Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 05-06-2011, 22:37   #1
 
majk's Avatar
 
Reputacja: 34 majk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodze
Cool [CP2020] Schody do nieba






Hotel Black Lotus przy rogu Czwartej i Cresecent. Typowy średniak narzucający się przechodniom różowobłękitnym, pionowym neonem. Raczej stabilna okolica, w końcu do centrum jest stąd rzut kamieniem. Kilkoro przechodniów, zgraja umorusanych dzieciaków bawiąca się kawałkiem złomu. Co jakiś czas aerocop leniwie patroluje okolicę. 'Najciemniej pod latarnią..'
Grube krople deszczu rozbijały się o szybę hotelowego okna na trzecim piętrze. Jane stojąc przy rolecie z ukosa obserwowała ulicę na zewnątrz- przystanek autobusowy, furgonetkę pod chińską pralnią, postój taksówek, szaraków na chodniku. Za jej plecami przy dwóch rozłożonych komputerach tłoczyli się trzej mężczyźni, w tym netrunner, który poniekąd płacił za jej czas tego wieczoru- Vinnie. Dwaj azjaci, którzy sprzedawali mu materiał pocili się jak dziwki w kościele śledząc pasek progresu kopiowania, chodzili w tę i z powrotem do łazienki. Czasem wymienili opinie w swoim języku, chyba koreańskim. Vinnie -wyluzowany jak zwykle- siedział rozparty na lateksowej, białej sofie paląc papierosa- noga na nodze, szklanka brandy w łapie i przymrużone oczy za pomarańczowymi szkłami okularów w grubych, czarnych oprawkach. Czasami tylko spoglądał na Jane przy oknie, to na zegarek podskórny. Spire miał nosa- techy mieli na dyskach łakocie z samego brzucha jednego z molochów farmaceutycznych, a te zawsze płacą za swoje zgubione zabawki. 'Ukończono kopiowanie... Szyfrowanie trwa...' Jeszcze kilka chwil i chmury kredytów skumulują się w forsodajny deszcz, dokładnie nad nimi. Nad Spire'em- fixerem, który to wszystko nagrał, Vinnie'm- jego odległym kuzynie-runnerze, Jane- znajomą soloską.., a to jeszcze nie wszyscy chętni na orzeźwiający, gotówkowy prysznic.

***

Charakterystyczny syk lecącej rakiety typu ziemia-ziemia i szara, spiralna smuga jaką torpeda zostawia za sobą w powietrzu. Huk eksplozji. Wybuch rozdarł ścianę budynku hotelu Lotos wypruwając z jego wnętrza porozrywane na strzępy, płonące graty, które jeszcze chwile temu można było nazwać meblami, drzwiami, elementami konstrukcji budynku. Pisk przerażonych świadków, panika. Kolejne graty rozbijały się o ulicę i gasły z sykiem w rzęsistym deszczu. Klank przesuwającego się bębna wyrzutni rakiet, metaliczny stuk zdradzający, że kolejna jest już w komorze. Masywny metalowy bucior na zrujnowanym szyldzie reklamowym biura turystycznego leżącym niczym zerwany plakat na asfalcie. Wielka giwera w rękach kolosa podnosi się kierując wylot rakietnicy w budynek hotelu, znowu. Pod jego stopami grubą czcionką slogan biura podróży...

Set course for adventure!

Zapp
Rzęsisty deszcz bombarduje blachy furgonetki, waszego posterunku na ten wieczór. Siedzisz na pace pomiędzy szafami sprzętu i monitorów kontrolując okolicę, a jednocześnie prowadzisz nasłuch na słuchawkach. Na drugim końcu połączenia Jane oddycha spokojnie. Puk! Puk!..
Otwierasz drzwi, a do środka wdziera się znajomy mulat o tlenionych, krótkich włosach, z wymodelowanym zarostem i w przemoczonej różowej koszulce z napisem "I <3 banana's".

-Cholerne oberwanie chmury, mamy tu jakieś szmaty? Co na pięterku.., kończą? -wysapał kładąc chińszczyznę i dwie duże kawy na blacie.

Urządzenia przed Twoimi oczyma zapiszczały alarmując o pocisku, ale było zbyt późno na ostrzeżenia- wybuch rozpieprzył hotel. Zbyt blisko okna pokoju w którym była Jane i Vinnie, by był to przypadek. Ostatecznie więc ten wieczór nie będzie tak nudny jak się zapowiadał.

Scar
Wyszedłeś z 'Pi Massage Parlor' w ponurym nastroju, obojętny na trwającą ulewę- kierując się do auta. Zazwyczaj Panna Pi, właścicielka, która tylko przy okazji była Twoją dobrą znajomą, dostarczała Ci więcej powodów do radości. Zazwyczaj chciwie strzegący swoich spraw zawodowych biznessmani i menadżerzy, dyrektorzy i prezesi- wszyscy, którzy mają coś do ukrycia pod wprawnymi rękoma dziewcząt Pi skraplali się w lepką gotówkę. Po paru wizytach, a zawsze wracają, na stole dziewczyny mają miękką breję kupującą im pierdółki za masaż z happy endem. Wtedy, z endem, są szczególnie wylewni. Cały salon jest odrutowany jak dom wielkiego brata, a wszystko spływa do Pi, która filtruje i dystrybuje informacje. Dziś jednak- nic z tego. Może Lukrecja...
Wsiadłeś do samochodu z nieodpartym uczuciem, że coś jest 'nie tak'. Krótka chwila wystarczyła, by wyłuszczyć wóz transmisyjny stojący pod pralnią, przed Tobą. Dwie kawy i dwa obiady dostarczone do auta zdradziły szpicli. Czego słuchają? Po lewej przez szybę widzisz grupkę boosterów wbijających się do budynku drogą pożarową- 'Black Lotus' błyszczy błękitnym neonem nad ulicą odbijając się w kałużach. Dokładnie pod szyldem znajoma gęba Clad'a i jeszcze jednego najmusa, wchodzą frontem, coś im sterczy spod płaszcza. Clad Farnstrom- nieudany solo, który mimo potwornego pecha nie poddaje się próbójąc ugrać swoje w Night, możliwie cudzym kosztem, wielokrotnie karany. O ile pamięć Cię nie myli obecna nagroda za jego tyłek to dwa tysie, oczywiście jeśli na komisariat trafi żywy- martwy wart jest -60%.
Eksplozja rozpruła Lotus Hotel na wysokości czwartego piętra przerywając rachowanie zysku za Clad'a- sygnał do startu tej imprezy, a okazja czyni tak złodzieja jak i tych złodziei łapiących.
 

Ostatnio edytowane przez majk : 17-06-2011 o 13:38.
majk jest offline  
Stary 07-06-2011, 00:30   #2
 
Plomiennoluski's Avatar
 
Reputacja: 15797 Plomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputację
- No i chuj bombki strzelił, sprawdź co z nimi na górze, ja się zajmę wyrzutnią. - Zapp wypruł zza swoich zabawek sprawdzić naocznie co za palant wyskoczył z wyrzutnią w środku tej strefy, to musiał być ktoś nasłany przez korpy. Charlie w tym czasie zgodnie z poleceniem chwycił ingrama i ruszył w stronę Lotus z "mam nadzieję, że wiesz co robisz" na ustach. Strzelającym rakietami okazał się cyborg, dużego formatu i kalibru, pasujący raczej do działań militarnych na froncie niż biegania po ulicach Night stał kilkadziesiąt metrów od Lotus szykując drugą salwę.

