Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Postapokalipsa > Archiwum sesji z działu Postapokalipsa
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Postapokalipsa Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Postapo (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 05-10-2020, 06:08   #1
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
[Neuroshima] - Zaginione Miasto

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=j9TsIVhfnkg[/MEDIA]

Czas: 2051.03.01; śr; zmierzch
Miejsce: motel “Tom & Jerry”
Warunki: jasno, gorąco, muzyka na zewnątrz burza, d.si.wiatr, gorąco



To była dziwna kraina. Tak dziwna, tak odmienna od wszystkiego co do tej pory spotkali, że musiała być obca. Rządziła się swoimi własnymi prawami, tubylcy mieli swoją własną mentalność. Właściwie to można tak chyba powiedzieć o każdym zakątku ZSA no ale jednak ta Floryda miała jednak swój urok. Choć niejeden by pewnie powiedział, że psi urok. Wydawało się jakby wszystko było tutaj na opak. Na przykład woda. W wielu rejonach dawnych stanów z wodą były prawdziwe problemy. By ją mieć, zdobyć, używać, korzystać jak nie na stałe to okresowo. A tutaj na opak. Wody było od cholery. I każdego dnia padała nowa. Dosłownie. Każdego dnia padał chociaż przelotny deszcz. Albo nie przelotny. Albo była mgła. Właściwie to jakieś opary zdawały się unosić prawie cały czas, zwłaszcza w zakamarkach. Wydawało się jakby te wszystkie niedobory wody z całego kraju tutaj nie miały prawa wstępu. Wręcz na opak. Jakby wilgoć próbowała do reszty rozmoczyć i zatopić ten półwysep.

No i gorąco. Było gorąco. Codziennie. Ale nie taki suchy gorąc pustyni czy teksańskich stepów. Tylko tropikalny, duszący gorąc. Tak jakby przy każdym oddechu człowiek dźwigał na klacie jakieś niewidzialne, niewielkie stworzenie. Niby nic. A jednak trudno było o tym zapomnieć. Podobnie było też i z silnikami. Dlatego silnik Wranglera szwankował dużo częściej niż w bardziej stonowanym klimacie. Zmaganie się z wilgocią na stykach i nigdy nie znikającym błotem pod kołami też nie pomagało już nie najmłodszej terenówce.




Tych stworzeń też tu było pełno. Zupełnie jakby zagęszczenie gorąca i wilgoci kumulowało różnorakie boskie i nieboskie stworzenia. I to w krzykliwych barwach. I krzykliwe też. Zgiełk czasem cichł, czasem się wzmagał, czasem podczas jazdy był zagłuszany przez silnik czy koła buksujące się po raz kolejny w błocie ale gdy się człowiek wsłuchał to słyszał go zawsze. Najbardziej słyszalny był w nocy. Zwłaszcza jak komuś wypadła samotna dola na warcie. Wtedy w tych nocnych ciemnościach co chwila coś zdawało się skradać. Coś pluskało, biło skrzydłami, otrzepywało sierść, szumiało liśćmi, tłukło gałęziami i cholera wie co jeszcze. Dlatego bezpieczniejsze wydawało się spędzanie noclegów w okruchach cywilizacji rozsianych po tym bagnistym półwyspie.

Przynajmniej z trasą nie było problemów. No tak mniej więcej. Niby nie było większej filozofii. Wystarczyło trzymać się głównej drogi i jechać na południe. Na samym końcu trasy będzie ich meta: Miami. No ale w połowie XXI wieku podróż, jakakolwiek, nie była już taka prosta jak to wyglądało na przedwojennych mapach. Na mapie jak ktoś miał to wyglądało dość prosto, ot, jakaś regularna kreska prowadząca w pożądanym kierunku. No ale to co było przed maską Wranglera niekoniecznie było taką regularną kreską. A to gdzieś się most zawalił, a to zmyło drogę, a to któryś z huraganów zrobił wiatrołom w formie niezniszczalnej barykady no i trzeba było kombinować. Robić objazdy, o drogę pytać, przystanków szukać i tak dalej. Pół biedy, że na tej trasie jakoś te wozy i samochody jeździły do i z Miami no to póki trzymali się uczęszczanego szlaku no to jeszcze nie było tak źle. Ot, najwyżej mogli zaliczyć jakieś opóźnienie.




Kolejną cechą tego sennego południa było to, że tubylcy jakoś nie bardzo się spieszyli. Stąd trochę trudno było mówić o opóźnieniu. W końcu nawet wśród obsady Wranglera jakoś nikt nie był umówiony w Miami na konkretny termin. Ani na godzinę, ani dzień, ani nawet tydzień.

A jakoś tak się okazało, że wszystkim im po drodze do tego Miami z powodów różnych. Wyglądało więc na to, że przez tą cholerną, bagienną Florydę muszą przejechać razem. No i była jeszcze ta przesyłka. Niezbyt duża ani ciężka skrzyneczka długa może na pół metra. Niespecjalnie ciężka. Ale niezbyt wygodna do niesienia, zwłaszcza w tych tropikach. Pół biedy jak sobie leżała na dnie Wranglera albo w pokoju hotelowym nie wadząc nikomu. Nie wyglądała jakoś specjalnie rewelacyjnie. Ot, skrzynka ze zbitych desek i tyle. Ale w Miami za dostarczenie jej pod wskazany adres mieli dostać po pięć stówek na głowę z czego połowę w żywności. Brzmiało nieźle. W sam raz na nowy start w nowym mieście by nie zaczynać od główkowania na co wydać ostatniego gambla. A kto wie? Senior Cantano jaki miał być adresatem paczki wydawał się być jednym z ważniejszych bossów w mieście. To jakby był z nich zadowolony to kto wie…

Zwłaszcza, że sama paczka nie sprawiała jak dotąd problemów. Ot, trzeba było rano pamiętać by ją zabrać z pokoju a gdy robili postój to by zabrać z samochodu. I tyle. Żadna filozofia. Oby na miejscu ten bar co mieli w nim umówione spotkanie było tak samo łatwo znaleźć. To właśnie był pewien minus tej trasy. Byli nowi. Jak turyści. W całej obsadzie Wranglera każdy z nich pokonywał tą trasę po raz pierwszy i w Miami nikt z nich jeszcze nie był. No ale na razie jakoś szło. I wydawało się, że trasa już raczej powinna mieć się ku końcowi.

To, że Miami ma się już objawić zaraz za zakrętem, za następnym postojem to słyszeli już drugi czy trzeci dzień. Ale dziś jak zatrzymali się w motelu na obiad to słyszeli to znowu. Tym razem od kierowców od fistaszków jak tutaj nazywano kierowców FIST’u. Ta solidna firma transportowa była żywą arterią łączącą Miami z resztą kraju. Ponoć morzem coś jeszcze pływało ale to w tej chwili ich nie dotyczyło. I ci kierowcy rano wyjeżdżali z miasta więc jak sobie nie zażartowali to te Miami już nie musiało być tak daleko. Potem fistaszki ruszyli do swojego konwoju i z rykiem osiemnastokołowców wyjechali przez bramę fortu jaki przypominał ten motel. Dziki może też by pojechał ino w przeciwną ale Jeep znów odmówił posłuszeństwa. Zanim go naszykował to południowa sjesta przeszła w burzę. A teraz jak już burza się kończyła to i dzień się kończył. Właściwie już nie było co na wieczór opuszczać względnie bezpieczne rejony motelu.

I tym sposobem wyglądało na to, że tutaj, czyli u Toma i Jerry’ego chociaż zajechali na obiad no to chyba zostaną do śniadania. Motel kiedyś to chyba też był motel. Widocznie ktoś od dawnych czasów wzniósł mniej lub bardziej solidne ogrodzenie które dawało jakąś osłonę w razie ataku czegoś lub kogoś. No i nie był już taki czysty i piękny jak przed wojną. Raczej obdrapany. Ale za to kolorowy i czysty. Prawdziwe soki z owoców jakie gdzie indziej uchodziły za pół mityczne egzotyki tutaj serwowano za pół darmo. Jakby rekompensata za te wszystkie muchy, komary, meszki i inne tałatajstwo co uwielbiało wlatywać w usta, oczy, uszy albo chociaż pod rękę czy nogę. I do tego świeżo ścięte kwiaty w wazonach. Czy to w recepcji czy na niektórych stołach. Kwiatów też było tutaj pełno, tak samo pełno jak wilgoci, błota i owadów. I to w każdym stadium, pąki, zalążki, w pełni rozwinięte kwiatostany jak i już przekwitłe. Oczywiście w wazonach stały te w najładniejszym stadium. Podobnie kobiety plotły sobie wianki albo po prostu wplatały we włosy.




Kobiety też zdawały się być prawdziwym skarbem tej odmiennej krainy. Kolorowe, i kolorowo ubrane niczym żywe kwiaty. Przy nich ich mężczyźni, ich bracia, mężowie, narzeczeni, wydawali się ubogimi krewnymi. Za to praktycznie każdy z nich miał jak nie maczetę to chociaż długi nóż. Trudno było spotkać mężczyznę bez tego atrybutu. No a ten tubylczy koloryt mieszał się zwłaszcza wieczorami, w śpiewie i tańcu. Wydawało się, że wieczorami ci kolorowo ubrani tubylcy wręcz w magiczny sposób znajdują siły do muzyki i tańca. O ile tylko Wrangler zatrzymał się w jakiejś cywilizowanej okolicy nie wiadomo jak i skąd ktoś zaklaskał, ktoś coś zanucił, poruszył bioderkami i robiła się zabawa. Tak spontanicznie, barwnie, kolorowo, bez żadnej organizacji czy umawiania się. Czy to w butach czy ostrogach, boso, na parkiecie, klepisku, plaży, łące wydawało się, że wszyscy tubylcy są urodzonymi tancerzami i muzykami. Potrafili grać na wszystkim, wszędzie i tańczyć w każdych okolicznościach. Nie było więc dziwne więc, że teraz gdy zbliżał się kolejny wieczór schemat zaczynał się powtarzać.

I tak jeden z kuchcików wyjął nie wiadomo skąd ustną harmonijkę i zaczął nią wygrywać skoczny rytm. Trzy całkiem zgrabne kelnerki które chwilowo i tak nie miały żadnych zamówień najpierw zaczęły kiwać głowami, potem klaskać aż w końcu niby tylko poruszając samymi biodrami a już wyglądały bardzo kusząco. A każda jakby z innej bajki patrząc po ich karnacji i rysach twarzy. A już klaskały i śpiewały coś dając przykład. A dźwięki muzyki ściągały kolejnych uczestników zabawy. Zwłaszcza jak wieczór się zbliżał i następowała naturalna przerwa od codziennego rytmu. Schodzili się i okoliczni mieszkańcy, i personel, i goście co mieli zamiar nocować w tym motelu. Robiło się głośniej, weselej, bardziej kolorowo. Impreza zrobiła się właściwie sama, nie wiadomo jak i kiedy.
 
