. Przepiła drugi łyk i oblizawszy wargi, skubnęła ogórka z talerza -Łatwo poznać. Jedyna piętrowa z kompletem szyb i szyldem nad drzwiami. Dokładnie Czarna Czapla.
- Tak zrobię. Później… jak już się zaznajomię z tym miejscem i nowymi obowiązkami.
- rzekł po chwili milczenia Turysta i zabrał się za jedzenie.

- Masz czas - Anna uśmiechnęła się łagodnie, po czym również zaczęła z werwą pałaszować śniadanie. Tylko stary klecha żuł powoli, z rozmysłem, jakby się nad czymś zastanawiając. Nie spuszczał też oka z gościa, obserwując go spod przymrużonych powiek.

- Ktoś cię ściga? - spytał nagle, między kęsem kanapki a łykiem kawy i dopowiedział - Wolę wiedzieć zawczasu, nim kłopoty zapukają nam do drzwi.
- Nic mi o tym nie wiadomo. To raczej ja kogoś szukam. I ta mieścina jest obecnie moim jedynym tropem.
- odparł Turysta krótko ze wzrokiem utkwionym w posiłku, bo i nie miał w tej kwestii niczego dodania.

- Słyszałem, że masz problemy z pamięcią - ojciec Jason przekrzywił delikatnie kark, przyglądając mu się pod nowym kątem - Uległeś wypadkowi czy to choroba?
- Obudziłem się z raną między żebrami i drugą na czole, gdzieś w opuszczonych ruinach miasta na środku pustyni. Tylko cudem dotarłem do osady Indian i tamten szaman poskładał mnie do kupy. Gdybym poszedł w drugą stronę, pewnie bym się wykrwawił i umarł.-
wytłumaczył obojętnym tonem Turysta. - Prawdopodobnie ten, kto mnie postrzelił uznał, że umarłem. Owa pobudka to… najstarsze moje wspomnienie.

- Skąd więc pomysł, że masz znaleźć… tych, których szukasz i to akurat u nas?
- padło kolejne pytanie.
- Bo tylko te nazwy obecnie pamiętam. Te imiona i nazwę tej osady. Może to ślepy strzał, ale… - wzruszył ramionami Turysta. -... co mam stracenia? Czas?

- Pan pozwoli, znajdziesz swoje odpowiedzi. Ale czy naprawdę chcesz przywoływać widma z przeszłości?
- kaznodzieja wstał powoli, dogryzając do końca kanapkę i dopijając kawę - Zastanów się nad tym synu. Niewiedza bywa błogosławieństwem, a szukając często znajdujemy coś, co może się nam nie spodobać. A teraz wybaczcie staremu człowiekowi - uśmiechnął się pozostałej dwójki - Trzeba przygotować lekcję. Dokończcie śniadanie, potem Anna pokaże ci pokój. I pamiętaj o broni - koniec wyszedł mu już poważny. Dorzucił go przez ramię, kierując się do drzwi.
Widma z przeszłości… chciał? Właściwie to Turysta nie wiedział czy chce tego. Natomiast był pewny, że nie może żyć bez przeszłości. Bo bez niej kim był? Osobą bez imienia, bez pragnień i ambicji. Czy miał jakieś cele wtedy ? Czy walczył z Molochem jako członek Posterunku, czy rabował osady w jakimś motocyklowym gangu? Pewnie łatwo było tak zrobić, odrzucić przeszłość i udawać że się ma nowe życie. Ale któregoś dnia owe odrzucone życie mogło wrócić i ugryźć go w tyłek. Nie. Bez względu na to, jaka przeszłość jego była… musiał ją odnaleźć i… wtedy się zobaczy. Turysta wolał stawać z problemami oko w oko. Ucieczka byłaby tylko tymczasowym rozwiązaniem.
Nie obciążał jednak Anny swoimi rozwiązaniami. W milczeniu zjadł posiłek, a po nim podziękował dziewczynie za niego. Następnie udał się do swego pokoju, by wrzucić tam swoje klamoty, a następnie planował się rozejrzeć po całym tym królestwie Pana i zapoznać się z okolicą.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:42.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167