Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Postapokalipsa > Archiwum sesji z działu Postapokalipsa
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Postapokalipsa Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Postapo (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 30-07-2017, 23:32   #1
 
Czarna's Avatar
 
Reputacja: 24959 Czarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputację
[Neuroshima] Zamek z popiołu

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=OShpmuV13uQ[/MEDIA]

Po burzy ponoć zawsze wychodziło słońce - tak przynajmniej lubili gadać starzy ludzie. Miało to dwuznaczny wydźwięk i nie opisywało jedynie warunków pogodowych. Czy to w przyrodzie, czy w życiu, po najgorszej nawałnicy w końcu przychodził moment upragnionego spokoju, odpoczynku. Chwila ciszy, czas na złapanie oddechu i zasłużony odpoczynek. Zebranie się do kupy, lizanie ran i planowanie kolejnych posunięć, czy to w walce, czy w podróży. Wraz z końcem kłopotów pojawiała się nadzieja - niezwykle żywotne i niedające się spacyfikować bydle, nakazujące przeć do przodu bez względu na niepowodzenia oraz przeszkody. Nadzieja na nowe życie, polepszenie warunków albo zarobek, dzięki któremu dało się zorganizować dwa pierwsze punkty. Los ponoć, na podobieństwo monety, zawsze się odwracał, dzięki czemu szło jakoś przeć do przodu i zachować oddech. Nic nie było wieczne, nawet pech. Albo burza. Jeśli wierzyło się wystarczająco mocno, dało się zmienić świat, choćby ten najbliższy. Wiara ponoć czyniła cuda - to też gadali starzy ludzie.
Starzy ludzie czasem za dużo gadali...

3 kwiecień 2040r.; Salisbury; bar “Czarna Czapla”; wczesny ranek


Wnętrze knajpy nie przedstawiało się jakoś wyjątkowo - ot kolejna, zakurzona nora jakich wiele dało się znaleźć w Zasranych Stanach, choć kurzu było w niej niewiele. Stoliki i podłogę dokładnie wypucowano, w wazonie na kontuarze postawiono bukiet świeżych kwiatów, a z zaplecza dolatywało ciche pobrzękiwanie naczyń. Drugi bukiet stał na starym pianinie, wepchniętym w rogu między wielką ławę, a kominek. Płonął na nim wesoło ognień, rzucając rozedrgane refleksy na rząd stolików i tych paru gości, jacy z samego rana postanowili wyczołgać się z domów celem znalezienia czegoś na poranny rozruch. Warunki na zewnątrz nie zachęcały do wycieczek - co prawda szalejąca od dwóch dni burza wreszcie odeszła w niepamięć, pozostawiając po sobie kałuże wody i rozmoczone, pełne błota drogi, lecz zamiast długo wyczekiwanych słonecznych promieni, świt powitał ludzi gęstą niczym pajęczyna mgłą. Temperatura również nie rozpieszczała, co w połączeniu z wodną parą wiszącą w powietrzu nie sprzyjało długim wędrówkom bez widma rychłego przeziębienia. Lepszym rozwiązaniem wydawało sie znalezienie suchego, ciepłego schronienia i przeczekanie, aż wzejdzie słońce, bądź zrobi się odrobinę cieplej.
- Za stary jestem na taką gównianą aurę. Jak wnusia wreszcie się dorobi sprzedamy dom i wyjeżdżamy na Południe - siedzący przy barze staruch zakasłał potężnie. Wybałuszał przy tym pokryte bielmem oczy i ściskał mocniej gitarę, aby nie zsunęła mu się z kolan.
Ubrany w jasna, płócienna koszulę i tego samego koloru spodnie, wydawał się przyklejony do stołka, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Czas odcisnął na nim mało łaskawe piętno, przecinając skórę siecią głębokich bruzd. Zabrał też włosy z czubka głowy, fundując łysinę przez którą przypominała bardzo nieświeże jajko. Reszta czaszki tonęła w plątaninie stalowoszarych, bujnych kłaków, pod nosem zaś zagnieździła mu się okazała broda oraz pociągnięte bielą wąsiska.

- I gdzie pojedziecie Bobby? - zapytała kobieta za barem. W przeciwieństwie do większości okupujących salę osób miała ciemną skórę, plątaninę czarnych loków na głowie i wydatne usta, które teraz skrzywiła w wyrazie politowania.
- Źle ci tutaj? Nikt nie każe ci płacić za jedzenie, pijesz też na mój rachunek i nikt cię nie wywala jak zasypiasz przy kominku. Nawet swój koc tu masz i poduszkę - wskazała brodą na stojący przy ogniu bujany fotel, zaopatrzony w płachtę ciemnozielonego, wełnianego materiału, a także sporych rozmiarów pikowany kwadrat poduchy. - Poza tym jak byśmy sobie poradzili bez twoich piosenek i opowieści? - na koniec uderzyła w pogodniejszy ton.

- Ty mie już Free nie bierz pod włos. Ja swoje wiem… noż kurwa mać! - dziadyga prychnął, wyrzucając ramiona w górę przez co instrument prawie spadł mu z kolan. Złapał go nim upadł na ziemię i podjął temat - No o czym to ja? A! No tak! Ty mie nie bierz pod włos, za długo tu już siedzę. - marudził w najlepsze, kiwając się na stołku - Siedziałem tu jak wojna była, a i wcześniej też! Urodziłżem się tu, wyrósł i żył przez… no wnusia mówi że mam siedemdziesiąt lat, torta mi zrobiła w zeszłym tygodniu. Takiego urodzinowego. Z poziomkami - zamlaskał na samo wspomnienie - To całe siedemdziesiąt tu żem mieszkał. Już dość. Świata bym zobaczył, klimat zmienił. Znalazł jakąś miłą pannę i jeszcze się zabawił…

- A byłbyś w stanie?
- Free popatrzyła na niego, a niedowierzanie aż zbyt wyraźnie dało się odczytać z jej twarzy - W tym wieku?

- Ty sie o mój wiek nie martwi, smarkulo!
- ślepiec obruszył się jakby go ktoś dźgnął rozpalonym żelazem w samo serce. Przyłożył łapę do tego miejsca - Niejedną jeszcze dam radę zbałamucić w krzakach! Gdybym cię za smarka nie przewijał i nie klepał po pupci to bym cię tam zaciągnął choćby zara!

- Tylko najpierw musiałbyś mnie złapać
- Murzynka zaśmiała się - A to kiepsko widzę!

- Ty wredna cholero!
- mężczyzna aż się zapluł - Tak dziadkowi wypominać niedołężność?! Nie tak żem cię wychowywał, niewdzięcznico!

- Ja?! Niewdzięcznica?!
- teraz dziewczyna się obruszyła, łapiąc się pod boki - A kto cię prowadza z chaty do baru codziennie i z tobą wytrzymuje cały dzień, dzień w dzień?! Na rękach mnie powinni nosić za cierpliwość!

- Taa, już widzę jak Aniołowie zstępują z Nieba i biorą cię żywcem do Pana za to chrzczenie piwa
- odpowiedź padła sarkastyczna, ślepiec wzruszył ramionami.

- Bzdury gadasz! Smak ci siadł na starość, było nie chlać tego syfu co go Patt pędzi w piwnicy! - Free wzięła ścierkę i ze złością zaczęła czyścić kontuar. Na koniec posłała siwuchowi jadowity wyszczerz - Oślepnąć od tego można.

-Oj Free. Zawsze widzisz wszystko tak czarno
- zarechotał, ale szybko zmienił temat - Co u Paris? Kiedy do nas wraca?

- Nie wiem
- barmanka wzruszyła ramionami i jakby posmutniała. Zawiesiła wzrok w polerowanej powierzchni i chwilę milczała - Rosaline mówi, że najgorsze już za nią i będzie lepiej.

- Ta kolorowa małpa…
- Bobby mruknął pod nosem, drapiąc się gryfem gitar po policzku - Nie ufam jej.

- Kolorowa małpa
- prychnięcie kobiety niosło ze sobą masę irytacji - Demencja nie zabrała ci z pamięci tego, że jestem czarna, no nie?

- Ale ty jesteś swoja! Pijawka własną krwią i na własnej piersi wyhodowana! Taka co piwo chrzci i obraża sędziwych staruszków!
- sękaty paluch wycelował prosto w bujną pierś koloru czekolady - I nie czarna, tylko ta no… Afroamerykanka! Montgomery’ego już nie ma, a on ostatni był z tych pojebów co latali w białych kapturach i polowali na ludzi jakby kurwa mało im było wrogów w okolicy. Dobrze tak chujowi - burknął z zacięciem - A jej nie ufam. To wiedźma i trucicielka. Łazi po bagnach i zbiera te chwasty, a potem truje nimi ludzi…

- Leczy, nie truje
- sprostowała Murzynka - Ciebie też leczyła jak zimą dorobiłeś się zapalenia płuc, pamiętasz?

- No musi jakoś tu z nami współpracować, nie?
- dziadek nie wyglądał na zmieszanego - Tak na krzywy ryj to byśmy ją dawno popędzili i do diabła z tym co by Oscar gadał. Za młody gówniarz z niego, jeszcze mleko pod nosem ma. Nie zna się… nie tak jak Emil. Jego nie uratowała.

- Jezu Bobby… znowu zaczynasz?
- padło kwaśne pytanie - Emila dopadł bagiennik, cud że doczołgał się do miasta. Rose zrobiła co mogła, ale jego życie było już w rękach Pana. Próbowała, kupiła mu dwa dni… o dwa więcej niż miał. Może dla ciebie Oscar jest młody, ale tutaj nie ma już nikogo kto dorównałby ci wiekiem. Wszyscy jesteśmy przy tobie smarkaczami, a on dobrze sobie radzi. To dobry człowiek, uczciwy - uśmiechnęła się lekko - To on usadził Montgomery’ego kiedy chciał podpalić dom plugawego czarnucha, pamiętasz? Dba o porządek, jest sprawiedliwy. Czego chcieć więcej od szeryfa?

- Ten Oscar to wasz szeryf?
- nagle padło pytanie, wcinając się w dialog. Obie głowy obróciły się w tamtym kierunku i choć staruszek nie mógł zobaczyć, to Free widziała dokładnie kto je zadał. W lokalu prócz nich była tylko dwójka gości - krótko ścięty brunet w ciemnobrązowym płaszczu i jego towarzyszka. Okupowali miejsce przy oknie, pochylając się nad talerzami z jajecznicą. Facet cały czas palił, odpalając fajka od fajka, zaś kiepy posyłał do starej puszki robiącej tu za popielniczkę.
Od jakiegoś czasu przysłuchiwał się rozmowie, obserwując mówiących kątem oka. Wciął się dopiero teraz, gdy jego talerz zalśnił czystością.
- Oscar… “jaki”? Gdzie go znaleźć? - widząc że ma uwagę barmanki pociągnął pytania dalej.

- Oscar Scov, nasz szeryf - Murzynka uśmiechnęła się profesjonalnym uśmiechem kogoś kto całe życie stoi za barem i nagania klientów - Macie do niego jakąś sprawę, szukacie roboty? Mogę kogoś do niego posłać, a wy tu zaczekacie… - omiotła obcą sylwetkę spojrzeniem, ale płaszcz i stolik nie pozwalały zorientować się czy gość ma broń i jaką.

- Scov? Dziwne nazwisko - mruknął, zaciągając się porządnie dymem. Wstrzymał go w płucach i wypuściwszy pod sufit, kontynuował - Sprawę tak, ale nie szukamy roboty. Bez obaw, nie przyjechaliśmy tu szukać dymu, chcemy pogadać. Spytać się o coś. Gdzie go znajdziemy? - powtórzył.

- Przy rynku jest komisariat, ten niski budynek z niebieskimi drzwiami - starszy mężczyzna zaskrzeczał, pokazując ręką kierunek mniej więcej na zachód. I przez ściany - Dobrze że nie szukacie dymu, nie lubimy tu takich co szukają. My spokojni ludzie i cenimy spokój. Bagna duże, wielu tam już leży takich co myśleli że mogą przyjechać i burdy wszczynać. Albo palić ludziom domy - stuknął sękatymi paluchami w kontuar.

- Szukamy kogoś kto wie jak przejść przez bagna - tym razem odezwała się ta kobieta. Jasne włosy pojedynczymi pasmami wychodził jej spod skórzanej czapki technika, zwieńczonej skomplikowanie wyglądającymi goglami. Trzymała przy nogach stary parciany i wypchany ponad normę, parciany plecak.
Drobna i niska, przy towarzyszu robiła mizerne wrażenie. Gdyby wstała pewnie sięgałaby mu gdzieś do ramienia. Głos też miała wysoki, dziecięcy prawie. Z zacięciem pałaszowała śniadanie, spoglądając na bar z przyjazna miną - Kto lepiej zna mieszkających tu ludzi i to co potrafią, niż szeryf? Poza tym nie chcemy właśnie wchodzić do waszego domu bez zapowiedzi i zglądać po okolicy tak bez słowa wyjaśnienia. Trochę tu pewnie posiedzimy, jeszcze nie raz się zobaczymy przy piwie i śniadaniu - zazezowała wymownie na cynową miskę.

- Na bagna? - ślepiec się ożywił - A czego kochanie chcesz tam szukać? Toć to niebezpieczne miejsce, zwłaszcza teraz na wiosnę. Zwierzyna głodna po zimie, wody pełno i nie wiadomo jak chodzić żeby nie wpaść po pas w ruchome błota. Bagienników pełno i krzykaczy, o komarach jak moje przedramię nie wspominając... Jak ci na imię?

- Wiera -
blondynka uniosła lewy kącik ust ku górze - A panu?

- Jaki tam pan, obok pana to ja w życiu nie stał
- machnął zbywajaco ręką, jakby temat nie był wart dyskusji. - Mów mi dziadek Bobby. Największy bluesman po tej stronie Rzeki. - przedstawił się skromnie, wymownie gładząc gitarę. Następnie pokazał Murzynkę - A to moja druga wnusia Freedom.

- Free wystarczy
- barmanka uśmiechnęła się i puściła gościom oko.

- No! Jeszcze ładniej, nie? Moja pierwsza wnusia też taka miła i kochana, sami zobaczycie. Niedługo tu przyjdzie, ale teraz… no teraz posłuchajcie dobrej rady Ślepego Bobby’ego Jima Stewarta. - dziadek tokował dalej - Czegokolwiek szukacie darujcie sobie, szkoda zdrowia i życia. Są bezpieczniejsze metody zarobku. Szkoda by było takiej miłej, młodej dziewczyny na obiad dla aligatora.

- Jesteśmy przygotowani
- Wierze nie udało się zachować powagi. Parsknęła cicho, ale szybko się uspokoiła - Dlatego potrzebujemy rady szeryfa. Mamy gamble, jakoś się dogadamy. Przywieźliśmy ze sobą trochę szpeju na handel. Pestki, leki i inne graty.

- Oj słoneczko, słoneczko -
Bobby pokręcił ponuro głową - Już ja wiem po coście tu przyjechali. Nie wy pierwsi i nie ostatni biegniecie za cieniem i legendą.

- Legendą?
- blondynka podrzuciła uprzejmie.

- To nie legenda - wtrącił się palacz - Widzieliśmy archiwa, mamy mapę. Znajdziemy ten dom i kto wie? Może zostawimy wam za pomoc to, czego sami nie damy rady zabrać?

- Ocipiałżeś, piękny kawalerze? -
staruch prychnął z pogardą, wodząc ślepymi oczami po miejscu skąd dobiegał głos obcego. Uśmiechał się przy tym z wyższością, pokazując światu prawie bezzębne dziąsła, w których na górze, niczym ostatnia sztacheta w płocie, tkwił żółty kieł równie prosty co droga do Nowego Jorku. Odkaszlnął, charknął od serca i splunąwszy packą gęstej flegmy na podłogę.

Widząc to barmanka aż sapnęła. Oczy się jej zwięzły, zęby zgrzytnęły, zaś szmata do tej pory sukcesywnie przecierająca kontuar, wylądowała na nim z głośnym, ostrzegawczym trzaskiem.
- Bobby do jasnej cholery! - kobieta zajazgotała, biorąc się pod boki - Ile razy ci powtarzałam ze nie jesteś w swojej norze?! Zachowuj się, nie będę po tobie sprzątać ty stary capie!

- Już się tak nie denerwuj słodziutka.
- dziadek z gitarą wzruszył ramionami, a sękate paluchy zastukały o pudło gitary - Złość piękności szkodzi, a z tego co pamiętam nie miałaś pięć lat temu debetu na to… no ale to było pięć lat temu - westchnął rozmarzony, odwracając głowę w stronę baru - Pamiętam jak dziś. Była wiosna, ptaszki wesoło ćwierkały a ty wracałaś znad jeziora cała przemoczona. Biegłaś drogą, z wiatrem we włosach i plecakiem na ramieniu. W tej kraciastej koszuli i krótkich szortach. Cycuszki ci podskakiwały w rytm kroków aż się nie dało odwrócić wzroku… dla takich widoków warto nie być ślepym…

- Przestań siwy zbereźniku
- parsknięcie zza baru przerwało owe wspomnienia, choć próżno w nim było szukać dawnej złości. Zastąpiło ją rozbawienie, do którego dołączył stukot stawianego na deskach szkła - Pan się o coś pytał. Skoro już tu jesteś i masz to pudło możesz mu opowiedzieć.

- No mógłbym
- Ślepy Bobby Jim Stewart westchnął ciężko, melancholijne wręcz i rozkasłał się z premedytacją, zanosząc się suchym klekotem aż zęby bolały. Przytknął pięść do ust tym razem darując sobie spluwanie na cokolwiek.
- Ale stary jestem, gardło już nie te - powiedział gdy atak minął - Tak na sucho ciężko mówić. Głos szybko tracę, gardło już nie te żeby cała noc zabawiać okolice opowieściami i balladami. Może jakbyście zajechali tak z dziesięć lat temu… ale teraz? Teraz cinszko tak z marszu brać się za gadki. Starośc nie radość, a co roku tylko gorzej i gorzej - podzielił się bolączką na temat życia, a w zamglonych oczach pojawiło się rozbawienie.

Widząc to mężczyzna pod ścianą zacisnął pięści i sapnął przez nos dajac w ten sposób upust rozsadzającej go złości. Zrobił ruch jakby chciał wstać, zapewne po to aby pieprznąć dziadygę po łbie, ale jego towarzyszka złapała go za ramię i osadziła na miejscu.
- Daj spokój Kolya - mruknęła uspokajająco, uśmiechając się delikatnie. Machnęła ręką na barmankę, potem na dziadka i uniosła jeden palec. Murzynka pokiwała głową, zabierając się za nalewanie czegoś do poszczerbionej szklanicy. - To tylko jedno piwo. Chłopaki i tak zajmują się rozpakowywaniem, a Cross szuka łapiducha. - poklepała go po dłoni - Jeszcze mamy czas.

- Jak się człowiek spieszy to się Diaboł cieszy
- Stewart w najlepsze przyssał się do kufla i z zauważalną lubością pociągnął spory łyk zimnego piwa, mrucząc przy tym jak bardzo wyliniały kocur, przez co młodszy mężczyzna zazgrzytał zębami.
- Na czym to ja… - beknął, ocierając wąsiska z piany.

- Dom na bagnach - drobna technik wstała i podeszła pod bar, siadając na stołku obok - Masz dla nas opowieść dziadku Bobby. Będziemy bardzo wdzięczni, jeśli się nią z nami podzielisz.

- A tak! Dom Widm!
- staruszek się wyprostował i uderzył znienacka o struny, a w pomieszczeniu rozeszły się pierwsze dźwięki powolnej melodii - Słuchajcie więc, bo to opowieść jakiej nie słyszy się na co dzień - drugą ręką po omacku chwycił gryf, zaciskając palce na odpowiednim chwycie. Znowu szarpnął struny.

- Dom Widm? - blondynka przechyliła się do Murzynki i szepnęła niepewnie.

- Ciii - ta przysiadła na blacie i oparłszy op niego ramię, założyła nogę na nogę.

Staruch w tym czasie nabrał powietrza, poprawił się na krzesełku.
- Z dawien dawna wśród błota i mgły, w wielkim domu z żółtej cegły mieszkały trzy siostry. Piękne były jak z obrazka i dobre, każda jedna miała magię w dłoniach i światło w sercu. Zawarto z nimi umowę: chciały spokoju w zamian za opiekę nad nami. Zebrała się rada, rozejm zawarto. Chodziły więc wśród nas, a gdzie przystanęły, tam choroby i smutek nie znikały bez śladu. - nie przerywając gry zaczął opowiadać. - Mówiono na nie dobre wróżki, czarodziejki i anioły. Nigdy na nikogo nie podniosły ręki, a poproszone o pomoc jej nie odmawiały, nie żądając zapłaty. Uczyły dzieci, opiekowały się starszymi i jeśli na kimś z miasteczka położył się cień Kostuchy, wystarczyło zapalić racę. Wtedy przybywały na koniach o grzywach białych niczym mleko. Czasem zabrały kogoś chorego do siebie, a potem odprowadzały w pełni sił. Szczęśliwcy ci opowiadali o pięknym ogrodzie dookoła dworu, elektrycznym świetle i cudach od których bielało oko… tak to się zaczęło - uderzył mocniej struny, szarpiąc nimi aż zatrzeszczały - Plotka jest potężna, złość i zawiść łatwo zasiać w ludzkich duszach. Na skrzydłach szeptu wieści rozeszły się dalej, złe oczy spojrzały na Salisbury. Pewnej jesieni przyjechały, drąc darnie oponami jeepów, kalecząc trawę ciężkimi butami. Bestie w mundurach, z czarnym ołowiem w rękach. Chciwe, zawistne. Głodne ponad wszelkie wyobrażenie. Wjechały do lasu, przebyły bagna, lecz nie mogły odnaleźć domu. Zmieniły się więc w podstępne węże, odpaliły nocą racę czekając aż któraś przyjedzie. Bo zawsze przyjeżdżały - pokręcił głową i grał dalej - Padło na najstarszą, tę najbardziej miłosierną. Pojawiła się wraz ze światłem księżyca, gnając na koniu poprzez wrzosy. Nie zdążyła przejechać krzyżówek gdy opadli ją niczym stado wron, otaczając i osaczając. Ściągnęli z konia, chcieli pojmać. Zakuć w kajdany i wycisnąć co wiedziała, lecz ona nie chciała się podzielić wiedzą. Szkarłat splamił biel, błoto przylgnęło do jasnej skóry. - zrobił przerwę w słowach, choć melodia nadal trwała - Walczyła, a my nie mogliśmy jej pomóc. Było nas za mało, Bestie nas przewyższały. Noc poniosła ze sobą płacz i krzyki, dzikie wycie torturowanego anioła. Za dobroć odpłacono jej nienawiścią. Złamano wolę, dopiero nad ranem. Wraz ze słowami wyciśnięto z niej życie, ale to nieważne, nie? Życie nic nie znaczy, gdy ma się informacje. Z nimi można już robić plan. Wiedzieli gdzie iść, czego więcej potrzebowali? Plany jednak lubią brać w łeb. - pokiwał sędziwą głową - Wrócili następnego dnia pod wieczór, gdy słońce kładło się ognistą łuną na nieboskłonie. Dwóch z trzydziestu, charcząc krwawą pianą i dygocząc. Po mundurach zostały im nadpalone szmaty, skóra sparszywiała pokrywając się bąblami oparzeń. Krzyczeli w panice i potykali się o własne nogi, brocząc juchą ze wszystkich otworów. Wrzeszczeli o szarańczy, nieśli w sobie zarazę. Nie doszli do miasta, zostali w pół drogi, tam gdzie rozstaje. Gdzie katowali ofiarę - w głosie starucha pojawiła się mściwa satysfakcja - Ciała oblano benzyną, resztki zakopano i przesypano wapnem. Nocą wypuszczono racę… - westchnął ciężko, z goryczą - Lecz tym razem żadna z sióstr się nie pojawiła. Ani wtedy, ani następnym razem. Najstarszą pochowaliśmy więc na naszym cmentarzu, stawiając pomnik ozdobiony bluszczem i białymi różami. To zdarzyło się lata temu, przez ten czas jeszcze wielu próbowało przejść bagna… a dziś? - po dramatycznej pauzie gitara zamilkła - Dwie stare wiedźmy mieszkają wśród bagien, a każda z nich szpetniejsza od drugiej. Wśród błota i mgły mają swe leże, w starym zamku zbudowanym na popiele. Chronią go moczary i trująca mgła, w której gubią się najlepsi zwiadowcy. Chronią bestie o paszczach pełnych jadowitych kłów. Chroni sama natura i chroni magia. Nocą słychać wycia tych, co zbłądzili w nadziei na łatwy łup. Wśród białych tumanów tańczą widma, a dwie siostry czają się w mroku, gotowe porwać nieroztropnych. One wciąż pamiętają o umowie, dostały tę ziemię w posiadanie. To ich własność i bronią jej, a my… - po omacku sięgnął po piwo - My również pamiętamy.

W sali zapanowała cisza, przerywana cichym trzaskiem ognia w kominku i ujadaniem psa gdzieś poza murami knajpy. Zebrani wewnątrz ludzie poaptrzyli po sobie z niepewnymi minami.

- To jakaś bujda - Kolya pokręcił głową, odpalając kolejnego papierosa - Nie ma żadnej magii, ani klątw. Jest stary budynek rządowy i tyle.

- A co ty piękny kawalerze możesz wiedzieć? - dziadek zarechotał - Młodyś jeszcze, masz parę papierków w garści i już myślisz, żeś wszystkie rozumy pozjadał, ale to my tu mieszkamy. My przez te lata zdążyliśmy się napatrzeć co wyłazi z bagien. Może to promieniowanie, a może co innego. Zaczęło się właśnie tamtej jesieni. Natura oszalała odkąd Christine Russell zamordowano nam na opłotkach.

- A jeśli one już nie żyją?
- wtrąciła się blondynka - Ciężko tu się żyje, zwłaszcza przy tych wszystkich przeciwnościach o jakich wspominałeś. Skąd macie pewność, że te siostry nie umarły gdzieś w tym domu? Rożnie bywa, leki kiedyś się kończą, tak samo zapasy. Nic nie trwa wiecznie.

- Żyją, przynajmniej jedna -
do rozmowy wtrąciła się Free. Zabrała opróżniony kufel dziadkowi i zaczęła go uzupełniać - Parę miesięcy temu jeden z naszych tam doszedł. Stary świrus, mieszkał tu od pięciu lat. Znalazł ten dom, jakoś udało mu się przejść przez jezioro bo zamarzło. - wzdrygnęła się, przecierając twarz rękawem - Wrócił z odgryzioną ręką, cały pokiereszowany i pokryty bąblami. Z wypalonym okiem i bez ani jednej klepki. Bredził coś o dworze wśród popiołów i szarej wiedźmie, zakutanej w zgrzebną chustę. Miała ponoć na posyłki całe stada dzikich zwierząt. Widział ją w jednym z pomieszczeń… czyli przynajmniej jedna żyje - postawiła pełne naczynie na kontuarze - Przytargał ze sobą parę gambli, ale nie nacieszył się nimi. Zmarł w gorączce nim zdołał się z kimkolwiek podzielić czymś więcej poza jęczeniem i bredzeniem w malignie.

- Mówiłem to wtedy, powtarzałem za każdym razem, ale nikt nie słucha gadania starego człowieka…
- Bobby Jim namacał naczynie i ujął je w obie dłonie - To już nie są te bagna co kiedyś. Chcecie się po nich przejść potrzebujecie kogoś stąd. Kto wie dokąd można dojść.

- Luke?
- bardziej stwierdziła niż spytała barmanka, biorąc się za czyszczenie pozostałych kufli.

- Luke - potwierdził, upijając piwa. Gitara zaś wylądowała na blacie - No ale z nim to nie wiadomo gdzie się teraz szwenda… o ile go coś nie zażarło - parsknął w pianę. Nie brzmiało to optymistycznie, kimkolwiek ów “Luke” był. - A teraz złociutka daj staremu dziadkowi coś do jedzenia. Została ci jeszcze ta jajecznica?
 

Ostatnio edytowane przez Czarna : 16-08-2017 o 15:05.
Czarna jest offline  
Stary 16-08-2017, 20:17   #2
Szpieg Reptilian
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 65054 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
Tura 1

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=gzDqCcTeSmY[/MEDIA]
Salisbury. Dobrze zapamiętała spisane w pośpiechu słowa, które doręczył jej kurier. Krótka notka od dawnej znajomej, ducha przeszłości i echa minionych czasów. Dobrego ducha, przyjaznego - tych Charlie nie spotkała wielu na swojej drodze, więc tym bardziej ucieszyła się dostając jasny znak, że jeden z nich ciągle żyje. I z tego co pisał ma się nadzwyczaj dobrze, co też ją cieszyło. Dobrzy ludzie zasługiwali na szczęście. Choć od ich ostatniego minęło sporo czasu, wydawać się mogło że dla nich obu historia potoczyła sie kompletnie przeciwnie. Megan osiadła na stałe w jednej z mieścin-przystanków Ósmej Mili, założyła rodzinę i całkiem nieźle przędła. Charlie zaś wciąż biegła przed siebie, goniąc coś nieuchwytnego i uciekając przed przeszłością. Najmowała się do kolejnych karawan, aż wreszcie trafiła na tę właściwą, dowodzoną przez Herę, choć łysa szefowa powinna się nazywać Hetera - i tak ludzie nazywali ja za plecami. Babsko było koszmarne: złośliwe, bezwzględne i z kilometrowym wężem w kieszeni. Darło też japsko tak głośno, że będąc na tyle kolumny słyszało się bardzo wyraźnie co i do kogo aktualnie ma.

Ale to już było za Charlie, zamknęła następny rozdział i zbierała się do pisania nowego. Tego w Salisbury, mieścinie w południowej Karolinie, gdzie czekała na nią Megan… tylko gdzie konkretnie? Tego już szwendaczka nie wiedziała. Miasto nie było duże, pewnie gdyby się uparła okrążyłaby zamieszkały sektor w przeciągu połowy dnia, lecz nie zmieniało to faktu, że mieszkała tu całkiem spora ilość ludzi. Mijała domu ze światłami w oknach idąc z postoju karawan poprzez główną uliczkę budzącą się powoli ze snu i witającą nowy dzień równie chętnie, co ona maszerowała wśród błota i kałuż - nieodłącznych elementów tego cholernego zadupia. Dobrze, że już nie padało, tyle jej szczęścia. Przez ostatnie dwa chmury rwały się i lało koszmarnie, przez co mieli spore opóźnienia - marnowali czas na wyciąganie wozów z błota i szukanie dróg zdatnych do przejazdu. Tutaj ona się spisała, błądząc na szpicy pośród mokrego listowia, pajęczyn i drobnych gałązek. Dostała za to dodatkowy przydział żarcia, ale i tak czuła się zmęczona. I mokra. Przede wszystkim mokra i zziębnięta. W panujących warunkach wysuszenie ciuchów zakrawało o cud, a te jak wiadomo nie zdarzały się często.

- Nie ma mowy, nie będę czekać! - wśród dźwięków wstającej z nocnego bezruchu osady pojawił się kobiecy krzyk. Głośny, zirytowany i dobiegający gdzieś z przodu.

- Daj spokój Bree, sama nic nie zdziałasz! Nie w taką pogodę! - odpowiedział równie zezłoszczony męski głos. Mgła zafalowała i po paru krokach Charlie zauważyła źródło hałasu.

Trójka ludzi stała przy niskim, parterowym budynku o niebieskich drzwiach i kłóciła się zażarcie. Młoda kobieta w płaszczu i kowbojskim kapeluszu. Stała przy wozie i machając rękami dyskutowała ostro z dwoma mężczyznami.
- Mam to gdzieś Scov, rozumiesz?! - darła się zaciskając pięści, a głos balansował jej na granicy histerii - On ma siedem lat! Nie poradzi sobie sam!

Siwy, starszy mężczyzna zrobił krok do przodu, unosząc pojednawczo ręce na wysokości piersi. Charlie zauważyła wpiętą w klapę gwiazdę szeryfa.
- Ty też sobie nie poradzisz - powiedział, a kobieta się zjeżyła. Szybko więc dopowiedział - Nie sama i nie w tę mgłę. Wiem że to dla ciebie trudne, ale nie możemy tracić głowy bo inaczej ciebie też będziemy musieli szukać.

- To chodź ze mną! Emil by poszedł! - syk kobiety przeszył powietrze. Wyciągnęła oskarżycielsko palec wskazujący i wycelowała nim w pierś rozmówcy - Gdyby Freja się zgubiła też byś siedział z założonymi rękami?

- Gdyby zniknęła wpierw zebrałbym ekipę poszukiwawczą i przeczesał bagna
- odpowiedział spokojnie, robiąc kolejny krok do przodu. Znajdował się już raptem trzy metry od wozu - Tak jak zrobimy teraz, nic na wariata. Martwisz się, to normalne. Jack jest mądrym chłopcem, nie chciałby też abyś z jego winy narażała się na niebezpieczeństwo. Skrzyknę ludzi, weźmiemy psy i pochodnie. Jest rano, większość jest jeszcze w domach, nie trzeba ich będzie szukać - zrobił następny krok i nie przestawał nadawać - Emil zatrzymałby cię teraz, a potem tak. Poszedł na poszukiwania. Działaby według planu, odłożył emocje na bok. Bree… - stanął tuz przed kobietą i położył jej pokrzepiające dłonie na ramionach - Znajdziemy go, nie mógł odejść daleko.

Pod jego dotykiem w kobiecie coś pękło. Zatrzęsła się i ukryła twarz w dłoniach, a ramiona opadły jej przygniecione niewidzialnym ciężarem.
- On ma tylko siedem lat - Charlie usłyszała zduszony łzami głos.

Drugi mężczyzna w tym czasie trzymał się na uboczu, przypatrując się scenie jak i okolicy. Stał oparty o niski płot, z dłońmi wbitymi w kieszenie.
Wydawał się spięty i zdenerwowany, na dłuższą chwilę zatrzymał wzrok na obcej dziewczynie o nietypowym kolorze włosów.
- Skoczę do wieży ciśnień, może Luke jeszcze nie ruszył na polowanie - odbił się od płotu i stanął pewniej na nogach.



Piekło miało różne nazwy i twarze. Niekoniecznie musiało się wiązać z ogniem, rogatymi demonami albo siarką. Czasem bywało takie zwykłe, prozaiczne. Swojskie wręcz. Piekło dnia codziennego, obleczone w niewielkie ciało ledwo sięgające Rosalin do brody - jej prywatna Otchłań, zaklęta w figurce ledwo odstającej od ziemi. Dziecko o twarzy aniołka i duszy najgorszego Upadłego. Niepozorna, wiecznie uśmiechnięta gdy ktoś patrzył, lecz ledwo znajdowały się same, mała diablica od razu pokazywała prawdziwą naturę, zrzucając noszone na co dzień maski.

Nie polubiły się od pierwszego spotkania, choć Blackwater pewnie mogłaby twierdzić, że to Freja nie polubiła jej. Nie wiedziała dlaczego, po prostu dzieciak zapałał do niej niczym nieskrepowaną, ciężką do wytłumaczenia nienawiścią. Mozę chodziło o to, ze związała się z jej ojcem i często gościła w jego łóżku, powoli przenikając nitka po nitce do gobelinu dnia codziennego ich dwuosobowej rodziny? A może chodziło o coś kompletnie innego, nie szło zgadnąć. Zupełnie jakby Indianka miała na głowie nie dość zmartwień.
Tego ranka spieszyła się, objuczona niczym kobyła dobytkiem do niesienia pomocy, kocami i flaszeczkami ziołowych naparów, a ta mała cholera jakby tego nie zauważała. Przystawała co parę metrów, rozglądając się po okolicy jakby czegoś szukała. Dziś dla odmiany nie miała na sobie przeszytego na swój rozmiar munduru, ale odświętny płaszcz i Oscar podstępem zmusił aby założyła sukienkę, co młodej wybitnie się nie podobało. Zrzędziła cały ranek aż do momentu, w którym ojciec szepnął jej coś na ucho. Wtedy westchnęła i pokiwała głową, godząc się na straszny ze wszech miar los. Wyglądała jak normalne dziecko w jej wieku, dziewczynka na oko czternastoletnia. Wrażenie niewinności psuł wielki wojskowy nóż, który przytwierdziła do paska oplatającego wątła talię.
- Uważaj na nią proszę - wciąż słyszała ciche słowa wypowiedziane tuż przy swoich ustach, a także ciepło otaczających ja ramion. Zgodziła się wziąć małą na spacer, aby spędzić razem trochę czasu.
- To dobre dziecko, tylko potrzebuje czasu - kolejne zdania wyskakiwały z pamięci, gdy sapiąc ciężko patrzyła jak jej nemezis stoi wgapiona w ruiny. “Dobre dziecko”... ciekawe od której strony. Może jak spało, albo jadło… albo znikało leakrce z widoku ku uciesze obu stron. Jedyne momenty zakopanai wojennego topora następowały gdy w okolicy pojawiał się czarny, złotooki sierściuch, będący towarzyszem Ros od zeszłej jesieni. Wtedy to przyplątał sie ranny z bagien i już został, zwabiony widmem codziennej michy, systematycznego głaskania i ciepłego kąta przy kominku lub pod kocem.

