Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 20-06-2011, 23:33   #1
 
Makotto's Avatar
 
Reputacja: 89 Makotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znany
[Autorski Storytelling] Star Wars: Cienie Wojny

Star Wars: Cienie Wojny
W Republice Galaktycznej zapanował chaos.
Kolejne wielkie konflikty zbrojne takie jak
Wojna Mandaloriańska oraz Wielka Wojna Galaktyczna
doprowadziły do zrujnowania Republikańskiej gospodarki
oraz podziału terenów Republiki z Wielkim Imperium Sithów.
Wiele wolnych systemów, wiernych Republice,
znalazło się pod dyktatorskimi rządami Imperatora.
Nastał nowy czas walk wewnętrznych, nazwany Zimną Wojną.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=sFvQOc4xS2k[/MEDIA]

Mgławica Nexus

-Dobrze… Teraz tu przytrzymaj…- głos dobiegający spod głównego silnika nadprzestrzennego zdradzał ogromne skupienie. Ciche trzaski lutownicy, grzechot obcążków oraz poirytowane syknięcia mieszały się z jednostajnym szumem szwankującego urządzenia.- Jesteś beznadziejny!

Łebek prostego droida naprawczego opadł nieco z powodu niezadowolenia jego twórcy. Wsunięty pod silnik arkanianin spojrzał gniewnie na małego blaszaka, po czym wrócił do precyzyjnej roboty jaką była naprawa uszkodzonego napędu. Snop iskier trysnął na jego bladą twarz, gdy jednocześnie próbował przytrzymać dwa przewody i zlutować je ze sobą.

-Nie przeszkadzam ci?- zapytał gniewnie, ssąc oparzony kciuk. Robot podniósł jednooką główkę i spojrzał na pokryte sadzą oblicze właściciela. Zapiszczał cicho, od razu wracając do swoich obowiązków.

Mięła minuta.

Dwie.

Trzy.

Pod naprawianym urządzeniem znów rozległ się rozsierdzony głos Zarkoha
Adascy, najemnego pilota i żołnierza.

-Słowo daję, rozmontuję cię i zrobię z ciebie termos!

-BIIP, BIIP, BOOP!- w piskach droida dało się rozpoznać nutę oburzenia.

Widoczne pod silnikiem nogi pilota jakby się rozluźniły.

-Jakby nam się kredyty nie kończyły to zleciłbym to komuś na Couruscant.

-BOOP.

-Wiem, wiem. A teraz weź to złap tutaj i się nie ruszaj. Na trzy włącz opływ. Raz, dwa… Trzy!

Silnik zawył wysokim trelem, obwieszczając pełną gotowość do skoku. Zadowolony Zarkoh chwycił się brzegu pulpitu ochronnego i zwinnie wysunął spod generatora. Szybkim krokiem ruszył w stronę mostka.

-Komputer, kurs dwa dziewięć dziewięć. Wchodzimy w nadprzestrzeń…- zamilknął, zauważywszy czerwoną diodę migającą na panelu intercomu. Nikt nie miał dostępu do jego częstotliwości kodowanej. Oprócz jednej osoby.
Szponiasta dłoń chłopaka anulowała odpowiednimi przyciskami ostatni rozkaz. Sam młodzieniec usiadł ostrożnie na fotelu i uruchomił przekaz. Zmarszczył lekko brwi, widząc znajomą, brodatą twarz.

-Witaj, Zarkoh…- An’Shaed Heater uśmiechnął się z hologramu.

Tatooine


-Co panu podać?

Zgrzytliwy głos droida-barmana wyrwał mężczyznę z zamyślenia. Ostatnia robota była dobrze płatna, ale kiedy to było? Dorabianie jako ochroniarz w Anchorhead też powinno mieć jakieś granice. Pieniędzy nie było z tego za dużo, ale przynajmniej nie topniały one w zastraszającym tempie. I o to właśnie chodziło. Każdy orze jak może.

-Co panu podać?

Droid zapytał ponownie, jednym ze swoich ośmiu ramion pukając w stół przed zamyślonym mężczyzną. Nie był w stanie zarejestrować jego skrytej w cieniu twarzy. Nie miał za bardzo rozbudowanego SI, ale nie podobało mu się to. I ten dziwny hełm, leżący obok przybysza na barze.

-Czapka na wieszak, i co panu podać?- zaskrzeczał ponownie.

-„Czapka” zostanie tam gdzie jest. Adrees. W czystej szklance.- odpowiedział Kelevra, przenosząc na robota lśniące w cieniu oczy. Trudno, oj trudno było go wyprowadzić z równowagi. Ale ten droid wyraźnie chciał tego dopiąć.

-Nasze szklanki zawsze są czyste.- wyburczał, jednocześnie napełniając naczynie błękitnym płynem. Po krótkim rzucie obiektywu na klienta postanowił nalać mu pełną szklankę.- Proszę. Adrees.

Mandalorianin powoli sięgnął po trunek i wypił do dna. Jego ciemna sylwetka odchyliła się do tyłu, gdy jednym, ekonomicznym ruchem wychylił szklankę. Ze stukotem odstawił ją na bar, zostawiając obok pięć kredytek.

Droid spojrzał na niego z zainteresowaniem, gdy przekaźnik zainstalowany w karwaszu najemnika zawibrował delikatnie. Slevin aktywował połączenie i założył na głowę hełm. Siedział przez chwilę nieruchomo, odsłuchując i oglądając wiadomość na wewnętrznym monitorze swojego hełmu. Barman, kierując się łatką swojego SI nazywaną „Zainteresowanie się klientem” zagadnął lekko.

-Ważna wiadomość?

Kelevra obrócił w jego stronę wizjer hełmu.

-Interesy?- robot spróbował ponownie, delikatnie odsuwając się od mężczyzny.

-Powiedzmy…- mruknął, ruszając w stronę wyjścia.

Zewnętrzne Rubieża, Kashyyyk

Jaszczuroludź zasyczał głośno, machając w powietrzu kościstymi nogami. Dwie mocarne łapy zaciskały się na jego szyi, powoli miażdżąc krtań i tchawicę. Wszystko poszło nie tak. Wszystko.


Zaczęło się od zwykłej wyprawy w okolice Kashyyyk. Mała, odizolowana osada. Atak, porwanie a potem wypuszczenie jeńców, upolowanie ich i finalne obdarcie trucheł ze skóry. To było proste. Potem jeszcze jedna wyprawa. I jeszcze jedna. I jeszcze jedna… Borq nie pamiętał ile razy porywał tych przeklętych wookich z ich śmierdzącego świata.

Ostatnia wyprawa okazała się błędem. Wylądowali na odległej polanie niedaleko morza i zdjęli osłony, by móc wyładować sieci oraz klatki. Pierwszy zginął Harrq’s siedzący w kokpicie. Skumulowana wiązka z kuszy energetycznej robiła szybę i urwała Trandoshaninowi głowę. Zaraz po nim padli Veerq i Slimr. Zielone pociski przechodziły przez nich na wylot.

Potem Norqer spanikował i zaczął uciekać w las. Za nim pobiegli Coll oraz Jaganna. Jego śliczna Jaganna. Sadystyczna i piękna. Wszystko co z niej zostało to głowa, która wytoczyła się z zarośli. Tak samo głowy Colla i Norgera.

A potem to wyszło z krzaków.

Wookie nie był za wielki jak na standardy swojej rasy. Miał srebrno-brązowe futro, aktualnie ubrudzone krwią przyjaciół Borqa. Jaszczur próbował strzelić do napastnika, ale nie zdążył. Nie wiedział jakim cudem coś tak wielkiego może być równie szybkie. A teraz umierał, duszony przez najgorszego wroga swojej rasy.

Lowchawwa nigdy nie był przesadnie okrutny. Zabijał, tropił i pozbywał się zagrożeń dla swojego ludu. Ale te… bestie przekroczyły wszelkie granice. Atakowały raz za razem, kolejne osady, nawet nie dbając o zmianę kierunku porwań. To było wręcz dziecinnie łatwe. A kiedy wylądowali i otworzyli klapę, nozdrza Lowiego wypełnił najgorszy swąd świata.

Krew jego braci.

Nie pamiętał niczego z walki. Atakował, zabijał i mścił się za krzywdy swojego ludu. Jak wiele lat do tej pory. Dopiero po godzinie odzyskał zmysły, by na trzeźwo ocenić sytuację. Statek jaszczurów płonął, tak samo jak ich truchła wrzucone do środka. Tak samo jak skóry tych których torturowali i okaleczali.
Z ponurych myśli wyrwał go dopiero pisk komunikatora zamontowanego w jego myśliwcu ukrytym nieopodal. Wookie wstał powoli z klęczek i ruszył w stronę swojego statku. Dobrze wiedział kto chciał się z nim skontaktować. I widział też że mu nie odmówi.

Nar Shadda


-Jesteś pewien że on tu jest?

-Tak, mój informator nie kłamie

-Wiesz że rada Huttów nas zabije, jeśli nie pomścimy tej zniewagi… ?

-Kurwa, zamknij się w końcu, mam tylko jeden strzał.

Corrin zamilknął, słysząc przekleństwo z ust swojego brata. Od lat robili w tym biznesie. Odszukaj, zabij i odbierz pieniądze. Prosty zarobek. I przez te wszystkie lata nie pamiętał by Vascal zaklął lub zrugał go w czasie roboty.

-Denerwujesz się, tak?- zapytał przez komunikator, siedząc w barze w którym najpewniej znajdował się ich cel.

Vascal poprawił ostrość lunety, tkwiąc w oknie budynku naprzeciwko speluny. Karabin wsparty na jego ramieniu zaczynał mu powoli ciążyć.

-Facet wlazł do pałacu, wyciągnął dziewczynę, uciekł a potem rozwalił wszystkich którzy go ścigali. On nie jest amatorem, Corr.

-Ty też nie jesteś.- zabójca uśmiechnął się leciutko i upił łyk Krwi Wampy. Nie miał pojęcia z czego był ten drink, ale przyjemnie odganiał troski.

-Witam…- Corrin zamarł, gdy tuż przy jego ucho rozległ się spokojny głos. Może nie tyle chodziło o głos, co o blaster przyłożony do jego pleców. Nikt nie mógłby… Nie powinien… A jednak. Morderca westchnął, powoli schodząc ze stołka.- Szlag

-Też bym to tak określił. Jak mnie znaleźliście?