Cztery lata spokoju minęły, trzeba było znowu zacząć się babrać i to jeszcze jak, gdyby mieli taki sprzęt za jego czasów na ulicach, to poprosiłby o działko laserowe i po sprawie. Teraz mógł sobie pozwolić najwyżej na milisekundę taplania się w żałości zanim zrzucił z siebie ogrodniczki które nosił, i buty. Już po tym jak mulat wypruł z furgonetki, odpalił kamuflaż, pewnie że będzie go i tak widać w ruchu jako przezroczystą rozmazaną plamę, ale przynajmniej miał szansę na dobiegnięcie do borga. Zakłócacze elektroniki aż rwały się do działania, ich też nie używał już ładny kawałek czasu. *- Kurwa, żeby wsparcie zajmowało się eliminacją ciężkiego sprzętu, zapowiada się niezły tydzień.* Najpierw musiał odciąć komunikację satelitarną, potem miał już więcej opcji, mógł go spróbować załatwić tazerem po głowie, jeśli będzie ekranowany, podpiąć się pod jego interfejs i ręcznie rozłączyć całą cybernetykę, ale aż takim samobójcą jeszcze nie był. Mógł też zwyczajnie wyciągnąć kapitana planetę z kabury i strzelić borgowi w tył opancerzonej czachy modląc się że przebije tytan zanim odrzut wyrwie jego ramiona, tylko że Sanders chciał wiedzieć skąd jest ten borg. Na jego wewnętrznym wyświetlaczu przewijały się informacje na temat rozpoznawalnych z miejsca opcji i luk w pancerzu. Nabierał prędkości, lekko pochylony, w pełnym sprincie na jaki pozwalało jego ciało. *- Bądź żółtodziobem kociaku.* - Modlił się w myślach do maszyny.

Niestety nie wyglądał na nic takiego - ponad dwumetrowy latynoski mięśniak w opancerzonych, wspomaganych hydrauliką nogach typu Minos, w obcisłym tanktopie koloru 'navy green' i bazaltowych, leciutkich i kurewsko twardych naramiennikach DarkKnight. Zamiast lewej ręki do samego ramienia przerobiony na ciężką piechotę, wyposażony w rocket launcher'a, broń maszynową i bojową piłę pod spodem. Sama giwera musiała ważyć ze sto kilo. Dumny właściciel wąsów i dwóch długich blizn w poprzek gęby, idealnie pionowo przez oczy. Dwójka okrągłych obudów optyki z metalowymi mini-roletami kontrolowanymi mięśniami powiek, przylizane dużą ilością brylantyny kruczoczarne włosy. Na ramieniu dziwna wieżyczka. Wystrzelił drugą torpedę nim zauważył nadbiegającego mechanika, a ta z sykiem pomknęła w Black Lotus zwiastując remont. Dojrzał w końcu Zapp'a - mimo termokamuflażu i prób tłumienia sygnału - na tle taksówki, gdy ten próbował obejść cyborga dookoła. Jego reakcja- szczerozłoty uśmiech i szarża wprost na mechanika. Za plecami technika była tylko buda z żarciem na wynos, obok postój taksówek.

Cała technika i sprzęt jakim był napakowany Zapp był generalnie nastawiony na nieco cichsze akcje. Zakłócacz elektroniki musiał mocno zdziwić taksówkarzy, na ta odległość mógł tez nieco skopać naprowadzanie borga. Ktokolwiek tu wrzucił zawszonego hiszpańca, jeszcze pozwalając mu się śmiać, chyba nie wiedział jaki stosunek miał Sanders to zmilitaryzowanych Latynosów. Szpica tazera pomknęła w kierunku mięśniaka, wyprzedzając Zappa o zaledwie 6 metrów, głodna jakiegoś złamasa, którego mogłaby popieścić wysokim napięciem.
Tazer dziabnął go w klatę zakłócając szarżę złotozębnego. Z łatwością dało radę zejść mu z drogi. Wpadł w ścianę taksówek jak przystało na hiszpańskiego byka- zaczynał wstawać lekko wkurwiony...
Jak to dobrze ze Zapp był zapobiegliwym człowiekiem. Rzucił się na plecy Latynosa i poprawił ręcznym tazerem, celując w kark, pewnie starczyłoby gdziekolwiek, ale chciał zobaczyć jak ten skurwiel zaczyna drgawki i zwarcie pełnego kalibru.

Wszystko byłoby pięknie gdyby zamiast porazić wstającego, nie poraziło mechanika. Było to raczej ukłucie, na dłoni wykwitł mały luk dziurek. Na ramieniu jednak nie miał działka, a żywą, zcybernetyzowaną małpkę-kapucynkę. Łokieć Hiszpana był twardy jak skała- posłał Zapp'a kilka metrów w tył wytrącając ręczny taser z ręki. Byczek wsparł się ręko-giwerą o jedną z taksówek wgniatając maskę do środka i odwrócił się w stronę Sandersa. Ruszył wolnym krokiem przez wielką kałużę głaszcząc małpkę po główce, szepcząc czułe słówka i celując powoli podnoszącą się coraz wyżej lufą armaty.
Pozycja nie była ani wygodna, ani przyjemna, w dodatku lekko oszołomiony woltami mechanik, mógł tylko dziękować za edytor bólu, który wyciszył wszystko i tylko po cichutku w małym okienku obliczał procenty, było w miarę zielono, tazer zdążył się podładować na kolejny strzał, wiec Zapp przetoczył się szybko, odpalając kabel prosto w kałużę w której stal miłośnik zwierzaków. Druga ręka już sięgała po kapitana planetę, małą prywatną przeróbkę na właśnie takie sytuacje, trzymana w biodrze mini armata na cyberpsycholi. Właściwie to sam różnił się od psycholi tylko tym że się leczył, ale nie przejmował się tym za często.

Iskry poszły po całej kałuży, obejmując nogi przepakowanego rakieciarza. Przerażona kapucynka zeskoczyła z jego ramienia uciekając z małpim krzykiem gdzieś pod taksówki. Sam kolos napiął się jak struna otwierając szeroko oczy wbite w Zapp'a, niestety kolor skóry nie pozwalał mu się zarumienić.
-Ty skuuuurwyyy... - wydusił przez zaciśnięte zęby Latynos, tazer puścił, wielki brzydal padł z łoskotem na kolana. -..synuuu... - dodał jeszcze.
Jak ścięte drzewo padł w kałużę rozchlapując ją tak, że nie został w niej centymetr wody.
Sanders podniósł jeszcze tylko swój tazer i potraktował Latynosa po karku. - To za 98' szmato. - Ruszył biegiem na górę, miał przeczucia że ten leżący w resztkach kałuży robił tylko za wsparcie i Charlie mógł mieć małe problemy na górze.
 
__________________
Wzory światła i ciemności pośród pajęczyny z kości...

Ostatnio edytowane przez Plomiennoluski : 08-06-2011 o 02:13.
Plomiennoluski jest offline  
Stary 09-06-2011, 22:25   #3
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Wyszedłem z lokalu Pi z niemym “kurwa mać” wypisanym na twarzy. Panna Pi była jednak jedną z tych osób, które informacje miały zawsze, tylko nie zawsze - cokolwiek warte... Tym razem właśnie był taki raz. Wypiliśmy flaszkę malibu i pogadaliśmy o niczym, przy okazji oplotkowując kilku znajomych - niestety nie na tyle mocno, aby coś z tego było... Zastanawiałem się czy nie wykonać kilku telefonów i zobaczyć co się gdzie kręci, ale - chyba mi się nie chciało. Przez moment zastanawiałem się nawet nad wybraniem numeru Lukrecji, jednak... nie dzisiaj. Dzisiaj ogólnie nic mi się nie chciało i pewnie miałem na twarzy wyraz nieprzebranego tumiwisizmu...
Pieprzony deszcz w pieprzonym mieście robił swoje - podniosłem kołnierz kurtki doskonale zdając sobie sprawę, że i tak gówno to da. Kurwa. Dzień jak co dzień, noc jak co noc.