Teraz niestety go nie było, zostały skazane same na siebie i jakąś nić współpracy, a ta szła opornie. A przecież tyle razy powtarzała, że muszą iść do Paris, młoda lubiła barmankę. Szczerze mówiąc lubiła wszystkich w osadzie. Prócz Rosalin oczywiście.

W końcu gdy już miała się odezwać i pogonić smarkulę, ta ruszyła sie łaskawie i nie patrząc na nią, ruszyła w stronę zachodniego sektora, tam gdzie miały przecież się dostać. Pół godziny temu… no ale po drodze znalazły się trzy wielce interesujące kałuże, dwa motylki, wiewiórka i oczywiście ruiny. Same wspaniałości, żeby to szlag trafił.

- Jeść mi się chce - Freja wydała z siebie ludzki głos dopiero dwieście metrów od celu. Nie patrzyła na starszą kobietę, lecz z premedytacją oglądała mijany cmenatrz pełen wilgotnych, tonących we mgle nagrobków. Dobrze, że przynajmniej już nie padało. Wycieczki w taką ulewę jaka męczyła Salisbury przez ostatnie dwa dni zapowiadała się na katorgę jeszcze gorszą, niż obecność panny Skov. Zanin Indianka zdążyła odpowiedzieć plama cienia na ganku ożyła, wypluwając z siebie wysoką, czarnowłosą kobietę o smutnym spojrzeniu.
Obrzuciła nadchodzącą parkę uważnym spojrzeniem, po czym wycofała się na powrót pod ścianę, stając nieruchomo niczym wycięty ze starych opowieści gargulec. W jej postawie i osobie było coś, co jeżyło włosy na karku, zwłaszcza gdy tak się gapiła spode łba, lodowato. Wzrokiem wypranym z jakichkolwiek emocji.

Młoda jednakże wydawała nie zauważać posępnej aury roztaczanej przez obcą. Obcięła ją od góry do dołu, a drobną buzię rozjaśnił uśmiech radości co do którego Ros miała dziwne przeczucie, że wie skąd się wziął Kobieta na ganku miała na sobie mundur polowy, a zza pleców wystawała jej czarna, oksydowana lufa jakiegoś karabinu. Freja uwielbiała wojskowy szpej… ciągle powtarzała na okrągło, że gdy dorośnie chce zostać Pazurem. Każdego trepopodobnego intruza traktowała z radosną uwagę, zwykle zawracając takiemu głowę i zasypując dziesiątkami pytań. Teraz też ruszyła raźno w kierunku ganku nie spoglądając nawet przez ramię.





Poranek zapowiadał się do dupy - mokry, zimny i z wszechobecną mgłą przez którą nie dało się dostrzec co czeka człowieka za kolejne pięćdziesiąt kroków. Niezbyt udany początek jakiejkolwiek wyprawy, a przecież miało być tak pięknie! W nocy wreszcie przestało lać, męczący okolicę deszcz skończył się równie nagle, co zaatakował dobre dwa dni temu. Zostawił po sobie masę kałuży, rozmoczył ścieżki dzięki czemu tropienie powinno być dziecinną igraszką. No ale ta mgła. W podobnych warunkach dalsze wycieczki odpadały, tym bardziej te w głębsze części bagien. Jedyne co pozostawało to przejść się po obrzeżach i liczyć na fart w postaci zastawionych zawczasu sideł. Los się uśmiechnie coś się w nie złapie - czy to królik, czy wiewiórka. Oby nie wydra. Od wydrzego mięsa Lukas dostawał już niestrawności. Z głodu ściskało go w żołądku. Zapasy skurczyły się, a dostawą świeżego mięsa nie gardził nikt rozsądny. Gdyby udało mu się złapać cokolwiek Free bez problemów przyrządziłaby to w Czapli odpalając mu lwią część i jeszcze dodatkowo jakieś pierdoły. Rozmawiali o tym zresztą ostatnio. Czarnulka żaliła się po cichu, że knajpa cienko stoi jeżeli chodzi o żarcie. Zimowe plony były na wyczerpaniu, wiosenne dopiero rosły na polach i to od niedawna. Raptem miesiąc temu ludzie ruszyli na pola. Pozostawało czekać, uzbroić się w cierpliwość oraz liczyć na dostawy. Dlatego też Benson chcąc nie chcąc poczekał aż niebo zmieni barwę na szary ołów, zabrał kapotę i z wierną bronią na ramieniu zagłębił się w mokrą, zieloną plątaninę ścieżek oraz drzew.
Z początku szło prosto, nie napotkał niczego groźnego. Żadnych śladów bytności zwierzyny, ani wrogów. Z jednej strony budziło to ulgę, z drugiej złość. Musiał iść dalej, głębiej. Sprawdzić po kolei potrzaski i uważać na plecy. Po deszczu, a zwłaszcza pierwszej wiosennej burzy, wyposzczona zimą zwierzyna potrafiła szaleć. Ile razy słyszał wycie wilków dobiegające od strony osady, z odległości zdecydowanie zbyt małej jak na granicę tolerancji zdrowo myślącego człowieka? Każdy był głodny, nie tylko ludzie.

Pierwsze sidła zastawione zaraz na granicy drzew powitały go rozczarowaniem. Przynętę sprytnie wyjedzono, lecz nic nie było na tyle łaskawe, aby dać się złapać w metalową pętlę. To samo spotkało go przy drugim punkcie - tam jednak konstrukcję rozerwano, jakby złapało się coś większego i spanikowane pognało razem z własnością Lukasa w siną dal. Co to mogło być? Sarna? Wilk? A może dzik? Albo aligator. Przez pieprzoną powódź tropiciel nie zdziwiłby się, gdyby jedna z tych kreatur wylazła aż tutaj. Ulewa i czas zatarły ślady, zmieniając je w bajoro równo zalane wodą. Nim podniósł się znad resztek swojej ciężkiej pracy powietrze przeszył wysoki, chrapliwy krzyk, przypominający skargę torturowanego upiora. Mężczyzna przypadł do ziemi i znieruchomiał, na skronie wystąpił mu zimny pot. Znał ten jazgot, gdzieś w okolicy polował Wyjec, na szczęście znajdował się daleko z tego co dało się usłyszeć wśród mgły i wilgoci. Wołanie rozlegało się dalszej części puszczy, tam, gdzie Lukas nie zamierzał się dziś zapuszczać. Zamiast roztrząsać dalsze zagrożenia, skupił się na bliższych obowiązkach, jednak od tej pory w jego kroki wdarła się jeszcze większa ostrożność.

Lepiej sytuacja wyglądała przy trzecim potrzasku - tu los się do niego uśmiechnął. Jeszcze im doszedł do celu usłyszał paniczną szamotaninę między krzakami jeżyn, a gdy się zbliżył zobaczył winowajcę owego zamieszania.
Niewielkie, bure futerko z długimi uszami na widok człowieka zamarło w bezruchu, wybałuszając panicznie złote ślepia. Dyszało ciężko, a mężczyzna widział jak jego drobna klatka piersiowa unosi się i opada w rytmie karabinu maszynowego. Zające miały słabe serca, cała sytuacja musiała przyprawia go stres na granicy śmiertelności. Musiało być już na krawędzi zawału, lecz nim Luke zrobił krok jego uwagę przykuło coś zgoła innego.

W pierwszej chwili wziął to za omam wywołany mgłą, a także wypitymi wcześniej procentami. Wpierw na liściach zauważył krwawe rozbryzgi - pojedyncze, czerwone krople wiszące na zielonych tkankach. Jego wzrok przesunął się dalej, tam gdzie połamane jałowce i powalona sosna. Bystre oko wychwyciło wśród błota i piachu element niepasujący do leśnej przestrzeni.
Pięć bladych, sękatych i brudnych paluchów, przyczepionych do równie brudnego śródręcza. Drobne, wąskie, jakby należały do dziecka lub kobiety. Całość wystawała znad piachu, drapiąc powietrze pod przewróconym konarem. Dopiero widząc to, myśliwy zorientował się, że krzaki połamano w bardzo konkretnym miejscu. Część musiano ściągnąć z okolicy i ułożyć na niechlujnej kupie. Całość zaś zamaskowano, co wywołało nieprzyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Prowizorycznym pochówkiem zajął się ktoś ogarnięty, potrafiący wprowadzić w błąd nawet kogoś takiego jak on, a nie uważał się za laika. Przypatrując się kończynie w pewnej chwili zauważył, że palce poruszyły się nieznacznie. Albo mu się wydawało. Pozostawał jeden sposób aby się o tym przekonać. Lub zignorować nie swój problem, skupiając uwagę na to po co tu w końcu do cholery przyszedł.

 
__________________
A God Damn Rat Pack

"I am the bad one, distant and cruel one.
I am the dream that, keeps you running down."

Ostatnio edytowane przez Zombianna : 11-03-2018 o 15:13.
Zombianna jest offline  
Stary 19-08-2017, 12:19   #3
 
Aiko's Avatar
 
Reputacja: 36997 Aiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputację
Charlie w nowym mieście

Charlie przysłuchiwała się całej wymianie zdań czując jak jej głowa toczy ciężką batalię z ciałem. Megan oznaczała prawdopodobnie: dobry bimberek, ciepły domek i suche majtki. Rozmowa z tą ekipą oznaczała: dalej mokro, dalej zimno. Jak na złość akurat w tym momencie pod lekko rozpiętą kurtkę wpadła zimna kropla, spływając wprost, pod mocno wykrojony podkoszulek. Rangerka poczuła jak jej ciałem wstrząsnął paskudny dreszcz. NIby sprawa wygrana na stronę Megan jakby się na to nie patrzyło. Jednak było kilka plusów rozmowy z tą grupką. Może powiedzieliby jej gdzie jest Megan. Co oznaczało, mokre majtki, przez krótszy czas! Może mogłaby wyruszyć dalej. Niby majtki mokre, ale fuck, po coś się żyje! No i jeszcze pozostawał temat przyglądającego się jej faceta. Takie spojrzenie mogło zwiastować dwie rzeczy, albo już podpadła, albo może sprawi że jej majtki będą mokre z innego powodu niż ten cholerny deszcz. Dobra, najwyżej coś znowu zepsuje.
- Ekhym, sorki, ale… - Przesuneła wzrokiem po twarzach. - Nie wiecie może, gdzie znajdę Megan, lekarkę.

Z całej trójki tylko ten młody nie wyglądał na zaskoczonego. Pozostała dwójka do tej pory zajęta sobą i swoimi problemami, dostrzegła obecność rangerki dopiero gdy ta się odezwała. Oboje obrócili twarze w jej stronę i jeżeli kobieta nie wyglądała jakby obecność kogoś nowego do niej docierała, to mężczyzna z gwiazdą szeryfa zmrużył czujnie oczy.
- Potrzebujesz Megan? - zapytał nie puszczając z uścisku tej laski w kapeluszu - A do czego jeśli mogę wiedzieć?

- Czy to ważne? - szatynka pokręciła pospiesznie głową, pokazując gdzieś na lewo. Tam gdzie przecięte lasem zabudowania - Nie mamy czasu na twoje gierki w stróża prawa i porządku.

Młody zaś milczał, poświęcając teraz całą uwagę obcej. Przeszedł też parę kroków, niby przypadkiem biorąc ją z lewej strony i odcinając drogę ewentualnej ucieczki gdzieś wgłąb osady. Ręce trzymał w kieszeniach kurtki, przekrzywiał też kark nieznacznie w prawo, jakby łapał ostrość widzenia, a prócz twarzy Charlie, skupiał się na tym co przy sobie nosiła, zwłaszcza przy biodrach. Gdzie pasy z kaburami.

Czyli chyba jednak podpadła. Nie dobrze, nie lubiła gdy przystojniacy na dzień dobry mieli do niej awersję. Uśmiechnęła się do mężczyzny.
- A więc Pan jest szeryfem. - Uniosła dłonie jakby się poddawała. - Megan to stara znajoma, która uratowała mi kiedyś tyłek. - Demonstracyjnie zakręciła biodrami, wywołując przy tym rych kabury. - Jako że dopiero co odprowadziłam w okolice karawanę, wpadłam na pomysł by ją odwiedzić.

Szeryf zmrużył oczy jakby nad czymś się zastanawiał. Wymienił też z drugim mężczyzną porozumiewawcze spojrzenie po którym tamten kiwnął ledwo zauważalnie głową.
- Dobrze Bree, leć po MacCoy’ów niech wezmą psy. Powiedz Calebowi żeby wziął konie i posłał Sue na rogatki. Spotkamy się tu za godzinę, do tej pory mgła powinna trochę opaść - stróż prawa i porządku zwrócił się do kobiety w kapeluszu ostatni raz potrząsając pocieszająco jej ramionami. Następnie odwrócił się frontem do rangerki - Więc mówisz że przyjechałaś z karawaną, tak? Jak się nazywasz bo nie dosłyszałem? - przyglądał się jej czujnie, ale nie powiedział nic więc chociaż miało się wrażenie, że chce zadać jeszcze jedno pytanie. Zamiast tego pokiwał powoli głową - Dobrze, w takim razie nie rób tu kłopotów. Chris pokaże ci gdzie mieszka Megan - przy ostatnim popatrzył na młodszego bruneta, a ten mrugnął szybko na znak zgody.

- Megan mieszka kawałek stąd, zaraz za starą stacją kolejową - wyjaśnił, poprawiając kurtkę która rozpięła mu się do połowy i przekrzywiła przy kołnierzu - Wieża ciśnień jest jeszcze kawałek dalej. Mamy po drodze - posłał kobiecie coś na kształt uśmiechu, zaczepiając wzrok na jej biodrach odrobinę dłużej niż przy zwykłej obserwacji.

Charlie obserwowała ich z uśmiechem. Ciekawa grupka. A więc starszy to Scov, dziewczyna Bree, no i Chris. Jack chyba był synalkiem Bree, a Freja… no i jeszcze Emil. Dopiero pojawiła się w miasteczku a tyle ciekawostek. Do tego zanosiło się na to, że nie będzie musiała może spać sama.

- To raczej nie tak, że nie dosłyszałeś. - Charlie mrugnęła do starszego mężczyzny. - Jestem Charlie. - Wyszczerzyła się rozczesując mokre dredy. Czując na sobie wzrok młodszego chłopaka, niby od niechcenia zakołysała biodrami. - Jestem przewodnikiem, gdybyście potrzebowali kogoś kto łaził po dziwnych miejscach polecam swoją pomoc.

- Szeryf Scov - ten z gwiazdą dopełnił formalności uśmiechając się samymi ustami. Dziewczyna w kapeluszu tylko kiwnęła głową po czym odwróciła się i doskoczyła do wozu, zaczynając odpinać od niego konia. Szło jej sprawnie i już po chwili wsiadła na uwolnioną chabetę, zacinając ją ostro piętami aż ta kwiknęła w proteście.

- Słuchaj Charlie. Mówisz że jesteś przewodnikiem. Prowadziłaś karawanę - zaczął po przerwie - Nie wiem czy przyjechałaś na długo, ale sama widzisz - pokazał brodą na odjeżdżającą szatynkę - Wierzę w twoje umiejętności, ale to dość… specyficzny teren - skrzywił się i westchnął - Cieszy mnie chęć pomocy, naprawdę dodatkowa para czujnych oczu bardzo by się nam przydała. Jesteś nowa, przyjechałaś do Meg. Dziś, więc idziesz prosto z długiej trasy. Poza tym mamy wiosnę - rozłożył bezradnie ręce, ale chyba zorientował się że wyjaśnienie nie jest zbyt oczywiste dlatego dodał - Ciężko na razie o zapasy, zresztą sama zobaczysz. Jeśli czujesz się na siłach z drogi iść prosto w głuszę - jasne. Przydasz się, dostaniesz też zapłatę o ile pomoc nie skończy się tylko na słowach.

- I tak muszę skoczyć po Bensona, mamy po drodze - milczący dotąd Chris wyszczerzył się szeroko, łypiąc okiem to na rangerkę, to na starszego gościa - Przygotowania do poszukiwań jeszcze chwilę zajmą. Wyjaśnię jej co i jak po drodze, no i warto zrzucić gdzieś manele - wskazał wymownie na torbę kobiety, a szeryf pokiwał na zgodę - Nie ma co pchać się do lasu z tym całym bajazolem.

- Heh nie proponowałabym gdybym nie czuła się na siłach. A ten bajzol… to raczej niezbędne by przeżyć. - Charlie wsunęła ręce do kieszeni spodni. Trochę jej zmarzły od tego gadania. - Zostawię bimberek dla Meg, zmienię gatki na suche i mogę ruszać.

Mrugnęła do Chrisa.
- Prowadzisz?

- Spotkamy się tu za godzinę - Skov machnął ręką na budynek z niebieskimi drzwiami, po czym pożegnał się krótko i szybkim krokiem ruszył gdzieś między domy, zgarniając po drodze wisząca na balustradzie kurtkę.

- Tak łatwo się moczysz? - drugi facet wykonał zapraszający gest, pokazując przeciwny kierunek, a uśmiech na jego gębie stał się drapieżny - Dobrze wiedzieć.

Charlie roześmiała się cicho.
- To zależy dla kogo. - Mrugnęła do niego i ruszyła we wskazanym kierunku. - Mokre chaszcze są rzeczywiście całkiem podniecające.
- Zależy z kim i czego tam szukasz - brunet parsknął i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni niewielką piersiówkę. Pociągnął zdrowo, a gdy skończył, podał ją rangerce - Chris, ale to już chyba wiesz… i nie dziwię się. Też bym się moczył na twoim miejscu - dodał jakby mówił o oczywistej oczywistości.

Charlie przejęła piersiówkę i pociągnęła także łyk. Przyjemne ciepło rozlało się po ciele. Kobieta z uśmiechem powąchała zawartość. Dawno nie piła czegoś takiego. W podróży trafiało się najczęściej na bimber i to zazwyczaj podły.
- Wiśniówka… dobra. - Oddała piersiówkę mężczyźnie. - Słyszałam, że faceci, którzy bardzo się przechwalają mają dosyć krótki lont, co ty na to Chris?

Facet zaśmiał się szczerze, chowając na powrót swój gambel za pazuchę. Ruszyli dość żwawym tempem, przedzierając się przez zalaną wodą, błotnistą drogę i wszechobecną mgłę.
- Ja na to, że niemądrze jest słuchać plotek. Nigdy tego nie robię - odpowiedział, przeskakując nad wyjątkowo obszerną burą plamą wody - Wolę sprawdzić i naocznie się przekonać. To niweluje niedpowiedzenia i puste plotki. Masz pełen obraz i możliwość wyrobienia swojego zdania w interesie, a krótkim bym go nie nazwał - parsknął.

Charlie przeskoczyła tą samą kałużę, zakładając że Chris zna lepiej okolicę niż ona. Wylądowała tuż obok chłopaka i nachyliła się do niego.
- Cóż, w karawanie trzeba jakoś wybrać spośród tylu opcji, a w plotkach jest podobno zawsze jakieś ziarno prawdy. - Przyjrzała się uważnie jego twarzy starając się ocenić ile może mieć lat. Jeśli Meg ma rodzinkę, to raczej jej nie pozwoli tym razem z sobą spać. A bycie znów samej w nocy, wzdrygnęła się. Nie chciała być znowu sama. Te kilka ostatnich nocy w karawanie wystarczająco ją dobiło. Jej głowa znów zaczynała krążyć wokół wspomnień, wokół tych cholernych koszmarów. Chciała je jak najszybciej wyrzucić z głowy.

Zbliżyła swoją twarz do twarzy Chrisa ciekawa czy ucieknie. - Ale masz rację. Chętnie bym sprawdziła ile w tej plotce jest prawdy.

Nie uciekł, nie wyglądało nawet żeby taka myśl chociaż przez chwilę przeszła mu przez głowę. Zmrużył oczy i przejechał językiem po wnętrzu dolnej wargi, wciągając przy tym powietrze jakby wśród woni mokrej ziemi, dymu z palenisk i świeżej trawy łowił jej zapach.
- Złe języki gadają różne bzdury. Nigdy nie wierz plotkom, stawiaj na fakty - powiedział niskim głosem, pochylając się do przodu tak, że ich usta prawie się zetknęły - Więc mówisz, że jesteś przemoczona i zmarznięta? Co za strata… - podniósł dłoń do jej twarzy, gładząc bokiem palca wskazującego zimny policzek od kącika prawego oka aż po czubek brody, którą ujął delikatnie, unosząc całą głowę trochę do góry. Był od niej wyższy o dobre kilkanaście centymetrów, a po tym manewrze nie musiał się już pochylać. Patrzył jej śmiało w oczy, śląc rozbawione spojrzenie i niecierpliwe skrzywienie warg. Naparł też na nią całym sobą, spychając pod najbliższą ścianę - I co z tym zrobimy?

Charlie usłyszała, jak sprzęt w plecaku zaskrzypiał. Przysunęła twarz i pocałowała Chrisa, na początku zaczepnie, chwytając swymi ustami jego wargę. Odsunęła się z uśmiechem.
- Chyba należałoby mnie rozgrzać i przebrać. - Powiedziała żartobliwym tonem. - Może mogłabym też przy okazji sprawdzić ile w tych plotkach jest bzdur?
- Skoro nalegasz - wyszczerzył się jakby właśnie miał zamiar ratować damę z opresji. W końcu bycie gentlemanem zobowiązywało z tego co kiedyś Charlie słyszała od innego gościa. Ten którego miała teraz przed sobą nie tracił więcej czasu na gadanie, skoro co najważniejsze zostało ustalone. Z pomrukiem zadowolenia wystrzelił do przodu, zamykając jej usta swoimi w drapieżnym, wygłodniałym pocałunku. W międzyczasie czy to ściągnął, czy zszarpał z niej plecak, odrzucając go gdzieś w bok. Dopiero po pozbyciu się tego zawadzajacego elementu pchnął ją ponownie na ścianę, przygważdżając sobą i dociskając do zimnych, mokrych cegieł. Jego dłonie bez skrępowania wsunęły się pod jej koszulkę, gładząc i ugniatając najpierw brzuch, potem drapiąc boki i żebra aż na końcu zacisnęły się chciwie na piersiach. Oddychał coraz szybciej, grzał też niemiłosiernie co rangerka czuła nawet przez te parę warstw materiału. Wyczuwała też coś innego, gdy jego biodra starły się z jej biodrami. Rozsunął kolanem jej nogi i podnosząc nieznacznie do góry tak, że gdyby chciała mogła spokojnie usiąść na zgiętej nodze.

Charlie rozpięła mu kurtkę i wsunęła chłodne dłonie pod jego koszulkę. Uśmiechnęłą się wyczuwając dłonią znajomy kształ kabury, ale nie przerwała pocałunku. Był przyjemnie ciepły i już żałowała, że nie może do niego przywrzeć całym ciałem. Wsunęła powoli rozgrzewające się dłonie, w jego spodnie i oparła je na męskich pośladkach.

- Chcesz to zrobić tutaj, Chris? - Spytała z rozbawieniem, siadając delikatnie na jego zgiętym kolanie. Ciepła noga przyjemnie grzała przemoczony materiał. Była ciekawa czy spodnie Chrisa właśnie przemakają. By upewnić się, że tak jest przesunęła się najpierw ku górze uda a potem zsunęła z powrotem na swoje miejsce.

- A czemu nie? - parsknął rozbawiony, ale działania kobiety widocznie przypadły mu do gustu, rozciągając usta w grymasie bardzo zadowolonego kocura. Zaparł się mocniej o ścianę, dzięki czemu malało ryzyko, że upuści chętną na sprawdzanie i testowanie towarzyszkę prosto w zimne, mokre i posępne błoto. Sapnął głośno kiedy złapała go za tyłek, wyszczerzył zaraz zęby - Miejsce dobre jak każde inne, a skoro chcesz coś sprawdzać to tu i teraz, nie ma co zwlekać. Jeszcze ci się pod kopułką zalęgną złe plotki i co wtedy? - znowu ją pocałował przerywając kwestię i wypuszczając ruchliwy język na rozpoznanie. Nie mniej ruchliwe ręce wciąż błądziły po jej piersiach. Jedna zsunęła się ku dołowi i tam zabrała się za rozpinanie spodni. Wpierw jednak palce zbadały teren pod nimi, głaszcząc i drapiąc mokre ciało.

Charlie zamruczała czując ciepłe paluszki baraszkujące w jej majtkach.
- Wtedy miałbyś więcej rzeczy do sprostowania. - Naparła dłońmi na jego pośladki, dociskając męskie biodra do swoich. Udała lekkie zamyślenie. - Hm… ale może powinnam jednak pobudzić twój apetyt oczekiwaniem.
- A, no tak! - facet wyjął rękę spod jej koszulki i z rozmachem klepnął się w czoło, przypominając sobie o czym widocznie bardzo ważnym, ale zrobił to tak karykaturalnie, że nie mógł być poważny. Poważne było jednak jego spojrzenie, gdy pociągnął ją, zmuszajac aby stanęła na własnych nogach.
- Mówiłaś coś o sprawdzaniu lontów - sapnął a ślepia mu błyszczały podnieceniem. Sięgnął do własnego rozporka, rozpinając go z cichym sykiem metalu. Drugą rękę położył Charlie na ramieniu - Sprawdzaj więc, wszystko w twoich rękach - wydyszał i pocałował ją przelotnie. Nacisk na ramieniu wzmocnił się, dając jej do zrozumienia aby zeszła do parteru.

Charlie sięgnęła dłońmi do jego spodni. Nieśpiesznie zsunęła się w dół, ciągnąc za sobą bojówki Chrisa, razem z jego majtkami. Z rozbawieniem sięgnęła do jego penisa, udając że mierzy jego długość.
- Ta mgła strasznie przeszkadza. - Wodziła palcami od czubka do podstawy. - Ciężko ocenić.


- Nieźle ci idzie - powiedział przez ciężki, chrapliwy oddech. Westchnął, gdy zaczęła mierzyć go palcami i robić pomiary. Oparł się o ścianę, uginając lekko kolana żeby rangerka nie musiała zadzierać niepotrzebnie głowy i się męczyć.
- Poradzisz sobie, wierzę w ciebie - stęknął kładąc jej rękę na włosach. Chwilę gładził je, ale szybko mu się znudziło. Przyciągnął więc niebieską główkę bliżej siebie - nie krępuj się.

Charlie wzięła go do ust. Był gorący w sam raz by chwilę possać. Wykonała kilka ruchów, zagłębiając go w swoich ustach, prawie do gardła, po czym wypuściła nabrzmiałe ciało spomiędzy swoich warg i oparła o nie policzek.
- Tak też ciężko ocenić. Nie mam za bardzo porównania. - Pocałowała brzuch mężczyzny. - Ale mam pomysł gdzie mógłbyś się zagłębić.

Nad głową słyszała zduszone jęki i coraz intensywniejsze sapanie. Nacisk na włosach też się wzmocnił, gdy mężczyzna pomagał jej zachować tempo i odpowiednią głębię pracy. Odchylił kark do tyłu i mrużąc oczy zgrzytał zębami. Drapał paznokciami cegły w rytm przyspieszającego oddechu.
- Zrób jeszcze parę testów - zdołał wystękać, na powrót przyciskając jej głowę do swojego krocza - Zajebiście ci idzie.
- Eh… nie dasz się kobiecie nacieszyć. - Charlie kąsnęła go lekko w brzuch, ale po chwili wzięła jego penisa ponownie w usta. Teraz już była niemal pewna, że jej krótki loncik dojdzie właśnie w tym miejscu. Jedna dłonią sięgnęła do wiszącego woreczka i zaczęła go miętosić.

Facetem zatrzęsło, jęknął też na tyle głośno, że z pewnością jego głos poniósł się daleko poza ich przytulny kącik pod ścianą bezimiennego budynku. Mruczał z pełną aprobatą, krzywiąc się przy tym i dostajac zadyszki jak po długim biegu. Prężył się w ustach Charlie, reagując drżeniem na muśnięcia i pozostałe pieszczoty. Zabawa trwała dłuższą chwilę wypełnioną mieszczącymi mokrymi odgłosami i oddechami dwójki ludzi.
- N… nieźle mała - Chris zdołał wyszeptać i tym razem zamiast docisnąć, odciągnął gorące usta od tego najważniejszego fragmentu jego osoby. Pochylił się zaraz i mocnym chwytem złapał ją za ramiona praktyczni podrywając do góry.
- Teraz moja kolej - warknął jej prosto w twarz i tak zawirował przestrzenią, że rangerka zrobiła piruet i wylądowała frontem na ścianie, dla kontrastu dociskana przez zdyszanego, rozgrzanego mężczyznę, który bez zbędnych ceregieli zdarł z niej jedną ręką spodnie, pakując palce między uda tam gdzie gorące, wilgotne pęknięcie.

- Sprawdzimy… dokładnie… bardzo dokładnie - sapał poruszając dłonią. Do jednego palca dołączył drugi, kciuk robił małe kółka podrażniając ten magiczny wzgórek rozsyłający po całym ciele elektryczne impulsy.

Charlie uśmiechnęła się, opierajac się dłońmi o mur. Jej ciało przyjemnie drżało od ciepłego dotyku, który w porównaniu z jej rozpaloną szparką wydawał się nawet lekko chłodny. Chris dopiął swego, była mokra, bardzo mokra. Była też pewna, że to nie kwestia przemoczonych majtek.
- W tylnej kieszeni spodni jest gumka, mój Lonciku. - Wymruczała zadowolona.

Nie trzeba go było namawiać. Prychnął, czuła jak za jej plecami kręci głową, ale wyciągnął co trzeba i po krótkiej szamotaninie otworzył zębami opakowanie.
- Co, nie chcesz zostać mamuśką, Gąbeczko? - uśmiechu nie widziała, ale słyszała go w przyspieszonym oddechu tuż przy uchu - Do twarzy by ci było z domowym ogniskiem za plecami i nad tarą z pieluchami - ugryzł ją bez ostrzeżenia w kark i chwilę potem wpakował się w chętne wnętrze, dobijając rangerkę do ściany. W powietrzu rozszedł się odgłos skóry uderzającej o skórę.
- No to jedziemy z koksem, mała - warknął chwytając ją za nadgarstki i unieruchomił je wysoko nad jej głową w uścisku przypominającym kajdanki. Wolna ręką złapał ją za biodro i wysunął się na całą długość tylko po to, aby zaatakować z werwą ponownie. Brał ją bez udziwnień i pieszczot, wbijając w ścianę wraz z coraz gwałtowniejszymi i szybszymi ruchami. Zaskrzypiały skórzane buty, zadzwoniły metalowe elementy ubrań. Skóra i materiał ocierały się o cegły, a z drugiej strony ciało uderzało o ciało, biorąc udział w wyścigu do którego finału dążyli oboje.

- Jesteś długi Lonciku - Jęczała, nie mogąc się ruszyć. Jej biodra wychodziły mu naprzeciw, na tyle na ile mogły w jego uścisku. Po tak długiej przerwie takie ostre rżnięcie było w sam raz. Czuła jak zbliża się do orgazmu. - Całkiem, całkiem długi, Lonciku.

Nie odpowiedział, nie słowami w każdym razie. Mruknął coś pod nosem i zwiększył tempo, zaciskając palce na jej biodrze w miarę narastającej rozkoszy. Chrapliwe sapanie za jej plecami wzmogło się, dłoń trzymająca nadgarstki zaczęła drżeć, a on pieprzył ją z zaciśniętą szczęką, świszcząc powietrzem przez zęby aż do momentu w którym jego ciało przeszedł skurczy i przygięło się do przodu, kleszcząć rangerkę w pułapce i utrudniając oddychanie. Poruszył biodrami jeszcze parę razy jakby ze złością. Ostro, od dołu ku górze przez co pewnie musiał ugiąć kolana.

Charlie poczuła jak dochodzi. Jęknęła głośno, zaciskając dłonie w pięści. Jej ciało chciało się poruszyć, ale nie mogło w objęciach mężczyzny. Jej biodra wykonywały delikatne, nieregularne ruchy, odrobinę wbrew jej woli, podczas gdy sama oddychała ciężko wprost na chłodny mur.

Czuła jak ciąży jej z tyłu, teraz nieruchomy i zmęczony. Puścił jej ręce, a czoło oparł na ramieniu powoli dochodząc do siebie i zbierając do kupy po tym niespodziewanym i intensywnym sprawdzaniu oraz mierzeniu. Zastygli tak oboje, z opuszczonymi spodniami, wczepieni w siebie i wydawać się mogło, że świat stanął w miejscu.

- Podolsky! Ty przeklęty bezbożniku! - głośny, potępiający i wściekły wrzask poprzedziło skrzypnięcie okna gdzieś z lewej strony i wysoko, nad ich głowami. Drewniane okiennice uderzyły o mur, pchane furia stojącego za nimi człowieka.


W ciemnym prostokącie pojawiła się łysawa, nakrapiana plamami głowa, ozdobiona kłakami buro blond kłaków, porastających zapadnięte policzki i zaciśnięte w złości szczęki - Czyś ty na litość pańską do reszty oczadział?! W biały dzień?! Jak dzieci patrzą?! Na to są paragrafy, cholerny heretyku!

Charlie roześmiała się bezgłośnie, było to dosyć trudne przy zadyszce, którą teraz miała. Przechyliła głowę i ucałowałą opierajacego się o nią mężczyznę.
- To co? Zwijamy się bezbożny Lonciku? - Szepnęła cicho. Coraz bardziej podobało się jej to miasteczko. Seks po niecałej godzinie od wejścia między zabudowania, a teraz tyle ciepłej życzliwości na ulicy.

- Na to wychodzi - Chris parsknął, uwalniając ją i podciągając pospiesznie spodnie. Gapił się przy tym z niechęcią na łysola i gdyby wzrok mógł zabijać, tamten leżałby martwy… o ile to młody brunet nie padłby pierwszy.
- I czego się tak piłujesz od samego rana, ojczulku? Widzisz tu kogoś? - warknął majstrując przy pasku.

- Profanujesz dom boży, plugawisz świętą ziemię! - tamten darł się nadał, czerwieniejąc na twarzy przez co zaczął przypominać przejrzałego, sflaczałego pomidora - W swoim Zgniłym Jabłku możesz odstawiać podobne herezje, czcić Kozła i znieważać święte symbole, ale póki jesteś na naszej ziemi masz się trzymać naszych zasad!

Facet prychnął, zawijając rangerkę pod ramię opiekuńczym gestem. Stanął też tak, aby po części zasłaniać ją przed wzrokiem ślącego gromy prawie że z ambony klechy.
- Skończ to sapanie bo zaraz na zawał pierdolniesz staruszku- odwarknął mało przyjaźnie - Nie masz nic innego do roboty? Jakiegoś kazania przygotować, albo odklepać różańca przed śniadaniem? Weź się w końcu za porządną robotę zamiast bawić w podglądacza. Wiem że cię celibat ciśnie, ale idź spuścić ciśnienie gdzieś z dala ode mnie, bo jak na razie to ty szukasz dymu. Dawaj, zwijamy się - ostatnie mruknął ciszej do towarzyszki.

Charlie podciągnęła spodnie, gdy Chris się produkował. Uważnie przyjrzała się staremu klesze chcąc zapamiętać jego twarz. Jednym sprawnym ruchem podniosła plecak z ziemi. Żałowała, że nie mogli dłużej nacieszyć się tą chwilą, ale w sumie niebawem mieli zbiórkę by poszukać jakiegoś dzieciaka, a ona powinna jeszcze wpaść do Meg. Narzuciła plecak i chwyciła Chrisa pod ramię. Po chwili zastanowienia pomachała radośnie księdzowi.
- Udanego dnia ojczulku! - Pociągnęła Chrisa dalej w kierunku, w którym zmierzali wcześniej.

- Ciebie też zapamiętam, nierządnico babilońska! Nie próbuj wejść do domu bożego! A ty Podolsky zobaczysz! Scov się o tym dowie, już moja w tym głowa! - ruszyli przed siebie, żegnani porzykiwaniem duszpasterza. Darł się jeszcze chwilę, po czym z wymownym trzaskiem zamknął okiennice aż ze ściany odpadł liszaj tynku.

Chris za to wyglądał jakby był w wyśmienitym humorze. Szczerzył się wesoło, pokazując zęby aż do siódemek.
- Co za nawiedzony stary zjeb - parsknął rozbawiony obejmując mocniej prowadzoną kobietę - Nic się nie zmienił. Kiedyś myślałem, że to Ślepy Bobby Jim Stewart jest szurnięty, no ale życie szybko to zweryfiowało - zachichotał, głaszcząc Charlie po plecach - Nie przejmuj się nim. Dużo gada i głośno, ale jest niegroźny. Siewca zabobonów - prychnął zniesmaczony, ale dobry nastrój zaraz mu wrócił - To na długo przyjechałaś? Chcesz się zatrzymać u Meg, czy masz w planach inną metę?
- Był całkiem zabawny. - Charlie nie była w ogóle przejęta. - Nie planuję takich rzeczy jak ile i gdzie zostanę. Jak nie będę miała z kim spać ruszę dalej.
- A zobacz, to się bardzo dobrze i ciekawie składa - facet od razu się rozpromienił, posyłając jej szeroki, szczery uśmiech od ucha do ucha. Mrugnął i przybrał bardzo poważny wyraz twarzy oraz ton głosu.