Corr przeklinał w myślach, prowadzony przez całą długość baru. Wiedział że się nie wyrwie. Chwyt jego niedoszłego celu świadczył o tym że nie była to dla niego pierwszyzna.

-Więc?- ponaglił, mocniej dociskając broń do pleców zabójcy.

-My… My…- westchnął.- Dostaliśmy cynk od jakiegoś informatora. Mówił że chodzisz tu.

-Tak. To prawda. To byłem ja. Przekażcie Huttom że biznes to biznes, i niech mi dadzą spokój. Dziewczyna nie jest chyba warta ich żyć, co?

Corrin zaniemówił. Ten facet groził największemu klanowi przestępców w galaktyce. Nawet nie zauważył gdy wyszli z budynku. Otrzeźwił go dopiero przerażony krzyk brata.

-Corr, do cholery! Co to ma być?!

-To on nas tu ściągnął. Wiedział od początku

-Wiesz co masz przekazać?

Corrin obejrzał się niepewnie przez ramię by zobaczyć… Cholera, ten gówniarz był pewnie młodszy od niego. Mimo to skinął głową.

-Tak.

-To dobrze.

Mężczyzna poczuł jak coś popycha go do przodu z niesamowitą siłą. Jednocześnie Vascal krzyknął z bólu, gdy granat błyskowy odpalony za plecami jego brata oślepił go, psując jednocześnie mechanizm noktowizyjny w jego karabinie.

W tym samym czasie, po drugiej stronie szerokiego pasa ruchu śmigaczy nikt nawet nie zauważył szczupłej postaci w płaszczu która tajemniczym sposobem przebyła dwadzieścia metrów przepaści, dzielącej jedną ścieżkę pieszych od drugiej.

Marcus uśmiechnął się pod nosem i uruchomił z powrotem komunikator.

-Wybacz, staruszku. Miałem trochę rzeczy na głowie. Teraz mogę rozmawiać.
An’Shaed Heater uśmiechnął się, a jego wyświetlana przez hologram twarz nieco wyostrzyła się
.

Orvax IV

-Pośpieszcie się! Nie mógł uciec daleko!

Spora grupa zbirów biegła krętymi jak labirynt uliczkami wielkiego targowiska niewolników, odtrącając na boki prostytutki oraz handlarzy. Najwyższy z nich, dowódca rasy weequay, rozejrzał się gniewnie dookoła. Jego liczne warkocze zafurkotały w powietrzu gdy omiatał wzrokiem ciemne uliczki. Noc na Orvax nie oznaczała ciemności. Co najwyżej większą ilość cieni czy zakamarków do ukrycia. Pod względem oświetlenia, planeta dorównywała Couruscant.


Najemnik zmrużył oczy, widząc w oddali drobną postać wbiegającą do opuszczonego budynku mieszkalnego.

-Tam jest!- ryknął gniewnie, uruchamiając komunikator.- Do wszystkich grup. Cel jest w sektorze Assit, w głównym budynku mieszkalnym!

Wszyscy jego ludzie ruszyli tam od razu. Po opuszczonej dzielnicy miasta poniosło się echo prawie pięćdziesięciu stóp. Stojący obok weequaya rębajło skrzywił się mocno.

-Po co nasz aż tylu po tę jedną pchłę?

-Ta pchła jest niebezpieczniejsza niż wygląda.- warknął, powstrzymując się od zdzielenia podwładnego. Tylko by go po tym ręka zabolała.

-Nie wygląda

Potężna eksplozja zagłuszyła kolejne słowa dryblasa. Budynek do którego wbiegli niemal wszyscy ludzie łowcy głów, Ohina Namru, zmienił się w wielki kwiat ognia i latających we wszystkie strony betonowych płyt. Gorący powiew poniósł za sobą pył aż na plac gdzie stał oniemiały najemnik.

-No… Teraz szefowi wierzę.- mruknął rębacz, z trudem dobierając słowa.

Stojący nieopodal Siódmy wzruszył ramionami, nie do końca zadowolony z efektu. Pozbył się praktycznie wszystkich swoich materiałów wybuchowych, jeśli nie liczyć granatów które zostawił sobie. Mimo to mieszanka ciekłego gazu i bomb termicznych nie zapewniła dostatecznie jasnego płomienia. Cóż, przynajmniej pozbył się pogoni.

Spokojnym krokiem oddalił się z placu. Z kieszeni wyjął drżący komunikator. Mały hologram informował o wiadomości od Heatera.

Couruscant


Postawny mężczyzna zamówił kolejnego drinka. Był zdenerwowany i było to widać. Alkohol nie pomagał mu się odprężać, pił szybko, nie czując smaku.

- Ile można na niego czekać… - mruknął rozzłoszczony zerkając na wiszący nad barem zegar. Dochodziła 23.

Dziewczyna szła szybko, pewnie, jej sylwetka otulona ciemnym płaszczem zlewała się z mrokiem nocy. Mimo ze szła prosto przed siebie wydawało się, że wybiera te kawałki ulicy, gdzie nie dociera światło rzucane przez lampy i neony. Przystanęła przed wejściem do baru i zrzuciła kaptur. Duże, bystre oczy zalśniły na śniadej twarzy. Była ładna, ale pierwsze słowo, które nasuwało się, kiedy się na nią patrzyło to „miła”. Budziła pozytywne emocje, kiedy się uśmiechała, każdy myślał „jaka miła dziewczyna. Dobrze było by mieć taką żonę/córkę/przyjaciółkę”. Jej twarz wyrażała spokój, niosła obietnice relaksujących wieczorów przy kominku, pikników na zielonej trawie i miłego plotkowania w czasie wspólnych zakupów. Przeczesała palcami skręcone włosy, teraz – na skutek wieczornej wilgoci - zwinięte w ciasne ruloniki.

Odetchnęła głęboko, uspokajając ciało po szybkim marszu, przywołała na twarz uśmiech i pewnym krokiem weszła do baru. Za trzymała się w drzwiach i rozejrzała. Kilka osób odwróciła się i spojrzało na nią – „Co taka miła dziewczyna robi tutaj po nocy?” Na twarzach wypisane było nieme pytanie „Zabłądziła?”. Kilka osób wykonało ruch, jakby chciało się podnieść ze stołka, ale ona uśmiechnęła się szerzej i podeszła szybko do postawnego mężczyzny przy barze.

Usiadła.

- Dla mnie sok – powiedziała do barmana.

- Czekasz na mnie – stwierdziła patrząc na Postawnego.

Ten podniósł spojrzenie znad szklanki. - Niestety nie – powiedział ze szczerym żalem - Ale jak załatwię moje sprawy, mogę cie odwieźć do domu… Nie powinnaś..

Spojrzała mu w oczy, przyjacielsko, bez cienia kokieterii. – Jestem Patric Zahe.

- Patric? – przejechał spojrzeniem po jej sylwetce. Zdecydowanie nie chłopięcej.

- Patricia. Możesz do mnie mówić Patric, albo Trish, jak wolisz. Słyszałam, że wiesz coś na temat Huttów. Przemytu.

Mężczyzna spłoszył się. – To nie tak.. – zaprzeczył – Nie mieliśmy rozmawiać o Huttach, umawialiśmy się na coś innego.. - wykonał ruch, jakby chciał wstać. Dziewczyna dotknęła jego ramienia. – Spokojnie – powiedziała – możesz mi zaufać. Kyle twierdzi, że jeżeli z kimś warto rozmawiać o Huutach w tym mieście, to tylko z tobą. Kazał ci powtórzyć „ Pamiętaj o Tatooine, Boyle

Mężczyzna spojrzał na dziewczynę. Uważnie, zaciekawienie przytłumiło lęk w jego oczach – Znasz Kyle’a? – spytał niepewnie.

- Tak – Trisha uśmiechnęła się jeszcze szerzej – osobiście wyciągnęłam go z wiezienia. No, może nie całkiem osobiście – jeden znajomy zrobił to dla mnie. Kyle jest mi bardzo wdzięczny i ma nadzieje, że mi pomożesz.

- Pomożesz Boyle? – zapytała, a w jej oczach była nadzieja tak wielka, że Postawny nie mógł powiedzieć nic innego niż „Tak”, Nie odmawia się tak miłym dziewczynom. Szczególnie, jeśli potrafią doprowadzić do zwolnienia naszych przyjaciół skazanych – niesłusznie oczywiście – na 15 lat za przemyt.

Pół godziny później Paticia Zahne wyszła z baru, wyjmując z kieszeni uniwersalny nośnik danych oraz najnowszej generacji komunikator. Widoczna na nim twarz uśmiechnęła się do dziewczyny.

-I jak, trudno było?- mężczyzna zapytał się, nawet nie poddając wątpliwościom tego że zdobyła informacje. Miała dar. Wspaniały dar do przekonywania innych do swoich racji czy też słów.

-Łatwiej niż sądziłam. Już przesyłam ci dane.

-Jesteś aniołem, Trisha!

-A ostatnio mówiłeś że skarbem.- nadąsała się leciutko by po chwili uśmiechnąć do mocodawcy.- Poczekaj chwilkę. Mam rozmowę na drugiej linii

Spokojnie kliknęła na małą runę „Połącz” migającą przy podobiźnie An’Shaed Heatera.

-No witam.- uśmiechnęła się leciutko do oka komunikatora.

Moonus Mandel, biuro An’Shaeda Heatera

Przybycie do granicznego systemu Bothan było nie tak trudne jak zdawało się większości z was. Prywatne statki, myśliwce, szmuglerzy, ludzie którzy winni wam byli przysługi…

I w końcu dotarliście na tę odległą ale silnie zurbanizowaną planetę na wezwanie wspólnego przyjaciela. Gabinet w którym poproszono was o zaczekanie na Heatera był przytulnie urządzony. Kanapy, stoliki, fotele i do tego dużo zielonych kwiatów na tle jasnej, drewnianej boazerii pokrywającej ściany i podłogę. Miękki dywan wydawał się pochłaniać wasze stopy aż po kostki. Pełny barek kusił egzotycznymi drinkami oraz paterami jedzenia.
Każde z was pojawiło się tam, wezwane przez majora. Każde z was usłyszało o sytuacji kryzysowej i trudnym zdaniu. I oto czekaliście tam w swoim towarzystwie, nie wiedząc co was czekało.
 