Spojrzałem na pusty plac przed budynkiem przybytku panny Pi i odwróciłem się na pięcie ginąc w zaułku. Kilkanaście metrów dalej, na jednej z głównych i nawet o tej porze i przy tej pogodzie pełnych ulic tego chinalandu wsiadłem do samochodu i z głośników łupnęło jakieś EBM.

Coś było nie tak. Odwróciłem się i moja powycierana skórzana kurtka zachrzęściła o skórzaną tapicerkę. Wokół nie działo się nic nadzwyczajnego. Deszcz, ludzie, furgonetka tajniaków. Przez moment zastanawiałem się czego słuchają i gdzie. Pytanie gdzie było dość oczywiste - Black Lotus był miejscem, które doskonale nadawało się na spotkanie i biorąc pod uwagę ustawienie wozu to właśnie tam odbywała się jakaś akcja. Omiotłem wzrokiem sam budynek hotelu, zaczynając od drzwi fronotowych. W wejściu do hotelu właśnie zniknął Clad... Że też, kurwa, nikt go jeszcze nie ustrzelił. Jednak wyglądało na to, że solos ze swoim kolegą mają tu coś do załatwienia i to coś grubszego, bo lufy długiej broni wystawały spod płaszcza. Wzrok omiótł cały budynek - po zejściu pożarowym - słabo ukrytym wśród neonów i migających reklam wchodziło kilku miśków. Ci też nie wyglądali na policję czy innych tajniaków. Coś grubego się działo w tym hotelu i może należałoby się zainteresować co można na tym ugrać... Kalkulację zysków i strat za głowę Farstoma przerwało donośne kaboom gdzieś na wysokości piątego piętra hotelu. Bardziej instynktownie niż z kierowany jakimiś myślami otworzyłem drzwi i wyturlałem się na zewnątrz. Po sekundzie z przyklęku rozglądałem się dookoła. Mózg nie był w stanie przyswoić wszystkich danych, ale teraz nie były mi potrzebne - zapis otoczenia we wszystkich możliwych spektrach jakie dawał implant odłożył się w jego wewnętrznej pamięci. Tym będę się zajmował później. Kilka szybkich kroków i znalazłem się za kamiennym śmietnikiem. Strzał był na granicy możliwości, ale czarne Tsunami Express znalazło się w ręce i pewnie powędrowało w kierunku wchodzących po pożarówce. Nie wyglądali na specjalne przypaki, ale... jak nie wiesz co jest grane - zrób zamieszanie. Krótki napis "Targeting..." został nałożony na wizję i chwilę później pestka poszybowała. Kolejny huk zwiastował znaczne zwiększenie kosztów remontu. Gość poskładał się na jednym z półpięter przeciwpożarowych blokując swobodne przejście. Nie przewidywałem, żeby jeden strzał posłał go do piachu, nie taki - w klatkę piersiową - ale musiało go zaboleć. Cel został osiągniety - panowie rozpierzchli się zdając sobie sprawę, że nie mają żadnych szans na znalezienie strzelca podczas gdy sami wystawieni są jak na strzelnicy. Posłałem jeszcze dwie kulki zupełnie bez mierzenia - chodziło tylko o utwierdzenie miśków w obranej drodze spierniczania z schodów pożarowych. Schowałem pistolet pod kurtkę i spojrzałem w górę. "Black Lotus" oberwał na wysokości czwartego piętra, boosterki zostały w okolicach trzeciego. Wszyscy, kurwa, na tą samą imprezę? AVki oczywiście nie było - jak zawsze kiedy była potrzebna; gdzieś tam co prawda wyły policyjne syreny, ale zanim panowie tutaj dotrą... Niewielka czerwona kropka migała w polu widzenia - przynajmniej zdjęcia będą ładne... Pobiegłem w kierunku hotelu. Latynosa przerobionego na konserwę tłukł jakiś gostek i wyglądało na to, że nieźle mu to wychodzi, duża ilość woltów świetnie działała... na wszystko. Po chwili zrównaliśmy się praktycznie w drzwiach hotelu.

- Przyjaciel. - syknąłem przez zęby oceniając sytuację w hotelowym foyer. Musiałem wyglądać świetnie - jak jakiś młodociany zagniewany militarzysta; w czarnych bojówkach, typowych wysokich combatach; szaroburej, lekko ponaciąganej koszulce z logo jakiejś kapeli; powycieranej skórzanej kurcie i rękawiczkach bez palców...
 
Aschaar jest offline  
Stary 13-06-2011, 18:47   #4
 
majk's Avatar
 
Reputacja: 34 majk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodze
Drzwi rozsunęły się otwierając foyer- nie był to cudny widok, a syk zamykającego się wejścia był jedynym dźwiękiem jaki was powitał. Cały design nowoczesnej pagody, wielkie wachlarze wiszące na ścianach, imitacje waz i rzeźb na kolumienkach, parkan z kamiennych płyt i mała fontanna, wysokie na dwa metry drzewko bonsai- wszystko trafił szlag. Bladożółte ściany upstrzone czerwonymi kleksami juchy, odłamki zniszczonych eksponatów na podłodze, martwy korp z walizką na ławce pod drzewem. Za stylową sofą i pufami dwie lokalne dziwki i ich ochroniarz leżeli w wielkiej kałuży wspólnej krwi. Ubryzgana juchą kabina telefoniczna i nieruchome ciało na jej dnie, głuchy sygnał w wiszącej słuchawce. Po prawej, na recepcji stary azjata siedzący w fotelu z shotgunem na kolanach, sprawia wrażenie zaskoczonego. W czole idealna dziurka po pocisku małego kalibru i ani kropli krwi. Najbardziej zatrważająca była jednak witryna- miniatura kasyna 'Dragon Twins', której właścicielem, a tym samym pewnie hotelu, jest Yao. Każdy w mieście słyszał o Yao. Gość trzęsie całym chinatown, a ta żółta masa kontroluje dwie trzecie przepływu dragów przez Night. W parze z dragami idzie potencjał militarny do ochrony narkobiznesu, a to z kolei daje obraz kogoś z kim lepiej nie zadzierać bez dobrego powodu. Kogoś komu nie chcesz wisieć za spory remont pieprzonego hotelu. Zupełną ciszę przerwał dzwonek wind naprzeciw wejścia. Wyświetlacz nad pierwszą wskazywał awarię, ale za to druga ruszyła właśnie z trzeciego w dół.
Gdy drzwi się otworzyły wyszedł z nich Vinnie, runner, niosąc Jane na rękach. Mieli na sobie dużo czerwieni, ona- nieprzytomna, z ohydną dziurą w prawym oku.