__________________
MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami

Ostatnio edytowane przez Pipboy79 : 05-10-2020 o 07:06.
Pipboy79 jest offline  
Stary 06-10-2020, 22:52   #2
Szefowa od PR i Promocji
 
Alex Tyler's Avatar
 
Mimo że była całkiem młoda, Rita zdążyła już przewędrować całkiem spory kawałek amerykańskiej ziemi. Będąc od dziewięciu lat niemal non stop w drodze, zdołała przynajmniej pobieżnie zwiedzić większość stanów położonych między Bostonem a Los Angeles. Widziała odradzającą się cywilizację i ALTARa w Nowym Jorku, targi niewolników i walki gladiatorów w Pittsburgu, zgliszcza Waszyngtonu D.C., zabiedzonych górników i kolej parową w Federacji Appalachów, poza tym polowała na croats w zaułkach Filtydelfii, trafiła do rozpędzonego Detroit, minęła Chicago i Minneapolis, by zerknąć na front walki z Molochem, tam też nauczyła się paru rzeczy o technologii od członków Posterunku, bardziej na południe zbratała się ludźmi pustyni pośród Wielkich Równin, dalej zetknęła z religijnym szaleństwem Salt Lake City, zaznała wielu przyjemności w Las Vegas, przezornie znikając z oczu tamtejszym mafiozom dotarła do wielonarodowego i niezbyt zniszczonego San Francisco, a niedługo później Miasta Aniołów, gdzie zabawiła nieco czasu, lecz w końcu ruszyła dalej, by tygodnie później kryjąc się przed agresywnymi najeźdźcami z Hegemonii, otrzeć się o granicę neodżungli i wkroczyć na ranczerskie tereny Texasu, tam, mimo dość czystej i bezpiecznej okolicy, klimat miejsca ewidentnie jej nie odpowiadał, więc po jakimś czasie trafiła na ziemie przylegające do Missisipi, gdzie atmosfera, już dosłownie, okazała się dla niej niezbyt strawna. I pomimo takiego bagażu doświadczeń iście tropikalny klimat półwyspu Floryda odstraszał ją w sposób ewidentny. Niby kiedyś los rzucił ją w pobliże Tallahassee, ale szybko opuściła te tereny, by szukać bardziej znośnych do przebywania okolic. Rzecz w tym, że nie tylko nieustanny gorąc i wilgoć potrafiły dokuczyć, ale były one też źródłem wielu groźnych chorób. Nie wspominając o tym, że warunki tego typu sprzyjały bogatej, ale i niebezpiecznej faunie oraz florze. To wszystko składało się na to, że po opuszczeniu Missisipi dziewczyna dość długo rozważała ponowne odwiedziny w tym miejscu. W końcu jednak ciekawość odnośnie niezbadanego terenu podsycona paroma interesującymi plotkami zwyciężyła. Co było początkiem ciągu wydarzeń, który doprowadził do tego, że podróżowała ostatnimi czasy z całkiem ciekawą grupką osób, przez drogi kipiącej życiem, zielonej Florydy. Jazda jeepem Westa dłużyła się, a niedogodności podróży wynagradzała jedynie dość energiczna i sympatyczna lokalna ludność. Rita jednak każdego dnia z utęsknieniem wypatrywała sylwetki Miami.


Szafirowooka brunetka mierząca niespełna metr sześćdziesiąt siedziała przy jednym ze stolików, obserwując spod przeciwsłonecznych okularów rozkręcającą się w motelu zabawę. Luźno zarzucona brunatna skórzana kurtka z kapturem odsłaniała jej stary, szary t-shirt i okręconą wokół szyi chustę chroniącą twarz przed pyłem pustkowi. Na nogach miała krótkie dżinsowe szorty, ciemne, znoszone rajstopy i czarno-białe trampki. Szklankę alkoholu ujmowała dłonią okryta skórzanymi rękawiczkami bez palców. Nie zmieniając pozycji, z kamiennym wyrazem twarzy pociągnęła ze szkła kolejny łyk mocnego napoju.


Dziewczyna nie należała do osób narzekających na ludzkie towarzystwo, lecz nie był to pierwszy tego typu postój. Po ciągnącej się dniami podróży potrzebowała czegoś więcej, niż gwaru i roztańczonych ciał. Doskwierała jej nuda. Miewała od jakiegoś czasu myśli, by rzucić to w cholerę. Lecz obietnica sowitej zapłaty i współpracy z signorem Cantano trzymały ją jeszcze jakoś w tym nieprzyjemnym miejscu. Powtarzała sobie w myślach, że wystarczy poczekać, aż dotrą do Miami i cała sprawa nabierze rozpędu. Pozostawało mieć nadzieję. Choć topniała ona w oczach z każdym nadchodzącym dniem...

— O ile nie macie nic przeciwko, to pójdę teraz popilnować naszego cennego towaru. Nie widzę tu nic ciekawego do roboty, a przecież i tak nie chcemy, żeby nam się paczuszka zawieruszyła, racja? — powiedziała do obecnych w sali towarzyszy podróży, po czym zaczęła zbierać się do wyjścia.

 

Ostatnio edytowane przez Alex Tyler : 08-10-2020 o 21:29.
Alex Tyler jest teraz online  
Stary 07-10-2020, 04:03   #3
 
Umai's Avatar
 
Teksas potrafił zaskoczyć człowieka upalną, wysysającą siły aurą. Lata były tam upalne i słoneczne, często zniechęcając do wychodzenia z przyjemnie chłodnego domu dalej niż na pięć kroków. Tamiel nie straszny był gorąc, ani prażące słońce, ale to, co wyprawiało się w tej okolicy, przekraczało jej normy tolerancji. Nie chodziło nawet o wysoką temperaturę, a o wysoką wilgotność powietrza, sprawiającą, że oddychało się ciężko i cały czas miało się wrażenie oblepienia ni to potem, ni skroploną z samej atmosfery wodą. Ciało szybciej się męczyło, łatwiej odwadniało, przez co każdy, nawet najmniejszy wysiłek, urastał do rangi spaceru zdrowia dawnych jednostek specjalnych… o Quirke dało się wiele powiedzieć, ale nie to, że aspiruje do miana przedwojennego komandosa, bądź jakiegokolwiek tytułu wojskowego. Dla niej poruszanie w parnych warunkach było czystą mordęgą i co dzień dziękowała Bogu za spotkanie Westa i jego bryki. Bez nich przedzieranie na piechotę po tropikalnym rejonie równałoby się samobójstwu.

Dobrze że znaleźli ten bar, nazwany na cześć dwóch postaci z kreskówki stworzonej jeszcze w XX wieku, przez duet rysowników Hanna & Barbera.
- Mam szczerą nadzieję, że jutro nie będzie lało - Tamiel uśmiechnęła się za plecy, tam gdzie drugi Teksańczyk grzebał w furze, wyciągając z niej ostatnie tobołki należące do dziewczyny. Przez całe zaaferowanie z wynajmowaniem pokoju i późniejszą “godziną dla urody”, podczas której blondynka siedziała w najciemniejszym kącie baru popijając zimny sok owocowy starając się nie poruszać i przestać pocić na potęgę, zabranie ekwipunku do pokoju zeszło na dalszy plan, aż do teraz. Oczywiście wystarczyła sama myśl, że musi w tej duchocie cokolwiek ciężkiego targać po schodach sprawiła, że już się zmęczyła. Zrobiła więc to, co w podobnych sytuacjach zawsze ratowało jej skórę: poprosiła kogoś, czy byłby tak miły i pomógł z relokacją sprzętu. Tak oto razem z Grimem wylądowali przed barem - on wyciągał toboły, a ona stała mu za plecami, spoglądając na pracę z zachwytem i wdzięcznością damy ratowanej z opresji.

- Dobra, to chodź. - Grim jak zwykle nie był zbyt wylewny. Gdy upewnił się, że mają klucz do wynajętego pokoju złapał za swoje i nieswoje torby i plecaki by dać znać, że czas ruszać na podbój własnego pokoju. Przechodząc obok baru zerkał z zaciekawieniem na to tubylcze towarzystwo co chyba właśnie zaczynało jakieś swoje wieczorne pląsy.

- Dziękuję, nie wiem jak bym sobie bez ciebie poradziła - Quirke szła za nim, uśmiechając do jego pleców i też zapatrzyła się na pierwsze oznaki szykujących się zabaw. O ile ludzie w tym klimacie jeszcze mieli siłę na spontaniczną zabawę.
- Brzmi dobrze - dodała, bo jej głowa sama zaczęła się kiwać w przód i w tył, mimo że muzyka była inna od tej z domu.

- No. Nieźle. Całkiem nieźle. - zgodził się Teksańczyk rzucając spojrzeniem na klaszczące i tańczące kelnerki oraz ich kolegów co nie wiadomo skąd jeden wyjął gitarę a drugi ustną harmonijkę co w połączeniu z klaskaniem i tupaniem w prawie magiczny sposób wyczarowywało całkiem udaną muzykę. Ale ta trochę przycichła gdy wyszli z głównego budynku i ruszyli na zewnątrz do wynajętego hotelu. Jak klasyczny motel były to rzędy dość krótkich, piętrowych budynków gdzie były pokoje do wynajęcia na parterze i na piętrze. Dobrą stroną było to, że pokojów było więcej niż gości więc można było sobie wynająć co się chciało.

- Chcesz tam wrócić? - zapytał gdy szli przez błotniste podwórko co wciąż było mokre po dopiero co zakończonej burzy. Burza jednak oczyściła ten zaduch jaki panował tu nieustannie i chociaż chwilowo było nieco lżej iść, oddychać i w ogóle być.

- Wypadałoby, prawda? - odpowiedź pytaniem na pytanie nie była zbyt kulturalną opcją, lecz Quirke po nią sięgnęła, żeby zyskać na czasie. Zbliżał się wieczór, niedługo nadejdzie noc i pora snu, a oni wynajęli jeden pokój, lecąc na znanym im schemacie trzymania się blisko podczas podróży. Ale to do końca nie sprawdzało się podczas postojów. Do tego muzyka grająca coraz ciszej za ich plecami nie pozwalała się tak do końca skupić. Przynajmniej zielonooka blondynka miała z tym problem, myśli ciągle uciekały jej do przodu, tak samo jak oczy.
- Niegrzecznie byłoby się zmyć i nie wypić z resztą chociaż jednego drinka - rzekła spokojnie, potrząsając głową. Upalny klimat miał też masę plusów, chociażby taki, że o wiele lepiej funkcjonowało się Grimowi w podkoszulku, niż ciężkiej, skórzanej kurtce z gwiazdą Texas Rangers w klapie nad sercem. Tamiel byłaby hipokrytką i kłamcą, gdyby udała że nie ma na co popatrzeć, a skoro szła z tyłu, bez skrępowania gapiła się na widoczne spod ubrania ciemne linie tatuaży… i wtedy wrócił temat noclegu.
- Tak sobie pomyślałam - zaczęła nie zmieniając intonacji - Z automatu wzięliśmy wspólny pokój, ale jeżeli cię to krępuje… porozmawiam z Ritą, albo Melody. Choć chyba lepiej z Melody - zaśmiała się cicho, wiedząc że ich ponura, bladolica towarzyszka prędzej sama się przebije nożem, niż im ściągnie do pokoju dodatkowe towarzystwo.

- Mówili, że to dwójka. Jak dwójka to w sam raz na nas. - zatrzymał się przed drzwiami pokoju jaki wynajęli. Położył jedną torbę i sięgnął po klucz aby otworzyć drzwi. Chwilę potem już byli w środku. Bez większej refleksji Grim położył wszystkie torby na bliższym łóżku. Wyglądało, że faktycznie dwójka, przynajmniej na dwa łóżka. Jakaś szafa, mała toaleta, jakby przymknąć oko na ablucje w misce i wiadrze można by udawać, że jest jak przed wojną. Do tego jeszcze ze dwa krzesła, stół i w ogóle jak na spędzenie postoju na jedną noc to wyglądało to całkiem obiecująco.

- Reszta chyba sobie poradzi z wynajęciem pokoju.
- mruknął gdy już mniej więcej obejrzał cały pokój i widocznie nie uważał by musieli kłopotać się kolegami i koleżankami z tym wynajęciem pokojów. A ten na ich dwójkę wydawał się w sam raz.

- To co? Wracamy? Czy chcesz coś na miejscu porobić? - zapytał kładąc dłonie na swoich biodrach. Właściwie to punkt z zostawieniem swoich rzeczy w swoim pokoju mieli właśnie odfajkowany.

- Tak… - w ostatniej chwili dziewczyna ugryzła się w język, aby nie powiedzieć tego, co naprawdę chodziło jej po głowie, gdy patrzyła mu w twarz. Przełknęła ślinę, przechodząc szybko pod łóżko i zgarnęła jedną z toreb po drodze. Długie blond włosy po części zasłoniły czerwone policzki i delikatną twarz ozdobioną zażenowanym uśmiechem.
- Znaczy tak, wracamy… jeśli chcesz - odpowiedziała wreszcie pełnym zdaniem, schylając się nad tobołem - Pozwolisz że się przebiorę i czy byłbyś… - zająknęła się, odchrząknęła i wyprostowała plecy, mnąc w palcach białą kulkę materiału.
- Odwrócisz się z łaski swojej? - poprosiła czując jak palą ją policzki - Jeśli chcesz… znaczy wracać. Chyba jestem ci winna drinka i naprawdę nieźle grają. Trochę jak w domu, co? Brakuje skrzypiec, ale i tak… jesteś głodny? - zalała go potokiem słów, maskując własne zdenerwowanie. Z jednej strony wypadało aby wyszedł. Z drugiej nie miałaby nic przeciwko…
- Naprawdę mogę pogadać z Melody, to nie problem. Nie chcę ci przeszkadzać, a widziałam jak parę kelnerek się na ciebie patrzyło. Będzie niezręcznie jeśli jakaś tu zakradnie się w nocy… do ciebie. Bo przecież nie do mnie - parsknęła zestresowana, chociaż udawała że wcale nie.