__________________
Hello.
My name is Inigo Montoya.
You killed my father.
Prepare to die...

Ostatnio edytowane przez Makotto : 21-06-2011 o 01:21.
Makotto jest offline  
Stary 21-06-2011, 03:23   #2
 
SWAT's Avatar
 
Reputacja: 11248 SWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputację
Wyszedł powoli z baru. Wiadomość nie podobała mu się, ogólnie nie lubił wiadomości od Heatera. Zawsze, ale to zawsze wiązały się z problemami, i to nie lichymi. I miał złe przeczucie, że przyjdzie mu z kimś pracować. Nie lubił tego, nie lubił jak ginęli postronni, albo pod nogami plątały mu się żółtodzioby. Był wyprany z uczuć, ale nie lubił niepotrzebnej śmierci, a przynajmniej nie lubił na nią patrzeć, jeśli byli to towarzysze broni. Nie wiedział czy to jego archaiczne podejście do życia, czy mandaloriański styl bycia sprawiał niechęć do oglądania śmierci przyajciół, ale dawno się z tym pogodził. Jak dostawał zlecenie, starał się ograniczać trupy do minimum, chyba że inaczej się nie dało. Do dzisiaj pamiętał, jak wysadził knajpę na Coruscant, małą melinę z niższych partii miasta. Zresztą zdziwił by się, jakby była tam akurat jakaś przyzwoita osoba.
A jeśli Heater chce go, to musi dobrze płacić, a za takie pieniądze jest w stanie zaakceptować postronne mięso armatnie. Swój bagaż miał zawsze przy sobie, a resztę załadowaną na mały, wypożyczony wcześniej statek, ten z typu jednoosobowych, szybkich jednostek.

Na wszelki wypadek, na Tatooińskim targu, zrobił drobne zakupy. A że wychował się na tym zadupiu i znał każdy kąt tej planety i był tam, gdzie żadna osoba z dobrej woli by nie poszła, szybko znalazł to czego szukał. Klipy do blasterów oraz inne ustrojstwo szybko wypchało kieszenie oraz sloty pancerza. Sama planeta, choć uważał ją za ostanie zło i zadupie, przepełniała go jakąś dziwną energią. Skrycie ją kochał. Inaczej zapewne na hełmie wymalowaną czerwoną farbą, nie widniała by literka „T” w czerwonym kółku. „T” jak Tatooine.

Sama planeta, jedna wielka zdewastowana dziura. Kiedyś podobno była zielonym rajem, tak jak inne. To przez bombardowanie z orbity została taka, jaka jest. Nim wyleciał spotkać się ze swoim dawnym współpracownikiem, musiał zdobyć kilka kredytów zapasu.
„Nigdy nie wiadomo” – powtarzał.
A jako że sława jego dawno opuściła Tatooine, a na rodzinnej planecie był niezwykle ceniony, robotę znalazł szybko i za dobre kredyty.
Zadanie było proste jak 2x2. Wytłuc obozowisko Ludzi Pustyni obozujące na szlaku wędrownym, pomiędzy głównym portem, a osadą zbieraczy wilgoci. Przez zakupione przed chwilą gadżety, nie musiał nawet się przygotowywać. Wskoczył na wynajęty śmigacz i ruszył ku punktowi docelowemu, wyświetlanym cały czas na hudzie hełmu.

Wzburzone za śmigaczem chmury piasku, szybko przenosiła się niesiona wiatrem. Oczekiwał że Ludzie Pustyni się na niego przygotują, miał nadzieję na trochę wakacji. Przepiękne, płaskie dziury uformowane w przeróżne formy patrzyły na niego z góry. On, mały trybik w wielkim kosmosie. Jednostka, w morzu biliardów. Pędząc z coraz to większą szybkością, ogarniała go coraz to większa zaduma. Kiedyś chciał po prostu się dorobić, teraz? Teraz ciągle było mu mało i mało. Chciał być najbogatszy, najlepszy, najpotężniejszy… I wiedział, że już dawno poświęcił temu życie, które z góry było skazana na porażkę.
Dodał gazu, przód śmigacza uniósł się do góry, a sam pojazd jeszcze bardziej przyśpieszył.
Był blisko.
I był zauważony, tak jak oczekiwał.

Śmigacz zostawił tam, gdzie padły pierwsze strzały. Zeskoczył z niego w locie, spadając na nogi i utrzymując wyprostowaną pozycję, dzięki pancerzowi. Strzały Ludzi Pustyni, padały, lecz były niecelne. A te celne unikał z łatwością, ponieważ był na nie przygotowany. Na początku użył ciężkiej strzelby blasterowaj. Sam ją kombinował z ładne kilka lat, równocześnie z przerabianiem pancerza. Sam pancerz zyskał dodatkowych sześć płyt chroniących miejsca pierwotnie odsłonięte, strzelba blasterowa zyskała dwa tryby ognia. Po przełączeniu małe przycisku koło kabłąku, strzelba ta strzelała rozproszonymi na znaczą odległość odłamami energii. Gdy przycisk z kliknięciem, przeskakiwał w dół, broń strzelała jedną, celną wiązką energii zdolną przepalić kilku wrogów naraz. Nigdy nie miał okazji sprawdzić ilu, ale tu nie to się liczyło, lecz celność.
Sama broń, jaka by to nie była, nie sprawiała mu żadnych problemów, tak jakby porozumiewał się z nią. Bo i w istocie tak było, Slevin rozmawiał ze swoimi brońmy. Miał nawet dla nich imiona. Ciężka blasterówka na przykład nosiła imię Klaudia, a dwa średni blastery nazywały się Ti i Ka.


Wiązka energii wystrzelona z lufy Klaudii, rozbiła bez problemów głowę snajperowi, który akurat wystawiał się do kolejnego strzału w Slevina. Jedyną wadą strzelania wiązkami, było to że broń potrzebowała kilku sekund na napełnienie się złowrogą mocą, czemu towarzyszyło charakterystyczne „bzzyt”. Kolejni pojawiający się szlaku Ludzie Pustyni, nijak nie mogli powstrzymać zbliżającego się człowieka. Klaudia dzielnie sprawdzała się w swoim zadaniu. Ranieniu śmiertelnie Ludzi Pustyni.
„Bzzyt” i strzał, „bzzyt” i strzał. W końcu Kelevra znalazł się blisko zszokowanych i wystraszonych Ludzi Pustyni. Rycząc, rzucili się na Slevina. Klaudia wróciła na plecy łowcy. Teraz w ruch weszła Liliana, która z charakterystycznym sykiem, pozbawiała głów kolejnych wojowników. Przechodząc przez wiotkie ciała Ludzi Pustyni, niczym rozgrzany drut przez masło, stanowczo i skrupulatnie uszczuplała populację tych stworzeń. Kiedy dwie ostatnie kreatury uciekły, wykończył je za pomocą Ti i Ka.
Robota została zakończona, a on, bogatszy o kilka kredytów.
Głowy Ludzi Pustyni zebrał w spory worek, który wysypał wprost na biurko zleceniodawcy. Pod budzącym respekt hełmem znanym w całej galaktyce, pojawił się sarkastyczny uśmiech, a na twarzy zleceniodawcy na początku strach, który szybko przemienił się obrzydzenie, zadowolenie aż w końcu respekt.
- To dla Ciebie – Slevin otrzymał zapłatę. Teraz już nic go tu nie trzymało.

Kiedy szedł na statek, podbiegł do niego jakiś handlarz, wręczając mu mały ładunek impulsowy. Nie pamiętał gościa, ale on twierdził że kiedyś za młodu Slevin dla niego pracował. Cóż…
„Zawsze bierz co Ci dają i spadaj” – powtarzał.
I tym razem wziął podarunek, ale kiedy starzec z nim rozmawiał, jakiś głupi złodziejaszek postanowił ukraść coś z straganu tego jegomościa. Odsunął od siebie niewidzącego nic handlarza gestem dłoni, i szybkim ruchem ręki, niczym rewolwerowiec wystrzelił z Ti, w nogi złodzieja. Czerwona wiązka wpadła w pomiędzy nie, strasznie je haratając i go przewracając twarzą w piach. Slevin skinął głową człowiekowi i ruszył do statku.

Statek jakim przyszło mu lecieć, należał do jego dawnego znajomego. Pracował dla niego, ale o tym że jest niewypłacalny, dowiedział się po skończeniu ostatniego zadania. Na szczeście, coś powstrzymało Slevina przed wpakowaniem mu wiązki Kluadii między oczy. Do dzisiaj ma on u niego dług, co spłaca wypożyczeniem statku, zniżkami w jego faktoriach itp.


Szybko poleciał w kierunku planety, na której mieściło się biuro Heatera. Zresztą znał drogę, był tam niejednokrotnie.

Na samo spotkanie przybył sporo przed czasem, bowiem musiał długo czekać na Heatera. Kiedy Heater go zobaczył, przywitał go tylko znaczącym chrząknięciem. Ten odpowiedział mu tylko skinieniem głowy, nie zawracając sobie głowy zebraną tu hołotą. Kiedy był mniej, więcej w zaawansowanym początku objaśniania zadania. Mimo wszystko, obejrzał ich sobie.
„Ten umrze jako pierwszy, widać że bohaterek, ta zasługuje na recykling, dziwki na Tatooine zdarzają się ładniejsze i na pewno bystrzejsze. A ten harcerzyk z pewnością jest pilotem. Niech nas wszystkich Moc raczy pilnować jeśli ktoś da mu statek…” – zaczął narzekać i oceniać, jednocześnie słuchając tego, co mówił Heater, a kiedy skończył nie miał nic więcej do dodania.
 
__________________
Po prostu być, iść tam gdzie masz iść.
Po prostu być, urzeczywistniać sny.
Po prostu być, żyć tak jak chcesz żyć.
Po prostu być, po prostu być.

Ostatnio edytowane przez SWAT : 21-06-2011 o 14:40.
SWAT jest offline  
Stary 21-06-2011, 19:46   #3
 
Tyrsson Ulvhjerte's Avatar
 
Reputacja: 11 Tyrsson Ulvhjerte nie jest za bardzo znanyTyrsson Ulvhjerte nie jest za bardzo znany
Lowchawwa wsiadł do kokpitu myśliwca i spojrzał na komunikator holograficzny, który wskazywał na odebranie nowej wiadomości. Zanim jednak wcisnął migający na jaskrawo guzik, który spowodowałby wyświetlenie przekazu zdjął swój pancerz i sprawdził uważnie, czy systemy zakłócająco-maskujące nie zostały w jakiś sposób naruszone. Z rykiem satysfakcji stwierdził, że elementy są sprawne jak zawsze i nie uległy uszkodzeniom. Gdy wcisnął przycisk ukazał mu się zminiaturyzowany obraz blado-niebieskiego An’Shaeda Heatera w snopie niebieskiego światła.