-..skurwysyn chciał jej odstrzelić głowę kiedy wpadł Charlie.. on tam został. Ruszaj dupe na górę i znajdź mój dek! Pokój 306. -wytłumaczył, gdy kładł kobietę na sofie. -Faak moje klucze do samochodu, zostawiłem je gdzieś na górze.. szybko, daj mi klucze do furgonetki. Cholera trzeba ją szybko zawieźć do Val.. dobra, widzimy się w warsztacie! - podniósł Jane i dzwoniąc kluczami ruszył na ulicę.

***

Na trzecim impreza też już dobiegła końca- strzały ucichły, gdzieś łkała kobieta, krew kapała na ziemię. Korytarz był dobrze oświetlony, pusty. Na wysokości wind ktoś zdetonował mały ładunek, czarna, promienista smuga na ziemi i pogniecione drzwi windy, prawdopodobnie Jane zgotowała powitanie solosom. Niestety dla niej- przeżyli tę niespodziankę. Kawałek dalej wskazany pokój 306 z wystrzelonym zamkiem i przymkniętymi drzwiami zza których słychać kilka głosów podjaranych punków- szukają czegoś i nie mogą znaleźć. Jeśli Charlie jest w pokoju to tylko martwy. Jest też wyraźnie widmo cieplne prowadzące w stronę klatki schodowej i dalej, na dach. W klatce jednak właśnie stanęła dwójka spóźnionych boosterów. Identyfikacja gangu nie sprawiała żadnego problemu. Blade, wypudrowane na papier twarze ze szkarłatnymi rombami czerwonej skóry wszytej na policzku- Krwawe Kiery. Jak na komendę zarzucili dopalacz i z dymiącymi spluwami ruszyli w waszym kierunku przez korytarz rycząc, że wyrwą serca i wepchną do gardeł...- typowe, narwane jopki.
 
majk jest offline  
Stary 20-06-2011, 23:31   #5
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Odruchowo sprawdziłem strefy, jeszcze w chwili kiedy drzwi były otwarte i dawały możliwość jakiejś dzikiej ucieczki w tył. O ile wchodząc do hotelu zachowywałem resztki pozorów cywilności i TE trzymałem w ręce schowanej pod kurtką, o tyle widząc nowy wystrój foyer Czarnego Lotosu przestałem mieć skrupuły.


Wyciągnąłem pistolet i ponownie rozejrzałem się po pomieszczeniu rejestrując jego stan. Cholera. Jakieś pięć, góra dziesięć minut zanim się pojawią psiaki Yao. Założyłem, że działam sam; persona, która stała obok była po prostu częścią gry; nie współpracownikiem, czy tym bardziej kimś komu powierzyłbym własne bezpieczeństwo... Charakterystyczne ping wydawane przez windę spowodowało, że Tsunami skierowało się właśnie w tamtą stronę. Po chwili jednak powędrowało w dół, aby nie wprowadzać dodatkowego i niepotrzebnego zdenerwowania.


*****



Na trzecim piętrze też było w zasadzie po wszystkim... Prawie, po, wszystkim. Jakaś łkająca kobieta wciśnięta we wnękę za hotelową sofą na siódmej przy załomie korytarza. Dwóch debili na dwunastej i nie wiadomo ilu na drugiej - w pomieszczeniu, z głośnymi odgłosami przeszukiwania pokoju. No cóż. Zaczynałem liczyć naboje w pistolecie - wyglądało jednak na to, że impreza trochę się przeciągnie i ilość pestek może mieć kluczowe znaczenie. Skoro panowie się dopalili to nie było sensu korzystać z modułu "dyplomacja"; wycelowałem klatkę w pierwszego z nich - tego na przeciwko mnie i dwukrotnie pociągnąłem za spust. Strzały w korpus może nie były idealnym rozwiązaniem, jednak nie miałem czasu na celowanie w bardziej witalne punkty. Zresztą nawet jakby boosterek miał kamizelkę, czy jakieś wzmocnienia - z tej odległości Tsunami mogło wyrządzić szkody... I wyrządziło. Pięknym łukiem Krwawy Kier poszybował do tyłu i dołączył do dekoracji już znajdujących się na piętrze. Nawet jeżeli jeszcze dychał to zajmie mu sporo czasu, zanim będzie do czegokolwiek zdolny. Drugiego zdjął... dobra przedstawiać będziemy się za chwilę.
Z uchylonych drzwi pokoju wysunęła się ręka i kilka pestek na ślepo poszybowało w naszym kierunku. Zjechałem do przyklęku i przywarłem do ściany celując w rękę. Pierwszy strzał posłałem zanim jeszcze system w pełni zsynchronizował celowanie. Kawał drewna odłupał się od framugi, a ręka schowała. "Dziewięć" - pomyślałem. Przywaliłem w drzwi i siła strzału otworzyła je szerzej, wydawało się, że nie są niczym podparte. "Osiem".
Misiek B zastawił się jakimś trupem jak tarczą i wparował do pokoju 306, co spowodowało że zakląłem pod nosem i podążyłem za nim przywierając do ściany tuż przy drzwiach - w razie jakby musiał się wycofać - nie wchodziłem w jego linijki.

Przez pokój przeszły dwa, co najmniej, tornada - wszystko wywrócone do góry nogami. Puste komody wybebeszone z szuflad, rozpruty wypoczynek, pootwierane wszystkie schowki i szafki. Na ziemi poza gratami leżał już pokaźny komplet ciał; poza martwymi Kierami byli też jacyś Koreańce, dla których impreza skończyła się "w sosie własnym". Nie wyszli na tym zbyt dobrze. Nie było śladu Charliego ani sprzętu Vincenta, nie było też solosów, którzy zostawili bajzel na parterze. W pokoju unosił się ostry zapach dymu i krwi. "Misiek B" spacyfikował szybko pozostających w pokoju i zaczął przeszukiwanie, o którym ja byłem przekonany, że nie ma wielkiego sensu. Jeżeli nie było tutaj solosów, a pokój wyglądał jak wyglądał to cóż - z dostatecznie dużym prawdopodobieństwem można było założyć, że nic tu nie ma, a dokładniej już nic tu nie ma.

Wróciłem na korytarz i dopadłem windy. Drzwi otworzyły się natychmiast i wrzuciłem w nie drewniany cokół spod niewielkiej wazy. Tym prostym trikiem obie windy były unieruchomione. Jedna nie działała, a druga ugrzęzła na trzecim piętrze. Windy w takiej sytuacji nigdy nie były dobrym rozwiązaniem - pomimo tego, że były szybszym środkiem transportu niż nogi... Jak pamiętałem rozkład hotelu to miał on tylko jedną klatkę schodową i zejście pożarowe na zewnątrz budynku - zresztą to same, które ostrzelałem kilkanaście minut wcześniej. To był jakiś plus całej sytuacji - wszystko musiało się dziać na jednym miejscu... Przycelowałem w zamek i odstrzeliłem go, zdając sobie sprawę z faktu, że magazynek był w połowie pusty... Chwilę później kolejna podstawa z wazy przywaliła w drzwi... Na wypadek, gdyby były czymś zabezpieczone, ta gra miała zawsze kilka niespodzianek podczas rozgrywki... Drzwi otworzyły się prawie na całą szerokość ukazując oświetloną jarzeniówkami klatkę schodową; przy okazji nic nie wybuchło - jednak drzwi nie były niczym zabezpieczone. Może po prostu z braku czasu... Na klatce schodowej słychać tylko było jakieś zamieszanie na górze - rozsądne założenie, że solosów z towarem wywiało właśnie tam; ale to do cholery znaczyło również, że mają jakiś transport.