- No tak. Co my byśmy mogli robić tutaj w nocy we trójkę z jakąś kelnerką. - popatrzył na nią z lekkim i dość dyskretnym uśmiechem. Ze sporą dawką rozbawienia i ironii. Ale jednak odwrócił się plecami do niej i większości pokoju. Oparł się ramieniem o ścianę i prawie ostentacyjnie wyglądał przez okno na zajazd przed lokalem.

- Danny! - lekarka spiorunowała go wzrokiem i na chwilę się zapowietrzyła. Dla podkreślenia poziomu swojej bulwersacji, rzuciła w niego zmiętą koszulą dopiero co ściągniętą z pleców. zielony ciuch z naszytym nań czerwonym, szwajcarskim krzyżem uderzył Teksańczyka w plecy.
- Co ty za bezeceństwa wygadujesz… że niby… daj spokój - burknęła, zdejmując szybko resztę ubrań. Rzucała je na łóżko, aż została w bieliźnie. Wtedy dopiero wciągnęła przez głowę krótką, przewiewną biała sukienkę do połowy uda. Od razu zrobiło się lepiej.. niż w spodniach, butach i całej reszcie podróżnych ciuchów.
- Nie wiedziałam że tak się bawicie w tych Rangersach - prychnęła, wygładzając jasny materiał na brzuchu i obciągając go aby się dobrze ułożył - A tacy porządni i praworządni… kto by się spodziewał. Możesz się odwrócić.

Danny trochę się schylił jak oberwał w plecy rzuconą koszulką. Ale nie bardzo. W końcu nie był to poważny atak a jedynie wzmocnienie oburzonej wypowiedzi. Sprytnie jednak złapał spadający ciuch nie dając mu spaść na podłogę i go sobie rozwinął przed sobą jakby chciał się na spokojnie przyjrzeć temu ciuchowi. Sama dyskusja chyba bawiła go coraz bardziej bo się tylko roześmiał na to besztanie jakim blondynka próbowała go uraczyć.

- Oj tam tylko tak sami z kolegami, na wieczór kawalerski czy tam inną okazję. To która ci najbardziej przypadła do gustu? - zapytał bezczelnie dalej tocząc ten temat jaki widocznie go bawił niemożebnie. Korzystając z tego zaproszenia odbił się od ściany jaką dotąd podpierał i odwrócił się twarzą do współlokatorki i reszty pokoju.
- No. Bardzo ładnie. - pokiwał głową gdy ocenił wygląd anioła miłosierdzia w tej nowej kreacji. W końcu skłonił się lekko kapeluszem jak dżentelmenowi z południa wypadało na powitanie pięknej damy i wymownie podał jej swoją prawicę gotów aby ją wziąć do siebie i tak razem wymaszerować z pokoju.

Quirke stanęła w miejscu czerwona jak burak. Wciągnęła ze świstem powietrze, marszcząc brwi w groźnej minie. Która kelnerka się jej podobała? Co za niedorzeczność!
- Żadna, na litość boską! - fuknęła, uciekając oczami za okno, odruchowo tupnęła nogą i nerwowym ruchem zgarnęła jasne włosy za plecy - Nie… nie gustuję w kobietach panie Toth, nie w sensie… matrymonialnym i… Jezu Chryste, to nie na mnie się gapiły! Nie żartuj ze mnie! Że niby ja… i któraś z nich - pokręciła głową na tę niedorzeczność, patrząc skonsternowana na wyciągniętą dłoń kowboja - Nie podoba mi się żadna z nich, wolę cie… ekhm. - wzruszyła ramionami - Mam inne gusta. Wybacz proszę, że cię rozczarowałam.

Nie odezwał się z początku. Chociaż dalej miał minę jakby bawił się przednie. Ale po dżentelmeńsku nie komentował wypowiedzi blond koleżanki. Za to pozwolił sobie objąć jej ramię i tak ruszyli we dwójkę. Chociaż krok dalej musieli się zatrzymać. Jak na południowca przystało przepuścił partnerkę pierwszą i na trochę posypał im się ten zgrany duet gdy musiał zamknąć pokój. Ale gdy już to zrobił znów mogli wznowić marsz w kierunku głównego budynku tego obwarowanego lokalu. Znów słyszeli odgłosy muzyki, tym razem stopniowo coraz głośniejszą w miarę jak skracali dystans.

- Jesteś pewna? - zagaił jakby przez ten kawałek dumał nad tym co powiedziała wychodząc z pokoju. - Bo jak wiesz na kogo się one gapiły to by znaczyło, że chyba rzuciłaś na nie okiem. Raz czy dwa. Nie w sensie matrymonialnym oczywiście. - dorzucił aby uwzględnić zastrzeżenia jakie zdążyła zgłosić przed wyjściem z pokoju.

- Nie patrzyłam na nie - burknęła zła i zanim pomyślała co gada. Drgnęła, szczękami kłapiąc głucho zanim bardziej się skompromitowała. Szła sztywno obok Rangera, wzrok wbijając w ziemię i tylko oblizywała wargi co parę metrów.

- Aha. - pokiwał głową i znów ją przepuścił w drzwiach gdy wrócili do sali głównej. W międzyczasie impreza zaczęła się rozkręcać. Do dwóch muzyków doszedł trzeci jaki całkiem nieźle wybijał rytm zwykłymi kubeczkami uderzając nimi o kontuar. Trzy kelnerki nieświadome pewnie, że stały się podmiotem dyskusji powracającej do sali dwójki Teksańczyków nie mając partnerów do tańca utworzyły kanciaste kółko gdzie każda wesoło tańczyła sama ze sobą. Zgrabnie wywijając rączkami, nóżkami i biodrami. Tych paru gości których również zatrzymała popołudniowa burza w większości siedziało nadal przy swoich stołach albo rozmawiając ze sobą albo obserwując tą improwizowaną zabawę.

- To jak panno Quirke? Mogę zaproponować pannie drinka? - Danny gdy mniej więcej rozejrzał się po tej scenerii zwrócił się do swojej partnerki wskazując brodą na bar z kolorowymi drinkami.

Tamiel rzuciła okiem na stolik gdzie siedziała reszta ekipy i pomachała im wesoło ręką. Nie wyglądali jakby mieli zaraz zejść na miejscu, ani uschnąć od braku obecności pary Teksańczyków.
- Skoro pan nalega, panie Toth, oczywiście że panu nie odmówię - uśmiechnęła się lżej gdy patrzyła do góry na twarz towarzysza i zamrugała, dodając - Drinka. Jednego. Przecież nie ma pan w planach spicia bezbronnej, nieświadomej i samotnej kobiety, nieprawdaż? Poza tym wydaje mi się, że to ja miałam panu owego drinka postawić. Za wybawienie z opresji noszenia bagażu… więc uczyni mi pan tę przyjemność i da się zaprosić na drinka? - teraz ona wskazała gestem na bar.

- Nie wiem czy to był taki dobry pomysł. - kowboj z Texas Rangers co prawda wspaniałomyślnie dał się zaprosić do baru na drinka. Lub patrząc z drugiej strony sam zaprosił smukłą blondynkę w krótkiej kiecce na tego drinka. Ale gdy się znaleźli przy barze okazało się, że jest pusty.

- Obawiam się, że bez pomocy jakiejś kelnerki się nie obejdzie. - wyjaśnił przepraszającym tonem gdy znów jakoś tak dziwnie wrócili do punktu wyjścia. Roztańczone dziewczyny nie były aż tak roztańczone by nie dostrzec potencjalnych klientów i rzeczywiście jedna oderwała się od tańca i ruszyła przez salę za bar aby móc obsłużyć gości. Zaraz znalazła się przed nimi obdarzając ich promiennym uśmiechem i zapytała wesoło czego sobie życzą.

- Chyba rzeczywiście któraś wpadła ci w oko, skoro ciągle do nich nawiązujesz. Z ciekawości która? - Quirke uprzejmie zapytała, ale zanim zyskała odpowiedź to od niej oczekiwano odpowiedzi.
- Poprosimy dwa razy to, czego sobie życzy ten przemiły pan - ni to wskazała, ni to zaprezentowała ruchem dłoni Grima, odwzajemniając uśmiech, bo tak wypadało.

- Tam widziałem coś takiego ciekawego z takimi zielonymi owocami. - kowboj wskazał kelnerce na jakiegoś drinka jakiego widział przy innym stoliku. Kelnerka spojrzała w tamtą stronę, pokiwała głową i odwróciła się aby zacząć szykować dwie szklanki. Danny chwilę obserwował ją jak zaczyna sięgać po butelkę z tym, albo z tamtym, wyjmuje jakieś włochate owoce i sprawnie je obiera widocznie miała niezłą wprawę w robieniu tych drinków.

- A jak to się nazywa? - zaciekawił się Teksańczyk obserwując jak te zgrabne rączki sprawnie szatkują kolorowy owoc co nawet nie wiedział jak się nazywa. Ale wyglądał soczyście i smakowicie.
- Sweet Green. - odparła pogodnie kelnerka wrzucając już pokrojone plastry do jednej i drugiej szklanki obdarzając ich znów tym promiennym uśmiechem.

- Nieźle wygląda. - pozwolił sobie na komentarz zerkając na te już prawie gotowe drinki. Właściwie to z pewną dozą złośliwości można by mieć obiekcje czy mówi tylko o drinku. Dziewczyna zaś skończyła i przesunęła obie, pełne, kolorowe szklanki w stronę klientów i popatrzyła na nich wesoło. Wydawała się mieć świetny nastrój po tych paru pląsach na sali.

- Jeszcze coś? - zapytała patrząc na nich oboje. Danny wziął swoją szklankę i spojrzał pytająco na Tamiel sprawdzając czy czegoś jeszcze im z baru potrzeba.

- Dziękujemy, to na razie wszystko - blondynka odpowiedziała automatycznie sięgając po szklankę. Zatrzymała się jednak i jakoś tak nagle całkiem inaczej spojrzała na kelnerkę. Nachyliła się nad nią żeby wyszeptać parę słów do ucha, a gdy wracała z powrotem do tyłu miała bardzo pytającą minę.

- Si. - pokiwała głową uśmiechając się promiennie do blondynki jakby nagle dzieląc się tą małą tajemnicą zrobiły się koleżankami. Danny popatrzył na nie obie podejrzliwie zwłaszcza, że ta latynoska dziewczyna śmiała się wesoło nie tylko oczami co łatwo można było wziąć, że sobie stroją we dwie z niego żarty.

- No nie? Zgodziłaś się? To ta kiecka? A wiesz, że mi mówiła, że wcale nie lata za kelnerkami? - Danny zrobił przesadnie rozczarowaną minę jakby we dwie nie miały nawet na tyle przyzwoitości by go obgadać jak sobie pójdzie albo upije się na tyle, że go to już nie będzie ruszać. Jego słowa nieco zaskoczyły kelnerkę bo spojrzała na niego zdziwiona trochę nie wiedząc pewnie o czym mówi ale jakby podejrzewała, że blondynka może być bardziej obyta w temacie. Więc trochę nie wiedziała czy może już odejść czy warto jeszcze zostać by wyjaśnić o co chodzi.

- Przepraszam, nie przejmuj się nim - Quirke popatrzyła na drugą dziewczynę zbolałym wzrokiem, a Grima trzepnęła łapą w ramię - Giez go chyba dziś ugryzł, nic wielkiego… - wróciła do piorunowania Teksańczyka wzrokiem aż w jednej chwili sapnęła, uspokajając się.
Ze zmęczoną miną podniosła szklankę do toastu.
- Za Miami które już za płotem - uśmiech na siłę wyszedł jej sztuczny - Gdzie wreszcie pozbędziesz się problemu.

- Smacznego.
- dziewczyna roześmiała się chyba biorąc te przekomarzanie się za dobrą monetę, pomachała im rączką i ruszyła w stronę wyjścia zza baru. - Jakbyście coś potrzebowali to zawołajcie. No i zapraszamy serdecznie! - zawołała już nieco głośniej odchodząc od baru do swoich koleżanek i kolegów. I zanim włączyła się w ugniatanie parkietu podeszła do kolegów i coś im krótko powiedziała. Danny obserwował to wszystko z zaciekawieniem po tym pierwszym wspólnym toaście.