Zwolnił też trochę krok, prowadząc ją przy starym murze za którym wśród mgły widziała nagie, powykręcane konary jakiegoś sporego drzewa - Bo widzisz Charlie, sprawa wygląda tak. Mam po ojcu całkiem spory dom, a nie mieszkam z nikim konkretnym. Sam niedawno wróciłem po dłuższej… nieobecności - zadumał się, ciągnąc ją przed siebie - Parę gratów musiałem wymienić, na pierwszy ogień poszło właśnie łóżko i chętnie się nim podzielę. Stolarz skończył robotę akurat wczoraj. Nie uważasz, że to zaskakujący zbieg okoliczności?

Charlie roześmiała się.
- Wiesz jak to brzmi, gdy słyszy się takie zaproszenie od gostka, którego dopiero co się poznało? - Uśmiechała się, uważnie mu się przyglądając. - Jakbyś dopiero co wrócił po jakiejś odsiadce, zamierzał mnie przykuć do łóżka i wykorzystywać w dogodnym momencie. Lub co gorsze, jakbyś rzeczywiście myślał, że do twarzy by mi było z domowym ogniskiem. - Mrugnęła do niego.

- Daj spokój Charlie - powiedział urażonym tonem, przykładając rękę do piersi jakby słowa rangerki rzeczywiście go zabolały - Nie jestem jakimś pierwszy, lepszy i obcym frajerem. Znamy się już trochę, nie? I to nie powierzchowna znajomość, a dogłębna, z odpowiednim rozeznaniem. Powiedziałbym nawet, że znamy się na wylot - tokował w najlepsze kryjąc rozbawienie za poważna miną - A lubisz przykuwanie? - zainteresował się nagle tym fascynującym detalem rozmowy.

Charli powstrzymała kolejny wybuch śmiechu ale po chwili spoważniała.
- Tak szczerze, szczerze? - Przez głowę przemknęło jej kilka nieprzyjemnych wspomnień, ale szybko zepchnęła je gdzieś dalej. - Bardzo nie lubię, być krępowana. - Mimowolnie przesunęła dłonią po nadgarstku, w który kiedyś wpijały się więzy. - By nie powiedzieć, że mogę na to zareagować dosyć agresywnie. - Uśmiechnęła się starając się trochę złagodzić ostatnie słowa.
- A już miałem zaproponować kajdanki - westchnął boleśnie i parsknął, chociaż oczy miał poważne i skupione na obserwacji jej twarzy. - Szkoda, ale rozumiem. Do niektórych rzeczy trzeba zaufania. Wielu skurwysynów się teraz pałęta i większość potrafi pięknie gadać i mydlić oczy, a jak przychodzi co do czego wychodzą z nich ludzkie śmieci - przestał się uśmiechać i pokręcił głową - Tak szczerze to mam kajdanki - powiedział naraz, sięgając za pazuchę do wewnętrznej kieszeni kurtki - I nie tylko je. Nie wróciłem z paki, ani nic w ten deseń. Jestem zjebem… no ale chyba w granicach normy - zaśmiał się pod nosem - Nie musisz się mnie obawiać, nie wykorzystuję kobiet i nie robię nic o co same nie poproszą - znowu się wyszczerzył.

Charlie przysunęła się do niego i szepnęła mu do ucha
- Jakbym się ciebie obawiała, to bym nie wzięła cię do buzi. - Odsunęła się uśmiechając się już szczerze. - Czyli jak ładnie poproszę, to mnie dokładnie wyliżesz? Trzymam cię za słowo Chris.

- Zawsze mogłaś zacisnąć szczęki - powiedział lekko, przekręcając twarz i całując ją w nos - To ja tu wykazałem nieskończone pokłady zaufania i wiary w drugiego człowieka… a ten jebany klecha jeszcze na mnie psy powiesił. Co za… heh - parsknął - Masz jak w banku. Więc jak będzie? Wpadasz do Meg na kielicha, a potem zawijam cię do siebie? Po tym jak już znajdziemy tego smarkacza - westchnął, wchodząc na trawę żeby ominąć wyjątkowo obszerną kałuże idealnie pośrodku drogi.

Rengerka przeszła po jego śladach.
- Hmm… myślę, że mogę zaryzykować, skoro już wykazałeś się takim zaufaniem wobec mojej osoby. - Charlie obserwowała usta. Był taki milutki. Aż dziwne, biorąc pod uwagę, że dopiero się poznali. - Co to za maluch?
- Widzisz! Za to trzeba się napić! - w dłoni Chrisa zmaterializowała się znana już piersiówka, ale tym razem wpierw wyciągnął ją do poczęstunek - A Jack? Mały, robiący problemy smarkacz, równie bystry co jego stary… o ile jego starym jest ten kogo wskazuje jego stara - wykrzywił usta w cynicznym uśmiechu - Teraz i tak się nie dowiemy, bo starej raszpli zmarło się podobno w tamtym roku. Nie wiem, tak słyszałem od Oscara. Wszystkie żony w okolicy odetchnęły z ulgą, a mężowie pili ze smutku na umór przez tydzień… no a część z nich na pewno też odetchnęła, że nie zostaną wrobieni w ojcostwo po raz kolejny - rechotał pod nosem, rozbawiony ponad miarę - Została ich dwójka dzieciaków. Bree i Jack. Jakoś sobie radzą, miejscowi im pomagają, bo stary się zapił, albo coś go zeżarło w lesie, nie wiem. Stawiałbym na pierwsze - wzruszył ramionami - Gówniarz wlazł z samego rana do lasu, pewnie jak przestało lać. Zostawił siostrze list jakby to kurwa miało ją uspokoić. - pokręcił głową - No to przyleciała do nas i przerwała śniadanie. Nie wypiłem kawy… nienawidzę żyć bez pierwszej porannej kawy, to zbrodnia.

- Do nas? - Charlie nachyliła się i pocałowała go w policzek. - A mówiłeś, że mieszkasz sam. Hm… czy to jakaś kochanka?
- Jasne że tak! - odparł bez cienia wahania - Widziałaś ją, taka siwa i brodata. Śmierdzi jej z gęby cebulą i miewa humory gorsze niż moja matka!
- W sumie to nie widziałam chyba że ten klecha był kobietą? - Zamyśliła się. - Zaczynam się martwić. Też wyglądam jak starucha? - Spytała udając obawę.
- Wolałbym żeby mi odgryźli kutasa niż… z tym starym pojebem - aż się wzdrygnął na samą myśl, przyciągając kobietę do siebie. Przeszli tak dobre kilkanaście metrów wychodząc z zamglonej osady na niemniej zamgloną drogę wśród niskich, pokręconych drzewek - Nie dygaj, z twarzy wyglądasz na dwie dyszki. Co do reszty… nie widziałem, a dotyk bywa zawodny - rozłożył ręce w geście “no co ja mogę?” - Mieszkam sam, żarłem śniadanie z Oscarem. Scovem - wyjaśnił niedopowiedzenie - Mieliśmy małą sprawę do siebie, więc skoro i tak miałem coś zeżreć wolałem obżerać jego. Długo znasz Meg?

- Moje ciało wygląda młodziej od twarzy. - Mrugnęła do niego. - Znam to chyba duże słowo. - Powiedziała z uśmiechem. - Widziałam ją z 10 lat temu. Ale “utrzymywałyśmy” kontakt. A ty długo już tu siedzisz?
- Czyli posuwałem dziesięciolatkę, aż zapiszę w kapowniku - zarechotał sie w najlepsze, przymykając przy tym oczy - Dziesięć lat to długo, gdzie się poznałyście? Karawana? Słyszałem, że kiedyś też jeździła… a ja jestem sobie taki mały żuczek, toczący swoją kulkę gnoju przez całe Zasrane Stany. Teraz dotoczyłem ją tutaj, do domu - pokiwał w zadumie głową - Wróciłem niedawno, moze tydzień. Niektórzy już ostrzą widły i chcą rozpalać stosy - puścił jej oko. Teren powoli zmieniał się w pola, obok drogi pojawiło się zardzewiałe i zarośnięte torowisko. - Już niedaleko - mruknął pokazując na złom - Meg mieszka zaraz za nasypem. Możesz iść prosto wzdłuż torów i na pewno trafisz.

- To historia do opowiedzenia przy butelce czegoś dobrego. - Mrugnęła do niego. - To widzimy się na zbiórce Lonciku?
- Trafisz sama? - rzucił orientacyjnym pytaniem, by przyciągnąć ja do siebie - I coś ci się chyba pomerdało Gąbeczko - prychnął jej w twarz i po dramatycznej przerwie dokończył ze zbójeckim uśmiechem - Tak bez pożegnania chcesz się zmyć? No serce mi łamiesz… znowu.

Charlie przywarła do niego, a jej dłonie bez trudu odnalazły raz wytyczoną ścieżkę do wnętrza jego spodni, odnajdując tam dwa bardzo ciepłe elementy. Była ciekawa kim właściwie stała się dla Chrisa. Podejrzewała, że raczej jednorazową przygodą. Ale w sumie nie oczekiwała niczego więcej. Choćby jedna noc w ciepłym łóżku z kimś kto przegoni koszmary.
- Obawiałam się, że jak zaczniemy się żegnać, znów skończę pod jakąś ścianą. - Pocałowała go delikatnie.

Oddał pocałunek, choć bez grama subtelności z jaką ona rozpoczęła proces pożegnania. Para silnych dłoni wystrzeliła do przodu, chwytając ją za ramiona i unieruchamiając w uścisku. Wargi zaś żyły własnym życiem, atakując łapczywie, zaborczo wręcz. Przypominało to bardziej znaczenie terenu, stawianie widmowego podpisu na prawie do posiadania ciała, bądź duszy - nieistotne detale. Zupełnie jakby mężczyzna nie rozstawał się z nią na godzinę, lecz na długi czas i chciał, by do momentu spotkania nie zapomniała ani o nim, ani tym bardziej o ich umowie, zawartej gdzieś między zamglonymi opłotkami budzącej się powoli do życia osady. Umowie opiewającej na nocleg oraz towarzystwo - kooperacji dwóch istot ludzkich, które zrządzeniem losu spotkały się na zapyziałym krańcu świata, otoczonym bujną, dziką zielenią.
- Najpierw ten gówniarz, bo Bree się zajęczy z rozpaczy - powiedział niechętnie, gdy musieli się od siebie oderwać. Z tego również nie wydawał się zadowolony. W ogóle nagle stał się wyjątkowo drażliwy, a oczka chodziły mu po okolicy szukając elementu do wyładowania złości. Puścił ją, na pożegnanie dając klapsa w tyłek.
- Nie zgub się - mruknął w ramach pożegnania i szybkim krokiem zagłębił się między drzewa niknąc jej z widoku w mleczobiałym oparze.
 
Aiko jest offline  
Stary 20-08-2017, 23:00   #4
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 48317 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Post wspólny z Czarną 1/2

Lukas "Luke" Benson - przybysz z Miami



~ Albo te cholery robią się coraz cwańsze albo ja jestem coraz głupszy. ~ mniej więcej do takich wniosków dochodził idący w ciszy przez zawilgocony a nawet zalany wilgocią las brunet. Wyżreć przynętę z wnyków i się nie złapać samemu ani nawet nie uruchomić pułapki. Do czego to dochodzi? Pokręcił głową znowu gdy sobie przypomniał o pierwszych wnykach jakie dzisiaj sprawdzał. No ale z polowaniem czy łowieniem tak było. Raz się brało wszystko a raz nic.

Sprawy nie polepszył Wyjec. Chociaż o tyle dobrego, że polował gdzieś dalej a już polował czyli nie tropił czyli nie on był jego ofiarą. Dobrze. Nawet bardzo dobrze. Na tyle dobrze, że puścił w niepamięc puste sidła. Za to przy trzecich los się jakby uśmiechnął do niego gdy dostrzegł schwytanego królika. Dobrze! Nie świetnie no ale dobrze. Już wiedział, że nie wróci z pustymi rękami i tylko było pytanie co złapie się jeszcze z tego obchodu. Schylał się już by zakńczyć ziemski żywot tego schwytanego szaraka gdy dostrzegł… No co?

Sam do końca nie był pewny na co właściwie patrzy. W pierwszej chwili wychodziło mu, że grób. No ale po grzyba? Kto był taki wstydliwy, by skasować kogoś a potem zmiast porzucić i obrabować przykrywać go gałęziami. Ściętymi. Dość świeżo. Niedawno. W końcu deszcz zatarły większość starszych śladów. A tu ktoś niedawno naciął gałęzi by ukryć ciało. Więc co? Kryjówka? Ktoś tam chciał się ukryć albo kogoś próbowano ukryć? Ktoś jednak znał się co nieco chociaż na sztuce maskowania bo te ścięte gałęzie i reszte nieźle dobrał. To czemu nie zabrał królika? Śpieszył się. Liczył, że wróci nim wróci kłusownik od sideł na królika? Śpieszył się aż tak bardzo, że nie zauważył królika? Rozważania co do dalszych kroków przerwał mu drobny ruch raczej drobnej dłoni. To nie był trup!

Luke podrapał się po brodzie trochę nerwowym gestem. Nie chciał być w nic wplątany! Z trupem ta historia była wystarczająco zastanawiająca by mieć o czym gadać lub milczeć. Z jeszcze nie trupem to już w ogóle się robiło… No coś co wolałby być gdzie i kiedy indziej. Rozejrzał się dookoła. Po cholerę ktoś w pośpiechu ukrywałby jeszcze nie trupa? Wahał się. Mógł zgarnąć królika i wrócić do schematu obchodu. To w końcu nie byłą jego sprawa i ktoś tu starał się co nieco by to nie była sprawa ani jego ani niczyja inna. Ale był też trochę ciekawski z natury. Jak każdy wędrowiec, podróżnik i zwiadowca z zamiłowania a nie potrzeby.

Wzruszył ramionami jednym ruchem skręcając kark szarakowi. Odplątał go z wnyków zaczepiając sobie go o pas ale cały czas w napięciu nasłuchiwał tak podejrzanej kupy gałęzi jak i lasu w którym nie tak dawno zniknął ten co naciął tych gałęzi i rzucił je na jeszcze nie całkiem nieżywe ciało. ~ No to zobaczmy co w trawie piszczy. ~ wzruszył ramionami nie mogąc znaleźć innego powodu podszedł do naciętych gałęzi.

Sterta badyli jak na złość pozostawała cicha i prawie nieruchoma, o ile nie liczyć drobnego poruszenia igieł fundowanego wiatrem. Nie dochodziły z niej żadne jęki i piski, brakowało szlochów, a nawet zwykłego i poczciwego świstu oddechu dającego znak, że ktoś tam pod spodem żyje. A może już nie żył? Ruch ręki się nie powtórzył, mogło mu się wydawać że coś dostrzegł. Mgła mamiła wzrok, światło odbiło się nie tak jak trzeba… ale postanowił sprawdzić. Ostrożnie zbliżył się do celu, rozglądając się po plątaninie igieł i kory. Szukał linek, potrzasków podobnych temu, które sam zakładał na króliki. Badyle pozostały jednak badylami, nie dostrzegł nic co wyglądałoby na pułapkę, albo zabezpieczenie przed kimś ciekawskim, kto próbowałby zepsuć z takim trudem przygotowaną prowizoryczną mogiłę.

Bliższy kontakt również nie przyniósł niczego niepokojącego, jeżeli nie liczyć kogoś pochowanego w lesie całkiem blisko domu tropiciela. Obchód dookoła sterty, potem rozgarnięcie wierzchniej warstwy kijem, bo przecież nie ręką - ten sam efekt. Nie znalazł mechanicznych ustrojstw chcących mu zrobić krzywdę, zamiast tego przegnał olbrzymiego, spasionego pająka, wielkością dorównującego jego dłoni. Czarny skurczybyk przeparadował wielce obrażony, przebierając prędko dziesięcioma odnóżami jakby chciał się znaleźć szybko poza zasięgiem intruza.

Mężczyzna pracował dalej, patyk po patyku oczyszczając miejsce, gdzie spodziewał się dostrzec twarz. Odgarniał mokre jak nieszczęście gałęzie, a skroplona woda osiadła mu na ubraniu mocząc rękawy aż do łokci. Nie oszczędziła też przodu ubrania, szyi i spodni. Wystarczyło parę minuty, by poczuł zimno. Jeszcze niegroźne, ale pierwszy dreszcz był jak sygnał alarmowy. Pracował dalej, aż wreszcie dojrzał swój cel. Przynajmniej w mniejszej części. Wyglądało jakby ciało zakopano prawie całkowicie, zostawiając ponad powierzchnią tylko zakryty płóciennym workiem… chyba łeb. Wyglądał jak obły baniak, więc chyba należało się tam spodziewać głowy. Poniżej, tam gdzie zaczynała się szyja, zaczynała się też linia gruntu. I gałęzie.

~ I co teraz cwaniaku? ~ przerwał pracę gdy sprawa mimo, że się nieco przejaśniła to jakoś jednak niezbyt. Chyba jedna z tych chwil, gdzie jakieś odpowiedzi budzą kolejne pytania. Pułapki nie było. Na razie przynajmniej żadnej nie znalazł. Ale teraz to na co natrafił… Nie był pewny co o tym myśleć. Gałęzie zostały rzucone na wierzch w pośpiechu. Ale kontrastował z tym wysiłek włożony w wykopanie dołu na ciało i przysypanie go w większości. To ciężkie było do zrobienia samym nożem. Nawet saperką czy siekierką to już trochę roboty było. Raczej jednak wyglądało, że ktoś sporo wysiłku i czasu włożył by ukryć to ciało. Po co? Żeby zamaskować zapach? Ziemia mogła wytłumić sporą część zapachu. Gałęzie chroniły przed przypadkowym odkryciem przez ludzkim wzrokiem. No i ten worek. Ten worek na głowie go najbardziej niepokoił.

Worek się zakładało więźniom na głowę by ich spacyfikować. Więc to byłby jakiś więzień? To po grzyba go ktoś tu chował? Jakiś łowca nagród ze swoim więźniem? Wtedy musiałby pewnie być ktoś obcy. Wahał się znowu co dalej zrobić. Ruszając ciało prawie na pewno by wszedł komuś w paradę. Temu kogoś kto poświęcił tyle czasu i wysiłku na zamaskowanie ciała. Warto było? Nawet nie był pewny czy ten ktoś jeszcze dycha. Jak tak to ledwo - ledwo. Postanowił sprawdzić pośrednio. Złapał za odkryty nadgarstek ciekaw czy wyczuje puls i czy jest jeszcze sens się spieszyć z czymkolwiek. Nie był do końca pewny czy widział ten ruch dłoni czy to jakiś pośmiertny skurcz czy kaprys mglistego lasu o poranku.

Trochę się na tym znał, nie tylko słyszał z opowieści. Spędzając tyle czasu samotnie w głuszy musiał się znać. Aby przetrwać tam, gdzie nikt nie mógł mu pomóc. Wiedział czego szukać, gdzie dokładnie przyłożyć palce. Zaraz pod nadgarstkiem, tam gdzie rozwidlają się kości przedramienia. Skóra grobowej ręki była chłodna i mokra jak cała okolica. Śliska od perlącej się w powietrzu wilgoci. Z początku nic nie wyczuł, jednak gdy się skupił i poświęcił dłuższą chwilę udało mu się - poczuł pod kciukiem pulsowanie. Bardzo powolne, ale było tam, dając znak że zagrzebane w piachu i błocie ciało nie jest martwe.

~ Żyje. ~ pomyślał sam nie wiedząc sam czy się cieszyć czy smucić. Właściwie gdyby miał do czynienia z trupem sprawa chyba by się nieco uprościła. Ot, choćby mógłby je zostawić i zawiadomić szeryfa i niech on się tym martwi. No a jak jeszcze ktoś tu jednak nie odwalił kity a jednak był dla kogoś całkiem cenny no to się zaczynały schody. Trudno. Miał dość zgadywanek a odejść nie zamierzał. Zaczął więc sprawdzać najpierw patykiem krawędź sznurka i worka. Gdyby go zdjął i nawet postanowił z powrotem założyć była już szansa, że ten drugi się skapnie. Ale jeśli nie chciał odwrócić się i odejść to alternatywą jaką widział było wykopanie całego ciała… w ciemno. I co? W ciemno miał je gdzieś dźwigać czyli pewnie do domu? To już wolał najpierw zobaczyć z kim ma do czynienia.

Przy bliższym zapoznaniu z dolną krawędzią worka okazało się, że przewleczono przez niego drut, a ten okręcono wokół szyi ofiary dość ciasno, ale nie tak aby udusić. Zostawało niewiele miejsca na oddech, ale coś zostawało, dzięki czemu Luke miał przed sobą żywy, wciąż dychający problem. Do rozplątania zamknięcia potrzebowałby kombinerek, ale nie miał ich akurat pod ręką. Padło więc na sam worek - zwykłą tkaninę bez dodatatkowych udziwnień. Tropiciel sięgnął po nóż i ostrożnie, uważając aby nie zranić skóry pod spodem, rozciął brudny materiał, milimetr po milimetrze odsłaniając co kryło się dotąd za osłoną. Zaczął od góry, dlatego najpierw dostrzegł włosy - jasne, chyba długie. Słoneczny blond, tylko teraz ubabrany ziemią i skrzepłą krwią. Dalej ciął, odsłaniając czoło, potem wąski nos i wydatne, lekko sine usta. Doszedł do brody, po czym odsunął materiał na boki, odkrywając całą twarz. Kobieta - to wiedział ledwo zobaczył zamknięte oczy z długimi rzęsami i łagodne łuki brwi. Brudna, blada jak sama śmierć. Młoda, miała może dwadzieścia-dwadzieścia dwa lata. I była śliczna, nawet mimo tego całego syfu i prawej skroni z włosami sztywnymi od zaschniętej juchy. Drobna trójkątna twarz o harmonijnych rysach jakie widywało się kiedyś w gazetach.

~ O kurwa… Prawdziwa śpiąca królewna! ~ musiał przyznać, że na moment dał się ponieść niedowierzaniu gdy zobaczył jasną twarz i włosy tak bardzo kontrastujące z otaczającym je ziemskim a nawet błotnym padołem. No super. Miał jasnoblond skarb. Chyba czyjś. No i teraz co dalej? Na zbyt ciężką nie wyglądała ale no to nie był królik by go sobie przytroczyć do pasa. Niepokoił go też ten co ją tu skitrał. I związał. I oporządził tym workiem i drutem. A na koniec zakopał i obłożył gałęziami by jej taki ktoś jak Luke nie znalazł. Wahał się jeszcze. Ale tak naprawdę wsłuchiwał się w głos rozsądku czy wynajdzie jakiś pretekst by wrócić do łowów na szaraki. Ale nic nie znalazł. Było nie było w końcu znalazł nie? Nikomu nic do tego. Poza tym trochę tak szkoda mu było dziewczyny a coś jakoś wątpił by zbyt długo poodychała tym powietrzem jeśli tak dalej będzie tu leżeć. No i gałęzie jeszcze mógł próbować ułożyć by wyglądało, że nikogo tu nie było ale worka zcalić za cholerę nie umiał. Wzruszył więc ramionami. Trzeba było zabrać się za wykopanie tej ślicznotki. Potem… Machnął ręką na jakieś potem. Potem się będzie o to martwił. Ale pewnie trzeba by powiadomić i szeryfa i nawet bardziej Rosalin, miejscową felczerkę. Ale to potem. Najpierw trzeba było wykopać ciało.

Zabrał się do pracy, wpierw odgarniając gałęzie, a potem walcząc z mokrą, gliniastą ziemią która lepiła się do dłoni i wszystkiego co tylko miało z nią kontakt. Pracował uparcie odsłaniając kolejne fragmenty bezimiennej dziewczyny. Ramiona, piersi, brzuch i nogi miała bure od błota, mokre i zimne. Co pewien czas sprawdzał tętno - wciąż tam było, tłukąc wewnątrz nieprzytomnego ciała jakby nie chciało się poddać niesprzyjającej aurze. Tropiciel ze zdziwieniem zauważył, że ubrana jest równie nieadekwatnie do pogody, bo miała na sobie cienką sukienkę niewiadomego teraz koloru, zaczynającą się gdzieś powyżej kolan i ciągnącą się aż pod szyję, by tam rozejść się wraz z dekoltem na ręce do łokci. Nie miała butów, ani broni. Nawet głupiego noża. Nogi w kostkach skrępowano jej podobnym drutem jak ten dookoła szyi i worka.

Im więcej ziemi i gliniastej gliny odłaziło z ciała dziewczyny na boki i im bardziej ona sama była widoczna tym bardziej mu się ona podobała ale sytuacja coraz bardziej wydawała się zagmatwana. Pracował nerwowo co chwila przestajac i nasłuchując jakby las, ten który tak dobrze znał, stał się nagle obcym, wrogim lasem. To nie do końca było tak. Las był nadal swojski. Ale krył w sobie ten jeden, obcy, tajemniczy element który łączył tą zakopaną żywcem dziewczynę no i teraz jego, który ją odkopywał. Czuł napięcie i w żołądku i na krzyżu czekając na ten charakterystyczny odgłos odbezpieczanej broni. A może od razu tamten strzeli? Chuj wie.

Dziewczyna wydawała mu się kompletnie… No bajkowa właśnie. Zjawiskowa. No śliczna jak z obrazka, zgrabna też, no na tyle co widział przez te błoto i glinę no to dziewczyna pierwsza klasa. Ale takie laski nie łaziły sobie samopas a jak już to należały do tych co w ten lub inny sposób umiały o siebie zadbać. A tej jak z takich była to coś się chyba powinęła noga. Właściwie nie to, że noża nie miała ale nie miała nawet pochwy po nożu. Nawet butów. Przez las na bosaka? No serio. Nie mogła to być żadna dziewczyna mieszkająca w lesie lub w pobliżu. I ten drut. I na szyi i na nogach. Ludziom pętało się kostki by nie zwiewali. Ale. Ale wtedy robili się dość stacjonarni. Ewentualnie do przewiezienia jak dywan czy coś. Samochodem, wozem, na koniu. Ale w lesie to najwyżej koniem albo prowadzić. Więc co?

Pasowało do łowcy nagród. Choć musiałby chyba zdzielić ją jakoś w łeb i związać i zasypać gdy padła. I nawet wtedy skąd by się tu wzięli? Łowcy niewolników? No może. Ale wtedy raczej bandy polowały na bandy. Więc jeśli to też jakiś specyficzny zestaw łowca - ofiara mu się trafił. Jakiś zbieg i gliniarz? Mąż i żona? Cholera to się zaczynało robić dość dziwne. Ale właściwie zdołał ją odkopać. Otarł rękawem pot z czoła. No ale nie było nad czym główkować już teraz. Trzeba było ją zabrać. Na ciężką nie wyglądała. Choć na pewno cięższa była od królika przy pasie. Niepokoił go ten drugi z tego zestawu. Jakby szybki i czujny Luke nie był to dźwigając tą blondzię nie zdąży sięgnąć po spluwę jeśli tamten sie zechce na niego zasadzić czy od razu strzelić. Pozostawało mieć nadzieję, że jeśli tyle wysiłku włożył w ukrycie blondyneczki to była dla niego na tyle cenna, że nie zaryzykuje jej postrzelenia. To dawała nadzieję, że Luke zdoła coś wymyślić w razie potrzeby. Każdy krok zbliżał go do przyjaznego terenu Salisbury.

- No. Chodź na rączki mała. - mruknął cicho i wziął bezwładne ciało w ramiona. Spojrzał w dół czy przypadkiem czegoś tam nie zostało po niej coś co by dało jakieś wyjaśnienie albo po prostu przydatne. A jeśli nie to wolał się z trefnym i brudnym blond towarem udać na swój teren. Oględziny się powiodły o tyle, że znalazł jakiś plecak. Zarzucił go sobie na swoje plecy mając nadzieję sprawdzić go później.

Ciało poddało się grzecznie woli tropiciela, bezwładnie zalegając w jego ramionach bez choćby stęknięcia sprzeciwu. Pozostawało ciche i trupio spokojne, kiwając się raptem w rytm kroków nadawanych przez Lukasa, a spieszył się. Narzucił szybkie tempo przedzierając się przez las powrotną drogą. Otaczająca go cisza przytłaczała, zupełnie jakby puszcza wstrzymała oddech czekając na to, co miało się zaraz wydarzyć. Czuł w powietrzu napięcie, nerwowe oczekiwanie. Albo zjadała go paranoja, pogłębiana jeszcze przez tumany mgły przez które ciężko szło się zorientować na czas, czy ktoś nie zasadził się na nich gdzieś przy ledwo widocznej ścieżce. Tyle dobrego, że pakunek nie sprawiał problemów, kiwając się na wysokości jego piersi i brudząc szarą mazią czyste jak na niego ubranie.

Szybkim krokiem minął miejsce zastawienia drugich sideł, przeskoczył nad wąskim strumykiem i parł dalej, rozglądając się czujnie gotowy na… sam nie wiedział na co. Przed kulą nie szło się uchylić. Pozostawała zwierzyna, ale ona też nie pokazywała mu się w polu widzenia. Raz wysoko między konarami drzew przeleciał głuszec prawie przyprawiając mężczyznę o zawał, gdy ten przedzierał się przez pole gęstych, rozłożystych paproci.

Ptaszysko było niegroźne, Wyjec też się już nie odezwał. Tak samo jak bezimienny wróg, właściciel młodej kobiety niesionej przez Lukasa ostrożnie poza granice lasu. Może i laska nie ważyła wiele, jednak dystans robił swoje. Oddech zaczął mu się rwać, na skronie wystąpiły kropelki potu. Zdążył zmachać się solidnie nim na horyzoncie dostrzegł znajomy kształt wieży ciśnień. Domu jak lubił o niej mówić.




Prawie do ostatniego momentu obawiał się strzału szarpiącego plecy. Dlatego gdy piętą trzepnął drzwi i oparł się o nie właśnie tymi całymi nadal plecami pozwolił sobie na na moment celebrowania ulgi. Wrócił do domu! Cały! No i z tą zadrutowaną, nieprzytomną blondzią na rękach… I co dalej?

Odepchnął się od drzwi i chwilę stanął po parterze wieży zastanawiając się co dalej. Za odpowiednik domowych pieleszy uważał górny poziom, ten pod samą czachą wieży pod dachem. Na dole miał jednak odpowiednik kuchni i trochę jakby pokoju gościnnego dla gości i załatwiania spraw. W końcu położył dziewczynę na ławie. Znowu mu ulżyło. I z ulgi na duszy i na ramieniu. Popatrzyła na nią spokojniejszy w spokojniejszych domowych pieleszach. Nadal jednak była tak enigmatyczna jak i niedawno w lesie. Drut. Trzeba było pozbyć się tego drutu. No i była mokra i zimna. Trzeba było ją ogrzać. A najlepiej umyć. A jeszcze lepiej ogrzać i umyć. Czyli trzeba było nagrzać wodę i naszykować balię. Czyli rozpalić znowu piec. Właściwie to ta nietomna blondi to się dość pracochłonna zaczynała robić. Posłał jej spojrzenie które uznał za krytyczne ale blond aniołek dalej nie uznała za stosowne zareagować na ten manewr oczami.

Zaczął więc od tego, że po prostu narzucił na nią stary koc. Potem rozpalił w piecu. Ponieważ “na wszelki wypadek” miał naszykowane “co nieco” opału to i nie musiał nigdzie łazić. Nawet do piwnicy gdzie trzymał większość drewna. Ogień w piecu zaczął dość szybko płonąć. Sprawę z napełnianiem balii, że nie była do zrobienia tak od razu trochę sobie zostawił i zaczął od znalezienia cążków do pozbycia się tego drutu z jej szyi i nóg. Ktoś tu nieźle zadbał by dziewczynę nie było łatwo oswobodzić nawet jakby się niezły nóż miało. No i zostało mu dowiadrować wody do balii. Z tą ziemią co ją oblepiała nie widział sensu nalewać zbyt dużo bo i tak się zrobiłoby błoto. Najwyżej się wyleje i znów naleje czystej. Właściwie był przy nadziei, że się dziewczę docuci za pierwszą porcją wody i oporządzi samo albo chociaż wyjaśni co jest grane. Póki co zaś mógł przejrzeć znaleźny plecak.

Jasnowłosy intruz okazał sie na tyle niewdzięczny, by nie wybudzić się i nie zacząć sypać odpowiedziami. Wciąż leżał nieruchomo na podłodze, ale nie pozostawał niezmienny. Dało się to zauważyć po jakimś kwadransie od nakrycia kocem i znalezieniu się pod dachem, więc odcięcia od chłodu i wilgoci. Na białą twarz powoli wracały cienie kolorów, usta straciły niezdrową siną barwę na rzecz bardziej naturalnej. Oddech też jakby się poprawił, pierś dziewczyny poruszała się swobodniej, bardziej miarowo i teraz już zauważalnie gołym okiem. Nadal jednak pozostawała nieprzytomna, ale szło ku lepszemu jak to mawiali starzy ludzie.

Pozbycie się drutu gdy miało się odpowiednie cążki poszło szybko. Lukas musiał co prawda zachować ostrożność żeby przypadkiem nie narobić lasce dodatkowych dziur w szyi i na nogach, ale operacja udała się bez większych zgrzytów. Raz tylko ostry szpic ześlizgnął się po drucie. Zamiast w skórę przy krtani trafił w deski ławki, tak że obyło się bez tragedii. Usunąwszy więzy tropiciel odsłonił zaczerwienioną i zdartą skórę. Rany były nowe, nie mogła nosić tych “ozdób” długo.

Po wykonaniu obowiązku oswobodzenia damy z opresji, mężczyzna mógł spokojnie zabrać się za przejrzenie plecaka. Prosty, skórzany i zamykany z boku i od góry na suwak. Ledwo go otworzył jego oczom ukazało się kolejne pudełko, tym razem przypominające małą walizkę. Na niej przyklejono zafoliowane zdjęcie przedstawiające dwójkę dzieci na kraciastym kocu. Chłopiec i dziewczynka - on ciemnowłosy, ona jasna blondynka o buzi podobnej do twarzy kobiety którą Lukas gościł w swoim domu. Na odwrocie zdjęcia zostawiono podpis czarnym cienkopisem - “Dla mojej Rain. Od zawsze i na zawsze.”
Gdzieś w tym momencie z górnej części domu rozległ się rumor jakby przewróciło się coś ciężkiego. Po nim rozległ się pełen zaskoczenia i dezaprobaty ptasi skrzek.

- Morda opierzony pasożycie. - mruknął brodacz wznosząc z niechęcią twarz ku górnym poziom odkrywając, że numer z pozostawionym otwartym oknem znów nie wyszedł. Pewnie za mokro i za zimno by opierzony cwaniak ruszył na zewnątrz pierzasty kuper i dajmy na to w orgii szczęścia i uśmiechu fortuny zgubił drogę do domu. Może potem jak się cieplej zrobi w lecie? Z drugiej strony zeszły sezon był dość ciepły i co? Nic. A może sierściucha skołować? Podobno sierściuchy i ptasiory to taka tradycyjna nienawiść. Może by wreszcie spokój był? Pokręcił głową. Marzenia ściętej głowy. Jak zwykle.

Rain. Nazywała się Rain? Czy to zbieżność wizerunków dziewczynki na zdjęciu i tej laski tutaj. Może wzięła walizkę właśnie dlatego, że ta dziewczynka ze zdjęcia jest do niej trochę podobna? Cholera wie. Ale zamknięcie nie było do sforsowania ot tak. Choć dalej dałby je radę pewnie rozwalić. Zamknięcie było na szyfr w bębnach. Szkoda. Jakby na klucz pewnie by miała przy sobie. No albo tamten drugi. No to zbyt wiele ani od walizki ani od właścicielki się nie dowiedział. Poza tym, że nadzieja na to, że wydobrzeje rosły sądząc po jej oddechu i kolorach. Wzruszył ramionami znowu. Zostawało nawiadrować tej wody do balii, dolać tej nagrzanej i włożyć blond wkładkę do środka. Zajął się tym na razie odkładając czy tą blond wkładkę obrać przy tym wkładaniu z tej jej kiecki czy jeszcze nie. Ot, ciekawe zagadnienie.

Wiadrowanie samo w sobie nie było czymś skomplikowanym. Już miał się za to brać, gdy z piętra doleciał go kolejny łomot, a wraz z nim w powietrzu zafurgotały pióra i po chwili przez otwór schodów zleciał majestatycznie biały ptak wielkości wyrośniętego sokoła.




Zatoczył koło nad głową tropiciela, patrząc z zainteresowaniem co robi. Rozpoznanie prawdopodobnie wypadło pomyślnie, bo zwierz wylądował po przeciwnej stronie pomieszczenia na starej szafce.
- Sieg heil! - papug zaskrzeczał z pasją i oddaniem, strosząc przy tym z godnością czub piór na łbie.

- Zobaczysz cholero. Kiedyś w końcu dowiem się co tam mamroczesz i jak to coś na mnie albo o mnie… - brodacz i gospodarz tradycyjnie wymienił powitalne grzeczności z białą cholerą. Nosz nie mogła zostać na górze? Zastanawiał się znowu ile takie cholery mogą żyć. Może już ostatni sezon i odwali kitę? No ale jeśli nawet to i tak długo za długo. Pokręcił głową i spojrzał na nieruchome ciało przykryte kocem. Nagle odkrył w blondi niesamowitą zaletę. Nie darła ryja. A to zawsze cenił na plus. Kiwającego się bojowo ptasiora udał, że nie zauważa.

- No mała. Kąpiel gotowa. - mruknął wskazując głową w stronę parującej balii. Doczekał się reakcji ale nie u tej którą pytał. Biała cholera zaczęła coś skrzeczeć ale albo niewyraźnie albo coś czego znowu nie zrozumiał jako zrozumiałą mowę. Jak już gadała to nie mogła po ichniemu? Pokręcił znowu zdegustowaną głową tak samo jak tyle razy wcześniej. To brzmiało jak jakaś straszliwie zdeformowana skrzekiem piosenka.