Pognałem na górę licząc na to, że nie mieli czasu na zakładanie ładunków na schodach; nie miałem jednak ochoty na oglądanie odlatującej AVki, albo innego gówna...
 
Aschaar jest offline  
Stary 22-06-2011, 18:46   #6
 
Plomiennoluski's Avatar
 
Reputacja: 15797 Plomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputacjęPlomiennoluski ma wspaniałą reputację
- Łap, strzelali w was pociskami, które mają wejść na rynek za rok. Na zewnątrz leży jeden usmażony z wyrzutnią zamiast łapy. - biegiem ruszył po schodach na górę, widywał gorsze jatki, ale jak na wystrój hotelowy niespecjalnie to wyglądało. Zwłaszcza że gdzieś tutaj miał być Charlie, przecież wyraźnie powiedział żeby zobaczył co z nimi a nie żeby dał się zabić, mógł zwiać na dach, ale to tylko założenia. Póki co element zaskoczenia diabli wzięli, zwłaszcza że dwóch boosterów leciało właśnie w stronę porządnych obywateli. Do akcji wkroczył Kapitan posyłając kulę prosto w stronę łba jednego z dupków. Nie chybił celu, co nie było aż tak dziwne, podobnie kulka tajemniczego kompana. Zza drzwi 306 kolejny na ślepo ostrzeliwał korytarz. Ci przynajmniej mieli coś mniejszego niż rakiety na swoim wyposażeniu. Podniosłem jednego z trupów i trzymając go przed sobą wychyliłem jedynie dłoń ze spluwą, palec z kamerą na podczerwień szukał strzelca odliczając jego ostatnie sekundy życia, kawałek ściany i truposz miały spore szanse zatrzymać jakieś zbłąkane kule. Nieznajomy strzelił w ścianę, pomysł nie najgorszy, ale lepiej by się do tego nadało porządne stare M-60 na trójnogu, przynajmniej ostrzał ze środka ustał, zupełnie jakby rzucili się na ziemię.
Kiedy tylko ogień ze środka ustał wysunąłem truchło bardziej przez framugę czekając reakcji, kiedy po dwóch sekundach nic się nie stało, wrzuciłem ciało do pokoju a sam skoczyłem tygryskiem za nim, rozglądając się od razu za ewentualnym zagrożeniem, kamuflaż miał lekkie problemy z natychmiastowym dostosowaniem się do wnętrza, ale ciągle działał. W momencie w którym przeleciałem przez drzwi rozpoczęła się strzelanina. Zwłoki zebrały kilka kulek za, ale dwie trafiły celu, w łydkę i w brzuch, edytor bólu zajął się tym szybciej niż morfina bojowa więc tylko zarejestrowałem je jedynie jako impakt i wskaźniki. Było ich czterech w pokoju, we wszystkich kątach, chowali się za czym popadnie, strzelali niemal na oślep, widać że ktoś im po prostu dał spluwy, wszczepy i wysłał na miasto. Trochę było to nie po mojej myśli, posłałem dwie kulki w stronę jednego z jopków asystując się złączem, żeby zwiększyć swoje szanse, w stronę drugiego posłałem szpicę tazera, zawsze uważałem że ten induktor oburęczności to jeden z lepszych pomysłów jakie mieli projektanci chipów. Przy okazji ani na chwilę nie zostawałem w jednym miejscu. Jeden wypsztykał się z kulek i ruszył na mnie z nożem, drugi miał więcej rozumu i zdecydował się na ucieczkę, może w decyzji pomógł mu dźwięk pustej komory kumpla. Miałem w cylindrze jeszcze trzy kulki, więc posłałem jedną na spotkanie nożownika i poprawiłem kopniakiem z półobrotu zanim zacząłem się rozglądać za dekiem i Charliem, ostatni jopek i ślad prowadzący na dach miały mniejszy priorytet. Nie na długo jednak.



Przez pokój przeszły dwa tornada, taki przynajmniej był krajobraz - wszystko wywrócone do góry nogami. Puste komody wybebeszone z szuflad, rozpruty wypoczynek, pootwierane wszystkie schowki i szafki. Na ziemi poza gratami leżał już pokaźny komplet ciał - poza martwymi Kierami byli też koreańce, którzy sprzedawali dane. Nie wyszli na tym zbyt dobrze. Nie było śladu Charliego ani sprzętu Vincenta, nie było też solosów, którzy zostawili bajzel na parterze. Najwyraźniej wiedzieli czego szukali i nie znaleźli tego. W pokoju unosił się ostry zapach dymu i krwi. Po ogarnięciu pokoju, rzuciłem się biegiem za śladem cieplnym prowadzącym na dach, była szansa że Charlie jeszcze żył, może nawet miał ze sobą dek. Trzeba było sprawdzić to wszystko, ocena uszkodzeń musiała zaczekać na później, ale nie było tragedii z tego co wskazywała mi wtyczka. Nieznajomy który wpieprzał się w nie swoje sprawy zajął się windą, więc pobiegłem na górę, schody i surowy wystrój klatki schodowej migał mi na peryferiach postrzegania.
 
__________________
Wzory światła i ciemności pośród pajęczyny z kości...
Plomiennoluski jest offline  
Stary 24-06-2011, 18:14   #7
 
majk's Avatar
 
Reputacja: 34 majk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodze
Już z półpiętra słychać było strzelaninę i piskliwe 'kurwy', którymi rzucał Charlie z każdym oddanym strzałem. To zdecydowanie nie była jego dyscyplina, ale widocznie zatrzymał ich na tyle ile było trzeba. Oby. Drzwi otwarte na oścież. Za nimi gęsta ściana ulewnego deszczu i symfonie wygrywane nieskończoną liczbą kropel na metalowo-betonowej membranie Night City. Tęczowy kalejdoskop świateł reklam atakujących z każdej strony miasta. Wielki holo-billboard rzucający światło na ulicę pod hotelem odwrócony tyłem do was. U jego podnóży ciemnoskóry chłopak w różowym t-shircie wyskakiwał zza generatora oddając kolejne strzały w kogoś po drugiej stronie dachu. Szeroko rozstawione nogi, smukła sylwetka, długie, patykowate łapy i przymrużone oko tlenionego łba przy ramieniu. Bam!

-Ha! Trafiony, teraz nie będziesz taki ruchliwy szykowny skurwysy... - metaliczny pisk i iskry.

Staliście ledwie krok od niego, gdy gwieździste ostrze przypominające olbrzymi shuriken na metalowej gumce obracające się z zawrotną prędkością niemal nie rozpłatało pomstującego technika jak pomarańczy. Pocisk prostym torem przeciął board reaklamowy w połowie wysokości, dziabnął uskakującego Charles'a w mechaniczne ramię po czym cofnął się błyskawicznie.

-Aaaaght.. kurrrwa... -mulat padł na kolano z niesmakiem patrząc na skrzącą się ranę, niemal odrąbane ramię. -Teraz to już osobiste, słyszysz jebana poczwaro?! - aż się popluł tym jadem.

Wielkie, zabójcze jojo. Na jego końcu za niemal niewidzialną fibrażyłkę ciągnął paskudny okaz męskości. Jego postrzelony towarzysz u jego stóp- jeszcze dogorywał, pojękiwał nieśmiało.