- Niezłe. Całkiem niezłe. - powiedział zerkając do swojej szklanki i oglądając ją pod światło. Spojrzał na swoją rodaczkę i chwilę nad czymś medytował. - To powiesz co tam z nią knułaś na uszko? - zapytał wskazując szklanką na Latynoskę która dopiero co ich obsługiwała a już zdążyła wrócić do swoich koleżanek.

- Gdybym ci powiedziała, musiałbym cię zabić - blondynka pokiwała głową poważnie. Siorbnęła drinka, mruknęła coś zadowolona i zaraz wzięła kolejnego łyka.
- Ale pyszne - zmieniła z premedytacją temat, oblizując usta. Spoglądała na zielonego drinka, a zielony drink spoglądał na nią. Żałowała, że nie wzięli od razu po dwa, tylko wtedy szybko upiłaby się. Nie wypadało - Bez obaw, nie zaprosiłam jej do naszego pokoju na noc - dorzuciła ciężkim głosem i spojrzeniem, a jej twarz przybrała wyraz zmęczenia i rezygnacji - Spytałam się o co, niezwiązanego z tobą. O muzykę, tyle. Sprawa zamknięta, tym razem nikogo nie trzeba wieszać.

- Aha.
- Danny przyjął do wiadomości takie wyjaśnienia i też upił kolejny, zielony drink. Spojrzał na tańczące kelnerki jakby szacował słowa blondynki czy jest jak ona mówi. W końcu chyba nie zamierzał dalej drążyć tematu.

- Ładnie tańczą. - powiedział po chwili obserwacji. Faktycznie było czego posłuchać i popatrzeć. Głowa kowboja lekko kiwała się do rytmu wygrywanego przez gitarę, kubki i harmonijkę. - Trochę jak u nas. Ale jednak trochę inaczej. - dorzucił swój komentarz gdy się tak wsłuchał w te latynoskie rytmy. No brzmiało trochę jak country jakie zdawało się królować w ich ojczyźnie ale też jednak to nie było to samo. Jakoś tutaj ta gorąca, południowa spontaniczność wydawała się grać główne skrzypce. W końcu nie byli na żadnym koncercie ani zabawie a czymś co chyba by można za przerwę w pracy.

- U nas śpiewają więcej o Bogu i prerii. Koniach… - Tamiel powiedziała wesoło, dopijając swojego drinka. Humor też jej się skwasił gdy dodawała - I o Mamie - potrząsnęła głową i bez pytania wyjęła Grimowi jego szklankę z ręki. Szybko przechyliła ją do ust, dopijając na jeden spory łyk. Po chwili musiała kaszlnąć w pięść i odchrząknąć - U nas brzmi inaczej bo wiemy o czym śpiewają, tutaj to jeden bełkot w obcym języku. Stąd wydaje się inne - wzruszyła ramionami, odstawiając jego szklankę obok swojej szklanki. Gdzieś w tym momencie melodia się zmieniła. Szybki, skoczny rytm zastąpiła spokojna, wolna piosenka grana na gitarze przez gościa pod ścianą. Drugi też go wspomagał, kelnerki jakby osiadły i słuchały.
- Ale muzyka to muzyka - Quirke wstała, chwytając dłoń Rangera i pociągnęła w swoją stronę, samej kierując się do tyłu - Nie musi mieć słów.

Wydawał się zaskoczony. Gdy tak dopiła szybko oba drinki i pociągnęła go do siebie na środek parkietu. Miał minę jakby coś podejrzewał kogoś o co. I w końcu się domyślił.

- A to wy! Uknułyście to razem! - rzucił oskarżycielsko i do Tamiel i do tej kelnerki co dopiero co ich obsługiwała a teraz razem z koleżankami robiła za chórki i tło akustyczne aby im nie przeszkadzać. Ta zresztą bynajmniej nie protestowała. Roześmiała się wdzięcznie i wesoło jakby zaplanowany żarcik się udał. A jej koleżanki i koledzy też im zawtórowały. No ale chociaż Grim wydawał się zaskoczony znacznie bardziej niż niecnym atakiem podkoszulkiem jakim Quirke potraktowała go w pokoju to jednak stanął na wysokości zadania.

- Tylko bez takich wygibasów jak one. Na to nie licz. - powiedział jakby chciał zawczasu wybronić się przed utratą męskiej godności wskazując brodą na trzy kelnerki co teraz były ich pierwszą trójką widzów i kibiców. Te zaśmiały się wesoło rozbawione taką uwagą.

- Możemy was nauczyć takich wygibasów! - zawołała jedna z nich śmiejąc się serdecznie. Ale Grim zrobił taktowny odwrót akurat tak obracając partnerką, że był do nich tyłem. A jego partnerka mogła poczuć jego samego. Jak ją obejmuje pewnym, chwytem niosącym bezpieczeństwo i spokój. Czuć jego oddech gdzieś tam koło swojej głowy i to jak się jest tak przyjemnie kołysać we wspólnym rytmie do stonowanej melodii harmonijki, oklasków i gitary.

- Na nic nie liczę panie Toth - Quirke odpowiedziała cicho, z zamkniętymi oczami chłonąc magię chwili. Położyła mężczyźnie dłonie na ramionach, aby zaraz wyprostować je i skrzyżować w nadgarstkach za jego głową. Policzek za to oparła o pierś w ciemnym podkoszulku.
- Po prostu... dobrze że tu jesteś, niczego nie musisz udowadniać - uśmiechnęła się bezwiednie - Tak jest idealnie.
 
Umai jest offline  
Stary 09-10-2020, 19:01   #4
 
Asmodian's Avatar
 
Kolejna, prosta robota. Przewieźć paczucha z punktu A do punktu B. Tona gambli do wyjęcia, tankowanie na Florydzie. Pierdolony gorąc ,ale powinno pójść dobrze. Ruszam, jak tylko ogarnę zapasy olejku do opalania. Co wiem o Florydzie? Duszno, upalnie, stare drogi, mokro. Mam nadzieję, że bryka da radę.

[MEDIA]https://i.pinimg.com/originals/c2/af/06/c2af067eae15f6c073672cf581d090fc.jpg[/MEDIA]

Trasa.

Typowa autostrada nie była typowa, jak wszystko po cholernej wojnie, ale nie sprawiła wielu problemów, choć po setkach kilometrów mój Wrangler zaczyna w tym upale mieć zadyszkę. Kilka razy trzeba było stawać, oczyszczać styki, dolewać płynu chłodniczego, a nawet przekręcić wyloty rur wentylacyjnych ku górze, bo błoto zaczęło je nieźle atakować. Ten wóz jednak nie da się zajebać byle duchocie. Wrangler Rubicon 392, wersja concept. Wysokie prześwity, regulowane pneumatycznie zawieszenie, wyciągareczka, i pełne 4X4 w standardzie. Przepiękna, zabytkowa już właściwie maszyna, ale w przeszłości bogaty amerykański pajac kupował taką zabawkę, aby amerykański dzieciak mógł sobie pobrykać na offroadzie. Widlasta ósemka, w dodatku w ceramiku to już mój osobisty wkład w maszynę. Silnik od Forda Bronco, też leciwego złomu, ale oba modele konkurowały o miano najlepszej maszyny zdolnej pokonywać najdziksze ostępy Stanów Zjednoczonych. Lakier full metalic również standardowo był. Przepiękna, oliwkowa zieleń, błyszcząca jak psu jajca przed suką. Był, bo w tej chwili moją bryczkę pokrywa już nieco ząb patyny, rdzy, oleju, kul po tych 9tkach “Roadmasterów”, “Żniwiarzy” i innego garbatego gówna próbującego mnie dopaść po szosach i autostradach Stanów.Teraz Zasranych Stanów, bo wszystko się zesrało. Nie ma już bogatych dzieciaków, to tylko jakieś pierdoły, o których wyczytałem, klejąc tą maszynę.

Floryda. Po nieco męczącej drodze...no dobra, w huj jestem wypruty. Siedząc, zgięty nad kierownicą samochodu kark sztywnieje ci do takiego stanu, że myślisz, że mógłbyś trykać się z bykiem. Podobno w Teksasie jeszcze takie mają, przynajmniej tak twierdzi blondzia i jej “ranger”.
Notuję w pamięci układ tej wiochy. Patrzę po szyldach i wywieszkach, szukając lokalnych sklepów z zaopatrzeniem. Szkoda byłoby tu utknąć bez gazolinki, ewentualnie jak gaźnik nawali, albo jakaś inna pierdoła.
Nie łapie, o co chodzi z tym Tomem i Jerrym. Co to jest kreskówka? Nigdy żadnej nie widziałem, pewnie kiepskie. Nie ważne. Parkujemy Wranglera, zabezpieczam swój towar i idziemy szturmować knajpę. Przezornie ubieram kurtkę i biorę mossberga. Wsioki czasem lubią się zabawić, a pierwsze co zobaczą to trzech ombre i dwie laski. I furę gambli na czterech kołach. Komuś może przyśnić się okazja. Zakładam skórzaną kurtkę, wciągam na łeb styranego stetsona, przecieram okrągłą sprzączkę od pasa przy dzinsach a szmatą do pucowania silnika, pachnącą jeszcze smarem przecieram wysokie buty. I wbijam do baru, pachnąc samochodem.

Klimat. Kurwa, jakby zapytali mnie, o co chodzi z tą Florydą, to bym normalnie nie skumał. Pitolą na jakichś mandolinach, harmonijkach, a dziewczyny wywijają biodrami. No normalnie, rozmarzyłem się.
Tequila jest w pytę, dobrze robi na gardło. Właściwie, to nie wiadomo, czy to tequila, bo jakoś nie widziałem tu kaktusów. Chyba za mokro. Nie zdziwiłbym się, gdybym chlał znowu jakąś przepalankę z jakiegoś krzaczora z tego buszu.

Dziewczyny… Za to jedno mogę nawet polubić Florydę. One pachną. Niech mnie, pachną jak jakieś kwiaty i nawet czystą skórę widać im spod tych fikuśnych kiecek. To pewnie typowe, bo tu non stop leje. To prawie jakby wykupić abonament u Rudego Joeya w "pralni" i siedzieć przez tydzień w NY. Tylko bez dziewczyny i bez muzyki. Mydło daje za fajki, skurwiel jeden. Tu jest to za friko, płacisz tylko za gorzałę, więc biorę się do tańca i upajam się do woli. Czemu prawie zawsze robi różnicę?
Początkowo nie sporo mi idzie, zasiedziałem się w drodze, zgarbiony nad kierownicą, z oczami wysuszonymi od pyłu autostrady. Barmanka jednak wie co robić i jej biodra same mnie prowadzą. Jest przyjemna w dotyku, ja zaś muszę śmierdzieć chyba setkami mil aż od Appalachów. Robi mi się przykro, więc się odsuwam, ale barmanka daje mi do zrozumienia, że jej to nie przeszkadza i tańczymy dalej, aż w końcu impreza się rozkręca i nieco tracę rachubę czasu.
 
__________________
Iustum enim est bellum quibus necessarium, et pia arma, ubi nulla nisi in armis spes est

Ostatnio edytowane przez Asmodian : 10-10-2020 o 11:19. Powód: przecineczki...
Asmodian jest offline  
Stary 10-10-2020, 02:56   #5
 
Witch Slap's Avatar
 
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=pzTPEn4_kos[/MEDIA]

Od samego początku istnienia czasu świat i wszystkie istoty były powodowane instynktami, refleksami możliwymi o krótkim zasięgu, jakie w nie włożono. Były działane, nie działały. Wydawało im się, że są dla siebie. Jadły powodowane instynktem samozachowawczym. Myślały, że kochają i mają stosunek miłosny dla siebie, a to jedynie po to, żeby przedłużyć gatunek. Jedynie po to, żeby ulegać prawom, które tak mi nakazują.
Możliwość decydowania o swoim życiu to ogromny przywilej. Dla większości ludzi na świecie w życiu chodzi przede wszystkim o przetrwanie. Wielu walczyło o nie w dramatycznych okolicznościach. Każdy dzień w Zasranych Stanach rodził mniejsze bądź większe tragedie, dyktowane ciężarem czasów które nadeszły. Kaleki świat rodził kalekie dzieci - wszystkie popieprzone, udające wiecznych zwycięzców. Ale w ich świecie nie było czegoś takiego jak zwycięzca - jeśli nawet ktoś na niego wyglądał, to tylko złudzenie. Wszyscy uganiali się za czymś, a tymczasem nie było absolutnie nic wartego zachodu w rozrachunku dłuższym niż pełny żołądek i dotrwanie do nowego dnia. I tak dzień w dzień, na przeoranych promieniowaniem i wojnami padole trwała ciągła walka o przetrwanie. Mizerny ciel, skoro Pan Śmierć w końcowym rozrachunku nie ominie nikogo.