Od blondi nie doczekał się reakcji. Więc zsunął z niej koc i jeszcze chwilę się wahał. Ale właściwie tę kieckę też miała do prania. Wsunął więc pod jej ciało swoje ramiona i zaniósł ją do balii. Był nawet trochę ciekaw czy dotyk, mokrej i ciepłej wody ją jakoś rozbudzi. Opuścił więc najpierw jej nogi obserwując czy dziewczyna jakoś zareaguje na tą zmianę. Sam trzymał ją jeszcze nad wodą. Zmiany się doczekał choć nie uznał jej za zbyt spektakularną. Palce stóp zaczęły się poruszać gdy zanurzyły się w ciepłej wodzie. Chociaż szybko mu znikły z widzenia gdy ubłocone ciało zaczęło “dymić” w wodzie. Na twarzy też widział jakiś ruch pod powiekami. Nie był pewny czy to dobrze. Ale nie wyglądało źle ani niepokojąco. Kontynuował więc zanurzanie aż blondi siadła by tyłkiem na dnie balii. No i poczekałby czy coś by się stało. Wody było dość mało bo nie chciało mu się na tą pierwszą, wstępną kąpiel wiadrować jej na darmo jak i tak szła zaraz do wylania.

Papug pozostawiony sam sobie i tak bezczelnie ignorowany zaskrzeczał z wyrzutem, po czym wzbił się w powietrze, zmieniając miejsce tak aby widzieć co działo się przy wannie. Krążył chwilę nad głową Bensona, wciąż powtarzając swoje.
- Deutschland! Deutschland uber alles! - po drugim honorowym okrążeniu przysiadł na parapecie zezując w dół, gdzie balia.
Tam zaś sytuacja zmieniała się z minuty na minutę. Początkowo subtelne skurcze i powolne ruchy gałek ocznych nabierały mocy. Do poruszający się stóp dołączyły dłonie, zaciskając i rozkurczając palce w ciepłej, coraz mętniejszej wodzie. Dziewczyna budziła się niemrawo, ale jednak do życia. W pewnej chwili ni to jęknęła, ni to stęknęła przez nos, marszcząc czoło i przekrzywiając głowę do piersi aż brodą oparła się o ubłocony przód sukienki. Skroń otarła się mężczyźnie o koszulę na barku jako że wciąż ją podtrzymywał aby przypadkiem się nie utopiła.

- Zobaczysz. W końcu przyniosę jakiegoś sierściucha. Łownego. - podsumował wrzaskliwe przyśpiewki białej cholery osiadłej obecnie na parapecie. Pewnie by ją czymś rzucił ale akurat sytuacja w wannie zaczęła się robić trochę nerwowa. Coś zaczynało się dziać. A do końca sam nie był pewny co. Laska zaczynała reagować przytomniej choć nadal niezbyt przytomnie. Właściwie jakby ją zostawił to pewnie by opadła na dno wanny może nawet nie twarzą na dół. No ale przytrzymał ją iii…

No tak po prawdzie to niezbyt wiedział co dalej robić. Spojrzał na jej twarz tak blisko, że właściwie zezował by ją dojrzeć. Bardziej czuł jej twarz i oddech na swoim barku. I zrobiło się… Jakoś tak dziwnie. Było mu łatwiej ją podtrzymywać gdy był przy węższym brzegu wanny za jej plecami i przytrzymywał ją pod pachami. Gdy więc głowa jej się majtnęła w bok jakoś tak znalazła się właśnie na jego ramieniu jak na jakieś poduszce czy co. - Hej. Hej, słyszysz mnie? - zapytał jej cicho. Zanurzył dłoń w wodzie i przemył jej twarz. Miał nadzieję, że orzeźwiający efekt wody zadziała i tym razem. Przy okazji odkrył bardzo przyjemny efekt uboczny takiej pozycji. Jej dekolt miał na pierwszym planie. Właściwie jak tak na niego patrzył to doszedł do wniosku, że jakby nie doszła do siebie to też nie byłoby tak źle bo przecież biedactwu trzeba by pomóc z tym rozbieraniem sie i kąpaniem. No ale na razie przemył jej mimo wszystko twarz kolejną porcją wody.

Dziewczyna poddawała się biernie zabiegom czyszczącym, mrucząc przy tym i cicho pojękując z wciąż zamkniętymi oczami. Nie uciekała, ani nie odtrącała rąk, a nawet przekrzywiła szyję aby ułatwić mycie, a może zadziałał jakiś odruch? Słysząc ludzką mowę zadrżała i wykonała niesookrydowany ruch jakby chciała się przed czymś zasłonić, niestety ramiona uniesione na chwilę szybko opadły bezsilnie do wody.
- M… mhm - rozległo się potwierdzające mruknięcie. Chyba potwierdzające.

- O jak ładnie. - pochwalił ją, siebie, progres no i w ogóle całą tą sytuację. Zaczynała kontaktować. To chyba dobrze. Coś się wyjaśni. Okaże się w co się wpakował tym razem. Spojrzał jednak tęsknie na dekolt i resztę sukienki o konsystencji ubłoconej szmaty. No były jednak takie aspekty tego progresu które niekoniecznie musiały sprawiać, że miał ochotę skakać do góry z radości. - Jestem Lukas. Ale wszyscy mi mówią Luke. - powiedział przecierając trochę twarz blondynki a trochę już zjeżdżając dłonią na jej włosy. - Jesteś u mnie. Próbuję cię umyć i ogrzać bo byłaś cała w błocie i wyziębiona. - nie był pewny co mówić. Więc tak nawijał co mu ślina na język przyniosła. Dziewczyna twarz i szyję właściwie miała już umyte a i te części do najbrudniejszych nie należały. Zostawała ta sukienka i cała reszta.

- G-gd...gdzie jes… jes-stem? - szept dziewczyny rwał się, ale główny przekaz przy odrobinie dobrej woli dało się wyłapać. Przynajmniej laska mówiła po ludzku, nie jak ta cholerna, przerośnięta parodia gadającego kurczaka, śpiewające swoje na parapecie i kiwająca do rytmu nastroszoną głową.
- K… kim jest-eś? - padło drugie pytanie. Drżąca ręka chwyciła słabo jego dłoń zaciskając na niej palce. Blondynka przekręciła twarz tak aby móc spojrzeć na myśliwego będącego dla niej w tej chwili żywą, ludzką myjką. I niańką. Przez wyczyszczoną jako tako buźkę przeszedł grymas bólu, po wyraźnej walce zamknięte dotąd powieki podjechały do góry uwalniając parę rozkojarzonych, nieobecnych, orzechowych oczu.

- Luke. Luke Benson. - powiedział nieco odsuwając się ku dłuższemu bokowi wanny tak by mogli na siebie spojrzeć swobodniej. Prastarym gestem przy przedstawianiu się klepnął swoją pierś wskazując na siebie. Księżniczka zadawała naturalne pytania choć jeszcze chyba nie do końca łapała co się do niej mówi. Zupełnie jak ta opierzona cholera. W przeciwieństwie do niej jednak blondi w wannie miała wręcz boski wygląd. Chociaż przy papugu każda ssacza samica właściwie taki miała…

- Jesteś u mnie w domu. - wolną dłonią wskazał na ściany jakie ich otaczały. Nie był pewny jak to u niej wygląda sprawa z postrzeganiem więc uściślił to trochę bardziej. - Jesteśmy w Salisbury. Jest ranek. Znalazłem cię na skraju lasu. Ciebie i tamten plecak. Zakopanych w ziemi i przykrytych gałęźmi. Ktoś się postarał. Ale teraz jesteś u mnie w domu. Okey? - mówił cicho i wolno patrząc jak reaguje na jego słowa. Sam nie był pewny co, jak i ile jej powiedzieć. Wskazał po kolei na drzwi wejściowe, plecak wciąż leżący na stole i okna i dziury na górze przez jakie widać było światło dnia. Jak była tak wychłodzona to musiała w tej mokrej ziemi spędzić kilka godzin. Możliwe, że nawet od wczorajszego wieczora. Nie był pewny co i jak mogła z tego zapamiętać.

W miarę jak mówił dziewczyna przybierała różne miny od niepewności aż do przerażenia, a potem wyraźnie wstrzymała oddech gdy opowiadał o tym gdzie i jak ją znalazł.
- Ja-ak to… zakopanych? - pobladła jeszcze bardziej o ile było to możliwe. Podkuliła nogi podciągając je pod brodę jakby chciała zrobić się mniejsza i mniej zauważalna. Przy tym ruchu skrzywiła się i jęknęła boleśnie, łapiąc się za zakrwawiony bok głowy. - J… jaki plecak? W… domu, twoim? M-moja głowa… co… co mi się-stało?

- No zakopanych. Zobacz jak wyglądasz. Jesteś cała w ziemi bo byłaś prawie cała zakopana. Tylko głowa ci wystawała. Ale na głowie miałaś worek. Tamten co tam leży. - no robiło się ciekawie. Laska coś jakby nie pamiętała co jest grane. Coś już musiała kontaktować więc wskazał jej na jej własną ubłoconą sylwetkę. Co prawda ciepła woda już nieco obmyła jej ciało ale nadal gliniasta ziemia oblepiała ją solidnie. Popatrzył jednak na papuga który akurat się intensywnie czochrał. Ptasior jakby wyczuł jego spojrzenie bo przestał i z góry spojrzał na niego z wyższością. Kot. Łowny. Jak nic. Zobaczymy kto wtedy będzie górą. Luke pokręcił głową i wrócił do tej przyjemniejszej przynajmniej dla oka istoty.

- Plecak znalazłem przy tobie. Tam leży. - wskazał dłonią na pakunek jaki zostawił na stole. - A teraz próbowałem cię umyć. - dłoń wróciła mu do wnętrza wanny wskazując ogólnym machnięciem krąg wewnątrz. - Woda niedługo zrobi się chłodna. Lepiej zmyć z ciebie te błoto zanim to się stanie. Wstawiłem już nastepną. Mam mydło i inne takie. Będziesz się mogła umyć na czysto już w czystej wodzie. Dasz radę? - zapytał próbując ją przekierować uwagą na bardziej przyziemne sprawy. Tak sobie mogli gawędzić i gawędzić a woda stygła i stygła. No i musiał właściwie znaleźć jej jakieś ubranie. Chyba, że coś miała swojego w tym kuferku ale z jej stanem umysłu nie był pewny czy nawet jak jej to pamięta numer. Może potem jak się wymyje i wyśpi.

Coś jakby zaczęło docierać pod blond kopułkę, bo czy jej przeszły z obserwacji tropiciela do obserwacji uwalanej błotem sukienki i nie mniej brudnego ciała. Przetarła dekolt dłonię, ale tylko rozsmarowała lepką maź w podłużną smugę zamiast wyczyścić skórę do czysta.
- Luke. Jesteś Luke. - powiedziała wyraźnie i powoli, wracając wzrokiem do gospodarza, wybawcy… czy jak go teraz dało się nazwać. Oba miana pasowały. Przyglądała mu się przez prawie pół minuty i powtórzyła walcząc z trzęsącą się brodą - Dziękuję ci Luke. Jes-jestem… - zacięła się, na bladej twarzyczce pojawił się grymas wysiłku i znowu strachu - Jestem… - powtórzyła, strzelając oczami po pomieszczeniu, a nawet przebrzydłym papugu - Mam… nie pamiętam - wyszeptała przerażona. Zachwiała się i dobrze że siedziała, ale i tak musiała się przytrzymać krawędzi bali aby się nie przewrócić całkowicie.

- No tak, jestem Luke. - pokiwał głową zadowolony pomagając jej wrócić do pionu w wannie. Załapała co do niej mówił. Choć sama nie mogła się zrewanżować tym samym. - Spokojnie, może przypomni ci się z czasem. Na razie wykąp się i odpocznij. - zawahał się znowu. Właściwie jakby oporządziła się sama mógłby zrobić coś innego. Na przykład oporządzić tego szaraka na śniadanie. Ale jak mu właśnie udowodniła z balansem było u niej jeszcze dość słabo i zostawiać ją samą sobie wydało mu się trochę ryzykowne. Złapał kawałek szmatki i namoczył ją w wodzie. Do ścierania błota z ciała czy ubrania wydała mu się akurat w sam raz. Lepiej w każdym razie niż ręką. Przeciągnął szmatką przez jej obojczyk i kark zsuwając nadmiar błota po jej ramieniu. Przy okazji też jedną dłonią złapał ją za nadgarstek a drugą zaczął oczyszczać jej ramię. Potem i ramie się skończyło i szmatkę należało przepłukać. - Dasz radę sama z drugim i resztą? - zapytał wskazując jej dłonią ze szmatką na drugie ramię i resztę w pół siedzącej sylwetki.

- Powinnam… chyba powinnam zdjąć ubranie. Jest całe brudne - dziewczyna podzieliła się przemyśleniami, ale nie na temat o jaki ją spytano. Śledziła wzrokiem szmatkę, przygaszona i ze łzami w oczach. - Boli mnie głowa. Bardzo. I spać… chciałabym się położyć, ale tak z błotem… dziękuję Luke - powtórzyła jakby wracając do którejś z wcześniejszych jego wypowiedzi czy też czynów.

- No tak, to by pewnie było całkiem przydatne przy kąpaniu. - brunet pokiwał z uśmiechem głową aprobując jej nieśmiały pomysł. Wstał i wciąż trzymając ją jedną dłonią za rękę stanął obok wanny by miała stabilniejszy punkt podparcia. - Pójdziesz spać ale najpierw cię umyjemy, wysuszymy i ubierzemy w coś suchego. - podzielił się z nią swoim planem na nadchodzące minuty i kwadranse. Przez te całe błoto niezbyt dokładnie widział jak się tą jej kieckę zdejmuje ale pewnie na stojaka było łatwiej niż tyłkiem na siedząco. Z głową trochę go to niepokoiły te skargi. Od zewnątrz miał okazję na tyle dobrze ją obejrzeć, że nic takiego podejrzanego nie widział. Przynajmniej nie było krwi. Ale może się uderzyła czy tamten palant ją uderzył co jej te druty pozakładał? Albo coś pod włosami. Ale tego teraz nie wiedział jak sprawdzić choć znowu mu wyszło,że trzeba będzie sprowadzić Roselyn by rzuciła okiem na blondyneczkę. Na razie czekał czy jego gość ma siłę wstać i czy jest temu całemu rozbieraniu ochotny. Jakby pozbyli się tej kiecki to by mieli całkiem z górki.

- Tak… spać. Chce mi się spać - wymamrotała i korzystając z pomocy brodacza wstała chwiejnie na nogi. Ten jej pion nie był taki do końca sprawiedliwy, bo ledwo stanęła mężczyzna od razu poczuł jak opiera się o niego całym ciężarem, zaciskając dłonie na barkach aby pewniej trzymać fason. Poniekąd przykleiła się do niego frontem dzięki czemu miał ładny i łatwy widok na jej tylne rejony, gdzie poprzez burą breję dało się dostrzec znajomy kształt zamka błyskawicznego. Nie czekając aż jego nowa podopieczna zacznie marudzić, pociągnąć dzyndzel, zsuwając zapięcie z okolic łopatek aż do górnej części pośladków. Ubłocona kiecka po paru manewrach z ramionami blondi, spadła z pluskiem do wody. Dziewczyna poddawałą się biernie zabiegom, chwiejąc się na nogach i mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem. Czasem cicho westchnęła, czasem zdusiła jęk czy syk bólu - zwłaszcza przy poruszaniu karkiem. Sukienka nie była jednak jedyną przeszkodą. Zostawały jeszcze dwie umiejscowione zarówno na górnej jak i na dolnej części korpusu - też ubłocone i mokre jak cała dziewczyna.

- O widzisz jak nam to kąpanie ładnie idzie. - pokiwał głową patrząc w dół na dwa raczej brudne i raczej wąskie paski ocalałego na swoim gościu materiału. A, że były też i dość mokre to i też niezbyt coś specjalnie zasłaniały tak po prawdzie. Sam jednak widok bielizny znów na nim zrobił podobne wrażenie jak i sukienki. Podobnie nie był pewny przez ten błotny stan. Ale znowu wydało mu się, że to raczej dziewczyna z jakiejś wyższej półki. Porwano ją? A może była zbiegiem? Nie miał pojęcia a jej poszatkowany i wymęczony umysł coś był mało skory do współpracy. Wolną dłonią odpiął dziewczynie stanik i rzucił go na zewnątrz wanny. Nie był to w końcu pierwszy stanik jaki rozpinał kobiecie ale biorąc pod uwagę w jakim stanie była właścicielka jakoś nie czuł zwyczajowej satysfakcji. Choć nie mógł udawać, że jest mu to wszystko obojętne. W końcu tajemnicza blondyna była niczego sobie. Tylko ten jej stan wycieńczenia graniczącego z amokiem psuł wszystko, że aż mu właściwie głupio było ją rozbierać. Tak głupio, że aż ją ostrzegł na głos, przed następnym ruchem. - Teraz ściągnę ci gatki dobra? - trochę zapytał a trochę poinformował ją gdy dłoń zsunęła po jej boku do dolnego, przemoczonego paska materiału.

- Mhm… - cichy pomruk wyraził aprobatę, chociaż czy laska pojmowała o co się jej pyta pozostawało tajemnicą. Mogła odpłynąć myślami tam gdzie było jej dobrze, a tutaj działała reagując na miły ton głosu. Albo chciała mieć to już za sobą i móc się położyć jak Lukas obiecał. Po kąpieli czekało łóżko. Obejmowała go i dawała działać, kładąc policzek na jego ramieniu.

Papug za to nie zamierzał ograniczać się do pojedynczych skrzeków albo milczącego kiwania w przód i w tył, potrząsając grzebieniem.
- Schneller! Schneller jude! - darł się w najlepsze ze swojego miejsca operacyjnego, kierując wrzaski dziwne prosto do brodacza - Jude raus!

~ Kiedyś utopię tego pierzastego wrzaskiera. ~ brodacz zrewanżował się białej cholerze identycznie wyzywającym i wrogim spojrzeniem. Nie miał pojęcia co ta cholera drze się tym razem ale brzmiało dość wrogo by mieć jej to za złe. Ale cicha dla odmiany blondyneczka okazała się aż nadto zajmująca. Musiał się trochę pogimnastykować by ściągnąć z niej jej ostatni element ubłoconego ubioru ale za to gdy skończyli była już gotowa do pluskania. Czas najwyższy bo coś mu wyglądało na to, że dziewczyna mu leci z nóg na stojąco.

Posadził więc ją na krawędzi wanny i zmył szmatką tyle błota ile zdołał. Ruchy miał szybkie i energiczne bo ta jej ospałość trochę już go niepokoiła. Miał nadzieję, że szybkie urwane ruchy pobudzą dziewczynę chociaż trochę. Nie chciał też psuć sobie roboty i sadzać ją w tą płynną breję na dnie wanny. Spuścił więc wodę i rozcierał jej ciało swoimi dłońmi. Potem musiał ją na chwilę zostawić samą ale w już pustej wannie gdy najpierw musiał ją przepłukać a syfu a potem dowiadrować znowu czystej i ciepłej wody. Teraz, w tej drugiej kąpieli już dziewczyna była dużo bardziej zbliżona standardem do kąpieli. Można było więc użyć i bardziej standardowych środków jak szampon czy mydło.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
Stary 20-08-2017, 23:26   #5
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 48317 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Post wspólny z Czarną 2/2

Lukas "Luke" Benson - przybysz z Miami


- No. Widzisz. Już prawie gotowe. - mówił do niej uspokajająco przesuwając się z mydlinami po jej włosach i ciele. Nie był pewny czy coś trzeba mówić ale chyba to nie przeszkadzało. Dziewczyna wodziła przez większą część kąpieli mało przytomnym spojrzeniem chyba jakby nie do końca kontaktowała co się dzieje. Dlatego na wszelki wypadek mówił. Mówił gdy mydlił gąbkę i gąbką jej skórę. Czuł jak wychłodzona skóra nabiera ciepła od ciepłej wody. Jak wraz z ciepłem wracają jej kolory i życie. A wraz z życiem wracają jakieś reakcje dziewczynie. Przeszedł od jej głowy, przez kark, i plecy. To zdołał załatwić od tyłu. Potem przemył jej ramiona i nogi zaczynając od dopiero nabierających ciepła stóp a kończąc gdzieś w połowie ud które wystawały gdzieś do tej połowy z wody. Przy przedniej części korpusu trochę go żarło sumienie przed wykorzystywaniem sytuacji i dziewczyny. Ale właśnie gdzieś w tym momencie jego gość zaczęła się uśmiechać. Całkiem sympatycznie i zachęcająco. No cóż. Jak mógł odmówić tak zmaltretowanej dziewczynie odrobiny relaksującej pomocy prawda? No pewnie, że nie mógł. A poza tym miał z tego kupę frajdy…

Dokończył więc mycie i przedniej części korpusu korzystając z tego blond uśmiechniętego zaproszenia i z niemałą przyjemnością także i ze swojej strony. Na deser posadził ją znowu na krawędzi wanny i choć chyba już dla zdrowia i bezpieczeństwo może nie było to konieczne ale jednak dokończył kompletne mycie choćby dla własnej ale i sądząc po rozanielonej minie blondynki także i obopólnej satysfakcji. Na końcu zostało jeszcze ją wytrzeć do sucha i zanieść zawiniętą w ręcznik na górne piętro do swoich prywatnych komnat. A właściwie jednej jaka dominowała na górze. Tam położył ją do swojego łóżka, okrył ją śpiworem i zastanawiał się co z tak zaczętym dniem robić dalej. Gdzieś tu musiał być ten cwaniak co tak zapakował tą blondzię tam w lesie. Raczej nie chciał jej skasować bo po co tyle wysiłku? Chciał ją ukryć. Była więźniem lub zakładnikiem. Nie była ranna. A miał okazję obejrzeć ją całkiem świetnie. Ale mogła mieć jakieś trutki czy obrażenia w sobie niewidoczne na zewnątrz. Zostawało chyba oporządzić szaraka na śniadanie. Dwuosobowe.

Ledwo gość wylądował w łóżku i okryto go narzutą, od razu zamknął oczy aby po chwili zasnąć w najlepsze. Kobieta zwinęła się w kłębek podciągając kolana pod brodę i splotła ręce na piersi, cały czas się uśmiechając. Zniknęło napięcie jakie tropiciel widział na jej twarzy tam na dole, kiedy próbowała sobie cokolwiek przypomnieć. Z marnym skutkiem. Teraz jednak, oddychając cicho przez nos, w ciepłym, bezpiecznym i co najważniejsze suchym miejscu, rozluźniła się, zapadając w zdrową i regenerującą drzemkę. Musiała być nielicho wymęczona, skoro wystarczyło mgnienie oka żeby zasnęła… naga, obca laska. W jego wyrze, pod jego wysłużonym śpiworem.

Zostawił ją na górze, a sam zszedł krętymi schodami na parter - tam gdzie kuchnia i inne pomieszczenia gospodarcze. Przez lata zdołał zaadaptować starą wieżę pod swój gust i wygodę. Piec wciąż pozostawał ciepły, wystarczyło dorzucić parę szczap żeby żar zajął się wesołym płomieniem, a stojący na palenisku kocioł z wodą cicho zaszumiał, rozsiewając znad krawędzi nikłe smużki pary.

Mężczyzna zostawił go w spokoju, biorąc się za oporządzanie zdobyczy. Założył mu na skoki mocną pętlę ze sznurka, związując je i wieszając za nie na haku. Ostrym nożem naciął skórę dookoła łapek, a potem szarpnął, pozbywając futra z większości tuszy. Kroił, odcinał i skrobał, a biała cholera zaglądała mu przez ramię z bezpiecznej odległości starego regału. Przekrzywiała łebek i skrzeczała jakby chciała go pogonić, strosząc przy tym czub. Podleciała w końcu, siadając na rancie stołu obok zdartej skóry. Dziobnęła ją, wyrywając kłak futra, a potem kolejny.

Tropicielowi zostało podzielić mięso i zacząć je obrabiać. Z tego co pamiętał połowę średnio czerstwego chleba udało mu się ukryć przed papugiem w zamykanej szufladzie przy oknem. Parę cebul i innych warzyw puszczało szczęśliwe pędy w piwnicy tam gdzie zapas opału. Alternatywna był również papuzi rosół, ale znając złośliwość pierzastej kreatury zupa z niej byłaby niejadalna.

- Wkurzaj mnie tak dalej to będziesz następny. - burknął gdy kończył obrabiać małą tuszkę. Znad krojonego mięsa i noża spojrzał z ukosa na białą cholerę. Odziedziczył ją po poprzedniku. Czy kto tam tu kiedyś urzędował. W każdym razie gdy pierwszy raz tu przyszedł ta opierzona cholera już tu była. Zastanawiał się czasem czy ptasia zaraza nie wykończyła przypadkiem poprzednika. Właściwie to gdyby miejscówa tak mu nie podpasowała to pewnie dałby sobie z nią spokój. Albo z drugiej strony. Gdyby ptasior wkurzał go choć trochę bardziej to by pewnie w końcu na serio go wreszcie zlikwidował.

- Uber alles! Uber alles! - skrzeczała biała cholera z furią dziobiąc szare futerko jakby chciała je podrzeć na strzępy.

- Zostaw to cholero! - Luke nie zdzierżył i cisnął w nią polanem. Co prawda jak zwykle nie trafił ale ciśnięte drewno prawie otarło się o białe pióra. Papug z łopotem skrzydeł i skrzekiem wzleciał do góry siadając na poręczy wyższej partii schodów. - Zobaczysz. Wrócę z sierściuchem. Zobaczymy jaki wtedy będziesz mocny. - pogroził mu z wysokości kilkunastu metrów różnicy grożąc mu kolejnym polanem które wziął od razu na wszelki wypadek.

Podszedł do świeżo obrobionego szarego kłaka z którego biała cholera zdołała swoim cholernym dziobem uszczknąć dość wyraźnie kilka ubytków. Westchnął. No takie uszkodzone futra były warte trochę mniej niż całe. - Leć na zewnątrz jakichś robali sobie nałap! Zwykły kurak to umie się oporządzić a ty co?! Taki niby cwany jesteś a zawsze na mnie pasożytujesz! - zirytowany tropiciel dał wyraz swojej irytacji celując w ptasiora trzymanym futerkiem. Ptasior w odpowiedzi znów zaczął coś skrzeczeć ale zbyt niezrozumiale by Luke się tym przejmował. Machnął więc na to wszystko ręką i wrócił do planów oporządzenia potrawki z szaraka. Jak dodać do tego trochę cebuli i chleba no na dwie osoby powinno być w sam raz. A na później się coś pomyśli.

Dumania kulinarne przerwał mu hałas spadającego żelastwa i huk z jakim coś ciężkiego spadło na podłogę. Hałas był na tyle zaskakujący że mężczyzna podskoczył w miejscu,a gdy się obrócił zobaczył źródło zamieszania. Ptasi terrorysta rozsiadł się na regale obok kuchni i dziobem strącił stare, żeliwne żelazko na duszę. Łypał przy tym z otwartą wrogością na istotę niższego rzędu stojącą przy pokrojonej tuszce.
- Ein Volk! - skrzeknął wyniośle, przeskakując do kolejnego rupiecia kurzącego się na najwyższej półce. Stuknął w niego dziobem, przesuwając na krawędź - Ein Reich! - stuknął drugi raz, a coś co chyba było kamiennym moździerzem do ucierania ziół zleciało z półki dołączając do żelazka przy piecu. Papug skakał jak oszalały, jazgocząc swoje - Ein Führer!

- Dobra sam tego chciałeś! - w sumie zrzucone graty jakoś specjalnie mu nie przeszkadzały ani jak stały ani jak leżały teraz na podłodze. Ale jazgotliwa bezczelność białej cholery zwyczajnie go wkurzała. Nabrał więc do wiadra wody z jeszcze nie spuszczonej wanny i chlusnął nią w stronę pierzastego celu. - Jednego?! Poczekaj cholero! Przyniosę tu cały miot sierściuchów! - krzyknął wygrażając papugowi pięścią.

Papug załopotał skrzydłami i próbował się poderwać do lotu, ale nim to zrobił oberwał wodnym pociskiem co wywołało jego głośny, wściekły sprzeciw. Wydarł dziób ile sił w niewielkich płucach.
- Jude! Jude!!! - cisnął tropicielowi, mówiąc jasno co o nim sądzi. Wzbił się w powietrze i tak jakoś przeleciał nad jego głową, że będąc u góry wypuścił spod ogona ładunek torpedowy prosto na wroga.

- Ty cholero! - tyle zdążył krzyknąć gdy próbował uchylić się przed tym nieczystym zagraniem tej białej podstępnej cholery. - Poczekaj! Przyjdziesz w łachę po szamę! - odgrażał się gdy biała cholera śmigła na drugą stronę a on sam na wszelki wypadek sprawdzał swoje plecy czy są czyste.

- Hände hoch! - w głosie latającego cholerstwa brzmiała satysfakcja i jawna szydera. Krążył nad celem i zanosił się głośnym skrzekiem znowu śpiewając chyba jedną ze swoich niezrozumiałych pioseneczek.

W tym czasie Luke zyskał chwilę aby sprawdzić czy został trafiony. Szybkie oględziny jednym okiem dały odpowiedź negatywną. Zamiast na ubraniu, białe guano rozprysnęło się na podłodze zaraz za jego butami. Miał farta, uchylił się przed ostrzałem wroga. Tym razem.

- Co… co się dzieje? - przestraszony głos wdarł się w harmider niespodziewanie. Dobiegał gdzieś z góry schodów, z przeciwnej strony i jazgot rozochoconego papuga. Drżące, niepewne pytanie zawieszone w wojennej zawierusze, a wypowiedziane przez dziewczynę okutaną w znajomy tropcielowi śpiór. Wychylała się ostrożnie zza framugi, wodząc średnio przytomnymi oczami po polu bitwy.

- A spokojnie! Nie przejmuj się! To tylko ta biała cholera tu się za bardzo panoszy! A w ogóle znasz się na przyrządzaniu papug? To całkiem pożyteczny ums jest wiesz? - odkrzyknął brodacz dziewczynie na górnych poziomie. Wahał się nad strategią dalszej walki. Kusiło go by zasuwać na górę do tej znacznie cichszej i sympatyczniejszej, nawet dla oka istotce. Ale nie chciał też ustąpić białej cholerze pola walki. No tak właściwie przez tą całą wojnę ssaczo - ptasią dalej był na etapie “robi się” ze śniadaniem. No. Ale trudno. Papug zmusił go do użycia broni ostatecznej. Luke ruszył po schodach przy okazji zbliżając się do zaspanej i zdezorientowanej blondynki. - No już, spokojnie, zaraz wszystko będzie dobrze. - uspokajał i ją i siebie i przy okazji słał spojrzeniem pogróżki w stronę białego ptasiora.

W pierwszym odruchu blondynka cofnęła się, a w jej oczach gospodarz dostrzegł… obawę? Chyba tak. Uśmiechnęła się nerwowo i kiwnęła główką przez co okręcajacy się śpiwór zsunął się odrobinę pokazując, że nie jest już goła. Miała na sobie jedną z jego koszul, a przez róznice we wzroście i budowie tonęła w niej jakby ktoś ubrał dziecko w ubranie starszego brata.
- P… przepraszam - zająknęła się, zezując w dół na bluzkę - Nie spytałam czy mogę, ale… nie miałam nic na sobie i… - wzruszyła ramionami, uciekając speszonym spojrzeniem do papuga. -Śliczny zwierzak - zmieniła temat - Jak ma na imię?

- Biała cholera. Nie daj się nabrać to prawdziwy potwór. I do tego pasożyt. - Luke pokręcił brązowowłosą głową mijając blondynkę i wracając w stronę łóżka. No czasem niestety i tak bywało. Ktoś widział białego ptaszka i dawał się nabrać podstępnej, kłamliwej cholerze. Było to zwłaszcza łatwe jak akurat nie symulował ludzkiej mowy i nie skrzeczał opętańczo. No i nie dziobał. Ani nie drapał. Ani nie srał. No. Biała cholera miała całkiem spory repertuar możliwości. Ale był na to wszystko jeden, cwany myk…

- A z ubraniem nie przejmuj się. Twoje jest i tak usyfione i trzeba by wyprać i wysuszyć. Więc jak coś chcesz z ubrania a ci pasuje to weź. - powiedział tropiciel dopadając do szafki przy łóżku i z szuflady wyciągając w triumfalnym geście coś co na pierwszy rzut oka wyglądało jak nabój karabinowy. - Tylko wiesz, ja mam raczej męskie ciuchy. - pozezował na tajemniczą blondynkę przenosząc wzrok na jej sylwetkę w jego koszuli i otukaną w jego śpiwór. Osunął się na sam dół jej sylwetki. No tak, była bosa. - Tam przy łóżku masz kapcie. A na dole mam jakieś buty. Miały być na mnie ale za małe dla mnie. Miałem się wymienić na coś ale jakoś zostały. - machnął ręką ale temat butów przypomniał mu to gdzie one się znajdują. A chwilowo teren ten był pod wrogą, ptasią okupacją. - Aha! - krzyknął triumfalnie wznosząc złocący się w dłoni nabój w górę. Z satysfakcją słuchał reakcji ptasiora nasyconej satysfakcjonującą jego ucho dawką paniki w głosie.

- Skorzystam, jeśli nie masz nic przeciwko - zarumieniła się, idąc grzecznie tam gdzie kapcie. Założyła je i spojrzała na rozdrażnionego ptasiora wyglądającego jakby miał właśnie zamiar wykonać taktyczny odwrót poza zasięg złego, znęcającego się nad nim i okrutnego człowieka - Może jest głodny? Czym go karmisz… i dlaczego tak się boi, co to? - pokazała palcem na złoty walec.

- Głodny… - burknął gospodarz wyrażając swoją niechęć i w głosie i w spojrzeniu. - On zawsze jest głodny. - jakoś usprawiedliwienie zachowania białej cholery nie wydawało mu się nie miejscu. - Daję mu okruchy, placki i inne takie. Jak kurakowi. Podobnie w każdym razie. - z satysfakcją obserwował objawy paniki u przeciwnika. Ptasior sprawiał wrażenie, że próbuje zaszyć się w jakiś kąt byle uniknąć bliższego kontaktu ze złotym kawałkiem metalu. - To gwizdek. Boi się albo nie lubi jego dźwięku. Jedyny skuteczny pacyfikator na tą cholerę. - gwizdek działała wybornie. Tak bardzo, że sam widok w dłoni był skłonny zmusić papugę do czmychnięcia w mysią dziurę.

Gość Bensona zagryzł wargę, spoglądając na pierzastego terrorystę… z litością i troską. Widać dziewczyna dała się nabrać na podstępną ptasia strategię, nie znała też jego prawdziwego oblicza tak dobrze znanego tropicielowi.
- Jest przerażony - wyszeptała dziwnie smutnym głosem i podeszła trzy kroki do przodu - Kiedy go karmiłeś ostatnio? Może chce zwrócić twoją uwagę i przypomnieć że dawno nie jadł? Spójrz jak się chowa… biedaczek - westchnęła, kucając i wyciągnęła rękę do wroga publicznego numer jeden w wieży - Nie bój się malutki, nic ci nie zrobię. Jesteś głodny? Chcesz chlebka albo ziarenek? No już, nie musisz się obawiać. Chodź, nie skrzywdzę cię.

- Co ty robisz?! - Benson był naprawdę zdumiony zachowaniem swojego gościa. Nie mógł w to uwierzyć. Dała się nabrać! No pewnie! Nie znała go tak jak on i nie wiedziała do czego ta biała cholera jest zdolna! - Dobra co mi tam! Chcesz to się z nim cackaj! Nie chcę by mi sie tu darł nad głową w jakimś dzikim narzeczu! - machnął w końcu ręką. Na jego oko to ta biała swołocz zamilkła i skitrała się bo się bała gwizdka a nie dlatego, że dziewczyna coś zaczęła gadać do niego. Ale jak tak jej zależało to niech tam ma. Podszedł do szuflady i odkroił nożem kawał kromki. - Masz, daj mu jak chcesz. Zajmiesz go czymś to może się uda dokończyć śniadanie. - powiedział rzucając dziewczynie odkrojoną kromkę. Sam ruszył w stronę pieca i kuchni by dokończyć przerabianie zajęczych półproduktów na potrawkę.

Nieznajoma podniosła kawałek chleba i oderwała od niego niewielki kęs, a ten wyciagnęła zachęcajaco do papuga. Ten łypnął na nią jednym okiem, przekręcił łebek i łypnął drugim jakby szukając ukrytej zasadzki, ale chyba jej nie znalazł, bo w paru podskokach zbliżył się do poczęstunku.
- No już… już malutki, nie bój się - blondi niuniała przebrzydłemu cholerstwu, patrząc na nie jak zaklęta - No już… częstuj się, to dla ciebie. Jedz - mruczała kojąco, na co papug wreszcie się przełamała i dziobnął okruch, ładując go całego do dzioba. Zarzucił łbem i połknął poczęstunek, a dziewczyna aż westchnęła z zachwytu. Z obawą ale dotknęła białej cholery, a ona o dziwo nie uciekła, dając się głaskać po głowie i nawet podstępnie mrużąc ślepia jakby jej to sprawiało przyjemność! - Duży pan cię przestraszył, tak? Dlatego tak krzyczałeś… nie bój się, on jest dobry i miły, nie musisz się go obawiać.