<Zapp> Dopalacze, które zainstalowaliście w zeszłym tygodniu okazały się na dziś jak znalazł. Biorąc pod uwagę dysfunkcję chłopaka w strzelaniu jego wyniki wzrosły co najmniej o 50% trafień. Również w przypadku obrony- jak się szybko okazało- tym samym ratując co najmniej cyberrękę, jeśli nie tułów. Charlie mógł brać udział w budowie Juggernauta, ale na polu bitwy był przydatny jak kwas na pogrzebie. Koleś po drugiej stronie wydawał się jego przeciwieństwem- nowiutki handsaw był kolejną na dziś premierą, daleko przewyższał jakością i możliwościami rynkowe modele. Z jego skorupą też nie miałeś styczności, a to rzadkość. W powietrzu unosił się zapach grubych dolców, korporacyjnych najpewniej- chociaż w zalewie produktów ciężko było wskazać jednoznacznie.


<Scar> Clad zmienił się od waszego ostatniego spotkania, można powiedzieć 'zadbał o siebie', a Tobie mówiło to jedynie tyle, że ktoś proporcjonalnie stracił. W międzyczasie od wejścia zrzucił z siebie płaszcz i trzeba mu było przyznać- był w życiowej formie. Błyszczący jeszcze nowością, wspomagany, dwuczęściowy pancerz. Nowa, cudaczna cyberkończyna. Tylko na ropuchowatej gębie solosa świecił ten sam paskudny uśmiech udekorowany łańcuszkiem dawno niemodnych czyraków pod dolną wargą. Farnstrom zauważył znajomą twarz, na pewno. Kiedyś z rykiem ruszyłby do ataku- był jednym z tych właśnie czubów, a dziś- splunął pod siebie patrząc prosto w Luciusa i obróciwszy się na pięcie ruszył mostkiem wzdłuż drugiej krawędzi budynku.


Kurtyna opadła- kilkutonowy płat reklamy z chrzęstem giętych barierek i gruchotanych generatorów upadł przed waszymi nosami podpierając się na złomie pod spodem. Clad biegł w stronę sąsiedniego budynku. Lądowisko! Na nim ustawione AV grzejące już silniki i dwóch ludzi osłaniających odwrót najmusa. Duże generatory dawały niezłą zasłonę, gdy we trójkę przedzieraliście się przez gąszcz kabli i gorące płyty generatorów na dachu Lotus, ale to czas był tu towarem deficytowym, nie zdrowa skóra i regularne tętno. Zbliżając się uparcie do mostku na drugi dach, w kanonadzie tamtych, za waszymi plecami usłyszeliście przerywany śmiech, cichnący, krwawy kaszel. PIIIK! Detonator w ręce udupionego przez Charles'a solosa zmienił kolor lampki z zielonego na czerwony pod jego kciukiem. Płyta dachu zadrżała. Wybuch nastąpił gdzieś pod wami. Myśl architektury hotelu Lotus już po starciu z rakietami metalowego łba wymagał ekstremalnej reanalizy- teraz sytuacja ulegała dramatycznemu pogorszeniu, co mogliście odczuć na własnej skórze. Stabilność budynku trafił szlag. Beton pod nogami pękał i schodził się jak kruszona kadłubem lodołamacza tafla, przechylał się coraz mocniej ku ulicy. Blachy śpiewały, pękające kątowniki, barierki, platformy, a w tle pionowe fontanny energii wypluwane przez rozrywanej wiązki kabli wokół generatorów.
Gdzieś za tym wszystkim Clad wskakiwał po kolejnych schodkach na podest lądowiska.


Cass
Ulice poniżej mieniły się kolorowymi wstęgami, kilometrami kwadratowymi bibuł, tonami ozdobnego papieru i innych surowców tego typu. Dziesiątki melodii mieszały się z szumem podekscytowanego tłumu, który wyszedł na ulice świętować. Pochód rozmaitych platform przelewał się jezdnią. Tłum gromadziły się na chodnikach- ekipy telewizyjne robiące kolejne śniadaniowe reportaże o bogatej kulturze 'naszych sąsiadów', pozerskie zespoły rockowe wypełnione skośnookimi nastolatkami walczące w krzykliwym konkursie o miejsce na jednej z platform, całe, wielopokoleniowe rodziny najliczniejszych nacji świata- zgromadzone w ciasnych jak się okazało ulicach zachodniego chinatown. Wystrzały sztucznych ogni i radosny ryk tłumu poniżej. Beztroskie święto sake i sushi. Gdzieś w tym zamęcie, na dachu jednego z wyższych budynków, nie zwracając większej uwagi na celebracje kobieta pracująca mierzyła z nowego karabinu snajperskiego MT Sharpshooter 500 do 'puszek' półtora kilometra na wschód.



Tam- na drugim końcu dystryktu- mały Lao ustawiał na generatorach kolejne sztuczne cele jednocześnie zwierzając się strzelcowi ze swoich dziecinnych problemów przez bezpośrednie tele-łącze.

-Gotowe tylko, poczekaj, aż zejdę..., okeej? - sylwetka chłopca w soczewce lunety pomachała ręką po czym ruszyła do klatki schodowej.

..później, tego samego dnia..
Chłodna noc nie byłaby zła, ale ta ulewa doprowadziłaby do szału każdego strzelca. Yao był jednak bardzo precyzyjny określając dystans do tej misji- wyraźnie nie chciał rozróby w hotelu, albo dobrze kłamał ukrywając prawdziwy powód. 'Będzie kocioł dlatego poczekaj, aż się wystrzelają. Zdobądź te dane.'- zimny ton głosu i odległe spojrzenie szefa przebrzmiały echem w pamięci. Tymczasem akcja na dachu zagęściła się- przybyło postaci, ale królik nadal biegł w stronę lądowiska. Rozpoczęli ostrzał pogoni, gdy na poziomie ulicy szyby wystrzeliły z okien gonione buchającymi płomieniami. Lotus powoli, na jej oczach, składał się jak osioł przy barze wysyłając w powietrze chmury jasnego pyłu. Gdzieś tam był też Lao- awaryjny środek ucieczki na motocyklu, ale po kolei... Perspektywa szału jakiego dostanie Yao na wieść o tej demolce przyprawiała o dreszcze. Szczególnie dlatego dobrze byłoby mieć jakiś atut na swoją korzyść. Dek kurczowo trzymany przez pokracznego typa pędzącego do AV'ki pasował jak ulał. Ci za nim powinni już leżeć pogrzebani pod gruzami, a dwaj przed nim to tylko dwie kulki- trzy sekundy dla tego cacuszka- teraz albo nigdy.
Królik nawet nie podejrzewa jak potwornie daleko może być oddalony raptem o kilkanaście metrów AV, a to nie koniec niespodzianek.
 
__________________
"His name is Dr. Roxso..., he's a rock'n'roll clown, he does cocaine..., I'm afraid that's all we know..."
majk jest offline  
Stary 25-06-2011, 10:34   #8
 
Highlander's Avatar
 
Reputacja: 9175 Highlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputację
Kiedy Lao kończył ustawiać cele, dziewczyna obróciła swoją futurystyczną zabawkę bokiem i zlustrowała ją sceptycznym spojrzeniem. Jakby za chwilę chciała pogrozić pukawce palcem, albo co. Chociaż z tego typu spluwami była obtrzaskana jak mało kto, to podgatunek jaki stanowiły snajperki zawsze ją odrzucał. Niby bezpieczniejsze rozwiązanie, niby większa efektywność, a jak przyjdzie co do czego, to cała magia tego zawodu nagle znika. Bo ktoś zamiótł ją pod najbliższy dywan. Twój cel powinien wiedzieć, że ktoś na niego poluje. Wiedzieć, że enigmatyczna postać myśliwego ubije go niezależnie od tego gdzie pójdzie i co zrobi. Pogrążyć się w beznadziejnej desperacji, a na samym końcu zrozumieć, że jego żałosne próby ucieczki nigdy nie miały sensu.