- Witaj Lowchawwa.- zaczął znajomy głos majora. -Mam nadzieję, że łowy się udały?
- RRrrooaarr!- ryknął wookie w odpowiedzi.
- Doskonale, cieszy mnie to.- odparł Heater. - Czeka na Ciebie nowe zadanie przyjacielu. Wszystko wyjaśnię Ci w umówionym miejscu. Twój droid pokładowy otrzymał już odpowiednie współrzędne.
Wookie włączył swój syntezator mowy i odpowiedział lekko metalicznym i niespecjalnie przyjemnym tonem. Wszystko to spowodowane zakłóceniami, jakie panowały na Kashyyyk.
- Możesz na mnie liczyć. Zjawię się najszybciej jak to będzie możliwe.
- W takim razie czekam...
Przekaz zakończył się w jasnym, białym błysku.

Wookie zaczął szybko zbierać się do drogi. Już po chwili był gotów do wzbicia się na orbitę planety i uruchomienia hipernapędu, dzięki któremu podróż powinna zająć ledwie kilka godzin, zresztą i tak powinien dotrzeć na miejsce znacznie szybciej.



Po wygodnym usadowieniu się w kokpicie Wookie ryknął kilka razy włączając odpowiednie systemy i wydając polecenia swojemu droidowi. Gdy już wszystko było gotowe chwycił delikatnie za stery i uniósł pojazd w górę. Towarzyszyło temu wzbicie się w powietrze obłoków kurzu i liści. Sprawnie wymijając potężne konary ogromnych drzew Kashyyyk Lowie wzleciał na orbitę planety. Przez chwilę patrzył na swoją rodzinną planetę. Widział doskonale wielkie połacie zieleni, jeziora i inne naturalne cuda decydujące o dzikim pięknie jego ojczyzny.



Wszystko to zniknęło po chwili, gdy droid odpalił hipernapęd myśliwca...



Wszystko zapowiadało się dobrze. Do czasu, gdy S-100 Stinger wyłonił się z odmętów nadprzestrzeni i wpadł dosłownie niczym śliwka w kompot. Na nieszczęście Lowchawwy przywitały go wystrzały z działek laserowych. Okazało się, że dostał się w sam środek potyczki eskorty transportowca z piratami, a koordynaty hipernapędu były niedokładne, albo zakłócone przez coś bliżej nieokreślonego. Niemniej jednak należało to teraz do najmniejszych zmartwień Lowchawwy. Wookie zlecił droidowi wysłanie wiadomości do eskortujących transportowiec myśliwców komunikatu o tym, że ma względem piratów te same plany co oni. Potem ryknął i rzucił się w pościg za najbliższym sobie myśliwcem piratów. Zgrabnie uniknął serii pocisków laserowych, które niewątpliwie były przeznaczone dla jego myśliwca i gdy tylko znalazł się za ściganym pojazdem nacisnął spust. Skoncentrowane wiązki laserowych pocisków rozerwały bok wrogiego pojazdu. Lowchawwa błyskawicznie wykonał zwrot przez lewe skrzydło, by wyminąć wrak i nawrócił na pole walki.

"Starcia w przestrzeni kosmicznej są zwodniczo podobne do łowów na Kashyyyk. Wystarczy odpowiednio szybko i sprawnie reagować... I wiedzieć kiedy należy zaryzykować" pomyślał Wookie lecąc prosto na Frachtowiec typu Lethisk, który był największą jednostką w siłach korsarzy.

Szaleńczy slalom pozwolił futrzakowi przedrzeć się przez ostrzał z działka pokładowego, jak również udowodnić ścigającemu go piratowi, że czasem nawet torpedy wystrzelone z przyjaznego okrętu potrafią zniszczyć przyjazny statek. Niestety błysk eksplozji i chmara odłamków świadczyły nieomylnie o tym, że była to pierwsza i ostatnia tego typu nauka jaką odebrał pirat.

Gdy zbliżał się do Lethiska odebrał komunikat.
- Nie wiemy co prawda kim jesteś, ale dziękujemy za pomoc. Sami nie dalibyśmy sobie rady. Nasz transportowiec ma uszkodzone systemy uzbrojenia, a nam pozostały już tylko dwa myśliwce, nie licząc mojego, z dziesięciostatkowej eskorty.
- RRRoooaaaRRR!- ryknął w odpowiedzi Wookie i skierował swój myśliwiec wprost na mostek wrogiego frachtowca.

Zmuszony był jednak wykonać kolejny manewr wymijający, gdy tuż za nim pojawiły się dwa korsarskie myśliwce. Wiedząc, że nie może przebywać jednocześnie tak blisko frachtowca postanowił wypróbować swój stary i sprawdzony manewr, przeniesiony wprost z lasów Kashyyyk w czerń przestrzeni międzygwiezdnej. Wzbił się ponad myśliwce korsarzy i wyłączył napęd, pozwalając im się wyprzedzić. Nie zwlekając włączył systemy ponownie i odpalił serię laserowych pocisków, które dosięgnęły burty jednego z pirackich okrętów. Nie zawracając sobie nim głowy wookie przypuścił ponowny atak na frachtowiec.

- Tym razem będziemy Cię eskortować przyjacielu!- zakomunikował poznany przed chwilą głos.

Faktycznie, gdy zbliżał się do frachtowca pojawiły się w pobliżu dwa myśliwce eskortujące transporter i odparły ataki wroga, dając się porwać szaleńczemu tańcowi śmierci. Lowchawwa skoncentrował się teraz na właściwym użyciu torped Stingera. Zapikował wprost na mostek pirackiego okrętu, posyłając w jego stronę serie pocisków laserowych i tuż przed poderwaniem statku, w celu uniknięcia kolizji wystrzelił wszystkie torpedy jakie miał na stanie, dzięki specjalnie zmodyfikowanemu systemowi odpalania torped. O sukcesie zaświadczył mu potężny błysk i mknące w przestrzeni odłamki.

- Mamy ich!-krzyknął radośnie dowódca eskorty.- Nie dalibyśmy sobie rady bez Ciebie przybyszu. Jestem Sol'Failen i dowodzę eskortą "Gwiezdnego Kupca". Pozwól nam się jakoś odwdzięczyć.
- Nie ma potrzeby.- odparł Lowchawwa za pośrednictwem syntezatora mowy.- Mam opóźnienie w swojej własnej trasie. Muszę jak najszybciej dostać się do systemu Bothan.
- W takim razie może polecisz z nami? To już blisko, a traf chce, że my też tam zmierzamy.
- Niech będzie. Zawsze to raźniej podróżować z kimś przyjaznym.



Tak więc eskortując "Gwiezdnego Kupca" Lowchawwa dotarł wreszcie na umówione miejsce spotkania. Niestety z opóźnieniem, ale no cóż... "Tego wymagała sytuacja. W końcu nie można było ich tak zostawić samym sobie, skoro dopiero co pomagałem im odpierać atak korsarzy." tłumaczył sam sobie, starając się ułożyć we włochatej głowie ostatnie wydarzenia.

Gdy już wreszcie pojawił się w gabinecie, wraz z resztą oczekujących jego uwagę przykuł szczególnie barek... Nie zwracając więc uwagi na to co robi reszta zebranych głodny wookie wziął się za pałaszowanie wszystkich możliwych potraw. Nie szczędził sobie również trunków. Mniej więcej w połowie uczty, pomiędzy przeżuwaniem szczególnie dużego kęsa, a wlewaniem w siebie zawartości kolejnej czarki, której spora część znalazła się na futrze Lowiego nawiasem mówiąc, dostrzegł wchodzącego majora. Wookie bezpardonowo wypuścił trzymane w rękach patery i naczynia, które brzdęknęły żałośnie uderzając o dywan, który niestety nie ocalił co delikatniejszych elementów zastawy i rzucił się na Haethera rycząc radośnie niczym młody wookie cieszący się ze swej pierwszej kuszy. Gdy tylko Lowchawwa gorąco wyściskał majora postanowił odnieść się przychylnie do zasłyszanej w tym czasie prośby przyjaciela.

- Ja też Cię lubię ty tępy futrzaku, ale potrzebuję też POWIETRZA!!!

Wookie odsunął się na bok i zaryczał w sposób, który dobitnie można było odczytać jako: trochę mi wstyd, ale nie rozumiem jak możesz nie lubić przytulania się.
 
Tyrsson Ulvhjerte jest offline  
Stary 21-06-2011, 23:18   #4
 
Kirył's Avatar
 
Reputacja: 11 Kirył nie jest za bardzo znanyKirył nie jest za bardzo znany
-Zarkoh Adasca- od razu zaczęli mówić sobie pracownicy lądowiska na Moonus Mandel. Chociaż nie przez wszystkich był lubiany, znało go wielu mieszkańców Galaktyki. Był on Arkanianinem, członkiem rasy wywodzącej się z mroźnej planety Arkania, znanej ze swych bioinżynierów i twórców najbardziej znanych cyborgów w znanym wszechświecie. Ten osobnik był w dodatku potomkiem niesławnego Arkoha Adasca, legendarnego przywódcy Arkanii i korporacji Adascorp. Nikt niie wiedział dlaczego członek tak szanowanej rodziny został zwykłym najemnikiem. Nie, chociaż zwykły to złe słowo, on był słynnym najemnikiem, kimś na kogoś trzeba było czekać a nie na odwrót.
Na planecie jest chłodno ale czy na Arkanii nie ma jeszcze gorszych warunków?
-Zostań na pokładzie- powiedział do astrodroida ubrany w zbroję mandaloriańską, pomalowaną w zielono-czarne pasy, pomagające się maskować na lesistych planetach.
-Bep, bee bop?

-A to dlatego że ktoś nam statek może ukraść, X2.
-Beee bo bipp!
-Co ty nie znasz tutejszych? Każdy kto tu mieszka chce się natychmiast stąd wyrwać!
-Beepp.
-Dlaczego oni nie produkują mądrzejszych droidów?
-Be boo, bip?
-No dobra już, kupię ci ten twój olej jak będę wracać ale teraz pilnuj statku.