Melody Lane nie chciała być częścią życia innych ludzi. Nie wiedziała kiedy owe przekonanie uformowało się w jej umyśle, ale było to dość wcześnie. Często nocami obracała proste stwierdzenie w myślach żeby spojrzeć na nie z innej perspektywy, znaleźć jakąś wskazówkę kiedy powstało… bezskutecznie. Wrosło w nią, jakby oboje istnieli razem od zawsze, w świecie ludzi potrafiących zagryźć siebie nawzajem, byle przetrwać.
W miejscu, gdzie nie ma mowy aby ktoś komuś wypłakał się, zawył lub zaryczał. Czasami tylko w nocy wstawał upiór czyjegoś jęku i krążył nad pracą oddechów. Każdy spożywał swoje życie, jak befsztyk, na osobnym talerzu, przy osobnym stoliku.

Niemniej Melody nie żyła sama na odludziu, a przeciwnie. Miała wygodne życie, w mrokach dworu jednego z szanowanych magnatów… miały, obie. Ona i jej siostra. Dwa milczące cienie za plecami nestora rodu. Wypuszczane gdy zaszła potrzeba, precyzyjne, oddane. Huginn i Muninn jak nazywał je ich pan. Oczy mu wtedy błyszczały, a usta drgały w uśmieszku, jakby znał dowcip, o którym reszta nie miała pojęcia. On miał narzędzia, narzędzia miały zapewnioną stabilizację. Symbioza idealna, póki pewnego przeklętego poranka wszystko nie wzięło i koncertowo się nie zesrało. Poddawanie się nie leżało w naturze Melody. Czuła, że o jeden oddech dalej czekał na nią spokój, ale nie potrafiła się poddać. Nie byłaby sobą, gdyby to zrobiła. Być może to życie nie było jej przeznaczone, może jej nie oczekiwano, ale dopóki w żyłach krążyła krew, wiedziała, że będzie walczyć o każdy oddech, który podtrzymywał istnienie obu sióstr Lane.


Doświadczenie nauczyło Melody sprawdzać i oceniać każdą sytuację. Gdy zdarzy się coś nieoczekiwanego nie trać czasu, nie zastanawiać się jak do tego doszło i dlaczego, nie żałować, nie zgadywać, czyja to wina. Nie dumać jak następnym razem uniknąć podobnego błędu. Wszystko to można załatwić później, jeśli się przeżyje. Najpierw należało dokonać oceny, przeanalizować sytuację, rozpoznać plusy i minusy, odpowiednio się zachować. Dzięki temu może udać się przeżyć i zająć resztą. Więc działała, ruszając w pogoń za siostrą, a trop prowadził daleko od Appalachów, często klucząc i gubiąc się wśród kurzu Pustkowi. Zdążał jednak coraz bardziej na południe, pojawiły się słowa klucze typu Floryda, a wreszcie Miami, i chociaż Lane nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek tam były, jej siostra ciągnęła w duszne, tropikalne piekło z uporem typowym dla ich rodziny. Za nią podążała i Melody, mimo początkowych oporów. Urodziła się pozbawiona genu towarzyskich pogawędek i wiedziała doskonale, że w kontaktach z ludźmi czuje się niezręcznie. W przeszłości żartowała do siostry, że mogłaby ją spotkać miła niespodzianka, gdyby zdobyła się na wysiłek i pogadała z kimś nowym, ale nie wiedziała, że dopiero po latach nadarzy się do tego okazja, a jej dotychczasowe przekonania mocno tąpną…

Jak wtedy, gdy cudem podłapała robotę z przesyłką, poznając ekipę z jeepa - zbieraninę ludzi nie znających się zbyt długo, ale potrafiących wypracować nić porozumienia i to wystarczyło.
Towarzystwo to przeważnie rzecz tandetna. Obcy sobie ludzie spotykali się po bardzo krótkich przerwach, kiedy upłynęło jeszcze zbyt niewiele czasu, aby mogli zyskać dla siebie nową wartość. Aby te częste spotkania były znośne, aby nie dochodziło do otwartej wojny, musieli ustanowić pewien zestaw zasad nazywany etykietą bezpieczeństwa. Spotykali się na postojach co wieczór; żyli w ciasnocie wnętrza wranglera, wchodzili sobie w drogę i potykali się o siebie, tracąc tym samym po trosze własną indywidualność. Rzadsze spotkania z pewnością zaspokoiłyby ich potrzebę utrzymywania ważnych i serdecznych kontaktów. O wartości człowieka nie stanowi jego skóra, toteż nie musi się go dotykać.
Dlatego z wielką ulgą powitała koniec trasy na kolejny dzień i możliwość zabunkrowania w ciemnym, chłodnym wnętrzu knajpy, ze szklanką czegoś mocniejszego w dłoni. Upały Florydy nie były dla niej, nienawidziła mokrej szmaty na twarzy którą miała przy każdym oddechu, ale musiała tu być. Nie można żyć na tym świecie tak, jakbyśmy chcieli: to myślenie życzeniowe. To tak jakbyśmy grali w bejsbol i powiedzieli sędziemu, że zasady nas nie dotyczą. Świat to gra z niewzruszonymi zasadami i niewzruszonymi sędziami. Mądrość podpowiada, by grać według tych reguł, które zostały nam narzucone. To nie była wina Melody, że są takie, jakie są. To nie ona ustanawiała zasady. Nawet nie musiała; ich akceptować, ale odrzucić je byłoby głupotą i mogłoby jedynie zaszkodzić. Poza tym wciąż nie dotarli do celu, potrzebowali siebie nawzajem, a współtowarzysze niedoli nie wkurwiali jej tak mocno jak myślała. Kwestia przyzwyczajenia, albo pierwszych nici czegoś innego niż niechęć. Nikt z nich jeszcze nie miał problemów z wyglądem panny Lane, chociaż wyróżniała się trupiobladą skórą i ciemnymi, długimi włosami, a także czarnym ubiorem pedantycznie zapiętym na wszystkie możliwe guziki nawet mimo potwornego skwaru. W nocy na postojach to ona brała najgorsze warty, podczas najmroczniejszej części nocy, bo i tak nie sypiała za dobrze. Bezsenność często się jej przytrafiała, ponieważ wbrew pozorom przeżywała wszystko bardzo mocno. Uczucia i myśli, które w ciągu dnia tak starannie tłumiła, skrywała, usypiała i przygładzała, w nocy budziły się, a ona wraz z nimi by odpędzić niechcianych gości. Odsypiała potem za dnia, opierając policzek o trzęsącą szybę Wranglera, gdy West prowadził pewną ręką, teksańskie gołąbki zajęły się sobą, a Rita wchodziła w dyskusje egzystencjalne z ich kruszycielem kości rodem z dalekiej, krwawej Hegemonii.

Teraz za to nastał czas odpoczynku po kolejnym etapie podróży. Lane patrzyła jak ich rajdowiec pląsa wesoło na parkiecie z miejscowymi ślicznotkami, jak dwójka Teksańczyków też kołysze się na parkiecie w konfiguracji wskazującej na zażyłość większą niż ochroniarz i nawiedzony pacyfista z krzyżem na piersi potrzebujący przedszkolanki w trasie. Oczy barwy węgla zwróciły się na Ritę, gdy ta zaczęła mówić. Blada zmora przyswoiła informacje, podskórnie przewidując, że ich powsinoga zachce zgarnąć paczkę i uciec, aby samej zgarnąć nagrodę, skoro miasto już blisko, ale szybko sama siebie uspokoiła. Nauczyła się odróżniać to, co naprawdę jest we niej i na rzeczy, od tego, co sobie niemądrze uroiła. Daleko by nie uciekła, zanim Lane by jej nie upolowała. Głęboki wdech później odsunęła na bok brak zaufania i niechęć do ludzi, przecież do tej pory współpracowali i mimo zasypiania obok siebie, nikt jeszcze nie został zarżnięty.
- Picie może być ciekawe, poza tym nie wyrywasz dziś niczego na noc? Zaskakujesz, Rita - odpowiedziała spokojnym, melancholijnym głosem. Podniosła szklankę, przepijając do rangerki odstawiła szklankę idealnie w to samo miejsce, z którego ją podniosła. Wydawało się, że nie luzuje sobie niczego, od sztywnych norm zachowania, po ciasno splecione warkocze i tylko dwie mokre kreski potu na skroniach mówiły, że jest jej potwornie gorąco.
- Ja się stąd nie ruszam, póki słońce nie zajdzie. - dorzuciła chyba bardziej do ostatniego z ich grona, wojownika - Po zmroku przejdę po okolicy i sprawdzę przed snem czy wszystko w porządku. Napij się ze mną - ostatnie rzekła do Dwighta, stukając szklanką o jego szklankę.
 

Ostatnio edytowane przez Witch Slap : 10-10-2020 o 03:28.
Witch Slap jest offline  
Stary 10-10-2020, 12:36   #6
Szefowa od PR i Promocji
 
Alex Tyler's Avatar
 

Wiesz Melody, faceci są jak jedzenie. Nie można bez nich żyć, ale gdy będziesz codziennie smakować tego samego, to szybko Ci się znudzi... Jak widzisz, przejadła mi się już kuchnia florydzka — odparła serdecznie Rita, choć nie spodziewała się by "Zjawa" (jak określała ją żartobliwie w myślach) miała w tej kwestii jakiekolwiek doświadczenie. Chłodna powierzchowność i podejrzanie perfekcjonistyczny, trumienny ubiór kobiety z Appalachów instynktownie wywoływał w niej niepokój i oczywiste skojarzenia. Taki styl z pewnością działał jak odstraszacz na płeć przeciwną. Stalkerka czasami zastanawiała się, czy ona w ogóle jest żywą istotą. Jej samej niezwykle doskwierał gorąc, ale ciasno zapięta w mroczny kostium Lane musiała mieć pod ubraniem wręcz termonuklerany mikroklimat. I wbrew temu, że zrobiła z siebie chodzący termos, nie dawała oznak większego zmęczenia niż inni. Nie wspominając już o braku brzydkiego zapachu, który powinien być tego nieuchronną konsekwencją. Mimo pewnej sympatii ciężko było Ricie nie uważać gotyckej szlachcianki za swego rodzaju dziwadło.


W każdym razie Rita sama czuła się nieco jak żywe widmo, miała dość balangi. „Może to jakaś chandra?” przeszło jej przez głowę. Co by nie było, zdecydowała, że odpręży się poza tym całym hałasem, w samotności. Odchodząc spojrzała przelotnie na Dwighta i Melody, mimowolnie konstatując w myślach, że razem stanowiliby chyba najbardziej popierdoloną parę w Ameryce (co wywołało na jej twarzy krótkotrwały, niewyraźny uśmieszek). Potem pomachała do nich i reszty towarzyszy podróży (nieco szkodowała, że Tamiel nie odstępowała niemal na krok swojego "kochasia", bo Teksańczyk był niczego sobie), a następnie udała się po schodach do motelowego pokoju, po drodze zabierając ze sobą jeszcze jeden drink.


Minęło trochę czasu. Pilnowanie skrzynki nie było wielce fascynującym zajęciem, a alkohol prawie zdążył wybrzmieć w głowie złodziejki artefaktów. Dziewczyna odłożyła pustą szklankę po napoju wyskokowym i wstała z łóżka, omijając ostrożnie pakunek, po czym podeszła do okna. Na zewnątrz rozlegała się wręcz żywa kakofonia odgłosów dzikich zwierząt i owadów, której nie potrafiły zagłuszyć nawet dobiegające z dołu odgłosy zabawy. Patrząc w skupieniu na gęsty, leśny gąszcz Rita miała parokrotnie wrażenie, że coś przemyka pośród listowia. Następnie jej wzrok skupił się na gwiazdach. Niskie zanieczyszczenie światłem w powojennej Ameryce sprawiało, że na ciemnym nieboskłonie można było dostrzec wręcz całe mrowia świetlistych punkcików, a nawet sam zarys Drogi Mlecznej. Dziewczyna pomyślała, że dzięki nim mogłaby ustalić jej aktualną pozycję. Ale niestety mapę Ameryki musiała sprzedać kilka tygodni wcześniej, więc na wiele by jej się to nie zdało. Pozostawało więc mieć nadzieję, że jutro wreszcie ujrzy sylwetkę Miami i nie będzie musiała dręczyć Westa powtarzającym się pytaniem "Daleko jeszcze?".