Z tych filozoficznych dywagacji wyrwał ją piskliwy głosik należący do młodego chińczyka, który właśnie wykreował dla niej prywatną strzelnicę. Zuch chłopak, naprawdę.
- Spokojnie mały, spokojnie. Jakoś nigdzie mi się nie śpieszy.
Uśmiechnęła się patrząc, jak Lao zmyka do klatki schodowej niczym królik do nory. Spojrzała na zakrapiane szarością smogu błękitne niebo i odetchnęła głęboko delektując się tym niezdrowym zapachem. Mimo przymusowych porannych ćwiczeń z rozkazu Yao, Cass posiadała dzisiaj bardzo dobry humor. Bo i dlaczego nie? Trzymała w łapkach najnowszy sprzęt i dano jej możliwość jego zastosowania. Zarówno teraz, na sucho, jak i później dzisiejszej nocy - na bardziej ruchliwych celach. Jak tu nie kochać swojej pracy?

***

Miała sporo czasu żeby dokładnie się przyjrzeć obserwowanej scenie. Całkowite ohydztwo mężczyzny malującego się w lunecie przyprawiało ją o mdłości. Rzecz jasna nie dosłownie, ale i tak czuła wyraźny niesmak względem jego osoby. Jak można było pozwolić sobie, aby wyglądać w ten sposób? Niczym obślizgła i nadęta ropucha. W dawnych czasach i owszem, gagatek jego pokroju zwaliłby to na złe geny, na niewystarczająco silną wolę, bądź na zwykłe lenistwo. Jednak dzisiaj? Placówki medyczne za grosze przeprowadzały operacje restrukturyzacji kości i relokacji włókien mięśniowych, o bardziej przyziemnych aspektach modelowania własnego ciała nawet nie wspominając. Nie miał wymówki. Żadnej. No chyba, że lubił po prostu patrzeć jak zmysł estetyki innych wokół niego zwija się do pozycji embrionalnej i zaczyna cicho kwilić. Pieprzony dewiant. Ale to samo dało się powiedzieć o niej.

Bilbord właśnie szlag jasny trafił, a ona potrząsnęła głową z cichym chrobotem. Upomniała w myślach samą siebie, jak nadopiekuńcza matka. Jej zadanie wymagało całkowitego skupienia, nie mogła sobie teraz pozwolić na myślenie o fikuśnych pierdołach i rozkojarzenie. Szare oko ponownie znalazło się bliżej lunety. Zaczęła mierzyć i czuła się nieco tak, jakby oglądała owy obrazek w zwolnionym tempie. Sztuczna źrenica uległa dostosowaniu do kreowanej w szkiełku odległości. Delikatne pykanie deszczu na jej barkach nie docierało już do uszu, zaś cały świat został na siłę wepchnięty do wnętrza soczewki obierając za swe centrum... kogoś zupełnie innego niż łysego tłuściocha, który właśnie próbował dorobić się zawału serca. Pogłaskała palcem spust nowoczesnej broni.
- A może my wszyscy jesteśmy w jakimś stopniu jak te puszki na dachu?
Rzuciła smętnie pod nosem. Bo to właśnie widziała - kolejną puszkę. Oddała strzał.


Pocisk wyruszył poprzez ciemną noc, przecinając po drodze niezliczone krople deszczu. Jego wędrówka nie trwała długo, miejsce docelowe było jednak pełne urozmaiceń. Uderzył głucho w lewe przedramię jednego ze ściskających broń gachów, rozdzierając jego skórę i mięśnie, a następnie torując sobie drogę do kośćca. Nie przebywał tam zbyt długo, postanawiając zabawić się nieco z przedsionkiem płucnym, który rozdarł z łatwością jak mokrą szmatę. Siła targnęła trafionym mężczyzną i oderwała go od podłoża posyłając w stronę najbliższego sojusznika. Ten natychmiast odskoczył, jeszcze zanim zdał sobie dokładnie sprawę z tego, co się dzieje. Jego mniej fortunny kompan właśnie zaczął dusić się własną krwią. To nie był jednak koniec atrakcji, jakie oferował sobą hotel Lotus. Pękające szkło. Szyba AV roztrzaskała się w drobny mak, sprawiając, że jej pozostałości zaścieliły całe wnętrze pojazdu. Wybuch iskier. Coś wyrwało fragment karoserii i zabrało ze sobą niewielkie fragmenty przedniego pulpitu. Cass była nader ciekawa jak zachowa się teraz obiekt jej pełnych obrzydzenia westchnień. Za nim - walący się dach. Przed nim - diablo szczodra oferta przewietrzenia mózgownicy, przedstawiona przez nieznanego strzelca.
- Zabawmy się trochę. Twój ruch „Kruszyno”…
Zostały cztery naboje. Potem będzie musiała zmienić magazynek, albo gnać tam z buta. Dłoń ściskająca 500tkę przesunęła się o milimetr, nakierowując wizję na pozbawioną zasłony kabinę pilota. Gotowa odstrzelić kogokolwiek, kto byłby na tyle wielkim idiotą, żeby zacząć obłapiać stery.
 
Highlander jest offline  
Stary 28-06-2011, 17:16   #9
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Schody w końcu się skończyły i Scar wypadł na dach obserwując scenkę co najmniej interesującą. Clad - od ostatniego razu - obrósł w nowe piórka i to na dodatek - w ciekawe nowe piórka. Ktoś musiał go bardzo lubić, czy może raczej znalazł jakiegoś hojnego sponsora; bo Lucius nie podejrzewał, żeby był w stanie na coś takiego zarobić "własnymi rękami". To też była jakaś informacja, wyglądało na to, że w całą zabawę zamieszana była jakaś większa korporacja, albo znaczniejsi ludzie, jednak nie na tyle znaczni, aby wynajmować kogoś z najwyższej półki, chyba, że od samego początku Clad był przeznaczony do odstrzału prędzej czy później...

Zastanawiające ile człowiek jest w stanie przemyśleć koncentrując się na celowaniu w głowę. Właśnie to zaczął robić Rittenberg gdy tylko dostrzegł solosa. W zasadzie to nie było ani personalne, ani służbowe, może trochę polityczne. Pewne persony nie koniecznie musiały łazić po Night City i Clad był jedną z nich. Skoro pojawiła się opcja posłania go do piachu i to zupełnie czysta okazja - czemu z niej nie skorzystać? Clad mógł sobie pluć na prawo i lewo - szkoda, że nie zaszarżował skracając jeszcze dystans pomiędzy lufą a swoją czaszką. Najwidoczniej jednak mózg też mu wstawili jakiś lepszy... Szlag jasny! Albo solos w ostatniej chwili się ruszył, albo Scar jednak nie docelował lub za szybko pociągnął za spust i lufę podniosło, albo stała się jakaś magia, bo kulka poszybowała tylko w okolice głowy zamiast utkwić finezyjnie w czole pomiędzy oczami. "Szlag!" - zaklął pod nosem widząc jak solos zwiewa w kierunku lądowiska z AVką...