Mijał po drodze wiele bazarów, ludzie go tu znali dobrze, ponieważ przez jakiś czas przebywał tu, będąc pod opieką Heatera. W końcu trafił na coś w rodzaju wędrownego cyrku. Przez kilka minut oglądał popisy klaunów, akrobatów i innych artystów, gdyby miał jakieś kredyty to może nawet by im coś dał ale ich strata. W końcu pokazali i zwierzęta, jak obrzydliwe pluszaki, to był znak żeby się zmywać.
Nie miał czasu na te zabawy, poszedł dalej, jednak prześladowało go dziwne uczucie, jakby ktoś go obserwował. Niby nic dziwnego, wszędzie pełno sprzedawców co chwila próbujących mu coś wcisnąć, mieszkańców rozmawiających o znanych sobie tylko sprawach ale on już instynktownie czuł że jest coś nie tak. Przesunął dłoń powoli w stronę kabury, gdzie spoczywał jeden z jego westarów.

Odbezpieczył powoli i odwrócił sie na pięcie oddając strzał prosto w durosa celującego w jego plecy z blastera. Dookoła powstało spore zamieszanie zamieszanie ale wkrótce wszyscy się uspokoili, byli już przyzwyczajeni do takich rzeczy. Zarkoh zajął się przeszukiwaniem ciała niedoszłego skrytobójcy. Znalazło kilka kredytów, a to zawsze się przyda i co najważniejsze komunikator, z zapisanymi ostatnimi rozmowami na dysku. Postanowił że obejrzy to później, teraz miał co innego do roboty.
U Heatera nie było jeszcze nikogo, za to stoły zastawione były jedzeniem i alkoholem wszelkiego rodzaju, zaś najemnik tym nie gardził. Zarkoh usiadł na jednym z foteli i chwilę potem zaczęli się schodzić inni. Był ktoś, kto wydawał się dziwnie znajomy, pewnie go kiedyś widział jak odbierał wynagrodzenie. Oprócz niego była jakaś dziewczyna. Wyglądała zbyt delikatnie i niewinnie jak na najemniczke, lecz z tego co znał swojego gospodarza, to musiał mieć powód, skoro wziął ją pod swoje skrzydła. Następnym gościem był... No tak, coś dużego, futrzastego i zapewne inteligentnego jak jego droid. Wielki, niezdarny wookie w swojej własnej osobie. Według niego tacy nadawali się idealnie do sprzedaży dla Korporacji Czerka, lub na wywózkę na Orvax IV. Był jeszcze ktoś z czymś szalonym w oczach, zaś w trakcie rozmowy wszedł prawdziwy Mandalorianin! Do kompletnej zbroi dla Adasca zaś został tylko hełm...
 

Ostatnio edytowane przez Kirył : 22-06-2011 o 10:42.
Kirył jest offline  
Stary 23-06-2011, 22:53   #5
 
deMaus's Avatar
 
Reputacja: 785 deMaus jest godny podziwudeMaus jest godny podziwudeMaus jest godny podziwudeMaus jest godny podziwudeMaus jest godny podziwudeMaus jest godny podziwudeMaus jest godny podziwudeMaus jest godny podziwudeMaus jest godny podziwudeMaus jest godny podziwudeMaus jest godny podziwu
Tak, wiadomość, że Heather ma problemy była niepokojąca, ale i nie taka znowu niezwykła. Jego dawny szef i przyjaciel, zajmował się tym samym co on, był najemnikiem, a raczej pośrednikiem lub agentem. Tym razem to jednak nie były przelewki, Heather nie powiedział za dużo, ale wynika z tego, że ktoś skutecznie utrudnia mu życie, a łącząc to z plotkami z okolic Bothan, można śmiało założyć, że konieczne będzie wyeliminowanie przywódcy jego przeciwników.

Marcus nie zamierzał się śpieszyć, zwłaszcza, że doleci w mniej niż 8 godzin, a Heather prosił go o spotkanie za trzy dni. Pewnie nie będę sam, i próbuje zgrać więcej osób. No cóż można jeszcze załatwić do końca sprawy na Nar Shaddaa.


Miał zlecenie od Kantoru na znalezienie i likwidację jednego z ich egzekutorów. Lin Haber, koleś ponoć, miał dość, i ogłuszył tutejszego szefa kantoru, okradł go i zwiał. O ile Taycros nie miał nic przeciwko tego typu działaniom, to kantor miał, nie mógł sobie pozwolić, na to by plotka o tym jak łatwo ich wykiwać i nie zostać ukaranym rozeszła się szerzej. Sami zablokowali doki, i ponoć są pewni, że Haber się ukrywa, oni nie mogą pilnować wylotów cały czas, bo zaniedbają inne inwestycje.


Habera namierzył w tajnym pokoiku, na tyłach speluny o nazwie "Kwiecie Ilzy". Knajpa była wyjątkowo podła i była by regularnie pomijana we wszystkich przewodnikach po tym księżycu, gdyby kiedykolwiek jakiś powstał.
Wnętrze było niezwykle surowe, stoliki na pojedynczych nogach, przytwierdzonych na stałe do podłogi, kilku klientów, w tym trzech ludzi siedzieli parami, albo samotnie i pili drinki.
Wszyscy spojrzeli na niego kiedy wchodził. Zważywszy, że oni byli ubrani, można by rzec codziennie, on miał na sobie pełną modyfikowaną zbroję, z hełmem, stylizowaną wyglądem na mandolariańską. Cała białą, jedynie na łokciach, kolanach i okolicy karku, była grafitowa, i wykonana z jakiegoś rodzaju siatki. Na udach bez pokrowców trzymały się dwa ciężkie blastery, a przy boku, trzy granaty. Znad lewego ramienia wystawała rękojeść. Miał też coś co dla obytych w świecie było by mieczem świetlnym, ale dla obecnych tu było jedynie wisząca, u pasa rękojeścią. Na całość, miał zarzucony luźny płaszcz, który jednak sugerował, ze właściciel nie nosi go po to by ukryć, swoją broń, ale raczej by podkreślić, fakt jej nie ukrywania.


Podszedł do baru, a człowiek za barem z lekkim drżeniem w głosie spytał.
- Coś do picia? iii nie chce tu kłopotów, kantor ochrania to miejsce. -
Marcus rozejrzał się po gościach, nie zdejmując hełmu, w rzeczywistości sprawdzał, za pomocą termowizji wbudowanej w hełm, gdzie jest wejście do tajnych pomieszczeń, a kiedy znalazł powiedział.
- Nie chce kłopotów z Kantorem - odpowiedział lekko, co rozluźniło barmana - Choć, z drugiej strony, huttowie są za bardzo przestraszeni, żeby mnie ścigać, może kantor wykaże więcej finezji. - Przeniósł błyskawicznie spojrzenie na barmana, a czerwone wizjery, skupiły się na nim - Szukam wyzwania wiesz? Myślisz, że zechcą się na mnie mścić, za zniszczenie tego lokalu, jeśli znajdę w tamtych pokojach - wskazał na duże malowidła na ścieni, obok pustych stolików. - powiedzmy Lina Habera? -

Kilku gości wyczuwając co będzie się działo, zaczęło zmierzać do wyjścia, a barman wyjąkał.
- Ja niewi... tam nic nie ma, to ściana. A jak nie chcesz pić, to wynocha, straszysz klient... - Nie dokończył, bo Taycros, złapał go lewą ręką, wspomagając się mocą, wyrwał zza baru, i rzucił pod ścianę którą wskazywał. Sam ruszył w tamtym kierunku, zupełnie nie przejmując się, tym, że reszta gości rzuciła się już do panicznej ucieczki. Jeden wyglądający na dobrze już trafionego alkoholem stałego bywalca, złapał za krzesło i licząc, że stoi za plecami Marcusa, chciał roztrzaskać je na nim, być może liczył na to, iż wdzięczny barman, da mu kredyt, a może poczuł potrzebę bycia bohaterem. Trudno zgadnąć, bo nim krzesło doleciało, najemnik odwrócił się w ułamku sekundy, jakby ostrzeżony nadnaturalnym zmysłem, wyciągnął rękę i robiąc krok w stronę atakującego złapał go za nadgarstek, nogę przestawił na jego tył, i pchnął go. Kiedy tamten upadał, lewą ręką, wyciągnął coś z kieszonki na pasku, i przytknął do czoła bywalca, a ten, w momencie przestał się podrywać, ale zamiast tego opadł na podłogę rozluźniając mięśnie.

Marcus wstał i ruszył ponownie w stronę ściany.
- Otworzysz, czy mam zrobić to sam? - zapytał, kiedy ten spojrzał na niego przerażony, po czym przeniósł wzrok na pijaka. - tylko śpi, ocknie się, kiedy zdejmę to urządzenie, jednak twój czas minął. Sięgnął po granat, ale w tym momencie barman zawołał.
- Nie, otworze, otworze. - i szybko nacisnął kombinację kolorów na rysunku.

Drzwi otworzyły się, i w tym samym momencie poleciała zza nich seria z blastera. Dwa pociski z blastera trafiły w barmana, reszta pomknęła w stronę taycrosa. Powietrze przeszyło dziwne buczenie, i blade białe światło, kiedy aktywował swój miecz, odbił trzy pociski, reszty nie było trzeba, i tak by chybiły.

Wyciągnął rękę i wyrwał wyszarpnął karabin z dłoni Habera, a ten z przerażaniem zaczął się cofać.
- Czekaj, zapłacę więcej, mam pieniądze. Przebiję kantor. Ja chciałem tylko przestać zabijać, zacząć nowe życie. Proszę nie.-
- Tu nie chodzi tylko o pieniądze, kim bym był, jakby tak łatwo dał się mnie przekupić? Jednak Kantorowi zależy na wrażeniu, i pieniądzach, więc mogę ci zaproponować taki jednorazowy bonus. Oddasz pieniądze, podwieziesz mnie w jedno miejsce i będziesz mi wisiał przysługę. Kiedyś się po nią zgłoszę. Zmienisz nazwisko i wyjedziesz, czy to jasne? - Powiedział odkładając, na miejsce przy pasku miecz, i sięgając po granat.
- Co? -
- No wiesz. To miejsce wyleci w powietrze, z tobą, lub bez ciebie. -
- Dlaczego? - spytał, bardziej przerażony niż poprzednio, o ile to możliwe.
- Bo taki mam kaprys. Ale nie powtarzam się dwa razy. -
- Dobra, tam są kredyty, w tej skrzyni, są tam też granaty, i broń, wszystko twoje, tylko daj mi odejść. -
- Znikaj i czekaj na mnie na twoim statku, przekażę kantorowi, że rekwiruję, ten statek, raczej nie będę mieli nic do gadania. Ale pamiętaj, kiedyś ktoś może poprosić się o przysługę dla Marcusa Taycrosa, lepiej, żebyś ją wtedy wyświadczył. - Haber przebiegł obok niego, spojrzał tylko na ciało barmana, i wybiegł, w stronę tylnego wyjścia.