Rita przy okazji próbuje podkraść jakiemuś frajerowi parę gambli, by opłacić Motel.
Wynik: 4, 7, 15


 

Ostatnio edytowane przez Alex Tyler : 11-10-2020 o 00:23.
Alex Tyler jest teraz online  
Stary 10-10-2020, 13:48   #7
 
Dhagar's Avatar
 
Floryda, Miami. Wszechobecna dżungla, bagna i upał. Dla Dwighta nie była to nowość biorąc pod uwagę czas spędzony wśród mokradeł Mississippi. Może tylko różnicą była większa temperatura czasami. Ale reszta zdawała się być tak podobna, że gladiatorowi wydawało się jakby nigdy nie opuszczał terenów enklawy leżącej w okolicach Columbus.
I teraz trafił do Miami w eskorcie skrzynki z przesyłką, będąc chyba jedynym który potrafi walczyć z całej grupy. Uśmiechnął się lekko spoglądając znów na resztę ekipy.

Rita, młoda brunetka która zdawała się lubić bawić mechanicznymi rzeczami. Pewnie z Nowego Yorku uciekła za przygodami i teraz w tej dżungli pociła się mniejszym przyodziewku.
Tamiel, blondynka o przyciągającym wzrok wyglądzie, a o której trudno mu było wprost określić czym się zajmuje.
Kierowca James ze swoją bryką którą tu dotarli i o którą zdaje się dbać bardziej niż o siebie. Typowy gość z Detroit. I na końcu mała Melody, która jako jedyna zdaje się rozumieć rolę gladiatora w tej paczce i z nim starała się nawiązać jakąś nić porozumienia.I ją właśnie Dwight nawet zaczął lubić, skoro jako jedyna zdawała sobie chyba sprawę z tego, że jest jedynym który potrafi tutaj naprawdę walczyć.

Bo to akurat była prawda, zwłaszcza jak się spojrzało na niego gdy pojawiał się w okolicy. Wysoki, dobrze zbudowany osobnik okryty skórzanymi i metalowymi elementami zbroi. Czarne, sięgające szyi włosy, zarost na twarzy i wzrok szarych oczu znamionujących zabójcę. Blizny na twarzy, ramionach czy klacie wskazywały że nie był pierwszym lepszym gladiatorem, ale swoje już przeszedł. Do tego spory arsenał różnej broni białej który miał przy sobie od klasycznego bojowego noża przez topór, łańcuch aż po dwuręczną, nabijaną gwoździami i drutem kolczastym maczugę.

Wjechawszy do Miami rozglądał się przez okno po okolicy, chcąc rozeznać się w sytuacji, wypatrzyć to, czego tutaj szukał ale biorąc pod uwagę tempo jazdy niewiele mógł ujrzeć. Wiedział już że po dostarczeniu paczki będzie się musiał przejść rankiem po mieście. Czego jak czego, ale z pewnością powinna być tutaj arena.
Teraz jednak siedział w barze, gdzie muzyka rozbrzmiewała gorącym rytmem równie mocno jak tropikalna temperatura. A może nawet bardziej biorąc pod uwagę przyciągające wzrok tańczące dziewczyny.
- Spodziewasz się czegoś w nocy czy może na coś chcesz zapolować? - uśmiechnął się gladiator do dziewczyny po stuknięciu szklankami i wychylił łyk trunku. Paczka była w zasięgu wzroku Dwighta, który wolał odstawić towar na miejsce bez problemu i zgarnąć gamble.
 
__________________
"Nie pytaj, w jaki sposób możesz poświęcić życie w służbie Imperatora. Zapytaj, jak możesz poświęcić swoją śmierć."
Dhagar jest offline  
Stary 10-10-2020, 17:33   #8
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Tura 02 - 2051.03.02; cz; późny ranek

Czas: 2051.03.02; cz; późny ranek
Miejsce: most na Pustkowiach
Warunki: jasno, cicho, umiarkowanie, łag.wiatr, gorąco



Poranek okazał się deszczowy. Za to okazało się, ze deszcz i lekki wiatr przyjemnie chłodzą i chociaż rano nie było tak gorąco. Chociaż z tego co Tamiel usłyszała rano od tych sympatycznych kelnerek to teraz na wiosnę to i tak był łagodny klimat a nie taka duchota jak w środku lata. A Jamesa pocieszyła, że co prawda pada teraz deszcz ale długo nie popada. I miała rację. Mniej więcej jak kończyli śniadanie to i deszcz jakby zaczynał się kończyć. Chociaż kałuże i błoto pozostały. Zostało jeszcze zapłacić za nocleg i jedzenie i można było jechać dalej. Z tego co mówiły dziewczyny do Miami było już tak blisko, że one mówiły po prostu “do miasta”. Zresztą innego miejsca godnego tego miana w okolicy nie było. No to pewnie jak nic im się nie przytrafi to na obiad powinni już być w mieście.

---


No to w końcu wyjechali z tego gościnnego, ufortyfikowanego motelu. Tym razem na szczęście nic nikogo nie użarło bardziej niż zwykle. Bo oczywiście jakieś meszki i komary kąsały cały czas. Ale jak coś co wyglądało jak jakiś pająk czy skorpion albo wąż to na szczęście albo udało im się dostrzec w porę albo te czmychały w zielsko nie mając ochoty na starcie z dwunogami. Tyle tu było tego tałatajstwa, że łatwo było to przegapić traktując jak kolejną kępę trawy czy innego zielska. Tak samo ptaków i małp. Czy co to tam skrzczało i piszczało non stop z trzewi dżungli. Nawet co jakiś czas było widać jak przemyka pomiędzy drzewami. Raz czy dwa coś nastało im na szybę albo maskę. Ale mimo to jakoś Wrangler kierowany pewną ręką i nogą dość pewnie radził sobie z błotem, dziurami i kałużami na drogę. Teoretycznie wystarczyło jechać tą drogą kierując się na południe i na Miami. No ale dżungla i parę dekad huraganów, wichur, tropików, szabrownictwa i cholera wie czego jeszcze momentami ograniczały widoczność do samej drogi. A dawnych drogowskazów nie było albo były zdezelowane, zarośnięte czy przewalone. Czasem trzeba było lawirować między jakimiś gałęziami czy nawet drzewami jakie zwaliły się na drogę. Lub po prostu wymijać zardzewiałe wraki. Wraków stopniowo robiło się jakby więcej co dawało nadzieję, że zbliżają się do jakiegoś większego miasta. W końcu dojechali na kolejny most.





Ten był miejscami zarośnięty wręcz młodymi drzewkami o lianach, porostach, trawie i krzakach nie wspominając. Ale wyglądał dość solidnie no i pomiędzy wrakiem tam czy tu dało się przejechać. Właśnie przy końcu mostu jak już wydawało się, że przejadą wyszła jakaś sylwetka. I by zwrócić na siebie uwagę wystrzeliła w powietrze płosząc okoliczne małpy i ptaki.





- No to by sobie oszczędzić daremnych pogróżek! - kobieta o ciemno czerwonych włosach i w skórzanej kurtce nonszalancko złożyła shotguna na ramię za to w drugiej ręce uniosła niewielki przedmiot. Wyglądał trochę jak pilot do telewizora czy dzwi garażowych. Wcisnęła go. I gdzieś na środku mostu, za łazikiem, eksplodowało coś o sile ręcznego granatu. To znów wywołało kolejną falę paniki małp i ptactwa a na środku mostu wzbiła się niewielka chmura błota i dymu która opadała szybko.

- Mamy tego więcej! - dziewczyna wskazała detonatorem na coś po bokach Wranglera. Okna Jeepa były trochę zabłocone. Ale i tak było widać jakieś podłużne pojemniki. Niczym ręcznie robione bomby rurowe. Leżały rozłożone co kilkanaście kroków z każdej strony mostu. Jak to były takie bomby jak to coś co wybuchło na środku mostu to nie było szans by Wrangler i jego załoga nie znaleźli się w strefie rażenia.

- Więc załatwmy sprawę pokojowo! Zostawcie nam jakieś fanty! Powiedzmy taką paczkę fajek od głowy! I możecie spokojnie jechać dalej! Chyba nie chcecie dać się rozwalić za paczkę fajek co?! - zażądała napastniczka trzymająca detonator w drugim ręku. W pierwszej miała shotgun chociaż sądząc z dość luźnej pozy nie zamierzała go chyba użyć w tej chwili stawiając głównie na ten detonator. Była z pięć, może sześć długości samochodu przed maską i stała o krok od wraku zza jakiego wyszła. Możliwe, że tam już eksplozje by nie sięgały. W krzakach obok mostu był jeszcze jeden z jakąś bronią długą. Pewnie dał się zauważyć by nie było, że ta z detonatorem jest tu sama.

- Za nami też są. - mruknął cicho Texas Ranger zerkając przez tylną szybę. Rzeczywiście był tam jeden czy dwóch. Na przeciwległym brzegu mostu przez jaki już przejechali. Z dobrą setkę kroków za rufą Wranglera. Melody zaś skojarzyła skąd zna twarz tej z detonatorem przed nimi. To była Czerwona Bridget. Szefowa szajki bandziorów. Za jej głowę można było dostać w mieście 400 gambli u pana Woodsa w Miami. A za głowę każdego z jej bandytów po 100 gambli. Była poszukiwana za podpalenia i wysadzenia. Tak przynajmniej pisało na liście gończym jaki wczoraj dojrzała w “Tom & Jerry”.

---


Mecha 02:

żar tropików: Rita: Kostnica 2 > nic
żar tropików: Melody: Kostnica 4 > nic
żar tropików: Tamiel: Kostnica 7 > nic
żar tropików: Jamies: Kostnica 11 > nic
żar tropików: Dwight: Kostnica 18 > nic
żar tropików: Hardy: Kostnica 15 > nic

kojarzenie napastniczki: Rita: Kostnica 11 por > 16 por
kojarzenie napastniczki: Melody: Kostnica 6 suk
kojarzenie napastniczki: Tamiel: Kostnica 10 por
kojarzenie napastniczki: Jamies: Kostnica 13 por
kojarzenie napastniczki: Dwight: Kostnica 13 por > 19 por
 
__________________
MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
Stary 11-10-2020, 00:21   #9
 
Umai's Avatar
 
Nocne odkażanie wewnętrzne: MG + Umai

Czas: 2051.03.01; środa; noc
Miejsce: motel “Tom & Jerry”; bar
Gorący, duszny klimat miał masę minusów. Jednym z najważniejszych było nieustanne tracenie wody, którą należało uzupełnić. Im później się robiło tym temperatura tropików spadała, teoretycznie oczywiście. I z pewnością nie u Toma&Jerry’ego. Tam mimo coraz późniejszej pory nie dało się zaznać chłodu gdy pląsające na parkiecie ciała wydzielały cztery razy więcej ciepła niż w normalnej sytuacji przez co należało uzupełniać stracone przy zwiększonej regulacji ciepłoty ciała.
Bary miały też tę cechę charakterystyczną, że taniej w nich było kupić alkohol niż herbatę, czy kawę. Bimber łatwiej pędzić niż sprowadzać i skupować od przepatrywaczy starodawne puszki… poza tym kolorowe drinki bardziej pasowało do Florydy, a tylko człowiek ograniczony nie korzysta w podróży z możliwości poznania nieznanych dotąd smaków, zapachów i produktów niedostępnych w domu. Tamiel korzystała z tej różnorodnej egzotyki, próbując coraz to nowych drinków, nie tylko zielonych. Piła coś słonecznie żółtego i kwaskowatego; potem różowego z miętą i tak gęstego że przypominało rozwodniony kisiel. Następnie padło na ciemno pomarańczowy drink w wysokiej szklance i tak słodki, że aż odkładał się cukrem w kostkach na podniebieniu. Czas mijał, Quirke nie potrafiła przestać smakować bajecznie kolorowych napojów, po czwartym zapominając o zawartości alkoholu. Kolory zaczęły się mieszać, smaki też, ale lekarce to nie przeszkadzało. Siedziała przy barze chwiejąc się coraz mocniej, ale gdy już miała odejść, jej znajoma kelnerka postawiła przed nią coś, co na dole było czerwone, na górze jasnozłote i jeszcze miało powtykane plasterki pomarańczy.
-... tak, przez pryzmat - trochę bełkocząc blondynka tłumaczyła nowej znajomej zagadnienie załamywania się światła. Na barze, w pewny oddaleniu co prawda, stała ciekawa szklanka. Idealnie klarowna zawartość pełna kostek lodu i jeszcze szafirowobłekitna. Tamiel stoczyła się ze stołka i wzięła ją w dłoń, wracając do barmanki. Siorbnęła i aż się wzdrygnęła. Nie umiała nazwać smaku prócz “cierpko-gorzko-słodki” i diabelnie mocny. Odstawiła go obok siebie, bo kolor był naprawdę śliczny. Ustawiła dłonie w piramidkę przed twarzą - Taka bryła z materiału przezroczystego o co najmniej dwóch ścianach płaskich nachylonych do siebie pod kątem oooo tak-kim - czknęła i zapiła drinkiem. Tym razem prawie czarnym - Używany jest w optyce do zmiany kierunku biegu fal świetlnych, a poprzez to, że zmiana kierunku zależy od długości fali, jest używany do analizy widmowej światła… no świecisz latarką tu - nosem dźgnęła wierzch lewej dłoni, a potem brodą dotknęła wierzchu prawej - A z tej strony wychodzi tęcza… jak za jednorożcem. Macie tu jednorożce? A-albo tęczowe drinki? - czknęła po raz drugi i zaniosła się śmiechem.