Dek... Lucius na chwilę skoncentrował się na nim. Cała ta operacja, która rozgrywała się w hotelu był zbyt dobrze przygotowana, aby ktoś taki jak Clad był w stanie ją obmyślić. To ponownie sugerowało, że jest ktoś potężniejszy, kto pociąga za sznurki. A to pozwalało zakładać, że komputer jest już w AVce lub przynajmniej na lądowisku, a Clad tylko osłania tyły i w razie draki zostanie poświęcony na ołtarzu sprawy...


Zawalenie się reklamowego neonu wielkości boiska piłkarskiego; było - można powiedzieć - oczekiwanym elementem bieżącej przebudowy hotelu "Black Lotos" i Luciusa zupełnie to nie zdziwiło. Pomimo wszystko posłał kolejną pestkę za Cladem, ale albo znów nie trafił, albo na pancerzu solosa nie zrobiło to specjalnego wrażenia. Cholera.

Rechot, dość szybko dogorywający, gdzieś z tyłu był niemiłą niespodzianką. Jakaś część umysłu Rittenberga - nie zajęta ponownym mierzeniem do Clada - pomyślała, że brakuje tylko jakiegoś booom do pełni szczęścia. Chwilę później pełnia szczęścia nastąpiła, a konstrukcja hotelu zadrżała w posadach. Płaski dach niebezpiecznie ugiął się w jednym z narożników, co spowodowało, że Scar przestał celować i rozejrzał się po dachu - jedyną opcją była kładka prowadząca na lądowisko lub zmiana w ptaka i skoki na sąsiednie dachy. Jedno warte drugiego tak na dobrą sprawę...

Przynajmniej sprawa renowacji hotelu przestała być jakimkolwiek problemem; wyglądało na to, że hotel po prostu został właśnie wyburzony... Gdzieś na dole wyły policyjne syreny, najwidoczniej panowie w końcu postanowili się pofatygować...
 
Aschaar jest offline  
Stary 28-06-2011, 22:22   #10
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Post wspólny Graczy

- Gazem, przejmujemy AV zanim zrobi się z tego wszystkiego totalne bagno! - W głowie Craig'a leciało spokojnie The roof is on fire kiedy biegł po dachu walącego się budynku. Nie zatrzymując się ani na chwilę wycelował z kapitana planety, jedna kulka poleciała w stronę nogi, druga na tors, byłoby łatwiej gdyby był szturmowcem a nie pieprzonym technikiem. Z kamuflażem też sobie dał spokój, deszcz zawsze zmniejszał jego przydatność do minimum, więc po budynku biegł Charlie jak różowy lizaczek, jakiś ciekawski, który pewnie miał więcej wspólnego z komisariatem niż ulicą i jeden ekshibicjonista z giwerą większą niż Mr. Stud zainstalowany między jego nogami, wszyscy w pogoni za jakimś ulicznym przepakiem siedzącym w kieszeni korporacji. Można było umrzeć ze śmiechu.

- Follow the leader, Danny - burknął Lucek ewidentnie ignurując rozkazujący ton i posyłając kolejną kulkę za solosem. Szlag jasny! Strzelanie do ruchomego celu z ruchomego dachu przez kupę żelastwa i snopy iskier było zajęciem co najmniej karkołomnym, żeby nie powiedzieć graniczącym z cudem. Nawet pieprzona elektronika nie była w stanie całkowicie skompensować tego wszystkiego i dać jakiegoś sensownego marginesu na odpowiednio bolesny strzał. Szlag jasny! Przedzieranie się tą samą drogą, którą wybrał "na zapoznanie przyjdzie czas za chwilę" było totalnym kretynizmem - po pierwsze: nie była najlepsza; po drugie: zasłaniała solosa w nowym opakowaniu. W każdym jednak wypadku - hotel "Black Lotos" właśnie przechodził do historii i jego dach był ostatnim miejscem w jakim należało się znajdować.

*****

Po wystrzelaniu się z kolejnej pełnej komory w biegu nie widać było zupełnie żadnego efektu. Gnat powędrował do kabury w udzie a Zapp skoncentrował się na jak najszybszym przedostaniu się w pobliże pojazdu na drugim dachu, miał jeszcze nieco woltów na podorędziu, a na stabilniejszym podłożu miał tez szanse nie skończyć jako element miejskiego krajobrazu.


*****


Ścieżki jakie obrali Scar i ten drugi mogły być początkowo różne, ale i tak finalnie spotykały się w jednym miejscu - na kładce prowadzącej na sąsiedni budynek. Niestety na kurtuazyjne przepuszczanie się nie wchodziło w rachubę - praktycznie obaj jednocześnie znaleźli się więc na kładce, która chwilę później straciła swoje podparcie w dachu hotelu "Black Lotos". Na drugim dachu coś się działo. Jakaś kolejna odsłona gry. Clad zamiast zwiewać grzecznie do AV, przyczaił się za jednym z generatorów, najwidoczniej przyziemiony przez kogoś z drugiej strony. Kur...wa. To powodowało, że sam Clad miał teraz na tacy zarówno Rittenberga, jak i tego drugiego - a tak na dobrą sprawę to oni nie mieli za bardzo możliwości ruchu - na długiej, wąskiej kładce, bez możliwości uskoczenia czy odskoczenia i wystawieni jak na strzelnicy... No, zajebiście po prostu. Tylko czekać jak zrobi z nich mielone z ołowiem. Kątem oka Scar spostrzegł, że przez dachy ktoś skakał. Problemem było to, że w tej konfiguracji system nie był w stanie odpowiednio dobrze namierzyć... Cóż na razie pozostaną zdjęcia, a resztą zajmiemy się później. Obecnie najważniejszym działaniem było wydostanie się z zasięgu Clada i tego co wbudował w swoje ciało. Opcji było rozpaczliwie mało, aby nie powiedzieć - jedna. No dobrze; zatańczmy. Akrobacje nie były ulubionym sposobem poruszania się mężczyzny, ale cóż - wyminął nieznajomego i pobiegł w kierunku Clad'a, przed końcem kładki wybijając się do długiego płaskiego skoku. Lądowanie nie odbyło się tam gdzie miało - znaczy pomiędzy solosem, a AV, jednak i tak było w miarę dobrze. Widok na AV był całkiem sensowny i na tyle rozległy, że próba dojścia do pojazdu była praktycznie niewykonalna bez wiedzy Scar'a. Clad był po prawej, a kładka za plecami - to było jedyne zabezpieczone miejsce w tym całym burdelu. Reszta była sporą niewiadomą - zwłaszcza posrany labirynt ścieżek pomiędzy generatorami. Na dachu musiał być ktoś jeszcze - Clad nie miał przy sobie decka, więc - raczej mało prawdopodobne - maszyna leżała gdzieś za nimi porzucona podczas ucieczki; albo - bardziej prawdopodobne - była gdzieś na tym pieprzonym dachu; w najlepszym wypadku - leżała w AV. Najgorsze było to, że D.E.K. mógł być gdziekolwiek w pieprzonym labiryncie przejść pomiędzy generatorami i klimatyzatorami. Solos w tej sytuacji był tylko wisienką na tym torcie - ważniejsza była AVka jako jedyne sensowne rozwiązanie na opuszczenie imprezy... Pojazd należało więc przejąć i wykorzystać do własnych celów, uniemożliwiając jednocześnie jego wykorzystanie przez innych.

"Nosz kurwa, w co ja się zaś wpakowałem" - pomyślał Lucek przywierając na chwilę do obudowy generatora - "Pięć..."
 
Aschaar jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:47.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167