Kilka minut później, dzielnicę przeszył potężny wybuch, a kilka przecznic dalej, niedawny bohater z kantyny, ocknął się w zaułku, z bólem głowy.




Dzień później, Marcus leciał już zarekwirowanym YT-2400 na wyznaczone spotkanie. W trakcie lotu, medytował w swojej kajucie, cztery astrodroidy i dwa roboty protokolarne zajmowały się statkiem. Haber odezwał się do niego tylko raz, kiedy wysiadał, powiedział, dziękuję.


Liczył, że uda mu się porozmawiać z Heatherem zanim odbędzie spotkanie z reszta, ale po dotarciu do biura, dowiedział się, że jego przyjaciela nie ma, i pojawi się dopiero przed spotkaniem. Szlak, czyli nie pozostawało mu nic innego, jak wrócić na statek i czekać.

Na spotkanie pojawił się, kilka minut przed czasem, zlustrował obecnych, i od razu rzucił mu się w oczy Zarkoha Adasca. Ciekawe, czy zaprosił go Heather, czy też pracuje dla Neevy i ma na niego zlecenie. Cóż zaraz się okaże, bo właśnie wszedł Heather, skinął głową kilku osobom.

Marcus uśmiechnął się szczerze, odsłaniając białe zęby. W biurze Heathera, zawsze był bez hełmu, ale dziś lekko tego żałował. Co prawda miał resztę pancerza na sobie, pod luźnymi szatami, w kolorze bieli i granatu.
- Znowu trzeba cię wyciągać z kłopotów? - zapytał z uśmiechem - kogo tym razem, trzeba wykończyć. Chyba samego lorda sithów, albo wielkiego Mandalora, skoro zebrałeś taki tłum? Zapraszając tyle sław osobiście? - zakończył pytaniem, wiedząc, ze Heather dobrze to zinterpretuje, czekał na potwierdzenie, czy wszyscy są jego osobistymi gośćmi, bo jeśli tak, to znaczy, że mogą sobie ufać.
 

Ostatnio edytowane przez deMaus : 24-06-2011 o 18:03.
deMaus jest offline  
Stary 23-06-2011, 23:20   #6
 
Fiath's Avatar
 
Reputacja: 6040 Fiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputację
Danpa spokojnie podszedł do stojącego przed nim statku kosmicznego.
Pilot z niewiadomych powodów rozdrażniony już na niego czekał. Migiem wyrwał Theelinowi z rąk metalowe pudełko, po czym rzekł
- Nie mogłeś tego zrobić spokojniej? Brakowało tylko kilku części, mogłem ci kazać czekać na statku.
- Daj spokój - odparł siódmy - nie wywołałem nawet fali uderzeniowej, zresztą, oni chyba czegoś ode mnie chcieli.
- Pakuj się, na miejsce dolecimy już nie długo, zostawiam cię tam i radź sobie sam.
- ehh - westchnął - czyli tak jak się umawialiśmy.

Pokład statku.
Danpa leżał na łóżku w kabinie sypialnej patrząc na komunikator. Zastanawiał się czy można jakoś oddzwonić. Owszem, teoretycznie literki na ekranie powinny być instrukcją, ale co do ich znaczenia chłopak nie miał pewności.
Co powinien zrobić, gdy już ponownie spotka się z Heaterem? Ma nazwać go papą? A może po prostu siedzieć cicho i wysłuchać?
Teoretycznie nie byli blisko, jednak w praktyce z sługi stał się szybko wychowankiem, a to na swój sposób ich jedna.

Nie chcąc tracić więcej czasu zdjął odzienie i poszedł spać.

Moonus Mandel, biuro An’Shaeda Heatera

Do Sali wszedł młody Theelin, nie miał nawet 30 lat, co dało się śmiało stwierdzić pierwszym spojrzeniem.
Miał białą cerę i rude długie, choć związane włosy. Około 1 metr i 63 centymetry wzrostu. Na uszach miał słuchawki, których kabel kończył się gdzieś w zielonej kurtce. Spodnie i długie buty dobierały ubioru.
Co sprytniejsi mogli zauważyć że pod czarnym makijażem oczu jest dziwna nierówność, spod kurtki od strony pleców wystaje końcówka pochwy jakiejś borni.
Chłopak spokojnie usiadł na najbliższym krześle nie robiąc wiele szumu. Zaciekawił go wyłącznie widok wookiego, najprawdopodobniej kojarzył go już.
Widać stary Heater nie lubi zmieniać obstawy, a i dobrze mieć przy sobie zaufanych ludzi.
Uśmiechnął się, choć mogło to być niewidoczne przez kołnierz krótki.
 
Fiath jest offline  
Stary 25-06-2011, 18:27   #7
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 39698 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Patric dotarła na miejsce ostatnia.

Po pierwsze – nie dysponowała swoim środkiem transportu (problemy z miejscami parkingowymi potrafiły być naprawdę wkurzające!), a po drugie – musiała najpierw wywiązać sie z innych zobowiązań. Gdyby chodziło o sprawę życia lub śmierci wtedy niechętnie – nie po to tyle lat pracowała na swoją reputacje, żeby teraz puścić wszystko w trąbę – rzuciła by wszystki i tak jak stała pojechała by na wezwanie. Nie była w stanie wyobrazić sobie sytuacji, kiedy mu odmawia. Teraz jednak dostała trzy dni – wystarczająco, żeby podomykać sprawy i dotrzeć bez problemu na miejsce zbiórki. Skoro podarował im trzy dni to znaczyło, że taka zwłoka nie zmieni wiele w sytuacji. Patric była pragmatyczna. Nie dawała się łatwo ponosić emocjom. Klienci cenili to, podobnie jak jej profesjonalizm. I niezawodność.

Weszła powoli do gabinetu. Taaak… zawsze dbał o swoich ludzi. Nawet przez podeszwy wysokich butów czuła miękkość dywanu. Podeszła do fotelu stojącego w kącie – miała stąd dobry widok na wszystkie wejścia i resztę zgromadzonych osób. Usiadła, wyciągając przed siebie długie nogi obciągnięte w ciemno szare spodnie. Zdjęła płaszcz w kształcie krótkiej tuniki i została w samym białym topie. Przepasana była szerokim pasem z ozdobną – nieco zbyt strojną jak na ten prosty strój – klamrą. Na jednym biodrze opierała się jej kabura, na drugim – nieduża podróżna sakwa. Bransoletka z szeregiem ozdobnych zawieszek dopełniała stroju.

Rozejrzała się po pomieszczeniu. Zbieranie informacji – wszędzie, gdzie tylko się znajdowała – weszło jej w nawyk.

Marcus Taycros – rzadko widywało się jego twarz. Za nagrodę od Huttów Patric mogłaby sobie urządzić półroczne wakacje.. na jakiejś miłej, pustynnej planecie.. z dala od miast i ich świateł. Bez problemów parkingowych. Córka senatora z Alderanu miała dużego pecha, że to właśnie ją Huttowie uznali za wystarczająco atrakcyjną do ozdobienia ich haremu Ale też duże szczęście, ze akurat Marcusa wysłano do jej odbicia. „Cóż – pomyślała Patric z niejakim żalem – przyjaciele An’Shaed Heatera są moimi przyjaciółmi” Uśmiechnęła się do Marcusa.

Zarkoh Adasca – bardzo możliwe, że to on był osoba, która dowiozła córkę senatora na dwór Huttów. Jedli nawet nie tą konkretną córkę, to jakąś inną na pewno. Lub syna. Zarkoh był z tego znany.

Slevin Kelevra – też go znała, zwykły najemnik, maszynka do brudnej roboty… mnóstwo takich pętało się po Galaktyce… Chociaż pamiętała, że ten tez miał coś wspólnego z Huttami. Kolejny?

Do tego Wookie i Theelin. Nie ma co, dobrane towarzystwo. Patric podeszła do stołu, wybrała sobie owoc i wbiła zęby w miąższ.

Czekała na An’Shaed Heatera.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline  
Stary 26-06-2011, 02:21   #8
 
Makotto's Avatar
 
Reputacja: 89 Makotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znany
Moonus Mandel, biuro An’Shaeda Heatera

Weteran westchnął głośno, uwalniając się z objęć dość wylewnego wookie’go. Z lekkim uśmiechem poprawił skórzany kapelusz na głowie i poklepał wielkiego kudłacza po ramieniu.

-Dobrze cię widzieć, Lowie.- powiedział, uśmiechając się przy tym ciepło.

An’Shaed Heater. Żołnierz, weteran, uzdolniony najemnik z bogatą przeszłością oraz ktoś kogo większość z was mogła nazwać przyjacielem czy nawet opiekunem. Mężczyzna zmienił się przez te wszystkie lata. Jego brodę oraz opadające na ramiona włosy gęsto pokrywała siwizna a jego mundur został dopasowany do nieco już zaokrąglonej sylwetki. Mimo to był to cały czas ten sam An’Shaed Heater. Pomocny, zaufany i niezawodny.

Spokojnym krokiem podszedł do każdego z was, witając się.

-Siódmy, wyrosłeś. Cieszę się że tu dotarłeś, chłopcze.- z uśmiechem poczochrał Theelina po głowię, zbliżając się do jedynej kobiety w waszym zacnym gronie.

-Patricia! Czy mi się wydaje czy piękniejesz za każdym razem gdy cię widzę?- zaśmiał się rubasznie, całując dziewczynę w dłoń. Patric odpowiedziała uśmiechem.

-I ty dobrze wyglądasz

-Co jak co, ale to kłamstwo ci nie wyszło. Starzeję się, ot wszystko.- jego wzrok zatrzymał się na twarzy Arkanianina. Uśmiechnął się lekko i przewrócił oczami na widok dość sztywnej i wzniosłej pozy młodego najemnika.