- Nie wierzę. No normalnie nie wierzę.. - Luke kręcił głową od czasu do czasu zerkając na blond gościa i białą papugę. No co podniósł głowę to to wyglądało gorzej i gorzej. Jeszcze brakowało by biała cholera zaczęła merdać ogonem i szczekać na zawołanie. Nie chciał tego oglądać więc by jasne było, że go to nic a nic nie obchodzi a blondi w ogóle pojęła swoją niestosowność zachowania względem białej cholery postanowił się do niej wyniośle nie odzywać. Zresztą szaraka już pokroił, dorzucił miodu do gara, posolił i obkładał go właśnie cebulą która miała robić i za dodatek i za coś w stylu surówki czy sałatki czy jak to się tam kiedyś mówiło. Właściwie danie było gotowe do wstawienia i zostawało popilnować. - Dobra wstawiłem szamę to się będzie musiało trochę pogotować. Idę na dół poszukać tych butów dla ciebie. - powiedział by coś powiedzieć bo nadal jakoś nie mógł znieść, że ta biała cholera tak się łasi do blondi. Do niego to się nigdy tak nie łasiła. Zawsze tylko daj i daj. Wredna opierzona zouza…

Przepełniony czarnymi myślami tropiciel zszedł na sam dół swojej wieży. Swojego domu, gdzie trwała ptasia, przewrotna propaganda mająca na celu wkupienie się zapewne w łaski potencjalnego sprzymierzeńca w wielkiej, niekończącej się walce o władzę i kontrolę nad ich pionowym królestwem. Drewniane stopnie skrzypiały mu pod nogami, z góry dolatywały wytłumione przez odległość i pokręcony korytarz kobiece słowa, ochy, achy i westchnienia zachwytu. Papuga też słyszał. Skrzeczał przymilnie pewnie dalej łasząc się do wykopanej blondzi na złość jej prawowitemu wybawcy. Tak… na pewno skrzeczący wypłosz robił to specjalnie. Żeby mu dopiec!

Podobnie niewesołe rozmyślania przerwały odgłosy kroków gdzieś z góry. Lekkich i ostrożnych.
- Mogę ci jakoś pomóc? - padło pytanie, a gdy się odwrócił zobaczył jak jego gość pokonuje ostatnie schodki i przygląda mu się nieśmiało, jednak nie ten widok mroził krew w żyłach Luke’a. Dziewczyna trzymała na rękach nastroszoną kulę białego pierza, ułożoną plecami na jednym przedramieniu przez co nóżki i kałdun papuga były wystawione na widok i dotyk wąskich, smukłych palców, gładzących te przestrzenie jakby paskuda była jakimś cholernym pluszowym misiem. Mrużyła też oczy i gulgała coś po swojemu, ale tylko zobaczyła tropiciela od razu mina jej się zmieniła. Może i fizjonomią różniła się od człowieka, ale potrafiła posłać tak pełne szyderczej radości spojrzenie, że nie pozostawały żadne wątpliwości co do żywionych do brodacza uczuć.

Benson posłał papugowi cierpkie spojrzenie. Nie z nim takie numery! Blondi mogła dać się omotać ale on nie miał zamiaru! No ale nie wypadało się wściekać na dziewczynę. - No to są te buty o których ci mówiłem. - powiedział kładąc parę butów na jakiejś skrzyni. Wrócił spojrzeniem do pozbieranych lub zaległych jeszcze przed jego przybyciem gratów i bambetli. - Właściwie jest tu trochę rzeczy. Jak coś ci podpasuje to weź sobie. - powiedział patrząc na zawartość piwnicy wieży. Sam do końca nie był pewny co tu właściwie jest. Niektóre rzeczy, jak te buty co jej ofiarował, sam tutaj wrzucił jako te które nie były mu potrzebne na co dzień ale jednak czasem mogły się przydać. I czasem faktycznie się przydawały. Ale po innych tylko się prześlizgiwał wzrokiem a co było w trzewiach tej piwnicy sam właśnie nie był do końca pewny. W każdym razie wydawało mu się, że tu chyba były największe szanse, że dziewczyna znajdzie dla siebie coś do ubrania.

Nieznająca życia, podatna na wrogie podszepty dziewczyna stała niezdecydowana, głaszcząc brzuch papuga i milczała, zaciskając usta. Patrzyła to na tropiciela, to na zalegające pod ścianami rzeczy i biła się z myślami, a rachunek wychodził jej nieciekawy, bo wyraźnie pobladła. Przestapiła z nogi na nogę i poruszyła się nerwowo jakby chciała wrócić na piętro, ale w końcu westchnęła.
- Nie mam czym zapłacić - wywaliła co jej leżało na wątrobie i bez owijania w bawełnę - Nie… nie mam nic, nawet nie mogę ci powiedzieć… no jak - zawiesiła się, lecz szybko pokręciła głową i nadawała dalej - Nie pamiętam… nic nie pamiętam. Ani jak się nazywam, a… ani dlaczego… i kto… chciał… nie, nie chciał. Pochował - zatrzęsła się - pochował mnie żywcem. Bo… mówiłeś, że byłam w lesie, w ziemi… i to błoto. Pamiętam… to pamiętam. Wannę - zmarszczyła brwi walcząc z widocznie dziurawa pamięcią - Wodę… i ciebie. Twoje ręce. I głos. Albo coś pomieszałam… - uciekła oczami do drapanego potwora. - Rozebrałeś mnie i umyłeś. Zdjąłeś ubranie… i - zawahała się, czerwieniejąc na policzkach. Wzięła uspokajający wdech - Czy tam… na piętrze. W wannie… czy stało się coś, co… o czym powinnam wiedzieć?

Miał zamiar wyjść i zostawić ją tutaj by się oporządziła po swojemu. Ale jak tak się rozpruła i prawie rozpłakała to jednak jakoś głupio mu się zrobiło dalej pozować na tępego buca. - Heej. - powiedział łagodnie podchodząc do niej i kładąc dłoń na jej ramieniu. - Spokojnie, nic się nie stało. Pomogłem ci się umyć i tyle. Nic więcej. Pospałaś się to zaniosłem cię na górę do łóżka. Potem zeszłem na dół by zrobić śniadanie no ale tą białą cholerę coś użarło jak zwykle no i cię obudziła. - dość gładko przeszedł przez ostatnie wydarzenia a zwłaszcza obwinienie białej cholery o przymusową pobudkę sprawiło mu mściwą satysfakcję.

Spojrzał w czarne ślepia papuga. Był tak blisko. Jeden ruch ręki, cichy trzask jak niedawno u królika i już byłby z cholerą spokój. - Nie przejmuj się ubraniem. Jesteś moim gościem. Jak coś ci z tego potrzeba to bierz. Kasą się nie przejmuj. I tak tego nie używam. A jak ci głupio no to zajmij się tą cholerą. Widzę, że masz do niego rękę. I cierpliwość. Mnie doprowadza do szału. Zdejmij go ze mnie to spoko możesz tu siedzieć. - wzruszył ramionami zastanawiając się czy właśnie się w coś nie wkopuje. Pewnie tak. Ale ta sprawa z wykopaną blondyneczką o dziurach w pamięci była dość zajmująca. - Ale w ogóle jakbyś sobie coś przypomniała to wiesz, mów śmiało. Bo w końcu ktoś cię tam zakopał i pewnie miał zamiar wrócić. Nie wiem co zrobi jak znajdzie pusty dół w ziemi. Ale może cię zacząć szukać a my jesteśmy w najbliższej okolicy. - nie był też pewny jak to jest z tą amnezją czy to znika, przechodzi czy nie. No i w ogóle miała jakąś amnezję czy to była zasłona dymna?

Kiwała głową zgadzając się na warunki umowy jaką tu właśnie zawarli. Patrzyła przy tym na pierzastego terrorystę w zamyśleniu.
- Ktoś może mnie ścigać? - bardziej stwierdziła niż zapytała, przysiadając na skrzyni. Odłożyła pokraka na bok, a ten otrząsnął się i wzleciał w powietrze, siadając na żerdzi pod sufitem, a ona mówiła - Powinnam sobie iść, nie chcę żebyś miał przeze mnie kłopoty. Nie wiem… na kogo uważać, ani… mogę ufać tobie - podniosła wzrok - Dziękuję… Luke. Chyba za… przyzwoitość. Znalazłoby się paru takich, którzy… no wiesz - uśmiechnęła się cierpko - Skorzystaliby z okazji. I… nie wiem gdzie miałabym iść. - przez twarz przeszedł jej skurcz, zamrugała szybko - Same problemy, co?

- A można żyć i nie mieć problemów? - uśmiechnął się choć uśmiech zamarł mu na ustach gdy zwabił go ruch w kącie schodów. Biały ruch. - Nie wiem kto i po co cię zakopał. Ani czy zechce cię szukać. Ale trzeba się z tym liczyć. Bo dużo prościej byłoby cię kropnąć tam w lesie. A tu widzę komuś zależało. Myślę, że przeleżałaś tam całą noc. Może i dłużej. I to jest dość dziwne bo wygląda, że ktoś by cię zakopał, związał, założył worek na głowę a potem polazł nocować gdzie indziej. - pokręcił głową i rozłożył ramiona w geście nierozumienia takich motywów. Jak blondi była taka cenna dla tego kogoś powinien ją filować do oporu czyli rozbić się na noc w pobliżu Chyba, że miał jakieś umówione spotkanie lub chciał jakoś coś czy kogoś odciągnąć od swojego blond skarbu który chciał mieć tylko dla siebie. Z tego względu pewnie nie byłby zbyt zachwycony z uczynku lokalnego myśliwego. - Weź ten płaszcz. Najwyżej podwiniesz sobie rękawy ale powinien być dobry. - powiedział na głos podając jej jeden z leżących płaszczów. Ubiór był dość uniwersalny, nawet na taką pogodę co mieli teraz za oknem. Resztę ubrań była chyba już na tyle przytomna by mogła dobrać sobie sama.

- Tak, to dobry pomysł - odetchnęła z zauważalną ulgą, biorąc okrycie. Podczas gdy mówił o tym jak ją potraktowana znowu wyglądała jakby miała zamiar uciec, ale jej przeszło, gdy zmienił temat. Starzy ludzie mówili, że baby lubią ubrania, przebierania i różne myki z fatałaszkami. Wydawało się, że mieli rację. Oczy dziewczyny uciekały do składowanych w różnych miejscach ciuchów, blada buźka uśmiechnęła się zainteresowana.
- Mieszkasz tu jeszcze z kimś? Czy tylko… no właśnie. Twój zwierzak - zrobiła pauzę, wracając wzrokiem do tropiciela - Nie ma imienia… a szkoda. Uroczy ptaszek. Nigdy takiego… nie pamiętam żebym widziała takiego wcześniej. To jakiś gołąb? Skoro mam się nim zajmować mogę mu nadać imię? Ja… też nie mam, na to wychodzi - zmięła płaszcz w dłoniach ale nagle się uśmiechnęła - Imię za imię. Ja wymyślę imię gołębiowi, a ty… jakoś musisz się do mnie zwracać. Wymyśl coś - posłała mu zachęcający uśmiech.

- Sam tu mieszkam. A ta cholera mieszkała tu przede mną. Nie wiem czy to gołąb czy coś innego. Wiem, że lata, wrzeszczy i mnie wkurza. - brodacz popatrzył znowu z niechęcią na osiadłego na poręczy schodów ptasiora. Znowu obydwaj przez chwilę przypatrywali się sobie niechętnie. - Jasne, chcesz to go nazwij. A imię, twoje imię. - powiedział znowu przyglądając się dziewczynie. - Zobacz tą walizkę. Nie wiem czy twoja ale może ma coś wspólnego z tą całą sprawą. Jest na zamek szyfrowy. Może przypomni ci się numer. Jak nie, powinno dać się go wyłamać. Na tej walizce jest jakieś imię. Ale nie wiem czy twoje. I wiesz, no chcesz to tu zostań ale ja zostawiłem szamę na ogniu muszę tam zajrzeć. - powiedział wskazując dłonią w górę schodów i ruszając w kierunku parteru wieży.

- Walizka… coś pamiętam. Wspominałeś - usłyszał za plecami razem z odgłosem podnoszącego się do pionu ciała. Biała cholera widząc co się świeci taktycznie przeniosła się poza zasięg jego rąk, wracając gdzieś na piętro. Aby się przyczaić i zaatakować w najmniej spodziewanym momencie, tego był pewien. Zostawił blondynkę samą, wracając do bulgoczącego na ogniu garnka. Jeszcze nie przekroczył progu, a już czuł unoszący się tam zapach, przyprawiający kiszki o nerwowe skręty. Był głodny, od samego rana był cholernie głodny, ale przez akcję w lesie o tym zapomniał. Teraz ssanie w dołku wróciło ze zdwojoną siłą, a wraz z nim niecierpliwość. Zajrzał do garnką i dźgnął szaraka nożem z zadowoleniem stwierdzając, że mięso zdążyło się ugotować i nie stawiało dużego oporu. Z dołu doszły go odgłosy szurania i przesuwania, którym wtórował wesoły skrzek i gwizdanie. Przynajmniej miał spokój z wrogiem publicznym na parę chwil.

Przynajmniej szama się zrobiła. Zaczął przygotowywać kolekcję całej gamy dosztukowanych sztućców i talerzy jaką zdołał uzbierać w wieży. Właściwie sam nie wiedział po co mu aż tyle tego. Chyba dlatego, że trochę się tłukły i gubiły. A trochę dlatego by mieć a ciężko było kolekcjonerską manię wyłączyć gdy naprawdę nie było wiadomo co się może przydać dziś czy jutro. Jak te buty z piwnicy. Na niego były za małe więc nie sądził, by ich potrzebował. A tu proszę, przydały się na coś. W międzyczasie nałożył porcje szaraka i cebuli, dokroił chleba i śniadanie było właściwie gotowe. Odwrócił się w stronę drzwi do piwnicy by zawołać swojego gościa ale właściwie nie wiedział kogo skoro ani on ani ona nie znali jej imienia.

- Heej! Śpiąca księżniczko! Szamę dają! - krzyknął w przypływie pogody ducha i dobrego humoru. Miał nadzieję, że nie będzie zwłóczyć i przyjdzie od razu. Stroić się mogła i po śniadaniu.

Z dołu dobiegł go rozbawiony, dźwięczny śmiech. Skończyło się też szuranie.
- Już idę! - usłyszał wesoły krzyk i po minucie na schodach rozległy się szybkie kroki. Blondynka wpadła z impetem do kuchni śmiejąc się głośno.




Widać zdążyła znaleźć i spodnie które trzymały się na niej tylko za pomocą paska, bo pewnie były o trzy rozmiary za duże, ale podkoszulkę znalazła typowo babską - białą, na ramiączka i z jakąś koronkową wstawką przy dekolcie. Nawet nie wiedział że coś podobnego ma. Na rękach niosła złożony płaszcz i papuga, który rozsiadł się po pańsku i dziób mu się nie zamykał.
- Raus! Schneller! - skrzeczał w najlepsze wywołując radość u dziewczyny.

- On mówi! - podzieliła się z tropicielem kolejnym odkryciem dla niej nowym, a dla niego będącym smutną, irytującą codziennością.

- Ano niestety. - powiedział odgryzając kawałek udka zająca i zezując na białą zarazę. Jak te skrzeki mogły się komukolwiek podobać? Może dostała w głowę czy co. Albo zwyczajnie była dziwna. Albo po prostu była laską. Nie miał pojęcia jak wrzaskliwe skrzeki tej białej cholery…

- Widzę, że znalazłaś coś sobie. - powiedział wskazując na sylwetkę dziewczyny trzymanym udkiem. - Fajnie. Śpiwór ciepły ale no trochę nieporęczny. - Kiwnął głową i odgryzł kolejny kęs mięsa. Dziewczyna wychodziła na prostą skoro dość sprawnie potrafiła się zorganizować sama z ubraniem. Dalej jednak nie znalazł żadnych wskazówek kim mogła być albo ten kto ją tu przywlókł i zakopał. Wolał zajmować myśli tą blond zagadką niż tą opierzoną zouzą.

Papug słysząc że o nim mowa nastroszył dumnie czub i zeskoczył prosto na stół, ale po stronie blondynki i jej talerza. Przycupnął przy misce i dziobnął zapoznawczo kawałek chleba na co dziewczyna ponownie się uśmiechnęła, głaszcząc go po głowie.
- Narobiłeś zapachu aż ślinka cieknie - zwróciła się do tropiciela siadając na krześle po przeciwnej stronie. Wzięła widelec i obróciła go w palcach - Smacznego - dopowiedziała i czym prędzej zabrała się za jedzenie. Wpierw operowała sztućcami, odkarając małe porcje i pakując je do ust, ale szybko dała sobie z tym spokój. Odłożyła je obok latającego terrorysty i złapała palcami za kości, wgryzając się w mięso z werwą świadczącą o sporym głodzie.
- Pyszne - mruknęła z uznaniem między kęsami. Skupiona na śniadaniu albo nie zauważyła, albo nie przeszkadzał jej dziób dziobacza dziobiący po talerzu i podkradajacy a to kawałek chleba, a to cebuli. Raz nawet zaatakował mięso, odrywając pojedyncze włókno, które pokrak połknął w pośpiechu i łapczywie.

- Umiesz jeść sztućcami. - powiedział mężczyzna siedzący po drugiej stronie stołu. Z trudem tolerował obecność pokraka i gdyby byli sami to na pewno nie stolerowałby ptaszyska przy swoim stole. Opierzone straszydło jednak wylądowało poza zasięgiem jego ramion chociaż z trudem powstrzymywał się by czymś go nie trzasnąć. Dlatego znowu udał, że go nie zauważa i zajął się tematem swojego gościa. Umiała jeść sztućcami. W sumie niby nic i on też umiał. Choć nigdy nie czuł takiej potrzeby czy musu by jakoś to usilnie egzekwować. Zwłaszcza jak jadał sam czy tu czy gdzieś na Pustkowiach. Coś co powodowało, poza praktycznością szamania na przykład łyżką zupy to to co mu kiedyś powiedział jakiś podstarzały kaznodzieja. Podobno sztuka szamania tymi widelcami i nożami była jedną z oznak cywilizacji i odróżniała ich od zwierząt. Może. Nie był pewny. Ale dostrzegał w tym jakąś mądrość jakiej sam nie umiał wyjaśnić czy ubrać w słowa. A teraz ta też głodna dziewczyna w pierwszej kolejności wzięła się za sztućce. A dopiero potem normalnie.

- Ta twoja sukienka i brak butów i w ogóle strój. - powiedział znowu nawiązując rozmowę do pochodzenia i tajemnicy jaką prezentowała szamiaca szamę blondynka. - To nie jest strój na drogę. - wskazał dość już obgryzioną kością na wannę i ubłocone ubranie jakie gdzieś tam przy niej leżało. - Tak to można gdzieś po domu chodzić. Albo do sąsiada po drugiej stronie ulicy. Nie wiem kim jesteś i skąd jesteś. Ale raczej nie byłaś w drodze. Porwano cię albo sama uciekłaś. Ładnie wyglądasz. Jesteś zadbana. Pomijając to błoto i inne takie wynikłe z drogi. Już trochę trzeba mieć możliwości by tak o kogoś zadbać. Więc albo ty jesteś ważna albo twoi bliscy są ważnymi ludźmi. - podsumował powoli na głos kończąc swoją część szaraka, chleba i cebuli. Myślał na bieżąco podsumowując na spokojnie fakty jakie zdołał dostrzec do tej pory i mówiąc co one mu sugerują.

Dziewczyna przysłuchiwała się temu wywodowi, mrugając co jakiś czas i nie przestając żuć. Popatrzyła na widelec i nóż marszcząc czoło, ale nic nie mówiła. Tak samo było gdy mówił o domysłach odnośnie jej pochodzenia i powodu dla którego znalazła się w lesie. Papug w tym czasie żarł w najlepsze, bodąc oczy brodacza swoją bezczelnością i samą obecnością co wydawało się mu pasować. Dało się poznać po rzucanych co parę kęsów spojrzeniach w jego stronę, gdy stwór upewniał się, że człowiek na pewno patrzy.
- Podobam ci się? - blondynka spytała i spuściła wzrok, chociaż uśmiech nie schodził jej z twarzy. Milczała tak do końca posiłku. Odezwała się dopiero odkładając obgryzione kości na talerz - Księżniczka zamknięta w wieży, strzeżona przez złego smoka - parsknęła, wesołość jednak nie trwała długo - Myślisz, że ktoś mnie porwał? Dla pieniędzy? To może… jest jakaś nagroda - ożywiła się zezując na niego znad talerza - Wtedy mogłabym ci się odwdzięczyć jakoś… no za to co zrobiłeś. Co ciągle robisz. - odsunęła talerz uprzednio kładąc na nim sztućce ułożone jeden na drugim. Gdyby wziąć talerz za tarcze zegara oba kawałki metalu leżały prosto na godzinie piątej.

- Nagroda. Może. - powiedział gdy też skończył jeść i pozwolił sobie oprzeć się o oparcie krzesła. Ale, że jakoś wzrok sam mu zszedł w stronę białego okupanta na stole i tak jakoś samo mu się zaczęło liczyć. Ale raczej tak. Raczej zdołałby trzasnąć cholernika widelcem albo nawet talerzem. Talerzem lepszy efekt no ale pewnie by się potłukł. Na razie jednak zrezygnował z tego rzucania. Wstał i zgarnął własny talerz i sztućce do gara. W gruncie rzeczy myślał nad tą całą sprawą jaką reprezentowała pocieszna blondynka po drugiej stronie stołu. Jak się nad tym zastanowić… To się robiło grubo…

- Nagroda albo okup. Ktoś cię porwał dla zysku. - powiedział podchodząc do niej i biorąc jej talerz i kładąc na swój już leżący na garze. Z satysfakcją obserwował taktyczny odwrót białej cholery. - Ale jest coś jeszcze. Jak jesteś tak cenna to ten koleś czy laska nie powinni cię spuszczać z oka. I to na całą noc. Coś tu kogoś piliło i to mocno. - powiedział biorąc cały zestaw i wracając do pieca. Tam odlał do miski trochę wody i siadł na stołku by wymyć naczynia. Przydały mu się jednak sierściuch. Miałby kto obgryzać kości. No i z tą białą cholerą by zrobił wreszcie porządek.

- Jesteś dla kogoś całkiem ważna. Zapewne nawet dla dwóch czy trzech stron. Też całkiem ważnych. Więc raczej będą cię szukać. I pewnie raczej tutaj, w Salisbury. - powiedział spokojnie szorując piachem garnek. Najbliżej do takich ważnych szych to było tutaj do Federacji. Ale o kogo mogłoby chodzić to nie miał pojęcia. Do Miami było co nieco drogi. Co jeszcze? Nowy Jork? A może nie? Może to coś lokalnego albo na odwrót coś całkiem obcego co zawieruszyło się tutaj przypadkiem? W każdym razie o ile coś czy ktoś co wypłoszyło pewnie wczoraj tego kopacza blondynek go nie wykończyło to pewnie gdzieś tu będzie się kręcił i szukał swojej zguby.

Jasnowłosa enigma wstała od stołu i kucnęła obok niego, kładąc łokieć na kolanie i układając głowę na zgiętej dłoni. Patrzyła co robi, a wzrok miała równie nieobecny co wtedy gdy dopiero co się wybudziła.
- Zamek kodowy… w walizce - mruknęła bez przekonania i pokręciła głową - Nawet nie wiem o jakiej walizce mówisz. Pamiętam… że było ciemno i zimno. Mokro. Chyba… padał deszcz, bardzo gęsty, a wcześniej… - zamyśliła się, wbijając wzrok w czyszczony garnek - Konwalie. Zapach. Ciepło… i światło. Żarówkę. Kogoś… cień między mną a nią. Zaduch… i ogień. Dużo ognia - wzdrygnęła się, ściskając dłońmi skronie - Smród benzyny. Jakieś wraki… i niewiele to pomaga - jęknęła ze złością.

- Ej, spokojnie. - powiedział kładąc jej mokrą dłoń na ramieniu w uspakajającym geście. Gar już właściwie był umyty. Odstawił go na piec. Zostały jeszcze sztućce i talerze. - Przypomnisz sobie. Trochę więcej, trochę mniej, trochę wcześniej lub później. Ale przypomnisz. Tak sądzę przynajmniej. - uśmiechnął się zanurzając talerz w misce. Zastanawiał się co mówiła. Konwalie? No o tej porze roku i w tej okolicy to nic specjalnego. Znaczyło tyle, że rzecz się pewnie działa nie pod dachem ale na zewnątrz. Wraki? Mogło być złomowisko. Ale mógł być jakiś upust autostrady zawalony starymi wrakami. Ale żarówka. Żarówka była ciekawa. Żarówka oznaczała cywilizację i to całkiem przyzwoitą. On tu na przykład nie miał generatora a więc i całej elektryki. I ogień. Czyli pewnie jakiś pożar jak z tą benzyną. Przypadek? Celowo? I co? Porwano ją i zatuszowano sprawę ogniem, coś poszło nie tak i wybuchł pożar? Ale to był jakiś trop. - Nastawię ucha czy nie ma plotek w okolicy o jakiś pożarach i zaginionych blondynkach. - powiedział gdy przetrawił informacje i odłożył umyty już talerz też na piec. - A ty jak chcesz to spróbuj z tą walizką. Jak nie pamiętasz kodu to zawsze można spróbować wyłamać zamek. Chcesz to spróbuj. Tam przy piecu powinnna być łapa. - powiedział wskazując na miejsce przy ścianie pieca gdzie oparte leżały rurki, pręty i łomy ot, tak na wszelki wypadek i prowizorka pogrzebacza.

- A jak zniszczę przypadkowo to co w środku? - nie ruszyła się z miejsca, ograniczając się do wędrówki spojrzeniem we wskazanym kierunku - Nie wiemy co to, a jak to bomba? - podała kolejny niewesoły przykład, kurcząc się w sobie.

Chwilę milczenia wykorzystała podstępna pierzasta kreatura. Widząc że brodacz jest zajęty nie wiadomo kiedy podkradła mu się za plecy i nagłym skrzekiem przerwała ciszę.
- Arbait mach frei! - wydarła dzioba, a na ten hałas blondynka podskoczyła.

- Zmiataj cholero! - syknął brodacz i machnął ręką z trzymanym talerzem mając nadzieję trzepnąć cipióra aż się piórami by nakrył. Ku swojej satysfakcji poczuł trafienie i usłyszał obrażone skrzeczenie gdy faktycznie trafił! Bomba? Wydało mu się to naciągane. Chyba. Cholera go wie. Zniszczyć coś w środku? Niby co takiego? Szkło? Raczej nie powinno się potłuc. Skończył myć ostatni talerz i powstał do pionu wycierając dłonie o poręczną ścierkę. - Dobra. No to ja spróbuję. - powiedział biorąc do ręki łapę i idąc w stronę pozozstawionej walizki.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
Stary 22-08-2017, 10:53   #6
 
Aiko's Avatar
 
Reputacja: 36997 Aiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputację
W domku u Meg

Droga o jakiej mówił wydawała się prosta i taka właśnie była. Rangerka bez większych problemów szła wzdłuż starego torowiska, co parę metrów przeskakując nad kolejnymi kałużami aż wyszła z niskiego zagajnika rachitycznych drzewek prosto na coś co prawdopodobnie było polaną porośniętą sięgającym kolan zielskiem. Gdzieś w tych chaszczach dostrzegła charakterystyczne, kolczaste łodygi dzikich malin, zostawiających na skórze czerwone, piekące szramy jeśli człowiek był zbyt nieuważny i władował się w nie bez pomyślunku. Ciekawszy widok znajdował się jednak dalej - za płotem z drutu mającego pewnie powstrzymać zwierzęta od panoszenia się po terenie zajętym przez ludzi.


Piętrowy dom o spadzistym dachu stał przy kępie sosen, przytulony do drugiego, mniejszego budynku. Chyba szopy, albo innej obory. Z tego miejsca Charlie nie miała pewności co do przeznaczenia drewnianego, lekko kopniętego kurnia. Bardziej interesował ją ten pierwszy, a raczej okno na parterze z którego sączył się ciepły, pomarańczowy blask ognia. Nie widziała dymu, ani poruszenia, tylko kominem unosił się dym równie jasny co zalegająca wszędzie mgła. Czuła też coś jeszcze, inny zapach. Swojską, domową woń pieczonego mięsa i chleba. Wiatr przyniósł ze sobą cichy śmiech jakiegoś dziecka i drugi należący do starszej kobiety.

Charlie zawahała się. Przychodziła bez ostrzeżenia i do tego… ten widoczek wydawał się dziwnie idealny. Tak bardzo niepasujący do niej. Nagle pomysł, który urodził się w jej głowie szmat czasu temu nie wydawał się tak dobry. Do tego cały czas czuła na sobie dotyk Loncika. Tacy ludzie pasowali do niej. Świry.

Westchnęła ciężko ale ruszyła w tamtym kierunku. Tylko wręczy bimberek i spyta co u Meg. Chwilę walczyła z sobą stojąc przed drzwiami. Żesz… ona na serio miała dzieciaka, szczęśliwy domek itd. Charlie zacisnęła pięść w kieszeni kurtki.
- No mała tylko się przywitasz. - Szepnęła do siebie i zapukała do drzwi.

Głuche echo poniosło się po obu stronach framugi, odgłosy krzątaniny wewnątrz urwały się. Usłyszała dziecięce pytanie i odpowiedź jakiegoś mężczyzny, ale za cichą żeby rozpoznała słowa. Coś skrzypnęło, jak odsuwane krzesło i zaraz ciężkie kroki zaczęły się zbliżać do wejścia. Szczęknął rozsuwany skobel, potem przekręcany klucz aż na końcu jęknęła opuszczana w dół klamka i drzwi uchyliły się na tyle, żeby ze środka łypnęła para czujnych, szarych oczu należących od obcego dla rangerki faceta.


- Hm? - mruknął zachęcająco czekając zapewne aż intruz się przedstawi i powie po co przyszedł. Stał tak, że skrzydło drzwi zasłaniało go prawie całkowicie. Czy miał broń nie dało się zgadnąć. Mógł mieć, mógł nie mieć. Na razie do niej nie mierzył, jeżeli nie licząc spojrzenia.

Charlie zebrała się w sobie i uśmiechnęła się do mężczyzny.
- Cześć, szukam Megan. Jestem Charlie.

Facet zmarszczył czoło, taksując całą sylwetkę rangerki bardzo uważnie.
- Meg, jakaś Charlie! - krzyknął wgłąb domu - Mówi że cię zna!

- Wpuść ją! Niech wejdzie! - odezwał się znany jej głos. Pogodny, zaskoczony i wyraźnie radosny. Słysząc go mężczyzna odsunął się, robiąc przejście aby gość mógł przekroczyć próg. - Jesteś sama? - spytał nie przestając się jej przyglądać.

Charlie przeszła przez próg przyglądając się z zainteresowaniem wnętrzu. Wyglądało tak… domowo. Z zaciekawieniem patrzyła na przyjemny nieład. Nawet nie mogła sobie przypomnieć kiedy ostatnio była w takim miejscu.
- Tak, ale potem może wpaść po mnie Chris. - Powiedziała nie przestając się uśmiechać, nagle zdała sobie sprawę, że robi to chyba lekko nerwowo. Już stojąc w sieni spojrzała na swoje zabłocone buty i spodnie. - Nie chciałabym wam nabałaganić.

- Weź przestań - machnął bagatelizująco ręką i uśmiechnął się, spoglądając gdzieś wgłąb korytarza - Nie napaskudzisz gorzej niż ta trójka dzikusów co tu z nami mieszka, weź kapcie - pokazał na stojące w nieładzie buty w najróżniejszych rozmiarach. Naliczyła siedem par, z czego pięć było małych, dziecięcych.

- Jules, co wy tam robicie?! - w głos Meg wdarło się zniecierpliwienie, coś skrzypnęło.

- Mamoooo… a mogę iść nakarmić koniki? - usłyszała jakąś dziewczynkę. Jeżeli Megan coś odpowiedziała to tego już nie dosłyszała.

Za to facet wyciągnął zapraszająco rękę:
- Jestem Jules, mąż Meg. Daj kurtkę, wyglądasz jak zmokła kura. Chcesz coś do przebrania? Właśnie jemy śniadanie i o ile te głodomory nie zeżarły wszystkiego parę bułek i gorąca herbata jeszcze się znajdą.

- Mam ciuchy na zmianę. - Podała Julesowi kurtkę, pozostając tylko w mocno wykrojonej koszulce, teraz jeszcze dodatkowo mocno pogniecionej i poskręcanej dzięki zabawom Chrisa. Przysiadła na jednym ze stołków i zdjęła mokre buty. - Dzięki.

- Nie ma sprawy… ale sweter to by ci się przydał - mruknął oceniając dość skromny ubiór rangerki. Kurtka wylądowała na kołku, ale powisiała tam tylko przez moment nim znowu jej nie wziął - Rozłożę ją na piecu, wyschnie chwila moment. Chris cię tu przyprowadził? - spytał niby mimochodem czekając aż się oporządzi.

- Zostawił mnie trochę wcześniej. - Charlie pokazała kierunek, z którego przyszła. Otworzyła ustawiony na ziemi plecak i wyjęła z wierzchu lekko powyciągany sweter. - Szedł po jakiegoś Bensona.

- Lukas Benson, nasz miejscowy myśliwy i szwędacz. Dziwny typ - powiedział ruszając korytarzem i gadając przez ramię - Mieszka sam w wieży niedaleko stąd. Taki samotniczy typ, czasem wpada do Czapli albo pokręci się po mieście. Nie robi problemów to nikt się go nie czepia. Jak parę lat temu się przyszurał, tak do tej pory siedzi… ale wielu tak ma. - parsknął.

- Ja raczej nie osiądę. Wpadłam bo byłam w okolicy. - Powiedziała podążając za Julesem. Czuła się coraz dziwniej. To naprawdę nie było jej miejsce. Do tego… trójka dzieciaków. Zaczynała się obawiać widoku, który zobaczy.

- Meg też tak mówiła - Jules parsknął, przepuszczając ją w progu do kuchni. Pomieszczenie zajmowało chyba większą część domu, przedzielał je parawan za którym dostrzegła fragment łóżka. Przy piecu ustawiono stolik a na nim masę garnków, talerzy, misek i miseczek. Nad okapem wisiały czarne rondle i rondelki. Pośrodku stał stół, a przy nim siedziała trójka dzieciaków w wieku od trzech do pięciu lat. Megan zobaczyła siedzącą z boku pod oknem na bujanym fotelu. Postarzała się, widziała to po masie nowych zmarszczek jakich nie pamiętała. Włosy miała okręcone chustą, kolana kocem, a w ramionach trzymała niemowlę. Chyba jadło, bo niewielkimi piąstkami trzymało obnażoną pierś i ciamkało przy sutku ignorując cały otaczający świat.
- Zaraz skończę - lekarka rozpromieniła się na widok rangerki, choć została tam gdzie siedziała - Rozgość się, Jules zaraz ci coś przygotuje. Cieszę się, że cię widzę. Martwiłam się, że jednak postanowisz nas ominąć. Dobrze, że tak się nie stało.

Charlie rozejrzała się. Jakoś mokre spodnie nie zachęcały jej by usiąść. Do tego czuła dziwną presję otoczenia. Dokładnie presję w postaci trzech par skupionych na sobie oczu.
- Nie chciałabym wam przeszkadzać. - W końcu podeszła do pieca, mając nadzieję, że lekko obeschnie. - Wpadłam tylko zobaczyć jak się trzymasz.

- Nie przeszkadzasz, już ci mówiłem - Jules minął ją szczerząc się do siedzącej w fotelu kobiety. Rozwiesił kurtkę przy piecu i dołożył drwa do ognia, grzebiąc pogrzebaczem aby rozniecić żar - Sam, April, Danny idźcie przygotować śniadanie dla koni. Wy już jadłyście, one jeszcze nie - spojrzał na dzieciaki przy stole które jak trójka sępów wgapiała się z otwartymi buziami w gościa.

- Ale tato… ta pani ma niebieskie włosy - starszy chłopiec pokazał palcem na Charlie, pozostała dwójka też jakoś ociągała się z odejściem od stołu.

- Ile razy wam powtarzałam? - Megan westchnęła, odsuwając dziecko od piersi i układając je na ramieniu aby poklepać delikatnie po plecach - To nieładnie tak wskazywać paluchem. I słyszeliście co tata powiedział? Ubierzcie się ciepło i nie zapomnijcie o czapkach. I nigdzie dalej nie odchodźcie. Jeszcze tego brakuje żebyście się nam pogubili w tej mgle.

Charlie spojrzała z uśmiechem na dzieciaki. Pewnie jak była mała zachowywała się podobnie… może trochę gorzej.
- Jak poznałam waszą mamę miałam chyba zielone włosy. - Zerknęła na Meg jakby starając sobie przypomnieć. Wtedy mogła spać obok niej. Tulić ją gdy dręczyły ją te cholerne koszmary. To były dobre czasy. - Potem chyba przez chwilę pomarańczowe, czy to był bardziej czerwony? - Patrząc na starą znajomą jakby otrząsnęła się ze wspomnień. - Ale na serio nie będę wam przeszkadzać. Zginął jakiś chłopak i powiedziałam, że mogę pomóc przy poszukiwaniach.