- Jednoroszce? - jej nowa koleżanka co się okazała tak miła i sympatyczna jak i muzykalna i roztańczona. No a teraz mocno koncentrowała wzrok. Na twarzy blond rozmówczyni, na jej dłoniach składających się w piramidkę, na szklance no i w ogóle. Chyba próbowała się skupić na tym co jej ta nowa blond koleżanka tak zawzięcie tłumaczy. I wreszcie coś chyba do niej dotarło.

- Aaa! Ci chodzi o tęczę! Noo… Pewnie, że mamy tęcze… Ale cholera nie mów, że chcesz teraz tęcze… - kelnerka, barmanka, tancerka a teraz i całkiem miła koleżanka do przygotowywania i próbowania tych różnorakich drinków nieco zacisnęła usta i zmarszczyła brwi jakby nie do końca była pewna czy rozmawiają o tym samym.

- A masz pryzmat Jasmin? - Tamiel wzięła szklankę i wypiła niebieskiego drinka. Zatrzęsło nią, skrzywiła się i przepiła tym dwukolorowym - A-albo… konie z rogami - czknęła wesoło i znowu złożyła ręce jak do modlitwy - Promień, przechodząc przez pryzmat, uleha najmniejszemu odchyleniu, hdy kąt padania promienia na pryzmat jest rófny kątowi wyjścia promienia z pryzmatu… - bełkotała z nieobecną miną, zamiast swoich rąk widząc trójkątną bryłę z przezroczystego szkła - Polejesz nam coś? Coś kolohowego… - zmarszczyła brwi - Ej, czeho jeszcze nie piłyśmy?

- Nie, nie…
- Jasmin pokręciła i głową i ręką dając znać, że chyba jednak nie mówią o tym samym. Ale, że też już zdradzała oznaki nie przejmowania się detalami otaczającej rzeczywistości to zaczynała mieć problemy z wysławianiem się. Chociaż to chyba w tej chwili żadnej z nich nie przeszkadzało.

- Ej no weź… Za kogo ty mnie bierzesz co? - kelnerka popatrzyła na klientkę co miała zadatki by być jej ulubioną klientką tego wieczoru. No ale popatrzyła jakby ta ją czymś niechcący uraziła.

- My tu mamy… - Jasmin odwróciła się w stronę baru jakby chciała wskazać coś konkretnego. Ale dłoń i palec a nawet wzrok skakał jej trochę chaotycznie po tych wszystkich półkach zapełnionych różnokolorowym szkłem od jakiego można było dostać oczopląsu. - Noo… mamy… - zacisnęła usta gdy chyba próbowała się skoncentrować na tym co właściwie tu mają. - Cholera… dużo tego mamy… - westchnęła trochę z rozczarowaniem jakby miała kłopot odnaleźć i wskazać to co pierwotnie zamierzała.

- No nic… Trzeba to zrobić od początku. - sapnęła dopijając swoją szklankę a w końcu chyba zaczęła się zbierać aby powstać z barmańskiego stołka i ruszyć do swojej roboty co sobie właśnie uwidziała.

- Oooch... - Quirke zatoczyła się na stołku w lewo i wpadła na innego gościa baru. Wybełkotała przeprosiny, łapiąc szklankę z czymś co od góry było niebieskie, trochę niżej zielone i przejrzyste. Jeszcze niżej napój zmieniał się na mleczno pomarańczowy i kończył znowu szklistym, czerwonym akcentem.
- Wooow… tęcza! Znalahsłam! - ucieszona siorbnęła tęczy, mrucząc przy tym z zadowolenia - Jakhie dobhe! Zrób mi takie Jas!

- Takie? No dobra.
- Jasmin wreszcie skoncentrowała uwagę wystarczająco by chociaż w ten krytyczny moment zogniskować go w tym krytycznym punkcie. Potem nabrała wdech i wstała ruszając na podbój półek i regałów. Zaczęła od szczupłej szklanki po czym sięgała po kolejne butelki dolewając z nich po trochu do środka. Jakoś tak się jej udawało, że jeden kolor zalegał na dnie, na nim kolejny i znów kolejny. Trochę się ze sobą mieszały ale jednak nie do końca. A może to już w oczach się tak mieszało. No ale jeśli nawet to jak kolorowo! No i jeszcze na koniec kelnerka dorzuciła na górę kawałki lodu i wreszcie postawiła przez blondynką gotowego drinka.

- No! I tu masz naszą tęczę. Mófiłam si, że mamy. - zaprezentowała z dumą przedstawione naczynie a sama przysunęła sobie swoje. Widocznie nabrała sił dzięki tej służbowej aktywności bo roześmiała się dumnie i promiennie.

- Mhmm - potwierdzenie lekarki zlało się z odgłosem siorbania i przełykania. Wydoiła do końca co trzymała w ręku, a jak skończyła, wzięła nową porcję.
- A Danny? - Prawie trafiła w szklankę za pierwszym razem, przy trzecim podniosła napój, wylewając tylko górną warstwę. Parę kostek lodu wypadło jej na ubranie i jakieś nogi z boku, ale lekarka skupiła się na tym żeby samej nie polecieć na podłogę… a to już była prawdziwa operacja kryzysowa.

- Ojej… Trochę si się ulało… - Jasmine nieco skrzywiła się jakby się zmartwiła jak się koleżanka ubrudziła tym ostatnim drinkiem. Wzięła głębszy oddech i przetrzymała go jakby zastanawiała się co z tym fantem zrobić. W końcu widocznie wymyśliła. Rozejrzała się po barze i sięgnęła po jakąś ścierkę.

- Chodź, wytrę cię… - machnęła do niej przyzywająco chociaż siedziały na tyle blisko, że blondyna nigdzie nie musiała iść aby być w zasięgu dłoni barmanki. Więc ta dzielnie próbowała z niej zetrzeć alkoholową wilgoć ze swojej ulubionej klientki.

- Zepsuł-ułam - czknięcie wyszło niebezpieczne, Quirke ostatnie łyki podjechały do gardła. Na szczęście tam zostały. Widziała rozmazane ręce Jasmin i swoje własne macające po poplamionym przodzie kiecki razem ze ścierką. Świat medyczce wirował niebezpiecznie, kiwała się na stołu, jednak coś do niej docierało. Wspomnienie kostek lodu lecących gdzieś w bok na czyjeś nogi. Odwróciła tam głowę, mrużąc oczy i ogniskując wzrok na sylwetce po lewo. Opuściła ramię, przebijając dłonią gęste, rwące nurty powietrza aż dotknęła czegoś mokrego, materiałowego. Czegoś co ugniatało się pod jej palcami.

- Eee… Co ty robisz? - usłyszała gdzieś obok swojego ucha. Zupełnie jakoś tak zdziwionym tonem. Chyba ten koleś co właśnie próbowała go wyratować z tej kostki lodu i reszty z drinka co tam jej wpadła.

- Noo weeźź Tam… Nie ruszaj się… - Jasmin też dołożyła swoje. Bo jak pani doktor przekierowała swój front w bok to i jej utrudniło jej zadanie. Aż w pewnym momencie podwinęła trochę dekolt jej sukienki i znieruchomiała. - Jak coś czujesz mokrego między piersiami… I zimnego… To na pewno nie moje palce… - powiedziała z pełną powagą jakby właśnie dojrzała tam co to tam mogło być dzięki puszczeniu żurawia za ten dekolt.

- O faktycznie… - uwaga nieco wstawionej kelnerki zaciekawiła sąsiada na tyle, że trochę się uspokoił i też tam zajrzał na ile dał radę ze swojego miejsca. No i potwierdził słowa kelnerki.

Nieprzyjemnie chłodne uczucie zwróciło uwagę blondynki, próbowała coś powiedzieć ale wyszło następne czknięcie. Była lekarzem, powinna sama radzić sobie z przeciwnościami losu i nagłymi zwrotami sytuacji. Dlatego sama chciała problem usunąć, jak usuwa się cystę, albo stare szwy. W tym celu odchyliła się do tyłu i wtedy zadziałały zdradzieckie promile. Świat dookoła przyspieszył, a dziewczyna znalazła się na rozpędzonej karuzeli. Tylko takiej ciągnącej ją do tyłu jakby była workiem owsa zrzucanym z dachu stodoły.

Świat przyśpieszył, zawirował, coś łupnęło i jakoś znowu się wszystko zakręciło. Ale jakoś po chwili się zaczęło prostować. Coś zaczynało się prostować. Leżała na podłodze. Doszła do takiego wniosku bo jak patrzyła przed siebie to to płaskie coś to chyba był sufit. No i były tam lampy i w ogóle. Więc chyba sufit. No i jakiś facet się nad nią pochylał. Chyba ten co siedział obok i ją w ostatniej chwili próbował złapać. Nie do końca była pewna czy mu się udało. Wreszcie zobaczyła nad sobą twarz Jasmin.

- Żyjesz? Cała jesteś? - zapytała nieco przejęta nawet chyba zaniepokojona. Chyba pochylali się nad nią oboje. - Ojej jakbym wiedziała to bym ci to sama wyjęła! - jęknęła kelnerka mając chyba sobie za złe, że nie interweniowała wcześniej.
- O! I już wyjęte! - leżąca na podłodze blondynka faktycznie trochę widziała a trochę czuła jak dłoń kelnerki sięga w jej dekolt i coś tam gmera by zaraz potem pokazać przed jej twarzą tą mokrą i trochę już nadtopioną kostkę.

- Może czas już do łóżka co? - zaproponowała Jasmin patrząc taką miną jakby uznawała to za dobry pomysł.

- Nie chce… albo chce… hdzie jednohożec? Miał być… chyba tak? Phantahstyszny… - lekarka bełkotała, próbując usiąść i się rozejrzeć po sali - Hdzie mój dhink? Thenczowy.

- Twój drink. No to… -
Jasmine z zakłopotaniem spojrzała na już siedzącą koleżankę która na szczęście nie zdradzała żadnych przykrych oznak upadku. Ale popatrzyła na przewróconą szklankę jaka została na barze, ściekające krople i strugi z tego baru no i mokrą plamę na froncie sukienki blondynki.

- To ja ją zaniosę a ty zrobisz jeszcze jednego? - facet który ją obejmował ogarnął na szczęście rozwiązanie satysfakcjonujące obie strony.

- Dobra. - barmanka nie bardzo miała chyba ochotę na dłuższe dyskusje więc skinęła głową i poklepała dłoń blondynki. - Nie bój się, przyniosę si do łóżka tego drinka. Chcesz? - trochę ni to zapytała ni to zaproponowała patrząc na siedzącą Tamiel.

Tamiel kiwnęła głową na potwierdzenie. Napiłaby się, naprawdę pysznie wyglądał i jeszcze lepiej smakował. W domu zwykle nie piła, a jak już to whisky. Wszyscy w Teksasie pili whisky.
- Danny? - spytała po długiej chwili dochodzenia czyj jest tajemniczy męski głos obok. Zmarszczyła czoło i zmrużyła oczy, aby się skoncentrować. W chaosie kolorowych plam i dwojącego się obrazu wreszcie rozpoznała nie tylko głos ale i twarz. Tuż obok, choć chyba siedzieli…
- Gsie… byłeś? - spytała z wyrzutem, żeby po chwili czknąć, przekręcić oczami po sali i zapatrzyć gdzieś w tłum, a potem znowu przypadkiem natknąć się na znajomą twarz obok.
- Danny! - pisnęła na ten widok, zarzucając mu ramiona na szyję. Jedną pięścią chyba trafiła go w policzek bo dłoń ją zabolała, jednak manewr w końcu wyszedł - Widziałeś? Mhają… thenczę! A jaka dobha, hic!, kolorowa i… i czemu podhłoga? - zamrugała. Chyba coś jej uciekło. - Chcesz… dhninka?