-Nic się nie zmieniłeś, Zarkoh. To chyba dobrze, co?- puścił mu oko i stanął przed ostatnim z grona, Marcusem.

-Znowu trzeba cię wyciągać z kłopotów? - młodzian zapytał z uśmiechem - kogo tym razem, trzeba wykończyć. Chyba samego lorda sithów, albo wielkiego Mandalora, skoro zebrałeś taki tłum? Zapraszając tyle sław osobiście?

Heater zmierzył go groźnym spojrzeniem. Po kilku ciężkich sekundach zaśmiał się i lekko popukał pięścią pancerz na piersi najmity.

-Mógłbyś to czasem zdjąć, co? Dobrze że jesteś.

Nie skomentował spóźnionego przybycia mandaloriańskiego najemnika tylko pozdrowił go skinieniem głową. Kiedy wszyscy zajęliście już miejsca, z cichym sapnięciem opadł na fotel pod ścianę pomieszczenia. Obraz nad jego głową przedstawiał scenę z Wielkiej Wojny Nadprzestrzennej.



Tylko milczący Kelevra nie zajął miejsca.

-Jeszcze raz witam was wszystkich i cieszę się że odpowiedzieliście na wezwanie starego niedorajdy.- uśmiechnął się lekko i nalał sobie wina z jednej z butelek ocalałych przed wygłodniałym wookiem.- Nie sądziłem nigdy że znajdę się w sytuacje gdy będę zmuszony zwołać wszystkich moich… co tu dużo gadać… najlepszych protegowanych oraz towarzyszy broni. StarFox jest w ciężkiej sytuacji. Nie będę obijał w bawełnę. Ja jestem w ciężkiej sytuacji.

Klasnął w dłonie, powodując tym samym opuszczenie zasłon w oknach. Wielki, ruchomy afisz reklamowy na sąsiednim budynku stracił ostrość a bothiański senator reklamujący się na nim na kolejną kadencję zmienił się w rozmazaną plamę.

Holowyświetlacz na stole włączył się, ukazując wam nieprzyjemny widok gwiezdnego pobojowiska. Części statków, rozprute kadłuby oraz osmalone fragmenty statków wirujące pomiędzy ciałami wirującymi w pustce kosmosu.

-Dwa miesiące temu usłyszałem o zleceniu na schwytanie pewnego pirata, regularnie napadającego konwoje medyczne przelatujące przez system Bothan. Rabował wszystko i zabijał wszystkich. Jak okazało się, zlecenie to przerosło moich szeregowych podwładnych oraz całą moją organizację. Dlatego ściągnąłem was.

Spojrzał kolejno w wasze twarze.

-Specjalistów od przetrwania, pilotażu, walki… Ech, nie będę wam tu kadził. Sami dobrze wiecie na czym się znacie a żeby skutecznie współpracować prosiłbym o nieco lepsze poznanie się z przyszłymi towarzyszami zlecenia. Zgoda?- jego spojrzenie w jakiś dziwny sposób przeciągnęło się po postaciach Kelevry oraz Adascy. Odchrząknął i upił łyk wina, ignorując dość intensywną konsumpcję ze strony Lowchawwy. Patric odsunęła się leciutko od włochacza, strzepując z kolan okruchy jakie wokół siebie rozsiewał.

-Wracając jednak do głównego tematu… Ze smutkiem muszę was poinformować że nie mamy nic. Moi ludzie, mimo dużych talentów w dziedzinie militarystki, nie byli w stanie zebrać w stu procentach sprawdzonych informacji na temat tego całego pirata. Jedyne co mamy to nazwę jego bandy, atakującej na szlakach. Oo-tman-e, co w potocznym narzeczu Tatooine oznacza

-Demony.- dokończył odruchowo Danpa, siedząc na skraju kanapy którą to dzielił z arkanianinem. Heater skinął krótko głową.

-Właśnie. Po za tym nic. Niby zbieraliśmy jakieś tam dane od szpiegów z półświatka ale wszystkie chybione albo prowadzące nas w pułapkę. Obawiamy się że Oo-tman-e opłacają swoją własną siatkę dezinformującą wszystkich zainteresowanych nagrodą za ich głowy.

-Która wynosi… ?- Adasca nieco wyprostował się na miękkiej podusze, zwracając białe oczy na Heatera. Weteran ponownie przewrócił oczami.

-Nagroda wynosi dziewięćdziesiąt tysięcy kredytek, a ja dorzucam wam do tego jeszcze kolejne trzydzieści.

-Dwadzieścia tysięcy na głowę.- Arkanianin uśmiechnął się. Taka suma była nie do pogardzenia.

-Dokładnie. Z czego rządzący obroną tego sektora marszałek przestrzenny Iscan Vanko zaznaczył że nagroda obowiązuje tylko za żywego herszta Oo-tman-e. I w ten sposób dochodzimy do naszego głównego źródła problemu.- westchnął, zmieniając obraz wyświetlany przez hologram.


-Iscan Vanko, dość młody oficer który wybił się na swoją pozycję dzięki wielkim zasługom w czasie Wielkiej Wojny Galaktycznej. Honorowy, sumienny i… Nie cierpi i nie ufa łowcom nagród oraz organizacją najemnym. Jego przełożeni ściągnęli tutaj StarFox’a, wbrew woli marszałka. Dlatego też robi wszystko byśmy nie wykonali zadania. Chce zniszczyć mi reputację firmy. A najemnicy bez reputacji…- An’Shaed uśmiechnął się do was z udawaną radością.- Sądzę że on będzie waszym pierwszym problemem do rozwiązania. Mimo dość szeroko zakrojonych działań śledczych, uparcie twierdzi że nie ma żadnych informacji wartych mojej uwagi na temat prowadzonej przez nas sprawy. Łże.

Major wyłączył hologram, jednocześnie odsłaniając okna.

-Jeśli chcecie mieć dobry start, postarajcie się zdobyć informacje od niego. Siłą, zastraszeniem czy imponując mu w jakiś sposób. Jego biuro jest na drugim końcu miasta. Możecie też popytać w półświatku. Szmuglerzy, nielegalni handlarze… Co ja wam będę mówił, wiece co mam na myśli. Nie przyjmuje was w siedzibie StarFoxa, lecz w moim biurze, przez co możecie się domyślać że oficjalnie nie jesteście powiązani z moją organizacją. Na Vanko wymusiłem zaś absolutną dyskrecję.

Z uśmiechem rozłożył ręce.

-Oficjalnie jesteście po prostu bandą zabijaków szukającą zarobku. Fajnie, co?- zaśmiał się i wstał powoli ze swojego siedziska.- Nie zostaje mi tylko nic jak życzyć wam powodzenia.

Odchrząknął cicho, gdy po dłuższej chwili od jego słów nic się nie wydarzyło. Boczne drzwiczki jego gabinetu otworzyły się, a do środka wdreptał nieporadnie droid protokolarny. Na złotej tacy którą niósł znajdowało się sześć karmazynowych kostek pamięci.

-Są na nich namiary na biuro Vanko, ogólny plan miasta, mapa przestrzeni Bothan oraz moja prywatna częstotliwość kontaktowa bezpieczne od podsłuchów. Po zapisaniu sobie tych danych zniszczcie je. W razie czego, jesteśmy w kontakcie.

Ostatni raz uśmiechnął się ponuro i życzył każdemu z was powodzenia a potem pozdrowił was jeszcze jako grupę.

-Liczę na was, dzieciaki.- powiedział jeszcze, na odchodne.
 
__________________
Hello.
My name is Inigo Montoya.
You killed my father.
Prepare to die...
Makotto jest offline  
Stary 03-07-2011, 23:10   #9
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 39698 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
post wspólny graczy

- Bierzmy się do roboty! – Zarkoh podniósł się na nogi - Potrzebne będą wszystkie dane na temat budynku, straży i ogólnie o tym gościu, a także pomoc Patric.

Slevin Kelevra patrzył się na zgromadzonych spod hełmu, jak na bandę rozwydrzonych bachorów. I miał nadzieję, że ktoś jeszcze podziela jego zdanie, choć nie zależało mu na tym. Pomysły, skwitował tylko polnymi kiwnięciami głowy, które oznaczały ironiczne "Tak, tak. To naprawdę ciekawe". Chciał się stąd wyrwać, uciec ale Heater pewnie by się na nim zawiódł. W sumie nie zależało mu, dobrze wiedział że Slevin pracuje sam. To też podniósł się i ruszył przed siebie, w kierunku miasta. Za sobą rzucił tylko niezgrabne:
- Ktoś idzie?

Marcus siedział, z kieliszkiem wina w jednej ręce, i datapadem w drugiej.
- Zarkoh, może dokończysz mówić o swoim planie, bo nie sądzę, a przynajmniej mam nadzieję, że nie planowałeś na tym skończyć, aby poznać plany, i wysłać Patric do uwiedzenia Vanko. Jeśli jemu faktycznie zależy na powstrzymaniu Heathera, to pewnie jego ludzie go obserwują, i nawet, gdyby nie byli go w stanie śledzić, to obserwują biuro, i siedzibę jego firmy. Wniosek, Vanko już wie, albo dowie się za kilka godzin, o tym iż Heather, się z nami spotkał. Na razie nie zna twarzy Kelevra, o reszcie już za pewne ktoś dla niego zbiera informacje. Patric poszłaby w piękną pułapkę. A najprawdopodobniej dostałaby fałszywe informacje. Zgadzam się z Slevinem, - tu skinał lekko głową w stronę mandalora - znikamy stąd, parami, albo pojedynczo, zbieramy informacje, symulujemy wylot z planety, i spotykamy się za 24h, w bezpiecznym miejscu. Ktoś ma statek? To powinna być bezpieczna lokalizacja, o ile zadokować go w jakimś, nie do końca oficjalnym miejscu. -

Po wyjściu Heatera Patric sięgnęła do sakwy i wyciągnęła niewielkie urządzenie. Zbliżyła je do ust i wprowadziła głosowo kod. Potem podała nazwisko Vanca. Przez chwil czytała coś na holograficznym wyświetlaczu, nasłuchując jednocześnie rozmowy pozostałych najemników.
Kiedy Slevin ruszył do drzwi, powiedziała:
- Poczekaj, ja pójdę z tobą, ale mam tu też jakieś informacje.. za dużo nam nie pomogą, ale warto wiedzieć, kogo szukamy.
Rzuciła tekst na ścianę, ale po chwili, spojrzawszy kątem oka na Wookiego, włączyła głośnik.