Meg zaśmiała się szczerze i pokręciłą głową, oddając mężowi niemowlaka.
- Może one były czerwone, ale z miesiąc wcześniej. Jak się poznałyśmy były różowe jak wściekła landrynka - śmiejąc się podeszła do rangerki i bez ostrzeżenia objęła ją mocno, głaszcząc po plecach i głowie - Dobrze cię widzieć… cholera, jesteś cała mokra! - ofuknęła ją - I lodowata. Masz zmienić zaraz ciuchy, chcesz coś suchego? Na ile przyjechałaś, przygotować ci pokój?

- Co za chłopak? - Jules zajął się sprawami praktycznymi, kołysząc małą larwę i wzrokiem ponaglając pozostałą gromadkę. Trzy sępy zamarudziły jeszcze chwilę, ale w końcu grzecznie wstały od stołu i już mniej grzecznie ruszyły do wyjścia, przepychając się po drodze i na wyścigi lecąc tam gdzie buty i kurtki minięte przez Charlie zaraz na wejściu.

- Nie przeszkadzasz - tym razem to Meg użyła potwierdzenia i pokręciła głową - Przebierz się i siadaj do stołu. Zaraz dostaniesz herbaty i śniadanie. Ciągle lubisz naleśniki z konfiturami?

Charlie roześmiała się.
- Już się przebieram mamuśko. - Powiedziała rozbawionym głosem i zerknęła na Julesa. - Ten chłopak to Jack. Zaraz wracam tylko się przebiorę zgodnie z poleceniem. - Uśmiechnęła się do Meg i wróciła się do swoich rzeczy. Wyjmując na chwilę kilka podręcznych rzeczy, wydobyła ze środka ciuchy na zmianę. Już chciała się zacząć rozbierać w przedsionku, ale pomyślała, że może lepiej by dzieciaki nie oglądały jej nago. - Gdzie mogę się przebrać?!

- A gdzie chcesz - Meg zaśmiała się, ale pokazała na parawan za piecem. Tam gdzie łóżko.

- Jack zaginął? - Jules westchnął ciężko, bardzo ciężko i zabrał się za sprzątanie ze stołu - Kiedy? Skąd to wiesz? Spotkałaś Bree?

Charlie zamknęła plecak, chowając do niego wcześniej wyciągnięte rzeczy. Posłusznie przeszła za parawan i zaczęła zdejmować z siebie przemoczone ubrania.
- Nie wiedziałam gdzie szukać Meg, więc poszłam w stronę budynków. - Mokre spodnie i koszulka wylądowały na ziemi, po chwili dołączyły też do nich przemoczone na dwojaki sposób majtki. - Trafiłam na szeryfa, Chrisa i tą Bree. Słyszałam jak rozmawali że ten Jack zaginął więc zaoferowałam pomoc. - Powoli zaczęła się wciskać w suche ubrania. Zauważyła na swoim ciele kilka delikatnych siniaków, po tym jak Loncik się z nią zabawiał. Uśmiechnęła się i wciągnęła suche bojówki. - Chris szedł po tego Lukasa, by im pomógł i podprowadził mnie niedaleko. - Wybrała z ciuchów, trochę większą koszulkę, ale i tak narzuciła na nią sweter, by nie peszyć Julesa. Zgarnęła mokre rzeczy nie do końca wiedząc co ma z nimi zrobić i wyszła zza parawanu.
- Mogłabym gdzieś to wysuszyć?

- Dobrze, wreszcie się na coś przydał - usłyszała niechętne mruknięcie zza parawanu autorstwa Julesa. Po nim zapanowała cisza, z rodzaju tych nerwowych aż Megan prychnęła.

- Dobra idź, może sobie poradzę sama i nie skończymy w rozsadzonym od środka domu - mówiła niby poważnie i z pretensją, ale Charlie znała ten ton. Żartowała, albo udawała że żartuje żeby ukryć zdenerwowanie - Rzuć na piec Chi, wyschnie akurat jak wrócicie na kolację. Bo wrócicie na kolację - ostatnie powiedziała do męża tonem nieznoszacym sprzeciwu.

Rangerka rozłożyła swoje rzeczy na piecu, zgodnie z poleceniem.
- Chris zaoferował żebym przenocowała u niego. - Powiedziała, przyglądając się Meg. Czy przyjaciółka pamiętała o jej koszmarach. O tym jak sobie z nimi radziła. - Ale myślę, że dam radę odprowadzić ci męża na kolację.

Druga kobieta spoważniała, zniknął też uśmiech. Przypatrywała się Charlie prawie tak intensywnie jak swego czasu jej dzieciaki.
- Jesteś pewna? - zapytała kontrolnie po czym rozmasowała twarz i nałożyła na talerz porcję naleśników, a z półki nad kuchnią zdjęła słoik konfitur - Kiedy przyjechałaś, ile z nim gadałaś? Zamieńcie jeszcze parę zdań, wybadaj czy ci pasuje. Jest… - zawahała się, stawiając jedzenie na stole - No w każdym razie żaden z niego ganger albo inny kryminalista czy gwałtownik. - wzruszyła ramionami, a Jules prychnął.

- Kiedyś był z niego dobry chłopak, ale to było kiedyś. Lata zmieniają ludzi - mruknął nalewając herbaty do oplecionego drutem słoiczka robiącego za szklankę - Nie będę oceniał, jeszcze nic nie wywinął żeby go linczować. No i blachę ma, znaczy porządny… powinien być, ale wiesz sama jak to z tymi ludźmi od Jedynego Słusznego Pana Prezydenta - tu prychnięcie pojawiło się zirytowane.

- Mieszka między Piątą, a Szóstą Stają, tam gdzie stary hotel, dwa domy dalej idąc od centrum. Łatwo poznać - to tam gdzie kamienny płot i trzynastka na drzwiach. - Meg zrobiła zapraszający ruch, pokazując na stół.

Charlie zajęła miejsce przy stole i poczuła jak ślinka zbiera się jej w ustach na widok naleśników. Przez cały czas uważnie słuchała i Julesa i Meg. Każda uwaga na temat jej przyszłego gospodarza mogła być przydatna. Uśmiechnęła się przypominając sobie jak bardzo Loncik był przeciwny plotkom.
- Meg, znasz mnie. - Powiedziała z uśmiechem i spojrzała wymownie na starą znajomą. Lekarka wiedziała, że od kiedy tylko wyleczyła tyłek Charlie po gwałcie ta chętnie oddawała go każdemu, kto był całkiem przystojny i nie chciał jej pobić lub związać. - Pogadaliśmy chwilkę, ale jeśli powinnam o czymś wiedzieć to mówcie. Chyba nadal mogę się wykręcić.

- Jeśli ma coś za uszami to na pewno się tym z nami nie dzielił - Jules pokręcił głową, zdejmując z krzesła szary golf i idąc w stronę drzwi - Sprawdzę czy inwentarz nie przekarmił nam inwentarza. Będę czekać przed domem - uśmiechnął sie półgębkiem i zniknął zostawiając je same.

- Znam - lekarka za to wróciła na bujany fotel ze śpiącym brzdącem na ręku - Trzymaj pistolet w pogotowiu i tyle, ale sądzę że nie będzie potrzebny. Nie ten typ człowieka - wzruszyła ramionami patrząc jak rangerka je - Na długo przyjechałaś? - spytała o coś weselszego.

Charlie ze smakiem pałaszowała naleśniki. Może ciut za szybko, ale była przyzwyczajona, że na jedzenie zazwyczaj nie ma czasu. Przełykając kolejny kęs spojrzała na lekarkę.
- Nie wiedziałam jak będzie. Ostatnie kilka dni w karwanie to był jakiś sajgon i na myśl, że musiałabym znowu leżeć sama… myślałam o jednym dniu i ruszeniu dalej. Może gdyby były jakieś problemy, ale masz tu swoją szczęśliwą rodzinkę. - Mrugnęła do Meg i zabrała się za kończenie posiłku.

- Ty też jesteś jej częścią - lekarka w chuście odpowiedziała powoli i z pełną powagą - Pamiętaj o tym. Nigdzie na razie nie musisz jechać. Odpocznij, zbierz siłę. Czasem dobrze przystanąć i złapać oddech.

- Gdy się zatrzymuję mam wrażenie, że wszystko mnie dogania. Trochę nie nadaję się do rodzin i tego typu rzeczy. - Charlie skończyła jeść i odstawiła talerz. - Dziękuję, było doskonałe jak zwykle. Zostawiłabym kilka rzeczy, co by nie łazić z nimi po lesie, ok?

Gdy Meg przytaknęła, podniosła się i ruszyła w stronę swego plecaka. Po drodze zgarnęła tylko lekko osuszoną kurtkę.

Wypakowała większość rzeczy, zwijając je w koc, w zgrabny tobołek i ułożyła na jakiejś wyższej półce. Zostawiła sobie mimo wszystko jeden koc i jedną zmianę ubrań. Zawsze to robiła by nie czuć, że musi gdzieś wrócić. Pozaciskała sprzączki plecaka, sporo zmniejszając jego wielkość i narzuciła go na plecy.
 
Aiko jest offline  
Stary 23-08-2017, 00:33   #7
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 48317 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Trafiony zastawą papug wykonał w powietrzu piruet i wylądował awaryjnie na szafce pod oknem. Podniósł się szybko i otrzepał z godnością, stawiając czub na głowie.
- Jude! - skrzeknął pogardliwie biorąc się za czyszczenie piór i udając że cała akcja od początku była ustawiona i w ogóle tak właśnie miało być.

Blondynka za to parsknęła i uśmiechnęła się, strzelając oczami od jednej strony konfliktu do drugiej. Wstała i jak cień poszła za brodaczem, zerkając mu z ciekawością przez ramię.
Walizka wyglądała niepozornie i przynajmniej nie dziobała. Jeszcze. Jeśli tropiciel dobrze zakładał nie powinna zacząć, tylko dać się grzecznie otworzyć pokazując co jest w środku.
W międzyczasie dziewczyna kucnęła obok i odkleiła od boku pudła zdjecie. Obróciła je w palcach najpierw przyglądając się fotografii, potem patrząc na napis z tyłu.

- Rain - powiedziała cicho wracając do przodu obrazka - To ja? Ta mała… ale kim jest ten chłopiec? Znasz go? Kojarzysz? - zadawała pytania nie zmieniając obiektu zainteresowania podczas gdy brodacz siłował się z przeklętym zamkiem.

Mając kod z pewnością poszłoby o wiele sprawniej, ale nie mieli go i nic nie zapowiadało że wejdą w jego posiadanie w najbliższym czasie. Pozostawała stara, sprawdzona metoda brutalnej siły i ręcznej perswazji. Już przy pierwszym podejściu mężczyzna odkrył poważną przeszkodę. Może i niepozorna, ale walizka trzymała się solidnie, a elementy konstrukcji zamka należały do drobnych. Nie szło zaczepić łapki, potrzebował czegoś węższego i bardziej płaskiego.

- Nie wiem czy to ty. Ale pomijając różnicę wieku wydajecie się dość podobne. A jego nie znam. Ciebie zresztą też nie. - powiedział zerkając w przelocie na dziewczynę oglądającą zdjęcie wyjęte z boku walizki. Łom jednak okazał się zbyt toporny na takie zabawy. Całkiem niezła była ta walizeczka. Rzadka i droga. Znowu więc jeden kamyczek na kupkę poważanego pochodzenia i jej i chyba jej właścicielki. Czy jej? Wahał się. Ale wychodziło mu, że tak. Pewnie przed tymi dziurami w pamięci pamiętała hasło więc nie miała go nigdzie zapisanego. Zreszta dzie? Jej kiecka coś kieszeni raczej nie miała. W bieliźnie też nie. Więc. Musiała znać te hasło. Ale po grzyba jeśli była porwana to porywacz targał z nią jej walizkę? No okey, mogła ją mieć w chwili porwania przy sobie. Dalej jednak po co ją targał? Coś tam musiało być cennego. Dla niej lub dla porywacza. Kasa? Prochy? Leki? Plany? Coś mu przyszło do głowy. Zaczął kręcić numerami by ułożyły się w imię RAIN. Nie miał innego pomysłu na hasło związane z tą tajemniczą blondynką.

Zakręcił bębenkami i ustawił odpowiednie cyfry i nacisnął zapadkę… na próżno. Pozostała zamknięta na głucho i równie głucha próby perswazji.
- Może ślusarz? - blondynka nosząca chyba imię Rain przekrzywiła głowę i westchnęła smutno - Jest tu ktoś taki? Albo granat - spróbowała zażartować - Też powinien pomóc.

- Nie stać mnie na granaty. - uśmiechnął się ale patrzył zamyślonym wzrokiem na nieduży prostokącik. Tak, mógłby to zanieść do kogoś. Ale to by oznaczało, że musiałby pokazać to komuś. I byłaby jedna osoba więcej która mogłaby powiedzieć o walizce i o tym kto ją przyniósł. Zostawało jak nie imię to data. Pewnie narodzin więc pewnie tej tajemniczej dziewczyny. Wyglądała mu na jakieś pogranicze dwóch krzyżyków na karku. Czyli jakieś dwadzieścia lat temu. Teraz mieli jakiś 2040. No by pasowało coś z pogranicza lat 2020 czyli jakoś wtedy gdy ludzie ludziom byli w stanie zrzucać na łeb coś większego niż kawałki gruzu i czasem hi tech jak działający granat. Co mu szkodziło spróbować? Zaczął od 2020 i zamierzał spróbować kilka kombinacji w dół i w górę. Jak by nie wyszło było jeszcze imię tego chłopaka ze zdjęcia. A jak też nie to pozostawało czekać i liczyć, że jego gość sobie przypomni albo spróbować siłowo no albo dać sobie spokój.

Kombinacje dat też okazały się ślepym zaułkiem, przynajmniej jeżeli chodzi o roczniki. Wklepianie po kolei kilkudziesięciu wariantów zajęło mu dobrych parę minut podczas których papug podskerzkiwał coś pod nosem kończąc toaletę, a drugi partner w zbrodni czekał w napięciu, zaciskając połączone między kolanami dłonie. Wraz z uciekajacymi sekundami na twarzy dziewczyny pojawiała się coraz głębsza rezygnacja i smutek. Westchnęła w końcu cicho, kładąc dłoń na dłoni brodacza.
- Może jak się prześpię to zrobi się lepiej? - zasugerowała pogodnie, uciskając obcą rękę - Coś sobie przypomnę… albo… no w każdym razie zrobi się lepiej. Przynajmniej wiem juz jak mam na imię, a to jakiś początek, prawda? - uśmiechnęła się ciepło - Masz tu gościnne łóżko? Nie chciałabym zajmować twojego, bo i tak dość już ci problemów narobiłam.

- Hm… - powiedział w końcu tak po trochu w odpowiedzi na wszystkie pytania, skrzeczenia i złośliwości rzeczy martwych z ostatnich paru chwil. Więc kodem nie było ani imię ani data. A przynajmniej nie te co wklepał. Walizka dalej była zamknięta na głucho i choć pewnie mimo, że z oporami ale dałby radę wyłamać zamki nieodwracalność tego czynu i brak presji ze strony sytuacji i głównej zainteresowanej jakoś zniechęcał go do tego czynu. A łóżko. Przy temacie ze śpiworem sam się nad tym zastanawiał przed chwilą. Tam na dole w piwnicy gdy rozważał jakby miała wyglądać dłuższa bytność dziewczyny w wieży. Jakoś od razu wyglądało mu na zgoła temat kompletnie innego rodzaju niż gdy zazwyczaj jak już to jakaś dziewczyna spędzała tu noc czy dwie. Bo jak już je widział na golasa to nie tylko po to by je widzieć na golasa. Ani by je wymyć. Więc nie. Właściwie nie miał drugiego łóżka. Ale nie oznaczało to, że dziewczę musiałoby zaraz iść precz albo spać na podłodze. - Coś ci znajdziemy. A na razie chyba faktycznie się prześpij. Może coś ci się przypomni. Ja raczej muszę się rozejrzeć. Zobaczyć co w trawie na mieście piszczy. Wątpie by to był ten etap, że “... i żyli potem razem długo i szczęśliwie…”. - zrobił palcami cudzysłów przy ostatnim zdaniu. Musiał wyjść. Popatrzeć i posłuchać co ludzie gadają i kto się nowy pojawił na mieście.

- Już wychodzisz? - zapytała i wzdrygnęła się choć starała się to zamaskować, ale spięcia mięśni nie dało się tak łatwo ukryć. Nie wyglądała na szczęśliwą z wizji samotnego siedzenia w wieży tylko w obecności piórkowatego zasrańca. Miała zapewne w pamięci dość nieprzyjemne przebudzenie, strach i stres związane z niedokończonym pochówkiem i amnezją, a on jeszcze naopowiadał jej o kimś kto może ją ścigać, więc tym bardziej pewnie samotność księżniczki zamkniętej w wieży bez przyjaznej ludzkiej twarzy była jej mało miła. Obserwowałą brodacza bardzo uważnie, zaczynając od włosów na głowie i zjeżdząjąc w dół, aż do nóg. Tam sie zatrzymała i wróciła skanem na początek trasy. Przymknęła oczy i nabrała powietrza, myśląc o czymś intensywnie. Wreszcie na jej ustach pojawił się nieśmiały uśmiech, gdy wstała i wyciagnęła do gospodarza rękę w geście sugerujacym aby za nią złapał i… no tego jeszcze nie wiedział, co dalej chodziło po blond łepetynie.

Złapał jej dłoń i trochę podszedł a trochę przyciągnął ją do siebie. Wahał się. Sytuacja była dość niejasna, wiedział jeszcze mniej a plany i decyzje trzeba było podjąć prawie po omacku. Nie wiedział na czym stoi. Wystawi ją? Czy uchroni? - Posłuchaj. Rain. - powiedział cicho odgarniając kosmyk jej blond włosów. - Jesteś moim gościem a nie więźniem. Jak chcesz możesz iść ze mną. Albo odejść. Jeśli się poczujesz z tym bezpieczniej. - opuścił dłonie i sięgnął do kabury na udzie. Pomajstorwał i odpiął ją od własnego uda przekazując go dziewczynie. - Nie wiem czy się na tym znasz. Ale czasem sam widok wycelowanej dziewiątki potrafi przemówić ludziom do rozumu. - powiedział przekazując jej broń i kaburę. Sama pusta kabura na jego udzie mogła kogoś bystrookiego zaciekawić. - Masz tam łapę i jakieś drągi. Możesz się poczęstować jeśli zostajesz. - wskazał na zestaw pał i drągów jakie leżały przy piecu. Mogły pogrzebać w piecu, mogły rozwalić jakiś zamek a mogły i rozłupać jakąś czaszkę. Albo trafić białą, skrzekliwą cholerę choć jeszcze jemu ani razu się to nie udało.

- Na mój rozum ten kto cię tam zostawił jeśli ma wrócić wróci pewnie rano. Czyli teraz. Tu w okolicy najsensowniejsze miejsce by spędzić noc to właśnie ta osada. Więc albo on gdzieś polazł i spędził noc na obrzeżach albo przybył do nas, do osady. W obu wypadkach jest dość blisko i pewnie przyjdzie sprawdzić co z tobą się dzieje. Jak zobaczy, że cię nie ma pewnie będzie cię szukał. Nie wiem czy będzie w stanie pójść po śladach. Ale zamierzam tam wrócić i sprawdzić czego się dowiem. Jeśli niczego rozejrzę się po osadzie. Gości się nie spodziewam no ale czasami ludzie przychodzą bo szukają przewodnika czy innego leśnego ludka. To przychodzą. Ale powinni odbić się od drzwi. Tak to wygląda Rain. - powiedział jej jak widzi sprawę. Nadal było dość wczesne rano. Więc był szansa, że tamten tajemniczy ktoś dopiero się zbiera albo kręci przy tym prawie blond grobie i rozrzuconych gałęziach. No co prawda coś go mogło zeżreć czy rozwalić ale noc przeszła raczej spokojnie. W sensie bez strzelanin za rogiem czy tuż przy granicy lasu. A co jak co, ale najgorszym wyjściem wydawało mu się siedzieć na dupie i czekać czy przyjdzie ktoś po jego gościa czy nie. Mógł też ją zabrać ze sobą. Ale raz, nie miał pojęcia na co ją stać i czy mimo wszystko jakiegoś numeru mu nie wywinie. A dwa nawet przy dobrych chęciach to tamten typ ją by pewnie rozpoznał z daleka, nawet w jego ubraniach a ona jego niekoniecznie. A jak tak, to też nie miał pojęcia jakiej reakcji po niej oczekiwać. No co… Jak to jej oblubieniec i go miłuje nad świat i życie i co tydzień sobie takie zabawy urządzają? Pamiętał jak kiedyś strzelił do kolesia co gonił laskę z siekierą. A ta w ryk i płacz, że jest mordercą, bo przecież niedziela była i to normalne, że się posprzeczali z mężem więc złapał za siekierę i ją gonił po ulicy… Noo… Miejscowy folklor… Grzyb wie jak to z tą Rain było.

Na widok broni jasne brwi podjechały jej do góry. Przyjęła kaburę i wyciągnęła klamkę, przypatrując się jej uważnie, a gdy to robiła marszczyła zabawnie nos i wydymała usta.
- Pójście z tobą… byłoby nierozsądne. Lepiej żebym chyba na razie… nie pchała się ludziom na oczy póki… nie wróci pamięć - przyznała sprawnie odbezpieczając gnata, przeładowała go, potem wyciągnęła maga i spojrzała na zawartość.
- Pełny, jeden nabój w komorze - mruczała do siebie, pakując magazynek na miejsce. Podniosła wzrok i uśmiechnęła się speszona - Chyba sobie poradzę… tak myślę. Mogę posprzątać pod twoją nieobecność, albo coś ugotuję. Zrobię pranie… jakoś ci pomogę.

- Chyba tak. Zostawię ci tego błazna. - wskazał gestem na trzepiącego się akurat cipióra. Ten przerwał i spojrzał podejrzliwe spojrzenie pełnej dumnej wzgardy pod adresem człowieka. Ciekawe. Wydawała się obyta z bronią. - Wrócę. Najpóźniej pewnie w jakiś obiad. Nie planuję łazić cały dzień. A ty prześpij się może i odpocznij. Byłaś wyziębiona od tego leżenia w ziemi i lepiej odzyskaj siły póki jest okazja. - zaproponował na odchodne i zaczął się zbierać do wyjścia. Musiał zabrać strzelbę i bandoliety. I w sumie chyba tyle. Do lasu na standardowy obchód raczej nie zabierał więcej.

Cipiór skończył toaletę i majestatycznie przefrunął przez kuchnię i tak jakoś niefortunnie to zrobił, że mijając tropiciela pacnął go skrzydłem w potylicę po czym zmienił tor lotu i odbił na miejsce upatrzone zapewne jeszcze zanim wystartował.
- Jude, jude, jude, jude raus! - nadawał ponaglająco i miało się wrażenie że paskidnik doskonale wie, że jego nemezis zamierza opuścić lokal, ale po złości nie sprężała ruchów tylko marudziła na środku równie bezużyteczna w papugowym mniemaniu co zwykle.

Rain przysłuchiwała się skrzekom z uśmiechem błąkającym się na pełnym ustach.
- Rozumiesz co on mówi? - pokazała na defiladującego po regale nad piecem ptasiora. Łaził w te i wewte wciąż powtarzając niecierpliwie swoją kwestię, no ale przynajmniej nie śpiewał. - Nie pogniewasz się jeżeli jeszcze na trochę… skorzystam z łóżka i - rozłożyła ręce, wzdychając przy tym ciężko. Opuściła ramiona i odłożyła broń na stół, a zaciskające się i rozluźniające szczęki dawały znak o kolejnej burzy w jasnowłosej czaszce.

- Nie. Coś tam skrzeczy w jakiejś barbarzyńskiej mowie. - brodacz roztarł uderzone skrzydłem miejsce na potylice i teraz on ograniczył się do spojrzenia pełnego wyższości i pogardy. - Jasne, zasuwaj do łóżka. Ale zamknij drzwi na górze i zabierz spluwę ze sobą. Ja zamknę tutaj na dole. - zgodził się dla odmiany znacznie pogodniejszym tonem patrząc na o wiele wdzięczniejszy blond obiekt przed sobą niż tamten opierzony skrzek maszerujący wzdłuż półki i z powrotem.

- Dziękuję - ulżyło jej wyraźnie, że chyba nie będzie musiała spać w piwnicy, albo gdzieś na ławie w centralnej części wieży. Zrobiła ruch jakby chciała sięgnąć po broń. Zatrzymała palce nad kaburą, jednak zamiast ją złapać, zrobiła krok do przodu - Lukas… Luke - zaczęła i się zacięła po raz kolejny. Odkaszlnęła w zwiniętą pięść i dała drugiego kroka - Zanim pójdziesz… - uciekała wzrokiem gdzieś na bok, a policzki zrobiły się jej czerwone - Możesz… no cóż… pójść ze mną na górę? - dokończyła i dała ostatni krok, pokazując ruchem głowy piętro nad nimi.

Właściwie był już gotowy do wyjścia. Ale gdy tak podeszła i jakoś tak spłoszona, i tak wskazała na schody prowadzące na górę też spojrzał w tamtą stronę. Pójść na górę? Po cholerę? Przecież już tam była to wie jak dojść. Spojrzał znowu na twarz blondynki. Właściwie to czas chyba raczej mało im sprzyjał. - Pewnie. Chodź. - wziął ją za rękę i pociągnął za sobą i ze sobą na schody prowadzące na wyższy poziom wieży.

Daleko na szczęście nie musiał łazić z dziwną blondyną o dziwnych wymaganiach i zachciankach. Razem pokonali kondygnację schodów, wspinając się aż na poddasze. Dziewczyna milczała, a on czuł jak ściska go za łapę tym mocniej, im wyżej wchodzili. Pociła się jej ręka, albo mu się wydawało. Sklejona uparcie japa też dawała do myślenia.
Wszedł pierwszy, a ona za nim. Zatrzymał się pośrodku pomieszczenia, lecz blondynka dalej przebierała nogami, ciągnąc go tam gdzie rozbebeszone teraz łóżko.

No to doszli. Była sypialnia i łóżko. Teraz ona zaś prowadziła go do tego łóżka. Jego własnego swoją drogą. Bała się? Bała się zostać sama? Czy chodziło o coś innego? Coś innego to przychodziło mu do głowy, że chciała go zatrzymać. Po co? Odpowiedzi na te pytanie były raczej z tych które sugerowały, że nie całkiem tak nie pamiętała i nie całkiem nie wiedziała kim jest ten drugi z tego zestawu na jaki natrafił dziś rano przy trzecich sidłach. No i co dalej? Gorączkowo myślał gdy oboje skracali dystans do jego łóżka. Zazwyczaj to by się nie zastanawiał gdyby taka blondi sama zaciągała go do łóżko. Tyle, że z tą akuratną blondi nic chyba nie było takie jak zazwyczaj.

- No. To jesteśmy. Mam cię okryć śpiworkiem? - zapytał gdy siedli na krawędzi łóżka. Uśmiechał się ciekawie naprawdę ciekaw jej motywów i reakcji. Wskazał niedbałym gestem leżący byle jak śpiwór. Ciekaw był po co go tu zaciągnęła. Potrzebowała otuchy? Towarzystwa? Bała się, że ją wyroluje? Dogada się z tamtym co ją zakopał? Miała powód? To kim by była? Zbiegiem? Członkiem jakiejś bandy? Wiele by mu powiedziało spotkanie z tą drugą stroną. Te na które już prawie wychodził. A może nie? Może była zwykłą laską mającą koszmarną pobudkę tego poranka i obawiającą się powtórki. Chuj wie w sumie. Dlatego czekał na jej reakcję.

Nie do końca chodziło o nakrywanie śpiworem, o czym przekonał się dość szybko, gdy laska wstała i stojąc przed nim nabrała powietrza, żeby przy wydechu zmiąć w palcach dolną część podkoszulki i ściągnąć ją pospiesznie przez głowę. Ledwo odrzuciła ciuch, wzięła się za drugi. Wystarczyło że rozpięła pasek a za duże spodnie same z niej zleciały, zostawiając równie gołą co kilkadziesiąt minut temu w wannie. Ale teraz była przytomna i zdenerwowana co tropiciel widział po przyspieszonym podnoszeniu i opadaniu klatki piersiowej. Stała tak przed nim chyba do końca nie wiedząc co dalej. Przestąpiła nad kupką ciuchów, a gdy się zatrzymała stykała się łydką z jego kolanem.

- No widzisz? Posługiwać się ubraniem w tę i we w tę nadal potrafisz. - uśmiechnął się widząc jej skrępowanie i sięgnął po jej dłoń. Przyciągnął ją do siebie a potem złapał i lekko popychając za plecy przekręcił ją tak, że upadła plecami na łóżko. Położył się bokiem obok niej patrząc na jej kuszące i jędrne ciało. Obiecywało od samego patrzenia wiele radochy. A wcześniej przecież zdążył je obadać nie tylko wzrokiem no a przecież z drewna nie był. Przesunął się wzrokiem po jej piersiach, brzuchu, biodrach i udach. W końcu sięgnął ręką. Dłoń przesunęła się nad jej brzuchem i złapała za śpiwór. Wracając śpiwór nakrywał nagie, dziewczęce ciało. - Słuchaj Rain. - szepnął do niej gdy śpiwór nasuwał się na jej piersi. - Zrobiłem dziś rano co zrobiłem. Nie jesteś mi nic winna czy co. Nie wywalę cię jeśli się ze mną nie bzykniesz. Ale mogę cię wywalić jeśli będziesz mi ściemniać albo będziesz dla mnie wredna. Kumasz? - zapytał gdy śpiwór i jego dłoń zawędrowała pod jej obojczyk i nasadę szyi. Nie był z drewna. Chciał się z nią przespać. Podobała mu się. Ale też chciał by ona go chciała a nie z jakichś strachów czy praktykologii na nadchodzące dni.

- Nie mam ci jak zapłacić… ani… mam tylko to - zazezowała w dół teraz już pełnoprawnie czerwona, zmieszana i zawstydzona na całego, o speszeniu nie wspominając. Mrugała jak wariatka i wgapiła się w sufit sukcesywnie omijając brodacza spojrzeniem - Chcę ci podziękować, bardzo chcę… ale mam… dość ograniczone pole manewru. Mówiłeś, że jestem ładna… podobam ci się, nie zaprzeczyłeś. Chciałam… po prostu być miła. Jak ty byłeś miły dla mnie i ciągle… nie będę wredna - w końcu odwróciła głowę i po chwili wahania przyłożyła mu dłoń do policzka - Za dobro odpłaca się dobrem. Nie mam pojęcia… czy spotkasz tamtego, albo tamtą. Albo czy nie przyjdzie tutaj kiedy ciebie nie będzie. Może powie, że jestem kryminalistką, mordercą… albo psycholką. Nie znajdę nic na obronę, nie musisz mi przecież wierzyć, bo… wiesz jak to wygląda - puknęła palcem w skroń [b][i]- Mogę być, nie pamiętam. Boję się - przyznała i zeszło z niej powietrze - Że wyjdziesz, a on przyjdzie. Albo wyjdziesz i z nim wrócisz, kimkolwiek jest… albo co gorsza wyjdziesz i nie wrócisz i to przeze mnie. Że… nieczęsto spotyka się kogoś, kto robi coś bezinteresownie. Nie chcę… tego zepsuć. Nie wiem co robić - cofnęła dłoń.

Tak naprawdę też nie wiedział co robić. Słuchał tego jak dziewczyna, naga dziewczyna w jego łóżku, plącze się i miesza i paple. I nie wiedział co o tym myśleć. Nie znał się na ściemach tak by być pewnym w lot czy ktoś go robi w balona. A z nią był ten problem, że gdyby była porwaną, niewinną ofiarą którą czymś odurzono i teraz ma zaburzenia pamięci no to właśnie chyba wyglądać powinno to tak jak widział. Mogła też nie mieć tak czystego sumienia i coś ściemniać a amnezja była wygodnym fortelem. I też powinno to chyba wtedy wyglądać tak jak to właśnie widział. W obu wypadkach akurat i wdzięczność i wyrachowanie też mogły nakłonić ją do takich zachowań jak właśnie widział. Dlatego czuł się tak głupi jak ona choć nie był pewny czy przyznanie się do tego byłoby dobrym pomysłem.

A jeśli odłożyć na bok takie rozważania no to zostawało pytanie czy chcę ją bzyknąć tu i teraz czy nie. No pewnie, że chciał! Przynajmniej ta bardziej włochata i nasycona hormonami strona na pewno chciała. Dziewczyna była niczego sobie. I chętna i wdzięczna. I nawet naga w jego własnym łóżku. Coś co go jeszcze powstrzymywało było trudne do sprecyzowania. Jakoś tak… Nie w porządku? Niby dlaczego? Sama chciała. Wykorzystywanie sytuacji? Przecież na tym to polegało. Tak samo jak przy wymianie ciosów czy zasadzkach, uderzało się wtedy gdy była okazja a nie jakieś mityczne kombo do mitycznego kombo. A poza tym… Ciekawy ranek się zaczął. I doświadczenie mówiło mu, że przerodzi się w równie interesujące godziny a może i dnie. Kto wie. Może mieli dla siebie ostatnie chwile spokoju? No trudno. Chuj w to.

- Nie bój się, wrócę tu. To mój dom. Jesteś w moim domu. Nie sprowadzam tu osób które zamierzam rozwalić czy spodziewam się kłopotów. - powiedział w końcu po całej nawałnicy sprzecznych przemyśleń. - I tak. Jesteś ładna. Nawet śliczna. Chętnie bym cię nie tylko umył. I skorzystał z twojej gościnnej propozycji. - powiedział przesuwając dłonią po jej dłoni. Za dłonią powędrowało spojrzenie brązowych oczu a potem skierowało się po nagim ramieniu wyżej, ku twarzy właścicielki. - Ale nie chcę tego z tobą robić bo masz jakiś dług czy coś w ten deseń. I nie wiem co zrobię jak wyjdzie w tej całej sprawie o co chodzi z tobą i tym kimś. Wygląda mi na grubą sprawę i dużo większymi rybami ode mnie. Nie chciałbym się kotłować w stawie z rekinami. Nie moja liga. - powiedział odgarniając jej jakiś niesforny lok z twarzy. Opuścił dłoń i spojrzał gdzieś na poduszkę. - Ale już i tak otarłem się o tą sprawę i będą koło mnie węszyć. A teraz jesteś u mnie. Dlatego jak ci mówię. Nie roluj mnie to najwyżej się rozstaniemy ale nie będziemy wrogami. I tu nie ma znaczenia czy się prześpimy ze sobą czy nie. Rozumiemy się? - podniósł swoje brązowe oczy i spojrzał na te niebieskie u właścicielki blond czupryny.

Napotkał niedowierzanie ukryte za firanami długich rzęs i ulgę, a także… zastanowienie? Rozbawienie? Bo wdzięczność też tam była - ogromna ulga jakby kamień spadł jej z serca.
- Rozumiemy - przytaknęła i na jej ustach pojawił się ciepły uśmiech. Przytrzymując nakrycie wychyliła się do przodu i pocałowała go w policzek - Trochę się wygłupiłam, co nie? - próbowała zażartować, policzki miała jakby odrobinę mniej czerwone. Chciała coś jeszcze powiedzieć, gdy ciszę romantycznego poranka we dwoje w jednym wyrze przerwał ostrzegawczy skrzek z dołu.
- Achtung! Achtung! - piórkowany skurczybyk miotał się po dolnym piętrze i chyba coś strącił, bo do furgotu skrzydeł dołaczył brzdęk spadającego naczynia.

- Ciii. Nikomu nie powiem. - tekst wydał mu się sztampowo durny ale jakoś idealnie pasujący do sytuacji i rozładowania napięcia. Też ją pocałował w policzek. Chwilę chłonął jej ciepłość i jędrność ciała jakie dało się odebrać wzrokiem i węchem z tak bliska. No tak. Pociągała go swoją zdrową, naturalną atrakcyjnością. - Ciekawie zawarliśmy znajomość. Zazwyczaj to mnie znajdują nieprzytomnego o poranku. - uśmiechnął się przesuwając front twarzy przed jej front twarzy. Skorzystał z okazji i przesunął palcem po jej dolnej wardze. - No. Kto wie. Co ciekawego jeszcze nam przyniesie dzień. - powiedział wpatrzony w jej pełne usta. Pierzasty cholernik jednak nie dał o sobie zapomnieć. Skrzeczał coś chyb o bolszewikach czy co on tam skrzeczał. - Wiesz a w ogóle masz do niego widzę rękę ale jakby co… - powiedział wstając z łóżka i wyciągając z kieszeni spodni gwizdek zrobiony z karabinowego naboju. Podał go swojemu blond gościowi. - No. I ten. Jakby co mam plana wrócić najpóźniej na lunch. Jak po zmroku bym nie wrócił to raczej będziesz musiała sama coś wymyślić co dalej. - powiedział rozkładając ramiona i choć pewnie nie zabrzmiało zbyt optymistycznie to jednak tak właśnie obecnie szacował sytuację. Miał w planie wrócić za dwie, trzy godziny, z zapasem na różne hece akurat na obiadową porę. No chyba, że coś by się właśnie zdrowo popieprzyło. Ale tego nie był w tej chwili w stanie ocenić.