- Mhm.
- Grim mruknął twierdząco. Chociaż nie do końca była pewna do której części tego co mówiła. Potem poczuła jak gdzieś idą. I wychodzą na wieczór bo było chłodniej i powiew. No i nocne niebo. Właściwie to chyba ją niósł. I jakoś znów tak jak otworzyła w oczy to ujrzała nad sobą twarz Jasmine.

- O… Obusiłam cię? No ale mash dhinka. Hcesz spać w mokhym? - kelnerka była na krawędzi łóżka. Bo chyba byli w pokoju. I wskazała na tego kolorowego, tęczowego drinka co widocznie właśnie przyniosła i postawiła na nocną szafkę przy łóżku. A na koniec wskazała na mokrą plamę na sukience blondynki.

Kręcenie głową odpadało. Nie gdy lekki ruch powodował kołatanie i zabierał lekarkę na karuzelę. Chciało się jej wymiotować, oddychała ciężko, a widok drinka wprawił ją w smutny nastrój.
- Hestem… pihana…- wybełkotała, na ślepo i bez wstawania próbując ściągnąć z siebie ubranie. - I mokhra…

- Ojej… Poczehaj pomohę ci.
- kelnerka zarówno zmartwił się tym oświadczeniem jak i z miejsca zaoferowała swoją pomoc. Nieco uniosła się i jakoś tak złapała tam i tu a Tamiel jeszcze gdzie indziej aż wszystko nagle zawirowało, blondynka musiała poddać się zabiegom koleżanki ale ostatecznie udało się. Mokra kiecka wylądowała gdzieś obok uwalniając swoją właścicielkę od tego mokrego ciężaru na piersi.

- O, to tehas się pousz… No ja mosze też się na troszkę połoszę… Chyba się thoszkę zhobiłam… - Jasmine wydawała się być zadowolona z tych efektów współpracy, położyła Tamiel do łóżka, nakryła ją kocem i gdy właściwie już wszystko było gotowe do odejścia to chyba troszkę też jej zabrakło sił bo zrobiła ruch jakby chciała wstać ale siła ciążenia jakby ją dopadła więc opadła z powrotem na łóżko. I ostatecznie położyła się obok blondynki chociaż nie przykrywała się kocem jakby zaraz miała znów wstać. Sztuczka jednak nie wyszła i nie minęło wiele czasu gdy na jednym łóżku zaległy dwa sztywne od alkoholu ciała.
 

Ostatnio edytowane przez Umai : 14-10-2020 o 04:26.
Umai jest offline  
Stary 13-10-2020, 23:23   #10
 
Witch Slap's Avatar
 
Miami Sunrise - Rita&Melody

Czas: 2051.03.02; czw; poranek
Miejsce: motel “Tom & Jerry”; pokój Rity
Ponoć dopiero z wiekiem człowiek uświadamiał sobie, że nie należy przechodzić przez wszystkie otwarte drzwi, ani dobijać się do tych zamkniętych, bo jeszcze pechowo po drugiej stronie znajdzie się ktoś, kogo za żadne gamble świata nie chciałoby się widzieć. Lane znała tę zasadę, tak jak wiele innych zasad, niestety również tę, że nie zawsze robiło się to, na co była ochota. Stała więc z samego rana, w dusznym i parnym powietrzu, synchronicznie i bez pośpiechu dobijając się do drzwi pokoju zajmowanego przez Ritę. Podobno, tak Federatka zapamięta, tylko czy pamięć nie była zawodna?

Złodziejka przedwojennych artefaktów nieśpiesznie podniosła się z łóżka. Z powodu nadużycia alkoholu i plądrowania cudzych pokojów oraz kieszeni, nie miała szansy na długi i spokojny sen. Odkuła się jednak w gamblach za rachunek i wszelkie zaznane na miejscu przyjemności.
Pukanie do drzwi musiało niewątpliwie oznaczać, że niedługo pora wyjazdu, ponieważ brunetka nie wierzyła by ktokolwiek namierzył ją jako winną drobnych materialnych ubytków. Wbrew samopoczuciu nie potrzebowała wiele czasu by się ubrać i podejść do drzwi. Przekręciła zamek i uchyliła je, dostrzegając sylwetkę Melody. Zdecydowanie wolałaby być obudzona przez któregoś z przystojniaków, niż niepokojącą mieszkankę Appalachów. Lane miała wzrok jakby przyszła się z nią rozprawić, ale Rita na szczęście zdążyła się już do niej przyzwyczaić i wiedziała, że to jej naturalny wyraz twarzy.
— Ach, czyli zaraz ruszamy? — zapytała — Jestem w zasadzie gotowa. A co z resztą? Chyba nie czekają wyłącznie na mnie?

- Witaj Rito. Piękny poranek nie sądzisz?
- bladolica przywitała się wpierw, prawie niezauważalnie kiwając głową jak nakazywało dobre wychowanie, bądź sztywniackie normy tresury za młodu. Ubrana w nieodłączny grobowy uniform czaiła się za progiem jak śmierć. Brakowało tylko kosy.
- Jeszcze czas, nie musisz się obawiać. Nie zaspałaś - chwila przerwy na oddech i rzucenie wcale nie ukrywanego spojrzenia szwendaczce za plecy, po których wątek ruszył dalej - Nie przeszkadzam. Pozwolisz że wejdę? - twarz Federatki przeciął cień uśmiechu. Zaspana Rita przypominała jej kogoś i były to dobre wspomnienia - Broń zostawiłam u siebie, chcę porozmawiać.

Stalkerka zmierzyła wzrokiem osobliwą towarzyszkę podróży. O czym ona niby mogła chcieć z nią porozmawiać na osobności? Chyba nie o wyborze trumny? I to, że zostawiła broń u siebie można było odebrać dwuznacznie. Bo skoro musiała ją o tym upewniać, to czy nie miało to wyrazu potencjalnej groźby? Że przyjście z kosą może kiedyś oznaczać chęć ataku?
— Spoko, właź — rzuciła brunetka otwierając drzwi na oścież i zostawiając Lane ich zamknięcie, podeszła do okna i uchyliła je szerzej. Pomieszczenie zdecydowanie potrzebowało więcej świeżego powietrza, chociaż na Florydzie otwieranie okna wpuszczało do środka więcej duchoty, wcale nie sprawiając, że pobyt wewnątrz stawał się bardziej komfortowy.
W następnej kolejności Rita walnęła się na nieogarniętym łóżku, czekając aż Melody do niej dołączy. Gdy to się stało, zapytała.
— No okej, ale dlaczego chciałaś do mnie wejść. Chcesz o czymś konkretnym porozmawiać?

Drzwi skrzypnęły, zachrobotał zamykany mechanizm zamka. Klamka chodziła ciężko, na miejscu właściciela Lane zainwestowałaby w odrobinę smaru, a najlepiej nowy skobel, bo ten wyraźnie rdzewiał w swoim wnętrzu. Nie drzwi jednak były celem wizyty kruczowłosej, a dziewczyna na łóżku, wpatrująca sie w nią z ostrożnością i uwagą. Melody potrafiła zrozumieć niechęć, wszak naszła stalkerkę w strefie pozornie należącej do tamtej i to z samego rana. Aby dać otoczeniu chwilę na oswojenie ze swoją obecnością, wymownie zwiedziła spojrzeniem pomieszczenie.
- Uroczo. Tak… ekhm, domowo - skomentowała, dochodząc do łóżka chociaż nie usiadła. - Nie zawracałabym ci głowy, gdyby chodziło o coś, o co mogę spytać przy reszcie - dodała i mimo kamiennej maski na twarzy po oczach dało się wyczytać uśmiech - Wydawało mi się, że na którymś z postojów wspominałaś o kimś stąd kogo znasz. To prawda?

— Domowo? Cóż, dla mnie dom wszędzie tam, gdzie usadzę chwilowo dupę. Nie musi być nawet pośród czterech ścian. Ale skoro tak mówisz… chociaż Federację Appalachów zapamiętałam inaczej —
stwierdziła niebieskooka sięgając nieco w dal pamięcią — Lecz wracając do twojego pytania, to tak. Słyszałam, że jeden znajomy geszefciarz sprowadził się podobno do Miami. Ale to mała płotka, czemu miałby ciebie interesować?

- Pamięć to okrutna dama, z którą wszyscy musimy nauczyć się tańczyć. Różni ludzie inaczej pamiętają różne rzeczy. Nie znajdziesz dwóch osób, które zapamiętałyby coś tak samo, nieważne, były tam czy nie. Choćbyście nawet stali obok siebie, równie dobrze moglibyście znaleźć się na różnych kontynentach. -
Melody uniosła odrobinę brwi i opuściła je zaraz potem. Dobre, racjonalne, zdroworozsądkowe i realistyczne podejście do życia popierała z całego serca, nie przyszła jednak prowadzić filozoficznych dywagacji. Chociaż we własnej pamięci zanotowała obecność Rity w Appalachach.
- Płotka czy duża ryba, jest stąd - powiedziała, cmokając niechętnie. - Dobrze, nie stąd. Kręci się po okolicy, zna tu parę kątów. Siedzi w mieście dłużej niż tydzień. Szukam kogoś, nie jego oczywiście - tym razem kącik ust skrzywił się Federatce ku dołowi - Ale jeśli ma oczy otwarte mógł mój cel widzieć. Choćby przelotem na ulicy. Znasz go, odpada konieczność wcześniejszej… myślisz, że w pierwszym odruchu puści cię kantem? - spytała, siadając wreszcie przy Ricie i złożyła dłonie na podołku, sztywno prostując plecy.

— Nie wiem co zrobi, zależy co mu się bardziej opłaci — skonstatowała ze szczerością rangerka — Ten łach sprzedałby własną matkę za setkę gambli. Tyle się znamy, co dobiliśmy paru interesów, żaden przyjaciel ani nawet kumpel. Ale w Miami chyba nie mam z nikim kosy, bo nigdy tam nie byłam, więc raczej nikomu nas nie wyda. A gość jest na tyle śliski i obrotny, że mógł coś słyszeć o twoim celu. A jeśli nie, to powinien być w stanie czegoś się dowiedzieć na dniach. Zatem jak bardzo ci zależy, to możemy do niego zawitać przy okazji. Tylko wtedy noża nie zapomnij — zażartowała i mrugnęła zawadiacko okiem.

- Na tę okazję wezmę ze sobą miecz - Federatka wyglądała na zadowoloną, przez ułamek sekundy pełnoprawnie się uśmiechnęła, zanim nie wróciła do ekspresji zwłok w stadium stężenia pośmiertnego. - A ciebie zapraszam na śniadanie, ja stawiam. Prawdziwa dama nie pije przed pierwszym posiłkiem - ściągnęła usta - Miejmy go więc za sobą. Przyda się znieczulić przed podróżą… - nabrała powietrza po czym wypuściła je powoli - Aby przypadkiem nie oskubać żadnego gołąbka za nadmiar ćwierkania.

Ujrzenie choćby cienia emocji na twarzy “Zjawy” było niespotykanym zdarzeniem, lepkopalca odebrała to jako oznakę dobrego humoru interlokutorki. Skinęła twierdząco głową Melody.
Skoro stawiasz, to nie wypada odmówić. Zwłaszcza komuś z wyższych sfer — ostatnie zdanie zaakcentowała krótkim i nieco suchym śmiechem — Po kielichu robactwo i żar jakoś mniej doskwierają... Ale! Pewnie reszta już się stołuje, więc chodźmy, by nie wyżarli nam najlepszych rzeczy z kuchni! - Pomysł padł na podatny grunt i nie minęło wiele czasu, gdy obie kobiety opuściły duszny pokój, wychodząc na parne podwórko.
 
__________________
'- Moi idole to Kylo Ren i Ojciec Dyrektor.'

Ostatnio edytowane przez Alex Tyler : 03-10-2021 o 18:03. Powód: zamiana szatynki na brunetkę :P
Witch Slap jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:13.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168