Rozległ sie męski głos:

Dane osobowe:
Iscan Vanko
rasa: Nieznana
Wiek: Nieznany (szacuje się że ma ponad 60 lat)

Historia służby: Początkowo uczył się w szkole wojskowej a Couruscant a potem dołączył do Armii Republiki. Zaczynając jako sierżant wspiął się w hierarchii aż na szczebel pułkownika. W czasie Wielkiej Wojny Galatkycznej odpowiadał początkowo za obronę zewnętrznych rubieży lecz z czasem przeniesiono go do światów jądra. Brał udział w przełamaniu Mandaloriańskiej blokady na Drodze Hyrykańskiej a w ostatnim stadium wojny ocalił kilka placówek na Couruscant kiedy to Imperium Sithów dopuściło się zdrady i zaatakowało stolicę w czasie obrad pokojowych.

Po wojnie przeniesiony do systemu Bothan ze względu na wysokie znaczenie strategiczne tego regionu i fakt że leży on blisko granicy Imperium Sithów.

Informacje nieoficjalne: Bardzo uczulony na punkcie honoru oraz swoich oddziałów. Nieufny w stosunku do nie republikańskich sił zbrojnych. Wychowany w szkole oficerskiej na dżentelmena. Ma słabość do drogich śmigaczy. Wywiadowcy określają go także jako "estetę wszystkich kategorii piękna".

Posiada rezydencję na Kothlis, planecie niedaleko Moonus Mandel, w systemie Bothan.

Kiedy nagranie się skończyło Patric popatrzyła na mężczyzn.
- Nie ma tu nic o jego orientacji seksualnej.... - powiedziała uśmiechając się lekko

- Heater ma tu zapewne dodatkowe, tajne wyjście, które nie jest obserwowane – podjął Kelevra - skorzystajmy z niego i rozpuśćmy się w mieście. Potem spotkajmy się na jakimś statku, albo melinie gdzie ludzie tego gościa nie zajrzeli by nawet za podwójną premię, bo zostali by zdemaskowani... Zasięgnijmy języka, nadstawmy uszu... Od tylu lat ile walczę, wiem, że informacja to podstawa sukcesu. Wejście na siłę do budynku tego Vanko na pewno nie będzie łatwe. Musimy znaleźć tylne wejścia, słabe punkty. O której zmienia się warta, może będzie kogoś trzeba przycisnąć, lub opłacić. Zazwyczaj robię to wszystko sam, więc dziwi mnie żeście wy o tym jeszcze nie pomyśleliście...

- Może ma, może nie ma.
. - powiedziała Patric - trzeba go najpierw zapytać, a potem poobserwować wyjście. Jeżeli ktoś go pilnuje to powinniśmy to ustalić w miarę szybko. A potem wymyślimy, jak obejść tą osobę.

- Selvin, nie rozpaczaj – rzucił Taycross - każdy z nas pracował sam, i zazwyczaj dobrze mu to szło. Heather o tym wie, i skoro zebrał nas wszystkich, to znaczy, że ocenia iż zadanie przerasta pojedyncze umiejętności któregokolwiek z nas. Szturmowanie budynku, jest nie tyle niełatwe, co pewnie niemożliwe, a mówiąc szturmowanie mam na myśli, wejście przesłuchanie siłowe, i wyjście. Jeśli chcemy uciekać się do takich rozwiązań, to lepiej porwać Vanko, z jego rezydencji. Mam jednak inny pomysł. Odrobinkę ryzykowny, z dużą dozą szaleństwa. Jedno z nas, mogę to być, albo ktokolwiek, kto uzna, że ma większe szanse, nie upieram się, żeby samemu wykonywać ten plan. Tak, czy tak, jedno z nas, idzie do Vanko i sprzedaje plan Heathera. Tzn. że nas wynajął, i że zaproponował nam powiedzmy po 7 tysięcy na głowę, za wzięcie celu żywcem. Zaproponujemy, Vanoko, że za powiedzmy 10000 na głowę, dostarczymy cel jemu, i po raz kolejny wyjdzie na bohatera, i ośmieszy Heathera. A potem grzecznie poprosimy, o informacje, które będą nam potrzebne do wykonania zadania.

- Po czym on uprzejmie udzieli tych informacji, wypłaci ci 10000 i wypuści z błogosławieństwem ze swojej rezydencji? Bądź poważny.... - Patric pokręciła głową - bardziej realne wydaje się porwanie go.

- Zakładam, że pieniądze odebralibyśmy po dostarczeniu mu celu, dla jego bezpieczeństwa. -
opowiedział z rozbawieniem Marcus - ale jak mówiłem, pomysł zawiera dużo szaleństwa. Porwanie też nie jest złe, jednak wymaga więcej pracy i obserwacji, poza tym jeśli raz nie wyjdzie, spalimy akcję, i będziemy mieli całą armie, jaka stacjonuje w tym systemie na głowie, a Heather może się pożegnać z firmą, licencją i jak pójdzie naprawdę źle to z emeryturą.

Młody Thelin siedział cicho przez cały czas uważnie słuchając dyskusji najemników i w głowie analizując podane mu informacje. Teoretycznie, zgodziłby się na porwanie, ale nie miał ładunków wybuchowych ani nie widział większego sensu...Nie, nie widział w tym najmniejszego sensu.
- ehh - westchnął masując się po karku, w pewnym momencie coś w nim strzeliło. Chyba na tyle silnie, aby walnąć go w głowę. - Ma ktoś może ścigacz? Albo byłby w stanie załatwić go na krótką chwilę dla kogoś, kto potrafi pilotować? - Zapytał. - Można wziąć udział zwyczajnie w zakładzie, drogi ścigacz w zamian za informacje, jeden wyścig na jakimś tutejszym torze. Na każdej planecie jest gdzie się ścigać. - Było to proste, jednak miało więcej sensu i logiki niż udawany podwójny agent i porwanie agenta republiki, które zrobiłoby z Heater'a i całej ekipy zdrajców.
Czekając na odzew zaczął się rozglądać, jego wzrok zatrzymał się w którymś momencie na postaci Marcusa - To latarka czy miecz świetlny? - Zapytał go wprost. - Można zawsze udawać testowanych adeptów wysłanych przez radę.

Slevin Kelevra również zaprezentował wiszący przy pasie swój miecz, choć była to zdobycz i z Jedi nie miał nic wspólnego:
- Zapytajmy Heatera o drugie wyjście i poobserwujmy budynek w którym urzęduje. Ja się skłaniam ku porwaniu...

- Nie popieram porwania
– stwierdził Thelin - Heater potrzebuje naszej pomocy jednak, jeśli przegramy nie będzie to dla niego ostateczny koniec. Jeśli porwiemy cel będziemy mieli przeciw sobie nie tylko demony, które mamy złapać, ale i republikę. A gdy republika będzie wiedziała, że ma nas ściągnąć, łatwo powiążą wszystko z Heaterem. Staruszek to dla nas swojego rodzaju balast w tym momencie.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline  
Stary 05-07-2011, 15:30   #10
 
Makotto's Avatar
 
Reputacja: 89 Makotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znany
Moonus Mandel, biuro An’Shaeda Heatera

Lowchawwa nie brał udziału w planowaniu i nie przejmował się zbytnio kłótnią. Kolejno opróżnił półmisek ptasich udek, miskę bulw w sosie pieczeniowym, pół talerza steków by finalnie zapić to połowa karafki Koreliańskiego miodu pitnego.

Wookie beknął głośno i otarł pysk łapą. Mimo milczącej konsumpcji udało mu się jednak wychwycić kto co mówił. Kciukiem włączył komlink z tłumaczącą płytka mowy.

-Ale kombinujecie.- ryknął, a urządzenie od razu przetłumaczyło ten dźwięk na basic.-To biuro, tak? Są tam ludzie którzy pewnie nie będą nas znali. Nie mamy na czołach napisane łowcy nagród a w holu nie powiesili naszych podobizn. Po prostu pójdźmy tam jak ze sprawą do urzędu, głównym wejściem, nie obnosząc się przed wszystkimi po co tam naprawdę idziemy. A jak nie wyjdzie, zaczniemy kombinować.

Wszyscy spojrzęli przeciągle na włochacza, ignorując dwa droidy protokolarne zbierające ze stołu resztki po uczcie wookiego. Lowie w ostatniej chwili porwał z półmisków jeszcze te kawałki nadające się do jedzenia. Po pokoju znów poniosło się głośne chrupanie.

Nastąpiła chwila przerwy w obradach. Patric od razu wykorzystała ją by zaczerpnąć powietrza na balkonie chronionym przed oczami gapiów skomplikowanym hologramem reklamowym. Osoba na balkonie swobodnie oglądała ulicę za to nikt z zewnątrz nie mógł zobaczyć jej. Uwagę dziewczyny zwrócił fakt że samo biuro nie było jakoś szczególnie wysoko umiejscowione co było dla niej lekkim zaskoczeniem po częstych odwiedzinach w niebosiężnych drapaczach chmur Couruscant. Szóste piętro w stolicy Republiki zaliczało się do kategorii "parter".

Obok balkony ciągnęły się pionowo rury wentylacyjne oraz izolacje przewodów elektrycznych. Ściana sąsiedniego wieżowca raz za razem migała ogromną reklamą polityczną jakiegoś zadbanego bothanina.


Herlaquin Bonthan - Razem, dla nowoczesnego i pięknego, Systemu Bothan.

Lista numer dwa, pozycja pierwsza.


Dziewczyna uśmiechnęła się leciutko, kojarzywszy owego polityka z gorących przemów na rzecz światów przestrzeni Bothan w Senacie.

Slevin w tym czasie kręcił się po pomieszczeniu, zwyczajnie myśląc i co jakiś czas dotykając jakiś szczególnie wystawnych zdobień albo płaskorzeźb na ścianach. Myślał intensywnie. Marcus zaś po prostu siedział. Nagle mandalorianin zamarł, słysząc za ścianą cichy syk oraz szum powietrza, połączony z pracą płyt magnetycznych.

"Winda..." pomyślał.
 
__________________
Hello.
My name is Inigo Montoya.
You killed my father.
Prepare to die...

Ostatnio edytowane przez Makotto : 05-07-2011 o 15:36.
Makotto jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 12:01.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170