Złoty wałek kręcił się w palcach Rain, gdy uśmiechała się dzieląc uwagę między tropiciela, a skrzeki z dołu, ale bardziej skupiała się na tym pierwszym. Dotknęła ust tak jak on to wcześniej zrobił.
- Śnieżek - powiedziała odkładając gwizdek na materac - Pasuje mu Śnieżek - kiwnęła brodą tam gdzie schody w dół i wydzierający się papug.

Ten dawał koncert życia, przewalając przeróżne drobiazgi i tłukąc się wściekle po kuchni. Coś chrupnęło tłuczonym szkłem, jakiś metal spadł na żelazną kuchnię i chyba na podłodze wylądował następny garnek, ale w tym rozgardiaszu nie dało się nie usłyszeć jeszcze czegoś.

- Benson! Heeeeej, Beeensoooon! - krzyk. Męski, zniecierpliwiony. Z dołu, bardziej niż papugowe wojny i dewastacje. - Jesteś tam Benson?! - drugi krzyk, głośny. Równie niecierpliwy. Blondynka na łóżku znieruchomiała, robiąc się blada jak ściana. Rzuciła spanikowanym spojrzeniem na brodacza, podkulając nogi i zwijając się w kulkę tuż przy ścianie.

- Hej, spokojnie. To do mnie. Pewnie ktoś szuka tropiciela czy coś. Mówiłem, ci że czasem przychodzą. - Luke uspokoił swojego nagle zwiniętego w kłębek gościa uniwersalnym gestem wyciągniętej, pustej dłoni. - Zejdę do nich. A ty spróbuj się przespać. - uśmiechnął się i puścił jej wesołe i łobuzerskie oczko. Na koniec spojrzeniem przypomniał jej, że zostawia jej pistolet i wyszedł z sypialni na dół. - Stul dziób cholero! - jak tylko kojący widok blond dziewczyny zniknął mu z oczu a w zamian natężenie białej pierzastości zrobiło się znacznie bardziej natrętne Luke od razu stracił spokój ducha i wydarł się na cholernego pierzastego pasożyta. Przy okazji też dał znać tym na zewnątrz, że jest w domu.
Przeszedł przez parter i położył swojego SPASa obok drzwi. Ot, na wypadek jakby musiał po niego nagle sięgnąć. A potem otworzył drzwi. - No cześć. Co się stało? - zapytał w ramach powitania.

W progu zobaczył mężczyznę w czarnej, puchowej kurtce i o krótko ściętych brązowych włosach. Młodego, a na pewno młodszego niż on. Z gęby też coś kojarzył, obiła mu się o oczy. Potrzebował chwili aby skojarzyć, ale udało mu się. Koleś nazywał się Chris, a z plot sprzedanych przez Free w Czapli wrócił jakiś tydzień temu. Widzieli się nawet we wspomnianym barze, zamienili parę zdań o durnotach i wypili po kielichu. Facet mieszkał kiedyś ponoć na stałe, ale potem wyniósł się do NY. Wrócił jak dowiedział się o śmierci starego i tak szlajał się po opłotkach, wkurwiając pastora, albo włócząc się z nowym szeryfem. A teraz stał na jego progu, z rękami skrzyżowanymi na piersi i bebnił palcami o ramię.
- Jesteś! - zaczął w ramach powitania, szczerząc się szeroko - No i zajebiście! Trochę się obawiałem, że już wyciąłeś w teren i chuja zastanę… coś ty taki uwalony? - spojrzał na ubłocone spodnie tropiciela i inne plamy z błota na jego ciuchach powstałe przy niesieniu, a na końcu myciu Rain - Kropnąłeś kogoś i zakopałeś za domem czy co?

- Wjebałem się w niezłe błoto w lesie. A, że szarak mi się złapał na początku obchodu no to dlatego mnie zastałeś jeszcze. - wyjaśnił nawet zbytnio nie ściemniając. Błoto było i szarak ino te wpadnięcie to tak trochę w przenośni a reszta to właściwie sama prawda. - A dlaczego mnie szukasz? - powtórzył początkowe pytanie. Chris wyglądał jakby miał sprawę do niego.

- Znaczy mam farta, to by się zgadzało - parsknął i wsadził ręce w kieszenie kurtki, odbijając się barkiem od ściany o którą się dotąd opierał i stanął o własnych siłach - Do tego jeszcze po śniadaniu cię złapałem… a mnie kurwa nie dali zjeść, ani kawy wypić - prychnął i splunął przez barierkę na trawę - Robota jest, potrzebujemy cię w mieście. Jeden dzieciak wpierdolił się nad ranem do lasu. Sam, bez broni… i bez mózgu. Jebany gówniarz - skrzywił się z niechęcią - Przydałaby się pomoc z niuchaniem przy ziemi. Rozgrzewkę już masz za sobą - wymownie obciął ubłocone łachy brodacza szczerząc się przy tym jakby ten widok go bawił.

- To chodź, ze mną się napij. Też jeszcze nie zdążyłem wypić. A przyda nam się coś ciepłego jeśli trzeba gdzieś w zimne bagna iść. - Luke wziął strzelbę w jedną dłoń a drugą otworzył drzwi przed Chrisem by ten mógł wejść do środka. Przeszli razem do kuchni gdzie gospodarz wstawił wodę w czajniku. Ogień w piecu jeszcze ładnie buzował więc woda powinna się szybko zagrzać. Zaczął mówić i jednocześnie rozstawiać kubki. - Czyj to dzieciak? Od kiedy go nie ma? - zaczął od tego o kogo chodzi. Nie znał każdej twarzy w osadzie po kilku latach mieszkania tutaj ale nadal całkiem dobrze orientował się kto tu jest kto. Dzieci raczej nie leżały w kręgu jego zainteresowań ale już rodziny i dorosłych znał całkiem nieźle. Chciał więc zacząć od tego jak wielką czasoprzestrzeń mają do przeszukania. I trochę dziwne było, że dzieciak zniknął z samego rana. Czemu nie w środku dnia czy pod koniec? To chyba było bardziej naturalne. W zaginięciach. Chyba.

Brunet rozsiadł się wygodnie na krześle, żeby nie powiedzieć rozwalił się. Przykleił plecy do oparcia i zwiesił za nim luźno jedną rękę. Drugą ułożył na kolanie i wodził zaciekawionym wzrokiem po pomieszczeniu.
- Jack Brown, syn ten starej rury. Brat Bree - klepnął dłonią w udo - Przyleciała do nas z samego rana drąc się i wymachując kartką. Czaisz że gówniarz wymyślił, że zrobi jej prezent i nazbiera jakiś chwastów czy innego syfu bo siostrunia ma dziś urodziny? No i zapakował się w buty i wybył do lasu. W tę mgłę. Bree zasiała panikę, ledwo ją powtrzymaliśmy żeby sama za nim nie leciała… no i dlatego nie wypiłem kawy - dokończył markotnie i nagle parsknął - Włam tu miałeś? - pokazał spojrzeniem na porozwalane po podłodze kuchenne przybory i potłuczony kubek - Może przenieś się gdzieś bliżej, bo tak sa… - nie dokończył, bo z góry zleciał mu na głowę kawał ogryzionej kości. Na oko tropiciela króliczej.
- Kurwa co jest?! - Chris poderwał się, ładując łapę za pazuchę kurtki, a spod sufitu doleciał ich szyderczy skrzek.

- Heil Hitler! - cipiór czy też Śnieżek jak go ochrzciła blondyna, zanosił się tryumfującym, ptasim ujadaniem, skacząc po kroki i obserwując ludzkie elementy na dole.

- Taa… - brwi bruneta powędrowały w smętnym geście do góry gdy objawił się ponownie ten opierzony pasożyt mieszkaniowy. Przy okazji też było skwitowaniem pomysłu Chrisa o przeprowadzce i w ogóle. Trochę bezczelny mu się wydawał. Nie zważając na ataki opierzonego dziobaka zalał kubki wrzątkiem. Kawa już była gotowa. Czyli młodszy brat Bree. Kojarzył o kogo chodzi choć interakcje jak zwykle miał bardziej z dorosłymi tubylcami a nie takimi smarkami jak ten zaginiony. Teraz stał na rozdrożu. Mógł albo spławić Chrisa i wrócić do planu zasadzenia się przy tym prawie grobie blondyny obecnie przebywającej w jego sypialni na piętrze albo ruszyć na bagna na poszukiwanie tego małego co polazł i może nawet nic mu nie było. Ot znajdzie się za godzinę czy dwie jak się mgła podniesie. Z drugiej strony samemu na bagnach i to w taką mgłę…

W głowie też miał obraz dwóch kobiet po prośbie. Jednej blondyny z góry i drugiej Bree rozpaczającej w biurze szeryfa. Też blond. Szukanie, nawet radośnie krótkie i łatwe to na bagnach i w tej mgle to by zajęło pewnie i do obiadu. Więc ten czas co właśnie planował zająć na znalezienie drugiej połowy łamigłówki do tej co miał trochę nad sobą we własnym łóżku. Robiło się trochę tak polityka albo - albo. Kurwa. Jak z łażeniem i na bagnach to mogło zejść i większość dnia w tej mgle. Może i natknął się na małolata na drodze wjazdowej ale bardzo wątpił w taki fart. Wkońcu zdecydowała lokalna sympatia dla samotnej dziewczyny z sąsiedztwa i małolata. Nie wiedział czy Rain miała na imię Rain i czy go rolowała czy nie i serio potrzebowała pomocy. Ale była dorosła na tyle by sama odpowiadać za swoje czyny. A dzieciak postąpił glupio i pewnie się znajdzie ale jakby go coś tam zeżarło czy się utopił w bagnie jednak Benson pewnie by miał wyrzuty sumienia potem.

- Dobra Chris, pomogę wam. Ale to nie będzie strzelanie do butelek za stodołą więc może zabrać parę rzeczy. Dojdę do was do biura szeryfa dobra? - powiedział w końcu upijając brązowy napar. Musiał zabrać parę rzeczy. Na wypadek jakby dzieciak się znalazł raczej później niż prędzej i nie zdążyliby wrócić do cywilizacji przed nocą czyli musieli nocować na bagnie. Wolał tego uniknąć no ale nie mógł wykluczyć. A przy takim wariancie oznaczało to zmianę planów jakie umówił się z Rain więc wypadało jej o tym powiedzieć. Czyli spławić Chrisa.

Gość usiadł na powrót na krześle, ale teraz jego uwagę pochłaniało obserwowanie skrzeczącej kulki pierza pod sufitem.
- Jak ty z tym gównem wytrzymujesz? - prychnął pytaniem, ale gdzieś w tym momencie pojawiła się w przed nim kawa i cały smutek oraz troski świata rozpierzchły się, przegnane aromatem czarnego napoju, co było widać po jego minie.

- Nie wytrzymuję. - uśmiechnął się godpodarz.

Chris parsknął, łapiąc za kubek i podmuchał na parujący płyn żeby go przestudzić.
- Nie myślałeś żeby go opylić? Wygląda dziwnie i gada. To chyba szwabski - dmuchnął jeszcze raz i siorbnął pierwszy łyk. Od razu humor mu się poprawił, wrócił do rozwalania się na krześle - No przynajmniej ten Hitler był Szwabem. Taki naziol. Nieprzyjemny typ, ale gadane miał - upił kolejny łyk i jeszcze raz dmuchnął i chuchnął do kubka - Zanim mnie wypierdolisz z domu dasz dopić kawę? Nie chcę po raz kolejny przerywać w połowie. Skończę i sam się wyniosę. Za trzy kwadranse zbieramy się u Scova… zdążysz cokolwiek robisz. I z kim - uniósł wzrok znad kubka i wbił go w tropiciela - Chyba ci w niczym nie przeszkodziłem, co?

- Jasne Chris. Dopij kawę. - kiwnął głową brodacz też upijając ze swojego kubka. - I nie bój się. Jakbyś mi w czymś przeszkadzał po prostu bym ci nie otworzył. - rozłożył wolną rękę bo w drugiej trzymał kubek. Znowu upił łyk i czuł te sycące, satysfakcjonujące ciepło dajace siły i energię, spływające po przełyku. - A ta cholera. - spojrzał w górę skąd dobiegały skrzeki i zgrzyt pazurów na drewnie. - Jest tu dłużej ode mnie. Może zdechnie w końcu? Niech tam sobie lata. Wkurzy mnie o jeden raz za dużo to ją rozwalę i się skończą te jej durnoty. - wzruszył obojętnie ramionami. Nie, żeby pierwszy raz rozważał coś co zaproponował właśnie jego gość. Ale znowu wychodziło mu, że łatwiej cholerę byłoby zastrzelić niż złapać.

- Mój ty łaskawco - natręt w puchowej kurtce skwitował przyzwolenie dokończenia poczęstunku. Siorbnął solidniej i oblizał wargi - Masz wyciągnięte dwa komplety talerzy, mówiłeś o śniadaniu z szaraka. Twój kurak rzucił we mnie kością, całkiem świeżą. Jeszcze nie zdążyła obeschnąć, czyli niedawno skończyliście jeść, a wątpię żebyś jemu wyciągał talerze i dawał nóż i widelec - dźgnął powietrze kością akurat w kierunku białego terrorysty, syczącego na niego z parapety. Piździpiór stroszył się bez przerwy i machał skrzydłami, rozwierając dziób jakby miał zamiar kogoś udziobać, a po spojrzeniu wlepionym w Chrisa cel był raczej oczywisty.
- Poza tym nie spotkałem nikogo po drodze… no w każdym razie nikogo, kto ciągnąłby do miasta - facet rozłożył ramiona i skończył ruch upiciem czarnego naparu - Interesy? A może ściagnąłeś jakąś laskę z miasta? Powiedz którą, to nie będę się koło niej kręcił - skrzywił połowę ust w szybkim uśmiechu - Ile zajmie ci ogarnięcie się?

- Chris. Taka mądra zasada jest. Co się dzieje w sypialni. Zostaje w sypialni. - powiedział z lekkim uśmiechem gospodarz upijając kolejny łyk. - Spiję kawę i za ten kwadrans czy dwa co mówisz będę u was w biurze. Ale jeśli to dla was za długo no to chyba lepiej poradzicie sobie beze mnie. - Luke upił kolejny łyk i już niewiele napoju mu zostało w kubku. Trochę popełnił błąd zapraszając Chrisa do środka. Ale jednak nie zamierzał mu się spowiadać by zaspokoić jego wścibstwo. Mógł się ogarnąć w ten kwadrans czy podobnie i dotrzeć do biura szeryfa całkiem prędko. Ale jeśli to było Chrisowi za długo mogli zaczynać bez niego.

Facet zaśmiał się serdecznie i pokręcił głową, biorąc porządny łyk kawy.
- Przyzwyczajenie. Nie umiem tego gówna wyłączyć, wkurwiające… wiem. Jak nie ma niebieskich dredów to nie wnikam - uśmiechnął się i dopił kawę po czym odstawił kubek - Nie będę ci się wpierdalał w ogródek. Bierz swój czas, starczy na wszystko. Trzy kwadranse to sporo. Dzięki Luke za kawę, życie żeś mi uratował - ukłonił się parodystycznie, wstając z krzesła - Drogę znasz, ciebie przynajmniej nie muszę prowadzić. Ty mnie też, znam drogę - parsknął ostatni raz obdarzając białego pasożyta kwaśnym spojrzeniem i prychnął, zawijając się do wyjścia.

- Chris - detektyw. - gospodarz też przyjął żart za dobrą monetę i podobnie nią zagrał. Poczekał aż syn poprzedniego szeryfa wyjdzie i zamknął za nim znowu drzwi. Wbiegł na górę znów wracając do sypialni. - Mam sprawę. Jeden z naszych dzieciaków polazł na bagna. Sam. Trzeba go poszukać. Nie wiem ile nam to zajmie. Ale jak do obiadu to bym się ucieszył, że szybko poszło. Ale to wyprawa w teren i to na bagna. Ciężko przewidzieć co się stanie. Dlatego jak się sprawa przedłuży mogę nie wyrobić się przed zmrokiem. Czyli wrócę jutro. No. Ale może pójdzie dobrze i będę na obiad. - rozłożył ręcę w pogodnym geście gdy przedstawił Rain o co się rozchodziło z jego gościem na parterze wieży. Musiał się jeszcze spakować na tą wyprawę.

Wpierw gdy wszedł po pokoju zobaczył puste łóżko, ale nim zdążył się zdziwić pod nim dostrzegł ruch i usłyszał szuranie śpiwora. Jedno czujne oko łypnęło z przestrzeni między materacem a podłogą i dopiero kiedy zyskało pewność co do tożsamości osobnika przekraczajaćego próg, rozchmurzyło się i cała blondynka wytoczyła się spod osłony i usiadła na niej. Znowu miała na sobie ubranie, dodatkowo okręcała się śpiworem, a cienie pod oczami dużo mówiły o zmęczeniu. Mimo to uśmiechała się, chociaż trochę smutno.
- Może cię nie być… do jutra? - wyłożyła krótką wersję tego co wpierw wpadło jej w oko i ucho. Westchnęła i wstała - Tak, masz rację Luke. Szkoda dziecka, trzeba je znaleźć. Poczekam tu na ciebie, ile będzie trzeba. Śnieżek dotrzyma mi towarzystwa - zażartowała, podchodząc do tropiciela. Przyglądała mu się uważnie, przygryzając dolną wargę, a ślepia błyszczały jej radośnie - Słyszałam coś o trzech kwadransach. Ten drugi miał rację, to dużo czasu… chciałabym żebyś załatwił to szybko i wrócił. Cały - zrobiła jeszcze jeden krok, wstrząsając ramieniem przez co śpiwór spadł na ziemię. Chwilę pogapiła się na brodacza przekrzywiając głowę. Znowu się rumieniła, ale tym razem nie ze wstydu czy niepewności. Jeszcze jeden krok i stanęła tuż przed nim dłonie kładąc mu na ramionach. Mrugnęła raz i drugi, przechyliła się do przodu jak wtedy kiedy pocałowała go na łóżku. Tym razem jednak nie skończyło się na policzku. Za cel obrała jego usta.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami

Ostatnio edytowane przez Zombianna : 23-08-2017 o 00:41.
Pipboy79 jest offline  
Stary 23-08-2017, 00:36   #8
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 48317 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Lukas "Luke" Benson - przybysz z Miami



Wczesny poranej; wieża Bensona



Miał jej zamiar oddać całusa. Może nawet pocałunek. Ale jakoś tak ta scena pożegnania uderzyła pod żąłądek, że dał się pochłonąć do reszty temu pożegnaniu. Może nie miał kobiet na całe pęczki. Ale jeszcze mniej miał takich które by go tak żegnały, że aż się wychodzić nie chciało i jeszcze przed wyjściem myślało o powrocie. Zaczął więc ją całować w usta tak jak ona jego. Ale szybko jakoś się to wszystko bardzo jakoś samo rozpęłzło. Pochylił jej głowę trochę do tyłu by mieć lepszy dostęp do niej ale w końcu lekko ją złapał za ubranie i ni to popchnął ni to przesunął na ścianę tak, że wylądowała na niej plecami, tuż obok drzwi do sypialni. Nie chciał. Naprawdę w tej chwili nie chciał by jednak okazała się jakąś wredną cwaniarą. Która zniknie przy pierwszej okazji albo spróbje go wykorzystać. Nie wiedział czy może jej wierzyć i zaufać czy nie. Ale wiedział czego chce w tej chwili. W co chcę wierzyć tu i teraz przyszpilając ją do ściany tuż obok wejścia do swojej sypialni. Chciał ją, i wierzyć, że ona tak na serio. Dlatego całował ją mocno, długo i głęboko. Wraz z ustami i językiem wędrowały po niej jego dłonie przyciągając ją do siebie mocnym chwytem. Skończył gdy zwyczajnie zaczęło mu brakować tchu.

- To mój dom. Wrócę. Wrócę jak tylko zdołam. Dobrze pójdzie to na obiad. - powiedział ciężko dysząc i z powodu łapania oddechu i podniecenia. - Jakby co w kuchni są słoiki. Z głodu nie umrzesz. Butelki też są. Więc powinno dać się tu przetrwać nawet i parę dni bez wychodzenia. A tu jest wejście na dach. - wskazał palcem słabo widoczny prostokąt na górze. - Na dachu jest lina. Da się po niej zjechać aż do ziemi. - poinstruował ją po swojej drodze ewakuacji. Dyplomatycznie nie wspominał o przyczynach jakie mogłyby mieszkańca wieży skłonić do takiej ewakuacji.

Po reakcji drugiego ciała poznał, że pożegnanie i Rain nie pozostało obojętne. Pocałunek oddała chętnie, zaplatając mu ręce na karku i przyciągając do siebie w próbie zatrzymania go, choć oboje doskonale zdawali sobie sprawę z jego bezcelowości. Musiał iść, ona musiała zostać. Ale teraz, jeszcze przez parę oddechów trwali w jednym miejscu i czasie, dzieląc ciepło ciała, przestrzeń oraz siebie nawzajem. Symbolicznie, lecz zawsze lepsze to niż nic. Biały pasożyt o dziwo skleił dziób i zaprzestał szerzenia ptasiej propagandy w pogańskim narzeczu.
- Uważaj na siebie… i nie ryzykuj. Wróć. Jesteś mi coś winien. Teraz ja chcę się pogapić na striptiz, tak tylko mówię - odpowiedziała, wpierw wysłuchawszy listy wskazówek co ma robić w razie gdyby coś poszło nie tak, lub nawiedziło ją nieprzyjazne towarzystwo. Uśmiechnęła się przy tym miło i opuściła ręce, uwalniając go z uścisku. Otworzyła usta aby dodać coś jeszcze, jednak zamiast słów wydobyło się z nich sapniecie. Krótkie, po nim nastąpił głęboki wdech, a na jej twarzy zamieszkało zastanowienie.
- Krzyż - szepneła - Złoty… pamiętam złoty krzyż. Równoramienny. Na cienkim łańcuszku. Krew na górnej części… wisiorek. Może… to chyba ważne. Chyba… - westchnęła ciężko, kręcąc z rezygnacją blond głową. - Albo ślepy zaułek.

---



Wczesny poranek; ulice Salisbury



Szedł rozgniatając butami miękką po mgle i deszczach glebę. Zostawiał za sobą charakterystyczną sylwetkę samotnej wieży jaką obrał sobie za dom kilka lat temu odkąd opuścił rodzimą Florydę. Nawet interior dżungli na półwyspie nie wydawał mu się wówczas bezpieczny. Dopiero tutaj. Na tym zdawałoby się krańcu świata. Odnalazł coś co mógłby chyba nazwać świętym spokojem. Znaczy się dało się wyżyć i nadal żyć po swojemu. Nawet tutejszy nadmiar wilgoci wszelakiej i tej spadajacej z nieba i płynącej w rzekach i strumykach, bgnach, jeziorach czy nawet kałużach też jakoś kojarzył mu się swojsko. Nawet drzew było pełno. Choć nie takiej wściekle zielonej gęstwy jaką znał z domu ale też gęste i zielone. No nie było tak tropikalnie ale to też zaliczał raczej na plus. Choć w zimowej połowie roki potrafił cierpieć chłód.

Teraz oddalał się od domu w wieży, zostawiając za sobą tajemniczą blondynkę. Chyba Rain. I całe wiadra pytań. Zastanawiał się czy coś się wyjaśni do czasu jego powrotu? Tak naprawde wizyta Chrisa i te zaginięcie młodego Bree jakoś kompletnie nie było mu na rękę. Wolałby zaczaić się na tego delikwenta od łopatowania blondynek i sprawdzić z kim ma do czynienia. No ale dzieciak... No dzieciaka było szkoda. Zżymał się bo pewnie jego pomoc wcale nie była im potrzebna. Dzieciak pewnie sam się znajdzie. No ale żył tu i nie wiedział kiedy sam będzie potrzebował czyjejś pomocy. Nie chciał więc potem natrafiać na mur obojętności. Zwłaszcza, że gówniarz to gówniarz ale sama Bree podobnie jak i u większości sąsiadów wzbudzała jego sympatię jak tak sama sobie radziła całkiem przyzwoicie. No i jakby jednak coś się małolatowi stało a nie ruszyłby kupra by mu pomóc miałby pewnie sam do siebie wyrzuty sumienia a Bree i reszta pewnie by mu zapamiętali. Czyli nawet idąc na spotkanie wyszło mu, że jednak trzeba iść na te spotkanie. Choć było mu nadal nie na rękę.

I choć uznał, że pewnie sprawę załatwią do obiadu. No ale jednak chodziło o bagna. To z miejsca wymagało głębszego zastanowienia. Bo jak wziął sobie spokojny mnożnik na wszelki wypadek z pół dnia na x2 i cały dzień to już się wieczorowa pora robiła. A na bagnach wieczór, mgła i noc czyniły okolicę bardzo nieprzyjemną. Delikatnie rzecz ujmując. By ludzi nie straszyć. Albo Bree. A przy takim zapasie no już trzeba było liczyć się, że utknął na bagnach po ciemku. To już wtedy może trzeba by spędzić tam noc czyli wróciliby rano czyli nagle robiła się pełna doba w terenie. Przy takim założeniu, że nie wszystko poszłoby dobrze ale jeszcze bez tragedii.

Dlatego zabrał swój plecak podróżny. Do niego załadował prowiant czystą wodę. Policzył sobie na 2 dni bo być może dzieciaka musiałby napoić i nakarmić. Zabrał też linę. Na bagnach dobrze było mieć linę. No i śpiwór do spania na dworze w zestawie z hamakiem i moskiterą. Więc jak bagna to i maczeta. W zielsko nie było co włazic bez maczety. Na wierzch zaś ubrał wojskową "plandekę" jak ją nazywał. Czyli dlugie bezkształtne poncho dzeszczoodporne które od biedy też mogło robić za hamak jak i łamało kształt ludzkiej sylwetki gdy się zaległo w bezruchu przeciwko takim czujnym oczom jakie i on miał. I jeszcze blety do oczyszczania wody. W efekcie miał na sobie co dźwigać.

Gdy skończył w myślach sprawdzać swój ekwipunek a wciąż był w drodze na spotkanie z szeryfem, Chrisem pewnie Bree i kto wie z kim jeszcze znowu wrócił do wydarzeń z tego poranka. I tej dziwnej, tajemniczej blondynki. ~ Kuurwaa... Trzeba było olać Chrisa i nie wyłazić z nią z wyra cały ranek... ~ myśl uderzyła go teraz jak smakowity owoc który wyśliznął mu się z palców. Pokręcił głową. Się mu zebrało jak frajerowi na wyrzuty sumienia. Trzeba było rypać jak była okazja! Złość i żal zaczynały brać nad nim górę. A przecież taka focza. I sama się kleiła do niego. Nie mógł im ten dzieciak w południe zginąć? Nosz kurwa mać...

Jak już ulał z siebie największy żal skupił się nad tajemicą jaką reprezentowała blondynka. To było porypane. Ktoś ją chyba porwał. Ale wtedy nie powinien jej zostawiać. A może nie? Może byli razem i tamten drugi chciał ją ochronić? No pomysł z zakopaniem dość desperacki i tym workiem na głowę. Ale w sumie sprzyjało to zamaskowaniu jej pozycji. Tak naprawdę wlazł właściwie na nią i dostrzegł z paru kroków bo sprawdzał wnyki zaraz obok. Może obawiali się psów? I próbowali zamaskować zapach dziewczyny. No znał lepsze sposoby. Na przykład krzaki ostrego ziela co drażnił psi węch więc go omijały i nie lubiły w nie wchodzić. Ale sama ziemia też mogła znacznie zamaskować zapach. Więc co? Koś ją próbował ukryć przed pościgiem? Kto i przed jakim pościgiem? Dziwne.

I ta jej amnezja. Udawała? Może i udawała i świetnie znała kod walizki. Teraz siedzi na jego łóżku i wyjmuje z niej... No co? Nie miał pojęcia. Mogła być zwykła spluwa. Ale tyle zachodu o jakąś pukawkę? A jak serio amnezja i nie udawała? To co mogło ją wywołać? Sama ziemia raczej nie. Jak mył jej głowę pod włosami jakiś opuchlizn czy blizn od urazów nie napotkał. Może zeszły. A może to nie było to i nigdy ich tam nie było. To jak nie uraz to co? Trucizna? Tu kończyły mu się pomysły. Na toksynach trochę znał ale raczej pod kątem co i jak i czym go mogło użreć i jak się ratować przed tym. A amnezja coś w repertuarze nie wystepowała zbyt często. Więc co? Jakiś lek? No ok, może. Nie miał pojęcia tak naprawdę.

I to co sobie przypomniała. Jakieś wisiorki, pożary, wraki. Pewnie dało się te kropki połączyć w kreskę a tę w obraz. Ale na razie były zbyt rzadko rozrzucone by chociaż jedną prostą skojarzył. Ale mimo podejrzeń pożegnał się z nią jak z gościem a nie jak podejrzanym źródłem potencjalnych kłopotów. Była miła i zagubiona. Potrzebowała pomocy i opieki. A przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Nie chciałby. Na prawdę nie chciałby by okazała się kolejną ściemniarą. Wściekłby się pewnie. Na nią, na jej wspólnika, na cały ten cholerny świat a najbardziej na siebie samego i własną głupotę. Ale pożegnał się z nią dobrym słowem, ciepłym uśmiechem, łagodnym spojrzeniem i nawet całusem w usta. Nawet w tamym momencie wiedział, że ulega czarowi chwili i urokowi "kobiety która czeka".

Miał do tego słabość bo w końcu tak często wybywał, tak często wracał a z reguły witała i żegnała go tylko ta biała cholera. A tak fajnie było jak to był jakieś wdzęczne i miłe kobiece ramiona. ~ Taki stary a taki głupi... ~ pokręcił znowu głową z uśmieszkiem ironicznej irytacji na samego siebie. Dobra, było minęło. Teraz trzeba było pogadać z szeryfem i Bree by ustalić co się da z tym dzieciakiem. Jak on się w ogóle nazywał? I gdzie miało rosnąć te zielsko co po nie polazł. No i psy. Przydałyby się psy. I zależy właśnie gdzie bo może lepiej od razu było ruszyć łodzią. Albo podzielić się na grupy. No. Było trochę do pogadania i ustalenia nim ruszą na te bagna.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
Stary 02-09-2017, 14:06   #9
 
Czarna's Avatar
 
Reputacja: 24959 Czarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputację
Tura 2

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=Rpx_PcZjByY[/MEDIA]
Atmosfera szczęśliwego, spokojnego domu osaczała Charlie. Oplatała ciepłym kokonem, podobnym do pluszowego koca. Dobra, rodzinna aura, jakże inna od wiecznej wędrówki karawan. Tu nie było miejsca na poranne czyszczenie broni, zmiany wart i ciągłe patrzenie przez ramię. Zamiast zmajstrowanego naprędce ogniska znajdowała się kuchnia z powieszonymi nań pękami ziół, roztaczającymi słodki aromat mięty, mieszający się z zapachem kawy i naleśników. Ściany brezentowych namiotów zastępowały skutecznie solidne, murowane ściany. Ludzie jednak zachowywali się podobnie, przynajmniej w tej chwili.

Spieszyli się, Jules się spieszył. Rangerka widziała to w jego spiętej postawie i oszczędnych ruchach nim wyleciał jak poparzony ogarnąć poranne obowiązki przed wyjściem. Zdążył jeszcze w przelocie objąć i pocałować Meg, pogłaskać po głowie śpiące niemowlę. Nie chciał iść - to też widziała, ale obowiązek i chęć udzielenia wsparcia miejscowej społeczności wygrywały z osobistymi preferencjami.
- Masz wrócić najpóźniej na kolację - kobieta w chuście powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu, patrząc jak mąż kończy dopinać kurtkę. Przybrała poważną minę, pasującą do maskowanego niepokoju obijającego się gdzieś na dnie jej oczu. Siliła się jednak na pogodę, obracając twarz w kierunku gościa - Ciebie też się to tyczy. Poczekaj - wstrzymała ją, podchodząc do stołu. Jedną ręką zgarnęła jasną, kraciastą serwetkę wiszącą na oparciu krzesła i rozłożyła ją na blacie, powoli układając na materiale niewielkie, pszenne bułeczki.
- Przyda się wam, jak zgłodniejecie tam na bagnach. Są jeszcze ciepłe, weź też słoik konfitur, sama robiłam. Malinowe - mruczała pod nosem kompletując pakunek i wcisnęła go szwendaczce, a gdy ta próbowała coś powiedzieć, uniosła rękę stopując ewentualny sprzeciw - To ciężki teren, męczący. Brodzenie w mule, błocie i wodzie. Dobrze, że jest wiosna, przynajmniej odpadnie problem komarów. Uważaj na siebie, słuchaj Julesa i szeryfa. Nie próbuj niczego robić samotnie, samemu tutaj się nie przetrwa. - zaśmiała się i dodała z uśmiechem nie sięgającym zaniepokojonych oczu - Poczekamy tu na was, jesteś mi winna masę opowieści z wielkiego świata. Za długo się nie widziałyśmy, musimy nadrobić - dodała udając na lekki ton, po czym objęła drugą kobietę, uważając aby nie obudzić dziecka. Chciała dodać coś jeszcze, ale gdzieś z obejścia doszło ich echo dziecięcej kłótni i krzyków. Coś ciężkiego upadło na ziemię, rozległ się głośny płacz, a Megan zgrzytnęła zębami - Do tego czasu postaram się abyście mieli do czego wracać.

Rozdzieliły się wiec, wychodząc dwoma rożnymi wyjściami. Lekarka zniknęła gdzieś za kuchnią, a Charlie wróciła znaną trasą przed dom. Powitała ją gęsta, mlecznobiała mgła i wilgoć wisząca w powietrzu do kompletu z liżącym skórę chłodem. W takich warunkach opuszczanie przyjaznego, nagrzanego lokum było jeszcze cięższe, ale czas ich gonił.
Pod domem zobaczyła Julesa, który na jej widok pomachał zapraszająco ręką. Stał obok wysokiego, karego konia, poprawiając mu siodło.
- Tak będzie szybciej - wyjaśnił wesoło, klepiąc zwierze po szyi, co wywołało ciche rżenie - Przywitaj się z Kaczką - parsknął, dokonując prezentacji - I nie pytaj dlaczego, to pomysł April.
Zwierze przekrzywiło łeb, przyglądając się obcemu elementowi z wyraźną uwagą. Wyciągnęło szyję, obwąchując jej ubranie i bez najmniejszego skrępowania pchając aksamitne chrapy pod poły kurtki. Dyszało przy tym i prychało, zainteresowane kraciastą chustą z jedzeniem.

Jules pociągnął za uzdę i zręcznie wskoczył na koński grzbiet, po chwili podając rękę Charlie i pomagając jej zająć miejsce za sobą.
- Złap mnie w pasie i nie bój się. Nie będziemy jechać szybko, ale i tak szybciej niżbyśmy mieli drałować z buta do miasta - wyjaśnił, po czym cmoknął, a Kaczka zadrobiła żwawo kopytami w błotnistej ziemi i ruszyła wolnym kłusem poprzez rozmiękłą ziemię.
Z wyższej perspektywy widok rozpościerał się lepszy, niz wcześniej gdy szła tą sama drogą z Chrisem. Widziała zalane mgłą płaskie pola z pojedynczymi drzewami, daleko na horyzoncie majaczyła granica lasu - teraz jawiąca się jako płaska, ciemnozielona kreska gdzieś w oddali. Widziała stare torowisko i kępki świerków, stojące w okolicy niczym grupa spóźnionych gapiów, czekających na kolejny akt przedstawienia. Minęli je i dopiero gdy dom zniknął w białym oparze, Jules zaczął mówić.
- Dobrze, że przyjechałaś. Dawno nie mięliśmy gości. Zwykle przychodzą tylko ludzie z Ósmej Mili kiedy potrzebują pomocy dla swoich, albo gdy któreś z ich zwierząt się pochoruje. Albo gdy siadzie agregat w zajeździe… albo pompa przy stacji - mruknął, bujając się monotonnie w rytm końskiego chodu - Szczerze to nie uśmiecha mi się łażenie po tych cholernych bagnach, ale trzeba - westchnął ciężko - Jack to dobry dzieciak. Trochę narwany, ale dobry. Nigdy nie słyszałem żeby sprawiał problemy. Pomaga Bree jak tylko może. Odkąd ich matka oddała duszę Panu… no ciężko im. Są we dwójkę, mieszkają na starej farmie na obrzeżach Salisbury, zaraz przed strefą karawan. - mówił cichym głosem, skupiając uwagę na mijanym terenie jakby czegoś szukał. Błoto przeszło we fragment brukowanej kostki, również pokrytej brązową mazią.
Z mlecznego oparu zaś wyłoniła się ciemna, wilgotna bryła starego, zdezelowanego budynku. Jednopiętrowy stary dom straszył dziurami w dachu, wybitymi oknami i sypiącą się frontową fasadą. W środku panowała niepodzielnie ciemność i bezruch, jasno informując, że w środku nie znajdzie się żywej duszy.
- Mieszkał tu kiedyś Aaron Motgomery…- prychnął nagle, spluwając na trawę - Wrzód na dupie nas wszystkich, straszny skurwiel. Stary, sfiksowany psychol. Ludzie gadali, że przed wojną należał do jakiejś organizacji prześladującej kolorowych. Po wojnie spiknął się z paroma koleżkami i polowali na Czarnych i Indian. Wieszali ich na drzewach póki nasz stary szeryf i jego brat nie zrobili z nim porządku. Naszej Free też się czepiał, a to taka dobra dziewczyna. - w głosie przebrzmiały mu weselsze nuty - Jest barmanką w Czapli, polubisz ją. Nikt nie potrafi gotować jak ona. Zaniesiesz jej byle ochłap, parę bulw, a w pól godziny wyczaruje ci obiad jak z przedwojennej restauracji. I świetne nalewki robi - dalej wymieniał zalety nieznajomej rangerce kobiety - Jeśli szłaś od karawan musiałaś mijać czaplę. To ten dwupiętrowy budynek po lewej stronie, zaraz przy wjedzie do miasta. Łatwo poznać - jedyny ma wszystkie szyby w oknach, no i szyld… ale w tej mgle to kijowo widać - zmitygował się, odkaszlnął i ścisnął konia piętami, na co zwierze przyspieszyło - Nie musisz nocować u Chrisa, śmiało znajdziemy ci na poddaszu wolny kąt. W żaden sposób nam nie przeszkadzasz. Nie żebym miał coś do tego chłopaka… no dawno go nie było, a miasto opuścił w dość… - zawahał się - No pokłócili się z ojcem. Nie wiem o co poszło, ale zawinął manele i wyjechał w jeden wieczór. Czasem, raz na rok-dwa, wracał. Do matki. Siedział tydzień, włóczył się po mieście, pił w Czapli i zabierał się do siebie. Podobno został gliną, tam w Nowym Jorku… nie mam pojęcia po co wrócił. - pokręcił głową, obracając się tak aby móc spojrzeć na siedzącą z tyłu kobietę - Coś ci gadał? Na długo tym razem zostaje?

[IMG]http://i.imgur.com/DW5Hk0R.png[/IMG
Mgła, wszędzie mgła. Otaczała go gęstym całunem, utrudniając rozeznanie w terenie. Zwłaszcza przy gruncie ścieliła się nad wyraz okazale, przez co miał wrażenie że kroczy poprzez dym, nie po rozmiękłej wiosennymi opadami ziemi. Ale aura się zmieniała, czuł to w kościach i na końcu języka. Widział subtelne ruchy natury sygnalizujące, że nadchodzi zmiana pogody. Jeszcze nie teraz, pewnie nie przed południem, ale wkrótce. Najpewniej wieczorem znowu oberwie się chmura, dodając kolejne porcje do wszechobecnego błota, ale wciąż mieli czas nim rzęsista ulewa rozmyje ślady, uniemożliwiając tropienie zarówno ludziom, jak i zwierzętom.
Świat budził się do życia, temperatura rosła powoli. Oddech nie zmieniał się już w parę jak wtedy, gdy Benson opuścił bezpieczną wieżę w poszukiwaniu śniadania. Wtedy chłód kąsał odsłonięte fragmentu skóry, a w powietrzu wisiała groźba mrozu. Kwiecień ich nie rozpieszczał, tropiciel nie raz widział jak w środku miesiąca ziemię pokrywa skorupa twardego lodu, zwłaszcza rano. Na szczęście ten dzień nie zapowiadał się tak źle. Dobrze pójdzie, to do południa mgła się rozwieje, ułatwiając wszystkim zycie, a jemu robotę.
Miał znaleźć dzieciaka. Na bagnach. Tak przynajmniej powiedział chris i pośrednio Skov - pełniący sumiennie obowiązki miejscowego szeryfa. Nigdy nie mieli ze sobą na pieńku, Luke szedł więc bez najmniejszej obawy, kierując kroki prosto do Salisbury i zostawiając za plecami dom.
Swój własny, prywatny azyl, zwykle cichy i spokojny, jeśli nie liczyć cyrków odstawianych przez białego terrorystę o ostrym dziobie i kaprawych, paciorkowatych ślepiach barwy węgla. Stała, pewna przestrzeń w której czuł sie bezpiecznie. Znajoma, bliska. Pozwalająca się odprężyć, odłożyć na bok broń i położyć głowę na poduszce bez strachu o to, że sen ów będzie snem wiecznym.
Teraz sytuacja sie zmieniła i to diametralnie. Prócz piździpióra za plecami zostałi kogoś jeszcze. Obcy, niewiadomy element o oczach barwy ciemnej czekolady i jasnej burzy włosów, otaczających drobna, bladą twarz. Widział ją w oknie, gdy odchodził. Stała skryta połowicznie za framugą, z kulą białego pierza w ramionach i patrzyła za nim. Co myślała? Oszukiwała go, symulując amnezję? A może…

Podobne rozmyślania musiały niestety poczekać, tak samo jak człowiek, który pochował dziewczynę żywcem, skrywając ciało pod gliniastą, burą ziemią i kupą gałęzi. Spiesząc do miasta Lukas czuł na plecach nieprzyjemne mrowienie, zupełnie jakby każdy jego krok śledziła z mętnych oparów para nieprzychylnych oczu, a może tylko mu się wydawało? Do tej pory nikt prócz Podolsky’iego nie doszurał się do jego samotni. Może wciąż miał czas…
Pogrążony w niewesołych rozmyślaniach nadepnął na jakiś kijek, w powietrzu rozległ się trzask. Zaraz też z najbliższej jabłoni poderwało się z głośnym krakaniem stado wron, skrzecząc niemożliwie na nieostrożnego człowieka. Czarne niczym płatki sadzy ptaki zawirowały wokół mężczyzny, dając mu jasno do zrozumienia jak niemiła jest im jego obecność. Zachowywały jednak rozsądną odległość, nie chcąc zbliżać się na dystans pozwalający ich upolowanie. Szybko też wzbiły się wyżej, niknąc w szarówce i tylko słabnące, kanciaste skargi wyrzucane z dziesiątek dziobów towarzyszyły mu gdy mijał kolejne drzewa opuszczonego sadu. Rozsądek nakazywał pośpiech, skoro zaginiony wciąż nim pozostawał.

Luke znał go, widział nie raz i nie dziesięć. Zwykle w towarzystwie starszej siostry o wiecznie zmęczonej, ale uśmiechniętej twarzy. Jack Brown, syn Nancy Brown - kobiety dość niepewnej reputacji. Ją też pamiętał, słyszał też od Free masę plotek, powtarzanych konspiracyjnym szeptem przy barowym kontuarze. Dziwka, nierządnica. Pocieszycielka cudzych mężów, a przez jej uda przewinęło się pół obsady karawan przejeżdżających przez Salisbury. Dorabiała ciałem, utrzymując siebie i dwójkę dzieci na dość znośnym poziomie… aż do momentu, w którym umarła, wykończona przez nowotwór. Zostawiła dzieci i ich utrzymanie starszej córce. Ona zaś była kompletnie inna niż matka. Cicha, uczciwa, nieśmiała i robotna. Wolała zarobić na życie pracą rąk, więc harowała jak wół w polu, oporządzając gospodarstwo praktycznie w pojedynkę, bo jaką realna pomoc mógł jej zapewnić siedmiolatek? Zajmowała się też końmi karawaniarzy, a gdy było trzeba zostawić z kimś dzieci każdy wiedział do kogo się zgłosić. Ludzie ja lubili, Benson nie stanowił tu wyjątku. Mozę chodziło o ten niezachwiany optymizm i radość, dzięki którym ciężko było ja sobie przypomnieć złą, albo podnosząca głos nawet mimo ciężkiego życia i masy trosk spoczywających na karku?

Nie wiedział w którym momencie ją zobaczył. Wpierw wziął ją za kolejny uschnięty pień, stojący przy drodze w milczeniu i bezruchu, lecz im bliżej podchodził, tym dobitniej zdawał sobie sprawę ze swojej pomyłki.
Była tam, zwrócona do niego plecami. Wysoka i długowłosa brunetka. W nieodłącznym płaszczu obszytym przy kołnierzu czarnym futrem. Charakterystyczny łuk z kołczanem leżały oparte o drewniany płot przy jej nogach. Musiała wrócić do miasta niedawno, dawno jej nie widział. Albo po prostu znowu gdzieś się zaszyła, unikając maniakalnie kontaktów z szerszym gronem obserwatorów. Patrzyła na pochłaniany przez mgłę sad, w połowie drogi do miasta. Wyglądała jakby na coś lub kogoś czekała, albo zawiesiła się, wracając myślami do czegoś, co wydarzyło się w przeszłości. Nie musiała sie odwracać, aby tropiciel mógł zobaczyć po drugiej stronie powiek jej twarz - wiecznie pochmurną, bez najmniejszego śladu jakichkolwiek pozytywnych emocji.
Wnuczka ślepego grajka, która któregoś dna trzy lata temu po prostu spakowała się i zniknęła z Salisbury, zostawiając dziadkowi i przyszywanej kuzynce pożegnalny list. Ponoć ruszyła na północ, ale z kim i po co - tego już Free nie mówiła. Ślepy Bobby też milczał na ten temat. Wróciła po roku, całkiem odmieniona. Ponura, wycofana. Zamiast wrócić za bar zaczęła kręcić się przy najbardziej podejrzanych elementach w okolicy. Robiła interesy z przejezdnymi o gębach jakich nie chciałoby się zobaczyć nocą w ciemnym zaułku, a ludzie zaczęli gadać. Że byłą w gangu, ale z niego uciekła. Że nadepnęła na odcisk komuś ważnemu, więc spieprzyła na prowincję z nadzieją że za nia nie pójdą. Że handlowała prochami, była w Vegas, Detroit, Hegemonii… ludzie gadali różne głupoty, a Ashley Stewart ich nie dementowała. Luke widywał ja najczęściej u Aliego, gdy znosiła mu przeróżny szpej do opylenia, albo u ich miejscowego bimbrownika Patta, zalaną w trupa i śpiącą przy kadzi z zacierem. Teraz wyglądała na trzeźwą i spiętą. Zaciskała i prostowała palce, wpatrzona w coś, co chyba tylko ona widziała.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

Everyone will come to my funeral,
To make sure that I stay dead.

Ostatnio edytowane przez Zombianna : 11-03-2018 o 15:25.
Czarna jest offline  
Stary 20-09-2017, 13:11   #10
 
Aiko's Avatar
 
Reputacja: 36997 Aiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputację
Rodzinna atmosfera domu Meg budziła w niej lekki niepokój. Kusiła by zostać, by odpuścić sobie i pozwolić na odrobinę lenistwa. WIedziała jednak, że wtedy ją dogonią. Póki szła było nawet znośnie, miała lekkie sny, lekkie koszmary. Pytanie ile czasu sobie ugrała, jedną… może dwie spokojniejsze noce, a potem wszystko zacznie się na nowo. Znów będzie wychodzić na wariatkę.

Charlie wieki nie siedziała na końskim grzbiecie. Zazwyczaj lądowała obok woźnicy pierwszego wozu w karawanie, albo w jakimś aucie. Trzymała się mocno Julesa uważnie mu się przysłuchując.
- Chris… odniosłam wrażenie, że wie iż ludzie go tu nie lubią. Nie mówił jak długo zostaje. - Robiło się jej trochę żal chłopaka, ale w sumie nie wiedziała czy nie zasłużył sobie na takie traktowanie. Prawdą było że miał kajdanki, czyli rzeczywiście mógł być gliną. Czyżby tak coś przeskrobał w Jabłku, że musiał zwiewać. Kusiło ją by się dowiedzieć. - Mogę zaproponować mu by ruszył ze mną. Chyba wszyscy mieszkańcy odetchnęli by z ulgą.

- To nie tak, że go nie lubią… no nie wszyscy w każdym razie - facet westchnął, kręcąc przy tym powoli głową. Chwilę wahał się, najpewniej zbierając i układając słowa, aby nie zostać opatrznie zrozumianym - Pracował dla Collinsa, w tych cholernym Jabłku. Nie wiadomo czy mu dyńki nie przeprali, ładując w nią te ich propagandowe brednie. Byli tu kiedyś żołnierze z pożal się Boże stolicy - prychnął i z rozmysłem splunął na drogę - Lata temu, ale ciągle tu ich pamiętamy. Przyjechali tymi swoimi hummerami, w mundurach i chcieli… zostawili nam niezły burdel. Bo wiadomo, jest jedna racja, ale im dalej od collinsowa, tym ta pana prezydenta traci na wartości… a on nie pomaga. Nie ułatwia… asymilacji - znowu się skrzywił i westchnął ciężko, strzepując cugle - Możesz z nim pogadać, ale nie wiem, czy będzie chciał się ruszać. Tu jest jego dom, po coś wrócił. Mam… no mam tylko nadzieję, że nie przyjechał bo mu się nagle przypomniało o obowiązkach - prychnął.

Charlie nie pytała więcej. Była ciekawa co na to Chris. Czy rzeczywiście przyjechał tu w jakimś konkretnym celu?
- Co zrobili tamci żołnierze? - Charlie ni była pewna czy powinna pytać, ale coraz bardziej ciekawiła ją wioska, w której przyszło, żyć Meg.

- A co zwykle robią żołnierze, zwłaszcza ci z orzełkiem? - Prychnięcie Julesa zgrało się z końskim rżeniem. Pokonywali kolejne zamglone metry drogi, po kałużach Charlie zaczęłą poznawać okolicę. Tak szli tędy z Chrisem, pamiętała jak wymijali olbrzymie bajoro na środku drogi. Teraz nie było to konieczne, koń po prostu przeszedł środkiem, rozchlapując burą breję na boki - Chcą zaprowadzać swój porządem, mierzyć wszystkich swoją miarą i wedle podanych odgórnie wytycznych. Wyciągają ręce po nieswoje dobro krzycząc, że im się należy… gówno prawda. - burczał wylewając z siebie całe pokłady niechęci - To dość… śmierdząca sprawa. I stara. Dawna. Przeszłość… i lepiej aby nia pozostała. Nie potrzebujemy żeby ktokolwiek przy tym majstrował, próbując wywołać stare duchy. Grzebał i węszył, wykonując policyjny obowiązek na przykład.

- Wieki nie widziałam ludzi z jabłka. - Charlie zamyśliła się obserwując okolicę. A więc Chris przy czymś węszył. Najwyraźniej przeszkadzało to lokalnym. Tylko, skoro miał kontakt z szeryfem, to chyba nie było to coś bardzo złego. - Na pustyni spotyka się głównie ludzi w ich mundurach, podczas gdy właściciele zalegają gdzieś w piasku. Czyli wolałbyś nie opowiadać o tamtym? Nie zmuszam, po prostu lubię historie.

Mężczyzna zaśmiał się szczerze, wprawiając w drgawki również ciało tropicielki, przyklejone do jego pleców.
- Musisz w takim razie postawić piwo Ślepemu Bobby’emu Jimowi Stewartowi. Koleś ciągle gada i brzdąka na tej swojej gitarze. Niejedno od niego usłyszysz - parsknął, uspokajając się i wracając do powagi - Nie tam, że nie chce rozmawiać. Nie było mnie wtedy tutaj, na dobrą sprawę niedawno się tu osiedliliśmy z Meg. Jakiś tydzień przed narodzinami… najstarszego dzieciaka - wyraźnie zmarkotniał, po czym wzruszył ramionami - Miejscowi są w porządku, ale mają swoje odchyły i przesądy. Jak z czarnymi kotami, przechodzeniem pod drabiną albo sypaniem soli. Nie wnikałem o co dokładnie chodzi, jakoś zawsze mieliśmy co robić albo w domu, Nick też dba żebyśmy się nie nudzili… cieciuje na tutejszej stacji 8 Mili - rzucił przez ramię tonem wyjaśnienia - A żołnierze… podobno narobili niezłego syfu, jak to żołnierze. Postrzelali się, czy co tam oni robili gdzieś na bagnach. Zabili jedną lekarkę, więc jej siostry odmówiły dalszej pomocy Salisbury… lekarkę albo jakiegoś naukowca, cholera wie. Grunt że panienki się obraziły i więcej się tu nie pojawiły. No ale że okolica mocna w przesądy… podobno przeklęły tutejsze lasy i moczary i od tamtej pory wyłażą z nich wszelkie pokraki - zaśmiał się cicho - Przy takiej ilości promieniowania w powietrzu nie dziwota że natura wariuje. Jak w Zielonym Piekle. Powinni się cieszyć, że nie muszą co rano karczować nieposłusznego młodnika. Nawet kurwa nie wiedzą jaki mają fart - tym razem westchnął ciężko, przybierając pozę kogoś, kto doskonale zna temat. Szybko się jednak rozpogodził - Ale rzeczywiście gdzieś tam w tych błotach coś jest. Ten stary szpital czy co to było. No ale nikomu nie chce się tam łazić i wystawiać dupy na odgryzienie. Niektórych korci… jak tego debila zimą - pokręcił z naganą głową - Przelazł po zamarzniętym lodzie, tydzień go nie widzieliśmy. Już postawiliśmy na nim krzyżyk kiedy się pojawił. Obwieszony szpejem, poszarpany i z gorączką. Bagna nie są ani zdrowe, ani bezpieczne… pochowaliśmy go na cmentarzu. Mijałaś go… no zalezy jak szliscie - zmitygował się.

- Szliśmy tędy i wzdłuż jakiegoś muru. - Charlie oparła się o Julesa, przysłuchując się mu. Korciło… zbyt bardzo korciło.Szpital po środku zdziczałego, zmutowanego lasu. Do tego jeszcze jakieś lekarki. Już mniej interesujące historie sprawiały, że zaczynały ją świerzbieć nogi. Jednego była pewna, jeśli byli tu ludzie z Jabłka, a potem znowu ktoś to zaraz się pojawią kolejni, może równie powaleni jak ona, których po prostu zżera ciekawość, a może po prostu zachłanni. - Meg nadal leczy, czy poddała się przy takiej ilości dzieciaków? I skąd wy się w ogóle znacie? Uderzyła mnie tylko wiadomością, że ma rodzinę i jest ok… w sumie mogła coś pisać wcześniej ale przy ciągłej zmianie lokalizacji, nie wszystko dociera.

- Mhm - usłyszała pomruk z przodu. Pewnie meżczyzna odtwarzał w myślach przebytą przez nich trasę, nie komentował jednak. Zamiast tego zasmiał się głośno i szczerze, rzucając przez ramie tym razem łobuzerski uśmiech.
- Dostaliśmy przydział do tej samej karawany. Jestem mechanikiem - powiedział, wracajac do obserwacji drogi przed nimi, chociaż w tej mnie niewiele pewnie widział, zupełnie jak i szwendaczka - W nocy podeszły nas zdziczałe psy, dużo. Oberwałem parę razy zębami, no ale nie takie rzeczy się przeżywało, no nie? - znów się odwrócił żeby puścić jej oko - Trzy dni później musieli mnie do niej przynieść, bo nie byłem w stanie stać, a z gorączki gadałem jakieś bzdury. Łapa mi spuchła i posiniała. Podobno tą zdrową złapałem ją za tyłek. Wyrżnęła mi metalową rurą w gębę. Dwójki nie mam właśnie dzięki niej - wyszczerzył się, prezentując ubytek w uzębieniu niczym ranę wojenną - Dała mi w mordę, potem wyleczyła… coś pykło, potem zaciążyła. Z brzuchem jak balon nie było co się pchać po trasie, zwłaszcza że źle to przechodziła. Miałem ją zostawić z tym samą? Przecież to też moje dziecko… no i lepiej nam było razem - zmarkotniał, ale tylko na chwilę - Mieliśmy tu zostać przez miesiąc-dwa… ale wyszło jak to w życiu - zakończył filozoficzną puentą i dodał pytanie, na które sam odpowiedział - Czy Meg leczy? No jasne, ale z naszą gromadką… no doraźnie, jak Nick po nią pośle. Robi za… ostry dyżur. Chyba tak się kiedyś mówiło. A co z tobą? Masz gdzieś dom?

Charlie parsknęła słysząc o tym, że Meg przywaliła Julesowi. Z nią obchodziła się dużo delikatniej, ale w sumie była w stanie, w którym nie stawiała oporu. Na chwilę zadrżała, gdy ciało przypomniało sobie o tamtym bólu. Czy to nigdy nie przejdzie? Tylu fajnych facetów miała po drodze i nadal zachowuje się jak jakaś gówniara.
- Jestem trochę jak ślimak, mam swój dom na plecach. - Spróbowała przywołać rozbawiony ton. Trochę nie miała ochoty opowiadać o tamtych czasach… może rzeczywiście jakby się zrobiła jakimś zacnym bimbrem? Chyba komuś kiedyś o tym już opowiadała. Pewnie, komuś z kim akurat spała, co by nie posikał się ze strachu jak jej odwali w nocy. Powstrzymała westchnienie i skupiła myśli na czymś innym. W sumie ciekawe było, to że Meg która osobiście wpakowała jej zapas gumek do kurtki zaciążyła z kimś w karawanie. Ale kto wie, może czuła że to jej czas. Jules wydawał się być ok, więc nawet cieszyła się że przyjaciółce się udało ogarnąć z życiem. - Nie nadaję się do rodziny i takich rzeczy.

- To przychodzi z czasem. Też nie myślałem że tak skończę, ale nie żałuję. Ile można uciekać? - w tonie Julesa pojawiła się nostalgia. Wjechali między wysokie drzewa i zdezelowany płot, między okami kałuż zaczęły się pojawiać pecyny startego asfaltu. Koń czując pewniejszy grunt z nową energią zaczął przebierać kopytami, rozbijając wodę i czasem stukając głucho o nawierzchnię. Nie kierowali się jednak trasą którą pokonała z Chrisem. Zamiast odbić w bok przez furtkę, pojechali dalej prosto, omijając znajome, ponure drzewo spoglądające na nich znad muru. Z białego oparu dochodziły ich przytłumione odgłosy osady. Ktoś krzyczał, ktoś się śmiał. Gdzieś brzmiały dzwony, do wtóru głośnego krakania i szczekania psów. Powietrze wypełnił zapach palonego drewna i pieczonego chleba. Gdzieś prawdopodobnie gotowano zupę, bo aromat rosołu wiercił w nosie.

Minęli parę domów, jadąc po opłotkach aż przed sobą, gdzieś we mgle dostrzegli pierwsze ludzkie sylwetki, snujace się wzdłuż drogi i wyraźnie na coś czekajace. Poruszały się szybko, nerwowo, nawołując się i machając do nadjeżdżających.


Jules odmachał im, kierując Kaczkę prosto na pobocze. Zatrzymali się przy sędziwej sośnie, a Charlie wydawało się, że w jednej z sylwetek z przodu rozpoznaje siwego Skova. Obok niego, oparty o płot czekał Noworojczyk i jako jedyny nie latał jak poparzony w kółko.

Charlie mimowolnie uśmiechnęła się a widok Chrisa. Jednak nic tak nie działa jak dobry początek znajomości.
- Jest i mój kochaś. - Odsunęła się lekko od Julesa. - Zsiadamy?

Jules drgnał i szybko obrócił się przez ramię, spoglądajac na nią uważnie. Zmrużył przy tym oczy, jakby chcąc sie upewnić że żartuje, a może mówi powaznie? Nie skomentował jednak, ale po rozdętych nozdrzach i głuchym sapnięciu poznała, że nie podoba mu się podobne zestawienie.
- Już tu kogoś wyrwałaś? - obrócił sytuację w żart, ponaglającym ruchem reki zachęcając ją do opuszczenia końskiego grzbietu. Od tłumu przy drodze oderwała się sylwetka szeryfa, idąc powoli w ich stronę.

- Myślę, że Chris nie proponuje noclegu wszystkim laskom w okolicy, więc można tak powiedzieć. - Poklepała Julesa po ramieniu. To był rzeczywiście cholernie dobry facet. Oby więcej takich. Może dotrze do niego dlaczego nie chciała robić kłopotów jemu i Meg.

Powoli zsunęła się z Kaczki stając na ziemi. Jeśli miała być pomocna i tak będzie maszerować. Była ciekawa czy klecha zdążył przebiec się po okolicy i poinformować lokalnych, że ich ulubieniec przeleciał już jakąs błękitnowłosą. Odwróciła się w stronę szeryfa i pomachała mu z uśmiechem.*

Za plecami usłyszała julesowe “cholera go wie” burczanie niezadowolonym głosem. Szeryf w tym czasie zdążył podejść na odległość umożliwiającą normalną komunikację bez potrzeby krzyków. Na powitanie odpowiedział szybkim, służbowym uśmiechem które nie sięgało oczu. Te pozostały czujne i wpatrzone prosto w nią.
- Dobrze że jesteś - powiedział jeszcze nim się zatrzymał, przy okazji zeskanował ją wzrokiem od góry do dołu i znowu do góry i dorzucił, tym razem uśmiechając się bardziej szczerze - Myślałem że tylko gadasz, jak wielu. Dużo mówią, mało robią. I jeszcze przyjechałaś z Julesem - ruchem głowy wskazał faceta przy koniu - Pozytywne zaskoczenie, dobrze. Co u Meg, w porządku? Jak dzieciaki? Widziałaś ślady czegoś niepokojącego? - zadał serię krótkich pytań, patrząc jej prosto w oczy. Albo ją sprawdzał, albo darł łacha udając powagę… albo wykazywał troskę o kogoś, kto mieszka na obrzeżach osady w ich nie najszczęśliwszych czasach, a teraz na dokładkę został tam sam z wianuszkiem potomstwa. Kątem oka widziała Chrisa, wciąż stojącego w tym samym miejscu i gapiącego się na tłum spode łba. Wodził po nim wzrokiem, ale to spojrzenie coś często zaczepiało się na niebieskowłosej.

- Nie znam okolicy więc na razie skupiłam się na dotarciu do Meg i ogarnięciu się. - Charlie w ogóle nie przejmowała się skupionym wzrokiem szeryfa. Taksowali ją czymś podobnym w każdej karawanie. W sumie co za różnica kim była, jak wiedziała gdzie jest północ. - Opowiedziałam im o zaginionym chłopaku i Jules zaproponował, że może dołączyć. Widzę, że co nieco ludzi się już zebrało. - Pozwoliła swojemu spojrzeniu na chwilę spocząć na Chrisie. Była ciekawa czy jego zaproszenie jest nadal aktualne, ale w sumie dowie się prędzej czy później.

- Każda para rąk do pomocy się nam przyda - Skov rzucił uniwersalny frazes, idealny na podobne sytuacje. Otaksował spojrzeniem okolicę i pokiwał głową. - Tak, mieszkają tu dobrzy ludzie, którzy się znają i szanują. Pojedynczo ciężko przetrwać, ale w grupie zawsze łatwiej. I bezpieczniej. Czekamy jeszcze kwadrans i idziemy. Został Benson i jeszcze parę osób. Zbierzemy się, ustalimy plan i bierzemy się do roboty. Bree i Jack mieszkają rzut beretem stąd, tam zaczniemy. A teraz wybacz, muszę jeszcze zamienić słowo z paroma osobami - kiwnął jej głową i wyminął bokiem, idąc w kierunku ujadającej niemiłosiernie psiej gromadki.


Wśród nich klęczał młody mężczyzna, o krótko ściętych, ciemnych włosach i z poznaczoną bliznami i śladami po ospie twarzy.

Jules w tym czasie poklepał ją po ramieniu, przystając na chwilę.
- Weź tylko to co najpotrzebniejsze, resztę zostaw na Kaczce - poradził, drapiąc konia po szyi.

- Niepotrzebne rzeczy zostawiłam u was w domu. Ten zestaw biorę z sobą zawsze. - Charlie skupiła wzrok na psach. Szykowało się prawdziwe polowanie. - Inaczej czuję się nieswojo. Poza tym, mam dla nas coś do jedzenia od Meg. - Uśmiechnęła się ciepło do Julesa i skupiła wzrok na stojącym w oddali Lonciku.

Nie mogła się już doczekać nocy z tym typkiem. Wszystkie historie, które o nim usłyszała tylko rozbudziły jej ciekawość. Zawsze miała słabość do problematycznych typów. Pewnie dlatego, że sama jednym była. Z drugiej strony… też była tu obca, też mogła chcieć przybyć tu by szukać tego szpitala. Czy ufali jej bo znała Meg? Przesunęła wzrokiem po zebranych ludziach, z jednej strony szukając jakichś ciekawych indywiduów, a z drugiej patrząc czy ktoś ją obserwuje.
- Nie bez powodu mówiłam, że nie chcę wam sprawiać kłopotów. - Zerknęła na Julesa. - Wyrwałam Chrisa i jeśli wszyscy wokół go nie lubią, nie chciałabym byście przez to mieli problemy. - Uśmiechnęła się niepewnie do swego gospodarza. - Pomogę z tym dzieciakiem i pewnie jutro się zwinę.

- Mam gdzieś co będą gadać - prychnął, kładąc jej na wcześniej poklepanym ramieniu dłoń w wybitnie opiekuńczym geście, tak aby ludzie widzieli. A widzieli. Dostrzegała ukradkowe spojrzenia rzucane to od jednego, to od kolejnego salisburczyka. Była w końcu nowa, do tego wyróżniała się kolorem włosów, więc naturalnie wzbudzała ciekawość.
- Nie jestem twoim starym, nie będę też powtarzał do znudzenia, że nie jesteś dla nas kłopotem. Po prostu… gdyby coś było nie tak, wiesz gdzie mieszkamy, kąt zawsze się znajdzie.

Charlie prawie parsknęła.
- Pasujecie do siebie. Ty i Meg. - Uśmiechnęła się serdecznie i już w spokoju skupiła wzrok na tubylcach. Szukała przede wszystkim przewodnika, po którego szedł Loncik. Z jakiegoś powodu była pewna, że rozpozna swojego. - Chyba oboje lubicie jak problemy pukają wam do drzwi.

- A może widzimy w nich coś więcej, niż one same w sobie widzą? - pokręcił głową, wzdychając przy tym i zgrzytając zębami. Nie powiedział jednak nic więcej, wpatrzony w szary opar snujący się nad drogą.

Charlie zaś nie widziała nigdzie nikogo, kto podpasowałby jej jako “swój”. Ludzie przedstawiali najróżniejszy misz-masz ubroniowy, jaki ponad dwie dekady po wojnie dało się zorganizować. Stare, puchowe kurtki, nowsze, ale mniej nieprzemakalne futrzane i skórzane płaszcze, dużo drelichowych, burych narzut. Czapki, szaliki, kaptury i coraz więcej ludzi. Naliczyła już około dwudziestu, ktoś ciągle dochodził. Ale czekali, chociaż zebrani wydawali się coraz bardziej niespokojni. Skov po krótkiej rozmowie ze starszym mężczyzną pokiwał głową, a ten zebrał się i potruchtał w stronę osady. Chris za to nie ruszał się, teraz juz gapiąc się bezczelnie na szwendaczkę i uśmiechając się pod nosem.

Charlie skupiła na nim wzrok. Oboje byli zakręceni niczym korkociąg, ale nawet jej to odpowiadało. Kusiło ją by podrażnić się co nieco z Loncikiem, sprawdzić jego cierpliwość i to jak bardzo jej pragnie. Posłała mu więc w powietrzu całusa i odwróciła plecami, stając przodem do Julesa.
- Bierzemy Kaczkę z sobą, czy trzeba ją gdzieś przywiązać? - Rozejrzała się po okolicy. Skoro i tak na coś czekali, mogła poświęcić to na coś pożytecznego. Na przykład zapoznanie się z miejscem, w którym przyjdzie jej spędzić chwilę.

- Konia? Na bagna? - Jules zrobił oczy wielkości pięciocentówek i zamrugał intensywnie - Nie żartuj nawet.

Brunet w puchowej kurtce podpierający z zapałem płot wyszczerzył się szeroko w odpowiedzi i wykonał nieznaczny ruch głową jakby ją do siebie wzywał.

Charlie wzruszyła ramionami.
- Przeprowadzałam nawet całą karawanę przez bagna. Męczące ale się da jak trzeba. - Kusiło ją by podejść do Chrisa, ale robienie widowiska mogło na serio zaszkodzić Meg i Julesowi. Kopnęła delikatnie jakiś kamyk. Rozejrzała się szukając miejsca gdzie dałoby radę przywiązać konia. - Jak zaraz się nie ruszymy to mnie coś strzeli. - Szepnęła bardziej do siebie niż do Julesa.
- Jesteśmy rozsiani po mieście, zgromadzenie… i tak idzie sprawnie - mruknął pokazując na sylwetki między drzewami i na drodze. Nie powiedział jednak nic więcej, bo gdzieś zza drzew i końskiego grzbietu wyskoczyły nagle dwie sylwetki i z impetem staranowały go, obejmując ze śmiechem najpierw jedna, a potem druga.


Wyglądały jak dwie krople wody: młode, krótko ścięte szatynki o jasnozielonych oczach. Ubrane w identyczne ubrania, nawet gapiły się tak samo wyczekująco.

- Jules! - krzyknęła pierwsza puszczając mężczyznę, żeby przepuścić drugą która powtórzyła czynność, ściskając tak mocno, że mąż Meg aż stęknął.

- Dlaczego nie przyjechałeś wczoraj?! - druga szybko przeszła z radości w jawną pretensję, dźgając mężczyznę paluchem w klatę na co znowu steknął.

- Myślałam że z nudów umrę, tatko na polowanie poszedł, matula pojechała do Sally i zostałyśmy same, bo Rob z psami polazł gdzieś gdzie tam zwykle chodzi i tyle go wiedzieli… no a ile można się gapić na taką paskudną gębę - tym razem dźgnęła bliźniaczo podobną dziewczynę.

- I jeszcze ten upierdliwy głos jakby koń na blachę rżnął… uszy pękają - ta zbiła łapę i prychnęła, podpierając boki pięściami - Albo więdną, bo mózgu też nie ma, ale wiadomo… głupia gówniara - prychnęła pogardliwie i nagle obróciła się w stronę szwendaczki zupełnie jakby dopiero ją zauważyła. Zza jej ramienia wyjrzała druga identyczna głowa.

Charlie była ciekawa czy Rob to facet, z którym gadał szeryf. Uśmiechnęła się do bliźniaczek. Wydawały się być bardzo zżyte z Julesem. W sumie nie było to trudne, sama czuła już do niego sympatię, mimo że poznała go przed chwilą… Dobra ona nie była najlepszym wyznacznikiem. Z Chrisem zabawiała się po kilkunastu minutach.
- Jestem Charlie, przyjaciółka Meg. - Rzuciła wyjaśnienie i spojrzała na Julesa udając podejrzliwość.

Szatynki obcięły ją uważnie. Pierwsza od góry do dołu, druga od dołu do góry tak synchronicznie, że skończyły w tym samym momencie i przeniosły uwage na jej twarz. Ta z tyłu oparła się siostrze o ramiona i wyglądała znad jej ramienia przez co ich policzki praktycznie się stykały.
- Lena, a to jest Lana - stojąca z przodu szatynka przedstawiła siebie, potem pacnęła w czoło bliźniaczki.

- Skąd przyjechałaś? - tamta zadała własne pytanie i dostała z łokcia w brzuch aż sapnęła.

- Nie bądź wścibska, to nieładnie - ta z przodu ofukała siostrę i zaraz dodała - A skąd przyjechałaś? Długo się znacie? Meg jest spoko… - nie dokończyła, bo uciszyło ją uderzenie z liścia w potylicę.

- I kto tu jest wścibski, wścibska żmijo? - teraz fukała ta z tyłu, nadrabiając otrzymany ochrzan, na co jej rozmówczyni zjeżyła się wyraźnie i już otwierała usta żeby zapewne sprezentować otoczeniu ripostę, ale wtedy w dyskusję wciął się Jules.

- Nate miał gorączkę i całą noc płakał - wyjaśnił, unosząc ręce w pokojowym geście, a obie dziewczyny jak na rozkaz spojrzały w jego stronę - Nie mogłem zostawić Meg samej z czwórką dzieci. Jakbym to zrobił pewnie podcięłaby mi ścięgna gdybym wrócił i położył się spać - wyjaśnił, rozkładając bezradnie ręce, ale po tonie głosu dało sie poznać uśmiech.

- Noo… - zaczęła Lena, ale Lana zaraz jej przerwała.

- … dobra. Ale wpadnij do nas bo bez tego radia idzie zwariować - dokończyła powaznie.

- Tatka nie ma, matula wróci za parę dni. A on - pierwsza machnęła w stronę chłopaka z psami.

Druga w tym czasie węstchęła ciężko, robiąc zbywający gest dłonią.
- On ma swój świat i swoje kredki. Nudzi…

- … nam się - siostra dokończyła za nią i prychnęła ze złością - A szeryf mówi że mamy wracać.

- Bo się jeszcze zgubimy i to nas trzeba będzie szukać - druga dziewczyna również prychnęła, zezując z niechęcią na siwowłosą sylwetkę kilkadzesiąt metrów dalej.

Charlie poczuła, że nagle pytanie do niej straciło na ważności. W sumie dobrze, bo zawsze miała problemy by na nie odpowiedzieć. Z nikąd? Przysłuchiwała się dziewczynom. Trochę przypominały dzieciaki z jej pierwszej karawany Wtedy wszystko było jeszcze takie beztroskie.

- Myślę, że będzie dobrze jak ktoś zostanie w mieście, by nikt tutaj nie narozrabiał. - Odezwała się do dziewczyn uśmiechając się. Rozejrzała się po okolicy zastanawiając się kiedy będą ruszać. Robiło się jej nieprzyjemnie chłodno od tej mgły.
 
Aiko jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:21.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166